Dodaj do ulubionych

Stare chucherko - fanfik

12.03.18, 15:24

- Laura z Adamem znów pojechali na Litwę. Rodzina się nam powiększy – ucieszyła się Gabrysia, odkładając telefon i zaciągając gęstą śmietaną zupę kalafiorową dla wszystkich obecnych członków rodziny. Słuszny pięciolitrowy gar, nieco przez patynę czasu i liczne pokolenia sfatygowany, wysyłał już smakowite wonie, spotęgowane przez zielony koperek, nieodłączny atrybut Gabrysi oraz zupy kalafiorowej. Rzeczona zupa pyrkała leniwie w saganie, a był to sagan zabytkowy, jeszcze po babci Makowskiej, przekazywany z jednego pokolenia na drugie. Najmłodsze latorośle zaczynały się jednak buntować w kwestii przejęcia kociołka w wianie czy też wyposażeniu na szczęśliwą przyszłość, preferując nowoczesne naczynia ze stali nierdzewnej. Nestor rodu bolał nad tym faktem często, podobnie jak nad brakiem łaciny w szkołach podstawowych, gdyż on jeden był żywym dowodem na to, że język ten jeszcze nie jest martwym. Po mnie choćby i potop! - zwykł mawiać ojciec Borejko spiżowym głosem – ale pókim żyw, będę walczył o wprowadzenie do niższych klas wspaniałej łaciny, języka najlepszych myślicieli i filozofów. Z racji swojej niechęci do wychodzenia poza imponującą bibliotekę i angażowania się w jakiekolwiek akcje obywatelskie wspomniana walka o przeforsowanie wymarłego nie-umarłego języka toczona była zazwyczaj tylko z Matalią, jako jedyną w rodzinie nauczycielką, która nie pozwoliła się wmanewrować w wykształcenie klasyczne, jedyne przez ojca uznawane, i została tylko marną polonistką. Ojciec Borejko marszczył swoje rudo-siwe skrzydlate brwi, ilekroć spojrzał na Natalię - a spoglądać miał okazję często, odkąd Nutria z powrotem zamieszkała na Roosvelta. Stadło z mrukowatym i starszawym Robertem okazało się bowiem nietrwałe, chimeryczna i wrażliwa Natalia dała w końcu nogę z tego pracowicie wyremontowanego przez nieszczęsnego Robrojka poddasza po Kowalikach i wróciła – no gdzież by – do pojemnego mieszkania rodziców. Inna rzecz, że Kowalikowie winni byli wykupić to swoje poddasze plus apartament po ciotce Lili – ponieważ kwaterunek upomniał się o lokale, kiedy Mamertowie wyjechali do Anglii. Wszystko teraz zależało od wyroku sądu cywilnego, który rozpatrywał odwołanie Mamertów.
Wszystko to ojciec Borejko przewidział, jednak ostrzegał wyłącznie po łacinie i nawet jego odpowiednio przez lata wytresowana żona nie była w stanie tego ad hoc przetłumaczyć; wszystkie przestrogi poszły niczym ogary w las.

Ojciec Borejko westchnął ciężko, wprawiając w łagodne falowanie swą wątłą klatkę piersiową.
- Co to, zawał?! - zakrzyknęła wierna żona, jak zawsze na posterunku, czujna jak srebrna sarna.
- Nie, nie! - zamachał brwiami Ignac, uspokajajac spanikowaną Milę. - Ja zasadniczo jestem niezniszczalny, ta zażywana prewencyjnie a nałogowo waleriana potrafi doprawdy zdziałać cuda.
Mila uśmiechnęła się łagodnie, uspokojona.
- Nie strasz mnie tak na drugi raz – ofuknęła seniora rodu. - Dziewięć krzyżyków na karku to nie w kij dmuchał.
- A w co? - chciał koniecznie dowiedzieć się młodszy z chłopców Natalii, który jak zwykle przyleciał tu po szkole w nadziei spotkania swej eterycznej matki.
- W ja… - zaczęła zirytowana Babi, ale na czas zmitygowała się – w tym domu nie używało się słów znanych jako soczyste, smaczne i nieparlamentarne. Przemknęła obok męża, który na szczęście nie nadążał za zwrotami w konwersacji, i zagoniła małego Rojka do obierania ziemniaków do zupy.
- No jakże to tak, matuś – wzięła go w obronę od razu Gaba – ledwie siedemnaście lat i ty mu dajesz nóż do ręki?!
- No co – odparła buntowniczo mama Borejko. - Chce jeść, niech da swój wkład.
- A propos – zainteresował się ojciec Borejko. - skoro o tym mowa – jaka będzie dzisiaj wkładka w zupie?
- Ojcze, a jaką byś sobie życzył? - zakrzyknęła natychmiast wzorowo również wytresowana Gabriela. - Powiedz tylko słowo, a będzie wykonana wola twoja.
- Boczek! - odkrzyknął z ukontentowaniem ojciec. To lubił – posłuch, rygor i natychmiastowe spełnianie życzeń. Lubił też boczek. Gabriela zbiegała już po schodach wysokiego parteru, stukając dźwięcznie obcasikami swoich żeglarskich butów. Dostała je w prezencie ślubnym (ślub nr 2) od rybaka dalekomorskiego Józefa Kowalika, skomplikowanymi nićmi koneksji i powiązań sczepionego z Wiecznym Rodem Wiecznych Borejków. Buty też były wieczne i niezniszczalne, co praktyczna Gabrysia ceniła sobie najbardziej.
Obserwuj wątek

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka