6 lat razem, rok osobno i...
Autor:
sooto
11.08.10, 11:10
pisze bo juz sama nie wiem czy moze nie przesadzam, moze cos jest ze mna nie tak...
od 6 lat jestem z chlopakiem, przez te lata mieszkalismy razem i bylo super. jako ze oboje studiujemy, mielismy szanse wyjechac na wymiane studencka, z czego skorzystalismy. wszystko bylo ok przez pierwszy semestr, choc rozstanie bylo niesamowicie ciezkie, przynajmniej dla mnie. nie poznalam wielu ludzi, bo wolalam czekac na niego na skype i pogadac niz wyjsc gdzies i sie dobrze bawic "po erasmusowemu" ;) kolejny semestr spedzilam w innym kraju (taka specyfika studiow lingwistycznych, moglismy jechac do dwoch roznych panstw) i nie bylo juz tak pieknie - on zostal w niemczech, ja w irlandii. doszlam do wniosku ze nie moge spedzac czasu przed komputerem, chcialam poznac ludzi itd. oprocz tego musialam szukac w tym samym momencie stazu, bo inaczej nie dostalabym dyplomu i nie moglabym zaczac studiow mgr. to byl najgorszy okres w moim zyciu, dostawalam same odp negatywne (moj pierwszy staz...), potrzebowalam wsparcia od niego, ktorego nie dostalam, calkowicie sie zalamalam. nie chcialam dalej tego kontynuowac, bo nie czulam wlasnie tego wsparcia, ale po obgadaniu wszystkiego, zdecydowalismy sie byc nadal razem. dodam tylko ze w niego to dosc mocno trafilo i chyba sie do mnie lekko "zrazil", czemu sie nie dziwie... :(
teraz jestem juz na stazu (udalo sie), nie mieszkamy razem i wychodzi na to, ze na studia mgr zostalam przyjeta do zupelnie innej uczelni, w innym miescie, a nawet kraju. przed nami kolejne 2 lata "zwiazku na odleglosc" i nie wiem czy jest sens. kocham go, czasem nawet moze zbyt. moze jestem tez zbyt wymagajaca, ale do tej pory zabiegalam o to zeby sie spotkac, zobaczyc, chociaz porozmawiac. niedawno byly moje urodziny, na ktore niestety nie mogl przyjechac (rowniez zaczal staz, nie mogl wziac wolnego, ja zreszta tez nie). nie jestem materialistka, spodziewalam sie chociazby telefonu i zlozenia zyczen... napisal mi krotkiego maila, jak kilkanascie innych osob, z ktorymi bardziej lub mniej utrzymuje kontakt. strasznie mnie to zabolalo, nie zalezalo mi na prezencie ani niczym, moze jakis list, kartka, krotki telefon... oprocz tego czuje ze powoli cos miedzy nami gasnie i nie wiem czy mam sile to utrzymac. jednoczesnie tak mi zal tych 6 lat, kiedys mielismy wspolne plany na przyszlosc, teraz on mowi "JA chce, JA zrobie". boli mnie ze po 6 latach nie potrafi myslec "MY". ostatnio przebakiwal o wyjezdzie do kanady w przyszlym roku, a wie ze ja nie bede mogla jechac, musze skonczyc studia...
bylo jeszcze pare takich rozczarowan, ale nie wiem czy jest sens je wypominac... ja jestem troche zbyt impulsywna i czasem moze przesadzam. moze macie jakies rady? jak to rozwiazac? dodam ze nie rozmawialam z nim o tym bo rozmowa przez skype to jednak nie jest to (spotkamy sie pod koniec wrzesnia dopiero), poza tym on strasznie agresywnie reaguje na wszelkie moje uwagi... nie chce sie klocic, a wyjasnic, czy chce ze mna byc czy nie. jednoczesnie wiem ze odkladanie takich rozmow na pozniej jest bez sensu i tylko klopoty moga sie namnozyc.
moze dodam ze jego rodzice sa rozwiedzeni, moze przez to mamy te problemy...
nie wiem, potrzebuje jakiejkolwiek rady...