Dodaj do ulubionych

Krytykowanie Anglików

09.10.05, 01:34
Cytuję Steph13 z innego wątku:

Odbiegajac od twojej wypowiedzi, (podkreslam); przyznaje, ze czesto denerwuja
mnie krytyki nowoprzyjezdnych, typu: Anglicy sa leniwi, zle wyksztalceni, nic
nie wiedza, zle nas traktuja, my im dopiero pokazemy jak prowadzic business,
jak mieszkac, co jesc, jak sie ubierac; Angielki sa grubei brzydkie; w
sklepach
sam rubbish i katastofalna obsluga; sluzba zdrowia beznadziejna, szkolnictwo
do
piet polskiemu nie dorasta. Tyle nasuwa sie na mysl bez wiekszego research na
roznych watkach forum. Drazni mnie to, bo w koncu wszyscy (lacznie ze mna)
jestesmy tutaj dobrowolnie, z jakiegos powodu wolimy zyc tutaj i 'biting the
hand that feeds me' nie zaliczam do madrych policies. Oczywiscie, sa rozne
mankamenty, jest to zywy kraj nie idyllic utopia, ale nie potepiajmy nowego
aby
sentymentalnie upiekszyc stare.

--------------------------------------------------------------

Masz rację, to nie jest dobra postawa. I jak już pisałam wielokrotnie, dzięki
takim wypowiedziom jak twoja (i wieloma innymi), zaczynam się zastanawiać,
nabieram dystansu, zresztą po ponad roku mieszkania tu mam zupełnie inny
stosunek do wielu spraw.
Ale zauważ, że często na forum wpadamy po to by się wygadać, czy wyżalić. I
nie kontrolujemy emocji, często uogólniamy, pewnie niesprawiedliwie...

I tego chyba się nie da uniknąć. Np. teraz mija już CZWARTY weekend kiedy nie
mam ciepłej wody (co przy trójce dzieci nie jest naprawdę miłe). I jestem
wściekła na wszystkich Angoli (tak, tak, dzisiaj są dla mnie Angolami, może
do jutra mi minie), mam wrażenie, że nie potrafią rozwiązać najprostrzych
rzeczy, jak załatwienie intallation engineer da założenia mi tego pieca
(który już czeka od tygodnia) i ... nie chcę się już dalej nakręcać, bo nóż
mi się w kieszeni otwiera i zastanawiam się, czy Anglia to kraj cywilizowany.
I jestem na nich (tak, na wszystkich bez wyjątku) wściekła i nie interesuje
mnie, czy jestem politically correct, że uogólniam itp. Poza tym, to że się
wkurzam na takie czy inne rzeczy, nie znaczy, iż uważam, że w Polsce
przebiegałoby to lepiej. Drażnią mnie bezmyślni i bezradni urzędnicy zarówno
tu jak i tam.

Niestety, każdy ocenia przez pryzmat swoich doświadczeń i stąd się biorą
stereotypy. Wiem, że trzeba z nimi walczyć, ale dzisiaj mi się nie chce.
Idę spać. Może mi się przyśni wanna pełna gorącej wody z pianką o zapachu
mandarynkowym.

A w poniedziałek, znowu zadzwonię do Instaltion Department i usłyszę:
- You are on a priority list.
- Oh, really? What number do I have? (Because I've been on this list for ten
days already)
- It doesn't work THAT way. We are doing our best, bla, bla, bla, bla ........

A teraz sobie możecie na mnie pokrzyczeć. Poczytam to dopiero w poniedziałek.

--
Don't guess.
--
Always look on the brigh side of life.
Edytor zaawansowany
  • princessjobaggy 09.10.05, 01:50
    effata napisała:

    > Cytuję Steph13 z innego wątku:
    > 'biting the hand that feeds me' nie zaliczam do madrych policies. Oczywiscie,
    sa rozne mankamenty, jest to zywy kraj nie idyllic utopia, ale nie potepiajmy
    nowego aby sentymentalnie upiekszyc stare.

    Effata, mnie sie rowniez wydaje, ze jest roznica miedzy zwyklym narzekaniem
    opartym na nieprzyjemnych doswiadczeniach a 'biting the hand that feeds me'.

    Jesli cos mi sie nie podoba, moge sie wyzalic na forum, ale nie oznacza to, ze
    moja postawa wobec calej Anglii od razu staje sie negatywna.

    Mam nie tylko niemile doswiadczenia zwiazane z Anglia, a wlasciwie wiekszosc z
    nich jest pozytywna. Moze powinnismy troche wiecej o tej dobrej stronie pisac?
  • aniek133 09.10.05, 02:18
    Nie, naprawde... musze to napisac :)
    Wyobrazcie sobie, ze od pol roku staralam sie o prace wolontariusza (dodam, ze
    o okreslona prace). Nic nie moglam zalatwic. Az w koncu odeslano mnie do pani z
    urzedu miasta, ktora zajmuje sie "work experience" i obiecala mi, ze postara
    sie znalezc mi miejsce w ktorejs z bibliotek. Czekam, czekam... Minal miesiac ,
    poltora... Wreszcie wyslalam maila z zapytaniem, czy cos zalatwila, a pani owa
    raczyla mi odpisac po 2 tygodniach, ze nie. Po prostu. Bez slowa wyjasnienia!!!!

    Tak sie zlozylo, ze ja w tym czasie sama sobie ten wolontariat zalatwilam,
    bezposrednio w bibliotece. I chyba teraz musialabym odpisac tej pani, ktora tak
    bardzo sie starala znalezc dla mnie to miejsce, ze jej sie jakims dziwnym
    trafem nie udalo (dodam, ze pani pracuje w City Council, a biblioteka miesci
    sie w tym samym budynku i rowniez do CC nalezy!).
    Zastanawiam sie tylko, czy gdyby na moim miejscu byla Angielka...... ??????

    Effata, swietnie rozumiem Twoje rozgoryczenie i podziwiam, ze w takich
    warunkach sobie radzisz.
    Roznica w narzekaniu polega tylko na tym, ze w Polsce bysmy narzekali na
    konkretna instytucje lub grupe ludzi, a tutaj zaraz uogolniamy i przenosimy
    zlosc na wszystkich. Bo prawda jest taka, ze w Polsce nie musimy sie
    zastanawiac, czy to co sie nie udaje zalezy od naszej narodowosci i od tego,
    czy mnie tak potraktowano dlatego, ze jestem kim jestem, czyli Polka.
    Potraktowali gorzej.....
  • jaleo 09.10.05, 10:39
    Hehe, ja juz sie nie bede wypowiadac ani na temat pozytywow, ani negatywow.
    Nigdy nie mam do nikogo za zle za fakt krytykowania, ale czasem wynika to z
    nieznajomosci procedur i po prostu ogolnej orientacji. Ale jak raz jak sie
    wypowiedzialam na temat CAB-u, to mnie tu objechano za mieszanie z blotem
    wszystkiego, co polskie (?!?!?!), co dla mnie jako osobe zyjaca na emigracji
    bardzo zabolalo. Zwlaszcza, ze ani slowem nie wspomialam o Polsce czy polskich
    urzedach.

    Tak wiec sobie narzekajcie, ile chcecie, oby na zdrowie wyszlo ;-)

    --
    ------
    Antes muerta que sencilla
  • aniek133 09.10.05, 12:12
    "Tak wiec sobie narzekajcie, ile chcecie, oby na zdrowie wyszlo ;-)"

    Taki wlasnie mamy zamiar, bo o tym jest ten watek :P
    Nie potrzeba niczyjego przyzwolenia, a jak ktos nie jest zainteresowany to
    czytac tego nie musi. Proste, prawda?



  • jaleo 09.10.05, 12:46
    aniek133 napisała:

    > a jak ktos nie jest zainteresowany to
    > czytac tego nie musi. Proste, prawda?

    A dlaczego uwazasz, ze nie jestem zainteresowana? I dlaczego od razu taka
    zlosliwosc?

    --
    ------
    Antes muerta que sencilla
  • agnieszkadydycz 09.10.05, 14:08
    czesc:)
    tak sobie pomyslalam ze dla mnie to forum jest czasami taka odskocznia pewnie
    ze cos tam czasem ostro krytykujemy ale w koncu kobitki z nas (panowie nie
    bierzcie tego do serca:))i po ludzku czasami trzeba sie troche wygadac a kto
    nas lepiej zrozumie nize rodak:) na obczyznie
    nie ma co za bardzo roztrzasac kto ma racje a kto nie wazne ze mozna znalezdz
    tu porady jak przejsc czasami dla nas Polakow schodki na jakie napotykamy w
    obcym kraju i czsaami sobie pomarudzic
    wszytsko ma dwie strony i moim zdaniem nie jest ani biale ani czarne
    i nawet jak czasami sobie ponazekam i troche pozrzedze nawet w duchu na kraj
    do ktorego mi przyszlo zawitac po lepsze jutro to nie znaczy ze tego kraju nie
    akceptuje bo gdyby tak bylo to zada sila by mnie nie zmusila zebym tu
    zamieszkala:)
    wiec zycze wszytskim milej niedzieli i tygodnia milych niespodzianek (przeciez
    takowe w tym kraju nas tez spotykaja np. kierowca autobusu co zaczeka jak
    biegne z wywieszonym jezorem i nawet czasami sie usmiechnie co w Polsce sie
    nie zdarza:))
  • jaleo 09.10.05, 14:14
    Ja tez uwazam, ze czasami jak sobie czlowiek pomarudzi to sie lepiej czuje -
    dlatego pisalam, ze na zdrowie to wychodzi...
    --
    ------
    Antes muerta que sencilla
  • steph13 09.10.05, 23:10
    effata, tak samo pienilabym sie na Twoim miejscu kiedy rece opadaja, logika
    zawodzi i glowa trzeba mur przebijac. Ale czy jest to scisle angielskie
    zjawisko? Po ochlonienciu, trzeba przyznac, ze tak mozna trafic wszedzie.
    Dobrych kilka lat temu probowalam zalatwic dla znajomych Anglikow urlop w
    Zakopanym, poprzez tzw travel agency, ktora wtedy istniala w Polskim Ognisku na
    Exhibition Road. Pracowniczki tegoz biura wladaly plynnie ojczystym jezykiem
    ale unikaly kontaktu wzrokowego i wokalnego z moimi znajomymi a wiec ja
    przejelam paleczke. Panienki, bez najmniejszej zenady, powiedzialy mi, ze
    broszur to one nie maja ale moge mi opowiedziec o urokach polskich Tatr, maja
    pare zdjec i wlasne doswiadczenia. Hotele, owszem sa tam, ale trudno powiedziec
    jak bedzie z wyzywieniem bo akurat byl to okres jakis tam kolejnych trudnosci.
    Jak zapytalam czy gory tam jeszcze napewno sa czy tez zostaly komus opchniete
    za dolary to wygladaly powaznie confused. Chcialy coprawda moj numer telefonu
    zeby mogly sie ze mna skontaktowac ale nie widzialam powodu popadac w taka
    bezowocna zazylosc. Needless to say, znajomi pojechali do Aspen, olewajac
    cywilizacja nietkniete uroki polskiej natury. I to byla dla mnie reka Polski,
    dopadajaca mnie po latach spokojnego zywota na wyspach. Dla poprawy ducha,
    napieralm o spinach flavoured icecream w restauracji tegoz Ogniska i amusement
    jakiego doswiadczyla konsternacja kelnera uczynila nasza wyprawe do Polish
    Hearth worthwile.
    Zapomnilam wlasciwie, dlaczego o tym tutaj pisze, but there!
  • gosiash 13.10.05, 00:05
    Effata, mam nadzieje, ze juz masz ciepla wode. Ale jezeli nie to powiem Ci jak
    moja tesciowa zalatwia tego typu sprawy. Chociaz przypuszczam, ze Ty tez robisz
    podobnie.
    Otoz ostatnio tak sie zlozylo, ze zepsul jej sie prysznic i zmywarka w krotkich
    odstepach czasu. Owszem, tez musiala swoje odczekac, ale prysznic miala
    zainstalowany chyba po tygodniu, a do zmywarki przyszedl serwisant po paru
    dniach.
    Otoz ona bez przerwy do nich wydzwniala. Telefony typu, Hallo Mrs (i tu imie i
    nazwisko, ale zawsze Mrs na poczatku :)), i tu w zaleznosci od sytuacji: 'Czy
    jest juz moj prysznic', 'Kiedy ktos do mnie przyjdzie, bo ja juz na prawde
    musze sie umyc', itd., itp. A juz totalnie mnie rozwalila, jak dzwonila do nich
    w dniu kiedy mial przyjsc serwisant z zapytaniem: 'Ma do mnie dzisiaj przyjsc
    serwisant po 12 (oczywiscie po 12, czyli miedzy 12, a 17), jest 12 czy moze mi
    pani powiedziec, gdzie on jest? O ktorej u mnie bedzie?'
    Oczywiscie wszystko grzecznie, z odrobina humoru, ale mam wrazenie, ze Ci
    ludzie po drugiej stronie telefonu to juz jej mieli dosc i dlatego w sumie to
    tak szybko zalatwiali.
    Trzymam kciuki i nie zapominaj sie przedstawiac jako Mrs, to chyba dodaje
    powagi :)
  • eballieu 13.10.05, 11:18
    Dziewczyny ja niestety nie potrafie byc grzeczna w sytuacjach kiedy nie mam
    wody chociazby.
    Powiem wam jak bylo. Za mieszkanie w Londynie placilismy miesiecznie prawie 2
    tys funtow, plus podatek lokalny. Kiedy popsula sie pralka - krotko po tym jak
    sie wprowadzilismy, powiedzialm wlascicielowi mieszkania, ze ma tydzien na
    zaltwienie sprawy. Wiedzialm, ze u niego trzeba z wszystkim walczyc - nie o
    nalezne rzeczy, ale o czas.
    Pozniej przeprowadzalismy sie z Londynu na wies. Droga z Londynu do miejsca
    przeprowadzki to 40 minut jazdy autem. Firma przeprowadzkowa, ktora brala za to
    kilka tysiecy funtow, chciala rozbic te przeprowadzke na trzy dni. Dla mnie byl
    to szok. Nie po raz pierwszy mielismy przeprowadzke, a dotychczasowe byly
    miedzynarodowe i jakos umieli je szybciej zrobic. A poniewaz maz moj bardzo
    duzo pracuje, wiec sprawy takie zaltwiam ja. Kiedy zadzownil pan od
    przeprowadzki i szkicuje mi plan jak to bedzie wygladac (dzien wczesniej byl
    zrobic liste i powiedzial - jeden dzien i bedziecie przeprowadzeni) i slysze ze
    3 dni bedzie to trwac... to nic innego jak po prostu wybuchlam. Wrzeszczalam na
    dziada, bo nie bedzie mi tu glupot opowiadal, ze oni sa w zachodnim Londynie, a
    ja we wschodnim itp., i dlatego to tak bedzie trwac, itp., itd. Wiec mu
    powiedzialam, ze jesli nie chce pracowac i nie umie zorganizowac przeprowadzki
    tak jak bylo umowione, to ja sobie znajde inna firme. Pan sie wystraszyl i
    powiedzial oddzwonie. Na koniec dodalam, ze z tak malo profesjonalnymi ludzmi
    to szkoda czasu na rozmowy, bo ubarc sie ladnie ze spinkami w mankietach i w
    garnitur to na spotkanie potrafil i opowiadal jakie to cuda niewidy antyczne
    firma ich potrafi przewiezc na koniec swiata. Za 15 minut mialam telefon od
    niego - przeprowadzka trwala jeden dzien.
    Ja nie potrafie byc grzeczna, jesli mam do czynienia z ludzmi, ktorzy grzeczni
    sa bo tak trzeba - wazelinuja nawet wtedy kiedy ewidentnie nawalaja. Dla mnie
    liczy sie jakos wykonanej pracy i to kiedy praca zosatnie skonczona. A jak
    place to wymagam, to chyba jest oczywiste.
    No ale to nie w tym kraju i niestety przykre jest to ze w Anglii bardzo czesto
    trzeba sie posilkowac nazwiskiem i tym co za nim stoi, zeby pewne tematy
    przyspieszac - znaczy sie zalatwiac je w normalnych terminach. ja w takich
    sytuacjach nie potrafie sie silic na zarty itp., I mam gdzies gleboko, to ze
    ANglicy nie lubia jak sie do nich mowi podniesionym tonem czy zwraca im uwage.
    Nigdy nie zapomne reklamy lokalnej firmy taxi - grzeczni kierowcy, czyste
    samochody. To chyba jest oczywiste????? I tego reklamowac chyba nie trzeba?
    Stad tez moja krytyka.
  • effata 14.10.05, 23:29
    Gosiash, odpisałam, ale mi wcięło całego posta :(
    Co do dzwonienia do nich, to dzwoniłam CODZIENNIE! I słyszałam głównie 'Oh,
    that's you again?' albo 'We don't need to be reminded...'
    Szkoda gadać!
    Opiszę ci tylko jak wyglądało montowanie pieca. Pan przyszedł łaskawie o 9:45
    zostawił narzędzia i zniknął na godzinę (papierosek plus sama nie wiem co).
    Przyszedł z innym gościem i kazał mi podpisać papiery, że zapłacę za piec. Ja
    na to, że taka głupia to ja już nie jestem, może głupia, ale taka to już nie...
    On, źe się nie może dodzwonić do landlady.
    Ja, że co mnie to (pi,pi,pi... w myślach, oczywiście) obchodzi! Mieli na to
    cztery tygodnie i skoro landlady zamawiała piec przez telefon i uwierzyli jej
    na gębę, to dlaczego teraz chcą podpisu.
    On nie wie, bo on tu tylko montuje, a poza tym nie mieli jej adresu.
    To dlaczego nikt do mnie ani do niej nie zadzwonił.
    On nie wie, bo on tu tylko montuje.
    Potem przez 15 minut próbowaliśmy złapać babkę internetowo i telefonicznie i
    nic.
    Więc on idzie do domu.
    Ja, że nigdzie nie pójdzie tylko dzwonimy na centralę, bo jak pójdzie, to znowu
    nie będą mieli terminów przez najbliższe 3 tygodnie.
    Na centrali (ci od 'we are doing our best) mnie odesłali na główną infolinię,
    gdzie wsłuchiwałam się w kretyńską muzyczkę przez 5 minut. I nic. Oni chcą
    podpis.
    Więc się wkurzyłam i podpisałam, bo stwierdziłam, że najwyżej sobie w czynszu
    odbiorę (musiałabym chyba przez 4 miesiące nie płacić, takie to ustrojstwo
    drogie). Na szczęście moja landlady jest w porządku i chwilę potem zadzwoniła i
    sprawę wyjaśniła.
    I mimo, że piłka nożna obchodzi mnie tyle co zeszłoroczny śnieg (sorry
    Jagienka), to byłam wściekła, że akurat TEGO WŁAŚNIE DNIA przegraliśmy :(

    Ps. A poza tym to cieszę się jak głupia z takiej niby oczywistej rzeczy jak
    ciepła woda.

    --
    Don't guess.
    --
    Always look on the brigh side of life.
  • effata 17.10.05, 15:22
    Zapomniałam się zapytać: Liścik już właściwie napisany (czekałam tylko na
    zakończenie sprawy. Ale mam mały dylemat. Jakiej rekompensaty się domagać za te
    cztery tygodnie bez ciepłej wody?
    Mam się zadowolić przeprosinami na piśmie?
    A może macie jakieś ciekawsze pomysły? :)))
    --
    Don't guess.
    --
    Always look on the brigh side of life.
  • effata 17.10.05, 23:38
    Sorry, że tak namolnie drążę temat, ale naprawdę liczę na waszą pomoc. Nie
    daruję im tych czterech tygodni bez ciepłej wody.
    --
    Don't guess.
    --
    Always look on the brigh side of life.
  • latarnik 18.10.05, 00:36
    A w sumie do kogo chcesz pisac to zazalenie? Bo sie pogubilem. Wydaje mi sie ze
    wlasciwym adresatem bylaby landlady, bo od niej sie mozesz jedynie jakiegos
    zadoscuczynienia domagac. Niestety jej najbardziej prawdopodobna odpowiedz to
    taka, ze takie sa zasady w Anglii i powinnas sie nauczyc cierpliwosci (no, w
    grzeczniejszych slowach pewnie), a poza tym juz dziala, wiec o co ten krzyk?

    Latwiej juz chyba wydebic zazalenie od jakiejs instytucji. Gdybys nie miala
    wody w ogole, moglabys napisac do wodociagow, zeby Ci przyznali jakis rabat na
    wode w danym miesiacu (na logike pisze, nie z praktyki), a tak Ci chyba wiele
    nie pozostaje.

    Swoja droga mnie rowniez zabija ta strona ich cierpliwosci - potrafia czekac na
    rzeczy, ktore powinny byc wykonane natychmiast. Ktos juz wspomnial wczesniej
    ignorancje wielu angielskich posrednikow nieruchomosci a takze firm
    przewozowych. Ja mialem przygode z zamowionym komputerem - oczywiscie
    dostarczenie mi go do domu bylo mozliwe tylko od poniedzialku do piatku w
    godzinach pracy. A dostawa w soote, za doplata, mozliwa za 4 tygodnie, bo wtedy
    bedzie wolny kurier. Po dwoch godzinach wydzwaniania na infolinie w koncu
    glowny manager zadecydowal, ze moze mi zaoferowac dostawe w piatek o 20:00 (a
    byl wtorek i komputer czekal juz w magazynie TNT dwie przecznice od mojego
    domu). Liczyl chyba na to, ze mu odpowiem iz w piatek wieczorem nie ma mnie w
    domu. Odpowiedzialem mu, ze chetnie. Natomiast wieczorem postanowilem sprobowac
    samodzielnie, poszedlem do magazynu, pokazalem dowod zakupu i wydali mi paczke
    z usmiechem. Nastepnego dnia zadzwonilem i powiedzialem zdziwionemu managerowi.
    Nie uwierzyl. W piatek z rana zadzwonil do mnie, zeby mi przypomniec ze o 20:00
    mam byc w domu, bo przywioza mi komputer. Po 10 minutach przekonywania, ze
    odebralem go juz we wtorek, powiedzial zebym sie zglosil w poniedzialek, gdyby
    komputer nie zostal jednak dostarczony i sie rozlaczyl. Pozniej dzwonil jeszcze
    dwa razy w nastepnym tygodniu, pytajac sie czy dostawa doszla do skutku we
    wspomniany piatek i skutecznie ignorujac moje zapewnienia, ze nie musiala dojsc
    do skutku, bo odebralem sprzet wczesniej. W koncu za trzecim razem
    skapitulowalem, powiedzialem ze owszem, mily pan z brodka dostarczyl komputer w
    piatek punktualnie o 20:00, co bardzo ucieszylo managera i przestal dzwonic ;)

    A to tylko najdelikatniejszy przyklad mojej walki z angielska bezdusznoscia
    jesli chodzi o czas pracy monterow/kurierow/serwisantow i wszelkich innych
    infolinii :>
  • effata 18.10.05, 10:36
    >Niestety jej najbardziej prawdopodobna odpowiedz to
    > taka, ze takie sa zasady w Anglii i powinnas sie nauczyc cierpliwosci (no, w
    > grzeczniejszych slowach pewnie), a poza tym juz dziala, wiec o co ten krzyk?

    Hej Latarnik,
    Nie wiem, czy kpisz, czy prowokujesz, czy po prostu nie czytałeś dokładnie w
    czym rzecz.
    Otóż właśnie krzyk (a nawet wściekły ryk!) jest o te zasady, które dla mnie nie
    są zasadami cywilizowanego kraju (a za taki uważałam Anglię). Wymieniam więc po
    kolei :
    - facet ustala z landlady, że zamawia nowy piec, który ma być za trzy dni (ok.
    rozumiem, że trzeba poczekać)
    - po 5 dniach piec się nie zjawia, okazuje się że facet nawet nie złożył tego
    zamówienia (w BG nikt nic nie wie)
    - to opóźnia zamówienie montera (których i tak nie mają za dużo)- piec zamawia
    landlady, po dzikich awanturach
    - jak już przychodzi co do czego, to nie ma gotowych dokumentów (bo mu się nie
    chciało zdobyć adresu landlady)i mówi, że on mi tego pieca nie założy (patrz
    post wyżej)
    - w trakcie naprawiy facet (jeden z dwóch) siada brudnymi spodniami (żeby nie
    powiedzieć tyłkiem) na blacie, gdzie przygotowuję jedzenie i gwiżdże
    - o innych rzeczach takij jak np. notoryczny brak drabiny i konieczność
    stawania na moich krzesłach i blacie brudnymi buciorami nie wspomnę
    - wielu innych nie wartych wymianiania tutaj

    Jak uważasz że to mało, to proponuję, żebyś zamknął oczy i wyobraził sobie, że
    przez TRZYDZIEŚCI dni myjesz głowę i kąpiesz się metodą polewania, zmywasz gary
    w wodzie, którą musisz najpierw nagrzać ( a tych garów jest trochę), na
    zewnątrz jest od 20-25 stopni, więc w mieszkaniu, w którym często grzejesz wodę
    (bo przecież jeszcze gotowanie) jest koszmarny upał. A teraz wyobraź sobie, że
    jest was pięciu. To się eufemistycznie nazywa 'inconvenience' i wybacz, ale
    moim zdaniem troszeczkę gorsze niż czekanie kilka dni na komputer.

    Wiem, że ludzie w Indiach myją się w wiadrze wody wprost na ulicach, a w Afryce
    to jej w ogóle nie mają, a w średniowieczu to w ogóle ciepłej wody nie było i
    toalet ... więc właściwie rzeczywiście po co ja tyle krzyczę.
    Moim zdaniem to nie są żadne zasady, ale olewka i chamstwo tudzież
    niekompetencja.
    -----
    Wciąż jednak czekam na konkretną pomoc w sprawie listu.
    Pozdrawiam
    --
    Don't guess.
    --
    Always look on the brigh side of life.
  • sylvia6 18.10.05, 13:10
    Effata,

    mnie sie wydaje, ze to landlady powinna byc odpowiedzialna za szybkie
    zainstalowanie pieca - przeciez to Ty placisz jej czynz, w cene ktorego
    wliczone sa 'ludzkie' warunki. ona powinna dac Ci odszkodowanie - i to ona
    powinna byla cala ta sprawa dowodzic/zalatwiac, nie Ty. a list do firmy mozna
    oczywiscie napisac skarzac sie na ich sloppiness. jaka jest relacja miedzy Toba
    i landlady? Czy ona wiedziala o tych wszystkich niedogodnosciach, na ktore
    bylas narazona?
  • effata 18.10.05, 19:44
    Sylvia, sorry że się powtarzam, ale chyba nie doczytałaś do końca. Czy to jest
    wina landlady??? :
    - facet ustala telefonicznie z landlady, że zamawia nowy piec, ale de facto
    tego nie robi. Ona nie ma świadomości, że nic się w sprawie nie posuwa.
    - po 5 dniach piec się nie zjawia, okazuje się że facet nawet nie złożył tego
    zamówienia (w BG nikt nic nie wie). Jest weekend. Czy to wina landlady, że BG
    nie pracuje w weekendy w sytuacjach 'emergency' (owszem mogła wynająć kogoś
    prywatnie, ale chyba po to tyle lat płaciła ubezpieczenie za piec, żeby coś z
    tego mieć)
    - to opóźnia zamówienie montera (których i tak nie mają za dużo)- piec zamawia
    landlady, po dzikich awanturach (to nie jej wina, że nie można się do nich
    dodzwonić i nikt nic nie wie. Brrrrr.... to załatwianie przez telefon... ma
    swoje wady niestety)
    - jak już przychodzi co do czego, to nie ma gotowych dokumentów (bo mu się nie
    chciało zdobyć adresu landlady)i mówi, że on mi tego pieca nie założy
    - w trakcie naprawiy facet (jeden z dwóch) siada brudnymi spodniami (żeby nie
    powiedzieć tyłkiem) na blacie, gdzie przygotowuję jedzenie i gwiżdże
    - notoryczny brak drabiny i konieczność
    stawania na moich krzesłach i blacie brudnymi buciorami nie wspomnę

    Najgorzej mnie wkurzają zaburzenia w przepływie informacji w obrębie tej samej
    firmy. Np. jak przychodzi facet jednego dnia i mówi, że nic nie może zrobić bo
    potrzebuje nowej części to następnego dnia jego kolega po fachu nic o tym nie
    wie i na nowo grzebie w piecu, żeby dowiedzieć się o co chodzi (a ten poprzedni
    oczywiście części nie zamówił)

    And what about my suggestions and closing remarks? Tracę nadzieję na pomoc.
    --
    Don't guess.
    --
    Always look on the brigh side of life.
  • sylvia6 18.10.05, 20:41
    ale walkujemy ten temat! ale chce Ci odpowiedziec, wiec jeszcze raz pisze:

    uwazam, ze to landlady powinna Ci dac 'rekompensate' (chyba tak sie pisze) za
    brak cieplej wody - jej mieszkanie, jej boiler. to ona, nie Ty, powinna byla
    wydzwaniac dzien i noc (i miec swadomosc co sie dzieje), aby ciepla woda
    pojawila sie asap. akurat teraz wynajmuje komus mieszkanie i ja, jako landlady,
    uwazam, ze to jest moj obowiazek, aby wszystko w mieszkaniu pracowalo -jest
    mnostwo emergency plumbers, ktorzy (za 100 funtow za 30 minut, nb!) poradziliby
    natychmiast (wiem, bo mialam 'przyjemnosc' z nich skorzystac - tzn moi tenants
    z nich skorzystali a ja pokrylam rachunek!) to, ze firma byla zupelnie
    nieprofesjonalna, to jest juz druga sprawa - tez nalezy im sie letter of
    complaint.
    xxx
  • latarnik 18.10.05, 22:50
    Hej Effata :)

    Dokladnie tak jak pisze Syvlia6 - to sie nazywa chyba delegacja
    odpowiedzialnosci. Wiesz, facet w firmie montujacej tez moze sie okazac
    niewinny, bo mu kolega nic nie przekazal. Na tej samej zasadzie 'niewinna' jest
    Twoja landlady. I rozumiem z Twojego postu, ze masz z nia przyjazne kontakty,
    ale to tylko pogarsza Twoja sytuacje w tym sporze, niestety.

    Rozumiem doskonale Twoja sytuacje, a takze ze ciepla woda to dobro duzo
    potrzebniejsze niz komputer - przyklad nie byl rownorzedny, chodzilo mi tylko o
    zasade kiepskiego przeplywu informacji wlasnie.

    A koniec koncow sprowadza sie to do rozsadnego spojrzenia, czego mozesz od
    firmy montujacej zadac. Jesli landlady placila im ubezpieczenie za piec, to
    IMHO powinna teraz poprosic o wyznaczenie okresu bezskladkowego w zamian za te
    klopoty. A zaoszczedzone pieniadze wydac na obiad, na ktory cala Twoja piatke
    zaprosi :) Jakby nie bylo, wracamy do podstaw, czyli tego ze strona jest
    landlady :/
  • effata 19.10.05, 00:55
    No dobra, może macie rację, może trochę bronię landlady. Ale chyba do niej nie
    napiszę letter of complaint? Zresztą jak sobie pomyślę, to chyba czuje się
    jednak trochę winna, bo bez szemrania zgodziła się na wymianę okien (którą z
    nią wynegocjowałam w trakcie tych bezciepłowodnych tygodni).
    Czyli znowu wychodzi na to, że nie umiem załatwiać spraw, złoszczę się na
    nieodpowiednie osoby i nie jestm asertywna.
    Prześpię się z problemem.
    A może ktoś w tym czasie założy pozytywny wątek o tym jak można łatwo i
    przyjemnie zamienić się z tenata na landlady. To by mi ułatwiło wiele spraw :)

    Ps. Ona jest raczej w porządku, ale żebym zaraz z nią chciała obiad jeść to bym
    nie powiedziała :0)
    --
    Don't guess.
    --
    Always look on the brigh side of life.
  • sylvia6 19.10.05, 10:25
    effata napisała:
    'A może ktoś w tym czasie założy pozytywny wątek o tym jak można łatwo i
    przyjemnie zamienić się z tenata na landlady'

    moja rada by bylo:
    -badz cierpliwa, nic co przychodzi latwo nie jest za bardzo warte posiadania
    -miej oczy i uszy otwarte
    -do your research np gdzie 'wylaniaja sie' dzielnice warte mieszkania
    -zaloz sobie, ze Ci sie uda (to powinno byc nr 1)

    I nie walkuj i nie win siebie, ze to fiasko z zimna woda - najwazniejsze, to
    wyciagnac lekcje z tej historii na przyszlosc!
    xxx
  • eballieu 13.10.05, 11:23
    A zwracam uwage w miejscach takich jak sklepy tez - bo jesli pani w Waitrose
    pakuje mi do foliowych torebek ciastka, ktore beda zmasakrowane po wyjeciu z
    nich, to ca mam stac i sie patrzec? Nie, mowie, ze ma je zapakowac w kartonik,
    bo ja chce je ladnie na talerzyku polozyc, niepolamane - tak jak w katalogu
    ichniejszym pokazuja. Tak samo reaguje na proby wcisniecia resztek wedlin w tym
    samym sklepie.
    A jakosci mozna wymagac wszedzie, niezaleznie od tego ile sie placi.
    I najbardziej denerwuje mnie tutejsze niechlujstwo, krytykuje tutejsze
    nastawienie do pracy i jakosci.
  • jermaldan 13.10.05, 11:57
    Zgadzam sie calkowicie. Tez mnie razi tutajsze niechlujstwo i w przypadku
    niektorych 'praca na pol gwizdka'. To, ze ktos wlozy garniturek to wcale nie
    znaczy, ze od razu jest profesjonalny w tym co robi. Moj maz wiekszosc zycia
    spedzil w Australii i nie moze sie nadziwic braku profesjonalizmu w przypadku
    agentow nieruchomosci (przepraszam, jesli kogos obrazam, oczywiscie sa wyjatki,
    albo po prostu my mielismy pecha). My akurat trafialismy na takich co niewiele
    potrafili powiedziec o prezentowanych przez siebie nieruchomosciach, spozniali
    sie, nieoddzwaniali itd. W Australii to wyglada zupelnie inaczej.
    No i ostatni przypadek firmy, ktora administruje nasz budynek. Przyslano nam
    pismo z prosba o usuniecie naszego psa, poniewaz ich zdaniem nie powinien
    znajdowac sie na terenie tego budynku, a ze my podobno powinnismy o tym
    wiedziec. List byl oschly, malo przyjemny. Zdenerwowalismy sie okropnie, bo
    oczywiscie w 'lease' nie ma mowy o tym, ze na terenie naszego budynku nie mozna
    miec zwierzat. To byla ich pomylka i brak profesjonalizmu, bo moim zdaniem
    powinni najpierw sprawdzic stosowne dokumenty, no i przy okazji dowiedziec sie
    czy rzeczywsicie mamy psa, bo z listu wynikalo, ze nie maja pewnosci. Moim
    zdaniem rozmowa telefoniczna w tym przypadku bylaby stosowna. Czekalismy na
    przeprosiny kilka dni, az moj zniecierpliwiony maz wystosowal pismo do
    wlascicieli firmy i dopiero oni zareagowali.
    Przy kupnie i remoncie mieszkania korzystalismy z wielu kurierow i wiekszosc
    zakupionych przez nas towarow zostalo uszkodzonych w czasie transportu. Bywaly
    takie dni, ze wszystko musielismy odsylac.
    Uff, ale sobie ponarzekalam;) To chyba nie o to chodzilo w tym watku, ale co
    tam...
    --
    Dante
  • deadeasy 14.10.05, 22:39
    >Przy kupnie i remoncie mieszkania korzystalismy z wielu kurierow i wiekszosc
    zakupionych przez nas towarow zostalo uszkodzonych w czasie transportu. Bywaly
    takie dni, ze wszystko musielismy odsylac.

    :) No, nie jest tak do konca zle. Przynajmniej mogliscie odeslac. Nie wiem
    jak tam w Polsce jest ale jeszcze nie tak dawno rzadko jaki sklep przyjmowal
    zwroty.

    My zamowilismy sofe i stol z John Lewis (osobne zakupy). Sofa przyszla
    z "puknieta" noga - kawal drewna odpadl i musieli slac "french polisher".
    Zaoferowali nam £150 zwrotu. Stol przyszedl ze zjechanym rogiem, wzieli z
    powrotem bez problemu, za kilka dni przywiezli nowy i zanim wniesli dali mezowi
    do obejrzenia ze wszystkich stron.

    Mnie ludek wyspiarski nie irytuje - tak ogolnie. Jest jednak jedna cecha,
    ktora "troche" mi na nerwy dziala (pewnie juz o tym gdzies pisalam). Chodzi mi
    mianowicie o nieprzedstawianie sie jak sie do kogos dzwoni. To samo w sobie
    jest do przelkniecia ale wlasnie odebralam jeden z takich telefonow.
    Podnioslam sluchawke i mowie "Hello?" a kobieta z drugiej strony wali z grubej
    rury "Who's there?", "Who is it?". Tak z buta. Oczywiscie "wykrecila" moj
    numer przez pomylke... ale to walenie od razu "Who's there?", no kurcze
    pieczone... "Swiety Mikolaj"... ;o) Za kazdym razem jak sie ktos pomyli to nic
    innego nie slysze jak "Who's there", "Who is it?" a nawet "What's your name?".
    ;o)


  • catriona 27.11.05, 14:23
    podciagam watek, bo mnie to tez dotknelo ostatnio.
    Musze sie zgodzic ze Steph 13 ze rzeczywiscie razi mnie krytykanctwo Polakow
    wobec wszystkiego tutaj.
    ostatnio po dluzszym juz czasie wysluchiwania takich zali osmielilam sie
    zaprotestowac i przedstawic sprawe z drugiej strony i sprobowac dojsc do sensu
    tego dlaczego costam tu sie robi inaczej.
    zostalam zbesztana, powiedziano mi ze jestem zupelnie bezkrytycznie nastawiona
    do tego, co angielskie.
    Zrobilo mi sie strasznie przykro.
    Szczegolnie ze probowlaam pokazac tej osobie druga strone medalu, a ta osoba
    zaatakowala mnie osobiscie, tylko po to zeby wygrac slowna potyczke. Tak troche
    jak nastolatki pyskuja, wszystko co pomysla od razu z buzi wyfruwa. Chyba nie
    musze dodawac, ze osoba ta przyjechala tu jakis rok temu, z mezem i dzieckiem i
    nie ma zadnych kontaktow, poza tym co w godzinach pracy, z autochtonami.

    czy Wy, sczegolnie babki ktore sa tu dluzej, tez odczuwacie tak samo?
    Wiem, ze Stefania tak, a jak reszta? Ewa-Jaleo?

  • catriona 27.11.05, 14:25
    podciagam watek, bo mnie to tez dotknelo ostatnio.
    Musze sie zgodzic ze Steph 13 ze rzeczywiscie razi mnie krytykanctwo Polakow
    wobec wszystkiego tutaj.
    ostatnio po dluzszym juz czasie wysluchiwania takich zali osmielilam sie
    zaprotestowac i przedstawic sprawe z drugiej strony i sprobowac dojsc do sensu
    tego dlaczego costam tu sie robi inaczej.
    zostalam zbesztana, powiedziano mi ze jestem zupelnie bezkrytycznie nastawiona
    do tego, co angielskie.
    Zrobilo mi sie strasznie przykro.
    Szczegolnie ze probowlaam pokazac tej osobie druga strone medalu, a ta osoba
    zaatakowala mnie osobiscie, tylko po to zeby wygrac slowna potyczke. Tak troche
    jak nastolatki pyskuja, wszystko co pomysla od razu z buzi wyfruwa. Chyba nie
    musze dodawac, ze osoba ta przyjechala tu jakis rok temu, z mezem i dzieckiem i
    nie ma zadnych kontaktow, poza tym co w godzinach pracy, z autochtonami.

    czy Wy, sczegolnie babki ktore sa tu dluzej, tez odczuwacie tak samo?
    Wiem, ze Stefania tak, a jak reszta? Ewa-Jaleo?

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka
Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.