Ludzie, pomyślcie trochę!:
Polityka polega także na obsadzaniu stanowisk.
Jeżeli dogadują się dwie partie w sprawie koalicji rządzącej, targi o
stanowiska zajmują nie mniej czasu niż sprawy programowe. Może to jest
brzydkie, ale tak jest. Czy gdyby panu Komorowskiemu PiS zaproponował
stanowisko Marszałka Sejmu, to Platforma Obywatelska wstąpiłaby do rządu
koalicyjnego? A może trzeba było ją "skorumpować" jeszcze paroma innymi
stołkami? Cena dla PiSu była za wysoka i do koalicji nie doszło.
Samoobrona zgodziła sie wejść do rządu z PiSem i LPRem za cenę stanowiska
wicepremiera dla pana Lepera i za cenę dwu ministerstw. Pamiętamy (może nie
wszyscy), że PiSowi trudno było jeść tę żabę, ale w końcu pan Leper został tym
wicepremierem. Towarzystwo sie trochę pokrzywiło, ale pan Leper uznał to za
normalne. Co jakiś czas domagał się kolejnych stanowisk, a gdy spotykał się z
odmową (nie zawsze), cofał się, twierdząc, że wcale mu o stanowiska nie chodzi.
Po czym po jakimś czasie mówił, że domaga się stanowisk, bo stanowią one
instrument rządzenia. To miało byc naturalne i dobre.
A teraz chodzi o wciągnięcie do koalicji pojedynczych posłów lub małych grup.
Czy jeżeli pojedynczemu posłowi zaproponuje się stanowisko, to różni się to tak
bardzo od proponowania stanowisk grupie trzymającej partię?
Większość dyskutantów na niniejszym forum dotychczas nie lubiła pani Beger.
Zarzucała jej kłamstwa, matactwa przy uzyskaniu świadectwa dojrzałości i
podczas studiów. Teraz ta sama pani Beger jest ich bohaterką.
Jeżeli prawdą jest, że inkryminowane słowa zostały wyrwane z kontekstu, to
znaczy, że największym błędem pana Lipińskiego było to, że wybrał się na
rozmowę z panią Beger bez własnego magnetofonu.
Jestem przekonana, że moja wypowiedź spotka się z lawiną inwektyw. Ale może też
chociaż ktoś odpowie w sposób wyważony i merytoryczny?