Dodaj do ulubionych

Grochowskie klimaty

13.08.05, 16:55
Wielkanoc
To było dzień, na który my, kilku- i kilkunastoletni chłopcy z Grochowa
czekaliśmy cały rok. Już na około miesiąc przed Świętami zaczynały się próby,
poprzedzone wykonaniem odpowiedniego do wieku aparatu strzelającego. Były dwie
formy uczestnictwa w spektaklu wielkanocnym: strzelanie z ręki lub przy użyciu
ładunków podkładanych pod tramwaj. Ta pierwsza forma była bardziej
widowiskowa, więc większość nas tę właśnie preferowała. Wg niepisanej zasady
najmłodszym wiekiem (gnojkom) był przypisany „klucz”. Zwykły od szafy klucz,
ale musiał mieć odpowiedni kaliber, być stalowy i o grubych ściankach.
Najprościej można było zdobyć go po prostu podkradając matce. Tu trzeba jednak
było liczyć się z różnymi przykrymi konsekwencjami z jej strony, więc
bezpieczniejsza była tzw. „pucha”, tzn. odpowiednich wymiarów blaszana puszka,
o szczelnie zamykanym wieczku. O przydatności sprzętu decydowali starsi z
ferajny. Oni mieli przywilej używania kolby i moździerza. Kolba lub moździerz
to sprzęt bardziej skomplikowany i musiał być wykonany przez tokarza. Robił go
z odcinka grubego pręta, wytaczając w jego środku na pewną głębokość otwór, i
dopasowywał trzpień. Teraz do takiej konstrukcji spawacz musiał jeszcze
dospawać wysięgnik - uchwyt. Moździerz od kolby różnił się tylko większymi
wymiarami. Takie narzędzia były najczęściej przechodnie, ze starszego brata na
młodszego. Należało je teraz odszukać w domowej rupieciarni. Posiadanie
takiego narzędzia budziło podziw gnojków i wzbudzało szacunek do właściciela.
Z przygotowaniem puszki było łatwiej, należało w niej tylko wykonać gwoździem
otwór i pukawka była gotowa. Teraz przychodziła pora na przygotowanie
amunicji. Najmłodsi gromadzili zapas zapałek, starsi, powyżej pewnego wieku,
mogli kupować kalichlorek (podchloryn potasu) w aptekach. Najstarsi sięgali po
materiał godny ich wiekowi, a więc proch i trotyl. Arsenałem, gdzie
zaopatrywano się w te materiały były tzw. „bausztele”, najeżone różnymi
niewypałami. Dla młodszych informacja, że były to tereny za ul. Dudziarską,
gdzie w czasie okupacji Niemcy mieli magazyny paliw. Wraki wielkich cystern
stały tam jeszcze do polowy lat 50-tych. Chodzili więc tam, rozbrajali ładunki
i z kieszeniami pełnymi czarnego i rudego granulatu, dumnie demonstrowali nam
gnojkom ich zawartość. Puszkarze musieli zaopatrzyć się w karbid, o co
najłatwiej było u pracowników „Peruna”. Na około miesiąc przed Wielkanocą
rozpoczynał się okres prób. Kanonada o różnej częstości i o różnym natężeniu
wstrząsała Grochowem. Należało wypracować technikę i siłę uderzania trzpienia
o ścianę, wybrać odpowiedni załom muru i td.
Tak przygotowani wyczekiwaliśmy z niecierpliwością rezurekcji, kiedy można
było wreszcie zademonstrować swoje umiejętności.
Pozdrawiam
Obserwuj wątek
    • palker nie tylko Grochowskie klimaty 13.08.05, 20:30
      Z wielka przyjemnością przeczytałem Twój tekst Andrzeju:-)
      Wynika z niego, że zabawy okołowielkanocne powojennego pokolenia warszawskich
      chłopaków były podobne we wszystkich dzielnicach.
      Moje dzieciństwo to stary Mokotów a Grochów wówczas znałem tylko przelotnie
      dzięki wujowi, który mieszkał na ulicy Zaliwskiego.
      Oczywiscie strzelałem z klucza i z puszki wypełnionej karbidem a jak się dało,
      z kalichlorku. Tyle, że jako bardzo młody adept sztuki rezurekcyjnego
      wiwatowania, nie miałem szans na strzelanie z "moździerza":-)
      Ale była na to rada: zdobyty kalichlorek zawijało się w bawełniana szmatkę i
      podkładało na tory tramwajowe. Warszawscy tramwajarze byli do tego
      przyzwyczajeni i dotad pamiętam usmiechniętą twarz motorniczego, który na widok
      serii ładunków na torach z fasonem dodał gazu pod kościołem św.Michała na
      Puławskiej aby wywołać kanonadę:-)
      --
      L*A*T*O

      Świat jest piękny:-)
      • andrzej_b2 Wracam do Grochowa 13.08.05, 22:07
        Twoje wspomnienie wielkanocne Palkerze, czytałem z dużym zainteresowaniem, i
        odnosiłem wrażenie, jakby to było moje, własne. Ale wtedy wydawało mi się
        inaczej. Byłem pewien, że Grochów to pępek świata i tylko tu mogą być takie
        zabawy wielkanocne, takie zwyczaje, sposób mówienia, zachowań. Chyba podobnie
        uważało wielu dorosłych, bowiem całymi latami ludzie nie opuszczali swojej
        dzielnicy, związani pracą w tutejszych fabrykach, załatwianiem na miejscu spraw
        urzędowych i td. Ja przecież też: tu chodziłem do szkoły, miałem tu rodzinę,
        kolegów, kino, miejsca do zabaw . Przekonanie to umacniał fakt, że przez długi
        czas kościół na pl. Szembeka był jedynym od Kamionka do Wawra. Później dopiero
        powstały parafie Nawrócenia Św. Pawła i Św. Wacława.
        Dziękuję, napisz coś jeszcze, np. jak wspominasz swoje „śmigusy dyngusy”?
        Pozdrawiam
        • palker Re: Wracam do Grochowa 13.08.05, 22:38
          w czasach kiedy nie było jeszcze pistoletów na wodę, dyngusowych jajek ale i
          okropnych zwyczajów polewania się na ulicach wiadrami, furorę robił pewien
          domorosły wynalazek: parówki z wentyli rowerowych.
          W tym celu należało sie udać do warsztatu rowerowego pana Rogalskiego na
          ul.Rejtana i zakupić kawał pomarańczowego wentyla "z metra".
          Jeden koniec kauczukowej rurki zawiazywało się na supeł a na drugim robiło z
          papieru coś w rodzaju korka otaczajacego wlot. Korkiem zatykało się otwór kranu
          i pompowało do wnetrza wentyla wodę tworząc długa parówkę. Można ją było ukryć
          w ręekawie trzymajac zaciścięty koniec wentyla palcami. Wystarczyło poluzować
          uścisk i woda pod ciśnieniem strzelała cienkim strumieniem w upatronego
          delikwenta lub delikwentkę (nie przeczę, częściej w delikwentkę) :-)
          Zabawa była nieustannym źródłem konfliktu z dozorczynia, która była wielce
          niezadowolona, że wokół kranu umieszczonego w piwnicy tworzyły się wielkie
          kałuże, gdyż nie wszystkie próby napompowania parówki były udane:-)
          --
          L*A*T*O

          Świat jest piękny:-)
          • andrzej_b2 Re: Wracam do Grochowa 14.08.05, 19:10
            > w czasach kiedy nie było jeszcze pistoletów na wodę, dyngusowych jajek ale i
            > okropnych zwyczajów polewania się na ulicach wiadrami

            Także często myślę, co leży u podłoża agresji, którą młodzież dołącza do
            tradycyjnej, wielkanocnej zabawy, mimo próśb, gróźb a nawet represji, i nie
            znajduję prostych odpowiedzi. To obca także i na Grochowie jakaś pseudotradycja,
            ogarniająca niestety coraz nowsze pokolenia. Za moich czasów „parówki
            wielkanocne”, o których Palkerze wspominasz, na Grochowie chyba nie były w
            użyciu. W Poniedziałek Wielkanocny u nas szły w ruch zwykłe, napełniane wodą
            butelki, ukradkiem chowane przed matką. Obiektem polewania były oczywiście
            dziewczyny, co najwyżej starsze o kila lat. Odbywało się to przeważnie po
            kościele i to mniej więcej do południa. Takie były niepisane prawa i każdy kto
            chciał należeć do ferajny, musiał się do zasady stosować.
            Pozdrawiam
            • andrzej_b2 Eksmisja 15.08.05, 18:33
              Przyzwyczailiśmy się już, że słowo "eksmisja" nierozłącznie związane jest z
              systemem postkomunistycznym. Nie wszyscy jednak pamiętają, lub nie chcą
              pamiętać, że w minionym okresie zjawisko również miało miejsce i to nie było
              stosowane do ludzi zadłużonych, jak dziś, czy do tzw. elementu uciążliwego
              społecznie, ale jako pewna forma represji. Sam w dzieciństwie byłem na Grochowie
              takiego wydarzenia świadkiem. Mieszkałem wtedy w pewnym domu przy ul
              Jarocińskiej, a na facjacie spokojne małżeństwo emerytów, (on jakiś przedwojenny
              działacz samorządowy). Pewnego dnia rozeszła się po okolicy wiadomość, że tego
              dnia odbędzie się ich eksmisja. Dla mnie i wielu rówieśników to słowo było nowe,
              więc z wielkim zainteresowaniem oczekiwaliśmy wszyscy owego momentu. W pewnej
              chwili podjechała pod dom ciężarówka z kilku robotnikami na platformie, z której
              wysiadł urzędnik w garniturze. Okazało się jednak, że drzwi mieszkania zastał
              zamknięte i po bezskutecznych pertraktacjach z gospodarzami wezwał milicję.
              Ponieważ przybyły „willysem” patrol też nic nie wskórał, zdecydowano się na
              interwencję straży pożarnej. Jak na warunki, ówczesnego Grochowa, sytuacja
              stawała się sensacyjna, więc błyskawicznie zgromadziła dużą grupę gawiedzi.
              Strażacy rozłożyli drabinę, i wspierani z tyłu przez milicjantów zaczęli
              wdrapywać się do oka facjaty. I tu sensacja: zdeterminowani emeryci podjęli
              nierówną walkę. Przy dopingu zgromadzonej gawiedzi, na głowy szturmujących
              zaczęli wylewać wrzątek, obrzucać płonącymi szmatami, nasączonymi benzyną.
              Nastąpiła chwila konsternacji wśród szturmujących, a za chwilę zmiana taktyki.
              Szturm od strony zabarykadowanych drzwi powiódł się całkowicie. Za chwilę
              ujrzeliśmy skutych kajdanami dwoje starych ludzi, których milicjanci ładowali do
              „willysa”, a potem scenę wynoszenia ich skromnego mienia. Zrobiło nam się bardzo
              smutno.:-)

        • u-boot_88 Niedaleko Grochowa.. 16.08.05, 10:53
          Mój stryjek w latach '50, kiedy kursowały autobusy "Chausson" (chyba tak się
          pisze) na ul. Francuskiej na Saskiej Kępie "egzekwował" pasażerki autobusu z
          wcześniej napełnionej wodą pompki rowerowej (swoją drogą nie wiem , jak to
          możliwe????? - tzn. napełnienie wodą pompki?)
          • andrzej_b2 Re: Niedaleko Grochowa.. 17.08.05, 08:55
            Przypomniałeś mi pompki rowerowe, stosowane na śmigusa, o czy zapomniałem.
            Dzałało to na zasadzie wytworzenia próżni, w chwili uniesienia tłoka w górę.
            Starczyło czynność tę wykonć, gdy otwór był zanurzony w naczyniu z wodą, a
            pompka napełniała się. Jakie to wszystko było niewinne -:)
            Pozdrawiam
            • u-boot_88 Re: Niedaleko Grochowa.. 17.08.05, 11:31
              No, nie przesadzałbym z ta niewinnością ;) - w opowieściach stryjka była też
              mowa o "broni masowego rażenia": autobus zatrzymywał sie na przystanku, drzwi
              sie otwierały a wtedy "zza winkla" wyskakiwali dyngusowicze z wiadrami i
              posyłali zawartośc do środka z bliskiego dystansu.
              Pozdrawiam.
              • andrzej_b2 Szpital przeciwgruźliczy, czyli absurdów PRL-u cd 17.08.05, 13:47
                Na pocz. lat 50-tych władza ludowa wpadła na pomysł budowy na peryferiach
                Grochowa szpitala przeciwgruźliczego. Wybrano miejsce za Wałem Grochowskim, u
                styku zaczynających tu swój bieg ulic Ostrobramskiej i Zamienieckiej, Miały one
                na tym odcinku charakter typowo wiejski: bez chodników, wybrukowane kocimi
                łbami, przysypywanymi jakimiś ruchomymi piaskami. Decyzja zapadła, i w ciągu
                około trzech lat powstał nowoczesny szpital z tarasami i balkonami do
                werandowania dla chorych, z dużym, luksusowym jak na ówczesne warunki, domem
                dla personelu. Wszystko to można do dziś obejrzeć w tym samym miejscu przy
                zbiegu Ostrobramskiej i Fieldorfa.
                Już gdy budowano obiekt było jasne, że gruźlica jest w odwrocie, a poza tym
                Warszawa ma do dyspozycji nowoczesne zaplecze szpitalno-sanatoryjne w Otwocku.
                Równocześnie z uruchomieniem szpitala, władze podjęły decyzję wypełnienia
                śmieciami przemysłowymi całej pradoliny Wisły, wyznaczonej niecką depresyjną:
                Wał Grochowski, Trakt Lubelski, Wał Mierzeszyński i Wał Gocławski, a trzeba
                wiedzieć, że był to teren sąsiadujący ze szpitalem. Transportem konnym i
                samochodowym, z zakładów pracy Grochowa i Kamionka, zaczęto zwozić tu stosy
                odpadów przemysłowych; pojęcie utylizacji bowiem było wówczas ograniczone tylko
                do złomu, makulatury i szkła. Pamiętam jaką frajdą dla nas dzieci, były
                wycieczki na śmietnisko i wyciąganie różnych znalezisk. Czego tam nie było:
                całe chassis radiowe, cewki elektryczne, kondensatory, różne wycinki spod pras,
                odpady spod gilotyn, przewody elektryczne w kolorowej izolacji i td. 
                Po pewnym czasie zaczął się horror. Składowisko zaczęło dymić wskutek
                samozapłonów i ani deszcze, ani mrozy, ani strażacy nie mogli temu zapobiec.
                Odtąd na charakterystyczny latem zapach Grochowa – maciejki, zmieszany z lekką
                wonią szamb, zaczął nakładać się smród palonego bakelitu (taką woń czuć, gdy
                płomień palnika gazowego obejmie termoizolacyjne uchwyty garnka). Pierwszy
                zareagował szpital wysyłając swych pacjentów do Otwocka. Na miejscu pozostał
                personel, który w białych kitlach snuł się po obiekcie. Protestował Rawar, i
                organizacje społeczne Grochowa. Po kilku latach gehenny wysypisko zamknięto,
                wypełniając na szczęście tylko niewielki fragment doliny depresyjnej. W tym
                miejscu stoją dziś Conforama, stacja benzynowa, Centrum Optyki, Promenada i
                budynek Polsatu.
                Pozdrawiam
                • andrzej_b2 Grochowskie lato 19.08.05, 12:16
                  Sięgam pamięcią do lat wczesnego dzieciństwa i mojego lata spędzanego na
                  Grochowie. Nie wiem dlaczego rodzice nie wysyłali mnie na kolonie, czy było
                  zbyt drogo, czy pomni ciężkich, wojennych przeżyć po prostu bali się o los
                  jedynaka. Faktem jest, że kanikułę spędzałem na Grochowie wraz z gromadą
                  rówieśników. Wcale tego sobie nie krzywdowałem, a niepowtarzalne wrażenia
                  pozostały do dziś.
                  W gorące dni obowiązkowa była wyprawa nad kanałek, ale jakże inny niż dziś. W
                  okolicy, gdzie przecina go obecnie Trasa Łazienkowska płynął wartko w dolinie,
                  przerzynając się przez piaszczystą łachę. Pamiętam gorący biały piasek, na
                  którym można było dowolnie wylegiwać się, baraszkować, czy budować zamki.
                  Najprzyjemniejsze miejsce znajdowało się nad sztucznym wodospadem. Ne była to
                  żadna Niagara, ale miłe urozmaicenie koryta, czystego jeszcze wówczas i
                  zadbanego. Można było brodzić po nagrzanej, betonowej konstrukcji wodospadu,
                  godzinami wpatrywać się w przepływające różne żyjątka, obserwować goniące się
                  nad wodą ważki lub łowić rękoma małe rybki, a wszystko przy akompaniamencie
                  szumu spadającej wody. Najgłębiej i najszerzej było u ujścia kanałku do kanału
                  Nowa Ulga. Do płaskiego i dostępnego w tym miejscu brzegu, miejscowi rolnicy
                  spędzali krowy i kozy do wodopoju, jak na obrazach mistrzów holenderskich Tu
                  woda była już mniej nieprzeźroczysta, w której starsi chłopacy łowili jakieś
                  większe ryby.
                  Inną atrakcją było obserwowanie startujów i lądowań na lotnisku sportowym
                  samolotów i szybowców oraz skoków spadochronowych. Najwygodniejszy punkt
                  obserwacyjny był na koronie Wału Grochowskiego (po jego linii jest poprowadzona
                  Trasa Łazienkowska). Rozróżnialiśmy każdy samolot, wiedzieliśmy ile jest w
                  eksploatacji: „Jaków”, RWD i dwupłatowców typu CSS, zwanych tu „parkotkami” –
                  do dziś pamiętam szczególnie parkoczący hałas ich motorów. „Jaki” to były
                  samoloty wyczynowe. Na nich piloci szkolili się w wykonywaniu różnych mrożących
                  krew ewolucji. Patrząc na te powietrzne spektakle każdy chłopak marzył wówczas,
                  by zostać pilotem. Poczciwe RWD i CSS ciągnęły szybowce, mozolnie unosząc się
                  koliście coraz wyżej i wyżej tak, że wydawały się już prawie niewidoczne i
                  niesłyszalne. Do skoków spadochronowych służyły z reguły większe
                  dwupłatowce „Kukuruźniki”. Najbardziej efektowne były skoki grupowe i
                  emocjonujące lądowanie skoczków, nierzadko wśród bagien i błot. Najcenniejszym
                  łupem były małe spadochroniki, które czasem odrywały się od spadochronów, w
                  czasie rozkładania czasz w powietrzu. Nieliczni szczęśliwcy z dumą pokazywali
                  je później kolegom.
                  Takie to były atrakcje grochowskiego lata mojego dzieciństwa.:-)
                  Pozdrawiam
                  • konrad.boryczko Wal Grochowski 19.08.05, 12:45
                    Przepraszam za moze zbyt lamerskie pytanie jak na piatek. Piszesz, ze przebiegal
                    on wzdluz Trasy Lazienkowskiej. A dokladniej? Wzdluz Ostrobramskiej? Bo trudno
                    mi wyobrazic sobie obserowowanie goclawskiego lotniska z okolic, nomen omen,
                    Latawca:)
                    pzdr.
                      • andrzej_b2 Re: Trasa Łazienkowska/Ostrobramska 19.08.05, 13:28
                        Złapałeś mnie konradzie (pisać małą literą?) za język. Chodzi oczywiście o ul.
                        Ostrobramską, (popularnie zwaną na tym odcinku Trasą Łazienkowską), choć
                        oficjalnie ta nie wedzieć dlaczego kończy się Rondem Wiatraczna. Nie trzeba
                        sięgać do żadnych planów, bo jak się pospieszysz to może jeszcze zobaczysz
                        resztki Wału Grochowskiego przy ul. Płowieckiej, nad kanałem N. Ulga, który
                        właśnie rozbieraja pod budowę arterii komunikacyjnej łącząej most Siekirkowski
                        z Wawrem. Wał Grochowski powstał w 1938 r., by ochronić Grochów przed
                        wiosennymi wylewami Wisły. Jak to wyglądało przed 1938 r. pokazuje zdjęcie u
                        Kasprzyckiego w tomie dot. Grochowa. Przedstawia zalane przez wodę Górki
                        Grochowskie (okolice Zagójska - Znicza).:-)
                        Dziękuję, pozdrawiam

                        • konrad.boryczko Oczywiscie, ze z malej, andrzeju 19.08.05, 13:36
                          Na znanych mi planach W-wy Trasa Laz. zawsze jest prezentowana jako
                          Ostrobramska. Ta nitka jest niewatpliwie wazniejsza i dluzsza. Zreszta nitka do
                          Wiatraka jest poki co zupelnie niepotrzebna (w tym rozmiarze rzecz jasna).
                          Co do planow przedwojennych, to niestety koncza Warszawe na ul. Olszynki
                          Grochowskiej.
                          Resztki Walu przy Plowieckiej sobie jutro obejrze, moze napisz jak najlatwiej
                          dojechac rowerkiem od strony Grochowa.
                          Kasprzyckim mnie nie denerwuj:)))) , podobnie jak Polinskiego nie posiadam, choc
                          bardzo bym chcial.
                          pzdr.
                          • andrzej_b2 Re: Oczywiscie, ze z malej, andrzeju 19.08.05, 13:49
                            Obawiam się, że jutro może być już za późno, bo kila dni temu spychacze były w
                            akcji, ale spróbój... Z Grochowa przetniesz Ostrobramską na światłach przy
                            zajezdni autobusowej i dalej między stacją benzynową a d. Billą wertepami w
                            lewo, dojedziesz nad kanał N. Ulga, a potem znów w lewo (kier. Płowiecka), po
                            przejechaniu ok. 100 m. spórz w górę, może jeszcze zobaczysz spychacze.
                            Miłej wycieczki.:-)
                            Ps. Na Kasprzyckiego i Polińskiego nie ma co się denerwować, bo nawet się nie
                            dowiedzą, gdyż obydwaj już nie żyją.
                            • konrad.boryczko Bylem, widzielem, 22.08.05, 09:14
                              ale Twoj opis dojazdu to daj Boze zdrowie... :P
                              Resztki walu (jakies 10 metrow biezacych) widac tuz za Billa, po luku w lewo, na
                              terenie ogrodkow dzialkowych. Do kanalku mozna latwo smignac malutka przecinka
                              przez krzaczory, jakby w poprzek walu. Prace budowlane na Trasie Siekierkowskiej
                              sa w PRAWO, w kierunku mostu. Natomiast od resztek walu w lewo nie _widac_
                              zadnej budowy w strone Plowieckiej.
                              pzdr i dzieki.
                          • Gość: KaWa Re: Trasa Ł. IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl 19.08.05, 21:34
                            Nie na wszystkich planach Warszawy Ostrobramska prezentowana jest jako JEDYNA
                            odnoga Trasy Lazienkowskiej, ale na tych na ktorych jest, mamy do czynienia z
                            zafalszowaniem. W oryginalnych planach Jozefa Sigalina obie nitki sa integralna
                            czescia Trasy.
                            "Spod wiaduktu, którym ulica Saska przechodzi nad Trasa Mostowa, jedziemy majac
                            po lewej stronie obszerny zieleniec, rozdzielajacy oba kierunki jezdni;
                            przelatujemy nad kladka stalowa dla pieszych nad Trasa na osi ulicy
                            Miedzynarodowej, przez most nad kanalem melioracyjnym u wylotu kanalu do
                            Jeziorka Goclawskiego, i oto przed nami luk wiaduktu na dwupoziomowym
                            skrzyzowaniu Trasy Mostowej z ulica Ostrobramska i Kinowa. Po chwili jestesmy
                            juz przy ulicy Grenadierow i oto Rondo Wiatraczna u zbiegu z arteria wylotowa -
                            ulica Grochowska. Na osi Miedzyborskiej - kladka dla pieszych nad Trasa.
                            Wracamy na skrzyzowanie Trasy z ulica Ostrobramska [..]; tym rozgalezieniem
                            Trasy Mostowej szybciej wyskoczymy na arterie wylotowa - Plowiecka" ("Trasa",
                            Józef Sigalin, Warszawa 1975)
                            • konrad.boryczko Re: Trasa Ł. 22.08.05, 09:17
                              Nie pisalem, ze Ostrobramska to nitka _jedyna_. Tylko ze znacznie dluzsza i
                              wazniejsza. BTW wezsza:) Oczywiscie, ze zamierzenie inwestycyjne mialo (i ma) na
                              Grochowie dwa konce, ale koniec "wiatraczny" wyjatkowo niedokonczony.
                              pzdr.
                              • andrzej_b2 Trębacze-fanfarzyści grochowscy 24.08.05, 11:40
                                Kto ich jeszcze diś pamięta?
                                Pl. Szembeka to było centrum Grochowa mojego dzieciństwa. Wyznaczał je koścół
                                NMP, jako środek parafii, której obszar w prostej linii rozciągał się od pocz.
                                Płowieckiej/Czechowickiej, tj. od granicy Warszawy i sięgał aż po Kamionek.
                                Trębacze-fanfarzyści grochowscy to byli ministranci, z kościoła przy pl.
                                Szembeka, którzy przy okazji większych świąt kościelnych, w uroczystych
                                momentach wygrywali zbiorowy hejnał. Było ich zwykle około 15, używali typowych
                                trąbek-fanfar, które wytwarzano w Wytwórni Instrumentów Muzycznych Dętych i
                                Perkusyjnych „Hejnał” przy ul. Grochowskiej 83 – jedynej tego typu w Polsce
                                wytwórni. Nie wiem skąd ci młodzi chłopcy mieli instrumenty na te szczególne
                                okazje? Ich ojcowie, i starsi bracia pracujący w fabryce, prawdopodobnie
                                wypożyczali na te dni egzemplarze przygotowane do wysyłki. Gry na instrumentach
                                uczyli się w domach przy różnych okazjach. Na co dzień odgłosy prób i ćwiczeń:
                                werbli i trąbek, rozlegały się daleko po okolicy, czasem nawet stając się
                                uciążliwymi.
                                Najbardziej spektakularny popis trębaczy-fanfarzystów odbywał się z okazji
                                Bożego Ciała.
                                Z okazji tego święta był zwyczaj, że w lokalnej procesji na pl. Szembeka brały
                                udział sąsiednie parafie, a więc do nas w tym dniu przybywały procesje z
                                Kamionka i z Bazyliki Serca Jezusowego, przy Kawęczyńskiej. Ponieważ przemarsz
                                odbywał się bocznymi ulicami: Kordeckiego i Szaserów, nasi fanfarzyści w tym
                                dniu stawali się obserwatorami przedpola. Wdrapywali się w tym celu na wieżę
                                kościoła i wypatrywali zbliżanie się zaprzyjaźnionych procesji. Gdy te były już
                                dostatecznie blisko, witali je zbiorowym hejnałem z wieży, wielokrotnie
                                powtarzanym. Sytuacja powtarzała się przy pożegnaniu. Sygnał był bardzo donośny
                                a dodatkowo wzmocniony efektem wysokości, że dobra była jego słyszalność
                                jeszcze w okolicach ul. Kickiego.
                                Była to swego rodzaju osobliwość Grochowa, czego ngdzie ani wtedy ani później
                                nie spotkałem.:-)
                                Pozdrawiam
                                • momas Re: Trębacze-fanfarzyści grochowscy 24.08.05, 12:02
                                  andrzeju_b2
                                  Uwielbiam Twoje opowieści.... Pisz jak najwięcej proszę! Dzieki temu zyskuje
                                  wiedzę na temat "tej drugiej strony Wisły" (uprzedzam - nie mam nic złego na
                                  myśli!.
                                  Z urodzenia jestem Warszawianka - Żoliborzanka. Praska strona Wisły, aczkolwiek
                                  odwiedzana, przy różnych okazjach, nie jest mi znana zbytnio. No owszem, trochę
                                  z Wiecha, ale nie wiele. Obecnie czeka mnie przeprowadzka (no trochę dalej niż
                                  Grochów, ale wciąż w zakresie tego forum). Codziennie do pracy będę przemieżala
                                  okolice, które opisujesz. I dzięki temu - zyskuję inny obraz. Dziękuję!
                                • andrzej_b2 Re: Uzupełnienie 26.08.05, 06:54


                                  > ...używali typowych trąbek-fanfar, które wytwarzano w Wytwórni Instrumentów >
                                  > Muzycznych Dętych i Perkusyjnych „Hejnał” przy ul. Grochowskiej 83 – jedynej
                                  > tego typu w Polsce.

                                  Budynki wytwórni „Hejnał” nie imponowały rozmachem. Były to drewniane,
                                  parterowe pawilony, wciśnięte między domy mieszkalne. Zapewne i jakość wyrobów
                                  nie była najlepsza, ale fabryka funkcjonowała do końca lat 80-tych, po czym nie
                                  mogąc sprostać zagranicznej konkurencji, stopniowo popadała w ruinę. Budynki
                                  rozebrano wczesną wiosną br., pozostawiając po nich kolejną szczerbę w
                                  zabudowie Grochowskiej.
                                  Słyszałem, kiedyś wypowiedź „Trubadurów” w wywiadzie telewizyjnym, którzy
                                  wspominali, że początkom ich kariery zawodowej towarzyszyły polskie instrumenty
                                  perkusyjne z wytwórni „Hejnał”. Bez przesady można więc powiedzieć, że polska
                                  muzyka młodzieżowa lat 60- 70-tych ma swe korzenie na ... Grochowie.
                                  Pozdrawiam
                                  • andrzej_b2 Zabawy ludowe na Grochowie 26.08.05, 14:19
                                    Wszyscy znają opowiadania o zabawach ludowych na Bielanach i w Parku Praskim,
                                    ale mało kto słyszał o podobnych, organizowanych po wojnie na Grochowie. Zbyt
                                    małym dzieckiem byłem wówczas, by w nich aktywnie uczestniczyć, ale jako bierny
                                    obserwator odnotowałem w swej pamięci wiele obrazów...
                                    Sobota była moim upragnionym i wyczekiwanym dniem. Wiedziałem bowiem, że ojciec
                                    po wcześniej zakończonej robocie pójdzie ze mną na „salę tańca”. To było dla
                                    mnie zupełnie magiczne słowo. Od pl. Szembeka droga nasza wiodła Grochowską,
                                    wzdłuż toru kolejki wąskotorowej. Mijaliśmy parterowy drewniak na rogu
                                    Grochowskiej i Tarnowieckiej, w którym mieszkał szewc, potem działki i teren d.
                                    Hechalucu. Gdy zbliżaliśmy się do Gocławka, już dochodziły nas skoczne dźwięki
                                    muzyki, ale nie to mnie interesowało najbardziej. Przedmiotem mojej fascynacji
                                    był... „Bar pod Wieżyczką” na Gocławku. Mieścił się on przy ul. Grochowskiej na
                                    wysokości pętli tramwajowej. Była to budowla drewniana w stylu nadświdrzańskim,
                                    z miniaturowymi facjatkami, zwieńczona wieżyczką, którą można by przyrównać do
                                    miniaturki obecnej iglicy Pałacu Kultury. Tu ojciec kupował mi gumę do żucia i
                                    metalowe pudełko fistaszków, co było dla mnie właściwym celem wyprawy. Nogi już
                                    mnie zaczynały od tej chwili gwałtownie boleć i miałem dosyć spaceru, ale punkt
                                    docelowy, który ojciec wyznaczył był jeszcze dość odległy. Należało dotrzeć do
                                    skrzyżowania Szosy Rembertowskiej (długo tak nazywano na Grochowie obec. al.
                                    Marsa) z Płowiecką. Tu, w miejscu gdzie dziś wylot Trasy Łazienkowskiej, rosła
                                    kępa wysokich drzew, a pod nimi był zbity z desek sporej wielkości podest. Gdy
                                    już przybywaliśmy na miejsce grała głośno orkiestra, a na „sali tańca” kręciła
                                    się spora grupa tancerzy i tancerek z Grochowa, wspieranych posiłkami z
                                    Gocławka. Duże skupiska zmęczonych, lub niezaintetresowanych zabawą uczestników
                                    przedkładały biwakowanie na trawie, przy butelce i głośnej rozmowie. Na ogół
                                    wszystko przebiegało spokojnie, ale na wszelki wypadek całe widowisko odbywało
                                    się pod dyskretnym nadzorem posterunku milicyjnego, bowiem w miejscu
                                    dzisiejszej knajpy z odwiecznym napisem „Dziś flaki” stała rogatka, na której
                                    kontrolowano ruch kołowy do i z Warszawy. W ten sposób była zapewniona
                                    kulturalna rozrywka dla ludu i bezpieczeństwo uczestników.:-)
                                    Pozdrawiam
    • andrzej_b2 Re: Panie Andrzeju... 29.08.05, 06:40
      > Czy pamięta Pan może domek przy Korytnickiej 25? Pozdrawiam.
      Trochę miałem przerwy, ale już odpowiadam.
      Domu przy Korytnickiej 25 niestety nie mogę sobie przypomnieć. Dlaczego on jest
      taki interesujący, co tam było? Proszę sprawę przybliżyć. Niezależnie, dziś tam
      pojadę i na miejscu może coś skojarzę, poczytam. O wynikach swych poszukiwań
      powiadomię.
      Pozdrawiam

      • andrzej_b2 Chciałem być tramwajarzem 29.08.05, 07:58
        Póki sprawa Korytnickiej 25 wyjaśni się, posłuchajcie proszę, jak chciałem być
        tramwajarzem.

        Pochodzę z warszawskiej, tramwajarskiej rodziny. Ojciec mój przeszedł na
        tramwajach wszystkie szczeble kariery zawodowej: od konduktora na Woli przed
        wojną, pisarza na stacji Mokotów podczas okupacji, do instruktora, kontrolera i
        odpowiedzialnego urzędnika w dyrekcji tramwajów po wojnie. Ja, może jak
        niewielu, mogę powiedzieć, że wychowałem się w cieniu warszawskich tramwajów.
        Charakterystyczny dźwięk dzwonków wozów silnikowych, zgrzyt kół na zakręcie,
        grzechot zapadki nastawnika motoru elektrycznego pozostały w mej pamięci na
        całe życie. Z ojcem jeździłem na wycieczki tramwajowe z Grochowa na odległe
        krańce tras: Bielany, Pelcowiznę, Okęcie i Służewiec. Ojciec, najczęściej w
        mundurze z dystynkcjami, miał prawo wsiadania do wagonu silnikowego pierwszym
        pomostem, co nie było bez znaczenia dla mieszkańców Grochowa, gdyż z Gocławka
        tramwaje przyjeżdżały już pełne. Wejście bowiem było z tyłu, wyjście z przodu
        wagonu. Znali go wszyscy motorniczowie i konduktorzy z daleka wymieniając
        ukłony, co mi ogromnie imponowało, a za zaszczyt sobie poczytywałem wpuszczanie
        mnie, małego wówczas brzdąca, prawie pod rękę motorniczego (zawsze lewą).
        Upajał mnie pęd wagonu, gdy motorniczy włączał dziewiąty bieg i fascynowało
        posłuszeństwo wozu przy hamowaniu. Marzyłem wówczas, by zostać tramwajarzem,
        gdy tylko dorosnę, co później miało się spełnić już w innych warunkach lecz na
        krótko.
        Na początku lat 50-tych tramwaje „3” i „24” jeździły do Gocławka, zaś „6”
        i „26” do Wiatracznej. O ile sposób zawracania tramwajów na Gocławku nie budził
        mojego zainteresowania, to przy Wiatracznej był zupełnie kuriozalny. Skład
        tramwajowy z Grochowskiej wjeżdżał w ul. Wiatraczną, zatrzymywał się po
        przejechaniu ok. 50 m., a konduktor miał wówczas obowiązek odłączyć przyczepkę.
        Wagon silnikowy przejeżdżał specjalny rozjazd, po czym konduktor odciągał pałąk
        i odwracał go w poziomie o 180o. Motorniczy w tym czasie przenosił swoje
        stanowisko kierowania na tył wagonu, który odtąd stawał się przodem, podjeżdżał
        do przyczepki, którą znów konduktor łączył w skład do drogi powrotnej. Jeszce
        tylko należało przełożyć drzwi na odwrotną stronę i pociąg tramwajowy był już
        gotów.
        Nie ma już tamtych tramwajów, ojciec odszedł do wieczności, ja nie jestem
        tramwajarzem, choć mieszkam ciągle na Grochowie, tylko „3” i „24” wciąż jeżdżą
        do Gocławka jak dawniej.:-)
        Pozdrawiam
      • andrzej_b2 Korytnicka 25 - trudna sprawa 30.08.05, 08:34
        Korytnicka jest jedną ze starszych ulic na Grochowie. Występuje już na planach
        z 1924 r. obok Czapelskiej, Igańskiej, Krypskiej. Cały ten obszar u początków
        niepodległości, jako pierwszy na Grochowie został rozparcelowany przez miasto,
        na równe prostokątne działki z przeznaczeniem pod inwestycje budowlane. Powodem
        osiedlania się tu ludności początkowo były stacja i warsztaty naprawcze kolejki
        wąskotorowej. Cały teren zajmowany obecnie przez „Supersam Grochów” i bazar to
        były właśnie tereny kolejowe. Jeszcze za wczesnego mego dzieciństwa pamiętam je
        w bezpośrednim sąsiedztwie Grochowskiej. Tu gdzie dziś są zatoki pętli
        autobusów miejskich stał budynek stacyjny „Warszawa-Grochów”, składy węgla i
        pompa do pobierania wody przez śmieszne parowozy zwane „samowarkami”. W pobliżu
        tych terenów swe bieda-domki budowali kolejarze, a zamożniejsze domy,
        majstrowie okolicznych fabryk: A było ich tu nie mało: fabryka świec Hocha,
        wytwórnia Sito-Siatka, odlewnia żeliwa Jarkowskiego i in. Koniunkturę wyczuli
        też Żydzi i różni ludzie interesu, stawiając kamienice na wynajem, ale nie
        tylko. Waśnie na Korytnickiej znalazła siedzibę wielka stolarnia mechaniczna
        Łuczyńca i Sobańskiego. Wytwarzano w niej stolarkę budowlaną, powszechnie
        stosowaną w nowo wznoszonych domach.
        Dziś ulica jest przecięta domami wielkiego osiedla. Gdy ktoś znajdzie się na
        końcu ulicy i usiłuje (jak ja ) znaleźć posesję nr 25, oraz wszystkie numeracje
        początkowe, będzie miał nielada trudności. Ulicę bowiem przecinają wielkie
        bloki mieszkaniowe i nawet ich lokatorzy nie umieją wskazać początkowego
        odcinka Korytnickiej. Gdy wreszcie dotarłem okazało się, że po nr 25 nie ma
        śladu. Pod nr 27 stoi nowy, pyszniący się blichtrem, styropianowy dom a dalej,
        pod nr 23 solidna kamienica z lat 60-tych. Spojrzałem też na plan Grochowa z
        1931 r., na którym dostrzegłem ten dom jako jedyny w pobliżu skrzyżowania z ul.
        Kruszewskiego, jako wąski ale sięgający w głąb posesji (prawie do Krypskiej) –
        to o czymś świadczy. Może to tu była stolarnia Łuczyńca? Reasumując, nie wiem
        co za dom mógł znajdować się pod nr 25, jeśli ktoś ma jego zdjęcie, proszę
        przesłać mi na pocztę gazety, do sprawy możemy jeszcze wrócić. Przepraszam
        Wszystkich, których zawiodłem, ale jak widzicie, nie jestem omnibusem.:-)
        Pozdrawiam
        • Gość: Wiatraczna Re: Korytnicka 25 - budynek mieszkalny IP: *.aster.pl / *.aster.pl 30.08.05, 10:44
          Korytnicka 25.
          W roku 1930 mój pradziadek Zygmunt Porębski wraz z żoną Heleną wzniósł tu dom
          mieszkalny. Nie był to luksusowy obiekt, pradziadek bowiem pracował w Skodzie,
          nie zarabiał tak wiele. Poza tym były to czasy kryzysu.
          Budynek roku 1940 trafiła niemiecka bomba. Prababcia, sama z trzema synami
          (pradziadek w KL)i dzięki pomocy sąsiadów odbudowali domek. Stał on do lat 90.
          Chodziło mi po prostu o tyo, jak Grochowianie zapamietali ten budynek. Widać,
          nie zapamiętali :(((
          Pozdrawiam!
          • andrzej_b2 Re: Korytnicka 25 - budynek mieszkalny 30.08.05, 11:09
            > Chodziło mi po prostu o tyo, jak Grochowianie zapamietali ten budynek. Widać,
            > nie zapamiętali :(((

            Zostałem najpierw wywołany do tablicy a potem podstępnie postawiony pod osąd
            publiczny. To b. nieładnie! Pospieszyłem w dobrej wierze na dramatyczne wołanie
            pomocy, poświęcając swój czas i energię. Na przyszłość będę bardziej ostrożny.
            :-((
            Po pierwsze: nie mam mandatu do reprezentowania Grochowian, a po drugie ani
            moje drogi, ani przeciętnego Grochowianina nie wiodły przez Korytnicką, gdyż
            nie były to Aleje Ujazdowskie naszej Dzielnicy.
            • andrzej_b2 Duszpasterze z pl. Szembeka 30.08.05, 11:22
              Aby szybko zapomnieć o przykrym incydencie, zmieńmy temat.
              Znów sięgnę do Grochowa lat dziecinnych jako, że wtedy odbiór świata człowiek
              ma najbardziej plastyczny.
              Osobistością Grochowa ”Nr 1” był bez wątpienia ks. proboszcz Jan Sztuka, prałat
              prymasowskiej Kapituły Łowickiej, wielki budowniczy kościoła na pl. Szembeka.
              Miał wyjątkowy dar mobilizacji wszystkich grup społecznych, na rzecz składania
              ofiar na budowę świątyni. Nie było wtedy zwyczaju przeprowadzania tzw.
              wizytacji duszpasterskich, gdyż wszyscy się znali i o sobie wszystko wiedzieli,
              zaś pieniądze na potrzeby parafii Proboszcz potrafił wycisnąć nawet z kamienia.
              Był on kolegą seminaryjnym ks. Stefana Wyszyńskiego, który gdy został Prymasem
              i Metropolitą Gnieźnieńsko-Warszawskim bardzo często zaszczycał swą obecnością
              naszą parafię. Głosił tu kazania okazjonalne i udzielał bierzmowania (sam
              dostąpiłem tego zaszczytu z Jego rąk). Czuło się Jego wielkość, choć wszystkie
              największe dokonania były jeszcze wówczas przed Nim. To był prawdziwy książę
              Kościoła.
              Wikariuszy w parafii było wielu. Najgłębiej jednak w pamięci utkwili mi trzej:
              - Ks. Pawłowski, ulubieniec parafian. Z wiecznym uśmiechem na ustach,
              tryskający humorem, energiczny w ruchach i gestach. Niespodziewanie zachorował
              na zapalenie wyrostka robaczkowego. Podczas operacji w szpitalu Przemienienia
              Pańskiego zmarł. Rozpacz parafian była bez granic.
              - Ks. Kalinowski to przeciwstawieństwo ks. Pawłowskiego, spokojny uduchowiony,
              chorowity, porywał parafian pięknymi kazaniami. Na jego mszach były tłumy.
              Pewnego dnia, jak grom spadła wiadomość: „Ksiądz Kalinowski odchodzi”.
              Interwencje aktywu parafialnego u bp. Majewskiego, ówczesnego sufragana
              warszawskiego, nie przyniosły efektu. Gdy odszedł uczuliśmy pustkę i żal do
              Proboszcza.
              - Ks. Oberbeck, b. kapelan AK, skazany na 15 lat, odsiedział 10 lat w
              Mokotowie. Po amnestii na pocz. 1957 r. wyszedł na wolność z otwartą gruźlicą.
              Został przydzielony do naszej parafii jako rezydent. Chodził w chwale
              męczennika i bohatera.
              Dziś już ich wszystkich nie ma, ale pozostali w mojej wdzięcznej pamięci, jako
              że każdy z nich odcisnął na mnie swe piętno.:-)
              Pozdrawiam

                • Gość: Wiatraczna Do Pana Andrzeja - o Korytnickiej IP: *.aster.pl / *.aster.pl 30.08.05, 12:41
                  Nierozumiem o co Panu chodzi. Nikt Panu nie kazał biegać po Korytnickiej.
                  Spytałem tylko, czy może Pan pamięta ten budynek. Czytając Pańskie opowieści
                  pomyślałem, iż może zna Pan ten dom i mógłby o nim coś opowiedzieć. Ja byłem za
                  mały żeby coś mi się utrwaliło. Myśli Pan, że obraziłbym się, gdyby Pan go ni
                  znał? Cóż za nonsens!
                  Poza tym nie wiem, jaki przykry incydent ma Pan na myśli. Nie każę nikomu
                  niczego robić, tylko po prostu pytam o pewien dom. A to, że Pan mało co nie
                  pobiegł do Archiwum Warszawy, to już Pańska sprawa.
                  Szanuję Pana, szczególnie Pańskie wspomnienia (Pana nie znam osobiście, a
                  szkoda). Szkoda, że podszedł Pan do tej sprawy zdenerwowany i niegrzyczny.
                  Ale mam nadzieję że varsaviana - a raczej grochoviana- zatrze wszelkie
                  niedogodności.
                  Zgoda?
                    • Gość: Wiatraczna Re: Do Pana Andrzeja - o ulicy Piętki IP: *.aster.pl / *.aster.pl 30.08.05, 16:36
                      Grabula!
                      Mam przy okazji takie pytanie. Okupacyjny plan Warszawy (1942r.) wskazuje, iż
                      od grochowskich Alej Ujazdowskich (czyli Grochowskiej) odbija kilka
                      uliczek:Wilejkowska i Czwartaków. Ich przecznicami miały być ulice:
                      Roślakowskiego, Owrucka, Konary, Firleja oraz właśnie Piętki. Czy pamięta Pan
                      moze te ulice, albo zna chociaż z opowiadań? Zaręczam, ze już nieistnieją
                      Pozdrawiam!
                      • andrzej_b2 Re: Do Pana Andrzeja - o ulicy Piętki 31.08.05, 09:27
                        To b. ciekawy wątek, związany z wizją Wielkiego Grochowa, widzianego oczami
                        przedwojennych działaczy Towarzystwa Przyjaciół Grochowa. Tu, gdzie dziś ul.
                        Grochowska łączy się z Garwolińską w we wczesnych latach 30-tych był planowany
                        węzeł komunikacyjny, łączący (projektowaną) Trasę Sierkowska z Grochowem, a
                        stąd dalej z pobliskim (planowanym) węzłem Waszyngtona-Grochowska i mostem
                        Poniatowskiego, a przez Grochowską i Targową z mostem Kierbedzia. Ulice
                        Wilejkowska i Czwartaków miały być zaczątkiem tego węzła, jako promieniście
                        prowadzące w kierunku Utraty i Koziej Górki. Tę sytuację b. dobrze ilustruje
                        plan Grochowa z 1935 r. Cały szereg mniejszych uliczek odchodzących od tych
                        ulic w tym: Piętki, Firleja, Roślakowskiego i in. powstawały stopnowo aż do
                        1939 r. Na planie 1942 r. jak piszesz, są jeszcze wszystkie te ulice, ale
                        dysponuję spisem ulic z 1946 r., za którym cytuję: „Wilejkowska – od
                        Grochowskiej do Celestynowskiej”, „Czwartaków – od Grochowskiej do Utraty”,
                        pozostałych ulic w spisie nie ma.
                        Ja już pamiętam czasy, kiedy nazwę Wilejkowka (kojarzyła się z Wilnem)
                        zastąpiono Garwolińską, a ul. Czwartaków znam tylko ze słyszenia.
                        Pozdrawiam
    • Gość: Staś Re: Grochowskie klimaty IP: *.aster.pl 30.08.05, 18:08
      Był jeszcze jeden sposób na zdobycie porządnej kolby. W budynkach róg już
      Międzyborskiej(dawniej Żymirskiego)i Cyraneczki w poręczach schodów były
      wspawane takie balaski z których po wyrwaniu z klatki i niewielkich przeróbkach
      wychodził piękny moździerz. Dzielnicowy ganiał dzieciaki, ale o ile wiem nikogo
      nie namierzył. Sam mam na sumieniu parę sztuk (to był towar!). Sprawa chyba się
      już przedaniła to mogę się przyznać. Pazdrawiam S.
      • andrzej_b2 Re: Grochowskie klimaty - Wielkanoc 31.08.05, 10:19
        >Sprawa chyba się już przedaniła to mogę się przyznać.

        Mylisz się Stasiu, to nie sprawa się przedawniła, to świat i my dwaj razem z
        nim jesteśmy przedawnieni. Kto dziś używa takiego sprzętu strzelniczego jak:
        kolba, moździerz, klucz ? Jeszcze trochę a nawet nazwy pójdą w zapomnienie.
        Może to i dobrze, bo jak wiesz ile to było różnych wypadków ? Do dziś pamiętam
        jak była duża siła odrzutu choćby kolby, że czasem aż trudno było ją utrzymać w
        ręce, ile zdarzało się przypadków rozerwania klucza?
        A w ogóle tradycja detonacji i fajerwerków przesunęła się z Wielkanocy na Nowy
        Rok. Dziś stało się wszystko chyba bezpieczniejsze, bo ludzie kupują gotowe
        wyroby strzeleckie, a nie sami konstruują.

        Pozdrawiam i cieszę się, że znów spotkaliśmy się na forum
        • Gość: Wiatraczna. Do Pana Andrzeja-ul.Bogusławskiego IP: *.aster.pl / *.aster.pl 31.08.05, 10:27
          Dziękuję za wyczerpującą wypowiedź dot.ul. Piętki. Mam jeszcze pytanie o ulicę
          Bogusławskiego. Według planów łączyła Siennicką i Światowida (kawałek za
          Waitraczną, znajdowała się pomiędzy Chrzanowskiego a Dwernickiego. Co ciekawe,
          jej początek przy Siennickiej nosił nazwę "Sukiennicza".
          Zwracam się z zapytaniem, czy ylica Bogusławskiego istniała, czy był to tylko
          wymysł planistów??
          • andrzej_b2 ul. Bogusławskiego to Chranowskiego 31.08.05, 11:59
            Ul. Bogusławskiego jest na planie z 1939 r. zaznaczona linią ciągłą a nie
            przerywaną, więc chyba istniała, choć zapewne była polną drogą wśród ostów i
            łopianów, jak większość w tym rejonie. Sięgam po przewodnik dr Bohdziewicza z
            1946 r., i na podstawie porównania z ww. planem z oraz Twego opisu wnioskuję,
            że d. ul. Bogusławskiego/Sukiennicza to po wojnie ul. Chrzanowskiego
            (cytuję: „Chrzanowskiego – od ul. Światowida”). Nie wiem, co mogło kierować
            twórcami nowej nazwy ulicy, przecież obydwaj patroni byli bohaterami powstana
            listopadowego, być może chodziło o zbieżność nazwiska z "ojcem teatru
            polskiego".
            Rejon ulic Dwernickiego-Mycielskiego-Chrzanowskiego pamiętam już jako
            zabudowany, gdzie na ul. Mycielskiego 21 został przeniesiony Urząd Dzielnicy z
            dużego, pięknego domu przy al. Waszyngtona 55. MZK uruchomiło wtedy do lokalnej
            pętli słabo kursująca linię 115 tak, że wygodniej było dojść pieszo do Urzędu
            od Grochowskiej, np. ul. Kickiego.
            Nie chciałbym uzurpować sobie praw eksperta w sprawach topografii Grochowa, bo
            wiedzę mam niedużą. Wszystkie swe wątpliwości zwykle rozwiewam przeglądając
            stronę: www.trasbus.com/planywarszawy.htm
            Pozdrawiam
              • andrzej_b2 Od Bogusławskiego td Chranowskiego 01.09.05, 07:05
                Pierwotnym patronem ulicy był Ludwik Bogusławski herbu Prus II (1773-1840), gen
                dywizji. Brał udział w powstaniu listopadowym, m.in. w bitwach: pod Dobrem (17
                II 1831), Grochowem (20 i 25 II), odznaczając się szczególnie obroną Olszynki
                Grochowskiej, Dębem Wielkim (31 III) i Ostrołęką (26 V). We wrześniu bronił
                Woli, dowodząc dywizjami na odcinku Czyste-Powązki. Okazywał zawsze wspaniałą
                odwagę i świetne zdolności taktyczne.
                „Ojciec teatru polskiego” to Wojciech Bogusławski, ale on nie miał żadnych
                związków z Grochowem.

                Uprzedzę już pytanie i podam kila informacji o nowym patronie ulicy.
                Wojciech Chrzanowski (1793-1861), gen. dyw. Brał czynny udział w bitwach pod
                Wawrem i Dębem Wielkim, gdzie wsławił się manewrem taktycznycm, który
                zadecydował o zwycięstwie. Ranny 18 II pod Brzozową Karczmą k. Warszawy nie
                brał udział w bitwie pod Grochowem. Należał do najzdolniejszych ofcerów okresu
                powstania listopadowego.
                Pozdrawiam i zawsze chętnie odpowiem (gdy tylko będę wiedział), czasem może z
                opóźnieniem.
                    • andrzej_b2 Pożegnanie lata, czyli moja arkadia 02.09.05, 07:06
                      Każdy ma swoją, a moja to łąki gocławskie – „moje łąki” do dziś dla mnie
                      magiczne słowo! Tworzyły je tereny depresyjne, leżące między Walem Grochowskim,
                      a Wałem Miedzeszyńskim, na części których wyrosło lotnisko sportowe.
                      Po tułaczce obozowej i widokach ruin Warszawy, obraz kwitnących i pachnących
                      łąk gocławskich wydawał mi się najpiękniejszym obrazem w moim krótkim życiu.
                      Szczególnie w wiosną i latem lubiłem tam przychodzić, by rozkosznie leżąc na
                      pochyłości wału wsłuchiwać się w rechot żab, cykanie świerszczy i śpiew ledwie
                      widocznego w górze skowronka. Monotonię terenu przecinała linia kanału Nowa
                      Ulga, na którego przeciwnym brzegu stały wyprostowane jak na wojskowej paradzie
                      wiekowe topole. A gdy było dość słodkiego lenistwa, to omijając lotnisko, można
                      było pójść nad Wisłę. Dochodziło się do rzeki w okolicy styku Wału Szwedzkiego
                      z Walem Miedzeszyńskim, a potem wychodziło na nabrzeże porosłe gęstwiną
                      krzaków, by po chwili ujrzeć szarą wstęgę Wisły. Czasem bladoniebieska, czasem
                      bura, czasem kłębiąca się wirami. Najgroźniejsza po przyborach, niosła wtedy
                      kłody drzew, resztki jakiegoś dobytku ludzkiego i grzywy piany, ale potrafiła
                      być też łagodna i spokojna. Wtedy z rzadka senną ciszę przerywał tylko hałas
                      przepływającego parostatku, który terkocząc swym śmiesznym kołem rozpryskiwał
                      mieniący się tęczą opar wodny. To „Traugutt” lub „Racławice” płynęły w rejs do
                      Sandomierza; tak, wtedy Wisła jeszcze była żeglowna. Po wodzie przesuwały się
                      majestatycznie barki z węglem, żwirem i kamieniami, mozolnie pchane w dół rzeki
                      przez potężne pchacze. Na niektórych stały miniaturowe domki mieszkalne, z
                      komina wydobywał się dym, suszyła się bielizna i biegały dzieci szyprów.
                      Fascynowała mnie zawsze egzotyka takiego życia. Syty wrażeń wracałem do domu,
                      gdzie oczekiwała mnie zdenerwowana matka z nieodłączną reprymendą.
                      Dziś po „moich łąkach” został tylko okruch wspomnień. Na ich miejscu wyrosły:
                      Castorama, Centrum Optyki, Promenada i Polsat, a poniżej rozsiadły się działki
                      ze swa prostacką zabudową. Cóż, taka jest logika dzisiejszych czasów.
                      Pozdrawiam
                      • andrzej_b2 Na Olszynkę Grochowską 03.09.05, 18:31
                        Dedykuję Kol. Kol. KaWa, momas i za-
                        interesowanym grochowskimi klimatami

                        W organizowanych przez PTTK wycieczkach na Olszynkę Grochowską zacząłem
                        uczestniczyć w latach 70-tych. We wszystkie rocznice historycznej bitwy
                        spotykaliśmy się z grupą entuzjastów, by oddać hołd bohaterom. Był to okres,
                        kiedy na wszelkie nie akceptowane przejawy pamięci narodowej władze były źle
                        patrzyły, dlatego wycieczka była formą kamuflażu faktycznego celu naszej
                        wyprawy. Zbierało się co roku z całej Warszawy około 35 osób, którym były
                        obojętne humory władz. Przewodnikiem grupy był zwykle p. Edmund Mieroszewicz –
                        nestor przewodników warszawskich, a mój starszy kolega z pracy. Był chodzącą
                        encyklopedią wiedzy o Warszawie, a w szczególności o Grochowie. Poznałem go już
                        jako emeryta, gdy pracował na pół etatu jako radca prawny w tym samym co i ja
                        zakładzie pracy. Pochodził ze starej warszawskiej rodziny, przed wojną był
                        wicedyrektorem biura prasowego sejmu.
                        O miejscu zbiórki i godzinie próżno było szukać wiadomości w prasie a pod
                        pomnikiem nie było sztandarów, uroczystego nabożeństwa, efektownej asysty
                        wojskowej, jak dziś. Nie było też przemówień obydwu burmistrzów rywalizujących o
                        schedę pamięci po Olszynce, ani wzniosłych oracji różnych prezesów.
                        Dniem wycieczki była zawsze niedziela około 25 lutego, miejsce zbiórki - pod
                        apteką na pl. Szembeka, godz. 10. Szliśmy bocznymi ulicami Grochowa do dworku
                        Osterloffów. Tu, dzięki uprzejmości stróża, udało nam się kilka razy wejść i
                        zwiedzić wnętrze, na codzień niedostępne, być w salonie, gdzie odbywała się
                        akcja „Warszawianki” Wyspiańskiego. Kolejno mijaliśmy willę „Alkazar” pp.
                        Szypwskich, i znów dzięki łaskawości dozorcy, czasem udawało się zwiedzić izbę
                        pamięci w szkole podstawowej im. P. Wysockiego, gdzie były zgromadzone
                        znaleziska z pola bitewnego. Potem, przekraczając tory d. kolei nadwiślańskiej
                        (do Otwocka) i omijając kapliczkę na drzewie przydrożnym za torami, podążaliśmy
                        wzdłuż historycznego rowu melioracyjnego, o który toczył się kiedyś trzydniowy
                        bój. Około godz. 12 grupa docierała do pomnika, a tu zwykle czekał juz nas
                        anonimowy zbieracz pamiątek Bitwy Grochowskiej, ciągle ten sam. Przynosił w
                        reklamówkach resztki moderunku wojskowego, uzbrojenia, kule armatnie, znalezione
                        na pobojowisku. Przewodnik zwykle miał okolicznościową prelekcję, po czym
                        zapalaliśmy lampki bohaterom. Kilka razy zdarzyło się nam tu spotkać byłych
                        ułanów grochowskich z pułku im. Gen. Dwernickiego, którzy przyjechali złożyć
                        wieniec.
                        Czuliśmy wówczas wszyscy zażenowanie, że tylko tak skromnie wyglądało czczenie
                        pamięci Bohaterów Olszynki Grochowskiej przez władze i społeczeństwo Warszawy.
                        Pozdrawiam

                        Ps. Po śmierci p. E. Mieroszewicza tradycję oprowadzania wycieczki kontynuował
                        p. Andrzej Korgol.
                          • andrzej_b2 Śmierdzący interes (Tylko dla niewrażliwych!) 05.09.05, 10:50
                            Nowi mieszkańcy Grochowa nie zetknęli się z problemem, więc nie mają
                            wyobrażenia jak był on uciążliwy. Plagę dzielnicy stanowiły wiecznie
                            przepełnione szamba. Przez długie lata wszystkie bowiem posesje nie były
                            skanalizowane, z wyjątkiem położonych wzdłuż ul. Grochowskiej i w pobliżu
                            Wiatracznej oraz pl. Szembeka. Winę za przepełnianie szamb ponosił wysoki
                            poziom wód gruntowych, który dawał o sobie znać szybkim zapełnianiem dołów
                            kloacznych. Uciążliwe rozlewiska wypływały na ulice, a często łączyły się z
                            sąsiednimi posesjami, tworząc gigantyczne, cuchnące kałuże. Dzieci tylko miały
                            z tego uciechę, ku rozpaczy matek. Można było przekopywać kanały, robić różne
                            lokalne melioracje, puszczać łódki i tp., a wszystko to na ulicach, których
                            ogromna większość była wówczas piaszczystymi drogami. Takie rozlewiska również
                            zimą były dla dzieci atrakcyjne, gdy gigantyczne ślizgawki ciągnęły się
                            nierzadko wzdłuż wielu ulic. Przybywając w porze letniej z innej dzielnicy już
                            po zapachu nie można było mieć wątpliwości, że jesteśmy na Grochowie.
                            Nim asenizację dzielnicy przejęło MPO, Grochów obsługiwały dwie prywatne firmy:
                            jedna pana Marcjana, dysponująca taborem konnym i duga pana Cioka, wyposażona w
                            sprzęt samochodowy. Interes był opłacalny, bo często dwa razy można było pobrać
                            opłatę za wykonaną pracę: raz za opróżnienie dołu a drugi, za wylanie
                            zawartości na pola grochowskich rolników pod kapustę, ogórki czy pomidory.
                            Wywóz szamba taborem konnym nie był interesujący dla dzieci, ale cysternami
                            samochodowymi to dopiero ciekawe widowisko! Samochód asenizacyjny,
                            zwany „szambiarą”, był łączony rurą ssącą z dołem kloacznym, po czym operator
                            wchodził na platformę samochodu z kanistrem benzyny. Specjalną pompką-
                            rozpylaczem zaczerpywał odpowiednią dawkę płynu i wkładał końcówkę urządzenia w
                            otwór detonacyjny beczki. Rozpylał benzynę w jej wnętrzu i za chwilę wrzucał do
                            otworu płonącą zapałkę. W tym momencie wszystkie dzieci wstrzymywały oddech, by
                            po chwili usłyszeć eksplozję. Powodowało to gwałtowne uniesienie do góry
                            ciężkiej klapy bezpieczeństwa, i z łoskotem jej opadnięcie. W efekcie
                            wytworzona w beczce próżnia sprawiała wysysanie zawartości dołu.
                            Pozdrawiam:-)
                            • transparent Re: Grochowskie klimaty 07.09.05, 14:06
                              Z wielkim zainteresowaniem czytam o grochowskim klimatach I serdecznie
                              dziekuje wszystkim uczestnikom za kontrybucje do tak fascynujacego watku, a
                              szczegolnie Panu Andrzejowi za moc interesujacych informacji, przekazanych w
                              dodatku piekna polszczyzna.
                              Przy okazji podziekowan dwa pytania: czy dworek Osterloffow ( wspomniany
                              przy okazji lutowych wypraw na Olszynke Grochowska) to ten przy ul.
                              Grochowskiej, w ktorym dzisiaj dziala szkola muzyczna? Gdzie miesci sie willa
                              “Alkazar?”
                              I jeszcze - czy ktos zechcialby rzucic troche swiatla na historie domu
                              przy Zamienieckiej 65? Skad wziela sie plaskorzezba smoka na scietym narozniku
                              tego budynku? Byla tam odkad pamietam (pozne lata 60te) I w czasie moich
                              dzieciecych spacerow pod opieka Taty nieslychanie inspirowala moja kilkuletnia
                              wyobraznie. Do dzis postrzegam owego smoka jako dosc wyjatkowy element
                              dekoracyjny na Grochowie, przynalezny raczej zdobnictwu I atmosferze Starowki,
                              niz skromnej Zamienieckiej.

                              Z gory dziekuje.
                              • andrzej_b2 Dworek na Grochowie 08.09.05, 06:56
                                > Przy okazji podziekowan dwa pytania: czy dworek Osterloffow ( wspomniany
                                > przy okazji lutowych wypraw na Olszynke Grochowska) to ten przy ul.
                                > Grochowskiej, w ktorym dzisiaj dziala szkola muzyczna? Gdzie miesci sie willa
                                > “Alkazar?”

