Dodaj do ulubionych

Czy POLITYKA to tygodnik satyryczny?

  • ayran 08.05.05, 14:35
    goniacy.pielegniarz napisał:

    > Bo przecież powazna publicystyka ma jakieś swoje granice.
    > A może to jednak żart?

    Najwyraźniej rzadko miałeś okazję czytać tego autora. Żadan strata, nawiasem
    mówiąc, natomiast możesz być pewny, że to jak najbardziej serio.
  • goniacy.pielegniarz 08.05.05, 14:40
    Masz rację. Sporadycznie czytuję felietony w Polityce. Tym większe moje
    zaskoczenie.
  • kataryna.kataryna 08.05.05, 14:56
    goniacy.pielegniarz napisał:

    > Bo przecież powazna publicystyka ma jakieś swoje granice.
    > A może to jednak żart?



    A czy pismo gdzie głównym analitykiem politycznym jest Paradoska może być
    poważne?

    Ten felieton faktycznie niezły :) Autor zapomniało o argumencie nr 9 "Rywin nic
    złego nie zrobił bo przecież nie chciał dla siebie" (Barbara Pec-Ślesicka).

    A propos Polityki i żenady, co się dzieje z "Summą zdarzeń"? Zdjęli prawicowi
    siepacze czy jak?


    --
    kataryna.blox.pl/html
  • ayran 08.05.05, 14:59
    kataryna.kataryna napisała:

    > A propos Polityki i żenady, co się dzieje z "Summą zdarzeń"? Zdjęli prawicowi
    > siepacze czy jak?

    A gdzie w ten weekend są wszyscy potencjalni rozsądni rozmówcy redaktora
    Żakowskiego?
  • kataryna.kataryna 08.05.05, 15:05
    ayran napisał:

    > kataryna.kataryna napisała:
    >
    > > A propos Polityki i żenady, co się dzieje z "Summą zdarzeń"? Zdjęli prawi
    > cowi
    > > siepacze czy jak?
    >
    > A gdzie w ten weekend są wszyscy potencjalni rozsądni rozmówcy redaktora
    > Żakowskiego?



    Racja :)




    --
    kataryna.blox.pl/html
  • pro.filutek1 08.05.05, 19:20
    Ządam wypuścić mego somsiadaz mamra, bo:
    -to dobry chłopak był i mało pił
    - nie zamykajcie drzwi, zostawcie uchylone
    - żeby Polska, żeby Polska, żeby Polska była Polksą
  • goniacy.pielegniarz 08.05.05, 15:05
    kataryna.kataryna napisała:


    > A czy pismo gdzie głównym analitykiem politycznym jest Paradoska może być
    > poważne?

    Ty się nie śmiej, bo ja nie czytywałem regularnie tych felietonów właśnie
    dlatego, że myślałem, iż teksty Paradowskiej wystarczają za cały obraz
    politycznej rzeczywistości w Polsce.

    > Ten felieton faktycznie niezły :) Autor zapomniało o argumencie nr 9 "Rywin nic
    > złego nie zrobił bo przecież nie chciał dla siebie" (Barbara Pec-Ślesicka).

    Może pisał pod wpływem chwilowego uniesienia i niektóre rzeczy pominął.

    > A propos Polityki i żenady, co się dzieje z "Summą zdarzeń"? Zdjęli prawicowi
    > siepacze czy jak?


    Też się zdziwiłem. Szykowałem się już na szeroką debatę na temat wyjazdu Kwacha
    przy udziale rozsądnych dziennikarzy. Ale nic straconego. "7 Dni Świat" chyba
    nadadzą?
  • goniacy.pielegniarz 08.05.05, 15:13
    To te osiem punktów robi wrażenie, ale moim uluboinym fragmentem jest jednak
    chyba ten Kwaśniewskim na wyżynach:

    "U nas nienawistnicy i pieniacze narzucili inne zasady gry. Już sobie wyobrażam,
    co by się działo, gdyby Aleksandrowi Kwaśniewskiemu odnaleziono zatajone
    nieślubne dziecko! Ale właśnie dlatego, w przeciwieństwie do przywódcy
    francuskiego, Aleksander Kwaśniewski musi bez przerwy swój autorytet, że nie
    powiem majestat, budować. Nie widzę zaś na to innego sposobu, jak pozostawanie
    na pewnych wyżynach, gdzie nie dociera ujadanie."

    A także mocne moralne zakończenie:

    "Lew Rywin w zbiorowej celi jest jakąś plamą na naszych sumieniach."
  • t-800 08.05.05, 15:17
    Lech Rywin w więzieniu jest plamą dla tego, kto go - swojego przyjaciela - sprzedał.
    --
    T-800
  • kataryna.kataryna 08.05.05, 15:21
    goniacy.pielegniarz napisał:

    > "U nas nienawistnicy i pieniacze narzucili inne zasady gry. Już sobie
    wyobrażam
    > ,
    > co by się działo, gdyby Aleksandrowi Kwaśniewskiemu odnaleziono zatajone
    > nieślubne dziecko! Ale właśnie dlatego, w przeciwieństwie do przywódcy
    > francuskiego, Aleksander Kwaśniewski musi bez przerwy swój autorytet, że nie
    > powiem majestat, budować. Nie widzę zaś na to innego sposobu, jak pozostawanie
    > na pewnych wyżynach, gdzie nie dociera ujadanie."



    Tak, to jest ładne :) Ciekawe czy na te wyżyny gdzie nie dociera ujadanie,
    dociera wazelina.


    > A także mocne moralne zakończenie:
    >
    > "Lew Rywin w zbiorowej celi jest jakąś plamą na naszych sumieniach."



    Może autor mówi w imieniu GTW?




    --
    kataryna.blox.pl/html
  • goniacy.pielegniarz 08.05.05, 15:31
    kataryna.kataryna napisała:


    > Tak, to jest ładne :) Ciekawe czy na te wyżyny gdzie nie dociera ujadanie,
    > dociera wazelina.

    Na dworze powinien być zdecydowanie ktoś, kto odrzucałby chwasty, gdy idzie o
    dostarczanie prasy panującemu na wyżynach.

    > > A także mocne moralne zakończenie:
    > >
    > > "Lew Rywin w zbiorowej celi jest jakąś plamą na naszych sumieniach."
    >
    >
    >
    > Może autor mówi w imieniu GTW?


    Przecież nie było GTW, tylko grupa ludzi, która próbowała chronić polskie media
    i polską kulturę.
  • nabukko 09.05.05, 14:08
    całe szczęście że nie ty zarozumiała babo
  • kropekuk 08.05.05, 15:30
    zaczyna Polakow uczyc myslenia po europejsku, zamiast ich polskie myslenie -
    jak Bog przykazal - badac...Widac wieloletnia praca jako wykladowcy Sorbony
    Polakom wyraznie szkodzi i sposrod rodakow alienuje;)
    Ja bym sie pod jego tekstem podpisal, ale...nie jestem Polakiem.
    --
    Nie lej w gacie przed PiSuarem
  • goniacy.pielegniarz 08.05.05, 15:34
    W takim razie nie pozostaje mi nic innego, jak wybrać myślenie ponad myśleniem
    europejskim.
  • kropekuk 08.05.05, 16:32
    A szanowny kolega zmieni napewno optyke, gdy dorosnie do profesury Sorbony...Na
    tych, co tylko "mysla" jest tam srednie zapotrzebowanie ;)
    --
    Nie lej w gacie przed PiSuarem
  • ayran 08.05.05, 18:02
    kropekuk napisał:

    > A szanowny kolega zmieni napewno optyke, gdy dorosnie do profesury Sorbony...Na
    >
    > tych, co tylko "mysla" jest tam srednie zapotrzebowanie ;)

    A zna szanowny kolega inne wybitne dzieło owego profesora Sorbonym wydaną w 2001
    roku książkę "Leszek Miller"? Pogratulować autorytetów.
  • kropekuk 08.05.05, 18:10
    Ludwika Szalonego" - mowilem, ze Stomma lepiej sie zna na badaniu "mysli
    nieoswojonej", nizli na tej mysli nieoswojonej ksztaltowaniu ;)
    --
    Nie lej w gacie przed PiSuarem
  • ayran 08.05.05, 18:16
    To ciewkawe skąd twoje uznanie dla prorywinowych przemyśleń z "Polityki" którym
    bliżej do "Leszka Millera"
  • goniacy.pielegniarz 08.05.05, 18:18
    ayran napisał:


    > A zna szanowny kolega inne wybitne dzieło owego profesora Sorbonym wydaną w 2001
    > roku książkę "Leszek Miller"? Pogratulować autorytetów.


    Niestety w Merlinie jej nie ma. Zakupiłbym nawet, a tak chyba skuszę się na tę
    pracę zbiorową. Tytuł mnie zaciekawił. Autorzy zresztą też.


    www.merlin.com.pl/frontend/towar/374019

    Czy tego "Millera" można gdzieś kupić z necie?
  • ayran 08.05.05, 18:36
    goniacy.pielegniarz napisał:

    > Czy tego "Millera" można gdzieś kupić z necie?

    Pewnie używaną, choć kto by się pozbywał tak bezcennej pamiątki. Nakład rozszedł
    się prawie tak samo szybko jak nakład "Strategii dla Polski" i zapewne podobną
    techniką.
  • goniacy.pielegniarz 08.05.05, 18:49
    Rzeczywiście musiało iść jak świeże bułeczki. Tylko ślad po niej pozostał.


    wysylkowa.pl/ks30541.html
  • goniacy.pielegniarz 08.05.05, 18:02
    I tam go nauczyli, że wsadzenie przestępcy za kratki jet plamą na sumieniu?
  • kropekuk 08.05.05, 18:11
    pokazowka zawistnikow, ze slawa i multimilioner tez moze siedziec ;)
    --
    Nie lej w gacie przed PiSuarem
  • homosovieticus 08.05.05, 16:18
    głosem ludzi "towarzystwa".Ludzi nad wyraz prawych i inteligentnych, ale o
    pogladach róznych od tych, które tradycyjnie uważane są za prawe.
    Do "towarzystwa" nie nalezy nikt z forumowiczów.Do "towarzystwa"należy Ludwik
    Stomma. Profesor, literat, inteligent i intelektualista. Jeszcze z czasów PRL-
    u.W "towrzystwie", Ludwik Stomma stawiał pierwsze kroki już w 1969. Dostać się
    do "towrzystwa " jest bardzo trudno.
    Opowiadał o tym Wieczerzak przed komisją śledczą.
    Posiadam spis ludzi z "towarzystwa" i jesli GP, zażyczy sobie to ten spis
    umieszczę na ogłoszeniowym słupie forumowym.
    Tyle tytułem wyjaśnienia o charakterze tygodnika "Polityka".

    ps
    Politycznie, apel Ludwika Stommy do Prezydenta Kwaśniewskiego należy rozumieć
    jako głos całej, świadomej części polskiej opinii publicznej, na głos , której
    Prezydent nie może pozostać obojetnym.
    Po powrocie z Moskwy i danej tam lekcji, bon tonu, Putinowi, Prezydent, rozważy
    w gronie przyjaciół, apel Ludwika Stommy i całego "towarzystwa".
    Pewien jestem ,że zechce pomóc biednemu zwierzęciu.
  • kropekuk 08.05.05, 16:35
    Byl - jak widac - beniaminkiem tego "towarzystwa". Opluskwiac tez trzeba
    potrafic, moj dobry czlowieku! Czyzbys go z jego PAX-owskim ojcem pomylil?
    --
    Nie lej w gacie przed PiSuarem
  • homosovieticus 08.05.05, 17:03
    i już, w roku 1969, zadebiutował w TP.To zdolny i pracowity człowiek i
    eurydyta. Nie, nie pomyliłem Ludwika ze Stanisławem, drogi kropekuku. Zdarza
    mi się natomiast, coraz częściej, uważać Twoje uwagi, za uwagi osła
    dardanelskiego.
    Popraw się, bo ludzie, w naszym Kraju, nie bardzo lubią nie polskich osłów.
  • kropekuk 08.05.05, 17:07
    A na to sie zanosi;)
    --
    Nie lej w gacie przed PiSuarem
  • homosovieticus 08.05.05, 16:51
    nie tylko o Stommie , ale i o innych znanych felietonistach. Zabawne. Polecam
    zainteresowanym pisaniem felietonów.

    (...)Ludwik Stomma natomiast jest twórcą nowego gatunku felietonistyki -
    felietonu dworskiego. Często podejrzewam, że zachwyty Stommy nad Leszkiem
    Millerem, okadzanie szefa SLD, jest szczególnie wyrafinowanym szyderstwem i że
    Stomma, jak przyjdzie co do czego, udowodni nam wszystkim, że ośmieszał wodza z
    premedytacją. A przy okazji i siebie. (...)

    www.press.pl/press/pokaz.php?id=62
  • kropekuk 08.05.05, 16:53
    Od czasowe komuny za cholere mu to nie wychodzilo ;)
    --
    Nie lej w gacie przed PiSuarem
  • goniacy.pielegniarz 08.05.05, 18:07
    Dzięki, już na tę listę trafiłem wcześniej. Czy znane są kryteria, według
    których Łęski spisał te nazwiska?
  • homosovieticus 08.05.05, 18:10
    goniacy.pielegniarz napisał:

    > Dzięki, już na tę listę trafiłem wcześniej. Czy znane są kryteria, według
    > których Łęski spisał te nazwiska?

    Jemu pewnie tak.
    Mnie nie. :(
  • goniacy.pielegniarz 08.05.05, 18:15
    homosovieticus napisał:

    > goniacy.pielegniarz napisał:
    >
    > > Dzięki, już na tę listę trafiłem wcześniej. Czy znane są kryteria, według
    > > których Łęski spisał te nazwiska?
    >
    > Jemu pewnie tak.
    > Mnie nie. :(


    Czy w takim razie możemy taką listę uznać za wartościową?
  • homosovieticus 08.05.05, 18:31
    goniacy.pielegniarz napisał:

    > homosovieticus napisał:
    >
    > > goniacy.pielegniarz napisał:
    > >
    > > > Dzięki, już na tę listę trafiłem wcześniej. Czy znane są kryteria,
    > według
    > > > których Łęski spisał te nazwiska?
    > >
    > > Jemu pewnie tak.
    > > Mnie nie. :(
    >
    >
    > Czy w takim razie możemy taką listę uznać za wartościową?

    Są ludzie ,którzy tę listę za taką uznają.
  • imagistyk 08.05.05, 19:04
    Dlaczego Rywin ma siedzieć w więzieniu skoro nie stanowi żadnego zagrożenia dla społeczeństwa ? Więzienia nie mogą doczekać się mordercy i sprawcy rozbojów,napadów z bronią w ręku stanowiący rzeczywiste zagrożenie dla bezpieczeństwa innych ludzi.Rywinowi wystarczyłby zwykły areszt domowy.To także jest bardzo okrutna kara,bardziej adekwatna do jego przestępstwa.
  • homosovieticus 08.05.05, 19:28
    Niedługo Michnik wybaczy Rywinowi, że, ten, śmiał zaproponować Gazecie -czyli
    samem Adamowi Wielkiemu taki nieświeży interes. Całę szczęście, że Lew - kot
    duży, ale niezby mądry - dał się namówić i wykrztusił z siebie - na wyrażną
    prośbę samego Adama- że przysyła go Premier Miller.Dzięki temu, duet naiwnych
    przyjaciół(M-K) pozbył się mafijnego kanclerza i jednoczesnie rywala
    politycznego.
    Sprawy przybrały pożądany obrót. Powstaje nowa, polirtyczna siła rozumnych i
    honorowych, w której znajdzie się i miejsce dla Lwa.
    Będziemy niedługo świadkami głośnego i publicznego, michnikowego wybaczenia.
  • joannabarska 09.05.05, 00:35
    Jacek Łęski to ten, co katował nas kiedys w TVP1 za pampersiaków,a potem wył
    w "Życiu" Wołka i zełgał. Nie zniżę sie, by go czytac! Wychował sie chyba w
    lubelskim wydaniu "Gazety Wyborczej" i "poszedł w górę" po aferze z Bogatinem.
    --
    Dobrzy chrześcijanie wyobrażają sobie,że Pan Bóg ma najpotężniejszą kartotekę.
    KAROL IRZYKOWSKI
  • kropekuk 08.05.05, 18:12
    A jakie to "autorytety" te liste sporzadzily? O.Hejmo?
    --
    Nie lej w gacie przed PiSuarem
  • goniacy.pielegniarz 08.05.05, 18:28
    Od redakcji: Kilka tygodni temu autor przekazał ten felieton znanemu
    ogólnopolskiemu tygodnikowi politycznemu, nazywanemu niekiedy pismem spoza
    towarzystwa. Redakcja odmówiła druku... Felieton powędrował więc do pewnego,
    mniej znanego, tygodnika katolickiego, ale i ten odmówił druku... Od kilku
    tygodni tekst krąży w internecie, a autor nadal uzupełnia go o nowe nazwiska.
    Robi to, co zaniedbali - lub nie odważyli się - zrobić inni.

    Kazimierz Adamczyk, Andrzej Arendarski, Jerzy Baczyński, Hanna Bakuła, Artur
    Balazs, Leszek Balcerowicz, Bogusław Bagsik, Marek Barański, Andrzej
    Barcikowski, Marek Belka, Aleksander Bentkowski, Jan Krzysztof Bielecki, Henryka
    Bochniarz, Marek Borowski, Piotr Buechner, Aleksander Chećko, Wiesław
    Ciesielski, Włodzimierz Cimoszewicz, Stanisław Ciosek, Włodzimierz Czarzasty,
    Janusz Czapiński, Gromosław Czempiński, Ewa Czeszejko-Sochacka, Krzysztof
    Czeszejko-Sochacki, Waldemar Dąbrowski, Stanisław Dobrzański, Jerzy Domański,
    Waldemar Dubaniowski, Marek Dukaczewski, Kamil Durczok, Tadeusz Drozda, Marek
    Dyduch, Władysław Frasyniuk, Andrzej Gdula, Bronisław Geremek, Marek
    Goliszewski, January Gościmski, Witold Graboś, Aleksander Gudzowaty, Jerzy
    Hertel, Jerzy Hoffman, Roman Jagieliński, Aleksandra Jakubowska, Krzysztof
    Janik, Grigorij Jankielewicz, Jerzy Jaskiernia, Wojciech Jaruzelski, Włodzimierz
    Jurkowski, Wiesław Kaczmarek, Ryszard Kalisz, Czesław Kiszczak, Krystyna Kofta,
    Grzegorz Kołodko, Bogusław Kott, Wojciech Kostrzewa, Jerzy Koźmiński, Ludwik
    Klinkosz, Jacek Kluczkowski, Piotr Kraśko, Andrzej Kratiuk, Ryszard Krauze,
    Marek Król, Edward Kuczera, Jan Kulczyk, Aleksander Kwaśniewski, Jolanta
    Kwaśniewska, Leszek Kwiatek, Andrzej Kwiatkowski, Robert Kwiatkowski, Bogusław
    Liberadzki, Cezary Lipert, Olga Lipińska, Mariusz Łapiński, Krystyna Łybacka,
    Janusz Majewski, Andrzej Majkowski, Jacek Merkel, Ryszard Miazek, Adam Michnik,
    Leszek Miller, Karol Modzelewski, Jan Montkiewicz, Krzysztof Mroziewicz,
    Sergiusz Najar, Daria Nałęcz, Tomasz Nałęcz, Ireneusz Nawrocki, Zbigniew
    Niemczycki, Lech Nikolski, Marek Nowakowski (GDS), Paweł Obrębski, Józef Oleksy,
    Witold Orłowski, Jarosław Pachowski, Janina Paradowska, Longin Pastusiak, Daniel
    Passent, Stefan Paszczyk, Cezary Pazura, Andrzej Piłat, Janusz Pieńkowski, Paweł
    Piskorski, Tomasz Posadzki, Leonard Praśniewski, Mieczysław Franciszek Rakowski,
    Janusz Reykowski, Maryla Rodowicz, Krzysztof Rogala, Dariusz Rosati, Lew Rywin,
    Irena Santor, Zbigniew Siemiątkowski, Ireneusz Sitarski, Marek Siwiec, Tadeusz
    Skoczek, Piotr Sławiński, Aleksander Smolar, Wiaczesław Smołokowski, Robert
    Smoktunowicz, Jacek Snopkiewicz, Stanisław Speczik, Zbigniew Sobotka, Zygmunt
    (Piotr) Solorz, Michał Sołowow, Jerzy Starak, Janusz Steinhoff, Ludwik Stomma,
    Cezary Stypułkowski, Bolesław Sulik, Krzysztof Szamałek, Janusz Szlanta, Jerzy
    Szmajdziński, Andrzej Szarawarski, Jolanta Szymanek-Deresz, Dariusz Szymczycha,
    Andrzej Śmietanko, Adam Tański, Nina Terentiew, Krzysztof Teodor Toeplitz,
    Andrzej Turski, Jacek Uczkiewicz, Ryszard Ulicki, Marek Ungier, Jerzy Urban,
    Mieczysław Wachowski, Marek Wagner, Mariusz Walter, Danuta Waniek, Włodzimierz
    Wapiński, Jerzy Wiatr, Sławomir Wiatr, Jan Wejchert, Mieczysław Wilczek, Jan
    Wieteska, Bogusław Wontor, Zbigniew Wróbel, Ryszard Varisella, Sobiesław Zasada,
    Andrzej Zarębski, Sławomir Zieliński, Grzegorz Żemek.


    autor:
    Jacek Łęski
  • kropekuk 08.05.05, 18:58
    Jedyne, co laczy tych ludzi, to ich znielubienie przez statystycznych Polakow.
    Jako czlowiek, ktory - w czasie pobytu w Polsce (bo obcokrajowiec itp) - bywal
    w "towarzystwie" moge ci zareczyc, ze wszyscy ci ludzie razem wodki nie pija,
    ze zbior dzieli sie na bardzo wiele - i to zwalczajacych sie - podzbiorow. A
    przy tym konfiguracje sie zmieniaja, bo tu sie gra o wladze, powazanie i
    pieniadze. Vide: Michnik i Rywin, by zaczac od klasyki.
    Pytales o Millera: nie mam pojecia, czy i czemu Stomma go sobie upatrzyl (moze
    chcial poplynac pod prad - to czesto robi, i z choru Polakow spiewajacych
    jednym glosem sobie zakpic?) - owej pracy nie znam, a sam gdybym mial
    powiedziec dobre slowo powiedzialbym je raczej o Cimoszewiczu. Niemniej Miller
    (zwlaszcza na wozku inwalidzkim) mial swietna prase w UK - "brave Pole" etc; to
    bylo wowczas, gdy nie oddawano Nicei ;)
    --
    Nie lej w gacie przed PiSuarem
  • ayran 08.05.05, 19:47
    kropekuk napisał:

    > Pytales o Millera: nie mam pojecia, czy i czemu Stomma go sobie upatrzyl (moze
    > chcial poplynac pod prad - to czesto robi, i z choru Polakow spiewajacych
    > jednym glosem sobie zakpic?) - owej pracy nie znam,

    Pod prąd? Latem 2001? Z prądem i to z jakim. To była typowa książka kampanijna
    Fragment recenzji tej "pracy" autorstwa Elizy Olczyk z Rzepy:

    "Mąż opatrznościowy polskiej lewicy, polityk dalekowzroczny, przewidujący,
    inteligentny i błyskotliwy, prawy, honorowy i dżentelmen w każdym calu. Kim jest
    ten nieprzeciętny człowiek? Pomyli się każdy, kto sądzi, że powyższe
    przymiotniki opisują Aleksandra Kwaśniewskiego, po odejściu którego - na
    stanowisko prezydenta zresztą - działacze lewicy długo nosili żałobę.

    Owym nieprzeciętnym politykiem jest... Leszek Miller. Przewodniczący SLD tak
    właśnie wygląda w oczach Ludwika Stommy, felietonisty i członka Unii Pracy.
    Stomma napisał książkę pod tytułem "Leszek Miller". "


    I końcówka:

    "Witkacy, malarz znany i uznany, zarabiając na życie, prowadził firmę
    portretową, świadczącą usługi dla ludności. Firma oferowała portrety różnego
    rodzaju wśród nich portret "wylizany". W regulaminie firmy napisano: typ A -
    rodzaj stosunkowo najbardziej "wylizany". Odpowiedni raczej dla twarzy kobiecych
    niż męskich. Wykonanie "gładkie" z pewnym zatraceniem charakteru na korzyść
    upiększenia, względnie zaakcentowania "ładności".
    Portret Leszka Millera pióra Ludwika Stommy należy z całą pewnością do portretu
    typu A."

    (Rz. 7.7.2001)


    > Niemniej Miller
    > (zwlaszcza na wozku inwalidzkim) mial swietna prase w UK

    No tak - udział w negocjacjach na wózku inwalidzkim to faktycznie szczytowe
    osiągnięcie tego męża stanu.
  • kropekuk 08.05.05, 19:50
    Powinines wiedziec, ze Stomma ma naukowe spojrzenie na ow lud. A po 30 latach
    pracy juz bez zludzen...
    --
    Nie lej w gacie przed PiSuarem
  • imagistyk 08.05.05, 20:41
    klerykałom i polskiej "prawicy" przypominając niewygodne im fakty z historii.Szczególnie śmiesznie wypadł KUL,który wypierał się zatrudniania Stommy jako wykładowcy.Stomma wykazał także obłudę JP II w sprawie Galileusza.Opisał także faktyczny stan naszej wiedzy o sporze Bolesława Śmiałego z biskupem Stanisławem.Innych polemik z zakłamywaniem historii Polski przez Kościół już nie będę opisywał.Nic dziwnego ,że jest tak znienawidzony przez "autorytety moralne i religijne",których czółka nie zhańbiły się nauką i myśleniem.Nie będę oceniał jego tekstów o Millerze i spółce,gdyż ich nie czytałem."Polityka" stała się moim zdaniem pismem pewnej grupy towarzyskiej,której nie darzę sympatią i zaprzestałem ją czytać.Co i innym polecam.
  • ayran 08.05.05, 22:36
    Jsne. I z wyżyn tych 30 lat postanowił wesprzeć Millera piszac jego
    (grafomoańską zresztą) hagiografię. Pewnie przeczuwał, że za trzy lata "brave
    Pole" rzuci na kolana całą Europę zajeżdzając do Brukseli wózkiem inwalidzkim.
    BTW na Sorbonie Stomma specjalizuje się w religiach słowiańskich - marna to
    kompetencja do oceny Rywina&Co. Chyba ze coś przegapiłem.
  • kropekuk 09.05.05, 13:11

    --
    Nie lej w gacie przed PiSuarem
  • ayran 09.05.05, 13:15
    Nie rozumiem, z czym się zgadzasz bądź nie.
  • kropekuk 09.05.05, 14:47
    A powiesc detektywistyczna to tez "religie slowian"?
    --
    Nie lej w gacie przed PiSuarem
  • ayran 09.05.05, 15:02
    kropekuk napisał:

    > A powiesc detektywistyczna to tez "religie slowian"?

    Informacje czerpię z oficjalnej strony Sorbony. Nie jestem aż takim fanem
    Stommy Juniora by znać tematykę wszystkich wygłąszaneych przezeń wykładów.
  • homosovieticus 08.05.05, 23:30
    Zero zdziwień 1999


    Śmierć felietonu
    Felieton jest w życiu kulturalnym tym, czym pstrąg w rzece. Jak wie chyba
    każdy, nie tylko wędkarze, szlachetna ta ryba organicznie niezdolna jest do
    życia w brudnej wodzie. Tam, gdzie dojrzysz jej charakterystyczny grzbiet, tam
    wchodź śmiało - kąpiel będzie rozkoszą. Z felietonem dokładnie tak samo.

    Felieton to forma niezwykła. Wychodzi od konkretu, od doraźności, najczęściej
    politycznej - ale cały jego sens leży w wydobyciu z niej nieprzeczuwanych
    iskier morału, skojarzenia, jakiejś prawidłowości. Felietoniście wolno postawić
    tezę szaloną, byle to szaleństwo urzekało. Wolno nie mieć słuszności, byle swe
    niesłuszne tezy umiał przekonująco uargumentować. W ogóle wiele mu wolno, byle
    tylko nie nudził; inteligentny czytelnik umie docenić sam sposób gry,
    przeskakiwania z tematu na temat, doboru słów, zabawiania się skojarzeniami.
    Bo, właśnie - felieton jest dla czytelników mających pewną wiedzę, obycie i
    własne zdanie, zdolnych podjąć rzucaną przez autora rękawicę. Nie dla
    półinteligenta, który w gazecie, jak w podręczniku kawiarnianego surwiwalu,
    szuka pilnie konkretnej wskazówki: co myśleć, co mówić, w jakie frazesy i miny
    się ubrać, aby zaś nie narazić się na zdemaskowanie jako intelektualny nuworysz
    ze słomą w butach.

    Taki osobnik nie potrzebuje felietonów, tylko wstępniaków: jasno postawionej
    tezy oraz podwójnie podkreślonego morału, do wkucia na pamięć i recytowania
    jako własnej, głębokiej myśli. Dlatego na dzisiejszy głęboki upadek felietonu
    trzeba patrzeć jako na objaw rozpanoszenia się w polskim życiu umysłowym
    inteligencji zastępczej. Rzecz nie tylko w tym, że w miejsce felietonów wiodące
    gazety i pisma drukują wypociny ludzi o literackich talentach, poczuciu humoru
    i błyskotliwości sierżantów sztabowych. Rzecz w tym, że nawet ludzie, którzy w
    innej, zdrowszej sytuacji, zmuszeni stawać na palcach, mogli by wykrzesać z
    siebie coś ciekawego, staczają się ochoczo do ogólnego poziomu.

    Bolesnym przykladem takiego stoczenia się jest Stanisław Tym. Kto pamięta jego
    dawne występy kabaretowe czy współtworzone ze Stefanem Bareją komedie,
    zdumieniem przyjmuje wiadomość, iż to ten sam Tym, który na łamach "Wprost"
    oblewa pomyjami postrachy warszawki i krakówka. Prałat Jankowski to dla jego
    giętkiego pióra "bęcwał i obrzydliwiec", politycy AWS "inwalidzi umysłowi"...
    Wybryku Skiby nie ma co bronić, ale jeśli najinteligentniejszym komentarzem na
    jaki "felietonistę" stać pozostaje słowo "dureń", lepiej było nie komentować w
    ogóle. Zresztą czemuż się akurat Tym Skiby czepia, skoro co tydzień robi
    we "Wproście" rychtyk to samo, co Skiba w katowickim "Spodku"?

    A ileż trzeba inteligencji, by wytknąć Walendziakowi, że jest "kluskowaty" -
    koncept, z którego Tym wydaje się szczególnie dumny, bo powtórzył go
    wielokrotnie? Gdyby ktoś z nim chciał nawiąząć polemikę na tak wysokim
    poziomie, winien nazwać Tyma, dajmy na to, "łysą pałą". Ale wtedy, ho - wtedy
    dopiero by się okazało, że to nie przystoi, nie wypada! Bo kiedy chamskimi
    inwektywami sypie się na Wrzodaka czy Rydzyka, to "kpiarstwa w stylu Kisiela"
    (Tfu! Tej profancji Mistrza nie wybaczę "Wprostowi" nigdy!) - ale w odrotną
    stronę?! Ileż oburzenia i obelg wzbudziły występy Cejrowskiego, który przecież
    nigdy nie posunął się do dowcipów bardziej wątpliwych czy niesmacznych niż
    dyżurny pajac poznańskiego tygodnika.

    Zresztą Tymowi przynajmniej o coś chodzi - choć tylko o zmieszanie z błotem i
    ulżenie starczej zapiekłości. Jeszcze straszniejsi od bluzgających jadem Tymów
    czy Małachowskich są felietoniści mianowani. Tacy zdają się wierzyć w całkiem
    odwrotny od rzeczywistego porządek rzeczy: skoro zostałem stałym felietonistą
    poczytnego pisma, to widać to, co mam do powiedzenia, jest interesujące.
    Klinicznym przykładem takiej postawy jest nieznośne smędzenie, jaki uprawia
    w "Polityce" Ludwik Stomma. Od czasu do czasu rywalizuje z innymi w miotaniu
    wiecznie tych samych, prymitywnych bluzgów na "durniów i oszołomów", częściej
    jednak nie chce mu się i tego, raczy więc czytelników opisami, co jadł ostatnio
    na śniadanie i jak mu kwitną drzewka w ogródku albo swoimi listami ulubionych
    pisarzy, polityków i manikiurzystek. Co ciekawe, czytelnicy tę grę pozorów
    przyjmują - wszak to nasz stały felietonista, widocznie na tym to polega.
    Czytelnik - surwiwalowiec (patrz wyżej) kupi wszystko. Nawet ogłoszenie wielkim
    stylistą i mistrzem polszczyzny pana Pilcha, człowieka w istocie chorego na
    słowną biegunkę, który jak zacznie zdanie, nie umie go skończyć przed końcem
    akapitu. Ostatnio zresztą z owej "zawiesistej polszczyzny" zakpił pan
    Słojewski. Jakiejż błyskotliwej a cienkiej riposty udzielił mu rzekomy "wielki
    stylista", który wyraźnie nieopatrznie w swą dętą wielkość uwierzył? Ano
    napisał, żeby Słojewski "przestał bredzić". Ha, cóż za mistrzowskie pchnięcie!
    Jak lekko, pięknie piszesz Pan - że sobie pozwolę sparafrazować wieszcza. Ot,
    poziom naszych luminarzy kultury!

    Cóż zresztą chcieć. Pstrągi żyć mogą tylko w rwącym, czystym potoku. Nie w
    zaśmiardłym bagienku.
  • yossarian18 08.05.05, 23:47
    Pilch to dobry pisarz, ale słabiutki felietonista.
    Najlepszą publicystykę w Polsce uprawia Łysiak-poczytajcie sobie któregkolwiek
    z Łysiaków na łamach...
    --
    Forum Konserwatystów
    Blog antymasoński
  • kropekuk 09.05.05, 13:13

    --
    Nie lej w gacie przed PiSuarem
  • yossarian18 08.05.05, 23:49
    Było felietonistów wielu...

    Felietonistów zawsze jest wielu, odkąd Francuz J. L. Geoffroy wprowadził ten
    gatunek publicystyczno-literacki na łamy "Journal de debats" (1800), lecz
    niewielu jest mistrzów. Jak w każdej dziedzinie twórczości. Stanisław
    Michalkiewicz bezspornie należy do wirtuozów felietonistyki polskiej; nawet
    jego wrogowie nie mogliby mu tego miana odmówić. Teraz zaś - nim ruszę dalej -
    rozbierzmy powyższy akapit na części i przeanalizujmy każdą osobno.

    Abbe Geoflroy użył jako pierwszy nazwy felieton ("feuilleton "), lecz nie on
    był pierwszym felietonistą, bo głośny G. E. Lessing prowadził felieton na
    łamach "Yossische Zeitung" już w latach 1751 - 1755, a i wcześniej moglibyśmy
    znaleźć formy felietonopodobne u sławnych Europejczyków. Francuskie imperium
    felietonowe pierwszej połowy XIX stulecia wywarło wpływ na kraje sąsiednie, a
    jedyną skuteczną barierą dla podbijającego kontynent felietonu okazał się Kanał
    La Manche - Anglicy przyjmowali felietonową formę uprawiania publicystyki z
    trudem i właściwie nigdy nie przyjęli jej do końca. Za to Niemcy bardzo
    chętnie - od lat czterdziestych XIX wieku felieton robił tam świetną karierę. W
    Polsce zadomowił się trwale dopiero po Powstaniu Styczniowym, by przez cały XX
    wiek stanowić królewską dziedzinę nadwiślańskiej publicystyki.

    "Niewielu jest mistrzów"- rzekłem. Nigdy nie było wielu, albowiem felieton z
    prawdziwego zdarzenia wymaga znakomitego warsztatu. I to warsztatu dużo
    bardziej literackiego niż dziennikarskiego, słowem: jest felietonistyka
    dziedziną artystyczną, szczytem artyzmu wśród gatunków dziennikarskich
    zapełniających łamy czasopism. W parze z dyscypliną objętościową, czyli z dużą
    lapidarnością (nie bez przyczyny "feuilleton " to po francusku listek,
    karteluszka) musi tu iść wrażliwość prozatorska lub nawet quasi-poetycka,
    umiejętność barwnego metaforyzowania, zgrabnego komponowania, celnego
    puentowania, wreszcie zabójczego wyszydzania, czyli poczucie humoru, bądź
    precyzyjnego argumentowania, czyli pancerna logika gazetowych harcowników.
    Dopiero gdy wszystkie te elementy mają pięciogwiazdkową jakość i pływają w
    sosie metafizyki, czyli tego czegoś nieuchwytnego, co zwiemy talentem danym od
    Boga - możemy mówić o rasowym felietoniście. Stanisław Michalkiewicz jest
    więcej niż felietonistą rasowym - jest felietonistą wybitnym. Jako felietonista
    przejdzie do historii pośród niewielkiej grupy asów felietonistyki sarmackiej.
    Świętochowski, Prus, Nowaczyński, Żeleński (Boy), Mackiewicz (Cat), Kisiel i
    jeszcze paru innych - to czołówka. Niełatwo dorównać takim monumentom.
    Michalkiewiczowi się udało, czemu uczciwie zaprzeczyć - co już mówiłem - nie
    może nikt. Rzecz jasna nie każdy felieton Pana Stanisława jest arcydziełem
    gatunku, lecz żaden twórca w dziejach (bez względu na rodzaj sztuki) nie tłukł
    samych arcydzieł. Chodzi o tzw. średnią, vulgo: o nie schodzenie poniżej
    pewnego (szlachetnego) poziomu. Rutynowy poziom Michalkiewicza jest bardzo
    wysoki. Co mnie zdumiewa.

    Wspomniane wyżej zdumienie ogarnia mnie dlatego, że Michalkiewicz jest
    felietonistą niesłychanie płodnym. Pisuje regularnie cotygodniowe felietony do
    kilku tygodników (m. in. "Najwyższy Czas!", "Nasza Polska", "Gazeta Polska"),
    tudzież wygłasza felietony radiowe, co razem daje felietonowy kierat, któremu
    podołać może jedynie natura tytaniczna par excellence. Już w XIX wieku ktoś
    celnie parsknął, iż "stały felieton jest jak regularny stolec na rozkaz".
    Przekonałem się o tym sam swego czasu, gdy dałem się pewnemu tygodnikowi nająć
    jako stały felietonista. Niedzielna męka myślowa: "Co by tu??..." (felietony
    oddawałem redakcji w poniedziałek) wkurzała mnie okropnie, więc rzuciłem fach
    felietonisty tak, jak niewolnik zrzuca jarzmo. Tymczasem Michalkiewicz tłucze
    kilka felietonów tygodniowo bez oznak męczennictwa, i do tego ilość przechodzi
    mu w jakość, czyli owa produkcja nie staje się nadprodukcją wskutek zaniżania
    poziomu - średni poziom jest zawsze doskonały, a co i raz trafiają się takie
    perełki, że przysłowiowe palce lizać. To właśnie budzi moje zdumienie.

    Prawdziwie wybitny felietonista ma pióro nie tylko ostre, celne dowcipne i
    ujmujące. Wszystko to byłoby mało. Rysem charakterystycznym felietonistyki
    najwyższego lotu jest jej automatyczna rozpoznawalność. Mówię o wypracowaniu
    przez felietonistę własnego, oryginalnego stylu, którego melodia powoduje u
    odbiorców warunkowy odruch rozpoznawania. Tak właśnie jest z Michalkiewiczem -
    można wyrwać z całości jakikolwiek akapit jego felietonu i przeczytać jego
    koneserowi, a ten od razu rozpozna manierę Stanisława Michalkiewicza.

    Gdyby chciało się felietony Pana Stanisława szufladkować rodzajowo, pierwszy
    przymiotnik brzmiałby: polityczne. Są to felietony kulturowe, socjologiczne,
    polemiczne, lecz przede wszystkim polityczne. Wieloletni redaktor
    naczelny "Najwyższego Czasu!", a obecnie szef konserwatywno-liberalnej partii
    (Unia Polityki Realnej), był, jest i po kres dni swoich będzie szermierzem
    politycznym, człowiekiem toczącym polityczny bój. Felieton to bardzo ważny
    rodzaj miecza w takiej walce. A już zwłaszcza felieton prześmiewczy bądź
    przekonujący nieodpartą logiką i argumentacją, gdyż starodawni Chińczycy mieli
    całkowitą rację mówiąc: "Język jest ostrym mieczem, który zabija, chociaż nie
    utacza krwi". Bogato niuansowane, czasami tryskające humorem prostolinijnym,
    częściej zaś kpiną metaforyczną, delikatną, wielowarstwową, choć zawsze ostrą
    niby brzytwa - felietony Michalkiewicza dosięgają wrogów (głównie wszelkiej
    maści lewaków i farmazonów) w czułe miejsca. Tam zaś, gdzie autor rezygnuje z
    kpiarstwa na rzecz przekazu prelekcyjnego - dostajemy wykład charakteryzujący
    się żelazną logiką i użyciem argumentów, których celność demoluje przeciwnika.

    Specyficzny styl Michalkiewicza ma więc dwie maniery - drwiącą i wykładową.
    W "Najwyższym Czasie!" przeważa ta pierwsza - Michalkiewicz jest tam
    renesansowym trefhisiem-prawdomówcą i trefhisiem-filozofem, niczym Triboulet
    lub Stańczyk, kpiąc z głupoty i wredności człowieczej. W "Naszej Polsce"
    częściej zakłada, jako felietonista, togę błyskotliwego wykładowcy, który z
    morderczą dla przeciwników logiką ujawnia ich nędzę duchową i sekrety, kulisy,
    mechanizmy politycznych, rasowych lub finansowych matactw. Tematyka jest różna,
    a to, iż raz po raz zjawiają się problemy tyczące stosunków polsko-żydowskich
    wynika z faktu, że "Nasza Polska" przyjęła niewdzięczną rolę (można rzec
    brzemię) pisma wiodącego wśród tych, które zwalczają oszczerczy antypolonizm
    uprawiany przez światowe Żydostwo.

    Walka polityczna ma to do siebie, że mnoży walczącemu wrogów. Lecz cóż jest
    wart człowiek bez wrogów? Stanisław Michalkiewicz ma ich wielu - zwano go
    już "oszołomem", "antysemitą", "szowinistą" itp. Felietony drukowane w "Naszej
    Polsce" przysparzają mu nieprzyjaciół zwłaszcza wśród ludzi źle życzących
    Polsce i Polakom. Lecz równocześnie przysparzają mu wielbicieli wśród ludzi,
    których serca biją szczerze po polsku. Co jest nagrodą wielką, nie do
    przecenienia.

    Waldemar Łysiak
    Z przedmowy do "W przededniu końca świata"
    --
    Forum Konserwatystów
    Blog antymasoński
  • czur-czur-ra 09.05.05, 00:07
    "lecz niewielu jest mistrzów. Jak w każdej dziedzinie twórczości. Stanisław
    Michalkiewicz bezspornie należy do wirtuozów felietonistyki polskiej"

    Powiedzmy sobie wprost, Michalkiewicz Michalkiewiczem, ale to Łysiak jest
    mistrzem bezspornie felietonistyki wirtuozem polskiej. Niemal tak wielkim, a
    może nawet większym niż Ludwik Stomma. I serce jego bije, oczywiście, po polsku,
    bo to szczery Polak dobrze życzący Polakom, choć nie wszystkim, a zwłaszcza tym
    o żydowskim pochodzeniu. A poza tym Shakira pozostaje wierna swojemu
    narzeczonemu "mimo licznych pokus", marzy o tym, żeby mieć dzieci i uprawiać
    pomidory.
  • wartburg4 09.05.05, 11:43
    czur-czur-ra napisał:

    > "lecz niewielu jest mistrzów. Jak w każdej dziedzinie twórczości. Stanisław
    > Michalkiewicz bezspornie należy do wirtuozów felietonistyki polskiej"
    >

    Łysiak i Michałkiewicz upili się w Weimarze? Goethe i Schiller????
  • joannabarska 09.05.05, 00:21
    goniacy.pielegniarz napisał:

    > Bo przecież powazna publicystyka ma jakieś swoje granice.
    > A może to jednak żart?
    >
    >
    > polityka.onet.pl/artykul.asp?M=FS&NR=2501-2005-17
    >
    Nie czytam dalszych wpisow. Uwazam,ze Stomma,znakomity felietonista, ma w tym
    przypadku 100 proc. racji!!!

    --
    Dobrzy chrześcijanie wyobrażają sobie,że Pan Bóg ma najpotężniejszą kartotekę.
    KAROL IRZYKOWSKI
  • janbezziemi 09.05.05, 12:11
    Michalkiewicz jest felietonistą? To najlepszy dowcip roku w opiniach GW!
    --
    N a p o l e o n B o n a p a r t e: "Opinia publiczna to dziwka!"
  • wartburg4 09.05.05, 11:38
    goniacy.pielegniarz napisał:

    > Bo przecież powazna publicystyka ma jakieś swoje granice.
    > A może to jednak żart?
    >
    >
    > polityka.onet.pl/artykul.asp?M=FS&NR=2501-2005-17
    >


    Stomma minął sie z powołaniem. Tym felietonem zasłużył sobie na Oscara w
    kategorii "najlepszy dowcip roku". Dałbym mu też honorowe członkowstwo w
    "Salonie Niezależnych" albo w "Piwnicy pod Baranami". Brawo Lutek! Satyra
    jest najlepsza, kiedy pisana jest ze śmiertelną powagą. Wiedzą o tym tylko
    najwytrawniejsi zawodowcy. Osobiście miałem skojarznia ze wczesnymi
    produkcjami "Monty Pythona" w BBC. Pokazywali tam np. jakiś filmik, z którego
    wynikało, że kadeci z Royal Navy chodzą na bale w podwiązkach i zaraz potem
    odczytywali dementi (bardzo bełkotliwe) pisane przez jakiegoś admirała, który
    siedział przy biurku w damskiej bieliźnie.
  • czur-czur-ra 09.05.05, 18:00
    Z Monty Pythonem koarzy się też kandydatura Szyszkowskiej do Nobla. Chociaż...
    MP by chyba tego nie wymyślił.

    --
    "Shakira pozostaje wierna swojemu narzeczonemu "mimo licznych pokus", marzy o
    tym, żeby mieć dzieci i uprawiać pomidory".
  • tees1 09.05.05, 12:19
    on swego czasu bronil w swym felietonie czasopisma "Zly" (kto pamieta?)
  • imagistyk 09.05.05, 13:05
    Michalkiewicz,Ziemkiewicz,Rybiński czy Łysiak muszą ludzie nie potrafiący samodzielnie myśleć i bez znajomości historii Polski,Europy i świata.Razem wzięci nie są godni czyścić ziemi przed grobem Kisiela.Propagandziści nigdy nie będą felionistami.Chyba, że w oczach towarzystwa wzajemnej adoracji.
  • homosovieticus 09.05.05, 13:56
    i chętnie zamieszczają jego felietony. Sczególnie w ostatnim okresie, kiedy to,
    wskutek wzniecanej przez "polskie lewicowo - liberalne" środowiska fali żalu,
    pretensji i antyrosyjskich fobii,media rosyjskie w odpowiedzi, " mniejszemu i
    głupszemu bratu " z lubością drukują felietony takich wybitnych i mądrych
    Polaków, jak Urban czy Stomma.
    Obaj Panowie znani są, zapewne nie tylko w Polsce, z miłości do polskiej
    kultury oraz z dumy, że urodzili się Polakami.
    Nie wiem, czy poniższy felieton był drukowany w majowych numerach "Polityki" -
    pisma ludzi z "towarzystwa". Towarzystwa z "dobrą "genealogią", chociaż
    większość nawet dziadka nie znała z opowieści.
    Przeczytajcie, jeśli czytać potraficie.
    Warto!
    www.inosmi.ru/stories/05/04/14/3445/219422.html
  • kropekuk 09.05.05, 14:51
    A sodzac po burzliwych latach mlodosci, a i dzisiejszej posturze jeszcze to
    potrafi...
    --
    Nie lej w gacie przed PiSuarem
  • homosovieticus 09.05.05, 14:58
    kropekuk napisał:

    > A sodzac po burzliwych latach mlodosci, a i dzisiejszej posturze jeszcze to
    > potrafi...

    Kiedyś biegałem.Na 400m. miałem 51 sec.
    Myslisz ,że dogoni?
    A jak dogoni, to czy będzie miał siłę skuć mordę?
    Bardzo wątpię.
    Nie biegam, z reguły sam.
  • kropekuk 09.05.05, 15:28

    --
    Nie lej w gacie przed PiSuarem
  • nabukko 09.05.05, 14:28
    Jednego nie rozumiem. Jak to jest, że stali czytelnicy "Naszego
    dziennika", ""Gościa niedzielnego" i wybranych tematów z Rzepy
    itp. "literatury" - a takich widzę tu większość, czytają "Politykę" i jeszcze
    udają że coś rozumieją. Kataryno, ayran i wam podobni: nie wysilajcie resztek
    mózgu bo się wam przegrzeje i całkiem wyjałowi. Ja wiem, że wasze racje są
    jedynie słuszne ale mam dla was przykrą wiadomość - słuszne jedynie dla was.
    Kisicie się na tym forum we własnym sosie nienawidząc "Wyborczej", pobijacie
    sobie nawzajem bębenek onanizując się "otwartościa umysłów,szerokim widzeniem
    tematu,wyrazistością poglądów,troską o Ojczyznę" itp. Czy to nie schizofrenia?.
    Każdego o innych poglądach odsądzacie od czci i wiary. Radzę złożyć wizytę u
    psychiatry. Buźka niedowarzeni politykierzy.Żal mi was.
  • lupus.lupus 09.05.05, 15:23
    Ciekawy tekst Piotr Zaremby."Fronda" nr 2. Rok Pański 1994 od narodzenia
    Chrystusa, 7502 od powstania świata, 2748 od założenia Miasta

    "W latach 70. jako człowiek nieopierzony lubiłem „Politykę". Występowali w niej
    ludzie znani mi dobrze z ówczesnej bardzo zabawnej, gierkowskiej telewizji.
    Byli dowcipni. - Odkąd w radomskim kiosku wypłacono mi resztę prezerwatywą, nic
    mnie już nie zdziwi - ten dowcip Daniela Passenta rozśmieszał mnie w liceum do
    łez.
    W roku 1982, gdy nastała „noc stanu wojennego" zastanawiałem się, jak będzie,
    gdy upadnie komunizm. Zdawało mi się wówczas, że wraz z PRL-em
    zniknie „Polityka". Zdążyła mi w międzyczasie obrzydnąć. „Powraca w warunkach
    stanu wojennego" - pisała o samej sobie w artykule wstępnym, pisanym pewnie
    przez Mieczysława F. Rakowskiego. - który położył kres postępującej
    anarchizacji życia społeczno-gospodarczego i rosnącemu chaosowi oraz pozbawił
    siły antysocjalistyczne możliwości działania". To wystarczyło bym wydał wyrok,
    zwłaszcza, że część dziennikarzy z „Polityki" odeszła na znak protestu.
    - Komu będzie potrzebna, jeśli komunizm zniknie? - rozumowałem naiwnie. -Samym
    komunistom nie, bo albo sami także znikną, albo nie będą się musieli uciekać do
    takich sztuczek. Zwykłym czytelnikom też nie, bo cała jej pokrętna retoryka
    stanie się nieprzydatna i martwa w warunkach demokracji i wolnego rynku.
    Okazałem się naiwny. Po pierwsze nie do końca rozumiałem, że ten drętwy
    wstępniak z 1982 roku to tylko naturalna konsekwencja zadań i
    kształtu „Polityki" poprzednich lat. Najpierw pisma stworzonego pod koniec lat
    50. po to, by zastąpić inne tygodniki, bardziej wówczas krnąbrnych
    rewizjonistów partyjnych. Później okna na świat ambitnych technokratów z
    legitymacjami PZPR w kieszeniach.
    Ale co gorsza nie przewidziałem również, że przy „Polityce" pozostaną po 1989
    roku jakże wierni czytelnicy. Czy i jak z nimi wojować? Jak wojować z ludzkimi
    potrzebami, gustami?
    - Co za uczucie ulgi, że jest „Polityka" - pisała w 1982 roku jedna z
    czytelniczek, kiedy inni martwili się - być może naiwnie - aresztowanymi,
    pobitymi, wyrzuconymi z pracy -To znak, że mimo bardzo skomplikowanej sytuacji
    autentycznie sprzyjające socjalistycznej demokracji siły funkcjonują i są
    gotowe w każdej chwili kontynuować, to co kontynuować musimy, aby do tragedii
    nie doszło - demokratyczny proces rozwoju we wszystkich sferach naszego życia".
    Bardzo prawdopodobne, że dziś pani tej pismo nadal dostarcza masę
    przyjemności, choć może ona sama posługuje się już inną (nowo) mową.
    Pastwić się nad „Polityką" z 1982 roku to dziś jałowe zajęcie. Passentowi
    pozwolono tam wówczas na powtarzane wtedy po kilkakroć wyznanie, które brzmiało
    mniej więcej tak: „skoro nie ma dziś szansy na bardziej liberalną władzę,
    popieram z konieczności władzę taką jaka jest". Piszę pozwolono, bo przecież
    dla tamtej władzy było to oczywiście nie do końca pochlebne. Nie wiadomo nawet,
    czy cytowana przed chwilą pani czytelniczka podzielała do końca to zdanie (może
    jednak podzielała, tylko uważała, że Passentowi wolno więcej niż jej).
    Dziś - tak jak zresztą i wtedy - wobec takiej argumentacji opadają ręce, a
    języka strzępić nie chce się tym bardziej. Już widzę uśmiechniętego z wdziękiem
    Passenta, który słucha komunikatów stanu wojennego i zmrużeniem oka wyraża
    wobec nich subtelny dystans. Mówić, że robił coś niewłaściwego? Po co? l w jaki
    sposób?
    Ciekawsza dla mnie jest „Polityka" dzisiejsza, ta, która zachowała wiernych
    czytelników, ba, nawet zdobyła nowych, bo przecież część inteligencji
    solidarnościowej o ław. liberalno-laickich inklinacjach szybko przywykła do
    dawniej wrażego sobie tygodnika i uważa go dziś za własny. Prawdopodobnie już
    nie pamiętają, jak delektowali się w latach osiemdziesiątych piosenką Jacka
    Kaczmarskiego dedykowaną z patetyczną pogardą Passentowi właśnie. Jak czytali z
    wypiekami na twarzach subtelne, a przesycone moralnym oburzeniem analizy
    cynizmu Politykowych mistrzów dialektyki.
    To zresztą świadectwo pewnej słabości tego środowiska. Dwa sztandarowe
    tygodniki musieli im zafundować wychowanek Rakowskiego, Jan Bijak oraz były
    sekretarz KC Marek Król (mowa oczywiście o „Wproście"). W obu dąsa się od czasu
    do czasu na kołtunów Andrzej Szczypiorski. Dziś to w pełni już wystarczy, by
    uświęcić te łamy. Czego lub raczej kogo szukają w „Polityce" jej czytelnicy.



    --
    "Kościół żyje! Kościół jest młody i niesie w sobie przyszłość świata"
    Benedykt XVI
  • lupus.lupus 09.05.05, 15:24
    P JAK PASSENT
    W czasie stanu wojennego wielu opozycyjnych moralistów usiłowało się pastwić
    nad Passentem. Nie mogli znieść jego precyzyjnej logiki, która kazała mu głosić
    twardą konieczność dziejową pośród wytrawnych dywagacji (a czasem dyrdymałków)
    o amerykańskich uniwersytetach i zachodnich politykach. Jego ówczesny szef,
    komunistyczny wicepremier Rakowski pewnie mu tego zazdrościł. On umiał jedynie
    chwalić się na spotkaniu z Wałęsą i gdańskimi stoczniowcami tym, że kanclerz
    Schmidt poklepał go w kolano. Stylu jednak nie miał, nadawał się do pisania
    topornych wstępniaków. Np. tego o wprowadzeniu stanu wojennego.
    Passent miał styl i trudno go dzisiaj zmóc innymi argumentami niż estetyczne.
    Sztukę ówczesnej dialektyki posiadł jak mało kto. Oto wiosną 1982 roku
    polemizował z Koźniewskim, a później z intelektualistami-dogmatykami - Januszem
    Roszko i Januszem Gaworskim. Koźniewski domagał się w języku szczególnie
    odpowiednim dla tamtego momentu bezwzględnego posłuszeństwa dla każdego państwa
    bez wyjątku. Podobało się to - co zrozumiałe -intelektualistom-komunistom.
    Passent komunistą nie był. l dlatego w kilka miesięcy po wprowadzeniu stanu
    wojennego heroicznie sprzeciwiał się Koźniewskiemu. - Państwo ma przecież
    kontekst klasowy - oburzał się i przypominał, że taka filozofia mogłaby
    prowadzić do apologii gnębicielskich funkcji państwa sanacyjnego czy Anglii
    rządzonej przez krwawą Margaret Thatcher. A między wierszami robił perskie oko
    do publiczności. -Nie każde państwo mi się podoba - sugeruje wbrew rygoryście
    Koźniewskimu. - W tym obecnym także nie wszystko.
    Jednak żywiołem ówczesnego Passenta było co innego. W maju 1982 roku
    relacjonował telewizyjną wymianę zdań (a była to telewizja stanu wojennego,
    chroniona chyba jeszcze przez strażników w mundurach) między narodowo-
    komunistycznym aktorem Ryszardem Filipskim i publicystą „Polityki" Zygmuntem
    Kałużyńskim. Passent relacjonuje subtelnie, ale nie skrywa sympatii dla
    Kałużyńskiego. Nazywał go (zresztą za Filipskim) właśnie „liberałem". W ustach
    Passenta, bywalca amerykańskich środowisk akademickich, to wielka pochwała.
    „Liberał" Kałużyński przeżył wtedy gwałtowny przypływ aktywności. Zajmujący się
    na ogół filmami, przystąpił wówczas do intelektualnej ofensywy. Nie skrywając
    wrogości wobec szeroko rozumianej „prawicy" ogłaszał swoje kolejne odkrycia. Na
    przykład, że Józef Stalin nie był wcale tak zły, jak go do tej pory
    przedstawiano.

    Albo, że George Orwell pisząc „Rok 1984" miał w gruncie rzeczy na myśli nie
    radziecki komunizm, ale rządy angielskich labourzystów.
    Dla Passenta był Kałużyński sojusznikiem, nie tylko dlatego, że od lat pisali w
    jednym piśmie. U schyłku lat 70. „Polityka" wdała się w wymianę ciosów z tzw.
    opcją „patriotyczną", a tak naprawdę narodowo-komunistyczną - reprezentowały ją
    takie pisma jak „Barwy", „Stolica" czy „Ekran". Toczono homeryckie boje o
    poszczególne dzieła artystyczne i oceny wydarzeń historycznych, w podtekstach i
    aluzjach tamci oskarżali „Politykę" o kosmopolityzm, publicyści zaś tego pisma
    swoich oponentów o antysemityzm. Pasja jaką wkładały obie strony w te spory
    przypominała pasję ugrupowań politycznych walczących o władzę w parlamentarnej
    demokracji.
    Rzecz w tym, że była to co najwyżej dintojra hodowanych przez KC PZPR koterii i
    po 1982 spór ten nie obchodził prawie nikogo poza ich uczestnikami. Obchodził
    Passenta, który na bazie dziwacznego „kombatanctwa", sojuszu sił „zdrowego
    rozsądku" odnajdywał jedność z Kałużyńskim i Koźniewskim, skądinąd
    nieubłaganymi zwolennikami silnego, karzącego wichrzycieli państwa.
    Ten sojusz chciałby zapewne weteran Passent podtrzymywać i dziś, a nawet
    poszerzać, bo narodowych komunistów wprawdzie nie widać, ale są katoliccy
    narodowcy. l rzeczywiście, w „Polityce" wciąż piszą kochani przez polską
    inteligencję, postarzały Kałużyński, postarzały Koźniewski. Bywa, że pojawia
    się wciąż krzepki Jerzy Urban, z którym w 1982 Passent także w rozkoszny sposób
    polemizował i przez którego bywał z lekka besztany jako pięknoduch, a którego w
    1994 przewrotnie broni jako trochę „nieuładzonej" źrenicy wolności.
    W 1989 roku Passent uznał, że historyczne wypadki potwierdziły, jak zwykle
    zresztą, słuszność wszystkich jego tez. Także słuszność postawy, skoro Kuroń i
    Michnik okazali się mięczakami, i choć Koźniewski cieszył się w 1982 z ich
    internowania, oni wezwali niezwłocznie do pojednania. Przez kilka ostatnich
    lat, w przerwach między niezmiennymi opowieściami o amerykańskich
    peregrynacjach i kolejnych prezydentach USA, Passent dyskutował głównie o
    dziedzictwie PRL-u. Polemizował z „duchowymi dekomunizatorami", nawet wówczas,
    gdy oni w praktyce już milkli lub w najlepszym razie byli bardzo słabo
    słyszani. Dawał ustawicznie odpór tym, którzy poważyli się na rozliczanie
    cudzych życiorysów. Robił to chwilami wręcz obsesyjnie przerastając w swej
    gorliwości tych, z którymi walczył. Sam sięgał z upodobaniem po życiorysy tych,
    którzy przeszli na drugą stronę barykady - Jacka Maziarskiego, czy Jerzego
    Klechty.
    - Przeszłość stoi człowiekowi w gardle i ani ją przełknąć, ani wypluć -
    konkludował wiosną 1993 roku. Dalej było o pułkowniku Kuklińskim i paleniu
    kukieł przez prawicę. W rok później przy jednym z kolejnych jego rozważań tego
    typu pojawiła się karykatura Andrzeja Mleczki. Ojciec rodziny skonfrontowany
    przez synka z książką przypomina sobie: PRL, PRL rzeczywiście było coś takiego.
    Tylko co to ma właściwie oznaczać w przypadku „Polityki"?
    Epigoni dawno zresztą przerośli mistrza gorliwością - Ryszard Marek Groński,
    Ludwik Stomma, do niedawna Krzysztof Teodor Toeplitz prowadzą swe uporczywe
    kampanie.
    Groński przyszedł do „Polityki" w drugiej połowie lat 80., był zaś starym
    kumplem Passenta „od satyry". Zrazu zajmował się głównie wspominkami tego czego
    tak naprawdę nie pamiętał, wskrzeszaniem tradycji dawnych kabaretów,
    bulwarowych teatrzyków, tradycji Boya-Żeleńskiego. Później zajął się
    mocniejszym repertuarem. Jeszcze przed 1989 rokiem sięgnął po antyklerykalizm
    sugerując, że kraj trzymany jeszcze dość krzepką ręką PZPR, jęczy w istocie pod
    jarzmem Kościoła.

    W 1993 roku wali z grubej rury: - Niełatwa sprawa z rozliczeniami - rozprawia. -
    Zgoda, PZPR rządziła przez wiele lat. Ale partie prawicowe też sobie
    porządziły, l jakoś nie słychać wezwań, by co chwila odcinały się od
    przeszłości.
    W rok później bardzo zręcznie nawiązuje do tradycji peerelowskiej satyry,
    zwłaszcza z czasów walki z „reakcją" w pierwszych, jakże heroicznych lat po II
    Wojnie. W skreślonym naprędce kuplecie pojawiają się groteskowe postaci:
    Wojewoda, „ofiara koalicyjnej swawoli", zaszczuty Hrabia z MSZ i Kombatant-
    Wykrywacz, który z komunizmem zaczął walczyć już w szpitalu położniczym.
    Trudno nie być bezradnym wobec takiej dialektyki, bo faktycznie wszystko jakby
    się zgadza. Czego chcą w istocie publicyści „Polityki"? Wyrzeczenia się
    jakiegokolwiek grzebania się w PRL-u? Przeczyłaby temu karykatura Mleczki i
    częste utyskiwania Passenta, Toeplitza, że tego okresu wymazać ze świadomości
    się nie da. Nie o to więc chodzi.
    Chodzi o zadekretowanie raz na zawsze, że tamto państwo było takie samo jak
    obecne i takie samo jak każde inne, a pod pewnymi względami nawet lepsze, bo
    przecież obrzydliwa prawica, zbiorowa bohaterka 99 procent kupletów, dowcipów i
    paradoksów Grońskiego, o rządzeniu jednak marzyć nie mogła. Czasem łączy się to
    z na poły autentycznym, na poły urojonym poczuciem przynależności do jakiejś
    dawnej elity.
    Toeplitz atakuje nagle z niezwykłą swadą Jacka Żakowskiego z „Gazety Wyborczej"
    za to, że miał rzekomo ośmieszyć pewien intelektualny i w gruncie rzeczy od
    pewnego momentu opozycyjny wobec PRL-u stolik intelektualistów w
    kawiarni „Czytelnik"
  • lupus.lupus 09.05.05, 15:25
    Toeplitz atakuje nagle z niezwykłą swadą Jacka Żakowskiego z „Gazety Wyborczej"
    za to, że miał rzekomo ośmieszyć pewien intelektualny i w gruncie rzeczy od
    pewnego momentu opozycyjny wobec PRL-u stolik intelektualistów w
    kawiarni „Czytelnik". Atakuje na wyrost, to, co jest, jego zdaniem pamfletem,
    było w gruncie rzeczy apologią. Tyle, że „bohaterowie się poobrażali".
    Toeplitz denerwuje się: oto młodzi autorzy „GW" nie mogą znać tamtych czasów i
    źle je przedstawiają. „Polityka" chce mieć monopol na ludzką pamięć, a jej
    autorzy mają ku temu powody - jak inaczej powołać do życia cukierkową wizję
    życia elity, w której opozycjoniści mieszali się z intelektualistami
    koncesjonowanymi, Toeplitz był Stańczykiem i mędrcem na równi ze Słonimskim, a
    konflikty wewnątrz tej grupy były równie nieistotne i niezrozumiałe jak wojny
    między piłsudczykami i endekami w międzywojennym dwudziestoleciu. Jest to w
    gruncie rzeczy wizja, jaką z drugiej strony kreuje - tyle że w tonacji
    pamfletowej, a czasem i spiskowej - - radykalna prawica.
    Zabawne jest też coś innego. Passent, Toeplitz, Stomma, Groński mówią o
    ugrupowaniach prawicowych, czasem solidarnościowych jako zapatrzonych w
    przeszłość, anachronicznych, historycznych. Gdyby jednak próbować rozpoznać ich
    własne poglądy na kwestie społeczno-gospodarcze, byłyby z tym niejakie
    trudności.
    Niegdyś wytyczały je granice decyzji wydziałów KC, a w stanie wojennym -
    generałów rządzących Polską. Pisząc w 1982 roku o ekonomicznych koniecznościach
    Toeplitz czy Passent nie mieli przecież w istocie rzeczy pojęcia na czym one
    mają polegać.
    Jeśli w 1994 Passent broni ostentacyjnie rządu Pawlaka, a Toeplitz osobiście
    samego Pawlaka przed sforą pismaków, nie robią tego w imię jakichkolwiek racji,
    bo trudno byłoby ich się doszukać w felietonowych łamańcach. „Solidarność" jest
    dla Toeplitza niezmiennie populistyczna, tak jak była nią w dobie stanu
    wojennego, operujący natomiast podobnymi, prospołecznymi argumentami politycy
    SLD lub PSL nie budzą żadnych emocji.
    Chodzi im bowiem tak naprawdę tylko o jedno. Wyraził to dobitnie Ludwik Stomma,
    kolejny z loży intelektualistów, drugie wcielenie Passenta, importowane z
    Francji, a

    nie z Ameryki, a dokooptowane już po zwycięstwie wyborczym „Solidarności".
    Oglądając w telewizji Stefana Niesiołowskiego w kilka miesięcy po zwycięstwie
    SLD i PSL, triumfował on. - Jego argumenty brzmiały jak teksty z zupełnie innej
    operetki, po której już opuszczono kurtynę.
    Należy podejrzewać, że człowiek ten niewiele więcej zrozumiał z rezultatów
    wyborczych 19 września. Otwarta połowicznie na środowiska unijne „Polityka"
    wydrukowała jakiś czas temu tekst Marcina Króla „Koalicja strachu". Jeśli
    określenie to pasuje do postkomunistycznego bloku rządowego, to do środowisk,
    które chciałby integrować tygodnik Passenta, Grońskiego i Stommy w sam raz
    pasuje nazwa „koalicja strachu przed Niesiołowskim".
    Strach to sztucznie podsycany, naiwny, a równocześnie nieomal mistyczny.
    Niechęć do ludzi nawiązujących do tradycji narodowych, kochających polski
    Kościół, a jeszcze, nie daj Boże, chlubiących się dawną walką z komunizmem,
    pozwala Politykowemu inteligentowi kochać Passenta, tolerować Kałużyńskiego, a
    Stommie wybaczać, że czasem beznadziejnie nudzi.


    --
    "Kościół żyje! Kościół jest młody i niesie w sobie przyszłość świata"
    Benedykt XVI
  • joannabarska 09.05.05, 17:28
    "Lupus" Gaworski,naczelny "Barw" mial na imie Henryk! A Passent z nim sie
    procesowal i wygrał sprawę! Bo Gaworski go znieważył.
    --
    Dobrzy chrześcijanie wyobrażają sobie,że Pan Bóg ma najpotężniejszą kartotekę.
    KAROL IRZYKOWSKI
  • lupus.lupus 09.05.05, 15:26
    P JAK PODEMSKI
    Podemski to zjawisko zupełnie innego rodzaju. Nie jest błyskotliwym,
    felietonowym ironistą, który kocha robić coś z niczego. Przeciwnie, to rzetelny
    publicysta prawny, badacz konkretnych problemów, obrońca konkretnych spraw. W
    1980 i 1981 roku tak gorliwie zajął się praworządnością i reformami państwa (na
    ówczesną miarę, zgodnie jednak z intencjami „Solidarności"), tak chętnie
    pisywał o zmianach w sądownictwie, o autonomii szkół wyższych, o konsultacjach
    społecznych, o prawach obywatela wobec wymiaru sprawiedliwości, że po
    wprowadzeniu stanu wojennego niektórzy oczekiwali jego odejścia wraz z wcale
    niemałą grupą dziennikarzy, zbuntowanych przeciw logice stanu wojennego.
    Tymczasem został i kilkakrotnie wyjaśniał swoje motywy. - Nie jestem
    kolaborantem - przekonywał w maju 1982 roku. - Pochodzę z Wielkopolski, z
    której posłowie do szlacheckiego Sejmu najrzadziej korzystali z liberum veto.
    Trzeba przyznać, że w przeciwieństwie do Passenta czy Toeplitza, Podemski nigdy
    nie zabierał się za wyjaśnianie twardych konieczności dziejowych. Właściwie
    realizował sformułowaną niedługo później maksymę Wojciecha Młynarskiego „róbmy
    swoje". Stale pisał o reformie państwa, o demokratyzacji, o niezawisłych
    sądach, o autonomii szkolnictwa. Przeprowadzając wywiad z komunistycznym
    ministrem sprawiedliwości Sylwestrem Zawadzkim, wyrażał nawet swoje zatroskanie
    o stan praworządności w Polsce stanu wojennego. Napomykał o urzędniczej
    arogancji, podpierając się ostrożnie krytycznymi opiniami posłów na PRL-owski
    Sejm.
    Być może był to jakiś wybór. Sam Podemski uważał się - jak można wnosić z jego
    ówczesnych tekstów - za pożyteczniejszego od tych, którzy wybrali „czcze
    manifestacje". Pewnie uważał się nawet za rodzaj kropli, która drąży skałę, l
    rzeczywiście, władze stanu wojennego nie zlikwidowały początkowo autonomii
    szkół wyższych, a sądom przyznały bardzo ograniczone prawo unieważniania
    niektórych decyzji administracji. Czy zrobiłyby to samo, gdyby nie było
    Podemskiego? Trudno powiedzieć.
    Być może więc tylko mojej małostkowości może zawdzięczać redaktor Podemski
    ówczesne skojarzenie. Tym razem przywołam Przemysława Gintrowskiego.

    Śpiewał on o „ornamentatorach", którzy skłonni są pomalować na różowo wszystko,
    nawet plecy tych, których zamknięto w więzieniu.
    - Redaktor Podemski niczego nie upiększał - zakrzykną jego obrońcy. To tylko ja
    miałem takie niemiłe wrażenie, gdy pod koniec maja 1982 roku w atmosferze
    tysięcy przykładów autentycznego bezprawia snuł on misterne rozważania
    prawnicze na temat pojęcia oszczerstwa, l kiedy w następnych latach sekundował
    na łamach pisma kolejnym, czysto pozornym krokom w kierunku „demokratyzacji" -
    fikcyjnym wyborom samorządowym, fikcyjnemu referendum, fikcyjnemu wówczas
    Trybunałowi Konstytucyjnemu i równie fikcyjnemu rzecznikowi praw obywatelskich.
    W 1994 roku ani Trybunał Konstytucyjny, ani rzecznik praw fikcją już nie są.
    Podemski uważa się dziś zaś nadal za stróża prawa. Pojmuje je na modłę
    rzecznika Tadeusza Zielińskiego. Możliwość jego usunięcia przez Sejm nazywał w
    1993 roku „hańbą".
    l znów czasem tylko pojawiają się wątpliwości. W miesiącu w którym ujawniono
    Instrukcję UOP numer 0015, Podemski prowadził właśnie wielką kampanię przeciw
    decyzji Trybunału Konstytucyjnego w sprawie religii w szkołach. To skądinąd
    zrozumiałe, orientacja laicka „Polityki" nie podlega dyskusji.
    Czemu jednak ten niezależny prawniczy autorytet nie zdecydował się na podjęcie
    tematu, który połączył na moment centroprawicowe PC i lewicową Unię Pracy?
    Czemu nie zaniepokoiła go możliwość inwigilowania opozycyjnych polityków? Czy
    dlatego, że nie wywołała ona również żadnej reakcji polityków UD i SLD, które
    nie uznały za stosowne walczyć ze „starymi fachowcami" z UOP, choć podlegali
    oni niezbyt przez te środowiska lubianemu prezydentowi Wałęsie? A może
    wystarczyło, że nie chciał się wypowiedzieć w tej sprawie rzecznik Zieliński? A
    może wolność w ujęciu „Polityki" to w pierwszym rzędzie „wolność od pasa w
    dół"? W tym samym wszak czasie Podemski znalazł czas, aby napiętnować marszałka
    Chrzanowskiego za to, że „ciężko znieważył" Anastazję Potocką nazywając ją
    prostytutką. Gdy zaś wspomni się jego wymowne milczenie w latach 80. trudno mu
    nawet zadać pytanie, dlaczego nie upominał się o zadośćuczynienie ofiarom
    komunizmu. Dedykuje im dziś co najwyżej tekst broniący (z pryncypialnych
    pozycji państwa prawa) wyroku sądu w sprawie Ciastonia i Płatka, l wezwanie do
    abolicji, bo „po co przecież grzebać się w tamtych sprawach"?

    --
    "Kościół żyje! Kościół jest młody i niesie w sobie przyszłość świata"
    Benedykt XVI
  • lupus.lupus 09.05.05, 15:28
    P JAK PARADOWSKA
    O ile Passent, Toeplitz czy Podemski to weterani „Polityki" taką jaką była ona
    od czasu, gdy tworzyły ją komunistyczne władze, o tyle czołowa komentatorka
    polityczna Janina Paradowska jest postacią względnie nową.
    Dziennikarka „Kuriera Polskiego", która otarła się o „Solidarność" i w 1982
    roku o mało nie została negatywnie zweryfikowana, pisywała w latach 80.
    do „Życia Warszawy" teksty bezbarwne, więc względnie przyzwoite. Teraz uchodzi
    w piśmie za reprezentantkę opcji „liberalnej".
    Polską scenę polityczną opisuje z ironią, a czasem zgryźliwością mentorki. -
    Nie powinny w niej obowiązywać reguły jak z piaskownicy - dowodziła przy okazji
    pierwszego, spektakularnego sporu prezydenta Wałęsy z postkomunistycznym
    parlamentem. Politycy, którzy znają jej charakterystyczną postać,
    przemierzającą korytarze Sejmu twierdzą, że traktuje ich czasami jak niesforne
    dzieci.
    Co można jej zarzucić? To, że swoje analizy-komentarze produkuje kompilując
    teksty z gazet codziennych? Nawet jeśli tak czasem robi, nikt nie może jej
    odmówić

    koneksji wychłodzonych cierpliwością, a czasem namolnością, która jest wszak
    główną cnotą dziennikarza.
    Czy to, że czasem w swych poszczególnych pouczeniach galopuje tak daleko, że
    przekracza granice śmieszności? Podchwytując czysto instrumentalną wypowiedź
    Jana M. Rokity ze schyłkowego okresu rządu Suchockiej, porzuciła nagle ironię i
    spytała patetycznie: Jakie jest właściwie stanowisko Kościoła nie w sprawie
    lekcji religii, czy dziecka poczętego, ale przemian w sferze gospodarczej,
    najtrudniejszych i dla społeczeństwa uciążliwych? To są pytania, na które
    wreszcie należy udzielić odpowiedzi.
    Czy to, że nierówno traktuje różne strony politycznych sporów? Nikt nie dorówna
    zjadliwością jej opisom, pokazującym już nie w krzywym, a w superkrzywym
    zwierciadle polską prawicę. Prawicowi liderzy podkładają się jej się skądinąd
    nieustannie. Rok 1992 przedstawiła w podsumowaniu jako ciąg nie kończącej się
    groteski z solidarnościowymi politykami w głównych rolach. Rok 1994 podobnej
    relacji już się pewnie nie doczeka, choć obecna koalicja zrobiła tysiące rzeczy
    śmiesznych. Na racje pewnych ugrupowań, lub przynajmniej przyczyny ich obecnej
    kondycji jest zamknięta totalnie. Na racje innych odwrotnie. Takie są po prostu
    jej poglądy.
    To Paradowska sformułowała w swoim czasie tezę: jeśli ludzie starego systemu
    zajmują w naszym państwie pozycję uprzywilejowaną, to dlatego, że są lepsi. Nic
    dziwnego, że z potworną irytacją reaguje na wszelkie spory o politykę kadrową,
    że demonstracyjnie ich nie rozumie. Że nie może zrozumieć, o co chodzi w
    kampanii dotyczącej niedoszłego szefa wywiadu Mariana Zacharskiego. Tak się
    wtedy zagniewała, że na posła Bugaja, w końcu nie prawicowca pokrzykiwała w
    Sejmie zadając kolejne pytanie i nawet nie słuchając odpowiedzi.
    W roku 1990 będąc dziennikarką „Życia" poparła prezydenta Wałęsę, licząc, że
    właśnie on pomoże jej w wewnątrzredakcyjnej rozgrywce z rządzącymi tamtą gazetą
    Kazimierzem Wóycickim i Tomaszem Wołkiem, zwolennikami „mięczaka"
    Mazowieckiego. Jeśli była w stanie przewidzieć, że cały wałęsowski
    program „Przyśpieszenia" nie jest wcale sprzeczny z jej mniemaniami o
    dominacji „fachowców", że chodzi tylko o wymianę kilku osób, świadczyłoby to o
    jej wielkiej przenikliwości. W każdym razie jeszcze u schyłku 1991 rozpatrywano
    ją jako kandydatkę na rzecznika prasowego rządu Olszewskiego. Żyła wówczas
    dobrze z centroprawicą, bo centroprawica była siłą.
    Dziś wie, że to ludzie starego systemu są siłą trwałą, więc jej komentarze-
    analizy są bezlitosne przede wszystkim dla przegranej prawicy, a względnie
    wyrozumiałe dla innych. Jej twórczość wyraża dwie proste prawdy. Pierwsza - nie
    ma co się bawić w koalicje solidarnościowe (np. po wyborach samorządowych).
    Druga - dobry jest kapitalizm jaki jest,- więc powinni go razem
    budować „światli" z UW i SLD.
    Paradowska unika „lewackich" odruchów Passenta i Toeplitza, którzy skłonni są
    wdawać się czasem w fechtunki w obronie takich ludzi jak Miller czy Pawlak. Jej
    teksty o populizmie tchną sterylnym banałem. Ulepszoną wersję planu
    Balcerowicza powinien realizować Grzegorz Kołodko, a innym wara od sporów, bo
    są one zawsze „populistyczne".
    To właśnie ona reprezentuje nową generację nie tylko ze względu na metrykę, co
    na biografię i poglądy. A już całkowitym beniaminkiem jest wywodzący się ze
    środowisk akademickich, kontestujących niegdyś komunizm i pokolenie Daniela
    Passenta, Mirosław Pęczak
    --
    "Kościół żyje! Kościół jest młody i niesie w sobie przyszłość świata"
    Benedykt XVI
  • lupus.lupus 09.05.05, 15:29
    P JAK PĘCZAK
    Jako specjalista od „luzu", od zespołów rockowych i trudnej młodzieży jest
    Pęczak bardzo mało interesujący, wpisany w logikę ideowej orientacji pisma. Gdy
    pisze, że za plecami „Frondy" czają się Dziarscy Chłopcy z „Szewców" Witkacego,
    to wizja konserwatywnej młodzieży wdzierającej się do redakcji „Polityki" i
    tłukącej pragmatyczce Paradowskiej okulary, może jedynie bawić.
    Ważniejszy jest Pęczak jako spec od mediów. Od pół roku już toczy z pomocą
    kilku dziennikarzy, pozbawionych stanowisk czy wysokich dochodów homerycki bój
    o telewizję, zagrożoną przez prawicę. Bronią są korytarzowe plotki,
    wrogiem „Dziarscy Chłopcy", którzy nie przyszli wprawdzie po okulary
    Paradowskiej, ale sięgnęli bezczelnie po stanowiska i gabinety.
    Zaczęło się wielkie polowanie z nagonką. Pęczaka, obiektywnego opisywacza
    telewizji, nie interesuje jakie są poglądy szefa TAI czy dyrektora II Programu.
    Prawicowe poglądy zastępcy szefa „Wiadomości" wykryje natychmiast pracując nad
    jego życiorysem. „Polityka" nigdy nie była gorliwa w tropieniu patologicznych
    układów, astronomicznych dochodów, niegospodarności funkcjonariuszy TV (chyba,
    że TV Olszewskiego). A tu nagle zaczęła zaglądać „Dziarskim Chłopcom" pod
    biurka. - Obrzydliwe pampersy, zarabiają po 30 milionów i są łase na komórkowe
    telefony - trąbi Pęczak, herold środowiska ascetów.
    Że obecność w telewizji paru osób o prawicowych poglądach zaowocuje najwyżej
    nieśmiałą próbą zaprowadzenia jakiej takiej równowagi między różnymi opcjami,
    co już widać po programach? Że główni informatorzy i faworyci Pęczaka
    zapraszają do swoich audycji przedstawicieli jednej racji, a potem krzyczą, że
    szefowie się im wtrącają i cenzurują? Że „reakcyjne Wiadomości" dwoją się i
    troją pokazując polityków SLD i PSL ponad miarę, bo każdy telefon może być
    wyrokiem? To dla tropiciela prawdy nie ma znaczenia.
    Bo w istocie rzeczy chodzi o co innego. Gwarantem wolnej telewizji była do tej
    pory audycja „Gorąca linia", prowadzona przez pięć dni w tygodniu przez
    publicystów „Polityki" właśnie. Nowa ekipa audycję w imię równowagi
    zlikwidowała. Kierownictwo „Polityki" zaprzysięgło zemstę. Paradowskiej czy
    Baczyńskiemu, niedawnym telewizyjnym gwiazdom wykonać jej nie wypada.
    Wizja świata redaktor Paradowskiej, redaktorów Baczyńskiego, Mroziewicza czy
    Wojny to po prostu obiektywna rzeczywistość, utrwalona ich słowami niczym na
    fotografii. Poglądy prawicowców, choćby najłagodniejsze i choćby tylko
    przemycane między wierszami są natomiast jedynie nędznymi, z natury rzeczy
    subiektywnymi urojeniami. Zasługują na wykrycie , napiętnowanie, a czasami na
    donos do tronu. - Dobrze rozumiem niepokój ministra Strąka o telewizję - zdążył
    napisać Toeplitz przed swoim przejściem do dotowanych z budżetu
    państwa „Wiadomości Kulturalnych". Więc rękami SLD spokój próbuje zaprowadzić
    dawny antykomunista, a dziś człowiek od mokrej roboty - Pęczak. Ktoś z jego
    środowiska charakteryzował go jako wiecznego adiunkta w średnim wieku, który
    nosi warkoczyk i stale boi się, że przyjdzie ZChN i zetnie mu ten kucyk.
    Lęki Pęczaka są oczywiście jego prywatną sprawą. Natomiast jego działalność na
    polu telewizyjnym wpisuje się w starą, dobrą tradycję „Polityki" - poparcia dla
    administracyjnego zaprowadzania porządku. W chwilach przełomu umiłowanie
    pluralizmu gdzieś się na moment gubi. Jak w 1982 roku.
    --
    "Kościół żyje! Kościół jest młody i niesie w sobie przyszłość świata"
    Benedykt XVI
  • lupus.lupus 09.05.05, 15:30
    Lewicowej inteligencji - odpowiedzą jej publicyści. Co jakiś czas na jej łamach
    pojawiają się rozważania nad kryzysem inteligencji i nad jej trwaniem. Raz są
    one nostalgiczne jak stare kabarety (Groński), raz pragmatyczne do bólu
    (Paradowska, Władyka). Zawsze za główną cechę inteligenckiego etosu uznaje się
    w niej antyklerykalizm i wierność tradycjom Boya.
    Ta inteligenckość może zresztą przybrać postać wynaturzoną. Np. wiecznie
    żywego „państwowca" Koźniewskiego, który w 1982 roku przyklaskiwał pozbawieniu
    wolności setek przedstawicieli swojej klasy, za to w 1994 poświęca cały, pełen
    oburzenia felieton jakiemuś staruszkowi (najpewniej wariatowi), który wdarł się
    na wystawę poświęconą postępowej zwolenniczce kontroli urodzin Ireny
    Krzywickiej i zdarł parę plakatów.


    Z drugiej strony kierunek myślenia „Polityki" wyznacza też tekst Jerzego
    Baczyńskiego z czerwca 1989 roku. - Nie widzę lepszego sposobu na nomenklaturę
    niż jej uwłaszczenie - konkludował wtedy. Tej zasadzie „Polityka" pozostała
    wierna. Kiedyś reprezentowała PZPR-owską technokrację, dziś nową klasę średnią
    o mocnych, komunistycznych korzeniach.
    To na przecięciu tych dwóch grup, dwóch tradycji, dwóch sposobów myślenia
    działa redakcja tego pisma. Opcje partyjne są mniej istotne. Przed 19 września
    atakując bez pardonu prawicowy segment rządu Suchockiej „Polityka" żyła dobrze
    z Unią Demokratyczną, promowała KLD. Dziś postawiła na SLD.
    Ten nowy kerunek symbolizują dobrze felietony wicepremiera Grzegorza Kołodki.
    Zajmuje się on zarówno propagowaniem własnych poglądów, jak i besztaniem prasy
    (także unijnej) za to, że go nieustannie „szkaluje".
    - Co to za wolny rynek, na którym można kupić kłamstwa? - pyta gniewnie.
    Wolałby zapewne, aby wszystkie gazety zostały zastąpione jedną,
    wielką „Polityką". Najlepiej tą z 1982 roku, w którym on, podówczas tylko PZPR-
    owski profesor pisał śmiertelnie nudne, przeładowane liczbami artykuły, równie
    abstrakcyjne jak ówczesna gospodarka. Nikt z nim nie polemizował. Wtórować
    mógłby mu zaś Passent, udowadniający dziś racje SLD w oparciu o teksty
    w „Financial Times", zupełnie jak w 1982, gdy argumenty administracji stanu
    wojennego popierał cytatami z zachodniej prasy.
    Nowa „Polityka" ma oczywiście większy sznyt niż w czasach „twardych
    konieczności" i tylko z rzadka musi pokazać swą bezwzględną, „starą" twarz. Na
    przykład wtedy gdy Aleksander Chećko, uporczywy rzecznik racji ludzi starego i
    nowego MSW nazywa ludzi bezradnie oburzonych wyrokiem w sprawie Ciastonia i
    Płatka „oszalałym z nienawiści tłumem". Albo gdy Passent podejmuje polemikę z
    kimś, kto broni młodocianego zabójcy sierżanta Karosa, zmuszonego w 1982 roku
    biciem do przyznania się do winy. l obsesyjnie walczy ze słowem „chłopiec", bo
    może ono wzbudzić niepożądane sympatie dla 17-latka, który uwierzył, że
    wyprowadzenie czołgów na ulice w porozumieniu z ZSRR to dla Polaka czas walki o
    wolność.
    Także wtedy, gdy Ludwik Stomma zajmuje się prawem karnym. - Tymczasem
    subiektywne motywy bandyty Helskiego nie są w stanie mnie zainteresować -
    wyznaje. - Wiem po prostu i to musi być naczelną zasadą, że w państwie
    demokratycznym nie dochodzi się sprawiedliwości brukowcem. Stała się rzecz
    ?
    podła i haniebna, lecz pięknoduchych oparach stronniczych psychologizacji nie
    została napiętnowana jako taka.
    A przecież to właśnie „Polityka" wraz z całą lewicową prasą rzuciła się na
    Jarosława Kaczyńskiego, gdy zaproponował zaostrzenie przepisów prawa karnego.
    To przecież redaktor Podemski i inne prawnicze autorytety dowodziły, że to
    społeczeństwo ponosi część winy za przestępstwa, że wszystko jest trochę
    względne. Nie byliż pięknoduchami? Nie byli, bo nie zajmowali się człowiekiem,
    który podniósł rękę na generała Jaruzelskiego. Gdy ma się do czynienia z kimś
    takim, najsubtelniejszy intelektualista zakrzyknie: ukarać tego wściekłego psa!
    To w „Polityce" Ewa Lętowska porównuje Jana Rokitę (wszak nie sztandarowego
    antykomunistę) do prokuratora stalinowskiego Andrieja Wyszyńskiego, bo mu się
    nie podoba przebieg procesu Humera. Zarazem działalność tych, którzy byli
    naprawdę kontynuatorami Wyszyńskiego wywołuje co najwyżej ironiczne uśmieszki i
    bon moty Passenta.
    Opcja ideowa „Polityki" także jest jasna i nic w tym złego. Z rozbawieniem
    można przyjąć co najwyżej histerię Ludwika Stommy, który w przerwie między
    wybaczaniem Jaruzelskiemu, a gromieniem jego prześladowców, co wybaczyć nie
    chcą, zajął się jakże pryncypialnie kwestią homoseksualistów.
    - Profesor Kurowski pisze to samo co prasa hitlerowska - grzmi Stomma. l
    dalejże żądać, bez ducha wybaczenia, aby za tekst korzyli się inni publicyści
    katolickiego „Lądu" - Piotr Naimski, Marcin Gugulski. Toż to już czysta
    odpowiedzialność zbiorowa.
    Patrzymy co napisał profesor. Wzywał do eksterminacji gejów? Nie, stwierdził
    tylko, że poprawka konstytucyjna gwarantująca im równouprawnienie
    to „nieuprawniony przywilej". Dla niego także nie będzie wyrozumiałości.
    Wszak: „nie ma wolności dla wrogów wolności".
    Te dwie twarze „Polityki" - anielskiej wyrozumiałości i histerycznej
    bezwzględności w walce o „wolność od pasa w dół", połączyły wokół niej znaczną
    część starych i nowych elit. Prawica bardzo źle znosi tę integrację, zapluwa
    się na dźwięk nazwy
    pisma.
    Zakończę jednak przewrotnie. Porozmawiamy, gdy „Gazeta Polska" będzie
    robiona równie inteligentnie, równie profesjonalnie jak „Polityka".
    Bo mimo obsesji i zwykłych sku..syństw, to pismo ciekawe, wszechstronne, z
    dobrym zespołem, poszerzanym o nowych ludzi, z których nie każdy jest Pęczakiem
    od mokrej roboty.
    Ale wizja prawicowej „Polityki" jest chyba równie nierealna, jak wizja Jana
    Olszewskiego dorównującego zręcznością Józefowi Oleksemu.

    Piotr Zaremba

    --
    "Kościół żyje! Kościół jest młody i niesie w sobie przyszłość świata"
    Benedykt XVI
  • kropekuk 09.05.05, 15:34
    A propos Stommy, bo o nim w tym watku mowa: jako znany "pies na kobity" jest
    wyjatkowo upowazniony do brania w obrone homoseksualistow - jako ten
    BEZINTERESOWNY.
    --
    Nie lej w gacie przed PiSuarem
  • kropekuk 09.05.05, 15:31
    pogladow. Ale od tego jednak nadal niezmiernie daleko do Absolutnej Prawdy...
    --
    Nie lej w gacie przed PiSuarem

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka