Oprócz złych nastrojów wzniecanych przez katastroficzne nagłówki m.in. na tym portalu i zindywidualizowanego lęku przed utratą pracy, w spadku (piszę to jako szary konsument) sprzedaży niewątpliwie mają swój udział rosnące w sporym stopniu ceny.
Ma to oczywiście związek z wysokim kursem ojro (niestety w Nadwiślańskim kraju nie mamy prób realizacji własnej mysli technologicznej, choć patenty, niekoniecznie dotyczące prostowania bananów, są) - przykładowo w przypadku towarów nie pierwszej potrzeby jak sprzęt fotograficzny wzrost cen wacha się w granicach 20-40%, czasem więcej - przykład tu:
tiny.pl/bnm2 ,
tiny.pl/b8f7 - ktoś kto kupił takiego Nikona D700 w grudniu 2008 może go teoretycznie sprzedać z niezłym zyskiem.
Ale zdrożała i żywność - i to sporo. W grudniu za pulpety w słoiku płaciłem 4,80, teraz 6,50. Za talarki krakowskie 3,10 teraz 3,80 itd. itd. Skąd wzrost w przypadku towarów produkownych w Polsce? Ceny energii?? Bo nic innego mi do głowy nie przychodzi.