Dodaj do ulubionych

Poczta Zdrowia

03.05.13, 01:10
Od dłuższego już czasu prenumeruję bezpłatny newsletter Poczta Zdrowia.
Co jakiś czas dostaję bardzo ciekawe maile dotyczące odżywiania, wpływu wielu czynników na zdrowie i samopoczucie, informacje o przekrętach karteli farmaceutycznych.
Oczywiście każdy może sobie taką prenumeratę zamówić pod adresem www.pocztazdrowia.pl , ale rozumiem że nie każdy chce podawać w necie swoje namiary. Dlatego postanowiłem zamieszczać tu co ciekawsze artykuły.
Jeśli komuś się przyda, to cieszę się że mogłem pomóc. Jeśli komuś się nie podoba, to niech nie czyta i nie komentuje.
Zdrowia Nam wszystkim życzę.
TG.


--
Alternatywą dla demokracji jest.... normalność.
Edytor zaawansowany
  • 03.05.13, 01:12
    Doskonałe wieści dotyczące słońca
    Słońce jest niezbędne dla zachowania zdrowia fizycznego
    i psychicznego!
    Latem w dzienniku Le Parisien można było przeczytać, że „wolontariusze ze Stowarzyszenia ds. Walki z Rakiem prowadzili w 17 pociągach iDTGV [pociągach TGV ze specjalną ofertą dla osób młodych] kampanię informacyjną na temat zagrożeń wynikających z przebywania na słońcu: odwodnienia, udaru słonecznego oraz oparzeń słonecznych i nowotworów”.
    Niestety, nie wiadomo, czy wolontariusze rozdawali też sterroryzowanym pasażerom Prozac. Nie wiadomo również, ilu pasażerów zawróciło z drogi na słoneczne wakacje, aby powrócić do domów w poszukiwaniu cienia i ochłody. Krótko mówiąc, po przeczytaniu przygotowanych przez Stowarzyszenie ds. Walki z Rakiem informacji na temat słońca, trzeba się poważnie zastanowić, w jaki sposób Francuzi, którzy mieszkają w nieco bardziej słonecznych niż północna Francja rejonach, są w stanie w ogóle żyć!
    I idąc dalej tym tropem – ci, którzy mają „nieszczęście” mieszkać na Seszelach czy Mauritiusie przez cały okrągły rok, w ogóle nie mają szans w takich warunkach przeżyć!
    Zapewne dobrze się domyślasz, Szanowny Czytelniku, jak wygląda prawda naukowa: Stowarzyszenie ds. Walki z Rakiem nie chce przyznać tego, że korzyści wynikające z przebywania na słońcu znacznie przewyższają związane z tym ryzyko. Słońce jest konieczne dla zachowania zdrowia fizycznego i psychicznego.
    Coraz więcej przypadków czerniaka
    Rzeczywiście, czerniak (złośliwy nowotwór skóry) to jeden z nowotworów, którego częstość występowania (czyli liczba nowych przypadków zachorowania rocznie) wzrosła najbardziej znacząco w ciągu ostatnich dwudziestu lat.
    W Polsce wykrywa się obecnie ok. 2500 przypadków czerniaka rocznie –¬ częściej u kobiet niż u mężczyzn1.
    We Francji pomiędzy 1978 a 2000 rokiem liczba zachorowań wzrosła o 5,9% wśród mężczyzn i o 4,3% wśród kobiet. Liczba nowych zachorowań rocznie potroiła się w ciągu dwudziestu lat: w 1980 r. odnotowano 2300 przypadków, a w 2000 r. – 7231 (o 42% więcej zachorowań wśród mężczyzn i 58% więcej wśród kobiet). W 2000 r. odnotowano też 1364 zgony spowodowane czerniakiem, w tym 704 zgony wśród mężczyzn (czyli 52% całkowitej liczby) i 660 – wśród kobiet. Średnia wieku osób, które zachorowały na czerniaka, wynosiła 58 lat wśród mężczyzn i 56 lat wśród kobiet.
    Jeśli chodzi o rozkład geograficzny, najwięcej zgonów odnotowano w Bretanii, kraju Loary, dolnej Normandii i Alzacji. Innymi słowy, nie ma widocznego powiązania pomiędzy liczbą zgonów a położeniem geograficznym; regiony z największą liczbą zgonów wcale nie są regionami najbardziej nasłonecznionymi. Jest wręcz odwrotnie.
    Powiązania pomiędzy słońcem a występowaniem raka skóry są bardziej skomplikowane niż nam się wydaje
    Tak jak i Polacy, Francuzi coraz rzadziej korzystają ze słońca. Do 1950 roku większość Francuzów zajmowała się uprawą roli lub pracowała na zewnątrz pomieszczeń. W porównaniu do dzisiejszych realiów, liczba pracowników, którzy większość dnia spędzali wewnątrz biur (nawet odpowiednio zaprojektowanych) w świetle jarzeniówek, była niewielka. Nic więc dziwnego, że w badaniu, którego wynik opublikowano w Journal of the National Cancer Institute w 2002 r., nie znaleziono (na podstawie obserwacji 603 uczestników chorych na raka skóry) żadnego powiązania pomiędzy oparzeniem słonecznym, opalaniem, ekspozycją na promienie słoneczne a występowaniem różnych form raka skóry2.
    Wyniki te zostały potwierdzone na wiele innych sposobów.
    Zmiany nowotworowe pojawiają się najczęściej na osłoniętych częściach ciała, a nie na czole, uszach, szyi czy innych partiach twarzy, które są najbardziej narażone na działanie promieni słonecznych, o ile w ogóle jeszcze wystawiamy jakiekolwiek partie twarzy na słońce.
    Aby zrozumieć to zjawisko, musimy najpierw wyjaśnić różnicę pomiędzy dwoma rodzajami promieniowania ultrafioletowego (UV) emitowanego przez słońce: promieniowaniem UVA, szkodliwym dla skóry, a promieniowaniem UVB, dzięki któremu w skórze syntetyzowana jest witamina D, ale które również może być szkodliwe.
    Promieniowanie UVA, podobnie jak UVB, powoduje powstawanie opalenizny, jednak nieco wolniej. To właśnie promieniowanie UVB powoduje rumień (oparzenie słoneczne). Z tego też powodu promieniowanie UVA, które na krótką metę nie powoduje żadnych widocznych skutków negatywnych, było długo uważane za nieszkodliwe.
    Jednakże to promieniowanie UVA powoduje powstawanie wolnych rodników i jest w stanie przenikać do najgłębszej warstwy skóry (czyli skóry właściwej); może również przyczyniać się do starzenia się skóry, powodując zmarszczki i nowotwory. Osoby pracujące wewnątrz pomieszczeń są narażone jedynie na promieniowanie UVA, ponieważ tylko ono jest w stanie przenikać przez szyby. Oznacza to, że do pomieszczeń dociera tylko szkodliwe promieniowanie; bez promieniowania UVB nasz organizm nie jest w stanie syntetyzować witaminy D – w tym celu należy po prostu przebywać na słońcu.
    Słońce może powodować mutacje genetyczne i prowadzić do powstawania nowotworów skóry, jednakże natura stworzyła dla nas skuteczny system ochronny.
    Według dr. Johna Cannela, jednego ze światowych specjalistów w dziedzinie badań nad witaminą D, witamina ta, produkowana dzięki promieniowaniu słonecznemu, ma pozytywny wpływ na DNA komórek skóry, pomagając im w ochronie przed uszkodzeniami spowodowanymi słońcem. Witamina D jest więc jednym z najskuteczniejszych sposobów walki z powstawaniem nieprawidłowych komórek.
    Na efekty działania promieniowania słonecznego ma także wpływ sposób, w jaki z niego korzystamy. Tak więc regularna i umiarkowana ekspozycja na słońce będzie chronić przed rakiem, ponieważ umożliwi stopniowe tworzenie się naturalnych mechanizmów obronnych: zbrązowienia skóry i wytworzenia witaminy D. Z kolei nagła i długotrwała ekspozycja skóry wrażliwej i delikatnej (która charakteryzuje mieszkańców północnej Europy) na słońce spowoduje jej uszkodzenia, ponieważ mechanizmy ochronne nie zdążą wytworzyć się w tak krótkim czasie, a tym samym nie będzie można ochronić organizmu przed promieniowaniem UVA.
    Wielu naukowców, w tym dr William Grant, opublikowało w recenzowanych czasopismach medycznych artykuły potwierdzające, że racjonalne korzystanie ze słońca w Stanach Zjednoczonych mogłoby obniżyć liczbę zachorowań na raka (o 185 000 rocznie) i pozwolić na uniknięcie 30 000 zgonów spowodowanych rakiem piersi, jajników, prostaty, macicy, przełyku, odbytu, żołądka i pęcherza moczowego. Dla porównania: co roku w Stanach Zjednoczonych na raka skóry umiera 7500 osób.
    Oznacza to, że korzyści wynikające z przebywania na słońcu, a w szczególności zmniejszenie ryzyka zachorowania na inne rodzaje nowotworów, znacznie przewyższają potencjalne ryzyko powstania nowotworów skóry, a przede wszystkim czerniaka; ten efekt uboczny ekspozycji na słońce jest nadal przedmiotem dyskusji.
    Jeżeli nie będziemy korzystać ze słońca lub będziemy smarować się kremami z najwyższym filtrem, narazimy się na niedobór witaminy D, który może zwiększyć ryzyko zachorowania na raka.
    Mniejsze prawdopodobieństwo zachorowania na stwardnienie rozsiane
    U osób, które regularnie korzystają ze słońca i mają wysoki poziom witaminy D w organizmie, ryzyko zachorowania na stwardnienie rozsiane (chorobę centralnego układu nerwowego) jest mniejsze. Tak przynajmniej twierdzą naukowcy z Australijskiej Akademii Nauk (Canberra).
    Przebadali oni 677 osób w wieku od 18 do 59 lat, w tym 282 osoby wykazujące wczesne objawy stwardnienia rozsianego. Uczestnicy podawali częstotliwość ekspozycji ciała na promienie słoneczne. Stężenie witaminy D mierzono za pomocą badań krwi. Badacze oceniali również uszkodzenia skóry uczestników spowodowane działaniem promieni słonecznych. Wyniki badania wykazały, że u osób, które najczęściej korzystają ze słońca, ryzyko zachorowania na SM jest o 60% mniejsze niż u tych, które korzystają ze słońca najrzadziej. Podobnie jest w przypadku stężenia witaminy D:
  • 03.05.13, 01:17
    Podobnie jest w przypadku stężenia witaminy D: wysokie stężenie przyczynia się do ochrony przed zachorowaniem na SM3.
    Należy również zauważyć, że choć średnio na SM choruje jedna osoba na tysiąc, to częstotliwość występowania tej choroby różni się w poszczególnych krajach. Najwięcej przypadków odnotowuje się w krajach położonych na północy, a w szczególności w Kanadzie. Szacuje się, że w Kanadzie na stwardnienie rozsiane choruje obecnie od 55 000 do 75 000 osób, z których większość stanowią kobiety.
    Życzę Państwu dużo słońca w ten długi weekend!
    Jean-Marc Dupuis
    PS: Jeśli myślisz, że te informacje mogą zainteresować kogoś znajomego, śmiało mu je prześlij. A jeśli jeszcze nie jesteś prenumeratorem Poczty Zdrowia, a również chciałbyś otrzymywać ten newsletter bezpłatnie, podaj swój adres e-mail tutaj.
    ****************
    W Internecie jest mnóstwo - mniej lub bardziej wiarygodnych – ofert naturalnych leków przeciw zapaleniu stawów i innym problemom zdrowotnym.
    Tylko niektóre z nich rzeczywiście są skuteczne. Tutaj znajdziesz wiarygodną, bezstronną, udowodnioną naukowo informację na ten temat.
    ****************
    Źródła:
    (1) www.onkologia.org.pl/doc/Prognozy_2025.pdf
    (2) Karagas MR, Stannard VA, Mott LA, Slattery MJ, Spencer SK, Weinstock MA. Use of tanning devices and risk of basal cell and squamous cell skin cancers. J Natl Cancer Inst. 2002 Feb 6;94(3):224-6.
    (3) Neurology February 8, 2011 76:540-548

    --
    Alternatywą dla demokracji jest.... normalność.
  • 03.05.13, 01:18
    Choroby serca:
    mit zrównoważonej diety
    Spróbuj podczas obiadu u znajomych poruszyć kwestię diety i spożycia kwasów omega-3. Z całą pewnością znajdzie się jedna lub więcej osób, które stwierdzą, że o nic nie musisz się martwić, pod warunkiem, że Twoja dieta jest „zrównoważona”.
    Taka opinia jest Ci niepotrzebna. To dokładnie to samo, co powtarzają nam władze. Wydaje im się, że opinia publiczna jest już dostatecznie poinformowana, ponieważ we wszystkich reklamach produktów żywnościowych podawana jest informacja o konieczności jedzenia pięciu porcji warzyw i owoców dziennie, prowadzenia zdrowego trybu życia i stosowania „zrównoważonej diety”.
    Jednakże warto byłoby wiedzieć, czym z punktu widzenia dietetyków jest „zrównoważona dieta”. W tej kwestii polegamy na zdrowym rozsądku (oraz na wytycznych dostarczanych przez odpowiednie władze)... w konsekwencji – rujnując własne zdrowie.
    Wyobraź sobie następujący rozkład dnia:
    Rano zjadasz bagietkę (bez masła) z odrobiną dżemu, wypijasz szklankę soku pomarańczowego (świeżo wyciśniętego) i filiżankę kawy; w południe jesz mały, chudy stek z grilla, zapiekankę ziemniaczaną, sałatę (bez dressingu), jogurt i popijasz wszystko wodą; o czwartej po południu dwa biszkopty posmarowane margaryną z oleju słonecznikowego; wieczorem – ratatouille (czyli porcję warzyw) oraz makaron (bez masła), kawałek sera i sałatkę owocową.
    Udało Ci się zjeść pięć porcji warzyw i owoców, nie wypić ani kropli alkoholu, ograniczyć spożycie tłuszczów, zjeść zalecaną ilość węglowodanów (głównie „cukrów”) i wcale nie sprawiło Ci to przyjemności.
    Wygląda to na zdrową i zrównoważoną dietę, prawda? Odpowiedź: zrównoważoną, owszem. Zdrową – z całą pewnością nie!
    Za stosowanie takiej diety Ministerstwo Zdrowia i Opieki Społecznej mogłoby przyznać Ci tytuł „idealnie posłusznego obywatela”. Jeżeli jesteś pacjentem po zawale, to Twój kardiolog z pewnością uważa, że taki sposób odżywiania jest najlepszym sposobem uniknięcia ponownego zawału. A jednak, Szanowny Czytelniku, jak zapewne się domyślasz, najnowsze badania naukowe zalecają coś zupełnie odwrotnego.
    Jeśli ta restrykcyjna dieta jest taka sama, co zalecana przez dyplomowanych dietetyków do stosowania w szkołach, szpitalach czy w żywieniu zbiorowym, to już od piętnastu lat wiadomo, że nie jest ona dobra dla zdrowia, a w szczególności nie powinny jej stosować osoby cierpiące na choroby serca.
    W połowie lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku dwóch francuskich lekarzy, Serge Renaud i Michel de Lorgeril, wysunęło hipotezę, że zwyczaje żywieniowe (oraz palenie tytoniu i brak ruchu) odpowiadają za epidemię chorób układu krążenia w XX wieku. Podjęli oni próbę wykazania, że pacjenci o podwyższonym ryzyku związanym z wystąpieniem u nich ataku serca (zawału) mogą, dzięki zmianie sposobu odżywiania, obniżyć ryzyko ponownego ataku.
    Do badania włączono ponad 600 pacjentów z chorobami serca. Część z nich odżywiała się zgodnie ze wskazówkami przekazywanymi zazwyczaj przez kardiologów, czyli dietą zalecaną przez American Heart Association (Amerykańskie Stowarzyszenie Chorób Serca): ubogą w tłuszcze i cholesterol, z dużą zawartością węglowodanów uważanych przez AHA za wolno spalające się (makarony, ziemniaki, białe pieczywo itp.). Pozostali stosowali eksperymentalną dietę zwaną „śródziemnomorską”, bogatą w ryby, oliwę z oliwek, owoce, warzywa, orzechy lub migdały, pełnoziarniste produkty zbożowe, kozie i owcze sery oraz... czerwone wino do każdego posiłku!
    Doktorzy Renaud oraz de Lorgeril włączyli do diety śródziemnomorskiej eksperymentalną margarynę z oleju rzepakowego, która miała zapewnić uczestnikom badania odpowiednią ilość kwasów omega-3. Badanie to nazwano badaniem z Lyonu lub Lyon Diet Heart Study.
    Zadziwiające wyniki
    Robert Dumolin, były kierownik wyższego szczebla w Renault, przeszedł 20 października 1990 roku (w wieku 57 lat) zawał i z pewnością przyczyniłby się do podniesienia statystyki związanej ze śmiertelnością osób cierpiących na choroby układu krążenia, gdyby w 1991 r. nie zdecydował się na dołączenie do innych 600 ochotników, którzy wzięli udział w tym badaniu.
    – Zostaliśmy podzieleni na dwie jednakowe grupy – wspomina. – Pierwsza z nich przez dwa lata przestrzegała diety zalecanej przez kardiologów. Druga natomiast otrzymała zalecenia oparte o model kreteński. Robert Dumolin miał szczęście. „Wylosował” grupę omega-3, czyli tę, której członkowie nie stosowali się do zaleceń kardiologów. Jednakże członkowie drugiej grupy mieli dodatkowo przestrzegać wszystkich zaleceń dla pacjentów kardiologicznych (zakaz palenia tytoniu, ćwiczenia itp.).
    W marcu 1993 r. ogłoszono wyniki badania: były one zadziwiające. W grupie „kardiologicznej” zmarło dwadzieścia osób, a w grupie „kreteńskiej” – jedynie osiem (czyli o 70% mniej)!1
    Kwasy omega-3
    – najbardziej podstawowa ochrona
    Wyniki badania z Lyonu opublikowano w roku 1994 i 1999. Okazało się, że wszelkie ryzyko (związane ze zgonem, zgonem spowodowanym chorobą serca, ponownym zawałem i komplikacjami kardiologicznymi) zostało dzięki stosowaniu nowej diety obniżone od przynajmniej 50% do 70% w przypadku niektórych komplikacji.
    Jakie składniki odżywcze odpowiadają za świetne wyniki uzyskane w ramach tego badania? Michel de Lorgeril stwierdza kategorycznie: Przede wszystkim kwasy omega-3, a wśród nich kwas alfa-linolenowy (ALA)! Zgodnie z wynikami przeprowadzonych analiz, kwasy omega-3, a w szczególności ALA i DHA (czyli kwasy tłuszczowe znajdujące się w mięsie tłustych ryb), okazały się głównym czynnikiem przyczyniającym się do ochrony pacjentów. Można powiedzieć, że odgrywają one kluczową rolę, a badanie z Lyonu należy traktować jako badanie kliniczne sprawdzające skuteczność kwasów omega-3.
    W roku 2001 American Heart Association wzięło w końcu pod uwagę wyniki badania z Lyonu i zaktualizowało swoje „oficjalne zalecenia dietetyczne”.
    Nowe dowody
    W 1996 r. uniwersytet Harvarda (w Bostonie, w stanie Massachusetts) przeprowadził zakrojone na szeroką skalę badanie epidemiologiczne, w którym wzięło udział 400 000 mężczyzn. Badanie to wykazało, że kwas alfa-linolenowy, najważniejszy z kwasów omega-3, chroni zarówno przed zgonem spowodowanym przez choroby serca, jak i przed zawałem2. Trzy lata później ten sam zespół badawczy przeanalizował dane dotyczące 80000 ochotników i doszedł do wniosku, że kwas ten działa tak samo w przypadku kobiet3.
    Podobnie jak miało to miejsce podczas badania z Lyonu, naukowcy z Indii i Izraela pod koniec lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku postanowili dowiedzieć się, czy pacjenci z problemami kardiologicznymi będą chętniej przestrzegać zaleceń kardiologów (czyli o 30% mniej kalorii z tłuszczu oraz mniej niż 300 mg cholesterolu dziennie), czy też diety śródziemnomorskiej.
    Wyniki są jednoznaczne: dieta śródziemnomorska, która dostarcza dwa razy więcej kwasu alfa-linolenowego, obniża ryzyko chorób serca o połowę (według wyników opublikowanych przez autorów w czasopiśmie Lancet w 2002 r.)4.
    Zdrowia życzę!
    Jean-Marc Dupuis
    ****************
    Mam Ci do przekazania niezwykle ważne informacje na temat nowych naturalnych metod leczenia chorób serca, a także cukrzycy, artrozy, nowotworów, depresji, chorób skóry itd. Przeczytasz je tutaj.
    ****************
    Źródła:
    (1) M. de Lorgeril, S. Renaud, N. Mamelle, P. Salen, JL. Martin, I. Monjaud, J. Guidollet, P. Touboul, J . Delaye. Mediterranean alpha-linolenic acid-rich diet in secondary prevention of coronary heart disease. Lancet. 1994 Jun 11; 343(8911):1454-9. Erratum in: Lancet 1995 Mar 18; 345(8951):738.
    (2) Aschiero A.: Dietary fat and risk of coronary heart disease in men: cohort follow up study in the United States. BMJ 1996, 343: 1454-1459.
    (3) Hu F.B.: Dietary intake of alpha-linolenic acid and risk of fatal ischemic heart disease among women. Am J Clin Nutr 1999, 69: 890-897.
    (4) Singh R.B.: Effe
  • 03.05.13, 01:19
    Wszystko, co musisz wiedzieć o chorobie Alzheimera
    Szanowny Czytelniku,
    ta choroba jest przerażająca. Jej objawy są bardzo poważne: depresja, koszmary, całkowita utrata kontaktu z rzeczywistością. Dotyka ona wszystkich członków rodziny; kiedy Twoi rodzice czy ktoś z najbliższego otoczenia Cię nie poznaje, czujesz się tak okropnie, że zaczynasz kwestionować sens życia. Jak to możliwe, że ktoś, z kim przeżyłeś całe życie, nagle przestaje Cię poznawać? Jak to się dzieje, że stajesz się dla tej osoby kimś obcym lub nawet wrogiem?
    Jakże ciężko jest poświęcać się dla kogoś, kto nie tylko nie okazuje Ci swojej wdzięczności, ale często reaguje na Ciebie wręcz agresją!
    Większość współmałżonków i dzieci osób cierpiących na chorobę Alzheimera poświęca im wiele godzin dziennie, 80% chorych przebywa bowiem w domach pod opieką najbliższej rodziny1. Większości też nie udaje się znaleźć rozwiązania pozwalającego na pogodzenie pracy z opieką nad chorym bliskim, co pociąga za sobą konsekwencje finansowe.
    W Polsce na chorobę Alzheimera cierpi już co najmniej 250 000 osób, z czego 150 000 nie ma postawionej diagnozy. Jeżeli, zgodnie z prognozami specjalistów, w ciągu najbliższych kilkunastu lat liczba ta wzrośnie do 500 000 chorych, to do opieki nad nimi trzeba będzie zaangażować znaczącą część osób w wieku produkcyjnym!
    Według stowarzyszenia Alzheimer's Association International, może to całkowicie zdezorganizować system ochrony zdrowia.
    Naukowcy uważają, że liczba zachorowań na chorobę Alzheimera, rosnąca od 20 lat, wzrośnie czterokrotnie w ciągu najbliższych 40 lat.
    Znalezienie leku na tę chorobę lub przynajmniej sposobu opóźnienia jej rozwoju stało się więc sprawą priorytetową. Gdybyśmy mogli zyskać choć dwa lata, to liczba chorych na całym świecie spadłaby o 23 miliony.
    Niestety, rzeczywistość jest przygnębiająca – medycyna konwencjonalna nie jest w stanie na razie pójść do przodu (delikatnie mówiąc).
    Medycyna konwencjonalna nie jest rozwiązaniem
    Obecnie nie ma leku na chorobę Alzheimera i nie da się w żaden sposób powstrzymać jej postępów.
    Oczywiście lekarze starają się przepisywać swoim pacjentom leki, które mogą rzekomo spowolnić postępy choroby oraz utratę pamięci, umiejętności porozumiewania się czy myślenia. Leki te, czyli inhibitory acetylocholinoesterazy oraz memantyna, nie działają od razu. Wydaje się, że po około 3 – 6 miesiącach stosowania pacjenci są nieco bardziej samodzielni od innych.
    Niestety w kwestii skutków ubocznych nie mamy żadnych wątpliwości: inhibitory acetylocholinoesterazy powodują poważne skutki uboczne, przeważnie ze strony układu pokarmowego (nudności i wymioty). A to nie wszystko: leki te najprawdopodobniej zwiększają ryzyko zgonu spowodowanego chorobami układu krążenia oraz prowadzą do nasilenia objawów istniejącej choroby Parkinsona, lub nawet mogą je wywołać, co jest ostatnią rzeczą, jakiej można życzyć osobie z chorobą Alzheimera.
    Niemniej jednak agencje zajmujące się ochroną zdrowia, a w szczególności francuska Haute Autorité de Santé, nadal zalecają terapię tymi lekami w chorobie Alzheimera.
    Na szczęście Ty, jako czytelnik „Poczty Zdrowia”, masz dostęp do wielu informacji, które pozostają niedostępne dla reszty społeczeństwa. Oto jedna z nich. Przedstawię Ci teraz kilka sposobów na zmniejszenie ryzyka zachorowania na chorobę Alzheimera. Wystarczy kilka prostych zmian stylu życia, aby pomóc Twojemu mózgowi działać w optymalny sposób jeszcze długo po siedemdziesiątce.
    Jednak najpierw wyjaśnię, czym tak naprawdę jest choroba Alzheimera.
    Choroba Alzheimera jest często źle rozumiana
    Choroba Alzheimera nie jest normalną konsekwencją procesu starzenia się, tak samo jak autyzm nie jest jednym z naturalnych etapów dorastania.
    Jest to przewlekła forma demencji, która powoduje poważne zaniki pamięci oraz śmierć. Średnia długość życia osoby chorej na chorobę Alzheimera to osiem lat od momentu zachorowania, choć niektórzy pacjenci mogą żyć nawet do dwudziestu lat.
    Przyczyny powstawania choroby Alzheimera nie są do końca wyjaśnione, jednakże często wiąże się ją z nieprawidłowym funkcjonowaniem tarczycy, niedoborem limfocytów T3 oraz cukrzycą.
    Jeden z rodzajów choroby Alzheimera, zwany demencją czołowo-skroniową, charakteryzuje się uszkodzeniem komórek płata czołowego i skroniowego mózgu. Naukowcy do teraz nie wiedzą, co może ją powodować. Wiadomo jedynie, że wytwarzanie nadmiernych ilości białka zwanego „beta-amyloidem” powoduje zakłócenia przekazywania sygnałów przez synapsy, co z kolei prowadzi do zaburzenia przepływu informacji i powstania łańcucha zdarzeń prowadzących do obumierania komórek nerwowych.
    Przed chorobą Alzheimera możemy więc jedynie chronić się za pomocą odpowiedniej profilaktyki.
    10 sposobów na obniżenie ryzyka zachorowania na chorobę Alzheimera
    1. Zmień swoją dietę, jedz więcej warzyw, spożywaj oleje oraz białka wysokiej jakości i unikaj cukru.
    2. Jedz dużo kwasów tłuszczowych omega-3 pochodzących z oleju rybiego (nasz mózg zbudowany jest w 60% z tłuszczów, z których większość stanowią kwasy DHA oraz omega-3, których nasz organizm nie jest w stanie wytworzyć i które należy dostarczać wraz z pożywieniem).
    3. Stosuj dietę ubogą w sól (co zmniejszy ryzyko nadciśnienia) i jednocześnie bogatą w witaminy C i E.
    4. Zielona herbata może mieć pośredni wpływ na funkcjonowanie mózgu, ponieważ przyczynia się do zachowania funkcji mózgu i naprawy uszkodzonych komórek oraz zmniejsza ryzyko demencji oraz innych chorób neurodegeneracyjnych takich jak choroba Parkinsona czy Alzheimera.
    5. Jagody leśne, źródło antocyjanów i przeciwutleniaczy, zapobiegają chorobie Alzheimera oraz innym zaburzeniom neurologicznym.
    6. Unikaj rtęci, która znajduje się w mięsie dużych ryb takich jak tuńczyk, miecznik i łosoś oraz w amalgamatach używanych w stomatologii. Jeżeli masz plomby z amalgamatu, pamiętaj, aby wymienić je na inne tylko w gabinecie, który specjalizuje się w ich usuwaniu. Niewłaściwe przeprowadzenie zabiegu stwarza ryzyko skażenia rtęcią.
    7. Spróbuj detoksykacji, dzięki której usuniesz metale ciężkie zgromadzone w mózgu.
    8. Ćwicz przez trzy do pięciu godzin tygodniowo. Zgodnie z wynikami jednego z badań, prawdopodobieństwo zachorowania na chorobę Alzheimera jest czterokrotnie wyższe u osób w wieku od 20 do 60 lat, które wypoczywają biernie.
    9. Unikaj szczepionek na grypę, które zawierają rtęć i/lub aluminium.
    10. Codziennie ćwicz swój umysł. Ryzyko zachorowania na chorobę Alzheimera zmniejsza się u osób, które podróżują, uczą się gry na instrumentach, rozwiązują krzyżówki, grają w szachy czy w warcaby lub chodzą do biblioteki. Naukowcy przypuszczają, że rozrywka intelektualna pomaga w tworzeniu połączeń w mózgu, dzięki którym może on skuteczniej bronić się przed uszkodzeniami powodowanymi przez chorobę Alzheimera.
    Pamiętaj, że słońce jest Twoim najlepszym przyjacielem: przebywanie na słońcu łagodzi wiele objawów choroby:
     depresję (-19%),
     ograniczenia w funkcjonowaniu (-53%),
     zaburzenia poznawcze (-5%).
    A teraz najważniejsza informacja
    Osoby z chorobą Alzheimera potrzebują dużo snu.
    Według badania opublikowanego w 2008 r., dzięki zażywaniu melatoniny (hormonu snu) zasypianie staje się szybsze (średnio o osiem minut), a czas trwania snu – dłuższy (średnio o 27 minut). Połączenie światła i melatoniny pomaga również minimalizować agresywne zachowania (-9%), pobudzenie oraz budzenie się w nocy.
    Dr Albert Lachman (specjalista zaburzeń snu) radzi, aby „stosować jasne oświetlenie w ciągu dnia, a wieczorem z kolei, zmniejszać ilość światła, tak aby organizm otrzymał wyraźny sygnał, że zbliża się noc”. „Niestety, w wielu domach opieki, ze względów organizacyjnych, wygląda to zupełnie odwrotnie” – dodaje.
    Na zdrowie!
    Jean-Marc Dupuis
    PS: W pierwszej połowie maja ukaże się nowy raport z cyklu Dossier Naturalnych Terapii poświęcony właśnie chorobie Alzheimera. Znajdziesz w nim naturalne sposoby, które pomogą Tobie i Twoim bliskim zm
  • Należy uważać też na:
    Nitrozaminy: www.szkodliwejedzenie.pl/2016/01/nitrozaminy-zrodem-alzheimera.html
    Herbatę z cyrryną: www.szkodliwejedzenie.pl/2015/12/herbata-cytryna-alzheimer.html
  • 03.05.13, 01:21
    Jak pozbyć się zwłok (jeśli nie możemy ich unieść)?
    Szanowny Czytelniku,
    pszczoły na ogół dobrze chronią wejście do swojego ula, czasem jednak jakiejś myszy lub jaszczurce udaje się do niego przedrzeć. Nie muszę dodawać, że intruz szybko przypłaca takie wtargnięcie życiem.
    Ale wówczas pszczoły stają przed nie lada problemem: jak pozbyć się zwłok intruza?
    Nie mogą ich po prostu zostawić na miejscu ze względu na ryzyko zakażenia. A może zjeść? Też nie, bo przecież pszczoły – choć żądlą – są pokojowo nastawionymi roślinożercami. Przeniesienie zwłok oczywiście również nie wchodzi w grę.
    Rozwiązaniem stosowanym przez pszczoły jest mumifikacja zwłok poprzez pokrycie ich warstwą substancji, którą wytwarzają – propolisu. Również starożytni Egipcjanie, za przykładem pszczół, balsamowali swoje mumie właśnie przy pomocy propolisu.
    Propolis ma bowiem silne właściwości przeciwzakaźne oraz zapobiega rozkładowi.
    Wyjątkowy koncentrat dobroczynnych substancji naturalnych
    Pszczoły wytwarzają propolis z żywic zebranych z pąków roślin. Ma on postać brązowej, twardej substancji, która nabiera lepkości w temperaturze powyżej 30°C. Jest to mieszanka żywic, wosku, pyłków kwiatowych, olejków eterycznych i wydzielin pszczół. Zawiera także wiele innych składników, jak kwasy organiczne, bardzo liczne flawonoidy (przeciwutleniacze), pierwiastki śladowe i wiele witamin – zidentyfikowano w nim ponad 300 różnych substancji!
    Jest to zatem wyjątkowy koncentrat dobroczynnych substancji naturalnych.
    Pszczoły murarki pokrywają propolisem wszystkie powierzchnie wewnątrz ula, aby zapewnić mu trwałość i wodoszczelność. Jednak propolis chroni nie tylko przed przeciągami, lecz również przed chorobami, grzybami i pleśnią. Jest to zatem silny środek przeciwgrzybiczy (likwiduje grzyby), a nawet antybiotyk (zabija bakterie).
    Jest tak skuteczny w zwalczaniu wszelkiego rodzaju mikrobów, że słynny lutnik Stradivarius stosował go do lakierowania i konserwowania swoich cennych skrzypiec, by przetrwały całe wieki. Zresztą do dziś na bazie propolisu robi się lakier do konserwacji najwrażliwszych gatunków drewna.
    Propolis może przydać się również i Tobie – w walce z infekcjami.
    Do zabliźniania ran
    Nalewka lub maść propolisowa sprzyjają oczyszczaniu i zabliźnianiu ran, zwłaszcza po poparzeniach, a także pomagają w leczeniu grzybicy, opryszczki narządów płciowych i zapalenia pochwy1,2,3. Propolis był elementem podstawowego ekwipunku rzymskiego legionisty jako środek do odkażania ran. Również angielscy lekarze wojskowi stosowali go do dezynfekcji i leczenia obrażeń odniesionych na polu bitwy w czasie wojen burskich prowadzonych w Afryce Południowej pod koniec XIX wieku.
    Do żucia przy bólu gardła
    Propolis pomaga także przeciwdziałać infekcjom w jamie ustnej (infekcjom dziąseł, zębów), problemom z gardłem –takim jak na przykład kaszel, angina, utrata głosu – oraz wszelkim rodzajom kataru4.
    Na raka
    Jednak jego najbardziej spektakularne zastosowanie dotyczy choroby nowotworowej. Jak wynika z badania opublikowanego w periodyku „Cancer Prevention Research”, propolis miałby wykazywać właściwości przeciwrakotwórcze oraz antymitotyczne (zapobiegać dzieleniu się komórek, które prowadzi do powstawania guzów nowotworowych). Rzekomo jest on w stanie znacząco spowolnić rozwój komórek nowotworowych w przypadku raka prostaty u człowieka. Miałoby to wynikać z faktu, że propolis jest bogatym źródłem estru fenetylowego kwasu kawowego (CAPE)5.
    Co i jak?
    Propolis można kupić w aptece lub sklepie ze zdrową żywnością. Występuje w wielu różnych postaciach: kuleczek do żucia, gum, nalewek (propolis rozpuszczony w alkoholu), aerozoli, maści, syropów…
    Nie daj się nabrać napisom „zawiera propolis” na etykiecie, ale zawsze sprawdzaj faktyczną zawartość propolisu w kupowanym produkcie. Produkt produktowi nierówny – jeden może być koncentratem propolisu w czystej postaci, a drugi wodą z cukrem zawierającą zaledwie 1% propolisu… Nie należy się dziwić, jeśli produkt o najwyższej zawartości propolisu będzie również najdroższy.
    Lekarze zalecają przyjmowanie dawki zawierającej 1 gram propolisu trzy razy na dobę, jednak nie dłużej niż przez 2 tygodnie, ponieważ może to grozić wystąpieniem alergii.
    Życzę zdrowia!
    Jean-Marc Dupuis
    PS: Po wysłaniu do Państwa poprzedniej wiadomości "Poczty Zdrowia" otrzymałem kilka niepokojących sygnałów, że nie u wszystkich działał zamieszczony w nim link. Tym razem powinien on już w każdym przypadku działać poprawnie, więc publikuję go ponownie, aby każdy z Państwa mógł otrzymać rekomendowany przeze mnie raport "Cała prawda o cholesterolu". Jest on jednym z dwóch prezentów (drugim jest przełomowa publikacja "Jak zwalczyć cukrzycę odpowiednią dietą"), które mam teraz przyjemność przekazać prenumeratorom naszej nowej serii raportów "Dossier Naturalnych Terapii" (więcej informacji na temat tych raportów znajdziesz tutaj).
    Źródła:
    1. Vynograd N, Vynograd I, Sosnowski Z. A comparative multi-centre study of the efficacy of propolis, acyclovir and placebo in the treatment of genital herpes (HSV). Phytomedicine. 2000 Mar;7(1):1-6.
    2. Santana Perez E, Lugones Botell M, et al. [Vaginal parasites and acute cervicitis: local treatment with propolis. Preliminary report]. [Article en espagnol, résumé en anglais]. Rev Cubana Enferm. 1995 Jan-Jun;11(1):51-6.
    3. Imhof M, Lipovac M, et al. Propolis solution for the treatment of chronic vaginitis. Int J Gynaecol Obstet. 2005 May;89(2):127-32.
    4. Szmeja Z, Kulczynski B, et al. [Therapeutic value of flavonoids in Rhinovirus infections]. [Artykuł po polsku, streszczenie po angielsku]. Otolaryngol Pol. 1989;43(3):180-4.
    5. cancerpreventionresearch.aacrjournals.org
    /content/5/5/788.abstract

    --
    Alternatywą dla demokracji jest.... normalność.
  • 03.05.13, 01:22
    Cholesterol – lekarstwa, które podtrzymują chorobę
    Szanowny Czytelniku,
    system medyczno-farmaceutyczny chce wmówić społeczeństwu, że cholesterol jest główną przyczyną zawałów oraz incydentów naczyniowo-mózgowych (udarów mózgu). To nieprawda!
    Po co więc takie opowieści? Z prostej przyczyny – aby sprzedać więcej statyn, czyli lekarstw przeciw cholesterolowi.
    We Francji jedna osoba na trzy powyżej 45 roku życia (czyli osiem milionów ludzi!), zażywa statyny. Kosztuje to francuski system ubezpieczeń społecznych fortunę (milliard euro rocznie). A sprzedaż statyn od 10 lat ciągle rośnie.
    W Polsce podwyższony poziom cholesterolu ma 18 milionów dorosłych Polaków1.
    Jednak to, czego sprytne firmy farmaceutyczne, nam nie mówią, to fakt, iż cholesterol wcale nie jest taką trucizną. Osoby zażywające statyny narażają swoje życie na niebezpieczeństwo, ponieważ lekom tym towarzyszy długa lista skutków ubocznych – takich jak upośledzenie funkcjonowania układu krwionośnego, zagrożenie utratą pamięci oraz zmiany w wątrobie.
    Tymczasem badania opublikowane w „American Heart Journal” (w styczniu 2009 r.), podczas których przebadano 137 000 pacjentów przyjętych do szpitali w Stanach Zjednoczonych z zawałem serca, pokazały, iż blisko 75% z nich miało „normalny” poziom cholesterolu.
    Konspiracja podtrzymująca Twoją chorobę
    Dlaczego ani lekarze, ani szpitale, ani firmy farmaceutyczne nie chcą powiedzieć prawdy na temat statyn?
    Dlaczego nie chcą, abyś Ty, Szanowny Czytelniku, wiedział, że lek, który powoduje obniżenie poziomu cholesterolu, ma tak wiele skutków ubocznych, i że nie chroni wcale przed chorobami serca?
    Otóż jest kilka powodów.
    Z jednej strony, tysiące ważnych kardiologów i jeszcze ważniejszych profesorów medycyny musiałyby publicznie przyznać się po trzydziestu latach do błędu, a to, wierzcie mi, nie jest łatwe… Obecnie każda osoba krytykująca obowiązującą powszechnie teorię na temat statyn jest z miejsca uznawana za heretyka niespełna rozumu. Niedawno wydana we Francji niezwykła książka kardiologa Michela de Lorgerila na temat naturalnych sposobów zapobiegania zawałom serca, została calkowicie pominięta przez prasę.
    Zrobiono to tylko i wyłącznie dlatego, że głosiła ona teorie zbyt przeszkadzające światu medycyny.
    Michel de Lorgeril jest badaczem CNRS (Centre national da la recherche scientifique) i napisał setki artykułów do największych magazynów naukowych. Jego książka zawiera wszystkie informacje najistotniejsze dla nowego kierunku badań, jak również niezliczoną ilość porad zdrowotnych dla osób, które martwią się o swoje serce i tętnice.
    Biorąc pod uwagę, przydatność tych informacji dla milionów chorych, milczenie mediów jest niewytłumaczalne.
    Z drugiej strony, medycyna stała się, niestety, wielką machiną do zarabiania pieniędzy. A więc, jeżeli nie brałbyś lekarstw... samodzielnie leczyłbyś choroby lub skutecznie im zapobiegał... żadna z tych firm nie zarobiłaby ani złotówki.
    Suplementy, o których nikt Ci nie powie
    Pośród niepożądanych skutków ubocznych statyn jednym z najbardziej zgubnych jest to, że Twój organizm jest w znaczący sposób pozbawiany ze swoich zapasów koenzymu Q10 (CoQ10).
    Najwięcej CoQ10 znajduje się w mitochondriach, które z kolei są mikroskopijnymi centrami energetycznymi wytwarzającymi energię w Twoich komórkach. Szczególnie dużo mitochondriów występuje w komórkach mięśnia sercowego.
    A czemu to takie ważne? Ponieważ najważniejszym mięśniem w Twoim organizmie, którego potrzebujesz, jest oczywiście Twoje serce.
    CoQ10 jest niezbędny do prawidłowego funkcjonowania komórek mięśniowych Twojego serca.
    Udawanie troski o Twoje serce, a jednocześnie zmniejszanie Twojego zapasu CoQ10 można porównać do sytuacji, w której fałszywy mechanik samochodowy, obiecując najlepsze osiągi, psuje Ci silnik w aucie lub wylewa za Twoimi plecami paliwo ze zbiornika!
    Jeśli zażywasz leki obniżające Twój poziom CoQ10, a dzieje się tak w przypadku większości leków przeciw cholesterolowi, to koniecznie musisz uzupełniać dietę o suplementy zawierające ten koenzym.
    To niedopuszczalne, że tak mało lekarzy informuje o tym swoich pacjentów!
    Cholesterol jest dobry dla zdrowia
    Cholesterol jest bardzo często oczerniany przez naukowców i lekarzy. W rzeczywistości niski poziom cholesterolu wiąże się z problemami zdrowotnymi, zwłaszcza z wylewem krwi do mózgu (udarem).
    Niski poziom cholesterolu zwiększa także ryzyko zachorowania na raka.
    Związek pomiędzy zagrożeniem nowotworowym i cholesterolem został potwierdzony przez badania naukowe, i jest on na tyle znaczący, iż radość z niskiego poziomu cholesterolu należy uznać za absurd i niebezpieczeństwo oraz zaprzestać diety złożonej z niskotłuszczowych dań oraz leków.
    Niektórzy naukowcy próbowali dowodzić, że związek pomiędzy niskim cholesterolem a podwyższoną śmiertelnością jest skutkiem „odwróconej przyczynowości”, inaczej mówiąc to ciężkie choroby, takie jak rak, miałyby powodować niski poziom cholesterolu, a nie odwrotnie (hipoteza Iribarrena).
    Teza te została jednak odrzucona po wielu badaniach, które prowadzono przez długie lata (19 i 20 lat) na osobach o niskim poziomie cholesterolu2.
    Potrzebujesz cholesterolu, by mieć właściwy poziom witaminy D
    Być może bardziej prawdopodobnym wytłumaczeniem związku pomiedzy cholesterolem a rakiem jest fakt, iż rzeczony cholesterol zawiera witaminę D; jest ona w zasadzie cholesterolem, który pod wpływem promieni słonecznych ulega przemianom chemicznym.
    Jest to z kolei ważne, ponieważ witamina D odgrywa kluczową rolę w dojrzewaniu i różnicowaniu się komórek. Chroniczny niedobór tego elementu w organizmie może przyczynić się do rozpadu lub degeneracji komórek, co w efekcie powoduje guzy nowotworowe.
    Innym wskaźnikiem potwierdzającym, iż brak cholesterolu może wywoływać nowotwór, jest czteroletnie badanie, które wykazało, że mieszanka dwóch leków przeciwcholesterolowych, czyli Simvastatinum i Ezetimibum, wiąże się ze zwiększonym ryzykiem nowotworowym. Po trzech próbach, podczas których stosowano wyżej wymienioną mieszankę, ryzyko śmierci na skutek nowotworu wzrosło o 45%.
    Ale wynik ten został odrzucony przez naukowców, którzy, o dziwo, uznali go za „przypadkowy”.
    Warto zwrócić uwagę na raport na temat cholesterolu,który został właśnie opublikowany w języku polskim w naszym nowym cyklu Dossier Naturalnych Terapii. Wedle mojej wiedzy jest to najlepsze opracowanie tego tematu, dodatkowo napisane w sposób przystępny i zrozumiały.
    Możesz otrzymać ten naprawdę obszerny i wyczerpujący raport na temat cholesterolu w prezencie, jeśli zaprenumerujesz raporty Dossier Naturalnych Terapii. Aby dowiedzieć się więcej o Dossier Naturalnych Terapii, kliknij tutaj.
    Życzę zdrowia!
    Jean-Marc Dupuis

    Źródła:
    1. Ogólnopolskie Badanie Rozpowszechnienia Czynników Ryzyka Chorób Układu Krążenia NATPOL 2011
    2. Alawi A, et al., Statins, Low-Density Lipoprotein Cholesterol, and Risk of Cancer, „Journal of the American College of Cardiologists” 2008;52(14):1141-7.
    - Yang X, et al., Independent associations between low-density lipoprotein cholesterol and cancer among patients with type 2 diabetes mellitus, „Canadian Medical Association Journal” 2008;179(5):427-437.
    - Schatzkin A, et al., Serum cholesterol and cancer in the NHANES I epidemiologic followup study, „National Health and Nutrition Examination Survey”, Lancet 1987;2:298-301.
    - Rossebo AB, et al., Intensive lipid lowering with simvastatin and ezetimibe in aortic stenosis, „N Engl J Med.”, 2008;359(13):1343-56
    - Peto R, et al., Analyses of cancer data from three ezetimibe trials, „N Engl J Med.”, 2008;359(13):1357-66.

    --
    Alternatywą dla demokracji jest.... normalność.
  • 03.05.13, 01:24
    Choroby autoimmunologiczne
    Nie pozwól swojemu organizmowi atakować samego siebie
    Szanowny Czytelniku,
    częstość występowania chorób autoimmunologicznych, podczas których nasz organizm atakuje sam siebie, w ciągu ostatnich dziesięcioleci wzrosła aż trzykrotnie!
    We Francji choruje na nie już od 5 do 10% populacji; choroby te znajdują się na trzecim miejscu pod względem obciążenia budżetu państwa, ponieważ ich leczenie jest niezwykle ciężkie, a czas leczenia – bardzo długi.
    Rachunek jest prosty: obecnie więcej kobiet cierpi na choroby autoimmunologiczne niż na choroby układu krążenia czy raka piersi razem.
    Choroby te są niezwykle różnorodne: stwardnienie rozsiane, cukrzyca typu 1 (nazywana kiedyś „cukrzycą dziecięcą” lub „cukrzycą insulinozależną”), toczeń, choroba Hashimoto (przewlekłe limfocytowe zapalenie gruczołu tarczowego), reumatoidalne zapalenie stawów, zesztywniające zapalenie stawów kręgosłupa, zespół Sjögrena, choroba Leśniowskiego-Crohna czy łuszczyca są chorobami autoimmunologicznymi.
    Istnieje również wiele innych tego rodzaju chorób, które atakują układ nerwowy, stawy, mięśnie, skórę, gruczoły wydzielania wewnętrznego czy serce.
    Krótko mówiąc: choroby autoimmunologiczne to choroby, w których układ odpornościowy zamiast atakować ciała obce takie jak bakterie (co jest jego podstawowym zadaniem), atakuje Twój własny organizm. Oznacza to, że bierze za wroga kogoś innego niż powinien.
    Takie sytuacje zdarzają się wtedy, gdy działanie układu odpornościowego zostaje zakłócone. Coraz częściej okazuje się, że tym „elementem zakłócającym” są toksyny, których ogromne ilości znajdują się w naszym środowisku.
    Bez popadania w paranoję czy wyolbrzymiania ryzyka (produkty chemiczne nie zawsze są „niebezpieczne dla zdrowia” – woda mineralna też przecież jest takim produktem):
     spróbuję zbadać, jak obecne w naszym środowisku toksyny mogą wpływać na stan Twojego zdrowia oraz powodować rozwój chorób autoimmunologicznych,
     a także podam 9 wskazówek pomocnych w ich leczeniu.
    Zanieczyszczenie środowiska – główna przyczyna chorób autoimmunologicznych
    W naszym środowisku znajdują się naprawdę ogromne ilości toksyn. Od roku 1900 do chwili obecnej pojawiło się ponad 80 000 nowych produktów chemicznych (nie oznacza to, że wszystkie są toksyczne). Co roku uwalniane są do środowiska ogromne ilości toksycznych substancji; według EPA (Amerykańskiej Agencji ds. Ochrony Środowiska) jest to ponad 10 milionów ton.
    Poziom rtęci w wodzie morskiej, rzekach i pożywieniu stale wzrasta; w środowisku naszych przodków rtęci było niewiele, mimo że była ona powszechnie stosowana w medycynie. Co roku uwalniane jest do atmosfery 3500 ton rtęci pochodzenia przemysłowego. Należy zauważyć, że gwałtowne wzrosty stężenia rtęci widoczne podczas badania rdzeni lodowych są spowodowane wybuchami wulkanów, podczas których do atmosfery mogą uwalniać się tysiące ton rtęci.
    Również mięso ryb zawiera coraz więcej rtęci; dotyczy to szczególnie dużych ryb, które żywią się mniejszymi, ponieważ w ich mięsie zbiera się najwięcej toksyn; w niektórych najbardziej zanieczyszczonych regionach Ameryki Południowej zawartość rtęci w kilogramie ryby wynosi nawet 1,67 mg (badanie INVS z 1997 r.). Dlatego też należy unikać jedzenia dużych ryb takich jak tuńczyk, miecznik lub rekin.
    Jedno ze stowarzyszeń amerykańskich, Environmental Working Group, badało krew pępowinową (znajdującą się w pępowinie) noworodków w momencie narodzin. Stwierdzono, że we krwi pępowinowej znajduje się 287 substancji chemicznych pochodzących z produkcji przemysłowej, w tym pestycydy, ftalany, parabeny, dioksyny, środki opóźniające zapłon, teflon i rtęć. To wszystko znajduje się w organizmie dziecka jeszcze przed narodzeniem!
    Nasze ciało, prawdziwa „oczyszczalnia ścieków”
    Obecność niewielkich ilości toksyn w naszym ciele to zjawisko całkowicie normalne, ponieważ nasze ciało wytwarza produkty przemiany materii. Ludzki organizm spala składniki odżywcze, produkując w ten sposób „spaliny”, czyli toksyny. Oczywiście zostaliśmy również wyposażeni w system ich odprowadzania. W naszym ciele znajdują się cztery narządy służące do oczyszczania krwi, które wyłapują toksyny i pomagają w ich wydalaniu. Są to: wątroba, nerki, płuca i skóra.
    Część znajdujących się w naszym ciele toksyn powstaje również podczas starzenia się tkanek. Nasze ciało musi codziennie pozbywać się resztek martwych komórek, czerwonych krwinek oraz minerałów. Jednakże najwięcej toksyn pochodzi z rozkładu substancji odżywczych. W procesie rozpadu białek wytwarzany jest mocznik i kwas moczowy; podczas spalania glukozy wytwarza się kwas mlekowy oraz dwutlenek węgla, a podczas utleniania tłuszczów – ciała ketonowe.
    Toksyny te są tolerowane przez organizm do momentu przekroczenia pewnego progu stężenia. Jednakże po przekroczeniu tego progu stają się one realnym zagrożeniem dla naszego ciała. Działają one jak trucizna, zatruwając tkanki i narządy, a ich nadmiar zaburza funkcjonowanie organizmu.
    Ciało zaczyna zachowywać się jak źle wyregulowany silnik, z którego wydobywa się czarny, gęsty dym i który przestaje w rezultacie działać.
    Jeżeli produktów przemiany materii jest w organizmie więcej niż jest on w stanie usunąć, toksyny zaczynają gromadzić się w tkankach i stają się przyczyną przyszłych chorób. Oto kilka liczb, które pozwolą nam lepiej zrozumieć, jak ważnym czynnikiem jest prawidłowa eliminacja toksyn z organizmu: nerki powinny usuwać od 25 do 30 g mocznika w ciągu 24 godzin. Jeżeli są w stanie usunąć tylko 20 g, to pozostałe 5 g zostaje w organizmie – a to już 150 g na miesiąc!
    Jeśli nerki usuwają jedynie 12 g soli w ciągu 24 godzin, a my z pożywieniem dostarczamy 15 g soli lub więcej, to codziennie w organizmie pozostaje 3 g soli, czyli 90 g na miesiąc!
    Leki syntetyczne (wytwarzane wyłącznie chemicznie) oraz szczepionki to kolejne źródła toksyn. Stosowane rzadko i w wyjątkowych przypadkach, leki te nie wywierały nigdy tak negatywnego wpływu na nasz organizm jak obecnie, ponieważ niestety wszyscy zażywamy coraz więcej różnych lekarstw.
    Ponadto do naszych organizmów trafia coraz więcej barwników, emulgatorów, stabilizatorów, substancji wzmacniających smak, przeciwutleniaczy, środków konserwujących itp., czyli dodatków, które nie poprawiają wartości odżywczej jedzenia, ale sprawiają, że lepiej ono wygląda i można je dłużej przechowywać. Co prawda są one tylko drobnym dodatkiem do jedzenia, ale obliczono, że rocznie zjadamy od 2 do 3 kilogramów tych substancji!
    Na szczęście nie są one toksyczne; większość z nich jest dla nas całkowicie obojętna. Z kolei niektóre kosmetyki, talki, kremy, farby do włosów, pudry, dezodoranty itp. zawierają szkodliwe substancje lub takie, które znajdują się na granicy toksyczności.
    Wiele substancji toksycznych przedostaje się do naszego ciała poprzez drogi oddechowe. To nie tylko dym tytoniowy, ale także substancje trujące uwalniane do powietrza przez kominy fabryczne, elektrociepłownie oraz rury wydechowe naszych samochodów.
    Nie przedstawiam tej listy po to, aby Ciebie, Szanowny Czytelniku, przestraszyć, tylko po to, aby zaprezentować Ci wszystkie możliwe źródła toksyn w Twoim organizmie. Weź pod uwagę fakt, że większości z nich możesz uniknąć, i pamiętaj, że Twoje ciało to nie kosz na śmieci, do którego można wrzucać, co popadnie.
    W jaki sposób wiąże się to z chorobami autoimmunologicznymi?
    Według dr. Douglasa Kerra, profesora wydziału medycyny amerykańskiego Uniwersytetu Johnsa Hopkinsa w Baltimore, „choroby autoimmunologiczne są coraz częstsze, a ekspozycja na toksyny i inne substancje chemiczne sprawia, że ryzyko zachorowania na nie staje się coraz większe. Badania naukowe są niezwykle wiarygodne, a ich wyniki – niepodważalne”.
    Znajdujące się w naszym otoczeniu toksyny są głównym czynnikiem prowadzącym do powstawania chorób autoimmunologicznych. Jednakże medycyna konwencjonalna zupełnie nie bierze t
  • 03.05.13, 01:26
    Jednakże medycyna konwencjonalna zupełnie nie bierze tego pod uwagę.
    Lekarze próbują zatrzymać reakcje obronne za pomocą leków o gwałtownym działaniu, takich jak NLPZ (niesteroidowe leki przeciwzapalne), sterydy (np. kortyzon), oraz nowoczesne leki zwane immunosupresantami, takie jak inhibitory TNF-alfa.
    Jednakże leki te blokują działanie układu odpornościowego na tyle skutecznie, że pacjent jest z kolei narażony na rozwój infekcji lub zachorowanie na raka. Powodowane przez nie skutki uboczne stawiają pod znakiem zapytania skuteczność ich działania. Na krótką metę mogą one uratować życie, jednakże na dłuższą – nie mają żadnego wpływu na przyczyny chorób autoimmunologicznych.
    Dr Mark Hyman ze Stanów Zjednoczonych, twórca „medycyny funkcjonalnej”, wyjaśnia, w jaki sposób leczył niektórych pacjentów cierpiących na choroby autoimmunologiczne. Otóż likwidował podstawowe przyczyny tych chorób, czyli nadmiar toksyn, alergenów, obecność infekcji, a także złej diety i stresu. Opowiada on też o swoich doświadczeniach:
    „Wiele lat temu cierpiałem na zespół przewlekłego zmęczenia. Choroba ta częściowo wywoływana jest przez reakcję autoimmunologiczną; badania wykazały, że moje ciało próbuje zwalczać samo siebie. Po wyeliminowaniu z organizmu rtęci byłem jednak w stanie zwalczyć przewlekłe zmęczenie oraz inne problemy autoimmunologiczne. U mojej żony również pojawiły się objawy choroby autoimmunologicznej, takie jak bóle stawów oraz zmęczenie. Zastosowaliśmy intensywną dietę oczyszczającą, która pomogła jej pozbyć się z organizmu metali ciężkich i byliśmy w stanie zwalczyć wszelkie objawy. Podobnie stało się w przypadku wielu moich pacjentów. W przypadku każdego pacjenta najpierw znajduję wszystkie przyczyny choroby: toksyny, alergeny, infekcje, problemy z odżywianiem lub stres, a następnie stosuję wszystko to, czego organizm potrzebuje do prawidłowego funkcjonowania: odpowiednią, zdrową dietę, starannie dobrane składniki odżywcze, gimnastykę, relaks, wodę lub spotkania towarzyskie, które nadają sens życiu. Wyniki są rewelacyjne.
    Jedna z moich pacjentek chorowała na ciężką łuszczycę oraz chorobę zwyrodnieniową stawów. Miała 42 lata, a nie potrafiła wchodzić po schodach i schodzić z nich, wykąpać się samodzielnie czy zajmować własnymi dziećmi. Jednakże zaledwie dziewięć miesięcy od rozpoczęcia leczenia (które polegało na wyeliminowaniu z diety glutenu oraz innych alergenów, oczyszczeniu organizmu ze śladów metali ciężkich oraz unormowaniu pracy układu odpornościowego) wyszła z mojego gabinetu nie tylko lżejsza o 15 kilogramów (stany zapalne powodują tycie), ale także całkowicie wyleczona z bólu i łuszczycy.
    Nie był to odosobniony przypadek: miałem też pacjenta, który od lat cierpiał na krwawe biegunki i wrzodziejące zapalenie jelita grubego. Stosował specjalne diety oraz środki wspomagające trawienie, które nieco mu pomogły, lecz nie były w stanie go wyleczyć... aż w końcu pomogło wyeliminowanie z jego organizmu rtęci.
    Ostatnio przyszła do mnie pacjentka, która cierpiała z powodu zmęczenia oraz zmian w mózgu spowodowanych przez stwardnienie rozsiane; jej objawy ustąpiły całkowicie po usunięciu plomb zawierających rtęć oraz zastosowaniu diety oczyszczającej. Podczas kolejnego badania metodą rezonansu magnetycznego okazało się, że nie ma już żadnych objawów stwardnienia rozsianego”.
    Istnieje więc wiele sposobów leczenia chorób autoimmunologicznych, na które cierpimy my czy nasi bliscy. Oto kilka zaleceń dr. Hymana.
     zrób badania sprawdzające stężenie rtęci i metali ciężkich w organizmie,
     zrób badania w kierunki celiakii (reakcji autoimmunologicznej na pszenicę i inne zboża zawierające gluten, która powoduje ponad sześćdziesiąt chorób autoimmunologicznych),
     spróbuj wyeliminować z diety na kilka tygodni wszelkie pokarmy, które mogą powodować stan zapalny i obserwuj uważnie, czy objawy choroby ustępują (można przestrzegać diety antyzapalnej dr. Weila lub diety hipotoksycznej dr. Seignaleta),
     zażywaj suplementy diety, które pomagają w przywróceniu równowagi układu odpornościowego, takie jak witamina D, niezbędne nienasycone kwasy tłuszczowe (EPA/DHA) oraz probiotyki,
     stosuj metody głębokiego relaksu: jogę, medytację, biofeedback lub inne metody, które pozwalają na obniżenie poziomu stresu,
     unikaj produktów (i ich spożywania), co do toksyczności których masz wątpliwości i które mogą mieć działanie uczulające,
     dowiedz się, jak wykorzystać naturalne zdolności organizmu do samooczyszczania z toksyn.
    Zdrowia życzę,
    Jean-Marc Dupuis
    PS: Jeśli uważasz, że informacje zawarte w tym artykule mogą pomóc komuś z Twojej rodziny lub przyjaciół, proszę, prześlij go im. Właściwe postępowanie może bardzo poprawić jakość ich życia.
    ********************************************************************
    Ktoś Ci przysłał ten artykuł? Ty również możesz zaprenumerować bezpłatny newsletter Poczta Zdrowia. Będziesz wtedy dwa razy w tygodniu otrzymywać na swoją skrzynkę e-mail najnowsze i w pełni wiarygodne (potwierdzone wieloma badaniami naukowymi przeprowadzanymi na całym świecie) informacje o naturalnych metodach leczenia i zapobiegania chorobom.
    Prenumerata newslettera Poczta Zdrowia jest całkowicie bezpłatna. Wystarczy, że klikniesz tutaj, a następnie w ramce po prawej stronie wpiszesz swój adres e-mail i klikniesz zielony przycisk.
    ********************************************************************
    Źródła:
    (1) Center for Disease Control. 2005. National Report on Human Exposure to Environmental Chemicals. www.cdc.gov/exposurereport/

    --
    Alternatywą dla demokracji jest.... normalność.
  • 03.05.13, 01:28
    Stewia: 7 razy lepsza od cukru!
    Jeżeli masz cukrzycę, nadwagę, nadciśnienie, nietolerancję glukozy lub po prostu chcesz zachować zdrowie, zainteresuj się stewią. Z pewnością już i tak coś wiesz na jej temat, ale jeśli nie, to koniecznie przeczytaj ten artykuł.
    Stewia to naturalna substancja słodząca pochodząca z rośliny Stevia rebaudiana, od wieków spożywanej przez paragwajskich i brazylijskich Indian ze szczepu Guarani. Jednakże roślina ta, nazywana przez Indian Guarani ka'a he'ê (słodkie zioło) została opisana dopiero pod koniec XIXwieku przez szwajcarskiego botanika, który prowadził badania w Ameryce Południowej.
    Japończycy rozpoczęli jej uprawę na początku lat 70. XX wieku, mając na celu zastąpienie nią słodzików. Obecnie stewię uprawia się i spożywa w wielu krajach Azji (Chinach, Korei, Tajlandii, Malezji i na Tajwanie), w Izraelu oraz Ameryce Południowej (w Argentynie, Brazylii i Paragwaju).
    Niestety przez wiele lat w Europie stewia była zakazana. Głównym powodem było przypuszczenie, że ma ona negatywny wpływ na reprodukcję i może być przyczyną powstawania nowotworów. Rzeczywiście, Indianie uważali, że podawana w dużych dawkach stewia jest środkiem poronnym. Jednakże po dokładnym przeanalizowaniu wszystkich danych dotyczących jej działania Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) uznała w 2006 r., że stewiozydy nie wpływają negatywnie na reprodukcję i nie są kancerogenne1.
    To jednak wcale nie powstrzymało władz europejskich od zakazania konsumpcji liści stewii – ani w formie proszku ani żadnej innej.
    We Francji w 2009 roku – dzięki silnemu lobby „bio” – wydano tymczasowe, dwuletnie zezwolenie na sprzedaż stewii, a właściwie wyciągu ze stewii, rebaudiozydu A (RebA) w stężeniu co najmniej 97%.
    Natomiast w całej Unii Europejskiej, w tym również w Polsce, stewia jako środek spożywczy została dopuszczona do obrotu dopiero w listopadzie 2011 r.!
    Obecnie w Polsce są już w sprzedaży różne produkty ze stewii – to naprawdę wspaniałe! Stewia różni się od cukru pod wieloma względami, tak więc zarówno cukrzycy, jak i osoby zdrowe mogą jednak preferować sacharozę (czyli zwykły cukier).
    1. Stewia ma silne działanie
    Liście stewii są około 40 razy słodsze od cukru, a otrzymywany z nich proszek – około 300 razy słodszy! Oznacza to, że 3,5 g wyciągu ze stewii może posłodzić więcej potraw niż... kilo cukru! Do przygotowywania słodkich potraw wystarczy więc odrobina stewii. Ponieważ można przechowywać ją nawet do pięciu lat, ta inwestycja na pewno się opłaci.
    2. Stewia nie zawiera kalorii
    Rafinowany cukier sprawia, że przybieramy na wadze. Sacharoza zawiera 400 kcal w 100 g i znajduje się w tak wielu produktach spożywczych, że unikanie jej to praca na pełen etat. W rezultacie ponad 60% mężczyzn i ponad 50% kobiet w Polsce cierpi na otyłość lub ma nadwagę, w tym 20% dzieci, ponieważ to one od najmłodszych lat narażone są na przyjmowanie dużej ilości rafinowanego cukru2.
    Ta niepokojąca liczba osób otyłych i z nadwagą jest trzykrotnie większa niż trzydzieści lat temu. Na szczęście stewia nie zawiera ani jednej kalorii. Nie jest to produkt dietetyczny, jednakże jego zalety są oczywiste.
    3. Stewia hamuje łaknienie
    Jak wszyscy wiemy, od cukru można się uzależnić. Czym więcej go jemy, tym bardziej mamy na niego ochotę. Sztuczne słodziki takie jak aspartam nie zawierają co prawda kalorii, ale nie zmniejszają apetytu na słodycze. Ponadto coraz więcej konsumentów skarży się na działania niepożądane, takie jak bóle głowy czy bóle brzucha. Stewia natomiast hamuje łaknienie i apetyt na słodycze. W Japonii spożywa się ją na ogromną skalę (40% rynku substancji słodzących) i przez ostatnie 40 lat nie zgłaszano związanych z nią działań niepożądanych.
    4. Stewia nie niszczy zębów
    Po zjedzeniu cukru na zębach tworzy się płytka bakteryjna, która powoduje powstawanie kamienia, a w konsekwencji – próchnicy. Do produkcji gum do żucia i past do zębów stosuje się „alkohole cukrowe” (nazywane także cukrolami) takie jak sorbitol, erytrytol oraz ksylitol, ponieważ bakterie znajdujące się w jamie ustnej nie potrafią poddać ich fermentacji, dzięki czemu nie przyklejają się do zębów.
    Cukrole mają jednak swoje wady: zawierają sporo kalorii, a niektóre z nich mają wysoki indeks glikemiczny, co jest szkodliwe dla cukrzyków. U osób wrażliwych mogą powodować wzdęcia i gazy. Stewia ma te same zalety, co cukrole... i żadnych wad!
    5. Stewia to doskonały wybór dla cukrzyków
    Cukier jest nieodpowiedni dla cukrzyków, ponieważ ma wysoką zawartość węglowodanów – w przypadku białego rafinowanego cukru jest to aż 99%. Aby dowiedzieć się, które produkty są najmniej odpowiednie dla cukrzyków i których muszą oni unikać, można posłużyć się przydatnym narzędziem: indeksem glikemicznym (zwanym także wskaźnikiem glikemicznym).
    Nie będę omawiał szczegółów obliczania tego wskaźnika. Wystarczy pamiętać, że żywność o indeksie glikemicznym (IG) poniżej 50 jest uznawana za względnie dobrą dla cukrzyków. Im niższy IG, tym lepiej. Dla przykładu, jabłko ma IG równy 39 (chociaż może on się różnić w zależności od gatunku jabłek). IG frytek to 95. IG cukru – 80. Stewia natomiast ma IG równy 0 (tak, tak – zero). Jest więc ona idealnym produktem pozwalającym na kontrolę glikemii (stężenia glukozy we krwi) bez konieczności rezygnowania ze słodkości.
    6. Stewia reguluje ciśnienie krwi
    Południowoamerykańscy Indianie od pokoleń stosują stewię do słodzenia mate – rodzaju herbaty ziołowej. Oprócz wykorzystywania jej jako substancji słodzącej, stosują ją także jako środek obniżający ciśnienie krwi. Lekarze w Ameryce Południowej przepisują leki zawierające stewię pacjentom cierpiącym na nadciśnienie.
    W Chinach przeprowadzono dwa badania kliniczne, oba wysokiej jakości i o długim czasie trwania (rok i dwa lata), które potwierdziły zalety stewii (przy przyjmowaniu 750 mg oraz 1500 mg stewiozydów dziennie) jako środka obniżającego lekkie i średnie nadciśnienie (obniżenie ciśnienie o około 7%)3. Zakrojone na szeroką skalę badania wykazały także, że stewia nie wpływa na obniżenie ciśnienia krwi zdrowych osób.
    7. Stewia pomaga w walce z kandydozą
    Candida albicans to drożdżak, który znajduje się w naszych jelitach – i u zdrowych osób nie powoduje żadnych objawów. Jednakże u niektórych ludzi drożdżak może gwałtownie się rozrosnąć, powodując infekcję zwaną kandydozą, która objawia się biegunką, nudnościami i wymiotami. Głównym powodem powstawania kandydozy jest fermentacja cukru w jelitach. Dlatego też podstawowym sposobem zwalczania kandydozy jest zmniejszenie ilości sacharozy spożywanej przez chorego. W takiej sytuacji zastąpienie cukru stewią nie powinno mieć żadnych konsekwencji. Należy oczywiście skonsultować się z lekarzem przed zmianą diety i rozpoczęciem stosowania czystego wyciągu ze stewii. Niektóre z firm dodają do swoich produktów maltodekstrynę lub inulinę, których należy unikać przy skłonności do kandydozy.
    Podsumowanie
    Jeżeli jesteś przyzwyczajony do cukru, smak stewii, podobny do lukrecji, może Cię zaskoczyć i będziesz pewnie potrzebować nieco czasu, aby do niego przywyknąć. Jednakże zalety stewii rekompensują wszelkie niedogodności.
    Zdrowia życzę i smacznego!
    Jean-Marc Dupuis
    PS: Zainteresował Cię ten artykuł, a nie jesteś jeszcze prenumeratorem bezpłatnego newslettera Poczta Zdrowia? Możesz go zaprenumerować, klikając tutaj. Dwa razy w tygodniu otrzymasz na swoją skrzynkę e-mail najnowsze i w pełni wiarygodne (potwierdzone wieloma badaniami naukowymi przeprowadzanymi na całym świecie) informacje o naturalnych metodach leczenia i zapobiegania chorobom.
    Źródła:
    1. WHO FOOD ADDITIVES SERIES: 54. Safety evaluation of certain food additives Prepared by the Sixty-third meeting of the Joint FAO/WHO Expert Committee on Food Additives (JECFA), 2006, page 138 à 141 [Consulté le 18 mars 2011] whqlibdoc.who.int
    2. <a href="
  • 03.05.13, 01:29
    Najlepszy naturalny środek przeciwbólowy
    Ludzki organizm potrafi wytwarzać bardzo skuteczne substancje o właściwościach przeciwbólowych – endorfiny.
    Są to naturalne opiaty, czyli substancje zbliżone do opium, wytwarzane przez mózg i wywołujące efekt podobny do działania morfiny.
    Co więcej, istnieje naturalny i prosty sposób zwiększania poziomu endorfin, a tym samym uśmierzania bólu: wystarczy śmiech, a jeszcze lepiej – śmiech w grupie.
    Śmiech to aktywność fizyczna
    Wydaje nam się, że śmiech jest rodzajem emocji, która występuje głównie w mózgu i widoczna jest na twarzy, a zaczyna się od uśmiechu na ustach.
    Tymczasem w rzeczywistości śmiech zaczyna się od silnego skurczu przepony, dużego mięśnia zlokalizowanego pomiędzy jamą brzuszną a klatką piersiową. W wyniku tego skurczu dochodzi do ściśnięcia płuc, które wywołuje gwałtowny wyrzut powietrza.
    Uchodzące z płuc powietrze powoduje niekontrolowane drgania strun głosowych. W ten sposób wydobywa się z nas tak nam dobrze znane „Ha!”, po którym natychmiast następuje kaskada innych „ha, ha, ha”, „ho, ho, ho, ho” i „hi, hi, hi”, ponieważ skurcze przepony występują seriami.
    Przy przedłużającym się śmiechu z płuc uchodzi całe powietrze, a Ty zginasz się w pół lub w skrajnym przypadku tarzasz się po podłodze i zwijasz ze śmiechu. Niepohamowany śmiech powoduje utratę kontroli nad mięśniami. Pod wpływem ucisku mięśnie brzucha zaczynają nas boleć, jak przy wyczerpującej serii ćwiczeń.
    Można też zauważyć, że człowiek ogarnięty szaleńczym śmiechem zaczyna się pocić. Jego żyły oraz mięśnie szyi i twarzy pęcznieją i kurczą się jak przy silnym bólu. Zamieszanie dodatkowo potęguje fakt, że z oczu pękającej ze śmiechu osoby tryskają fontanny łez. W końcu rozbawienie otoczenia może ustąpić miejsca zaniepokojeniu otoczenia: „Właściwie to ty się śmiejesz, czy płaczesz?”
    I jest to pytanie zasadne, ponieważ na tym etapie już bardzo mało brakuje do popsucia zabawy, gdy parcie na pęcherz lub – co gorsza – na jelita, wymknie się spod kontroli…
    Tak czy inaczej, po solidnej dawce śmiechu nie jesteś już tą samą osobą.
    To dlatego, że ból i napięcie mięśni wywołane śmiechem, podobnie jak ogromny wysiłek u żołnierzy lub sportowców, powodują wzmożoną produkcję endorfin.
    Daje to następujące efekty:
    1. Czujesz się szczęśliwszy
    Endorfiny poprawiają Twój nastrój. Zauważ, że to sam śmiech wywołuje u nas szczęście, a niekoniecznie sytuacja, która go sprowokowała.
    2. Zmniejsza się ból
    Jeśli przed wybuchem śmiechu odczuwałeś ból, z pewnością zauważysz, że uległ on złagodzeniu. Zjawisko to zaobserwowali w warunkach laboratoryjnych naukowcy z Uniwersytetu Oksfordzkiego, którzy właśnie opublikowali swoje badanie w periodyku medycznym Proceedings of the Royal Society B1.
    3. Odprężasz się
    Podobnie jak opium, endorfiny wywołują uczucie wewnętrznego spokoju i odprężenia. To dlatego śmiech uśmierza ból i wprawia Cię w błogi nastrój.
    Śmiech grupowy jest skuteczniejszy
    Czy trzeba było badań szacownych naukowców z Oksfordu, by dowieść rzeczy tak oczywistej?
    Osobiście powiedziałbym, że nie, chociaż, czytając te wyniki, i ja dowiedziałem się czegoś ciekawego.
    Czy zauważyłeś kiedyś, jakie szczęście, a nawet egzaltację, wywołuje wspólna praca fizyczna?
    Kopanie okopu, przenoszenie kamieni, ścinanie drzewa, ciągnięcie liny: o ile praca umysłowa w zespole jest frustrująca (i zawsze kończy się tym, że jedna osoba odwala robotę za resztę), o tyle wspólna praca fizyczna daje satysfakcję i w niewyjaśniony sposób wytwarza więź pomiędzy członkami grupy.
    Na tej samej zasadzie wspólne uprawianie sportu dużo łatwiej wywołuje poczucie radości i entuzjazmu niż kiedy trenujemy w samotności. Będąc w parku, przyjrzyj się osobom wspólnie uprawiającym jogging. Wyglądają na szczęśliwe, prowadzą – jak się wydaje – ciekawą rozmowę, podczas gdy samotny biegacz ma na twarzy wymalowaną melancholię (lub wręcz cierpienie).
    Można to wyjaśnić tym, że przebywając w grupie, łatwiej wytwarzamy endorfiny.
    Zjawisko to było przedmiotem badań doktora Dunbara z Uniwersytetu Oksfordzkiego. W 2009 r., przeprowadzając eksperyment na oksfordzkiej osadzie wioślarskiej, zaobserwował, że sportowcy wiosłujący w grupie słabiej odczuwają ból niż wtedy, gdy taki sam wysiłek podejmują w pojedynkę.
    Wiosłując wspólnie, osiągali znacznie wyższy poziom endorfin2!
    Ten efekt jest jeszcze potężniejszy w przypadku śmiechu, który – jak wiemy – jest wielce „zaraźliwy”. Mamy znacznie większe szanse, by zaśmiewać się do łez przy komediach, gdy oglądamy je w towarzystwie.
    Niestety, mechanizm opisany powyżej nie działa, jeśli śmiech jest wymuszony. „Nieszczery śmiech nie wywołuje serii powtarzających się, niekontrolowanych wydechów, niezbędnych do uruchomienia produkcji endorfin”, wyjaśnia doktor Dunbar.
    W ramach ćwiczeń praktycznych proponuję kilka klasycznych żartów zapożyczonych od Michela Dogny3.
    Nowa choroba: TOSTA
    Jeśli…
    - po jednej kawie nie możesz zasnąć,
    - po jednym piwie zaraz pędzisz do toalety,
    - wszystko wydaje Ci się za drogie,
    - byle głupstwo doprowadza Cię do furii,
    - niewielkie łakomstwo oznacza natychmiastowy przyrost wagi,
    - zaczęła się dla Ciebie era metalu (srebrne włosy, złote zęby, tytanowy rozrusznik),
    - od mięsa boli Cię brzuch, a pieprz stał się zbyt ostry,
    - od soli skacze Ci ciśnienie,
    - w restauracji prosisz o stolik z dala od muzyki i ludzi,
    - od wiązania butów łamie Cię w krzyżu,
    - zasypiasz przed telewizorem,
    - &nb sp; masz kilka par okularów (do bliży, do dali, przeciwsłoneczne...),
    - wszyscy zwracają się do Ciebie per „Pan” (lub per „Pani”),
    - odczuwasz bóle niewyjaśnionego pochodzenia,
    - płaczesz bez powodu…
    jeśli więc masz te wszystkie objawy… UWAGA! Wiem, co Ci dolega! TOSTA!
    Nie ma wątpliwości, TO-STA-rość!
    Problem z wiekiem
    – Panie doktorze, kiedy uprawiam seks słyszę pogwizdywania…
    – A czego się Pan spodziewał w Pana wieku?! Oklasków???
    Dziura w pamięci
    Gdy byłem mały, Bóg dał mi wybór pomiędzy doskonałą pamięcią a gigantycznym członkiem. Tylko nie pamiętam, co wybrałem!!!
    Życzę zdrowia!
    Jean-Marc Dupuis
    PS: Jeśli dostałeś ten numer newslettera Poczta Zdrowia od kogoś innego, gorąco zachęcam, abyś i Ty go zaprenumerował (bezpłatnie!).
    Dwa razy w tygodniu otrzymasz e-mailem najnowsze i w pełni wiarygodne (potwierdzone wieloma badaniami naukowymi przeprowadzanymi na całym świecie) informacje o naturalnych metodach leczenia i zapobiegania chorobom.
    Wystarczy, że klikniesz tutaj, a następnie w ramce po prawej stronie wpiszesz swój adres e-mail i klikniesz zielony przycisk.
    Źródła:
    1. Proc. R. Soc. B 22 March 2012 vol. 279 no. 1731 1161-1167
    2. Biol. Lett. 23 February 2010 vol. 6 no. 1 106-108
    3. Extrait de : Rigolothérapie, dans le Journal de Michel Dogna

    --
    Alternatywą dla demokracji jest.... normalność.
  • 07.05.13, 21:07
    Walka z cellulitem
    Właściwie już sam fakt bycia kobietą wystarczy, by pojawił się cellulit. Zjawisko to występuje u 90% kobiet, niezależnie od tego, czy są młode, czy stare, szczupłe czy krągłe… Dla porównania – problem ten dotyczy zaledwie 2% mężczyzn.
    Na szczęście istnieją sposoby na skuteczne ograniczenie efektu „pomarańczowej skórki”.
    Ciało kobiety dostosowało się do potrzeby magazynowania zapasów
    Ciało kobiety zawiera średnio 25% więcej komórek tłuszczowych, nazywanych przez lekarzy adipocytami, niż ciało mężczyzny. Słowo to wydaje się dość skomplikowane, co jest charakterystyczne dla języka medycznego. Ma się wydawać mądre, choć w gruncie rzeczy jest po prostu banalne. „Adipo” po łacinie znaczy „tłuszcz”, a „cyte” (łac, „cyta”, greckie „kytos”) – „komórka”, zatem „adipocyt” oznacza po prostu „komórkę tłuszczu”.
    Wróćmy jednak do kobiet. Teoria ewolucji zakłada, że ciało kobiety dostosowało się do stawianego przed nim zadania, jakim jest maksymalne zwiększanie szans na reprodukcję i wychowanie dziecka. Od okresu dojrzewania aż po menopauzę, a także poprzez ewentualne ciąże, ciało kobiety nieustannie przygotowuje się na przyjęcie i wykarmienie dzieci. Dlatego właśnie magazynuje składniki odżywcze w formie tłuszczu. Takie magazyny powstają na biodrach, piersiach, po wewnętrznej stronie kolan, na łydkach, a czasem też w innych miejscach, jak ramiona czy brzuch. Można powiedzieć, że tłuszcz gromadzi się wszędzie po trochu.
    Dzieje się tak dlatego, że tłuszcz znakomicie nadaje się do magazynowania kalorii na trudne chwile.
    Źródłem energii dla naszego organizmu mogą być węglowodany, białka lub lipidy (tłuszcze). Po 24-godzinnym poście zapas węglowodanów (glikogenu) ulega wyczerpaniu. A po 10 dniach wyczerpaniu ulegają z kolei zapasy białka. Wówczas ciało sięga po zapasy lipidowe i będzie w stanie korzystać z nich znacznie dłużej: osoba dorosła o wzroście 1,70 m i masie 70 kg ma 15-kilogramowe zapasy tłuszczu. Mogłaby zatem wytrzymać bez jedzenia przez 40 dni.
    Kobiety są uprzywilejowane w stosunku do mężczyzn, ponieważ mają większe niż mężczyźni „obszary magazynowe” na piersiach czy na biodrach, a także po prostu dlatego, że mają więcej komórek tłuszczowych.
    To jeszcze nie wszystko. W ciele kobiety produkowane są estrogeny – hormony, które stymulują proces magazynowania tłuszczu (hormony te są wykorzystywane do produkcji tabletek antykoncepcyjnych – dlatego właśnie u wielu kobiet przyjmujących takie tabletki problem cellulitu się nasila).
    Takie przygotowanie ciała sprawia, że wiele kobiet może z łatwością magazynować duże zapasy tłuszczu. Jest to znakomite dla dziecka, które dzięki temu otrzyma pełnowartościowe mleko. Jednak dla kobiety, która w łazience ogląda się w lustrze lub w piękny wiosenny dzień przymierza w sklepie kostium kąpielowy, taki „atut” może wydawać się przekleństwem.
    3 rodzaje cellulitu
    Aby skutecznie radzić sobie ze pomarańczową skórką, trzeba wiedzieć, z którym rodzajem cellulitu mamy do czynienia.
    Cellulit tłuszczowy – jest wiotki w dotyku. Pojawia się, gdy spożywamy za dużo tłuszczów lub cukru albo gdy nie uprawiamy żadnej aktywności fizycznej.
    Cellulit wodny lub obrzękowy – występuje u kobiet, które w ogóle nie uprawiają sportu albo uprawiają go w bardzo ograniczonym zakresie, a także u tych, które mają problemy z krążeniem (np. cierpią na niewydolność żylną) lub z zatrzymywaniem wody w organizmie. Pojawieniu się cellulitu obrzękowego sprzyja zbyt duża ilość soli w pożywieniu. Jeśli cellulit ten zlokalizowany jest na nogach, to będą one puchły w ciepłe dni, a także podczas podróży samolotem.
    Cellulit włóknisty uwidacznia się przy dotyku. Jest twardy, często bolesny przy uszczypnięciu. Poznaje się go po fioletowawej barwie. Im dłużej się utrzymuje, tym trudniej się go pozbyć.
    4 sposoby na zwalczanie cellulitu
    Mimo że cellulit ma swoje źródło w pożywieniu, wcześniejsze argumenty pokazują dość jasno, że tak naprawdę mamy do czynienia z naturalnym mechanizmem gromadzenia zapasów tłuszczu w ciele kobiety. Dlatego sama zmiana sposobu odżywiania nie spowoduje zniknięcia cellulitu.
    Oczywiście, niezdrowe zwyczaje żywieniowe pogarszają sytuację: niektóre rodzaje cellulitu kumulują się z powodu nadmiaru tłuszczu lub cukrów w spożywanych posiłkach. Jednak najważniejszą bronią, jaką można zastosować w walce z cellulitem, są masaże.
    1. Masaż
    Masaż jest najskuteczniejszym sposobem zwalczania cellulitu. Należy go wykonywać codziennie, najlepiej rano i wieczorem – wtedy uzyskamy naprawdę optymalne wyniki. Masaż poprawi krążenie w miejscach nagromadzenia cellulitu, usprawni wymianę komórkową i drenaż limfatyczny, a tym samym spowoduje rozbicie nagromadzonego tłuszczu.
    Jedną z najbardziej skutecznych metod jest „ugniatanie-rolowanie”. Polega ona na tym, że dwiema rękami wykonujesz na skórze, w miejscu występowania cellulitu, ucisk taki jak przy ugniataniu ciasta. Następnie przez kilka minut „rolujesz” skórę z dołu do góry. Jeśli odczucie towarzyszące temu zabiegowi jest nieprzyjemne, to dobry znak. Jednak nie znęcaj się nad sobą: zbyt gwałtowny masaż może spowodować otorbienie cellulitu i uniemożliwić drenaż.
    Można też skorzystać ze specjalnego sprzętu – maszyny Cellu M6, która działa zgodnie z zasadą „ugniatania-rolowania”. Jej technika działania jest skuteczna, ale i tak masaż wykonywany ręcznie przyniesie lepsze efekty (zwłaszcza jeśli w jego wykonaniu pomoże Ci mąż…).
    Olejek do masażu antycellulitowego
    Efekt masażu można wzmocnić, stosując olejek do masażu antycellulitowego. Jest to mieszanka olejków eterycznych, którą możesz sama przygotować. Taki olejek pobudza krążenie krwi, rozkład tłuszczów (lipolizę) oraz ma właściwości przeciwzapalne.
    Składniki: olejki eteryczne: 1 ml olejku cyprysowego, 1,5 ml olejku z trawy cytrynowej i 2,5 ml olejku z cedru atlaskiego. Oprócz tego: po 15 ml oleju calophyllum oraz oleju arganowego lub sezamowego (wystarczająca ilość na 50 ml).
    Sposób użycia: Masować obszary skóry dotknięte cellulitem rano i wieczorem, wykorzystując przy tym 10 do 20 kropli mieszanki. Stosować kurację przez 2 do 3 tygodni. Kurację można powtórzyć, jednak nie wcześniej niż po tygodniu przerwy1.
    Należy pamiętać, że tłuszcz z komórek tłuszczowych nie zniknie z naszego ciała jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Niektóre kremy wyszczuplające, zwłaszcza zawierające kofeinę, mogą pomóc w pozbyciu się tłuszczu z komórek. Jednak, kiedy tłuszcz z komórek trafi już do krwi, trzeba będzie doprowadzić do jego spalenia, czyli do usunięcia cellulitu. Do osiągnięcia tego celu potrzebna jest aktywność fizyczna.
    2. Ćwiczenia fizyczne
    Efekt ćwiczeń jest podobny jak w przypadku masażu: poruszanie mięśni sprawia, że wywieramy ucisk na cellulit, co powoduje przyspieszenie obiegu krwi oraz płynów limfatycznych. Sport jest zatem pomocny w zapobieganiu magazynowaniu tłuszczów. Korzystne działanie ma każdy sport, ale jeśli chcesz zwalczyć cellulit, najbardziej skuteczne są wszystkie sporty wodne ze względu na tzw. drenaż wodny (masaż wodą). Taki drenaż jest uważany nawet za bardziej skuteczny niż ręczny.
    Wskazane są też wszystkie sporty, które angażują dolną część ciała, takie jak jazda na rowerze, marsze i ćwiczenia na brzuch i pośladki.
    3. Płyny
    Żadna dieta nie spowoduje, że pozbędziesz się cellulitu, ale chcąc go zwalczyć musisz pamiętać o piciu odpowiedniej ilości wody (1–1,5 l dziennie). Przyjmowanie płynów poprawia krążenie i pomaga w usuwaniu toksyn z organizmu. Z kolei zła cyrkulacja krwi i płynu limfatycznego utrudnia usuwanie toksyn i powoduje zastój krwi i limfy w dolnej części ciała. Powstaje wówczas obrzęk, który zwiększa cellulit.
    Napar antycellulitowy
    Oto przepis na napar antycellulitowy, który poprawia krążenie krwi i ma działanie przeciwzapalne i zapobiegające obr
  • 10.05.13, 22:46
    Usta pełne trucizny
    W Japonii nie stosuje się amalgamatów stomatologicznych z rtęcią już od trzydziestu lat.
    W Rosji zakazano ich stosowania w 1985 r., kiedy podczas setek badań wykazano niebezpieczeństwo związane ze stosowaniem takich plomb.
    W Norwegii zakaz stosowania rtęci obejmuje wszelkie jej zastosowania, a wypełnianie ubytków amalgamatem jest zabronione.
    W Szwecji nie używa się amalgamatów od 1999 roku.
    W Niemczech nie uczy się już dentystów, w jaki sposób wypełniać ubytki amalgamatami stomatologicznymi.
    W Kalifornii w tych gabinetach, w których stosuje się amalgamaty, należy wywiesić w widocznym miejscu ostrzeżenie o następującej treści:
    W tym gabinecie stosuje się plomby z amalgamatu. Amalgamat zawiera rtęć. Pacjenci, u których zastosowano tego rodzaju plomby są narażeni na kontakt z toksyczną substancją chemiczną. Stan Kalifornia informuje, że rtęć może powodować wady wrodzone oraz zaburzenia płodności.
    A w Polsce...
    W Polsce, tak jak i we Francji, nadal plombuje się amalgamatem zęby milionom nieświadomych zagrożenia osób.
    Chociaż słowo „plomba” pochodzi od łacińskiego „plumbum” (ołów), to plomby wcale nie zawierają tego pierwiastka.
    Jest w nich rtęć!
    Podczas wypełniania ubytków dentysta wcale nie stosuje ołowiu, tylko mieszankę sproszkowanego srebra, miedzi i cyny ze sporą ilością rtęci.
    Rtęć, która w temperaturze pokojowej ma postać płynną, spaja ze sobą te metale, tworząc amalgamat. Gotowa substancja ma postać półpłynną, która pozwala na łatwe kształtowanie.
    Amalgamat twardnieje po wypełnieniu nim ubytku. Ta faza nazywa się krystalizacją. Po stwardnieniu amalgamatu można już gryźć pokarmy. Rtęć, która na początku stanowi 50% amalgamatu, zmniejsza swoją objętość o 5 do 10%. Jest to związane z jej „lotnością”, która powoduje powstawanie oparów metalu w temperaturze pokojowej. Pary te powstają po umieszczeniu amalgamatu w jamie ustnej.
    Pod koniec dnia będziesz już mógł cieszyć się jedzeniem jabłek czy karmelków, pić gorącą kawę i mrożoną herbatę i nie czuć bólu w okolicy ubytku.
    Odczuwasz więc ogromną ulgę.
    Nie czujesz jednak, że umieszczony w Twoich ustach amalgamat ciągle wydziela pary rtęci, które wchłaniane są przez błony śluzowe, skąd przedostają się do płuc, a następnie aż 80% z nich przenika do krwiobiegu. Ponadto żucie pokarmów powoduje szybsze uwalnianie rtęci z amalgamatu.
    W zakrojonym na szeroką skalę niemieckim badaniu przeprowadzonym w 1997 r. wykazano, że rtęć uwalnia się z plomb.
    Naukowcy z niemieckiego uniwersytetu w Tübingen zbadali ślinę 18 000 uczestników, którzy mieli średnio po dziewięć plomb amalgamatowych. 77-stronicowy raport z wyników badania informuje, że po okołu dziesięciu minutach żucia gumy, ślina zawiera średnio aż 47 mg rtęci na litr. Norma ustanowiona przez Światową Organizację Zdrowia (WHO) dla wody pitnej to 1 mg rtęci na litr. Oznacza to, że osoby z plombami amalgamatowymi przyjmują podczas każdego posiłku 47 razy więcej rtęci niż stanowi dopuszczalna norma.
    W pozostałym czasie, czyli kiedy uczestnicy badania nie przeżuwali, zawartość rtęci w ślinie wynosiła 27 mg na litr, co nadal jest bardzo wysoką wartością (przekroczenie normy: 27-krotne)1.
    Zęby plombowane amalgamatem wchłaniają metale ciężkie i szarzeją. Nawet po wyjęciu amalgamatu, ząb nadal zatruwa organizm.
    Czy władze znają najnowsze wyniki badań?
    Oczywiście.
    AFSSAPS (Agence Nationale de Sécurité du Médicament – francuska Krajowa Agencja ds. Bezpieczeństwa Leków) opublikowała w 2005 r. alarmujący raport dotyczący rtęci znajdującej się w amalgamatach stomatologicznych.
    W raporcie tym opisano sposoby uwalniania rtęci do organizmu: „przez rozpuszczanie, (...) i ścieranie (...) pary rtęci obecne w jamie ustnej są wdychane lub połykane, przedostając się do płuc lub układu pokarmowego”.
    „Żucie pokarmów przyspiesza uwalnianie rtęci. Dwa badania przeprowadzone w 1996 r. wykazały, że regularne żucie gumy (...) powoduje wzrost stężenia rtęci w moczu oraz osoczu”.
    „Pary rtęci są niezwykle szybko wchłaniane przez płuca. Część z nich (...) przedostaje się również do krwiobiegu”.
    Podkreślono również, że „lipofilowość” (tendencja do łączenia się z tłuszczami) rtęci sprawia, że jest ona „transportowana” i „zatrzymywana w mózgu” (który składa się głównie z tłuszczów). „Jony rtęci (...) są więc przechwytywane i kumulują się w lizosomach. Wyjaśnia to, dlaczego rtęć jest tak toksyczna dla mózgu i dlaczego jej połowiczny czas rozpadu w tym narządzie jest tak długi. Rtęć może także częściowo przenikać przez łożysko”2.
    Mimo tych wszystkich informacji, agencja AFSSAPS nie robi nic, chociaż ciągle dostarczane są nowe wyniki badań.
    Plaga nowotworów wśród dentystów
    Dentyści oraz osoby pracujące jako pomoce dentystyczne codziennie wdychają pary rtęci. Zachorowalność na nowotwory mózgu w tej grupie zawodowej jest dwu- lub trzykrotnie większa od średniej (cztery razy większa w przypadku glejaka wielopostaciowego, jednego z nowotworów układu nerwowego)3.
    Od dawna też wiadomo, że „depresja i samobójstwa wśród dentystów są o 60% częstsze niż w innych grupach zawodowych”4.
    W 1989 r. Nylander, szwedzki naukowiec znany z osiągnięć w tej dziedzinie, wraz ze swoimi współpracownikami dokonali autopsji byłych dentystów i ich personelu; stężenie rtęci w ich przysadkach mózgowych było 35 razy wyższe niż w grupie kontrolnej osób, które nie miały styczności z amalgamatami. Warto dodać, że badano zwłoki osób, które nie wykonywały zawodu od kilku czy kilkunastu lat.
    Podczas badania przeprowadzonego w 1990 r. przez dr. Vimy i współpracowników umieszczano plomby amalgamatowe w zębach ciężarnych owiec w celu oceny wpływu rtęci na matki i jagnięta.
    Przeprowadzone w ramach badania autopsje wykazały ogromne skażenie matek i ich młodych: w ciągu od 20 do 40 dni po zaplombowaniu zębów w nerkach matek wykryto aż 9000 mg rtęci na kilogram. Znaczne stężenie odnotowano także w sercu, mięśniach, śliniankach, dziąsłach i żołądku. Również łożysko uległo skażeniu: wykryto w nim aż 300 mg/kg rtęci! To bardzo dużo. Mleko matek zawierało około 60 mg na litr. Wątroba, nerki i mózg (przysadka) płodów były skażone w największym stopniu – około 100 mg/kg. Warto zwrócić uwagę na to, że dane te uzyskano po umieszczeniu amalgamatów głęboko w zębie, aby zminimalizować ryzyko ich zniszczenia przez ponowne przeżuwanie pokarmu, jak ma to miejsce u przeżuwaczy5.
    Jakie działanie ma rtęć?
    Toksyczne właściwości rtęci znane są od czasów starożytnych. Rtęć to trucizna, która jest inhibitorem enzymów odpowiadających za przemianę materii na poziomie komórkowym.
    Powoduje ona zaburzenia pracy wszystkich narządów oraz układu hormonalnego, nerwowego, odpornościowego i trawiennego. Rtęć wpływa negatywnie na pracę układu odpornościowego, powodując zwiększoną podatność na infekcje i nowotwory. Rozpad komórek przyspiesza starzenie się organizmu oraz powstawanie poważnych chorób neurodegeneracyjnych.
    Według Franza-Xaviera Reichla, autora Kieszonkowego atlasu medycyny środowiskowej, zatrucie rtęcią uwolnioną z amalgamatów objawia się bólem mięśni i stawów, bólami brzucha, wzmożonym poceniem się, bólami głowy, nadwagą, problemami z oddychaniem, kaszlem, zawrotami głowy, nudnościami, zaburzeniami wzroku i słuchu, wypadaniem włosów, depresją, zmęczeniem, nerwowością, stanami lękowymi, problemami z trawieniem oraz zaburzeniami funkcji kognitywnych”6.
    Rtęć odpowiada też za zwiększoną liczbę przypadków chorób „nowych” (ang. emerging diseases), czyli takich, na które zachorowanie zwiększa się od 1980 roku: fibromialgii, zespołu przewlekłego zmęczenia, alergii, depresji, zespołu przewlekłej hiperwentylacji, zaburzeń układu nerwowego i mięśniowego, przewlekłych infekcji, nawracających grzybic, problemów metabolicznych, ADHD, migren i przewlekłego bólu.
    Z zatruciem rtęcią mogą być także powiązane takie choroby jak choroba Parkinsona, stwardnienie
  • 10.05.13, 22:48
    Z zatruciem rtęcią mogą być także powiązane takie choroby jak choroba Parkinsona, stwardnienie rozsiane, autyzm oraz choroby nowotworowe.
    Konsekwencje zatrucia rtęcią są szczególnie poważne w przypadku tych 20% osób, które nie potrafią eliminować metali ciężkich z organizmu. U osób takich następuje nagromadzenie rtęci w tkankach, które prowadzi do zatrucia organizmu.
    Dr Mutter podkreśla, że „problem z zatruciem rtęcią polega na tym, że może ono przebiegać bezobjawowo nawet przez 15 lat lub więcej (...). Niewielki ilości rtęci mogą przedostawać się do organizmu na przestrzeni wielu lat i kumulować się w organizmie – stąd też osoby, które mają w zębach plomby amalgamatowe narażone są na nieustające skażenie rtęcią”7.
    Na szczęście wiemy już, w jaki sposób można odtruć organizm:
    Co trzeba jak najszybciej zrobić?
    Odtruwanie organizmu z rtęci przebiega w trzech etapach:
    1. suplementacja: zniwelowanie toksycznego efektu trucizny, stymulowanie eliminacji rtęci z organizmu oraz, jeśli to możliwe, próba przywrócenia prawidłowej pracy komórek i metabolizmu,
    2. chelatacja: pomaga w wyeliminowaniu toksyn,
    3. zabiegi dentystyczne: oczyszczenie jamy ustnej oraz dożylna chelatacja.
    Uwaga: każdy z tych etapów musi zostać przeprowadzony z największą ostrożnością. Nie wolno podejmować dowolnych działań. Zabiegi dentystyczne muszą być przeprowadzone niezwykle ostrożnie: częstym błędem jest usuwanie plomb amalgamatowych bez należytej ostrożności.
    Przeprowadzenie tego zabiegu w niewłaściwy sposób może doprowadzić do zwiększenia zatrucia rtęcią, ponieważ usuwanie amalgamatów, nawet starych, powoduje uwalnianie znacznych ilości rtęci, co może doprowadzić do trwałego i nieodwracalnego skażenia organizmu.
    Jeżeli uważasz, że Ty lub ktoś z Twoich bliskich może mieć objawy zatrucia metalami ciężkimi, a znasz język francuski, przeczytaj książkę Françoise Cambayrac Vérités sur les Maladies Emergentes.
    Podczas lektury tej książki poruszyły mnie historie osób, które cierpiały z powodu zatrucia rtęcią i którym udało się uwolnić od skażenia; ludzie ci przeszli prawdziwą gehennę, napotykając na brak zrozumienia i pogardę ze strony pracowników służby zdrowia.
    Wygląda na to, że problem ten dotyka różnorodnych osób: młodych, aktywnych zawodowo, dzieci, kobiet w ciąży, sportowców czy osoby starsze.
    Z pewnością nie tylko mnie zafascynowała lektura tej książki; znane osoby ze świata medycyny również zainteresowały się tą pozycją. Myślę tutaj przede wszystkim o profesorze Sami Sandhausie, doktorze medycyny i stomatologii, związanym z sorbońskim Uniwersytetem Piotra i Marii Curie.
    Nie mogę się oprzeć, aby nie zacytować jego słów:
    „Będąc lekarzem i stomatologiem (specjalistą chorób jamy ustnej, przyp. red.), widziałem tragiczne skutki leczenia za pomocą technik, z którymi walczę już od ponad 40 lat. (...) Nie należy poddawać w wątpliwość założeń (Françoise Cambayrac), ponieważ są one poparte ponad 140. artykułami opublikowanymi w recenzowanych czasopismach medycznych. (...)
    Wszystkie osoby cierpiące na fibromialgię, zespół przewlekłego zmęczenia, depresję spowodowaną alergiami, cukrzycę, choroby neurodegeneracyjne lub stwardnienie rozsiane, które nie wiedzą, jak się leczyć, aby ich zdrowie nie pogarszało się z dnia na dzień, muszą koniecznie przeczytać tę książkę! Z pewnością rozpoznają swoje objawy i dowiedzą się, skąd wzięły się ich choroby. Autorka włożyła sporo energii w przedstawienie wielu praktycznych porad, przynosząc chorym nadzieję na wyzdrowienie.
    Zebrane informacje z pewnością przyniosą czytelnikom pocieszenie, wsparcie i zachętę; takiej kopalni wiedzy nie znajdą oni nigdzie indziej”.
    Zdrowia życzę!
    Jean-Marc Dupuis
    PS: Ktoś Ci przysłał ten artykuł? Ty również możesz zaprenumerować bezpłatny newsletter Poczta Zdrowia. Będziesz wtedy dwa razy w tygodniu otrzymywać na swoją skrzynkę e-mail najnowsze i w pełni wiarygodne (potwierdzone wieloma badaniami naukowymi przeprowadzanymi na całym świecie) informacje o naturalnych metodach leczenia i zapobiegania chorobom.
    Prenumerata newslettera Poczta Zdrowia jest całkowicie bezpłatna. Wystarczy, że klikniesz tutaj, a następnie w ramce po prawej stronie wpiszesz swój adres e-mail i klikniesz zielony przycisk.
    Źródła:
    (1) Krauss (Dr P.), Deyhle (M.), Clédon (Ph.) et al, Universität Tübingen, Institut für organische Chemie, «Fiel study on mercury content of the saliva» (étude de Tübingen), Toxicological and Environmental Chemistry, 1997, vol. 63, n°1-4, p. 29-46.
    (2) AFSSAPS, «Le mercure des amalgames dentaires: Actualisation des connaissances», octobre 2005, téléchargeable sur le site de l'AFSSAPS.
    (3) Nylander (M.), Friberg (L.) et al., «Mercury accumulation in tissues from dental staff and controls in relation to exposure», Swedish Dental Journal, 1989, vol.13, n°6, p. 235-243.
    (4) B. Chales de Beaulieu, « Les obturations en amalgames et leurs conséquences sur l'organisme », Paris, Aquarius, 1984.
    (5) Vimy (M.J.), Takahashi (Y.), Lorscheider (F.L.), Department of Medicine, Faculty of Medicine, University of Calgary, Alberta, Canada, «Maternal-fetal distribution of mercury (203Hg) released from dental amalgam fillings», American Journal of Physiology, 1990, vol. 258. n°4, p. R939-945.
    (6) Paris, Maloine, 2002.
    (7) Dr J. Mutter, L'amalgame dentaire, un risque pour l'humanité: Eliminer correctement les intoxications au mercure, Vevey (Suisse), éd. Alternatif, 3e édition retravaillée, 2002.

    --
    Alternatywą dla demokracji jest.... normalność.
  • 30.09.13, 22:26
    Cholesterol nie jest trucizną!
    Szanowny Czytelniku,
    od trzydziestu lat świat medyczny zajmuje się głównie obniżaniem poziomu cholesterolu u ludzi.
    Rutynowa wizyta u lekarza wiąże się zazwyczaj z badaniem jego poziomu. Nader często pacjenci wychodzą z gabinetu lekarskiego, dzierżąc w dłoni receptę na lekarstwa obniżające poziom cholesterolu.
    Na szczęście obecnie wielu lekarzy pozbywa się tego zaszczepionego przez firmy farmaceutyczne odruchu. Cholesterol nie jest bowiem trucizną, która może zniszczyć Twój organizm tak jak na przykład ołów czy rtęć. Nie zasługuje na swoją złą sławę. Aby Cię o tym przekonać, zachęcam – dowiedz się o nim więcej, ponieważ zyskuje przy bliższym poznaniu.
    Cholesterol znajduje się w każdej komórce Twojego ciała. Ta miękka, woskowa, tłustawa substancja wytwarzana jest w wątrobie oraz wchłaniana z przewodu pokarmowego, skąd przedostaje się do krwi. Ma co najmniej dwie ważne funkcje: bierze udział w budowie błon komórkowych (a zatem optymalizuje ich funkcjonowanie) i wspomaga produkcję kwasów żółciowych. Stanowi 2% masy Twojego ciała.
    25% cholesterolu znajduje się w Twoim mózgu. Obniżenie za wszelką cenę jego poziomu może zatem oznaczać zmniejszenie rozmiaru mózgu. Czy to naprawdę konieczne?
    Cholesterol działa też na wiele innych sposobów. Bez cholesterolu Twój organizm nie byłby w stanie wytwarzać większości niezbędnych hormonów takich jak estrogeny, testosteron czy kortyzol. Witamina D jest syntetyzowana z udziałem prekursora cholesterolu. Jest ona absolutnie niezbędna dla Twojego zdrowia i odgrywa ważną rolę w zapobieganiu nowotworom.
    Nie jesteś pralką
    Jeśli w Twoich tętnicach znajduje się dużo cholesterolu, to wcale nie oznacza, że w Twojej krwi krąży go zbyt wiele i że w związku z tym przykleja się on do ścian tętnic. Innymi słowy, nie porównuj swoich tętnic do grzałki w pralce, która obrasta kamieniem z powodu zbyt twardej wody.
    Blaszki miażdżycowe, które tworzą się w Twoich tętnicach, zawierają cholesterol. Jednak sam w sobie nie jest on odpowiedzialny za ich powstawanie. Wręcz przeciwnie, może się zdarzyć, że w nabłonku podrażnionych ścian tętnic powstaną niewielkie nadżerki . Dokoła takich uszkodzeń gromadzą się płytki krwi, tworząc skrzep. Właśnie wtedy wątroba zaczyna produkować cholesterol, który pomaga zakleić powstałe ubytki i naprawić uszkodzenia spowodowane stanem zapalnym. Proces ten związany jest ze wzrostem stężenia cholesterolu we krwi. Może to być mechanizm obronny, który jest dla nas pożyteczny.
    Nie pomyl przyczyny ze skutkiem
    Bardzo wysoki poziom cholesterolu (ponad 330 mg/dl) oznacza problemy ze zdrowiem. Jednakże to właśnie te problemy są przyczyną podwyższonego poziomu cholesterolu, a nie odwrotnie. Nasze ciało reaguje na zaburzenia, produkując go prawdopodobnie po to, aby móc naprawiać uszkodzone tętnice, ponieważ ich ściany często ulegają stanom zapalnym. Oznacza to, że niski poziom cholesterolu to gorszy stan zdrowia.
    Podczas badania przeprowadzonego na wydziale medycyny sercowo-naczyniowej Uniwersytetu w Yale stwierdzono, że osoby w podeszłym wieku, które miały bardzo niskie stężenie cholesterolu, częściej umierały na zawał serca niż te, które miały dużo cholesterolu1.
    Ponadto dr Michel de Lorgeril – naukowiec z instytutu CNRS w Grenoble i gorliwy obrońca cholesterolu oraz autor wielu publikacji dotyczących chorób układu sercowo-naczyniowego – twierdzi, że niski poziom cholesterolu zwiększa ryzyko wystąpienia udaru krwotocznego2.
    Wiadomo również, że cholesterol jest wykorzystywany do budowy błony komórkowej komórek wyściełających tętnice, wzmacniając tym samym ściany tętnic. Zatem niedobór cholesterolu powoduje osłabienie ścian tętnic.
    Podczas badania opublikowanego w prestiżowym czasopiśmie medycznym The Lancet stwierdzono, że wysoki poziom cholesterolu zmniejsza ryzyko zgonu z dowolnej przyczyny3. Badanie to było niezwykle wiarygodne: trwało dziesięć lat i wzięło w nim udział niemal 800 osób.
    Podczas wielu badań stwierdzono, że niski poziom cholesterolu wiąże się z krótszą spodziewaną długością życia, szczególnie u osób po 65 roku życia.
    Niebezpieczeństwa związane z lekami przeciwcholesterolowymi
    Uwaga! Poniższe informacje nie mają na celu nakłonić Cię do zaprzestania leczenia, niezależnie od jego formy. Nie wolno zmieniać leczenia bez konsultacji z lekarzem. Chciałbym jedynie Cię poinformować o możliwych działaniach niepożądanych związanych z przyjmowaniem najpopularniejszych leków stosowanych w celu obniżenia poziomu cholesterolu, czyli statyn.
    Statyny blokują enzym wątrobowy, który umożliwia wytwarzanie cholesterolu. Jednakże skutkiem ubocznym tego procesu jest zmniejszenie produkcji koenzymu Q10 (CoQ10) – substancji zbliżonej do witamin, która jest niezbędna do wspomagania pracy serca, wytwarzania energii oraz działania mięśni. Niedobór CoQ10 jest przyczyną zmęczenia, zaników pamięci oraz osłabienia mięśniowego. Może to także prowadzić do zatrzymania akcji serca.
    Ponadto niski poziom CoQ10 związany jest z niektórymi rodzajami raka.
    Bóle mięśni są niezwykle częste u osób przyjmujących statyny i należy traktować je bardzo poważnie. Są one objawem problemu zwanego przez lekarzy rabdomiolizą, prowadzącego do atrofii mięśni, w tym mięśnia sercowego. A przecież leki te mają chronić nas przed problemami z sercem!
    Zażywanie statyn może także powodować:
     zaniki pamięci,
     impotencję,
     osłabienie układu odpornościowego,
     choroby wątroby, a także
     zwiększenie ryzyka stwardnienia zanikowego bocznego.
    Należy więc stosować te leki z najwyższą ostrożnością.
    Jakie jest idealne stężenie cholesterolu?
    Istnieje powszechny spór dotyczący tego, czy należy utrzymywać idealny poziom cholesterolu. Niektórzy lekarze zalecają wręcz, aby w ogóle się tym nie przejmować. Należy do nich wspomniany wcześniej dr Michel de Lorgeril, autor publikacji zatytułowanej „Dites à votre médecin que le cholestérol est innocent, il vous soignera sans médicaments” („Powiedz swojemu lekarzowi, że cholesterol jest niegroźny, a będzie Cię leczył bez leków”).
    Jeżeli zapytasz lekarza, dowiesz się, że istnieją dwa rodzaje cholesterolu:
    – cholesterol HDL (high-density lipoprotein), który uważany jest za „dobry” cholesterol; to właśnie on prawdopodobnie oczyszcza tętnice i usuwa złogi miażdżycowe;
    – cholesterol LDL (low-density lipoprotein), znany jako „zły” cholesterol. Uważa się, że odpowiada on za tworzenie się blaszek miażdżycowych, które zwężają światło tętnic i sprawiają, że stają się one mniej elastyczne. Stan taki nazywamy arteriosklerozą, czyli miażdżycą. Do zablokowania tętnicy wystarczy wtedy mały skrzep – a to z kolei prowadzi do zawału serca lub udaru.
    W rzeczywistości jest to znacznie bardziej skomplikowane. LDL wcale nie jest taki zły. Składa się on z cząstek o różnych rozmiarach. Jedynymi, które mogą być uznane za niebezpieczne, są te najmniejsze, ponieważ mogą przenikać przez wewnętrzne warstwy ścian tętnic i powodować oksydację, a co za tym idzie – stan zapalny. Z kolei niektóre cząstki HDL są bardziej pożyteczne od innych. Tak naprawdę nie wiadomo, czy w ogóle można mówić o złym i dobrym cholesterolu!
    Według dr. Ala Searsa stężenie cholesterolu nie jest tak ważne jak stosunek stężenia HDL do stężenia trójglicerydów we krwi. Im mniej trójglicerydów tym lepiej, im więcej HDL tym lepiej. Zalecane jest stężenie HDL stanowiące co najmniej połowę stężenia trójglicerydów. On sam twierdzi, że jego poziom HDL wynosi 105 mg/dl, czyli dwa razy więcej niż trójglicerydów (50 mg/dl) i dodaje: „Jestem dumny z tego, że mam dużo cholesterolu!”5.
    Jednakże nawet teoria o dobroczynnym wpływie podwyższonego cholesterolu HDL na zdrowie została ostatnio podważona w ramach badań, podczas których uczestnikom podawano leki, zwiększające stężenie HDL. Odsetek zawałów u tych pacjentów wcale nie był niższy. W niektórych przypadkach zawały zdarzały się nawet częściej. Stąd też wynika całe zamieszani
  • 30.09.13, 22:28
    Stąd też wynika całe zamieszanie wokół cholesterolu.
    Kontrola poziomu cholesterolu bez leków
    Zwiększone stężenie cholesterolu we krwi może być związane ze stanem zapalnym tętnic. Logiczne więc wydaje się stosowanie środków pozwalających na wyleczenie przewlekłych stanów zapalnych, a nie sztuczne obniżanie stężenia cholesterolu. Coraz więcej lekarzy zaleca naturalne metody kontroli stężenia cholesterolu, polegające na:
     zachowywaniu zdrowego stylu życia i
     stosowaniu właściwej diety, czyli spożywanie warzyw i owoców, białego mięsa, unikanie tłuszczów, a szczególnie nasyconych tłuszczów zwierzęcych.
    Możesz jednak dodatkowo pomóc sobie, stosując się do poniższych zaleceń:
    – Wyeliminuj z diety rafinowane produkty zbożowe i cukry. W szczególności unikaj oczyszczonych cukrów takich jak syrop glukozowo-fruktozowy.
    – Przede wszystkim spożywaj produkty nierafinowane oraz białko zwierzęce i roślinne (tofu, mąkę sojową, fasolę, groch, soczewicę itp.).
    – Zwiększ spożycie kwasów tłuszczowych omega-3 pochodzenia zwierzęcego, jedząc tłuste ryby trzy razy w tygodniu (lepiej jest jeść małe ryby takie jak sardynki, sardele, śledzie itp.) i zażywając suplementy diety.
    – Spożywaj oleje tłoczone na zimno i tłuszcze wysokiej jakości, czyli awokado, orzechy, jajka ekologiczne (najlepiej od kur karmionych siemieniem lnianym). Włącz do diety olej kokosowy, oliwę z oliwek i olej rzepakowy.
    – Jedz dużo czosnku i dodawaj go do potraw. Zapach czosnku, spowodowany związkami siarki, jest dość mocny przez pierwszych kilka dni, ale potem ciało przyzwyczaja się do jego trawienia i zapach znika. Można go też zlikwidować, jedząc zieloną pietruszkę.
    – Uprawiaj krótkie, intensywne i powtarzające się ćwiczenia fizyczne, co pomoże Ci w obniżeniu poziomu insuliny i usunięciu z organizmu trójglicerydów.
    Zdrowia życzę!
    Jean-Marc Dupuis

    --
    Alternatywą dla demokracji jest.... normalność.
  • 30.09.13, 22:31
    „Grypa żołądkowa” – jak jej zapobiegać?
    Szanowny Czytelniku,
    łagodna jesień we wrześniu i w październiku jest idealna dla rozwoju drobnoustrojów. Jak tylko nadejdą chłody – wirusy i bakterie ruszają do ataku. Dlatego więc pilnie zabezpiecz się przed zachorowaniem na „grypę żołądkową”, stosując proste metody, o których za chwilę opowiem.
    Rozpoznanie „grypy żołądkowej”
    Do objawów wirusowego zakażenia przewodu pokarmowego (to specjalistyczna nazwa „grypy żołądkowej”) należą między innymi: mdłości, utrata apetytu, skurcze żołądka i nagłe wymioty, biegunka, gorączka oraz bóle głowy1. Choroba ta może mieć różne podłoże, ale jej najczęstszą przyczyną jest zakażenie wirusowe. Potocznie nazywamy ją „grypą żołądkową”, „jelitową” albo „rotawirusową”.
    U dzieci w wieku powyżej dwóch lat i u dorosłych zazwyczaj wywołuje ją rotawirus.
    Jeśli zakażenie żołądkowo-jelitowe spowodowały bakterie, to zostały one przeniesione drogą fekalno-oralną (to określenie stworzone zostało przez lekarzy i osoby, które chciały w ładny sposób opisać wyjątkowo obrzydliwą drogę przenoszenia baterii). Droga ta oznacza przedostawanie się odchodów do ust, nosa lub oczu innej osoby. Dzieje się tak, kiedy dotykamy czegoś zanieczyszczonego odchodami, a następnie przecieramy oczy, wycieramy nos lub dotykamy palcami ust albo kiedy pijemy wodę zanieczyszczoną fekaliami.
    Z kolei rotawirus przenoszony jest drogą kropelkową podczas kichania czy kaszlu.
    Chory może zarażać inne osoby na jeden dzień jeszcze przed wystąpieniem u niego objawów oraz przez kolejne pięć do dziesięciu dni. A jeśli często bywa w miejscach publicznych, to zdarza się, że przenoszony przez niego wirus „dociera” nawet do około 80 000 osób.
    Wirus „grypy jelitowej” znajdujący się na różnych przedmiotach może być aktywny nawet dziesięć dni! Kiedy znajdzie się w Twoim organizmie, zacznie szukać możliwości przedostania się do komórek. Namnaża się wewnątrz nich, a następnie przenosi się do innych komórek, zakażając je.
    Pierwszą linią obrony przed wirusem jest zatem zapobieganie przedostawaniu się go do wnętrza ciała.
    Podstawowe zasady higieny
    Nie dotykaj błon śluzowych brudnymi rękami lub innymi przedmiotami niewiadomego pochodzenia, ponieważ bakterie przenikają przez nie z łatwością. Dlatego też jest to najłatwiejsza droga zakażenia.
    Bakterie przenosimy zazwyczaj na dłoniach, ponieważ wszystkie „miejsca zgięcia” to obszary ciepłe i wilgotne. Są zatem dla nich przytulnym schronieniem, pozwalającym im na namnażanie się. (Jeśli palisz, pamiętaj o myciu rąk również przed zapaleniem papierosa).
    Patogeny przenoszą się najczęściej między osobami, z którymi kontaktujemy się najczęściej, czyli między członkami rodziny lub innymi bliskimi, znajomymi z pracy czy współpasażerami w środkach transportu publicznego. W przypadku dzieci będą to koledzy i koleżanki z przedszkola czy szkoły, a także nauczyciele.
    Poręcze w metrze, tramwajach czy autobusach nie są w Europie czyszczone codziennie – jak to ma miejsce w Japonii. Uchwyty wózków sklepowych, przyciski zamków cyfrowych, menu w restauracjach czy klawiatury bankomatów, a także, co może zdziwić, lekarskie stetoskopy czy ciśnieniomierze są prawdziwymi siedliskami bakterii.
    Jedno z badań wykazało, że poziom higieny w gabinetach lekarskich nie jest tak wysoki, jak mogłoby się wydawać; dotyczy to szczególnie stetoskopów, ciśnieniomierzy oraz rąk lekarzy. Urząd Ochrony Zdrowia (HAS) we Francji w czerwcu 2007 roku przygotował nawet wytyczne dla gabinetów medycznych ze względu na zwiększoną liczbę zakażeń szpitalnych2.
    Naucz się kaszleć w prawidłowy sposób
    Prawdopodobnie tak jak i mnie nauczono Cię w dzieciństwie zakrywać usta dłonią podczas kaszlu. Oczywiście lepsze to niż nic i na pewno uchroni osoby znajdujące się w Twoim otoczeniu przed deszczem mikrobów, a także przed niepotrzebnym widokiem Twojego języka, jamy ustnej i gardła.
    Jednak kaszląc w ten właśnie sposób, przenosisz zarazki na dłonie. Musisz pamiętać więc, aby umyć je ciepłą wodą z mydłem, a następnie przetrzeć żelem antybakteryjnym. Dzięki temu nie przekażesz kolejnej osobie, z którą się przywitasz, niechcianego prezentu. Możesz też zmniejszyć ryzyko zakażenia innych, zasłaniając usta, jeśli zdążysz, ramieniem lub chusteczką. Przy okazji: już na zawsze zapomnij o chustkach z materiału, których używałeś być może w dzieciństwie, a korzystaj z chusteczek jednorazowych.
    Wzmocnij swój układ odpornościowy
    1. Przede wszystkim zadbaj o swoją florę jelitową, która jest kluczowym elementem Twojego układu odpornościowego.
    – Jedz prebiotyki, a także rośliny zawierające włókna (błonnik). Nie są one trawione, ale stanowią pożywienie dla dobrych bakterii znajdujących się w Twoich jelitach.
    – Zażywaj probiotyki, czyli bakterie i drożdże, które mają pozytywny wpływ na Twoje zdrowie i regenerują florę jelitową.
    – Spożywaj fermentowane produkty zawierające kwas mlekowy (takie jak na przykład kapusta kiszona) oraz miso (tradycyjna gęsta pasta japońska, produkowana ze sfermentowanej soi, najczęściej z dodatkiem ryżu lub jęczmienia, soli oraz drożdży)3. Są to produkty pozwalające przywrócić właściwą równowagę flory jelitowej.
    2. Być może słyszałeś już o stosowanej w ziołolecznictwie jeżówce (Echinacea), która wzmacnia układ odpornościowy. Można kupić gotowe nalewki przyrządzone na bazie alkoholowego wyciągu zawierającego substancję czynną i odpowiednio rozcieńczonego. Zapobiegawczo stosuje się trzydzieści kropli nalewki trzy razy dziennie, przyjmując je z wodą lub innym płynem. Kuracja trwa od dwóch tygodni do miesiąca i można ją powtarzać wedle uznania. Butelka zawierająca 50 ml wyciągu z jeżówki kosztuje kilkanaście złotych i powinna wystarczyć Ci na całą zimę.
    3. Guma, spray lub krople propolisowe do rozpuszczania w szklance letniej wody także doskonale wzmacniają układ odpornościowy. Propolis to materiał, który pszczoły wykorzystują do pokrywania wewnętrznych powierzchni ula i uszczelniania szpar, ale przede wszystkim do obrony przed bakteriami lub grzybami. Pszczoły wytwarzają propolis z żywicy, którą zbierają z pączków i kory drzew (zwłaszcza topoli i drzew iglastych) i do której dodają wosk i wydzielinę z gruczołów ślinowych.
    4. Jesienią jest Ci również niezbędna witamina C – niezwykle ważna dla utrzymania Twojego układu odpornościowego w stanie pozwalającym na zwalczanie rotawirusów (lub innych drobnoustrojów), które próbują się przedostać do organizmu. Pamiętaj więc, żeby szczególnie zimą jeść dużo papryki, brokułów, kapusty, pomarańczy i mandarynek, które zawierają duże ilości witaminy C, ale także bananów, które są doskonałym źródłem magnezu. Jednakże mało prawdopodobne jest to, że uda Ci się osiągnąć odpowiednie stężenie witaminy C w organizmie bez zażywania suplementów diety.
    5. Aby wzmocnić układ odpornościowy, warto stosować kontrolę rytmu pracy serca (jej skuteczność potwierdziły badania)4. Technika ta polega na braniu głębszych niż zazwyczaj oddechów. Przez pięć sekund wdychaj powietrze przez nos (dzięki temu bakterie zatrzymają się na włoskach w nosie i nie przedostaną się do gardła), a następnie przez pięć sekund wydychaj je przez usta. Kontrolę rytmu pracy serca stosuj 3 razy dziennie po 5 minut, co nie tylko wzmocni Twoją odporność, ale także pozwoli Ci się uspokoić.
    6. Staraj się wysypiać.
    7. Jedz dużo warzyw i owoców.
    8. Ćwicz na dworze (co najmniej pół godziny dziennie).
    Co robić, jeśli zachorujesz?
    1. Przede wszystkim natychmiast zmień dietę (i tak z pewnością zrobisz to ze względu na wymioty i biegunkę). Będziesz tracić dużo płynów, więc, aby zapobiec odwodnieniu, popijaj regularnie wodę ryżową.
    Przepis na wodę ryżową:
    – Przez 30 minut gotuj brązowy ryż w wodzie (w proporcjach 1 : 6), dodając pół łyżeczki soli morskiej.
    – Ryż przecedź przez gazę, a wodę ostudź.
    – Przed podaniem do przygotowanej tak wody ryżowej może
  • 30.09.13, 22:32
    Przepis na wodę ryżową:
    – Przez 30 minut gotuj brązowy ryż w wodzie (w proporcjach 1 : 6), dodając pół łyżeczki soli morskiej.
    – Ryż przecedź przez gazę, a wodę ostudź.
    – Przed podaniem do przygotowanej tak wody ryżowej możesz dodać trochę miodu.
    2. Kiedy odzyskasz apetyt, jedz purée z ziemniaków i marchwi (bez mleka) i gotowanego kurczaka z warzywami oraz pij bulion pozostały po gotowaniu kurczaka.
    3. Później możesz stopniowo wprowadzać ryż i pieczywo.
    4. Po trzech dniach bez biegunki lub wymiotów wróć do swojej zwykłej diety, unikając jednak tłustych potraw i mięsa innego niż gotowany kurczak.
    Życzę zdrowia!
    Jean-Marc Dupuis

    --
    Alternatywą dla demokracji jest.... normalność.
  • 30.09.13, 22:34
    Szanowny Czytelniku,
    miłośników zdrowej żywności w Stanach Zjednoczonych już od dwudziestu lat ogarnia prawdziwe szaleństwo, które jak dotąd nie zdołało się przyjąć po tej stronie Atlantyku, a mianowicie: „juicing”.
    „Juicing” (nazwa ta pochodzi od słowa „juice”, czyli sok) polega po prostu na samodzielnym robieniu świeżych soków z surowych owoców i warzyw oraz ich codziennym spożywaniu, nawet po kilka razy dziennie, w celu uzyskania konkretnego efektu zdrowotnego.
    Otóż to! Choć koktajle te w większości są po prostu przepyszne, to wcale nie pije się ich tylko dla przyjemności, ale przede wszystkim w celach leczniczych. Specjaliści twierdzą, że istnieją koktajle:
     zwalczające migrenę,
     poprawiające jakość snu,
     przeciwdziałające powstawaniu wyprysków,
     „eliksiry młodości”,
     łagodzące wzdęcia,
     przygotowujące żołądek do obfitego posiłku,
     remineralizujące itd.
    Oto przykład takiego prostego koktajlu, który przygotowałem sobie wczoraj wieczorem i okazał się pyszny:
    Wycisnąć:
     dwa jabłka i
     jedną dużą łodygę selera naciowego.
    Taki koktajl ułatwia odprężenie i poprawia jakość snu, a przy tym jest zaskakująco smaczny.
    Jak to działa?
    Podam teraz 5 głównych argumentów, które mogą Cię przekonać do samodzielnego przygotowywania soków.
    Świeże soki:
    1. Ułatwiają przyswajanie składników odżywczych zawartych w surowych warzywach. To ważne, ponieważ większość z nas cierpi na zaburzenia trawienia spowodowane wieloletnimi błędami żywieniowymi. Wyciskając sok z surowych warzyw, zrywamy ich włókna, co ułatwia przyswajanie cennych składników.
    2. Warzywne są życiodajnym pokarmem posiadającym wiele zalet. Pomagają błonom śluzowym przewodu pokarmowego stale się regenerować, co sprawia, że doskonale spisują się w przypadku zapalenia okrężnicy, żołądka i jelit lub zapalenia ogólnoustrojowego. Zawieraja wszystkie składniki odżywcze zawarte w warzywach, jednak bez twardego, nierozpuszczalnego błonnika, za to z błonnikiem rozpuszczalnym, który – rozłożony przez nasze bakterie – wzmacnia jelita.
    3. Pomagają zwiększyć konsumpcję świeżych warzyw. Wiele osób nie jest w stanie spożyć już 5 zalecanych porcji owoców i warzyw dziennie, tym bardziej, że tak naprawdę powinno ich być 8 do 10, i to właśnie raczej warzyw, a nie owoców. Wypijając szklankę soku, bezpośrednio dostarczamy organizmowi całe dobro z kilku warzyw na raz.
    4. Pozwalają zachować różnorodność: wielu z nas często je codziennie te same sałatki i warzywa, co szybko może doprowadzić do przesytu. Tymczasem soki bez trudu możesz robić z warzyw, których na co dzień nie jadasz. Jest to także okazja do odkrycia nowych smaków powstałych w wyniku zaskakujących połączeń, na przykład jabłka i selera naciowego.
    5. Są również doskonałym sposobem na rewitalizację organizmu, ponieważ zawierają bardzo wysokie stężenia wartości odżywczych i składników energetycznych.
    Które owoce, które warzywa?
    Soki owocowe są smaczne, a owocowo-warzywne często jeszcze smaczniejsze dzięki gorzkawemu lub kwaskowatemu posmakowi nadawanemu przez selera, szpinak, liście kapusty…
    Jeśli masz nadwagę, nadciśnienie, cukrzycę lub osłabione serce, zdecyduj się na sok z warzyw ekologicznych, zwłaszcza zielonych (raczej nie z owoców, gdyż zawierają dużo cukru).
    Zaskakujące jest to, że sok można wycisnąć praktycznie z każdego rodzaju owoców i warzyw, z wyjątkiem bananów i awokado, które dają się jedynie zmiksować.
    Są oczywiście soki pomidorowe, z marchwi i z buraków, jednak są one bardzo słodkie.
    Za klasyczne hity „juicingu” uchodzą natomiast: liście kapusty wszystkich odmian (białej, czerwonej, zielonej, jarmużu), brokuły, seler, rzepa, ogórki, fenkuł, natka pietruszki, cykoria, cukinia, papryka żółta, czerwona i zielona, groszek, czosnek oraz cebula (ta ostatnia w małych ilościach, ponieważ jest ciężkostrawna).
    Można zawsze dodać też odrobinę imbiru bądź sok z cytryny lub z limonki.
    Aby było jeszcze smaczniej, śmiało dodaj też kroplę ekstraktu ze stewii, naturalnego słodzika zbliżonego w smaku do lukrecji, który idealnie komponuje się z sokami warzywnymi.
    Przekonaj się, że liczba kombinacji jest nieskończona i możesz otrzymać ogromną różnorodność smaków, zwykle bardzo przyjemnych. Wyciskanie własnych soków jest zatem prawdziwą przygodą, wyprawą w świat zapomnianych smaków i wspaniałym, odżywczym prezentem dla organizmu.
    Przygotowanie
    Jedyny problem z „juicingiem” polega na tym, że wymaga on pewnych przygotowań – aby wydobyć wszystkie dobrodziejstwa z warzyw, potrzebujesz do tego specjalnego sprzętu gospodarstwa domowego.
    Takich soków nie da się też konserwować i trzeba je spożyć natychmiast po przygotowaniu, ponieważ szybko się utleniają. Nie można ich zatem robić na przykład raz na miesiąc i spożywać w małych porcjach.
    Wiele osób korzysta z popularnych sokowirówek (podstawowe modele kosztują już kilkadziesiąt zł, choć są też modele droższe), jednak ich wadą jest to, że nie wydobywają prawidłowo całego soku z miąższu. Zatem część Twoich owoców i warzyw, zamiast w szklance, ląduje w koszu na śmieci.
    Natomiast jedynym urządzeniem, które naprawdę skutecznie wydobywa sok z warzyw, jest wyciskarka.
    Wyciskarka to urządzenie zwykle znacznie droższe (jej cena potrafi sięgać nawet do 5000 zł, ale na szczęście bywają też modele cenowo porównywalne z sokowirówkami), jednak pozwala ono uzyskać dużo więcej soku i składników odżywczych. Odpady pozostałe po wyciskaniu są niemal zupełnie suche, a więc nic się nie marnuje. Sok jest natomiast znacznie bardziej klarowny niż przy użyciu sokowirówki, która wychwytuje zdecydowanie mniej błonnika.
    Dodatkową zaletą wyciskarki jest to, że pozwala przechować sok przez cały dzień, zapobiegając utlenianiu.
    Ważne jednak, by, decydując się na wyciskarkę, wybrać model prosty, szybki w instalacji i łatwy do czyszczenia. W przeciwnym razie szybko się zniechęcisz do wyciskania. Na potrzeby jednej lub dwóch osób w zupełności wystarczy wyciskarka ręczna. Takie modele są również dużo tańsze (od około 200 zł).
    Ostatnia wskazówka i do dzieła!
    Zacznij od wyciskania soków z warzyw, które regularnie jadasz. Ich smak powinien Ci odpowiadać i raczej nie powinny Ci one zaszkodzić. Gdy pijesz samodzielnie wyciśnięte soki, ważne jest, abyś obserwował swój własny organizm. Zacznij od szklaneczki przy śniadaniu i zwróć uwagę, czy przez cały ranek nie odczujesz żadnych dolegliwości. Jeśli z żołądka dochodzą dziwne odgłosy, może to oznaczać, że nie tolerujesz któregoś z użytych składników. W moim przypadku okazało się na przykład, że nie powinienem przesadzać z sokiem z kapusty, nad czym ubolewam, ponieważ jest przepyszny i ma udowodnione właściwości przeciwnowotworowe.
    Będę jeszcze wracał na łamach Poczty Zdrowia do ciekawych pomysłów na soki warzywne, bo przede wszystkim to naprawdę świetna i zdrowa zabawa.
    Zdrowia życzę!
    Jean-Marc Dupuis

    --
    Alternatywą dla demokracji jest.... normalność.
  • 30.09.13, 22:37
    Szanowny Czytelniku,
    chleb – „owoc ziemi i pracy rąk ludzkich” – jest podstawowym pokarmem naszej cywilizacji. Nadszedł jednak czas, gdy warto pożegnać się z białym pieczywem. Oto dlaczego:
    1. Zbyt zmodyfikowane
    Pszenicy nie można już dziś uznać za pokarm zdrowy i odpowiedni dla wszystkich. Nawet ekologiczna czy pełnoziarnista jest obecnie wysoce zmodyfikowaną hybrydą. Zawiera zbyt wiele glutenu (białka, które ma tendencję do podrażniania ścian jelit), a znacznie mniej minerałów i witamin niż pszenica sprzed stu lat.
    To wielka szkoda, ponieważ ten niegdyś pełnowartościowy pokarm dziś stosowany jest w mąkach oraz dodawany do żywności głównie jako substancja zagęszczająca.
    2. Zbyt ubogie w błonnik, witaminy i minerały
    Mąkę, z której wypieka się białe pieczywo, pozbawia się najpierw najcenniejszych składników, aby… nakarmić nimi świnie i inne zwierzęta hodowlane. Pszenica pełnoziarnista nie jest zdrowa, ale przynajmniej zawiera błonnik, witaminy i minerały. Tymczasem w procesie produkcji białej mąki z ziaren pszenicy usuwa się zarodki wraz z otrębami.
    To, co pozostaje, zawiera śladowe ilości błonnika i jest ubogie w minerały i witaminy. W zasadzie niewiele różni się od skrobi. To kalorie w czystej postaci, bez cennych składników odżywczych.
    Doszliśmy już do takich absurdów, że papierowe pudełko po płatkach śniadaniowych może zawierać podobną ilość mikroelementów, co same płatki. O ile nie więcej…
    I nie daj się zwieść etykietom informującym, że płatki „wzbogacono” w witaminy (odnosisz więc wrażenie jakby dodano je do tych istniejących). Niektóre płatki „wzbogaca się” właśnie dlatego, że są one tak bardzo ubogie w składniki odżywcze – zaalarmowali o tym naukowcy już w 1945 r. Część producentów dodaje zatem 3 lub 4 witaminy i trochę żelaza. Ale to tak, jakby ktoś ukradł nam z konta 10 tysięcy złotych, a potem postanowił nas „wzbogacić”, wręczając 2 złote.
    3. Zbyt słone
    Współczesny chleb jest zbyt słony. Kilogram zawiera zwykle około 19 g soli. Jedna bagietka (250 g) zawiera 4,7 g soli , czyli prawie tyle, ile wynosi maksymalne dzienne spożycie zalecane przez WHO – Światową Organizację Zdrowia (5 g dziennie na osobę). W raporcie AFSSA (Francuskiej Agencji ds. Bezpieczeństwa Żywności) opublikowanym w 2002 r., chleb (i suchary) znalazły się na czele listy produktów na co dzień dostarczających nam soli.
    Tymczasem chleb wyprodukowany bez dodatku soli powinien zawierać zaledwie od 0,2 do 2,2 g chlorku sodu na kilogram.
    4. Zbyt słodkie
    Białe pieczywo nie należy już do cukrów wolno przyswajalnych. Bez wątpienia jest cukrem „szybkim”, o wysokim indeksie glikemicznym, który powoduje gwałtowny wyrzut insuliny i reaktywną hipoglikemię.
    Indeks glikemiczny określa wpływ spożywanych pokarmów na glikemię (stężenie glukozy we krwi) mierzoną co 15 minut przez dwie godziny po jedzeniu.
    Indeks równy 100 odpowiada czystej glukozie, indeks równy 90 białemu pieczywu, które – jak już wyjaśniłem – jest czystą skrobią, a skrobia to nic innego niż łańcuch cząsteczek glukozy.
    Oznacza to, że spożywanie białego pieczywa jest gorsze niż zajadanie się kostkami cukru. Gwałtownie podwyższa poziom cukru we krwi, zakłócając pracę trzustki, a także powoduje pik insulinowy, co z czasem może doprowadzić do insulinooporności, cukrzycy, otyłości i chorób sercowo-naczyniowych.
    5. Zbyt bogate w gluten
    Dzisiejsze zboża, będące efektem różnych modyfikacji, zostały wyselekcjonowane ze względu na wysoką zawartość glutenu. Gluten to mieszanina białek – im więcej go w mące, tym wypiekany z niej chleb będzie bardziej wyrośnięty, elastyczny i miękki. Takie pieczywo wygląda ładniej i ma większą objętość, więc lepiej się sprzedaje.
    Problem w tym, że układ trawienny wielu z nas nie toleruje glutenu w takich ilościach, w jakich dostarcza nam go współczesne pieczywo. Nietolerancja glutenu zaś powoduje zmęczenie, bóle brzucha, biegunkę, refluks żołądkowo-przełykowy, problemy ze stawami, egzemę, a nawet może powodować zaburzenia neurologiczne.
    Czas na rewolucję?
    Filozof Guy Debord dziwi się, że piekarzom udało się zastąpić prawdziwy chleb imitacją, nie wywołując przy tym rewolty.
    Przecież jeszcze przed rewolucją francuską z 1789 r. próby fałszowania chleba zakończyły się... zamieszkami społecznymi. Tymczasem współcześnie, około dziesięciu lat temu z większości krajów europejskich prawie zniknął chleb – zastąpiono go pseudochlebem (mąki nieodpowiednie do wypieku chleba, chemiczne substancje spulchniające oraz elektryczne piece), a to potworne wydarzenie nie tylko nie wywołało żadnej spektakularnej fali protestów, ale nawet nikt o tym głośno nie wspomniał1.
    Wniosek
    Sardynki, sałatę, jajka na twardo czy szynkę można równie dobrze jeść bez chleba.
    A co ważne, poczujesz się po takim posiłku lekko i energetycznie.
    Życzę zdrowia
    Jean-Marc Dupuis

    --
    Alternatywą dla demokracji jest.... normalność.
  • 30.09.13, 22:40
    Kurkumina to składnik, którego przeciwnowotworowe działanie jest najlepiej udokumentowane w literaturze naukowej.
    Kurkumina to pochodna kurkumy, czyli barwnika nadającego żółtopomarańczowy kolor curry. Substancja ta jest przedmiotem wielu badań naukowych, ponieważ na wiele sposobów wpływa na nasze zdrowie. Kurkuma stała się jednym z najbardziej popularnych suplementów diety. Sto gramów tej przyprawy zawiera od trzech do pięciu gramów kurkuminy.
    Tradycyjna medycyna chińska oraz hinduska od tysięcy lat wykorzystuje właściwości lecznicze kurkumy. Przede wszystkim jest ona znana ze swoich właściwości przeciwzapalnych. Jak zapewne pamiętasz, przewlekłe stany zapalne są jednym z czynników wystąpienia wielu (o ile nie wszystkich) chorób przewlekłych. Wykazano, że kurkumina wpływa na ekspresję ponad 700 genów, co może wyjaśnić jej dobroczynny wpływ na zdrowie.
    Tak więc naukowcy interesują się kurkuminą nie tylko ze względu na jej działanie przeciwnowotworowe. Jednakże dzisiaj właśnie o tym jej działaniu chciałbym Ci opowiedzieć.
    Na końcu tego artykułu zamieściłem też listę sposobów zapobiegania nowotworom, które warto stosować w codziennym życiu.
    Skuteczność stosowania kurkuminy u myszy chorujących na złośliwego raka mózgu
    W artykule opublikowanym w lipcu 2011 roku w czasopiśmie Journal of Nutritional Biochemistry naukowcy zasugerowali, że kurkumina może być rozwiązaniem pozwalającym na powstrzymanie rozwoju raka mózgu zwanego glejakiem wielopostaciowym. Badanie przeprowadzone na myszach potwierdziło wcześniejsze przypuszczenia. Naukowcy wykazali, że kurkumina doprowadziła do zmniejszenia rozmiarów guza u 9 z 11 zwierząt biorących udział w badaniu (81%) i nie wykazała żadnej toksyczności1.
    Co więcej, kurkumina nie wpłynęła w żaden sposób na zdrowe komórki, co może sugerować, że ma ona działanie selektywne wobec komórek nowotworowych. Uznano również, że wykazuje ona synergię działania z dwoma lekami wykorzystywanymi w chemioterapii, poprawiając eliminację komórek rakowych z organizmu.
    Tak więc, podsumowując, dane zaprezentowane w niniejszym artykule sugerują, że kurkumina to skuteczny środek w leczeniu glejaka wielopostaciowego.
    Jeden z NAJLEPSZYCH suplementów diety pomocnych w leczeniu wielu rodzajów raka
    Lekarze już od wielu lat wiedzą, że kurkumina wykazuje działanie przeciwnowotworowe. Jest ona najczęściej badanym pod tym kątem składnikiem odżywczym.
    W badaniu, którego wyniki opublikowano w 2008 roku w czasopiśmie naukowym Cancer Prevention Research, stwierdzono, że kurkumina hamuje mobilność (zdolność do przemieszczania się) komórek nowotworowych raka piersi oraz ich rozprzestrzenianie się. Jest to możliwe dzięki inhibicji integryny alfa-6-beta-4, co oznacza, że może ona być skutecznym środkiem do stosowania w leczeniu nowotworów z ekspresją integryny alfa-6-beta-4. (Integryna alfa-6-beta-4 przyczynia się do rozwoju nowotworów poprzez wzmacnianie oporności komórek nowotworowych na apoptozę i zwiększanie ilości przerzutów. Apoptoza zaś to zaprogramowany proces obumierania komórek: komórki nowotworowe nie umierają wtedy, kiedy powinny, co przyczynia się do powstawania guzów nowotworowych)2.
    Wyniki badania opublikowane w 2009 roku w czasopiśmie Molecular Pharmacology potwierdziły, że kurkumina jest inhibitorem wzrostu komórek raka trzustki i zwiększa podatność tych komórek na działanie chemioterapii3.
    Przeprowadzone w 2009 roku badanie dowiodło, że kurkumina przyspiesza obumieranie komórek nowotworowych w przypadku raka płuc4.
    W badaniu przeprowadzonym w 2010 roku stwierdzono, że kurkumina ma zdolność selektywnego działania na rakowe komórki macierzyste5.
    W jaki sposób kurkumina zwalcza nowotwory?
    W Indiach, gdzie kurkumę stosuje się powszechnie w kuchni, częstotliwość występowania czterech najczęściej występujących w Europie rodzajów nowotworów, czyli raka okrężnicy, piersi, prostaty i płuc jest dziesięć razy mniejsza. Rak prostaty, który jest najczęściej diagnozowanym rodzajem nowotworu u mężczyzn w Europie, w Indiach występuje niezwykle rzadko, co przypisuje się powszechnemu spożyciu kurkumy. Wydaje się, że kurkumina działa na nowotwór na wiele sposobów:
     jest inhibitorem namnażania się komórek nowotworowych,
     wspomaga niszczenie zmutowanych komórek, nie pozwalając im na rozprzestrzenienie się w organizmie,
     hamuje przemianę komórek w komórki nowotworowe,
     łagodzi stany zapalne,
     wstrzymuje rozwój naczyń krwionośnych odżywiających guzy nowotworowe,
     jest inhibitorem syntetyzowania białka odpowiedzialnego za tworzenie się guzów nowotworowych.
    Jaki rodzaj kurkumy jest najlepszy?
    Aby wykorzystać w pełni właściwości kurkuminy, wybieraj suplementy diety zawierające 100% kurkuminy, czyli certyfikowany ekstrakt z kurkumy, który zawiera przynajmniej 95% kurkuminoidów. Preparat nie może również zawierać żadnych dodatków ani substancji pomocniczych (czyli substancji ułatwiających produkcję lub przechowywanie). Producent powinien gwarantować najwyższą jakość na każdym z etapów produkcji – na etapie: korzystania z roślin uprawianych na glebach wolnych od zanieczyszczeń, odpowiedniego procesu sadzenia, uprawy, zbioru, produkcji oraz konfekcjonowania końcowego wyrobu.
    Do celów kulinarnych zamiast mieszanki zwanej curry kupuj kurkumę (najlepiej tę pochodzącą z hodowli ekologicznych). Jedno z przeprowadzonych badań naukowych wykazało, że przyprawa curry zawiera bardzo mało kurkuminy w porównaniu z czystą kurkumą.

    --
    Alternatywą dla demokracji jest.... normalność.
  • 30.09.13, 22:41
    Wskazówki dotyczące stosowania kurkuminy
    Obecnie nie ma na rynku żadnych preparatów z kurkuminą, które byłyby dopuszczone do stosowania w przypadku nowotworów. Należy także pamiętać, że konieczne jest zażywanie bardzo wysokich dawek, ponieważ kurkumina jest słabo przyswajana przez ludzki organizm. Typowa dawka do zastosowań w chorobach nowotworowych to 3 g dostępnego biologicznie ekstraktu kurkuminy wysokiej jakości od trzech do czterech razy dziennie.
    Aby zmniejszyć problemy z wchłanianiem, przygotuj emulsję na bazie proszku z kurkuminy. W tym celu wymieszaj łyżkę stołową kurkuminy z jednym lub dwoma żółtkami i jedną lub dwiema łyżeczkami oleju kokosowego. Następnie wszystko zmiksuj.
    Innym sposobem poprawienia przyswajalności kurkuminy jest wymieszanie łyżki stołowej proszku w 125 ml wrzącej wody (woda musi się gotować w momencie dosypywania do niej proszku, ponieważ letnia woda jest mniej skuteczna). Wodę z kurkuminą należy następnie gotować przez dziesięć minut. Otrzymasz 12% roztwór, który możesz pić po schłodzeniu. Napój ma niestety lekko drewniany posmak.
    Pamiętaj też, że z czasem stężenie kurkuminy w roztworze będzie spadać. Po około sześciu godzinach wyniesie ono jedynie 6%, więc najlepiej wypij przygotowany napój w ciągu piętnastu minut od jego sporządzenia.
    Bądź uważny podczas przygotowywania kurkuminy, ponieważ jest bardzo ona silnym barwnikiem. Sporządzany płyn może trwale zaplamić nie tylko materiał, ale także niektóre tworzywa sztuczne (wykorzystywane w kuchni). Należy więc obchodzić się z nim ostrożnie.
    Zapobieganie nowotworom:
    10 wskazówek pozwalających na zmniejszenie ryzyka zachorowania na raka
    W ciągu trzydziestu ostatnich lat liczba przypadków zachorowań na raka uległa podwojeniu; szacuje się, że do 2030 roku może się nawet potroić. Oznacza to, że musimy poważnie zająć się zapobieganiem chorobom nowotworowym.
    Imponujące zdolności kurkuminy w zakresie walki z rakiem to nie wszystko.
    Przede wszystkim prowadź zdrowy tryb życia, ponieważ właśnie to – a nie łykanie suplementów diety – jest NAJLEPSZYM sposobem na uniknięcie raka.
    Uważam, że można uniknąć zachorowania na nowotwory oraz inne choroby przewlekłe, a także poprawić szanse wyzdrowienia, stosując podane poniżej strategie:
    1. Zmniejsz spożycie cukrów oraz produktów o wysokiej zawartości skrobi. Dzięki temu możesz przywrócić naturalny poziom insuliny, czyli hormonu stymulującego wzrost komórek nowotworowych, we krwi. Jest to jeden z najskuteczniejszych sposobów obniżenia ryzyka zachorowania na raka. W tym celu przede wszystkim zmniejsz spożycie cukru, produktów zbożowych oraz ziemniaków. Wyeliminowanie z diety produktów spożywczych o wysokim indeksie glikemicznym jest szczególnie ważne dlatego, że są one odpowiedzialne za stymulowanie wytwarzania insuliny.
    2. Zachowaj optymalne stężenie witaminy D we krwi, czyli od 50 do 70 ng/ml. Istnieje ogromna liczba dowodów (popartych badaniami naukowymi) na to, że witamina D odgrywa kluczową rolę w hamowaniu rozwoju nowotworów. Naukowcy zajmujący się badaniami w tym kierunku szacują, że moglibyśmy uniknąć około 30% zgonów spowodowanych chorobami nowotworowym, gdyby tylko w całej populacji udało się utrzymać optymalne stężenie witaminy D we krwi6. Można zmniejszyć ryzyko zachorowania na raka o połowę lub więcej, wystawiając się regularnie na działanie promieni słonecznych, jednakże w naszym klimacie rzadko kiedy jest to wystarczające. Należy więc stosować suplementy witaminy D. Jeśli aktualnie leczysz się na raka, to najlepsze będą bardzo wysokie dawki witaminy D, rzędu od 80 do 90 ng/ml.
    3. Ćwicz regularnie: istnieją przekonujące dowody na to, że aktywność fizyczna znacznie zmniejsza ryzyko zachorowania na raka, głównie dlatego, że pozwala na obniżenie stężenia insuliny we krwi i normalizuje stężenie hormonów anabolicznych. Dla przykładu: kobiety, które regularnie ćwiczą, mogą zmniejszyć ryzyko zachorowania na raka piersi o 20% do 30% w stosunku do kobiet mało aktywnych fizycznie. Ćwiczenia wcale nie muszą być intensywne, ale koniecznie powinny być regularne i zróżnicowane.
    4. Zwiększ spożycie kwasów tłuszczowych omega-3 pochodzenia zwierzęcego (EPA i DHA). Wyniki licznych badań sugerują, że kwasy te odgrywają ważną rolę w kontrolowaniu stanów zapalnych oraz zwiększają skuteczność zwalczania komórek nowotworowych przez nasz układ odpornościowy7.
    5. Jedz dużo warzyw, najlepiej świeżych i pochodzących z upraw ekologicznych. Staraj się jeść jak najwięcej warzyw o intensywnych kolorach, a w szczególności tych o ciemnozielonych liściach, takich jak warzywa kapustne (czyli nie tylko wszelkie rodzaje kapusty, ale także rzodkiew i rzeżuchę), które mają właściwości przeciwnowotworowe.
    6. Stosuj odpowiadające Ci wybrane techniki pozwalające na złagodzenie negatywnych emocji, które mogą aktywować geny komórek nowotworowych. Modlitwa, medytacja czy joga to niektóre ze sposobów przywrócenia właściwej równowagi wewnętrznej. Jeśli chorujesz na raka, pomogą Ci w skuteczniejszym zwalczaniu choroby.
    7. Utrzymuj idealną wagę.
    8. Wysypiaj się i zapewniaj sobie jak najlepszą jakość snu.
    9. Zmniejsz narażenie na działanie toksyn takich jak pestycydy, środki chemii gospodarczej, odświeżacze powietrza, zanieczyszczenia oraz toksyny pochodzące z tworzyw sztucznych, czyli na przykład bisfenol A.
    10. Przyrządzaj potrawy w możliwie najdelikatniejszy sposób, blanszując je, gotując (a nie smażąc) oraz gotując na parze. Całkowicie unikaj potraw z grilla.
    Na zdrowie!
    Jean-Marc Dupuis

    --
    Alternatywą dla demokracji jest.... normalność.
  • 30.09.13, 22:44
    Wiele osób nie zdaje sobie nawet sprawy z tego, że w ich jelitach żyją liczne drobnoustroje, które tworzą ważny dla ludzkiego zdrowia ekosystem. Składa się on z około 100 000 miliardów bakterii i drożdży, czyli ważącej ponad dwa kilogramy żywej materii. Te znajdujące się w Twoich jelitach drobnoustroje są cały czas aktywne i chronią Cię przed chorobami, lecz mogą także sprzyjać różnym schorzeniom.
    Te mikroorganizmy są tak liczne i tak zróżnicowane, że naukowcy nazywają je „florą jelitową”. Flora ta może składać się z pożytecznych drobnoustrojów i być jak ogród – piękna i zadbana. Ale może też przypominać zarośnięte chwastami nieużytki, a nawet... wysypisko śmieci.
    Bakterie przedostają się do Twojego przewodu pokarmowego wraz z pożywieniem.
    Osoba, która posiada odpowiednią florę jelitową, jest w stanie w całości trawić spożywane jedzenie. Przyswaja ona składniki odżywcze i pozbywa się niestrawionych resztek, nie pozwalając szkodliwym mikroorganizmom przedostać się przez ściany jelita i udaremniając im wywołanie stanu zapalnego. Układ odpornościowy takiej osoby działa prawidłowo, więc rzadko choruje i ma dużo energii. Wszystkie jej narządy są zdrowe.
    Natomiast osoba, której flora jelitowa jest nieprawidłowa, cierpi na wzdęcia, biegunki lub zaparcia, ma nieświeży oddech lub często boli ją głowa. Mimo tego, że zdrowo się odżywia, pożywienie przechodzi przez jej układ pokarmowy w praktycznie niezmienionej formie. W związku z tym jej organizm nie przyswaja witamin, mikroelementów czy niezbędnych kwasów tłuszczowych. Taka osoba czuje się osłabiona, często choruje i więcej czasu zajmuje jej powrót do zdrowia.
    W jaki sposób możesz zadbać o swoją florę jelitową?
    O florze jelitowej nadal wiemy mało.
    Trudno ją badać, ponieważ 80% tworzących ją bakterii to bakterie ściśle beztlenowe. Oznacza to, że nie są one w stanie przeżyć w obecności tlenu. Dlatego też – ze względu na wymogi „żywieniowe” tych bakterii – bardzo trudno je wyhodować w warunkach laboratoryjnych. W związku z tym wiele szczegółów na temat ich budowy i funkcji nadal pozostaje dla naukowców zagadką.
    Zacznijmy jednak od początku.
    Tuż przed urodzeniem Twój układ pokarmowy był całkowicie sterylny. W momencie kontaktu z matką, a także ze środowiskiem i pożywieniem układ pokarmowy stopniowo zapełnia się drobnoustrojami pochodzącymi z zewnątrz.
    Z biegiem czasu w Twoim organizmie odkładają się bakterie, które trafiają przede wszystkim do jelita grubego i jego końcowego odcinka, nazywanego okrężnicą.
    Flora jelitowa każdego z nas jest wyjątkowa, tak samo jak niepowtarzalny jest – ze względu na różnorodność znajdujących się w nim roślin – każdy ogród. Tak więc Twoja flora jelitowa będzie składała się z innych bakterii niż na przykład flora Twoich bliskich. Najnowsze badania porównujące skład mikroflory bakteryjnej w kale wykazały, że w grupie dziesięciu dorosłych osób rzadko można znaleźć więcej niż jedną taką samą bakterię w próbkach kału, nawet jeśli osoby te odżywiają się w podobny sposób – wyjaśnia Gérard Corthier, naukowiec z wydziału ekologii i fizjologii układu pokarmowego Inra (Narodowego Instytutu Badań Rolniczych). Skład flory jelitowej jest więc tak wyjątkowy jak odciski palców!
    Bomba atomowa w Twoich jelitach
    Przez dziesiątki lat naukowcy znali tylko jeden czynnik zaburzający skład flory jelitowej – antybiotyki (a więc substancje zabijające bakterie).
    Jeżeli w Twoich jelitach znajdują się „patogeny”, czyli bakterie chorobotwórcze wywołujące choroby takie jak krwawe biegunki, lekarz może przepisać Ci antybiotyk, który je zabije. Problemem jest to, że antybiotyki działają jak bomba atomowa. Zabijają bowiem wszystkie bakterie, zarówno te dobre, jak i złe, powodując wyjałowienie jelit. Kluczowym zadaniem dobrych bakterii znajdujących się w Twoich jelitach jest wspomaganie trawienia, w związku z czym przyjmowanie antybiotyków skutkuje często biegunką. Jednak może być jeszcze gorzej.
    Jeśli wszystkie „dobre” bakterie zginą, Twoje jelita staną się jałowe i podatne na rozwój złych bakterii. Może to być niezwykle niebezpieczne. W ten sposób ryzykujesz doprowadzeniem do zakażenia układu pokarmowego, które z kolei może prowadzić do sepsy – wiążącej się z ryzykiem zgonu. Ryzyko to jest zwiększone wtedy, gdy w jelitach pojawią się patogeny oporne na antybiotyki, w tym najsilniejsze antybiotyki stosowane w leczeniu szpitalnym. Od maja do lipca 2011 roku zaobserwowano – najpierw w Niemczech, a później również w innych krajach w Europie – niepokojącą falę zgonów spowodowanych przez oporne na działanie wielu antybiotyków nowe szczepy bakterii Escherichia coli.
    Rozwiązanie: probiotyki
    Na szczęście naukowcy odkryli, że istnieje jeszcze inny sposób walki z patogenami znajdującymi się w jelitach. Zamiast łykać antybiotyki, które działają jak miotacze ognia, zabijając wszystko, co napotkają na drodze, możesz skorzystać z probiotyków, dzięki którym wesprzesz dobre bakterie i pomożesz im pokonać patogeny.
    Probiotyki to specjalne preparaty zawierające bakterie o dobroczynnym działaniu na florę jelitową, a co za tym idzie – na trawienie, na układ odpornościowy (odporność na infekcje) oraz na układ krwionośny. Są to żywe bakterie lub drożdże dostarczane z pożywieniem, które zgodnie z oficjalną definicją podawane w odpowiedniej ilości przywracają równowagę flory jelitowej i mają pozytywny wpływ na nasze zdrowie.
    Według Gary'ego Hufnagle'a, znanego z badań nad probiotykami (Uniwersytet Michigan, USA), wyniki najnowszych badań wskazują, że dieta bogata w probiotyki przynosi wiele korzyści. Jednakże nie wszystkie bakterie mogą być probiotykami. Aby można je było tak nazywać, muszą posiadać udowodnione właściwości prozdrowotne.
    Co warto jeść, aby Twoja flora jelitowa zapewniała Ci zdrowie?
    Ludzie od tysięcy lat instynktownie wiedzą, że wszelkie potrawy, które powstały z udziałem drobnoustrojów, są dobre dla zdrowia. W Polsce i w innych krajach Europy Środkowej i Wschodniej, w Rosji i na Bliskim Wschodzie od setek lat spożywa się produkty poddane fermentacji i są one uznane za pokarmy sprzyjające zachowaniu zdrowia i długowieczności. I słusznie! Już czterdzieści lat temu naukowcy stwierdzili, że proces fermentacji, powodujący rozwój wielu bakterii, może wspomagać wytwarzanie bakterii probiotycznych, mających niezwykle korzystny wpływ na zdrowie.
    Wiele współczesnych produktów spożywczych poddawanych jest procesowi fermentacji. Należą do nich między innymi: piwo, wino, ocet, herbata, kawa, czekolada, chleb, sos sojowy itp. Niestety bakterie najczęściej giną podczas gotowania, palenia (np. kawy) czy sterylizacji. Niekiedy są też eliminowane przed wysłaniem towaru do sklepów (w procesach klarowania wina, octu, piwa, sosu sojowego itp).
    Jednakże nadal można kupić wiele produktów zawierających sporo dobrych bakterii, które mają pozytywny wpływ na Twoją florę jelitową. Mleko poddane procesom fermentacji zawiera bardzo dużo bakterii i niektórzy producenci wybierają starannie szczepy bakterii wykorzystywane w procesach produkcyjnych: Lactobacillus casei, Lactobacillus acidophilus, Bifidus actif essensis… W jogurtach można znaleźć także szczepy Lactobacillus bulgaricus oraz Streptoccocus thermophilus. Jeden gram jogurtu zawiera dziesięć milionów bakterii. To tyle samo, co w jednym gramie kiełbasy lub sera. Jednakże, aby dostarczać Twojemu ciału więcej pożytecznych bakterii, znacznie łatwiej (i mniej kalorycznie!) jest jeść codziennie 100 g jogurtu niż 100 g wędlin czy sera.
    Możesz też wzbogacać swoją florę jelitową w inny sposób: przyjmując probiotyki w formie suplementów diety, na przykład kapsułek zawierających dokładną liczbę bakterii lub też jednostek tworzących kolonie (CFU, z ang. colony forming unit). Drożdże Saccharomyces boulardii można znaleźć w drożdżach piwnych, czyli „aktywnych”, które zawierają żywe mikroorganizmy.
    Ale uwaga! W raporcie opublikowanym w amerykańskim serwi
  • 30.09.13, 22:45
    Ale uwaga! W raporcie opublikowanym w amerykańskim serwisie ConsumerLab.com (należącym do niezależnej organizacji oceniającej produkty zdrowotne) podano, że w wielu kapsułkach z probiotykami znajduje się mniej bakterii niż wskazano na opakowaniu1, co oznacza, że nie pomagają nam one w wystarczający sposób.
    Życzę zdrowia
    Jean-Marc Dupuis

    --
    Alternatywą dla demokracji jest.... normalność.

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła lub ?

Zapamiętaj mnie

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka
Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.