Dodaj do ulubionych

Eh, a może by tak?...

10.11.18, 16:29
Napisać znowu parodię z Przymrozki? Przymrozki, co Ty na to? To forum zdycha bo już wszystko zostało powiedziane, ale nie zostało powiedziane, że nie można się pobawić.
Edytor zaawansowany
  • przymrozki 10.11.18, 20:59
    „To forum zdycha bo już wszystko zostało powiedziane, ale nie zostało powiedziane, że nie można się pobawić”. Samolot dwupłatowy wypisał w chmurach ten właśnie komunikat, po czym zniknął za horyzontem pozostawiając po sobie wesoło trzaskający ogień. Gabrysia spojrzała i natychmiast zatęskniła za lasem, namiotem, ogniskiem i młodością.

    Siedząca obok Nora nie zwróciła uwagi na samolot. W jej wieku zdarza się, że nic nie jest ważniejsze niż dźwięk poczty konnej dowożącej telegram. Nora kochała wieś i nie rozumiała nowobogackich mieszczuchów, którzy przeprowadzają się pod miasto, chwalą małe miejscowości i udają życie blisko natury, ale w nowym miejscu natychmiast zastępują tradycyjne, kwieciste skrzynie i rustykalne meble przeszklonymi ścianami i strychami adaptowanymi bez szacunku dla, często zabytkowej, bryły. Potem ściągają bezprzewodowy internet, kupują telefony, które odbierają sygnał i zapijają batony Milky-way swoimi Coca-colami i napojami mlecznymi ze stacji Statoil.

    Nora wciągnęła zapach wsi. Ten miło rozlał się po jej płucach i stamtąd radośnie promieniował w stronę serca. Otworzyła telegram. „Masz jelito na wieszhu, jest gróbe jak robin hód, pozdrawiam, Mental Dental”.
    - Ciociu, czy ja mam jelito na wierzchu?
    - Tak – odpowiedziała Ida. Widząc zawiedzioną minę Nory dodała uspokajająco – Jak my wszyscy. Gdzie ten obiad?
    - Dzisiaj gotuje Ignaś i Aga – wyjaśniła Gaba – pójdę im pomóc…
    - Za bardzo się z nim cackasz – Florek obalił Gabrielę jednym celnym wślizgiem zaczepiając przy okazji jelita szwagierki o jedno z przywiezionych przez Laurę drzewek.
    - Obiaaaaaaad! – krzyknęła Aga wwożąc w wózku małej Norci parującą brytfannę. Ignacy senior uchylił pokrywkę.
    - O, dziecko – powiedział bez entuzjazmu.
    Rodzina uważnie obwąchiwała pieczeń obawiając się powtórki historii z kurą. Tylko osłabiona po ataku Florka Gabriela odeszła w stroję oceanarium Górskich i padła bez przytomności. Leżałaby tam do śmierci, gdyby nie Grzegorz, ten empata-socjopata w swetrze z igieł, których przestraszył się w dzieciństwie Ignaś, jego jedyne dziecko. Grzegorz rzucił się z pomocą.
    - Kochanie, ty zemdlałaś, co ja mam zrobić…
    - Aj, Grzesiu, kłujesz – Gaba wyciągnęła igłę z oka – czemu mi zawsze wszystko wychodzi tak prozaicznie. Chciałam ci to powiedzieć jakoś inaczej, przy świecach…
    - Co powiedzieć, najmilsza?
    Łzy wzruszenia napłynęły Gabrieli do ostatniego pozostałego po mężowskich czułościach oka.
    - Że będziemy jedli dziecko!
  • saxesave 10.11.18, 22:27
    Ahahahaha super!
  • fornita111 10.11.18, 22:31
    To jest boskie :D Absolutnie-makabrycznie-fantastycznie powalone :)
    Pozdrowienia od eksforumki, ktora jeszcze do Was zaglada i... trafiajac na takie cacuszko, nie mogla zmilczec i nie pochwalic ;)
  • bupu 10.11.18, 22:58
    Chciałam napisać coś mądrego, ale nie mogę, bo szukam chusteczek by wytrzeć ten monitor, com go zapluła rycząc ze śmiechu jak ranny Bernard w szczypiorku...




    --
    Wiedźma
    To jest bez sensu! To jest kompletnie, konkretnie bez sensu!
    http://archiwumpanahyde.laa.pl/
  • potworia 10.11.18, 23:41
    To było trzęsienie ziemi, biorę czipsy , siadam na kanapie i czekam na dalsze rewelacje.
    PS. Zaszlochalam przy oceanarium Górskich:-)
  • ciotka.scholastyka 11.11.18, 14:56
    "po czym zniknął za horyzontem pozostawiając po sobie wesoło trzaskający ogień"

    Zalałam się łzami!
  • ponis1990 24.11.18, 11:33
    Haha, dobre! :D

    --
    Lubię placki
  • zuzudanslemetro 11.11.18, 20:47
    To tera ja!
    Patrycja, słusznie zwana w rodzinie Pulpecją, umieściła pośrodku półmiska dziecko, szczodrze okładając je uduszoną kapustką i starannie polewając ten wdzięczny kulinarny kurhanik, skwarkami. Dbała przy tym, żeby skwarki umiejscowiły się sprawiedliwie na potrawie. Wśród ogólnego "aaaah" wniosła danie do jadalni.
    - Gdzie mam to postawić? - zapytała.
    - Sądzę, że na środku stołu będzie mu dobrze - odparła Babi.
    - Jemu już nigdzie nie będzie dobrze - westchnął Grzegorz, który ostatnie lata poświęcił na zgłębianie tajemnic życia emocjonalnego marchewek.
    (tak krótko tym razem gdyż próbuję ujarzmić własne dziecko)
  • sayoasiel 12.11.18, 00:21
    O jedna z najcudowniejszych, chyba nie próbujesz go polać skwarkami, tego swojego dziecka ?
  • apersona 14.11.18, 21:51
    nie chce zostać pieczenią?
  • buka_z_muminkow 17.11.18, 18:57
    -Dzieci tak ładnie pachną - powiedziała Babi z rozrzewnieniem. ;-)
  • zuzudanslemetro 12.11.18, 09:00
    Dziadek Borejko, siedząc na ikeowskim krzesełku, gustownie przybranym krepiną oraz ziołami z ogrodu Patrycji, postukał w zadumie palcami po stole. Dziecko na półmisku drgnęło.
    - Kto wie... - zastanowił się senior rodu. - Może się niebawem okazać, że nawet dzieci mają świat uczuć i inteligencję...
    - Och, to doprawdy byłoby niezwykłe! - parsknęła Babi. Ignacy spojrzał na nią z wdzięcznością. Nie bez powodu od pięćdziesięciu lat organizował dla kobiety swojego życia, wystawne przyjęcia sylwestrowe na strychu. Romantyzmu wieczorom dodawały kalesony dyrektor Dąbek-Nowackiej, rozwieszone z pietyzmem na kształt girland.
    Tymczasem nowożeńcy, czyli Józef z Dorotką, spędzali swój miesiąc miodowy na oddalonej o kilometr stacji benzynowej. Zaprzyjaźniony ajent pozwolił im nocować w kanciapce na zapleczu. Ah, jak cudowne były te dni spędzone wśród aromatycznych oparów benzyny. Nie musieli ze sobą rozmawiać, nie musieli w ogóle nic. Wystarczało, że siedzieli na przeciw siebie i patrzyli sobie w oczy. Czasem Dorotkę zastępował któryś z pracowników stacji benzynowej. Józefowi to nie przeszkadzało. W tak wielkiej miłości jak ich, nie miało znaczenia, w czyje oczy się wpatruje.
    Na złotych niciach od strony Kostrzyna, doleciały małe pajączki.
  • aadrianka 12.11.18, 09:28
    zuzudanslemetro napisała:

    Józefowi to nie przeszkadza
    > ło. W tak wielkiej miłości jak ich, nie miało znaczenia, w czyje oczy się wpatr
    > uje.

    Łkam i spazmuję :D


    > Na złotych niciach od strony Kostrzyna, doleciały małe pajączki.

    <z nadzieją> czy te pajączki oplotą całą rodzinę gustownym kokonem złotych nici, po czym zwyczajnie pożrą?




    --
    załóż stanik...poprawnie
  • zuzudanslemetro 12.11.18, 09:36
    Jeszcze nie wiadomo, co zrobią pajączki.
  • ciotka.scholastyka 12.11.18, 18:05
    zuzudanslemetro napisała:

    > Jeszcze nie wiadomo, co zrobią pajączki.

    Uduszą.
  • przymrozki 12.11.18, 10:25
    (IV)
    A tak naprawdę był to pan Bronek, emerytowany woźny i myśliciel, wielokrotny gospodarz uczt dla członków rodziny Borejko. Przyglądał się pięknym daniom, patrzył jak Gabrysia, ta piegowata, wysportowana dziewczyna koło sześćdziesiątki w lekko pomarszczonym kostiumie, przerzuca na talerze soczyste kawałki rumianego dziecka. Robiła to tak, jak należy – palcami, szybkim ruchem, żeby nie poparzyć dłoni. Jak każda poznańska gospodyni wiedziała, że nie należy robić tego widelcem, żeby nie zostawić na soczystej skórce śladów. Czytał gdzieś, że wszędzie poza Posen gospodynie mają do tego takie płaskie łyżki z dziurami jak sito, ale uważał to za kolejny dowód moralnego rozpasania zachodu, wschodu, południa i północy. Patrzył na te wprawne ruchy Gabrysi i wiedział, że jeszcze kilka lat temu ten uporczywy wzrok załatwiłby mu zaproszenie na obiad. Niestety, dziś miał już zbyt niskie czółko na to miłe, gościnne towarzystwo. Zresztą, dzieci już wyrosły i nie pamiętały darmowych dwumiesięcznych wakacji z wyżywieniem w jego domu w Pobiedziskach. Przestał dzwonić po setnym nieodebranym i odsunął się od rodziny, co Ignacy Borejko uznał za dowód wybitnej delikatności uczuć z jego strony.

    Pan Broneczek minął uroczystą biesiadę i ruszył w stronę ogrodu. Dzisiejsza młodzież martwiła go coraz bardziej, coraz częściej czuł też, że nie rozumie tych współczesnych rodziców. Za jego czasów takie tłuste niemowlęta jadało się tylko ze szczególnych okazji – tysiąclecia pracy twórczej, rocznicy ważniejszych zabiegów chirurgicznych lub po niektórych wybuchach bomb. Dzisiaj pieczyste podaje się dzieciom na każdą ich prośbę. Pan Bronek nie wiedział, które metody wychowawcze są lepsze, ale podejrzewał, że jego.

    - Dzień dobry! – elegancka młoda kobieta w zaawansowanej ciąży przywitała go uściskiem dłoni. Dziecko w jej brzuchu kopnęło zamaszyście. Dobrze je wychowała, powiedział jej to, ale się ucieszyła!
    - Nazywam się Nora Górska-Piechota, to mój mąż Podeszwa Piechota, a to jest studnia moich rodziców. Pewnie jest pan ciekaw, czemu stoję tu i trzymam łańcuch? Na końcu jest kosz, w którym umieściłam nasze córeczki, Szarą i Morską. Wysłałam je do kąpieli karnej, są bowiem grzesznicami, grzeszą nieumiarkowaniem.
    - Od dawna pani je tam trzyma? – zainteresował się pan Broneczek czując, że w tym gnieździe hipisów znalazł w końcu pokrewną duszę.
    - Będzie siedem dni – pani Nora kopnęła w kostkę męża, który płakał w mankiet. Słaby z niego mężczyzna, pan Broneczek spojrzał na niego z dezaprobatą.
    - To może córeczki państwa już nie żyją? – umiejętnie podtrzymał tę lekką, popołudniową konwersację.
    - Ależ żyją, przysłały nam nawet prezent. Kasetę wideo.
    - Czy będziecie mieli państwo na czym ją odtworzyć? W dzisiejszych czasach taki odtwarzacz jest równie trudno osiągalny jak Przemysławka.
    - Dlatego ja przerzuciłem się na denaturat. Bo o tym mowa? – wtrącił się dziadek Ignacy.
    - Nie, dziadku, nie o tym – Nora roześmiała się. Nie była piękna, ale kiedy się uśmiechała cała przestrzeń jakby wypełniała się światłem – proszę się nie obawiać. Gdy inne rodziny mają DVD i lalki Barbie, my mamy stare, dobre odtwarzacze wideo. Jeszcze po wujku Izabelli. Ta gruba biedaczka z oczami w słup nie oddała Ani guzika, ale odtwarzaczy nie dopilnowała. Są w koszu z zabawkami. Wychowawczyni Laury poszła ich poszukać.
    - Kurator – poprawiła ją Ida – gdzie wasze dziewczynki, grubasie bez luzu w pasie, hyhy. Rodzina zjadła Norcię in toto i żąda dokładki. Tatar z Piechoty, Piechotatar, mam żołądek bardzo śmiały, do trawienia doskonały. Dawaj mi je tutaj, zajmę się nimi.

    Mila Borejko spojrzała na podaną jej dokładkę. Widziała, jak dziewczynki Nory wskakiwały do studni. Kiedy Morska rzuciła się w wodę głową w dół, Szara stała z boku i przyglądała się bez entuzjazmu. Mila nie musiała mówić, która postawa podobała się jej bardziej. Natychmiast jednak skarciła się w duchu, nie powinno się robić różnic między dziećmi, nawet w myślach, bo dzieci to natychmiast wyczuwają. Miała nadzieję, że w filety z obu prawnuczek wbiła zęby z równym apetytem.
  • zuzudanslemetro 12.11.18, 11:29
    (V)
    Zaraz po tym, jak Izabella nie oddała Ani guzika, musiała ta biedna sapiąca grubaska wyjechać na wycieczkę do Rumunii. Wuj nie miał nic do tego.
    Tymczasem Szara wraz z Morską stały po kostki w studziennej wodzie. Morska najwyraźniej była w swoim żywiole.
    - No co, lelosiu! - krzyknęła kpiąco do swojej siostry. - Jakoś już ci drzewa nie salutują!
    Szara westchnęła tylko i zatęskniła za długimi wykładami wujka Ignasia o średniówkach, przenośniach i parabolach. Czuła też wyraźnie, że powinna była założyć kalosze na futerku, prezent od praktycznej babci Pulpecji, ale ponieważ nie chciała wyglądać jak pracownica chlewni, włożyła cienkie pantofelki odziedziczone po ciotce Laurze, która również odmawiała współpracy przy wzorcowej hodowli nierogacizny, mieszczącej się w folwarku Flobrych. Pantofelki przemakały, powodując przeraźliwy chłód nawet w szpiku kostnym panny Piechoty. Tymczasem, zamiast ją ratować, wszyscy dorośli ucinali sobie pogawędkę z ministrem edukacji, byłym wychowawcą córek Gabrysi oraz szkolnym kolegą tej ostatniej, Jurkiem Hajdukiem. Jechała od właśnie do Środy odwiedzić matkę. Zawsze tak czynił jeśli tylko poczuł swoim belferskim oraz ministerialnym instynktem, że ktoś z klanu Borejko wsiadł do pociągu. Nie miało znaczenia, czy to Gabrysia jechała do Warszawy odebrać Nutrię z lotniska, czy to Laura z Wallenrodem, opuszczającym Aldonę, jechali na Litwę, czy też Nutria kontynuując swój romans z Heatcliffem ujeżdżała przypięta kajdankami w stronę morza. Zawsze, bez wyjątku wsiadał w pociąg do Środy, licząc na to, że po powrocie przywita go Bernard siedzący na wiacie w adidasach i jedzący chipsy paprykowe. Paprykowe najpełniej podkreślały odświętność sytuacji witania ministra. Bernard, w swojej delikatności uczuć, wiedział o tym doskonale i nigdy nie ośmieliłby się tkwić na wiacie z chipsami serowymi, czy też - na Jowisza! - banalnymi ziemniaczanymi.
  • zuzudanslemetro 12.11.18, 11:32
    *Jechał on właśnie do Środy, powinno być.
  • potworia 12.11.18, 14:04
    Wielbię to:-D:-D:-D
  • potworia 12.11.18, 14:13
    Potworia, wystawiając łeb zdobny w rozłożyste poroże wprost z pleksiglasowej ściany nad przystankowym kominkiem: Oddawaj czipsy, klucho, ja je sobie specjalnie kupiłam do rzucania w performerki.
  • przymrozki 12.11.18, 16:49
    (VI)
    Hajduk, swoim ministerialnym instynktem, wyczuł, które z podanych po obiedzie ciast najkrócej czekało na balkonie. Połknął je jednym kłapnięciem.
    - Powiedz, Jurku, jak idzie wdrażanie? – Grzegorz interesował się życiem towarzyskim od kiedy odkrył, że kiedy ma się kolegów, można pojechać na ich dacze także bez żony.
    - Miło – Hajduk mlasnął i dostał w paszczę. Nierażony kontynuował wypowiedź – ostatnio bardzośmy w rządzie nagnoili. Uwielbiam gnój. Tyle w nim ciepła, tyle ciepła…
    - Tygrysku – Babi syknęła scenicznym szeptem – natychmiast przyprowadź tu Różę, chcę, żeby poznała swojego wychowawcę z liceum i z tym wzorcem szła przez życie.

    Laura Wallenrod-Semper-Fidelis (zachowała nazwisko każdego z mężów, żeby dzieciom w ochronce nie było przykro, gdy przychodziła je odwiedzić) wstała niechętnie od suto zastawionego stołu. Wiedziała, czemu Róża nie uczestniczy w obiedzie. Dokonała krepujących obliczeń wstecz. To już dwa tygodnie, jak nędzny Fryderyk uwiódł Różę wśród lunet i noży. Trysnęła mu krew z tętnicy, Róża wypiła jej ponad trzy litry. Od tkanki łącznej zawsze, biedaczkę, wzdymało. Teraz siedzi w ciemności i wstydzi się. Laura otworzyła drzwi do szopy Szopów. Róża płakała rzewnie nad cienkim plastrem chudego białego sera, przez który widać było panoramę Tatr. Z braku talerzy podano go Pyziakównie na pocztówce, którą dostała od ostatniej koleżanki, jaką miała. Było to 40 lat temu.
    - Co się stało, Pyzo. Nieczęsto widuje się ciebie we łzach.
    - Tak, hu hu, zawsze byłam takim rodzinnym słoneczkiem, hu hu. Mogę wyjść, jeżeli tu przeszkadzam.
    - Wtedy nie będę mogła patrzeć na twoje nieszczęście i śmiać się w duchu. No dalej, mów, co się stało.
    - Mam tężec.
    - Wiedziałam! – Laura miała duże doświadczenie w sprawach tego czym i jak można się zarazić.
    - Chciałabym, żeby to było jasne. Nie dlatego płaczę, że mam tężec, bo ja chcę mieć tężec. Nie wymawiaj też przy mnie imienia „Fryderyk”, bo ja też go nie wymówię!
    - Fryderyk skrewił? – domyślił się Tygrys.
    - Powiedział, że dopóki się nie wyleczymy powinniśmy się leczyć… Myślałam, że im ściślejszy związek tym trudniej go rozerwać, ale Fryderyk wyraźnie zapowiedział, pójdzie do lekarza beze mnie. Nazwał to, co nas łączy zagrożeniem biologicznym!
    - No cóż, z moim Konradem nie chodzimy razem do lekarza, choć nigdy nie krwawiliśmy razem w plenerze. Ani nawet nie czyniliśmy w tej sprawie żadnych starań. On mnie po prostu szanuje.
    Róża schowała twarz w dłonie i siorbała spazmatycznie. Na szczęście nie dość głośno, by zagłuszyć szum spuszczanej wody. Z zamkniętej od wczoraj łazienki wyłonił się Józinek.
    - Sorry, wszystko słyszałem. Nie martw się, jakoś go wychowamy…

    Drzwi szopy otworzyły się raźno. W pozbawionym okien pomieszczeniu od razu zrobiło się jaśniej i jakby cieplej. Zawsze tak było, gdy wchodziła Gabrysia.
    - Mamoooo – wyjęczała załamana Róża.
    - Cicho – szczeknęła Gaba i udała się w najciemniejszy z kątów szopy, by pisać telegram. Dzieło jej rąk pracowicie skopiował dwukrotnie i rozniósł do adresatek brodacz z pociągu. Nie oczekiwał za to zapłaty ani podziękowań, w końcu tyle Gabrieli zawdzięczał.

    „Siostry! W nas siła, musimy pomóc mojej najdroższej Róży. Fryderyk wyszedł dziś rano do pracy, twierdząc, że tam go potrzebują. Jego żony i dzieci, jak uściślił na moje wyraźne pytanie, tam najwyraźniej nie potrzeba. Właśnie urabiam Różę, żeby wróciła na Roosevelta. Patrycja! Wybierz koniom z koryt siano i uszyj materac. Położymy Pyzunię w pokoju Ignasia. Ida! Dowiedz się, po ile są walkmany i kup mi ze dwa, jeżeli dwadzieścia złotych wystarczy. Potrzeba nam jakichś suwenirów dla dzieci, one lubią te wszystkie nowe technologie. Natalia! Jedź do Londynu po małą Milę. Połozy się ją na twojej staropanieńskiej wersalce. Mila może spać głową w tę stronę, która się mniej zapada. Poinstruuj ją dokładnie. W drodze powrotnej odbierzcie Karolka z Oxfordu, być może będziecie go musiały wyrwać tej jego wytatuowanej żonie, która na niego nie zasługuje. Ja pójdę na UAM zapytać o miejsca dla Karolka, w końcu tu może studiować filologię klasyczną równie dobrze jak na tam tę swoją fizykę. Już myślę o tym, jak miło nam będzie z Grzesiem i Karolkiem wspólnie czytać w naszym dużym łóżku. Po zakończeniu rozdziału, będziemy dawać Karolkowi słodkiego buziaka”.
  • aadrianka 12.11.18, 17:22
    przymrozki napisała:


    > - Miło – Hajduk mlasnął i dostał w paszczę.


    CU-DO-WNE!

    --
    załóż stanik...poprawnie
  • zuzudanslemetro 12.11.18, 17:52
    „Z komórki dźwięk był doszedł uszu Gabryjeli,
    Rzekłbyś mysz polna lub z nieba anieli,
    Lecz nie! Chrobot ów wezbrał na sile na tyle,
    Aże wziął był prędko zbudził małą Milę
    I zamilkł.
    Lecz drut trzymał
    Wszystkim się zdawało, że Chrobot chrobocze wciąż
    Jeszcze a to radio grało – wynalazek to
    Lecz nie byle jaki, gra i opowiada i
    Przesyła znaki.
    Chrobot tężec swój w tężni leczyć lubił
    Ale swój klucz do tężni cokolwiek zagubił
    Przeto mu Gerwazy, klucznik w domu Flobrych,
    Kluczył był dorobił, a był w tym prze-dobry.
    Widząc to pan Gruszka wlazł na róży krzaki,
    Owinąwszy się w słomę, by dla niepoznaki
    Udawać chochoła” – Zapisywał Ignaś w natchnieniu, niebaczny, że jego żona Agnieszka, wykrwawia się wskutek unikania lekarzy i porodu domowego w asyście przypadkowego laryngologa z pogotowia. Laryngolog sprawnie usuwał niebieskie migdały z nosogardzieli Agnieszki.
    Ignaś przelewał na papier te domowe scenki dla przyszłych pokoleń ku pokrzepieniu kieszeni.
    - Toż to – zawołał Bernard zerkając mu przez ramię. – Istny Rodin!
  • przymrozki 12.11.18, 20:20
    (VIII)
    - Nie Rodin, tylko ro-o-dzę! – krzyknęła Aga powodując u przypadkowego laryngologa z pogotowia znaczny ubytek słuchu.
    - Nic nie szkodzi – powiedział ten czarnoskóry poczciwina i łypnął białkami oczu z afrykańską precyzją – szewc bez butów chodzi. Nosa też nie mam, wyrwały mi go zamiast ruszającego się zęba pewne piegowate rączki małe. To dlatego, że za bardzo się wierciłem.
    Ignaś nieszczególnie zwracał uwagę na żonę. Oczywiście, rodzina cieszyła się każdym kolejnym dzieckiem, ale on był przecież wegetarianinem. Bardzo zdziwiła go natomiast obecność w stajni porodowej kuzyna Józinka.
    - Co tu robisz? Przecież najwyżej dwadzieścia lat temu pojechałeś w podróż poślubną. Wujek Florek, który tankował na Statoilu swój kombajn do zbierania kur po wioskach, mówił, że świetnie wam wychodzą te dwie miodowe dekady.
    - Tak – przyznał Józinek – niestety, na stacji był mały wybuch, Dorocie wypaliło oczy i od tego czasu związek nam się nie układa. Ja nie mam na co patrzeć, ona nie ma czym…
    - Macie dzieci? – spytała Patrycja. Czy to możliwe, że ona znów była głodna?
    - Nie, zawsze przed patrzeniem zakładałem okulary.

    Patrycja straciła zainteresowanie tematem i przeniosła wzrok na szopę Szopów. Dzięki sutej pożyczce rodziny, Róża i Fryderyk postawili sobie na dachu kurnika przytulną willę z niewielkim basenem, który przy okazji służył kurom za poidło. Z willi dochodziły coraz ciekawsze dźwięki.
    - To dlatego, że takie z ciebie biedne zakompleksione stworzenia – wyjaśniała Laura podniesionym głosem. – Spójrz na mnie. Jak można wyglądać! Przecież ja jestem osobą, która samą siebie wprawia w zachwyt!
    Tygrys ustawił się w romantycznej pozie pozwalając grzędom stworzyć ramę dla jego kociej sylwetki. Laura wdzięcznie wypięła kuperek, a nóżkę odzianą w pończochy kabaretki zadarła za kubeł kurzej karmy. Róża musiała przyznać, że jej siostra była bardzo stylowa. Miała piękny kapelusz, obstalowany na specjalnie zamówienie w operze wiedeńskiej. Był dokładną kopią ślubnego tortu Laury, tego, który tak zabawnie trafił na jej weselny stół zamiast na imprezę nuworyszy. Modystka pieczołowicie oddała nawet ślady pleśni. Laura czesała się pięknie u fryzjerki poleconej przez Patrycję. Miała fantazyjnie wygolony karczek, puszystą grzywkę i burzę loków, którą układała palcami w sekundę. W ten sposób załatwiała to, co innym kobietom zajmuje całe godziny.
    - Ach – stęknęła Róża – gdybym była brunetką, mogłabym malować usta na wiśniowo…
    - A tak to nie możesz wcale. Przecież wiesz, że kobieta w makijażu wygląda łyso, a u ciebie włosy są jedynym atutem. A propos, jak tam twoja dieta, znowu zaczynasz od jutra? – Laura szarpnęła mocno za ucho torby ze śmieciami, którą znalazła na tyłach zakładu swojej krawcowej. Wyciągnęła z niego spory kawał grubego brokatu delikatnie tylko ubarwiony resztkami kefiru. Róża, najpierw protestowała, ale w końcu pozwoliła upinać sobie dziurawy materiał na piegowatych ramionach powoli zamieniając się w romantycznego motyla. Szczególnie dobrze wyszły czułki. Zresztą, żona Ignasia znów urodziła, więc co za różnica, w czym Róża będzie jadła te wszystkie pyszności.
    - A tu – Laura wyciągnęła swoją ślubną spódnicę – tylko dół z piki daje wyniki. Wejdzie ci akurat na jedną nogę, drugą zasłonimy gumiakiem pana Chrobota. Będziesz miała cholewy jak amazonki, z tym że one nie miały jednej piersi, a ty obu, hyhy.
    Róża pomyślała, że Laura zawsze była bardzo dobrą siostrą i gdyby nie ona, poczucie własnej wartości u Pyzy miałoby się już zupełnie marnie.


    Starsza Pyziakówna przejrzała się w lustrze zastanawiając się, czy koniecznym atrybutem elegantki jest zupełnie goły przód, ale problem ten można było łatwo rozwiązać gruźliczym gorsetem ciotki Natalii. Wieczorem Fryderyk spojrzał na żonę z zaskoczeniem.
    - Wybacz, że do tej pory wyglądałam niestarannie - powiedziała Pyza zalotnie. - Po prostu lubię dobrze wyglądać na większe okazje.
    Fryderyk próbował wciągnąć spadające z nosa okulary wbrew prawom grawitacji, o których chwilowo zapomniał. To, co Róża wzięła za objaw miłosnego szału, było jednak początkami choroby.
  • zachariasz93 13.11.18, 18:47
    Genialne!!!
  • ponis1990 24.11.18, 12:50
    Wujek Florek tankował na Statoilu swój kombajn do zbierania kur po wioskach... poległam :D :D :D

    --
    Lubię placki
  • zuzudanslemetro 14.11.18, 09:14
    (IX)
    Z szopy Szopów powiewały niczym dumne sztandary, pieluchy tetrowe. Fryderyk i Róża nie należeli do tych nowobogackich rodziców, których stać na te wszystkie modne pampersy i słoiczki z przecierkami. Róża pracowicie przecierała przez sito kamienie (wiadomo! Minerały!) na śniadanie dla małej Mili i Karolka, którzy pomimo wejścia w wiek nastoletni wciąż jeszcze uwielbiali sadowić się dziadkowi Borejko na kościstych kolanach i słuchać opowieści o Bachantkach. Owszem, Frycowie dostali w prezencie ślubnym od ojca Róży, Juliusza Janusza Mazepy Słowackiego, nowoczesny blender, ale w pogardzie mieli te nowoczesne udogodnienia. Z resztą! Juliusz Janusz z urządzenia wymontował wszystkie mutry i zamontował sobie w oczodołach, by móc wyraziściej patrzeć na Gabę. Tę wspaniałą kobietę, której ośmielił się nie kochać.
  • przymrozki 14.11.18, 19:09
    (X)
    Ignacy z obrzydzeniem spojrzał na przygotowane przez Różę śniadanie. Kobiety z jego rodziny, z właściwym swojej płci ograniczeniem spostrzegawczości, zawsze dawały sobie wcisnąć najgorsze kwarce i zjełczałe piaskowce. Nic dziwnego, że dzieci Róży wolały fizykę od łaciny, były takie nieudane po prostu z głodu. Ignacy rzucił Bobusiowi patyk, zachwiał się jednak i patyk trafił prosto w centrum szopy Szopów. Całość zaskrzypiała znacząco, głucho kaszlnęła i rozsypała się w drobny mak ucinając małej Mili obie nogi i kawałek lewej dłoni, a z Karolka zostawiając nieapetyczną miazgę, w której chyży Bernard natychmiast począł wiercić.
    - O, nie – załamał się Ignacy – źle rzuciłem, Bobuś nie złapał.

    Józinek patrzył na ciotkę Gabrysię z podziwem. Siedziała otoczona wianuszkiem pocieszających ją krewnych i była dzielna, taka dzielna. Szkoda, że atmosferę popsuła Róża i jej mąż łkając na własną ręką w kąciku. Ludzie potrafią być czasem strasznie skupieni na sobie.
    - Mamo – Fryderyk zaczął nieporadnie.
    - O, to ten mąż Róży, fizyk, zawsze zapominam jak ty masz na imię…
    - Fryderyk, mamo. To my już pojedziemy po Milę do szpitala…
    Gabriela omdlała i wylała morze łez, przy którym jej mąż usypał sobie dyskretną plażę i począł pić na niej wino z gwinta.
    - Nie trzeba, Ida już pojechała – wyjaśniła zdegustowana Karramba Rojek, córeczka Jędrusia i Chucherka. Babi patrzyła na to dziecko z prawdziwą dumą, ono nigdy nie wyszło z łazienki, dopóki jej gruntownie nie wyremontowało! Miało też etat w drukarni, obszywało Natalię i wyrabiało ciasto drożdżowe ciosami karate. A miało dopiero trzy miesiące!
    Brodacz z pociągu, szczęśliwy, że może być w tym miłym towarzystwie i grzać się w jego cieple, dostarczył telegram od Idy.
    „Siostry!
    Pamiętacie ostatni zajazd na Litwie z „Ogniem mieczem”? Takież to pandemonium zgotowano mi właśnie na powitanie. Upadek obyczajów, gdyby jeździł konno, galopowałby aż by się za nim kurzyło. Pomna twoich, Gabuniu, porad, nie całowałam się z nikim na tym lotnisku, na którym odbierałam Milę. Powiecie mi, siostry, że miałam odebrać ją ze szpitala. To prawda, lecz zapomniałam byłam, ha ha ha. Zadzwoniłam więc do szpitala, żeby Mila tu do mnie podeszła, bo nie chciało mi się ruszyć i tak to właśnie spotkałam nie zgadniecie, kogo. Klaudiusza! No i tak jakoś wyszło, że jednak się całowałam, nie mówcie Markowi, chyba że dopiero za kilka lat.
    PS Mila maruda. Nasza matka miała rację mówiąc, że nie wie, czy zatańczy na jej weselu. Z tą twarzą i bez nóg rozchwytywania na rynku matrymonialnym jej nie wróżę. To zupełnie inaczej niż moja Łusia. Noga wyrasta jej z absolutnie każdej wolnej przestrzeni, Łusia to w zasadzie jedna wielka noga”.
  • zuzudanslemetro 14.11.18, 20:27
    (XI)
    Łusia w kurniku wysiadywała właśnie jajka, bowiem szczerze wierzyła, że dzieci - podobnie jak chomiki i wiewiórki - wykluwają się z jajek.
    Tymczasem nad morzem łez wylanym przez Gabryjellę, stała chuda dziewczyna o zadzierzystym nosie i okularach. Bacznie przez nie lustrowała co ładniejsze egzemplarze samochodów. Wtem na plażę zajechał biały fiat mirafiori a z niego wysiadł - oh! - prawdziwy adonis. Niewprawnym ruchem zapalił papierosa, lekko zakaszlał zaciągając się nim i spojrzał z zainteresowaniem na dziewczynę na nadbrzeżu. Widząc to Aniella, bo była to ona w swej gibkiej postaci, ściągnęła natychmiastowo okulary i ukryła je w sutej fałdzie bikini. Po czym wdzięcznie zatrzepotała rzęsami.
    Adonis podszedł władczym krokiem do miejscowej piękności i porwał ją w ramiona. Zza wydmy przyglądały się temu Szara, Morska, Karramba, Ziutek, Glutek i Mucyk.
    - Cholera - powiedziała przez zęby Aniella, co trochę wybiło z szału uniesień adonisa. - Dzieciaki moich najbliższych przyjaciół. Chodźmy stąd.
    Wobec tak postawionej sprawy, adonis uznał, że Aniella jest już zdobyta. Zatem umieścił jej wypchane popiersie w swoim gabinecie, tuż obok zadu dzika zabitego ze strzelby wciąż zazdrośnie ściskanej przez grubego leśniczego.
  • przymrozki 15.11.18, 20:49
    (XII)

    Łusia zwołała specjalne rodzinne spotkanie, żeby poinformować bliskich o swoim jajku. Gratulacjom i śmiechom nie było końca, wujkowie gratulowali sobie i dziwowali jak należy. W całym tym nabiałowym rozgardiaszu Karramba spojrzała na małą Milę, taką biedną, bez męża, nóg i kawałka dłoni. Zastanawiała się, czy jej kuzynce, mimo że ma już 16 lat, nie jest przykro, że nie jest zaręczoną szczęściarą i że nie czeka na nią żadne jajko. Spojrzenie zdrowego oka Mili uspokoiło ją jednak - kuzynka leżała pod swoim respiratorem zupełnie nieprzytomna i nieświadoma nieszczęścia, które ją spotkało.

    - Przecież jajko to nie dziecko, Łucja nie mogła począć, bo nie zna męża! Czy w tym domu o niczym się z dziećmi nie rozmawia? – Fryderyk ciągle nie pasował do rodziny. Przynajmniej tyle że przestał wymachiwać palcem, Ignacy dawno mu go już odrąbał.
    - Młody człowieku – powiedziała Babi – gdybyśmy mieli potrzebę częstszego nazywania tego, co nas łączy, użylibyśmy raczej słowa „patologia”. Ale skoro już o tym mowa, dorobiliśmy się w tej materii prawdziwych sukcesów, spójrz na nasze dzieci, na nasze wnuki! Teraz będziemy mieć nasze pierwsze jajko, to będzie wielka radość, jajka tak pięknie pachną.
    Laura kopnęła Fryderyka konfrontacyjnie pod stołem.
    - Kupiliśmy też na jajko piękną podstawkę w Ikei, chociaż w domu jest ich już piętnaście. Ale to tak miło kupować jajkom nowe rzeczy.
    - Jajko to miłość, która stała się widzialna – wyjaśniła Gabriela, a Józinek zdechł z podziwu nad jej mądrością – i tak to właśnie jest, choćby nie wiem jak brykało.
    - Poczekaj tylko aż zobaczysz, jakie maniery będzie miało nasze jajko! Oko ci zbieleje – Ziutek z podziwem spojrzał na swoją siostrą, która dumnie mówi o sobie w pluralis maiestatis i nie jest uwiedzioną służącą z żadnej znanej mu książki.
    - Ja tam nie wiem – przyznał Grzegorz – bo nie znam się na jajkach, tylko na hodowli dziewczynek. Ale ja bym to jajko zostawił, jakoś może z raz spróbowałbym złapać z nim kontakt, a potem już całkiem bym je porzucił. Najchętniej w Wigilię. Chciałbym jednak, Łucjo, żebyś rozważyła nazwanie swojego jajka „Metody”. Co ty na to?
    - Tato, przepraszam – w Ignasiu odrodziła się na chwilę jego dziecięca ciekawość świata – ale to już któryś raz, jak wciskasz różnym ludziom to imię. To po jakimś twoim znajomym?
    - A nie wiem – przyznał Grzegorz – od kiedy twoja matka dowiedziała się, że jest z tobą w ciąży, całuje mnie tylko, gdy skończę czytać rozdział (i zdam trzyetapowy egzamin z jego znajomości). Ponieważ jestem nędzną namiastką mężczyzny, cudownym dzieckiem celofanu i kalarepy, zamiast z nią o tym pogadać, po prostu zacząłem czytać możliwie krótkie publikacje. Często na przykład czytam mój dowód osobisty i tam właśnie występuje bohater o tym imieniu. To chyba jakiś drugi tom „Imienia róży” – „Imię ojca”.
    - Przecież ty nigdy nie miałeś ojca – Ignaś był coraz bardziej zdziwiony.
    - Nie nigdy, tylko od pewnego czasu! – Grzegorz nie był nauczycielem, ale czasem pożyczał skróty myślowe od kolegów.
    - To jedz po ludzku! – rozkazała Babi.
    - Jędruś, jestem Jędruś!
    I tak właśnie rozmawiała ta rodzina wielbicieli szarad, łamigłówek, krzyżówek i „Szansy na sukces”. Róża w tle prasowała niezliczone ubranka dla jajek i tłumaczyła, czemu warto spać z jajkiem na piersi, a Ida krążyła wokół jak sęp z aparatem fotograficznym. Wiedziała, że prędzej czy później jajko przemieni się w napęczniałego od gazów zbuka, który wybuchnie subtelną nutą ohydnego smrodu wprost w czyjeś ślubne odzienie. Miała rację. Tak właśnie ślubne fatum dotknęło małą Karrambę.
  • potworia 17.11.18, 10:52
    Cześć i chwała Waszemu talentowi, którego płodami tak szczodrze i bezinteresownie się dzielicie:-)
  • krystalla 18.11.18, 15:24
    Jakież smakowite!! :)
  • zuzudanslemetro 18.11.18, 18:21
    (XIII)
    Róża i Laura, uroczyście ubrane w białe sukieneczki, koronkowe podkolanówki i lakierowane pantofelki, pełniły honory druhenek na ślubie Karamby. Niestety, w chwili wybuchu zbuka, wystraszona Różyczka, nie bez kozery zwana w rodzinie Pyzą, przydeptała rąbek welonu panny młodej.
    - Ty mał... mał... - zawyła Ida kozim sopranem. - Ty małgerytko!
    - Mamałygo - skorygowała mama Borejko.
    - Jeśli chodzi o Apsazję z Miletu - wtrącił się Ignacy Borejko, filolog klasyczny i bibliotekoznawca. - Bo o tym tu zdaje się mowa...
    - Ignacy! - syknęła Mila Borejko. - Daj już spokój Aspazji bo znów ci złamię rękę. Jak nakazuje nasza ślubna tradycja.
    Borejkowie byli niezwykle przywiązani do tradycji. To takie miłe, gdy ślub kolejne panny młode biorą w garsonce po księżnej Monaco a pieprz przechowują w cukiernicy z Kiejdan. Bądź kajdan.
    Jako, że tradycja rzecz święta, ślub małej Karamby uświetniła swoją obecnością Bella, córka Robrojka z pierwszego małżeństwa. Na tę okazję wybrała sukienkę z kokardką wiązaną w pasie, marynarskim kołnierzem, a głowę przystroiła słomkową panamą. Wyglądała w tym stroju słodko i uroczo.
    - Jesteś bardzo podobna do taty - skłamała Kłamczucha.
    - A wcale, że nie! - odpowiedziała Bella naprawiając wielkim kluczem francuskim organy Ladegasta. - Jestem podobna do mamy.
    Wszyscy przytaknęli, aczkolwiek wrażenie psuły wspaniałe sumiaste wąsy Belli, dokładnie takie jakie przyozdabiały twarz poczciwego Robrojka. Bardzo w stylu marszałka Piłsudskiego.
  • przymrozki 18.11.18, 22:07
    (XIV)
    Natalia siedziała pod łóżkiem w domu Patrycji z bardzo wydłużonym nosem. Wesele jej wnuczki na Stadionie Narodowym trwało już drugi dzień. Nutria rozumiała, oczywiście, że stadion ma swoje ograniczenia ilościowe i jeżeli chciało się zaprosić Lonię, Ulkę Kołodziejankę i psa Zbysława, dla niej, Natalii, miejsca wystarczyć nie mogło. Początkowo zamierzała czekać na Gabrysię (jak ona kochała tę swoją świetną, dzielną siostrę!) na Roosevelta, gdzie Gaba przeniosła się, by być bliżej Ignasia i jego żony - zrobiła im tam uroczy kącik do spania oddzielony od jej sypialni ażurową konstrukcją z piórek i światełek choinkowych. Niestety, w światełkach zrobiło się zwarcie, a od iskry zapaliła się ruda sztruksowa kanapa pełna przytulnych poduch w kolorze musztardy z Dijon (i pachnących też, rzecz ciekawa, musztardą z Dijon). Natalia wyszła zatem z domu, zamknęła drzwi, by utrudnić pracę strażakom, o ile ktoś w ogóle zdąży ich wezwać, pojechała do Górskich i szybko schowała pod łóżkiem Patrycji. Szkoda, że jej starszy syn był jeszcze takim brzdącem, ledwo skończył pięćdziesiąt lat. Czuła bowiem, że wsłuchiwanie się w wiązankę przekleństw przyniosłoby jej ukojenie.

    - I dużo, dużo dzieci – Babi złożyła Karrambie najpiękniejsze ślubne życzenia pochylając się z czułością nad nosidełkiem z kontenerków po Pepsi, w którym panna młoda smacznie przesypiała tę część imprezy. Rodzina Chucherka uważała, że to urocze - taka czysta, borejkowska miłość do nowych dzieci. Józinek wiedział jednak lepiej, o co chodziło. Babi uwielbiała szynkę z przedszkolaków, sam doskonale pamiętał uścisk jej sękatych zębów na swoich pośladkach.

    Wszyscy musieli jednak przyznać, że ślub Karramby był bardzo udany. Szczególnie dumna była Ida. Dzięki czujnemu oku i refleksowi, zrobiła zdjęcie Jędrusia i Chucherka przewijających Karrambę na schodach przy ołtarzu akurat w momencie składania przysięgi. Pan młody, wnuk Aurelii i Konrada, Laktokontrol Bitner, według relacji swojej matki, Gabrieli, kopał w tym momencie szczególnie raźno. W każdym razie na USG wszyscy wyglądali na bardzo ze sobą związanych. Następnego dnia Aga ze wzruszeniem umieściła fotografię na pręgierzu, z którego tak miło zwisał jej mąż, cały w kapuście i pomidorach. Niezwykle wręcz zabawne było szkarłatne „miągwa” wykaligrafowane przez Józinka nożem do kiełbasy na wątłej piersi kuzyna. Gaba cieszyła się, że chłopcy dogaduje się i czerpią od siebie nawzajem to, co najcenniejsze, by wyrosnąć na świetne kobiety, które czytają Audena i nie dają sobie w kaszę dmuchać.

    Wesele rozwijało się. Najbardziej pobity był Janusz Pyziak, który wpadł najpierw w ręce Józinka, potem Ignacego, a potem jeszcze do KitchenAida. Najpiękniej ubrana była jak zwykle Łusia, której żółte róże świetnie pasowały do ziemistej cery. Najdawniej niewidzianym gościem był Florek, który spędził w więzieniu kilka lat za prowadzenie różnorakich biznesów bez wymaganych prawem zgód oraz przetrzymywanie zwierząt w niedostosowanych do tego warunkach. Najbardziej w ciąży była zaś Laura, która znudzona ceremonią grała w szalecie z wujem Markiem w makao no i tak jakoś wyszło.

    Rodzina nie wiedziała jednak, że za trzy miesiące na sali porodowej mały pan młody okaże się dużą, zdrową dziewczynką, która zamieszka z żoną na Roosevelta. Panie Bitnerowe będą wąchały tylko cudze dzieci i łkały w mankiet nad jałowością swojego bezdzietnego związku, a potem umrą pod płotem i nikomu nawet nie będzie chciało się ich zakopać. Hi hi.
  • ponis1990 24.11.18, 13:07
    To jest cudowne :D

    --
    Lubię placki
  • zuzudanslemetro 25.11.18, 15:17
    (XV)
    O dziwo, z pomocą przybyli dawno nie widziani, bracia Lisieccy. Nie była to może pełna pomoc, bo zamiast zakopać ciała, zaczęli je pod tym płotem po prostu kopać. Ale przecież rodzina Borejków nie była małostkowa a liczył się gest.
    Lepsza i grubsza od Robin Hooda Ida, patrzyła z zadowoleniem na ten wykwit jej zabiegów wychowawczych polegający na malowaniu urwisów na zielono na zmianę z prowokowaniem wymiotów.
    Ach! Jakże miło było spoglądać na te zresocjalizowane dzieci ulicy! Na ich zapał w niesieniu pomocy! Na to ich wyrwanie się z patologicznych warunków ustrojonych z rozwagą w bistor i niemiecką kiełbasę!
  • przymrozki 27.11.18, 10:18
    (XVI)
    Pani Lisiecka weszła do mieszkania na Roosevelta spowita w złoto, które mieniło się na zgięciach, a u dołu sukni wybuchało feerią tęczowych kryształków. Na sznurku, jak na smyczy, ciągnęła za sobą plazmowy telewizor, a synowie rozwijali jej przed nogami tafle lśniącego gumoleum. Pani Lisiecka nie chciała powalać brokatowych trzewiczków (kupnych – nie po matce!) o inteligencki parkiet.

    - Od kopania waszych krewnych, moi synowi mają zielone buty! – krzyknęła pani Lisiecka wyciągając oskarżycielsko palec zwieńczony pstrokatym paznokciem. Matka Jarka i Marka spędziła nad swoim, jak to mawiała, „maniekurę” cały poranek, mimo że żaden z jej synów się nie żenił, więc nie było po temu obiektywnej okazji. Józinek miał wielką ochotę, żeby Adaaam, co to za świetny gość!, zdarł pani Lisieckiej te próżne ozdóbki za pomocą papieru ściernego i pumeksu. Młody Pałys nosił nawet z myślą o podobnej okazji stosowne narzędzia w kieszeni swoich legginsów ze srebrnej nitki. Niestety, Adaaam utknął w drzwiach szaletu z resztek po pawilonie róż i dopóki nie strawi zjedzonej rano kanapki z miodem, będzie niedostępny.
    - Mają zielone buty, bo kopali trupy butami, kruba growo – ujawniła konfidencjonalnie Ida zjadając Jarka Lisieckiego in toto, a Patrycja umarła ze śmiechu z powodu zabawnego przejęzyczenia siostry. Nic z różowego wieloryba nie zostało jednak stracone, Józinek sprawnie wyfiletował ciotkę.

    Mila stała po przeciwległej stronie korytarza jak symbol wartości. Całym swoim jestestwem kontrastowała z Lisiecką i jej brzydką czaszką. Gościa szczególnie ubódł fakt, że stuletni kostiumik Babi był cały zdobny w szubienice. Pani Lisiecka aż fuknęła z dezaprobaty, w jej domu dzieciom nie wolno było wieszać się na matce.
  • sayoasiel 27.11.18, 21:06
    Oj, bo ja zaraz umrę ze śmiechu i kto mnie wyfiletuje ?
  • zuzudanslemetro 27.11.18, 11:15
    (XVII)
    W domu pani Lisieckiej z rozwagą podchodziło się do dóbr materialnych, z uwagą lokowanych w lakierowanych parkietach, sznurach konopnych i tekturze o smaku szynki, którą przystrajało się kanapki dla tej niewdzięcznicy, Aurelii de domo Jedwabińskiej, primo voto Bittner, a secundo voto jeszcze nie wiadomo, chociaż z gorących pocałunków, jakimi obdarzała Maćka Ogorzałkę, można było wyciągać pewne wnioski.
    Aurelia nie tylko czuła się niewdzięcznicą, ale również niewolnicą (uczuć) oraz ladacznicą (zdradzała wszak męża) i zdrajczynią (zdradzała przyjaciółkę). Pocałunki, jakimi obsypywała obiekt swojej obsesji, zraszała rzęsistymi łzami. Józinek spojrzał na to z dezaprobatą. Masz ci los! Jeszcze i to! Mało to się ciocia Gabrysia, ta dzielna, bardzo dzielna kobieta, wycierpiała? Jeszcze i Aurelia musi przysparzać jej smutków?!
    - Tygrysku - poprosiła łagodnie Gabrysia, a dzielna grzywka opadła jej łagodnym skrzydłem na piegowaty nos. - Tygrysku, proszę cię bardzo, zabierz Aurelię do kąpieli karnej w rynnie gdyż jest grzesznicą. Gdyby była głodna to na stole leżą linijki i łyżka. Wiesz oczywiście, co zrobić?
    Laura prychnęła lekceważąco, kładąc się w butach do łóżka. Ponieważ łóżko wydało jej się jeszcze za mało zbrukane, wyciągnęła ze wszystkich zakamarków buty całej rodziny, łącznie z różowymi adidaskami Ignasia i ślubnymi pantoflami Idy, rozmiar 56. Z pomocą pospieszył jej dziadek Ignacy, którego palec losu spotkał z docentem i jego obfitą żoną. Zdarł z wdziękiem Humpreya Bogarta (a może to był pies Huckelbery?... Ignacemu Borejko wciąż się myliły te prostackie postacie pop kultury) zielone pantofle z żony docenta i z pietyzmem umieścił je w łóżku Laury. Tuż obok kiełbasy białej z białkiem roślinnym, mrożonego morszczuka i sera o smaku gumy balonowej.
  • przymrozki 28.11.18, 19:49
    (XVIII)
    Lawina butów pokryła sprawiedliwą warstwą wyżyny i doliny barłogu w dużym pokoju, w którym miała przecież zlec Babi i to wraz ze swoją chorobą alkoholową. Gabriela, niczym rycerz światłości, wkroczyła na scenę, by kilkoma zamaszystymi ruchami pościelić matce jej łoże boleści. Zakasała swój pomarszczony kostium, zarzuciła zmarszczki za uszy i już miała brać się do formowania z zimowych sandałków Ignasia puszystej poduszki, gdy Mila wbiła jej w aortę szpilkę pani Lisieckiej.

    - Za dużo masz pracy – wystękała Babi potępiając w myślach wszystkie nastoletnie stare panny ze swojej rodziny.
    - To nie powód do wylewania krwi, zwłaszcza mojej – ubierała się Gaba blokując dziurę w szyi lakierowanymi gałkami do kuchennych szafek. Grześ zrobił ostatnio przyjemny mały remoncik, dzięki któremu ich po inteligencku ubogie trzydrzwiowe szafy gdańskie i pozłacane krzesła, na których siadywał Napoelon, zyskały elegancką oprawę i nie musiały wstydzić się swoich niskich dochodów. Szczególnie urocze były właśnie lakierowane, diamentowe gałki, które zostały Fidelisom z budowy chlewni.
    - Zawołaj dziewczynki – Mila nie mogła znieść widoku swojej zapracowanej pierworodnej córki, a i samej nie chciało jej się brać do roboty – one w ogóle ci nie pomagają. A już najmniej Laura, niedobre dziecko!
    - Dobre, dobre, tylko rogate – omdlewająca z braku krwi Gabriela zdążyła uśmiechnąć się w myśli do wspomnień, kiedy to we własnym małżeńskim łożu pomogła przyprawić rogi swojej średniej pociesze. Zdaje się, że nawet nie poczekali aż Grzegorz wyjdzie z pokoju, biedak, musiał po nich potem pościelić i jeszcze pomyć naczynia po Bernardzie. Gabrysia śmiała się z tego cały wieczór.

    - Daj, mamo – na scenę wkroczyła Róża, bohaterka i pupilka rodziny, wzięła babcię na ręce, ta pusta przestrzeń w jej ramionach w końcu się wypełniła – ja pohuśtam tłuściocha, ty się tu spokojnie wykrwawiaj. A czy wiesz, Babi, że razem z klasą wyjeżdżam do Rzymu?
    - Ciekawe jak, ryży ciulu. Jako nieletnia potrzebujesz do otrzymania paszportu zgody obojga rodziców. Tymczasem twój ojciec nie daje znaku życia od lat trzynastu, a ojczym woli spędzać rocznice swojego ślubu z Bernardem niż cię adoptować.

    Róża patrzyła przez okno i czuła się jakby unosił ją różowy obłoczek. Była szczęśliwa i spełniona, Babi fantastycznie umie wspierać w trudnych sytuacjach.
  • potworia 28.11.18, 21:08
    Płaczę.
  • loreii 28.11.18, 21:55
    Więcej :)

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka