Sprawozdanie z podrozy I Dodaj do ulubionych

  • drzewko
  • od najstarszego
  • od najnowszego
  • drzewko odwrotne
  • Zaplanowalam sobie trase i wyjechalam w glab Stanow. Mialam jechac z dwoma
    chlopcami, niestety pojechalam z jednym. Zapomnij...
    Jezdze juz od trasznie wielu lat i z podziwem patrze jak swiat jest obecnie
    zorganizowany, nawet w porownaniu sprzed kilkoma laty. Wiadomo - internet.
    Wszystko sprawdzisz, wszystko "zaklepiesz", odpowiedz dostaniesz
    blyskawicznie, wszystkie mapki dojazdowe wydrukujesz. Tyle, ze dawniej nigdy
    nie jezdzilam ze skoroszytem (no, przezroczysta koszulka) na dokumenty,
    tylko z zeszytem. A teraz wszystko pospinane, wyciaga sie w kolejnosci.
    Poczatek podrozy troche kompromitujacy - Las Vegas. Nawet rodzice chlopaka
    watpili, czy to madre. Ale madre, madre. Do Las Vegas zawsze sa tanie bilety
    i wypozyczenie samochodu, na ceny hotelu tez nie mozna narzekac. I jest to
    wspaniale miejsce wypadowe na zachod, czyli do Kaliforni, i na wschod, gdzie
    ja sie udalam.
    Wiec po 5 godzinach ladujemy w L.V. i zyskujemy 3 godziny czasu. Spod
    lotniska jedziemy autobusem "mojej" sieci do wypozyczalni. Tych przystankow
    przy lotnisku roznych sieci bylo z 15. Samochodzik wypozyczamy w tri miga,
    (zarezerwowalam sredniej wielkosci), chociaz zacielam sie nad tym, ktora
    wersje napelnienia baku przy oddawaniu wybrac. Wybralam najprostsza -
    przedplacilam, trzeba tylko pilnowac, zeby wrocic z pustym bakiem, ale
    jednak jeszcze dojechac. Pan z okienka kaze nam isc na plac np. 7b.
    Dochodzimy, znudzona murzynka zatacza reka kolo, wez se ktory chcesz.
    Wybralam czerwony, jak podeszlismy okazalo sie, ze jest to dodge stratus. Nic
    mi to nie mowi, ale przynajmniej ladnie go wypucowali i na liczniku ma 10tys.
    mil. Na Ameryke to nowka. Nie wiem co oni robia potem z tymi autami, ale
    zawsze pozyczalam auta z tak malym przebiegiem. No to jedziemy. Pierwsza
    mapka w ruch. Do hotelu Tropicana, nie tylko, ze tani, z pieknymi lagunami,
    ale i blisko lotniska. Porzucamy auto na parkingu, pokoj na 26 pietrze ze
    wspaniala panorama, przed nami zespol hotelowy Nowy Jork, Nowy Jork - czyli
    rozne elementy charakterystyczne z NY. Juz to kiedys widzialam, ale nie
    pamietam, czy byly wtedy budynki WTC, czy nie.
    Idziemy w miasto. Wiekszosc "najwazniejszych" hoteli, w tym i nasz miesci
    sie przy aleji nazywanej popularnie strip. Z internetu i poprzedniej
    wycieczki mam wypisane najwazniejsze darmowe atrakcje i takie nieco platne. A
    to przed hotelem Belaggio co pol godziny pokaz fontann z muzyka, przed
    innym co 15 min. pokaz erupcji wulkanow. Przed hotel Treasure Island (Wyspa
    Skarbow) idziemy na bitwe morska piratow. Okazuje sie, ze po latach zmienili,
    teraz walcza syreny. Gdzie im sie umywac do piratow. Oczywiscie po drodze
    zagladamy do roznych hoteli. W kazdym parter zajmuje kasyno tysiace metrow
    kwadratowych i tysiace maszyn, stolikow itd. Dzieciom wstep wzbroniony, ale
    nie ma innej mozliwosci, azeby przejsc do tych molochow hotelowych, zespolow
    sklepowych. Wiec moj towarzysz, bardzo dobrze nieletni zaliczyl tak na oko
    powierzchnie kasynowa wielkosci dwoch boisk. Na zakonczenie wieczoru chcemy
    dostac sie na wieze w hotelu Stratosphere, gdzie z wysokosci stu i kilku
    pieter mozna ogladac panorame miasta. Jeszcze kilka pieter wyzej umieszczone
    sa trzy karuzele. Mozna zawirowac na wysokosci 113 pietra nad miastem.
    Wracamy autobusem, pelen turystow, jest po polnocy a na jezdniach taki
    tlok, ze ledwo sie poruszamy. Moj chlopak spi z otwartymi oczami, kiedy o
    pierwszej w nocy wreszcie dojezdzamy. Wszak w NY jest juz 4-ta rano.
    Nastepnego ranka jestem wyrozumiala i nie robie mu pobudki, chociaz mnie juz
    nosi, pospacertowalam po zespole basenowym, ktory udaje laguny tropikalne,
    sprawdzilam, gdzie najtaniej zjesc, jak dojsc do sasiednich zespolow
    hotelowych i w koncu budze - proponuje te laguny. "Ja to wode mam, to idziemy
    dzis na jakis show?" Sprawdzamy, na jaki mozna by pojsc. Niewiele jest tzw.
    familijnych, ze wpuszcza chlopaka, w koncu cos sie tam znajduje. W zespole
    hotelowo-kasynowo-mallowym Aladdin. Zamawiamy telefonicznie i w droge. Nie
    umiem dokladnie opisac na czym polegaja te zespoly hotelowe. W kazdym razie
    wiele "robi" w temacie jak sie nazywaja. Np. w Caesars Palace wszystko
    jest na wzor rzymski. Kolumny, fontanny, rzezby, pomniki w srodku i na
    zewnatrz. Pasaz handlowy ma z km dlugosci. Takie cos jak sukiennice, tylko
    luk sklepienia to niebo poznym popoludniem, jak zywe. Miala nawet pretensje
    dlaczego sie chmury nie poruszaja i nie wschodzi ksiezyc. Po drodze kilka
    starozytno- rzymskich placow. A co? Nie mozna. Najbardziej mnie dreczy
    zagadka ekonomiczna. W calym L.V jest wlasnie w takich pasazach handlowych po
    sztucznym niebem zgromadzonych tysiace i tysiace sklepow najdrozszych firm z
    calego swiata i praktycznie nikt, nigdy w nich nic nie kupuje. Na czym to
    polega. Co rusz sklepy Armaniego, czy Huga Bossa z garniturami - kto
    przyjezdza tutaj kupic sobie garnitur. Ba, nawet widzialam sklepy firmowe
    mebli wloskich.
    Idziemy do poleconego, a niedawno otwartego zespolu o nazwie Wenecja. Tez
    pod dachem niebowym, czy tez niebem dachowym. Wenecja - jak zywa. Kilka
    placow swietego Marka, mostkow nad kanalami. A kanalami mozna poplynac -
    gondola. Kanalami pod tym sztucznym niebem, ale tez i prawdziwym. Wsiadamy do
    gondoli wraz z para jakis angielsko-jezycznych Azjatow. Nasz gondolier zasuwa
    wloskie o sole mia, przed nami para slubna, nie wiedziec czemu w czarnej
    gondoli, na brzegach zespoly zasuwaja rzewne piesni, a ludzie bija kolorowym
    nowozencom brawo. Nasz gondolier byl przezabawny, dawno sie tak nie
    zesmialam. Po wyjsciu ogladamy zrobione nam zdjecie. Mowie do chlopaka - masz
    dowod, juz nie musisz jechac do Wenecji, a jak tu czysciutko, nowiutko i nie
    smierdzi. W koncu docieramy do naszego Aladyna. O Jezu, a jakie tam piekne
    niebo, Alhambra i inne dziwy arabskie, i sklepy Diora i dla innych
    milionerow. Po show jedziemy do hotelu. Taka mloda godzina, po dziesiatej.
    Wiec jeszcze "podskakujemy" do zespolu Luxor, co to robi za starozytny Egipt.
