piszę, bo jestem w pewnej sytuacji, w której nie wiem kto ma rację.
1 strona - mój chłopak, z którym jestem prawie 3 lata, mieszka na drugim końcu
Polski, pracuje dużo, robi drugi kierunek zaocznie, dość trudny, ma zajęcia co
weekend. 0 dni wolnych w tygodniu minus święta i inne takie.
2 strona - ja, studiuję dziennie dwa kierunki, jeden trudniejszy, drugi
łatwiejszy. Czasu wolnego mam dużo, powinnam wykorzystywać na naukę, ale mało
systematyczna jestem, pracuję dużo w ostatniej chwili.
Problemem dla mnie jest to, że nie spędzamy ze sobą dużo czasu. Prawie wcale.
Ja do niego czasem jeżdżę na weekend jak ma szkołę, wakacji od 3 lat żadnych
razem, poza jakimiś grupowymi wyjazdami raczej krótszymi niż dłuższymi. Zawsze
odwołuje tudzież marudzi w ostatniej chwili, że nie może jechać, bo obowiązki.
Naprawdę dużo pracuje. 15 minut rozmowy dziennie to optymalna ilość dla niego.
I właśnie do napisania o tym zainspirował mnie kolejny odwołany 9-dniowy
wyjazd do Barcelony. Ostatni 7-dniowy na Słowację był 1,5 roku temu.
Czy według Was to ja powinnam "ruszyć dupę w troki" i jak będę miała mniej
wolnego czasu, to sama nie będę miała ochoty rozmawiać z moim chłopakiem, a
wspólne spędzanie czasu nie jest koniecznością, wystarczy raz na miesiąc 2 dni?
Czy jednak mój chłopak tak sobie ustawia życie, że będąc ambitnym i dokładnym
w pracy czy szkole, stawia związek na ostatnim miejscu, jako coś, o co nie
trzeba się starać?
Czy może mu wystarcza świadomość, że kogośtam ma, a konflikt wynika z różnicy
w potrzebach tego kontaktu?
Postarałam się w miarę obiektywnie przedstawić sytuację, jestem bardzo ciekawa
Waszych opinii...