Dodaj do ulubionych

msze na Żytniej

11.01.16, 10:09
Chodząc od lat na msze do kościoła na Żytniej niekiedy mam wrażenie, że tutejsi księża nie mają zbyt wiele informacji zwrotnej o swoich nabożeństwach. Zakładając niniejszy wątek chciałbym ten stan rzeczy trochę zmienić i zamierzam publikować tu swoje trzy grosze na temat tego, co słyszę na mszach. Oczywiście mógłbym robić to w inny sposób, np. wysyłając na parafię e-maile, ale wybieram tą formę świadomie, głównie po to, żeby mnie było dalej słychać. Swoje uwagi w formie sumarycznej przedstawiłem proboszczowi jakieś pół roku temu. Ten wątek ma być kontynuacją - tyle że już publiczną - tamtej pogawędki.
Edytor zaawansowany
  • uao1717 11.01.16, 10:11
    homilię wygłaszał ks. Urbanek. Czas trwania 17:11

    kazanie sformatowane głównie jako informacja o o. Pio. Zamiar sensowny i rozsądny, bo właśnie do kościoła wprowadzono relikwie, a sporo parafian, jak sądzę - w tym np. ja - nic o tym świętym nie wie. Wykonanie - takie sobie, powiedzmy że od biedy ujdzie. Homiletyk przekazał najważniejsze informacje biograficzne oraz - tak to ujmijmy - pewne ogólne sugestie odnośnie charakteru tej świętości, w dodatku zrobił to w sposób w miarę uporządkowany. Niemniej jak na siedemnastominutowe kazanie to jednak trochę za mało. Po pierwsze i najważniejsze, nie zrozumiałem dlaczego o.Pio został świętym. Jak się domyślam miało to związek z jego działalnością jako spowiednika, ale nie jestem pewien. Po drugie, w tekście homilii pojawiły się niejasne aluzje do konfliktu o.Pio z władzami kościelnymi - być może tu jest hund begraben, pozwalający zrozumieć istotę zasług tego człowieka, który jakoś formatem swojej religijności wybiegł przed swój czas, ale nic się na ten temat nie dowiedziałem. Po trzecie - informacje biograficzne to były małe wyspy, oblewane przez odmęty hagiograficznych i ogólnikowych banałów.

    Homilię z okazji wprowadzenia relikwi o.Pio wyobrażałbym sobie w wersji idealnej jako dyskurs na temat formatu tej świętości; jeżeli faktycznie chodziło o działalność spowiedniczą, to np. jako wykład jak słuchać innych żeby to miało sens. Jeśli homiletyka nie stać na takie rozważania to zwykły wykład biograficzny też jest jak najbardziej na miejscu, i chwała ks. Urbankowi za ten skromny zamiar. Co do wykonania to jednak trudno mi było uniknąć rozczarowania; raziła mnie zwłaszcza dysproporcja między nikłością przekazanych informacji a długością kazania. Ponieważ ks. Urbanek pozwolił sobie również na aluzje o parafianach, którzy "narzekają że kazanie za długie" (rozumiem że dotyczy to mojej skromnej osoby) wyjaśniam że mogę siedzieć nawet pół godziny na kazaniu - byleby było dobre (a na kazaniach porywających wytrzymam nawet do 45 minut!)
  • uao1717 11.01.16, 10:13
    kazanie nawiązywało do kwestii chrztu, którego dotyczył czytany fragment Ewangelii. Ogólne wrażenie: brak dominującego wątku, skakanie po tematach, z tym że każdy zasygnalizowany a żaden nie nadgryziony na poważnie. Na szczęście wygłoszone ładnym językiem, z pewną retoryczną swadą, no i bardzo przyzwoite jeśli chodzi o długość.

    Początek był w moim odczuciu kabaretowy, chyba niezamierzenie, mianowicie gdy homiletyk zauważył, że większość obecnych zapewne nie pamięta swojego chrztu. Potem poruszył kilka kwestii z których żadna nie utkwiła mi w pamięci mimo że msza była wczoraj a ja specjalnie uważałem, między innymi po to, żeby napisać z sensem ten tekst: zdaje się że było o obowiązkach ochrzczonego, również o miłości, akapit o modlitwie, o odpowiedzialności, o dawaniu świadectwa i chyba jeszcze o czymś. Każda z tych kwestii zasługuje na osobną homilię, przy okazji tematu chrztu albo i nie, ale żadna nie zasługuje na rolę jednego ze składników sałatki owocowo-warzywnej. No i te natrętne aluzje polityczne, czy to do PRLu, czy to do KODu. Do flory i fauny która ostatnio wylega na ulice mam zgoła niechrześcijańskie uczucia z którym będę się musiał spowiadać, chętnie usłyszę homilię rozbierającą na czynniki pierwsze demonstracje hipokrytów, ale w imię integralności wykładu wolałbym nie słuchać aluzji przy okazji uwag o chrzcie.

    Osobiście przy okazji tematu chrztu usłyszałbym chętnie homilię o chrzestnych. Prostą, trzymającą się realiów i dającą sensowne rady. Kto to są chrzestni? Wujkowie albo ciocie którzy kupują na komunię rower, smartfona albo plejaka i z którymi kilkadziesiąt lat potem pijemy wódkę przy okazji jakiegoś rodzinnego pogrzebu, aż w końcu nie możemy się napić, bo to już ich pogrzeb. Chciałbym, żeby jakiś ksiądz z głową na karku pomówił nawet i dłuższą chwilę np. o tym, jakie są nasze obowiązki wobec naszych chrzestnych rodziców, a zakończył np. poleceniem: "a jak wrócicie z mszy do domu, kochani, niech każdy z was weźmie telefon i zadzwoni do swoich chrzestnych, choćbyście ostatni raz mówili z nimi 5 lat temu. Nie musicie pytać ich, kiedy ostatni raz byli u komunii. Zapytajcie jaka pogoda, powiedzcie że u nas plucha i że fajnie byłoby się jednak tej wódki napić".
  • uao1717 11.01.16, 10:15
    zapomniałem dopisać że homilię wygłaszał ks. Pergoł a jej czas trwania wyniósł 12:11
  • uao1717 18.01.16, 09:56
    homilię wygłaszał ks. Stosur. Czas trwania 10:40

    dawno już homilia w tej parafii nie podobała mi się tak jak ta wczoraj. Co prawda, jak to mówią, szału nie ma, zwłaszcza że wczorajsze czytanie (wino w Kanie Galilejskiej) jest właściwie samograjem, ale znam takich księży którzy potrafiliby i je schrzanić. Wymienię więc po kolei co na plus: po pierwsze, homilia nawiązuje do Ewangelii; po drugie, pokaz samodyscypliny homiletyka, który skoncentrował się na jednej sprawie i nie odjeżdżał na boki; po trzecie, bez folgowania własnemu gadulstwu (10:40! ten rekord chyba w tym roku ma małe szanse na pobicie); po czwarte, z próbą objaśnienia szczegółów historyczno-obyczajowych; po piąte, jasno, prosto i dobitnie.

    Teraz może nie tyle co na minus, ale co można byłoby zrobić moim zdaniem lepiej. To "jasno, prosto i dobitnie" z paragrafu wyżej momentami ześlizgiwało się do łopatologii. W sumie trudno mieć o to pretensje, to nie jest nabożeństwo dla doktorantów PAT tylko normalna wieczorna niedzielna msza na parafii, kiedy w ławkach siedzi średnia statystyczna (30% Polaków nie rozumie instrukcji użytkowania sprzętu domowego, 60% nie czyta w roku żadnej książki), w dodatku zaniżona dramatycznie przez jednostki takie jak ja. Co jakiś czas pomachanie łopatą nie zaszkodzi. Zredukowanie przekazu do informacji, że polecenia Złodziejki Serc należy wykonywać, to jednak trochę zbyt mało jak na mój osobisty gust.

    Nauka wynikająca z epizodu w Kanie jest oczywista, więc zamiast jej powtarzania explicite w homilii oczekiwałbym czegoś więcej. Czego? Nie mam pojęcia, w końcu m.in. po to chodzę na msze żeby się dowiedzieć tego, czego nie wiem. Jednak trochę mi było szkoda niewykorzystania tematu. Tak sobie myślę, że historia z winem w Kanie to jedna z najbardziej sympatycznych w całym Piśmie. O ile historii z cudami było mnóstwo, to jednak większość ma miejsce w atmosferze cierpienia i niebezpieczeństwa (np. podobna rzecz z rozmnożeniem chleba) albo wręcz grozy (wskrzeszenia, uzdrowienia). A tu nie, wręcz przeciwnie, ma się wrażenie że Imperator zrobił ten cud, jak mówi pokolenie które nadciąga, dla beki. Może tym tropem należałoby pójść? Ile razy słyszymy, że katole to ponuraki które nic tylko międlą zdrowaśki, umartwiają się i leżą krzyżem, a więc stoją na drodze budowy społeczeństwa fajnego, radosnego i do przodu. A tu proszę, przekaz jest jasny: życie jest piękne, kiedy można to trzeba z niego brać pełnymi garściami (czy raczej kielichami). I to nie wino z Biedronki, ale najlepszy izraelski sauvignon.

    PS. Jakoś tak drugi raz pod rząd zjechało mi się na wątki alkoholowe, może głupio to wyszło, ale zapewniam że zupełnie przypadkowo
  • uao1717 24.01.16, 21:04
    homilię wygłaszał ks. Stosur. Czas trwania 14:04

    Powiedziałbym, że kazanie było jak rozpakowywanie imponującej paczki. Odwiązujesz wstążki, zdzierasz wspaniały papier pakowy, rozrywasz wielki karton, wyjmujesz ze środka mniejsze pudełko, rozpakowujesz to pudełko, w nim jest pudełeczko, otwierasz je, a w środku wielkie rozczarowanie. Mniej więcej taką strukturę miała dzisiejsza homilia.

    Zaczęło się od nawiązania do dzisiejszej Ewangelii; mowa w niej tym, że Imperator powrócił do swoich rodzinnych stron i rozpoczał edukowanie miejscowych. Świetnie, pomyślałem, bo wydawało się, że będzie o nauczaniu jako jednym z komponentów religii. Ale nie, okazało się że to tylko wstęp, bo homiletyk skoncentrował się na akapicie o „obwoływaniu roku łaski od Pana”. Bardzo dobrze, pomyślałem, chętnie dowiem się o co chodzi, bo nic z tego fragmentu Łukasza nie zrozumiałem – dlaczego tylko rok łaski, co to właściwie za łaska, czy miało to dla Galilejczyków jakiś wymiar praktyczny i tak dalej. Ale nie, okazało się że to tylko wstęp, bo homiletyk skoncentrował się na tym, że kolejni papieże ogłaszają co jakiś czas lata święte. Nieźle, pomyślałem, może dowiem się co to są te lata święte, jaki jest ich sens i tak dalej. Ale nie, okazało się że to tylko wstęp, bo homiletyk skoncentrował się na roku 2016 jako roku miłosierdzia. Może być, pomyślałem, zobaczmy o co chodzi z tym miłosierdziem, czym się różni od miłości, a czym od litości, a czym od współczucia, a czym od dobroczynności itede itepe. I tu ksiądz Stosur zaproponował intrygującą teorię: że tegoroczne miłosierdzie ma związek przede wszystkim ze spowiedzią.

    ??? Jak to, zawsze myślałem że w miłosierdziu chodzi o innych, co to ma wspólnego z moją spowiedzią? Czyżby nie chodziło o moje miłosierdzie wobec bliźnich, ale o miłosierdzie Imperatora wobec mnie? Czy może .... Nie, nic z tego. Teoria jest intrygująca, tajemnicza i zagadkowa, oraz taką pozostała. Nie dowiedziałem się, dlaczego miłosierdzie jest związane ze spowiedzią. I to jest właśnie to rozczarowanie na dnie pudełka. Nie mam nic przeciw konstrukcjom szkatułkowym, dobre w powieści i dobre w homilii, ale pod warunkiem... że na dnie ostatniej szkatułki coś jest!

    To znaczy, nie dowiedziałem się explicite dlaczego miłosierdzie jest związane ze spowiedzią. A implicite... Zaczałem zastanawiać się nad inną cechą dzisiejszej homilii, pozornie zupełnie niezwiązaną, a mianowicie nad nieumiarkowanym, bezwstydnym i żenującym wazeliniarstwem względem głównego lokatora Watykanu, którym jakoby wszyscy się zachwycają. Nie wiem czy się zachwycają, być może. Ale wiem że jak tzw. opinia publiczna się zachwyca, to raczej trzeba się bać. Na mnie od początku Franciszek sprawia wrażenie bomby która tyka i czeka, żeby wybuchnąć. Papież który robi z siebie błazna, nie ma szacunku dla liturgii, wygłasza nieostrożne komentarze, patronuje zgromadzeniom kończącym się podejrzanymi konkluzjami itd sprawia, że jestem pełen najgorszych przeczuć. Na razie tyka, a jak wybuchnie to... aż nie chcę o tym myśleć. No i tak coś mi zaczęło się kojarzyć. Czy ów spowiedniczy Rok Miłosierdzia na dnie szkatułki i owo franciszkańskie wazeliniarstwo nie są aby ze sobą związane?

    Cały problem z Rokiem Miłosierdzia polega właśnie na kwestii spowiedzi, a mianowicie na tym, czy Franciszek nie sponsoruje aby nadmiaru tego miłosierdzia względem niektórych kategorii grzeszników. Nie spędzam życia na czytaniu portali lefebrystów czy innych strażników rzymskokatolickiej ortodoksji, ale coś mi się obiło o uszy, że nie wszyscy są zachwyceni franciszkańską wersją miłosierdzia. Byłobyż to właśnie głównym motywem dzisiejszego kazania? To by była rewelacja, skromny homiletyk na jednej z warszawskich parafii chwyta byka za rogi i bierze na warsztat kwestię ortodksji papieża. Byłoby. A tak to już nie wiem, co o dzisiejszej homilii myśleć. Ksiądz Stosur udzielił Franciszkowi swojego wsparcia i wspiął się na wyżyny oratorskiej manipulacji, zresztą wyżyny tak wysokie, że nikt tego nie zrozumiał? Czy może po prostu u jednego z parafian obsesja przechodzi właśnie w stadium paranoidalne?
  • uao1717 09.02.16, 17:20
    homilię wygłaszał nieznany ksiądz. Czas trwania 19:27

    Homiletyk powziął jak mi się zdaje dość rozsądny zamiar przedstawienia historycznych okoliczności powstania obrazu Jezusa Miłosiernego oraz dorzucenia kilku uwag objaśniających bardzo generalnie jego znaczenie (szczegółowe mają być w kolejnych homiliach). Niestety wykonanie zupełnie mi się nie spodobało. Faktów historycznych było dość mało, a wszystkie podane jakby z założeniem, że każdy obecny na mszy z grubsza orientuje się w rozwoju wydarzeń. Egzegeza z kolei zaczęła się obiecująco, bo zapowiadała dyskurs o trzech obietnicach, które złożył naszej siostrzyczce Imperator. Co z tego, kiedy jak nie rozumiałem tych obietnic, tak dalej nie rozumiem.

    Co to znaczy że dusza, która czcić będzie obraz, nie zginie? Nie znam się na tym za dobrze ale wydawało mi się, że dusza z zasady nie ginie, niezależnie od tego czy czci obraz czy nie. Czy może chodzi o to, że czcicielowi obrazu z zasady przebaczone będzie to, co nabroił? A może o to, że nie przydarzy mu się nic ponad zwykłą życiową normę świństw? I tak samo z dwoma kolejnymi obietnicami. Co to znaczy „zwycięstwo nad nieprzyjaciółmi” na ziemi i w godzinę śmierci? W tym pierwszym chodzi, jak zrozumiałem, o zwycięstwo nad nieprzyjacielem-grzechem, ale w jakim sensie? Chyba nie w takim, że czciciel obrazu nie będzie już grzeszył? Nic nie zostało wyjaśnione, wszystko zostało zagmatwane.

    W porządku, ja się przyzwyczaiłem że Imperator mówi a ja go nie rozumiem, i podejrzewam że ksiądz homiletyk miał w tym przypadku tak samo. I bardzo miło że to zresztą przyznał. Ale czemu zawracał, za przeproszeniem, głowę, i to przez rekordowe dwadzieścia minut, i to z namaszczonym namaszczeniem? Nie można było szybko, rzeczowo i w miarę kompletnie przedstawić przebieg wydarzeń z obrazem i dzienniczkiem, wyliczyć 3 obietnice, a na końcu powiedzieć: „kochani, to sa te trzy obietnice, ale nie wiem o co w nich chodzi. Na pewno jednak wyjdą wam na dobre, więc zmawiajcie tą koronkę, dobrze wam radzę.”
  • uao1717 19.02.16, 09:15
    homilię wygłaszał ks. Pergoł. Czas trwania 20:12

    W nawiązaniu do czytania, homilia poświęcona była pokusom i kusemu. I to mi się podobało, jako że ten ostatni – odmiennie niż w życiu – w homiletyce pojawia się nieczęsto; tymczasem już starożytni Grecy pisali, że najpierw przestaje się się wierzyć w kusego, potem w grzech, a potem to już idzie z górki.

    Ksiądz Pergoł zajął się krótką analizą strategii marketingowej, jaką stosuje Przedsiębiorstwo Skupu Pneumy; analiza ta polegała z grubsza na przedstawieniu krótkiej systematyki, osadzonej w kontekście uwarunkowań społeczno-psychologicznych grupy docelowej. To też mi się podobało, bo choć rzecz jest w sumie znana, to jednak przypomnienie tych tricków ułatwia wykształcenie własnych odruchów obronnych. I w tym miejscu oczekiwałbym, ze homiletyk przejdzie do punktu najważniejszego, czyli podpowie jakie uniki stosować. Niestety, czekało mnie rozczarowanie. Oprócz kilku minut poświęconych bardziej zasadzie (modlitwa) niż konkretnej taktyce defensywnej usłyszałem właściwie tylko jedną radę: spróbować wziąć na przeczekanie.

    Trochę już żyję i myślę, że dzieląc się swoimi doświadczeniami sam mógłbym podać więcej rad. To prawda, przeczekanie to niezła strategia, ale nie jako siedzenie w fotelu i oddawanie się psychomachii. Działa tylko w połączeniu z innymi – na przykład z intensywną pracą fizyczną, niedługą, tak na kilkanaście minut; jak coś głupiego zaczyna chodzić po głowie, dobrze jest na przykład chwycić odkurzacz i dokładnie przejechać kilka pokoi, albo wyszorować łazienkę, albo wytrzepać dywan, albo sprać dzieciaka. Inny sposób – postawienie się w psychologicznym rogu: ogłaszamy wszem i wobec (rodzinie, kolegom z pracy, sąsiadom) koniec z jakąś głupotą; ryzyko potencjalnej kompromitacji potem pomaga. Kolejna metoda – okrągłe terminy; po to są urodziny, Nowy Rok, pierwszy dzień po powrocie z wakacji, Środa Popielcowa itede żeby móc coś sobie postanowić; głupie, bo niby co nam przeszkadza przestać mówić "k...a" od 19. lutego od godziny 10.12, ale jednak pomaga. Jeszcze jedna – dokumentowanie własnych słabości, jeszcze jedna – wspólne postanowienia, jeszcze jedna – metoda małych kroków. Ale najważniejsza i najskuteczniejsza – byłem w szoku, że ks. Pergoł o niej nie wspomniał – to spowiedź. W sumie jest podstawowym narzędziem autowychowania; zwłaszcza przygotowanie do niej, te chwile, kiedy układamy sobie wszystko w głowie. I sama spowiedź też, możliwie u takiego spowiednika, żeby najbardziej bolało.

    Po sprawiedliwości muszę przyznać, że kazanie było dalekie od biegunów infantylizmu, chaosu i kiczu, jakie już na Żytniej widziałem, ksiądz Pergoł to jednak inna klasa. Niemniej w takich kategoriach jak gadulstwo, niepraktyczność i zadęcie zdecydowanie wysuwa się na prowadzenie wśród miejscowych homiletyków.
  • uao1717 27.02.16, 14:40
    homilię wygłaszał ks. Pergoł. Czas trwania 20:52

    pierwsze w tym roku kazanie, które bardziej mi się podobało niż nie podobało. Głównie dlatego, że dowiedziałem się na nim wielu rzeczy. A to z kolei głównie dlatego, że miało w trzech czwartych charakter wykładu, mieszczącego się gdzieś pomiędzy antropologią, historią i etnografią, i tłumaczącego wcześniejsze czytanie. Co nie znaczy, że nie doceniam w nim wątków religijnych, dotyczących egzegezy teologicznej przymierza z Abrahamem.

    Z zainteresowaniem wysłuchałem wyjaśnienia niezliczonego jak gwiazd potomstwa jako metafory nieśmiertelności, przepołowionych zwierząt i symboliki przymierza, jak interpretować to, że najpierw pojawiło się ptactwo drapieżne. Prawdę powiedziawszy fajnie byłoby, gdyby egzegeza była nawet bardziej szczegółowa, np. co symbolizowały poszczególne zwierzęta, co to za cholera ten Ur Chaldejski i tak dalej. Oczywiście nie będę się czepiał i dopytywał, dlaczego Żydzi mieli objąć w posiadanie kraj od Nilu do Eufratu a jak na razie są tam jeszcze Egipt, Jordania, Arabia Saudyjska i Irak, zresztą być może izraelski sztab generalny nie powiedział w tej sprawie jeszcze ostatniego słowa.

    Czy to znaczy, że po raz pierwszy w tym roku nie mam zastrzeżeń? Oczywiście że nie. Powyższe to było trzy czwarte kazania, pozostała jedna czwarta poświęcona została projekcji abrahamowego przymierza na hic et nunc, projekcji z której – ze względu na jej niemal doskonałą banalność - nie zapamiętałem dokładnie nic. No i jeszcze jedno. Ksiądz Pergoł wyraźnie idzie na rekord i prawdopodobnie już gdzieś tak w kwietniu jego homilie osiągną 25 minut. Ponieważ na ogół udaje mi się zdążyć na niedzielną ranną mszę tylko w najwyższym pospiechu i kosztem śniadania, wygląda na to, że przyszłości będę musiał przynosić sobie do kościoła kanapki.
  • uao1717 05.03.16, 11:56
    homilię wygłaszał ks. Stosur. Czas trwania 6:49

    Dzisiejsze czytania zawierały wiele intrygujących epizodów: Jestem który Jestem (dlaczego tak? dlaczego Imperator odmawia autodenominacji?), polegli na pustyni (dlaczego nie zostali upodobani?) Galilejczycy których krew zmieszano z krwą ofiar, katastrofa budowlana w Siloam (czy cierpienie jest w jakiejś relacji do winy?) i wreszcie nieprzynoszące owoców drzewo figowe (kiedy spadnie topór?). Homiletyk zdecydował się skoncentrować na tej ostatniej kwestii. I skoncentrował się w sposób tradycyjny, podkreślając wężykiem głównie to, że w pewnym zakresie możemy liczyć na cierpliwość. Kazania było więc w sumie tautologią, bo powyższy wniosek jest chyba czytelny dla każdego powyżej drugiej klasy podstawówki. A przecież można było omówić inne aspekty figowej symboliki, znacznie bardziej enigmatyczne: co to znaczy owocować (mierzalność czynów), w jakim zakresie możemy liczyć na nawóz i okopywanie zanim błyśnie ostrze (wolna wola a determinizm), jaka jest rola ogrodnika i w ogóle jaki jest stosunek między Ogrodnikiem a Właścicielem (czy poszczególne Osoby Boskie mają różną cierpliwość?), oraz bodaj czy nie najciekawsza sprawa: ile mamy czasu (co to znaczy ten jeszcze jeden rok w przeliczeniu na kalendarz gregoriański, biologiczny, słoneczny, izotopowy)?

    Można było omówić, ale chwała księdzu Stosurowi, że tego nie zrobił. Jest u nas na parafii od kilku lat i dał się poznać z wielu dobrych stron, osobiście cenię go za poczucie humoru i talent organizacyjny. Natomiast mam wrażenie, że nie należy do ścisłej czołówki warszawskich oratorów – co chyba po raz pierwszy jak go pamiętam uwzględnił w swoim kazaniu. Krótko, łopatologicznie i treściwie – czemu nie? Może i wolałbym księdza Skargę zstepującego na Żytnią i zostawiającego wiernych z płonącymi głowami, ale w końcu nie każdy może być piękny, młody i bogaty. Niektórzy mają tylko jedną z tych cech (ja osobiście żadnej), i w tej sytuacji najlepiej przyjąć to do wiadomości. Dziękuję, proszę księdza!
  • uao1717 08.03.16, 11:21
    homilię wygłaszał ks. Jurczuk. Czas trwania 25.44

    Dzisiejszy homiletyk był rekolekcjonistą z zewnątrz, więc jak przypuszczam kimś kto specjalizuje się w kazaniach. Poniekąd było to widać, mówił ze swadą, nie szukał słów, starał się nawet regulować tempo i natężenie przekazu; w porównaniu z miejscowymi homiletykami wydawał się lepszym zawodowcem, chociaż do naprawdę dobrego poziomu oratorskiego chyba jednak trochę mu brakuje (i brakuje mu chyba również zegarka).

    Sama struktura homilii skojarzyła mi się z pokazem slajdów: opierała się o 6 epizodów, z których 4 pochodziły z biblii, 1 był wzięty z autopsji a 1 zasłyszany. Ich elementem wspólnym był temat który w czasach mojego dzieciństwa nazywał się inwalidztwem, a obecnie nazywa się niepełnosprawnością. Natomiast jaką konkretnie kwestię poruszał ks. Jurczuk to muszę się przyznać że chyba nie całkiem ogarnąłem. Bardzo ogólnie zrozumiałem, że chodziło nie tyle o tych, którzy inwalidztwa doświadczają, ale o tych, którzy są jego świadkami, i że inwalidztwo innych daje im w jakiś sposób możliwość spełnienia się – stąd koncentracja uwagi na gościach, którzy spuszczali paralityka przez dach, albo na mądralach, którzy najpierw zabraniali a potem namawiali ociemniałą, żeby poszła do goszczącego w mieście Imperatora. Natomiast momentami miałem wrażenie, że homiletykowi chodzi o coś więcej, o coś jeszcze; niestety, ilekroć wydawało mi się że już prawie wiem o co – sens miłosierdzia? wspólnotę ułomności? znaczenie cierpienia? że ułomność jest szansą, nie jej brakiem? - traciłem wątek. Być może, co najprawdopodobniejsze, jestem kretynem, być może ks. Jurczukowi nie chodziło o nic więcej, a być może chodziło, ale mówił o zbyt wielu kwestiach zamiast porządnie zająć się jedną.

    Dyskurs o ułomności toczył się zresztą na dwu płaszczyznach, nie tyle w trakcie kazania ile w trakcie mszy. Na pół pierwszej do kościoła przychodzi też pani z dzieckiem, które zdaje się ma dodatkowy chromosom 21. Chłopca doskonale słychać podczas mszy, bo reszta wiernych nie może się z nim skoordynować przy śpiewach. Zawsze wtedy myślę, że to on jest najważniejszy na tym nabożeństwie, i akurat podcza dzisiejszego kazania jakoś szczególnie przychodziło mi to do głowy. Co nie zmienia tego, że w przyszłą niedzielę pójdę jednak na inną mszę.
  • uao1717 18.03.16, 18:09
    homilię wygłaszał ks. Pergoł. Czas trwania 18:49

    nie będę nic wymyślał i powiem szczerze: zabałaganiłem, nie napisałem nic ani w niedzielę ani wkrótce potem, a dziś jest piątek i ostatnie kazanie niemal zupełnie wywietrzało mi z głowy. Pamiętam tylko że wygłaszane było na kanwie czytania o kamieniowaniu cudzołożnicy, że kaznodzieja usiłował wytłumaczyć czym różni się stare prawo od nowego, i że niezawodnie zaserwował infantylne zwroty które miło urozmaiciły monotonię postępujących w korowodzie banałów: szczególnie utkwił mi w pamięci Chrystus jako „największy intelektualista wszechczasów”.

    Pamiętam jeszcze, że przy przeciwstawianiu sobie starego i nowego zakonu ks. Pergoł chyba całkiem pomylił porządki. Jego egzegeza epizodu z cudzołożnicą skupiła się na racjonalizacji wyroku Imperatora: no tak, zgrzeszyła, ale przecież wy także grzeszycie, jeśli mam ją ukarać to i was będę musiał ukarać, czy tego chcecie, a poza tym czy macie prawo domagać się kary skoro sami jesteście winni, i tak dalej i tak dalej. Tymczasem racjonalizacja nie ma tu nic do rzeczy, a to dlatego, że porządek racjonalny został przez Imperatora pogrzebany w piasku pustyni. Na tym przecież polegała zmiana: fundamentem Starego Prawa była Sprawiedliwość, ale fundamentem Nowego Prawa jest słowo na M.

    I tu bym oczekiwał wyjaśnienia, co zrobić ze sprawiedliwością. To pytania pojawia się wielokrotnie wtedy, kiedy unieważnia je słowo na M, na przykład kiedy późno przybyłym robotnikom płaci się więcej niż tym pracującym od dawna, albo syna marnotrawnego honoruje się ucztą, a syna prawowiernego nie. Akurat w epizodzie o cudzołożnicy nasuwa się pytanie o postać, której w czytaniu nie ma, a więc o jej męża: został oszukany, upokorzony, zdradzony: co Imperator zrobił z jego racją? Nie jest to pytanie teoretyczne, wie o tym na przykład każdy rodzic, który przyłapał własne dziecko na kłamstwie. Ale ksiądz Pergoł nie dotarł nawet w odległe okolice tej kwestii.
  • uao1717 21.03.16, 11:16
    Zielone Świątki, bez kazania
  • uao1717 23.04.16, 22:32
    homilię wygłaszał ks. Pergoł. Czas trwania 15:34

    czytanie było ciekawe, bo mocno osadzone w realiach rybołóstwa sprzed 2 tysięcy lat. Na przykład, co to było Morze Tyberiadzkie? Sprawdziłem w wikipedii i teraz wiem, że tak mówiono o Jeziorze Genezaret, ale od ks. Pergoła tego się nie dowiedziałem; albo uznał rzecz za nieważny drobiazg, albo sam nie wiedział. Tak samo w kwestii dlaczego łowili w nocy, albo dlaczego tak blisko brzegu, mianowicie w odległości zaledwie 200 łokci (czyli jakieś 100 metrów, nie wiem jak prędko wygłębia się Genezaret, ale być może na 100 metrów i dało się dojść po dnie). Ale wyjaśnił – i to bardzo ciekawie – rzecz na pozór absurdalną, a mianowicie że Szymon, kiedy miał przepłynąć te 100 metrów z łodzi do brzegu, to zamiast się rozebrać to wręcz przeciwnie – ubrał się.

    Potem homiletyk zabrał się za wyjaśnianie stopniowalności słowa „miłość” w języku greckim, aczkolwiek nie bardzo wiem dlaczego w greckim, ale mniejsza o to. Greki nie znam, natomiast ta stopniowalność, zwłaszcza w tłumaczeniu na polski, bardzo mnie zainteresowała; rozumiem że w stopniu podstawowym to jest „kochać”, wyższym „poświęcić się”, a najwyższym „wyjść z siebie i stanąć obok”, czy jakoś tak. Nie wiem czy ogarnąłem, ale muszę powiedzieć że było to inspirujące. Jeszcze bardziej inspirujące było to, że ks. Pergoł jakby postanowił się streszczać (a może miał słabszy dzień?), bo zszedł ze swoich zwyczajowych 20 minut do kwadransa.

    Tyle zapamiętałem, wiem że to nie jest zbyt wiele, ale chyba jednak coś. Nie wiem na którym stopniu powyższej triady jest Franciszek, generalnie mam wrażenie że świetnie się bawi, więc chyba albo jeszcze nie dotarł na pierwszy albo jest już powyżej trzeciego.
  • uao1717 23.04.16, 22:33
    list prymasa, więc bez homilii. List całkiem niezły, muszę powiedzieć, ten skryba co go pisał miał talent, było nawet w jednym miejscu jakby żartobliwie.
  • uao1717 13.05.16, 23:10
    homilię wygłaszał nieznany mi ksiądz. Czas trwania 14:39

    no, było bardzo ciekawie. Homilię wygłaszał nie wiem kto i nie wiem na jakiej zasadzie gościł na parafii, ale to nieważne. Ważne, że odpalił.

    Po pierwsze, obyło się bez gadulstwa. Po drugie, było z wyraźnym nawiązaniem do Słowa. Po trzecie, było kilka bon-motów, a konkretnie chyba dwa, takie do powtórzenia w każdym towarzystwie. Nie podam jakie, niech żałuje kto nie był. Po czwarte, było na temat i z przełożeniem, aż momentami do bólu bezpośrednim, na tak zwaną szarą rzeczywistość. Po piąte, było bez infantylnego zadęcia i banału. Po szóste, było i naukowo (trzy egezegezy Nieba) i obyczajowo.

    Te passusy obyczajowe były chyba najciekawesze. Cokolwiek po bandzie, w sensie balansowały na krawędzi groteski. Balansowały, ale ich nie przekroczyły. No bo jeśli żona może mężowi zrobić niebo na ziemi, to niby jak? Ha, jak nie byliście na mszy to się nie dowiecie, mogę tylko powiedzieć że seksizm, ciemnogród i zdrowy rozsądek miały chwilę swojego triumfu. Oczywiście w ramach symetrii dowiedziałem się także, jak ja mogę zrobić swoje żonie niebo na ziemi. Czego jeszcze, choć już kończy się piątek, od niedzieli nie zrobiłem, i z którego to powodu mam wyrzuty.

    Jak widać, była to homilia która zapada w pamięć.
  • uao1717 13.06.16, 13:23
    homilię wygłaszał nieznany mi ksiądz. Czas trwania 18:42

    z powodu perygrynacji relikwi w tą niedzielę był mały jubel i sporo obcych księży, jeden z nich wygłaszał kazanie. Z tego też powodu oczekiwałem kilku słów o relikwiach, na moje oko jednym z bardziej kontrowersyjnych elementów składających się na obrzędowość dzisiejszego Kościoła. Nie wiem czy jest ktokolwiek, kto wierzy w jakąkolwiek moc sprawczą relikwii, ja z całą pewnością nie, co więcej, na kult relikwi patrzę trochę z zażenowaniem. Prawdopodobnie jestem pod tym względem religijnym inwalidą i przyznaję się do tej ułomności bez bicia; dlatego też ucieszyłbym się, gdyby jakiś ksiądz który czuje się na siłach wytłumaczył mi, jak to działa i na czym polega. Czy to, mówiąc kolokwialnie, trick marketingowy, rodzaj stymulacji mobilizacji społecznej? A może oferta intelekturalna, mająca sprowokować do refleksji nt danego świętego? A może rzecz z kategorii niewytłumaczalnych i ważnych przez to właśnie, jako rodzaj mistyki religijnej?

    Ale nic z tego, homiletyk wolał założyć, że wszystko jest jasne, wszyscy wszystko wiedzą, modlą się do relikwii, rozumieją, przejmują się, nie mają wątpliwości. Albo może on też nie ogarnia, więc na wszelki wypadek wolał przejść nad tematem do porządku? Jednym słowem, rozczarowanie.
  • uao1717 13.06.16, 14:21
    homilię wygłaszał ksiądz Pergoł. Czas trwania chyba około 11 minut (zapomniałem stopera)

    Dwa z dzisiejszych czytań były z gatunku wstrząśnięty nie zmieszany, więc byłem ciekaw co z tego zrobi homiletyk. Ksiądz Pergoł poszedł w dwa wątki, oba bardzo dobrze moim zdaniem dobrane: sprawiedliwość i pokuta.

    Kwestia sprawiedliwości powraca co jakiś czas w czytaniach i w życiu, już ją tu raz poruszałem, czy to chodzi o równą wypłatę dla tych których najęto do pracy wcześniej i później, syna marnotrawnego i syna prawowiernego czy o inne przykłady. I za każdym razem mam wrażenie, że temat jest obchodzony; również ksiądz Pergoł moim zdaniem nie chwycił byka za rogi. Bo jedyny sposób, żeby to zrobić, to jest powiedzieć: nie, Imperator nie jest sprawiedliwy. Jest niesprawiedliwy. A w każdym razie na naszą, ludzką miarę, jest niesprawiedliwy. Bo inaczej nie da się wytłumaczyć tego, że ten co pracował od popołudnia dostaje tyle samo, ile ten co pracował od rana. To oczywista niesprawiedliwość. Chyba że jest jakiś inny system, w którym to właśnie jest sprawiedliwe, i w tym to systemie panują inne zasady. Zapewne ten system opiera się nie na zasadzie bezstronności, równych kryteriów, proporcjonalności kary i nagrody, tylko na jakiejś innej ? prawdopodobnie na zasadzie M. W tym systemie sprawiedliwe jest co, co wynika z M. Ale tego oczywiście my nie jesteśmy w stanie zrozumieć, bo dla nas sprawiedliwość to własnie bezstronnośc, równe kryteria, proporcjonalność. Tak mniej więcej ja to rozumiem. Ale jeszcze nigdy nie usłyszałem tego z ambony, więc albo się mylę, albo nikt z homiletyków których przyszło mi słuchać na to nie wpadł.

    Drugi wątek to pokuta, i tu podobało mi się znacznie bardziej; lubię jak homiletyk skupia się na jednej, choćby drugorzędnej sprawie, a zwłaszcza jak prostym żołnierskim przypomina parę podstawowych spraw. Czego mi natomiast brakowało to wyjaśnienia, dlaczego dla współczesnych spowiedników pokutą jest często modlitwa. Ja rozumiem jak za pokutę dostanę na przykład odśnieżenie całego chodnika na trzy domy w lewo i w prawo, albo obranie szwagrowi dwu rzędów truskawek (na czasie!), albo wyjaśnienie tępawemu siostrzeńcowi zasad projektowania w HTML. Ale czy na przykład zadawanie Loretańskiej za pokutę nie jest aby obrażaniem Złodziejki Serc, to jest moim zdaniem niejasne.

    a, i na koniec warto wspomnieć o niebywałej wręcz lakoniczności ks. Pergoła, ale być może - bo jak pisałem, zapomniałem stopera - za wolno liczyłem w myślach te sześćdziesiątki.
  • genny1 22.06.16, 07:56
    Po pierwsze, chciałam podziękować za te refleksje pomszalne czy pokazaniowe. Wprawdzie to nie moja parafia, ale ... Dotknąłeś tematu, który zawsze, odkąd pamiętam, budził moje wątpliwości. Sprawiedliwość Boża. Nie wiem, czy w odniesieniu do Ewangelii można powiedzieć, że nie zgadzam się z nią, czy to nie jest bluźnierstwo (nie chciałabym, żeby tak zabrzmiało). Próbowałam i ja zrozumieć tak po ludzku, nie dało się. Poczytałam trochę, jest taka pozycja "Niewygodne Ewangelie", czy jakoś tak (jestem w pracy, nie mogę sprawdzić), autora nie-Polaka. Rozmawiałam z różnymi księżmi i w sumie stawiali oni dwie tezy. Po pierwsze: Po ludzku nie da się zrozumieć. Czyli, jak mniemam, podejść do tematu bezrefleksyjnie. Po drugie: Tak się umówili, a skoro tak, nie można mieć pretensji. Ta druga wykładnia dalej pozostaje dla mnie "niesprawiedliwa", a więc niczego nie wyjaśnia. A Ty? Jakie masz przemyślenia?
  • uao1717 15.09.16, 19:22
    przede wszystkim strasznie przepraszam, że odpowiadam tak późno, po prostu dopiero teraz zauważyłem że Ktoś raczył się pochylić nad niniejszymi wypocinami i coś dopisał. Dodatkowo zdumiał mnie fakt, że ów Ktoś dopisał się nie po to, żeby sobie posobaczyć, tylko z normalnym komentarzem.

    No więc kajam się jeszcze raz i odpowiadam na pytanie: to pierwsze z dwu. Bez refleksji. Po wielokrotnych i bezskutecznych próbach racjonalizacji, oraz przy braku wyjaśnienia z ambony które zrozumiałbym, zatrzymałem się na etapie że rozum tu zawodzi.
  • uao1717 20.06.16, 11:03
    homilię wygłaszał ks. Urbanek. Czas trwania 15:33

    było nie tyle kazanie, ile raport sprawozdawczy z przygotowań do światowych dni młodzieży, więc jeśli chodzi o sprawność homiletyka, to nie ma co komentować. Ale oczywiście można pozastanawiać się, na ile różnego rodzaju dokumenty mają swoje miejsce na mszy. Jeśli chodzi o mnie, to zamiast marnego kazania sto razy wolę dokument, choćby też był marny.

    Ten był taki sobie, nieprzesadnie treściwy, ale jednak sporo można było się z niego dowiedzieć. Dla mnie przede wszystkim szokująca była informacja, że do parafii przyjeżdża 30 osób z zagranicy. Zważywszy skalę przygotowań, mobilizację od miesięcy żeby nie powiedzieć od lat, liczne prośby i wezwania, spodziewałem się raczej 300 osób, jeżeli nie 3 tysięcy. Nie mam pojęcia jak rzecz wygląda w skali Polski, ale kalkulowałbym sobie, że Warszawa jest dla przyjeżdżających stosunkowo atrakcyjnym miejscem pobytu. Tymczasem jeśli przyjąć naszą spodziewaną ilość gości jako średnią dla warszawskich parafii (chyba ze 150), to do całego miasta przyjedzie jakieś 4,5 tys. ludzi. Nie są to liczby imponujące, i nie bardzo pasują do podawanych wcześniej informacji, że w całej Polsce na dni młodzieży swój przyjazd zapowiedziało 430 tys. ludzi.

    Z drugiej strony, rzecz wygląda może i prawdopodobnie. Zważywszy kwestie logistyczne, do Polski przyjeżdża w zasadzie tylko Europa. A w Europie na północ od Alp religijność praktycznie nie istnieje (za wyjątkiem krajów muzułmańskich, takich jak Holandia). Na południe rzymo-katolicyzm jako-tako dycha jeszcze w Portugalii, Hiszpanii i Włoszech, ale religia żyje tak naprawdę tylko w Polsce, na Słowacji i w Chorwacji. Chorwaci mają w lipcu za dużo roboty z turystami żeby przyjeżdżać do Polski, Słowacy nie muszą się zapowiadać, bo obrócą autem do Krakowa w te i wewtę jednego dnia, więc w sumie Meksykańczycy, Filipińczycy i Boliwijczycy raczej nie zrobią w Warszawie frekwencji.
  • uao1717 30.06.16, 12:11
    homilię wygłaszał ks. Stosur. Czas trwania 5:03

    kiedy bodaj w lutym ks. Stosur zmieścił się w siedmiu minutach to byłem pewien, że w tym roku krótszego kazania już nie usłyszymy. Myliłem się, i to myliłem się grubo. A grubo, bo owa megalakoniczna homilia zdarzyła się nie na jakiejś rannej mszy, kiedy wszyscy są jeszcze półprzytomni i niedobudzeni, tylko bądź co bądź na sumie! Dlaczego tak się stało oczywiście nie wiem, być może miało to związek z faktem, że w pierwszą wakacyjną niedzielę kościół był wyraźnie pustawy i po prostu homiletyk uznał, że dla tak nędznego audytorium nie warto rozwijać skrzydeł. Przepraszam oczywiście za tą złośliwość, być może ks. Stosur testuje różne formaty homiletyczne, a być może mu się zwyczajnie spieszyło. W każdym razie ja, po zatrzymaniu stopera na 5:03, nachyliłem się do żony i powiedziałem: no, na pewno znowu będziemy mieli jakiś występ na ogłoszeniach. Bo na Żytniej zdarza się stanowczo za często, że kiedy już wszyscy pod koniec mszy są w blokach startowych i czekają na ogłoszenia i błogosławieństwo, do mikrofonu niespodziewanie podchodzi oto zaproszony gość i przez kilka minut opowiada może i interesujące, ale zdecydowanie nie w tym miejscu mszy oczekiwane historie. Ale nie, znowu się pomyliłem, ogłoszenia były krótkie i błogosławieństwo dostaliśmy rekordowo szybko.

    No dobrze, a o czym była homilia? Homilia była poświęcona jednej kwestii ? a więc taka, jakie lubię najbardziej. A mianowicie temu, że, jak to mówią w dowcipie, życie to nie je bajka. Znaczy, że wiara to wyzwanie. Sprawa w sumie oczywista dla każdego, kto nie został ochrzczony przedwczoraj, przynajmniej w Polsce, bo być może w takiej Holandii czy innej Badenii ksiądz rzymskokatolicki opwiada swoim wiernym ? jeśli w ogóle są tam jacyś księża rzymskokatoliccy i wierni ? że wiara to luzik i frajda, uczestnicząc w marketingowej licytacji na to, kto bardziej zrobi dobrze swojej grupie docelowej. Ale w Polsce na szczęście jest nieco inaczej, i fakt że co jakiś czas trzeba to przypomnieć. Może nie za często; w którychś z moich wcześniejszych wypocin zachwycałem się aluzjami homiletyka, że życie katola też może być wesołe. Wszystko w miarę. A w taki dzień jak ostatnia niedziela ? bezchmurnie niebo, cieplutko, postęp zarobił w trąbę na Wyspach a nasza ukochana drużyna piłkarska idzie jak burza przez Francję ? aż się prosi żeby usiąć na przyzbie i odkorkować jakąś fantazję. Czemu nie, ale najpierw wysłuchajmy słowa ostrzeżenia od księdza Stosura.
  • uao1717 18.07.16, 14:51
    homili wygłaszał nieznany mi ksiądz. Czas trwania 12:55

    znów na parafii są nietutejsi księża i jeden z nich miał dzisiejsze kazanie. Okazał się takim, dość powiedziałbym nierzadkim, typem homiletyka, którego czasem nazywa się miodoustym. Charakteryzuje się on pewną lekkością mówienia, sprawnością nie tyle kaznodziejską ile po prostu retoryczną. Budowanie zdań przychodzi takim mówcom łatwo, potem owe zdania równie sprawnie łączą w jakieś większe całości logiczne, nierzadko wtracając bon-mot albo jakąś chwytliwą frazę, potrafią nawet modulować głos i regulować szybkość narracji. Takich homiletyków w naszej parafii nie ma. Słucha się ich bez oporu, w miarę przyjemnie, ale do czasu. Mianowicie do chwili kiedy przychodzi moment zastanowienia o czym właściwie jest mowa. I tu często gęsto stwierdzamy, że nie potrafimy powiedzieć, o co chodzi, jaka jest myśl przewodnia, jaki jest główny wątek, czasem nawet jaki jest temat. I tak było dzisiaj. W ciągu kilkunastu minut nieznany mi ksiądz mówił o bodaj pięciu czy sześciu kwestiach, które był uprzejmy wywieść z czytania, przy czym ledwo którą napoczął, a już przechodził do następnej, a wszytko wyćwiczym i pewnym tonem, którym chyba nie pierwszy raz sklejał w dowolnej kolejności różne tematy.

    Przepracowałem sporo czasu w korporacji. Niektórzy sądzą, że wielki biznes tym się rózni od urzędów czy państwowych molochów, że nie ma tam marnotrawstwa, pozoranctwa, biurokracji, a wszysto jest sprawnie nastawione na robienie kasy. Akurat! Skala absurdów i bizantyjska biurokracja w tzw international majors potrafi zawstydzić szefunia niejednego Orlenu czy innego Kagehaemu. U nas akurat krążył na tą okoliczność taki e-mail, w którym w podpunktach wyliczonych było tak z 15 zdań, wygłoszonych typową korporacyjną nowomową, gładko, okrągło, i bez żadnej treści. Dowcip polegał na tym, że owa 15 zdań można było łączyć w dowolnej kolejności i wygłosić jako przemowienie korporacyjne o całkiem sporych pozorach sensu. Mam wrażenie, że tak właśnie wygłasza homilie nas dzisiejszy miodousty ksiądz.

    Jedyne co pozostało mi w pamięci z tego kazania to porównanie idei solidarności do budynku z cegieł. Tak jak cegły wspierają się jedna na drugiej i z tego wszystkiego wychodzi ładna całość, tak samo my małe człowieczki możemy się wspierać i wyjdzie z tego coś na zasadzie 1+1=3. Z którą to nadzieją piszę niniejszy post/
  • uao1717 18.07.16, 15:20
    homili wygłaszał ks. Stosur. Czas trwania 10:12

    głupio powiedzieć, ale ks. Stosur dostał dzisiaj w czytaniu do ręki samograj i go nie wykorzystał. Czytanie było o Marii i Marcie, czyli, jakby nie patrzeć, o dwu dość typowych i powszechnych postawach życiowych: jedni wspierają czynem, a inni duchem. A wszystko osadzone głęboko w realiach obyczajowych, tak samo żywych dwa tysiące lat temu nad Genazaret jak w ostatnią niedzielę u cioci na imieninach.

    Osobiście mam w tej sprawie wyrobione zdanie i całym sercem jestem za Martą i wszystkimi Martami, a Marie uważam za nieużyte i miglancowate. Nie rozumiem co to znaczy, że Maria lepszą cząstkę wybrała, może dla siebie tak, ale co to za pomoc która nie przekłada się na rzeczywistość poza strefą pneumy? A tymczasem Imperator zdaje się uważa inaczej, i to byłoby fajnie wyjaśnić, zwłaszcza że temat jest trochę taki z gatunku komedii obyczajowej, jak raz na letnią wakacyjną niedzielę. Nasz homiletyk przedstawił tezę, że Martia i Maria są siebie warte, z tym że niestety wywód dlaczego gdzieś mi ukmnął. A trudno mi zrozumieć, dlaczego tyle samo ma być wart facet co potrafi wymienić koło w aucie jak ten, który wspiera tego pierwszego moralnie.

    Poza tym nieuchronnie było o Światowych Dniach Młodzieży, ksiądz wspomniał że do miasta zjeżdża kilkanaście tysięcy ludzi, więc chyba nie jest tak źle jak to wynikało z cyfr przedstawionych kilka tygodni wcześniej. Trochę dwuznacznie zabrzmiały mi natomiast uwagi o świadczeniu, że niby my tubylcy mamy świadczyć przed przyjezdnymi (i vice versa). Zawsze wkurzało mnie nasze narodowe płaszczenie się przed zagranicą, te nasze podskoki żeby im dorównać, i że my też mądrzy, i też inteligentni, i też cywilizowani, i to co piszą że pijacy i prymitywy to nieprawda, drodzy Francuzi i wy drodzy Kanadyjczycy, my tacy zupełnie jak wy, widelcem potrafimy, mamy Chopina i Jan Paweł Drugi to też nasz... Taką to dwuznacznością mi to to świadczenie zapachniało. A może się na napinać? Nie świadczyć? Tylko robić swoje? Oczywiście życzę gościom jak najlepiej i w sumie sam chętnie przyjąłbym jakąś przystojną Paragwajkę na kwaterę, ale niestety tak się ułożyło że to moja ostatnia niedziela w Polsce na jakiś czas, więc na życzeniach musi się skończyć.
  • uao1717 14.08.16, 14:56
    homilię wygłaszał ks. Pergoł. Czas trwania 18:40

    dzisiejsze kazanie dotyczyło, podążając za czytaniem, kwestii chrztu, i rozpadało się na dwie wyraźne części. Pierwsza była o relacji między chrztem a ofiarą, a druga o relacji między chrztem a konfliktem. Nie udało mi się dociec, jaki jest związek między obydwoma częściami; ani jedna nie przechodziła w drugą, ani nie stały w kontrapoście, ani nie dawały pola do jakiejś komparatystyki. W gruncie rzeczy ks. Pergoł walnął dwa kazania, z których jedno spokojnie można było wygłosić dzisiaj, a drugie za tydzień. I tak chyba byłoby znacznie lepiej.

    No więc zajmijmy się pierwszym. Powiem od razu, że porównanie chrztu do obrzędów inicjacyjnych, jak obrzezanie u starozakonnych czy postrzyżyn u Słowiam trąciło mi herezją, a do tego brakiem sensu. Jak to tam jest u Żydów to nie bardzo wiem, ale jeśli tak jak u Słowian to ma raczej związek z dojrzewaniem osoby inicjowanej, podczas gdy chrzest jest przyjęciem do wspólnoty, niezależnie od stopnia dojrzałości; poza tym inicjacja ma tylko wymiar społeczny, podczas gdy chrzest ma wymiar o wiele szerszy, bo eschatologiczny. Porównywanie chrztu do inicjacji wydaje mi się kompletną pomyłką; jeśli kaznodzieja coś chciał w ten sposób wyjaśnić, to zamiast tego rzecz znakomicie zaciemnił. Podobnie sprawa ofiary: przykro mi, ale nie zrozumiałem ani dlaczego niegdyś chrzest miał związek z krwią, a więc cierpieniem, ani dlaczego obecnie tego związku nie ma. Coś tam było o tym że Imperator na krzyżu, że wziął cierpienie na siebie, że dzięki temu teraz nie, ale czy obecnie chrzest ma jakiś wymiar ofiary a jeżeli tak to jaki, niestety nie pojąłem. W sumie – nie zrozumiałem nic. Albo kazanie do zapomnienia, albo ja do odstrzału.

    Drugie kazanie było o wiele jaśniejsze. Homiletyk zajął się w nim kwestią dlaczegóż to chrzest postawi matkę przeciw córce, a syna przeciw ojcu. Wyjaśnił ją w sposób moim zdaniem dyskusyjny, ale bodaj czy nie jedyny możliwy, a mianowicie że jedni pójdą za Imperatorem, ale będą też i tacy, którzy niekoniecznie. Nieco minimalistyczne podejście jak na Imperatora, niemniej chyba to własnie ono się sprawdziło. Potem było sprofilowanie dyskusji o konflikcie jako uwag na temat tolerancji zła, z którymi zresztą całkowicie się zgadzam. A potem nastąpiło pierwsze i jedyne pochylenie się ks. Pergoła nad realiami naszego padołu, czyli odpowiedź na pytanie co mają zrobić rodzice, jak przyjeżdża do nich córka z narzeczonym i chce spać z nim w jednym pokoju. W tym momencie homiletyk osiągnał homiletyczne optimum; co prawda trwało ono krótko i po chwili kaznodzieja pogrążył się znowu w swoim dość nadętym, chaotycznym i mocno teoretycznym gadulstwie, ale dla tego jednego momentu warto było wysłuchać.
  • uao1717 05.09.16, 16:41
    homilię wygłaszał ks. Pergoł. Czas trwania 14:35

    Homilia w stylu „ksiądz Pergoł w całej okazałości”, czyli piętnastominutowa parada wszystkich charakterystycznych cech tego homiletyka. Z jednej strony nawiązanie do Ewangelii, ambitne zamiary, wyważona i spokojna narracja, ładna polszczyzna, z drugiej mnogość wątków, brak dyscypliny i logiki wywodu, intelektualne wycieczki na mocno hipotetyczne i mgliste obszary, kiepska egzegeza kwestii kluczowych.

    Przede wszystkim oczekiwałbym jednak nieco dokładniejszego wyjaśnienia jak to jest z tą nienawiścią, może niekoniecznie analizy lingwistycznej Septuaginty i żydowskich kanonów dotyczących wyrzeczenia się, ale jednak czegoś więcej niż prześlizgnięcia się po temacie w stylu „no, to jest tak napisane, ale znaczy co innego”.

    Fajnie byłoby usłyszeć dlaczego ten kto się nie wyrzeknie wszystkiego jest jak budowniczy, co nie ma środków na rozpoczętą budowę domu. Przypuszczam, że chodzi tu o szkolenie z dziedziny którą w korporacjach nazywa sie resource management, gospodarka zasobami, ale wolałbym nie przypuszczać, tylko dowiedzieć się od kaznodziei.

    Poza tym cała logika tego resource management jest jakaś taka wątpliwa, wszystko to krzyczy wielkim głowem o egzegezę, bo kwestia jest z gatunku podstawowych, to w końcu spełniamy się we wspólnocie czy poza nią, no chyba że uznamy „że, z tym Pismem, panie kochany, to nigdy nie dojdziesz do ładu, każdy wyciągnie z niego co mu pasuje” – do czego zresztą się skłaniam.

    Nie widzę logicznego związku między kwestią resource management a kwestią „wszystko albo nic”, nijak nie potrafię wywieść z wczorajszego czytania wskazań do przyjęcia jakże mi miłej fundamentalistycznej postawy, bo co ma piernik do wiatraka, gospodarka zasobami to jedno, a integralność nauczania to drugie. Wątek integryzmu i fundamentalizmu ksiądz Pergoł wziął zupełnie z czapy, chyba przez skojarzenie ze słowem „fundament” w Ewangelii.

    Zupełnie przerosły mnie ostatnie akapity homilii, nie zrozumiałem z nich zupełnie nic. Było chyba coś o rolach, nie wiem społecznych czy jakiś innych, mentalnych, symbolicznych, i chyba że każdy musi spełnić się w swojej roli, że próby przeformatowania się są formą eskapizmu czy jakoś tak, ale wszystko to było w zupełnie ulotnych oparach abstrakcji.

    Może nie jestem orłem intelektu, ale nie uważam się też za półgłówka, generalnie rozumiem jak się do mnie mówi. Natomiast jak mówi do mnie ksiądz Pergoł to rozumiem może 20%, i to bardziej się domyślam niż rozumiem.
  • uao1717 15.09.16, 09:59
    homilię wygłaszał nieznany mi ksiądz. Czas trwania 7:43

    nie wiem co to za obcy ksiądz ani dlaczego był w niedzielę na parafii, w każdym razie jak go zobaczyłem to ucieszyłem się, że – z całym szacunkiem dla miejscowej załogi – zawsze to coś nowego. Z tego cieszenia się niewiele w końcu zostało, bo ów nieznany homiletyk okazał się z grubsza nieco bardziej skondensowaną wersją ks. Pergoła: sporo ładną polszczyzna poruszonych wątków, przy czym żaden nie napoczęty na poważnie, wszystkie powiązane głównie fantazją kaznodziei, a zagadnienie kluczowe jak było niewyjaśnione, tak jest. A wersją skondensowaną, bo o ile ks. Pergoł w zasadzie nie schodzi poniżej 15 minut, to w tym przypadku nie było nawet połowy tego, za co oczywiście cześć i chwała.

    Tematem kluczowym jest naturalnie sprawa tego stada 100 owiec, od którego oddziela się jedna, a pasterz zostawia pozostałe dziewięćdziesiąt dziewięć na pastwę losu i idzie szukać tej jednej. Homiletyk podjął się wyjaśnić sens i logikę tego, co wydaje się nie mieć sensu i logiki, ale niestety – przynajmniej w moim przypadku – mu się nie udało. Choćby nie wiem jak bardzo Imperatorowi zależało na tej jednej zagubionej, to na pozostałych powinno mu zależeć dziewięćdziesiąt dziewięć razy bardziej. Prawdę powiedziawszy bardziej rozumiem logikę Starego Zakonu – tak, odłączyła się? a to trudno, niech idzie w cholerę, wilki się nią zajmą.

    Słyszałem od znajomych lekarzy, że nasza służba zdrowia działa właśnie na tych ewangelicznych zasadach. Oto dyżur na SOR w środku nocy, czeka kolejka ludzi, ten ma nudności, tamten wysoką temperaturę, ów krwawi bo się porządnie zaciął, jeszcze jeden złamał rękę na schodach, plus jeszcze innych dziesięciu, czekają po 5-6 godzin aż przyjdzie ich kolej i o 3-ciej nad ranem już mają porządnie dość, ale oto karetka przywozi zarzyganego menela spod dworca, nieprzytomny, gały wybałuszone, więc wszyscy (czyli obydwaj) lekarze na tym SOR wszystko rzucają, menel natychmiast podłączany jest do wszystkich kolejnych urządzeń, robią migiem kolejne badania, sprowadzają specjalistów z innych oddziałów, i tak dalej, a nasze 99 owiec czeka... i będzie czekać...

    Na koniec muszę powiedzieć że jak przy ogłoszeniach do mikrofonu podeszły dwie dziewczyny to pomyślałem że wiem, dlaczego kazanie było takie krótkie: jak to czasem w tej parafii bywa, albo będzie drugie kazanie ucharakteryzowane na ogłoszenia, albo promocja jakiejś książki, albo inny kawałem z gatunku „myśleliście że już pójdziecie do domu, a tu figa z makiem”. A tu owszem, figa z makiem, ale nie w tym sensie. Dziewczyny w niezmiernie sympatyczny i naturalny sposób w 45 sekund załatwiły się ze swoim tematem i aż poczułem żal, że ponieważ nie posiadam dziecka we wskazanym wieku, to niestety nie mogę skorzystać z ich zaproszenia.
  • uao1717 26.09.16, 09:30
    niestety było to tydzień temu i prawie wszystko zapomniałem. Pamiętam tylko, że prawie jedna trzecia homilii to były de facto ogłoszenia, informujące o powstaniu pogotowia modlitewnego. Które zresztą i tak pojawiły się po raz drugi w trakcie faktycznych ogłoszeń. Swoją drogą gratulacje za pomysł, moim zdaniem powinni podłaczyć rzecz pod 112: „jeśli chcesz skontaktować się z pogotowiem ratunkowym, naciśnij jeden. Jeśli chcesz skontaktować się ze strażą pożarną, naciśnij dwa. Jeśli chcesz skontaktować się z policja, naciśnij trzy. Jeśli chcesz skontaktować się z pogotowiem modlitewnym, naciśnij cztery”
  • uao1717 26.09.16, 09:35
    zapomniałem dopisac, że homilię wygłaszał ks. Urbanek i trwała 14.27
  • doriana88 01.12.16, 20:30
    A kogo to właściwie obchodzi?
  • genny1 02.12.16, 08:08
    A np. mnie. Ja czytam z dużym zainteresowaniem. Ty nie musisz.

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka