troche prawdy...cz.1
Autor:
lucas
06.01.10, 14:16
Z prof. Andrzejem Kaźmierczakiem, ekonomistą z Katedry Bankowości Szkoły Głównej
Handlowej, członkiem Komitetu Nauk o Finansach PAN, rozmawia Mariusz Bober
Ile naprawdę wyniesie w rozpoczynającym się roku dziura budżetowa? 52,2 mld zł -
jak utrzymuje rząd, czy blisko 100 mld - jak twierdzi opozycja z PiS?
- 52,2 mld zł to tylko zakładany deficyt krajowy. Do tego trzeba dodać 14,3 mld
zł deficytu w budżecie środków europejskich [wyodrębniony z budżetu państwa
fundusz, na który składają się w tym roku wymagane przez UE śodki własne
potrzebne do finansowania projektów z wykorzystaniem funduszy unijnych - red.].
To daje już 66,5 mld zł deficytu w porównaniu z deficytem z 2009 roku, który
według obecnych szacunków wyniósł 27,5 mld złotych. W roku bieżącym będziemy
więc mieli ponad 2,5 razy większy deficyt niż w poprzednim, co oznacza
destabilizację finansów państwa.
Niektórzy eksperci twierdzą jednak, że dziurę budżetową powiększają wypchnięty
do Krajowego Funduszu Drogowego dług, który tylko w tym roku ma wynieść 18,8 mld
zł (7,8 mld zł obligacji i 11 mld zł z pożyczki Europejskiego Banku
Inwestycyjnego) oraz dziura w budżecie ZUS...
- To prawda. Trzeba więc do tego dodać inne wydatki, które tak naprawdę budżet
państwa ponosi, choć minister Jan Vincent Rostowski nie zaliczył ich do
wydatków. A przecież także Unia Europejska takie fundusze traktuje jako wydatki
budżetowe. Jeśli zaś chodzi o ZUS, to trzeba podkreślić, że (prócz dotacji,
które ta instytucja dostała na wypłatę rent i emerytur w kwocie 30,1 mld zł) jej
dług powiększa deficyt na kontach zakładu w 2009 r. w wysokości 9,5 mld złotych.
Na taką właśnie sumę ZUS zadłużył się w ubiegłym roku zarówno w bankach
komercyjnych, jak i w budżecie państwa (w sumie daje to prawie 40 mld złotych).
Jeśli dodamy jeszcze do tego 22,5 mld zł, a na taką kwotę rząd musi wyemitować
obligacje i przekazać je otwartym funduszom emerytalnym, to skala niedoborów ZUS
przekroczy 60 mld zł (a zobowiązania tej instytucji UE też zalicza to wydatków
budżetowych). Jeżeli deficyt ten utrzyma się w latach 2010-2013, to będzie
oznaczać, że instytucji tej zabraknie na wypłatę rent i emerytur ok. 300 mld
złotych... Niewątpliwie mamy więc głęboką zapaść systemu emerytalnego w Polsce.
Wynika to m.in. z procesu starzenia się społeczeństwa, ogromnej emigracji
Polaków za granicę oraz wzrostu bezrobocia.
Jak pokonać zapaść sektora ubezpieczeń społecznych?
- Ministerstwo Finansów już myśli o podniesieniu wieku emerytalnego kobiet i
mężczyzn o dwa lata. Zwiększyłoby to wpływy z tytułu wpłacanych składek, a
zmniejszyło sumy wypłacanych rent i emerytur. Odbędzie się to jednak kosztem
świadczeniobiorców. Mówiąc nieco przesadnie, obywatele naszego kraju będą
pracować aż do śmierci i nie zdążą nacieszyć się spokojną starością.
Z przedstawionych przez Pana wyliczeń wynika, że realny deficyt budżetu państwa
w przyszłym roku przekroczy 100 mld złotych?
- Deficyt budżetu państwa, liczony tak jak się to robi w Unii (z uwzględnieniem
budżetu środków europejskich i obligacji, które muszą być przekazane do OFE),
zbliży się do 90 mld złotych.
Skąd wzięła się tak ogromna dziura budżetowa?
- Niewątpliwie jedną z głównych przyczyn jest światowy kryzys gospodarczy, który
dotknął także Polskę. Przecież nasz kraj przeżył drastyczny spadek tempa wzrostu
dochodu narodowego. O ile w 2006 r. wyniósł on 6 proc., to w minionym roku
blisko 1 procent. Trzeba zaś pamiętać, że dochody budżetu państwa są pochodną
wzrostu PKB. W ostatnim czasie drastycznie spadły wpływy podatkowe z PIT, a
zwłaszcza CIT, oraz z VAT i akcyzy. Zmniejszyły się do tego stopnia, że po pół
roku trzeba było nowelizować ustawę budżetową. Z powodu kryzysu przedsiębiorstwa
odnotowały bowiem drastyczny spadek sprzedaży, od której liczy się VAT.
Zmniejszyły się więc też wpływy z podatku CIT - płaconego od dochodów firm.
Nastąpił również spadek tempa przyrostu płac, co odbiło się na wpływach z PIT.
Dlatego bardzo mnie dziwi, że w projekcie ustawy budżetowej na 2010 r. wpisano
wzrost wpływów z tych podatków rzędu 8-9 proc., mimo że wzrost PKB założono w
wysokości 1,2 proc., a więc na poziomie zbliżonym do minionego roku. Przyjęto
więc, moim zdaniem, nierealistyczne założenie przy konstruowaniu dochodów
budżetowych.
To kryzys gospodarczy spowodował więc tak gigantyczną dziurę budżetową?
- Nie tylko. Jest ona efektem również wzrostu wydatków państwa, m.in. na zasiłki
oraz składki na ubezpieczenie społeczne dla bezrobotnych. W okresie rządów PO
bezrobocie rejestrowane przekroczyło bowiem ponownie wartość dwucyfrową i wynosi
obecnie 11,4 proc., podczas gdy w listopadzie 2008 r. wynosiło 9,1 procent. Rząd
jest w pełni odpowiedzialny za sytuację finansów państwa, a więc także za
powstanie dziury budżetowej. Nie dostosował bowiem swojej polityki do
zmieniającej się sytuacji gospodarczej. Zapłaci za to niestety społeczeństwo.
Rząd odpowiada też za likwidację przemysłu stoczniowego i tysięcy miejsc pracy
na Wybrzeżu. Według mnie, działania ekipy Donalda Tuska, zwłaszcza negocjacje z
Komisją Europejską, były prowadzone nieudolnie. A przecież w okresie kryzysu
rząd mógł wywalczyć przynajmniej opóźnienie decyzji o likwidacji stoczni. Inne
kraje, w tym Niemcy i Francja, potrafiły obronić swoje kluczowe branże
decydujące o koniunkturze gospodarczej. Rząd polski wykazał tymczasem
zaskakującą nieudolność.
Można było uniknąć tak gigantycznej dziury budżetowej, a przynajmniej ograniczyć
jej rozmiary? Rząd przekonuje, że jest ona efektem wyłącznie kryzysu światowego,
który i tak odczuwamy słabiej niż większość innych krajów, bo w ogóle notujemy
jakiś wzrost PKB.
- Problemy z brakiem równowagi budżetowej narastały od pewnego czasu. Tak dużej
dziury budżetowej nie można wytłumaczyć tylko okolicznościami zewnętrznymi,
niezależnymi od polityki budżetowej. Prawda bowiem wygląda tak, że ze względu na
ubiegłoroczne wybory do Parlamentu Europejskiego nie podejmowano żadnych działań
systemowych, niepopularnych społecznie, aby ograniczyć deficyt w budżecie.
Wiązałoby się to albo ze wzrostem podatków, albo z ograniczeniem wydatków. Rząd
bał się, że spowoduje to obniżenie notowań rządzącej partii przed eurowyborami.
Stąd też nie zdecydowano się na ratowanie budżetu także w tym roku, bo czekają
nas wybory samorządowe i prezydenckie, a jak wiadomo, Donald Tusk zrobi
wszystko, by zostać głową państwa.
- Dokładnie. Tymczasem tak dramatyczna sytuacja finansów państwa wymaga
zwiększenia wpływów do budżetu, a więc zwiększenia podatków, ewentualnie innych
danin publicznych o charakterze parapodatkowym. Dodatkowe ciężary fiskalne
powinny ponieść grupy społeczne najbardziej zamożne, cechujące się najwyższą
zdolnością podatkową. Im później rząd podejmie działania naprawcze, tym większe
będą koszty tych działań dla społeczeństwa.
Zapłacimy więc podwójnie - raz za błędną politykę rządu Donalda Tuska, a po
wtóre - za odkładanie reform obliczone na to, że mimo nieudolnej polityki Polacy
właśnie jego wybiorą na prezydenta?
- Jak widać, PO nie obawia się konsekwencji politycznych, licząc na to, że po
wygranych wyborach nikt jej nie rozliczy. Stąd bierność obecnego rządu, próby
"kreatywnej księgowości", kamuflowanie rzeczywistej, dramatycznej sytuacji
finansów państwa. Obok dziury budżetowej państwa mamy przecież ogromny deficyt
całego sektora finansów publicznych, na który składają się także długi i
zobowiązania samorządów oraz państwowych funduszy celowych. Gdybyśmy więc
policzyli deficyt całego sektora publicznego w relacji do Produktu Krajowego
Brutto, to zauważymy, że zbliża się on do 9 procent PKB! Jest to bardzo groźna
sytuacja, bo może oznaczać spadek wiarygodności Polski wśród inwestorów
finansowych i wierzycieli nabywających nasze papiery dłużne. Jeśli weźmiemy to
wszystko pod uwagę, okaże się, że całe zadłużenie państwa wyniesie 739,1 mld
złotych.