panistrusia napisała:
> Wiesz co, a z moich doświadczeń wynika, że niesprawiedliwe ocenianie
> tak samo gorzko smakuje, gdy jest zawyżane jak i zaniżane. Z jednej
> strony udowadniasz sfrustrowanym jegomościom, że masz olej w głowie a
> z drugiej strony koledzy nie traktują Cię poważnie, bo uważają, że 5
> w indeksie to za ładny wygląd.
Z jednej strony racja. Ale z drugiej wygodnie jest nie musieć przychodzić na egzamin w drugim terminie, tylko zrobić smutną minę, aż wykładowcy zmięknie serce.
Myślę, że problem występuje wcześniej, na etapie wyboru - kobiety nie wybierają nauk ścisłych (średnio biorąc).
> Idziesz potem szukać pracy i trafiasz
> albo na typ, który i tak woli faceta, albo na taki, który z
> pobłażaniem patrzy na Twój dyplom, bo z góry 'wie', że i tak nic się
> nie umie.
"Wolenie" faceta, wydaje mi się, ma jeden podstawowy powód - kobieta może "uciec" na macierzyński. A pracodawcy nie interesuje, że jest to bardzo potrzebna społecznie rola - on nie chce ponosić kosztu (nawet gdy jest kobietą).
> W liceum człowiek jest
> jeszcze na etapie podejmowania wyborów życiowych, rzadko kto/która
> (zwłaszcza, jeśli nie pochodzi z wyszktałconej rodziny, albo rodziny
> z tradycjami 'matematycznymi) ma mocne postanowienie 'tak, idę na
> politechnikę, choć facet od matmy z fizykiem wmawiają mi, że jestem
> głąbem i tylko do siedzenia w domu się nadaję'.
Coś w tym jest. Trudno zająć mi stanowisko, bo tak jak mówię, zawsze miałem bardzo porządnych nauczycieli matematyki.
Z drugiej strony nie każdy tez jest materiałem na inżyniera, czy naukowca.
> Poza tym doskonale wiesz, że w Pl matematka, to postrach dzieci.
> Polskim nikt się nie przejmuje (a już zwłaszcza uzdolnieni
> matematycznie), bo 'każdy jakoś zda' i 'do niczego to potem
> niepotrzebne'. A matma urasta do rangi jakiejś wiedzy tajemnej.
Nie zgodzę się z tym. Po pierwsze to polski zawsze miał status głównego przedmiotu maturalnego. Po drugie nie liczy się percepcja matematyki wśród młodzieży - matemetyka właśnie nie jest nauką tajemną - tu (na poziomie szkolnym) wszystko jest jasne - jak w Biblii "tak-tak, nie-nie".
> Jednak przecież nie o to chodzi, by, jak to określiłeś, 'dobrzy'
> sobie w szkole poradzili. Jest wiele zawodów, gdzie wystarczy być z
> matematyki przeciętnym (okienka w banku, urzędy, prowadzenie
> księgowości, własny drobny biznes) i zabawa w nauczyciela powinna
> polegać na tym, żeby tych przeciętnych też czegoś nauczyć.
Kierunki ekonomiczne są dosyć "uparytetowione". Tylko że tu też jest pewien przechył - miękką ekonomię (czyli zarządzanie/marketing) chętniej wybierają kobiety, ekonomię twardą (finanse, bankowość, statystykę) - mężczyźni.
> A póki co, to jest hodowanie kur domowych, które boją się coś w
> płaceniu rachunków przez internet pokręcić.
Na pewno trzeba zwalczać przejawy dyskryminującego podejścia - zwłaszcza do dzieci, gdyż kształtuje to postawy daleko w przyszłość.
Niemniej zaryzykowałbym twierdzenie, że mężczyźni są w jakimś sensie skazani na lepszą pozycję, przynajmniej jeśli chodzi o "śmietankę". Wydaje mi się, że to natura kształtuje samców (różnych gatunków) jako nieco "lepszych" (większych, silniejszych). Samiec, by dostąpić rozrodu, albo musi "oczarować" samicę (np. paw), albo pokonać konkurencję (zwierzęta stadne z samcem dominującym). Samica wystarczy, że jest w stanie donosić potomstwo. Dlatego, mimo iż mamy połowę genów od każdego z rodziców, to ten "wyścig zbrojeń" u samców wymusza lepszą ekspresję cech pozytywnych (z potencjalnie nie lepszego od żeńskiego materiału genetycznego).