                                Dworek Osterloffów mieści się przy ul. Grochowkiej 64. Należał do Karola
                                Augusta Osterloffa (1799-1866), emigranta szwedzkiego, pioniera
                                uprzemysłowienia Grochowa. Zbudował on tu w 1835 r. browar, gorzelnię,
                                destylarnię, wytwórnię wina szmpańskiego i fabrykę octu. Aż do lat powojennych
                                teren między ul. Żółkiewskiego a Gocławkiem(historycznym) nosił nazwę Grochowa
                                Przemysłowego. W okresie międzywojennym dworek był własnością Andrzeja
                                Wierzbickiego, posła II RP, prezesa Lewiatana. Właśnie w tym dworku Wyspiański
                                umieścił akcję Warszawianki. Dziś mieści się tu szkoła muzyczna.

                                Willa, na rogu Podolskiej i Sztabowej, jeszcze do początków lat 90-tych miała
                                na fasadzie napis "Alkazar". Po jakimś remoncie domu napis znikł (dlaczego?),
                                szkoda bo był reminiscencją do hiszpańskich upodobań właścicieli.
                                Pozdrawiam
                                Ps. Zainteresował mnie wątek domu Zamieniecka 65, poczytam, popatrzę i gdy
                                czegoś dowiem się nie omieszkam poinformować.
                                • andrzej_b2 Dom pod Eskulapem 08.09.05, 10:55
                                  Kol. KaWa dedykuję

                                  Tak nazwanoby kiedyś dom przy Grochowskiej 128, na narożniku ulicy Chłopickiego.
                                  Parter zajmowała największa i najnowocześniejsza na Grochowie apteka, złożona w
                                  1936 r. przez mgr farm. Roberta Żłobikowskiego, a na pierwszym piętrze miał
                                  swój gabinet i mieszkanie dr med. Hipolit Lipko. Wszytko było tu przemyślane wg
                                  zasady: chory przychodził do lekarza, wchodził z receptą, schodził na parter,
                                  gdzie po wykupieniu lekarstwa, wracał do domu czując się już...zdrowo. :-)
                                  Obydwaj nasi bohaterowie byli charakterystycznymi postaciami Grochowa, wszyscy
                                  ich znali i rozpoznawali. Mgr Żłobikowski, działacz Towarzystwa Przyjaciół
                                  Grochowa, niewysokiego wzrostu, szczupły, ruchliwy, na codzień zapalony
                                  fotograf. Można było go spotkać z aparatem, jak przemierzał odległe krańce
                                  Dzielnicy, najczęściej jednak w białym kitlu, za ladą swej apteki. Dr Lipko
                                  dojeżdżał na Grochów z Falenicy, gdzie mieszkał w swej willi „Jadziula”.
                                  Przybywał koleją do stacji „Olszynka Grochowska” i dalej całą ul. Chłopickiego
                                  przemierzał spacerem. Był Tatarem z pochodzenia (dowiedziałem się o tym
                                  znacznie później) o szerokiej, płaskiej twarzy i azjatyckich rysach,
                                  człowiekiem potężnej postury, powolnych ruchach, donośnym timbrze głosu i o
                                  jasnych pogodnych oczach. Jako lekarz ubezpieczalni społecznej, chyba miał
                                  podpisaną jakąś umowę, gdyż wszystkich swych pacjentów przyjmował w swym 3-
                                  pokojowym mieszkaniu, z oknami wychodzącymi na Grochowską. Należałem do jego
                                  rejonu i jako chorowite dziecko byłem dość częstym pacjentem doktora. Chorzy
                                  oczekiwali na wizytę w salonie, zaś lekarz przyjmował w gabinecie. Wrył mi się
                                  w pamięć piec kaflowy z piękną kratą zabezpieczającą drzwiczki. Podczas
                                  wyczekiwania na swą kolejkę, wzrok mój ciągle znajdował się na wysokości tego
                                  elementu dekoracyjnego. Ordynował w garniturze, za wielkim biurkiem, zawsze
                                  witając pacjentów miłym uśmiechem na twarzy. Jak to dziś inaczej wygląda!
                                  Najkomiczniejszy był moment stemplowania przez doktora recept małą okrągłą
                                  pieczątką z nr statystycznym, czego nie mogłem się doczekać. Miał tak olbrzymie
                                  dłonie, że odnosiło się wrażenie, iż stempluje palcami; pieczątka bowiem ginęła
                                  w tych jego potężnych dłoniach. Sąsiadami dr Lipki były panie Wiechowicz, które
                                  mieszkały obok, na I piętrze nad apteką. Były to dwie siostry, jakaś rodzina
                                  mgr. Żłobikowskiego, z których jedna miała córkę Zosię – taką grochowską
                                  panienkę z okienka. Jej okrągłą twarzyczkę często było widać w oknie nad
                                  wejściem do apteki.
                                  Po upaństwowieniu służby zdrowia apteka funkcjonowała w ramach CEFARM-u a w
                                  mieszkaniu dr Lipki przez wiele lat działało prywatne laboratorium analiz
                                  lekarskich. Kolejna zmiana własności nastąpiła na początku lat 90-tych, ale to
                                  już wszyscy znamy.:-)
                                  Pozdrawiam
                                    • transparent Grochowski smok 08.09.05, 13:09
                                      Panu Andrzejowi dziekuje serdecznie za bogate jak zwykle informacje, a smoka z
                                      Zamienieckiej 65 polecam laskawej pamieci wszystkich zainteresowanych
                                      Grochowem.
                                      Pozdrowienia
                                    • andrzej_b2 Gdzie są zdjęcia? 09.09.05, 11:43
                                      Może ktoś zna losy ogromnego zbioru zdjęć mgr Żłobikowskiego? Utrwalał na
                                      filmie obrazy ginącego Grochowa już w latach 30-tych XX w.,w czasie okupacji i
                                      po wojnie. Czyżby posłużyły one jako opał? Niestety b. często tak się zdarza,
                                      podczas likwidacji mieszkania po zmarłym.
                                      • andrzej_b2 Szkoło, szkoło, gdy cię wspominam... 10.09.05, 13:02
                                        Aż do zakończenia wojny na terenach leżących po nieparzystej strony Grochowskiej
                                        od Gocławka, aż po ul. Omulewską nie było szkoły podstawowej. Ta część Grochowa
                                        pod względem szkolnictwa była wyraźnie upośledzona i aby ulżyć trudnej sytuacji
                                        dzieci, władze Pragi pod koniec 1944 r. utworzyły w części budynku mieszkalnego
                                        przy ul. Grochowskiej 131 szkołę podstawową nr 163. Już po zakończeniu wojny
                                        szybki napływ ludności z lewobrzeżnej Warszawy na Grochów spowodował, że budynek
                                        okazał się za ciasny. Sytuację pogarszał brak boiska, sali gimnastycznej i choć
                                        skromnego gabinetu przyrodniczego. W tej sytuacji władze oświatowe dzielnicy
                                        podjęły decyzję o przeniesieniu szkoły do budynku mieszkalnego przy ul.
                                        Tarnowieckiej 55, adaptowanego w pośpiechu dla potrzeb szkolnych. Ale i tu
                                        warunki lokalowe nie były łatwe: przepełnione sale, lekcje na dwie zmiany i
                                        ogólna ciasnota, a przede wszystkim brak wykwalifikowanych nauczycieli. Sale
                                        lekcyjne mieściły się na I i II piętrze a na parterze: sala gimnastyczna, pokój
                                        nauczycielski, kancelaria szkolna i gabinet przyrodniczy. Kierownikiem szkoły
                                        był niezapomniany p. Marian Siwek, sekretarką p. Lewicka a nauczycielami (z
                                        tego, co pamiętam) panie: Billowa, Barbara Celińska, Irena Kucharzak (nagrodzona
                                        medalem „Sprawiedliwy wśród narodów świata”, za przechowywanie rodziny
                                        żydowskiej w swym domu w Aninie), Jadwiga Jaworska, Kubiakowa, Sobierajska,
                                        Eliza Werszwowska i siostra Aleksandra Baczyńska (szarytka).
                                        Do grona starszych nauczycieli dołączyli i młodzi absolwenci liceów
                                        pedagogicznych pp.: Krystyna Silczyńska (wszyscy chłopcy się w niej kochali),
                                        Romana Zbieć, Stanisław Prządka i Lech Bartoszewicz. Ciekawostką było, że szkoła
                                        miała działkę rolniczą wykorzystywaną do nauki biologii. Ta właśnie działka była
                                        przyczyną tragedii.
                                        Dnia 23/24 czerwca 1954 r. w kulminacyjnym momencie „nocy świętojańskiej” miały
                                        odbyć się rejsy po Wiśle iluminowanych statków. Do jednego z nich cisnął się tak
                                        wielki tłum, że trap łączący nabrzeże przystani pod mostem śląsko-dąbrowskim
                                        złamał się i wiele osób wpadło do rzeki w tym miejscu głębokiej i wezbranej
                                        dodatkowo wiosennym przyborem. Kilkanaście osób utopiło się, wśród których i
                                        Marek Siwek, młodszy syn kierownika szkoły. Tragedia wstrząsnęła wtedy całą
                                        Warszawą, a szkołą w szczególności, był to bowiem akurat dzień zakończenia roku
                                        szkolnego. Gdy we wrześniu wróciliśmy do szkoły rodzinę pp. Siwków dotknęła
                                        kolejna tragedia. Pewnego dnia chuligani włamali się na teren działki szkolnej,
                                        z zamiarem kradzieży jakichś lichych płodów rolnych. Zaalarmowany tym incydentem
                                        kierownik wybiegł, aby interweniować. Pod wpływem emocji, prawdopodobnie
                                        zwielokrotnionych wcześniejszą tragedią, doznał zawału serca i zmarł.
                                        Pozdrawiam

                                        Ps. Nie wiem, czy jest inny tak zasłużony dla Grochowa nauczyciel jak s.
                                        Aleksandra Baczyńska? Przez 50 lat swej pracy pedagogicznej, najpierw w szkole
                                        nr 163, a później w sali katechetycznej przy kościele na pl. Szembeka, nauczała
                                        religii kilka pokoleń dzieci grochowskich, zawsze sumienna punktualna,
                                        obowiązkowa i z pasją wykonująca swój zawód. Bez względu na porę roku i stan
                                        zdrowia przybywała z Kamionka na zajęcia a dodatkowo w niedzielę na mszę dla
                                        dzieci. Niezliczoną liczbę Pierwszych Komunii Św. z pewnością ma jako niebieskie
                                        trofeum u Boga. Niech tych kilka zdań będzie dowodem mojej wdzięcznej o niej
                                        pamięci.
                                          • andrzej_b2 Re: Panie Andrzeju! 12.09.05, 07:47
                                            Na najwcześniejszym po wojnie planie W-wy (ok. 1945) znalazłem jedynie Stężycką
                                            i Pilawską. Ta pierwsza biegła równolegle do Męcińskiej między Grochowską a
                                            Grenadierów, przez obecne tereny bazaru na tyłach Supersamu Grochów. Ta druga
                                            była wąską uliczką, która wiodła ukosem od Majdańskiej mniej więcej, od
                                            obecnego wyjazdu z garażu Straży i biegła do Zagójskiej. Za chwilę wyślę do
                                            Twojej skrzynki na Forum odpowiedni scan, który pomoże to wszystko uzmysłowić.
                                            :-)
                                            Pozdrawiam
                                            Ps. Ja w tym czasie nie miałem jeszcze pojęcia o Grochowie, więc nie mogę
                                            pamiętać, ale zawsze na każdy list odpowiem.
                                            • andrzej_b2 Moja droga wiodła na Grochów 13.09.05, 07:25
                                              Pierwszy dzień wolności zastał nas, grupę wygnańców z powstania warszawskiego,
                                              w mieście Langenberg (Turyngia), w fabryce maszynowej przerobiobnej na obóz
                                              pracy. Dnia 6 maja, po silnym nocnym bombardowaniu, do miasteczka wjechały
                                              wojska amerykańskie. Po okresie dezorientacji i pobytu w obozie przejściowym,
                                              transportami wojskowymi wyruszyliśmy do Polski. Jechaliśmy ciężarówkami
                                              oznaczonymi białymi, amerykańskimi gwiazdami i w ten sposób 14 lipca 1945 r., w
                                              Czechowicach – Dziedzicach przekroczyliśmy granicę. Dwa dni później ujrzeliśmy
                                              wreszcie naszą ukochaną Warszawę, pełną rumowisk, wąwozów i krzyży. Matka i
                                              ojciec zrezygnowani, z tobołkami na plecach i na dokładkę ze mną na ręku,
                                              powlekliśmy się wszyscy na Powiśle. Na miejscu naszego domu przy ul. Szarej
                                              ujrzeliśmy górę gruzu, nad którą sterczały kikuty ścian. Co robić, dokąd pójść?
                                              Po moście pontonowym na Wiśle rodzice postanowili przedostać się na Grochów,
                                              gdzie przed powstaniem mieszkała rodzina. Z bijącym sercem, pustą al.
                                              Waszyngtona dotarliśmy na ul. Męcińską 42. Przyjęto nas tu bez wahania i
                                              wspólnie zamieszkaliśmy w małym pokoju z kuchnią, w którym wraz z nami było
                                              razem osiem osób. Z tego, co pamiętam najgorsze były noce. Mnie wypadło
                                              uprzywilejowane legowisko pod stołem, któreś starsze dziecko spało na stole
                                              reszta, gdzie tylko było możliwe. Żeby nie nadużywać gościnności naszych
                                              gospodarzy, po kilku tygodniach przenieśliśmy się do znajomych na ul.
                                              Pustelnicką 10. Tu znów była jeszcze gorsza sytuacja lokalowa. Także sypialiśmy
                                              na podłodze, na rozstawionych polowych łóżkach i w ogóle wszędzie, gdzie się
                                              dało. Wszystko to było jednak nieważne, najważniejsza była gościnność, z jaką
                                              przyjmowano nas, bezdomnych wędrowców.
                                              Po kilku miesiącach wynajęliśmy wreszcie pokój przy ul. Witolińskiej 21 i to
                                              była pierwsza nasza mała stabilizacja na Grochowie. Choć często chłód i bieda
                                              do nas zaglądały, ale powoli wrastaliśmy w ten nowy świat. Potem przyszło mi
                                              przeżyć jeszcze kilka innych, dłuższych stabilizacji.
                                              Minęło wiele lat a ja ciągle mieszkam na Grochowie, tylko Witolińska się
                                              zmieniła tak, że nawet mieszkańcy nie są w stanie jej wskazać. Dziś rozdziela
                                              się na wieele uliczek osiedlowych, ale to ciągle moja ulica.:-)
                                              Pozdrawiam
                                              • andrzej_b2 Zasłużona nauczycielka 17.09.05, 19:51
                                                Siostra Aleksandra Baczyńska, bo Niej mowa, była moją nauczycielką religii w
                                                szkole nr 163 przy ul. Tarnowieckiej. Tak dla niej jak i dla mnie był to
                                                pierwszy rok nauki. Zjawiła się wtedy w naszej szkole młoda, szczupła osoba,
                                                której strój zakonny skrzętnie ukrywał wiek. Duży biały kornet i niebieski habit
                                                szarytki już wkrótce mieli poznać wszyscy bez przesady mieszkańcy Grochowa. Była
                                                zakonnicą ze zgromadzenia sióstr Miłosierdzia św. Wincentego a Paulo, których
                                                dom mieścił się na Kamionku.
                                                Dziś na wspomnienie Jej imienia czuję wzbierającą w sobie falę gorących,
                                                serdecznych uczuć. Jawi mi się jako oddana dzieciom, z pasją wykonująca swoje
                                                powołanie i z myślą o chrześcijańskim wychowaniu młodych istot. A czasy były
                                                trudne, zaczął już szaleć terror komunistyczny, któremu trzeba było
                                                przeciwstawić chrześcijańskie wychowanie. Potrafiła mówić o sprawach moralności
                                                i kultury życia językiem Pisma Świętego. Wspierała w tym rodziców a często i ich
                                                wyręczała. Środowisko bowiem było bardzo trudne, w którym przeważał element
                                                robotniczy, podatny na propagandę ateistyczną. Zawsze powściągliwa w gestach i
                                                słowach, spokojna i opanowana. Nigdy nie podnosiła głosu na dzieci, a zawsze
                                                wymusiła swój cel swą charyzmą, nawet na najbardziej rozhukanych chłopakach. W
                                                każdą niedzielę przyjeżdżała do kościoła na mszę św. dla dzieci, dając osobisty
                                                przykład. Gdy władze zlikwidowały naukę religii w szkole, pracę z dziećmi
                                                kontynuowała w sali katechetycznej w kościele na pl. Szembeka. Przez z górą 50
                                                lat pracowała z grochowskimi dziećmi, nie licząc na żadne wyróżnienia i
                                                gratyfikacje. Niezliczoną rzeszę dzieci przygotowała do Pierwszej Komunii Św. i
                                                wskazała nadrzędny cel życia. A gdy po z górą 50 latach pracy nauczycielskiej
                                                odeszła na emeryturę żegnaliśmy ją z żalem. Należałem do jej najlepszych uczniów
                                                i kontakty nasze trwały przez wiele dziesięcioleci. Na pocz. lat 80-tych byłem
                                                zaskoczony jej gestem. Pewnego razu dała mi w prezencie swój osobisty egz. Pisma
                                                Świętego z następującą dedykacją: „Andrzejowi ... b. Uczniowi, z życzeniami, aby
                                                Słowo Boże obficie owocowało w całej Jego Rodzinie ofiaruje S. Aleksandra”.
                                                Czułem się wzruszony i zaszczycony tym gestem, otrzymałem egzemplarz ze śladami
                                                Jej adnotacji na marginesie. Dała mi swój największy skarb, bo innego przecież
                                                nie miała. Zniknęła raptem z pejzażu Grochowa skromna cicha robotnica Winnicy
                                                Pańskiej, pozostawiając swój trwały ślad.
                                                Jakże bez niej ubogi zrobił się Grochów – Jej Grochów!
                                                Pozdrawiam serdecznie wszystkich moich Fanów

                                                • andrzej_b2 Wspomnienie szkolne 20.09.05, 07:00
                                                  Na początku roku szkolnego przybyło do naszej IX klasy, kilkoro młodzieży z
                                                  arystokratycznych i starych szlacheckich rodów. Byli oni od nas trochę starsi,
                                                  z powodu powojennej gmatwaniny życiorysów ich rodzin. Należeli do nich: Adam
                                                  hr. Chrzanowski, Krystyna hr. Jezierska, Teresa hr. Radolińska, Andrzej
                                                  Chotomski i Alina Gawrońska. Dwoje pierwszych było z sobą spokrewnionych. Od
                                                  wieków bowiem majątki ich przodków na Podlasiu i Mazowszu z sobą sąsiadowały.
                                                  Krysia, herbu Nowina, miała w swym rodzie, biskupów, pedagogów, literatów i
                                                  lekarzy. Tworzyli swego rodzaju parę, siedzieli w jednej ławce i przebywali
                                                  często razem z sobą. Po wojnie Adam z rodzicami mieszkał w starym dworku przy
                                                  Grochowskiej w rejonie obec. ul. Wspólna Droga. Wg niego była to pamiątka po
                                                  prymasie Poniatowskim, o której ocalenie w pocz. lat 60—tych trwała batalia
                                                  prasowa, niestety bezskuteczna. Był przedstawicielem rozgałęzionego
                                                  ziemiańskiego rodu wywodzącego się z Podlasia, który wydał wielu zasłużonych
                                                  ludzi: wojskowych, obrońców ojczyzny i działaczy państwowych. Drugą taką
                                                  nierozłączną parę stanowili: Andrzej Chotomski i Alina Gawrońska. Andrzej,
                                                  potomek właścicieli ziemskich gdzieś spod Gniezna, ona z rodu ziemian,
                                                  wojskowych, i duchownych. On, trochę marzyciel, wysoki, wiotki jak trzcina,
                                                  miał charakterystyczne miękkie („kocie”) ruchy i przerysowane gesty. Lubił
                                                  mówić o sztuce, poezji i w ogóle rzeczach pięknych.
                                                  Teresa Radolińska herbu Leszczyc, jej przodkowie byli właścicielami ordynacji w
                                                  Wielkopolsce. Posągowa piękność, o szlachetnym profilu głowy, pięknie
                                                  zarysowanych ustach, jak z posągów antycznych wysoko upiętych włosach. Wyniosła
                                                  i niedostępna, jakby rzeczywiście z wysokości kapitelu kolumny jońskiej
                                                  spoglądała na cały świat. Była obiektem westchnień wielu chłopców, w tym i
                                                  moich. Jeszcze dziś Tereniu, mógłbym Twój obraz namalować z pamięci.
                                                  Wszyscy ci ludzie wynieśli z domów nienaganne maniery i zachowanie, całą tą
                                                  atmosferą oddziaływując na naszą świadomość. Nie byli prymusami, jedynie Alina
                                                  doszła bez przeszkód do matury, a pozostali wykruszyli się gdzieś po drodze.
                                                  Po Adamie Chrzanowskim przez długi czas miałem pamiątkę. Jako, że od młodości
                                                  nosiłem okulary, postanowił kiedyś zrobić swego rodzaju żart i ofiarować mi w
                                                  prezencie pozłacane… binokle sprzęt, którym już wówczas nikt się nie
                                                  posługiwał. Długo leżały w domu, aż w końcu lat 80-tych zginęły podczas
                                                  włamania; złodzieje zapewne uznali je za złote.
                                                  Dziś nawet i ta pamiątka już mi ich nie przypomina. Tylko, gdy przejeżdżam koło
                                                  stacji benzynowej przy Wspólnej Drodze błąka się gdzieś odległe echo.:-)
                                                  Pozdrawiam
                                                  • andrzej_b2 Byłem sąsiadem ppłk. dypl. Stefana Jellenty. 23.09.05, 19:07
                                                    Ppłk. dypl. Stefan Jellenta, bo o nim będzie mowa, jest postacią zapomnianą i
                                                    niedocenianą przez społeczeństwo. Gdy po pobycie w oflagu przyjechał w 1945 r.
                                                    do Warszawy, okazało się, że jego przedwojenny dom jest kupą gruzu.
                                                    Wykorzystując więc swe przedwojenne kontakty, udało mu się zatrzymać na
                                                    Grochowie, a później osiedlić przy ul. Jarocińskiej 21. Zaprzyjaźnił się wtedy z
                                                    moim ojcem, z którym wspólnie wyżywali się w tak dziś niemodnej pracy
                                                    społecznej, jako radni naszej Dzielnicy. Ja zapamiętałem go jako starszego pana,
                                                    krępej budowy ciała, średniego wzrostu o kędzierzawej czuprynie lekko
                                                    przyprószonej siwizną o monotonnym brzmieniu głosu. Kim był przyszło mi
                                                    dowiedzieć się już znacznie później.
                                                    Urodził się w 1899 r. jako młodszy syn Cezarego Jellenty (Napoleona Hirszbanda),
                                                    krytyka literackiego, publicysty i poety. Na chrzcie otrzymał dwa imiona Stefan
                                                    – Orfan. Ojciec oszalały z radości po jego urodzeniu, poświęcił mu tomik wierszy
                                                    pt. Orfan (wyd. 1902). Po ojcu miał skłonności do pióra, lecz wybuch I wojny
                                                    światowej poplątał mu życiorys, jak wielu młodym ludziom. Wychowany w środowisku
                                                    patriotycznym swe miejsce widzi w zbiorowym czynie zbrojnym narodu. Jako
                                                    15-latek wstępuje do legionów Józefa Piłsudskiego, gdzie służy w 4 pułku
                                                    piechoty. Po wojnie wraca do Warszawy i poświęca się karierze wojskowej. Bierze
                                                    udział w przewrocie majowym, opowiadając się po stronie konstytucyjnej władzy. Z
                                                    tego względu nie jest pupilem obozu sanacyjnego, ale udaje mu się skończyć
                                                    akademię sztabu głównego w stopniu kpt. dyplomowanego. Karierę wojskową przerywa
                                                    mu II wojna światowa. Już w jako świeżo upieczony major bierze udział w wojnie
                                                    obronnej 1939 r., a po klęsce trafia do niewoli niemieckiej. Po wojnie poświęca
                                                    się całkowicie działalności publicystycznej i pisarskiej (np. „Kilka wspomnień o
                                                    gen. S. Roweckim”). Pisuje artykuły w prestiżowym tygodniku „Stolica”. Jest
                                                    tłumaczem książek z jęz. niemieckiego (np. „Krach nad Wołgą” Joachima Windera).
                                                    W końcu lat 60-tych Stefan Jellenta wyprowadził się z Grochowa. Był literatem,
                                                    który swą działalność w najpłodniejszym okresie twórczym związał z naszą Dzielnicą.
                                                    Pozdrawiam
                                                  • andrzej_b2 Smak lawy wulkanicznej 30.09.05, 19:02
                                                    W dzieciństwie byłem chłopcem chorowitym, kaszlącym i ciągle przeziębiającym
                                                    się. Znali mnie już chyba wszyscy grochowscy lekarze, a wśród nich zacny dr
                                                    Hipolit Lipko, mój lekarz rejonowy.
                                                    Wypijałem całe flaszki różnych mikstur, przez niego przepisywane i sporządzane w
                                                    aptekach mgr R. Żłobikowskiego (Grochowska 128) i mgr W Mironowicza (grochowska
                                                    98) – bez rezultatu. Zrezygnowana już moja Matka, za namową sąsiadek postanowiła
                                                    wypróbować na mnie metody homeopatyczne leczenia. Zawiozła mnie kiedyś w tym
                                                    celu na ul. Ogrodową, na wizytę do znanego wówczas specjalisty takich metod o
                                                    nazwisku dr Miasopust (chyba Czech z pochodzenia). W gabinecie lekarz wysłuchał
                                                    narzekań Matki na moje słabe zdrowie, spojrzał mi w oczy, obejrzał ręce i nogi,
                                                    po czym nawet bez rozbierania mnie „do rosołu”, wydał diagnozę. Na koniec
                                                    zawyrokował, że leczenie będzie trwało około roku i będzie dość kłopotliwe.
                                                    Wypisał receptę, polecając jej realizację w jedynej wówczas w Warszawie aptece
                                                    homeopatycznej przy ul. Miłej. Po kilku dniach oczekiwania odebraliśmy paczkę z
                                                    zawartością różnych buteleczek opisanych po łacinie i torbę 2-kg jakiegoś
                                                    dziwnego, szarego proszku z etykietką „Hecla lava”. Należało to wszystko łykać w
                                                    odpowiednich dawkach 2x dziennie. Przyzwyczajony byłem do zażywania różnych
                                                    mikstur i specyfików, ale spożywanie proszku o konsystencji i barwie cementu
                                                    było dla mnie dziwne. Ufny jednak wierze Matki w skuteczność terapii, stosowałem
                                                    się pilnie do zaleceń. Po roku okazało się jednak, że wynik leczenia był dość
                                                    mizerny. Nie wiem do dziś, czy cała metoda, czy tylko najważniejszy specyfik był
                                                    nieodpowiedni, czy też inne były przyczyny fiaska. Mimo to, Matka zawsze
                                                    wierzyła w kropelki homeopatyczne „apis”, mające chronić przed przeziębieniem,
                                                    które zawsze w domu dyżurowały.
                                                    Po pewnym czasie, dopiero na lekcjach geografii, dowiedziałem się o istnieniu w
                                                    Islandii wulkanu Hekla i wtedy nastąpiło skojarzenie: tak, byłem konsumentem
                                                    lawy wulkanicznej i do dziś czuję w ustach jej smak.
                                                    Pozdrawiam
                                                  • andrzej_b2 Wychowała mnie ulica 04.10.05, 22:13
                                                    Krysi dedykuję

                                                    Cóż to za ulica, ta moja Jarocińska pierwszych powojennych lat? Była nią tylko z
                                                    nazwy i na planie Grochowa, w rzeczywistości pełen wykrotów pas ubitej ziemi,
                                                    prowadzący do bazaru między szpalerem domów. Coś na kształt skrzyżowania
                                                    wiejskiej drogi z gigantycznym podwórkiem. W najbliższej okolicy tylko Kawcza i
                                                    Sulejkowska były wybrukowane kamieniem polnym, przypominając o miejskiej
                                                    przynależności Dzielnicy. Jedynie ślady kolein na ulicach wskazywały, że tu
                                                    odbywa się czasem jakiś ruch kołowy.
                                                    Na mojej ulicy spokojnie spacerowały koty, grzebały w ziemi kury sąsiadów, w tym
                                                    jedna moja o imieniu „Starucha”, która wszystko rozumiała, co się do niej
                                                    mówiło. Po wiecznie nie wysychających kałużach brodziły kaczki, a przed
                                                    wieczornym powrotem na nocleg do swej komórki, dopasały się jeszcze kozy z
                                                    naprzeciwka. Już od rana cały ten teren brały we władanie dzieci, gdzie było ich
                                                    miejsce spotkań i zabaw. Tu rodziły się pierwsze sympatie i przyjaźnie. Chłopcy
                                                    w sprzymierzonych grupach toczyli między sobą bitwy na kije, grali w „zośkę”,
                                                    cymbergaja a jesienią w kasztany. Dziewczynki preferowały zabawy stacjonarne. W
                                                    ciepłe dni rozkładały koce na miejscach porosłych trawą i tu przynosiły jakieś
                                                    lalki gałganiane z plastikowymi twarzami, bawiąc się nimi w dom, sklep lub w
                                                    doktora. Z takiego obrotu spraw były zadowolone matki, bo miały bezpośredni
                                                    kontakt ze swymi pociechami bez opuszczania mieszkań. Nie potrzebne były żadne
                                                    telefony komórkowe, żeby przywołać swego niesfornego urwisa, a wystarczyło
                                                    wyartykułować przez okno jego imię.
                                                    Monotonię tej sielanki zakłócał tylko czasem głos wędrującego blacharza:
                                                    „garnki, garnki lutuję”, węglarzy: „ęgiel, ęgiel” (nie „węgiel”) lub dźwięk
                                                    charakterystycznego sygnału, wygrywanego młotkiem na żelaznej sztabce. To
                                                    noszący na plecach swój warsztat szlifierz zachęcał gospodynie do ostrzenia
                                                    noży, nożyczek i tasaków. Najciekawsza dla nas dzieci była jednak dostawa węgla,
                                                    gdyż z zasady transakcje nie obywały się bez konfliktów między dostawcami a
                                                    odbiorcami. Węglarze, ten specyficzny klan ludzi, przywozili swój czarny towar
                                                    wysokimi platformami, ciągnionymi zwykle przez parę ciężkich koni i póki nie
                                                    dochodziło do ważenia węgla, nic nie wróżyło burzy. Oszustwo na wadze to był
                                                    główny sposób ich kanciarskiego zarobku. Nie będę opisywał wszystkich metod, ale
                                                    jedną z nich było przyciskanie przez wagowego stopą platformy wagi, na której
                                                    stał kosz z węglem. Wszystkim lokatorom znane były te sposoby, więc całe rodziny
                                                    pilnowały węglarzy, a i to dochodziło do kłótni. Minęły lata i takie obrazki
                                                    znikły z pejzażu Grochowa, dziś tylko drzemią w mojej pamięci, budząc tęsknotę
                                                    za światem dziecięcej beztroski.:-)

                                                  • andrzej_b2 Miało być kilka odcinków... 06.10.05, 21:00
                                                    Miało być kilka odcinków tych moich opowiastek, ale dzięki zachęcie Czytelników,
                                                    nie wiadomo kiedy mamy 67 spotkanie. Odpiszcie proszę, czy jeszcze kogoś
                                                    interesuje ta moja pisanina, a może już czas ją zakończyć?
                                                    Pozdrawiam:-)
                                                  • Gość: dorocia Re: Miało być kilka odcinków... IP: 83.238.103.* 07.10.05, 08:56
                                                    Jak najbardziej proszę pisać dalej. Z wielką przyjemnością poznaję wcześniejszą
                                                    historię Grochowa. Co prawda urodziłam się gdzie indziej, ale mieszkam tu od
                                                    1968. Niektóre fakty pamiętam, ale wiele jest dla mnie nowością. Myślę, że Pana
                                                    wspomnienia mogłyby się ukazywać w jakiejś lokalnej gazetce - na pewno
                                                    znalazłoby się więcej czytelników.
                                                    Pozdrawiam i życzę "lekkiego pióra"
                                                  • andrzej_b2 Re: Miało być kilka odcinków... 07.10.05, 12:32
                                                    > Ale chciałam też dodać, że wysłałam maila na priva w sprawie pomocy przy
                                                    > zbieraniu dokumentacji do jednej z grochowskich kamienic. Wątek z tą
                                                    > informacją (dla andrzeja_b2) został wyciety (ale nie ma go na oślej ławce).
                                                    > Czy coś jest nie tak?

                                                    Jak widać cenzura czuwa, ale wszystko jest ok. Dziś jeszcze odpiszę :-)
                                                  • andrzej_b2 Egipskie ciemności 08.10.05, 19:33
                                                    Czy ktoś z dzisiejszych moich grochowskich Rodaków wyobraża sobie mieszkanie bez
                                                    światła, dom w którym nie można uruchomić choćby radia, czy pralki?
                                                    Kamienica przy ul. Jarocińskiej, w której takie warunki panowały, wyłania mi się
                                                    z dziecinnych wspomnień pierwszych powojennych lat. Nie ona zresztą jedyna, ale
                                                    wiele innych domów na bocznych ulicach Grochowa było pozbawionych światła. Gdy
                                                    zapadał zmrok, drogę do domu wśród egipskich ciemności rozświetlały tylko
                                                    migotliwe ogniki w ludzkich oknach. Aby więc wykonać jakąkolwiek czynność
                                                    domową, konieczna była lampa naftowa lub karbidowa. Tej pierwszej nie będę
                                                    opisywał, gdyż jeszcze na wsiach nie należy do absolutnej rzadkości, ale tzw.
                                                    „karbidówek” nikt już chyba dziś nie zobaczy w użyciu. Dawały one światło białe,
                                                    bardziej pożądane w warunkach wieczornego czy nocnego mroku, niż światło żółte
                                                    wytwarzane przez lampę naftową. Urządzenie składało się z dwóch komór: dolnej
                                                    przeznaczonej na zasobnik karbidu i górnej – zbiornika wody. Intensywność
                                                    światła regulowana była ilością wody spadającą kroplami na kawałki karbidu.
                                                    Wydzielający się podczas reakcji chemicznej acetylen często wydobywał się na
                                                    zewnątrz lampy przez nieszczelności lub jako niedopalony, wydostawał się przez
                                                    wylot. Wprawdzie były to śladowe ilości, ale wyczuwalne powonieniem, a przy tym
                                                    niebezpieczne dla zdrowia. Dodatkowe zagrożenie stwarzało tworzące się
                                                    połączenie powietrza z acetylenem pod postacią tzw. mieszaniny piorunującej, a
                                                    nieosłonięty płomień w każdej chwili stwarzał niebezpieczeństwo pożarowe.
                                                    Sytuacje takie nie należały do rzadkości.
                                                    Mając w podświadomości obrazy płonącej Warszawy pamiętam, że nie mogłem zasnąć
                                                    przy otwartym ogniu lampy karbidowej. Zdawało mi się, że w każdej chwili morze
                                                    płomienia ogarnie i pochłonie cały nasz dom – takie sny budziły mnie po nocach.
                                                    Jakaż była radość, gdy w domu po raz pierwszy zabłysła żarówka elektryczna.
                                                    Dzięki temu obrazy złowrogich płomieni powoli zaczęły się oddalać i zamieniać w
                                                    kolorowe pejzaże.:-)
                                                    Pozdrawiam
                                                    Ps. Dziękuję Wszystkim za ostatnie posty.
                                                  • Gość: transparent Re: Miało być kilka odcinków... IP: 218.14.88.* 11.10.05, 06:35
                                                    Oczywiscie, prosze pisac, I to jak najwiecej…. Ciesze sie, ze naleze do
                                                    licznego grona wiernych czytelnikow.
                                                    Panie Andrzeju, przy okazji polecam Panskiej pamieci I uwadze niewyjasnione
                                                    (jak dotad) pochodzenie smoka zamieszkalego na rogu kamienicy przy
                                                    Zamienieckiej 65. Przepraszam, ze zdaje sie w tym zadaniu na Pana, ale nie moge
                                                    osobiscie przeprowadzic sledztwa, a proweniecja smoka po prostu nie daje mi
                                                    spokoju. Prywatnie snuje sobie rozne hipotezy skad sie wzial, tak odmienny od
                                                    nastrojow grochowskich, ale to tylko zgadywanki, zadnych dowodow. W imieniu
                                                    swoim I smoka z gory dziekuje za Panskie zyczliwe zainteresowanie.
                                                    Z podrowieniami
                                                  • andrzej_b2 Tajemniczy prezydent 14.10.05, 20:43
                                                    W pierwszych powojennych latach mieszkałem (jak wiecie) na Grochowie przy ul.
                                                    Jarocińskiej w wieloizbowej kamienicy. Sąsiadem moim był inż. Emil Świda i p.
                                                    Julia Świdowa, jego małżonka lub siostra. To o nich właśnie chciałem opowiedzieć.
                                                    Państwo Świdowie mieszkali w najgorszych warunkach jakie były w tej kamienicy.
                                                    Zajmowali małą, jednoizbową suterenę bez wygód, w której panowała ciągła wilgoć,
                                                    przesiąkająca z pobliskiego szamba, a z okna tuż nad ziemią można było oglądać
                                                    tylko obuwie przechodniów. Główny lokator był starszym emerytem, inwalidą z
                                                    trudem poruszającym się o kulach. Pani Świdowa była szczupłą, starszą panią,
                                                    zawsze w binoklach na nosie. Stosunki p. Świdy z sąsiadami charakteryzowała
                                                    pełna kurtuazja ale i pewien dystans. Wszyscy tytułowali go >Panem Inżynierem<,
                                                    a sąsiadki przyprowadzały do niego swe pociechy, którym pomagał rozwiązywać
                                                    zadania z matematyki. Nie brał za to żadnych honorariów, choć widać było, że
                                                    bieda częstym była gościem w domu. Miał zwyczaj, że dwa razy w roku, wiosną i
                                                    jesienią p. Świdowa sprowadzała dorożkę, którą p. Świda wybierał się bez żadnej
                                                    asysty na zwiedzanie Warszawy. Uchodziło to w tamtym środowisku robotniczym za
                                                    dziwactwo, przyjmowane jednak z pobłażliwością. Krążyła o nim plotka podwórzowa,
                                                    że to przedwojenny wiceprezydent Warszawy, ale nikt nie miał śmiałości zapytać.
                                                    Wtedy jako dziecko nie byłem sprawą zupełnie zainteresowany, ale w wieku
                                                    dorosłym niespodziewanie do mnie wróciła. Pewnego razu, studiując jakieś dawne
                                                    dokumenty, natknąłem się na pewne informacje (dziś już nie pamiętam szczegółów),
                                                    na podstawie których uświadomiłem sobie moje sąsiedztwo z domniemanym
                                                    prezydentem. Chciałem to wówczas sprawdzić, ale sprawa okazała się trudna,
                                                    bowiem mój bohater dawno już nie żył, a postać taka nie figurowała w żadnych
                                                    słownikach biograficznych. Pokonując różne trudności, na własną rękę spróbowałem
                                                    rozwikłać zagadkę. W konsystorzu ewangelicko-reformowanym wydawało mi się, że
                                                    już znalazłem trop. Dowiedziałem się, że żył inż. chemik Emil Świda herbu Grabie
                                                    Odmienione – członek tutejszego zboru. Urodził się 2 stycznia 1868 r. w Maćkowie
                                                    (Ziemi Mińskiej). Z tytułem inżyniera ukończył Wydział Chemiczny Instytutu
                                                    Technologicznego w Petersburgu i około r. 1900 przybył do Warszawy. Tu założył
                                                    pierwszą w Królestwie Polskim fabrykę sztucznego lodu. W latach 1915 - 1922 był
                                                    dyrektorem gazowni miejskiej w Warszawie, równocześnie współudziałowcem Drukarni
                                                    Technicznej przy ul. Czackiego 3/5. W 1918 r. wszedł do władz miejskich, a w
                                                    1929 r. został wiceprezydentem Warszawy. Jako kawaler mieszkał z siostrami Anną
                                                    i Julią. Był długoletnim (od 1922) prezesem kolegium zboru warszawskiego
                                                    Kościoła Ewangelicko-Reformowanego a następnie, w latach 1933-1936 prezesem
                                                    konsystorza. Na kilka lat przed wojną wyjechał z Warszawy do swego majątku
                                                    Kolnica i tam, 1 listopada 1939 r., został aresztowany przez Rosjan. Tu jednak
                                                    spotkała mnie niespodzianka. Z akt wynikało, że na początku listopada 1939 r. E.
                                                    Świda zmarł w szpitalu więziennym w Białymstoku.
                                                    Zawód mojego sąsiada zgadzałby się całkowicie, wiek mniej więcej także, imię p.
                                                    Świdowej, jako siostry również, ale informacja o śmierci w pierwszym roku
                                                    okupacji już mnie zaskoczyła. Po latach szukałem obojga swych sąsiadów nawet
                                                    na...cmentarzu ewangelicko-reformowanym, ale na grobowcu rodzinnym Świdów, Emil
                                                    nie jest wymieniony, natomiast Julia Świda (1880-1957) i owszem. Czyżby do
                                                    oficjalnych danych w konsystorzu wkradła się jakaś tragiczna pomyłka, czy też
                                                    mój sąsiad, inż. Emil Świda to tylko mistyfikacja? I to cała jest zagadka, która
                                                    nie daje mi do dziś spokoju.
                                                    Pozdrawiam
                                                    Tajemniczy prezydent
                                                    W pierwszych powojennych latach mieszkałem na Grochowie przy ul. Jarocińskiej w
                                                    wieloizbowej kamienicy. Sąsiadem moim był inż. Emil Świda i p. Julia Świdowa,
                                                    jego małżonka lub siostra. To o nich właśnie chciałem opowiedzieć.
                                                    Państwo Świdowie mieszkali w najgorszych warunkach jakie były w tej kamienicy.
                                                    Zajmowali małą, jednoizbową suterenę bez wygód, w której panowała ciągła wilgoć,
                                                    przesiąkająca z pobliskiego szamba, a z okna tuż nad ziemią można było oglądać
                                                    tylko obuwie przechodniów. Główny lokator był starszym emerytem, inwalidą z
                                                    trudem poruszającym się o kulach. Pani Świdowa była szczupłą, starszą panią,
                                                    zawsze w binoklach na nosie. Stosunki p. Świdy z sąsiadami charakteryzowała
                                                    pełna kurtuazja ale i pewien dystans. Wszyscy tytułowali go >Panem Inżynierem<,
                                                    a sąsiadki przyprowadzały do niego swe pociechy, którym pomagał rozwiązywać
                                                    zadania z matematyki. Nie brał za to żadnych honorariów, choć widać było, że
                                                    bieda częstym była gościem w domu. Miał zwyczaj, że dwa razy w roku, wiosną i
                                                    jesienią p. Świdowa sprowadzała dorożkę, którą p. Świda wybierał się bez żadnej
                                                    asysty na zwiedzanie Warszawy. Uchodziło to w tamtym środowisku robotniczym za
                                                    dziwactwo, przyjmowane jednak z pobłażliwością. Krążyła o nim plotka podwórzowa,
                                                    że to przedwojenny wiceprezydent Warszawy, ale nikt nie miał śmiałości zapytać.
                                                    Wtedy jako dziecko nie byłem sprawą zupełnie zainteresowany, ale w wieku
                                                    dorosłym niespodziewanie do mnie wróciła. Pewnego razu, studiując jakieś dawne
                                                    dokumenty, natknąłem się na pewne informacje (dziś już nie pamiętam szczegółów),
                                                    na podstawie których uświadomiłem sobie moje sąsiedztwo z domniemanym
                                                    prezydentem. Chciałem to wówczas sprawdzić, ale sprawa okazała się trudna,
                                                    bowiem mój bohater dawno już nie żył, a postać taka nie figurowała w żadnych
                                                    słownikach biograficznych. Pokonując różne trudności, na własną rękę spróbowałem
                                                    rozwikłać zagadkę. W konsystorzu ewangelicko-reformowanym wydawało mi się, że
                                                    już znalazłem trop. Dowiedziałem się, że żył inż. chemik Emil Świda herbu Grabie
                                                    Odmienione – członek tutejszego zboru. Urodził się 2 stycznia 1868 r. w Maćkowie
                                                    (Ziemi Mińskiej). Z tytułem inżyniera ukończył Wydział Chemiczny Instytutu
                                                    Technologicznego w Petersburgu i około r. 1900 przybył do Warszawy. Tu założył
                                                    pierwszą w Królestwie Polskim fabrykę sztucznego lodu. W latach 1915 - 1922 był
                                                    dyrektorem gazowni miejskiej w Warszawie, równocześnie współudziałowcem Drukarni
                                                    Technicznej przy ul. Czackiego 3/5. W 1918 r. wszedł do władz miejskich, a w
                                                    1929 r. został wiceprezydentem Warszawy. Jako kawaler mieszkał z siostrami Anną
                                                    i Julią. Był długoletnim (od 1922) prezesem kolegium zboru warszawskiego
                                                    Kościoła Ewangelicko-Reformowanego a następnie, w latach 1933-1936 prezesem
                                                    konsystorza. Na kilka lat przed wojną wyjechał z Warszawy do swego majątku
                                                    Kolnica i tam, 1 listopada 1939 r., został aresztowany przez Rosjan. Tu jednak
                                                    spotkała mnie niespodzianka. Z akt wynikało, że na początku listopada 1939 r. E.
                                                    Świda zmarł w szpitalu więziennym w Białymstoku.
                                                    Zawód mojego sąsiada zgadzałby się całkowicie, wiek mniej więcej także, imię p.
                                                    Świdowej, jako siostry również, ale informacja o śmierci w pierwszym roku
                                                    okupacji już mnie zaskoczyła. Po latach szukałem obojga swych sąsiadów nawet
                                                    na...cmentarzu ewangelicko-reformowanym, ale na grobowcu rodzinnym Świdów, Emil
                                                    nie jest wymieniony, natomiast Julia Świda (1880-1957) i owszem. Czyżby do
                                                    oficjalnych danych w konsystorzu wkradła się jakaś tragiczna pomyłka, czy też
                                                    mój sąsiad, inż. Emil Świda to tylko mistyfikacja? I to cała jest zagadka, która
                                                    nie daje mi do dziś spokoju.
                                                    Pozdrawiam:-)
                                                  • andrzej_b2 ...i stała się światłość 17.10.05, 19:23
                                                    > A jak oświetlona była sama Jarocińska i jej "sąsiadki" - Mniszewska,
                                                    > Pustelnicka, Kawcza, Pilawska?

                                                    Dwie tylko ulice: Kawcza i Zamieniecka, jako jedyne w okolicy bazaru, po
                                                    nieparzystej stronie Grochowskiej, miały bruki z kamienia polnego. Jednak w
                                                    dziedzinie oświetlenia ta pierwsza wiodła prymat w całej dzielnicy. Prawie
                                                    jestem pewien, że w tym samym czasie, gdy dokonano jej regulacji, tj. tuż przed
                                                    wojną, ustawiono i latarnie >pastorały<, które stoją z resztą do dziś. Tu może
                                                    być ciekawostką pewien sposób konserwacji opraw świetlnych osadzonych na
                                                    szczytach >pastorałów<. Otóż, każdy słup metalowy miał u swej podstawy, na
                                                    wysokości ok. 1 m. od ziemi, mechanizm kołowrotowy ukryty pod specjalnym denkiem
                                                    zamykanym na klucz. Monter z elektrowni, okresowo objeżdżał na rowerze ul.
                                                    Kawczą i po otwarciu denka, używając specjalnej korbki, opuszczał na sam dół
                                                    oprawę żarówki. Tu ew. dokręcał żarówkę, lub wymieniał na nową, po czym
                                                    podciągał z powrotem na szczyt słupa oprawę i zamykał denko kluczem.
                                                    Poza Kawczą pozostałe ulice dopiero na przełomie lat 40/50-tych zaczęto
                                                    elektryfikować. Jak tylko sięgam pamięcią Mniszewska, była ulicą tylko z nazwy.
                                                    W istocie miała charakter wiejskiej drogi, biegnącej między stodołami, oborami i
                                                    jakimiś cuchnącymi chlewami. Jarocińska, Pustelnicka i Pilawska za czasów mojego
                                                    dzieciństwa miały już charakter trochę bardziej miejski. Wzdłuż nich stały
                                                    przeważnie kamienice czynszowe. Tu już nie było żadnych obór, stodół czy
                                                    chlewów, no może z wyjątkiem kurników i gołębników w podwórkach. Na wszystkich
                                                    bocznych ulicach pod koniec lat 40-tych elektrownia zaczęła zakładać lampy
                                                    żarowe. Były one mocowane na wysięgnikach do drewnianych słupów energetycznych.
                                                    Dla nas dzieci, fascynujący był widok wdrapujących się na słupy instalatorów,
                                                    którzy dokonywali ich montażu. Robili to przy pomocy tajemniczego dla nas
                                                    wówczas sprzętu tzw. >słupołazów<. Pamiętam dokładnie, że zakładali wtedy do
                                                    opraw świetlnych żarówki o ogromnej mocy 500 W. Po raz pierwszy widzieliśmy tak
                                                    duże kształty żarówek, w porównaniu z używanymi w domach 40- i 60-watowymi.
                                                    Jaka była radość, gdy wieczorem można było bawić się w kręgu świecących latarń,
                                                    choć intensywność oświetlenia ulic była daleka od tej, jaką mamy dziś.
                                                    Pozdrawiam
                                                    Ps. Dziękuję za poddanie tematu. Taka aktywna postawa Kolegów pozwala mi wyjść
                                                    naprzeciw oczekiwaniom. Proszę uprzejmie Wszystkich o dalsze pytania. Piszcie,
                                                    co Was interesuje?; chętnie odpiszę.

                                                  • andrzej_b2 St. Okrzeja patronem 21.10.05, 13:04
                                                    > A pamięta Pan jak Darlowska miała za patrona Stefana Okrzeję??

                                                    Nie pamiętam, żeby ul. Darłowska nosiła nazwę Okrzei, ale jeśli tak twierdzisz,
                                                    to masz ku temu podstawy. Prawdopodobnie zmiana nastąpiła w latach 50-tych, gdy
                                                    imię Stefana Okrzei nadano na Pradze ul. Brukowej. Ta ostatnia istotnie z
                                                    Okrzeją miała zasadniczy związek, w przeciwieństwie do peryferyjnej uliczki
                                                    Grochowa. Na Brukowej bowiem mieściły się zakłady >Wulkan<, w których nasz
                                                    bohater pracował.
                                                    Z niewiadomych względów nie jest on darzony specjalną estymą przez władze III
                                                    Rzeczypospolitej, a szkoda. Był on członkiem Organizacji Spiskowo-Bojowej PPS,
                                                    której zadaniem była m. in. likwidacja znienawidzonych przedstawicieli
                                                    carskiego reżymu. Ostatnia akcja, w której uczestniczył (26.03.1905), był
                                                    zamach na warszawskiego oberpolicmajstra K. Nolkena. Wskutek przebiegłości
                                                    Nelkena, bombę przeznaczoną dla niego, Okrzeja rzucił do kancelarii XII
                                                    komisariatu policji przy ul Wileńskiej 9. W wyniku eksplozji padło zabitych 3
                                                    policjantów a sam Okrzeja został ranny i ogłuszony. Ostrzeliwując się jeszcze,
                                                    śmiertelnie ranił atakującego go rewirowego, po czym został schwytany i
                                                    aresztowany. Sąd polowy skazał go na karę śmierci a wyrok został wykonany na
                                                    stokach Cytadeli.
                                                    Na b. budynku PPS przy ul Ogrodowej 39/41 jest umieszczona tablica poświęcona
                                                    Okrzei i innym członkom PPS Frakcji Rewolucyjnej. Dom i tablice warte są
                                                    obejrzenia.
                                                    Polecam i pozdrawiam


                                                  • andrzej_b2 Zapasy na zimę 23.10.05, 20:53
                                                    Mamy już jesień i mimo dobrego zaopatrzenia sklepów, wszystkie przezorne
                                                    gospodynie gromadzą tradycyjnie zapasy na zimę. Było tak od zawsze jak sięgam
                                                    pamięcią.
                                                    Grochów był pod tym względem w uprzywilejowanej sytuacji, jako że surowce na
                                                    marmolady konfitury i inne specjały kulinarne można było kupić świeże, wprost z
                                                    chłopskich furmanek. W tym celu przyjeżdżali do nas nawet ludzie z innych
                                                    dzielnic. Osobną sprawą było zaopatrywanie się w towary strategiczne (dziś tak
                                                    nazwalibyśmy), tj. w kartofle i węgiel. Tradycyjnie na zimę statystyczna rodzina
                                                    kupowała około półtora metra kartofli i około tony węgla. Tak się wtedy
                                                    określało ilości tych surowców, i gdyby ktoś stosował ściśle miary metryczne nie
                                                    byłby rozumiany. Tym zaopatrzeniem w mojej rodzinie zajmowała się już tradycyjne
                                                    moja babka. Wyłącznie ona potrafiła przegadać każdego dostawcę, wykłócić się o
                                                    cenę i jakość towaru. Wozy z worami kartofli zatrzymywały się na ulicach w
                                                    pobliżu kamienic i po usłyszeniu przeciągłego wołania „kartofle, kartofle”
                                                    należało tylko wyjść z domu, by dokonać ew. transakcji. Były dwa w poszanowaniu
                                                    gatunki kartofli: almy i amerykany. Nie należało jednak wierzyć zapewnieniom
                                                    chłopa, ale dokonać sprawdzenia Ważna była barwa na przekroju i próba klejenia
                                                    się przekrojonych połówek – próba zawartości skrobi). Bulwa po przecięciu
                                                    powinna była mieć kolor intensywnie biały lub lekko różowy, a po złączeniu i
                                                    obróceniu jedną połówką w dół nie mogła rozpaść się. Gdy doszło wreszcie do
                                                    ubicia ceny i dokonania zapłaty, wybrany worek chłop brał na plecy i zanosił do
                                                    piwnicy.
                                                    Z wyborem gatunku węgla było już trudniej. Bryły musiały charakteryzować się
                                                    średnią wielkością, na spodzie platformy transportowej nie powinno być miału, a
                                                    między zwałami surowca nie mogły znajdować się domieszki węglopodobnego
                                                    kamienia. Nie bez znaczenia był oczywiście sam gatunek węgla. Najbardziej
                                                    pożądany był antracyt, który miał metaliczny, czarny kolor, w którym światło
                                                    odbijało się złocistym odcieniem. Był on bardzo kaloryczny, a podczas palenia
                                                    dawał śladowe ilości popiołu. W ogóle piec węglowy to było wspaniałe urządzenie
                                                    w gospodarstwie prywatnym (domownicy już byli mniej zachwyceni).Tu można było
                                                    spalić praktycznie wszystko: oczywiście papier, odpadki po posiłkach a nawet
                                                    obierki tak, że na śmietnik wysypywano tyko popiół i to wyłącznie w sezonie
                                                    ciepłym, zimą bowiem odpad z paleniska był doskonałym materiałem antypoślizgowym
                                                    na nawierzchnie ulic.
                                                    Mając w piwnicy takie zapasy, można już było ze spokojem oczekiwać nadejścia
                                                    zimy.:-)
                                                    Pozdrawiam

                                                  • palker Re: St. Okrzeja patronem 24.10.05, 22:53
                                                    Tak w istocie było, jak piszecie.
                                                    Stefan Okrzeja jako patron grochowskiej ulicy pojawił sie równocześnie z
                                                    Józefem Zaliwskim i Piotrem Szembekiem w dniu 14 maja 1928 roku. Dopiero w 1950
                                                    roku postanowiono zrobic przetasownie nazw i Stefan Okrzeja został patronem
                                                    dawnej ulicy Brukowej. Nic nie ujmując bohaterowi, którego teraz zaliczono by
                                                    do terrorystów, nalezy wyrazić żal, ze przy okazji zatarto fragment tożsamości
                                                    Pragi i Skaryszewa.
                                                    A wracając do ulicy Brukowej. W latach 1775-1865 nazwę Brukowa lub Brukowana
                                                    nosiła ulica prowadząca od Targowej do mostu łyżwowego na Wiśle. Po jej
                                                    uregulowaniu i poszerzeniu nadano jej nazwę ulica Szeroka (obecnie
                                                    ks.Kłopotowskiego) a ulicą Brukową nazwano sąsiednią, równoległa do niej
                                                    uliczkę, która obecnie nosi nazwę Stefana Okrzei.
                                                    --
                                                    ostatni pocałunek lata w Całowaniu
                                                    zadyma
                                                    czas jesienny
                                                  • andrzej_b2 Krawcy i szewcy 29.10.05, 21:49
                                                    Jak głęboko sięgam pamięcią w powojenne lata, tak nie pamiętam na Grochowie
                                                    pojęcia >usługi dla ludności<. Każdy nosił garderobę, jaką miał lub jaką
                                                    otrzymał z darów >UNRRA<. W grę wchodziły tylko przeróbki lub naprawy. Punktem
                                                    ambicji każdej pani domu było uszycie dla siebie bluzki czy spódnicy, zaś pana
                                                    domu, naprawienie butów. Na ogół gospodynie miały w mieszkaniach podręczne
                                                    maszyny do szycia i nikt nie korzystał z usług krawców. Nim pojawiła się
                                                    fabryczna produkcja odzieży lub obuwia, ludzie byli zbyt biedni, by robić jakiś
                                                    zakup na >obstalunek< lub oddawać przedmiot rzemieślnikowi do przeróbki.
                                                    Dopiero, gdy trzeba było wykonać tzw. szycie ciężkie, na ogół trzeba było iść do
                                                    krawca, a dla stóp nietypowych zamówić buty u szewca. Zwolna odradzała się w ten
                                                    sposób grupa rzemieślników po pewnym okresie hibernacji, by jednak wkrótce ulec
                                                    konkurencji fabrycznej i scentralizowanym usługom. W najbliższej, mojej okolicy
                                                    znane były wszystkim co najmniej trzy adresy miejscowych krawców: pp. Natalii
                                                    Barańskiej (Tarnowiecka 38), Ewalda Pszczełkowskiego (Jarocińska 23) i Jana
                                                    Bakiery (Osiecka 68). Swą działalność prowadzili we własnych mieszkaniach,
                                                    przekształcając je w warsztaty pracy, gdy tylko była taka potrzeba. Wystarczył
                                                    wówczas oczywiście stół, który miał uniwersalne zastosowanie, a w ciągu dnia
                                                    mógł zmienić się w stanowisko pracy, no i maszyna do szycia. Podobnie było z
                                                    szewcami. Wszelkie naprawy butów prawie każdy wykonywał we własnym zakresie.
                                                    Wystarczyło mieć w domu tzw. kopyto, kawałek skóry lub gumy, aby wykroić zelówkę
                                                    albo obcas i gwoździe. Reszta dla każdego mężczyzny była sprawą prostą, a te
                                                    nieskomplikowane umiejętności przechodziły z ojca na syna. W końcu wiedzę tę
                                                    było łatwiej posiąść niż w latach późniejszych dokonać naprawy radioodbiornika
                                                    lub telewizora domowym sposobem. Do szewca chodziło się więc prawie wyłącznie,
                                                    aby obstalować buty lub kupić dość typowe, ale nie do zdarcia. Najbardziej
                                                    popularnym w okolicy był p. R. E. Raczek, który miał sklep przy Grochowskiej
                                                    106. Nie był to szewc byle jaki. Siedzibę swej firmy i skład główny miał przy
                                                    ul. Nowy Świat 1, i jeszcze jeden sklep przy Targowej 62. Zakup u niego butów,
                                                    poprzedzony mierzeniem, to był cały rytuał. Sam mistrz obsługiwał klienta. Po
                                                    zaproszeniu >proszę siadać< przynosił kilka pudeł butów i sam własnoręcznie
                                                    dobierał obuwie do stopy i to bez względu na wiek klienta. Musiało to się
                                                    wszystko opłacić, bowiem specjalizował się głównie w wytwórstwie obuwia
                                                    dziecięcego, ale nie tylko.
                                                    Dziś krawca czy szewca ze świecą trzeba szukać w okolicy lub...na naszym forum.
                                                    Kontynuatorami tamtych tradycji rękodzieła są tylko nieliczne warsztaty
                                                    rzemieślnicze, np. krawiecki p. W. Piecyka (autentyczne nazwisko, Wiech nie
                                                    wymyślił) przy Grochowskiej 91, i szewski (bez szyldu) przy Pustelnickiej 14.
                                                    Pozdrawiam:-)
                                                  • andrzej_b2 Tajemnicze znalezisko 04.11.05, 17:26
                                                    Jak wiedzą wszyscy moi Drodzy Czytelnicy, we wczesnym swym dzieciństwie
                                                    mieszkałem przy ul. Jarocińskiej. Dom, jak i cała okolica, nie był podłączony do
                                                    sieci miejskiej, po wodę należało chodzić do piwnicy. Była tam ręczna pompa, z
                                                    której wszyscy lokatorzy czerpali jakąś przeźroczystą ciecz do wiader. Zalecano
                                                    nawet, aby dla celów konsumpcyjnych długo ją gotować. Punktem ambicji władz
                                                    dzielnicy stało się więc jak najszybsze zaopatrzenie mieszkańców w wodę zdatną
                                                    do picia, bo ta ze studzien, była podejrzana. Wtedy jeszcze wodę miejską uważano
                                                    za high quality product. Do rodziny zamieszkałej na Żoliborzu jeździliśmy, by
                                                    rozkoszować się smakiem krystaliczno czystej...kranówki z miejskich wodociągów.
                                                    Pamiętam, że pozwalano mi nawet pić szklanką tę wodę wprost z kranu.
                                                    Jak wielka była radość mieszkańców na początku lat 50-tych, kiedy pewnego dnia
                                                    wreszcie ekipy MPWiK zaczęły rozkopywać ulicę, w celu położenia żelaznych rur. Z
                                                    całą ferajną takich jak ja brzdąców, nie mogliśmy się już doczekać, kiedy
                                                    wreszcie do naszych kamienic dotrą głębokie wykopy. Wszystko było nowe i
                                                    ciekawe. Całymi godzinami kręciliśmy się po placu budowy i przyglądali jak
                                                    robotnicy kopali rowy, zabezpieczali przed osunięciem ziemi drewnianymi
                                                    szalunkami, przy pomocy kołowrotów wyciągali urobek piasku na powierzchnię, no i
                                                    gwóźdź programu: spajali na gorąco rury ołowiem. Po ostygnięciu miejsca
                                                    łączenia, nadmiar wypełnienia był usuwany, a niewielkie ołowiane odpadki, ku
                                                    wielkiej radości dzieci, rozdawane im do zabawy. Ołów bowiem stał się bardzo
                                                    ważnym towarem wymiennym, dzięki któremu można było zdobyć względy starszych
                                                    chłopaków. Dla nich był on niezbędny do wykonywania >zosiek<, tj. zwitków wełny,
                                                    obciążanych krążkami ołowiu, służących do specjalnej gry zręcznościowej.
                                                    Wtedy to dokonałem ważnego odkrycia, które do dziś nie straciło na aktualności.
                                                    Otóż, w pięknym, białym piasku wydobywanym przez robotników, można było znaleźć
                                                    cenny towar wymienny: krzemienie i… muszelki. Już wtedy zainteresowało mnie,
                                                    skąd są tu muszelki i to takie same jak zbierane nad Wisłą? Od starszych
                                                    chłopaków dowiedziałem się wtedy, że tędy płynęła kiedyś Wisła i to ona
                                                    zostawiła takie pamiątki. Z niedowierzaniem przyjmowałem tę informację, bo
                                                    proszę spojrzeć na plan Grochowa, gdzie Jarocińska, a gdzie Wisła? Dopiero
                                                    później dowiedziałem się, że na przestrzeni wieków rzeka, wielokrotnie zmieniła
                                                    swe koryto i jak wynika z mojego odkrycia, sięgała kiedyś prawie ul.
                                                    Grochowskiej. Odsuwając się na zachód, utworzyła ongiś wyspę (kępę), zwaną
                                                    później Kawczą, wreszcie Saską Kępą, ale to już inny temat.
                                                    Pozdrawiam 
                                                  • andrzej_b2 Śmierć ulicy 11.11.05, 18:56
                                                    Ulica Żymirskiego (Międzyborska), jedna z najstarszych na terenie naszej
                                                    dzielnicy, przez stulecia funkcjonowała jako szlak komunikacyjny Gocławia z
                                                    Grochowem. Już w wieku XIV wszystkie wysoczyzny praskiego wybrzeża Wisły od
                                                    Tarchomina po Miedzeszyn były zasiedlone. W starych dokumentach wymieniane są
                                                    takie wsie jak np.: Grochów, Gocław, Kamion (Kamionek), Kawęczyn i Zerzeń.
                                                    Grochów należał wtedy do parafii Kamion, zaś Gocław do parafii Zerzeń.
                                                    Mieszkańcom Gocławia łatwiej było o integrację z Kamionem niż z Zerzeniem,
                                                    bowiem na prostej drodze w tym ostatnim przypadku stały odwieczne bagna i
                                                    torfowiska starorzecza Wisły, corocznie odnawiane przez wiosenne przybory.
                                                    Główną drogą komunikacyjną, od przeprawy mostowej na Wiśle wiodącą na wschód,
                                                    był odwieczny trakt siedlecki, w 1832 r. przedłużony do Brześcia i Lublina (ob.
                                                    ul. Grochowska). W tej sytuacji mieszkańcom Gocławia dogodniejszy i łatwiejszy
                                                    do przebycia był kierunek zachodni, do Kamiona, zarówno w sensie odległości jak
                                                    i potrzeb. Tu, >od zawsze< był kościół, od połowy XV w. szkoła (potem jeszcze
                                                    dwie) i sąsiadujące pola targowe na Pradze, a o krok przeprawa mostowa.
                                                    Najprostsza droga z Gocławia do taktu siedleckiego, a później do Kamiona wiodła
                                                    więc wokół łachy wiślanej i otaczających terenów bagiennych.
                                                    W latach 1883-86 cała Warszawa i otaczające ją tereny stały się
                                                    miastem-twierdzą. Na Pradze i Grochowie powstał system fortyfikacji wojskowych i
                                                    towarzysząca mu infrastuktura. W najbliższej okolicy Gocławia powstały fort XI
                                                    >Grochów< (tereny Zakładów >Rawar<) i fort XIa >Grochów II< (tereny Szpitala na
                                                    Szaserów). Z południa na północ Grochów przecięła droga forteczna, wybita polnym
                                                    kamieniem, która pokrywała się z ciągiem obecnym Grenadierów-Podskarbińska.
                                                    Wytyczona została w związku z koniecznością utrzymania komunikacji między fortem
                                                    XI a fortem XII >Utrata<, położonym w rejonie ul. Księżnej Anny. Ułatwiła ona i
                                                    częściowo przejęła komunikację z Gocławia. Przez tereny ob. Osiedla Kinowa,
                                                    między Grochowską a jez. gocławskim, poprowadzono wał forteczny.
                                                    Cały system fortyfikacji, aż do pierwszych lat niepodległości, paraliżował
                                                    rozwój dzielnicy. W 1913 r. przystąpiono do likwidacji urządzeń fortecznych, ale
                                                    wobec zmian sytuacji politycznej prace wielokrotnie przerywano a nawet pewne
                                                    obiekty odbudowywano. Definitywną rozbiórkę fortyfikacji Grochowa podjęto po r.
                                                    1920 a odzysk materiałów budowlanych wykorzystano przy budowie domów i dróg.
                                                    Gruz z fortu Grochów został użyty do wzmocnienia około 300 m odcinka wału
                                                    fortecznego, po którym poprowadzono końcowy odcinek traktu gocławskiego do ul.
                                                    Grochowskiej, z wylotem w rejonie Instytutu Weterynaryjnego.
                                                    Rok 1924 był przełomowy dla naszej dzielnicy. Powstała Wawerska Spółka Wodna,
                                                    która podjęła profesjonalną meliorację podmokłych terenów Gocławia, Kamionka i
                                                    Grochowa. Przeprowadzono parcelację gruntów, wielu ulicom nadano oficjalne
                                                    nazwy, wywodząc je od imion bohaterów Bitwy Grochowskiej, przy tym staremu
                                                    traktowi gocławskiemu nadano nazwę ul. Żymirskiego . W r. 1926 magistrat
                                                    Warszawy rozpoczął regulację tej ulicy. Wybrukowano ją kamieniem polnym i
                                                    przygotowano pod parcelację. To położyło kres sielskiemu obrazowi ulicy i stało
                                                    się zapowiedzią jej unicestwienia.
                                                    W latach 1937-39, w związku z planową zabudową nieparzystej strony ul.
                                                    Grochowskiej, między ul. Grenadierów a zakładami >Perun< , po raz wtóry
                                                    zmieniono końcowy bieg ul. Żymirskiego, łącząc na tym odcinku z ul. Grenadierów.
                                                    Dalszą zmianę przyniosło otwarcie w 1938 r. al. Waszyngtona, która odcięła ten
                                                    fragment ulicy, powodując jego powolną dezintegrację. Po raz kolejny i to
                                                    dwukrotnie, na pocz. lat 70-tych Trasa Łazienkowska przecięła ulicę w sposób
                                                    trwały i nieodwracalny. Był już ostatni etap kasaty ulicy w sensie spójnego
                                                    organizmu. Wcześniej, bo jeszcze na pocz. lat 50-tych, nastąpiła zmiana
                                                    mentalności jej mieszkańców, bowiem dyspozycyjni urzędnicy Pragi Płd. odcięli ją
                                                    od źródeł miejscowego nazewnictwa i przemianowali na ul. Międzyborską.
                                                    Ironią losu stało się, że ul. Żymirskiego, jedna z najstarszych i jedna z
                                                    pierwszych uregulowanych, została dla nas unicestwiona w sensie fizycznym i
                                                    mentalnym.
                                                    Pozdrawiam
                                                  • e-mka Międzyborska 21 - Dom Kotów 13.11.05, 14:10
                                                    Od ponad 2 lat obserwuję powolne znikanie tego domu. Najpierw był to tylko
                                                    pustostan. Zamieszkany przez koty. Odwiedzany przez bezdomnych w celach
                                                    libacyjnych. Potem zaczęły pękać ściany. Zresztą, może pękały już wcześniej.
                                                    Tylko nie widziałam. Do domu od lat wdzierała się wilgoć, gryzonie, chwasty.
                                                    Potem nagle zamurowano dziury po oknach. Powieszono żółte tabliczki
                                                    ostrzegawcze. Ale dom dalej sobie pękał, zapadał się w sobie. Koty to
                                                    ignorowały. Podparto dom drewnianymi belkami. Zaczął grozić zawaleniem. Pod
                                                    koniec października br. spłonął dach. Swąd dymu wisiał w powietrzu przez kilka
                                                    dni. Teraz dom straszy kikutami osmalonych belek stropowych. Mimowolnie całkiem
                                                    staje się symbolem odchodzącej przeszłości Międzyborskiej. Tylko dwa stare
                                                    świerki nic sobie nie robią z tego powolnego znikania. Pilnują starego domu.
                                                    Jak na ironię – po obu stronach stoją nowoczesne bloki. Wzrusza mnie ten widok.
                                                    Będę pamiętać stary dom z Międzyborskiej 21, kiedy już zniknie do końca.
                                                    (PS. wyszukiwarka internetowa, poproszona o informacje nt. Międzyborskiej 21,
                                                    wypluwa wiadomość „nieruchomość planowana do zbycia w 2005, działka
                                                    zabudowana” ...)
                                                  • andrzej_b2 Domy Kotów 13.11.05, 18:27
                                                    Tak, to smutne, że w atmosferę Grochowa wpisuje się coraz więcej ruder, które
                                                    jeszcze do niedawna miały duszę. Pełne blichtru, pyszniące się styropianowymi
                                                    ścianami budynki, otacza coraz więcej domów, w których mieszkają już tylko koty.
                                                    A przecież ich mieszkańcami byli pionierzy Grochowa-miasta, ludzie którzy jak my
                                                    dziś, mieli swe radości i smutki, tu rodziły się im nowe pokolenia. Starzy
                                                    mieszkańcy naszej dzielnicy odchodzą a z nimi nie spisana historia. Dziś już
                                                    może nawet nikt nie wie jak się nazywali, co w życiu dobrego robili i co po
                                                    sobie zostawili. Każdy z nas >forumowiczów< zapewne mógłby wskazać wokół swego
                                                    miejsca zamieszkania takie pamiątki odchodzącego Grochowa. Może warto byłoby
                                                    spisać ich historię dla potomnych, może i nam ktoś taką samą miarką odpłaci?
                                                    Co o tym myślicie?
                                                    Pozdrawiam

                                                  • Gość: Andrzej Re: ...i stała się światłość IP: *.tktelekom.pl 29.10.07, 00:49
                                                    Witam

                                                    Ogromnie mnie interesują mechanizmy tu opisane, cytuję:
                                                    "okresowo objeżdżał na rowerze ul.
                                                    > Kawczą i po otwarciu denka, używając specjalnej korbki, opuszczał
                                                    na sam dół
                                                    > oprawę żarówki. Tu ew. dokręcał żarówkę, lub wymieniał na nową, po
                                                    czym
                                                    > podciągał z powrotem na szczyt słupa oprawę i zamykał denko
                                                    kluczem.
                                                    "
                                                    Ponieważ nie udało mi się założyć hasła, bardzo proszę Pana
                                                    andrzej_b2 o maila do mnie w tej sprawie.
                                                    TE mechanizmy to były tzw. windki korbowe, wiem o nich bardzo dużo,
                                                    ale wciąż za mało.
                                                    Proszę o kontakt na maila: hammonnd@wp.pl

                                                    Dziękuję i pozdrawiam!!!
                                                    Andrzej z Warszawy
                          • andrzej_b2 Nadwiślanka to nie wąskotorówka 14.11.05, 10:57
                            > A czy przypadkiem kolej nadwiślańska nie była wąskotorówką, niezależną od
                            > zelektryfikowanej i trwającej do dzisiaj linii do Otwocka?

                            Przykro mi, ale nie. Były to dwa różne typy środków transportu. Kolej
                            Nadwiślańska (szerokotorowa) powstała w 1877 r. i łączyła Mławę z Kowlem, przez
                            Warszawę, Otwock, Dęblin, Puławy i Lublin. Trasa PKP, którą kursują dziś
                            pociągi EKD i dalekobieżne wiedzie dawnym szlakiem Drogi Żelaznej
                            Nadwiślańskiej. Więcej o tej kolei w:
                            arturgarbacz.webpark.pl/historia.htm
                            W 1900 otwarto kolej wąskotorową Jabłonna – Warszawa – Wawer ze stacją pod
                            Mostem Kierbedzia. Do Wawra jechała ona ulicami: Zamoyskiego, Grochowską i
                            Płowiecką W 1914 r linię przedłużono do Otwocka. Likwidacji uległa w 1952 r. ,
                            ale jeszcze przez około 10 lat kolejka kursowała na trasie Otwock – Karczew. Na
                            temat kolejek wąskotorowych w:
                            www.kolej.pl/tory/varia/znalezione/koleje_wask.html
                            Pozdrawiam :-)
                              • andrzej_b2 Nieprzydatne kwalifikacje 18.11.05, 16:42
                                Pętla tramwajowa na Gocławku w pamięci chyba już wszystkich Grochowian jest w
                                tym samym miejscu od zawsze. W latach mojego dzieciństwa zawracały na niej
                                tramwaje linii: 3, 6 i 24 a także i inne, ale różne w różnych okresach czasu.
                                Wtedy to większość wagonów tramwajowych miała jeszcze otwarte pomosty a tych,
                                które były wyposażone w drzwi, po prostu nie zamykano. Miejsce dla motorniczego
                                nie było tak wygodne jak obecnie, wydzielone i wyposażone w fotel, różne
                                sygnalizatory, urządzenia wspomagające bezpieczeństwo jazdy i in. Załoga zestawu
                                dwuwagonowego składała się z motorniczego i dwóch konduktorów, po jednym na
                                każdy wóz. Motorniczy z zasady stał całą drogę na pomoście, później regulamin
                                już dopuszczał siedzenie na czymś w rodzaju siodełka rowerowego, wspartego dla
                                równowagi na trzech nogach. Motorniczowie nie mieli lusterka wstecznego, by
                                przed odjazdem z przystanku stwierdzić stan bezpieczeństwa wysiadających i
                                wsiadających pasażerów. Konduktorzy z początku też nie mieli miejsc siedzących,
                                gdyż obowiązkiem ich było dotarcie do każdego pasażera, by zainkasować opłatę za
                                przejazd, sprawdzić posiadanie biletu miesięcznego i ocenić gotowość tramwaju do
                                odjazdu. Ruszenie całego składu z przystanku następowało wg następującej zasady:
                                najpierw konduktor drugiego wagonu dawał znak dzwonkiem konduktorowi pierwszego
                                wagonu o gotowości odjazdu a on, wg własnej oceny sytuacji, pociągał za linkę,
                                by w ten sam sposób powiadomić motorniczego.
                                Gdy wsiadło się do tramwaju w okolicy pl. Szembeka, wagony na ogół były już tak
                                przepełnione, że trzeba było wciskać się do wewnątrz. Im bliżej centrum, tym
                                było gorzej. Pasażer szczęśliwy był, gdy mógł stanąć choćby jedną nogą na
                                stopniu, a jazda z drugiej strony wagonu lub na końcowym zderzaku, czyli tzw.
                                >cycku< nie należała do rzadkości. W tym przypadku dodatkowym profitem była
                                możliwość przejazdu na gapę.
                                W tej sytuacji posiadanie pewnej sprawności fizycznej podczas korzystania z
                                przejazdu tramwajem warszawskim było wręcz konieczne. Im wcześniej taką wiedzę
                                się opanowało, tym lepiej. Dla podrostków i nastolatków płci męskiej Grochowa,
                                poligon doświadczalny stanowiła pętla tramwajowa na Gocławku. Tu, pod okiem
                                starszych kolegów, odbywały się >lekcje< wskakiwania i wyskakiwania z jadących
                                wagonów. Ze względów bezpieczeństwa najlepiej nadawał się do tego łuk, po którym
                                tramwaj na pętli dokonywał nawrotu, stosunkowo jeszcze jego niewielka prędkość,
                                no i oczywiście ostatni pomost drugiego wagonu. W tych warunkach, siła
                                odśrodkowa sprawiała, że ryzyko błędu czy niesprawności >ucznia< były
                                redukowane, co najwyżej do upadku na pobocze torowiska i ogólnego potłuczenia
                                ciała. Mistrzami dla nas młodszych byli Andrzej Bakiera i Andrzej Pszczełkowski
                                (Pozdrawiam Was Chłopaki, gdziekolwiek jesteście). Oni potrafili wsiadać i
                                wysiadać z wagonów w największym pędzie, a przy podjeździe do przystanku z
                                nonszalancją wyskakiwać tyłem do kierunku jazdy. Dla nie wtajemniczonych dodam,
                                że siłę pędu wagonu, którą posiadał wyskakujący delikwent, musiał znanym tylko
                                sobie sposobem zrównoważyć siłą o przeciwnym kierunku, co nawet przy drobnej
                                pomyłce groziło upadkiem. W tej sytuacji wyskok tyłem zawierał dodatkowy
                                stopień brawury. Jak niebezpieczne były to wyczyny mam dowody w postaci
                                przykładu innego kolegi, Andrzeja P., któremu w okolicy ul. Podolskiej, przy
                                niefortunnym wyskoku, koła tramwaju obcięły nogę. Chodził później
                                nieszczęśliwiec na drewnianej nodze. O wypadkach takich i podobnych donosiła
                                codzienna prasa jeszcze do polowy lat 60-tych, gdy wreszcie wprowadzono wagony z
                                zamykanymi drzwiami i możliwością obserwacji drzwi wejściowych przez motorniczego.
                                Wszelkie apele do pasażerów o nie wskakiwanie i nie wyskakiwanie z tramwajów w
                                biegu, pozostające dotąd pustym echem, stały się nieaktualne. Na szczęście
                                nieprzydatne zdały się też nabyte wcześniej kwalifikacje.
                                Pozdrawiam :-)
                                • andrzej_b2 Mogiła domniemanych bohaterów 25.11.05, 11:01
                                  Dziś Olszynka Grochowska kojarzy się każdemu mieszkańcowi naszej dzielnicy z
                                  niewielkim laskiem za linią kolejową do Lublina i Chełma, poprzecinanym torami
                                  manewrowymi pobliskiej wagonowni. A przecież jeszcze ok. 150 lat temu, między
                                  ob. pl. Szembeka, historycznym Gocławkiem a Kawęczynem były tereny bagienne
                                  porośnięte olszyną. Trudno dzisiejszy wygląd tych okolic nałożyć na tamten
                                  obraz grzęzawisk i szuwarów, możliwych do przebycia wyłącznie porą zimową.
                                  Trudno nawet porównać ów szumiący las olszowy z szumem szalonej dziś ul.
                                  Grochowskiej.
                                  Cały ten teren był widownią sławnej bitwy pod Olszynką Grochowską, a lasek
                                  olszowy stanowił środek wielkiego półkola bagien, tworząc naturalny klucz całej
                                  pozycji, która od wschodu flankowała drogę do Warszawy. Lasek ów odgrywał
                                  ponadto rolę jej czoła, podczas gdy prawe skrzydło było osłonięte bagnami
                                  Gocławia i Saskiej Kępy. W tej sytuacji, idąca na stolicę rosyjska armia I.
                                  Dybicza mogła osiągnąć swój cel jedynie przez dwie bramy, tj.: Szosę Brzeską i
                                  tzw. Stary Trakt, wiodący ze Stanisławowa i Okuniewa.
                                  Stary Trakt łączył się ukosem z Szosą Brzeską w okolicach ob. ul. Podolskiej, a
                                  kształtu jego można się jeszcze dziś doszukać w przebiegu ob. ulic Styrskiej i
                                  Pabianickiej. O znaczeniu historycznych dróg i traktów świadczyć mogą liczne
                                  karczmy i krzyże przydrożne przy nich usytuowane. U styku Starego Traktu z
                                  Szosą Brzeską stała kluczowa karczma grochowska. Mieszkańcy tych okolic,
                                  pamiętający jeszcze wczesne czasy powojenne wiedzą, że w tym miejscu
                                  funkcjonowała knajpa, na której śladzie powstał w ostatnich latach
                                  wielopiętrowy dom, chyba największy >pekin< miedzy pl. Szembeka a Gocławkiem.
                                  Druga karczma, o nazwie Wygoda, stała za torami kolejowymi, przy zjeździe z
                                  wiaduktu al. Marsa w kierunku Rembertowa. Trzecią w najbliższej okolicy była
                                  karczma wawerska, ob. zwana Zajazdem Napoleońskim. Wszystkie one występują w
                                  relacjach świadków i uczestników bitwy pod Grochowem.
                                  W czasie bitwy grochowskiej 1831 r. rejon styku Starego Traktu z Szosą Brzeską,
                                  włączając w to tereny karczmy grochowskiej i ob. parku Wierzbickiego, były
                                  ważną pozycją obronną Wojska Polskiego. Tu przebiegała linia tzw. okopów
                                  Skrzyneckiego, na których miejscu do dziś stoi krzyż pamiątkowy (Grochowska
                                  82). Krwawe walki w tym rejonie toczyły się 24 lutego, gdy teren obsadzały trzy
                                  bataliony 2 dywizji piechoty WP. Zaciekła obrona odcinka zakończyła się
                                  odparciem ataku rosyjskiego, co spowodowało wycofanie się Starym Traktem
                                  rozbitych oddziałów do miejsca dowodzenia Dybicza na Dębowej Górze
                                  (Marsa/Żołnierska). W trakcie bezładnego odwrotu, bataliony wroga utopiły w
                                  sąsiadujących bagnach kilka armat i utraciły wielu żołnierzy. Po bitwie, w
                                  pobliżu Starego Traktu Rosjanie pochowali swych zabitych i usypali wzgórek. W
                                  czasach zaborów wokół tej mogiły powstała wypaczona legenda, jakoby miała być
                                  zbiorowym grobem żołnierzy polskich, a miejscowa ludność wzgórek otaczała
                                  czcią, jak mogiłę bohaterów. Gdy terror carski już trochę zelżał, w 1912 r.
                                  ówczesny właściciel Grochowa II, niejaki Zaleski, obsadził miejsce żywopłotem i
                                  zaczął stawiać tu krzyż. Prace przerwała interwencja żandarmów, grożąc
                                  inicjatorowi zesłaniem na Sybir. Dopiero na pocz. lat lat 20-tych sprawę
                                  definitywnie wyjaśnił płk. Br. Gembarzewski, historyk wojskowości, dyr. Muzeum
                                  Wojska Polskiego, stwierdzając wówczas autorytatywnie, że to mogiła żołnierzy
                                  rosyjskich. Miejsce jednak do dziś jest zaznaczone charakterystycznym układem
                                  chodników u zbiegu ul. Liwieckiej i Styrskiej, pozostając poza sferą
                                  zainteresowania budowniczych.
                                  Pozdrawiam :-)
                      • Gość: groch Re: Pożegnanie lata, czyli moja arkadia IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 16.01.06, 11:43
                        A czy pamieta Pan wiosne na tych lakach?
                        Jak sie pieknie zolcily kaczence?
                        A niezapominajki Pan pamieta?
                        Szkoda, ze juz nie ma tych łąk.
                        I lotniska sportowego, kolorowych czasz spadochronow i warkotu tych samolotow,
                        na ktore, nie wiem dlaczego, mowilismy kukuruzniki.
                        Ile razy przejezdzam przez osiedla na Goclawiu, zaluje, ze takie obrzydliwe
                        bloki postawili na takim pelnym uroku miejscu.
                        Bardzo dziekuje za Panskie opisy i wspomnienia.
                        Milo wrocic do czasow beztroskiej mlodosci.
                        Gdy ogladam plan przedwojennej W-wy, z projekowanymi ulicami, alejami i
                        obwodnicami na Grochowie, to uwazam, ze powojenni bonzowie miasta oszpecili
                        nasza dzielnice. Szkoda.Pozdrawiam.
    • Gość: lk Może zmienić nazwę? IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 02.12.05, 12:58
      Czy Waszym zdaniem zmiana nazwy ul. Międzyborskiej na Żymirskiego jest realna?
      To, że część mieszkańców będzie protestować, jest chyba niemal pewne, ale chyba
      ważniejsze od przyzwyczajenia i kwestii finansowych (tabliczki, dokumenty itp.)
      jest przywrócenie jakiejś elementarnej historycznej ciągłości tego miejsca.
      • Gość: Staś Re: Może zmienić nazwę? IP: *.aster.pl 02.12.05, 15:13
        Mieszkałem na Żymirskiego, potem zmieniono mi na Międzyborską, ale to było pół
        wieku temu. Gdybym miał teraz zmieniać wszystkie dokumenty, tabliczkę na domu
        (tę na rogu to już miasto by załatwiło), to mi się po prostu nie chce. Przecież
        to jest przynajmniej pół roku łażenia po urzędach w całym mieście, wystawania w
        ogonkach, a i parę złotych trzeba by wydać bo nie wszystkich obchodzi
        administracyjna zmiana nazwy ulicy. A poza tym ulica Żymirskiego istnieje -
        trochę nie tam gdzie dawniej, ale jednak.
        pozdrawiam S.
        • andrzej_b2 Re: Może zmienić nazwę? 02.12.05, 15:34
          Pod wpływem protestów Grochowian, na pocz. lat 70-tych władze dzielnicy nadały
          jednej z małych ulic na Gocławiu imię gen. Fr. Żymirskiego, bohatera spod
          Olszynki Grochowskiej. No cóż dobre i to. W tej chwili należałoby już zmienić
          nazwy obydwu ulicom. Obserwując dość obojętny stosunek na pamiątki historycznych
          wśród dużej liczby moich grochowskich Rodaków, przypuszczam, że pomysł
          przywrócenia ulicy pierwotnej nazwy napotkałby na protesty. Może jednak
          przeprowadzić wśród mieszkańców tych ulic jakąś sondę?

          • andrzej_b2 Forteczna ścieżka 02.12.05, 16:53
            Jeszcze na pocz. XIX w., cały Grochów był miejscowością letniskową Warszawy.
            Zamożni jej mieszkańcy posiadali tu liczne dworki, odpowiedniki dzisiejszych
            daczy. Tu był np. pałacyk księcia prymasa Poniatowskiego, sławna oberża
            Lipińskiego, w której można było napić się dobrej kawy wiejskiej i zjeść
            wyśmienite pulardy. U zbiegu ob. Zamienieckiej z Traktem Brzeskim (ob.
            Grochowską) stał drewniany dwór, oddzielony od szosy sporym ogrodem. Występuje
            on w pamiętnikach uczestników i świadków Bitwy pod Olszynką Grochowka (np. S.
            Barzykowski, N. Kicka).
            Cały ten sielankowy obraz znikł w ciągu kilku krwawych dni lutowych 1831 r.
            Wspomniany dworek, bez dachu, drzwi i okien, na wpół spalony, był kwaterą główną
            sztabu Chłopickiego podczas Bitwy pod Olszynką Grochowską. Nie było w nim
            salonu, w którym Maria na fortepianie grała Warszawiankę, ani Starego Wiarusa,
            jak tego chciał Wyspiański. Dworek Osterloffów przy ob. Grochowskiej/Kwatery
            Głównej, powstał już po 1831 r.
            Po upadku Powstania Listopadowego rozwój Grochowa i okolic na wiele
            dziesięcioleci był zahamowany. Tereny Grochowa, Kamionka, Kawęczyna i Wawra w
            latach 1882-88 były objęte systemem fortyfikacji, zbudowanych przez Rosjan w
            ramach planu budowy >Fortecy Warszawa<. Cały obszar między fortami był objęty
            ścisłym zakazem zabudowy i stanowił teren tzw. esplanady
            Niewielu naszych Rodaków wie, że obecna ul. Zamieniecka to dawna ścieżka polna
            łącząca Fort Grochów z Traktem Brzeskim. Wydeptali ją okoliczni mieszkańcy,
            którzy w cieniu Fortu znajdowali jakieś źródła zarobku. U zbiegu ścieżki,
            później drogi polnej, stanęło kilka marnych, drewnianych domków, w których
            zaczęli zatrzymywać się dostawcy towarów dla fortu Grochów, chętnie też zbywali
            je miejscowym pośrednikom, dając mimo woli początek tradycji handlowej tego
            rejonu Grochowa.
            Wraz ze zmianą rosyjskiej doktryny wojennej, na pocz. XX w. przystąpiono do
            likwidacji wszystkich umocnień fortecznych otaczających Warszawę szczelnym
            pierścieniem. Jako jeden z ostatnich, bo dopiero w latach 30-tych XX w.,
            zburzono Fort Grochów (okolice ob. Z-dów Rawar). Warto wiedzieć, że gruz z
            wysadzonych w powietrze zabudowań fortecznych posłużył na budowę fundamentów pod
            kościół na Pl. Szembeka i jako podkład budowanej al. Waszyngtona. Ceglany gruz
            miał kolor czerwony, więc przez wiele lat mieszkańcy Grochowa tę nową arterię
            nazywali potocznie >Czerwoną drogą<. Ale nim do tego doszło, jeszcze przed I
            wojną światową zaczęła się zabudowa zachodniej pierzei, a samej ulicy nadano
            oficjalną nazwę Dnieprowska. Na odległym jej początku, między ob. Łukowską, a
            Komorską powstało gospodarstwo rolne Stanasiuków (rodzina ich do dziś mieszka na
            Grochowie). Im bliżej Grochowskiej, tym bardziej ulica nabierała charakteru
            miejskiego. Odcinkami wybrukowano ją nawet kamieniem polnym. Zmiana nazwy ulicy
            z Dnieprowskiej nastąpiła na pocz. lat 20-tych, wówczas to nie wiadomo dlaczego
            nadano jej nazwę Zamienieckiej. W latach 30-tych pod nr 73, na rogu ul.
            Zamienieckiej/Gdeckiej małżeństwo niejakich Eiblów pobudowało 2-piętrową
            kamienicę. Maonka prowadziła znany na całą okolicę gabinet felczerski czy
            pielęgniarski. Pod nr 37 zamieszkał były woźny (portier) hotelu Brystolu lub
            Europejskiego, który za odprawę emerytalną założył obok małą knajpkę. Z nim
            wiąże się do dziś krążąca anegdota. Ponieważ spośród otoczenia wyróżniał się
            nienagannymi manierami i potrafił opowiadać różne interesujące historie ze
            świata wyższych sfer, sąsiedzi nazywali go >baronem<. Pozostał on w pamięci
            Grochowian do dziś w nazwie swej dawnej knajpy pod nr 35, dziś piwiarni.
            Pozdrawiam:-)

            • e-mka Re: Forteczna ścieżka 03.12.05, 10:16
              No i mamy wyjaśnienie genezy nazwy baru Baron, z którego przepędził mnie dym
              papierosowy. Bardzo się cieszę, że za nazwą kryje się tak urocza historyjka,
              a nie mafijne koligacje. Ciekawie byłoby poznać więcej szczegółów z dziejów
              przybytku : ) Czy ktoś bywał w Baronie? Albo słyszał, jak ktoś bywał? To jedna
              z najstarszych, działających knajp grochowskich. Po niedawnym zamknięciu
              Murzynka i Rondla - krajobraz pustoszeje...
              • Gość: stefan Re: Forteczna ścieżka IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 03.12.05, 10:38
                113 rozdział Pragi Kasprzyckiego poświęcony jest Zamienieckiej i sporo miejsca
                zajmuje w nim wzmianka o Baronie - także o tym odźwiernym, od którego nazwano
                bar. Sama knajpa to zadymiona spelunka z niezachęcającym do dłuższej wizyty
                towarzystwem. W sezonie na tyłach otwiera się za to spory ogródek.
                • e-mka Re: Forteczna ścieżka 03.12.05, 10:45
                  Zniechęcenia doznałam, na długo. Spróbuję ponownie, kiedy zakwitną jabłonie,
                  w ogródku : ) A przy okazji - Kasprzyckiego oczywiście trzymałam w rękach
                  nieraz, ale własnego egzemplarza t. III nie posiadam : ( W księgarniach
                  informują, że nakład wyczerpany. Jeśli ktoś ma odsprzedać lub wie, gdzie
                  mogłabym kupić - będę dozgonnie wdzięczna!
            • wartburg11 Re: Forteczna ścieżka 10.05.06, 14:06
              Witam,
              Czy ktoś pamięta, albo wie co znajdowało sie w miejscu obecnego kwartału ulic
              cukrownicza-rożnowska-ludwisarska-makowska. Obecnie wzdłuż ulicy ludwisarkiej
              buduje sie osiedle mieszkaniowe, a przy cukierniczej stoi kilka parterowych
              domków w tym osiedle cygańskie. Otóż głównie interesuje mnie owa osada cyganów -
              są to 4, czy 5 podobnych domków. Przy okazji przeglądania ksiąg wieczystych tego
              rejonu (zamierzam zamieszkać w tej okolicy w przyszłośći, stąd sprawdzałem)
              zauważyłem ze domki te są tam określone mianem bodajże "czworaki dawnego dworu
              grochów" czy coś takiego. Czy rzeczywiście był tam kiedyś jakiś dwór/dworek, czy
              są to najzwyklejsze zabudowania powojenne?
              Pozdrawiam,
              Łukasz
              • wartburg11 Re: Forteczna ścieżka 10.05.06, 14:12
                Przepraszam od razu, że to pytanie zadaje tak akurat "od czapki" na tym akurat
                wątku, ale jest ich tyle, a jeszcze nie wszystkie przeczytałem, więc mam
                nadzieje, że zostanie zauważone tu gdzie jest:)
                Pozdrawiam,
          • Gość: lk Re: Może zmienić nazwę? IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 03.12.05, 12:16
            Mam pomysł utworzenia stowarzyszenia, np. "Żymirskigo", którego celem byłoby:
            a). działania przekonujące mieszkańców ul. Międzyborskiej (konserwatywnych w
            zlym znaczeniu) do poparcia zmiany nazwy ulicy na Żymirskiego (obecną
            Żymirskiego można zamienić na Międzyborską) poprzez plakaty, ulotki
            informacyjne, spotkania itp., czyli do zmiany, przywracającej Grochowowi jakiś
            element ciągłości i szacunku wobec naszej historii.
            b). działania zmierzające do akceptacji zmiany przez Radę Dzielnicy a później
            Radę Miasta (jeśli coś pomyliłem - przepraszam; upraszczając, żeby odpowiednie
            wladze zmieniły nazwę(y).
            Co wy na to?
              • andrzej_b2 Najstarszy zabytek Grochowa – Część I 09.12.05, 19:03
                Miłe początki lecz...żałosny koniec

                Dworek Osterloffów przy ul. Grochowskiej 64/66 (d. nr 159/163), bo o nim będzie
                tu mowa, jest obecnie najstarszym zabytkiem na Grochowie. Cala opowieść zostanie
                wyemitowana w trzech częściach.
                Budowla, która stoi obecnie powstała prawdopodobnie na ruinach pałacu
                zbudowanego w latach 1774-79 dla prymasa Michała Poniatowskiego. Po nagłej
                śmierci księcia prymasa (1794) pałac i jego otoczenie przeszło na własność
                Stanisława Poniatowskiego, podskarbiego wielkiego litewskiego, bratanka króla. W
                tym czasie Grochów był jeszcze wsią letniskową, do której warszawiacy przybywali
                na świąteczne wywczasy i taki też charakter miał pałac. Po śmierci księcia
                podskarbiego (1833) budynek zmienił właściciela. Wraz z otaczającymi terenami
                Grochowa kupił go w stanie bliskim ruiny Karol August Osterloff (1799-1866),
                przemysłowiec i obywatel ziemski. Był on emigrantem szwedzkim, założycielem
                polskiej linii Osterloffów. To on w latach 1835-40 odbudował, czy też zbudował
                od podstaw, zniszczony pałac prymasa. W sąsiedztwie, częściowo w linii ob. ul.
                Kwatery Głównej, założył browar, gorzelnię i wytwórnię win szampańskich. W 1854
                r. powiększył swój stan posiadania, dokupując sąsiednią wieś Gocławek, w której
                założył wytwórnię octu. Szybko zasymilował się na gruncie Grochowa, m.in. przez
                małżeństwo z Karoliną z Mietków. Dowodem pełnej integracji z miejscową
                społecznością mogą być późniejsze dokumenty śledcze carskiej policji, z których
                wynika, że w 1864 r. został aresztowany za utrzymywanie kontaktów z powstańcami.
                Ukarany wysoką grzywną, został zwolniony za poręczeniem.
                Po śmierci Karola Augusta dworek przeszedł w ręce jego syna Fryderyka Krystiana
                (1822-1888) – entomologa (amatora), który w latach 50-tych XIX w, po odbyciu
                praktyk zagranicznych, zamieszkał w majątku rodzinnym w Grochowie – Dworze.
                Położony za miastem dworek Osterloffów, stał się przez wiele lat punktem
                wypadowym dla prawie wszystkich wycieczek entomologicznych, w których brali
                udział uczeni tej miary co Władysław Taczanowski – ornitolog, Antoni Waga –
                entomolog i Benedykt Dybowski – późniejszy badacz Bajkału. On to jako student
                uniwersytetu dorpackiego wspominał później owe rozweselające produkty
                grochowskie, pisząc: >wszystek szampan w Dorpacie przedawany drogo burszom pod
                szumnymi nazwami, pochodził z fabryki Osterloffa pod Warszawą<. W dworku
                grochowskim bywał także Władysław Emanuel książę Lubomirski – przyrodnik, który
                prowadził próby aklimatyzacji roślin południowoamerykańskich i syberyjskich,
                nasadzając tu owe rośliny. Osterloff jako gospodarz udzielał swym gościom
                bezpłatnych noclegów, wyżywienia i zapewniał środki transportu. Sam interesował
                się głównie chrząszczami, których opisy umieszczał w kolejnych tomach
                >Pamiętnika Fizjograficznego<. Ferdynand Krystian nie odziedziczył po ojcu
                zainteresowań przemysłowca, co powodowało postępującą degradację majątku.
                Stopniowo wyzbywał się odziedziczonej po ojcu własności, choć jeszcze przez
                pewien czas wraz z Waldemarem (1858-1925) – pedagogiem, swym młodszym bratem z
                trzeciego (!) małżeństwa ojca, mieli udziały w produkcji win szampańskich, octu,
                piwa i wódek grochowskich. Dzielili je do spółki z siostra bliźniaczą Natalią
                (1858-1925), nauczycielką jęz. francuskiego i niemieckiego. W 1878 r. rada
                rodzinna zadecydowała o sprzedaży resztek majątku. Browar np. przeszedł w ręce
                Władysława Dycka, a tuż przed I wojną światową w ręce małż. Stanisława i Heleny
                Nowaczyńskich.
                cdn.
                Pozdrawiam :-)


                        • Gość: stefan Re: Najstarszy zabytek Grochowa ? Część I IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 09.12.05, 23:51
                          Troszke mnie wqrwiasz, towarzyszu Pola. Nie degustuję myśl narodową, nie byłem
                          nigdy w nadwislańskiej dyskotece. Zabrało mi faktycznie zbyt dużo czasu, żeby
                          zorientować się, że twoja sympatia dla klubu mniejszości estetycznej wynika z
                          twoich potrzeb estetycznych. A wynikło to po prostu z faktu, iż cudze potrzeby
                          estetyczne nie wzbudzają we mnie niechęci estetycznych. Natomiast tam gdy
                          wzniecasz dyskusje i pojawiają się kontrlekutorzy z sensownymi kontrargumentami
                          po prostu pietrasz. Może masz taka estetyczną potrzebę.
                          • andrzej_b2 Re: Najstarszy zabytek Grochowa ? Część I 10.12.05, 14:25
                            Napisał stefan:
                            >...wspomnę o tym, że z wspomnieniem wytwórni "win szampańskich" w tamtych
                            okolicach >była fabryczka oranżady - czynna jeszcze w latach 70-tych. Do dziś
                            stoi jej budyneczek - nie
                            >pomnę nazwy ulicy, ale pewnie bywalcy przypomną.

                            Brawo Stefanie, masz dobrą pamięć. Podsunąłeś mi myśl, że moglibyśmy wspólnie
                            poszukać miejsc lokalizacji innych fabryk Osterloffów. Przecież od tego ta część
                            Grochowa nosiła nazwę >Grochów Fabryczny<.
                            Budynek, o którym mówi Stefan stoi do dziś przy ul. Podolskiej 26, u zbiegu z
                            Szaserów. Za tzw. >moich czasów< była w nim wytwórnia wód gazowych niejakiego p.
                            Niszcza. Potem do spółki dołączył jeszcze wspólnik, którego nazwisko wypadło mi
                            z pamięci. Wytwarzano tam kolorowe oranżady i wodę sodową nabijaną do szklanych
                            syfonów (pamiętacie?). Syfony zaś, po 6 szt. były pakowane w drewniane skrzynie,
                            każda z długim uchwytem do przenoszenia. >Wodę Niszcza< znała cała Praga Płd. a
                            może i inne dzielnice?. Niewiele osób wtedy wiedziało, że pijąc ją nawiązywali
                            do miejsca i tradycji wina szampańskiego z wytwórni Osterloffa w Grochowie
                            Fabrycznym.

                            Zapewne już mało kto wie, że browar Osterloffa był na przedłużeniu ul.
                            Podolskiej, po drugiej stronie Grochowskiej, tu mniej więcej, gdzie dziś stoją
                            warsztaty >Skody< firmy SINCLAN. Dobrze to jest widoczne na planie okolic z
                            końca XIX w. Wtedy ten obiekt nosił oficjalną nazwę >Browar Parowy „Royal” w
                            Grochowie<, którego właścicielem był już wówczas Władysław Dyck; nalepkę z tego
                            napoju przedstawia J. Kasprzycki w III tomie Korzeni miasta (s. 287). Wytwarzano
                            tu piwo bawarskie, ale skąd taka nazwa, czyżby nawiązanie do specjalnych walorów
                            smakowych, a może do korzeni rodzinnych właściciela? Może koneserzy tego napoju
                            zechcą coś podpowiedzieć?

                            W ten sposób poznaliśmy lokalizację dwóch fabryk: wytwórni wina szampańskiego i
                            browaru, ale gdzie mogły być wytwórnie wódek i octu winnego? Ówczesne słownictwo
                            różniło się trochę od naszego, więc nie wiadomo, czy w pierwszym przypadku
                            chodziło o gorzelnię, czy tylko o rozlewnię wódek? A co z octem?
                            Pozdrawiam :-)
                            Ps. Blagam, nie klóćcie się
                • Gość: KaWa Re: małe uzupełnienie IP: 213.17.172.* 12.12.05, 11:33
                  Nie jest wcale pewne, że poprzednik dzisiejszego dworku Osteroffów został wybudowany dla
                  Michała Poniatowskiego. Według Jana Bergera ("Dzieje Grochowa do 1916 roku") prymas
                  Poniatowski stawszy się właścicielem dworu, "rozszerzył znajdujący się przy nim ogród i urządził
                  w nim letnią rezydencję", co wsakazywałoby na jakiegoś wczesniejszego uzytkownika.
                  Zanim w 1835 roku dobra grochowskie objeła w posiadanie rodzina Osterloffów, przechodziły -
                  wraz z dworem - z rąk do rak kilkakrotnie, będąc własnością m.in Stanisława Odrowąża-
                  Pieniążka, Rozalii Lenickiej i Dawida Tarasiewicza.

                  Włascicielami Grochowa byłi kolejno: Stanisław August- król, Stanisław, jego bratanek, a dopiero
                  później, po parcelacji majątku, ks. prymas, któremu przypadła w udziale osma jego część... A
                  więc, kto komu przekazał majątek?

                  Pozdrawiam Autora arcyciekawego wątku :-)

                    • andrzej_b2 Najstarszy zabytek Grochowa – Część II 13.12.05, 07:08
                      Jak po równi pochyłej

                      Od 1878 r. zabytek grochowski przechodził wielokrotnie z rąk do rąk; został
                      sprzedany kolejno: bliżej nieznanemu Henrykowi Chmielewskiemu, potem Antoniemu
                      Wysockiemu a następnie Stanisławowi Sebastianowi księciu Lubomirskiemu.
                      Wreszcie w I dekadzie XX w. podupadły budynek wraz z otaczającym go 85
                      hektarowym terenem kupiło Towarzystwo Akcyjne Fabryki Machin i Odlewów K.
                      Rudzki i S-ka, reprezentujące jedną z największych fabryk metalowych w
                      Kr