Dodaj do ulubionych

O tłumaczeniach raz jeszcze...

04.12.19, 20:23
Z góry uprzedzam, że języki obce są mi obce, więc nie podejmuję się polemizować czy taki zwrot jest słusznym czy nie. Ale... Od coś koło 100 lat "żyłam" tłumaczeniem "Ani" tłumaczeniem Rozalii Bernsteinowej i (dalszych tomów) Janiny Zawiszy-Krasuckiej, wydanie IV z 1974 roku. Nie polemizuję czy ono dobre czy złe, lepsze czy gorsze. Ale... Ostatnio zupełnie przypadkiem wpadły mi w ręce "Ania z Avonlea" i "Ania na uniwersytecie" w tym samym tłumaczeniu, ale z roku 2005. No i jakoś mi "zgrzytają" imiona... Rozumiem "trynd" powrotu do imion z oryginału, więc przyjmuję Jankę Andrews jako Jane, Józię Pye jako Josie, Izę jako Philippę. Ale niech mi ktoś wyjaśni - czemu w takim razie Karolek Sloane pozostał Karolem a nie Charlesem, a pani Małgorzata Linde - Małgorzatą a nie oryginalnie (o ile pamiętam miała na imię Rachela czy Rebeka?), albo chociaż Margaret? Po cóż, na Zeusa przechrzczono Jasia Irvinga na Pawełka? I to znów w polskiej wersji językowej! Tadzio i Tola też pozostali w nie zmienionej wersji. Czy ktoś rozumie czym kierował się wydawca? Wątpię, by te zmiany imiennicze wprowadziła sama tłumaczka, która, z tego co wiem, zmarła w czasie wojny?
--
Kocynder - w gwarze śląskiej słowo określa sytuację ciężką do ogarnięcia, którą ciężko unieść - a wszyscy myślą, ze to coś od "kotka"... 3:-)
Obserwuj wątek
    • sayoasiel Re: O tłumaczeniach raz jeszcze... 07.12.19, 01:31
      Tak zawsze było. Niekonsekwencja w tłumaczeniach to jedna z pierwszych rzeczy,z którymi kojarzy mi się seria. Moje książki są starsze (troszkę), ale też to mają. Mają Florę i Faith jednocześnie, Rozalię i Różę, Izę i Phil, Juliannę i Katarzynę, Józię i Josie. Mam też Lawendę i Lavender w tej samej serii.

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka