• drzewko
  • od najstarszego
  • od najnowszego

Polacy mordercami w Jedwabnem, swiadek opowiada Dodaj do ulubionych

  • IP: *.200.185.10.cm-upc.chello.se 13.04.01, 22:53
    Byc moze ten artykul zrobi wylom w tej istnej tamie milczenia
    ktora otacza mord w Jedwabnem. Mowi to bowiem Jedwabienczyk,
    ktory nie ma zadnych watpliwosci, co do prawdziwego toku
    wydarzen owego feralnego dnia/czy dni/ w miasteczku Roku
    Panskiego 1941, i tej swoistej spuscizny, czy nastepstw
    tego dla atmosfery tam panujacej do dzis. Odwazny czlowiek.

    http://www.gazeta.pl/alfa/artykul.jsp?xx=213188&dzial=01018005

    GW 2001-04-04 20:08

    JEDWABNE - PUBLICYSTYKA

    Szatan wstapil do Jedwabnego

    Rozmawia Anna Bikont

    W Jedwabnem panuje atmosfera zastraszenia. To powoduje,
    ze czesc swiadkow nie przekazuje informacji do Instytutu
    Pamieci Narodowej albo zeznaje falszywie. Minelo 60 lat,
    a zastraszenie trwa. To dopiero pokazuje skale zbrodni
    - mowi Stanislaw Przechodzki*

    * Stanislaw Przechodzki jest dyrektorem
    Oddzialu Podlaskiego Centrum Zdrowia
    Publicznego w Lomzy, poprzednio byl
    wieloletnim dyrektorem Urzedu
    Wojewodzkiego w Lomzy



    Anna Bikont: Po moim tekscie "Prosze tu wiecej nie
    przychodzic" ("Gazeta Swiateczna", 31.03-1.04.2001 r.)
    o zastraszonym Jedwabnem zdecydowal sie Pan pod nazwiskiem
    opowiedziec o tym, co stalo sie tam 10 lipca 1941 roku?

    Stanislaw Przechodzki: Jezeli teraz staje sie w obronie
    mordercow, falszujac fakty, jest sie wspolwinnym.
    Uczestniczac w klamstwie, czulbym sie tak, jakbym bral
    udzial w tamtej zbrodni, bo pomordowani nie wstana, by
    opowiedziec nam, jak gineli.

    Mieszkalem w Jedwabnem od urodzenia w 1955 roku do roku
    1984.

    Dyskusje, ile osob miesci sie w stodole, sa bez sensu.

    Morderstwa mialy miejsce niemal na kazdej ulicy, na kazdym
    podworku w Jedwabnem. Zrobila to czesc mieszkancow, moze
    kilkadziesiat osob. Wielu przyjechalo z okolicznych wsi,
    z Kossak, z Janczewa, z Kubrzan. A co sie dzialo 10 lipca nad
    stawem? Tam roslo geste zboze, ludzie przeszukiwali je,
    a jak znalezli Zyda - topili. Po studniach tez topiono
    Zydow.

    Zamordowano Zydow, ktorzy niesli pomnik Lenina. To nie byl
    jeden zbiorowy mord, to byly mordy imienne, wiadomo, kto
    kogo zabil. To nie byly ciche mordy, to sie odbywalo
    w bialy dzien. "Jak Zydziaka na polu zlapali, to juz go
    tam zakopali na miejscu" - przeciez tak opowiadaja sami
    mieszkancy Jedwabnego.

    Jeszcze dopalala sie stodola, kiedy czesc mieszkancow
    rzucila sie na mienie pozydowskie. Jakie jest sumienie
    kobiety, ktora kradla jeszcze ciepla pierzyne albo wyciagala
    nedzne ubrania sasiada? Mowia teraz, ze to Niemcy wzieli
    i wywiezli. Te szmaty, te troche skorup? Niemcy wywozili
    antyki i futra z domow warszawskich adwokatow
    i przemyslowcow.

    Rodzice Panu o tym wszystkim opowiadali?

    - Mam zdjecie mojej matki z siodmej klasy. Pokazywala mi
    na nim swoje zydowskie kolezanki i mowila: "Ta spalona,
    ta spalona, a ta skonczyla z poderznietym gardlem". Kiedy
    widziala pochod smierci, ktory szedl Sadowa, to wziela
    siostre i uciekla w kierunku Lomzy. Matka jeszcze dwa dni
    przed smiercia wspominala tamten krzyk, a przeciez kiedy to
    sie dzialo, byly z moja siostra dwa kilometry od stodoly.

    Moja rodzina zawsze dobrze zyla z Zydami. Matka wspominala
    z niesmakiem czas przed wojna, kiedy to grupy polskiej
    mlodziezy w szabat chodzily z harmonia pod zydowskie domy
    zaklocac im swieto, jak zabierano Zydom jarmulki i zadano za
    nie po zlotowce. To robili miedzy innymi Laudanscy.

    W dzien mordu zachodzili do polskich domow, mowiac: "Chodz
    z nami. Albo jestes z nami, albo przeciwko nam". O ich roli
    w wydarzeniach 10 lipca wiedzialo cale miasto.


    Gdzie byli Pana rodzice w dniu mordu?

    - Mieszkalismy przez lata w domu przy Rynku, w tym miejscu
    Przechodzcy mieszkali od polowy XIX wieku. Rodzice mieli
    tam restauracje i sklep. Ojciec schowal sie do ogrodu,
    a potem na strychu u babci na ulicy 11 Listopada (dzis
    Sadowej). Schowal sie, podkresle to jeszcze raz, przed
    Polakami, zeby go nie zagnali do zabijania Zydow. Rodzice
    nie wiedzieli, ze Zydzi beda tamtedy gnani.

    Jezeli moi rodzice, ktorzy mieszkali w oku cyklonu, mogli
    bez przeszkod wycofac sie z Rynku, to znaczy, ze mozna bylo
    bez trudu nie wziac udzialu w zbrodni. Potem widzieli ten
    pochod.

    To nieprawda, ze Polacy szli pod pistoletem Niemcow. Nikt
    nikogo nie zmuszal. Moze z boku stal jakis Niemiec, ale
    matka zadnego nie widziala. Przeszla swobodnie z dzieckiem,
    z moja siostra, przez cale Jedwabne, z ulicy 11 Listopada
    w kierunku Lomzy. Bylo moze wtedy kilkunastu zandarmow
    w Jedwabnem, ktorzy obserwowali, co sie dzieje, zadne
    wielkie sily tam wtedy nie przyjechaly.

    Profesor Jan Gross podaje, ze dzien wczesniej, 9 lipca,
    to jest w dzien targowy, ludzie zostali powiadomieni, ze
    nazajutrz bedzie akcja przeciwko Zydom. To jest niescisle.

    Z tego, co slyszalem, 9 nie odbyl sie juz targ, bo juz
    drugi dzien Rynek byl zajety przez Zydow, ktorym nakazano
    uporzadkowac plac. Moi rodzice, mieszkajac przy Rynku,
    widzieli to dokladnie.

    Mama opowiadala mi przed smiercia, ze oni byli tak trzy
    dni trzymani, wyrywali trawe i jedli ja, strasznie im sie
    chcialo pic, a nie wolno bylo podawac im wody. Zostali
    zagonieni 8 lipca, po spaleniu Zydow w Radzilowie. Nie
    wiem, czy na noc byli puszczani do domu. Te dwa dni nie
    wiadomo dlaczego umknely z opisow wydarzen, ta ich meczarnia
    nie zostala jeszcze ujawniona.

    Jak mozna zyc z taka wiedza o swoich sasiadach?

    Ja do tej wiedzy dochodzilem powoli, o wielu zdarzeniach
    dowiedzialem sie dopiero w latach 70., kiedy sam zaczalem
    dopytywac swiadkow. Rozmawialem m.in. z owczesnym zastepca
    burmistrza Karolaka z czasow wojny Eugeniuszem Sliweckim.

    On potwierdzal, ze Karolak zawarl umowe z Niemcami, ze
    miasto samo zalatwi sprawe Zydow.

    Mialem zawsze nadzieje, ze zbrodnia zostanie ujawniona.
    Ale nie podejrzewalem, jakie ta sprawa przyjmie rozmiary,
    ze stanie sie rozgrywka polityczna, kolem napedowym dla
    ugrupowan nacjonalistycznych. Zniknal gdzies problem ofiar.

    Leon Dziedzic, ktorego zmuszono do zakopywania cial,
    opowiadal, ze oni byli tak spleceni ze soba jak korzenie,
    ze nie dawalo sie cial rozdzielic. To przeciez ginely matki
    z dziecmi, przytulone do siebie. O tym sie nie mowi. To nie
    obciaza sumienia, bo tam gineli nie ludzie, ale Zydzi. I to
    Zydzi zdrajcy, ktorzy donosili do NKWD. Ja sie nigdy nie
    zetknalem z tym, zeby wywozki na Sybir odbyly sie tu z winy
    Zydow. W Jedwabnem czesciej Polacy wydawali.

    Drastycznych scen rodzina mi nie opowiadala. Ale pozniej,
    w 1980 roku, rozpoczalem pierwsza prace w Urzedzie Wojewodzkim
    w Lomzy i zetknalem sie z jednym z pracownikow, ktory byl
    wczesniej w Jedwabnem nauczycielem. Opowiadal mi
    o Kubrzenieckim, ze wybieral ofiary wsrod prowadzonych do
    stodoly Zydow i podrzynal im gardla. Inny znajomy mi
    opowiadal, jak 10 lipca chcial wejsc do swojej slawojki,
    a tam byl Zyd z poderznietym gardlem, jeszcze zyl i charczal.

    Slawojki byly wtedy wszystkie na zewnatrz. Podstawowym
    narzedziem mordu byl bagnet.


    W procesie z 1949 roku swiadkowie najpierw opowiadaja
    precyzyjnie, co zdarzylo sie w miasteczku 10 lipca, by na
    sprawie odwolac zeznania.

    - Wspominano mi o procesie, o tym, jak swiadkowie byli
    zastraszeni. Grozono im, ze jak nie odwolaja zeznan, beda
    mogli ogladac swoje ciala w trumnie. UB bylo w Lomzy -
    daleko, a sasiedzi - blisko. Oni sie nikogo tak nie bali
    jak sasiadow.

    Przeciez taki swiadek po zlozeniu zeznan wracal do domu
    i chcial sie jeszcze rano obudzic. A co bylo po wojnie?

    Mnostwo skrytobojczych mordow, rozrachunki miedzy rodzinami,
    czesc zreszta dotyczyla mienia pozydowskiego. Dzisiaj tez
    panuje w Jedwabnem atmosfera zastraszenia. Przeciez to
    dopiero pokazuje skale zbrodni, jezeli zastraszenie jes
    • Gość: E-mail IP: *.chello.pl 13.04.01, 23:20
      E-mil, czy ty umiesz czytać?
      Jaki świadek i czego, który urodził się w 1955 roku.
      Ja się urodziłem wcześniej i takich bzdur nie opowiadam.
      To co on mówi, pasuje pani B. do jej obrazu rzeczywistości
      namalowanej przez zidiociałego historyka, Grossa.
      To wszystko ta sama banda. A ten chłoptyś jest tylko narzędziem.
      Dlaczego nie zadała mu np. pytania: Czy pańska rodzina mieszkała w domu
      odziedziczonym po zamordowanych Żydach?
      Ciekawe, co by odpowiedział?
      E-milu, poczytaj sobie inne wypowiedzi świadków czy głosy w dyskusji.
      E-mail
      • Gość: karol IP: *.czestochowa.ppp.tpnet.pl 13.05.01, 21:17
        Co jest do diabła z tymi Zydami otwieram radio Jedwabne,telewizor holokaust,
        do kiosku idę po koszerną gazete a w sklepie karp po żydowsku.Zyć się nie chce
        • Gość: Paul IP: 203.202.95.* 14.05.01, 04:18
          Gość portalu: karol napisał(a):

          > Co jest do diabła z tymi Zydami otwieram radio Jedwabne,telewizor holokaust,
          > do kiosku idę po koszerną gazete a w sklepie karp po żydowsku.Zyć się nie chce


          Mam nadzieje, ze zaraz popelnisz samobojstwo. Powodzenia.
    • Gość: Realista IP: *.sympatico.ca 13.04.01, 23:54
      E-Mil
      Skoncz z ta swoja kampania.
      Zbyt niedolnie ci to idzie.
    • Gość: A-social IP: *.warszawa.ppp.tpnet.pl 14.04.01, 00:03
      Emilku, po pierwsze:
      - przyzwoici ludzie nie powoluja sie na informacje podawane w GW (srednio 50%
      jest dementowane w sprostowaniach)
      po drugie:
      - przy calym szacunku, p. Bikont jest moze dobrym dziennikarzem, ale absolutnie
      pozbawionym obiektywizmu, czego dala dowod wielokrotnie na lamach wspomnianego
      dziennika o charakterze sensacyjno / informacyjnym, gdzie z kazdej podanej w
      sposob selektywny informacji (szczegolnie na tematy zydowskie) wprost tryskaja
      emocje, opinie, sugestie

      antisocial
    • Gość: Berg IP: *.proxy.aol.com 14.04.01, 00:06
      Powszechnie wiadomo, ze GW z Michnikiem (wlasc. Szechter) swoj sad na Polakow
      juz wydala. Nie jest ona wszakze jedynym zrodlem relacji, tym bardziej ze
      publikuje tylko te zeznania, ktore zgadzaja sie z jej punktem widzenia. Polecam
      inne zrodla dla wiekszego obiektywizmu.
      Wspolczuje panu i wszystkim uchodzcom z Marca '68 , panie Dajczgewand. Ale nie
      wszystko stracone, moze tylko to, ze Kwasniewski nie przeprosil za Marzec w
      imieniu swojej partii....(zamiast wszystkich Polakow, ktorzy nie mieli na to
      zadnego wplywu)

      Wyrazy szacunku

      Berg
      • Gość: E-mil IP: *.200.185.10.cm-upc.chello.se 14.04.01, 01:16
        "Powszechnie wiadomo, ze GW z Michnikiem (wlasc. Szechter) swoj sad na Polakow
        juz wydala. Nie jest ona wszakze jedynym zrodlem relacji, tym bardziej ze
        publikuje tylko te zeznania, ktore zgadzaja sie z jej punktem widzenia."
        .....................
        Nie ma znaczenia w jakiej gazecie prawda jest publikowana.
        Tyle faktow naocznych swiadkow, morderstw z reki Polakow jest w tym artykule, ze
        inna gazeta musialaby klamac, zeby cos innego napisac.

        Powszechnie wiadomo jest, ze polskie pogromy na Zydach odbywaly sie w czasie
        wojny i PO WOJNIE, GDY JUZ NIEMCOW W POLSCE NIE BYLO, dlatego tez Jedwabne jest
        jednym z kolejnych polskich morderstw na niewinnych dzieciach, kobietach i
        mezczyznach, tylko dlatego, ze byli to Zydzi.

        Dlaczego Polacy nie chca sie przyznac do gleboko zakorzenionego antysemityzmu u
        siebie, ktory odziedziczaja z pokolenia na pokolenie?
        Antysemityzm polski zionie z tych artykolow na Forum Internetowym.
        Czy wy wiecie co to jest samokrytyka?

        Nienawisc miljonow Polakow do Zydow istnieje juz dawna i pogromy, m in w
        Jedwabnie, nie ma co zaprzeczac.
        Gdyby Polacy byli prawdziwymi demokratami, to nie wyrzucaliby Zydow z Polski, za
        to tylko ze sa Zydami.
        Dzisiaj nie ma juz w Polsce Zydow (moze jednostki), a antysemityzm kwitnie. Jak
        to mozliwe?
        • Gość: bunio IP: 213.77.55.* 16.04.01, 14:58
          do emila - napiszę Ci dlaczego żydów nie ma już w Polsce:
          przychodzi żyd o nazwisku Kowalski do Urzędu z prośbą o zmianę nazwiska
          a na jakie chce nazwisko chce Pan zmienić pyta urzędnik przecież to jest bardzo
          dobre
          chcę zmienić na Kowalski odpowiada żyd
          a dlaczego pyta urzędnik?
          dlatego że wszyscy pytają mnie o poprzednie nazwisko.
      • Gość: E-mil IP: *.200.185.10.cm-upc.chello.se 14.04.01, 01:16
        "Powszechnie wiadomo, ze GW z Michnikiem (wlasc. Szechter) swoj sad na Polakow
        juz wydala. Nie jest ona wszakze jedynym zrodlem relacji, tym bardziej ze
        publikuje tylko te zeznania, ktore zgadzaja sie z jej punktem widzenia."
        .....................
        Nie ma znaczenia w jakiej gazecie prawda jest publikowana.
        Tyle faktow naocznych swiadkow, morderstw z reki Polakow jest w tym artykule, ze
        inna gazeta musialaby klamac, zeby cos innego napisac.

        Powszechnie wiadomo jest, ze polskie pogromy na Zydach odbywaly sie w czasie
        wojny i PO WOJNIE, GDY JUZ NIEMCOW W POLSCE NIE BYLO, dlatego tez Jedwabne jest
        jednym z kolejnych polskich morderstw na niewinnych dzieciach, kobietach i
        mezczyznach, tylko dlatego, ze byli to Zydzi.

        Dlaczego Polacy nie chca sie przyznac do gleboko zakorzenionego antysemityzmu u
        siebie, ktory odziedziczaja z pokolenia na pokolenie?
        Antysemityzm polski zionie z tych artykolow na Forum Internetowym.
        Czy wy wiecie co to jest samokrytyka?

        Nienawisc miljonow Polakow do Zydow istnieje juz dawna i pogromy, m in w
        Jedwabnie, nie ma co zaprzeczac.
        Gdyby Polacy byli prawdziwymi demokratami, to nie wyrzucaliby Zydow z Polski, za
        to tylko ze sa Zydami.
        Dzisiaj nie ma juz w Polsce Zydow (moze jednostki), a antysemityzm kwitnie. Jak
        to mozliwe?
        • 14.04.01, 01:45
          To straszne i przerazajäce,az trudno pojäc do czego moze posunäc sie czlowiek.

          Ubolewam i läcze sie w bölu z rodzinami pomordowanych Zydöw.
          Läcze sie röwniez modlitwä za dusze zmarlych-tak bestialsko zamordowanych.

          Zastanawiam sie...dlaczego nie bylo ludzi,ktörzy by sie temu przeciwstaili.
          Moze w tamtych latach panowal strach ? Lecz dlaczego po wojnie milczano ?

          Czy jest tak malo ODWAGI I CZLOWIECZENSTWA w narodzie polskim.

          Wstydze sie za swoich rodaköw- TO NIE SÄ LUDZIE -TO ZWIERZETA.

          radca

          Andrzej Kaniecki

          ps. widac po panu pralacie Jankowskim-co wyrabia.Co by bylo gdyby on wtedy tam
          byl ?

          pan Jankowski napisal,ze "Zydzi zabili Jezusa " ? -to zadam mu pytanie:
          czy Polacy zabili ksiedza JERZEGO POPIELUSZKE ???

          -no wlasnie .....chyba nie.
        • Gość: Realista IP: *.sympatico.ca 14.04.01, 01:46
          Nie ma zydow w Polsce????
          Kto rzadzi w Polsce , Kwasniewski, Buzek i inni.
          Zydow przepedzano od wiekow z wielu krajow
          nie dlatego,ze byli zydami ale dlatego ze
          swa strategiczna zimna chciwoscia
          niszczyl i wpedzali w nedze, wydziedziczali
          obywateli krajow,w ktorych byli goscmi.
          Zawsze byli wampirami.
          Wysil swoja pale i podaj troche historycznych
          faktow podtrzymujacych twoja teorie.


    • Gość: Gienio IP: 209.187.169.* 14.04.01, 07:51
      w książce Chaima Lazara "Destruction and Resistance", wydanej w Nowym Jorku w
      1985 r., znalazła się następująca relacja:



      "Sztab brygady zdecydował zrównać Koniuchy z ziemią, aby dać przykład innym.
      Pewnego wieczoru 120 najlepszych partyzantów ze wszystkich obozów, uzbrojonych
      w najlepszą broń, wyruszyło w stronę tej wsi. Między nimi było około 50 Żydów,
      którymi dowodził Jaakow (Jakub) Prenner. O północy dotarli w okolicę wioski i
      zajęli pozycje wyjściowe. Mieli rozkaz, aby nie darować nikomu życia. Nawet
      bydło i nierogacizna miały być wybite. (...) Sygnał dano tuż przed wschodem
      słońca. W ciągu kilku minut okrążono wieś z trzech stron. Z czwartej strony
      była rzeka, a jedyny most był w rękach partyzantów. Przygotowanymi zawczasu
      pochodniami partyzanci palili domy, stajnie, magazyny, gęsto ostrzeliwując
      siedliska ludzkie (...) Słychać było huk eksplozji z wielu domów (...) Półnadzy
      chłopi wyskakiwali przez okna i usiłowali uciekać. Ale zewsząd czekały ich
      śmiertelne pociski. Wielu z nich wskoczyło do rzeki, aby przepłynąć na drugą
      stronę, ale tam też spotkał ich taki sam los. Zadanie wykonano w krótkim
      czasie. Sześćdziesiąt gospodarstw chłopskich, w których mieszkało około 300
      osób, zniszczono. Nie uratował się nikt".

      relacja Israela Weissa, opublikowana w książce "Memorial to a Jewish Community
      in Poland", wydanej w Tel Awiwie w 1962 r.:
      "Jednakże na zdobywanie aprowizacji składało się więcej niż tylko przekonanie
      niechętnych chłopów. Stoi mi wyjątkowo jasno przed oczyma jedna taka akcja.
      Oddział w sile kompanii pod dowództwem Szlomo Branda wyruszył o zmroku tego
      zimowego dnia, aby zaopatrzyć się w aprowizację w +bogatej+ wiosce niedaleko
      miasteczka Ejszyszki. Do celu dotarliśmy około północy. Wystawiliśmy czujki po
      obu stronach wioski, a ja wraz ze swymi ludźmi wszedłem do pierwszego
      gospodarstwa. (...) Pracowaliśmy jak w gorączce przez całą noc zbierając
      jedzenie i byliśmy gotowi do odwrotu, gdy zaświtał ranek. Szlomo i 20 jego
      ludzi zostało z tyłu, aby osłaniać nasz odwrót. My odjechaliśmy na saniach.
      (...) W żadnym wypadku nie był to jakiś wyjątek. (...) Udało nam się wymusić
      duże ilości broni i amunicji od wiosek, które kolaborowały z Niemcami i były
      przez nich uzbrojone. Przedsięwzięto karne kroki wobec kolaborantów, a jedną z
      wiosek, która była notoryczna w swej wrogości do Żydów została całkowicie
      spalona".

      • Gość: Gienio IP: 209.187.169.* 14.04.01, 07:59
        relacja z ksiazki Richa Cohena "The Avengers" ("Msciciele"), wydanej w Nowym
        Jorku w 2000 r.:
        "Koniuchy byly wioska o zakurzonych drogach i osiadlych w ziemi,
        niepomalowanych domach. (...) Partyzanci - Rosjanie, Litwini i Zydzi -
        zaatakowali Koniuchy od strony pól, a slonce swiecilo im w plecy. Odezwal sie
        ogien z wiez strazniczych. Partyzanci odpowiedzieli ogniem. Chlopi uciekli do
        swych domów. Partyzanci wrzucili granaty na dachy, a w domach wystrzelily
        plomienie. Chlopi wybiegali drzwiami i biegli droga. Partyzanci ich gonili,
        strzelajac do mezczyzn, kobiet i dzieci. Wiekszosc chlopów bieglo w strone
        niemieckiego garnizonu, a wiec przez cmentarz na skraju miasta. Komandir
        partyzantów przewidzial to i dlatego nakazal kilku swoim ludziom schowac sie
        przy grobach. Gdy ci partyzanci otworzyli ogien, chlopi zawrócili i wpadli w
        rece zolnierzy, którzy scigali ich z drugiej strony. Setki chlopów zginelo
        zlapanych w ogien krzyzowy".
        • Gość: N-murder IP: *.chello.pl 14.04.01, 13:50
          Widzisz, oni mogą a my NIE!
          Taka jest między nami różnica.
          Kiedy to się skończy???
        • Gość: mysz IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl 14.05.01, 01:17
          Gość portalu: Gienio napisał(a):

          > relacja z ksiazki Richa Cohena "The Avengers" ("Msciciele"), wydanej w Nowym
          > Jorku w 2000 r.:
          > "Koniuchy byly wioska o zakurzonych drogach i osiadlych w ziemi,
          > niepomalowanych domach. (...) Partyzanci - Rosjanie, Litwini i Zydzi -
          > zaatakowali Koniuchy od strony pól, a slonce swiecilo im w plecy.

          Dlaczego wsrod zabojcow mieszkancow Koniuchow widzisz wylacznie Zydow (tak
          zatytulowales swo post)? Przeciez z powyzszego cytatu wyraznie wynika, ze wsrod
          sowieckich partyzantow, ktory tego dokonali byli rowniez Rosjanie i Litwini.
    • Gość: Arafat IP: 169.207.85.* 16.04.01, 06:10
    • Gość: kot IP: *.nas.one.net.au 13.05.01, 20:58
      Gość portalu: E-mil napisał(a):

      > Byc moze ten artykul zrobi wylom w tej istnej tamie milczenia
      > ktora otacza mord w Jedwabnem. Mowi to bowiem Jedwabienczyk,
      > ktory nie ma zadnych watpliwosci, co do prawdziwego toku
      > wydarzen owego feralnego dnia/czy dni/ w miasteczku Roku
      > Panskiego 1941, i tej swoistej spuscizny, czy nastepstw
      > tego dla atmosfery tam panujacej do dzis. Odwazny czlowiek.
      >
      > http://www.gazeta.pl/alfa/artykul.jsp?xx=213188&dzial=01018005
      >
      > GW 2001-04-04 20:08
      >
      > JEDWABNE - PUBLICYSTYKA
      >
      > Szatan wstapil do Jedwabnego
      >
      > Rozmawia Anna Bikont
      >
      > W Jedwabnem panuje atmosfera zastraszenia. To powoduje,
      > ze czesc swiadkow nie przekazuje informacji do Instytutu
      > Pamieci Narodowej albo zeznaje falszywie. Minelo 60 lat,
      > a zastraszenie trwa. To dopiero pokazuje skale zbrodni
      > - mowi Stanislaw Przechodzki*
      >
      > * Stanislaw Przechodzki jest dyrektorem
      > Oddzialu Podlaskiego Centrum Zdrowia
      > Publicznego w Lomzy, poprzednio byl
      > wieloletnim dyrektorem Urzedu
      > Wojewodzkiego w Lomzy
      >
      >
      >
      > Anna Bikont: Po moim tekscie "Prosze tu wiecej nie
      > przychodzic" ("Gazeta Swiateczna", 31.03-1.04.2001 r.)
      > o zastraszonym Jedwabnem zdecydowal sie Pan pod nazwiskiem
      > opowiedziec o tym, co stalo sie tam 10 lipca 1941 roku?
      >
      > Stanislaw Przechodzki: Jezeli teraz staje sie w obronie
      > mordercow, falszujac fakty, jest sie wspolwinnym.
      > Uczestniczac w klamstwie, czulbym sie tak, jakbym bral
      > udzial w tamtej zbrodni, bo pomordowani nie wstana, by
      > opowiedziec nam, jak gineli.
      >
      > Mieszkalem w Jedwabnem od urodzenia w 1955 roku do roku
      > 1984.
      >
      > Dyskusje, ile osob miesci sie w stodole, sa bez sensu.
      >
      > Morderstwa mialy miejsce niemal na kazdej ulicy, na kazdym
      > podworku w Jedwabnem. Zrobila to czesc mieszkancow, moze
      > kilkadziesiat osob. Wielu przyjechalo z okolicznych wsi,
      > z Kossak, z Janczewa, z Kubrzan. A co sie dzialo 10 lipca nad
      > stawem? Tam roslo geste zboze, ludzie przeszukiwali je,
      > a jak znalezli Zyda - topili. Po studniach tez topiono
      > Zydow.
      >
      > Zamordowano Zydow, ktorzy niesli pomnik Lenina. To nie byl
      > jeden zbiorowy mord, to byly mordy imienne, wiadomo, kto
      > kogo zabil. To nie byly ciche mordy, to sie odbywalo
      > w bialy dzien. "Jak Zydziaka na polu zlapali, to juz go
      > tam zakopali na miejscu" - przeciez tak opowiadaja sami
      > mieszkancy Jedwabnego.
      >
      > Jeszcze dopalala sie stodola, kiedy czesc mieszkancow
      > rzucila sie na mienie pozydowskie. Jakie jest sumienie
      > kobiety, ktora kradla jeszcze ciepla pierzyne albo wyciagala
      > nedzne ubrania sasiada? Mowia teraz, ze to Niemcy wzieli
      > i wywiezli. Te szmaty, te troche skorup? Niemcy wywozili
      > antyki i futra z domow warszawskich adwokatow
      > i przemyslowcow.
      >
      > Rodzice Panu o tym wszystkim opowiadali?
      >
      > - Mam zdjecie mojej matki z siodmej klasy. Pokazywala mi
      > na nim swoje zydowskie kolezanki i mowila: "Ta spalona,
      > ta spalona, a ta skonczyla z poderznietym gardlem". Kiedy
      > widziala pochod smierci, ktory szedl Sadowa, to wziela
      > siostre i uciekla w kierunku Lomzy. Matka jeszcze dwa dni
      > przed smiercia wspominala tamten krzyk, a przeciez kiedy to
      > sie dzialo, byly z moja siostra dwa kilometry od stodoly.
      >
      > Moja rodzina zawsze dobrze zyla z Zydami. Matka wspominala
      > z niesmakiem czas przed wojna, kiedy to grupy polskiej
      > mlodziezy w szabat chodzily z harmonia pod zydowskie domy
      > zaklocac im swieto, jak zabierano Zydom jarmulki i zadano za
      > nie po zlotowce. To robili miedzy innymi Laudanscy.
      >
      > W dzien mordu zachodzili do polskich domow, mowiac: "Chodz
      > z nami. Albo jestes z nami, albo przeciwko nam". O ich roli
      > w wydarzeniach 10 lipca wiedzialo cale miasto.
      >
      >
      > Gdzie byli Pana rodzice w dniu mordu?
      >
      > - Mieszkalismy przez lata w domu przy Rynku, w tym miejscu
      > Przechodzcy mieszkali od polowy XIX wieku. Rodzice mieli
      > tam restauracje i sklep. Ojciec schowal sie do ogrodu,
      > a potem na strychu u babci na ulicy 11 Listopada (dzis
      > Sadowej). Schowal sie, podkresle to jeszcze raz, przed
      > Polakami, zeby go nie zagnali do zabijania Zydow. Rodzice
      > nie wiedzieli, ze Zydzi beda tamtedy gnani.
      >
      > Jezeli moi rodzice, ktorzy mieszkali w oku cyklonu, mogli
      > bez przeszkod wycofac sie z Rynku, to znaczy, ze mozna bylo
      > bez trudu nie wziac udzialu w zbrodni. Potem widzieli ten
      > pochod.
      >
      > To nieprawda, ze Polacy szli pod pistoletem Niemcow. Nikt
      > nikogo nie zmuszal. Moze z boku stal jakis Niemiec, ale
      > matka zadnego nie widziala. Przeszla swobodnie z dzieckiem,
      > z moja siostra, przez cale Jedwabne, z ulicy 11 Listopada
      > w kierunku Lomzy. Bylo moze wtedy kilkunastu zandarmow
      > w Jedwabnem, ktorzy obserwowali, co sie dzieje, zadne
      > wielkie sily tam wtedy nie przyjechaly.
      >
      > Profesor Jan Gross podaje, ze dzien wczesniej, 9 lipca,
      > to jest w dzien targowy, ludzie zostali powiadomieni, ze
      > nazajutrz bedzie akcja przeciwko Zydom. To jest niescisle.
      >
      > Z tego, co slyszalem, 9 nie odbyl sie juz targ, bo juz
      > drugi dzien Rynek byl zajety przez Zydow, ktorym nakazano
      > uporzadkowac plac. Moi rodzice, mieszkajac przy Rynku,
      > widzieli to dokladnie.
      >
      > Mama opowiadala mi przed smiercia, ze oni byli tak trzy
      > dni trzymani, wyrywali trawe i jedli ja, strasznie im sie
      > chcialo pic, a nie wolno bylo podawac im wody. Zostali
      > zagonieni 8 lipca, po spaleniu Zydow w Radzilowie. Nie
      > wiem, czy na noc byli puszczani do domu. Te dwa dni nie
      > wiadomo dlaczego umknely z opisow wydarzen, ta ich meczarnia
      > nie zostala jeszcze ujawniona.
      >
      > Jak mozna zyc z taka wiedza o swoich sasiadach?
      >
      > Ja do tej wiedzy dochodzilem powoli, o wielu zdarzeniach
      > dowiedzialem sie dopiero w latach 70., kiedy sam zaczalem
      > dopytywac swiadkow. Rozmawialem m.in. z owczesnym zastepca
      > burmistrza Karolaka z czasow wojny Eugeniuszem Sliweckim.
      >
      > On potwierdzal, ze Karolak zawarl umowe z Niemcami, ze
      > miasto samo zalatwi sprawe Zydow.
      >
      > Mialem zawsze nadzieje, ze zbrodnia zostanie ujawniona.
      > Ale nie podejrzewalem, jakie ta sprawa przyjmie rozmiary,
      > ze stanie sie rozgrywka polityczna, kolem napedowym dla
      > ugrupowan nacjonalistycznych. Zniknal gdzies problem ofiar.
      >
      > Leon Dziedzic, ktorego zmuszono do zakopywania cial,
      > opowiadal, ze oni byli tak spleceni ze soba jak korzenie,
      > ze nie dawalo sie cial rozdzielic. To przeciez ginely matki
      > z dziecmi, przytulone do siebie. O tym sie nie mowi. To nie
      > obciaza sumienia, bo tam gineli nie ludzie, ale Zydzi. I to
      > Zydzi zdrajcy, ktorzy donosili do NKWD. Ja sie nigdy nie
      > zetknalem z tym, zeby wywozki na Sybir odbyly sie tu z winy
      > Zydow. W Jedwabnem czesciej Polacy wydawali.
      >
      > Drastycznych scen rodzina mi nie opowiadala. Ale pozniej,
      > w 1980 roku, rozpoczalem pierwsza prace w Urzedzie Wojewodzkim
      > w Lomzy i zetknalem sie z jednym z pracownikow, ktory byl
      > wczesniej w Jedwabnem nauczycielem. Opowiadal mi
      > o Kubrzenieckim, ze wybieral ofiary wsrod prowadzonych do
      > stodoly Zydow i podrzynal im gardla. Inny znajomy mi
      > opowiadal, jak 10 lipca chcial wejsc do swojej slawojki,
      > a tam byl Zyd z poderznietym gardlem, jeszcze zyl i charczal.
      
    • Gość: kot IP: 61.12.117.* 13.05.01, 21:12
      Gość portalu: E-mil napisał(a):

      > Byc moze ten artykul zrobi wylom w tej istnej tamie milczenia
      > ktora otacza mord w Jedwabnem. Mowi to bowiem Jedwabienczyk,
      > ktory nie ma zadnych watpliwosci, co do prawdziwego toku
      > wydarzen owego feralnego dnia/czy dni/ w miasteczku Roku
      > Panskiego 1941, i tej swoistej spuscizny, czy nastepstw
      > tego dla atmosfery tam panujacej do dzis. Odwazny czlowiek.
      >
      > http://www.gazeta.pl/alfa/artykul.jsp?xx=213188&dzial=01018005
      >
      > GW 2001-04-04 20:08
      >
      > JEDWABNE - PUBLICYSTYKA
      >
      > Szatan wstapil do Jedwabnego
      >
      > Rozmawia Anna Bikont
      >
      > W Jedwabnem panuje atmosfera zastraszenia. To powoduje,
      > ze czesc swiadkow nie przekazuje informacji do Instytutu
      > Pamieci Narodowej albo zeznaje falszywie. Minelo 60 lat,
      > a zastraszenie trwa. To dopiero pokazuje skale zbrodni
      > - mowi Stanislaw Przechodzki*
      >
      > * Stanislaw Przechodzki jest dyrektorem
      > Oddzialu Podlaskiego Centrum Zdrowia
      > Publicznego w Lomzy, poprzednio byl
      > wieloletnim dyrektorem Urzedu
      > Wojewodzkiego w Lomzy
      >
      >
      >
      > Anna Bikont: Po moim tekscie "Prosze tu wiecej nie
      > przychodzic" ("Gazeta Swiateczna", 31.03-1.04.2001 r.)
      > o zastraszonym Jedwabnem zdecydowal sie Pan pod nazwiskiem
      > opowiedziec o tym, co stalo sie tam 10 lipca 1941 roku?
      >
      > Stanislaw Przechodzki: Jezeli teraz staje sie w obronie
      > mordercow, falszujac fakty, jest sie wspolwinnym.
      > Uczestniczac w klamstwie, czulbym sie tak, jakbym bral
      > udzial w tamtej zbrodni, bo pomordowani nie wstana, by
      > opowiedziec nam, jak gineli.
      >
      > Mieszkalem w Jedwabnem od urodzenia w 1955 roku do roku
      > 1984.
      >
      > Dyskusje, ile osob miesci sie w stodole, sa bez sensu.
      >
      > Morderstwa mialy miejsce niemal na kazdej ulicy, na kazdym
      > podworku w Jedwabnem. Zrobila to czesc mieszkancow, moze
      > kilkadziesiat osob. Wielu przyjechalo z okolicznych wsi,
      > z Kossak, z Janczewa, z Kubrzan. A co sie dzialo 10 lipca nad
      > stawem? Tam roslo geste zboze, ludzie przeszukiwali je,
      > a jak znalezli Zyda - topili. Po studniach tez topiono
      > Zydow.
      >
      > Zamordowano Zydow, ktorzy niesli pomnik Lenina. To nie byl
      > jeden zbiorowy mord, to byly mordy imienne, wiadomo, kto
      > kogo zabil. To nie byly ciche mordy, to sie odbywalo
      > w bialy dzien. "Jak Zydziaka na polu zlapali, to juz go
      > tam zakopali na miejscu" - przeciez tak opowiadaja sami
      > mieszkancy Jedwabnego.
      >
      > Jeszcze dopalala sie stodola, kiedy czesc mieszkancow
      > rzucila sie na mienie pozydowskie. Jakie jest sumienie
      > kobiety, ktora kradla jeszcze ciepla pierzyne albo wyciagala
      > nedzne ubrania sasiada? Mowia teraz, ze to Niemcy wzieli
      > i wywiezli. Te szmaty, te troche skorup? Niemcy wywozili
      > antyki i futra z domow warszawskich adwokatow
      > i przemyslowcow.
      >
      > Rodzice Panu o tym wszystkim opowiadali?
      >
      > - Mam zdjecie mojej matki z siodmej klasy. Pokazywala mi
      > na nim swoje zydowskie kolezanki i mowila: "Ta spalona,
      > ta spalona, a ta skonczyla z poderznietym gardlem". Kiedy
      > widziala pochod smierci, ktory szedl Sadowa, to wziela
      > siostre i uciekla w kierunku Lomzy. Matka jeszcze dwa dni
      > przed smiercia wspominala tamten krzyk, a przeciez kiedy to
      > sie dzialo, byly z moja siostra dwa kilometry od stodoly.
      >
      > Moja rodzina zawsze dobrze zyla z Zydami. Matka wspominala
      > z niesmakiem czas przed wojna, kiedy to grupy polskiej
      > mlodziezy w szabat chodzily z harmonia pod zydowskie domy
      > zaklocac im swieto, jak zabierano Zydom jarmulki i zadano za
      > nie po zlotowce. To robili miedzy innymi Laudanscy.
      >
      > W dzien mordu zachodzili do polskich domow, mowiac: "Chodz
      > z nami. Albo jestes z nami, albo przeciwko nam". O ich roli
      > w wydarzeniach 10 lipca wiedzialo cale miasto.
      >
      >
      > Gdzie byli Pana rodzice w dniu mordu?
      >
      > - Mieszkalismy przez lata w domu przy Rynku, w tym miejscu
      > Przechodzcy mieszkali od polowy XIX wieku. Rodzice mieli
      > tam restauracje i sklep. Ojciec schowal sie do ogrodu,
      > a potem na strychu u babci na ulicy 11 Listopada (dzis
      > Sadowej). Schowal sie, podkresle to jeszcze raz, przed
      > Polakami, zeby go nie zagnali do zabijania Zydow. Rodzice
      > nie wiedzieli, ze Zydzi beda tamtedy gnani.
      >
      > Jezeli moi rodzice, ktorzy mieszkali w oku cyklonu, mogli
      > bez przeszkod wycofac sie z Rynku, to znaczy, ze mozna bylo
      > bez trudu nie wziac udzialu w zbrodni. Potem widzieli ten
      > pochod.
      >
      > To nieprawda, ze Polacy szli pod pistoletem Niemcow. Nikt
      > nikogo nie zmuszal. Moze z boku stal jakis Niemiec, ale
      > matka zadnego nie widziala. Przeszla swobodnie z dzieckiem,
      > z moja siostra, przez cale Jedwabne, z ulicy 11 Listopada
      > w kierunku Lomzy. Bylo moze wtedy kilkunastu zandarmow
      > w Jedwabnem, ktorzy obserwowali, co sie dzieje, zadne
      > wielkie sily tam wtedy nie przyjechaly.
      >
      > Profesor Jan Gross podaje, ze dzien wczesniej, 9 lipca,
      > to jest w dzien targowy, ludzie zostali powiadomieni, ze
      > nazajutrz bedzie akcja przeciwko Zydom. To jest niescisle.
      >
      > Z tego, co slyszalem, 9 nie odbyl sie juz targ, bo juz
      > drugi dzien Rynek byl zajety przez Zydow, ktorym nakazano
      > uporzadkowac plac. Moi rodzice, mieszkajac przy Rynku,
      > widzieli to dokladnie.
      >
      > Mama opowiadala mi przed smiercia, ze oni byli tak trzy
      > dni trzymani, wyrywali trawe i jedli ja, strasznie im sie
      > chcialo pic, a nie wolno bylo podawac im wody. Zostali
      > zagonieni 8 lipca, po spaleniu Zydow w Radzilowie. Nie
      > wiem, czy na noc byli puszczani do domu. Te dwa dni nie
      > wiadomo dlaczego umknely z opisow wydarzen, ta ich meczarnia
      > nie zostala jeszcze ujawniona.
      >
      > Jak mozna zyc z taka wiedza o swoich sasiadach?
      >
      > Ja do tej wiedzy dochodzilem powoli, o wielu zdarzeniach
      > dowiedzialem sie dopiero w latach 70., kiedy sam zaczalem
      > dopytywac swiadkow. Rozmawialem m.in. z owczesnym zastepca
      > burmistrza Karolaka z czasow wojny Eugeniuszem Sliweckim.
      >
      > On potwierdzal, ze Karolak zawarl umowe z Niemcami, ze
      > miasto samo zalatwi sprawe Zydow.
      >
      > Mialem zawsze nadzieje, ze zbrodnia zostanie ujawniona.
      > Ale nie podejrzewalem, jakie ta sprawa przyjmie rozmiary,
      > ze stanie sie rozgrywka polityczna, kolem napedowym dla
      > ugrupowan nacjonalistycznych. Zniknal gdzies problem ofiar.
      >
      > Leon Dziedzic, ktorego zmuszono do zakopywania cial,
      > opowiadal, ze oni byli tak spleceni ze soba jak korzenie,
      > ze nie dawalo sie cial rozdzielic. To przeciez ginely matki
      > z dziecmi, przytulone do siebie. O tym sie nie mowi. To nie
      > obciaza sumienia, bo tam gineli nie ludzie, ale Zydzi. I to
      > Zydzi zdrajcy, ktorzy donosili do NKWD. Ja sie nigdy nie
      > zetknalem z tym, zeby wywozki na Sybir odbyly sie tu z winy
      > Zydow. W Jedwabnem czesciej Polacy wydawali.
      >
      > Drastycznych scen rodzina mi nie opowiadala. Ale pozniej,
      > w 1980 roku, rozpoczalem pierwsza prace w Urzedzie Wojewodzkim
      > w Lomzy i zetknalem sie z jednym z pracownikow, ktory byl
      > wczesniej w Jedwabnem nauczycielem. Opowiadal mi
      > o Kubrzenieckim, ze wybieral ofiary wsrod prowadzonych do
      > stodoly Zydow i podrzynal im gardla. Inny znajomy mi
      > opowiadal, jak 10 lipca chcial wejsc do swojej slawojki,
      > a tam byl Zyd z poderznietym gardlem, jeszcze zyl i charczal.
      
      • Gość: kot IP: 61.12.117.* 13.05.01, 21:20
        JEDWABNE
        Zstąpienie szatana czy przyjazd gestapo


        "Rzeczpospolita" o Jedwabnem
        Tomasz Strzembosz
        Przed kilkoma tygodniami, kiedy po moim ostatnim artykule "Inny obraz sąsiadów"
        w "Rzeczpospolitej" ("Rz" z 31.03.2001 r.) urywały się telefony od różnych
        redakcji czasopism i radiostacji, zadzwonił do mnie także ktoś, kto informował,
        że reprezentuje "Trybunę". Kiedy już grzecznie odpowiedziałem na kilka zadanych
        mi pytań o to, co już wiem o zbrodni w Jedwabnem, usłyszałem: "Po co pan
        polemizuje z Grossem?". Odpowiedziałem: "Żeby zbliżać się do prawdy". Mój
        rozmówca odłożył słuchawkę.

        W tym właśnie tkwi istota problemu. Kilka osób świetnie wie, co się zdarzyło w
        Jedwabnem 10 lipca 1941 r. Profesor Gross wie - bo prowadził badania. Pani
        Arnold - bo rozmawiała z pewną liczbą osób z tego miasta. Inni - w tym także
        paru historyków - bo czytali książkę prof. Grossa.

        Wiedzą. A mając tę wiedzę, wypowiadają z ogromną pewnością siebie różne sądy, w
        tym także o walorze moralnym. Osądzają, potępiają, orzekają o winie, każą
        przepraszać, a nawet dziwią się, że tyle lat milczano, a dziś właśnie dzięki
        prof. Grossowi - i im także, milczenie zostało przerwane.

        Tak jakby nie wiedzieli nic o Polsce lat 1945 - 1989 i jakby także na nich nie
        spadała jakaś część winy za to milczenie. Bo zawsze winni są jacyś "oni". A
        jednocześnie zapominają, tak jak zapomniał prof. Gross, że różni "oni" już
        pisali, tylko że wtedy prasa nie podjęła tego tematu, radio i telewizja
        milczały. Nawet po 1989 roku, kiedy było już "wolno". Przez cały czas było
        cicho, tak jak dzisiaj jest głośno.

        Zwróćmy przy tym uwagę na interesujące zjawisko. O owo milczenie oskarża
        się "wszystkich świętych", oprócz jedynego środowiska, które było naprawdę
        zobowiązane do pisania o losach Żydów nie tylko w Warszawie czy Generalnym
        Gubernatorstwie, ale także na całym obszarze II Rzeczypospolitej. To znaczy o
        Żydowskim Instytucie Historycznym.

        To przecież on od 55 lat przechowuje w swych zbiorach relację Wasersztajna; to
        on przez przekazanie tej relacji prokuraturze Sądu Okręgowego w Łomży wywołał
        śledztwo i proces 22 oskarżonych o mord mieszkańców Jedwabnego. To on ze
        wszystkich polskich instytucji naukowych jest najbardziej powołany do tego, by
        badać stosunki polsko-żydowskie, także na ziemiach wschodnich, także w latach
        1939 - 1941, także wtedy, gdy jest to zagadnienie bardzo skomplikowane. Bo
        chyba jednak nie powołano go do tego, by recenzował prace innych.

        Braki faktograficzne

        Są wśród nas więc liczni tacy, którzy "wiedzą". A jednocześnie, jeśli bliżej
        przyjrzeć się sprawie, okazuje się, że nieustannie brak faktów, na których
        można byłoby się oprzeć.

        I tak nie wiemy nawet, ilu Polaków i ilu Żydów mieszkało w Jedwabnem przed 10
        lipca 1941 roku i w owym dniu.

        Profesor Gross powiada, że według spisu powszechnego z grudnia 1931 roku
        mieszkało tam 2167 obywateli polskich, w przeszło 60 procentach pochodzenia
        żydowskiego (str. 27). Z kolei "Przewodnik ilustrowany po województwie
        białostockim", opracowany w 1937 roku przez wielki autorytet krajoznawczy, dra
        Mieczysława Orłowicza, informuje, że mieszkało tu wówczas 2500 osób, w tym 60
        proc. katolików i 40 proc. Żydów (str. 168). O tym, że Żydzi tak przed wojną,
        jak podczas okupacji stanowili mniejszość społeczności, mówiło mi kilku
        rozmówców dobrze pamiętających tamte czasy. Docent Krzysztof Jasiewicz w
        artykule "Sąsiedzi niezbadani" ("Gazeta Wyborcza" z 9 - 10 XII 2000 r.),
        powołując się na sowiecki dokument z 16 IX 1940 r., twierdzi, że ludność rejonu
        jedwabieńskiego (w styczniu 1940 r. władze ZSRR podzieliły obwód białostocki na
        rejony, mniejsze od dawnych powiatów) liczyła wtedy 38885 osób, w tym 37300
        Polaków, 1400 Żydów i 185 Białorusinów. A więc w całym rejonie było mniej
        obywateli polskich pochodzenia żydowskiego, niż rzekomo spalono w stodole
        Śleszyńskich: 1600 ludzi. A pamiętajmy, że Jedwabne nie było w tym rejonie
        jedynym miasteczkiem i że Żydzi mieszkali także w wioskach. Może jednak w
        okresie do lipca 1941 r. coś się zmieniło? Tak, wielu Żydów opuściło Jedwabne,
        lecz przybyli inni z Radziłowa i Wizny. Nawet w tak podstawowej kwestii nie
        stoimy na twardym gruncie. A może łatwiej byłoby nam ocenić fakty, skoro według
        badań terenowych ekipy Andrzeja Przewoźnika, mającej doświadczenia z Katynia i
        Miednoje, w tej stodole spłonęło od 250 do 400 osób.

        Takie wspieranie się na wątłych przesłankach prowadzi do błędów wręcz
        kompromitujących.

        Omawiając stosunki polsko-żydowskie w Jedwabnem w latach trzydziestych, prof.
        Gross mówi o stałym zagrożeniu pogromem (str. 28 - 29), przed którym w 1934
        roku obroniły jedwabieńskich Żydów dobre stosunki rabina z miejscowym
        proboszczem. Pisze on (str. 30): "Rabin Jedwabnego i miejscowy proboszcz,
        niemal do samej wojny, kiedy przyszedł nowy ksiądz, Marian Szumowski, o
        endekoidalnych sympatiach - byli ze sobą w dobrych stosunkach", oraz
        wcześniej: "Nadciągający - wedle krążących pogłosek - pogrom uprzedziła dopiero
        wizyta rabina Awigdora Białostockiego u miejscowego proboszcza w towarzystwie
        Jeny Rothchilda (...)". Tymczasem gdyby ten uczony zajrzał do schematyzmu
        diecezji łomżyńskiej, dowiedziałby się, że ks. Ryszard Marian Szumowski był
        proboszczem Jedwabnego od 1931 do lipca 1940 roku, kiedy to został aresztowany
        przez NKWD. A więc to właśnie on, "endekoidalny ksiądz", powstrzymał pogrom z
        1934 roku, o czym wspomina księga pamiątkowa Żydów z Jedwabnego, na której
        opiera się nasz autor. Nie zrzucałby także winy na owego proboszcza za bierny
        stosunek do wydarzeń z 1941 r., wówczas bowiem ks. Szumowski już nie żył, a w
        parafii pozostał jedynie jego wikariusz ks. Kembliński.

        Dodajmy: w takich miasteczkach jak Jedwabne, gdzie powtarzają się nagminnie te
        same nazwiska, trzeba szczególnie uważać. Córka Czesława Krystowczyka, syna
        Franciszka i Walerii, urodzonego 14 VII 1907 r. i zmarłego 23 III 1995 r.,
        prosiła mnie, bym napisał, iż nie jest on tożsamy z Czesławem Krystowczykiem,
        synem Jana i Stanisławy, miejscowym komunistą, wymienionym w relacji
        Kiełczewskiego, zacytowanej przeze mnie w artykule "Przemilczana kolaboracja"
        ("Rz" z 27.01.2001 r.). Czynię więc to z pełną satysfakcją.

        Sprawa zarządu miejskiego w Jedwabnem (VI - VII 1941 r.)

        W rozdziale o bardzo charakterystycznym tytule "Przygotowania" na samym
        początku prof. Gross napisał: "W międzyczasie [tzn. pomiędzy 22 czerwca a 10
        lipca 1941 r. - T.S.] ukonstytuowały się nowe władze miejskie. Burmistrzem
        został Marian Karolak, a członkami magistratu między innymi niejaki Wasilewski
        i Józef Sobuta. O działalności zarządu miasta w tym okresie możemy powiedzieć
        jedynie, że zaplanował i uzgodnił z Niemcami wymordowanie jedwabieńskich
        Żydów". [podkreślenia moje - T.S.]

        Co to znaczy "ukonstytuowały się"? Pod okupacją niemiecką, w tworzonym tutaj
        okręgu białostockim? Czy ktoś wybrał ten zarząd? Kto? Mógł powstać
        spontanicznie z inicjatywy grupy osób, ale przecież, na Boga, rządzili tutaj
        Niemcy i mógł on być jedynie zarządem komisarycznym, z niemieckiego nadania,
        podporządkowanym tworzonej tutaj hitlerowskiej administracji. Zresztą, jak
        stwierdza Jadwiga Kordas, szefem Amt Komisariatu w Jedwabnem był (nie wiemy, od
        kiedy) Niemiec Bryczkus. (Tak jego nazwisko brzmiało w ustach relacjonistki,
        jak je się pisze - nie wiem.)

        Tymczasem potraktowanie tego zarządu jako instytucji polskiej, polskiego
        samorządu, ma wyraźnie na celu wywołanie wrażenia, że to polskie władze
        miejskie współpracowały z Niemcami w zagładzie Żydów. Podczas gdy tak Marian
        Karolak, jak inni wymienieni tu reprezentanci władz miejskich byli po prostu
        kolaborantami pełniącymi swe funkcje z niemieckiego nadania. Podkreśla to fakt,
        że zarówno Marian Karolak, jak Józef Sobuta i Karol Bardoń nie byli rodowitymi
        mieszkańcami Jedwabnego, a przybyszami, którzy osiedlili się tutaj dopiero w
        latach tr
        • Gość: kot IP: *.nas.one.net.au 13.05.01, 21:27
          ciag dalszy :Podkreśla to fakt, że zarówno Marian Karolak, jak Józef Sobuta i
          Karol Bardoń nie byli rodowitymi mieszkańcami Jedwabnego, a przybyszami, którzy
          osiedlili się tutaj dopiero w latach trzydziestych. Karolak, jak mówiło mi
          kilka osób, przybył tutaj po pobycie w więzieniu za popełnioną defraudację. Nie
          mieli więc odpowiedniego poparcia ani autorytetu, co powodowało, że znakomicie
          nadawali się do odegrania roli, jaką im wyznaczono. Wskazuje na to ich
          postępowanie 10 lipca 1941 roku.

          Dalej - na podstawie jakich to dokumentów czy relacji prof. Gross twierdzi, że
          to właśnie oni "zaplanowali i uzgodnili z Niemcami wymordowanie jedwabieńskich
          Żydów", że byli inicjatorami, a nie tylko wykonawcami tej zbrodni.

          Autor prezentuje nam kilka "argumentów" i kilka "świadectw".


          Uprzedzenie o przygotowywanej akcji "przez nieżydowskich przyjaciół" Dwojry
          Pecynowicz i Mietka Olszewicza.

          Przyjazd do Jedwabnego chłopów ze wsi okolicznych, "chociaż to nie był dzień
          targowy". (str. 51)

          Zeznanie Jerzego Laudańskiego, ówczesnego gońca na posterunku żandarmerii,
          że "w 1941 przyjechało taksówką czterech czy też pięciu gestapowców i zaczęli w
          magistracie rozmawiać, lecz co oni tam rozmawiali ja nie wiem.
          Po niejakim czasie Karolak Marian powiedział do nas polaków, żeby zawezwać ob.
          Polskich do Zarządu Miejskiego, po zawezwaniu ludności polskiej nakazał nam iść
          zaganiać żydów na rynek pod hasłem pracy co i ludność uczyniła, ja w tym czasie
          również brałem udział w spędzaniu żydów na rynek". (str. 52)


          Zeznanie Karola Bardona, niemieckiego żandarma pracującego w warsztatach
          żandarmerii mieszczących się przy Nowym Rynku, że "widział przed magistratem w
          Jedwabnem kilku gestapowców, tylko nie pamięta czy to w dzień masowego mordu
          czy też przedtem". (str. 53)
          - Fragment relacji Szmula Wasersztajna, który napisał, że 10 lipca "taki rozkaz
          wydali Niemcy". (str. 52)


          Zeznanie Henryka Krystowczyka, który - jak wynika z akt sądowych, najpierw
          kategorycznie twierdził, że umowę z Niemcami podpisali: burmistrz Karolak z
          Eugeniuszem Śliweckim, zastępcą burmistrza, a przyciśnięty przez sędziego
          przyznał, że "słyszał od ludzi". (str. 53)
          Jest więc tych przesłanek i tych zeznań, że ho, ho! Przyjrzyjmy się im jednak
          nieco bliżej.

          Uprzedzenie przez kogoś (nie wiemy, kogo!) Dwojry Pecynowicz i Mietka
          Olszewicza o mającej nastąpić akcji w sposób oczywisty nie mówi nam niczego o
          zawartej "umowie". Można było to wywnioskować z przyjazdu większej grupy
          Niemców (o czym potem), mógł to być wynik jakichś pogłosek, refleks tego, co 7
          lipca zdarzyło się w Radziłowie itp. Relacja gońca z żandarmerii o przyjeździe
          gestapowców, który przypuszcza, że o czymś rozmawiano, lecz nie wie, o czym,
          niczego sam nie słyszał, a jedynie kojarzy ten fakt z wezwaniem do zganiania
          Żydów na rynek, też nie mówi o "umowie", raczej o wydaniu rozkazu. Nie
          słyszałem zresztą nigdy, by Niemcy zawierali jakieś "umowy" ani z warszawskim
          Judenratem w 1942 roku, ani z warszawskim komisarycznym burmistrzem w latach
          1939 - 1944. Cóż dopiero "umowa" z przedstawicielami małego miasteczka. Po
          prostu wydawali rozkazy.

          Bardon, podobnie jak Jerzy Laudański, jedynie widział gestapowców wchodzących
          do gmachu zarządu. Szmul Wasersztajn, który zresztą nie mówi o "umowie", a
          o "rozkazie", był osobą z oczywistych względów jak najgorzej poinformowaną:
          pomiędzy kolaboracyjnym zarządem miasta a tą społecznością, która właśnie miała
          być wymordowana, musiała istnieć bariera komunikacyjna. Henryk Krystowczyk
          także coś słyszał. Z tym, że Henryk Krystowczyk to osoba absolutnie
          niewiarygodna. To kłamca przyłapany na kłamstwie, a ponadto człowiek, który
          zgłosił się jako świadek zbrodni z niskich pobudek - zemsty. Kiedy zeznawał, że
          widział, jak Żydów pędzili do stodoły: Czesław Laudański z synem Zygmuntem oraz
          Aleksander Łojewski, "mając w ręku laskę", a widzieć to miał ze strychu domu
          swego brata stryjecznego Wacława Krystowczcyka przy ul. Przestrzelskiej, tenże
          Wacław oświadczył, iż "nie mógł on dobrze zaobserwować będąc w moim domu, bo
          widok tam jest zasłonięty na stodołę Śleszyńskiego" (GK SCŁ 123, f. 213v i
          218). I rzeczywiście. Z ul. Przestrzelskiej nie sposób zobaczyć, co się dzieje
          na drodze do stodoły, a nawet na ul. Cmentarnej, gdyż zasłaniają domy i drzewa,
          a nadto z odległości około 250 m trudno rozpoznać ludzi oraz kto miał laskę w
          ręku. I dlatego Krystowczyk rozpoznał tych, których chciał rozpoznać, łącznie z
          nieobecnym tam na pewno Czesławem Laudańskim.

          Podsumujmy. Informację o wyjątkowym znaczeniu, tak ze względów
          faktograficznych, jak moralnych, nakładającą winę na polski zarząd miejski i
          Polaków, prof. Gross oparł na plotkach i przypuszczeniach. W czasie okupacji
          niemieckiej powiedziałoby się na agencji PPP - Pewna Pani Powiedziała. A
          właśnie formułując takie oskarżenie, powinien dbać o wiarygodność podstawy
          źródłowej, był do tego szczególnie zobowiązany.

          Tymczasem autor "Sąsiadów" formułuje to następująco: "Gdzie zrodził się pomysł
          całego przedsięwzięcia - czy wyszedł od Niemców (jak można by sądzić ze
          zdania "taki rozkaz wydali Niemcy" w relacji Wasersztajna), czy była to oddolna
          inicjatywa radnych miejskich Jedwabnego - nie sposób ustalić. Zresztą jest to
          chyba bez większego znaczenia [podkreślenia moje - T.S.], bo obie strony
          najwyraźniej łatwo doszły do porozumienia". (str. 52)

          No, tego to już nie mogę zrozumieć! Jeżeli dla polskiego historyka jest
          obojętne, czy inicjatywa straszliwego mordu na ludziach z miasteczka, na
          sąsiadach wyszła od okupantów, czy była też "oddolną inicjatywą" zarządu
          miejskiego, kolaboracyjnego, lecz złożonego z Polaków, nie potrafię z nim
          dyskutować. Cóż powiedziałaby żydowska społeczność o żydowskim historyku, który
          by napisał, że jest mu obojętne, czy wysyłanie z warszawskiego getta przez
          Judenrat na Umschlagplatz kolejnych tysięcy warszawskich Żydów odbywało się na
          niemiecki rozkaz, czy też było oddolną inicjatywą tegoż Judenratu, "bo obie
          strony najwyraźniej łatwo doszły do porozumienia". Pozostawiam to pytanie bez
          odpowiedzi.

          Nadto chciałbym zadać autorowi "Sąsiadów" dwa proste pytania:

          1. Skąd wie, że w lipcu 1941 r. istniała w Jedwabnem obok zarządu miasta także
          Rada Miejska i że brała jakikolwiek udział w ewentualnych rozmowach z Niemcami?

          2. Skąd wie, że obie "strony" łatwo doszły do porozumienia, skoro o samych
          rozmowach: ich przebiegu, skutkach, okolicznościach niczego naprawdę nie wiemy?

          To wszystko są nieodpowiedzialne słowa, rzucane na wiatr, bezpodstawnie,
          natomiast z aż nadto widoczną tendencją obrzucenia błotem mieszkańców
          Jedwabnego. Po prostu wstyd.

          Nie ma więc i powodu, by zastanawiać się - idąc za relacjami Szmula
          Wesersztajna i Eliasza Grądowskiego (przypis 48 na str. 54) - czy Niemcy
          naprawdę proponowali Polakom, by "pozwolili" (tak wynika z kontekstu), zachować
          przy życiu pewną liczbę Żydów - fachowców, a Bronisław Śleszyński oparł się
          temu, oraz czy - idąc za relacją Wiktora Nieławickiego - uznać, "że Niemcy już
          przy samej stodole sugerowali, aby trochę Żydów oszczędzić, bo jest potrzebna
          siła robocza, na co im któryś z kierujących akcją Polaków oświadczył, że
          dostarczą do pracy wystarczającą ilość spośród swoich" [podkreślenie moje -
          T.S.].

          Cóż powiedziałaby żydowska społeczność o żydowskim historyku, który by napisał,
          że jest mu obojętne, czy wysyłanie z warszawskiego getta przez Judenrat na
          Umschlagplatz kolejnych tysięcy warszawskich Żydów odbywało się na niemiecki
          rozkaz, czy też było oddolną inicjatywą tegoż Judenratu, "bo obie strony
          najwyraźniej łatwo doszły do porozumienia"

          Wasersztajn mógł - ewentualnie - coś słyszeć na ten temat, ale z
          bardzo "drugiej ręki" (jak pisze Jan Gross), natomiast Eliasz Grądowski, który
          do końca wojny przebywał w ZSSR, wówczas nawet "z drugiej ręki" niczego nie
          usłyszał. A jest to - dodajmy - ewident
          • Gość: kot IP: 61.12.117.* 13.05.01, 21:34
            A jest to - dodajmy - ewidentny kłamca, który w swoim zeznaniu nie tylko nie
            ujawnia, że 10 lipca 1941 r. przebywał setki kilometrów od Jedwabnego, ale
            udawał, że był jednym z represjonowanych. Zeznawał bowiem: "Początkowo
            wszystkich żydków zaganiali na rynek w Jedwabnym - ja w tym czasie uciekłem
            (...)" oraz wymieniał w swym zeznaniu aż 26 osób winnych mordu, podając na
            dokładkę, że to samo widział Abram Boruszczak, świadek oskarżenia, który w
            ogóle nie był mieszkańcem Jedwabnego.

            Pikanterii temu dodaje fakt, że ten sam Eliasz Grądowski, zeznając przed Sądem
            Grodzkim w Łomży w sprawie o przyznanie Gedalowi Londonowi nieruchomości przy
            ul. Przestrzelskiej w Jedwabnem, uprzednio należącej do Sory Drejarskiej, jego
            siostry, 8 stycznia 1947 roku (a więc dwa lata wcześniej) zeznawał: "Drejarska
            z całą rodziną została zamordowana przez Niemców i został tylko brat", a
            zeznając w analogicznej sprawie Josecha Lewina, twierdził: "Jest on bratem
            Fajgi z Seminów, która w 1941 r. w dniu 10 lipca została przez Niemców
            zamordowana w ten sposób, że Żydzi a między nimi i ona zostali spędzeni do
            stodoły w Jedwabnem i zostali spaleni. Wiem to, gdyż ukrywałem się wówczas w
            okolicy Jedwabnego" [podkreślenia moje - T.S.]. W tej samej sprawie inny
            obywatel polski żydowskiego pochodzenia Jankel Bena zeznawał jako świadek: "10
            lipca widziałem jak Niemcy wszystkich Żydów z Jedwabnego spędzili do stodoły i
            podpalili (...) Wtenczas ukrywałem się przed Niemcami i w tę porę byłem w
            ukryciu na cmentarzu i wszystko widziałem".

            Nie wiemy tylko, czy mowa tutaj o cmentarzu katolickim położonym przy ul.
            Cmentarnej, paręset metrów od stodoły Śleszyńskich, czy o cmentarzu żydowskim
            leżącym w odległości kilkudziesięciu metrów.

            Dotyczy to także innych świadków. Sąd Grodzki w Łomży stwierdzał wówczas: "Fakt
            zgonu Zelika Zdrojewicza został ustalony zeznaniem naocznego świadka Zelika
            Lewińskiego, który widział jak Zdrojewicz w dniu krytycznym został wyprowadzony
            wraz z całą ludnością żydowską w Jedwabnem do stodoły, którą Niemcy podpalili.
            Świadkowi w ostatnim momencie udało się zbiec przed wprowadzeniem do stodoły"
            [podkreślenie moje - T.S.].

            Powstaje więc pytanie: kiedy Eliasz Grądowski i inni zeznawali prawdę - czy
            wtedy, gdy o mord oskarżali Polaków, eliminując udział niemiecki, czy wtedy,
            gdy zeznawali o Niemcach, nie wspominając słowem o Polakach. Bo wydaje się, że
            mówili to, co w danym momencie uznali za korzystne czy wygodne.

            I jeszcze jedna uwaga. Twierdzenie prof. Grossa, że relacje ostatnich świadków
            holokaustu są dokumentami szczególnie wiarygodnymi i tak właśnie winny być
            traktowane, zostało przez niego samego zdyskwalifikowane, ośmieszone. Może w
            innych wypadkach - tak, w tych, których użył dla zaprezentowania swej tezy -
            nie. Nic na to nie poradzę.

            To, co dotyczy Eliasza Grądowskiego i Abrama Boruszczaka, dotyczy również
            Wiktora Nieławickiego, który według Grossa "uciekł zanim zapędzono go wraz z
            tłumem Żydów do stodoły" (przypis 48, str. 54). Czyżby wrócił pod stodołę, aby
            posłuchać rozmów między mordercami? I kto go, ukrytego przed śmiertelnym
            zagrożeniem, poinformował o tych konszachtach, bo chyba nie owi "kierujący
            akcją Polacy".

            W ten sposób cała teza o umowie pomiędzy jakąś polską władzą a niemiecką
            policją polityczną zawisa w próżni, nie jest udowodniona żadnymi poważnymi
            argumentami.

            Kto podpalił stodołę Śleszyńskich

            Ta zupełnie kluczowa kwestia wciąż czeka na wyjaśnienie. Nie dysponuję
            dokumentami, które by miały decydujące znaczenie, chciałbym jednak przedstawić
            kilka świadectw, które mogą okazać się przydatne.

            Pierwsze z nich to oświadczenie Aleksandra Wyrzykowskiego, męża Antoniny, która
            jest głównym pozytywnym bohaterem filmu "Sąsiedzi" Agnieszki Arnold i występuje
            także w książce Grossa. To oni wspólnie przechowali siedem osób żydowskiego
            pochodzenia aż do 1945 roku. W roku 1962 Aleksander Wyrzykowski (urodzony w
            1908 r. i zamieszkały wówczas w Milanówku koło Warszawy), 2 V 1962 roku
            podpisał "Zeznanie", które rozpoczyna się od słów: "Ja Wyrzykowski Aleksander
            wraz z moją żoną Antoniną pragniemy złożyć następujące oświadczenie. Od
            listopada 1942 r. do 22 stycznia 1945 r. przechowaliśmy u siebie siedmiu Żydów.
            Mieszkaliśmy wtedy w Janczewku, powiatu łomżyńskiego. Niedaleko nas w
            miasteczku Jadwabne, Niemcy przy pomocy niektórych Polaków w roku 1942
            [pomyłka - w 1941 - T.S.] spalili żywcem 1600 Żydów. (...)" [podkreślenia moje -
            T.S.]. Drugie świadectwo pochodzi od Stefana Boczkowskiego ze wsi Grądy Małe,
            leżącej w pobliżu Jedwabnego, który wraz z przyjacielem Romanem Chojnowskim z
            tej wsi był 10 lipca świadkiem zdarzeń w Jedwabnem. Obaj mieli wówczas po ponad
            15 lat. Napisał on do mnie w liście z 21 listopada 2000 roku: "My obaj wraz z
            wielu innymi ludźmi miejscowymi szliśmy w pewnym oddaleniu w tylnej części
            kolumny [Żydów - T.S.] - ale widzieliśmy prawie całą kolumnę dość dokładnie.
            Gdy kolumna zbliżyła się do stodoły brutalnie nakazano Żydom wchodzić do jej
            środka, przy czym najczęściej żołnierze niemieccy "fizycznie pomagali" wchodzić
            do wnętrza stodoły - kopiąc, bijąc i siłą wpychając poszczególne osoby. A kiedy
            już wszystkich z kolumny wciśnięto do stodoły, zamknięto duże wierzeje to jest
            drzwi wjazdowe do stodoły dla furmanek gospodarczych. Następnie w szybkim
            tempie nadjechała półciężarówka wojskowa z żołnierzami i natychmiast część
            żołnierzy zeskoczyła z ciężarówki na ziemię, a pozostała część żołnierzy
            zaczęła szybko podawać tym żołnierzom na dole metalowe pojemniki z benzyną,
            którzy to żołnierze również w błyskawicznym tempie zaczęli oblewać benzyną boki
            naokoło stodoły; bezpośrednio po tym oblewaniu benzyną część żołnierzy zaczęła
            podpalać stodołę ze wszystkich stron. Stodoła zapaliła się natychmiast i szybko
            objęta została wysokimi płomieniami ognia oraz dymem. Powstał straszny krzyk,
            lament i jakiś wręcz piekielny ryk (...)".

            Z relacją Boczkowskiego współgra inna, złożona w Nowym Jorku, tym razem nie na
            moje ręce, lecz Waldemara Piaseckiego. Nie umiem ocenić jej rzetelności, choć
            brzmi bardzo wiarygodnie. Złożył ją Apolinary Domitrz ze wsi Rostki koło
            Jedwabnego, urodzony w 1929 r., który wraz z kolegami Janem Rakowskim i Zenonem
            Ryszkiewiczem pasł krowy w odległości pół kilometra od miejsca pożaru. Widząc
            pożar, przybiegli, gdy stodoła od dość dawna stała już w płomieniach. Zapis
            brzmi:

            "Jak się stodoła zapaliła było ciepło. Buchnęło w górę. To myśmy zaraz pobiegli
            do Jedwabnego. (...) Skręt w Cmentarną. I tak stanęli my jakieś dwieście
            pięćdziesiąt metrów od tej stodoły. Paliło się strasznie. Jak drzazgi
            trzaskało. Była z desek, kryta słomą. Wszystko nagrzane. Wybuch się zrobił i
            poszedł żółty dym. Taki. A Niemce się odsunęli od tego pożaru. A inni? Jacy
            inni? Panie, tam nie było żadnych Polaków. Same Niemce. Żadnego Polaka myśmy
            nie widzieli. Ilu było tych żandarmów? Najechało ich, panie, pełno. Ze
            dwudziestu albo trzydziestu. Ja tam ich nie liczyłem, ale dużo ich było. (...)"
            (Świadek numer pięć. Jedwabne - Kulisy zbrodni. "Kulisy", nr 16 z 19 IV 2001 r.)

            Można powiedzieć, et, współczesna relacja z "Kulis" nie ma znaczenia. Wobec
            zerowej wiarygodności Grądowskiego i Boruszczaka, składających zeznania przed
            sądem, nie byłbym tak sceptyczny wobec relacji składanych po latach, jeśli
            składano je całkowicie niezależnie od siebie i jeśli przekazane w nich fakty i
            obrazy nawzajem się potwierdzały. Różnica pomiędzy świadectwami Boczkowskiego i
            Domitrza polega na tym, że pierwszy obserwował pędzenie Żydów i pożar od
            początku, a więc i widział Polaków, a drugi przybył, gdy ludność polska
            opuściła już teren wokół stodoły.

            Wiarygodność Boczkowskiego podnosi też jeszcze dodatkowy element. Mimo iż nie
            znał, składając relację, akt procesu z 1949 r., wyraźnie w niej odróżnia dwie
            grupy Polaków zaangażowanych w pilnowanie Żydów na ryn
            • Gość: kot IP: 61.12.117.* 13.05.01, 21:38
              zaangażowanych w pilnowanie Żydów na rynku i pędzenie ich do stodoły. Pierwsza
              to "przymuszeni", wykonujący to zadanie pod przymusem, druga to "ochotnicy",
              wyróżniający się biciem Żydów.

              O przeświadczeniu okolicznej ludności, że to Niemcy spalili Żydów w Jedwabnem i
              że ten sam los może spotkać także Polaków, mówi relacja ks. Kazimierza
              Olszewskiego, duszpasterza Zakładu dla Niewidomych w podwarszawskich Laskach.
              Napisał on m.in.:

              "Urodziłem się we wsi Grądy Duże, 4 km od Jedwabnego i tutaj mieszkałem do 1953
              roku. W Jedwabnem był mój kościół parafialny. (...) 22 czerwca 1941 roku
              uciekają Sowieci, a przychodzą Niemcy. Dnia 10 lipca 1941 r. byłem ze swoim
              Ojcem, pracującym na naszym polu w pobliżu wsi Przestrzele w odległości około
              półtora kilometra od Jedwabnego. W godzinach przedwieczornych ujrzeliśmy wysoki
              słup dymu. Był ciepły, słoneczny dzień. W Jedwabnem jest pożar, coś się pali.

              Wieczorem wróciliśmy do domu. Rozeszła się wiadomość - Niemcy spalili w stodole
              w Jedwabnem Żydów. W otoczeniu słyszałem wypowiedzi, że wkrótce to samo spotka
              Polaków. Nigdy nie zapomnę rozmowy z moją Matką, Heleną: "Mama, ja się boję, bo
              i nas spalą". Usłyszałem odpowiedź: "Nie bój się, to krótko trwa". Tego dymu z
              palonej stodoły i rozmowy z moją Matką nigdy nie zapomnę. (...) O udziale
              miejscowej ludności w holokauście Żydów mało się mówiło, bo nie ulegało
              wątpliwości, kto był głównym sprawcą mordu w Jedwabnem". (List z 6 III 2001 r.)

              Nie piszę tego wszystkiego, aby pomniejszyć za wszelką cenę udział i
              odpowiedzialność Polaków, którzy także - jest to niewątpliwe - jakąś grupą
              wzięli udział w tym mordzie. Instruktywne jest jednak stwierdzenie prof. Adama
              Dobrońskiego, dotyczące wydarzeń w Tykocinie, "które dotychczas uchodziły za
              najbardziej drastyczny na Białostocczyźnie przykład udziału polskiego w
              zagładzie Żydów. Z relacji żydowskich wynikało, że to właśnie Polacy
              zorganizowali pogrom (...) Ale po szerszej penetracji źródeł, rozmiar polskiego
              udziału został wyraźnie pomniejszony i obecnie mówi się, że owszem, pewna
              liczba Polaków w tym uczestniczyła, ale na takiej zasadzie, że wcześniej Niemcy
              zrobili łapankę wśród Polaków, niektórych wezwali imiennie, resztę wzięli z
              ulicy". (A. Dobroński - "Kontrowersje historyczne weryfikuje się w
              dialogu", "Rzeczpospolita" z 5 V 2000 r.) Zupełnie jak w Jedwabnem.

              Ten cytat doprowadza nas do problemu analogii, spojrzenia na mord w Jedwabnem z
              punktu widzenia innych miast i miasteczek regionu łomżyńskiego.

              Jak było w innych miejscowościach

              Nie dysponujemy jeszcze pełniejszą wiedzą o podobnych jak w Jedwabnem aktach
              mordu dokonanych w tym samym mniej więcej czasie w co najmniej kilku
              miejscowościach, ale w opisach tamtych zdarzeń wypływają takie sceny, które
              wskazują na jakiś ustalony wręcz "scenariusz", rytuał "rozgrywania" masowego
              likwidowania ludności żydowskiej. Przy tym za każdym razem
              głównymi "reżyserami" i "aktorami" są tutaj Niemcy, przy mniejszym czy większym
              udziale jakiejś grupy ludności miejscowej. Przy tym opisy świadków polskich i
              żydowskich zgadzają się ze sobą, nie ma więc mowy o jakiejś manipulacji,
              kłamstwie relacjonistów.

              I tak w Zarębach Kościelnych Żydzi zostali potraktowani identycznie jak w
              Jedwabnem, tyle tylko, że już we wrześniu 1939 r. Wacław Zakrzewski w swej
              relacji zatytułowanej "Na wojennych bezdrożach" (Archiwum Wschodnie, sygn.
              II/507/Ł) z 1973 roku zanotował, że gdy Niemcy wkroczyli do Zaręb 14 września
              1939 r.

              "Miejscowi Żydzi z rabinem na czele wyszli witać Niemców. Niemcy pozwolili się
              powitać, po czym kazali wszystkim Żydom zgromadzić się na rynek. Gdy zeszli się
              wszyscy Żydzi kazali im rękoma zbierać nawóz pozostały na rynku po targu, a
              rabinowi w kapeluszu wynosić (...)".

              Czyż nie przypomina to nakazu sprzątania rynku w Jedwabnem jako wstępu do
              egzekucji? Z kolei w Czyżewie, położonym na zachód od Jedwabnego, Niemcy po
              wkroczeniu tu w czerwcu 1941 r. nakazali rozbicie pomników Lenina i Stalina.
              Doktor Marian Godlewski z Warszawy, ówczesny mieszkaniec tego miasteczka, tak
              to wspomina:

              "Rosjanie postawili pomnik Lenina - stojący na rynku w Czyżewie oraz Stalina -
              popiersie na dworcu kolejowym, skwerek koło stacji kolejowej. Od stacji do
              miasteczka było ok. 1 km. Zaraz po zajęciu miasta Niemcy w kilka dni zegnali
              wszystkich Żydów z Czyżewa i nakazali im rozbić pomnik Lenina, następnie iść na
              stację i rozbić pomnik Stalina, potem nieść resztki obu pomników na nosiłkach,
              śpiewać pieśni pogrzebowe żydowskie; po tej procesji wrzucić te rozbite posągi
              do rzeki Broi. Była to sprawa zorganizowana przez Niemców". (List z 19 IV 2001
              r.)

              Przecież ten nakaz rozbicia posągów "wodzów", noszenie ich w procesji ze
              śpiewem na nosiłkach (w Jedwabnem śpiewano "Przez nas wojna" i pieśni
              sowieckie) to także element rytuału poprzedzającego morderstwo.

              A teraz spójrzmy na to w świetle relacji miejscowych Żydów. Najpierw z Zaręb
              Kościelnych. "Na początku sierpnia 1941 r. polscy policjanci zebrali żydowskich
              mężczyzn, którzy pracowali u władzy sowieckiej i których znali jako czynnych
              współpracowników. Wielu udało się ukryć, zebrano około 30 ludzi. Musieli nieść
              statuę Lenina z placu targowego do rzeczki koło miasteczka. Po drodze polscy
              policjanci zmusili Żydów do śpiewania Hatikwy, a jeden z nich, Jaakow
              Krzybowicz (Grzybowicz?) musiał grać na harmonii. Przy rzeczce przy wrzucaniu
              statuy do wody, miejscowy policjant Roman Zakrzewski kazał miejscowemu Żydowi
              Abramowi Bonowiczowi wygłosić mowę, którą sam podyktował. (...)" (AŻIH, Relacje
              301/386. Relacja Racheli i Mindl Olszak, maszynopis). Dość podobnie opisuje to
              Cipa Goldberg (Rel. nr 301/383), dodając następujący fragment: "Jednego dnia
              Niemcy wypędzili na ulicę rabina Śpiewaka, kazali mu zdjąć buty i zamiatać
              ulice, śmieci zbierać do własnego kapelusza".

              Zupełnie podobnie było w Kolnie: "5 lipca 1941 r. Niemcy i ich polscy pomocnicy
              wypędzili całą ludność żydowską i zebrali wokół pomnika Lenina. Mężczyznom
              kazano założyć tałesy, kazano śpiewać; przy śpiewie Hatikwy, przy
              akompaniamencie okrutnego bicia i krzyku, statua została rozbita przez
              żydowskich kowali. Gruzy zostały załadowane na wozy. Do wozów zaprzegnięto
              Żydów w tałasach, Niemcy wsiadają do wozów i biorą lejce do ręki. Polacy
              poganiają i biją (...) Na cmentarzu wykopują grób, każą im się modlić, śpiewać
              i przy wielkiej radości dręczycieli, gruz po statule Lenina zostaje zakopany".
              (AŻIH, rel. 301/1996, Białystok, 28 XI 1946 r.)

              Obok owego powtarzanego - z pewnymi odmianami - rytuału charakterystycznym
              momentem, od którego zaczyna się fala okrucieństw zakończona zagładą, jest
              przyjazd większej grupy Niemców. Najbardziej widoczne jest to w relacjach
              dotyczących Radziłowa, położonego ok. 20 km na północ od Jedwabnego. Chana
              Finkelsztajn w swej relacji (nr 301/1284) z 22 X 1945 r. odnotowała: "7 lipca
              [1941 - T.S.] przyjechało wielu Niemców"; inna relacja, Menachema Finkelsztajna
              (nr 301/1994, z 28 XI 1946 r.) informuje:

              "Jest godzina 3 po południu, 7 lipca 1941 r.; z miasteczka Stawiski przybywają
              do Radziłowa 4 niemieckie samochody wypełnione gestapowcami, z nimi jedna osoba
              ubrana w polski mundur". W innej wersji relacji ta sama Chana Finkelsztajn (nr
              301/1284) napisała, że "7 lipca zajechały 3 taksówki z Niemcami". (Ten sam
              świadek, wbrew twierdzeniom Grossa o marginalnym udziale Niemców w zbrodni w
              Radziłowie, rozpoznał w gestapowcu Hermannie Schaperze "dowódcę całej akcji").

              Zupełnie tak samo było w Jedwabnem: cytowani już Bardon, Jerzy Laudański i
              Szmul Wasersztajn informują o przyjeździe taksówek. Są jednak jeszcze inne
              relacje, mówiące nie o "taksówkach", a ciężarówkach. Ksiądz prałat Tadeusz
              Klimaszewski, obecny proboszcz w Wiznie, wysłany do miasta z pobliskiej wsi
              Słupy widział ciężarówkę niemiecką na ulicy prowadzącej z Jedwabnego do Wizny,
              a mówiło się w
              • Gość: kot IP: 61.12.117.* 13.05.01, 21:42
                Ksiądz prałat Tadeusz Klimaszewski, obecny proboszcz w Wiznie, wysłany do
                miasta z pobliskiej wsi Słupy widział ciężarówkę niemiecką na ulicy prowadzącej
                z Jedwabnego do Wizny, a mówiło się wówczas o czterech ciężarówkach z Niemcami.
                (Relacja z 18 III 2001 r.) Stefan Boczkowski widział półciężarówkę pod stodołą
                Śleszyńskich.

                Wszystko to w sumie wskazywałoby, że to nie "szatan zstąpił do Jedwabnego" jak
                to formułuje prof. Jan Gross, a raczej przyjechało tam, jako do kolejnego
                miejsca pogromu, komando z Ciechanowa. Ten fakt byłby logicznym wytłumaczeniem
                owego pasma masowych mordów, które trwały latem 1941 r. w miejscowościach na
                północ od Łomży.
                • Gość: Polak IP: *.resnet.uky.edu 14.05.01, 02:00
                  Rodacy!

                  Chcialbym zwrocic uwage Was wszystkich na pewna generalna prawidlowosc w
                  formulowaniu w ostatnich latach przez media wszelkiego rodzaju poczawszy od
                  prasy, a na filmach holywoodzkich skonczywszy, opinii, ze to my Polacy
                  odpowiadamy za holokaust. Wszystkie te mas-media forsuja koncepcje, ze to
                  Polacy mordowali Zydow. W "Liscie Schindlera" mamy dobrego Niemca i perfidnych
                  Polakow. Z reszta nikt nigdy nigdzie nie mowi dzis, ze to Niemcy wymordowali
                  Zydow w tej czesci Europy. Mowi sie, ze byli to nazisci, hitlerowcy. Tak
                  wlasnie swiat to odbiera - nazisci i hitlerowcy. Jak ktos zada sobie pytanie "a
                  kto to byli ci nazisci i hitlerowcy?" to dojdzie do wniosku po lekturze
                  ostatnich i nie daj Boze kolejnych "naukowych" doniesien zalosnych grossow, ze
                  byli to Polacy.
                  W ten sposob falszuje sie historie i wybiela Niemcow - jedynych i prawdziwych
                  oprawcow narodu zydowskiego. Jedwabne jest dzis woda na mlyn tychze wlasnie
                  oprawcow. Doskonale odwraca uwage opinii swiatowej od nich i wskazuje na
                  Polakow jako sprawcow holokaustu. Czy nie widzicie, ze jest to jakis absurd?
                  Ratujmy wizerunek naszego kraju, ratujmy historie Polski i Europy przed
                  zafalszowaniem, mowmy pelnym glosem, ze to Niemcy rozpetali te nagonke
                  antyzydowska w tej czesci Europy i to oni tak na prawde odpowiadaja za
                  wszystko, co dotknelo narod zydowski za czasow hitlerowskich! Na pewno nie my
                  Polacy jestesmy temu winni! Z nami w Rzeczpospolitej Zydzi zyli wspolnie w
                  pokoju przez setki lat i nie dochodzilo wen nigdy do rozbojow i pogromow.
                  Dopiero hitler i Niemcy rozpetali to pieklo!

                  Polak


                  • Gość: Datsh IP: 193.150.200.* 14.05.01, 03:12
                    Gość portalu: Polak napisał(a):

                    > Rodacy!
                    >
                    > Chcialbym zwrocic uwage Was wszystkich na pewna generalna prawidlowosc w
                    > formulowaniu w ostatnich latach przez media wszelkiego rodzaju poczawszy od
                    > prasy, a na filmach holywoodzkich skonczywszy, opinii, ze to my Polacy
                    > odpowiadamy za holokaust. Wszystkie te mas-media forsuja koncepcje, ze to
                    > Polacy mordowali Zydow. W "Liscie Schindlera" mamy dobrego Niemca i perfidnych
                    > Polakow. Z reszta nikt nigdy nigdzie nie mowi dzis, ze to Niemcy wymordowali
                    > Zydow w tej czesci Europy. Mowi sie, ze byli to nazisci, hitlerowcy. Tak
                    > wlasnie swiat to odbiera - nazisci i hitlerowcy. Jak ktos zada sobie pytanie "a
                    >
                    > kto to byli ci nazisci i hitlerowcy?" to dojdzie do wniosku po lekturze
                    > ostatnich i nie daj Boze kolejnych "naukowych" doniesien zalosnych grossow, ze
                    > byli to Polacy.
                    > W ten sposob falszuje sie historie i wybiela Niemcow - jedynych i prawdziwych
                    > oprawcow narodu zydowskiego. Jedwabne jest dzis woda na mlyn tychze wlasnie
                    > oprawcow. Doskonale odwraca uwage opinii swiatowej od nich i wskazuje na
                    > Polakow jako sprawcow holokaustu. Czy nie widzicie, ze jest to jakis absurd?
                    > Ratujmy wizerunek naszego kraju, ratujmy historie Polski i Europy przed
                    > zafalszowaniem, mowmy pelnym glosem, ze to Niemcy rozpetali te nagonke
                    > antyzydowska w tej czesci Europy i to oni tak na prawde odpowiadaja za
                    > wszystko, co dotknelo narod zydowski za czasow hitlerowskich! Na pewno nie my
                    > Polacy jestesmy temu winni! Z nami w Rzeczpospolitej Zydzi zyli wspolnie w
                    > pokoju przez setki lat i nie dochodzilo wen nigdy do rozbojow i pogromow.
                    > Dopiero hitler i Niemcy rozpetali to pieklo!
                    >
                    > Polak
                    >
                    >
                    .............

                    Pańska Polska pamięć ma duże luki ...33 lata temu Polscy Narodowi Komuniści
                    pokazali światu jak przeprowadzić etniczne oczyszczanie wedle hitlerowskiego
                    modelu...do dzisiaj tak to zostało...
                    • Gość: Polak IP: *.resnet.uky.edu 14.05.01, 05:34
                      Gość portalu: Datsh napisał(a):

                      > Pańska Polska pamięć ma duże luki ...33 lata temu Polscy Narodowi Komuniści
                      > pokazali światu jak przeprowadzić etniczne oczyszczanie wedle hitlerowskiego
                      > modelu...do dzisiaj tak to zostało...

                      Naprawde stawiasz znak rownosci miedzy tym co dokonali Niemcy podczas wojny wobec
                      Zydow i tym co zrobili komunisci w drugiej polowie lat szescdziesiatych?!???
                      Jesli tak, to jestes delikatnie mowiac chory.

                      Polak
                    • Gość: Polak IP: 128.163.241.* 14.05.01, 05:51
                      Gość portalu: Datsh napisał(a):


                      > Pańska Polska pamięć ma duże luki ...33 lata temu Polscy Narodowi Komuniści
                      > pokazali światu jak przeprowadzić etniczne oczyszczanie wedle hitlerowskiego
                      > modelu...do dzisiaj tak to zostało...


                      ...ponadto jakbys dokladnie przeczytal moj list, ktory z reszta cytujesz, to bys
                      zauwazyl, ze nie ma tam slowa o historii sprzed 33 lat, jest tylko mowa o okresie
                      hitlerowskich Niemczech i okresie ostatnich kilkuset lat Rzeczpospolitej...
                      ... i powiedz co masz na mysli mowiac, ze "do dzis tak zostalo", bo ja pamietam
                      jak przed kilku laty jeszcze niemieccy faszysci napadali na cudzoziemcow palac
                      ich mieszkania i domy... tak wiec masz racje, rzeczywiscie im tak juz zostalo!!!

                      Polak

                      PS. A tych "Polskich Narodowych Komunistow" to zes sobie chyba nieporadnie
                      przetlumaczyl z niemieckiego i w ten sposob stworzyl jakis dziwny, nigdy nie
                      istniejacy twor. Jesli chcesz juz koniecznie mowic o polskich komunistach z PZPR,
                      to pisz ich z malej litery, bo z duzej nigdy nigdzie nie istnieli.
  • Powiadamiaj o nowych wpisach

Wysyłaj powiadomienia o nowych wpisach na forum na e-mail:

Aby uprościć zarządzanie powiadomieniami zaloguj się lub zarejestruj się.

lub anuluj

Zaloguj się

Nie pamiętasz hasła lub loginu ?

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka
Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.