Dodaj do ulubionych

Sprawozdanie z podrozy I

13.08.06, 02:28
Zaplanowalam sobie trase i wyjechalam w glab Stanow. Mialam jechac z dwoma
chlopcami, niestety pojechalam z jednym. Zapomnij...
Jezdze juz od trasznie wielu lat i z podziwem patrze jak swiat jest obecnie
zorganizowany, nawet w porownaniu sprzed kilkoma laty. Wiadomo - internet.
Wszystko sprawdzisz, wszystko "zaklepiesz", odpowiedz dostaniesz
blyskawicznie, wszystkie mapki dojazdowe wydrukujesz. Tyle, ze dawniej nigdy
nie jezdzilam ze skoroszytem (no, przezroczysta koszulka) na dokumenty,
tylko z zeszytem. A teraz wszystko pospinane, wyciaga sie w kolejnosci.
Poczatek podrozy troche kompromitujacy - Las Vegas. Nawet rodzice chlopaka
watpili, czy to madre. Ale madre, madre. Do Las Vegas zawsze sa tanie bilety
i wypozyczenie samochodu, na ceny hotelu tez nie mozna narzekac. I jest to
wspaniale miejsce wypadowe na zachod, czyli do Kaliforni, i na wschod, gdzie
ja sie udalam.
Wiec po 5 godzinach ladujemy w L.V. i zyskujemy 3 godziny czasu. Spod
lotniska jedziemy autobusem "mojej" sieci do wypozyczalni. Tych przystankow
przy lotnisku roznych sieci bylo z 15. Samochodzik wypozyczamy w tri miga,
(zarezerwowalam sredniej wielkosci), chociaz zacielam sie nad tym, ktora
wersje napelnienia baku przy oddawaniu wybrac. Wybralam najprostsza -
przedplacilam, trzeba tylko pilnowac, zeby wrocic z pustym bakiem, ale
jednak jeszcze dojechac. Pan z okienka kaze nam isc na plac np. 7b.
Dochodzimy, znudzona murzynka zatacza reka kolo, wez se ktory chcesz.
Wybralam czerwony, jak podeszlismy okazalo sie, ze jest to dodge stratus. Nic
mi to nie mowi, ale przynajmniej ladnie go wypucowali i na liczniku ma 10tys.
mil. Na Ameryke to nowka. Nie wiem co oni robia potem z tymi autami, ale
zawsze pozyczalam auta z tak malym przebiegiem. No to jedziemy. Pierwsza
mapka w ruch. Do hotelu Tropicana, nie tylko, ze tani, z pieknymi lagunami,
ale i blisko lotniska. Porzucamy auto na parkingu, pokoj na 26 pietrze ze
wspaniala panorama, przed nami zespol hotelowy Nowy Jork, Nowy Jork - czyli
rozne elementy charakterystyczne z NY. Juz to kiedys widzialam, ale nie
pamietam, czy byly wtedy budynki WTC, czy nie.
Idziemy w miasto. Wiekszosc "najwazniejszych" hoteli, w tym i nasz miesci
sie przy aleji nazywanej popularnie strip. Z internetu i poprzedniej
wycieczki mam wypisane najwazniejsze darmowe atrakcje i takie nieco platne. A
to przed hotelem Belaggio co pol godziny pokaz fontann z muzyka, przed
innym co 15 min. pokaz erupcji wulkanow. Przed hotel Treasure Island (Wyspa
Skarbow) idziemy na bitwe morska piratow. Okazuje sie, ze po latach zmienili,
teraz walcza syreny. Gdzie im sie umywac do piratow. Oczywiscie po drodze
zagladamy do roznych hoteli. W kazdym parter zajmuje kasyno tysiace metrow
kwadratowych i tysiace maszyn, stolikow itd. Dzieciom wstep wzbroniony, ale
nie ma innej mozliwosci, azeby przejsc do tych molochow hotelowych, zespolow
sklepowych. Wiec moj towarzysz, bardzo dobrze nieletni zaliczyl tak na oko
powierzchnie kasynowa wielkosci dwoch boisk. Na zakonczenie wieczoru chcemy
dostac sie na wieze w hotelu Stratosphere, gdzie z wysokosci stu i kilku
pieter mozna ogladac panorame miasta. Jeszcze kilka pieter wyzej umieszczone
sa trzy karuzele. Mozna zawirowac na wysokosci 113 pietra nad miastem.
Wracamy autobusem, pelen turystow, jest po polnocy a na jezdniach taki
tlok, ze ledwo sie poruszamy. Moj chlopak spi z otwartymi oczami, kiedy o
pierwszej w nocy wreszcie dojezdzamy. Wszak w NY jest juz 4-ta rano.
Nastepnego ranka jestem wyrozumiala i nie robie mu pobudki, chociaz mnie juz
nosi, pospacertowalam po zespole basenowym, ktory udaje laguny tropikalne,
sprawdzilam, gdzie najtaniej zjesc, jak dojsc do sasiednich zespolow
hotelowych i w koncu budze - proponuje te laguny. "Ja to wode mam, to idziemy
dzis na jakis show?" Sprawdzamy, na jaki mozna by pojsc. Niewiele jest tzw.
familijnych, ze wpuszcza chlopaka, w koncu cos sie tam znajduje. W zespole
hotelowo-kasynowo-mallowym Aladdin. Zamawiamy telefonicznie i w droge. Nie
umiem dokladnie opisac na czym polegaja te zespoly hotelowe. W kazdym razie
wiele "robi" w temacie jak sie nazywaja. Np. w Caesars Palace wszystko
jest na wzor rzymski. Kolumny, fontanny, rzezby, pomniki w srodku i na
zewnatrz. Pasaz handlowy ma z km dlugosci. Takie cos jak sukiennice, tylko
luk sklepienia to niebo poznym popoludniem, jak zywe. Miala nawet pretensje
dlaczego sie chmury nie poruszaja i nie wschodzi ksiezyc. Po drodze kilka
starozytno- rzymskich placow. A co? Nie mozna. Najbardziej mnie dreczy
zagadka ekonomiczna. W calym L.V jest wlasnie w takich pasazach handlowych po
sztucznym niebem zgromadzonych tysiace i tysiace sklepow najdrozszych firm z
calego swiata i praktycznie nikt, nigdy w nich nic nie kupuje. Na czym to
polega. Co rusz sklepy Armaniego, czy Huga Bossa z garniturami - kto
przyjezdza tutaj kupic sobie garnitur. Ba, nawet widzialam sklepy firmowe
mebli wloskich.
Idziemy do poleconego, a niedawno otwartego zespolu o nazwie Wenecja. Tez
pod dachem niebowym, czy tez niebem dachowym. Wenecja - jak zywa. Kilka
placow swietego Marka, mostkow nad kanalami. A kanalami mozna poplynac -
gondola. Kanalami pod tym sztucznym niebem, ale tez i prawdziwym. Wsiadamy do
gondoli wraz z para jakis angielsko-jezycznych Azjatow. Nasz gondolier zasuwa
wloskie o sole mia, przed nami para slubna, nie wiedziec czemu w czarnej
gondoli, na brzegach zespoly zasuwaja rzewne piesni, a ludzie bija kolorowym
nowozencom brawo. Nasz gondolier byl przezabawny, dawno sie tak nie
zesmialam. Po wyjsciu ogladamy zrobione nam zdjecie. Mowie do chlopaka - masz
dowod, juz nie musisz jechac do Wenecji, a jak tu czysciutko, nowiutko i nie
smierdzi. W koncu docieramy do naszego Aladyna. O Jezu, a jakie tam piekne
niebo, Alhambra i inne dziwy arabskie, i sklepy Diora i dla innych
milionerow. Po show jedziemy do hotelu. Taka mloda godzina, po dziesiatej.
Wiec jeszcze "podskakujemy" do zespolu Luxor, co to robi za starozytny Egipt.
Jest w ksztalcie piramidy, wiec windy w srodku jada na pietra pod katem. Mam
slabosc do atrakcyjnych wind. Przejezdzamy sie dwa razy. Potem zatrzymujemy
sie pod iglica, ktora wypuszcza smuge swiatla w kosmos. podobno oprocz
chinskiego muru tylko ja widac ze statkow kosmicznych.
No to spac i prosze nie wydziwiac, ze to wszystko jest straszne. Ale jakie
kolorowe, jakie kiczowate. Czy myslicie, ze projektanci, architekci to
skonczoni idioci. Taka jest konwencja tej zabawy, mysle, ze i ci co
projektuja maja niezla zabawe, nic nie ogranicza ich fantazji i nonensu.
ogrom tego wszystkiego poraza. Hotele maja od dwoch do pieciu tysiecy pokoi.
I wszystko dziala jak w zegarku, byle sie nie zgubic w roznych skrzydlach,
pasazach itd. Cale miasto i hotele polaczone sa naziemnymi przejsciami. Z
jednego hotelu do drugiego. I ciagle buduja sie nowe. C.D. zaraz
Edytor zaawansowany
  • 13.08.06, 03:25
    Teraz nieco podloza ekonomiczno - historycznego. Nevada to ogromny stan,
    ktorego cala powierzchnia to pustynia. Kazdy z nas wie o probach jadrowych
    wlasnie w Nevadzie, o skladowaniu tutaj odpadow jadrowych. Troche mormonow,
    troche innych tu zamieszkalo, cnotliwe to byly rejony, skoro jeszcze w 1911
    roku wydano ukaz o calkowitym zakazie grania w cokolwiek - nawet w karty.
    Jednak wszelkie goraczki zlota, czy innych pierwiastkow nie wypalily, troche
    ludzi sie ostalo, trzeba bylo cos zrobic z nimi na tej pustyni, a wladze
    stanowe potrzebowaly jakis pieniedzy. I w roku 1931 zalegalizowano hazard,
    zaczeto wydawac pierwsze licencje. Z uzyskanych pieniedzy administracja stanowa
    ustawowo przeznaczyla 43% na rozwoj oswiaty. Gracze oczywiscie od razu sie
    znalezli. Wszak 30 mil dalej, wprawdzie juz w Arizonie, pracowalo ponad piec
    tysiecy robotnikow przy budowie dumy z dziedziny inzynieryjnej Ameryki - tamy
    na rzece Kolorado. Dam Hoover. Chlopaki pracowali duzo, ale w tych krotkich
    chwilach wytchnienia co mieli robic, jak nie zagrac. W Ameryce szalal kryzys
    lat 30-tych, ale jednak jakos to sie zaczelo krecic. I coraz bardziej sie
    rozkreca. L.V to jedno z najbardziej preznie rozwijajacych sie miast,
    przybywaja tu ludzie, aby pracowac, z calych Stanow. Jeszcze w latach 30-tych
    mieszkalo to kilka tysiecy, teraz pol miliona, a w calym powiecie milion
    trzysta, gdy cala ludnosc Nevady wynosi mniej niz dwa miliony ludzi.
    Osobiscie nie chcialabym tam zyc. Nie oszukujmy sie, poza zielonym i kolorowym
    Strip i okolicami to w dalszym ciagu jest tylko pustynia. Miasto tworza
    kilometry w kazdym kierunku pobudowanych osiedli domkow. Jednakowe, rozne,
    ogrodki to naogol zwir, kilka kamieni i ze dwa drzewa nie wymagajace
    podlewania. Moze i maja ogrodki z trawami, ale ile to kosztuje, a moze i tak
    nie wolno podlewac? Ale to ja glownie tak wydziwiam, ludzie ciagna tu nie
    tylko, zeby pograc, ale zeby zyc, a co najbardziej mnie zadziwia - kupuja na
    tej pustyni wakacyjne domy....bo oni, i tesciowie i dziadkowie lubia sobie
    pograc i skorzystac z uciech miasta. Miasto to stalo sie miejscem rozlicznych
    konwencji i wystaw. To tu odbywaja sie najwazniejsze swiatowe targi
    elektroniczne, tez samochodowe... To tu zatrzymuja sie najwazniejsze wystawy.
    Zaliczylismy tu z moim Olafkiem wielce pouczajaca, a takze wstrzasajaca wystawe
    p.t. Body (cialo) - w NY nie mial z nim kto isc, bo wystawa dla ludzi o
    odpornych nerwach. Spreparowany prawdziwy (kiedys) czlowiek, znaczy sie ludzie.
    Przekroje miesni, skora, organy trawienne, pluco- serce, uklad krazenia, nerki
    i co tam jeszcze mamy. Wszystko z doskonalymi opisami, wszedzie podkreslany
    szacunek dla zwlok jaki zostal zachowany. Ja juz przysiegalam sobie, ze
    zostane wegetarianka, a moj towarzysz nie opuscil najmniejszego organiku i
    opisu. Zreszta nie on jeden.
    Tu tez wystepuja wybitni artysci. Jednorazowo, czy na kilkuletnich
    kontraktach, czasami taki artysta chce chociaz troche pomieszkac w jednym
    miejscu. Moze to zrobic w L.V. , to publicznosc podrozuje , a nie on. A wogole
    to tzw. Konwencje (w siermieznej Polsce nazywalo sie to q....konferecje, a jak
    teraz?) kwitna tu jak najbardziej. Wiadomo. Zeby troszke "upowaznic" L.V to
    napisze tylko, ze jest tu na Uniwersytecie najpowazniejszy w skali swiatowej
    instytut badan pustyni.
    Wiec nie potepiajmy tak bardzo glupote, kicz i co tylko w tym miescie grzechu.
    Zobaczmy tez przedsiebiorczosc mieszkancow tej strasznie niegoscinnej ziemi.
    Nie zalaczam zadnych zdjec - wiadomo. Jesli ktos chce sobie cos zobaczyc,
    mozna wpisac Las Vegas - photos i dostaniemy ogromna ilosc mozliwosci.
    Najlepiej popatrzec na np hotele Luxor, MGM, Belaggio, Caesars Palace,
    Venetian. I powiekszac tylko te, gdzie widac budowle, pomniki, bo reszte to
    naprawde nie warto. Moze wogole nie warto, nie ma obowiazku.
    P.S. Dalszy ciag juz bedzie z wyzszej polki turystycznej. Dobranoc.
  • 13.08.06, 05:39
    Tv mi mignal i zgasnal, na wieki. W drugim pokoju mam inny, ale go porzucilam,
    nie wchodze z nim w ogladanie. Wiec cos jeszcze napisze.
    Nastepnego dnia ruszamy w kierunku wspomnianej juz tamy - im. prezydenta
    Hoovera. Tylko jeden U-turn na glownej ulicy L.V. (bo w zlym kierunku jechalam)
    i juz droga prosta jak strzala. Oczywiscie, przyjezdzamy wczesnie. Od razu
    zalapujemy sie na film o budowie i danych technicznych tamy. Oprocz Amerykanow,
    to chyba tylko jeszcze ruskie umieli robic tak piekne techniczno - patriotyczne
    filmy. Potem wycieczka wglab tamy - do generatorow. Panienka wyjasnia jak
    dziala przeplyw wody, jakie giga, ile cementu. Elektrownia zaopatruje w energie
    nie tylko malutka ludnosciowo Nevade, ale dostarcza 75% energii jaka potrzebuje
    Kalifornia, ktorej ilosc ludnosci jest zblizona do Polski. Mloda Arizonianka,
    ktora oprowadza z satysfakcja mowi, ze juz wkrotce Kalifornia bedzie musiala
    po 75 latach renegocjowac ilosc i warunki dostawy energii. Czulo sie w glosie,
    ze pokaza tym pyszalkowatym Kalafonczykom. Bez ironii, to wielkie zbawienie dla
    tego pustynnego rejonu - woda i energia. Mowi sie tez oczywiscie o miejscu
    rekreacyjnym, wszak powstala "Solina" liczy ponad dwiescie kilometrow dlugosci.
    Dlatego po drodze mozna spotkac zupelnie abstrakcyjne obrazki, przy domach na
    tym pustynnym pustkowiu stoja potezne lodzie, albo takiez ciagna na lawetach
    auta.
    Acha, dla niezorientowanych, pustynie - to na swiecie w niewielkim stopniu cos
    takiego jak Sahara - piasek. Pustynie to skaly, zbita ziemia, pyliste tereny, z
    glazami, jakas wielce mizerna, roslinnoscia. Te pustynie na krociutki okres
    ozywaja na wiosne. Nawet slynna Dolina Smierci (gdzie zanotowano najwyzsza
    temperature na swiecie) zamienia sie na wiosne w kwitnacy kobierzec. Niestety
    nie widzialam tego, ale tak pisza.
    Po tamie jedziemy do miejscowosci, ktora jest baza wypadowa do Grand Kanionu.
    Miescina kilkutysieczna - Williams od nazwiska jednego z pierwszych odkrywcow
    i propagatorow Grand Kanionu. W miasteczku mnostwo ludzi w granatowych
    podkoszulkach z napisem - spotkanie rodziny Williamsow- 2006. Sami blondyni, w
    tych terenach jeszcze sie nie mieszaja rasowo. A zjazdy rodzinne to bardzo
    popularna impreza w Stanach. Historii ten kraj podobno nie ma, to kultywuja
    swoja kilku, a czasem nawet kilkunasto - pokoleniowe historie rodzinne. W
    czasie kolacji pani kelnerka w restauracji radzi nam przerwac i wrocic potem.
    Bo na ulicy kilku miejscowych panow odstawia westernowy show. Moze nie jest to
    najwyzszej klasy, ale ludzie sie zasmiewaja, strzaly z pistoletow az za glosne,
    nadjezdza jakis dylizans. Napracowaly sie chlopaki, trzeba cos wrzucic do
    wystawionego pudla. Zabieram gdzies po drodze ksiazeczke z real estate. Za ile
    tu mozna kupic dom. Wcale nie tak tanio. A ta miescina Williams ma nawet down
    town (po amerykansku tak sie nazywa centrum) i domy wyroznione, ze sa przy
    tym down town kosztuja juz jak w stanie NY. No to nie kupie. O, jakie tu juz
    dobre powietrze, zostawilismy podmuchy pustyni Nevady. Wieczorek rzeski, dzien
    dobrze cieply, ale bez zaduchu, zimy ostre i prawdziwe. Do Arizony przeprowadza
    sie wielu, takze Polakow. Mysle, ze tez ze wzgledu na uczciwe 4 pory roku.
    Przynajmniej w niektorych obszarach. Troszke przesadzam z tym wspanialym
    klimatem, wlaczamy w pokoju tv, a w miescie Tuscon bylo dzisiaj 107 stopni F.
    Nie przeliczam Wam, ale goraczka 104 jest wielce alarmujaca.
    Rano jedziemy do Grand Kanion. Kilka lat temu jechalam ta trasa w nocy, bo
    zagadalam sie z siostra i przejechalysmy przeszlo 100mil, czyli 160 km, potem
    okazalo sie, ze znow w druga strone przejechalysmy, bo nie przeczytalam
    dokladnie, gdzie mamy hotel i wyszlo, ze jechalysmy w koncu noca. Wydawalo mi
    sie wtedy gorzyscie i lesiscie i kreto. Za dnia okazalo sie, ze lasy i gory
    ukradli i droga prosta jak prosta miedzy dwoma punktami. To wtedy pobladzilam,
    czy teraz, chol...?
    Grand Kanion to cos niesamowitego. Zadne zdjecie tego nie odda, ale akurat
    to naprawde polecam wpisac sobie Grand Kanion - photos. Moze poczujecie ta
    potege natury? Najlepiej do krawedzi isc z zamknietymi oczami i otworzyc je juz
    nad wspanialosciami. Wzdluz krawedzi mozna poruszac sie na nozkach, przy pomocy
    wlasnego auta, i autobusow darmowych, ktory zabiora cie z rozlicznych
    przystankow. Popularna jest odwrotnosc do wspinaczki - schodzaczka wglab,
    schodzi sie jakies 3-4 godziny, na powrot trzeba przeznaczyc 2,3 razy wiecej
    czasu. Najwazniejsze ostrzezenia - to zaopatrz sie w odpowiednia ilosc wody.
    Na dole, przy brzegu rzeki jest camping, gdzie miejsca trzeba rezerwowac na co
    najmniej rok naprzod, a butelka wody kosztuje wiele dolarow. Trase mozna odbyc
    tez na mulach. My oczywiscie zeszlismy tylko jakies pol godziny w dol. Moge
    powiedziec, ze glownie odstraszyl nas smrod mulowych odchodow, ale to
    nieprawda. Kanion mozna tez eksplorowac z helikoptera czy samolotu, a takze
    wielce popularne sa wielodniowe splywy pontonowe rzeka Kolorado.
    W zwiazku z roznymi atrakcjami turystyczno - krajoznawczymi slysze
    slowo "zadeptany". Kanion tez ma byc zadeptany, nie wiem w jakim sposob.
    Wszystko jest tak zgrabnie zorganizowane, ludzie nie chodza sobie po pietach
    ani wzdluz trasy widokowej, ani punktow widokowych. Tylko sie cieszyc, ze
    jeszcze sa tacy, ktorzy chca cos zobaczyc nie tylko na ekranie takim czy
    siakim. Na teranie parku jest kilka hoteli, schronisk, kamping, trasy.
    Zaliczamy jedna , niewielka - inne te lasy niz w Polsce. A potem jazda do
    Rezerwatu Indian Navajo. Ten rezerwat to tak na oko zajmuje jedna czwarta
    obszaru Arizony. Zarezerwowane mamy nocleg w miescie Tuba, juz bylo cos
    wczesniej podejrzane, w calej Tubie tylko jeden motel, no ale teraz juz ide
    spac , a najpierw poczytac zalegla Polityke.
  • 13.08.06, 07:50
    Maryno jestes fantastyczna! Nie wiedzialam,ze tyle czasu moge wytrzymac nie
    wypuszczajac powietrzasmileTego mi bylo trzeba.
    Czulam sie jakbym tam byla. Mialam na poczatku zal,ze nie wklejasz fotek co
    kilka linijek, ale ....dawno nie uruchamialam wyobrazni, a dzieki Twojemu
    opisowi sama sie wlaczyla/ i cala moja galeria z roznych filmow i reportazy/.
    Mam nadzieje,ze doczekam jakiejs forumowej rocznicowej / na 5-latke?smile/
    imprezy/ chocby wirtualnej, ze zapracowany ADM zamaist tortu rozesle nam
    osobiste "wizje z komentarzem" w tle, po nacisniecu na odpowiednie fotkismile)/
    ktore kazdy z nas przygotuje/. Rozmarzylam sie w iscie amerykanskim stylu....
    Dzieki Maryno.
  • 13.08.06, 10:33
    Mam wspaniałe zajęcie na niedzielne przedpołudnie - atlas w garść i śledzenie
    wyprawy Marynysmile
    --
    Niebo gwiaździste nade mną i prawo moralne we mnie.
    Kant
  • 13.08.06, 11:29
    jak kazdy post Maryny przeczytalem z przyjemnoscia.
    Nie bylem i (chyba) nigdy nie poznam Zach. czesci USA.
    Nie lubie podrozowac ale ze (chyba) na wlasne oczy nie zobacze Grand Kanion
    czy Monument Valley z "Marlboro krajobrazem" - troche mnie zal sad.

    Poczytam sobie przynajmniej w Twoich sprawozdaniach - Maryno smile
    pozdr.
    pE

    ps.
    malenka notka: klasyczne (profesjonalne) gondole w Wenecji sa tradycyjnie czarne
    wiec spotkani przez Ciebie w LV nowozency wiedzieli co robia! - wsiedli
    do "orginalu" smile)
  • 13.08.06, 14:50
    Maryno, dziekuje za swietne, ciekawe, plastyczne.... podrozy opisanie smile)
    Dolaczam do poprzednich, juz niezly tomik sie byl zebral.
  • 13.08.06, 16:28
    Dziekuje za mile slowa i uwage Pp. Jak wiecie pisze to na kolanie, czyli od
    reki, czyli od klawiatury, to na pewno jest duzo bledow merytorycznych, o
    stylistycznych i jezykowych nie wspominam. To pisze dla swoich przyjaciol,
    czyli Was i moze kilku innych i dla siebie, wiec prosze wybaczyc, czy
    naprowadzac na wlasciwe informacje. A o tych Indianach nie studiowalam
    specjalnie, wiec tym bardziej wybaczcie, ale jakis podstawowych glupot chyba
    nie wypisuje. Wiec dojezdzamy do tej Tuby, gdzie ona jest? Jakies
    porozrzucane budy, przyczepy, ruiny chalupek, wzdluz szerokich, wyznaczonych
    od linijki ulic. Przed kazdym takim pomieszczeniem zlomowiska aut. Zreszta
    cala droga do Tuby byla przegladziusienka, szeroka, najwyzszy poziom techniki
    drogowej, wsrod takiej pustyni a od czasu do czasu pustynnych bud - domow. W
    koncu sa swiatla i na jednym rogu nasz motel. Od razu powiem - bardzo
    przyzwoity. W recepcji przemila, profesjonalna panienka Navajoanka ( nazwe
    plemienia czyta sie - Nawaho), pokoj czysciutki, przyzwoity. Obok hotelu
    restauracja, ale przed wyjazdem bylam pouczona, zeby isc do jakiejs innej "w
    miescie", bo tam bardziej czuc atmosfere. Pytam panienki, speszona, nie wie. No
    to jedziemy w objazd "miasta" w poszukiwaniu. Juz jestem przyzwyczajona, ze w
    Ameryce nie ma miasteczek w wyobrazeniu europejskim, ale tu nie ma nic, oprocz
    wyzej wspomnianych roznych pseudo -domow i pawilonow, ze tak powiem rzadowych.
    Wiec jest duza szkola, a obok na parkingu stoi ze sto zoltych autobusow
    szkolnych. Widocznie trzeba zwozic dzieci z wielu miejsc, jest szpital i
    przychodnia, osobny, gdzie indziej pawilon - przychodnia i szpital chorob
    psychicznych, klinika uzaleznien, ba nawet stacja dializ, a zaraz obok pyszni
    sie napis na barakowozie - tu robimy mammografie. Jest budynek Social
    Security, tez opieki socjalnej. I dlaczego tu tak strasznie? Wracamy do hotelu
    i idziemy jednak do restauracji przyhotelowej - nazywa sie Hogan. Hogan to
    tradycyjny ksztalt budowli Navajo. Piecioboczny, lub szescio, prawie okragly.
    Zwiazane to jest z tradycyjna religia i duchowoscia plemiona. W restauracji
    znow profesjonalne i przemile navahojanki, jedzenie podobno plemienne. Hm...,
    chyba plemienia amerykanskiego. Obok kolejny budynek o charakterystycznym
    ksztalcie, wyblakly transparent glosi, ze bar "comming soon". Przeciez w
    rezerwacie obowiazuje zakaz sprzedazy alkoholu, wiec co to bedzie za bar -
    zastanawiamy sie. Dalej trzeci budynek w ksztalcie hogan z wyrobami plemiona
    Navaho. Pracuje tu pan, tez na poziomie. Sklep zreszta jest nadzwyczajny, nie
    tak jak w wielu innych, przykurzone, dziwne starocie. Tutaj te same starocie sa
    ladnie wyeksponowane, odkurzone, a niektore wyroby rewelacyjne. Kupilam plytke
    ceramiczna na sciane i CD, na wszelki wypadek takie co to dostalo nagrode Emmi
    i wlasnie ta muzyka "leciala" w sklepie. Potem jeszcze troche jezdzimy,
    chodzimy, szukam oznak lepszego zycia. Nie ma, w miescie podobno mieszka 8 tys.
    mieszkancow, zapewne jest to caly dystrykt szkolny w promieniu 50 mil co
    najmniej. I zachodzi pytanie, dlaczego tam tak jest? Te osoby, ktore juz
    pracuja sa lepiej niz o.k. A cala reszta? Dlaczego na swoim terenie nie biora
    sprawy w "swoje rece", a jesli - to bardzo niewiele. Dwadziescia, czy wiecej
    lat temu wygrali proces o odszkodowanie za tereny kopaln weglowych z rzadem
    amerykanskim. Do dzisiaj mowi sie, ze wygrali ten proces z przyczyn poprawnosci
    politycznej. To byly duze pieniadze i gdzie one sa utopione? Klimat, polozenie
    sa tu bardzo nieprzyjazne, ale i na takich terenach ludzie potrafia tchnac
    zycie.
    Tu chcialam wyjasnic, ze slowo "Rezerwat" ma w jezyku, przynajmniej
    amerykanskim, inne znaczenie niz w jezyku polskim. Nie jest pejoratywne dla
    ludzi, oznacza orginalne ziemie poszczegolnych plemion indianskich. A jest ich
    w Ameryce ze setka, lub wiecej. Na rezerwat przyrody, czy zwierzat mowi sie
    inaczej. Indianie w rezerwacie rzadza sie swoimi prawami, maja swoja policje,
    prawo lokalne, nawet czas na zegarkach maja inny, ale bezrobocie siega tam 60%.
    Pracy zapewne nie ma, ale na ile jej nie szukaja? Moze trzeba wyjsc z
    rezerwatu, lepiej wykorzystac oferte turystyczna? Nie wiem, ale w ogolnosci nie
    jest najlepiej. Szerzacy sie alkoholizm, choroby psychiczne wprawdzie nie
    wyniszczaja obecnego stanu populacji, ale pogarszaja jej stan. I na litosc
    boska, ile lat jeszcze Amerykanie - najezdzcy beda winni za czasy wspolczesne.
    Ktos powie, a bo za duzo troski. Nie bedzie welfra (czyli zapomog, ochrony
    zdrowia panstwowej, bonow zywnosciowych itd) to sie powie- ale podli,
    wkroczyli, a teraz nie interesuja sie. Jest welfare - to wielu uwaza, ze sie
    ich demoralizuje. No, nie jestem specjalistka od tych spraw, ale jak w kazdym
    przypadku - sa dwie strony medalu.
    Jezyk Navaho jest absolutnie rozny od jakiegokolwiek innego, oczywiscie we
    wspolczesnych czasach i on zamiera. Moze niektorzy znaja chlubna historie tego
    jezyka z czasow Drugiej Wojny. Otoz w czasie wojny amerykansko - japonskiej
    pewien bialy Amerykanin zamieszkujacy w rezerwacie wpadl na pomysl, azeby ten
    hermetyczny jezyk wykorzystac do szyfrowania wiadomosci telegraficznych.
    Zaprosil do kwatery glownej kilku Navaho - proba wypadla rewelacyjnie.
    Poczatkowo ilosc slow dla potrzeb wojny wynosila 200, wkrotce rozrosla sie do
    800. Pod koniec wojny taka ilosc szyfrantow z plemienia Navaho byla w Armii
    Amerykanskiej. W Monument Valley jest wystawa poswiecone temu chwalebnemu
    epizodowi z wojny.
    Tak sie zasugerowalam martwota okolicy, ze rano w recepcji pytam, czy jest tu
    stacja benzynowa, panienka patrzy zdziwiona, jest i to nawet kilka, czy mogloby
    byc skupisko ludzkie w dzisiejszych czasach w Ameryce bez tego? Sa - przy
    wyjezdzie, i to nawet trzy oraz warsztat napraw samochodow ze starymi
    czesciami. A jakze.
    No to w droge do Monument Valley. Podrodze widzimy drogowskaz Black Messa. Od
    razu zapalaja mi sie czujki. Wprawdzie nie mielismy w planie "zaliczac" mess,
    ale coz szkodzi troszeczke skrecic. Messa oznacza scieta powierzchnie stozka
    gory, na ktorym inne plemie Indian Hopi buduje swoje osady. W ramach rezerwatu
    Navaho jest rezerwat Hopi, wlasnie na tych messach. Navaho sa w stanie
    nienawisci do Hopi od zawsze. Hopi sa spokojni i jeszcze bardziej cofnieci od
    wspolczesnego swiata, z wyjatkiem podstawowych atrybutow cywilizacji. Z duma
    mowi sie, ze ilosc ich przyrasta. Jedziemy wiec do tej Black Messy. To duzy
    obszar bylych kopaln weglowych, odkrywkowych. Po drodze przejezdzamy przez
    jakas osade Hopi. Okragle, ulepione z gliny i kamieni "budynki", czy jak to
    nazwac, do niektorych poprzystawiane drabiny, wchodzi sie przez dach. Wokol
    zlomowiska - porozrzucane oznaki wspolczesnej cywilazji. No to juz wiemy,
    zawracamy na droge do Monument....No to koncze, do nastepnego odcinka wieczorem.
  • 15.08.06, 22:31
    Trochę o szyfrantach z plemienia Nvajo.
    Jednak największą (i najszerzej znaną obecnie, choć ich rolę upubliczniono
    dopiero niedawno) grupę indiańskich szyfrantów stanowili Nawahowie (ang.
    Navajo), których ponad 400 przeszło specjalne tajne szkolenie w tym zakresie.
    Podczas działań wojennych (głównie w czasie II wojny światowej na Pacyfiku, ale
    także wcześniej i później) zaszyfrowany język navajo służył do kierowania
    atakami amerykańskiego lotnictwa, kierowania ruchami wojsk, donoszenia o
    stanowiskach nieprzyjaciela i przekazywania innych poufnych informacji i
    rozkazów. W języku Nawahów, który w tym czasie nie był jeszcze przez nikogo
    spisany, to samo słowo, wypowiadane na różne sposoby, mogło mieć nawet cztery
    różne znaczenia.

    Gdy pierwsza grupa 29 znających dobrze język angielski młodych nawajskich
    ochotników została przeszkolona z łączności i potwierdziła swą przydatność w
    warunkach bojowych na Guadalcanal, szybko utworzono kolejne grupy indiańskich
    szyfrantów. W opracowanym przez nich złożonym systemie nawajskie określenia
    przyrodnicze oznaczały rozmaite rzeczy i miejsca. Na przykład besh-lo,
    czyli "żelazna ryba" znaczyło "okręt podwodny", "ziemniak" - "granat", a Ne-he-
    mah ("Nasza Matka") - "Amerykę". Przy pomocy innych nawajskich słów kodowano
    litery, z których składały się wojskowe określenia nieistniejące w ich języku.
    Z wykorzystaniem kilku zespołów nawajskich szyfrantów, którzy w ciągu 48 godzin
    przekazali bezbłędnie ponad 800 zakodowanych meldunków, przeprowadzona została
    pomyślnie m.in. cała ważna operacja zajęcia przez Amerykanów Iwo Jimy (a wśród
    pięciu żołnierzy uwiecznionych podczas słynnej sceny zatykania amerykańskiego
    sztandaru na Suribachi - najwyższym szczycie zdobytej wyspy - był m.in.
    Indianin Pima Ira Hayes). Szyfrując pod koniec wojny łącznie 411 określeń,
    nawajscy łącznościowcy z 3. 4. i 5. Dywizji Marines przyczynili się walnie do
    zmniejszenia amerykańskich strat i pokonania Japonii na Pacyfiku.


    Charles Chibitty, nawajski szyfrant[edytuj]
    Pamięć
    Ze względu na swoją specyfikę żaden z kodów opartych na językach tubylczych
    Amerykanów nigdy nie został złamany, a ukrywany i pomniejszany początkowo wkład
    indiańskich ochotników w amerykańskie zwycięstwa został w ostatnich latach
    doceniony i uhonorowany m.in. przez kolejnych prezydentów USA. W 1987 roku
    prezydent Ronald Reagan ustanowił 14 sierpnia Dniem Nawajskiego Szyfranta. 3
    października 1989 roku rząd francuski uhonorował wodza Komanczów za zasługi
    jego współplemieńców z Korpusu Sygnalistów (ang. Signal Corps) medalem
    Chevalier de L'Ordre National du Merite. W 1992 roku Pentagon zorganizował
    specjalną wystawę dokumentującą rolę indiańskich kodów, a w 2001 George W. Bush
    przyznał złote i srebrne Medale Kongresu grupie kilkudziesięciu tubylczych
    weteranów-szyfrantów. pl.wikipedia.org/wiki/India%C5%84scy_szyfranci

    I zdjęcie z zaprzyjaźnionego wiewiórkowego bloguwink
    tinyurl.com/nxub3

    --
    Niebo gwiaździste nade mną i prawo moralne we mnie.
    Kant
  • 13.08.06, 19:31
    Dziekuje Marynao ze chcesz sie podzielic wrazeniamismile
    Wydrukowalam sobie Twoje opowiesci i po powrocie z pracy z przyjemnoscia
    poczytam.
    Kransmile
  • 14.08.06, 06:06
    No to dalej na polnocny wschod do Monument Valley. Wcale nie
    tak "bezpowodowo", zeby tylko ogladac cuda natury, ale z konkretnym
    zamowieniem. W kramie starej Indianki mam kupic szeroka posrebrzana
    bransoletke w ornamenty Navajo za 45 dol. Tyle, ze nie wiem gdzie konkretnie ta
    Indianka ma kram. Po drodze jest kilka, ale nie zatrzymuje sie, zreszta na
    dwadziescia pare mil przed samym terenem parku (wyjasniam, ze park w Ameryce
    niekoniecznie musi byc z bujna roslinnoscia , czy wogole roslinnoscia) zaczyna
    sie juz pokaz widokow znanych z filmow i nie wiedziec skad. Pustynia i wieze z
    piaskowca w odcieniu czerwonym sa dokladnie takie jak na zdjeciach. Dojezdzamy
    do parkingu, konczy sie gladziusienka droga, parking to wyrownany teren
    pokryty czerwonym pylem. W Visitors Center okazaly sklep jubilerski, prowadzi
    bialy rudzielec, przepiekne wyroby ze srebra, rzadek "moich" bransoletek.
    Cudo. Pytam o taka srednio-szeroka. 140dol, nawet nie wiem czy z podatkiem,
    czy jeszcze bez. To nie na taka mam zamowienie, zreszta facet tez nie
    przypomina starej Indianki. Dalej idziemy na wspomniana wystawa o chlopcach
    Navajo w czasie Drugiej Wojny. Nie tylko pelna lista nazwisk, ale tez obszerny
    slownik szyfrantow. Na zdjeciach fajni chlopcy.
    Teraz pozostaja nam dwie opcje. Wsrod monumentalnych skal mozna przejechac sie
    pick - upem z lawkami za jedyne 15 dol. albo tez pojechac samemu 23 - milowa
    petla. Patrzymy z gory na sunaca wolniusienko samochody, bo jednak wiekszosc
    decyduje sie na jazde wlasnym samochodem. Corka, ktora tu byla 3 lata temu
    mowila, ze przejechali pozyczonym autem tej samej klasy co moje. No to w droge.
    Juz po okola pol kilometra zaczynam myslec, czy aby dobrze zrobilam, "polna"
    droga straszliwa, czerwony kurz wzbija sie przy nawet najmniejszej szybkosci,
    dodatkowo strzelaja spod kol kamyki. Porysuje te cholerne auto - mysle. Po
    kilometrze okazuje sie, ze droga jest nie tylko najgorsza z mozliwych a
    dodatkowo strasznie kreta i z gorki i pod gorke. Na wyslizganym zakrecie w
    ksztalcie agrafki doly na pol kola. Wracamy - mowie do Olafka, jeszcze bede
    placic za uszkodzenia auta. Chlopak mowi- za pozno, to jest juz tylko
    jednokierunkowa petla . Bagatela, jakies 23 mile, czyli dobrze przeszlo 30 km.
    Ale po chwili przyzwyczajam sie i mam czas ogladac. Teraz piaskowce mamy omal
    na wyciagniecie reki. Przejrzalam zdjecia internetowe, prawie wszystkie robione
    sa z drogi dojazdowej, nie ma z tej polnej drogi.
    www.danheller.com/monument-valley.html
    Widocznie za mala peryspektywa, ale z kolei ogladanie z bliska wlasnymi oczkami
    dawalo nowe, oszalamiajace wrazenia. Ale wracajac do bransoletki w wazniejszych
    punktach widokowo- zdjeciowych zatrzymujemy sie, jak inni, sa stragany, nie ma
    starej Indianki z bransoletkami. Jak ja sie pokaze, nie uwierza, zem byla. Na
    19-tej mili, przy ostatnim straganie, sa!! Jak dawniej w Polskich sklepach -
    dwie ostatnie. Poniewaz kupuje dwie to stargowuje na po 40 i juz tylko 3 milki
    przed nami. Zapomnialam, ze 3 najgorsze. Raz po raz wrzucam w automacie tzw.
    trojke - wzmocniony bieg na wlasnie pod gorke. Dalej jest jeszcze jakis bieg o
    nazwie L, nie wiem do czego sluzy. Gdy wchodze na ten ostatni agrafkowy zakret
    wrzucam ta trojke. Na przeciwko zasuwa ( w porownaniu z moja szybkoscia) ten
    navajoanski pick- up z turystami. Moj silnik rzezi, samochod slizga sie. W
    koncu wygramolilam sie. Wracam na normalny bieg, okazuje sie, ze jechalam na
    tym tajemniczym biegu L. Gdy dojezdzamy na parking sprawdzam w ksiazeczce do
    czego ten cholernik sluzy. Ano do hamowania, gdy sie jedzie z gory. Wychodzimy
    z auta, jak wszystkie obok jestesmy w czerwonym pyle od kol po dach. O.k.
    Dodatkowo kilka zadrapan od kamieni. O.k. W NY tez nie bardzo udaje mi sie
    jezdzic bez "zadrapan".
    No to byl najdalszy punkt na Wschod naszej wyprawy. Teraz jedziemy na zachod w
    kierunku Parkow w Utah. Monument Valley to wlasciwie lezy w Utah, ale po
    przekroczeniu polnocnej granicy mozna jechac tylko na polnoc, na zachod nie
    istnieje droga. Po drodze mijamy drogowskaz do kolejnego slynnego miejsca
    Navajo National Monument, niestety nie chce jezdzic po ciemku, a nie wiem ile
    zajmie mi droga do kolejnego motelu. Serce mi sie kraje, ze nie dotarlismy do
    polozonego na poludniu rezerwatu Kanionu de Chelly. Ci co tam byli
    tylko "echaja i ochaja".
    Motel mamy jeszcze w Arizonie w miejscowosci Page. Miejscowosc lezy u wrot
    niedawno wybudowanej tamy i elektrowni, tez na rzece Kolorado, za ktora
    utworzyl sie jeszcze wiekszy zbiornik, niz za Hoover Dam, bo dlugosci omal
    300km. Myslalam, ze dojedziemy pozniej, okazuje sie, ze mamy jeszcze przed soba
    uczciwe popoludnie. przy dojezdzie do miasta przeczytalam drogowskaz Antelope
    Canyon. Wiec pytam panienki w recepcji co lepiej obejrzec tame, czy jezioro.
    Poleca ta antylope. Jedziemy wiec do antylopy, znow zwirowy parking. Dalej
    trzeba juz jechac pick - upem z przewodnikiem. Najpierw dlugo kurzysta droga, a
    potem wchodzimy, nie do kanionu, ale do grot, w ktorych przeswituje z gory
    slonce. Powiem krotko: ksztalty, sklepienia, zakrety, kolory i kolory
    piaskowcow. Bajka, tego nawet nie bylo W L.V. Oprowadzajacy nas Navaho z duma
    wylicza ile tu filmow bylo kreconych, ile comerciali, a ile wycieczek
    fotografow, ktorzy upajaja sie mozliwosciami jaki daje Kanion Antylopy. Musze
    tu zalaczyc link ze zdjeciami
    www.pbase.com/tnarwid/southwest
    Niegrzeczny dla mnie ten link, sa na nim zdjecia z dalszego ciagu, ale na
    trzech zdjeciach jest Antylopa - czujecie to?
    Znow uwinelismy sie czasowo, jeszcze zdazymy nad tame, a nawet nad zbiornik
    zachwalany jako wspaniale miejsce rekreacyjne. Wyglada ponuro, lyse brzegi, ,
    nawet bez jakiegos fanazyjnego uksztaltowania. Ale dla ludzi, ktorzy wogole nie
    mieli wody - nie tylko "do zabawy", ale i do zycia to cud. Przed samym wyjazdem
    przypadkowo ogladalam program o tej tamie i narzekania milosnikow czystej
    natury jak to sie tu zmienilo, cos tam sie zmienilo w skalach i ginie jakis
    turkuc podjadek. Ale to, ze ludzie przestali "ginac" nie zauwazyli ci zapalency.
  • 15.08.06, 04:48
    Nastepnego dnie jedziemy do Parku Narodowego Zion w poludniowo- zachodniej
    czesci stanu Utah. Tak, jego nazwa to po naszemu Syjon. Nadali ja moromoni,
    ktorzy szukali miejsca do osiedlenia i oczarowni majestatycznym miejscem,
    ktore ujrzeli nazwali je tym hebrajskim slowem. Oznacza ono miejsce
    bezpieczne, ukojenia czy cos takiego.(Prosze poprawic - bo nie mam zdrowia
    szukac co to dokladnie znaczy0. Zreszta sa i inne starotestamenowe nazwy, jak
    chociazby trzy imponujace skaly nazwane sa imionami trzech patriarchow, Oltarz
    Ofiarny, a takze nazwy Indianskie.
    Po przekroczeniu bramki (cena 20dol od auta, lub tez mozna uzyc roczna karte
    na wszystkie parki narodowe za jedyne 50 - ja taka kupilam)zaczyna sie
    kilkunastokilometrowa droga - bajka. Samochdody jada wolniutko, niektore juz tu
    sie zatrzymuja, azeby podziwiac twory skalne, nie brak tu zieleni. Droga kreta,
    waska, przepasc raz z jednej strony/ raz z drugiej. W koncu dojezdzamy do
    Visitors Center. Tu trzeba zostawic samochod, po parku mozna poruszac sie na
    nogach, rowerem, lub darmowymi autobusami, ktore zatrzymuja sie w wielu
    miejscach widokowych i na poczatkach szlakow turystycznych. Szlakow jest ok.
    200 km. Dostalismy odpowiednia mapke z szlakami, ale dla takich jednodniowych
    zwiedzaczy sa wytypowane na tablicach stosowne. Kiedy wrocilam sie po wode do
    samochodu Olafek juz wybral z tablicy - cztery godz. w jedna strone, stopien
    trudnosci - duzy. Z trudem przystal na lagodniejsza wersje, zwlaszcza, ze na
    podstawie materialow wiedzialam, ze musimy zaliczyc kilka krotkich do
    najpiekniejszych miejsc. Po pierwszym szlaczku w sumie 3 godz. zaczynamy
    korzystac z autobusu i "instrukcji" . Idziemy ok. godziny do tzw. Emerald
    Pools. Na roznych wysokosciach sa trzy. Spadajaca ze skal woda tworzy na dole
    male "baseniki", wszystko to wsrod "wiszacych ogrodow" ze skal. Ostatni szlak
    to przejscie wzdluz rzeki Dziewiczej, plynacej dnem wyzlobionego kanionu. Skaly
    sa coraz blizej siebie, podobno na koncu juz tylko brodzi sie rzeka. Niestety
    jest juz po szostej, nie wiedziec, kiedy zlecial nam caly dzien, a mamy przed
    soba jeszcze jede punkt programu.
    A oto link do zdjec z internetu,
    www.terragalleria.com/parks/np.zion.html Moze moj opis nie brzmi
    zachwycajaco, ale uwierzcie mi na slowo, to byl nasz najpiekniejszy dzien. Olaf
    mowi, ze przyjedzie tu za kilka lat z kolegami, sa kampingi, szlaki,
    wypozyczalnie rowerow, mozliwosc zjedzenia dowolna, a tak tu przepieknie. Nie
    tak surowo. O ile w Polsce mowi sie wedrujacym o stosownym ubraniu, tu mowi
    sie tylko o butach i wodzie . Mimo wysokosci jest tu goraca, wody pije sie
    hektolitry.
    W "programie mam "Odwiedzenia miasteczka Colorado City", zalozone dwadziescia
    lat temu przez ortodoksyjnego mormona, ktory nie ulegl obecnym przepisom
    kosciola i uznaje wielozenstwa. Wspominalam juz kiedys, ze ogladalam program o
    tych zniewolonych tam kobietach. Miejsce na miasteczko wybrano znakomite.
    Droga, wiadomo, bardzo dobra, ale tak gorzysta i kreta i jedna jedyna, ze
    niewielu ludziom moze sie chciec pojechac tu za niczym. Dojezdzamy. Strasznie
    szerokie, jak naogol w takich miasteczkach prowincjonalnych ulice, porozrzucane
    domy, wiele za bardzo wysokimi murowanymi ogrodzeniami. Widac za nimi czubki
    ogramniastych, bardzo bogatych domow. Musza ich wlasciciele byc dobrze bogaci.
    Ale jest tez wiele zwyczajnych. Gdzieniegdzie przy domach gromady dzieci.
    Zwyczajni mezczyzni, kobiet nie widzielismy. Jest tez College Mormonski. Moj
    mlody towarzaysz jest speszony, kiedy tak krazymy po ulicach za
    czyms "interesujacym". W koncu poplataly nam sie ulice, krazymy i krazymy w
    ogromnym upale i ciszy i nie mozemy wyjechac na droge przelotowa - zemsta
    mormonow. Nie pierwszy to raz rozgladamy sie za sloncem, zeby okreslic
    kierunek. Jest, wyjezdzamy. No, bylam, gdzie chcialam.
    Dojezdzamy po ciemku do motelu, tu spedzimy trzy ostatnie noce. Okazuje sie, ze
    oprocz takich jak my wedrowcow, to sa to "wczasy" rodzinne dla golfistow. Rzedy
    wozkow golfowych, panowie cos tam omawiaja. Teraz rozumiem, dlaczego w ofercie
    bylo zaznaczona mozliwosc wyboru pokoju z widokiem na pole golfowe. Na wszelki
    wypadek taka zaznaczylam, odpowiedzieli mi, ze moga mi zapewnic tylko dwie noce
    tego widoku, a potem mnie przeniosa. No to odpisalam, ze na tym widoku to tak
    mi nie zalezy, bardziej na tym, zebym sie nie przenosila. No i w rezultacie
    okazuje sie, ze wogole nie ma nas na liscie gosci. Ale zaraz znalazla sie
    rada, dostajemy w tej samej cenie pokoj o podwyzszonym standarcie z widokiem
    na pole. Jest noc . Pola nie widzac, za to z wielkim trudem usypiam. Tyle co
    zasnelam, o trzeciej budzi mnie miarowe tsz tsz, tsz, tsz - trrrrrrrrrrrrrrrrr.
    Mysle, jakis "chrabaszcz" wali o siatke. Jedno ucho przyciskam do poduszki, w
    drugie wsadzam palec. Nie moge jednak zasnac z reka w powietrzu. Ide zamknac
    balkon, o.. to nie zaden stwor sie tlucze, to wlaczyle sie sprinklery i
    podlewaja trawe na tym polu g. Zamykam drzwi balkonowe, dalej slysze, wiec
    postanawiam wlaczyc klimatyzator, jako czlowiek miejski w jego huku moge spac.
    Niestety nie chce sie wlaczyc. Jest centralnie ustawiony na 74F, a w pokoju
    jest zapewne chlodniej. Po dlugim czasie, juz zlana potem powtarzam probe,
    wlacza sie. Zasypiam ukojona buczeniem klimatyzatora myslac, ze tych golfistow
    to jutro udusze.
  • 17.08.06, 01:25
    Ale to dlugie wyszlo, ale moge napisac radosna nowine - zblizam sie do konca.
    Dzis Bryce Kanion. Tylko 60 milek, zjemy po drodze, gdyz wczorajsza kolacja w
    hotelowej restauracji nadszarpnela gotowke, a ambitnie sobie powiedzialam, ze z
    maszyny pieniedzy wyciagac nie bede. Wielka sztuka, skoro i tak omal wszystko
    place karta.
    Podjezdzamy do bramki Parku, pan skanuje moja karte i po sekundzie,
    zaopatrzeni w mapki jedziemy. I tutaj zwiedzanie mozna odbyc wlasnym
    samochodem, zatrzymujac sie w punktach widokowych, skad mozna zejsc na szlaki,
    lub tez autobusem darmowym, ktory tez sie wszedzie zatrzymuje. Z otrzymanej
    mapki dowiadujemy sie, ze dwudziestomilowa droga idzie polka skalna gesto
    porosnieta lasem, z ktorej glownie z jednej strony "obsunely" sie oszalamiajaco
    kolorowe warstwy skal. Zolcie, czerwienie, pomarancze, biele w roznych
    odcieniach to kolory w jakich wystepuja skaly. Poniewaz wszystko obserwujemy z
    gory - widoki nieprawdopodobne. W rzeczywistosci to jeszcze bardziej
    zadziwiajace, bo fotografia jest jednak plaska. (Zreszta rowniez zdjecia z
    Grand Kanionu nie oddaja ogromu tamtego zjawiska). Nawet ja, co znow
    taka "poetka" nie jestem dostrzegam tu miasta, palace, swiatynie, domy
    zwierzeta, a nawet w Queen's Garden, do ktorego schodzi sie 1,5 mil trasa,
    robie sobie zdjecie z Krolowa Wiktoria w tle. Moj mlody towarzysz wciagniety
    w konwencje takiego wypoczynku, pracowicie wyznaczyl punkty widokowe, trasy i
    nastepnie je odkresla. To co uwaza za wazne musimy zaliczyc. W lesnym terenie
    powietrze wspaniale, bo dosyc wysoko, (wjazd do parku jest na omal 2000m,
    zakonczenie trasy, omal 3000m). Jednak same trasy turystyczne sa wsrod
    nagich, wystawionych na slonce skal, gdzieniegdzie rosnace na nich sosny sa
    daleko i nie daja nic dla ochlody. Trzeba miec ze soba wode, wode i jeszcze
    raz wode. Kazdy wiec idzie z woda Zreszta cala nasza podroz odbywa sie na
    plaskowyzu ok. dwa tys metrow. Olaf jest zdziwiony, ze ludzie tak dysza
    wracajac pod gore, podyszysz i ty - mowie - i sprawdzilo sie.
    Zalaczam link www.terragalleria.com/parks/np.bryce-canyon.html
    Zachecam do obejrzenia, mysle, ze zdjecia z Bryce sa najbardziej interesujace,
    a widzicie jak tam pieknie w zimie?
    Juz chcialam opuscic ostatni punkt widokowy, bo mam jeszcze drogi pukt i
    trzeci punkt programu. Nie udalo sie, na koniec zaliczamy najdluzszy szlak -
    wartalo. No to rezygnuje z drugiego punktu - spetryfikowany las, sprobujemy
    zrealizowac trzeci. Przed wyjazdem przeczytalam, ze w odleglym o jakies 30 mil
    miasteczku jest jeszcze starsza niz w Monument Valley Stara Indianka, ktora za
    niewielkie pieniadze rzuca uroki, a nawet klatwy. Mnie cos takiego potrzeba,
    chociaz dotychczasowe proby sie nie sprawdzily. Jedziemy, spiace miasteczko.
    Jest...ale stary Indianin, siedzi na stolku przed sklepem z wyrobami
    regionalnymi - niestety niezywy, bo sztuczny. Dla zartow namawiam Olafa, zeby
    popytal sie o ta osobe. Patrzy na mnie z przerazeniem. Chyba kogos poniosla
    fantazja, bo to miasteczko jest zapewne w 100% mormonskie, tylko taki kosciol
    (oni nazywaja sie oficjalnie Kosciol Sadu Ostatecznego) znajdujemy, ponadto
    dom - muzeum genealogii (to ich specjalnosc), budynek biskupa itd. Zadnego
    innego zycia religijnego, a przeciez w nie tak odleglym Page, (tez tylko kilka
    tysiecy mieszkancow) przy jednej stronie ladnej ulicy bylo jeden za drugim 7
    kosciolow roznych wyznan. Mormonski tez, katolickiego nie bylo.
    Idziemy zjesc w sieci fast foodu, co sie szczyci, ze ma mieso ekologiczno -
    organiczne bez tluszczu, trucizn, pestycydoww, hormonow, innych trucizn i chyba
    i protein)). Nie pomoglo na zdrowie, w lokalu leci CNN, z bardzo ostrego dnia
    wojny na Bliskim Wschodzie. Bardzo to przygnebiajace i absurdalne ogladac cos
    takiego w takim koncu swiata. Wracamy do hotelu, jutro ostatni dzien - zajecia
    wolne, bez grup, budzenie w sposob naturalny.
  • 17.08.06, 02:04
    Rano budze sie oczywiscie switem. Co robic z tak mile rozpoczety dniem. No to
    zwiedzam te wczasy rodzinnych golfistow. Panowie sie zbieraja, jada wozkami na
    to pole pod naszym balkonem, tam obraduja, a kobitki z malymi dziecmi przy
    basenie, na balkonie, tarasie, trawie, zjezdzalni. Znudzone, umeczone -
    normalka z calego swiata. Mozna tylko dodac, ze dzieci sa male - bardzo
    krotko. Obejrzalam, poszlam do basenu, pozyczam rowerek. Wracam po 12-tej.
    Olafek jeszcze nie otworzyl oka w sposob naturalny, schodze na dol, jakis pan
    pokazuje, ze mam flaka w przedniej oponie. Lece na pietro z wiadomoscia. W trzy
    minuty zaczynamy akcje. Och jak milo patrzyc jak profesjonalista uwijaja sie z
    taka robota. No to ide znow nad basenik, dziecku daje spokoj, niech robi co
    chce. Wieczorkiem idziemy na pozegnalna kolacje, usilujemy dociec, jak sie ma
    ten czas gorski do tego w Nevadzie, czyli Las Vegas, gdzie oddajemy auto.
    Trzeba oddac auto i zdazyc na samolot, ale znow zeby nie siedziec za dlugo na
    lotnisku. Z rozpedu pytam w recepcji o myjnie samochodowa - nie ma tu, ani w
    promieniu wielu kilometrow. Rozumiem tu nie ma wody na takie zbytki, a jak juz
    zbytkujesz to z wlasnego kranu we wlasnym domu.
    Na zakonczenie chcialam powiedziec, ze jazda w Ameryce to sama przyjemnosc,
    nigdy nie wybralabym sie w taka podroz w Polsce , a nawet w Europie. Kilka
    razy juz tak jechalam i nie zarzekam sie, ze to byl ostatni raz. Szybkosc
    dozwolana na autostradach w tamtejszych stanach to 75 mil, czyli jakies
    125km/godz. Ta szybkosc juz nie wypada przekraczac, ale jest wystarczajaca,
    zeby trzystakilkadziesiat km przejechac w 3 godziny. Jesli teren jest pusty
    to drogi sa tam dwukierunkowe drogi. Puste, z bardzo dobra widocznoscia do
    wyprzedzania. Amerykanie jednak bardzo nie lubia wyprzedzac, (bo nie za bardzo
    maja gdzie cwiczyc ten manewr). Szybkosc na tamtejszych zwyczajnych drogach 65
    mil, tak na oko przekraczam ja o 5 i tez sie jedzie bardzo szybko, zwlaszcza,
    ze i te zwyczajne drogi albo omijaja miasteczka, albo ulice w nich sa tak
    puste i szerokie, ze nie sprawia to zadnego klopotu. W Ameryce powstalo
    tyle "filmow drogi", nie dziwie sie, bo jest cos fascynujacego w przemierzaniu
    tych bezkresow, bo zawsze jest to przygoda. W dzisiejszych czasach naogol
    komfortowa. Bo nie boisz sie, ze nie nadjedzie pomoc (chyba, ze nia zasiegu
    komorka), ale to moze nadjedzie policja drogowa, a jak ci sie cos zepsuje (tfu,
    tfu), to zawsze jest wyjscie, chyba, ze czesc nalezy sprowadzic z Japonii, ale
    jak masz wypozyczony samochod, to dadza Ci z najblizszego punktu - drugi.
    W oddawalni aut z 8 rzadkow samochodowych, podchodzi do nas czarna pani, cos
    skanuje, mam oddac glowny papierek, ona mi daje rachunek z balansem zero i
    pogania do wypakowania walizek. Gdzie tam kto patrzy za zadrapaniami. W
    bagazniku zostalo nam 6 wod do picia. O, nie mowie, zaraz bedziesz chcial
    kupowac na lotnisku - bierzemy. To byl chyba ostatni samolot, ktorym udalo sie
    nam "przemycic" wode. Teraz, azeby nie stracic, chyba zarzadzilabym jej
    wypicie.
    No to zakonczylam,

  • 17.08.06, 03:06
    Jak kiedykolwiek dziabli mnie poniosą przez ocean,
    to wezne ze sobą Twoje sprawozdaniesmile
    Nich się chowają Kody wink
    --
    "Polska to chyba jedyny kraj na świecie
    posiadający kopię zapasową prezydenta
    i rząd sterowany radiem." znalezione w necie
  • 17.08.06, 10:24
    Maryno, dziekujemy serdecznie. Kiedy bedziesz w Kraju? zglosimy sie po
    dedykacje smile)

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła lub ?

Zapamiętaj mnie

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka
Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.