    Jest w ksztalcie piramidy, wiec windy w srodku jada na pietra pod katem. Mam
    slabosc do atrakcyjnych wind. Przejezdzamy sie dwa razy. Potem zatrzymujemy
    sie pod iglica, ktora wypuszcza smuge swiatla w kosmos. podobno oprocz
    chinskiego muru tylko ja widac ze statkow kosmicznych.
    No to spac i prosze nie wydziwiac, ze to wszystko jest straszne. Ale jakie
    kolorowe, jakie kiczowate. Czy myslicie, ze projektanci, architekci to
    skonczoni idioci. Taka jest konwencja tej zabawy, mysle, ze i ci co
    projektuja maja niezla zabawe, nic nie ogranicza ich fantazji i nonensu.
    ogrom tego wszystkiego poraza. Hotele maja od dwoch do pieciu tysiecy pokoi.
    I wszystko dziala jak w zegarku, byle sie nie zgubic w roznych skrzydlach,
    pasazach itd. Cale miasto i hotele polaczone sa naziemnymi przejsciami. Z
    jednego hotelu do drugiego. I ciagle buduja sie nowe. C.D. zaraz
    • Teraz nieco podloza ekonomiczno - historycznego. Nevada to ogromny stan,
      ktorego cala powierzchnia to pustynia. Kazdy z nas wie o probach jadrowych
      wlasnie w Nevadzie, o skladowaniu tutaj odpadow jadrowych. Troche mormonow,
      troche innych tu zamieszkalo, cnotliwe to byly rejony, skoro jeszcze w 1911
      roku wydano ukaz o calkowitym zakazie grania w cokolwiek - nawet w karty.
      Jednak wszelkie goraczki zlota, czy innych pierwiastkow nie wypalily, troche
      ludzi sie ostalo, trzeba bylo cos zrobic z nimi na tej pustyni, a wladze
      stanowe potrzebowaly jakis pieniedzy. I w roku 1931 zalegalizowano hazard,
      zaczeto wydawac pierwsze licencje. Z uzyskanych pieniedzy administracja stanowa
      ustawowo przeznaczyla 43% na rozwoj oswiaty. Gracze oczywiscie od razu sie
      znalezli. Wszak 30 mil dalej, wprawdzie juz w Arizonie, pracowalo ponad piec
      tysiecy robotnikow przy budowie dumy z dziedziny inzynieryjnej Ameryki - tamy
      na rzece Kolorado. Dam Hoover. Chlopaki pracowali duzo, ale w tych krotkich
      chwilach wytchnienia co mieli robic, jak nie zagrac. W Ameryce szalal kryzys
      lat 30-tych, ale jednak jakos to sie zaczelo krecic. I coraz bardziej sie
      rozkreca. L.V to jedno z najbardziej preznie rozwijajacych sie miast,
      przybywaja tu ludzie, aby pracowac, z calych Stanow. Jeszcze w latach 30-tych
      mieszkalo to kilka tysiecy, teraz pol miliona, a w calym powiecie milion
      trzysta, gdy cala ludnosc Nevady wynosi mniej niz dwa miliony ludzi.
      Osobiscie nie chcialabym tam zyc. Nie oszukujmy sie, poza zielonym i kolorowym
      Strip i okolicami to w dalszym ciagu jest tylko pustynia. Miasto tworza
      kilometry w kazdym kierunku pobudowanych osiedli domkow. Jednakowe, rozne,
      ogrodki to naogol zwir, kilka kamieni i ze dwa drzewa nie wymagajace
      podlewania. Moze i maja ogrodki z trawami, ale ile to kosztuje, a moze i tak
      nie wolno podlewac? Ale to ja glownie tak wydziwiam, ludzie ciagna tu nie
      tylko, zeby pograc, ale zeby zyc, a co najbardziej mnie zadziwia - kupuja na
      tej pustyni wakacyjne domy....bo oni, i tesciowie i dziadkowie lubia sobie
      pograc i skorzystac z uciech miasta. Miasto to stalo sie miejscem rozlicznych
      konwencji i wystaw. To tu odbywaja sie najwazniejsze swiatowe targi
      elektroniczne, tez samochodowe... To tu zatrzymuja sie najwazniejsze wystawy.
      Zaliczylismy tu z moim Olafkiem wielce pouczajaca, a takze wstrzasajaca wystawe
      p.t. Body (cialo) - w NY nie mial z nim kto isc, bo wystawa dla ludzi o
      odpornych nerwach. Spreparowany prawdziwy (kiedys) czlowiek, znaczy sie ludzie.
      Przekroje miesni, skora, organy trawienne, pluco- serce, uklad krazenia, nerki
      i co tam jeszcze mamy. Wszystko z doskonalymi opisami, wszedzie podkreslany
      szacunek dla zwlok jaki zostal zachowany. Ja juz przysiegalam sobie, ze
      zostane wegetarianka, a moj towarzysz nie opuscil najmniejszego organiku i
      opisu. Zreszta nie on jeden.
      Tu tez wystepuja wybitni artysci. Jednorazowo, czy na kilkuletnich
      kontraktach, czasami taki artysta chce chociaz troche pomieszkac w jednym
      miejscu. Moze to zrobic w L.V. , to publicznosc podrozuje , a nie on. A wogole
      to tzw. Konwencje (w siermieznej Polsce nazywalo sie to q....konferecje, a jak
      teraz?) kwitna tu jak najbardziej. Wiadomo. Zeby troszke "upowaznic" L.V to
      napisze tylko, ze jest tu na Uniwersytecie najpowazniejszy w skali swiatowej
      instytut badan pustyni.
      Wiec nie potepiajmy tak bardzo glupote, kicz i co tylko w tym miescie grzechu.
      Zobaczmy tez przedsiebiorczosc mieszkancow tej strasznie niegoscinnej ziemi.
      Nie zalaczam zadnych zdjec - wiadomo. Jesli ktos chce sobie cos zobaczyc,
      mozna wpisac Las Vegas - photos i dostaniemy ogromna ilosc mozliwosci.
      Najlepiej popatrzec na np hotele Luxor, MGM, Belaggio, Caesars Palace,
      Venetian. I powiekszac tylko te, gdzie widac budowle, pomniki, bo reszte to
      naprawde nie warto. Moze wogole nie warto, nie ma obowiazku.
      P.S. Dalszy ciag juz bedzie z wyzszej polki turystycznej. Dobranoc.
      • Tv mi mignal i zgasnal, na wieki. W drugim pokoju mam inny, ale go porzucilam,
        nie wchodze z nim w ogladanie. Wiec cos jeszcze napisze.
        Nastepnego dnia ruszamy w kierunku wspomnianej juz tamy - im. prezydenta
        Hoovera. Tylko jeden U-turn na glownej ulicy L.V. (bo w zlym kierunku jechalam)
        i juz droga prosta jak strzala. Oczywiscie, przyjezdzamy wczesnie. Od razu
        zalapujemy sie na film o budowie i danych technicznych tamy. Oprocz Amerykanow,
        to chyba tylko jeszcze ruskie umieli robic tak piekne techniczno - patriotyczne
        filmy. Potem wycieczka wglab tamy - do generatorow. Panienka wyjasnia jak
        dziala przeplyw wody, jakie giga, ile cementu. Elektrownia zaopatruje w energie
        nie tylko malutka ludnosciowo Nevade, ale dostarcza 75% energii jaka potrzebuje
        Kalifornia, ktorej ilosc ludnosci jest zblizona do Polski. Mloda Arizonianka,
        ktora oprowadza z satysfakcja mowi, ze juz wkrotce Kalifornia bedzie musiala
        po 75 latach renegocjowac ilosc i warunki dostawy energii. Czulo sie w glosie,
        ze pokaza tym pyszalkowatym Kalafonczykom. Bez ironii, to wielkie zbawienie dla
        tego pustynnego rejonu - woda i energia. Mowi sie tez oczywiscie o miejscu
        rekreacyjnym, wszak powstala "Solina" liczy ponad dwiescie kilometrow dlugosci.
        Dlatego po drodze mozna spotkac zupelnie abstrakcyjne obrazki, przy domach na
        tym pustynnym pustkowiu stoja potezne lodzie, albo takiez ciagna na lawetach
        auta.
        Acha, dla niezorientowanych, pustynie - to na swiecie w niewielkim stopniu cos
        takiego jak Sahara - piasek. Pustynie to skaly, zbita ziemia, pyliste tereny, z
        glazami, jakas wielce mizerna, roslinnoscia. Te pustynie na krociutki okres
        ozywaja na wiosne. Nawet slynna Dolina Smierci (gdzie zanotowano najwyzsza
        temperature na swiecie) zamienia sie na wiosne w kwitnacy kobierzec. Niestety
        nie widzialam tego, ale tak pisza.
        Po tamie jedziemy do miejscowosci, ktora jest baza wypadowa do Grand Kanionu.
        Miescina kilkutysieczna - Williams od nazwiska jednego z pierwszych odkrywcow
        i propagatorow Grand Kanionu. W miasteczku mnostwo ludzi w granatowych
        podkoszulkach z napisem - spotkanie rodziny Williamsow- 2006. Sami blondyni, w
        tych terenach jeszcze sie nie mieszaja rasowo. A zjazdy rodzinne to bardzo
        popularna impreza w Stanach. Historii ten kraj podobno nie ma, to kultywuja
        swoja kilku, a czasem nawet kilkunasto - pokoleniowe historie rodzinne. W
        czasie kolacji pani kelnerka w restauracji radzi nam przerwac i wrocic potem.
        Bo na ulicy kilku miejscowych panow odstawia westernowy show. Moze nie jest to
        najwyzszej klasy, ale ludzie sie zasmiewaja, strzaly z pistoletow az za glosne,
        nadjezdza jakis dylizans. Napracowaly sie chlopaki, trzeba cos wrzucic do
        wystawionego pudla. Zabieram gdzies po drodze ksiazeczke z real estate. Za ile
        tu mozna kupic dom. Wcale nie tak tanio. A ta miescina Williams ma nawet down
        town (po amerykansku tak sie nazywa centrum) i domy wyroznione, ze sa przy
        tym down town kosztuja juz jak w stanie NY. No to nie kupie. O, jakie tu juz
        dobre powietrze, zostawilismy podmuchy pustyni Nevady. Wieczorek rzeski, dzien
        dobrze cieply, ale bez zaduchu, zimy ostre i prawdziwe. Do Arizony przeprowadza
        sie wielu, takze Polakow. Mysle, ze tez ze wzgledu na uczciwe 4 pory roku.
        Przynajmniej w niektorych obszarach. Troszke przesadzam z tym wspanialym
        klimatem, wlaczamy w pokoju tv, a w miescie Tuscon bylo dzisiaj 107 stopni F.
        Nie przeliczam Wam, ale goraczka 104 jest wielce alarmujaca.
        Rano jedziemy do Grand Kanion. Kilka lat temu jechalam ta trasa w nocy, bo
        zagadalam sie z siostra i przejechalysmy przeszlo 100mil, czyli 160 km, potem
        okazalo sie, ze znow w druga strone przejechalysmy, bo nie przeczytalam
        dokladnie, gdzie mamy hotel i wyszlo, ze jechalysmy w koncu noca. Wydawalo mi
        sie wtedy gorzyscie i lesiscie i kreto. Za dnia okazalo sie, ze lasy i gory
        ukradli i droga prosta jak prosta miedzy dwoma punktami. To wtedy pobladzilam,
        czy teraz, chol...?
        Grand Kanion to cos niesamowitego. Zadne zdjecie tego nie odda, ale akurat
        to naprawde polecam wpisac sobie Grand Kanion - photos. Moze poczujecie ta
        potege natury? Najlepiej do krawedzi isc z zamknietymi oczami i otworzyc je juz
        nad wspanialosciami. Wzdluz krawedzi mozna poruszac sie na nozkach, przy pomocy
        wlasnego auta, i autobusow darmowych, ktory zabiora cie z rozlicznych
        przystankow. Popularna jest odwrotnosc do wspinaczki - schodzaczka wglab,
        schodzi sie jakies 3-4 godziny, na powrot trzeba przeznaczyc 2,3 razy wiecej
        czasu. Najwazniejsze ostrzezenia - to zaopatrz sie w odpowiednia ilosc wody.
        Na dole, przy brzegu rzeki jest camping, gdzie miejsca trzeba rezerwowac na co
        najmniej rok naprzod, a butelka wody kosztuje wiele dolarow. Trase mozna odbyc
        tez na mulach. My oczywiscie zeszlismy tylko jakies pol godziny w dol. Moge
        powiedziec, ze glownie odstraszyl nas smrod mulowych odchodow, ale to
        nieprawda. Kanion mozna tez eksplorowac z helikoptera czy samolotu, a takze
        wielce popularne sa wielodniowe splywy pontonowe rzeka Kolorado.
        W zwiazku z roznymi atrakcjami turystyczno - krajoznawczymi slysze
        slowo "zadeptany". Kanion tez ma byc zadeptany, nie wiem w jakim sposob.
        Wszystko jest tak zgrabnie zorganizowane, ludzie nie chodza sobie po pietach
        ani wzdluz trasy widokowej, ani punktow widokowych. Tylko sie cieszyc, ze
        jeszcze sa tacy, ktorzy chca cos zobaczyc nie tylko na ekranie takim czy
        siakim. Na teranie parku jest kilka hoteli, schronisk, kamping, trasy.
        Zaliczamy jedna , niewielka - inne te lasy niz w Polsce. A potem jazda do
        Rezerwatu Indian Navajo. Ten rezerwat to tak na oko zajmuje jedna czwarta
        obszaru Arizony. Zarezerwowane mamy nocleg w miescie Tuba, juz bylo cos
        wczesniej podejrzane, w calej Tubie tylko jeden motel, no ale teraz juz ide
        spac , a najpierw poczytac zalegla Polityke.
        • Maryno jestes fantastyczna! Nie wiedzialam,ze tyle czasu moge wytrzymac nie
          wypuszczajac powietrzasmileTego mi bylo trzeba.
          Czulam sie jakbym tam byla. Mialam na poczatku zal,ze nie wklejasz fotek co
          kilka linijek, ale ....dawno nie uruchamialam wyobrazni, a dzieki Twojemu
          opisowi sama sie wlaczyla/ i cala moja galeria z roznych filmow i reportazy/.
          Mam nadzieje,ze doczekam jakiejs forumowej rocznicowej / na 5-latke?smile/
          imprezy/ chocby wirtualnej, ze zapracowany ADM zamaist tortu rozesle nam
          osobiste "wizje z komentarzem" w tle, po nacisniecu na odpowiednie fotkismile)/
          ktore kazdy z nas przygotuje/. Rozmarzylam sie w iscie amerykanskim stylu....
          Dzieki Maryno.
          • Mam wspaniałe zajęcie na niedzielne przedpołudnie - atlas w garść i śledzenie
            wyprawy Marynysmile
            --
            Niebo gwiaździste nade mną i prawo moralne we mnie.
            Kant
            • jak kazdy post Maryny przeczytalem z przyjemnoscia.
              Nie bylem i (chyba) nigdy nie poznam Zach. czesci USA.
              Nie lubie podrozowac ale ze (chyba) na wlasne oczy nie zobacze Grand Kanion
              czy Monument Valley z "Marlboro krajobrazem" - troche mnie zal sad.

              Poczytam sobie przynajmniej w Twoich sprawozdaniach - Maryno smile
              pozdr.
              pE

              ps.
              malenka notka: klasyczne (profesjonalne) gondole w Wenecji sa tradycyjnie czarne
              wiec spotkani przez Ciebie w LV nowozency wiedzieli co robia! - wsiedli
              do "orginalu" smile)
              • Maryno, dziekuje za swietne, ciekawe, plastyczne.... podrozy opisanie smile)
                Dolaczam do poprzednich, juz niezly tomik sie byl zebral.
              • Dziekuje za mile slowa i uwage Pp. Jak wiecie pisze to na kolanie, czyli od
                reki, czyli od klawiatury, to na pewno jest duzo bledow merytorycznych, o
                stylistycznych i jezykowych nie wspominam. To pisze dla swoich przyjaciol,
                czyli Was i moze kilku innych i dla siebie, wiec prosze wybaczyc, czy
                naprowadzac na wlasciwe informacje. A o tych Indianach nie studiowalam
                specjalnie, wiec tym bardziej wybaczcie, ale jakis podstawowych glupot chyba
                nie wypisuje. Wiec dojezdzamy do tej Tuby, gdzie ona jest? Jakies
                porozrzucane budy, przyczepy, ruiny chalupek, wzdluz szerokich, wyznaczonych
                od linijki ulic. Przed kazdym takim pomieszczeniem zlomowiska aut. Zreszta
                cala droga do Tuby byla przegladziusienka, szeroka, najwyzszy poziom techniki
                drogowej, wsrod takiej pustyni a od czasu do czasu pustynnych bud - domow. W
                koncu sa swiatla i na jednym rogu nasz motel. Od razu powiem - bardzo
                przyzwoity. W recepcji przemila, profesjonalna panienka Navajoanka ( nazwe
                plemienia czyta sie - Nawaho), pokoj czysciutki, przyzwoity. Obok hotelu
                restauracja, ale przed wyjazdem bylam pouczona, zeby isc do jakiejs innej "w
                miescie", bo tam bardziej czuc atmosfere. Pytam panienki, speszona, nie wie. No
                to jedziemy w objazd "miasta" w poszukiwaniu. Juz jestem przyzwyczajona, ze w
                Ameryce nie ma miasteczek w wyobrazeniu europejskim, ale tu nie ma nic, oprocz
                wyzej wspomnianych roznych pseudo -domow i pawilonow, ze tak powiem rzadowych.
                Wiec jest duza szkola, a obok na parkingu stoi ze sto zoltych autobusow
                szkolnych. Widocznie trzeba zwozic dzieci z wielu miejsc, jest szpital i
                przychodnia, osobny, gdzie indziej pawilon - przychodnia i szpital chorob
                psychicznych, klinika uzaleznien, ba nawet stacja dializ, a zaraz obok pyszni
                sie napis na barakowozie - tu robimy mammografie. Jest budynek Social
                Security, tez opieki socjalnej. I dlaczego tu tak strasznie? Wracamy do hotelu
                i idziemy jednak do restauracji przyhotelowej - nazywa sie Hogan. Hogan to
                tradycyjny ksztalt budowli Navajo. Piecioboczny, lub szescio, prawie okragly.
                Zwiazane to jest z tradycyjna religia i duchowoscia plemiona. W restauracji
                znow profesjonalne i przemile navahojanki, jedzenie podobno plemienne. Hm...,
                chyba plemienia amerykanskiego. Obok kolejny budynek o charakterystycznym
                ksztalcie, wyblakly transparent glosi, ze bar "comming soon". Przeciez w
                rezerwacie obowiazuje zakaz sprzedazy alkoholu, wiec co to bedzie za bar -
                zastanawiamy sie. Dalej trzeci budynek w ksztalcie hogan z wyrobami plemiona
                Navaho. Pracuje tu pan, tez na poziomie. Sklep zreszta jest nadzwyczajny, nie
                tak jak w wielu innych, przykurzone, dziwne starocie. Tutaj te same starocie sa
                ladnie wyeksponowane, odkurzone, a niektore wyroby rewelacyjne. Kupilam plytke
                ceramiczna na sciane i CD, na wszelki wypadek takie co to dostalo nagrode Emmi
                i wlasnie ta muzyka "leciala" w sklepie. Potem jeszcze troche jezdzimy,
                chodzimy, szukam oznak lepszego zycia. Nie ma, w miescie podobno mieszka 8 tys.
                mieszkancow, zapewne jest to caly dystrykt szkolny w promieniu 50 mil co
                najmniej. I zachodzi pytanie, dlaczego tam tak jest? Te osoby, ktore juz
                pracuja sa lepiej niz o.k. A cala reszta? Dlaczego na swoim terenie nie biora
                sprawy w "swoje rece", a jesli - to bardzo niewiele. Dwadziescia, czy wiecej
                lat temu wygrali proces o odszkodowanie za tereny kopaln weglowych z rzadem
                amerykanskim. Do dzisiaj mowi sie, ze wygrali ten proces z przyczyn poprawnosci
                politycznej. To byly duze pieniadze i gdzie one sa utopione? Klimat, polozenie
                sa tu bardzo nieprzyjazne, ale i na takich terenach ludzie potrafia tchnac
                zycie.
                Tu chcialam wyjasnic, ze slowo "Rezerwat" ma w jezyku, przynajmniej
                amerykanskim, inne znaczenie niz w jezyku polskim. Nie jest pejoratywne dla
                ludzi, oznacza orginalne ziemie poszczegolnych plemion indianskich. A jest ich
                w Ameryce ze setka, lub wiecej. Na rezerwat przyrody, czy zwierzat mowi sie
                inaczej. Indianie w rezerwacie rzadza sie swoimi prawami, maja swoja policje,
                prawo lokalne, nawet czas na zegarkach maja inny, ale bezrobocie siega tam 60%.
                Pracy zapewne nie ma, ale na ile jej nie szukaja? Moze trzeba wyjsc z
                rezerwatu, lepiej wykorzystac oferte turystyczna? Nie wiem, ale w ogolnosci nie
                jest najlepiej. Szerzacy sie alkoholizm, choroby psychiczne wprawdzie nie
                wyniszczaja obecnego stanu populacji, ale pogarszaja jej stan. I na litosc
                boska, ile lat jeszcze Amerykanie - najezdzcy beda winni za czasy wspolczesne.
                Ktos powie, a bo za duzo troski. Nie bedzie welfra (czyli zapomog, ochrony
                zdrowia panstwowej, bonow zywnosciowych itd) to sie powie- ale podli,
                wkroczyli, a teraz nie interesuja sie. Jest welfare - to wielu uwaza, ze sie
                ich demoralizuje. No, nie jestem specjalistka od tych spraw, ale jak w kazdym
                przypadku - sa dwie strony medalu.
                Jezyk Navaho jest absolutnie rozny od jakiegokolwiek innego, oczywiscie we
                wspolczesnych czasach i on zamiera. Moze niektorzy znaja chlubna historie tego
                jezyka z czasow Drugiej Wojny. Otoz w czasie wojny amerykansko - japonskiej
                pewien bialy Amerykanin zamieszkujacy w rezerwacie wpadl na pomysl, azeby ten
                hermetyczny jezyk wykorzystac do szyfrowania wiadomosci telegraficznych.
                Zaprosil do kwatery glownej kilku Navaho - proba wypadla rewelacyjnie.
                Poczatkowo ilosc slow dla potrzeb wojny wynosila 200, wkrotce rozrosla sie do
                800. Pod koniec wojny taka ilosc szyfrantow z plemienia Navaho byla w Armii
                Amerykanskiej. W Monument Valley jest wystawa poswiecone temu chwalebnemu
                epizodowi z wojny.
                Tak sie zasugerowalam martwota okolicy, ze rano w recepcji pytam, czy jest tu
                stacja benzynowa, panienka patrzy zdziwiona, jest i to nawet kilka, czy mogloby
                byc skupisko ludzkie w dzisiejszych czasach w Ameryce bez tego? Sa - przy
                wyjezdzie, i to nawet trzy oraz warsztat napraw samochodow ze starymi
                czesciami. A jakze.
                No to w droge do Monument Valley. Podrodze widzimy drogowskaz Black Messa. Od
                razu zapalaja mi sie czujki. Wprawdzie nie mielismy w planie "zaliczac" mess,
                ale coz szkodzi troszeczke skrecic. Messa oznacza scieta powierzchnie stozka
                gory, na ktorym inne plemie Indian Hopi buduje swoje osady. W ramach rezerwatu
                Navaho jest rezerwat Hopi, wlasnie na tych messach. Navaho sa w stanie
                nienawisci do Hopi od zawsze. Hopi sa spokojni i jeszcze bardziej cofnieci od
                wspolczesnego swiata, z wyjatkiem podstawowych atrybutow cywilizacji. Z duma
                mowi sie, ze ilosc ich przyrasta. Jedziemy wiec do tej Black Messy. To duzy
                obszar bylych kopaln weglowych, odkrywkowych. Po drodze przejezdzamy przez
                jakas osade Hopi. Okragle, ulepione z gliny i kamieni "budynki", czy jak to
                nazwac, do niektorych poprzystawiane drabiny, wchodzi sie przez dach. Wokol
                zlomowiska - porozrzucane oznaki wspolczesnej cywilazji. No to juz wiemy,
                zawracamy na droge do Monument....No to koncze, do nastepnego odcinka wieczorem.
                • Trochę o szyfrantach z plemienia Nvajo.
                  Jednak największą (i najszerzej znaną obecnie, choć ich rolę upubliczniono
                  dopiero niedawno) grupę indiańskich szyfrantów stanowili Nawahowie (ang.
                  Navajo), których ponad 400 przeszło specjalne tajne szkolenie w tym zakresie.
                  Podczas działań wojennych (głównie w czasie II wojny światowej na Pacyfiku, ale
                  także wcześniej i później) zaszyfrowany język navajo służył do kierowania
                  atakami amerykańskiego lotnictwa, kierowania ruchami wojsk, donoszenia o
                  stanowiskach nieprzyjaciela i przekazywania innych poufnych informacji i
                  rozkazów. W języku Nawahów, który w tym czasie nie był jeszcze przez nikogo
                  spisany, to samo słowo, wypowiadane na różne sposoby, mogło mieć nawet cztery
                  różne znaczenia.

                  Gdy pierwsza grupa 29 znających dobrze język angielski młodych nawajskich
                  ochotników została przeszkolona z łączności i potwierdziła swą przydatność w
                  warunkach bojowych na Guadalcanal, szybko utworzono kolejne grupy indiańskich
                  szyfrantów. W opracowanym przez nich złożonym systemie nawajskie określenia
                  przyrodnicze oznaczały rozmaite rzeczy i miejsca. Na przykład besh-lo,
                  czyli "żelazna ryba" znaczyło "okręt podwodny", "ziemniak" - "granat", a Ne-he-
                  mah ("Nasza Matka") - "Amerykę". Przy pomocy innych nawajskich słów kodowano
                  litery, z których składały się wojskowe określenia nieistniejące w ich języku.
                  Z wykorzystaniem kilku zespołów nawajskich szyfrantów, którzy w ciągu 48 godzin
                  przekazali bezbłędnie ponad 800 zakodowanych meldunków, przeprowadzona została
                  pomyślnie m.in. cała ważna operacja zajęcia przez Amerykanów Iwo Jimy (a wśród
                  pięciu żołnierzy uwiecznionych podczas słynnej sceny zatykania amerykańskiego
                  sztandaru na Suribachi - najwyższym szczycie zdobytej wyspy - był m.in.
                  Indianin Pima Ira Hayes). Szyfrując pod koniec wojny łącznie 411 określeń,
                  nawajscy łącznościowcy z 3. 4. i 5. Dywizji Marines przyczynili się walnie do
                  zmniejszenia amerykańskich strat i pokonania Japonii na Pacyfiku.


                  Charles Chibitty, nawajski szyfrant[edytuj]
                  Pamięć
                  Ze względu na swoją specyfikę żaden z kodów opartych na językach tubylczych
                  Amerykanów nigdy nie został złamany, a ukrywany i pomniejszany początkowo wkład
                  indiańskich ochotników w amerykańskie zwycięstwa został w ostatnich latach
                  doceniony i uhonorowany m.in. przez kolejnych prezydentów USA. W 1987 roku
                  prezydent Ronald Reagan ustanowił 14 sierpnia Dniem Nawajskiego Szyfranta. 3
                  października 1989 roku rząd francuski uhonorował wodza Komanczów za zasługi
                  jego współplemieńców z Korpusu Sygnalistów (ang. Signal Corps) medalem
                  Chevalier de L'Ordre National du Merite. W 1992 roku Pentagon zorganizował
                  specjalną wystawę dokumentującą rolę indiańskich kodów, a w 2001 George W. Bush
                  przyznał złote i srebrne Medale Kongresu grupie kilkudziesięciu tubylczych
                  weteranów-szyfrantów. pl.wikipedia.org/wiki/India%C5%84scy_szyfranci

                  I zdjęcie z zaprzyjaźnionego wiewiórkowego bloguwink
                  tinyurl.com/nxub3

                  --
                  Niebo gwiaździste nade mną i prawo moralne we mnie.
                  Kant
    • Dziekuje Marynao ze chcesz sie podzielic wrazeniamismile
      Wydrukowalam sobie Twoje opowiesci i po powrocie z pracy z przyjemnoscia
      poczytam.
      Kransmile
      • No to dalej na polnocny wschod do Monument Valley. Wcale nie
        tak "bezpowodowo", zeby tylko ogladac cuda natury, ale z konkretnym
        zamowieniem. W kramie starej Indianki mam kupic szeroka posrebrzana
        bransoletke w ornamenty Navajo za 45 dol. Tyle, ze nie wiem gdzie konkretnie ta
        Indianka ma kram. Po drodze jest kilka, ale nie zatrzymuje sie, zreszta na
        dwadziescia pare mil przed samym terenem parku (wyjasniam, ze park w Ameryce
        niekoniecznie musi byc z bujna roslinnoscia , czy wogole roslinnoscia) zaczyna
        sie juz pokaz widokow znanych z filmow i nie wiedziec skad. Pustynia i wieze z
        piaskowca w odcieniu czerwonym sa dokladnie takie jak na zdjeciach. Dojezdzamy
        do parkingu, konczy sie gladziusienka droga, parking to wyrownany teren
        pokryty czerwonym pylem. W Visitors Center okazaly sklep jubilerski, prowadzi
        bialy rudzielec, przepiekne wyroby ze srebra, rzadek "moich" bransoletek.
        Cudo. Pytam o taka srednio-szeroka. 140dol, nawet nie wiem czy z podatkiem,
        czy jeszcze bez. To nie na taka mam zamowienie, zreszta facet tez nie
        przypomina starej Indianki. Dalej idziemy na wspomniana wystawa o chlopcach
        Navajo w czasie Drugiej Wojny. Nie tylko pelna lista nazwisk, ale tez obszerny
        slownik szyfrantow. Na zdjeciach fajni chlopcy.
        Teraz pozostaja nam dwie opcje. Wsrod monumentalnych skal mozna przejechac sie
        pick - upem z lawkami za jedyne 15 dol. albo tez pojechac samemu 23 - milowa
        petla. Patrzymy z gory na sunaca wolniusienko samochody, bo jednak wiekszosc
        decyduje sie na jazde wlasnym samochodem. Corka, ktora tu byla 3 lata temu
        mowila, ze przejechali pozyczonym autem tej samej klasy co moje. No to w droge.
        Juz po okola pol kilometra zaczynam myslec, czy aby dobrze zrobilam, "polna"
        droga straszliwa, czerwony kurz wzbija sie przy nawet najmniejszej szybkosci,
        dodatkowo strzelaja spod kol kamyki. Porysuje te cholerne auto - mysle. Po
        kilometrze okazuje sie, ze droga jest nie tylko najgorsza z mozliwych a
        dodatkowo strasznie kreta i z gorki i pod gorke. Na wyslizganym zakrecie w
        ksztalcie agrafki doly na pol kola. Wracamy - mowie do Olafka, jeszcze bede
        placic za uszkodzenia auta. Chlopak mowi- za pozno, to jest juz tylko
        jednokierunkowa petla . Bagatela, jakies 23 mile, czyli dobrze przeszlo 30 km.
        Ale po chwili przyzwyczajam sie i mam czas ogladac. Teraz piaskowce mamy omal
        na wyciagniecie reki. Przejrzalam zdjecia internetowe, prawie wszystkie robione
        sa z drogi dojazdowej, nie ma z tej polnej drogi.
        www.danheller.com/monument-valley.html
        Widocznie za mala peryspektywa, ale z kolei ogladanie z bliska wlasnymi oczkami
        dawalo nowe, oszalamiajace wrazenia. Ale wracajac do bransoletki w wazniejszych
        punktach widokowo- zdjeciowych zatrzymujemy sie, jak inni, sa stragany, nie ma
        starej Indianki z bransoletkami. Jak ja sie pokaze, nie uwierza, zem byla. Na
        19-tej mili, przy ostatnim straganie, sa!! Jak dawniej w Polskich sklepach -
        dwie ostatnie. Poniewaz kupuje dwie to stargowuje na po 40 i juz tylko 3 milki
        przed nami. Zapomnialam, ze 3 najgorsze. Raz po raz wrzucam w automacie tzw.
        trojke - wzmocniony bieg na wlasnie pod gorke. Dalej jest jeszcze jakis bieg o
        nazwie L, nie wiem do czego sluzy. Gdy wchodze na ten ostatni agrafkowy zakret
        wrzucam ta trojke. Na przeciwko zasuwa ( w porownaniu z moja szybkoscia) ten
        navajoanski pick- up z turystami. Moj silnik rzezi, samochod slizga sie. W
        koncu wygramolilam sie. Wracam na normalny bieg, okazuje sie, ze jechalam na
        tym tajemniczym biegu L. Gdy dojezdzamy na parking sprawdzam w ksiazeczce do
        czego ten cholernik sluzy. Ano do hamowania, gdy sie jedzie z gory. Wychodzimy
        z auta, jak wszystkie obok jestesmy w czerwonym pyle od kol po dach. O.k.
        Dodatkowo kilka zadrapan od kamieni. O.k. W NY tez nie bardzo udaje mi sie
        jezdzic bez "zadrapan".
        No to byl najdalszy punkt na Wschod naszej wyprawy. Teraz jedziemy na zachod w
        kierunku Parkow w Utah. Monument Valley to wlasciwie lezy w Utah, ale po
        przekroczeniu polnocnej granicy mozna jechac tylko na polnoc, na zachod nie
        istnieje droga. Po drodze mijamy drogowskaz do kolejnego slynnego miejsca
        Navajo National Monument, niestety nie chce jezdzic po ciemku, a nie wiem ile
        zajmie mi droga do kolejnego motelu. Serce mi sie kraje, ze nie dotarlismy do
        polozonego na poludniu rezerwatu Kanionu de Chelly. Ci co tam byli
        tylko "echaja i ochaja".
        Motel mamy jeszcze w Arizonie w miejscowosci Page. Miejscowosc lezy u wrot
        niedawno wybudowanej tamy i elektrowni, tez na rzece Kolorado, za ktora
        utworzyl sie jeszcze wiekszy zbiornik, niz za Hoover Dam, bo dlugosci omal
        300km. Myslalam, ze dojedziemy pozniej, okazuje sie, ze mamy jeszcze przed soba
        uczciwe popoludnie. przy dojezdzie do miasta przeczytalam drogowskaz Antelope
        Canyon. Wiec pytam panienki w recepcji co lepiej obejrzec tame, czy jezioro.
        Poleca ta antylope. Jedziemy wiec do antylopy, znow zwirowy parking. Dalej
        trzeba juz jechac pick - upem z przewodnikiem. Najpierw dlugo kurzysta droga, a
        potem wchodzimy, nie do kanionu, ale do grot, w ktorych przeswituje z gory
        slonce. Powiem krotko: ksztalty, sklepienia, zakrety, kolory i kolory
        piaskowcow. Bajka, tego nawet nie bylo W L.V. Oprowadzajacy nas Navaho z duma
        wylicza ile tu filmow bylo kreconych, ile comerciali, a ile wycieczek
        fotografow, ktorzy upajaja sie mozliwosciami jaki daje Kanion Antylopy. Musze
        tu zalaczyc link ze zdjeciami
        www.pbase.com/tnarwid/southwest
        Niegrzeczny dla mnie ten link, sa na nim zdjecia z dalszego ciagu, ale na
        trzech zdjeciach jest Antylopa - czujecie to?
        Znow uwinelismy sie czasowo, jeszcze zdazymy nad tame, a nawet nad zbiornik
        zachwalany jako wspaniale miejsce rekreacyjne. Wyglada ponuro, lyse brzegi, ,
        nawet bez jakiegos fanazyjnego uksztaltowania. Ale dla ludzi, ktorzy wogole nie
        mieli wody - nie tylko "do zabawy", ale i do zycia to cud. Przed samym wyjazdem
        przypadkowo ogladalam program o tej tamie i narzekania milosnikow czystej
        natury jak to sie tu zmienilo, cos tam sie zmienilo w skalach i ginie jakis
        turkuc podjadek. Ale to, ze ludzie przestali "ginac" nie zauwazyli ci zapalency.
        • Nastepnego dnie jedziemy do Parku Narodowego Zion w poludniowo- zachodniej
          czesci stanu Utah. Tak, jego nazwa to po naszemu Syjon. Nadali ja moromoni,
          ktorzy szukali miejsca do osiedlenia i oczarowni majestatycznym miejscem,
          ktore ujrzeli nazwali je tym hebrajskim slowem. Oznacza ono miejsce
          bezpieczne, ukojenia czy cos takiego.(Prosze poprawic - bo nie mam zdrowia
          szukac co to dokladnie znaczy0. Zreszta sa i inne starotestamenowe nazwy, jak
          chociazby trzy imponujace skaly nazwane sa imionami trzech patriarchow, Oltarz
          Ofiarny, a takze nazwy Indianskie.
          Po przekroczeniu bramki (cena 20dol od auta, lub tez mozna uzyc roczna karte
          na wszystkie parki narodowe za jedyne 50 - ja taka kupilam)zaczyna sie
          kilkunastokilometrowa droga - bajka. Samochdody jada wolniutko, niektore juz tu
          sie zatrzymuja, azeby podziwiac twory skalne, nie brak tu zieleni. Droga kreta,
          waska, przepasc raz z jednej strony/ raz z drugiej. W koncu dojezdzamy do
          Visitors Center. Tu trzeba zostawic samochod, po parku mozna poruszac sie na
          nogach, rowerem, lub darmowymi autobusami, ktore zatrzymuja sie w wielu
          miejscach widokowych i na poczatkach szlakow turystycznych. Szlakow jest ok.
          200 km. Dostalismy odpowiednia mapke z szlakami, ale dla takich jednodniowych
          zwiedzaczy sa wytypowane na tablicach stosowne. Kiedy wrocilam sie po wode do
          samochodu Olafek juz wybral z tablicy - cztery godz. w jedna strone, stopien
          trudnosci - duzy. Z trudem przystal na lagodniejsza wersje, zwlaszcza, ze na
          podstawie materialow wiedzialam, ze musimy zaliczyc kilka krotkich do
          najpiekniejszych miejsc. Po pierwszym szlaczku w sumie 3 godz. zaczynamy
          korzystac z autobusu i "instrukcji" . Idziemy ok. godziny do tzw. Emerald
          Pools. Na roznych wysokosciach sa trzy. Spadajaca ze skal woda tworzy na dole
          male "baseniki", wszystko to wsrod "wiszacych ogrodow" ze skal. Ostatni szlak
          to przejscie wzdluz rzeki Dziewiczej, plynacej dnem wyzlobionego kanionu. Skaly
          sa coraz blizej siebie, podobno na koncu juz tylko brodzi sie rzeka. Niestety
          jest juz po szostej, nie wiedziec, kiedy zlecial nam caly dzien, a mamy przed
          soba jeszcze jede punkt programu.
          A oto link do zdjec z internetu,
          www.terragalleria.com/parks/np.zion.html Moze moj opis nie brzmi
          zachwycajaco, ale uwierzcie mi na slowo, to byl nasz najpiekniejszy dzien. Olaf
          mowi, ze przyjedzie tu za kilka lat z kolegami, sa kampingi, szlaki,
          wypozyczalnie rowerow, mozliwosc zjedzenia dowolna, a tak tu przepieknie. Nie
          tak surowo. O ile w Polsce mowi sie wedrujacym o stosownym ubraniu, tu mowi
          sie tylko o butach i wodzie . Mimo wysokosci jest tu goraca, wody pije sie
          hektolitry.
          W "programie mam "Odwiedzenia miasteczka Colorado City", zalozone dwadziescia
          lat temu przez ortodoksyjnego mormona, ktory nie ulegl obecnym przepisom
          kosciola i uznaje wielozenstwa. Wspominalam juz kiedys, ze ogladalam program o
          tych zniewolonych tam kobietach. Miejsce na miasteczko wybrano znakomite.
          Droga, wiadomo, bardzo dobra, ale tak gorzysta i kreta i jedna jedyna, ze
          niewielu ludziom moze sie chciec pojechac tu za niczym. Dojezdzamy. Strasznie
          szerokie, jak naogol w takich miasteczkach prowincjonalnych ulice, porozrzucane
          domy, wiele za bardzo wysokimi murowanymi ogrodzeniami. Widac za nimi czubki
          ogramniastych, bardzo bogatych domow. Musza ich wlasciciele byc dobrze bogaci.
          Ale jest tez wiele zwyczajnych. Gdzieniegdzie przy domach gromady dzieci.
          Zwyczajni mezczyzni, kobiet nie widzielismy. Jest tez College Mormonski. Moj
          mlody towarzaysz jest speszony, kiedy tak krazymy po ulicach za
          czyms "interesujacym". W koncu poplataly nam sie ulice, krazymy i krazymy w
          ogromnym upale i ciszy i nie mozemy wyjechac na droge przelotowa - zemsta
          mormonow. Nie pierwszy to raz rozgladamy sie za sloncem, zeby okreslic
          kierunek. Jest, wyjezdzamy. No, bylam, gdzie chcialam.
          Dojezdzamy po ciemku do motelu, tu spedzimy trzy ostatnie noce. Okazuje sie, ze
          oprocz takich jak my wedrowcow, to sa to "wczasy" rodzinne dla golfistow. Rzedy
          wozkow golfowych, panowie cos tam omawiaja. Teraz rozumiem, dlaczego w ofercie
          bylo zaznaczona mozliwosc wyboru pokoju z widokiem na pole golfowe. Na wszelki
          wypadek taka zaznaczylam, odpowiedzieli mi, ze moga mi zapewnic tylko dwie noce
          tego widoku, a potem mnie przeniosa. No to odpisalam, ze na tym widoku to tak
          mi nie zalezy, bardziej na tym, zebym sie nie przenosila. No i w rezultacie
          okazuje sie, ze wogole nie ma nas na liscie gosci. Ale zaraz znalazla sie
          rada, dostajemy w tej samej cenie pokoj o podwyzszonym standarcie z widokiem
          na pole. Jest noc . Pola nie widzac, za to z wielkim trudem usypiam. Tyle co
          zasnelam, o trzeciej budzi mnie miarowe tsz tsz, tsz, tsz - trrrrrrrrrrrrrrrrr.
          Mysle, jakis "chrabaszcz" wali o siatke. Jedno ucho przyciskam do poduszki, w
          drugie wsadzam palec. Nie moge jednak zasnac z reka w powietrzu. Ide zamknac
          balkon, o.. to nie zaden stwor sie tlucze, to wlaczyle sie sprinklery i
          podlewaja trawe na tym polu g. Zamykam drzwi balkonowe, dalej slysze, wiec
          postanawiam wlaczyc klimatyzator, jako czlowiek miejski w jego huku moge spac.
          Niestety nie chce sie wlaczyc. Jest centralnie ustawiony na 74F, a w pokoju
          jest zapewne chlodniej. Po dlugim czasie, juz zlana potem powtarzam probe,
          wlacza sie. Zasypiam ukojona buczeniem klimatyzatora myslac, ze tych golfistow
          to jutro udusze.
          • Ale to dlugie wyszlo, ale moge napisac radosna nowine - zblizam sie do konca.
            Dzis Bryce Kanion. Tylko 60 milek, zjemy po drodze, gdyz wczorajsza kolacja w
            hotelowej restauracji nadszarpnela gotowke, a ambitnie sobie powiedzialam, ze z
            maszyny pieniedzy wyciagac nie bede. Wielka sztuka, skoro i tak omal wszystko
            place karta.
            Podjezdzamy do bramki Parku, pan skanuje moja karte i po sekundzie,
            zaopatrzeni w mapki jedziemy. I tutaj zwiedzanie mozna odbyc wlasnym
            samochodem, zatrzymujac sie w punktach widokowych, skad mozna zejsc na szlaki,
            lub tez autobusem darmowym, ktory tez sie wszedzie zatrzymuje. Z otrzymanej
            mapki dowiadujemy sie, ze dwudziestomilowa droga idzie polka skalna gesto
            porosnieta lasem, z ktorej glownie z jednej strony "obsunely" sie oszalamiajaco
            kolorowe warstwy skal. Zolcie, czerwienie, pomarancze, biele w roznych
            odcieniach to kolory w jakich wystepuja skaly. Poniewaz wszystko obserwujemy z
            gory - widoki nieprawdopodobne. W rzeczywistosci to jeszcze bardziej
            zadziwiajace, bo fotografia jest jednak plaska. (Zreszta rowniez zdjecia z
            Grand Kanionu nie oddaja ogromu tamtego zjawiska). Nawet ja, co znow
            taka "poetka" nie jestem dostrzegam tu miasta, palace, swiatynie, domy
            zwierzeta, a nawet w Queen's Garden, do ktorego schodzi sie 1,5 mil trasa,
            robie sobie zdjecie z Krolowa Wiktoria w tle. Moj mlody towarzysz wciagniety
            w konwencje takiego wypoczynku, pracowicie wyznaczyl punkty widokowe, trasy i
            nastepnie je odkresla. To co uwaza za wazne musimy zaliczyc. W lesnym terenie
            powietrze wspaniale, bo dosyc wysoko, (wjazd do parku jest na omal 2000m,
            zakonczenie trasy, omal 3000m). Jednak same trasy turystyczne sa wsrod
            nagich, wystawionych na slonce skal, gdzieniegdzie rosnace na nich sosny sa
            daleko i nie daja nic dla ochlody. Trzeba miec ze soba wode, wode i jeszcze
            raz wode. Kazdy wiec idzie z woda Zreszta cala nasza podroz odbywa sie na
            plaskowyzu ok. dwa tys metrow. Olaf jest zdziwiony, ze ludzie tak dysza
            wracajac pod gore, podyszysz i ty - mowie - i sprawdzilo sie.
            Zalaczam link www.terragalleria.com/parks/np.bryce-canyon.html
            Zachecam do obejrzenia, mysle, ze zdjecia z Bryce sa najbardziej interesujace,
            a widzicie jak tam pieknie w zimie?
            Juz chcialam opuscic ostatni punkt widokowy, bo mam jeszcze drogi pukt i
            trzeci punkt programu. Nie udalo sie, na koniec zaliczamy najdluzszy szlak -
            wartalo. No to rezygnuje z drugiego punktu - spetryfikowany las, sprobujemy
            zrealizowac trzeci. Przed wyjazdem przeczytalam, ze w odleglym o jakies 30 mil
            miasteczku jest jeszcze starsza niz w Monument Valley Stara Indianka, ktora za
            niewielkie pieniadze rzuca uroki, a nawet klatwy. Mnie cos takiego potrzeba,
            chociaz dotychczasowe proby sie nie sprawdzily. Jedziemy, spiace miasteczko.
            Jest...ale stary Indianin, siedzi na stolku przed sklepem z wyrobami
            regionalnymi - niestety niezywy, bo sztuczny. Dla zartow namawiam Olafa, zeby
            popytal sie o ta osobe. Patrzy na mnie z przerazeniem. Chyba kogos poniosla
            fantazja, bo to miasteczko jest zapewne w 100% mormonskie, tylko taki kosciol
            (oni nazywaja sie oficjalnie Kosciol Sadu Ostatecznego) znajdujemy, ponadto
            dom - muzeum genealogii (to ich specjalnosc), budynek biskupa itd. Zadnego
            innego zycia religijnego, a przeciez w nie tak odleglym Page, (tez tylko kilka
            tysiecy mieszkancow) przy jednej stronie ladnej ulicy bylo jeden za drugim 7
            kosciolow roznych wyznan. Mormonski tez, katolickiego nie bylo.
            Idziemy zjesc w sieci fast foodu, co sie szczyci, ze ma mieso ekologiczno -
            organiczne bez tluszczu, trucizn, pestycydoww, hormonow, innych trucizn i chyba
            i protein)). Nie pomoglo na zdrowie, w lokalu leci CNN, z bardzo ostrego dnia
            wojny na Bliskim Wschodzie. Bardzo to przygnebiajace i absurdalne ogladac cos
            takiego w takim koncu swiata. Wracamy do hotelu, jutro ostatni dzien - zajecia
            wolne, bez grup, budzenie w sposob naturalny.
            • Rano budze sie oczywiscie switem. Co robic z tak mile rozpoczety dniem. No to
              zwiedzam te wczasy rodzinnych golfistow. Panowie sie zbieraja, jada wozkami na
              to pole pod naszym balkonem, tam obraduja, a kobitki z malymi dziecmi przy
              basenie, na balkonie, tarasie, trawie, zjezdzalni. Znudzone, umeczone -
              normalka z calego swiata. Mozna tylko dodac, ze dzieci sa male - bardzo
              krotko. Obejrzalam, poszlam do basenu, pozyczam rowerek. Wracam po 12-tej.
              Olafek jeszcze nie otworzyl oka w sposob naturalny, schodze na dol, jakis pan
              pokazuje, ze mam flaka w przedniej oponie. Lece na pietro z wiadomoscia. W trzy
              minuty zaczynamy akcje. Och jak milo patrzyc jak profesjonalista uwijaja sie z
              taka robota. No to ide znow nad basenik, dziecku daje spokoj, niech robi co
              chce. Wieczorkiem idziemy na pozegnalna kolacje, usilujemy dociec, jak sie ma
              ten czas gorski do tego w Nevadzie, czyli Las Vegas, gdzie oddajemy auto.
              Trzeba oddac auto i zdazyc na samolot, ale znow zeby nie siedziec za dlugo na
              lotnisku. Z rozpedu pytam w recepcji o myjnie samochodowa - nie ma tu, ani w
              promieniu wielu kilometrow. Rozumiem tu nie ma wody na takie zbytki, a jak juz
              zbytkujesz to z wlasnego kranu we wlasnym domu.
              Na zakonczenie chcialam powiedziec, ze jazda w Ameryce to sama przyjemnosc,
              nigdy nie wybralabym sie w taka podroz w Polsce , a nawet w Europie. Kilka
              razy juz tak jechalam i nie zarzekam sie, ze to byl ostatni raz. Szybkosc
              dozwolana na autostradach w tamtejszych stanach to 75 mil, czyli jakies
              125km/godz. Ta szybkosc juz nie wypada przekraczac, ale jest wystarczajaca,
              zeby trzystakilkadziesiat km przejechac w 3 godziny. Jesli teren jest pusty
              to drogi sa tam dwukierunkowe drogi. Puste, z bardzo dobra widocznoscia do
              wyprzedzania. Amerykanie jednak bardzo nie lubia wyprzedzac, (bo nie za bardzo
              maja gdzie cwiczyc ten manewr). Szybkosc na tamtejszych zwyczajnych drogach 65
              mil, tak na oko przekraczam ja o 5 i tez sie jedzie bardzo szybko, zwlaszcza,
              ze i te zwyczajne drogi albo omijaja miasteczka, albo ulice w nich sa tak
              puste i szerokie, ze nie sprawia to zadnego klopotu. W Ameryce powstalo
              tyle "filmow drogi", nie dziwie sie, bo jest cos fascynujacego w przemierzaniu
              tych bezkresow, bo zawsze jest to przygoda. W dzisiejszych czasach naogol
              komfortowa. Bo nie boisz sie, ze nie nadjedzie pomoc (chyba, ze nia zasiegu
              komorka), ale to moze nadjedzie policja drogowa, a jak ci sie cos zepsuje (tfu,
              tfu), to zawsze jest wyjscie, chyba, ze czesc nalezy sprowadzic z Japonii, ale
              jak masz wypozyczony samochod, to dadza Ci z najblizszego punktu - drugi.
              W oddawalni aut z 8 rzadkow samochodowych, podchodzi do nas czarna pani, cos
              skanuje, mam oddac glowny papierek, ona mi daje rachunek z balansem zero i
              pogania do wypakowania walizek. Gdzie tam kto patrzy za zadrapaniami. W
              bagazniku zostalo nam 6 wod do picia. O, nie mowie, zaraz bedziesz chcial
              kupowac na lotnisku - bierzemy. To byl chyba ostatni samolot, ktorym udalo sie
              nam "przemycic" wode. Teraz, azeby nie stracic, chyba zarzadzilabym jej
              wypicie.
              No to zakonczylam,

            • Jak kiedykolwiek dziabli mnie poniosą przez ocean,
              to wezne ze sobą Twoje sprawozdaniesmile
              Nich się chowają Kody wink
              --
              "Polska to chyba jedyny kraj na świecie
              posiadający kopię zapasową prezydenta
              i rząd sterowany radiem." znalezione w necie

Wysyłaj powiadomienia o nowych wpisach na forum na e-mail:

Aby uprościć zarządzanie powiadomieniami zaloguj się lub zarejestruj się.

lub anuluj

Zaloguj się

Nie pamiętasz hasła lub loginu ?

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Zadaj pytanie na Forum

Za darmo

Na każdy temat

Tysiącom użytkowników

Zapytaj

Bestsellery

Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.