Dodaj do ulubionych

My też tak potrafimy, no może nie zupełnie tak

12.03.04, 12:27
Większość z nas ,mężczyzn, na pewno była w życiu zauroczona spotkaną
kobiętą , część nawet z nas pokochała ją, wyznawaliśmy naszą miłość wzruszeni
własnymi słowami.Ale tylko bardzo nieliczni, potrafili wyznać miłosć w taki
oto sposób, poczytajcie w skupieniu, prosze:

Jak oślepiony stoję w mroku -
Już nie znajduję Ciebie wzrok mój -
Ciężar zbłąkanych moich dni
Zasłoną tylko, za nią jesteś Ty
Czyż nie podniesie się - zdrętwiały czekam skrycie -
Owa zasłona za którą życie, moje życie,
Najwyższe przykazanie, sama życia treść,
A oto teraz –moja śmierć.


Objęłaś mnie ramieniem, przecież nie na drwinę,
Ale jak kształtująca dłoń, co muska glinę
Dłoń, w której leży Stwórcy siła -
Już postać jakąś ulepić marzyła,
Lecz wnet opadła ze znużeniem
I pozwoliła mi roztrzaskać się o ziemię.


Byłaś najbardziej macierzyńską z kobiet
I przyjacielem byłaś mi, niczym mężczyzna,
Kobietą, oczy wszystkich ciągnącą ku sobie,
I często dzieckiem bywałaś, dziś wyznam.
Najczulszą z istot , jakie napotkałem
I jak stal twarda, gdyś walkę podjęła -
Błogosławieństwem byłaś, wzniosłym ideałem,
I stałaś się przepaścią, co mnie pochłonęła.

ps
douglasy, Camille-pissaro, wartburgi, bronki. kaczory, heretykkki, bratki,
Ts1, nesesery, maximusy, maćki, kogany palnicki, krzysie 52, rolla,marynaty,
leszki, homosovieticusy i wszyscy piszacy na forum mężczyźni,których nie
wymieniłem, pokażcie jak wyznawaliscie miłosć kobiecie,którą kochaliscie lub
kochacie.
Smiało.
Wstydem czasem głupstwa tu wypisywac.A robimy to wszyscy.W mniejszym lub
większym stopniu.
Wiosna idzie,czuję jak zaczyna mi coś kiełkowac,do klawiatyr!

pss
celowo nie wymieniam autora wiersza-katarsis powinna go rozpoznać natychmiast
:)
Obserwuj wątek
    • lupus.lupus Re: My też tak potrafimy, no może nie zupełnie ta 12.03.04, 12:43
      Nie zostałem wymieniony, więc ograniczę się tylko do wiersza, z który zawsze
      bedzie mi się kojarzył z "pierwszą wspaniałą" :

      Noszę Twe serce z sobą (noszę je w moim sercu)
      nigdy się z nim nie rozstaję (gdzie idę Ty idziesz ze mną;
      cokolwiek robię samotnie jest Twoim dziełem, kochanie)
      i nie znam lęku przed losem (Ty jesteś moim losem)
      nie pragnę piękniejszych światów (Ty jesteś mój świat prawdziwy)
      Ty jesteś tym co księżyc od dawien dawna znaczył
      Tobą jest co słońce kiedykolwiek zaśpiewa
      oto jest tajemnica której nie dzielę z nikim
      korzeń korzenia zalążek pierwszy zalążka
      niebo nieba nad drzewem co zwie się życiem;
      i rośnie wyżej niż dusza zapragnie i umysł zdoła zataić
      cud co gwiazdy prowadzi po udzielnych orbitach
      noszę Twe serce z sobą (noszę je w moim sercu)

      Edward Cummings
    • kasia-ptasia she 12.03.04, 14:03
      :) Już wolę gdy piszesz peany o Lepperze albo głupie donosy na mnie -
      przynajmniej wtedy jesteś szczerszy w swej nienawiści.

      "Moim" pierwszym wierszem jest "She Walks in Beauty" Byrona. Widziałem kiedyś
      polskie tłumaczenie w zbiorze R. Stillera, ale nie mam tego. Nieskromnie
      wyznam, że znam lepsze tłumaczenie ;)
    • Gość: Marian Bratkowi do ucha szepcze .... no zgadnij kto? IP: *.gdynia.mm.pl 12.03.04, 15:40
      Dziecinko! Skoro się oczy zmęczyły, że otwarte szeroko,
      Skoro zgadzają się na miano "bratek",
      To się na moje klnę chabrowe oko
      Wysoko nosić życia pani kwiatek.
      Taki sam przecież jestem, też spadłem z obłoków,
      Dużo mi zła wyrządzono
      Za to, że jestem inny,
      Zawsze odludny,
      Wszędzie odlubny.
      Chcesz, będziemy brat i siostra,
      Bądź co bądź ludzie wolni na wolnej ziemi
      Sami prawa tworzymy, nie trzeba się praw obawiać,
      Lepimy glinę czynów.
      Wiem, że pani jest piękna, kwiatku błękitu,
      Jest mi dobrze i niespodzianie,
      Kiedy pani mówiąc o Soczi
      Delikatne rozszerza oczy.
      Ja, który długo wątpiłem we wszystko,
      Nagle uwierzyłem na wieki,
      Że pisane jest tam,
      By nadaremno drwal rąbał...
      Wielu zbędnych słów unikniemy.
      Będę po prostu modły do pani zanosić,
      Jak włochaty duchowny z długą grzywą,
      Pić błękitne strumienie czystości
      I strasznych imion nie będziemy się bać.
        • katarsis Re: autor 13.03.04, 00:15
          Hmmm. O autorze Podsiadłym tylko wymienialiśmy uwagi, ale nie wygląda mi to na
          jego twórczość. Białoszewskiego tym bardziej. Czyżbym się myliła?

          Wiersz byłby mocniejszy gdybyś napisał go sam.

          pzdr
          • Gość: Marian Re: autor IP: *.gdynia.mm.pl 13.03.04, 00:31
            katarsis napisała:

            > Hmmm. O autorze Podsiadłym tylko wymienialiśmy uwagi, ale nie wygląda mi to
            na
            > jego twórczość. Białoszewskiego tym bardziej. Czyżbym się myliła?
            >
            > Wiersz byłby mocniejszy gdybyś napisał go sam.
            >
            > pzdr
            To był wiersz pisany dla kobiety, która i nieznośnego filozofa potrafiła
            pokochac.
            Piękna. mądra, bogata.

            Na grobie Autora napis:

            "Różo, och,czysta sprzecznosci, rozkoszy:
            być snem niczyim pod tak wielu
            powiekami"
    • homosovieticus Re:Leśmiana prosze, oto On i BB 14.03.04, 02:06
      Jeszcze z raju samego.
      Jeszcze z drzewa rajskiego.
      Nachyliło się jabłko w moją stronę.
      I odgięła się gałąź, jabłko w dłoni zostało,
      Jeszcze całe, a już podzielone.

      Obiegniemy wszystkie sady i ogrody,
      I w koscioły ciemnych lasów cię powiodę.
      Wiatr nam mocno zwiąże ręce jednym włosem,
      A obrączki są ukryte w słojach sosen.
      Przysięgniemy - lecz nie obcym, ale sobie,
      Ty na czystą wodę w źródle, ja na ogień.


      Coś srebrnego dzieje się w chmur dali,
      Wicher do drzwi puka, jakby przyniósł list.
      Myśmy długo na siebie czekali.
      Jaki ruch w niebiosach, słyszysz - burzy świst.(...)

      • Gość: t1s Re:Leśmiana prosze, oto On i BB IP: *.aster.pl / *.acn.pl 14.03.04, 02:30
        B. Leśmian

        W malinowym chruśniaku

        W malinowym chruśniaku, przed ciekawych wzrokiem
        Zapodziani po głowy, przez długie godziny
        Zrywaliśmy przybyłe tej nocy maliny.
        Palce miałaś na oślep skrwawione ich sokiem.

        Bąk złośnik huczał basem, jakby straszył kwiaty,
        Rdzawe guzy na słońcu wygrzewał liść chory,
        Złachmaniałych pajęczyn skrzyły się wisiory,
        I szedł tyłem na grzbiecie jakiś żuk kosmaty.

        Duszno było od malin, któreś, szepcząc, rwała,
        A szept nasz tylko wówczas nacichał w ich woni,
        Gdym wargami wygarniał z podanej mi dłoni
        Owoce, przepojone wonią twego ciała.

        I stały się maliny narzędziem pieszczoty
        Tej pierwszej, tej zdziwionej, która w całym niebie
        Nie zna innych upojeń, oprócz samej siebie,
        I chce się wciąż powtarzać dla własnej dziwoty.

        I nie wiem, jak się stało, w którym okamgnieniu,
        Żeś dotknęła mi wargą spoconego czoła,
        Porwałem twoje dłonie - oddałaś w skupieniu
        A chruśniak malinowy trwał wciąż dookoła.
    • Gość: Marian Byron? bardzo prosze kasiu _ptasiu IP: *.gdynia.mm.pl 14.03.04, 02:43
      Byron - Zmiennaś, lecz miłość twa nie jest zwodniczą


      Zmiennaś, lecz miłość twa nie jest zwodniczą,
      Choć zdradzasz serce, tkliwie wprzód szukane.
      To łzy podwójną zatruwa goryczą,
      Którymi twoją opłakałem zmianę;
      To kruszy serce, które ty zasmucasz,
      Że umiesz kochać - lecz prędko porzucasz.
      Stratę obłudnej mało czuje serce,
      Oziębła wzgarda ściga przeniewiercę.
      Lecz ta, co żadnej myśli nie przebiera,
      Ta, której miłość tak tkliwa jak szczera,
      Jeśli się nawet i taka odmienia,
      Któż by nie doznał mego udręczenia? -
      Marzyć o szczęściu , do cierpień się budzić
      Los jest każdego, co żyje lub kocha.
      Lecz jeśli nawet, przestając nas łudzić,
      Żal w sercu wznieca ćma urojeń płocha,
      Co we śnie z nami igrając łaskawie,
      Tym samotniejszych opuszcza na jawie:
      Jakże więc muszą dręczyć się boleśnie
      Ci, których serca, nie marzeniom we śnie,
      Lecz tkliwym, szczerym uczuciom przywykną,
      A te jak same przewidzenia znikną? -
      Ach, powiedz raczej, że ta moja żałość -
      Grą wyobraźni, snem - twoja niestałość!

      1824r.Przekład: Antoni Edward Odyniec
    • Gość: Marian Tagore inny klimat, ale piekne, dla wszystkich IP: *.gdynia.mm.pl 14.03.04, 02:48
      Dzień w dzień przychodzi, aby znowu odejść.
      Idź i oddaj mu, przyjaciółko, kwiat z moich włosów.
      Jeśli cię zapyta, kto go przysłał, zaklinam, nie zdradzaj mojego imienia,
      ponieważ on przychodzi tylko, aby znów odejść.

      Usiadł w kurzu pod drzewem.
      Przyjaciółko, uściel mu tam miejsce z kwiatów i liści.
      Oczy jego są smutne i smutek budzą w mym sercu.
      Nie wyjawiaj mi, co go dręczy; przychodzi tylko, aby znów odejść.


    • Gość: Marian Lechonia .... czas ....zaczać czytać IP: *.gdynia.mm.pl 14.03.04, 02:53
      CO NOC GDY JUŻ NAS NUDA...


      Co noc gdy już nas nuda bezbrzeżna ogarnia
      Gdy czczość jałową w myśli, w sercu pustkę mamy
      Wypluwa nas na miasto knajpa lub kawiarnia
      I błądzimy bez celu po zamknięciu bramy
      A potem: łomotanie czasem półgodzinne
      Nim wreszcie stróż zaspany obudzić się raczy
      I myśl: zabłądzić w końcu pod drzwi jakieś inne
      Co prowadza do "Lepiej" lub choćby "Inaczej".
      no coments
    • Gość: Marian Lwu nawalonemu co do Adama wstapił od Barryman`a IP: *.gdynia.mm.pl 14.03.04, 03:07


      Wszechświat uczył jak być sobą
      więc takie to miało być: bardzo proste.
      Na pewno ma również dla mnie jakiś leki
      po całej tej szarpaninie będzie to właśnie: bardzo proste.
      Bo faktycznie- choć niby nie dowierzam sobie
      dzień po dniu jak gdyby we mnie coś ożywa
      i już na pewno nie tknę choćby jednej whisky
      dżinu, rumu, wódki, brandy, nawet piwa.
      Bo, prawdę powiedziawszy, jak poddać się rozpaczy
      kiedy cud słońca wstaje ze świtaniem
      jak wstał wczoraj, a pewnie i jutro wstanie.
      To wszystko, prawdę mówiąc jest - bardzo proste.
      Po prostu nie będziesz zalewał się w trupa w każdy boży dzień.
      -----------------
      I afer będzie mniej.
      • w_v_w a moze Petrarka? 14.03.04, 08:15
        Francesco Petrarka obdarzył przypadkowo spotkaną kobietę, wielka, platoniczna
        miłościa, którą żył przez ponad dwadzieścia lat, i której "pilnował" po
        śmierci Laury, była dla niego szczęściem i przekleństwem zarazem, była źródłem
        jego natchnienia i udręką, motorem do powstania poezji pięknej, wzniosłej,
        nieśmiertelnej.


        Ten dzień, jak zawsze gorzki, lecz szczęśliwy,

        W sercu wycisnął jej żywe oblicze,

        Którego nigdy nie oddam prawdziwie;

        Jak często dzień ten wspominam, nie zliczę.


        Mogła iść w parze z najszlachetniejszymi.

        Gdy raz westchnienie z ust jej usłyszałem,

        Czy śmiertelniczka - pytam - czy bogini

        Wypogodziła niebo w kręgu całym?


        Twarz - śnieg gorący, włosy - czyste złoto,

        Rzęsy jak heban, oczy zaś - dwie gwiazdy,

        Skąd miłość wszystkich celnie rani oto.


        Perły - zęby, a róże purpurowe -

        Wargi, w których brzmiał bólem wyraz każdy;

        westchnienie - płomień, łzy - kryształ u powiek.

        Sonet 157. Quel sempre acerbo...

        Francesco Petraka

        PS
        ...jakby Francesco, blizszy jest mojemu sercu niz Herbert...

        pozdrawiam
        Wawerka
        --
        per aspera ad astra...
        • Gość: Marian Re: a moze Petrarka? bardzo proszę miła wawerko IP: *.gdynia.mm.pl 14.03.04, 10:02
          Nigdy nie byłem zmęczony kochaniem
          Ciebie, Pani, i nigdy sie nie zmęczę.
          Lecz nienawidzić się nie jestem w stanie
          Ani już płakać nie potrafię więcej.
          Wolę grób raczej piękny a nieznany,
          W nim odłączone od mej duszy ciało,
          Na nim zaś ku mej zgubie wykowane
          Niechby Twe imię nigdy nie widniało.
          Lecz jeśli serce, w miłosnej ufności
          Lgnące ku Tobie, zechcesz przyjąć, harda,
          Raczże mieć nad nim choć trochę litości!
          Mylisz się, sądząc, że tak, jak zechcesz, zrobię.
          Już nie nasyci się mną Twa pogarda.
          Dziękuję za to miłości i sobie.
          (tłum. Jalu Kurek)
        • Gość: Marian Dla wszystkich forumowiczów - Pań i Panów IP: *.gdynia.mm.pl 14.03.04, 10:12
          Dopóki nam ziemia kręci się, dopóki jest tak czy siak
          Panie ofiaruj każdemu z nas, czego mu w życiu brak
          Mędrca obdaruj głową, tchórzowi dać konia chciej
          Sypnij grosza szczęściarzom....i mnie w opiece swej miej
          Dopóki ziemia obraca się, O Panie nasz, na Twój znak
          Tym, którzy pragną władzy, niech władza ta pójdzie w smak
          Daj szczodrobliwym odetchnąć, niech raz zapłacą mniej
          Daj Kainowi skruchę.... i mnie w opiece swej miej.
          Ja wiem, że Ty wszystko możesz, ja wierzę w Twą moc i gest
          Jak wierzy zabity żołnierz, że w siódmym niebie jest
          Jak zmysł każdy chłonie z wiarą, Twój ledwo słyszalny głos
          Jak wszyscy wierzymy w Ciebie, nie wiedząc, co niesie los.
          Panie zielonooki, mój Boże, Jedyny, spraw -
          Dopóki na ziemia toczy się, zdumiona obrotem spraw
          Dopóki nam czasu i prochu wciąż jeszcze wystarcza jej -
          Daj każdemu po trochu.....i mnie w opiece swej miej.

          Bułat


          • panidalloway Re: Dla wszystkich forumowiczów - Pań i Panów 14.03.04, 13:27
            Gość portalu: Marian napisał(a):


            ....i mnie w opiece swej miej.
            Pan Bóg: Niestety zdecydowanie odmawiam. Nie po to rozdawałem szczodrze
            talenty, nie po to obdarzeni pracowali ciężko, w mękach twórczych nad
            wykorzystaniem mych darów, by teraz jakiś ( z przeproszeniem) palant
            wykorzystywał je dla swoich samoobronnych celów.



            • Gość: Marian Panidallowej egzorcysty potrzebuje najpewniej IP: *.gdynia.mm.pl 14.03.04, 19:44
              panidalloway napisała:

              > Gość portalu: Marian napisał(a):
              >
              >
              > ....i mnie w opiece swej miej.
              > Pan Bóg: Niestety zdecydowanie odmawiam. Nie po to rozdawałem szczodrze
              > talenty, nie po to obdarzeni pracowali ciężko, w mękach twórczych nad
              > wykorzystaniem mych darów, by teraz jakiś ( z przeproszeniem) palant
              > wykorzystywał je dla swoich samoobronnych celów.
              >
              W imieniu jakiego boga przemawiasz opętana Clarysso?
              Czyżby Lewiatan był bogiem "złodziei" ,czy tylko Twym prywatnym bogiem?
              • panidalloway Koniec świata 14.03.04, 22:45
                Pan Bóg:
                Rrrrrr. Ogłaszam koniec świata. Rrrrrr.
                Cała kosmiczna kombinacja zaczyna się demontować.
                Homosovieticus:
                Rrrrrr. To niemożliwe. Rrrrrr. Jeszcze nie przepisałem wszystkich filozofów
                i wszystkich pięknych wierszy, nie zdążyłem obrazić wszystkich rozsądnych
                forumowiczów i dopiec do żywego wszystkim mym przeciwnikom.
                Koniec świata wprawdzie następuje faktycznie, ale Homosovieticus nadal otwiera
                nowe wątki.
                K u r t y n a
                Spada litościwie.

                • homosovieticus Re: Koniec świata przyjdzie niespodziewanie Pani 15.03.04, 21:47
                  panidalloway napisała:

                  > Pan Bóg:
                  > Rrrrrr. Ogłaszam koniec świata. Rrrrrr.
                  > Cała kosmiczna kombinacja zaczyna się demontować.
                  > Homosovieticus:
                  > Rrrrrr. To niemożliwe. Rrrrrr. Jeszcze nie przepisałem wszystkich
                  filozofów
                  >
                  > i wszystkich pięknych wierszy, nie zdążyłem obrazić wszystkich rozsądnych
                  > forumowiczów i dopiec do żywego wszystkim mym przeciwnikom.
                  > Koniec świata wprawdzie następuje faktycznie, ale Homosovieticus nadal
                  otwiera
                  > nowe wątki.
                  > K u r t y n a
                  > Spada litościwie.
                  >
                  wolałem "Zielony Balonik" Dalloway.
                  Gratuluję Janusza Radka.
    • stefan4 Re: My też tak potrafimy, no może nie zupełnie ta 14.03.04, 21:01
      homosovieticus:
      > pokażcie jak wyznawaliscie miłosć kobiecie,którą kochaliscie lub
      > kochacie.


      -- Wołałaś?! Pod czaszką zagrzmiało mi dzwonem,
      więc spieszę ukoić Twe serce stęsknione.
      Choć droga jest długa, błotnista i kręta,
      gdy błagasz o pamięć, ja krzyczę: ,,-- Pamiętam!!!''

      I duszę zbolałą niepokój mi pali,
      że mogą te dźwięki zagubić się w dali,
      że gdy Ci zawrzasnę przesłanie nadziei,
      czyjś śmiech je zagłuszy lub wicher rozwieje.

      Lecz kiedyś do drzwi Twych zastukam nad ranem,
      Twe imię wychrypię przez gardło zerwane
      a na Twym obliczu wzruszenie zagości.

      . . . I szeptem mi powiesz o swojej miłości.



      - Stefan
      • Gość: Abi Re: My też tak potrafimy, no może nie zupełnie ta IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 14.03.04, 22:44
        A moze tak.....

        Nie żegnaj mnie tym wzrokiem szklanym
        odchodzącemu uśmiech daj!
        Jakie to szczęście być kochanym
        i kochać, Boże, co za raj!
        Mój miły (lub raczej niemiły)homosovieticusie vel Maryjanie! Oczywiście znasz
        autora tego fragmentu! Jak mogloby być inaczej???
        Dla ułatwienia - im większe, tym prostsze!
        Pozdrawiam, mam nadzieję, że nie przejdziesz za chwilę do politycznej
        indoktrynacji, Twojego ulubionego zajęcia. Może zostańmy przy miłości?
    • Gość: Marian Pani Dalloway-od Lermontowa IP: *.gdynia.mm.pl 15.03.04, 09:08
      GŁUPIEJ PIĘKNOŚCI


      Czy chcesz skosztować mego wina?
      -Amor mnie w pewnej spytał chwili.
      Choć nie spragniony (to rzecz inna!),
      Jam kubek aż do dna wychylił.
      Dzisiaj na próżno bym się starał
      Zwilżyć płonące swoje usta,
      Bo namiętnego płynu czara
      Jest tak jak głowa twoja - pusta.
      ps
      • panidalloway Re: Głupia!!!!! 15.03.04, 12:41
        „Twe sztuki już nie zwiodą innych, jak mnie zwiodły!
        Precz! gardzę tobą! jesteś kłamca, człowiek podły!

        Na obelgę śmiertelną dla uszu szlachcica,
        I której żaden nigdy nie słyszał Soplica,
        Zadrżał Tadeusz, twarz mu pobladła jak trupia,
        Tupnąwszy nogą, usta przyciąwszy, rzekł: "Głupia"


        Wpadł w rozpacz i nie widział innego sposobu,
        Chyba ucieczkę prędką; gdzie? chyba do grobu.

        Łakomy wzrok utopił i błotniste wonie
        Z rozkoszą ciągnął piersią, i otworzył usta
        Ku nim; bo samobójstwo jak każda rozpusta
        Jest wymyślną; on w głowy szalonym zawrocie
        Czuł niewymowny pociąg utopić się w błocie.”

        Dedykuję i żegnam.
        Klaryska.

        • Gość: Marian Re: Głupia! bo uszy na aggumenty zakkane miała IP: *.gdynia.mm.pl 15.03.04, 14:18
          panidalloway napisała:

          > „Twe sztuki już nie zwiodą innych, jak mnie zwiodły!
          > Precz! gardzę tobą! jesteś kłamca, człowiek podły!
          >
          > Na obelgę śmiertelną dla uszu szlachcica,
          > I której żaden nigdy nie słyszał Soplica,
          > Zadrżał Tadeusz, twarz mu pobladła jak trupia,
          > Tupnąwszy nogą, usta przyciąwszy, rzekł: "Głupia"
          >
          >
          > Wpadł w rozpacz i nie widział innego sposobu,
          > Chyba ucieczkę prędką; gdzie? chyba do grobu.
          >
          > Łakomy wzrok utopił i błotniste wonie
          > Z rozkoszą ciągnął piersią, i otworzył usta
          > Ku nim; bo samobójstwo jak każda rozpusta
          > Jest wymyślną; on w głowy szalonym zawrocie
          > Czuł niewymowny pociąg utopić się w błocie.”
          >
          > Dedykuję i żegnam.
          > Klaryska.
          >

          Oj! zmanipulowałaś tekst srodze, Telimeno droga
          Jak Jakubowska ustawę co miała być dla wrogą
          bronią straszną, lecz Rokita Maria też z Krakowa rodem
          ..................................................

          A ciąg dalszy, przytoczonego przez Ciebie fragmentu przebiegła Telimeno to
          gdzie?

          Oto on:

          " Lecz Telimena z dzikiej młodzieńca postawy
          Zgadujać rozpacz, widzac, że pobiegł nad stawy,
          Chociaż ku niemu takim słusznym gniewam pała,
          Przelekla się; w istocie dobre serce miała
          Żal jej było, że INNĄ śmiał Tadeusz lubić,
          Chciała go skarac, ale nie mysliła zgubić.
          Wiec pusciła sie za nim, wznoszą rece obie. "
          Wybacz mi homo wołała, przysięgam ja Tobie.
          i homo wybacza :))
          ps
          Wybacz i mnie Adamie, wieszczu nasz.
    • sainbois Dla pewnego pana, który lubi mojego kota 15.03.04, 15:39
      Nie godzę się, by grzebano bijące serca w ziemi,
      Chociaż jest to los wspólny tych, którzy się rodzą.
      W ciemność zstępują mądrzy i piękni. Ozdobieni
      Kwiatem lilii i liściem lauru, lecz ja się nie godzę.

      Kochankowie i mędrcy, każdy z was przeminie,
      Jednym będziecie z głuchym, obojętnym prochem.
      Kto jeszcze was zrozumie, kto jeszcze pokocha,
      Gdy zostaną formuły, lecz najlepsze zginie.

      Miłość, uśmiech, odpowiedź, co umysł zapala,
      W ziemi są, korzeń róży ściśle je oplata.
      Kwitnie pąk. Pąk pachnący. Wiem, lecz nie pochwalam.
      Droższe mi twoje oczy niż wszystkie róże świata.

      W dół, w dół idą, otwarty przed nimi się czerni,
      Uprzejmi, dobrzy, piękni schodzą po stromej drodze.
      Spokojnie idą mądrzy, dowcipni i dzielni.
      Wiem. Lecz nie pochwalam. I z tym się nie godzę.

      To jest Tren bez akompaniamentu

      napisała go Edna St. Vincent Millay, przetłumaczyła H. Poświatowska

      • rolotomasi Re:Dla pewnego zakonnika, który kanałami przemyka 15.03.04, 18:13
        "Większość z nas ,mężczyzn " << napisał o.Marian vel HomoCośTam - zakonnik
        ^^Odpowiadam, ani większość ani też mężczyzn nie widzi wśród siebie księży.
        Ksiądż czy zakonnik z natury jest pomiędzy pciami - na pewno nie jest objęty
        'Kodeksem Honoru' Bohdziewicza << munduru nie nosi i na wojny nie chadza, więc
        i te tutaj Westchnień Zebrane są spaczone. Wolno - bo jest demokracja - pisać
        co się chce i gdzie się chce; dopuszczam nawet samo-ośmieszanie sutanny i
        habitu<< jak tutaj, ale po co.
        --
        > Dajemy radę

        ps. jak kariera protegowanego Leppera ?
        W odpowiedniej chwili przypomnę KościKatoli ten 'wybór' !
        Mam po dziurki w nosie ~Wodzących~ głupków z oo.
    • homosovieticus Kochałem Ciebie kiedyś, lecz kochał nie będę 16.03.04, 01:45
      Sir Robert Ayton
      Nie będę kochał
      Kochałem ciebie niegdyś, lecz kochał nie będę.
      Żal niechaj będzie twoim, jak jest wina.
      Tyś nie ta sama, jaka byłaś przedtem.
      Mam być tym samym -- jaka tu przyczyna?
      Kto niekochany jeszcze kochać może,
      Ma większe uczuć niż rozsądku złoże.
      Bóg mi dał miłość, bym swe długi płacił,
      Rozrzutnik tylko głupio miłość traci.

      Nic by miłości mej nie zwyciężyło,
      Gdybyś ty nadal moją była, pani.
      Ba, gdybyś swoją własną chociaż była,
      Może bym dotąd żywił miłość dla niej.
      Lecz twej wolności dar był mi zabrany,
      Byś go gdzie indziej zakuła w kajdany.
      A czy jest coś, czym mógłbym bardziej --
      Niżli być więźniem więźnia -- gardzić?

      Gdyś się poddała swym pragnieniom nowym,
      Co odmieniły przedmiot twojej chęci,
      Wtedy nie stałość, a letarg jakowyś
      Kazał mi jeszcze kochać bez pamięci.
      O tak, to grzech był i zepsucie
      Prostytuować tak uczucie,
      Bom nie zwykł do tych modłami się podlić,
      Co się do innych sami muszą modlić.

      Lecz ty się możesz swym wyborem chwalić,
      Bo nim się chełpi osoba szczęśliwa.
      Ja się nie będę cieszyć ani żalić
      Widząc, jak on to, com stracił, zdobywa.
      Wielkość mej wzgardy okażę w potrzebie,
      Śmiejąc się z niego, rumieniąc za ciebie,
      I wciąż kochając, chociaż jesteś taka --
      Nie żebrząc więcej pod drzwiami żebraka.
      Przełożyła Ludmiła Marjanska
    • homosovieticus Wszystkim "barbarzyńcom" 16.03.04, 02:04
      Friedrich Hölderlin
      Miłość
      Gdy zapomnicie swych przyjaciół i wszystkich bliskich zapomnicie,
      O wdzięczni, wy, co gardzicie swymi poetami,
      Niechaj Bóg wam odpuści, tylko we czci miejcie serdecznej
      Dusze tych, co kochają.

      Powiedzcież, kto prócz nich jeszcze ludzkim żyje życiem,
      Dziś, kiedy wszystko służalcza gniecie troska?
      Dlatego także Bóg od dawna już
      Obojętnie wędruje ponad naszą głową.

      Jednak chociaż jak zawsze rok zimny jest i bezśpiewny
      W przeznaczonym mu czasie, to przecież z białych pól
      Tryskają źdźbła zielone
      I nieraz śpiewa ptak samotny,

      Gdy las się z wolna przeciąga, a potok się burzy
      I już łagodny wiew z południa lekko dmie
      O wybranej godzinie -- podobnie wyrasta
      Znak piękniejszego czasu

      W który wierzymy, skromny jeszcze, lecz
      Jedyny szlachetny i zbożny ponad surową
      Dziką Ziemią. To Miłość,
      Córka Boga, wszystka z Niego.

      O, bądź błogosławiona, niebiańska roślino, niechaj cię dla mnie
      Ze śpiewem hodują, Ty, którą żywi Eter
      Swym nektarem darzącym siłą,
      Ty, co w promieniach twórczych dojrzewasz.

      Rośnij i stań się lasem! Rozkwitającym bujnie
      Światem ducha! Mowo miłujących,
      Stań się mową całego kraju!
      A ich dusze głosem ludu!
      Przełożyła
      Wanda Markowska
    • homosovieticus walt otworzył usta swoje i powiedział: 16.03.04, 09:01
      Czasem, gdy kogoś kocham


      Czasem, gdy kogoś kocham, ogornia mnie gniew na myśl,
      że moja miłość może być nie odwzajemniona,
      Lecz teraz myślę, że nie ma miłości nie odwzajemnionej,
      zapłata jestpewna, tak czy inaczej,
      (Kochałem kiedyś kogoś żarliwie, a bez wzajemności,
      Lecz dzięki temu powstały te pieśni).

      whitman
    • sainbois Dla pewnego pana, który kocha mojego kota 16.03.04, 09:54

      Panie miłości, dla którego cnoty
      Powinność moja jak lennem związana –
      Piszę do ciebie ten wiersz nie z pustoty,
      Lecz z obowiązku wobec mego pana.
      A jest tak wielki, iż dowcip niemrawy
      Wyda go nagim, nie znajdując słowa;
      Ufam jedynie, iż w myśli łaskawy,
      Raczysz go przyjąć nagim i zachować.
      Aż któraś gwiazda, co kroków mych strzeże,
      Zechce mi rzucić jaśniejsze wejrzenie
      I miłość moją, obdartą, ubierze,
      By twoim względom dorównała w cenie:
      Wtedy objawię moją miłość w słowach,
      Do tego czasu nie racz jej próbować.

      Szekspir, Sonet 26, przetłumaczył J. S. Sito

    • homosovieticus wiersz , czyż nie o nas ? 17.03.04, 14:34
      I

      My próżni ludzie
      My wypchani ludzie
      Podpieramy się wzajem
      Niestety w głowach słoma
      Kiedy do siebie szepczemy
      Ciche i bez znaczenia
      Są nasze wyschłe głosy
      Jak wiatr dmący przez osty
      Jak szczurze łapki na rozbitym szkle
      W naszej suchej piwnicy

      Kształty bez formy, cienie bez koloru
      Zastygła siła i gesty bez ruchu.

      Ci, którzy weszli nie spuszczając oczu
      W inne królestwo śmierci
      Wspomną jeżeli wspomną
      Nie dusze gwałtowne
      Lecz ludzi wydrążonych
      Lecz wypchanych ludzi.

      II

      Oczu napotkać w snach się nie odważę
      W sennym królestwie śmierci
      Nigdy się nie ukażą:
      Tam oczyma będzie
      Blask słońca w kalekiej kolumnie
      Tam drzewo w kołysaniu
      I głosy tam będą,
      Jak wiatr w liści szumie
      Bardziej odległe bardziej uroczyste
      Niż gwiazda co traci blask.

      Obym nie stał bliżej
      Sennego śmierci królestwa
      Niech wdzieję jak wszyscy
      Takie wymyślne przebranie
      Sierść szczurzą, krucze pióra
      Patyki jak w polu strach
      Niech chylę się jak wieje wiatr
      Nie bliżej -

      Niech się oddali ostatnie spotkanie
      W mrocznym królestwie.

      III

      Oto kraina martwa
      Kraina kaktusów
      Gdzie przed wzniesionymi
      Posągami z kamienia
      Dłoń umarłego wzywa łaski głazu
      Pod migotaniem spadającej gwiazdy.

      I czy jest tak właśnie
      W innym królestwie śmierci?
      Budzimy się samotni
      W chwili kiedy ciało
      Przenika czułość
      I wargi co chcą pocałunków
      Do strzaskanego modlą się kamienia.

      IV

      Tu nie są oczy
      Oczu tutaj nie ma
      W mrocznej dolinie gwiazd umierających
      W tej dolinie próżnej
      Złamanej szczęce naszych dawnych królestw
      W tym ostatnim miejscu spotkania
      Szukamy się po omacku
      I słów unikając
      Stajemy w piasku nad rzeką obrzmiałą

      Niewidomi zanim
      Oczy nie zjawią się znowu
      Jak gwiazda nieustająca
      Stulistna róża
      Mrocznego królestwa śmierci
      Nadzieja tylko
      Pustych ludzi

      I okrążamy kolczasty kłąb
      kolczasty kłąb kolczasty kłąb
      I okrążamy kolczasty kłąb
      O piątej godzinie rano

      Pomiędzy myślą
      A rzeczywistością
      Pomiędzy zamiarem
      A czynem
      Kładzie się cień

      Albowiem Twoje jest Królestwo

      Pomiędzy pomysłem
      A dziełem
      Pomiędzy wzruszeniem
      A odczuciem
      Kładzie się cień

      Życie jest bardzo długie

      Pomiędzy żądzą
      A spazmem rozkoszy
      Pomiędzy możnością
      A istnieniem
      Pomiędzy istotą
      A jej zstąpieniem
      Kładzie się cień

      Albowiem Twoje jest Królestwo

      Albowiem Twoje jest
      Życie jest
      Albowiem Twoje jest

      Oto jak kończy się świat
      Oto jak kończy się świat
      Oto jak kończy się świat
      Nie z trzaskiem lecz ze skomleniem

      T.S.Eliot
      • sainbois Następny etap przemiany: Marina 17.03.04, 22:07

        Jakie to morza i brzegi jakie szare skały i wyspy
        Jaka woda obmywa dziób statku
        I zapach sosen, drozda śpiew we mgle
        Jakie obrazy wracają
        O moja córko.

        Ci, którzy ostrzą ząb psa, oznacza to
        Śmierć
        Ci, którzy błyszczą chwałą kolibra, oznacza to
        Śmierć
        Ci, którzy siedzą w chlewach zadowoleń, oznacza to
        Śmierć
        Ci, którzy cierpią zwierzęce ekstazy, oznacza to
        Śmierć

        Stają się zwiewnym, rozwianym przez wiatr,
        Oddechem sosny, śpiewem mgły wśród drzew
        Dzięki świetlistej łasce tych okolic

        Czyja to twarz – tak mglista a jasna
        Tętno w przegubie dłoni – tak wiotkie a mocne –
        Dane czy użyczone? Bardziej odległe niż gwiazdy
        A bliższe od źrenic

        Szepty i śmiech stłumiony między stopą biegnącą a liśćmi
        Pod snem, gdzie wszystkie wody łączą się koliście.

        Bukszpryt pękał wśród lodów, farba pękała w upale.
        Uczyniłem to, zapomniałem
        I pamiętam.
        Osprzęt lichy i żagle zbutwiałe
        W porze pomiędzy czerwcem i wrześniem.
        Uczyniłem to nie wiedząc, półświadomie, nieznane, me własne.
        Dno przecieka i szpary trzeba uszczelnić w pokładzie.
        Ten kształt, ta twarz, to życie
        Żyjące by żyć w świecie czasu poza mną; obym
        Życie mógł oddać za to życie, mowę swoją za tę niewymówioną,
        Obudzoną, rozchylone wargi, nadzieję, nowe okręty.

        Jakie to morza i brzegi i wyspy granitowe naprzeciw mych żeber
        I drozda wołanie przez mgłę
        Moja córko.

        T. S. Eliot, przetłumaczył K. Boczkowski
        Nie podałeś tłumacza Wydrążonych ludzi


    • homosovieticus Re: My też tak potrafimy, no może nie zupełnie ta 18.03.04, 03:09
      Chcecie bajki? Oto bajka:Była sobie Pchła Szachrajka.Niesłychana rzecz po
      prostu,By ktoś tak marnego wzrostu I nędznego pchlego rodu Mógł wyczyniać bez
      powodu Takie psoty i gałgaństwa,Jak pchła owa, proszę państwa.Miała domek na
      przedmieściu Po ojczymie czy po teściu,Dom złożony z trzech pięterek I pokojów
      cały szereg.Więc salonik i sypialnię,I jadalnię, naturalnie,Gabinecik i
      korytarz,O cokolwiek się zapytasz,Wszystko miała, aż jej gości Zalewała żółć z
      zazdrości.Miała bryczkę, dwa kucyki,Dojną krowę z Ameryki,Psa kudłacza, owcę,
      kuręOraz koty szarobure,Dwa uczone karaluchy W kuchni pasły sobie brzuchy,Konik
      polny Pchle Szachrajce Co dzień grał na bałałajce,Jednym słowem miała życie
      Ułożone znakomicie.Pchła Szachrajka rzekła: "Lubię Czasen w pchełki zagrać w
      klubie!"Więc ubrana jak z igiełkiPojechała zagrać w pchełki.Jedzie sobie Pchła
      Szachrajka Kolorowa jak mozaika,Jedzie pełna animuszu,W żakieciku z lila
      pluszu,Z żółtym piórkiem w kapeluszu,W modrych butach atłasowych,W rękawiczkach
      purpurowych.W klubie bywa tyle osób,Że przecisnąć się nie sposób.Pchła
      krzyknęła: "Dajcie drogę!Jestem mała, przejść nie mogę!"Tłum rozstąpił się, a
      onaPrzeszła środkiem niewzruszona.Już do stołu mknie czym prędzejI wyjmuje stos
      pieniędzy."Postawiłabym trzy groszeNa zielone...""Bardzo proszę."Pchełki skaczą
      jak szalone,Tu niebieskie, tam czerwone,Tu wygrana, tam przegrana..."Na
      zielone, proszę pana!"Pchła Szachrajka była mała,Między pchełki się wmieszałaI
      po stole sama skacze."Co to znaczy? - myślą gracze -W którąkolwiek spojrzeć
      stronę Wygrywają wciąż zielone."Nim się gracze połapali,Pchła Szachrajka wyszła
      z saliI z wygraną swą do domuPojechała po kryjomu.Pomyślała: "Po tej próbie Nie
      pokażę się już w klubie."Taki dała więc telegram:W PCHEŁKI Z WAMIWIĘCEJ NIE
      GRAM Pchle zachciało się brewerii,Poszła więc do menażerii.Właśnie słoń po
      drodze dreptał,Pchły o mało nie rozdeptał.Patrzy: Cóż to za ˇdziebełko?"Co tu
      robisz, pani Pchełko?"Pchła stuknęła parasolką:"Jestem pchłą, lecz przy tym
      Polką!Żądam większej galanterii,Panie słoniu z menażerii!"Słoń pokręcił
      grzecznie trąbąI powiada: "Jestem Jombo,Przyjechałem tu z Colombo."Rzecze na to
      Pchła do słonia:"A ja jestem rodem z Błonia,Tam plantację mam wzorową,Sadzę na
      niej kość słoniową.Obok domu dla kaprysu Trzymam stale sto tygrysów,Sto
      kangurów, sto lampartów,Ze mną, panie, nie ma żartów!" Słoń pokręcił trąbą
      grzecznie:"Rzeczywiście niebezpiecznie."Potem upadł na kolanaI
      powiedział: "Ukochana,Takiej właśnie pragnie żony Jombo, sługa uniżony." Pchła
      usiadła mu na karku,Przejechała się po parku,Wreszcie rzekła: "Drogi
      Jombo,Imponujesz mi swą trąbą,Ale tylko trąbą. Zaczem Możesz zostać mym
      trębaczem."Pchła Szachrajka po obiedzieDo cukierni bryczką jedzie.Już z daleka
      widać z bryczki Purpurowe rękawiczki.Pchły ciastkami zwykle gardzą,Nasza zaś
      lubiła bardzo Tartoletki, papatacze,Ptysie, bezy i sękacze,Rurki z kremem, tort
      z wiśniamiI babeczki z malinami.Wchodzi śmiało do cukierni,W pas kłaniają się
      odˇwierni,Już kelnerzy przyskakują,Grzecznie w rączkę ją całują."Dzisiaj rurki
      z kremem zjem,Bo ogromnie lubię krem.Proszę podać ze trzydzieści,Stolik więcej
      nie pomieści."Przy stoliku pchła zasiadła,Jedną rurkę z kremem zjadła,Zostawiła
      pełną tacę."Za tę jedną rurkę płacę!"Wstała, wyszła, od niechcenia
      Powiedziła "do widzenia"I mignęły tylko z bryczki Purpurowe rękawiczki.Bardzo
      dziwią się kelnerzy:"Jak rozumieć to należy!O trzydzieści rurek prosić,A po
      jednej mieć już dosyć?"Nagle patrzą: Co to? Czemu W rurkach wcale nie ma kremu?
      Wszystkie puste? Co za kwestia? Zjadła cały krem ta bestia!Tak się przejął tym
      cukiernik,Że przypalił cały piernikI zawołał: "Proszę mi tu Kupić jutro flaszkę
      flitu.Gdy znów przyjdzie Pchła przeklęta,Rurki z kremem popamięta!"Raz,
      któregoś dnia, przy święcie Urządziła Pchła przyjęcie.Gości przyszło co
      niemiara:Chrabąszcz, komar, mucha stara,Przydreptały dwa pająki,Ćmy, szerszenie
      i biedronki,Jedna osa, cztery pszczoły,Motyl, trzmiel i bąk wesoły,Mole, mrówki
      oraz ważki,I zaczęły się igraszki.Dwa uczone karaluchy Roznosiły placek
      kruchy,Pestek, maku, cukru garstki,A w szklaneczkach jak naparstki Sok z
      czereśni, oranżadęI mrożoną czekoladę.W pewnej chwili Pchła powiada:"Jestem
      gościom bardzo radaI z największą przyjemnością Coś zaśpiewam miłym
      gościom.Dajmy na to... arię z "Toski",Lecz po włosku, bo znam włoski."Zawołali
      goście: "Brawo!Niech zaśpiewa, bo ma prawo!"Wszyscy zatem jeść przestali,Pchła
      stanęła w końcu saliI z usteczek jej maleńkich Popłynęły cudne dˇwięki.Pchła
      śpiewała niemal bosko,Komar bzyknął czule: "Tosko!""Toska" drobne swoje rączki
      Zacisnęła jak dwa pączki,W rączki smutnie twarz wtuliłaI tak śpiew swój
      zakończyła."Co za głos! - krzyknęli goście -Niech zaśpiewa jeszcze,
      proście!"Pchła zgodziła się z łatwością Z zaśpiewać miała gościomArię "Halki",
      a tymczasem Zaśpiewała takim basem,Że aż goście, co siedzieli Spadli z krzeseł
      i z foteli.Żuk podskoczył, zatkał uszy..."Przecież ona nas ogłuszy!Bujda!" -
      krzyknął prosto z mostu.Rzecz wydała się. Po prostuNie śpiewała Pchła
      Szachrajka,Tylko skrzynka-samograjka,A karaluch w niej ukrytyJak na złość
      pomylił płyty.Żuk powiedział tylko: "Żuka Pchła Szachrajka nie oszuka."I
      zapalił dumnie fajkę Opuszczając Pchłę Szachrajkę.Pchle samotność nie
      służyła,Lecz że była bardzo miła,Miała siedem koleżanek,Czarujących
      warszawianek,Młodych, ślicznych jak poranek.Wszystkie pełne elegancji,W
      sukieneczkach prosto z Francji,Uczesane w modne loczkiI w pończoszkach jak
      obłoczki.Pchła wraz z nimi w karnawale Objeżdżała wszystkie bale,Plotkowała z
      nimi stale,Co dzień każdą koleżankęOdwiedzała, filiżankęCzarnej kawy wypijałaI
      na inne plotkowała.A że miała powodzenie,Powodzenia jej szalenie Zazdrościły
      koleżanki,Więc się wciąż słyszało wzmianki:"Pchła to dziwna jest osoba!Cóż się
      w takiej Pchle podoba?Czy ta wiecznie skromna minka,Czy błękitna
      pelerynka,Purpurowe rękawiczki,Czy te nóżki jak patyczki?Albo może uśmiech
      słodki,Albo psoty, albo plotki?..."Tak mówiły koleżanki,Eleganckie
      warszawianki.Pchła w okropną wściekłość wpadła,Czerwieniła się i bladła,I
      tupała nóżką małą,Że aż w domu wszystko drżało."Niegodziwe zazdrośnice!Niech no
      tylko je przychwycę,A już będą trzy kwartałyPchłę Szachrajkę
      pamiętały!"Rozmyślała cały ranekI do siedmiu koleżanek Rozesłała siedem
      kartekPisząc krótko: "Proszę w czwartekDo mnie, droga koleżanko,Przyjść na kawę
      ze śmietanką."Rozesłała siedem kartekI na gości czeka w czwartek.Patrzy, jadą
      przez uliceKoleżanki - zazdrośnice.Jadą, jadą koleżanki,Elegantki z morskiej
      pianki.Pchła wybiegła aż na ganekNa spotkanie koleżanek."Witam, cieszę się
      ogromnie,Żeście dzisiaj przyszły do mnie!"I wprowadza je po schodkach,I
      zaprasza je do środka.Elegantki wchodzą godnie,Każda jest ubrana modnie,Każda w
      nowym, pięknym strojuNajlepszego w mieście kroju."Gdzie jest lustro?""W
      przedpokoju."Biegnie pierwsza do zwierciadła,Popatrzyła i pobladła."Co to
      znaczy? Oczy krowie,Krowie rogi mam na głowie,I w dodatku krowią postać!
      Apopleksji można dostać!"Biegnie druga do zwierciadłaI jak stała, tak
      usiadła."Ja tak samo, daję słowo,Jestem krową, zwykłą krową!"Inne, widząc swe
      odbicie,Wpadły w rozpacz: "Czy widzicie?"I wołały zapłakane:"To są rzeczy
      niesłychane!Elegantkę zmienić w krowę!To jest Pchły gałgaństwo nowe!Niech się
      na nas nie porywaPchła Szachrajka niegodziwa,Znać nie chcemy koleżanki,Co
      obraża warszawianki!"I bez słowa pożegnaniaWyszły wszystkie z jej
      mieszkania.Żadna dobrze nie wiedziałaJak przemiana ta powstała.Ale my te
      sprawki znamy:Pchła wyjęła lustro z ramy,A wstawiła arkusz miki,Dojną krowę z
      AmerykiPostawiła z drugiej strony.Każdy był więc przeświaczonyPatrząc w mikę
      należycie,Że to jego jest odbicie.Przez ulicę jedzie bryczka,Pchła w niej
      siedzi jak księżniczka.Na ramionach pelerynka,Spod kapturka słodka
      minka,Parasolka mała w dłoniPrzed sło
      • sainbois Przygody rycerza Szaławiły 18.03.04, 08:32
        Gdy wojna się skończyła,Wsiadł rycerz Szaławiła Na bułanego konia.Za giermka
        wziął gamonia,Co po wsiach kury kradł,I milcząc ruszył w świat.Miał giermek
        Roch na imię.Nos odmrożony w zimie Na gębie mu wykwitałJak rzepa pospolita.A
        nade wszystko Roch Spać lubił, bo był śpioch.Miał rycerz zbroję podłą I
        niewygodne siodło,Do tego uprząż biedną I strzemię tylko jedno,Lecz za to żył w
        nim duch,Co starczyłby za dwóch.Tylko na jedną nogę Przy bucie miał
        ostrogę,Gorący w walkach udział Sprawił, że włos mu zrudział.Nietęgą postać
        miał,Lecz rycerz był na schwał.Mawiali o nim Szwedzi,Że w nim stu diabłów
        siedzi,Tatarzy z trwogi słabli Na widok jego szabli,A Turcy - zwykła rzecz -
        Zmykali przed nim precz.Gdy wojna się skończyła,W świat ruszył Szaławiła,Roch
        za nim zwolna człapał,Bo miał niewielki zapał Do przygód. Nadto Roch Niechętnie
        wąchał proch.Rzekł rycerz: Jestem głodny To objaw niezawodny,Że gdzieś tu jest
        zamczysko Albo oberża blisko.Na pieczeń mam dziś chęć Mój giermku! Za mną pędź!
        Z pół mili ujechali,A już gospoda w dali Gospoda Pod Fijołkiem,Więc rycerz z
        swym pachołkiem Przed bramą z konia zsiadł:Tu - rzecze - będę jadł!Koń dawniej
        rżał - dziś nie rży,Gdy staje przy oberży,Wiadomo - rycerz w nędzy,A owsa bez
        pieniędzy Nie daje przecież nikt:Pan chudy - chudy wikt.Toteż niepewnie trochę
        Wszedł Szaławiła z RochemDo izby dość przestronnej,Gdzie przy pieczeni
        wonnej,Która zapiera dech,Siedziało zuchów trzech.Rzekł tedy Szaławiła:Hej,
        gospodyni miła,Nam też tu podaj pieczeń,A proszę - bez złorzeczeń.Bo płacę,
        kiedy mam,Dziś nie mam, stwierdzam sam.Zaśmiała się szynkarka:A to z was niezła
        parka,Wynoście się czym prędzej,Nic nie dam bez pieniędzy,Włóczęgów mamy dość,A
        taki gość - nie gość!W rycerzu moc ożyła:Jam - rycerz Szaławiła,Do króla
        jegomości Chodziłem nieraz w gości,Król brał mnie grzecznie wpół I sadzał za
        swój stół.Ugaszczał mnie szach perskiI regent holenderski,Królowa Izabela,I
        król węgierski Bela,I nawet Wielki Fryc -Lecz nie płaciłem nic!To rzekłszy
        rycerz godnie Podciągnął sobie spodnie.Niech miła gospodyniTrudności mi nie
        czyni,Nie jadłem od dwóch dni,Aż w brzuchu mi się ckni.Tu głos zabrały
        zuchy:Brzuch pusty, język suchy,Któż ścierpi taką dolę?Siadajcie tu przy
        stole,Pieczeni jest w sam razBy nią ugościć was.I piwa do wieczerzy Nie
        zbraknie dla rycerzy.Hej, gospodyni, żywoNieś chleb, mięsiwo, piwo,Talerze,
        szklanki, nóż,Prosimy siadać już!Rzekł rycerz Szaławiła:Przemowa nader
        miła,Ogromnie sobie cenię Szlachetne zgromadzenie,Chodź, Rochu! Oto Roch:Mój
        giermek - leń i śpioch.A my jesteśmy zuchy,Wesołe pasibrzuchy.Kochamy
        opowieściO bohaterskiej treści.Mów, Szaławiło, mów,Słuchamy twoich słów!Za stół
        przybysze siedli,Porządnie się najedli,Roch aż językiem mlasnął,Ze stołka spadł
        i zasnął,A rycerz wziął się wpółI swą opowieść snuł:Mam dwieście lat z
        kawałkiem,Lecz jestem młody całkiem,Mój ojciec miał trzy wieki,Gdy zamknął swe
        powieki,A mój stryjeczny dziadŻył ponad pięćset lat.Walczyłem ja w Wenecji,W
        Hiszpanii, Grecji, Szwecji,Pod Warną i nad Marną,Choć miałem zbroję marną,Mnie
        w Moskwie Batu-ChanCzterdzieści zadał ran.Gdy mi odrąbał głowę,Myślałem: Już
        gotowe!Lecz zbiegli się lekarze,Puszkarze, rusznikarze,Przyszyli głowę znówI -
        proszę - jestem zdrów!W Warszawie BonapartePowiedział do mnie żartem:Do Pyr
        jedź, Szaławiło,Tam jeszcze cię nie było!Odrzekłem: Rozkaz, Sire.Wyjeżdżam dziś
        do Pyr.Przyjeżdżam tam koleją,A w Pyrach już się lejąKozacy i Prusacy,I nasi
        beliniacy.Pif-paf! Pif-paf! Pif-paf!Ruszyłem do nich wpław.Złapałem wnet
        dowódcęI mówię mu pokrótce,Że rozkaz mam i władzę,Że ja dziś pułk
        prowadzę.Dowódca z gniewu zżółkł,A ja prowadzę pułk.Kozacy tył podali,Prusacy
        się poddaliWraz z całą artylerią(Mówię to całkiem serio),A cesarz do mnie
        rzekł:Wspaniały jesteś człek!Mianuję cię marszałkiem,(Mówię to serio całkiem)
        Masz legię honorową,(Daję wam na to słowo)I będziesz księciem Pyr.Odrzekłem:
        Rozkaz, Sire! (...)A ja ruszyłem w drogę,Bo szczerze wyznać mogę,Że inne miałem
        plany:Ja byłem zakochany!Joanna - mówię wam,Najmilszą była z dam.Pamiętam:
        jestem w Rydze,Wtem w oknie wieży widzę -Prześliczna siedzi panna(A była to
        Joanna),Więc daję ręką znak,Że niby tak a tak.Że jestem nią olśniony,Że takiej
        pragnę żony,Że jestem Szaławiła,Że gdyby się zgodziła,Niech skreśli kilka
        słów,Lub powie: Bywaj zdrów.Zrzuciła tedy liścik,Że na nic cały wyścigMłodzieży
        i rycerzy,Gdyż ją uwięził w wieżyJej ojczym bardzo zły,Więc tylko roni
        łzy.Mnie, wiecie, nic nie wstrzyma,Przychodzę do ojczyma,Powiadam: Mości
        książę,Z daleka tutaj dążę,By pasierbicy twejNieść ulgę w doli złej!A książę
        jak nie wrzaśnie:Stu takich było właśnie,Znam was, obieżyświatów,Uciekaj, do
        stu katów,A panna - wierzyć chciej,Zostanie w wieży tej!Złość mnie okrutna
        bierzeWkoło obchodzę wieżę:Ma łokci z pięć tysięcyLub może jeszcze więcej,A jaj
        sklepiony dachPo prostu ginie w mgłach.Na pomysł wpadam wreszcie:Skupuję sznury
        w mieścieI łączę je w godzinęW niezwykle długą linę,Najdłuższą, jaką znam,To
        mogę przysiąc wam.Jej koniec pochwyciłem,Przez wieżę przerzuciłem,By po dwóch
        stronach wieżyZwisała jak należy,Więc oba końce jużZ dwóch stron zwisają
        wzdłuż.Dwie pętle na nich robię,Z nich jedną mam na sobie,A druga pętla
        takaOplata grzbiet rumaka.Wyprężył rumak grzbietI pocwałował wnet.Sznur górą
        przerzucony,Koń ciągnie z jednej strony,A z drugiej wraz ze sznuremJa się
        unoszę w górę -Nim jeszcze błyśnie świtDostanę się na szczyt.Rwie naprzód rumak
        chyży,Mnie wciąga coraz wyżej,Obijam się o muryI widzę, patrząc z góry,Że koń
        mój poprzez mgłyNie większy jest od pchły.Migają piętra wieży,Czupryna mi się
        jeży,Bo lęk mam nieustanny,Czy dotrę do Joanny?Lecz oto już jej twarz.Stój
        koniu! Dokąd gnasz?Na wprost jej okna wiszę,Na linie się kołyszę,Spoglądam, a
        JoannaTo całkiem stara panna,Co ma z sześćdziesiąt lat.No - myślę - ładny kwiat!
        Zgarbiona, siwiuteńka,Maleńka babuleńka!Snadź podróż moja trwałaCzterdzieści
        lat bez mała.I ja - w odbiciu szyb -Już jestem stary grzyb.Widokiem tym
        złamanyChwyciłem nóż składany,Przeciąłem sznur - i jazda!Jak spadająca
        gwiazda,Na łeb - na szyję - w dół,I jużem śmierć swą czuł.Lecz tak mi się
        powiodło,Żem trafił prosto w siodło.Spoglądam - nie do wiary!Nie jestem wcale
        stary.Siwizny zniknął ślad,Mam znów trzydzieści lat.Mój koń jest też bez
        zmianyI rączy, i bułany.Ruszyłem tedy w drogę,A dziś już dojść nie mogę,Kto
        wtenczas z wieży spadł:Ja, ojciec mój czy dziad?Tu drugi zuch zawoła:Historia
        dziwna zgoła,Aż mnie przejmują dreszcze!Mów, Szaławiło, jeszcze,Mów, Szaławiło,
        znów,Słuchamy twoich słów!Znów rycerz łyknął piwaI rzekł: Przeróżnie
        bywa.Słuchajcie, zuchy, bowiemHistorię wam opowiem,Którą przez kilka
        latRozbrzmiewał cały świat.Gdy z wojskiem stałem w polu,Królowa Neapolu,Co ceni
        mnie ogromnie,Przesłała liścik do mnie:Monsieur de Chalavil(Francuski niby
        styl) -Śmierć sroga mi zabrałaMojego admirała.Mam wielką więc ochotę,Ażebyś pan
        mą flotęNa zachód i na wschódDo nowych zwycięstw wiódł!Gdy dama wzywa - jadę.Bo
        taką mam zasadę,Nazajutrz, daję słowo,Stanąłem przed królową:Gdym tylko do niej
        wszedł,Dostałem od niej wnetKapelusz admiralskiI order portugalski,Ponadto
        szpadę złotąI władzę nad jej flotą!Ukląkłem u jej stóp:Zwycięstwo albo grób!
        Gdym złożył tę przysięgę,Dostałem wielką wstęgęI order MargrabiniSardynki czy
        Sardynii -Już nie pamiętam sam.Ten order dotąd mam.Ach! Mam orderów kopyOd
        władców Europy.Gdy nosić je należy,Dobieram dwóch rycerzyI w trzech dźwigamy
        tak,Aż nieraz sił nam brak.Gdy wróg posłyszał o tem,Że ja objąłem flotę,Chciał
        się ulotnić nagle,Więc rozwinąłem żagle,Ruszyła flota w bój,A pierwszy - okręt
        mój!Holendrzy i AnglicyMiotali się jak dzicy,Duńczycy potonęli,Hiszpanów diabli
        wzięliI tylko szwedzki królUniknął naszych kul.Wtem wiatr na morzu
        ustał,Rozwarłem tedy ustaI oddech po oddechuJak z potężnego miechu,Wypuszczać
        jąłem z płuc,Bo przecież ch
        • sainbois Bo przecież chcieć to móc 18.03.04, 08:37
          Wtem wiatr na morzu ustał,Rozwarłem tedy ustaI oddech po oddechuJak z potężnego
          miechu,Wypuszczać jąłem z płuc,Bo przecież chcieć to móc.Dmuchałem tak
          zawzięcie,Że okręt po okręcieWypływał, Szwedów tropiłI niedobitków topił,Bo
          wierzcie - takich płucNie miewał żaden wódz.Walczyłem tak dwa lataNa różnych
          morzach świata,Chińczyków zwyciężyłem,Amerykę odkryłemI jeszcze jeden ląd,Lecz
          go nie widać stąd.Raz siedzę na pokładzie,A okręt mój się kładzie.Zlatuję w
          nurty słone,No - myślę - już skończone.Bo okręt z szumem falPopłynął sobie w
          dal.Historia niewesoła -Rozglądam się dokoła,A tu rekinów stadoJuż grozi mi
          zagładąI pruje siną głąb,I chce mnie wziąć na ząb.A jeden z nich, złowrogi,Już
          chwyta mnie za nogiI paszczą na dwa łokcieObgryza mi paznokcie.To straszne!
          Taki zbójChce przeciąć żywot mój!Więc krzyczę z całej siły:Nie ruszaj
          Szaławiły,Nie zjadaj admirała,Królowa zakazała,Byś admirała jadł!I rekin nagle
          zbladł.Schwyciłem go za ogonI rzekłem z miną srogą:A teraz - jazda! HolujMnie
          wprost do Neapolu!I cóż? Po paru dniachWyrzucił mnie na piach.Królowa przyszła
          do mnie,Cieszyła się ogromnie,Hrabiny, margrabinySzły do mnie w odwiedziny,Za
          nimi cały dwórI książąt długi sznur!Tu trzeci zuch zawoła:Przygoda dziwna zgoła!
          Lecz mów, rycerzu, dalej,Do kufla piwa nalejI opowiadaj znów,Słuchamy twoich
          słów!Chciał mówić Szaławiła,Lecz nagle się zdarzyłaRzecz wprost
          niewiarygodna.Bo Rocha twarz dorodnaWyjrzała z dołu wzwyżZłowieszczo szepcząc:
          Mysz.Na stół nasz rycerz wskoczył,Jak gdyby Turków zoczył,I przerażony
          diabloJął wymachiwać szablą,I pocił się, i trząsł,I skubał rudy wąs.Hej, zuchy,
          oręż bierzcie!A ruszcie się nareszcie,Ta bestia na mnie czyha,Więc brońcie
          mnie, do licha!Mógłbym ją zabić sam,Lecz tępą szablę mam!Mysz do drzwi się
          rzuciła,A wtedy SzaławiłaZawołał: Siodłać konie,Ja w polu ją dogonię!I dał ze
          stołu skokKu drzwiom kierując krok.Niebawem był z powrotemRzęsistym zlany
          potem,Za sobą wlókł dziewczynęI groźną robiąc minęRzekł: Prędzej tu się zbliż!
          Panowie! Oto - mysz!Dziewczyny wzięła postać,By łatwiej tu się dostać.Jak ci na
          imię? Krysia...Toś ty księżniczka mysia,Ja sztuczki takie znam,Umiem je robić
          sam.Ty może nie wiesz o tem,Że jestem właśnie kotemI ciebie zjem panienko?!Tu
          zaczął miauczeć cienkoI na czworakach szedłPociesznie prężąc grzbiet.Od stołu
          wstały zuchy:Popatrzcie na te ruchy!Dalibóg, istne dziwy,To przecież kot
          prawdziwy!A może obraz tenTo jest po prostu sen?A może nam się śniłyPrzygody
          Szaławiły?Przy piwie różnie bywa,Od piwa łeb się kiwa.Hej, gospodyni, radź.Czy
          mamy pić, czy spać?Spać, skoro jest ochota,I już nie męczcie kota,A Krysia -
          marsz do kuchniI zaraz świecę zdmuchnij!Dobranoc! Na mnie czas!Panowie - żegnam
          was.
              • homosovieticus Re: Bo przecież chcieć to móc 19.03.04, 08:13
                sainbois napisała:

                > Szaławiłę stworzył sam Jan Brzechwa
                > opowieść o przygodach rycerza jest długa, musiałam ją skrócić, a i tak forum

                >
                > przycięło, jak kotu ogon w drzwiach:)

                Biedny kotek!

                Oswojony Kot
                "To kojące przebywać z pięknymi kobietami,
                po co wciąż kłamać w takich sprawach.
                Powtarzam:
                To kojace rozmawiać z pieknymi kobietami,
                Chociaż mówimy same głupstwa,

                Ten pomruk niewidzialnych czułków
                jest równie podniecajacy, jak rozkoszny"
                • sainbois Re: Bo przecież chcieć to móc 19.03.04, 11:28
                  homosovieticus napisał:

                  > > przycięło, jak kotu ogon w drzwiach:)
                  >
                  > Biedny kotek!

                  O, nie bolej, wirtualny ogonek bajki o Szaławile łatwo dokleiłam.

                  Oswojony Kot
                  > "To kojące przebywać z pięknymi kobietami,
                  > po co wciąż kłamać w takich sprawach.
                  > Powtarzam:
                  > To kojace rozmawiać z pieknymi kobietami,
                  > Chociaż mówimy same głupstwa,
                  >
                  > Ten pomruk niewidzialnych czułków
                  > jest równie podniecajacy, jak rozkoszny"

                  Wejrzałam w siebie: rzeczywiście, rozmowa z pięknym mężczyzną jest bardzo
                  ekscytująca. Na szczęście w sieci nie muszę brać poprawek na niczyją urodę.
                  :)
                  • homosovieticus Re: Bo przecież chcieć to móc 19.03.04, 11:58
                    "Jak gondola zielonych pachnacych owoców
                    Płynąca mrocznymi kanałami Wenecji.
                    Ty, o znakomita,
                    weszłas do mego wyludnionego miasta."

                    Piękno mówiąc tworzymy.
                    Malując.Komponujac.Rzeźbiąc.Spiewając.Patrząc w oczy bliskie.
                    Czynić może piękno człowiek.
                    Każdy człowiek.
                    Mniej lub więcej.
                        • sainbois Re: Bo przecież chcieć to móc 19.03.04, 15:38
                          poeta Krzysztof Boczkowski cytował Poussina; nie powinnam skracać jego
                          nazwiska. Za pokutę: "Twórca musi również tworzyć siebie", powiedział John
                          Keats, za nim powtórzył Krzysztof Boczkowski.
                          Marianie, czy Ty jesteś Autorem nicków Homosovieticus i Kolargol?
                          Powiadasz, że nie znasz swoich najprawdziwszych słów? jeśli jesteś swoim
                          własnym przyjacielem, to sytuacja inspirująca:)


                          Gość portalu: Marian napisał(a):

                          > :)
                          > Inny poeta Kamil B. pisał;
                          > "Moje mysli sa ciemniejsze od słów proroków.
                          > Moich słów prawdziwych nie zna nikt"
                          > ps
                          > I ja sam czasami.
                            • sainbois Re: Bo przecież chcieć to móc 19.03.04, 20:26
                              Pytam, bo bardzo dawno nie czytałam textów tego Forum. Chciałabym kiedyś
                              jeszcze spotkać kolargola.
                              Czy naprawdę jesteś mnichem?
                              Więc jesteś jeden w dwóch osobach?
                              Oczywiście chodziło mi o przyjazny głos drugi, cichy i pogodny, silny i
                              nieodparty, w stałym dialogu z nami... powiedzmy głos siostrzany czy braterski,
                              jak głosy starych przyjaciół na spacerze w parku, zasłyszane z daleka. Tak mi
                              się myślało wtedy, ale teraz, po przeczytaniu twego oznajmienia, ze nie umiesz
                              być świadomym nieprzyjacielem siebie samego, stanęła mi przed oczami,
                              przypomniała mi się scena oświecenia Buddy (dosłownie, bo jako scena z filmu
                              Bertolucciego "Mały Budda"). Tuż przed swoim ostatecznym oświeceniem Budda
                              musiał się skonfrontować z Marą, królem demonów, to był warunek sine qua non
                              oświecenia; Budda Marę pokonał; pokonawszy nazwał go Architektem, tym co
                              zbudował i budował przez niezliczone eony - jak więc silną! - konstrukcję ego.
                              Zwalić tę budowlę własnego ego to wygrać ze świadomym nieprzyjacielem, no ale
                              wcale nie jest łatwo go spotkać.

                              inspirująca... inspiracja z góry.. do twórczości, oczywiście, radości, miłości,
                              piękna
                              czy może być inspiracją to, co nie przemawia cichym (może zresztą niekiedy
                              gromkim) ale na pewno muzycznym, harmonijnym głosem? (przecież wcale
                              niekoniecznie jak Czajkowski czy Wagner), ale jest szczękiem mieczy i
                              wrzaskiem wojowników?
                              czy wiesz, kto powiedział "i dzwoni cicha dusza muzyczna"?:)
                              Jestem trochę zdezorientowana, powiedz, skąd Wenecja i zielone owoce?
                              Z góry zapłata za odpowiedź, w naturze:

                              Nigdy nie przejrzy nawet kochający
                              Waszej, o byty bezkresne, zasłony,
                              Bo któż potrafi czytać w jaśniejącej
                              Twarzy, przed którą pierzcha wzrok olśniony.

                              Poeta ufa, że w jakiejś postaci
                              Sprawdzi was wreszcie drżącym porównaniem.
                              Z kręgu w krąg wznosi się za waszym trwaniem
                              I trwożnie trop wasz na niebiosach traci.

                              I w końcu jest wam najbliższy tęsknotą,
                              Gdy niespodzianie, jak w słodkiej żałobie,
                              Nie może rozstać się z aleją sadu:

                              Jaszczurka spełzła śpiesznie, gdy on oto
                              Kładzie na ciepłym murze winogradu
                              Prawie odświętnie puste ręce obie.
                              • Gość: Marian Re: Bo przecież chcieć to móc IP: *.gdynia.mm.pl 19.03.04, 21:16


                                Nie jestem mnichem.Jestem chrzescijaninem.Nie cierpię na rozdwojenie jaźni.
                                Wyrzeć się siebie można tylko z wielkiej miłości.
                                Wenecja i zielone owoce ukradziono imagistom.
                                Z góry zapłata za odpowiedź w naturze ??? Jakieś wirtualne zbizenie? Ciekawe!

                                Anioł ognisty, mój anioł lewy...

                                Anioł ognisty, mój anioł lewy
                                Poruszył dawną miłości strunę.
                                Z tobą! o! z tobą, gdzie białe mewy,
                                Z tobą w podśnieżną sybirską trunę,
                                Gdzie wiatry wyją tak jak hyjeny,
                                Tam, gdzie ty pasasz na grobach reny.

                                Z grobowca mego rosną lilije,
                                Grób jako biała czara prześliczna -
                                Światło po nocy spod wieka bije
                                I dzwoni cicha dusza muzyczna.
                                Ty każesz światłom onym zagasnąć,
                                Muzykom ustać - duchowi zasnąć.

                                Ty sama jedna na szafir święty
                                Modlisz się głośno - a z twego włosa,
                                Jedna za drugą - jak dyjamenty,
                                Gwiazdy modlitwy lecą w niebiosa.

                                [1846]

                                • sainbois Re: Bo przecież chcieć to móc 19.03.04, 21:48
                                  No tak:)

                                  Proszę:
                                  Otwórzcie mi, stróże anieli,
                                  Błękitne podwoje dni!
                                  O północy anioł w bieli
                                  Z moim wiernym koniem znikł.

                                  Koń mój Bogu niepotrzebny!
                                  Koń mój - siła ma i moc!
                                  Słyszę: gryzie łańcuch srebrny,
                                  Rży żałośnie w głuchą noc.

                                  Widzę: pędzi wśród zamieci,
                                  Targa gniewnie gruby sznur.
                                  Jak z miesiąca z niego leci
                                  Sierść bułana w kłęby chmur.

                                  Jesienin, przetłumaczył W. Broniewski

                                  Jestem ciekawa tej Wenecji
                                  Uprasza się o zamieszczenie w całości:)


                                  • homosovieticus Re: Bo przecież chcieć to móc 19.03.04, 22:09
                                    Любовь с тобой
                                    Автор - sergei blest (apem)
                                    19.03.04 22:10


                                    Любовь с тобой -
                                    Гарантия свиданию,
                                    Чем дольше вместе мы,
                                    Тем ближе к пониманию.

                                    Когда невозмутима и полна
                                    Твоя, любима мной, свобода!
                                    Она дает нам счастье и печаль,
                                    Не требуя развода.

                                    Лишь только пропади,
                                    В тебе, любима мной, свобода!
                                    Сгорят все свечи счастья,
                                    Потребуешь ухода...

                                    • sainbois Re: Bo przecież chcieć to móc 19.03.04, 23:27
                                      Eros
                                      Masken! Masken! Dass man Eros blende,
                                      Wer ertagt sein strahlendes Gesicht,
                                      wenn er wie die Sommersonnenwende
                                      fruhlingliches Vorspiel unterbricht.

                                      Wie es unversehens im Geplauder
                                      anders wird und ernsthaft... Etwas schrie...
                                      Und er wirft den namenlosen Schauder
                                      wie ein Tempelinnres uber sie.

                                      Oh verloren, plotzlich, oh verloren!
                                      Gottliche umarmen schnell.
                                      Leben wand sich, Schicksal ward geboren.
                                      Und im Innern weint ein Quell.

                                      R. M. Rilke
                                      • homosovieticus Re: Bo przecież chcieć to móc 19.03.04, 23:50
                                        О, Если б знал, как правильно любить!
                                        Автор - sergei blest (apem)
                                        11.03.04 02:10


                                        О, Если б знал,
                                        Как правильно любить!
                                        Не стал бы грусть свою поить
                                        Чудным напитком
                                        Из терпких грез
                                        Несбыточной мечты!

                                        Открыл бы сердце,
                                        Тайн твоих узнал!
                                        Тебе я подарил бы мир!
                                        О, если б...
                                        Если б правильно любил...

                                        2004.

                                        • sainbois Re: Bo przecież chcieć to móc 20.03.04, 09:16
                                          Przetłumacz proszę te piękne rosyjskie wiersze, bo ja niezbyt dobrze znam
                                          rosyjski
                                          Zakochać się w Lou? No cóż, może lepiej w niej (jest już czystym duchem od
                                          niejakiego czasu) niż w nikim:) Rozważ to: kochać jedyną ukochaną Nietzschego:)
                                          to dość tworcze:)))
                                          • homosovieticus Re: Bo przecież chcieć to móc 20.03.04, 13:51
                                            sainbois napisała:

                                            > Przetłumacz proszę te piękne rosyjskie wiersze, bo ja niezbyt dobrze znam
                                            > rosyjski
                                            > Zakochać się w Lou? No cóż, może lepiej w niej (jest już czystym duchem od
                                            > niejakiego czasu) niż w nikim:) Rozważ to: kochać jedyną ukochaną
                                            Nietzschego:)
                                            >
                                            > to dość tworcze:)))
                                            rosyjskiego nie znam dobrze .Czuję tylko co chiał powiedzieć oniesmielony..
                                            Lou to kobieta z którą może dwa dni bym wytzrymał .Urokliwa była, wiec chłópy
                                            wrazliwe i wykształcone pogubiły się w zatracie.
                                            Dla mnie kobieta życiem jest nie partnerem .
                                                • sainbois Re: Jak więc wyznajesz miłość ukochanej? 21.03.04, 14:39
                                                  homosovieticus napisał:

                                                  > sainbois napisała:
                                                  >
                                                  > > Jak?
                                                  > > Jak mówisz samemu życiu, że je kochasz?
                                                  > > Piękniej niż Rainer - Lou?
                                                  > > Jak?
                                                  > po prostu "kocham cię życie"- jak Gepert. I wierzę, że się nie rozstanę z
                                                  Tobą
                                                  > -
                                                  > Życie.

                                                  Wyznanie twojej miłości do ukochanej, która jest twoim Życiem, ma wielki
                                                  ładunek twórczej energii, pozytywnie oddziałało i na mnie, której tym wyznaniem
                                                  odpowiedziałeś, i zapewne na każdego, kto je przeczyta. Magiczna siła słowa.
                                                  Ale pozwól - mówisz, że jesteś chrześcijaninem. Co więc znaczy gdy mówisz
                                                  ukochanej (ważnej dla ciebie jak życie): Kocham Cię?
                                                  Czyli: akceptuję i podtrzymuję magią mego kochającego słowa twoje życie?
                                                  Czy biorę za nie odpowiedzialność wobec Boga?
                                                  • Gość: Marian Re: Jak więc wyznajesz miłość ukochanej? IP: *.gdynia.mm.pl 21.03.04, 19:06
                                                    sainbois napisała:

                                                    > homosovieticus napisał:
                                                    >
                                                    > > sainbois napisała:
                                                    > >
                                                    > > > Jak?
                                                    > > > Jak mówisz samemu życiu, że je kochasz?
                                                    > > > Piękniej niż Rainer - Lou?
                                                    > > > Jak?
                                                    > > po prostu "kocham cię życie"- jak Gepert. I wierzę, że się nie rozstanę z
                                                    > Tobą
                                                    > > -
                                                    > > Życie.
                                                    >
                                                    > Wyznanie twojej miłości do ukochanej, która jest twoim Życiem, ma wielki
                                                    > ładunek twórczej energii, pozytywnie oddziałało i na mnie, której tym
                                                    wyznaniem
                                                    >
                                                    > odpowiedziałeś, i zapewne na każdego, kto je przeczyta. Magiczna siła słowa.
                                                    > Ale pozwól - mówisz, że jesteś chrześcijaninem. Co więc znaczy gdy mówisz
                                                    > ukochanej (ważnej dla ciebie jak życie): Kocham Cię?
                                                    > Czyli: akceptuję i podtrzymuję magią mego kochającego słowa twoje życie?
                                                    > Czy biorę za nie odpowiedzialność wobec Boga?


                                                    MIŁOŚĆ, MIŁOŚĆ, och ta MIŁOŚĆ ....zabobony
                                                    Autor: homosovieticus
                                                    Data: 01.03.2004 09:22 + dodaj do ulubionych wątków

                                                    + odpowiedz na list

                                                    --------------------------------------------------------------------------------
                                                    Rzecz dziwna , że miłośc , a wiec przeżycie, zdawałoby się wszystkim dostępne i
                                                    piękne, stałą się przedmiotem zabobonów.
                                                    Aby to zrozumieć, wypada przypomnieć parę zasadniczych cech miłości,
                                                    wypracowanych w XX wieku przez filozofów ( Scheler i inni).
                                                    Pierwszą taką cechą, jest to ,że przedmiotem miłości godnym tej nazwy jest
                                                    zawsze konkretna osoba ludzka, a nie anonimowe indywiduum.Inną cechą miłości
                                                    jest jej złożoność. Z jednej stronyodróżniamy9 Już od czasów stoików) cztery
                                                    typy miłości:
                                                    1- miłość rodzinna (storage)
                                                    2- przyjażń(filia)
                                                    3- miłość erotyczna (eros)
                                                    4- miłość duchowa (agape)
                                                    skądinąd mozemy wyróżnić w człowieku cztery poziomy:
                                                    roślinny
                                                    zwierzęcy
                                                    duchowy
                                                    miłość może występować na każdym z nich.
                                                    Przy tym pełna miłość obejmuje je wszystkie równocześnie
                                                    Pierwszy zabobon odnoszą cy się do miłości dotyczy jej przedmiotu.
                                                    tym zabobonem jest altruizm, który jest miłoscią innego człowieka,
                                                    abstrakcyjnego, anonimowego i to dlatego, że jest on inny , obcy nam.
                                                    Drugim zabobonem , bardzo rozpowszechnionym, jest sprowadzanie miłoścido jednej
                                                    z jej postaci, przedewszystkim do jednego jej poziomu.Niektórzy widzą miłość
                                                    tylko na poziomie roślinnym, płciowym; tak np. w jezyku francuskim"uprawiać
                                                    miłość" znaczy po prostu tyle co spółkowac.Podobnego znaczenia zaczyna
                                                    nabierać i jezyku polskim. " Kochać się z kimś" to tyle co z nim kopulowac.
                                                    Inni sprowadzają miłość tylko do uczucia.Miłość jest niewątpliwie także uczuciem
                                                    ,ale nie tylko uczuciem.Jesli jest pełna, obejmuję także z koniecznościwolę
                                                    służeniai wolę dobra ukochanej osoby.


                                                  • sainbois Retoryka exklamacji 21.03.04, 19:26
                                                    czyli retoryka dionizyjskich emocji, wsparta na fundamencie cynicznej retoryki
                                                    Ojca Bocheńskiego.
                                                    cztery poziomy człowieka - zapomniałeś o czwartym królestwie, minerałów
                                                    :)
                                                  • homosovieticus Re: To LOGIK nie IDEOLOG zapamiętaj 21.03.04, 20:27
                                                    sainbois napisała:

                                                    > czyli retoryka dionizyjskich emocji, wsparta na fundamencie cynicznej
                                                    retoryki
                                                    > Ojca Bocheńskiego.
                                                    > cztery poziomy człowieka - zapomniałeś o czwartym królestwie, minerałów
                                                    > :)
                                                    Nazywanie cyniczną, retorykę Bochańskiego jest nieporozumieniem.To LOGIK a
                                                    nie IDEOLOG.Najpierw poznaj a potem wydawaj osąd.Śmieszności niezamierzonej
                                                    można w ten sposób uniknać.
                                                    W człowieku, za Arystotelesem a potem Akwinantą, trzy poziomy jestestwa
                                                    rozróżniamy. Z rozpędu podałem ,że cztery, przeprasza.
                                                  • sainbois To TEOLOG i DOMINIKANIN zapamiętaj 21.03.04, 22:57
                                                    a także sowietolog, a także redaktor pobożnych pisemek
                                                    oparcie refleksji filozof. na chwycie językowym jest postmodernistycznie
                                                    przewrotne, ale i intelektualnie nietwórcze, więc nieskuteczne
                                                    odwraca bieg sztyletu, ale ostrze rani do krwi (zabobon oświeceniowy:)
                                                    jak, powiedzmy, apologia małżenstw homoseksualnych
                                                    czwarte królestwo to królestwo kryształu górskiego, miło mi, że mogłam je
                                                    przywołać
                                                    niewiedza nie jest śmieszna, bo zawsze można się nauczyć
                                                  • Gość: Marian Re: NIGDY TEOLOGII NIE UPRAWIAŁ IP: *.gdynia.mm.pl 21.03.04, 23:05
                                                    Miał doktorat z teologii bo inaczej nie mozna, dominikanie to potega w logice
                                                    oprocz Rosjan i kilku wybitnych braciach starszych w wierze. Przynależnosc do
                                                    koscioła nie jest powodem do powatpiewania w wartosc naukową dzieł człowieka.
                                                    Takie uprzedzenia dowodem raczej zabobonu oswieceniowego są. Co czytałas
                                                    Bocheńskiego?
                                                  • sainbois A UPRAWIAŁ SOWIETOLOGIĘ? 21.03.04, 23:25
                                                    Gość portalu: Marian napisał(a):


                                                    > Miał doktorat z teologii bo inaczej nie mozna, dominikanie to potega w logice
                                                    > oprocz Rosjan i kilku wybitnych braciach starszych w wierze. Przynależnosc do
                                                    > koscioła nie jest powodem do powatpiewania w wartosc naukową dzieł człowieka.
                                                    > Takie uprzedzenia dowodem raczej zabobonu oswieceniowego są. Co czytałas
                                                    > Bocheńskiego?


                                                    Nie mam uprzedzeń wobec religijnych logików, albo szerzej - nie mam żadnych
                                                    uprzedzeń wobec nikogo.
                                                    Dawno temu czytałam 100 zabobonów i wspomnienia.
                                                  • Gość: Marian UPRAWIAŁ SOWIETOLOGIĘ IP: *.gdynia.mm.pl 21.03.04, 23:34
                                                    Tak Był uważany za najwybitniejszego znawcę przedmiotu.
                                                    Nawet komunisci go szanowali, bo przyjeżdzał do nich, do Moskwy z wykładami.
                                                    Jest dostępny znacznie obszerniejszy zestaw prac Bocheńskiego.
                                                    W Polsce jenteligencja postkomunistyczna nie lubiła Bocheńskiego bo wypomnial
                                                    że najwiekszym błedem jest pozostawienie komunistów w zyciu publicznym i na
                                                    urzędach.
    • leszek.sopot Sopot 6 lipca 1898 19.03.04, 23:01
      Proza dla tych, którzy mają trochę czasu i serca

      "[...] Czułem się tak nie dlatego, że to nastąpiło, bo to musiało kiedyś
      nadejść, lecz, że stało się to właśnie t e r a z, w chwili, kiedym niczego
      tak nie pragnął, jak przynieść Ci w darze nienaruszoną, świętą moją radość i
      miłość i zamknąć Cię w nich jak w niszy o pociemniałych obrazach. Ale byłem jak
      chłopiec, co wybiega pędem z zagubionej gdzieś w pustce zagrody do miasta, w
      noc i burzę, po lekarstwo dla śmiertelnie chorej siostrzyczki, i w jasnym
      świetle świtu, uwiedziony dziecinną zabawą, zapomina o właściwym celu drogi i
      wesół wraca do chaty bez niecierpliwie oczekiwanej pomocy... Jego rozradowanie
      zmienia się w płacz, a za nim staje rozpacz. Tak było ze mną.
      [...] Wiedziałem tylko, że zawsze z taką ogromną cierpliwością wysłuchiwałaś
      moich niezliczonych drobnych skarg, i oto naraz spostrzegam, że znowu roztaczam
      swe żale przed Tobą, a Ty jak dawniej je słuchasz. Ogarnął mnie wstyd, stało mi
      się gorzko na duszy. Bo to tak dobrze pasowało do mieszkańców Pragi, którzy
      całe życie przeżuwają swą własną przeszłość. Są jak trupy, co nie mogą zaznać
      spokoju i muszą ciemną nocą powtórnie przeżywać swą śmierć, błądząc i mijając
      się wzajem pośród kamiennych grobowców. [...]
      Kiedyś mnie przedtem pytała o przyszłość moją, całą noc leżałem bezsenny,
      bezradny, pogrążony w ponurych myślach, teraz zaś, gdym Cię rankiem znów
      spotkał, pojąłem, żeś Ty właśnie, zawsze Odmienna, zawsze Młoda, jest wiecznym
      moim celem i że dla mnie istnieje tylko jedno jedyne spełnienie, które zawiera
      w sobie wszystko: iść naprzeciw Ciebie.
      Gdyby moja ukochana była biedną, małą dziwczynką, musiałbym się z nią rozstać
      na zawsze, ona bowiem kochałaby swą przeszłość i moje młode róże zawsze by
      wiązała wyblakłymi wstążkami, które jej niegdyś w maju przyniosłem. Dlatego
      młodzi mążczyźni muszą często wydawać się niewdzięczni i niestali właśnie wobec
      tych delikatnych i tak radośnie się ofiarujących istot, które im dały z siebie
      wszystko; owe dziewczęta są jak skrzypce o jedynej pieśni, i nie wiedzą, kiedy
      się ona już skończyła.
      Twoje struny są bogate i jak długo będę mógł iść, Ty zawsze będziesz przede
      mną. Bitwy moje stały się już od dawna Twoimi zwycięstwami, dlatego czuję się
      tak często mały przy Tobie, ale moje nowe zwycięstwa będą również należeć do
      Ciebie i nimi pragnę Cię obdarzyć. [...]
      Tyś nie jest dla mnie jedynym celem, Tyś jest tysiącem celów. Jesteś wszystkim
      i we wszystkim Cię odnajduję; i ja jestem wszystkim i wszystko Ci przynoszę w
      dfarze, idąc Ci zawsze naprzeciw. [...]
      mam pewność, że dla nas sztuka jest drogą do niego, są bowiem pośród nas
      twórcy, ci Wielcy Złaknieni, co świat cały chłoną w siebie, ci Odmienni, co
      nigdzie nie budują swych chat, owi wpatrzeni w Wieczność, któzy ponad dachami
      domostw sięgają stuleci. Oni to biorą kawały życia i dają życie. Jeśli jednak
      kiedyś wchłoną w siebie całe życie i świat cały w sobie dźwigać będą z
      wszystkimi jego mocami i możliwościami - wówczas mogą stworzyć rzeczy wielkie,
      sięgnąć najwyżej...
      Wiem teraz, to my jesteśmy przodkami Boga i tylko my, w naszej najgłębszej
      samotności, krocząc naprzód sięgamy zarazem przez tysiąclecia aż do Jego
      początków. Czuję to!"

      Sopot kiedyś skłaniał do takich listów...

      --
      "w walce przeciwko rywalom biorą udział niewolnicy władcy, którym zdaje się, że
      wynik zmagań ich dotyczy"
      Simone Weil, "Wybór pism", tłum. Czesław Miłosz, Krąg 1983 r.
      • homosovieticus Re: Sopot 6 lipca 1898 19.03.04, 23:30
        Leszku nie rozumiem tego fragmentu.
        zechciej pomóc!
        proszę

        "mam pewność, że dla nas sztuka jest drogą do niego, są bowiem pośród nas
        twórcy, ci Wielcy Złaknieni, co świat cały chłoną w siebie, ci Odmienni, co
        nigdzie nie budują swych chat, owi wpatrzeni w Wieczność, któzy ponad dachami
        domostw sięgają stuleci. Oni to biorą kawały życia i dają życie. Jeśli jednak
        kiedyś wchłoną w siebie całe życie i świat cały w sobie dźwigać będą z
        wszystkimi jego mocami i możliwościami - wówczas mogą stworzyć rzeczy wielkie,
        sięgnąć najwyżej...


        A tu szczególnie ciemno mi:

        Wiem teraz, to my jesteśmy przodkami Boga i tylko my, w naszej najgłębszej
        samotności, krocząc naprzód sięgamy zarazem przez tysiąclecia aż do Jego
        początków. Czuję to!"
        • leszek.sopot Re: Sopot 6 lipca 1898 19.03.04, 23:40
          Ten, który mógłby ci wyjaśnić te zdania, niestety nie żyje. Mogę próbować tylko
          naprowadzić cię na pewien trop: on i ona chcieli tworzyć sztukę, chcieli być
          jak inni Wielcy Złaknieni i zapewnie on chciał by ona pomogła mu sięgnąć
          najwyżej.
          W drugim cytacie zgaduję, że po to by stworzyć pierwsze wyobrażenie Boga,
          potrzebny nie był Bóg, który się objawił, ale potrzebni byli "mistycy", którzy
          jego wyobrażenie stworzyli.
          --
          "w walce przeciwko rywalom biorą udział niewolnicy władcy, którym zdaje się, że
          wynik zmagań ich dotyczy"
          Simone Weil, "Wybór pism", tłum. Czesław Miłosz, Krąg 1983 r.
          • homosovieticus Re: Sopot 6 lipca 1898 19.03.04, 23:49
            leszek.sopot napisał:

            > Ten, który mógłby ci wyjaśnić te zdania, niestety nie żyje. Mogę próbować
            tylko
            >
            > naprowadzić cię na pewien trop: on i ona chcieli tworzyć sztukę, chcieli być
            > jak inni Wielcy Złaknieni i zapewnie on chciał by ona pomogła mu sięgnąć
            > najwyżej.
            > W drugim cytacie zgaduję, że po to by stworzyć pierwsze wyobrażenie Boga,
            > potrzebny nie był Bóg, który się objawił, ale potrzebni byli "mistycy",
            którzy
            > jego wyobrażenie stworzyli.
            Dzięki!
            • leszek.sopot Rainer do Lou: Sopot 16.07.1898 20.03.04, 09:18
              "[...] To tylko piękny frazes, że państwo stara się o dobrobyt mas,
              zaspokajając wedle możliwości potrzeby jednostek. Wzajemny związek jednostek
              może powstać jedynie na bardzo niskim lub na najwyższym stopniu rozwoju. Raz
              tam, gdzie każdy człowiek jest tylko powieleniem swego wspóplemieńca, i drugi
              raz dopiero po tysiącleciach, gdy związek taki złączy najdojrzalsze,
              najdoskonalej ukształcone indywidualności, z których każda przedstawia własny
              świat dla siebie ze wszystkimi jego mocami i możliwościami, tak zamknięty,
              bogaty i samowystarczalny, że jeden drugiemu nigdy nie będzie zagrażał.
              Z odległych, swobodnych przestrzeni
              Zaciągnęli swego Boga i wtrącili
              Przemocą w swój własny czas...
              I siedzieli, i śpiewali na jego cześć,
              Aż On w końcu niemal zniknął
              Pogrążony w ich ciemnościach

              Zapalają jasne świece,
              Tysiące świec, i błagają,
              By ich światła nie zgasły,
              Zanim w sercach nie odkryją
              Śladów swego Boga..."

              --
              "w walce przeciwko rywalom biorą udział niewolnicy władcy, którym zdaje się, że
              wynik zmagań ich dotyczy"
              Simone Weil, "Wybór pism", tłum. Czesław Miłosz, Krąg 1983 r.
    • homosovieticus A taka proza podoba się? 20.03.04, 00:03
      Człowiek tłumu


      C’est grand malheur, de ne pouvoir être seul1.(La Bruyère)Słusznie powiedziano
      o pewnej książce niemieckiej: es lässt sich nichtlesen - nie daje się czytać.
      Bywają tajemnice, które nie dają sięwypowiedzieć. Ludzie konają nocami w swych
      łożach, ściskając dłonie upiornych spowiedników i patrząc im żałośnie w oczy -
      konają z rozpacząw sercu i zdławionym gardłem z powodu tajemnic, które nie
      znoszą, abyje wyjawiano. Zdarza się. niestety, że sumienie ludzkie dźwiga tak
      ciężkie brzemię okropności, iż może pozbyć się go tylko w grobie. Stąd to
      istota wszelkiej zbrodni pozostaje w ukryciu.Niedawno temu, późnym wieczorem
      jesiennym, siedziałem u wielkiego,sklepionego okna kawiarni D. w Londynie.
      Chorowałem przedtem przez kilka miesięcy, lecz już powracałem do zdrowia i z
      przybytkiem sił poczułem się w owym błogim usposobieniu, co stanowi wręcz
      przeciwieństwo do ennui i jest najbystrzejszą przenikliwością - kiedy rozprasza
      się obłok, co tłumił jasność widzenia duchowego, i zelektryzowany intelekt
      ponad swój stan zwyczajny w nie mniejszej wydźwiga się mierze niż żywe, lecz
      przejrzyste rozumowanie Leibnitza wznosi się ponad bałamutną i nikłą retorykę
      Gorgiasa. Już oddychaniesprawiało mi przyjemność i byłem zdolny czerpać
      rzeczywiste rozkoszenawet z istotnych źródeł bólu. Zwracałem spokojną, lecz
      badawczą uwagęna wszystko. Z cygarem w ustach i jakimś dziennikiem na
      kolanachspędziłem znaczną część popołudnia bądź to zagłębiając się
      wogłoszeniach, bądź też przypatrując się mieszanemu towarzystwu, cozapełniało
      kawiarnię, lub wreszcie wyglądając przez zamglone szyby naulicę.Stanowi ona
      jeden z głównych szlaków miasta i roiła się od ludzi przezcały dzień. Lecz z
      nastaniem ciemności natłok wnet się powiększył, zaśkiedy światła zapalono, dwa
      gęste i nieprzerwane nurty ludzkie krążyłyprzede drzwiami. O tej porze wieczora
      nie bywałem nigdy w podobnym usposobieniu, toteż zgiełkliwe morze głów ludzkich
      napełniło mnienowymi i rozkosznymi wrażeniami. Już od dawna przestałem
      zwracaćuwagę na to, co działo się w kawiarni, i skupiłem całą swą baczność
      nawidownię uliczną.Spostrzeżenia moje przybierały zrazu obrót abstrakcyjny i
      uogólniający.Spostrzegałem przechodniów tłumami i zdawałem sobie sprawę z
      ichwzajemnych, zbiorowych stosunków. Ale wnet przeszedłem do szczegółów iz
      drobiazgowym rozpatrywałem zajęciem nieprzebraną rozmaitość postaci,strojów,
      zachowania się, wyglądu, rysów i wyrazów twarzy.Przeważająca większość
      wyglądała na ludzi zadowolonych i oddanychswym zajęciom, co myśleli tylko o
      tym, by utorować sobie drogę śródtłoku. Brwi mieli zmarszczone i spojrzenia
      żywe; gdy ich potrącił kto zsąsiednich przechodniów, nie okazywali
      zniecierpliwienia, lecz poprawialiubranie i spieszyli dalej. Inni, dość jeszcze
      liczni, mieli niespokojne ruchyi podniecone twarze; gestykulowali i mówili do
      siebie, jakby w poczuciusamotności, zaczerpniętym z przeświadczenia o gęstwie
      okólnego tłumu.Napotkawszy przeszkodę, przestawali nagle mamrotać, lecz
      podwajali swegesty i z roztargnionym, wymuszonym uśmiechem czekali,
      byprzechodzień ustąpił im z drogi. Potrąceni wywzajemniali się ukłonami inie
      posiadali się z zakłopotania. Poza tym, o czym już wspomniałem, tedwie liczne
      gromady ludzkie nie zaznaczały się niczym osobliwszym.Odzież ich była tego
      rodzaju, który daje się określić dokładnie słowem:przyzwoity. Byli to
      niewątpliwie: szlachta, kupcy, adwokaci, przemysłowcy,spekulanci giełdowi -
      eupatrydzi i zwykła gawiedź - próżniacy i ludzieczynni, zajęci własnymi
      sprawami, prowadzący swe przedsiębiorstwa nawłasną odpowiedzialność. Ci niezbyt
      pobudzili moją uwagę.Zawodowych subiektów poznawało się od razu; rozróżniłem
      śród nich dwiecharakterystyczne odmiany. Pierwszą stanowili pośledniejsi
      subiekci zpodrzędnych przedsiębiorstw - młodzieńcy w obcisłej odzieży
      ilakierowanym obuwiu, o wypomadowanych włosach i pretensjonalnychminach.
      Pomijając pewną układność ruchów, którą dla braku innegookreślenia nazwałbym
      gracją sklepową, zachowanie się ich wydawało misię dokładną podobizną tego, co
      przed dwunastu lub osiemnastumiesiącami uchodziło za ostatni wyraz bon ton.
      Stroili się w znoszoną jużwytworność arystokracji; jest to, jak sądzę,
      najlepsze określenie tej klasy.Co do drugiej odmiany starszych subiektów z
      poważnych firm handlowych,czyli co do tak zwanych statecznych starszych panów,
      niepodobna było siępomylić. Wyróżniali się wygodnym krojem surdutów i
      pantalonów czarnychlub brunatnych, białymi kamizelkami i krawatami,
      przestronnym, dobrzeodrobionym obuwiem oraz grubymi pończochami lub
      kamaszami.Wszyscy byli lekko łysawi i u każdego prawe ucho, za którym zwykło
      tkwićpióro, nawykowo odstawało na końcu. Zauważyłem, że zawsze wkładali
      izdejmowali kapelusze obiema rękami i posługiwali się zegarkami nakrótkich,
      złotych łańcuszkach staroświeckiej, porządnej roboty. Dbali opozory
      szanowności - jeśli w ogóle można przyswoić sobie tak zaszczytnepozory.Zdarzało
      się także wielu osobników odrażającej powierzchowności; złatwością dostrzegałem
      w nich bezczelnych złodziei kieszonkowych, co sąplagą każdego wielkiego miasta.
      Przyglądałem się tym wytwornisiom zwielką bacznością i niełatwo przyszło mi
      pojąć, jak ludzie z towarzystwamogą się mylić do tego stopnia, by uważać ich za
      równych sobie.Przestronne rękawy oraz pozory niezwykłej towarzyskiej
      swobodypozwalały odgadnąć ich od razu.Szulerzy - a widziałem ich niemało - byli
      jeszcze łatwiejsi do poznania.Przesuwali się, ubrani nader rozmaicie, od
      desperackich alfonsów wwelwetowych kamizelkach, fantastycznych krawatach, z
      pozłacanymidewizkami i misternymi spinkami, aż do duchownych, tak
      nieskazitelniepoprawnych w stroju, że wprost niepodobna było powziąć
      podejrzenia. Atoliwszyscy dawali się rozpoznać po wymokłych, śniadych twarzach,
      mętnych,przymglonych oczach jako też bladych i zaciśniętych wargach.
      Ponadtobyły jeszcze dwa inne rysy, po których domyślałem się ich
      niezawodnie:oględne tłumienie głosu w rozmowie tudzież większe niż zazwyczaj
      odchylenie wielkiego palca pod kątem prostym do innych palców. Naderczęsto w
      towarzystwie tych oszustów dostrzegałem ludzi o niecoodmiennym wyglądzie, lecz
      były to ptaki z jednego gniazda. Można by ichokreślić jako dżentelmenów
      żyjących psim swędem. Czyhają oni napubliczność w dwu zastępach: salonowców i
      wojskowych. Głównymznamieniem pierwszych są bujne fryzury i uśmiechy, drugich -
      wcięteżakiety i marsowe spojrzenia.Zstępując po drabinie tego, co zowie się
      gentility, napotykałemciemniejsze i gęstsze tematy do rozmyślań. Widziałem
      żydowskichkramarzy, których oczy błyskały jak u jastrzębi, zaś rysy nie
      wyrażały nicinnego prócz nikczemnej uniżoności; zuchwałych, zawodowych
      żebrakówulicznych, spoglądających spode łba na ubogich lepszego pokroju,
      którychtylko rozpacz zmusiła po nocy żebrać miłosierdzia; słabych
      iwynędzniałych inwalidów, na których ręka śmierci spoczywała jużniechybnie i
      którzy słaniali się i potykali śród tłuszczy, spoglądającwszystkim błagalnie w
      oczy jakby w poszukiwaniu przypadkowej pociechyczy postradanej nadziei; młode,
      skromne dziewczęta, wracające po długiejpracy do nędznego domostwa i
      wzdrygające się ze łzami raczej niż zoburzeniem pod spojrzeniami rozpustników,
      których spotkania nie udałoim się uniknąć; dziewki uliczne wszelkiego wieku i
      rodzaju; doskonałepiękności w pełnym kobiecej urody rozkwicie, przypominające
      posągi zLucjana, o powłokach z paryjskiego marmuru i o wnętrzach
      pełnychniechlujstwa - i ohydne, beznadziejnie upadłe trędowate w łachmanach -
      ipomarszczone, umalowane, obwieszone klejnotami wiedźmy, co żadnąmiarą nie
      chciały rozstać się z młodością - wreszcie istne dzieci o nierozwiniętych
      jeszcze kształtach, lecz obeznane już pod wpływem otoczeniaze wstrętnymi
      umizgami swego rzemiosła i pałające niepohamowanąchętką, by dorównać swym
      starszym mistrzyniom w występnym zaw
      • leszek.sopot Re: A taka proza podoba się? 20.03.04, 00:28
        A gdzie tu o pierwszej miłości i kobietach? Ta proza chyba do innego wątku...
        --
        "w walce przeciwko rywalom biorą udział niewolnicy władcy, którym zdaje się, że
        wynik zmagań ich dotyczy"
        Simone Weil, "Wybór pism", tłum. Czesław Miłosz, Krąg 1983 r.
          • sainbois Re: A taka proza podoba się? 20.03.04, 09:13
            każdą ludzką zbiorowością rządzi sex, niczego innego nie zaobserwujesz na
            procesji, na koncercie, na dyskotece, w kawiarni
            jeśli będziesz widzem, nic nie pojmiesz z mechanizmu extazy, uruchamianej przez
            pełną, zrealizowaną miłość, a łatwo pogrążysz się w fałszywej wygodnej
            mizantropii
    • homosovieticus Re: My też tak potrafimy, no może nie zupełnie ta 20.03.04, 01:48
      Do Lady Caroline Lamb
      (Sierpień 1812)
      Najdroższa Caroline!
      Jeżeli łzy moje, które widziałaś (wiesz, że nie pojawiają się
      zbyt łatwo), jeśli podniecenie, w którym rozstałem się
      z Tobą, podniecenie, które - jak musiała okazać Ci cała ta
      nerwowa historia - zaczęło się dopiero wtedy, gdy zbliżył się
      moment naszego rozstania - jeśli wszystko, co powiedziałem
      i uczyniłem, i co jestem aż nazbyt gotów powiedzieć
      i uczynić raz jeszcze, jeśli to wszystko nie przekonało Cię
      dostatecznie, jakie w istocie są i zawsze będą moje uczucia
      dla Ciebie, ukochana, to już nie wiem, jak Cię przekonać.
      Bóg świadkiem, że pragnę Twego szczęścia, a gdy od Ciebie
      odejdę, czy raczej Ty mnie opuścisz, wiedziona poczuciem
      obowiązku wobec Swego Męża i Matki, wtedy doświadczysz
      prawdy tego, co jeszcze raz obiecuję Ci i ślubuję, że żadna
      inna kobieta nigdy nie zajmie- ani w słowach, ani w czynach
      - tego miejsca w moich uczuciach, które jest i zawsze będzie
      najwierniej Tobie poświęcone, póki istnieć nie przestanę.
      Aż do owego momentu nie wyobrażałem sobie, jak szalona
      jest Moja Najdroższa, Najukochańsza Przyjaciółka.
      Nie umiem się wysłowić, zresztą nie czas na słowa,
      ale znajdę dumę, melancholijną rozkosz w znoszeniu cierpień,
      które Ty nie bardzo możesz sobie wyobrazić, bo nie znasz
      mnie. Wybieram się teraz, choć z ciężkim sercem, na miasto,
      bo moje pojawienie się w towarzystwie wieczorem położy
      kres wszelkim niedorzecznym plotkom, jakie mogło wywołać
      dzisiejsze zdarzenie. Czy jeszcze mniemasz, że jestem chłodny
      i surowy, i przebiegły? Czy nawet inni mogliby tak myśleć?
      Albo Matka Twoja - ta Matka, dla której musimy zaiste
      poświęcić wiele, więcej, znacznie więcej, jeśli o mnie chodzi,
      niż kiedykolwiek ona pozna czy też zdoła wyobrazić sobie.
      "Obiecać, że nie będę Ciebie kochał!" - ach, Caroline,
      tego nie sposób obiecać. Ale wszelkie ustępstwa przypisywać
      będę właściwej przyczynie i nigdy nie wyzbędę się tych uczuć,
      których już doświadczyłaś i które w pełni znać będzie zawsze
      tylko moje serce - może i Twoje. Niech Bóg nad Tobą czuwa,
      niech da Ci przebaczenie i błogosławieństwo. Na zawsze -
      i więcej niż na zawsze
      Najczulej do Ciebie przywiązany
      Byron
      • Gość: leje-sie Wiosna sie nam zaczyna IP: 193.235.118.* 20.03.04, 02:37
        i co poniektorzy przypominaja sobie cielece lata. A nie powinni.
        Dlatego przedmowcy dedykuje ten oto erotyk religijny (a tak! religijny!)
        Z glowy pisze wiec pewnie sie rypne:

        I nie milowac ciezko
        I milowac nedzna pociecha

        Komu tak bedzie dostatkiem smakowac
        Zloto, sceptr, slawa i utworzone piekne oblicze
        By ten nienaruszone i mogl miec serce
        I trwog sie warowac

        Milosc jest wlasny bieg bycia naszego
        Ale z zywiolow utworzone cialo
        To chwalac co zna poczatku rownego
        Zawodzi dusze, ktorej wszystko malo

        Gdy Ciebie, wiecznej i prawej pieknosci
        Samej nie widzi celu swej milosci.

        Dla nas wszystkich innych, ktorym wolno dedykuje zas:

        Jesli to nie jest milosc coz ja czuje
        A jesli milosc co to jest takiego
        Jesli rzecz dobra skad gorycz co truje
        Gdy zla skad slodycz cierpienia kazdego

        Jesli z mej woli plone czemu placze
        Jesli wbrew woli coz pomoze lament
        O smierci zywa, radosna rozpaczy
        oto zamet

        W lekkiej od szalenstw w ciezkiej od win lodzi
        w burzy znalazlem sie podarlszy zagle
        Na pelnym morzu samotny bez steru
        plyne nie wiedzac sam juz czego pragne

        W zimie zar pali
        w lecie mroz mnie chlodzi


      • Gość: leje-sie Pewnie ze sie rypnalem IP: 193.235.118.* 20.03.04, 02:41
        i co poniektorzy przypominaja sobie cielece lata. A nie powinni.
        Dlatego przedmowcy dedykuje ten oto erotyk religijny (a tak! religijny!)
        Z glowy pisze wiec pewnie sie rypne:

        I nie milowac ciezko i milowac
        Nedzna pociecha gdy mysli zwiedzone
        Nazbyt cukruja rzeczy one
        Ktore i mienic i musza sie psowac

        Komu tak bedzie dostatkiem smakowac
        Zloto, sceptr, slawa, rozkosz i utworzone piekne oblicze
        By ten nienaruszone i mogl miec serce
        I trwog sie warowac

        Milosc jest wlasny bieg bycia naszego
        Ale z zywiolow utworzone cialo
        To chwalac co zna poczatku rownego
        Zawodzi dusze, ktorej wszystko malo

        Gdy Ciebie, wiecznej i prawej pieknosci
        Samej nie widzi celu swej milosci.

        Dla nas wszystkich innych, ktorym wolno dedykuje zas:

        Jesli to nie jest milosc coz ja czuje
        A jesli milosc co to jest takiego
        Jesli rzecz dobra skad gorycz co truje
        Gdy zla skad slodycz cierpienia kazdego

        Jesli z mej woli plone czemu placze
        Jesli wbrew woli coz pomoze lament
        O smierci zywa, radosna rozpaczy
        oto zamet

        W lekkiej od szalenstw w ciezkiej od win lodzi
        w burzy znalazlem sie podarlszy zagle
        Na pelnym morzu samotny bez steru
        plyne nie wiedzac sam juz czego pragne

        W zimie zar pali
        w lecie mroz mnie chlodzi
        • Gość: leje-sie Kompromitacja IP: 193.235.118.* 20.03.04, 05:30
          Pamiec dobra ale krotka. Mam nadzieje, ze tym razem lepiej sie uda:

          Jesli to nie jest milosc coz ja czuje
          A jesli milosc co to jest takiego
          Jesli rzecz dobra skad gorycz co truje
          Gdy zla skad slodycz cierpienia kazdego

          Jesli z mej woli plone czemu placze
          Jesli wbrew woli coz pomoze lament
          O smierci zywa, radosna rozpaczy
          Jaka nade mna masz moc - oto zamet

          Zeglarz cisniety odmetom dla zeru
          W burzy znalazlem sie podarlszy zagle
          W lekkiej od szalenstw w ciezkiej od win lodzi

          Na pelnym morzu samotny bez steru
          plyne nie wiedzac sam juz czego pragne
          W zimie zar pali w lecie mroz mnie chlodzi

          Sonet to ci jest, ale mi wstyd, bom sie niepotrzebnie wychylal
          • sainbois Mam cię porównać do letniego dnia? 20.03.04, 11:46
            Mam cię porównać do letniego dnia?
            Bardziej łagodny jesteś, bardziej słodki.
            Majowe pączki targa mroźny wiatr,
            A termin dzierżawy lata jest krótki:
            Czasami zbytnio praży niebios oko,
            Często na jego złotym licu chmury;
            A każde piękno traci część uroku
            Zrządzeniem losu, kaprysem natury.
            Lecz nie wygaśnie twoje lato wieczne,
            Ani nie stracisz danego ci piękna;
            Pyszna śmierć nie rzuci na cię cienia,
            Gdy w wiecznym wierszu wyrośniesz bezpiecznie.

            Póki człowieka nie nastąpi koniec,
            Póty ci życie daje żywy sonet.

            William Szekspir, Sonet XVIII
            przełożyła Agnieszka Barszcz

      • sainbois Re: My też tak potrafimy, no może nie zupełnie ta 20.03.04, 09:09
        Biedna Lady Caroline potrzebowała widać do pełnego rozwoju duchowego uczucia,
        że jest niekochana
        Przypomnij sobie Augustę, siostrę przyrodnią i kochankę Byrona. Wiersz długi,
        ale koniecznie trzeba tu antidotum na Caroline:)

        Strofy do Augusty
        Choć się spełniły losów mych godziny,
        A gwiazda moja gaśnie na błękicie:
        Nie chciałaś widzieć we mnie żadnej winy,
        Choć innym łatwe zbrodni mych wykrycie.
        Choć dusza twoja znała me cierpienie,
        Tyś się dzieliła ze mną w tej żałobie
        Tak, że milości mej wszystko marzenie
        jedynie w tobie znalazem ja - w tobie!

        Gdy się natura wokół nas uśmiecha...
        (tutaj trochę opuszczam)
        jeśli coś wzburzą w mym sercu złamanem,
        To przeto, że mnie chcą rozłączyć z tobą.

        Choć skała mojej nadziei rozbita,
        Choć jej odłamy potonęły w falach,
        choć dusza moja cierpieniem okwita,
        Ja w niewolniczych nie upadnę żalach.
        Niech tysiąc bólów ściga nie - nie legnę!
        Zgniotą - nie złamią! pierwej spocznę w grobie -
        Niechaj mnie dręczą - ja kolan nie zegnę!
        nie o nich myślę! Ja myślę o tobie!

        Choć twor człowieczy - tyś mi nie kłamała;
        Chociaż kobieta - tyś mię nie zdradziła;
        Choć spotwarzona - tyś się nie zachwiała,
        Choć ukochana - tyś mię nie smuciła.
        Choć ci wierzyłem - mnie się nie wyparłaś.
        Gdyś mię żegnała - nie, by ujść od brata.
        A gdyś czuwała - czci mi nie wydarłaś,
        A gdyś milczała - nie na potwarz świata.
        (...)
        24 lipca 1816

        doprawdy, bardzo budujące i tkliwe uczucia szarpały poetą dzięki Auguście



        • homosovieticus Re: My też tak potrafimy, no może nie zupełnie ta 20.03.04, 10:23
          Byron - Zmiennaś, lecz miłość twa nie jest zwodniczą

          Zmiennaś, lecz miłość twa nie jest zwodniczą,
          Choć zdradzasz serce, tkliwie wprzód szukane.
          To łzy podwójną zatruwa goryczą,
          Którymi twoją opłakałem zmianę;
          To kruszy serce, które ty zasmucasz,
          Że umiesz kochać - lecz prędko porzucasz.

          Stratę obłudnej mało czuje serce,
          Oziębła wzgarda ściga przeniewiercę.
          Lecz ta, co żadnej myśli nie przebiera,
          Ta, której miłość tak tkliwa jak szczera,
          Jeśli się nawet i taka odmienia,
          Któż by nie doznał mego udręczenia? -

          Marzyć o szczęściu , do cierpień się budzić
          Los jest każdego, co żyje lub kocha.
          Lecz jeśli nawet, przestając nas łudzić,
          Żal w sercu wznieca ćma urojeń płocha,
          Co we śnie z nami igrając łaskawie,
          Tym samotniejszych opuszcza na jawie:

          Jakże więc muszą dręczyć się boleśnie
          Ci, których serca, nie marzeniom we śnie,
          Lecz tkliwym, szczerym uczuciom przywykną,
          A te jak same przewidzenia znikną? -
          Ach, powiedz raczej, że ta moja żałość -
          Grą wyobraźni, snem - twoja niestałość!

          1824r.

          Przekład: Antoni Edward Odyniec
          • sainbois Re: My też tak potrafimy, no może nie zupełnie ta 20.03.04, 11:20
            Nie patrz na mnie z takim wyrzutem,
            Bo choć wzgardę moją dostrzegłaś,
            Lubię oczy twe mgłą zasnute
            I wykrętną twoją uległość.

            Zdajesz mi się wręcz rozpostartą,
            Lecz zobaczyć bierze mnie chętka,
            Jak lisica, udając martwą,
            Nieostrożne chwyta pisklęta.

            No cóż, chwytaj, ja się nie boję,
            Czy twój zapał jednak nie zgaśnie?
            Wiedz, o serce wyziębłe moje
            Już się takie potknęły właśnie.

            Kocham przecież nie ciebie, miła,
            Jesteś echem, jesteś odbiciem,
            W tobie inna mi się wyśniła,
            Co ma oczy całe w błękicie.

            Może nawet nie jest łaskawa
            I na pozór może jest chłodna,
            Lecz jej godny chód i postawa
            Poruszyły mi serce do dna.

            Taką trudno jest otumanić,
            Do niej zawsze pójdę z ochotą,
            A ty nawet nie zdołasz zranić
            Zakłamaną swoją pieszczotą.

            Lecz ci wyznam prawdę zawiłą,
            Chociaż takem cię upokorzył:
            Gdyby piekła i raju nie było,
            Człowiek sam by je sobie stworzył.

            Sergiusz Jesienin
            Moskwa, 1 grudnia 1925
            tłumaczył Jan Brzechwa

              • sainbois Ach, jaka noc! Aż oczy rwie! 20.03.04, 13:43
                Ach, jaka noc! Aż oczy rwie!
                Nie zasnę. Blask i tu się wciska.
                Czy tleje wciąz na serca dnie
                Młodości utraconej iskra?

                Kochanko chłodniejących lat!
                Nie łudź mnie, mówiąc, że to miłość,
                Pozwól, by na wezgłowie padł
                Ten strumień miesięcznego pyłu.

                Niech naznaczoną wiekiem twarz
                Rysuje ostro światłość biała -
                Jakże mną bowiem wzgardzić masz
                Ty, coś pokochać nie umiała.

                Pokochać można tylko raz,
                Stąd jesteś mi tak bardzo obca;
                A lipy próżno mamią nas
                Stopami grzęznąc w śnieżnych kopcach.

                Wiemy wszak dobrze ja i ty
                W ten wieczór siny i wysoki,
                Że to nie zieleń na nich lśni,
                Że skrzy się na nich mroźna okiść.

                Żeśmy kochali - ty nie mnie,
                Ja - inną, jasną i daleką...
                A teraz tylko noce czcze
                W złudnej miłości nam się wleką.

                Lecz dalej grę fałszywą graj
                I tul mnie w pocałunku płochym
                Niech sercu wiecznie śni się maj
                I ona, którą zawsze kocham.

                Jesienin napisał ten wiersz w Moskwie, 30 listopada 1925
                przetłumaczył T. Mongird
                drogi homosovieticusie, w poecie podoba mi się poezja
                w Autorze jego dzieło
                • homosovieticus Re: Ach, jaka noc! Aż oczy rwie! 20.03.04, 14:29
                  sainbois napisała:

                  > Ach, jaka noc! Aż oczy rwie!
                  > Nie zasnę. Blask i tu się wciska.
                  > Czy tleje wciąz na serca dnie
                  > Młodości utraconej iskra?
                  >
                  > Kochanko chłodniejących lat!
                  > Nie łudź mnie, mówiąc, że to miłość,
                  > Pozwól, by na wezgłowie padł
                  > Ten strumień miesięcznego pyłu.
                  >
                  > Niech naznaczoną wiekiem twarz
                  > Rysuje ostro światłość biała -
                  > Jakże mną bowiem wzgardzić masz
                  > Ty, coś pokochać nie umiała.
                  >
                  > Pokochać można tylko raz,
                  > Stąd jesteś mi tak bardzo obca;
                  > A lipy próżno mamią nas
                  > Stopami grzęznąc w śnieżnych kopcach.
                  >
                  > Wiemy wszak dobrze ja i ty
                  > W ten wieczór siny i wysoki,
                  > Że to nie zieleń na nich lśni,
                  > Że skrzy się na nich mroźna okiść.
                  >
                  > Żeśmy kochali - ty nie mnie,
                  > Ja - inną, jasną i daleką...
                  > A teraz tylko noce czcze
                  > W złudnej miłości nam się wleką.
                  >
                  > Lecz dalej grę fałszywą graj
                  > I tul mnie w pocałunku płochym
                  > Niech sercu wiecznie śni się maj
                  > I ona, którą zawsze kocham.
                  >
                  > Jesienin napisał ten wiersz w Moskwie, 30 listopada 1925
                  > przetłumaczył T. Mongird
                  > drogi homosovieticusie, w poecie podoba mi się poezja
                  > w Autorze jego dzieło
                  ze wsi był, z życia prawdy był.
                  A Lermontow?
                  • sainbois Szósty Dalaj Lama 20.03.04, 14:52
                    tak, Jesienin był arcyruski
                    Lermontow? ale co? Demon?

                    To wiersz Szóstego Dalaj Lamy, który miał wiele kochanek i chętnie pił wino, a
                    także pod wieloma innymi względami nie był typowym mnichem

                    Zapach dziewczęcego ciała
                    Miłej mej, królowej szlaku
                    Kryształ górski bez wartości
                    Znaleziony, wyrzucony.


                    • homosovieticus Re: Szósty Dalaj Lama 20.03.04, 15:00
                      sainbois napisała:

                      > tak, Jesienin był arcyruski
                      > Lermontow? ale co? Demon?
                      >
                      > To wiersz Szóstego Dalaj Lamy, który miał wiele kochanek i chętnie pił wino,
                      a
                      > także pod wieloma innymi względami nie był typowym mnichem
                      >
                      > Zapach dziewczęcego ciała
                      > Miłej mej, królowej szlaku
                      > Kryształ górski bez wartości
                      > Znaleziony, wyrzucony.
                      >
                      >
                      przepraszam ale ten lama byl wyjatkowy głupi.Kryształów nie wyrzuca się.Darem
                      Bożym są .Jeśli są miłością.
                      • sainbois Re: Szósty Dalaj Lama 20.03.04, 15:19
                        Choćbym długo medytował,
                        Nie przyjdzie do mnie twarz lamy.
                        Choć nie medytuję wcale,
                        Twarz mej miłej wciąż jest ze mną.
                        napisał VI D.L.

                        jak więc widzisz, Szósty Dalaj Lama był wielce uzdolniony
                        czemu wspomniałeś lermontowa?

                        • homosovieticus Re: Szósty Dalaj Lama 20.03.04, 15:26
                          sainbois napisała:

                          > Choćbym długo medytował,
                          > Nie przyjdzie do mnie twarz lamy.
                          > Choć nie medytuję wcale,
                          > Twarz mej miłej wciąż jest ze mną.
                          > napisał VI D.L.
                          >
                          > jak więc widzisz, Szósty Dalaj Lama był wielce uzdolniony
                          > czemu wspomniałeś lermontowa?
                          >
                          bom wsioch.
                          • sainbois Sen Lermontowa 21.03.04, 14:29
                            Lermontow, powiadasz?

                            SEN
                            Z południa skwar w dolinie Dagestanu.
                            Leżałem z kulą w sercu, zesztywniały.
                            Z dymiącej jeszcze, niezapiekłej rany
                            Krwi mojej krople ciurkiem upływały.
                            Leżałem sam na piasku, śród doliny,
                            Gromady skał piętrzyły się pod niebo,
                            Prażyło słońce żółte ich wyżyny
                            I mnie prażyło, martwym snem śpiącego.
                            I śniło mi się, że w rodzinnejstronie
                            Wieczorną porą kielich krąży wkoło,
                            A dziewy, kwieciem uwieńczywszy skronie,
                            Mówią tam o mnie śmiejąc sie wesoło.
                            I tylko jedna siedzi zamyślona,
                            Nie mówi nic i nic nie odpowiada,
                            I Bóg wie czemu śród szumnego grona
                            W sen smutny młoda dusza jej zapada.
                            I śni sie jej dolina Dagestanu,
                            Znajomy trup w dolinie tej spoczywa
                            I krew dymiąca ze szczerniałej rany
                            Powoli stygnąc, ciurkiem w piasek spływa.

                            przetłumaczył J. Tuwim

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka