Dodaj do ulubionych

Fanfik "Miodowy miesiąc Józinka".

17.03.18, 09:45
"Miodowy miesiąc Józinka"

Część I.
Zarówno Ignacego Grzegorza Strybę jak i tumany kurzu wzbite w powietrze przez sto par roztańczonych nóg zaliczyć można do substancji lotnych. Na tym znamiennym fakcie podobieństwa jednak się kończą. O ile bowiem Ignacy Grzegorz, w każdej liczącej się dziedzinie życia, wznosił się na wszystkie możliwe wyżyny, o tyle poweselny kurz zdążył już opaść nadając szarej obłości niezebranym ze stołów pasztetom, wędlinom, domowym wypiekom i butlom bezalkoholowego napoju Orange. Taka już jest natura kurzu i zmienić jej nie sposób.
Wesele gasło powoli, przechodząc ze stanu miłego spowolnienia w stan całkowitego uśpienia. Próby przywrócenia, przynajmniej na małą skalę, upojnego zapylenia podjęli się tylko nowożeńcy – Józef i Dorota Rumiankowie (Józek przejął nazwisko żony, ku zgorszeniu seniora rodu i zawsze zgodnego z nim Bobusia) przebrani w wygodne dresy i starannie wyświeżeni udawali się w podróż poślubną ciągnąc za sobą dwie wielkie sztuki bagażu. Walizki na zmyślnych kółkach utoczonych przez Józka na tokarce sunęły po piaszczystym podłożu. Jedna wypchana była szczelnie skarpetkami, druga pieniędzmi, państwo Rumiankowie z bogatego doświadczenia Józinka (kolonie!) wiedzieli bowiem, że to te dwa dobra na wyjazdach kończą się najprędzej.
Dorotka trajkotała bez sensu, jak to kobieta, a Józef walczył z falą mdłości. Co też go podkusiło, doprawdy, żeby akurat przed kilkugodzinną jazdą samochodem obficie skropić łysą jak kolano przestrzeń pod nosem wcierką na porost włosów na bazie bursztynu. Mazidło mogło okazać się skuteczne, ale, niestety, śmierdziało niemiłosiernie i chyba przyciągało komary.
Józek westchnął boleśnie. Udawał się właśnie w drogę, której zwieńczeniem miała być męska inicjacja najważniejszego typu, ale on mógł myśleć tylko o swoim największym życiowym rozczarowaniu. Lata mijały, a on wciąż nie doczekał się swoich wymarzonych wąsów. Ileż pracy i wysiłku włożył ten chłopak w to, żeby wreszcie wyglądać jak prawdziwy mężczyzna, jak prawdziwy drwal. Malował się podkładem, bo to podobno chroni cebulki włosów przed zimnem nie przyduszając ich. Nosił przewiewne chusty, z tych samych powodów. Kilka razy, lekko dystansując się od tej czynności jakby sam siebie chciał przekonać, że nie do końca wierzy w skuteczność metody, masował pilnie swą górną wargę i śpiewał w blasku pełni księżyca „O mój rozmarynie, rozwijaj się”. Wymarzony zarost uparcie jednak nie kiełkował. Brak był tym boleśniejszy, że odwieczny antagonista Józinka, Ignacy Grzegorz, szczycił się już od roku pięknym sarmackim wąsem. Na dodatek Miągwa czynił na lśniących końcach swojej męskiej ozdoby zawijas zbliżony kształtem do dziecięcego loczka, który nosił swego czasu na czółku. Józef Rumianek, niebezpodstawnie, widział w tym wymierzoną w siebie drwinę.

Edytor zaawansowany
  • przymrozki 17.03.18, 09:48
    Część II.
    Tok rozumowania, tak nieprzewidywalny w skutkach jak trzęsienia ziemi, tsunami i bezmyślność polityków, skierował uwagę Józinka na słowa żony. Krótka chwila niechcianej przytomności pozwoliła panu młodemu usłyszeć jedno słowo – „góry”. Józinek zląkł się nieco w obawie, że Dorota spostrzegła jego występek sprzed ślubu. Nie ciesząc się jeszcze wówczas słusznie nabytymi prawami męża, zupełnie nie przez przypadek, zerknął jej w dekolt. Otrzeźwiony strachem o własne życie (Dorotka była silna jak koń, być może dlatego, że jej koń miał tyle siły co nastoletnia dziewczyna), Józinek wsłuchał się w słowa żony. I odetchnął z ulgą.
    - Ach, Pepe – kontynuowała górski wątek Dorota – ja nigdy nie widziałam żadnych gór. Tak się cieszę, że je wspólnie zobaczymy!
    - Tak – Józef słynął ze swojej zdolności syntezy. Nikt nie przypuszczał, że to żadna synteza. On naprawdę tak mało myślał.
    Wyciskając ile się da z chwili kontaktu ze światem, młody pan Rumianek spostrzegł, że coś jest nie tak. Bystry niczym Łusia wzrok tego najlepszego w rodzinie obserwatora (w lewym oku tylko minus dwa, najmniej wśród wszystkich potomków Ignacego Borejki!) natychmiast skupił się na skąpanej w srebrnej poświacie księżyca postaci ciotki Natalii. Pani Rojkowa, co do tego nie było żadnych wątpliwości, ostrzyła narty! Na dodatek czyniąc ten odwieczny rytuał narciarzy kłóciła się o coś burzliwie ze swoim rudym mężem.
    - Ależ jakie „nie wypada”, ja wcale nie będę im przeszkadzać!
    Na widok Józinka ciotka Natalia przybrała minę, jakby chciała powiedzieć „o wilku mowa” i wykonała w stronę młodych małżonków serdeczny, zapraszający gest. Cała jej sylwetka krzyczała, że Natalia koniecznie chce się z nimi podzielić jakąś nader radosną nowiną. Dorotka pociągnęła Józinka w stronę ciotki, ale ten, jednym ryzykownym szarpnięciem, zmienił trajektorię jej ruchu i gubiąc po drodze walizkę, metr kabla z kieszeni, dwie śrubki i brzeszczot, wciągnął żonę w zarośla.
    - Och – wyszeptała Dorota ewidentnie oczekując nie tego ciągu dalszego, o którym tak intensywnie myślał teraz Józef. Dorotka jednak szybko zmieniła plany na zdroworozsądkowe. W krzakach, dosłownie na wyciągnięcie ręki, trwała narada byłych panien Pyziakówien.
    - Ależ, Różo – wyśpiewał Tygrysek na melodię „Ave Maria” – owszem, po dwóch ciążach i 14 latach stania przy garach wyglądasz jak kaszalot. Ale zmieścisz się w szafie! To jest duża, góralska szafa! Zresztą, tam będzie ciemno, nikt nie zauważy, że szafa się nie domyka. A jak zapalą światło, to my od razu wyskakujemy!
    Józinek, gnany instynktem, przyspieszył kroku. Kuzynki chichotały nad czymś zasłaniając sobie usta i uciszając wzajemnie jak dwie małolaty. On już prawie biegł. Minął dziadka tłumaczącego babci, jakimi kryteriami będzie się kierował oceniając estetykę jakichś góralskich firanek. Ignacy był tak podekscytowany, że prawie nie mówił po łacinie. Nie odpowiedział na pozdrowienia Dorotki.
    Józienk wrzucił żonę w samochód jakby była szczególnie nieporęcznym workiem cebuli, ruszył z piskiem opon i, na wypadek gdyby był obserwowany, starał się wyglądać jak ktoś, kto właśnie jedzie w góry. Gdy jednak nadarzyła się pierwsza okazja, wykonał gwałtowny manewr drogowy i przy wyłączonych światłach skręcił w krzaki na tyłach przypadkowego motelu. Korzystając z pozostałych w kieszeni narzędzi, sprytnie zamaskował samochód i stworzył kurtynę z nadciekłego helu, aby uniemożliwić hakowanie umieszczonego w pojeździe urządzenia GPS.
    - Ależ, Pepe – spytała zaskoczona Dorotka – czemu tu?!
    Józef wycedził przez zęby.
    - Bo tu na pewno nie będą nas szukać.
  • przymrozki 17.03.18, 09:50
    Część III.
    Po dwóch tygodniach młodzi Rumiankowie, wychudzeni jak po wizycie u Idy, ale rumiani jakby latem zasnęli w sadzie, zeszli na śniadanie. Patrząc sobie w oczy i tonąc w spojrzeniach ledwo zauważyli, że na ich widok zgromadzony w stołówce tłumek ucichł jak wyłączony od prądu odkurzacz. Józinek przerwał wymianę gorących spojrzeń z żoną i rozejrzał się po pomieszczeniu. Po jego lewej, starsza pani próbowała ukryć tożsamość tonąc w kudłach swojego przyjaciela.
    - Właścicielka zaprzyjaźnionego pudla?! – spytał Józinek nie dowierzając.
    Pod stołem błysnęły czyjeś przerażone ślepia. Młody mąż walcząc z kolejnymi warstwami materiału bogato udrapowanego obrusu, zanurkował sprawnie pod motelowy mebel.
    - Grzeczne dziewczynki z sąsiedztwa?! – krzyknął.
    Za firanką coś upadło i podtoczyło się z łoskotem w stronę józinkowych stóp. Rumianek gdzieś już widział taki zegar słonecznik… Jednym sprawnym ruchem stanął na nogi, kilkoma susami pokonał drogę spod stołu do okna, odsunął zasłonę i ujrzał kulącą się blondynkę.
    - Zaprzyjaźniona plastyczka z Krakowa? – jego głos zachowywał się jak w niesławnych czasach mutacji. Nie panował nad tym. Nawet tego nie zauważył.
    Dorotka, nic nie rozumiejąc, patrzyła na mile wyglądającą rodzinę przy stoliku w rogu. Wszyscy, jakby dla zabawy, ale też trochę jakby walczyli o życie, naciągali zewnętrzne kąciki oczu udając Japończyków.
    - Elka! Tomek! – wykrzyknął Józek, już nawet nie był zdziwiony.
    Ktoś, próbując niepostrzeżenie minąć zagradzającego jedyną drogę wyjścia Józinka, potknął się i trącił byłego Pałysa w ramię. Pepe chwycił starszego pana w locie i, podświadomie spodziewając się tego, co ujrzał, zarzucił zdania pytające na rzecz oznajmujących.
    - Profesor Dmuchawiec. A tam, na naprędce wybudowanej ze sztućców antresoli, ciocia Janka i wujek Maciek.
    Przed Józinkiem stanął postawny, łysiejący mężczyzna. Jego dłonie wskazywały, że jest absolwentem elitarnego muzycznego przedszkola. Czerwona ze zdenerwowania twarz zabawnie kontrastowała z bielą habitu. W oczach duchownego widać było, że gdyby nie chrześcijańska nadzieja, ich posiadacz wpadłby w rozpacz.
    - Ojcze Krzysztofie…. – Józinek piszczał jak znaleziona kiedyś na poboczu drogi trąbka – dlaczego?
    Dominikanin położył mu dłoń na ramieniu.
    - Myśleliśmy, że tu nie będziecie nas szukać.

    KONIEC
  • ciotka_scholastyka 17.03.18, 11:55
    Bardzo, BARDZO mi się podoba :)

    "wzrok tego najlepszego w rodzinie obserwatora (w lewym oku tylko minus dwa, najmniej wśród wszystkich potomków Ignacego Borejki!)" :D
  • zla.m 17.03.18, 12:15
    Super, bardzo zabawne :)

    --
    Ja tez sie boję chorych psychicznie nawet tych z ciężką depresją, bo nie wiadomo co im strzeli - zabija się albo zrobią krzywdę sobie i innym np. (...) spadną na kogoś skacząc z wiezowca. by bergamotka77
  • ssssen 17.03.18, 12:59
    przymrozki napisała:

    > Część I, II i III.

    Te forumowe fanfiki to są fajne przykłady na to jeśli chodzi o warsztat to MM - nawet będąc jak obecnie w swojej najgorszej formie - i tak jest o wiele lepsza niż amatorzy.

    Ty na przykład napinasz się żeby być dowcipna, ale po prostu z tym przeszarżowałaś, do tego te krótkie, urywane zdania zwyczajnie męczą.


  • tt-tka 17.03.18, 13:42
    ssssen napisał:

    > Te forumowe fanfiki to są fajne przykłady na to jeśli chodzi o warsztat to MM -
    > nawet będąc jak obecnie w swojej najgorszej formie - i tak jest o wiele lepsza
    > niż amatorzy.

    Wyglada na to, ze wiekszosc czytaczy jest innego zdania.
    Warsztat MM imho lezy i kwiczy spod szesciu stop mulu. A ona nie potrafi wyrzucic ani jednego zbednego zdania, slowa, obrazka.
    Stara dobra recepta na udane pisanie "malo psac, duzo skreslac, bardzo duzo poprawiac. A nade wszystko - patrzec uwaznie !"
  • buka_z_muminkow 24.03.18, 21:31
    Super :D nawiązania do detali z poprzednich częsci pyszne :D a juz najlepsza Natalia, Ignac z firankami i pudel :D
  • dziabka1 17.03.18, 10:23
    Ge-nial-ne!!
    I skończone!!
  • tt-tka 17.03.18, 10:46
    Bravo, bravissimo !
    Od razu mi sie zanucilo "wsiasc do pociagu byle jakiego" i od razu pomyslalo, ze to na nic. Filipa wezwa, a ten wytropi. Nie masz, ach, nie masz nadziei.
  • yvi1 17.03.18, 11:08
    Genialne,tylko babci Moniki zabraklo i Wolfiego,tudziez Lulejkow ❤❤❤
  • czarna9610 17.03.18, 11:53
    genialne !
  • przymrozki 17.03.18, 11:57
    yvi1 napisała:

    >tylko babci Moniki zabraklo i Wolfiego,tudziez Lulejkow

    To jest, oczywiście, słuszna uwaga. Może przyjmijmy, że oni wszyscy tam byli, tylko Józinek nie zdążył się do nich odezwać, nim podszedł do niego ojciec Krzysztof?
  • yvi1 17.03.18, 12:27
    przymrozki napisała:

    > yvi1 napisała:

    >
    > To jest, oczywiście, słuszna uwaga. Może przyjmijmy, że oni wszyscy tam byli, t
    > ylko Józinek nie zdążył się do nich odezwać, nim podszedł do niego ojciec Krzys
    > ztof?
    Tez tak mysle 👍👍👍.Super napisane ,szkoda ze takie krotkie ❤
  • dziabka1 17.03.18, 12:42
    yvi1 napisała:

    > przymrozki napisała:
    >
    > > yvi1 napisała:
    >
    > >
    > > To jest, oczywiście, słuszna uwaga. Może przyjmijmy, że oni wszyscy tam b
    > yli, t
    > > ylko Józinek nie zdążył się do nich odezwać, nim podszedł do niego ojciec
    > Krzys
    > > ztof?
    > Tez tak mysle 👍👍👍.Super napisane ,szkoda ze takie krotkie ❤

    Krótkość jest zaletą. Jest krótko, zwięźle, esencjonalnie i co najważniejsze, z puentą. I to jaką! :)
    To jeden z niewielu zakończonych fanfików. Drugi, tak samo doskonały, jest o Laurze i Nerwusie, bardzo polecam. Szkoda, że niedokończona jest BaŁusia, opowieść o zamordowaniu Mili i o Róży w Oksfordzie. I jeszcze fanfik tetetki.
  • dziabka1 17.03.18, 12:44
    O, angielski spleen, fantastyczna rzecz. Tylko niedokończona :(
  • mika_p 17.03.18, 16:00
    :D :D :D

    --
    ze skarpetkami to jest tak: w każdej parze jest silniejszy i słabszy osobnik i w pewnym momencie po prostu ten silniejszy pożera tego słabszego
  • krystalla 24.03.18, 11:44
    Świetne! Zabawne, suspensowe, zgrabne literacko i absolutnie poprawne językowo. Mnie położył nadciekły tlen. :-D
    Styl porównywalny z najlepszym okresem MM, a nawet, rzekłabym, lepszy. :) To wydajemy,co?... :)
  • fornita111 31.03.18, 19:22
    Dobre! Pyza w szafie az mnie wzruszyla :D

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka