Mysle, ze gastronomia wbrew pozorom jest najtrudniejsza galezia dla
obcego (nie Greka) a juz dla obcej to w ogole. Sa narody, ktore
jedza aby zyc ale i takie ktore zyja aby jesc. I do tej drugiej
grupy niewatpliwie zaliczaja sie Grecy. Jedzenie to nie tylko
zaspokojenie glodu, to cala sztuka gotowania i biesiadowania. Stadne
wyjscia do knajp, na porzadku dziennym a nie od wielkiego swieta. Te
wszystkie male knajpki "u Marii", tawerny u Janisa/Kosty/Zeusa, dwa
stoliki na krzyz i papierowe obrusy, ktore na pierwszy rzut oka
przybyszowi z Polnocy objawiaja sie jako nie majace racji bytu,
tetnia zyciem o kazdej porze i niezaleznie od dnia.
Grecy, oczywiscie sa bardzo przyjazni, goscinni, mili, uprzejmi etc
etc, sprobuja i pierogow i bigosu, pochwala ale drugi rtaz juz nie
przyjda. Sa ortodoksyjni w temacie kuchni. Wszystko fajnie ale pod
warunkiem, ze po ichniemu. Bo tylko grecka kuchnia jest zdrowa,
mozna sie najesc spokojnie, bez stresu.
Stres to oni maja za granica

Prtzypomnialo mi sie, jak bylismy z
mezem na wyjezdzie w Brukseli, wraz z grupa innych hotelarzy i
restauratorow zaproszonych przez jednego z greckich
europarlamentarzystow. Oprocz zwiedzania unijnych przybytkow,
codziennie proszone kolacyjki w innej czesci miasta. Wszystko fajnie
tylko wciaz slyszelismy "kiedy normalnie zjemy?". Towarzystwo
odetchnelo z wyrazna ulga w dniu, w ktorym kolacje
stawiala....grecka ambasada! Wreszcie w domu.....
A jak poszlismy na starowke to udalo nam sie namowic tylko jedna
pare do wspolnej biesiady przy malzach w bialym winie a reszta
poleciala do greckiej "gyrosowni".....
Moze faktycznie z bizuteria bylo by latwiej?
W Grecji bardzo ceniony jest bursztyn, w polaczeniu ze srebrem i
solo.