Dodaj do ulubionych

Bez szans na rozwój?

04.08.06, 09:01
Jestem sektetaką od niecałego roku,wynagrodzenie 1200zł brutto w średniej
firmie.Ta praca jest dla mnie destrukcyjna,nie mam szans na rozwój, stałego
zakresu obowiązków, przez większość czasu nie mam co robić ( dla rozrywki
parzę kawę), strasznie mi się nudzi, muszę udawać że jestem czyms zajęta przed
dyrektorem i innymi pracownikami. Taka sytuacja mnie męczy, po prostu nie mam
chęci do życia..Co robić?
Edytor zaawansowany
  • ap85 04.08.06, 11:39
    ja też robie to samo co ty. z tym że zarabiam 850,- na renkę. Ale nie mam
    żadnego doświadczenia i sama sie dziwię że zechcieli mnie przyjąć.
  • julka9924 04.08.06, 13:08
    Ja tez nie miałam, na początku trafiłam tu na staż, a potem zostałam zatrudnoina..
  • gwiazda_polarna 07.08.06, 08:34
    Na rękę :)
  • kazal2 09.08.06, 21:15
    jak ty mozesz za takie marne grosze pracować, ja mam dwa patyki na ręke. Walcz
    o swoje, przeciez to jest ciężka praca!
  • rita971 04.08.06, 15:01
    Do tej pory miałem 2 assystentki, jedna przyśła do innego działu (marketing), a
    obecna jest nowa i musimy się dopasować.

    jest możliwość awansu ale zależy od firmy
    pozdrawiam wszystkich Pań bo wiem że znami szefami nie jest lekko czasami
  • gwiazda_polarna 07.08.06, 08:35
    Moja rada - zmień pracę!
  • hellena8 09.08.06, 13:40
    Ucz sie, dokształcaj, zrób jakis kurs, a tam zobaczysz, może zauwarzą twój
    rozwój osobisty w tej firmie, jak nie, to szukaj leprzego miejsca.
  • gwiazda_polarna 10.08.06, 13:03
    Ale za co ma się dokształcać dziewczyna, przy takich zarobkach ?
    Poza tym gdzie tu jest jakaś motywacja?

    Wiadomo że osoby lepiej motywowane do pracy (zarobki, szanse rozwoju, awans )są
    lepszymi pracownikami i jeszcze chętniej się uczą ale w tym przypadku, nic na
    to nie wskazuje.
  • hellena8 10.08.06, 14:20
    No ale co w takim razie gnić w takiej sytuacji i ropaczać? Trzeba starac się z
    tego wybrnąć, nic samo sie nie zrobi.
  • agata_zaleska 04.09.06, 13:42
    Nie zgadzam się z Tobą całkowicie. Po pierwsze zarobki zależą od firmy- to jest
    jej wielkości, tego jak dobrze sobie radzi na rynku i przede wszystkim regionu
    w jakim się znajduje. Uwierzcie mi w lubelskim zarobki rzędu 1000-1200 zł na
    rękę są bardzo dobre, zważywszy na marne szanse znalezienia jakiejkolwiek
    pracy, tym bardziej stałej. Ja pracuję jako sekretarka-asystentka od 9 miesięcy-
    zatrudniono mnie bez znajomości. Byłam bez doświadczenie, ale dostrzeżono w
    mnie potencjał. Moje zarobki oscylują ok 1000 zł -raz więcej, raz mniej, jak to
    w życiu bywa. A co najważnijesze - JA SIĘ ROZWIJAM. W pracy raz są ciche dni,
    raz mam bardzo dużo pracy. Uczę się wielu nowych rzeczy. Za moją pensję robię
    obecnie prawko, wcześniej chodziłam na kurs języka angielskiego- podeszłam i
    zdałam dwa certyfikaty językowe i studiuję zaocznie. Więc za taką pensję można
    jak najbardziej się rozwijać - kwestia tego, czy ktoś ma ku temu chęci. Fakt
    faktem mało zostaje finansów na cokolwiek innego, ale inwestuję w siebie. Jeśli
    to mi nie pomoże w mojej karierze zawodowej, to przynajmniej mam osobistą
    satysfakcję z moich osiągnieć.I na tym nie poprzestaję. Mam w planach o wiele
    więcej. Mimo to w dzisiejszych czasach z przkrością musze stwierdzić, że
    wszystko, a tym bardziej rozwój osobisty młodego człowieka kosztuje majątek ,a
    często bywa tak, że niewiadomo skąd ktoś taki ma go wziąść. To jest
    przykre.Sama wiem po sobie. Mój hiszpański odkładany jest z powodów finansowych
    ładnych parę lat.Pozdrawiam.
  • julka9924 05.09.06, 08:57
    Może za mało o sobie napisałam i nie przedstawiłam dokładniej swojej sytacji...
    Mam 22 lata, mieszkam na wsi w woj.łódzkim, pracuję w 25tyś mieście, u nas
    bardzo ciężko znaleźć pracę (tym bardziej biurową). Dużo moich znajomych
    dojeżdża codzienie do pracy do Warszawy szukając tam sazns na lepsze życie.

    Do pracy trafiłam za pośrednictwem urzędu pracy, dzięki któremu odbyłam staż, a
    potem przedłużono ze mną umowę o pracę i pracuję tu do dzisiaj.Za zarobione
    pieniądze opłacam sobie studia na UŁ(administracja)4.200zł na rok + ok. 600zł na
    dojazdy do Łodzi, daje mi to bardzo dużo satysfakcji, w czercu skończyłam kurs
    języka angielskiego na poziomie średniozawansowanym (mogłam sobie na niego
    pozwolić tylko dzięki mym pieniążkom) i teraz rozglądam się za jakimiś innymi
    zajęciami. Starcza mi jescze na drobne zakupy, jakiś ciuch, za wszystko płacę
    sama (ok. 200 zł kosztuje mnie miesięcznie paliwo do pracy, a w lato jeżdżę na
    rowerze - 10 km)
    Bardzo zależy mi na ciągłym podnoszeniu własych kwalifikacji. Jednak ta praca mi
    tego nie umożliwia. Są dni kiedy bez przerwy siedzę w necie i wcale mnie to nie
    bawi, jestem żywiołową i pracowitą osobą i takie bezczynne siedzenie doprowadza
    mnie po prostu do szału, czasem mam ochotę rozpłakać się..
    A to mój niepisany zakres obowiązków:
    - podawanie kawy, mycie szklanek
    - rejestracja faktur
    - przygotowywanie korespondencji i roznoszenie poczty, pism do poszczególnych
    działów
    - raz w miesiącu pisanie protokołu z posiedzenia Rady Nadzorczej
    - odbieranie telefonów i to z grubsza tyle :(
  • agul_ka 05.09.06, 10:59
    Witam ponownie.

    Po pierwsze, nie odbieraj mojego posta jako atak na swoją osobę, bo nie to było
    moim celem. Jeśli Cię uraziłam to przepraszam. Mój wywód związany był i jest z
    silnym protesetm przeciwko tezie, że przy pensji 1 000 zł nie można się
    rozwijać. Przy takiej wysokości wypłaty horyzonty napewno są ograniczone i
    pole manewru nie tak szerokie jak kogoś kto może sobie pozwolić na wiele
    więcej z racji dwu- lub czetrokrotnie wyższej pensji. Chciałam zanzaczyć, że
    mimo to sa jeszcze ludzie, którzy stawiają na rozwój i są ambitni. Tacy jak ja.

    Po drugie, z tego co pisalaś o swojej pracy mamy wiele wspólnego. Jeśli czujesz
    się nieszczęśliwa i nie możesz rozwinąć skrzydeł w tej pracy radzę Ci szukać
    innej, ale powoli i rozsądnie tak abyś nie została na lodzie z niczym. Po
    prostu wertuj ogłoszenia, chódź na rozmowy czy odsyłaj swoje CV a gdy nadaży
    się okazja i poczujesz że to jest lepsze dla Ciebie to łap szansę. Radzę Ci
    także ogłosić siebie w jakiejś lokalnej gazecie ogłoszeń jako osoby
    poszukującej pracy. Naprawdę to działa, bo wiem po sobie. Obecnie coraz
    częściej zdarza się, że to pracodawca szuka pracownika robiąc tym samym wstępną
    weryfikację ogłoszeń.

    Po trzecie, mi także zależy na nieustannym podnoszeniu własnych kwalifikacji
    dlatego wiem w jakiej jesteś sytuacji.Zrobiłaś kurs języka angielskiego
    biznesowego czy uniewersalnego?Pytam, bo jam mam Telca i FCE i w tym roku idę
    na biznesowy. Różni nas wiek- ja mam 20 lat. Poza tym też mieszkam w miasetczku
    25 tys. dojeżdżam do pracy 30 km codziennie. Ale z pracy jestem bardzo
    zadowolona. Czasami myślę o tym co zrobię kiedy to już mi nie będzie
    wystarczało? Pewnie to co Ci radziłam w 2 akapicie.Bo ja przecież dopiero
    rozpoczęłam moją karierę zawodową...Mam nadzieję, że jednak nie nastąpi to
    szybko. Poa tym nie możesz uczyć się dyskretnie w pracy kiedy jest już rok
    akademicki a Ty się nudzisz? Powiem Ci że ja ostatni rok ( pierwszy -
    politologia zaoczna) przeszłam na bardzo dobrych wynikach a uczyłam się głównie
    w autobusach i pracy, kiedy były ciche dni. I mi to odpowiada. Jeśli chcesz to
    możemy wymieniać się doświadczeniami:)

    Pozdrawiam
  • julka9924 06.09.06, 10:25
    HeJ!
    Z przyjemnością odczytałam Twoją wypowiedź.

    W czasie roku akademickiego też siedzę nad notatkami i przygotowuję sie do
    egzamiów, na początku krępowało mnie to, sądziłam, ze to nie wypada, ale
    prezesowi to nie przeszkadza, dyrektor czasmi robił mi kąśliwe uwagi, ale już
    go zwolnili (w ogólne miał specyficzne poczucie humoru i czasami umiał mi
    dopiec). Nauka jest na pewno lepsza od "buszowania" w interecie, dzięki temu
    zawsze pomyslnie zaliczam sesje.
    Kiedyś wstydziłam się tego, że studiuję zaocznie, a moi znajomi są na dziennych,
    ale z bigiem czasu moje zdanie zmieniło się...studiuję, pracuję i przede
    wszystkim zdobywam cenne doświadczenie. Sama doświadczyłam na własnej skórze
    jaki człowiek jest "zielony" gdy rozpoczyna swoją pierwszą pracę, wszystkiego
    musi się uczyć od początku...

    Ja skończylam kurs języka uniwersalnego, chodziło mi głównie o kontakt z "żywym"
    językiem. Na koniec miałam egzamin i ocena z niego jest wpisana na dyplomie.

    Pensja wysokości ok. 1000zł jest spoko gdy mieszkasz z rodzicami i nie wydajesz
    kasy na żywność i opłaty. Gdybym chciała powiększyć swoją rodzinę (mój chłopak
    zarabia ok.800zł na rekę) to ciężko byłoby nam utrzymać się bez pomocy rodziców.

    Podoba mi się Twój stosunek do życia, tylko tak dalej trzymaj i nie
    poprzestawaj w pracy nad sobą, pieniądze zainwestowane w siebie na pewno kiedyś
    się zwrócą, a zdobyta wiedza zaowocuje..
    A jak widzisz swoją "karierę"? Czy wiesz już co bys chciała robić w przyszłości?
    Ja ciągle szukam właściwej ścieżki.......

    Trzymaj się!:)
    Czekam na kolejne Twoje spostrzeżenia......
  • agul_ka 06.09.06, 13:37
    Witam ponownie. Z przyjemnością muszę stwierdzić, że Twoje wpisy czyta mi się
    bardzo lekko i swobodnie. Mi również podoba się Twój sposób patrzenia na
    rzeczywistość. Miło mi Ciebie poznać zapewne Julio.

    Moja obecna praca- poważna, stała i legalna to było i jest moim pierwszym
    wyzwaniem oraz doświadczeniem zawodowym. Wszystko zaczęło się bardzo niewinnie
    i nigdy nie przypuszczałam, że aż tak mi się poszczęści. A zaczęło się od
    studiów, bo przecież składałam na dzienne, ale z powodu nowej matury nie
    dostałam się. Chciałam zrobić sobie rok przerwy, ale mama mi truła, że tak być
    nie mogło i wypadło na zaoczne studia. Poza tym studiowanie i stancja w innym
    mieście odpadało z powodu finansów i tego, że moja połówka nie mogła zostawić
    rodzinnego biznesu bez nadzoru. Jedynym kierunkiem, na którym dopuszczałam
    studiowanie była Politologia. Oczywiście finanse na I semestr musiałam
    pożyczyć, ale poszłam na nie. I co mnie zaskoczyło, zaczęło mi się podobać. I
    tak jest do dziś. Jest coraz fajniej. Potem przypadkiem ogłosiłam się w
    lokalnej gazecie jak osoba poszukująca pracy, a potem w szybkim tempie dostałam
    ta pracę. Telefon, za 2 godziny rozmowa kwalifikacyjna, na której de facto
    powiedziałam raptem 2 zdania, bo nawijała moja szefowa, zdążyłam dojechać do
    domu i telefon, że mam ją i mogę zaczynać jutro. Łud szczęścia. Zwłaszcza, że
    szefów mam super, wyrozumiali, dowcipni- nie ma dnia, żebyśmy się nie śmiali.
    Warunki do studiowania – zdobyć wpis, zwolnić się wcześniej czy wolne, bo
    egzamin to pryszcz, bo przecież „na naukę mam zawsze wolne”- w domyśle. Pensja
    na warunki najuboższego województwa jest naprawdę dobra, dzięki niej mogę się
    rozwijać. Raz wyższa, Ra niższa- ale jest. Ale fakt poszłam tam bez żadnego
    doświadczenia, a moi bossowie mi zaufali-było ryzyko, ale potem jak mi
    powiedzieli opłaciło się. Ale ogólnie z moich obserwacji rynku pracy w Polsce
    muszę stwierdzić, że z pracą jest niedobrze: młody człowiek nie może się
    rozwijać, bo nie ma za co, miejsc pracy nie ma, bo je starsi za wszelką cenę
    zajmują, choć często kwalifikacji do tego nie mają, a jak już pójdzie na
    rozmowę to się okazuje, że nic nie umie i ryzyko przewyższa jego zatrudnienie,
    bo niby skąd pracodawca ma mieć do niego zaufanie jak w dzisiejszych czasach
    liczą się znajomości, pieniądze i egoizm. Niestety. Z przykrością musze
    stwierdzić, iż dziś nie opłaca się być uczciwym. Ale ja jestem mimo to
    tradycjonalistką w tej kwestii.

    Studia: jak poszłam na zaoczne to dostrzegłam przepaść jaka dzieli studentów
    zaocznych od dziennych- przede wszystkim doświadczenie. Jak patrzę na moje
    koleżanki z liceum- za wszystko rodzice płacą, one się niczym nie przejmują-
    tylko wykłady, sesja i zabawa. Kasa nie ma znaczenia- bo i tak przecież rodzic
    da. Będąc już rok na zaocznych nie żałuję swojej decyzji. Nie składałam na
    dzienne, nie przeniosłam się, choć mogłam. Będę mieć stypendium naukowe. Jedyny
    minus studiów zaocznych to czesne i jego wysokość i to, że praca i nauka dobrze
    wkomponowana w siebie i nawzajem się uzupełniająca kosztuje dużo wysiłku. ALE
    TO SIĘ OPŁACA. Studenci zaoczni dzielą się na dwie grupy: tych co chcą coś
    osiągnąć, szybciej wydorośleć, żyć na własny rachunek, zdobyć doświadczenie i
    tych (mam na roku takich)którzy są tam by być- rodzice płacą za wszystko nawet
    zdanie egzaminu, a on/a siedzi na tygodniu w domu, bąki zbija, imprezuje, a ja
    jak patrzę na niego/nią to się zastanawiam: co on/a ma w głowie i że jeszcze
    on/a nie ześwirował z nudów. Cieszę, się z tych zaocznym, bo teraz jest modne i
    coraz bardziej się rozwija przekonanie, iż pracodawca chce pracownika-magistra
    z 10 letnim doświadczeniem, a takie można zdobyć tylko tak. Nieprawdaż? Dlatego
    ja nigdy nie wstydziłam się moich studiów, Tobie też nie radzę. Jeśli ktoś
    uważa się lepszy tylko dlatego że studiuje dziennie to albo jest głupi, wygodny
    albo nieświadomy. Jeśli chodzi o naukę w pracy, to ja robię to bardzo
    dyskretnie, nigdy nikt nie zwrócił mi uwagi, ale głupio się czuję jak ja
    wyciągam zeszyty ,a tu ktoś patrzy. Najczęściej uczę się(w trakcie sesji)jak
    jestem sama i szefów nie ma. Mam spokój. Nie marnuje czasu. W zeszłym roku na
    wszystkie egzaminy uczyłam się choć trochę w pracy i w autobusach. W domu
    naprawdę bardzo rzadko. Tylko mam jedna zasadę- najpierw wszystko co mam
    zrobić, potem nauka. Buszowanie po necie jest dobre dla kogoś kto czatuje, gra
    w gierki internetowe, mam pełno znajomych na gg itp. Ja się z tego wyleczyłam.
    Teraz jestem na necie jak mam coś znaleźć to buszuję. Bez celu nigdy, bo to
    strata czasu. Poza tym nawet jeśli całe 8 godzin jesteś w pracy i nic
    kompletnie nie robiłeś to i tak jesteś zmęczony, czasami nawet bardziej niż
    zwykle. Mnie po 1 dniu takich nudów skręca w środku. A Ty jak oceniasz swój
    kierunek? Swoją adaptację?T rudność?

    Twój angielski to jakiś certyfikat? Czy po prostu kurs? Lubisz uczyć się
    języków? Bo u mnie to kurs a potem certyfikat. Tak było i mi się to sprawdza.
    Żałuję, tylko że nie mam styczności z językiem na co dzień. Wolałabym pracować
    gdzieś za granicą, cały czas obcować z nim .Poza tym większy kapitał, po którym
    możesz cos planować w swoim życiu osobistym. Wiem co czujesz, ja jestem z moim
    facetem ponad 5 lat- poważnie myślimy o wspólnym mieszkaniu, ślubie, potem
    dziecku. Ale barierą ku temu są finanse. Niestety. Po co mamy się żenić i
    mieszkać u rodziców, na stancji czy brać kredyt? To dla mnie bez sensu. Dlatego
    czekamy na dobrą pracę nas obojga, szansę dla nas. Nie wykluczam wyjazdu nas
    obojga. Ja uwielbiam podróże, zwłaszcza te zagraniczne – tylko moja połówka
    trochę mniej. Tylko teraz chcę skończyć studia.

    Mieszkanie z rodzicami ma dobre strony, ale nie u mnie. Mój domek to stare
    budownictwo- nie mam swojego pokoju. Poza tym moja mama jest po rozwodzie z
    moim ojcem. Sama nas utrzymuje, dlatego żyje ciągle na kredytach. Mój starszy
    brat w ogóle nie jest dojrzały i odpowiedzialny. Od zawsze mama go utrzymuje-
    opłaca mu właśnie 3 rok płatnych studiów. Mama go kocha i nie może przestać się
    zażynać dla niego, a jak próbuję to zrozumieć, ale czasami naprawdę nerwy mi
    puszczają. Z mojej pensji idzie na rachunki na dom, moje studia, mój kurs,
    ubrania itp. Nie jest kolorowo. Dlatego staram się od mamy nic nie brać. Nie
    przysparzać jej kłopotów.

    Mimo tych trudów, inwestuję w siebie, bo wierzę w to. Mojej kariery nie widzę
    na razie. Zawsze fascynowało mnie praca w rozgłośni radiowej, ale nie wiem jak
    się obok tego zakręcić. To musi być fajne- niby gadasz do siebie, mówisz co
    chcesz, a ludzie Cię słuchają i prowadzoną z Tobą rozmowę. Nie wiem czy zostanę
    zawodową asystentką. Możliwe. Nie wykluczam tego. Myślę o jednorocznej szkole
    dla sekretarek. Poza tym innych pomysłów na życie nie mam. Chyba to dobrze, bo
    potem się nie rozczaruję i lepiej przyjmę co ma być. A Ty jak widzisz swoją
    przyszłość? Lubisz swoją pracę? To co tam robisz?

    Sorry za tak długi wywód. Czekam na równie obszerny. Pozdrawiam. Czekam na
    Twoje bardzo interesujące „wypociny”.
  • julka9924 06.09.06, 14:50
    Witam ponownie!
    Ja jestem na IV roku administracji na Uniwersytecie Łódzkim, w przyszłym
    tygodniu wybierać będę specjalizację, mój wybór padł na publiczną (najciekawsze
    wykłady). Nznalazłam się tu za namową koleżanki. Nie udało mi się dostać na
    studia dzienne, a zdawałam egzaminy na 3 uczeniach:
    1.UŁ - stosunki mięszynarodowe - pytania z historii i angielskiego były po
    prostu kosmiczne!
    2.Uniwersytet Mikołaja Kopernika w Toruniu - politologia - test z historii-
    inteligentny i ciekawy, bardzo dużo chętnych na jedno miejsce...
    3. Uniwersytet Kardynała Wyszyńskiego w W-wie - politologia - najłatwiejsze
    pytania z historii i Wosu, ale też masa chetnych...
    Jestem rocznikiem z wyżu demokratycznego:(
    Tak więc administracja nie była moim wymarzonym kierunkiem, to był raczej
    przypadek, nie wiedziałam co kryje się pod tym pojeciem i z czym to sie je ;-)
    (ta koleżanka 3 semestry zaliczyła dzięki mnie, zawsze musiałam jej pomóc, ale
    wszystko co dobre szybko się kończy i już jej nie ma).
    Rok dostawałam stypendium naukowe, ale teraz mam trochę słabsze oceny..
    Po I semestrze chciałam zrezygnować, ale mamie nie spodobał się mój pomysł,
    chciałam zdawać ponownie na dzienne, ale ona odradziła mi to ( co byłoby gdybym
    się znowu nie dostała, kolejny rok w plecy????)Dziś nie żałuję tej decyzji!
    Nie mogę doczekać się kolejnego semestru!

    To na tyle, jutro będzie ciąg dalszy, zaraz pomykam do domu....

    Pozdrawiam!
    Justyna
  • julka9924 06.09.06, 14:53
    Ups...wyż demograficzny!
  • agul_ka 06.09.06, 16:10
    Cześć po raz kolejny dzisiejszego dnia!

    Widzę, że nasze kierunki studiów w takim razie to czysty przypadek, który nam
    się bardzo opłacił, bo nam się teraz podoba. A i gusta mamy podobne, bo ja
    składałam na dzienną anglistykę, prawo i stosunki międzynarodowe na UMCS. Wiem
    także co oznacza wyż demograficzny, a na dodatek Czarnobyl. W połączeniu z nową
    maturą nie było szans, by się dostać na wymarzone studia. Zmiana kierunku
    studiów jest dobra pod warunkiem, że jest uzasadniona, bo nie sztuką jest
    studiować wszystko po trochu i nic w rezultacie, ale skończyć coś co nam się
    podoba. U mnie na roku wiele osób już odpadło, ale leserstwo aż wrze. A ja
    białej gorączki dostaję jak widze jacy ludzie mogą być podli, leniwi itd.
    Powiedz co sądzisz o perspektywach młodego człowieka dziś? Trudno jest u Ciebie
    znaleźć pracę? Nie myślisz o wyjeździe? Tak na marginesie –spod jakiego znaku
    zodiaku jesteś? Oki. Zmykam. Czekam na kontynuację Twojej wypowiedzi.

    Pozdrawiam.
    Agata.

    PS: Jak tak dalej pójdzie to całe forum zapiszemy:)
  • julka9924 07.09.06, 10:12
    Cześć!

    Wracając do tematu…U nas na pierwszym roku odpadła 1/3 osób, później z każdym
    semestrem robiło się nas coraz mniej, ale na III roku dołączyli do nas studenci
    z Bełchatowa, gdyż zlikwidowano tam filię. Zostali najwytrwalsi, dużo jest osób
    starszych ( „dinozaury”), ale nie brakuje też młodych, sporo ludzi pracuje, ale
    zdarzają się i tacy imprezowicze, którym bogaci rodzice sponsorują studia.
    Większość ludzi ma bardzo duże ambicje i zależy im na dobrych ocenach (
    zwłaszcza Ci starsi – zawsze obkuci na egzaminach! Nawet niechętnie pożyczają
    wykłady do odkserowania albo wcale - egoiści ). Nie podoba mi się takie
    postępowanie, ocena czasem nie jest sprawiedliwa i nie należy uczyć się tylko i
    wyłącznie dla ocen, choć zawsze dobre stopie cieszą..
    Ogólnie rzecz biorąc lubię wyjazdy do Łodzi w czasie zjazdów, ale moi towarzysze
    podróży nie. Zwłaszcza koleżanka, która ma depresyjne nastroje, ale to zupełnie
    inna historia. Jeździmy z kolegą polonezem ( dojeżdża po mnie 20 km). Łukasz
    obecnie jest w USA, zarabia kasę jako kierowca wózków.

    JĘZYKI
    U mnie na tym kursie nie można było zrobić żadnego certyfikatu, chodziło głównie
    o poszerzenie słownictwa i komunikację. Na początku miałam bardzo duży zapał,
    ale z czasem on zgasł, zabrakło mi też systematyczności. Z pracy wychodziłam o
    15,a na zajęcia czekałam do 17:40, nie wracałam do domu i czasami umierałam z
    nudów, już nie wiedziałam co robić z wolnym czasem, nie chciałam 2 razy w
    tygodniu obchodzić wszystkich sklepów z ciuchami. Zajęcia kończyłam o 19;10 i
    tak było 2 razy w tygodniu: we wtorki i w czwartki, więc nie było mnie cały
    dzień w domu. Kurs kosztował 130 zł miesięcznie i trwał 9 miesięcy. Miałam
    bardzo dobrą prowadzącą, niezwykle żywiołową i pełną energii. Czasami z wielką
    niechęcią chodziłam na te zajęcia, w czasie sesji było mi ciężko pogodzić
    wszystkie obowiązki.

    Największe problemy mam z wypowiedzeniem się, nie mogę przełamać bariery
    komunikacyjnej. Czasem mam telefony z zagranicy, bardzo mnie one peszą bo u mnie
    zawsze są pootwierane drzwi i wszystkie rozmowy słyszy prezes ( on biegle mówi
    w 3 językach).
    W większości rozumiem to, co ludzie do mnie mówią, teksty z filmów, itp. Gorzej
    z piosenkami, kiedyś czytałam książkę po angielsku ( bajka „Dracula”). To było
    ciekawe i wciągające. Z gramatyką bywa różnie, to zależy od ćwiczeń i zadań do
    wykonania.
    A jak wyglądał Twój kurs?

    Jestem zodiakalnym Strzelcem, z natury jestem nieśmiała, a ta praca zmusza mnie
    do przełamywania barier komunikacyjnych. Dobrze czuje się w towarzystwie znanych
    mi osób. W pracy jestem grzeczna, spokojna, poukładana, mam po części podcięte
    skrzydła….w domu jestem zupełnie inną osobą, Ci co mnie znają śmieją gdy mówię,
    że jestem nieśmiała .Poza tym jestem bardzo pracowita, nie umiem odpoczywać i
    zawsze szukam sobie jakiegoś zajęcia, nawet w niedzielę wstaję o 6 rano……

    Ciąg dalszy nastąpi!

    Pozdrawiam
    Justyna

  • super.kinia 07.09.06, 10:35
    Ja za język niemiecki płacę 140zł miesięcznie i mam tylko 1 godzinę zegarową w
    tygodniu, więc Ty płacisz stosunkowo niewiele.
  • julka9924 07.09.06, 11:03
    Witam ponownie!

    U mnie sytuacja jest zupełnie inna, mieszkam na wsi, mamy duży dom, ogródek i 10
    ha ziemi. Mam 3 rodzeństwa: siostra 22l. – studiuje dziennie finanse i bankowość
    na UŁ, brat 19l. – tegoroczny maturzysta, najmłodszy brat 11l. – piąta klasa
    podstawówki. Wiedzie nam się dobrze ( tylko i wyłącznie dzięki ciężkiej pracy na
    roli), choć na przednówku jest bardzo ciężko….
    U mnie nie ma zwyczaju wyjeżdżania na wakacje bo ciągle jest coś do roboty (
    pieniądze na wyjazd są), dopiero gdy zaczęłam pracować „ wybłagałam „ zgodę na
    wyjazd, w tamtym roku byłam z koleżanką na 5 dni w Gdańsku. Wszyscy w pracy
    gdzieś się „urlopowali” i ja też chciałam zakosztować takiego życia.

    Na tych 10 ha mamy sad: jabłonie, grusze, śliwy, wiśnie poza tym hodujemy
    pomidory, ogórki, truskawki, bób….u mnie na okrągło jest mnóstwo pracy w polu,
    przyjeżdżam z jednej pracy i zaraz idę do drugiej, zawsze muszę się śpieszyć do
    domu i nigdy nie mam na nic czasu, czasem pracujemy i w niedziele, na okrągło
    jestem przemęczona, w soboty jeżdżę z tatą na rynek i handlujemy owocami i
    warzywami – fajna sprawa. Dźwigam ciężkie skrzynki, często pracuje w ziemi i
    przez to mam zniszczone ręce, zawsze noszę krotko obcięte paznokcie, czasem
    wstydzę się tych rąk, bo przecież sekretarka powinna mieć zadbane dłonie.
    Mój tata był niechętny temu, abym poszła do pracy ( o jedna para rąk mniej w
    domu)……..uważał, że jeżeli będę w domu pomagać to na pewno zarobię na studia.
    Po maturze przez rok siedziałam w domu, pomagałam w polu, jeździłam z tatą na
    rynki, żyłam „destrukcyjną” miłością, tak było mi wygodnie…… Z czasem zaczęło mi
    to przeszkadzać, nie chciałam tak żyć, zrobiłam się marudna, ciągle narzekałam,
    było mi po prostu ŹLE!
    Wszystko się odmieniło gdy zaczęłam staż, skończyłam swój chory związek, od razu
    jaśniej spojrzałam w przyszłość……..


    To jeszcze nie koniec :-)
  • agul_ka 08.09.06, 15:38
    Witaj!
    U mnie na roku po sesji zimowej z 300 osób zrobiło się 220,jak teraz jest
    zielonego pojęcia nie mam. Jeśli chodzi o pożyczanie notatek-nie mam nic
    przeciwko pod warunkiem, że dana osoba jakoś mi się odpłaci. Mogę wszystkim
    studentom studiów zaocznych polecić system wymienny: ja z moją dobra kumpelą po
    I semestrze umówiłyśmy się, że aby mieć więcej czasu wolnego ustawimy sobie
    grafik w sensie podziału przedmiotów na jakie chcemy chodzić. I tak było cały
    letnie semestr. Potem wymieniłyśmy się notatkami. A ja i ona była na wykładach,
    które ją interesowały lub mogła ich słuchać. Naprawdę sprawdziło się. U mnie
    jest kilku dinozaurów i zawsze chcą się popisać swoją inteligencją i wdają się
    w dyskusje z wykładowcami tym samym przedłużając nam wykład. Wtedy mi się
    dopiero podnosi ciśnienie. Dobre oceny są fajne-ale najlepiej gdy są podparte
    wiedzą .a na studiach – nie oszukujmy się- nie ma sprawiedliwości. Ktoś kto się
    nie uczy i sobie olewa ma lepsze oceny od kogoś kto się uczy i ma ambicję tylko
    mu nie poszło. I to będą dwa takie same magisterki .A jaka różnica między nimi?
    Taka, że magistrka matoła to tylko papier. Ale pracę dostanie. Niestety. A ten
    drugi jak będzie miał pecha to niekoniecznie.

    Podejrzewam, że ten Łukasz to Twój luby, który wyleczył Cię po chorym związku.
    Mój na szczęście jest idealny od 6 lat i wydaje mi się, że już tak zostanie.
    Były zgrzyty, ale małe i rzadko. Ubolewam tylko, że czasami nie może być tak
    jak chcemy- np. już razem mieszkać.

    Ja w polu nie pomagam,, bo takiego nie mam,ale szybko dojrzałam i wydoroślałam,
    bo pochodzę z rozbitej rodziny. I mogę powiedzieć, że jestem osoba po
    przejściach. Dlatego marzę,aby mój luby był dobrym ojcem.

    U mnie język był typowo certyfikatowy- robiliśmy zadania egzaminacyjne,
    ćwiczyliśmy wszystkie potrzebne umiejętności. Ja zajęcia miałam 2 razy w
    tygodniu po 1,5 h. Wtorek 17:30-19:00 i środa 19:00-20:30. Płaciłam 10 zł za
    godzinę. Godzin miałam 90+30, bo przedłużyliśmy sobie kurs do połowy czerwca.
    Do tego doszły opłaty za egzaminy certyfikatowe ok. 1 000 zł. U nas lektorką
    była młoda dziewczyna- ok. 30. Rozgadana, bardzo dużo umie, zawsze pomoże, z
    humorem. Mój drugi najlepszy lektor w życiu a kilkunastu ich miałam, bo od
    zawsze chodziłam na kursy. Bardzo dużo pracy domowej przeróżnej zadawała, ale
    tym samym zmuszała nas do nauki- i dobrze. Ja chodziłam do językowej klasy w
    liceum, więc gramatykę mam opcykaną na cacy. Najbardziej nie lubię mówić, bo
    jednak ta umiejętność jest najmniej ćwiczona w szkole, a bariera jest-
    psychiczna, bo niestety nie byłam w obcym kraju jeszcze długo, a bardzo chcę,
    więc niebawem może. Każdy mówi, że jestem bardzo dobra w te klocki, ale ja
    chciałabym na codzień obcować z językiem. Najlepsza ocena mi tego nie zastąpi.

    Ja jestem z zodiaku Wodnikiem. Zawsze byłam nieśmiała, rozgadana, nerwowa,
    szybko się wkurzałam, uczciwa. Moją nieśmiałość pokonałam stopniowo.
    Szczególnie w pracy, bo przecież ja mam wszystkiego się tu dowiadywać i
    załatwiać. Cieszę się z tego.

    A Ty jakie plany masz na przyszłość? Co być chciała robić? Mieszkać? Jak
    czujesz się w swojej roli w pracy? A szef i jego stosunek do Ciebie ?

    Czekam na Twój ciąg dalszy.
    Pozdrawiam.
  • julka9924 11.09.06, 09:34
    Hej!

    Łukasz nie jest moim chłopakiem, my tylko razem jeździmy do szkoły, a tak na
    marginesie to jest bardzo mądry, kulturalny, dobrze wychowany i spokojny.

    Szef i jego stosunek do Ciebie ?
    Prezes – młody (lekko po 30), przystojny, wyluzowany, dobrze wykształcony,
    imprezowicz, typowy Warszawiak….do tej pory wstydzę się go. Zawsze mówi do mnie
    na „pani”( mimo, że dzieli nas nieduża różnica wieku), a poza tym z niektórymi
    pracownikami jest na per „ty”. Zawsze też życzy mi miłego weekendu, a poza tym
    to prawie wcale nie rozmawiamy, bo nie mamy o czym. Nie wiem o czym mogłabym do
    niego zagadać….? Ja żyję w zupełnie innym świecie i on ma swój „wielki „ świat.
    Kiedyś częściej do mnie zagadywał, ale zaprzestał tego, teraz mamy takie ciche
    dni (może dlatego że sama nie szukałam tego kontaktu…), przeszkadza mi to, bo ja
    nie znoszę ciszy…
    W czerwcu miałam rozmowę z prezesem, powiedział mi, że marnuje się na
    sekretariacie i chciał, żebym poszukała sobie szkolenia kadrowego. On nie trawi
    obecnej kadrowej…Byłam „w niebo wzięta”, to byłaby dla mnie wielka szansa, ale
    i odpowiedzialność …następnego dnia wzięłam się za przeglądnie ofert
    szkoleniowych, znalazłam sobie kilka, poszłam z nimi do prezesa, a on nawet nie
    raczył na nie spojrzeć…. Ciężko było mi znaleźć coś odpowiedniego (albo miejsce
    nie odpowiadało albo termin, brak zajęć komputerowych).
    Do tej pory na ten temat nie zamieniliśmy słowa….cala sprawa utknęła w miejscu.
    Wątpię żeby się coś zmieniło, ja już od października zaczynam studia, więc
    weekendy będę miała zajęte, a poza tym odpadają szkolenia 2 razy w tygodniu w
    godz. popołudniowych w W-wie lub Łodzi…..;(

    Mam jeszcze dyrektora- po 40stce, zabawny, dowcipny, zawsze uśmiechnięty, przed
    nim nie odczuwam dystansu, mogę do niego zagadać o czymkolwiek i on też mnie
    zagaduje mnie, jego jedyna wada – lubi afery i tylko szuka ‘kozła ofiarnego”, na
    którego można zrzucić całą winę…

    Kiedyś miałam jeszcze wiceprezesa, 3 dyrektorów, ale już ich nie ma, u nas są
    bardzo duże rotacje, z miesiąca na miesiąc nasza kadra maleje – to się u nas
    nazywa „cięcie kosztów”.

    Jak czujesz się w swojej roli w pracy?
    Obecnie jestem bardzo znudzona, a to wszystko dlatego, że nie mam rozbudowanego
    zakresu obowiązków, bez przerwy dokucza mi nuda, a to doprowadza mnie do
    wściekłości i smutku, jestem przygaszona i zniechęcona. Czasem zastanawiałam się
    czy prezesowi nie przeszkadza to, że sobie bezczynnie siedzę i czemu to toleruje
    przecież teraz mamy takie czasy, że nikt nikomu nie będzie płacił za bezczynne
    siedzenie, pracodawcy chcą jak najlepiej wykorzystać swego pracownika… . chyba
    jestem wyjątkiem  Może ktoś pomyśli, że jestem głupia bo dostaję kasę za
    siedzenie, ale mnie to nie bawi. Mogłabym pracować za mniejsze pieniądze gdybym
    tylko mogła w tej pracy efektywnie się rozwijać, uczyć nowych rzeczy, zdobywać
    doświadczenie….

    Ta praca jest dla mnie „poczekalnią” tzn. mam swoje pieniądze (czuję się
    częściowo niezależna), zdobywam jako takie doświadczenie, mam kontakt z ludźmi,
    a to jest bardzo ważne, mogę kontynuować studia – uczyć się w pracy. Czasem
    chciałabym to rzucić, ale analizuję wszystkie plusy i minusy i na razie tu
    trwam, nie sztuka wszystko rzucić i zostać na niczym……….


    Ciąg dalszy nastąpi...
    pozdrawiam!
  • julka9924 11.09.06, 10:17
    Moje plany na przyszłość?
    Na pewno swej kariery nie wiąże z pracą na sekretariacie…chciałabym pracować z
    przepisami, kodeksami, papierkami, pociąga mnie jakiś sąd, kancelaria,
    organizacja, ale to na razie tylko marzenia, a rzeczywistość bywa zupełnie inna.
    Mogłabym też prowadzić własną działalność gospodarczą ,czytaj jakaś firma….mój
    chłopak ma takie plany, a razem byłoby łatwej….Poza tym chciałabym też zobaczyć
    jak się żyje za granicą, nigdzie dotąd nie byłam, poduczyć języka……naprawdę nie
    wiem jak ułoży mi się życie.
    Dla mnie najważniejsza jest kochająca się rodzina, miłość, zadowolenie z życia,
    ciekawa praca, z której czerpałabym przyjemność i z chęcią do jej
    chodziła………chciałabym mieszkać w małym domku z dużym ogrodem na wsi lub na
    peryferiach miasta. W krwi mam miłość do ziemi, lubię zieleń i spokój….Nie
    pociąga mnie życie w wielkim, zatłoczonym mieście….

    Jaka panuje u ciebie atmosfera w pracy? Czy masz tam w kimś oparcie, osobę, na
    którą możesz liczyć?

    Justyna
  • agul_ka 11.09.06, 12:10
    Witaj ponownie!

    U mnie atmosfera w pracy jest raczej wyluzowana. Nie ma dnia kiedy byśmy się
    nie śmieli. Wiadomo jak to w pracy powaga musi być,ale jest naprawdę fajnie.
    Podoba mi się. Wymarzyć sobie takiej atmosfery nie mogłam. Mój szef ok 45 i
    szefowa 35 są przyjaciółmi,rzadko się kłócą. Nigdy nie wyżywają na mnie. Jak
    jest tylko czas to rozmawaimy o wszystkim. Tylko to tak naturalnie wychodzi, a
    nie zasiadamy przy stole i spowiadaj się. Oparcie? Teraz tak, wczęsniej nie.
    Poprzednio była u nas księgowa, która nic nie robiła,a jak już coś to tylko dla
    siebie. Rzadko rozmaiwałyśmy. Denerowowało mnie jej niedokładność, niehlujstwo,
    lenistwo i olewczy styl pracy i życia. Teraz jest nowa ok 50 i niegdy bym sie
    nie spodziawała że aż tak dobry stosunek będziemy miały. Narazie nie mgoę dużo
    pisać, bo mam dużo pracy, dlatego czekam na Twoje spostrzeżenia. Pozdrawiam.
  • julka9924 11.09.06, 10:42
    Czy trudno u nas znaleźć pracę?
    Tak. W mieście X, w którym pracuję nie ma większych perspektyw na rozwój. Tutaj
    można znaleźć pracę jedynie jako kierowca, sprzedawca, szwaczka, pracownik
    produkcji,..itp tylko takie oferty pracy można znaleźć w lokalnej gazecie. Pracy
    jako pracownik biurowy można szukać ze świecą w ręku…W mieście X jest ok. 5
    zakładów produkcyjnych ( głównie branża spożywcza i dziewiarska) , bezrobocie
    spore, płace w granicach 1000zł – to zależy od stanowiska i rodzaju wykonywanej
    pracy. Moja koleżanka ze studiów woli siedzieć bezczynnie w domu niż mieszać
    leczo w firmie x, a rodzice zaciągają kredyt na jej studia! Szans dla młodych
    ludzi tu nie widzę, chyba tylko ucieczka do Łodzi lub Warszawy. Do jednego i
    drugiego miasta jest ok. 80km. Tutaj nie ma nawet porządnego kina, parku, nie
    wspominając o miejscach rozrywki ( cluby, dyskoteki). Na szkolenie trzeba udawać
    się do większego miasta.

    Na razie!:)
    Ps. Przepraszam za małą lierówkę ( "Ciebie") w poprzednim poście.
  • julka9924 15.09.06, 09:57
    Czy możesz mi podać swój adres mailowy?

    Pozdrawiam
    Justyna
  • agul_ka 15.09.06, 13:32
    Jeśli pytasz o mój adres, to jest: agul_ka@gazeta.pl

    Pozdrawiam

    PS.Zaniepokoiłam się lekko jak przestalaś pisać. Bardzo płynnie mi się czytało.
  • julka9924 15.09.06, 13:45
    Wolałabym adres na Twoją prywatną skrzynkę...(na onecie, o2.pl,wp.pl,itp.)

    Justyna
  • agul_ka 16.09.06, 09:25
    Cześć.Ok nie ma sprawy.Napisz na gazetowego maila i się zmówimy. Bez obaw.
    Czyżbyś chciała mi napisać maila?:) Pozdrawiam.
  • seyahat 05.09.06, 21:33
    To i tak super. Ja mieszkam w Warszawie, zarabiam 1000 zł. Odkąd mieszkam sama
    stać mnie na 2-3 ubrania miesięcznie (głównie z second-handu), bilet miesięczny,
    jedzenie itp. W płaceniu rachunków za mieszkanie pomagają mi rodzice. O kinie,
    basenie, jakimś kursie czy opłaceniu czesnego za studia nie mam co marzyć.
    Zastanawiam się nawet, za co kupić buty na jesień. Praca jest z reguły mało
    rozwijająca, ale staram się uczyć czegoś na każdym kroku - ulepszać pisanie
    listów oficjalnych, ofert, postępowanie z klientami, wyszukiwanie informacji,
    organizowanie pracy biura, a w czasie, gdy nie mam za dużo pracy - sposoby
    zaparzania kawy / herbaty czy układanie ciasteczek na talerzu. Każda, nawet
    najśmieszniejsza i najmniej ambitna umiejętność dopracowana do perfekcji jest
    cenna.
  • agul_ka 06.09.06, 08:59
    To muszę przyznać, iż nie jesteś w za ciekawej sytuacji. Wiem jak to jest, bo
    mam koleżankę, która także studiuje i pracuje w Warszawie. W prawdzie nie jako
    asystentka tylko sprzedawczyni, ale jej też jest ciężko.Ale jakoś sobie radzi,
    oczywiście z pomocą kredytu studenckiego. Ale o rozwoju może zapomnieć, bo choć
    zarabia bodajże też 1000 zł to mówi, że się uwstecznia.

    To jest przykre jak środki finansowe ograniczają możliwości, zwłaszcza młodego
    człowieka, który nie ma kapitału, bo niby skąd miałby go wziąść w swoim wieku?

    Co do zakupów: Ja często mam ochotę sobie coś kupić ładnego, ale jak mam
    pieniądze to żal mi, bo mam inne wydatki, a jak nie mam to tylko mogę pomarzyć.
    Dlatego rzadko kupię ciuchy itp.tym bardziej drogie. Planuję praktycznie każdy
    wydatek. Mieszkam z rodziną, ale i tak staram się sama na siebie zarobić itp.
    Zwłaszcza, że teraz moją "sportową" garderobę chcę powoli i płynnie zamienić
    na "pół na pół" to jest uniwersalną, że pasującą do każdego stylu ubierania-
    sportowego, eleganckiego itp. Ale trudno coś takiego zrobić, bowiem długo się
    takiej rzeczy szuka, a jak znajdzie to za droga. I koniec myślenia o
    jakichkolwiek zakupach.Cieszę się chociaż, że mogę się klasycznie ubierać w
    pracy- to jest dżinsy i zawsze jakiś sweterek,żakiecik,jakaś bluzeczka
    (niekoniecznie biała).Jestem w takim wieku, że sądzę, że chodzenie codziennie w
    kantach,kompletach eleganckich nie jest mi potrzebne jak narazie, bo mam
    wrażenie,że mnie postarza.Poza tym jestem zdania, że będę jeszcze miała na to
    czas.

    Poza tym muszę Cię pocieszyć.Ja na zabawowe życie też nie mam kasy ani czasu.
    Tym bardziej siły. Czasami mnie najdzie, że jednak mogłabym gdzieś wyjść, ale
    ogólnie za uramaicone ono nie jest. Raczej rutyna. Jeśli chodzi o umiejętności
    to ja również staram się jak mogę we wszystkim co robię, choćby miałoby być to
    najprostsze zajęcie pod słońcem. Chciałabym kiedyś usłyszeć, że jestem dobra w
    tym co robię.To byłby największy komplement, bo kompleksowo obejmowałby swoim
    zakresem wszystko co robię. Pozdrawiam. I nie załamuj się. To forum jest
    naprawdkę przydatne.
  • sylwia759 25.01.07, 17:05
    Cieszę się, że powstało takie forum.
    Ja pracuję już od dłuższego czasu w jednej firmie na stanowisku
    sekretarki/asystentki. To naprawdę ciężka praca. Chociaż patrząc na tę pracę z
    boku może się ona wydawać bardzo przyjemna i lekka. Pisanie pisemek, odbieranie
    telefonów, wysyłanie faksów i maili. Lusss i spontan...
    Generalnie lubię moją pracę, ale czasami mam tak dość, że najchętniej
    wstałabym i wyszła i nie wróciła oczywiście ;) I ten bajzel na biurku! Na
    szczęście to mija.
    Ja na swoją pracę staram się nie narzekać, jestem zadowolona, bo pracuję w
    dobrej firmie z fajnymi ludźmi. Najgorszy jest stres. A właściwie konieczność
    jego tłumienia, kiedy szef jest wkurzony i wyżywa się na sekretarce właśnie...
    Gdzieś to trzeba odreagować - niestety najczęściej odbija się to na stosunkach
    domowych. (Chyba zapiszę się na boks ;) )

    Dochodzę również jednak do wniosku, że jest to praca nie dająca rozwoju. Chyba
    że same się za to zabierzemy - będziemy szkoliły języki, uczęszczały na kursy.
    Zależy to też oczywiście od profilu firmy - sama mam koleżankę, która zaczynała
    jako sekretarka, a później zaproponowano jej kierownicze stanowisko w firmie.
    No ale nie każdy ma takie szczęście.

    Pozdrawiam was wszystkie i cieszę się, że w "naszym" dniu udało mi się znaleźć
    to forum. Myślę, ze będę tu jeszcze zaglądać :)
  • super.kinia 06.09.06, 11:44
    no właśnie, pensja niewiele ponad tysiąc i mi ledwo wystarcza na życie. Całe
    szczęscie że juz nie studiuję - bo nie wyobrażam sobie płacenia czesnego przy
    takich zarobkach.

    A jak się rozwijać? Kursy językowe są drogie, podobnie ksiązki, wyjścia do
    teatru i na koncerty też tanie nie są.

    I jak tu żyć. Coraz częsciej dopadają mnie mroczne wizje, że lepiej się
    spakować i jechać w świat, skoro taka nędza w kraju.
  • agul_ka 06.09.06, 13:44
    To prawda, ale zależy to przede wszystkim od czyjegoś stylu życia. Jeśli
    miałabym magistra w kieszeni to napewno zdecydowałabym się na wyjazd, bo
    oznacza to większy kapitał w szybszym czasie i większe możliwości.Gorzej jak
    ktoś bez matury wyjedzie, będzie pracował kilka lat fizycznie,zarobi, wróci,
    pieniądze kiedyś się skończą,a on nie będzie miał się czym pochawlić przed
    pracodawcą jeśli będzie chciał znaleść pracę na starość.Perspektywy dla młodego
    człowieka jesli ktoś nie jest przedsiębiorczy sa marne. Bo rozwój kosztuje. I
    na tym zarabia się naprawdę ładne pieniądze. Życzę pogody ducha, bo marazm to
    najgorsze to może się Ci przydarzyć. Wyjazd to niekoniecznie tragedia. Trzeba
    to sobie dokładnie przekalkulować.
  • zazdrosny_maz 03.09.06, 09:37
    jestem w podobnej sytuacji, praca asystentki-sekretarki 1300 na reke, zero
    szans na rozwoj-mimo, ze obiecywali, ze zajme sie czyms ambitniejszym. miewalam
    dni, ze nic nie mialam do roboty...koszmar!
    po roku pracy na tym stanowisku i braku odzewu z innych firm, do których
    wysylalam cv, postanowilismy z mezem, ze to dobry moment na powiekszenie
    rodziny.
    teraz jestem w 8 miesiacu i mysle, ze to byla dobra decyzja. ciaze mam
    zagrozona i od 2 miesiecy leze, nie szkoda mi tej pracy, nie wiem czy tam
    wroce,bo czulam sie niedoceniona. moje dwie kolezanki, nie znajace nawet
    podstaw angielskiego, bez studiow zarabiaja tam ponad 1000zl wiecej (jedna ma
    kilkuletnie doswiadczenie jako asystenta i jest w tym dobra, druga sprzedawala
    wczesniej telefony i jako sekretarka jest beznadziejna). one jednak maja to
    ssczczescie, ze sa czyimis znajomymi:)i stad ta pensja!
    Praca w tej firmie mnie zdolowala i stracilam wiare w siebie i jakos sie
    sofnelam w rozwoju.
    Julka, szukaj innej pracy, albo -jesli masz mozliwosc i checi-zrob to co ja:)
    trzymaj sie!
  • mufassa 13.09.06, 22:40
    w stu procentach zgadzam sie z Tobą kimkolwiek jesteś - zazdrosny_mĘŻu!!
    ja właśnie rzucam pracę sekretarko asystentki -

    jestem po studiach, mam dwuletnie doświadczenie związane z językami obcymi,
    dostałam pracę w dużej firmie z tradycjami, w dużym mieście.
    Obiecywali mi gruszki na wierzbie a wszystko sprowadziło sie do otępiającej
    pracy sekretary! Ciągle obiecywali mi więcej bardziej interesujących obowiązków,
    zgodnych z moim wykształceniem ale niestety.
    NIC sie nie zmieniło!

    Zgodziłam sie na tę pracę jedynie dlatego, że wspaniałomyslna pani HRka tak
    podrasowała tą ofertę żeby mi się spodobała i wydawała atrakcyjniejsza.
    Domagałam się kilkakrotnie aby dali mi obowiązki, które obiecali i które mam w
    umowie. Niestety, ciągłe obiecanki typu - bedzie lepiej ale musimy sie bliżej
    poznać i sobie zaufać.


    ta robota to koszmar!
    czułam się jak taka czesia na centrali i przyznam szczerze wstyd mi było gdy
    ktoś przychodził do firmy, patrzył na mnie spod byka i pewnie myślał sobie -
    ooooj, dziewczynko... trzeba się było uczyć ...a teraz jesteś sekretarą!!

    rzeczy, które robiłam mogła robić każda dziewczyna po szkole wyższej ale tylko z
    tego względu, że głupio byłoby gdyby sekret-asyst. nie miała matury...


    ŻENADA!
    jak masz taka mozliwość - zmieniaj prace i tok myślenia na inne stanowisko!
    --
    Z wiekiem zrozumialam Babę Jagę z Jasia i Małgosi. Zbudowała sobie wymarzony
    dom a bachory przylazły i zaczęły go jeść.
  • lilarose 13.10.06, 10:11
    Trochę jakbym czytała o sobie...Zarabiam ok. 1000 zł na rękę, pracuję w
    Warszawie jako asystentka. Mieszkam z rodzicami, więc odpada mi płacenie
    czynszu, za swoje pieniądze opłacam kurs angielskiego (ok. 600 zł za semsetr),
    rachunki za komórkę, basen, wizyty u lekarza, leki, bilet miesięczny, ciuchy i
    kosmetyki itp. Wcześniej brałam dodatkowe premie za tłumaczenia (350-600 zł),
    ale mi je ukrócili ("bo firma jest w trudnej sytuacji finansowej"). Jestem
    asystentką, ale czasem tez zastępuję sekretarkę zarządu. Korzystam z różnych
    szkoelń organizowanyhc przez moją firmę. Chciałabym też pójść na drugi kierunek
    studiów, ale finansowo nie mogę sobie na to pozwolić. Nie mam też pieniędzy na
    np. wyjazd gdzieś na urlop (wyjeżdżam z moim chłopakiem, on za mnie płaci, jest
    mi głupio z tego powodu, chciałabym móc płacić za siebie, tylko raz mi się to
    udało, gdy miałam premie z tłumaczeń), muszę się sporo nagimnastykowac, by
    zaoszczędzić coś z miesiąca na miesiąc. Poza tym mam uczucie, że w tej pracy
    stoję w miejscu, nie mam szans na rozwój, dlatego szukam nowej pracy (choć nie
    zawsze mam na to czas).

    --
    Zamek, który legnie w gruzach, pozostanie zamkiem. Kupa gnoju, która urośnie w
    górę, pozostanie kupą gnoju.
  • mufassa 14.10.06, 00:12
    i bardzo dobrze, że szukasz :)

    generalnie możliwości rozwoju są na stanowisku asystentki ale tylko w
    normalniejszych firmach które szanują pracownika i jego ambicje

    ja z jednej firmy się już "wylogowałam"
    szukam pracy w międzyczasie dorabiając na tłumaczeniach jako freelancer...
    da się wyżyć ;-)

    pozdrawiam i powodzenia

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka