27.11.06, 00:00
Napisalam pierwszy kawalek dziennika z krotkiej podrozy do Japonii. Podroz
krotka, a dziennik dlugasny, ale jak zwykle powtarzam. Nie ma obowiazku
czytac. Tak samo nie uwazam, ze nie pisze bzdur, ale to sa moje obserwacje i
moja skromniutenka wiedzalub niewiedza.

Po wszelkich przejsciach zwiazanych z obecnym podrozowaniem samolotem, (co
zdjac, kiedy zdjac, co pokazac, co nie pokazac, czy ten kosmetyk przejdzie,
a ta butelka z woda?) wreszcie oddychamy z ulga. Buty zawiazane, paski
tez, bizuteria zalozona pasty do zebow w malych tubkach dokupione.. no to do
Sturbacksa po kawe. Po godzince kiedy juz prawie wszyscy weszli do samolotu
ruszamy i my. Nie ma mojej walizki, ukradli – wiadomo. Na wszelki wypadek
lece do kiosku, gdzie uzupelnialam zabrane mi kosmetyki – nie ma. Ale zostal
jeszcze Sturbacks – stoi sobie moja walizeczka przy pojemnikach z mlekami.
Mialam szczescie, nie tylko, ze nie ukradli, ale tez nie usilowal jej
rozbroic zaden ochtroniarz. A pasazerowie, gdzie czujnosc – taka samotna
walizeczka – nieoddana na bagaz. Ilosc godzin lotu jaka nas czeka -
przeraza. Nawet nie sprawdzilam dokladnie na rozpisce, zreszta inni
podobnie. Bedzie jedna szybka przesiadka, a potem juz tylko 13,5 godzin. Po
kilku godzinach, kiedy juz omal wszystko przeczytalam i zjadlam glowny
posilek zazylam srodek nasenny. I reszta przeleciala jak z bicza strzelil –
po co mnie na koniec obudzili? Walizke mam przy sobie, dwa tygodnie temu po 3
godzinnym locie, bez przesiadki czekalam na walizke 3 dni. To ja juz sie na
to nie nabiore, teraz patrze sobiena tych co z zapartym tchem sledza
walizki na tasmie. Moja – nie moja. A ja – spokojnie.
Niby wszyscy strasznie zmeczeni po tylu godzinach lotu, ale
nie przyjechalismy tu odpoczywac, wiec po chwili na miasto. Hotel mamy w
samym centrum przy dworcu kolejowym To wlasciwie caly zespol, lacznie z
kinami, salami konferencyjnymi, bankietowymi – wychodzac wlasnie wpadlysmy
na slub. Wiekszosc, w tym mlodzi - po zachodniemu, kilka pan w kimonach. Po
wyjsciu mijamy pasaz luksusowych butikow, po zachodniemu. Co sie
najbardziej rzuca w oczy w ten wieczor? Swietnie ubrane, ze swietnym
makijazem dziewczyny.
A wogole duze to miasto to Tokio, jak podaja dane statystyczne wraz z
przedmiesciami – 38 mln. No to chyba nie uda nam sie zapoznac z caloscia))).
Siadamy przy stoliku na zewnatrz jakiejs restauracji, dziewczynka (dlatego
tak zdrobniale, bo taka malutka, szczuplutka) naprzeciwko w spodniczce mikro
skostniala z zimna, kelner przynosi jej samolotowy kocyk, zeby owinela te
skostniale uda, za moment kto inny okrywa sie kocem. Z nami kelnerowi tak
wiecej trudno sie dogadac, a przeciez knajpka elegancka.
Rano odsuwam chinskie papierowe zaslony w ramkach, za oknem widac
pol Fudzi – jamy, reszte zaslanie budynek. Mamy polpecha. Sasiedzi z lewej
nie widza nic, sasiadki z prawej caly wulkan. Oczywiscie maja pielgrzymki do
pokoju.
Idziemy na sniadanie w hotelu, gdzie serwuja szwedzki stol. Westibul pelen
chlopcow nastolatkow. Chyba przyjechali na jakies zawody, bo grupy jednakowo
umundurowane w stroje sportowe czekaja karnie na wejscie na sniadanie. W
restauracji sa dwa stoly w zachodnim stylu, jak glosi napis, i jeden w
japonskim. Gdzie wiecej tej mlodziezy szkolnej? Przy stolach zachodnich.
Starsi Japonczycy - roznie.
Zaraz potem jedziemy do Kamakury, starej stolicy
Japonii. Jedziemy w godzinach szczytu. Do dworca musimy przejsc tylko jedne
swiatla, czekamy kilka minut, w koncu rusza na nas lawica panow w ciemnych
garniturach i mlodych kobiet w takich kostiumach. Wszyscy panowie z teczka
aktowka, wszystkie panie na wysokich obcasach. My tez przemy do przodu w
takim samym tlumie. Ale to dopiero poczatek. W glownym hollu dworca po prostu
olbrzymia fala – tsunami skladajaca sie nie z morskiej wody, tylko
czasteczek- ludzikow. Zadnych glosow ludzkich tylko taki jednostajny,
przerazajacy rytm tysiecy i tysiecy pospiesznych krokow. Zafascynowa
zatrzymuje sie przy jakims slupku podnosze aparat i robie zdjecia. Po kilku
sekundach rozgladam sie dookola, moje kilkanascie kolorowych czasteczek
rozplynelo sie w tej ciemnej masie. No to sune do przodu glownym nurtem,
zadnych kolorow nie widac. W koncu okazuje sie, ze to przejscie na druga
strone dworca. Zdejmuje zolta kurtke, macham nia ponad glowami i wale pod
prad. Dotarlam do slupka, dalej trzymam moja choragiew w gorze i wielce mi
glupio. Zbladzic, nie zbladze, chociaz, juz minelismy kilka wjazdow i
zjazdow, ale wszedzie mapki, napisy, ale narobilam klopotow innym. W koncu
widze jak z innej strony nasz pilot bierze azymut na moja zolta choragiewke.
Uff... Okazuje sie, ze przy tym slupku trzeba bylo skrecic w prawo, zeby po
wielu wejsciach , zejsciach, dotrzec do odpowiedniego peronu. Oczywiscie
slupek zostal nazwany slupkiem Maryny, a mijalismy go potem wielokrotnie.
W Kamakurze stolicy kraju sprzed omal 800 lat zwiedzamy najpierw kompleks
swiatyn buddyjskich z prawie najwiekszym w Japonii pomnikiem Buddy Daibutsu
odlanym w 1252r. Potem przemarsz juz na nozkach do Swiatyni Milosierdzia Hase-
dera , t a z kolei wywodzi sie z obrzadku Szintu. W swiatyni slynna figura
o 11 glowach, ktore obrazuja boskosc i milosierdzie. Obydwa zespoly obiektow
znajduja sie w pieknych ogrodach.... w stylu japonskim. Jak wygladaja?
Dokladnie jak na kalendrzach z widoczkami z Japonii. A roslinnosc wyglada jak
powiekszone doniczki z bonzai. Rozlozyste i niskie drzewa z pokreconymi
konarami ktore tworza rozlozysta plaska korone. Tak samo wychodzace spod
ziemi sznury korzeni, ajk by im zabraklo piejsca pod ziemia. Gdzie niegdzie
oczko wodne, a na nim wysepka z pieknoksztaltna roslinnoscia. Zreszta obrazki
przecudne, bo to wspaniale kolorowa jesien. Calosci dopelniaja budowle
sakralne, jakze inne niz z kultury chrzescijanskiej.
Religia w Japonii to na moje oko tradycja, a jesli nawet, to nie jest to
religia jednego, upersonifikowanego boga, to zwiazki z natura w szintu i
filozofia w buddyzmie. Pierwotnym obrzadkiem na wyspach bylo szinto, potem
Chinczycy w ramach podbojow przyniesli buddyzm, ktory tez tak do konca nie
jest religia w naszym zrozumieniu. Obydwie religie nie wojowaly ze soba, w
dzisiejszych czasach 80% Japonczykow okresla sie jako wywodzacych z tradycji
obydwoch religii. Dawodem tego jest fakt, z reguly slub sie bierze w obrzadku
szinto, a pogrzeb w obrzadku buddyjskim. Obie religie odroznia styl
budownictwa. Dla buddyzmu charakterystyczne sa chociaz pagody, dla szinto
wejsciowe bramy w postaci wygietego zadaszenia. Wiekowe budowle, ktore
ogladamy w tym dniu i potem roznia sie wielce od zabytkow europejskich. Nie
tylko stylem, ale i budulcem – one sa drewniane. Dlaczego taki surowiec, czy
z powodu trzesien ziemi, czy z jeszcze innych powodow – nie wiem. W srodku
z reguly jest bardzo pusciutenko, czasem jakas figura, czy rzezby, drewniane
podlogi po ktorych trzeba chodzic bez butow. Czasami ktos sie przez moment
modli, a wszyscy obmywaja rece w wodzie pobranej rondelkiem ze zbiornika. To
odpuszcza grzechy. Proste, a skuteczne tak samo. Coz, nie przypomina to w
niczym obrzadku chrzescijanskiego. .
Wogole ogromna ilosc w kulturze i obyczajach japonskich to mniej lub wiecej
wierne kppie z Chin. Najstarszy i najtrudniejszy alfabet, ktory ciagle
egzystuje to alfabet chinski. Potem wymyslono, ( podobno dla kobiet bo za
glupie, zeby nauczyc sie chinskiego), wersje prostsza, obecnie glownie
egzystujaca. W ostatnich latach dla slow pochodzenia obcojezycznego
wprowadzono wielce uproszczony alfabet. Prawdopodobnie tez z mysla, ze tego
alfabetu naucza sie rowniez cudzoziemcy, bo ogromna ilosc szyldow, nazwy w
metrze.. pisane
Obserwuj wątek
    • maryna04 Re: Japonia II 27.11.06, 00:04
      pisane sa w dwoch wersjach, a czasem w trzech – i zawsze jest wtedy w uzyciu
      ta wersja najlatwiejsza.
      Wracamy do Tokio, z blyskawiczna przesiadka. Juz troche rozejrzalam sie po
      kolejnictwie japonskim, takim tutejszym cudem organizacyjno – technicznym.
      Wjezdzajacy na peron pociag nie wydaje zadnych dzwiekow, cichutko sunie. Cisze
      jednak przerywaja mowiace omal na okraglo glosniki, co tez one tam mowia,
      kazda zapowiedz poprzedza jakis fragment z Bacha, czy Mozarta. Na peronach
      wielka ilosc pracownikow kolejowych, i metrowych. Na przyklad jesli stacja jest
      koncowa to do pociagu wpada zamundurowana grupa sprzataczy, jeden na kazdy
      wagon, i w ciagu kilku minut cos tam sprzata, wyciera, odkreca. Inna rownie
      zamundurowana grupa przechadza sie po,peronie i pilnuje, zebys karnie stal w
      kolejce do wagonu, zebys sie za bardzo nie zblizal sie dfo krawedzi,... zapewne
      udziela tez informacji, ale w rodzimym jezyku. Nasz opiekun zniecheciny
      brakiem znajomosci podobno „swiatowego” jezyka, czyli angielskiego przez
      peronowych i znacznie wyzej od nich postawionych zwracal sie do nich po polsku.
      Z lepszym skutkiem. Wogole takich dziwnych posad porzadkowo- organizacyjbych
      widac tu bez liku, ci panowie tez chodza w czarnych garniturach, wiec to
      tsunami na dworcu to nie same wielkie mozgi. Przerost zatrudnienia w prostych
      uslugach widac ogromny, przy ladzie z kawa, czy lodami pracuje naogol 5
      mlodych osob, czesto kazdy wykonuje jedna prosta czynnosc. Skad wiec ta
      przyslowiowa wydajnosc? Nie wiem, z braku urlopow i chorobowego?
      Wieczorem zajecia w podgrupach, ja do tego baru na szczycie hotelu, o ktorym
      wspominalam. Wielce elegancko. Na srodku podswietlona sadzawka, na niej
      wysepki ze stolikami. W wersji przyokiennej wielce intymne fotele. Dlaczego tak
      szczegolowo opisuje? Bo kolejna atrakcja byli kelnerzy wlasciwie nie mowiacy po
      angielsku. Zamowienie mamy proste, ja czerwone wino, ona piwo z karty „happy
      houers” , ale nie chcemy placic za mozliwosc picia za specjalna sume w tej
      szczesliwej godzinie dowolnej ilosci trunkow, tylko chcemy zaplacic za te dwa
      napoje wybrane z tej karty szczesliwosci. Oparlo sie o kierownika sali, ktory
      mial angielszczyzne na poziomie malo komunikatywnym i zrozumial nas chyba
      wiecej z gestow. Moi drodzy, napisalam o tym braku znajomosci jezykow, ktora
      porazala nas do samego konca. Na „front desku” (przepraszam za ten glupi zwrot,
      ale bardzo go lubie), czyli w recepcji co czwarty recepcjonista mowil jako
      tako lub dobrze, pozostali tragicznie lub wcale. W Polsce jak mi sie obilo o
      uszy od recepcjonisty wymagane jest kilka jezykow. Nie wspominam juz o
      sklepach na miescie, ale nawet w sklepach przyhotelowych nie umiano policzyc do
      10 po angielsku, podobnie w pasazach przeznaczonych ze wzgledu na swoj profil
      przede wszystkim dla turystow. Wprawdzie w wiekszych miastach napisy nazw
      ulic, czy stacje sa pisane rowniez po angielsku, czasem nazwy sklepow, ale
      bardzo niewiele jest darmowych materialow turystycznych po angielsku. Wyglada
      na to, ze im na turystach tak strasznie nie zalezy, predzej na ludziach
      biznesu. Zreszta do konca wycieczki w zadnym miejscu nie spotkalismy tlumu
      roznojezycznych turystow. Pojedyncze osoby, niewielkie grupy, glownie
      Amerykanie. Wiekszosc to Japonczycy i tlumy mlodziezy ze szkol srednich w
      mundurkach. Widocznie tak jak w Polsce dzieci jezdza do Krakowa Wieliczki, czy
      Warszawy, tak tu jezdza do Tokio, Kioto, czy innego Nikko. No i wstawka
      polska. Dwukrotnie spotkalismy po parze mlodych Polakow. Jedni z Gdanska –
      przyjechali na dwutygodniowa wycieczke, zaciekli turysci. Drudzy przyjechali na
      Mistrzostwa Swiata w siatkowce kobiet. Statystycznie rzecz biorac na calym
      swiecie jest nadreprezentacja Polakow przy zwiedzaniu. Brawo.
      • maryna04 Re: Japonia III 27.11.06, 03:23
        Poniewaz wycieczka byla krotka prosto z pociagu kierujemy sie do waznej
        dzielnicy- Sinnjuku. Tu znajduja sie najwieksze tokijskie drapacze chmur, a w
        dwoch z nich polaczonych przewiazka miesci sie „magistrat” miasta. Na gorze
        oczywiscie taras widokowy. Ladnie, zwlaszcza w zapadajacym zmierzchu, ale
        widok z Empire State Building duzo wspanialszy. Sciemnilo sie, a my jedziemy do
        dzielnicy biznesowo – handlowej Ginza. Podobno nazwa znana z filmow o mafii
        japonskiej, czy porachunkach miedzy korporacjami. Coz powiedziec? Skrzyzowanie
        nowojorskiej 5-tej aleji i Placu Times Square. Swiatla, neony lasery, sklepy
        najlepszych firm z calego swiata. Takie same jak na 5-tej ave tylko zawsze w
        nowoczesniejszym stylu, swiezsze – bo nowsze. Zawsze nowe rozwiazania
        architektoniczne i nowe pomysly dekoratorskie. W koncu idziemy do baru, gdzie
        zalewaja smutki po godzinach pracy sfrustrowani urzednicy finansjery, bankow,
        korporacji. O, jacy oni wesolutcy, rozluznieni, marynareczki pozdejmowane,
        teczki aktowki przy krzeselkach. Strumieniami leje sie nie jakas saka, czy
        whisky, po prostu proste piwo. Czemu wszyscy sie czepiaja McDonalda, a nikt nie
        czepia sie, ze piwo zalalo swiat? A nasi urzednicy rano znow beda tacy potulni
        i cichuccy. Kobiet w lokalu na lekarstwo, zreszta wsrod tej porannej fali widac
        same mlode dziewczyny, juz troche starsze zapewne czekaja w domu jak ten maz w
        bialym kolnierzyku wroci z baru.
        Nastepnego dnia jedziemy do Nikko. Podroz niezbyt dluga, ale z dwoma
        przesiadkami, w tym krotka jazda slynnym Shinkansenem czyli ekspresem co jezdzi
        z szybkoscia do 300km /godz. Pociag rozbudowywany i unowoczesniany od 1964
        przecina z polnocy na poludnie cala glowna wyspe Honsiu. Na peronie, gdzie
        podjezdza ten pociag, zreszta dosyc czesto dodatkowe srodki ostroznosci.
        Eleganckie ogrodzenie oddziela peron od pociagu, na kazdy wagon osobno
        rozsuwajaca sie brama, z boku jakies ekraniki kontrolne, co one pokazuja nie
        zauwazylam, no i oczywiscie osobny pracownik peronowy. Nadjezdza pociag, dla
        mnie to juz kolejna proba zrobienia zdjecia dzioba lokomotywy, nawet na stacji
        za szybko dla mnie jedzie. Nieudana. Pociag jedzie tak spokojnie i cichutko, ze
        wiekszosc powatpiewa, czy to na pewno Shinkasa, nawet za oknem nie miga tak
        szybko, ale jazda jak na poduszce powietrznej.
        Nikko lezace u podnoza przepieknego parku narodowego, niewielka miescina
        jest slynne z wielu zabytkow, a przede z zespolu swiatyn i mauzoleum -
        Toshuga, poswieconych chyba najslynniejszemu japonskiemu szogunowi Tokugawa.
        W pieknym lesie po przejsciu przez wspaniala brame Yomein – mon – arcydzielo
        sztuki rzezby w drzewie ogladamy jakies 12 budowli. Sa poswiecone zarowno
        kultowi Szinto jak i buddyzmowi. To tutaj znajduje sie slynna na caly swiat
        plaskorzezba, wywodzaca sie z doktryny buddyjskiej, malpek, ktore: „Nie widza,
        nie slysza i nie mowia zla”.
        Ale sie chyba zapedzilam z tymi opisami, dodam tylko, ze jeszcze
        jedziemy na krotka wycieczke krajoznawcza nad jezioro Chuzeuji, dalej ciagna
        sie wspaniale lasy, na pieknie uksztaltowanym terenie. Kolory i widoki znacznie
        ladniejsze niz z tych obrazkow o Japonii. Och, jak bym sobie tam pochodzila,
        ale juz prawie zmierzch i wracamy. Jutro ekspresem Shinkasa przeprowadzka
        do Kioto. Ach, zapomnialam dodac, ze w pociagu to juz nie ma kompletnie gdzie
        zostawic smieci, a nawet jak chodza z jedzeniem, to potem nie fatyguja sie
        przejsc z workiem na smieci, zrobilam okropna rzecz, zostawilam bezmyslnie
        butelke oraz torbe po bulce w siatce na oparciu przede mna. Na szczescie nie
        podpisane.
        Nasz przewodnik jest taki jak ja, a moze wiecej, nie daruje nam
        minutki. Poniewaz pociag do Tokio odchodzi o 11-tej rano koniecznie musimy
        jeszcze podjechac do innej znanej dzielnicy Shibuya. Oczywiscie kto nie chce –
        moze nie jechac. Jedziemy oczywiscie metrem, w Shibuya stacja metra i pociagow
        to tez duze cacuszko. Jest to jedna z dwudziestu trzech dzielnic miasta. Nie
        za duza, ale wielce slynna. To centrum handlowe, rozrywki i mody. A jak juz
        wspominalam moda w Tokio jest co najmniej o pol roku do przodu przed reszta
        swiata. To tutaj znajduje sie podobno bardzo slynny i rozpoznawalny z filmow
        dom mody dla mlodych kobiet 109. Widocznie moja znajomosc kinematografii
        japonskiej jest marna, bo nic a nic nie rozpoznalam. Wszyscy ida do Sturbacksa
        na kawe. Musze poprosic odpowiednie czynniki antyglobalistow, zeby odczepily
        sie wreszcie od Bogu ducha winnego McDonalda, a przerzucily sie na owa siec
        kawiarniana. Na jeden McD przypada w duzych miastach japonskich trzy rzeczone
        kawiarnie. ( Tojest dopiero dla mnie zadziwiajacy i niepojety sukces, ktorego
        zapewne nie rozumia sami autorzy). Ja bojkotuje kawe i ide ogladac i
        fotografowac dziewczyny. Rzeczywiscie, nie ma tu juz fali smutnych urzedniczek.
        Za to sa kolorowo, swietnie ubrane dziewczyny. Oczywiscie rodacy nie daja za
        wygrana. Nie widza ich stylu, klasy – widza natomiast nieustajaco ich
        rzeczywiscie krzywe nogi i czesto zaplatany chod. Ja tam jestem oczarowana, ale
        moze mnie nie zalezy na tych nogach, ze maja byc takie proste?
        No to jedziemy do Japonskiego Krakowa – czyli Kioto. Trase 550km pokonujemy w
        2,5 godziny. Przez okno jest co ogladac. Najpierw Fudzi, w sniegu i tak
        bliziutko a potem, z jednym wyjatkiem rolniczym, miasta i osady itd. Troche to
        przerazajace. W NY tez ciasno, ale zawsze moge uciec, lub pomyslec, ze moge
        uciec, gdzie nie spotkam nikogo, czasami nawet przez wiele dni. Tak sobie
        mysle, ze wielce niecne zabiegi japonskie w czasie drugiej wojny swiatowej i
        wczesniej wynikaly z braku przestrzeni do zycia. Potencjal panstwa na pewno w
        jakis sposob przyduszany jest brakiem przestrzeni. Tu nie ma wiele autostrad, a
        ruch samochodowy nawet w Tokio nie jest przerazajacy. Bo wszystko zrobiono,
        zeby to komunikacja publiczna byla najlepsza, bo wieksza ilosc pojazdow i
        wieksze przebiegi udusily by ten kraj. Pytam panow, bo ja odrozniam samochody
        naogol po kolorach jak przedstawiaja sie tutejsze auta wobec japoncow w
        Ameryce, W ogromnej wiekszosci, poza luksusowymi sa to zupelnie inne
        samochody, czasami smiesznie male i waziutkie. Wynika z tego, ze bez Ameryki i
        Europy to by ten przemysl samochodowy padl.
    • kanoka Re: Japonia 27.11.06, 08:28
      Konnichi wa, Maryno - z dużą przyjemnością (jak zwykle)czytam Twój reportaż.
      Dzęki, że się z nami dzielisz swoimi wrażeniami.
      --
      Każda prawda ma dwie strony: moją i twoją
          • maryna04 Re: Japonia IV 27.11.06, 17:34
            Mijane osiedla mieszkaniowe, prawie zawsze dosyc nowe, maja ciekawe
            rozwiazania architektoniczne. Jak duze sa w nich mieszkania - nie mam
            pojecia. Miesciny, czy cos na ksztalt wiosek prezentuja sie jednak
            nieporownanie gorzej od amerykanskich. Ciasnota, ubogo, nieciekawie. Z okna
            luks- torpedy trudno ocenic jak tam naprawde ludzie zyja. Zreszta pytanie – czy
            to Japonia jest bogata, czy tez jej obywatele caly czas mam bez odpowiedzi.
            Dojezdzamy do Kioto, i tu nasz pan pilot zrobil jedyne w czasie wycieczki
            niedopatrzenie. Dworzec jest nowy, nowoczesny, obrzymi. Nasz hotel dwie
            przecznice za rogiem po skreceniu w lewo. No to dojdziemy w try miga. Okazuje
            sie, ze oprocz hali dworcowych trzeba przejsc podziemny dlugasny mall o
            nazwie Porta, a potem te dwie przecznice tez dlugasne sa, a hotel po
            przeciwnej stronie w glebi, a na swiatlach czeka sie 5 min. Ja tam mam maly
            bagaz, swietna kondycje, ten spacer to dla mnie rozrywka, kobitki jednak sa
            grymasne, czary ich goryczy dopelnil fakt, ze spod dworca jak sie okazuje jest
            darmowy co 10 min. bus do hotelu. No to se troche zastale kosci rozruszaly.
            Trzeba bylo przed wyjazdem troche pochodzic w wolnych chwilach, nawet bez
            ciagniecia walizki za soba. Jedza jestem, no nie? Za chwile jednak jest
            wszystko w porzadku, kazdy uczestnik juz byl na wielu wycieczkach i zna reguly
            gry. Na razie idziemy na nozkach w pierwsza trase, (och jakie to cudownie
            male miasto to Kyoto, tylko 1,5 mil. mieszkancow). Idziemy glowna ulica -
            bardzo elegancka, ale mniej juz tu nieprzytomnych urzednikow, ludzie chodza
            wolniej, a nawet zdarzaja sie kobitki ubrane w cieple kimona. Miasto zostalo
            zniszczone przez pozar w latach 20-tych ubieglego stulecia. Jednak zostalo
            ciagle wiele starego budownictwa, ciasne zaulkowe uliczki i typowe z tamtych
            lat budownictwo i tam wlasnie idziemy. Zachowal sie tez cesarski palac
            praktycznie niedostepny dla turystow. Miasto ma sie czym pochwalic, stolica
            panstwa bylo przeszlo 1100 lat – do 1868r., kiedy to stolice przeniesiono do
            miasta Edo, pozniej nazwanego Tokio. Kyoto mialo byc pierwszym celem nalotu
            atomowego, tylko niesprzyjajaca pogoda spowodowala, ze samolot skierowano na
            nieodlegla Hiroszime.
            Stara czesc miasta przecina rzeka Kamo, po wschodniej stronie wiele „shrines
            and temples”. Tu musze wyjasnic, ze jesli chodzi o swiatynie buddyjskie po
            angielsku uzywa sie slowa „temple’ – po prostu swiatynia, jesli chodzi o
            przybytki religi szinto mowi sie shrine. Nie wiem dokladnie czym sie roznia
            jedne od drugich w etymologii slowa. Ciagle nie moge zrozumiec, wychowana w
            tradycji katolickiej jak moze istniec jakas religia bez calej struktury
            administracyjnej i hierarchii. Jak bardzo rozni sie to wszystko od naszego
            wyobrazenia. Moze nieslusznie oceniam, ze to tylko tradycja, bo nie ma
            kardynalow, biskupow itd. Ile trzeba czasu, zeby to chociaz troszeczke
            uszczknac?
            Wracamy znow przez rzeke, tym razem do zaulkowych dzielnic rozrywkowych. Jakies
            knajpki, szeregi byle jakich jednopietrowych, niskich domow, herbaciarnie,
            palarnie, czasem przemknie sie przebrana gejsza, bo czy prawdziwa, nie wiem.
            Swieca sie lampiony, nastroj psuja auta, ktore suna wsrod tych waziutkich
            uliczek, dobrze, ze turystow i aut niewiele. Zjadamy bardzo japonski posilek,
            kto zjada ten zjada. Kelnerka i kelner nie rozumieja ani cwierc slowa po
            angielsku, ona dodatkowo wyglada na opozniona – chyba z przerazenia. To nic, ze
            jak zwykle sa obrazki posilkow, ale tekst tylko japonski, moznaby sie chociaz
            dowiedziec co to jest namalowane. Ludzie cos tam zamawiaja, ja w koncu wraz z
            innym uczestnikiem z NY zamawiamy sobie na dinner po duzym piwie. O, to
            zrozumieli, pozniej jednak miekne, zamawiam deser i kawe – pokazujac na
            obrazku i talerzu naprzeciwko. Po jedzonku wieczor juz jest moj, w drodze do
            starej dzielnicy zauwazylam dwa olbrzymie pasaze, cos na ksztalt sukiennic.
            Zakupy lubie robic sama, chyba, ze mam komus towarzyszyc bez swojej wyraznej
            potrzeby. Powiem szczerze, lubie tez chodzic sama i delektowac bez pospiechu
            smak tego co widze. No to urywam sie w te pasaze, o jakie okropnie dlugie.
            Obmyslone wczesniej zakupy ida mi dobrze, co sie potem potwierdza w NY.
            Powolutku wracam do hotelu, zagladajac tu i tam, jest juz dobrze po 11-tej. W
            hallu spotykam mloda dziewczyne z grupy, opowiadam jej to i to, znow idziemy „w
            miasto”, ale tylko dwa bloki za rogiem do takiego malego supermarketu. Ale dla
            nas tyle tam nowosci i dziwnosci. Bo nieznane sa dla nas ich wyroby, a takze
            duma napawaja dzemy marki Materne (jadam je na okroglo w NY – powidlo lub z
            czarnej porzeczki) z polsko – japonskimi napisami, alkohol polski jest
            natomiast wszedzie. Japonia to kraj wielce jednolity rasowo, a jeszcze po
            doswiadczeniach nowojorskich mam „zdziwienie w trzech dziewiatkach”, kiedy
            spotykamy w tym sklepie bialych, mowiacych normalnie po japonsku i to nie
            turysci. Jedna starsza pani jest wyraznie zaprzyjazniona z personelem sklepu, a
            mlody czlowiek trajkocze jak karabin do swojego przyjaciela. Jak karabin
            trajkocza tez kasjerzy, ktorzy zapewne maja obowiazek wymawiac kazda pozycje
            i jej cene. Z ciekawostek – w kazdym automacie i w kazdym sklepie i sklepiku
            jest polka, gdzie mozna kupic podgrzane puszki. Tak kupuje sie rzeczywiscie
            goraca kawe, kakao,czy mleko
            Wielce ukladne zachowanie Japonczykow jest chyba dla nich nie wyrazem
            nadmiernej grzecznosci tylko po prostu natura. Slynne uklony nalezy wykonywac
            nie sama glowa, tylko zginac sie od pasa. Tak klaniaja sie nie tylko w
            sklepach, czy hotelach, ale tez konduktor wchodzac i wychodzac z wagonu. Czy
            mlode dziewczeta tak czynia? W pracy na pewno. Wszelki usciski, pocalunki
            towarzyskie, popularne w Ameryce sa bardzo nie na miejscu. Ja oczywiscie
            popelnilam blad. Kiedy w ostatnim dniu, w ostatnich godzinach zauwazylam, ze
            zamek w walizce rozchodzi mi sie niebezpiecznie udalam sie do malla na stacji w
            poszukiwaniu czegos do zwiazania walizki. Gotowa juz bylam kupic krawat, ale
            byl za krotki. I dopiero w trzecim sklepie z walizkami dziewczyna nie tylko
            zrozumiala o czym mowie, ale otworzyla szuflade, a w niej pelno „cudownie
            tkanych parcianych pasow” do zabezpieczenia walizki. Z radosci wysciskalam ja i
            wycalowalam. Znow te roznice kulturowe. Jeden uczestnik wyglosil nam odczyt ze
            swojego przewodnika, czego nie nalezy robic w Japonii, wiec tez nie nalezy
            publicznie siakac nosa. Wywolalo to w czasie podrozy pociagiem dyskusje – jak
            mozna zrobic to niepublicznie w wagonie metra . „Odczyt” tez wyjasnil
            dreczacy mnie problem, czy maseczki na twarzy nosza z troski o siebie, czy z
            troski o wspolobywateli. Okazuje sie, ze z obydwu powodow.
            W Kioto, jak przystalo na 1000-letnia stolice, azeby zwiedzac wystarczy
            autobus, a nawet wlasne nogi. Dojscie przez zatloczona uliczke uwienczone
            jest niezapomnianymi wrazeniami. W cudownym parku wsrod wielu obiektow znajduje
            sie slynny Zloty Pawilon Kinakau –ji, tez srebrny, rowniez mauzolea. Pawilony
            te zwiazane sa z imieniem bardzo slynnego rodu Ashikaga. Dziadek, syn i wnuk.
            A dzieje srodkowego z nich byly kanwa dla slynnego serialu Szogun z
            Chamberlainem. Pamietacie? Bo ja niewiele. W innych pieknych ogrodach polozona
            jest swiatynia Zen ze slynnym kamiennym ogrodem. Jest to 15 glazow usytuowanych
            na zgrabnie zagrabionym zwirowym podlozu. Zapewne maja one wieksze znaczenie,
            ale sam wyglad jest taki jak opisuje.
            Wreszcie docieramy do zespolu swiatyn Kyomiduzera, z ktorych glowna, z
            olbrzymimi tarasami moze nie widokowymi, ale wlasnie z cudownymi widokami jest
            wlaczona do zabytkow pod ochrona UNESCO. Dojscie do parku teraz juz w tlumie,
            zatloczona uliczka pnaca sie w gore pelna sklepikow, knajpe
            • maryna04 Re: Japonia V 27.11.06, 18:55
              Przy schodzeniu w dol zamiast na regularny posilek grupka z nas wstepuje
              wlasnie do takiej herbaciarni dla turystow. Oczywiscie zdejmujemy buty
              (czynilismy to juz wielokrotnie w roznych miejscach) i zostajemy zaproszeni do
              dlugiego stolu, gdzie na kolanach siedza sami turysci z Ameryki. Dwie panie
              przebrane za gejsze wyjasniaja, nalewaja do czarek herbate. No to juz mniej
              wiecej wiem.
              Dosyc pozno wracamy do hotelu, dzisiaj jest propozycja spedzenia wieczoru w
              obrotowej restauracji na szczycie hotelu. Rezygnuje, co to za widok z
              kilkunastego pietra i z dwoma osobami udaje sie w miasto. Przed nami
              oswietlona Kioto Tower umiejscowiona na budynku hotelowym. Oczywiscie trzeba
              zaliczyc ta wieze, a potem na przeciwko na dworzec kolejowy, bo juz
              podpatrzylam wczesniej, ze ten dworzec kolejowo – metrowo – autobusowy otwarty
              w 1997 roku to futurystyczna bajka. Caly czas mnie zastanawia jak ci ukladni,
              zdysyplinowani Japonczycy maja tyle nowatorskich pomyslow w dziedzinie kazdego
              projektowania. I mody, i samochodow i architektury i nawet dekoracji
              Christnasowych (napisalam Christmas, bo przeciez to nie ma nic wspolnego z
              naszym Bozym Narodzeniem, niektore panie az podpatrzyly pomysly do dekorowania
              swych obejsc, a choinki w miescie NY sa po prostu tradycyjne i zwyczajne przy
              tamtejszych).... Zastanawia mnie tez kiedy ta smiala, swobodna i wesola
              mlodziez, zarazem dobrze wychowana z ktora kilkakrotnie mielismy do czynienia
              zamienia sie w przerazonych o dalszy los swojej kariery urzednikow, czy innych
              pracownikow. Nie wyobrazam sobie, zeby w calej swojej masie mlodziez
              amerykanska byla tak swobodna, zyczliwa i zarazem wychowana, zreszta mam
              podobne watpliwosci jesli mysle o polskiej. Chyba w momencie startu na
              studia, lub tez rozpoczecia pracy zmienia sie duch w tych ludziach.
              No to wracajac do dworca, robilam zdjecia, usilowalam kupic pocztowki,
              obejrzalam zdjecia w necie. Niestety – nic tego nie oddaje. To trzeba
              zobaczyc. Nad glowna hala jakies niesamowite sklepienie – a po obu
              krotszych bokach schody ruchome, w gore i w gore. Nad nami dziwne konstrukcje,
              wydaje sie, ze one nie pokrywaja calej zamknietej przestrzeni – to
              przeswitujace kratownice stalowe, jakies kopuly, na roznych poziomach -
              wyjscia na tarasy, galerie , w waskiej przestrzeni widac Kyoto Tower, przez
              kilka pieter amfiteatr, ponizej scena z olbrzymia choinka, a na niej nie proste
              oswietlenie, tylko jakies mieniace sie laserowe, jakies dziewczynki w
              mundurkach cwicza na scenie spiew, juz na najwyzszym pietrze plac widokowo –
              ozdobny, roslinnosc, drzewa, laweczki. Podobnie jest na drugim krotszym boku
              dworca, na poszczegolnych platformach, z ktorych wchodzi sie na kolejne
              schody, jakies dekoracje, zielen, a nawet jakas instalacja z dzwonem, chyba
              ku upamietnieniu slynnej konferecji w sprawie globalnego ocieplenia. No i
              dodatkowa niespodzianka, wlasnie na dachu dworca wybudowano luksusowy hotel,
              do ktorego paradne wejscie jest z poziomu dachu dworca. Miedzy obydwoma
              skrzydlami przejscie promenada widokowa – na zewnatrz i wewnatrz, albo z
              drugiej strony promenada wewnetrzna z luksusowymi restauracjami i sklepami. Nie
              licze juz wspomnianego malla podziemnego Porto i naziemnego, w jednym skrzydle
              na chyba 7 pietrach - Cubic. Moze to babrbarzynskie porownanie, rownie
              wielkie wrazenie zrobila na mnie Alchambra w Hiszpanii.
              Nastepny dzien – lekko lzejszy – jak zapowiada pilot. Tylko prosta wycieczka do
              Nara. W Narze az 8 zabytkow jest zaliczonych do swiatowego dziedzictwa
              kulturowego. Do kompleksu Todaji – ji idziemy wsrod duzej ilosci turystow, i
              niemniejszej ilosci danieli. To swiete zwierzeta, zupelnie oglupiale, walesaja
              sie pojedynczo stadami wsrod tlumu. Wolno je karmic nie tylko kupionym karma,
              ale i wlasnymi produktami. Oczywiscie, te kilka tysiecy zwierzat w inny sposob
              by sie nie wyzywilow otaczajacym parku. Todaji- ji jest to nie tylko
              najwieksza na swiecie konstrukcja drewniana, ale takze w srodku jest
              najwiekszy w Japonii posag Buddy. Wyjatkowo bogaty jak na inne obiekty jest
              wystroj wnetrza tej swiatyni, przy wyjsciu mnich za jedyne 300 jenow
              kaligrafuje pedzelkiem modlitwe o pomyslnosc, podsuwam mu zeszyt, ach jak
              pieknie pracuje tym pedzelkiem, doklada jakies pieczecie, podsusza juz
              zupelnie wspolczesna suszarka i jeszcze jakas kartka – cala zapisana.
              Mam „przyszlego japoniste” w rodzinie – dam mu do przetlumaczenia. Wpadam w
              nastroj mistyczny, za inne 300 jenow mozna kupic tabliczke z prosba, ktora
              zawiesza sie na specjalnych stojakach. Prosby tam wypisane sa nie tylko po
              japonsku. Pisze swoja, od lat nieustajaco taka sama, w roznych miejscach na
              rozne sposoby chce oszukac los. Na razie sie nie udalo, ale teraz ta tabliczka
              to pewniak.
              No i ostatni dzis obiekt Kasuga Taisha. Zespol budynkow poswieconych jest
              jakiemus slynnemu rodowi. Swiatynie obsluguja mlode mniszki, corocznie na jej
              terenie odbywaja sie festiwale muzyki i tanca, modlow obrzadku szinto. W drodze
              do glownej swiatyni mijamy od czasu do czasu kilkuletnie dziewczynki w
              paradnych kimonach, odpowiednim obuwiu i fryzurze wraz z rodzicami i dziadkami
              (pozostali ubrani sa po europejsku). Przed ta swiatynia odbywaja sie jakies
              krotkie ceremonie, zreszta nie tylko dla takich dziewczynek, ale tez chlopcow,
              Niestety nie wiem co to za obrzadki, na pewno swiatynia ta obecnie jest
              poswiecona szczesiu rodziny. W kazdym razie dziewczyneczki w strojach
              przeurocze, z zapalem i powaga pozuja do zdjec – wiedza, ze dzisiaj sa
              ksiezniczkami.
              • maryna04 Re: Japonia VI 27.11.06, 19:22
                Wieczorem wolne, jednak ktos znalazl restauracje z pokazami picia herbaty,
                walkami samurajow... pakujemy sie do taksowki i jazda. No i w ten ostatni
                wieczor wreszcie mnie „odpuscilo”, jestem okropnie spiaca. Przeciez poldobowe
                przesuniecie czasu, kiedy przez wszystkie praktycznie dni niezaleznie budzilam
                sie po dwoch, trzech godzinach snu. Teraz zas zasypiam na siedzaco, wiec wrazen
                nie opisze.
                Na rano przewodnik zapowiedzial, ze kto chce moze z nim jechac zwiedzac palac
                jakiegos szoguna – o 8-mej rano zbiorka. Nie pisze sie. Potem okazuje sie, ze
                pojechali prawie wszyscy mezczyzni. Pokazuja zdjecia, to byl wreszcie „uczciwy”
                zabytek w stylu nam znanym, potezny z przepychem. Panowie wielce
                usatysfakcjonowani. Ja tez nie zmarnowalam czasu, postanowilam dojsc do palacu
                cesarskiego. Wiem z podawanych informacji, ze jest on za wysokim murem i
                praktycznie bez zezwolen cesarskiej sluzby ochrony zwiedzania nie ma, ale
                zawsze. Mapka pokazuje, ze jak przejde prosto glowna ulica Karasuma – dori, to
                w koncu dojde. Po drodze jednak zatrzymuje sie znow przy jakis swiatyniach, a
                odleglosci miedzy ulicami ogromne, a na swiatlach po 5 minut. No to rezygnuje,
                za to w prawo w bok sa budynki wladz miasta. Chociaz te sobie zobacze.
                Oczywiscie nie zawiodlam sie.
                Wczesnym popoludniem jedziemy do Osaki, skad mamy odlot. To znow miasto kolos,
                lotnisko jest na wyspie obok, bo ciasno. Zostawiamy walizki i krociutki objazd
                autobusem miasta. Tym razem widzimy tylko nowoczesnosc najnowszej generacji.
                Przykladem jej jest tez nowe (a moze nie takie nowe?) lotnisko z
                przeszklonymi, otwartymi przestrzeniami. Jak oni to robia, a moze w Europie,
                tez juz tylko takie budownictwo? Przed nami daleka droga, tylko jeden
                masochista powtarza nam kolejne loty i przerwy miedzy nimi. Nawet to wszystko
                sumuje. Kiedy przesiadamy sie na lotnisku w San Francisco uderza marnosc tego
                obiektu. Niby czysto, miekko, eleganckie sklepy, ale gdzie mu tam do Osaki.
                Lotniska w NY juz nie porownuje caly czas zastanawiam sie, czy sie nie rozmine
                z synusiem i bedziemy sie dlugo naprowadzac telefonem. Tak juz mialam dwa razy.
                Tym razem poszlo jak w wojsku.
                No i na zakonczenie ciekawostka dotyczaca toalet. Otoz tradycyjne toalety
                japonskie to sa takie na stanie na nozkach z dziura. W niektorych miejscach
                publicznych byly tylko takie, a w innych jedne i drugie, poniewac dziura jest
                porcelanowa uksztaltowana w ciagu kilku odwiedzin nie pojelam frontem do czego
                mam sie ustawiac. Dopiero w jednym z pociagow, gdzie byly obydwoch rodzajow nad
                japonskim byla po angielsku napisana oraz obrazkowa instrukcja – frontem do
                czego. Robilam na opak. Za to ubikacje w stylu zachodnim, zwlaszcza w hotelach
                to przerost formy nad trescia. To jedno z najwiekszych wrazen z Japonii jakie
                wywoza turysci. Otoz po prawej stronie muszli znajduje sie pulpit sterowniczy,
                a na nim wiele pokretel i swiatelek kontrolnych. Do regulowania temperatury
                deski klozetowej, dwa rodzaje obmywanie – waska struga i z rozbryzgiem,
                regulacja sily strumienia i jego temperatury, wylacznik. Niezaleznie od tego w
                jednym hotelu po usiadnieciu na desce automatycznie wlaczalo sie splukiwanie
                wstepne i zaraz potem muzyka klasyczna – Mozart. W innych miejscach
                publicznych wyposazenie pulpitu bylo skromniejsze, ale zawsze bylo. Ach...
                Zreszta dbaja Japonczycy o swoje 4 ....Pogoda w poludnie pozwalala nawet czasem
                chodzic z krotkim rekawem, a siedzenia we wszystkich pojazdach transportu
                publicznego byly podgrzewane.
                Jak widzicie zwiedzanie to ciezka praca, nie kazdy ma zdrowie i lubi tak ciezko
                pracowac. Ja ciagle bardzo lubie. I po raz drugi na zakonczenie – politycznie.
                Jak pokazuje przyklad Niemiec i Japonii – nie zawsze okupacja amerykanska jest
                czyms zlym. Japonczycy szybciutko dogadali sie z gen. Arturem naczelnym wojsk
                okupacyjnych i blyskawicznie wprowadzono demokracje, oczywiscie dostosowana do
                ich doswiadczen kulturowych, a wojska amerykanskie wycofaly sie z okupacji juz
                w 1950 r. otwierajac juz naprawde Japonie na swiat zachodni. Oni jak widac nie
                maja kompleksow narodowych, ze nie bedzie ich glupia Ameryka czy Zachod pouczac
                i maja wielki talent brac stamtad, to co uwazaja za najlepsze, zwlaszcza w
                dziedzinie technologii, budownictwa i przemieniac to w jeszcze lepsze.
                Osobiscie nie mysle, ze czlowiek z kultury zachodniej latwo przyswaja
                tamtejsza kulture, bo to co biora od nas to tylko cywilizacja zachodnia.

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka