Dodaj do ulubionych

wczoraj miałam dyżur w pogotowiu

25.03.06, 16:48
Wiecie co, zdążyłam się już przyzwyczaić, że rodzice z dziećmi przychodzą o
każdej porze i z byle czym. I nawet staram się to rozumieć. Ale wczoraj to
nie dzieci przychodziły tylko dorośli i to z czym? Np: temperatura 38 st. od
godziny albo katar od 2 dni albo - to było najlepsze: "biorą mnie dreszcze".
Ta ostatnia pacjentka to nawet zagroziła, że nie wyjdzie z gabinetu dopóki
nie dostanie recepty a w ogóle to złoży na mnie skargę, bo nie chcę jej
udzielić pomocy (poradziłam jej, żeby się położyła i rozgrzała). Napiszcie
kochani pacjenci, czy wg Was to naprawdę są powody do wizyty na ostrym
dyżurze w pogotowiu ludzi dorosłych? Czy ja znowu czegoś nie rozumiem?
Edytor zaawansowany
  • Gość: sdfg IP: *.wroclaw.sdi.tpnet.pl 25.03.06, 21:45
    Idą bo nie muszą się rejestrować i czekać.
  • p.atryk 25.03.06, 22:03
    Gość portalu: sdfg napisał(a):

    > Idą bo nie muszą się rejestrować i czekac

    O ile wiem,nie ma zakazu chodzenia do prywatnych gabinetow albo wzywania
    prywatnej platnej pomocy wyjazdowej.Tam rowniez sie nie czeka i nie rejestruje.

    Moze maly quiz dla pacjentow na tym forum.

    -Od czego jest pogotowie ratunkowe?
    -Od czego nie jest pogotowie ratunkowe?

  • Gość: Daria IP: 1.1.* / *.proxy.aol.com 25.03.06, 23:04
    moze maly quiz?
    Autor: p.atryk
    Data: 25.03.06, 22:03 + dodaj do ulubionych wątków

    skasujcie post

    + odpowiedz

    --------------------------------------------------------------------------------
    Gość portalu: sdfg napisał(a):

    > Idą bo nie muszą się rejestrować i czekac

    O ile wiem,nie ma zakazu chodzenia do prywatnych gabinetow albo wzywania
    prywatnej platnej pomocy wyjazdowej.Tam rowniez sie nie czeka i nie rejestruje.

    Moze maly quiz dla pacjentow na tym forum.

    -Od czego jest pogotowie ratunkowe?
    -Od czego nie jest pogotowie ratunkowe?

    --------------------------------------------------------------------------

    Fieju! A od czego maja ubezpieczenie?!

  • Gość: Daria IP: 1.1.* / *.proxy.aol.com 25.03.06, 23:06
    moze maly quiz?
    Autor: p.atryk
    Data: 25.03.06, 22:03 + dodaj do ulubionych wątków

    skasujcie post

    + odpowiedz

    --------------------------------------------------------------------------------
    Gość portalu: sdfg napisał(a):

    > Idą bo nie muszą się rejestrować i czekac

    O ile wiem,nie ma zakazu chodzenia do prywatnych gabinetow albo wzywania
    prywatnej platnej pomocy wyjazdowej.Tam rowniez sie nie czeka i nie rejestruje.

    Moze maly quiz dla pacjentow na tym forum.

    -Od czego jest pogotowie ratunkowe?
    -Od czego nie jest pogotowie ratunkowe?
    -------------------------------------------------------------------------

    FIEJU! A od czego maja ubezpieczenie!?


  • Gość: Keruj. IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 26.03.06, 21:41
    Po 40 latach pracy. Pracodawca odprowadzał na mnie składki na ZUS. Powiecie
    mało. Może. Ale to była znaczna część pensji. A obecnie emerytura ledwo
    wystarcza na moje utrzymanie i Pni doktor radzi mi, abym prywatnie się leczył?
    Oko mnie boli, widzę plamki i poszedłem do okulisty. Zarejestrowali mnie i mam
    przyjść za pół roku! Prywatnie mnie nie stać. Chyba, że będę przez tydzień
    głodował.Aby uzbierać na okulistę. Może za pół roku już nie będzie potrzeba
    wizyty u Pani Doktor. Nie wiem czy o to chodzi? Przeforsujcie prawnie eutanazję.
    Bo ta jest ukryta i przez większość akceptowana. Niestety na wykupienie
    wszystkich leków mnie nie stać. /wieńcówka/
    Łatwo Wam sobie dworować z biednych pacjentów. Wam też bieda doskwiera, ale czy
    taka?
    Z poważaniem
    Keruj.
  • Gość: doc IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 26.03.06, 21:50
    wiesz co znaczy skrót ZUS? Sądząc z wypowiedzi -nie.
    Więc pomogę. Zakład Ubezpieczeń Społecznych.
    Pracodawca odprowadzał składki. No i co?
    Piszesz "mało". Nie ważne, czy mało czy dużo. Odprowadzał składki na
    ubezpieczenie.
    Czyli w 1975 roku odprowadzał za Twoje ewentualne leczenie w 1975 roku. W 1976
    tych pieniędzy już nie było. Bo to ubezpieczenie a nie konto, rachunek
    inwestycyjny czy cokolwiek innego. I te 40 lat minęło, i te składki z 40 lat
    minęły. Mogłeś ani razu nie korzystać z opieki zdrowotnej przez 40 lat. Trudno.
    Niestety możliwości zrezygnowania z ubezpieczenia nie ma- to nie wina lekarzy
    tylko przepisów.
    Nie ma żadnego związku ilość pieniędzy które odpłynęły z Twoich zarobków na
    ubezpieczenie. To mógł być nawet milion nowych złotych. Ale teraz masz taki
    poziom usług jak byś był ubezpieczony od miesiąca. Po prostu.
    Taki poziom usług jaki jest dostępny za aktualnie odprowadzane przez ludzi
    składki, oraz jaki kreują ludzie rozdzielający te składki.
    Twoje składki z 40 lat są już dawno wydane w systemie. Większość została
    zmarnowana, ale to inna sprawa.
  • aron2004 27.03.06, 07:27
    a może niech rząd wprowadzi tanie kredyty na leczenie prywatne? Wziąłby taki
    emeryt 50 zł kredytu na wizytę i potem spłacał przez rok po 5 zł miesięcznie.
    Byłby to jakiś pomysł na rozładowanie kolejek do specjalisty.
  • Gość: kaya IP: *.atman.pl / *.atman.pl 29.03.06, 23:07
    walczymy o pensje dla nas - lekarzy ale tez o REALNY DOSTEP DO SWIADCZEN DLA
    PACJENTOW !!!! Bez wiekszych pieniedzy nie bedzie lepiej!
  • emka222 20.05.06, 22:26
    taaki biedny ale dostęp do internetu ma?
  • nico72 22.05.06, 23:56
    A tekścik pacjenta o 3 w nocy wracajacego z imprezki. Wchodzi na dyżur
    chirurgiczny i mówi: - Patrzę szpital, myślę wpadnę
  • reszka2 25.03.06, 22:51
    tez miewam dyzury w pogotowiu i od paru lat absolutnie wierzę, że opowieści o
    wzywaniu lekarza do ambulatorium o trzeciej nad ranem do modzela na stopie sa
    prawdziwe. Plus antybiotyk koniecznie na wszystko, zwłaszcza na katar, i
    dlaczego ta kolejka pod ambulatorium jest taka długa, a ulubiony serial ucieka,
    i czy tu można sie przebadać, i czy jest tu jakis lekarz, i od stanu
    podgorączkowego sie nie umiera? no co tez pani powie...
    --
    Reszka mama Michałka i Madzi
  • mukowiscydoza 25.05.06, 20:49
    matko boska, te makabrycznie smieszne opowiesci traca na dowcipie, kiedy dodaje
    do nich perspektywe moich wlasnych dyzurow za niespelna 3 lata...oby mozna bylo
    liczyc na zmiane tego chorego systemu, w ktorym wszystko jest za niby-darmo i
    nie wiadomo tak naprawde co za to "darmo" przysluguje, a lekarz dyzurny (badz
    POZetowy) to jest ktos, do kogo "sie wpada" ot tak, po prostu, bo strzyka w
    biodrze, swedzi nos, pobolewa glowa od rana, czy cokolwiek innego.
    --
    "Nikt nie potrafi tak solidnie zakopać swoich błędów, jak lekarz"

    Agrypa
  • vlad 26.03.06, 00:28
    Cherry, no co ty? Na temperature, ból głowy idealnie dział a Aqua Sandoz
    domięśniowo. jak delikwentowi dupe zacznie bolec to co inne przestanie.
    Ewentualnie rp. acidii acetylosalicylici tabl unum o 3 rano
  • zdziwiona11 26.03.06, 00:31
    od razu mnie sie przypomina wezwanie mojego przyjaciela do goraczkujacego
    dziecka w srodku nocy. Dziecko miało 20 lat i ból gardła. na ten ból dostało
    pyralginum domięśniowo.
  • wisienka36 26.03.06, 07:37
    No tak, Pyralgina dom., to jest chyba ten błąd często popełniany. Bo okazuje
    się, że jednak warto wzywać pogotowie, no bo potrzebny był oprzecież zastrzyk!
    I ból gardła chwilowo przejdzie, i temperatura spadnie! Jeden tak, drugi tak i
    potem mamy to, co mamy. Już lepsza propozycja Vlada, ale niestety to stare
    dobre leczenie staje się niewykonalne w dzisiejszych czasach :( Myślę o Aquie
    oczywiście ;)
  • Gość: aron IP: *.pl / *.lublin.enterpol.pl 26.03.06, 08:49
    powinno być tak że jeden lekarz rodzinny powinien siedzieć na dyżurze w nocy.
    Na przykład niech 30 lekarzy rodzinnych z powiatu złoży się na opłacenie
    dyżurów temu jednemu rodzinnemu. Biorąc stawkę 100 zł za dyżur w dzień roboczy
    i 200 zł za weekendowy daje nam to ok. 4000 zł czyli trochę powyżej 100 zł na
    łebka. Czyli żadne pieniądze dla kogoś co ma terenówkę i jeździ na wczasy do
    Grecji.

    Albo nie będzie bez kasy, ale niech tych 30 lekarzy rodzinnych z powiatu umówi
    się że jeden będzie dyżurował w nocy. Czyli wypadnie 1 dyżur miesięcznie a więc
    nic strasznego.
  • wisienka36 26.03.06, 09:04
    Ja nie piszę o tym, ze nie ma kto dyżurować, to inna para kaloszy, ale o
    przyczynach wizyt pacjentów na ostrym dyżurze - dorosły człowiek nie potrafi
    sobie poradzić z temp. 38 st, zamiast leżeć w łóżku biegnie zbadać się do
    lekarza w środku nocy, kiedy mozna spokojnie pójść do apteki, kupić leki
    dostępne bez recepty (ja i tak nic innego nie przepiszę, bo nie ma takiej
    potrzeby w I czy II dniu infekcji wirusowej), a jeżeli nie przechodzi to
    zgłosić się do lekarza w rejonie.
  • aron2004 26.03.06, 09:12
    no właśnie od takich rzeczy powinien być w nocy dostępny lekarz rodzinny. Nie
    mówię każdy, choć są kraje, gdzie każdy lekarz rodzinny ma obowiązek w nocy
    jeździć do chorych pacjentów i rano stawia się świeży i wypoczęty do pracy. Ale
    powinien być co najmniej jeden lekarz rodzinny na powiat - żeby dyżurował pod
    telefonem i jeździł do chorych pacjentów w nocy i w weekendy.
  • Gość: doc IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 26.03.06, 10:46
    i tu już przesadzasz.

    Otóż w ogóle (tzn w 99.9 % przypadków) nie ma potrzeby jeżdżenia do pacjentów
    ze wskazań takich, z jakich zgłaszają się do POZ (a do opieki nocnej te
    wskazania są węższe, bo np. nie wystawia się skierowań na badania i
    konsultacje, czyli leczy się przypadki tylko doraźne, ale nigdy nie zagrażające
    życiu bądź zagrażające nagłym istotnym pogorszeniem zdrowia). To ta sama
    kwestia co wizyty domowe POZ. Może się trafić kilka razy w roku taka potrzeba.
    Pacjent POZ (lub opieki nocnej) to pacjent: chodzący, w dobrym lub dość dobrym
    stanie ogólnym, bez zagrożenia życia, który może być zbadany teraz, ale równie
    dobrze za 5 godzin (jeśli jest inaczej, to nie jest to pacjent z zakresu POZ!).
    Nie ma więc żadnego powodu, by lekarz do niego jechał. Pomijając już argumenty
    że postawa oczekująca przyjazdu lekarza to postawa roszczeniowa typu "wszystko
    mi się należy" - a jak wiemy świat w którym żyjemy nie działa według tej
    zasady - to zwróć uwagę na aspekt ekonomiczny: ile trzeba zapłacić (nie do
    kieszeni lekarza, tylko po prostu koszty jego działania) za lekarza jeżdżącego
    po całym powiecie nocą do każdego możliwego wezwania ? (czyli na pewno ponad
    1000 km na dobę)? Albo musiałby mieć do tego auto z kierowcą (dalsze koszty),
    albo musiałby dostawać ogromny ryczałt. To jest inaczej rozwiązane.
    Gwarantuję Ci, że są powiaty, w których nocą dyżuruje nie jeden a kilku
    lekarzy, i jeżdżą oni też na wizyty. Ale nie takie które ktoś "zamówił" (nic
    tak nie denerwuje lekarza jak tekst "chciałbym zamówić wizytę domową" WIZYTY
    SIĘ NIE ZAMAWIA, WIZYTA TO NIE JEST PIZZA, ZROZUMCIE TO WRESZCIE!!!). Jeżdżą na
    wizyty do chorych, którzy tego wymagają. Resztę przyjmują w ambulatorium i
    sprawą pacjenta jest do tego abulatorium dotrzeć. Tyle.
  • Gość: aron IP: *.pl / *.lublin.enterpol.pl 26.03.06, 12:09
    no już nie przesadzaj że lekarz jeżdżący po powiecie w nocy zrobiłby 1000 km na
    dobę. W powiecie lubelskim czy lubartowski są rozrzuty odległości z jednego
    końca powiatu na drugi rzędu 60 km tak ze nie sądzę żeby to było wykonalne.
  • Gość: doc IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 26.03.06, 12:24
    lekarze ze Scanmedu w Krakowie przejeżdżają za dobę ok.200-300 kilometrów. Jest
    ich 4 a zabezpieczają wyjazdowo jakieś 30-40% mieszkańców. Poza tym w Krakowie
    jest wiele ambulatoriów i stosunkowo łatwy dostęp (np. nocna komunikacja).
    Jeśli mówisz o powiecie gigantycznym, 60 km od granic do granic, jednym
    lekarzu, i przyjmowaniu wszystkich wezwań, to przejedzie on 1000 km za dobę
    tylko dlatego, że więcej czasowo nie da rady. Połowa wezwań zostanie
    niezrealizowana itd. System bez sensu. Błędne założenie leży u podstaw - że to
    lekarz jedzie do pacjenta a nie odwrotnie. Ale nie o tym tu mowa teraz.
    Powtarzam, przez dobę można spokojnie zrealizować 20 wezwań - średnio.
    Odległości do przejechania to od 5 do 60 km. Czyli jak nic 700-1000 km.
    Gdyby dołożyć drugiego lekarza, będzie tak samo. Może dziesiąty miałby dopiero
    mniej wezwań. Chodzi mi o sytuację, w której lekarz musi bezwarunkowo przyjąć
    wezwanie a ludzie wiedzą że jest taka możliwość. Znam pacjentów. Wszyscy
    lekarze od stażysty do Religi musieliby po tych powiatach zasuwać na te
    wizyty ;-).
  • Gość: aron IP: *.pl / *.lublin.enterpol.pl 26.03.06, 15:36
    jaki znowu gigantyczny? powiat np. lubartowski wcale nie jest gigantyczny no i
    po co zakładać że jednej nocy lekarz będzie zasuwał od wolicy do jedlanki i z
    powrotem . Podejrzewam że większość pacjentów przyjmnie na miejscu.
  • Gość: doc IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 26.03.06, 15:52
    60 kilometrów od końca do końca to dużo.

    sam zakładasz że będzie zasuwał od końca do końca bo cały czas postulujesz
    przyjmowanie każdego wezwania ("lekarz powinien"), i to w formie że lekarz
    jedzie do pacjenta a nie na odwrót. Pierwszy raz w ogóle ujawniłeś, że
    dopuszczasz przyjmowanie większości w ambulatorium (a więc jednak pacjent do
    lekarza).
  • Gość: aron IP: *.pl / *.lublin.enterpol.pl 26.03.06, 21:16
    Gość portalu: doc napisał(a):

    > 60 kilometrów od końca do końca to dużo.

    bez przesady. Na wsi to jest kwestia 45 minut jazdy.

    > sam zakładasz że będzie zasuwał od końca do końca bo cały czas postulujesz
    > przyjmowanie każdego wezwania ("lekarz powinien"), i to w formie że lekarz
    > jedzie do pacjenta a nie na odwrót. Pierwszy raz w ogóle ujawniłeś, że
    > dopuszczasz przyjmowanie większości w ambulatorium (a więc jednak pacjent do
    > lekarza).

    To znaczy oczywiście lekarz powinien dyżurować w ambulatorium i tam przyjmować
    tych co przyjdą na piechotę ( czyli miejscowych ze stolicy powiatu). A do tych
    z innych wsi czy miast powinien jeździć. W powiecie w którym mieszka 100 000
    ludzi nie powinno być znowu tak dużo wezwań żeby jeden lekarz nie obrobił. Poza
    tym oczywiście taki lekarz nie będzie załatwiał wszystkiego. Jak kogoś np.
    będzie bolało serce to oczywiste że pojedzie specjalistyczna karetka z całym
    sprzętem. Ale już np. jak dziecko będzie miało 39 st. gorączki to powinien
    jechać do niego lekarz rodzinny.

    Przecież to tylko 1 noc w miesiącu. Zwykle w powiecie 100-tysięcznym jest ok.
    30 lekarzy rodzinnych - czyli wypada 1 dyżur miesięcznie na lekarza.
  • Gość: doc IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 26.03.06, 21:44
    > A do tych
    > z innych wsi czy miast powinien jeździć.

    dlaczego?

    >Ale już np. jak dziecko będzie miało 39 st. gorączki to powinien
    > jechać do niego lekarz rodzinny.

    dlaczego?


  • Gość: aron IP: *.pl / *.lublin.enterpol.pl 27.03.06, 07:20
    lekarz powinien jeździć bo on ma samochód a na wsi wiele osób nie ma np. ludzie
    starsi czy nawet mlodzi. Lekarz rodzinny powinien jechać do dziecka bo na chore
    dziecko transport np. rowerem w nocy w zimie moze zle wplynac.
  • Gość: doc IP: *.centertel.pl 27.03.06, 17:20
    posiadanie samochodu nie jest warunkiem wykonywania zawodu lekarza.
    Nie ma on obowiązku dotrzeć w odległe miejsca. LEkarz leczy ludzi a nie
    rozstrzyga problemy logistyczne.
    Czy kiedyś to do ciebie dotrze?
  • Gość: aron IP: *.pl / *.lublin.enterpol.pl 27.03.06, 19:11
    Gość portalu: doc napisał(a):

    > posiadanie samochodu nie jest warunkiem wykonywania zawodu lekarza.
    > Nie ma on obowiązku dotrzeć w odległe miejsca. LEkarz leczy ludzi a nie
    > rozstrzyga problemy logistyczne.
    > Czy kiedyś to do ciebie dotrze?

    może i nie ma wprost napisane że lekarz musi mieć samochód. Ale jednocześnie
    rodzinny podpisując kontrakt zobowiązuje się do wykonywania wizyt domowych u
    swoich pacjentów. A przecież jak do pacjenta ma 10 km to czym będzie jechał?
    Rowerem? Wierzchem?

    Fakty są takie że lekarz rodzinny MUSI mieć samochód.

    No i co do tych 1000 km co musiałby rodzinny przejeżdżać na dyżurze. To nie
    jest jakiś wielki problem. Jak ma gaz, to wyjdzie na paliwo ok. 200 zł tak że
    przy założeniu 1 dyżuru w miesiącu to nie są jakieś wielkie pieniądze tym
    bardziej dla lekarza rodzinnego opływającego we wszelkie dostatki
    . No i może sobie przecież zatrudnić kierowcę np.za 70-80 zł za noc tak że to
    na pewno nie jest nic strazsnego.
  • pacjentka7 26.03.06, 22:57
    >Otóż w ogóle (tzn w 99.9 % przypadków) nie ma potrzeby jeżdżenia do pacjentów
    >ze wskazań takich, z jakich zgłaszają się (...)

    Pacjent czesto NIE POTRAFI OBIEKTYWNIE OCENIĆ czy to, co mu dolega, może
    poczekać jeszcze kilka godzin czy nie. Od oceny jest LEKARZ.
    Jeśli pacjent subiektywnie czuje, że potrzebna mu pomoc lekarska, to ma chyba
    prawo pojechac w nocy na pogotowie, odczekać swoje w kolejce i - ewentualnie -
    usłyszeć od lekarza, że nie było potrzeby przyjeżdżać. Wierzę, że jest wiele
    przypadków, mogących poczekać do rana, ale są też osoby, które - również ze
    względu na spychologiczną postawę pogotowia - nie jadą do lekarza z myślą "a,
    poczekam do rana". Chyba lepiej, żeby przyjechało dwóch nadgorliwych niż jeden
    powstrzymał się od wizyty i zszedł?

    Ja wzywałam pogotowie tylko raz. Zatrułam się poważnie w 8 miesiącu ciąży.
    Lekarz zmierzył mi ciśnienie i powiedział, że na zatrucie pomaga "wódeczka". Ot
    i cała porada lekarska. Po 3 dniach dogorywania zatrucie się skończyło.
    Pogotowie faktycznie przyjechało "niepotrzebnie" - wg Waszej terminologii - bo
    nie pomogło.
    Potem zaczęły się problemy z ciążą, trafiłam do szpitala i ledwo odratowali
    maleństwo. Gdyby pogotowie od razu zabrało mnie odwodnioną do szpitala, nie
    byłoby PEWNIE problemu.

    Myslę, że gdybym była lekarzem, patrzyłabym raczej przez pryzmat tego jednego
    pacjenta, który przyszedł zasadnie, niż tych dwóch - którzy przyszli "nie
    wiadomo po co". Smutne to co piszecie.
  • Gość: inter IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 20.04.06, 15:25
    Zastanawiam się ile osób odpłyneło na tamten świat, bo na pogotowiu przysyoia
    zrutyniały lekarz, a dyspozytor ma gdzies, że pracuje w instytucji, która ma
    SŁUŻYĆludziom. Zdarzyłomi się wzywać pogotowie, z perspektywy czasu wiem,że
    może niekoniecznie. tak się składa, że złapał mnie atak nerwicowy pierwszy raz.
    i sąd miałam wiedzieć czy aby nie mam zawału. tymczasem panią dyspozytorkę
    interesowało w pierwszej kolejności kasa chorych, zameldowanie, a czemu nie
    Poznań, a po co,a ile lat, a czemu nie dzwonię do rodzinnego i właściwie po co
    dzwonie po pogotowie, skoro wszystko jest w porządku, bo pzecież doszłam jakoś
    do telefonu. po czym miła pani podała mi nr tel. gdzieś tam-gzienikt nie chciał
    z mna rozmawiać. wyszłam z domu, żeby nie kionąć w nim sama. a na pogotowiu
    (oddział położniczy), zbulwersowana pielegniarka krzyczy czemu nie zadzwoniłam
    na 998.ja jej na to, że to straż pożarna, wiec się zdenerwowała i poradziła mi
    wziąc tai do innego szpitala, bo tu nie potrafią mi pomóc. na ostatnim
    pogotowiu spędziłam 2 godziny, po czym pani doktor stwierdziła, że mam iść do
    rodzinnego. abyła juz 3 w nocy
    ??????????????????????????????????????????????????????????????????????????????
  • Gość: lekarka IP: *.chello.pl 27.03.06, 13:13
    Czy to oznacza, że lekarz jest dyspozycyjny 24 godziny na dobę przez 7 dni w
    tygodniu?
    Wybacz, ale to absurd. Nikt tego nie wytrzyma ani fizcznie ani psychicznie. MY
    TEŻ JESTEŚMY LUDŹMI NIE CYBORGAMI.
    Nasz dzień pracy wygląądałby tak:
    Rano przyjmowanie chorych - tak jak zwykle. Potem - być może moglibyśmy zjeść
    obiad. Panie na poczcie mają przerwę na śniadanie, więc może łaskawcy
    zgodziliby się, abyśmy nie jedli w biegu.
    Po obiedzie wizyty domowe. Leki przedłużyć, babcię za rękę potrzymać, gorączka
    u dziecka, bóle serca po rozwodzie, bóle brzucha po przepiciu.
    Wieczór. Może da się zjeść kolację? Przy pierwszej kanapce telefon - "strzyka w
    kolanie" - powód do wizyty nie cierpiący zwłoki.
    Potem co pół godziny w nocy. A to katar, a to ból gardła, a to rozwolnienie.
    No rano , gdy naród sie wychoruje lekarz może na 2 godziny połozyć głowe na
    poduszce, aby następnego dnia "świeży i wypoczęty" zabierał się do pracy.
    Jeśli ktokolwiek będzie chcia wprowadzić zasady 24 godzinnej dostępności
    lekarzy rodzinnych to w tym kraju w ciągu max. 5 lat nie zostanie żaden lekarz
    ( ani rodzinny, ani specjalista).
    Czy o to chodzi?
  • Gość: aron IP: *.pl / *.lublin.enterpol.pl 27.03.06, 19:12
    Gość portalu: lekarka napisał(a):

    > Czy to oznacza, że lekarz jest dyspozycyjny 24 godziny na dobę przez 7 dni w
    > tygodniu?

    z tego co wiem to w wielu krajach, np. w USA lekarz rodzinny jest dyspozycyjny
    24 godziny na dobę 7 dni w tygodniu włączając święta. I to jest tam oczywiste.
  • aelithe 28.03.06, 18:11
    Aron czy ty wiesz za jakie pieniądze tam pracuje lekarz. Pojedzie bo to jest
    kasa za conajmiej 2 wizyty. Pierwszą wyjazdową ( nie podam ci stawki) i drugą w
    centrum medycznym następnego dnia 200 usd. Pequnia non olet. W USA lekarz nie
    musi ci udzielić pomocy jeśli nie chce. Jeśli zacznie musi cię zabierczyć w
    zakresie ratownictwa medycznego i wszystko. Jak cię nie przyjmie to tylko nie
    zarobi pieniędzy i wszystko.
  • Gość: doc IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 26.03.06, 10:22
    i tak właśnie to działa. Tzn. są firmy które sprzedają lekarzom rodzinnym
    usługi opieki nocnej i świątecznej (i jest tam ambulatorium z lekarzem w nocy
    lub w święto), albo też niektóre przychodnie same organizują taką pomoc dla
    siebie (i co noc, co weekend, w każde święto jest lekarz dyżurny). Tak jest i
    do tego obliguje kontrakt z NFZ.

    Wiem jednak - i tu muszę Ci Aron przyznać rację - że są w Polsce miejsca gdzie
    kwitnie niepojęta dla mnie patologia - usługi opieki nocnej są świadczone
    przez...pogotowie ratunkowe lub szpitalne izby przyjęć (bądź SORy).
    I to jest dramat, to jest kryminał, to jest absurd.
    Pogotowie pozbawione ogólnolekarskich zespołów wyjazdowych - bo tak teraz jest-
    mając kontrakt na opiekę nocną wcale (na ogół) nie tworzy (choć powinno)
    DODATKOWEGO zespołu wizytowego (może być polonez z demobilu pogotowiarskiego,
    kierowca i lekarz), a bywa że i nie zatrudnia dodatkowego lekarza do stałej
    obecności w ambulatorium. WIzyty załatwia karetka W (auto za 200 tys złotych z
    minimum dwoma wykwalifikowanymi pracownikami - lekarz i ratownik), zatem auto z
    defibrylatorem, czasem z respiratorem, ze sprzętem do ratowania ofiar wypadków
    jedzie do gorączki.
    Ta sama głupota w SOR. Miejsce gdzie ma się zaopatrywać urazy wielonarządowe,
    gdzie ma się decydować o postępowaniu w ostrym zawale itp, służy do oglądania
    przysłowiowych już modzeli na stopach i badania dziecka z "bardzo wysoką
    gorączką" 38.2 st.

    Powtarzam są miejsca w Polsce gdzie wizja Arona (oparta nota bene o istniejące
    wymogi!!!) jest realizowana.
  • maga_luisa 26.03.06, 11:39
    Oczywiście że są. Mam kontrakt w Zachodniopomorskiem, pełnię dyżury w ramach
    opieki całodobowej od 6 lat, w tej chwili na zmianę z 2 innych lekarzy w mojej
    przychodni.
    I nawet zdecydowana większość pacjentów już rozumie, że dyżury nie są od
    przedłużania recept ani 2 kichnięć. Choć oczywiście kwiatki się wciąż zdarzają.
    Większość kolegów w pobliskim mieście funkcjonuje podobnie; u nas nie ma
    oddawania całodobówki Pogotowiu ani SOR. Zgadzam się, że takie rozwiązanie
    byłoby najgorsze z możliwych. Utrwalanie najgorszych od wielu lat
    funkcjonujących schematów ( ból gardła - Pogotoiwe).
  • youngdoc 26.03.06, 12:11
    U nas z kolei pogotowie zapiera się rękami i nogami, byle tylko nie stracić kontraktu na nocną i wyjazdową POZ. Musieliby wtedy zlikwidować ambulatorium i jedną karetkę (właśnie starego poloneza, choć mają go wymienić na Renault Kangoo), czyli straciliby parę etatów dla ratowników/pielęgniarek/kierowców. No i chyba jakieś pieniądze też z tego są. Za dyżury rewelacyjnie nie płacą, więc chyba coś na tym zarabiają.
    Z drugiej strony pamiętam, że rodzinny zawsze (co zresztą zrozumiałe) starał się zepchnać wizytę domową na pogotowie - po prostu lekko podkoloryzowywał wezwanie i wzywał karetkę. Dyspozytor miał wtedy małe pole manewru (będzie dyskutował z lekarzem wzywającym pogotowie?), no i jechała W. W nocy polonez, bo pracuje od 19.
    Dla mnie jest kwestią wtórną, czy kontrakt na nocną opiekę ma pogotowie, czy rodzinny. Wiele się na organizacji pracy nie znam, ale nawet chyba wygodniej jest, jak wszystkie wezwania przyjmuje 999. Można je wtedy segregować na POZ i duże karetki, a wzywający często nie potrafi odróznić czy powinien wezwać rodzinnego, czy pogotowie. Zwykle niepotrzebnie prosi o R, ale bywa też odwrotnie. Róznica też chyba niewielka, co na drzwiach karetki pisze: pogotowie czy nzoz.
    Pewnie, że ludzie prezychodzą w środku nocy z najdziwniejszymi rzeczami. Ostatnio facet o 4 nad ranem przyniósł numer legitymacji ubezpieczeniowej do wizyty sprzed kilku tygodni - u nas się je notuje, przypadkiem akurat byłem na nogach :-)) Jednak przynajmniej już wiedzą, że na pogotowiu nie przepiszemy leków na P, więc z oszczędności przynajmniej po część recept chodzą do rodzinnego. Może to jest wyjście - trochę mniej refundować recepty z pogotowia, np. na antybiotyki? Może ludzie z oszczędności będą chodzić do rodzinnych?
  • Gość: doc IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 26.03.06, 12:35
    oczywiście że masz rację.
    Pisałem już kiedyś, że optymalne byłoby zostawienie zespołów ogólnolekarskich
    przy pogotowiach (tylko bez sanitariuszy) i przesunięcie ich właśnie do
    wyjazdowej nocnej pomocy - telefon może nie 999 ani 112 - bo on powinien być
    dla emergency, ale ten sam dyspozytor- który ma pod sobą karetki R i RW, oraz
    właśnie te wyjazdowe, i decyduje. Odpada problem:
    - prywatnych samochodów do wizyt
    - szukania w nocy po wsi adresu (kierowcy pogotowia są w tym lepsi od lekarzy)
    - wyposażenia (tlen, opatrunki, leki), gdy okaże się że wyjazd był bardziej dla
    PR niż dla opieki całodobowej.
    - oczekiwania na karetkę w razie potrzeby (transporty "bezpieczne" można robić
    od razu, transporty dla PR wzywa się szybko, odpada problem przekonania
    pogotowia że ma jednak przyjechać, bo wtedy decyduje lekarz ze struktur tegoż
    pogotowia itd.)

    > Dla mnie jest kwestią wtórną, czy kontrakt na nocną opiekę ma pogotowie, czy
    ro
    > dzinny. Wiele się na organizacji pracy nie znam, ale nawet chyba wygodniej
    jest
    > , jak wszystkie wezwania przyjmuje 999

    Nie. Bo obecne pogotowie się do tego nie nadaje. Bo trzeba przywrócić
    zespoły "O". Nie można przyjmować wszystkich wezwań pod 999, bo numer będzie
    niedostępny.
    Ale po niewielkich zmianach system mógłby działać.
    Problemem jest to, że są miejsca w których już działa (ale to jest sumą dobrej
    woli i oddolnej inicjatywy ludzi którym bardziej zależy na sensie pracy niż na
    tej złotówce więcej za godzinę dyżuru), są miejsca w których poniekąd działa i
    są miejsca w których nie działa wcale, choć ktoś dał kontrakt i ten sam ktoś
    kontrakt przedłuża choć prakycznie nie jest on realizowany.
    Twoja - i moja - propozycja to pomysł na ujednolicenie systemu. Nie byłoby to
    złe.
  • youngdoc 26.03.06, 12:57
    U nas jeden dyspozytor nawet się wyrabia, co prawda powiat wielki nie jest. Rozumiem, że dużych ośrodkach może to wyglądać zupełnie inaczej. Karetka "ogólnolekarska" funkcjonuje, tyle że pod nazwą karetki POZ. Reszta działa z grubsza w opisany sposób.
    Bardzo jestem tylko ciekaw, jak to będzie wyglądać od nowego roku, gdy ministerstwo przejmie finansowanie ratownictwa medycznego, a POZ pozostanie pod NFZ. Co prawda idea, żeby ratownictwo było służbą jak Straż Pożarna, jest dla mnie logiczny, ale na początku bałagan pewnie znowu będzie nieziemski.
    I czy SORy będą wtedy pełniły również funkje ambulatoriów POZ? Bo u mnie na to się zanosi, głównie dlatego, że nie ma innego miejsca na zlokalizowanie tego interesu. Tzn., kontrakt na pewno będzie osobny, ale fizycznie będzie to w tym samym miejscu. Zobaczymy, czy to dobre rozwiązanie. Na pewno wygodne, jeśli się zaczyna dziać coś poważnego. A i pacjent mniej marudzi, że jest odsyłany z jednego miejsca w drugie. Z drugiej strony, jest ryzyko, że POZ zapcha SOR swoimi pacjentami. Co będzie, czas pokaże.
    Przy okazji, karetki POZ będą chyba miały jeszcze więcej roboty, jeżeli rzeczywiście na W będą jeździć tylko ratownicy, bez lekarza. Ale może to też nieco ukróci wzywanie karetek do przepisania recept.
  • Gość: doc IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 26.03.06, 14:09
    w dużych ośrodkach jest inaczej - znam ludzi ze Scanmedu- nie wiem dokładnie
    jak dużą populację zabezpieczają, ale 4 lekarzy jeździ całą noc, często zostają
    wezwania rano nie załatwione, bywa że ściągani są kolejni lekarze bo nie mogą
    się fizycznie wyrobić. ALe Scanmed realizuje poniekąd to co mówi Aron -
    przyjmują wszystkie zlecenia (często okazuje się, że są to wyjazdy
    pogotowiarskie).

    Od nowego roku nic się nie zmieni. UStawa może wejdzie, ale lekarze w karetkach
    rzecz jasna pozostaną - nie ma woli ich usunięcia, tzn. jest wola u ratowników
    i twórców ustawy, ale inne są oczekiwania pacjentów, organów załóżycielskich
    (np. gmin będących właścicielami szpitali i stacji PR), dość silne jest też
    lobby lekarskie, bowiem część lekarzy zarabia w PR bardzo dobrze (stawki
    zaczynają się co prawda koło 10 zł za godzinę, ale kończą się koło 60 - tak, to
    nie pomyłka). Lekarze zarabiający górne stawki to "nazwiska" o dużej sile
    oddziaływania, także na szczeblu centralnym - nie będzie łatwo tak ot ich
    wysadzić z karetek.
    Co do Sorów i ich przeciążenia.
    Po prostu nalezy lekarzy z karetek przemieścić do SORów i wtedy problem
    przeciążenia sam się rozwiązuje i znika też problem co zrobić z lekarzami
    pogotowia. No ale wiemy, że tak się nie stanie- w każdym razie nie tak prosto i
    nie od razu.
    Wobec powyższego myślę że niewiele się zmieni. Lekarze muszą dorabiać, od
    1.01.2007 będą dalej w karetkach, to jasne.

    I jeszcze co do ukrócenia wzywania karetek do recept. Po prostu, nie wozi się
    recept i już.
    A co do obecności lekarza w karetce - to też jestem przeciw. Ale pod warunkiem
    realnego - czyli zupełnie innego niż jest w Polsce - funkcjonowania SORów.
    A SORy z pierwszym dyżurnym dermatologiem, i pozostałymi dyżurnymi którzy
    schodzą w razie potrzeby ze swoich oddziałów...To już lepiej wróćmy do starych
    izb przyjęć. Mniejszy absurd.
  • youngdoc 26.03.06, 14:31
    U nas tak źle nie jest, czasem można nawet całą noc przespać. Zgoda, że czasem jest jazda cała noc, ale nie jest to reguła.
    O stawkach nie musisz mnie przekonywać, że to nie jest pomyłka. Swego czasu stawka wynosiła 100 (sto) zł/godz. dla wybranych, a i tak dyżur miał młody, któremu stary (oficjalnie rozpisany) odpalał 20/h i siedź sobie na dyżurze... A młody jeszcze się cieszył, że dostał tak dobrze płatny dyżur.
    Obecnie POZ 8 - 15 zł, R 20 - 30 (ale trzeba mieć spec. chirurgia/anest/ratunkowa). SOR i pogotowie jest w jednym miejscu, więc u nas problem przemieszczenia nie istnieje. W razie potrzeby lekarze z karetek pomagają na SORze, przynajmniej większość. Sam SOR źle chyba nie funkcjonuje - jest chirurg, żeby zszyć, zrobić rtg czy wsadzić w gips, jest ogólny żeby przepisać receptę zrobić ekg czy jakieś bad. laboratoryjne (jak umie zrobić, to nawet jest klucz do usg), po coś więcej i tak zawsze trzeba będzie wołać dyżurnego z oddziału.
    Ze względu na swoje dyżury mam nadzieję, że na W lekarze zostaną.Nazwiska o dużej sile oddziaływania i tak jeżdża na R, więc to ich chyba średnio obchodzi. U nas ratownicy średnio się palą do samodzielnych wyjazdów, przynajmniej ci starsi (druga robota za te same pieniądze, kalkulują). Młodsi są napaleni. Co będzie, zobaczymy.
  • wisienka36 26.03.06, 15:25
    Ja pracuję w 70tys. mieście, powiat ? - 150 tys? SOR nie nazywa się SOR-em,
    jest w szpitalu po staremu IP Internistyczna, Pediatryczna, Chirurgiczna, na
    kazdej izbie ma dyżur jeden lekarz. Oblężenie jest straszliwe. Pogotowie ma
    podpisany komntrakt na opiekę nocna i świąteczną z przychodniami, jest lekarz
    ambulatoryjny, jest karetka wizytowa - lekarz i kierowca codziennie od 19. I
    tak na pewno zostanie, nie za bardzo są możliwości na zmany w tym temacie.
    Myślę, że pacjenci są zaopatrzeni dobrze, ale to nie zmienia faktu, ze dorosły
    człowiek nie powinien z katarem czy podwyższona temperatura biec zaraz do
    lekarza w środku nocy tylko dlatego, ze ten lekarz jest. Nasze społeczeństwo
    ciągle nie potrafi rozróżnić co jest nagłym wypadkiem, a co stanem, który może
    poczekać na wizytę w przychodni u swojego lekarza. Myślę, że winne tu są nasze
    kochane media, które trąbią wszędzie o ptasiej grypie, o posocznicy i tym
    podobnych przypadkach no i ludzie się boja o swoje życie. Nam się wydaje to
    chyba śmieszne, a oni naprawdę boją się, ze umrą. I dlatego przychodzą. Ja to
    wiem. Tylko, ze jak ja przyjmę ok. 100 pacjentów w dwóch przychodniach to
    naprawdę nie mam juz sił na analizowanie ich strachów na nocnym dyzurze.
  • youngdoc 26.03.06, 15:49
    Rozmawiałem z trochę starszym kolegą, który dorabiał w Wlk. Brytanii jako tzw. RMO - tj. nasz odpowiednik lekarza dyżurującego w takim ambulatorium. Mówi, że u nich jest tak samo, tyle że pacjenci są przyzwyczajeni do czekania po kilka godzin na lekarza. Nie ma tam chirurga - wszystko szyje i składa RMO (zwykle lekarz kilka lat po studiach) ew. student na praktyce lub czasem nawet pielęgniarka. Pielęgniarka w ogóle robi pierwszą selekcję i wyznacza miejsce w kolejce (pilny, mniej pilny...) Natomiast pacjenci zupełnie jak w Polsce - dużo bzdur, trochę urazów u podchmielonych ludzi (podobno częstsze niż u nas! według nieco miejscowi żyją od Guinessa do Guinessa), czasem coś poważnego. Tyle tylko, że ludzie jakby grzeczniejsi. Ale to podobno zasadnicza różnica między Polską a Zachodem w zachowaniu, nie tylko u lekarza.
    Zasadnicza róznica - absolutny brak specjalistów, tj. consultants na dyżurach. Ci zarabiają za dobrze, żeby im się opłacało dyżurować. Są tylko w największych centrach urazowych. Wszystko załatwiają młodzi. Ludzie wiedzą o tym, że jak chcą do specjalisty, to muszą przyjść rano. A kolejki w NHS (ichniejszy NFZ) podobno większe niż u nas. Zresztą dużo więcej załatwia tamtejszy rodzinny - tzw. GP. Dużo w znaczeniu rzadko odsyła do specjalistów, bo poziom świadczonych usług może nawet niższy niż w Polsce. Oblężenie też jest b. duże, cały dyżur z reguły spędza się na nogach, przy czym pracuje się ok. 40 h/tydz. On konkretnie pracował przez tydzień na zmianach 12h codziennie, potem tydzień przerwy i tak w kółko.
    Zasadniczo różnica w pracy niewielka, tyle tylko że pracuje się mniej godzin za lepsze pieniądze. I to chyba wystarcza, żeby mieć więcej cierpliwości do naszych kochanych pacjentów. Wiem, że to wiadomości z drugiej ręki, ale źródło jest godne zaufania.
  • Gość: doc IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 26.03.06, 15:50
    Masz 100 % racji. A co ciekawe, istnieje bardzo proste rozwiązanie.
    A nazywa się ono... pielęgniarka.

    Pacjenci będą przychodzić, owszem, trzeba edukować, egzekwować itd., ale - i
    tak będą przychodzić z niczym.
    Pielęgniarka nie po to uczyła się medycyny (a już obecnie - gdy kształcone są
    wyłącznie na poziomie licencjatu lub magisterium, tym bardziej!), by wpisywać
    pesel, prowadzić setki zeszytów ze statystykami i odbierać telefony udzielając
    tylko informacji formalnych. Nie po to, by szczytem działania medycznego
    pielęgniarki było podanie domięśniowo ketonalu. Nie po to, by nie każda umiała
    zrobić ekg (autentyczne).
    Powinno być tak - i jest w niektórych krajach, ciekawe co na to Aron i Daria-
    że pielęgniarka zbiera z chorym wywiad, co i jak - jeśli chory przychodzi po
    zaświadczenie które jest mu potrzebne na za 2 tygodnie, jeśli przychodzi z
    temp. 37.6 i lekkim suchym kaszlem od 2 dni to lekarza po prostu nie zobaczy!!!
    A już na pewno w momencie, gdy lekarz (mówię o POZ) ma komplet zapisanych
    pacjentów na dany dzień.
    Analogicznie w SOR. Przedłużenie recept, identyczna jak powyżej infekcja -
    pacjent do SOR po prostu nie wejdzie!
    A ten, który wchodzi, ma wstępnie zebrany wywiad, zmierzone RR, tętno i
    temperaturę.

    I nie chodzi o wysługiwanie się. Drogie siostry pielęgniarki - chodzi o
    docenienie Was - to po pierwsze. Po drugie o sensowny podział pracy i
    odpowiedzialności. Nie po to uczyłyście się o prawie Franka-Starlinga i cAMP,
    żeby pisać Pesel i mówić kiedy przyjmuje dr Nowak. Do tego wystarczy
    rejestratorka po tygodniowym kursie organizacji pracy POZ.
    Pielęgniarka powinna brać udział w procesie leczenia i diagnostyki.

    A dlaczego ona ma robić triage?
    Choćby dlatego, że ktoś powinien odciążyć lekarza który:
    - wyjściowo odpowiada za życie i zdrowie chorych
    - boryka się z ich nielimitowanym niczym napływem
    - nie ma mechanizmów prawnych by części chorych odmawiać przyjęcia, zawsze
    robiąc to choćby najsłuszniej - naraża się na atak GW, TVN, ABW i stryja żony
    byłego posła.
    - może być pociągnięty do odpowiedzialności nie tylko za błąd sztuki, ale też
    za niewpisanie w dokumentacji, że wypisał lek na "P" - a w razie pecha obok
    zwrotu kosztów refundacji i kary może być jeszcze oskarżony o próbę wyłudzenia
    pieniędzy z NFZ (czyli sprawa karna).
    itd. itp.
    Chodzi o to, że już samo stykanie się z pacjentem i działania lecznicze to
    wyzwanie, stres i cholerna odpowiedzialność. Dlaczego to jeszcze lekarz ma być
    tym złym który - ze słusznych powodów - odmawia przyjęcia? Lekarz powinien mieć
    komfort pracy. I są takie pielęgniarki które to rozumieją.
    Niestety większość to automaty do odbierania telefonów i pisania pesli,
    każda kontrowersja kończy się wysłaniem do lekarza: "proszę pytać"

    A już co najgorsze: rejestrują same tyle i tyle pacjentów (czy trzeba czy nie),
    a potem zamiast odesłać tych następnych i naprawde nie potrzebujących pomocy
    zaraz, odsyłają ich ale nie do domu tylko... do lekarza, do którego same
    zapełniły właśnie wszystkie godziny przyjęć, z komentarzem - proszę pytać
    lekarza. Nie "co się dzieje, pilne czy nie, jaka sprawa", nie- od razu proszę
    iść do 102, tam jest lekarz, nie ma już miejsc, ale proszę go spytać itd itd.

    To zresztą jedna z przyczyn rozdrażnienia i braku kultury lekarzy w POZ.
    Tak się po prostu nie da pracować. Badam chorego a wchodzi pięćdziesiąty chory
    danego dnia i piętnasty nie zapisany do mni i nie mówi nawet co mu jest tylko
    zadaje sakramentalne pytanie czy go przyjmę? Absurd, synkretyzm, sadyzm.
    A przecież, gdy trzeba, każdy z nas przyjmie nadmiarowego pacjenta.
    Ale GDY TRZEBA, a nie BO TAK. A BO TAK dominuje teraz.
    Pielęgniarki - włączcie się do pracy z pacjentem, zapraszamy.


  • youngdoc 26.03.06, 16:00
    Święte słowa... tylko kto poza paroma pasjonatkami będzie brał na siebie dodatkowe obowiązki za te same pieniądze? Niemniej tak to właśnie powinno wyglądać. Tylko o ile coś można zmienić w NZOZach, gdzie człowiek sam sobie personel dobiera, o tyle próba ruszenia czegokolwiek w zakładach publicznych kończy się nieodmiennie protestem starszych pań ze związków... Starsze nie pozwolą młodszym nic zrobić, bo mogłoby się okazać, że są lepiej wykwalifikowane. Paranoja.
  • wisienka36 26.03.06, 17:18
    W jednej z przychodni, w której pracuję jest właśnie tak: gdy jeswt dużo osób
    pielęgniarki wypytują po co kolejny pacjent przyszedł i jeżeli nie jest to nic
    pilnego, odsyłają na następny dzień. Jeśli to jest pilne - rejestruja i pacjent
    idzie do lekarza. Decyduja właśnie pielęgniarki. I tak jest dobrze. Niestety
    tylko w tym jednym miejscu. W drugiej przychodni jest rejestratorka, która
    poprostu chce sie pozbyć pacjenta i nie mieć problemu. Więc każdemu każe iść
    się pytać. No a szczytem wszystkiego są dyspozytorki pogotowia :( Ich pytanie
    do pacjenta brzmi tylko: do lekarza? Zdezorientowany pacjent potakuje,
    dyspozytorka dzwoni po mnie o 2 w nocy, ja dopytuję się o co chodzi i dowiaduję
    się np. że pacjenta boli ząb i informuję go, że dentysta jest zupełnie gdzieś
    indziej. Nasze postulaty, żeby troszeczkę podpytały o co chodzi spełzaja na
    niczym.
  • mi64 26.03.06, 17:47

    To widzę drodzy lekarze ,że tych z gatunku,którzy odnoszą sie do pacjenta w ten sposób:"Będziecie mi tu d... zawracać "jest wiecej.Pamiętajcie jednak,na to jest sposób.Pacjenci wiedzą ,co robi się w takich wypadkach.
    --
    "Nieczęsto zdarzało się w moim życiu,aby jakiś człowiek samą swoją obecnością sprawiał mi tyle radości,co Pan."
  • Gość: doc IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 26.03.06, 18:00
    powiem ci więcej, wszyscy tacy jesteśmy. Ale nic nie rozumiesz. Nie chodzi o
    zawracanie d upy. Chodzi o to byśmy wszyscy - lekarze i pacjenci - znali
    miejsce i czas.
    Dyżur nie jest miejscem ani czasem do picia alkoholu przez lekarza. Nie jest
    miejscem do spania, jeśli trzeba coś zrobić- może być takim miejscem gdy jest
    spokój. I tak dalej - egzekwujemy to od samych siebie.
    Ale równocześnie dyżur pogotowia to nie jest miejsce dla wypisywania recept i
    informowania się o terminach pracy poradni. Dyżur w szpitalu to nie jest czas o
    pytanie o wynik usg sprzed tygodnia jednego z 60 pacjentów. I tak dalej.

    Nie wiem czy jesteś w stanie to zrozumieć. Ale wśród przychodzących pacjentów
    niestety są tacy, których jedyną motywacją jest właśnie zawracanie d upy.
    To fakt. Jest ich mniejszość, ale nie będziemy tego tolerować.
  • Gość: doc IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 26.03.06, 17:53
    generalnie widać z tych wypowiedzi, jakie jest miejsce lekarza. Za oczywistość
    uznając jego stres i obciążenie podstawowymi obowiązkami (o co nikt z nas do
    losu pretensji nie ma), polskie społeczeństwo, ale też i współpracownicy (i
    pielęgniarki, i kadra kierownicza), ale też i władze korporacji (co już jest
    absurdalne), i przepisy - to wszystko legitymizuje całkowitą odpowiedzialność
    lekarza za wszystko: za leczenie, za braki finansowe, sprzętowe, za
    dokumentację, za triage w przychodni, SORze, za leki nabierane do strzykawki
    przez ratownika w zespole R, za nadzór nad pacjentami przez pielęgniarki na
    dyżurze w szpitalu, za brak miejsc w placówkach opiekuńczych dla chorych nie
    rokujących poprawy stabilnie cięzkiego stanu itd itp.
    Daria z Aronem chcieliby tą odpowiedzialność rozszerzyć dalej:
    -za to że niektórzy pacjenci nie mają samochodu, a lekarz bezczelnie przyjmuje
    nie w ich stodole, tylko w ambulatorium 5 km. dalej,
    - że każdy lekarz nie przyjmuje 24 godziny na dobę każdego przypadku, tzn. że
    ja nie wykonuję w opiece całodobowej przeszczepu serca, a Religa nie jeździ na
    POZetowskie wizyty domowe w powiecie wzmiankowanym przez Arona.
    - za to że składki na ubezpieczenie są składkami na ubezpieczenie i w związku z
    tym pieniędzy z poprzednich lat składek nie ma- a przecież jeśli ktoś "tyle lat
    płacił składki" jak to się często słyszy, to przecież mu się
    teraz "przysługuje" to i owo, najlepiej wszystko zaraz i za darmo i z głębokim
    pokłonem od lekarza.

    Powtórzę - pacjenci mówią o miejscach "gdzie lekarz jest Bogiem".
    Otóż w Polsce pacjent jest Bogiem i legitymizują to przepisy i zwyczaje.
    Może zrobić wszystko, lekarz może się uśmiechać licząc że nikt nie będzie go
    skarżył - nieważne, za błąd czy za brak błędu.

    Nie wiem ,gdzie Aron widzi te stada ekarzy od terenówek i nart w Alpach.
    Ja znam takich- albo dochodzili do tego dziesięcioleciami harówki na dole
    hierarchii, albo są docentami prestiżowych klinik (czyli też harówka + układy,
    klasyczny lekarz to jakiś samochód (a są i liczni nożno-tramwajowi), jakieś
    wyjątkowo swoje mieszkanie i praca w wymiarze 3 etatów.
    To nie wszystko. W ramach 3 etatów jest się:
    -lekarzem tzn. leczy się ludzi
    - lekarzem bez wsparcia korporacji i prawa tzn. lecząc nawet najlepiej nie ma
    się jasnej przestrzeni prawnej, nie wiesz czy twoje leczenie choćby najlepiej
    udokumentowane naukowo nie będzie podważone, a wtedy nie masz na dobrą sprawę
    jak się bronić.
    - pielęgniarką w momencie gdy pielęgniarka nie ma czasu bo wykonuje obowiązki
    salowej której nie ma fizycznie (np na dyżurach w szpitalu)
    - właściwą rejestratorką po przejściu chorego przez rejestatorkę która
    dokładnie jak piszecie wyżej dla spokoju po prostu wskaże drzwi gdzie jest
    lekarz, niech on się martwi o wszystko, łącznie z zagadnieniami roszerzenia
    czasoprzestrzeni- bo skoro sama rejestratorka (czy pielęgniarka) zarejestrowała
    mi kogoś na 15:00, za chwilę jeszcze przyniosła kartotekę z uroczą karteczką
    "15:00 DODATKOWO" (tak!), i o 15:02 przysłała następną osobę "czy ją przyjmę",
    to niewątpliwie taka pielęgniarka aż tak docenia moją wiedzę, że przypuszcza iż
    jestem władny zrelatywizować czasoprzestrzeń i w miejsce jednego pacjenta na
    którego mam 15 minut mogę przyjąć trzech, rozumiem, że pielęgniarki uczą się na
    tych swoich licencjatach, że lekarz potrafi:
    a) rozciągnąć czas i 15 minut pielęgniarki od 15:00 do 15:15 to dla lekarza
    jest od 15 do 45 minut w zależności od potrzeb
    b) zrelatywizować przestrzeń i własny byt, by w ciągu 15 minut być w 3
    wszechświatach równoległych, trzech gabinetach pod trzema postaciami, by
    przyjąć równocześnie 3 pacjentów.

    By potem po 2,3,5, 7 dobach dyżuru w pogotowiu, szpitalu, i pracy w przychodni
    wrócić do swego M3 tramwajem, przy odrobinie szczęścia autem klasy mikrowan czy
    auto miejskie.

    Jednak rzeczywistość jest relatywistyczna, bo Aron widzi w tym samym momencie
    terenówki i szusy w Alpach.
  • mackowi 26.03.06, 19:16
    powinno się wprowadzić opłaty za nieuzasadnione wezwanie karetki lub opłaty za
    wizytę w ambulatorium która spokojnie może poczekać i to rozwiązało by sprawę.
    W Niemczech jest opłata nawet za zwykła wizytę u lekarza i to rozwiązuje sprawę
    nadmiernrego popytu. Gdy jest darmowa podaż - powstaje nieograniczony popyt
  • Gość: Jadwiga IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 26.03.06, 20:46
    Jeśli chodzi o mnie to do lekarza wybieram się w ostateczności.
    Najpierw staram uporać się z tym sama.Jeśli chodzi o temp.i przeziębienie.
    Natomiast gdy zachoruje moje dziecko (niemowle)to temp.38 jest powodem
    udania się na pogotowie.Niestety niepotrafię ocenić czy to coś poważnego czy nie.
    Tymbardziej że zdarzenie ma miejsce w dni wolne od pracy,i jedynym wyjściem
    jest pogotowie,albo ostry dyżur.W poradnikach dla rodziców też otym wspominają
    żeby niebagatelizować najmniejszych objawów.Już byłam zmuszona skorzystać
    z pomocy na laryngologi dziecięcej,i byliśmy miło potraktowani przez lekarza
    mimo iż był tempy dyżur.Byliśmy pomyłkowo skierowani przez inny szpital.
    Pozdrawiam.
  • do.ki 26.03.06, 20:49
    > Natomiast gdy zachoruje moje dziecko (niemowle)to temp.38 jest powodem
    > udania się na pogotowie.Niestety niepotrafię ocenić czy to coś poważnego czy nie.

    Czyli edukacja JEST potrzebna.

    > Tymbardziej że zdarzenie ma miejsce w dni wolne od pracy,i jedynym wyjściem
    > jest pogotowie,albo ostry dyżur.

    Najlepszym wyjsciem jest dac cos przeciwgoraczkowego i poczekac. 38 stopni to
    zreszta nawet nie jest goraczka.

    --
    "The doctor is someone upon whom you place your hopes when sick - and your dogs
    when well!" Ambrose Bierce
  • Gość: Jadwiga IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 26.03.06, 21:08
    Zapewniam że dużo czytam na temat zdrowia.Im więcej czytam tym więcej wątpliwości.
    Strach o maleństwo jest większy od tego co o mnie pomyśli lekarz.
  • Gość: aaa IP: *.value.com.pl / *.crowley.pl 26.03.06, 21:17
    mam wrażenie, że ostatnio lekarze traktują dyżury nocne jak mniej komfortowy
    wypoczynek ale dzielnie znoszą brak komfortu bo im za to płacą.
    Ja też chętnie pójdę do pracy na noc za większą stawkę i chętnie się zdżemnę.
  • mi64 26.03.06, 21:23

    WIDZISZ Jadziu ty swoje ,oni swoje i jak tu być spokojnym!Zaczniemy studiować medycynę ,bo powinnaś wiedzieć sama co jest dziecku,a po receptę juz z gotową diagnozą pójdziesz do wracza.

    --
    "Nieczęsto zdarzało się w moim życiu,aby jakiś człowiek samą swoją obecnością sprawiał mi tyle radości,co Pan."
  • Gość: doc IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 26.03.06, 22:04
    idąc tropem waszego rozumowania należy każdego permanetnie badać na wszystko
    niezależnie od objawów czy ich braku.
    I wiecie co? Macie rację. Wykrywalność wczesnych postaci poważnych chorób
    wzrośnie.
    Tylko może za to zapłacicie, hę? Oczywiście nie zostanie nic na drogi, policję,
    kulturę etc.

    Jadwiga ma rację, czasami banalne objawy są tylko z pozoru banalne. Ale
    globalny rachunek ekonomiczny w medycynie też obowiązuje. Ja wiem że dla
    każdego własne dziecko jest najważniejsze i ma w d upie rachunek ekonomiczny.
    Ale żyjemy w systemie. Lekarz nie jest w stanie tak podejść.
    Bo musiałby w przychodni (a pediatryczna to dobry przykład) przyjmować jedno
    dziecko dziennie - badać go gruntownie i zlecić wszytstkie możliwe badania.
    Potem przychodnię zamykać, bo wydałby całą kasę jaka przypada na ten dzień na
    funkcjonowanie przychodni. I oczywiście że miałby spektakularne sukcesy
    diagnostyczne. Tenże współczesny Mengele miałby też kolosalną ilość powikłań,
    ciężkich chorób i zgonów u wszystkich pozostałych nieleczonych w ogóle jego
    pacjentów. Ale jedna matka byłaby szczęśliwa. Jedno dziecko miałoby ogromną
    szansę na wychwycenie drobnych a w istocie groźnych objawów i chorób.

    No chyba że zapłacicie. Że zwiększamy składkę 10-20 krotnie.

    A jeśli nie, to obowiązuje was system.
    Z elementarną wiedzą o tym że są (i jakie to są) przypadki, w których
    statystycznie (i niestety są wyjątki) nie ma z czym iść do lekarza.
    I jeszcze jedno - te przypadki "banalne" nawet jesli takimi nie są, na 99 %
    będą tak potraktowane przez nawet bardzo dobrego lekarza. Bo on tez kieruje się
    prawem wielkich liczb. Nie sposób robić diagnostyki białaczek przy każdym
    przeziębieniu, choć tak postępując wykrytoby na pewno wcześniej więcej
    białaczek.
    I tu jest to o co nam chodzi- nie że nam się nie chce, tylko matce
    podejrzewającej katar u dziecka my odpowiemy że ma katar. I w 99% przypadków i
    matka i my będziemy mieć rację. A ten 1 czy 0.1 % przypadków i tak wyjdzie
    później. Taki świat, tak to działa.

  • do.ki 26.03.06, 21:27
    Ale czego tu sie bac? 38 stopni to przeciez nie problem dla dzieciaka. Problem
    to ponad 40, albo wymioty +/- biegunka na przyklad. Albo drgawki.

    Strach jest irracjonalny. Nie wolno podejmowac decyzji pod wplywem strachu. To
    tak jak moja zona- no zrob cos, przeciez dziecko sie meczy.

    Tymczasem "when nothing can be done, nothing is the right thing to do".

    Nie bije tym w glowe rodzicow, ktorzy przychodza z glupotami. Na przyklad
    niedawno: niemowlak 5 miesiecy, rodzice twierdza "zaparcie"- bo nie bylo kupki
    od wczoraj. No tez! Ten pacjent akurat nie byl u mnie, ale gdyby byl, tobym
    wytlumaczyl, ze sam mam dziecko w podobnym wieku, ktore swego czasu robilo kupke
    tylko w poniedzialek. Raz w tygodniu. I co? I nic. Nie ma sie czym przejmowac.
    Karmienie piersia powoduje najdziwniejsze nieregularnosci w stolcu. Oczywiscie,
    lekarz jest od tego, zeby wytlumaczyc, a nie po prostu pacjenta pogonic.
    --
    "The doctor is someone upon whom you place your hopes when sick - and your dogs
    when well!" Ambrose Bierce
  • youngdoc 26.03.06, 21:32
    Pani Jadwigo - chwali się, że dużo czyta pani o zdrowiu, jak i troska o dziecko jest niemniej godna pochwały. Zapewniam Panią, że celem takich dyskusji nie jest narzekanie na pacjentów, ale zastanowienie się, jak powinna być zorganizowana opieka zdrowtna w Polsce, by naprawdę ciężko chorzy ludzie nie oczekiwali na pomoc, podczas gdy lekarz będzie z karetką na drugim krańcu powiatu z wizytą u banalnego przypadku. Każdy z nas był w takiej sytuacji i proszę mi wierzyć - do dziś pamiętam jak w polonezie z jednym sanitariuszem zabezpieczałem kolizję 3 samochodów z 6 poszkodowanymi, podczas gdy duże karetki obrabiały wizyty domowe (bo inaczej tego nazwać nie mogę).
    Część ludzi ma do lekarzy stosunek otwarcie wrogi. Nie dyskutuję znimi, nie mi oceniać ich życiowe doświadczenia. Część lekarzy, niewielka lecz bardzo rzucająca się w oczy stanowi zakałę naszego zawodu. Ze względu na nich nie dyskutuję nigdy z wyzywającymi mnie pacjentami. Próbuję po prostu wykonywać swoją robotę dobrze.
    Jeśli nie podchodzimy z wielkim przejęciem do gorączki 38 C to nie dlatego, że olewamy pacjentów, lecz dlatego, że i tak postępowanie jest banalnie proste: paracetamol, dużo pić, ewentualnie antybiotyk - ale najczęściej jednak nie. Nie dlatego, że nie chce nam się wstać i go przepisać, lecz dlatego że w infekcjach wirusowych antybiotyki po prostu nie działają.
    Mam nadzieję, że nie będzie musiała pani odwiedzać lekarzy z dzieckiem. Nie licząc, oczywiście, szczepień i bilansów. Sądzę, że tu nasze życzenia się pokrywają.
  • aelithe 28.03.06, 18:25
    Jadwigo znacznie szybciej uzyskasz pomoc udając się do lekarza rodzinnego.
    Jełśi będziesz czekać na karetkę w mieście wojewódzkim gdzie są 4 zespołu
    karetek łacznie z POZ'em to istnieje duże prawdopodobieństwo, że nie dojadą do
    ciebie przy rzeczywistym zagrożenia dziecka.
  • Gość: Jadwiga. IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 28.03.06, 22:10
    Aelithe.Chyba mnie pomyliłeś(łaś)z kimś innym.Ja niewzywałam karetki,tylko
    osobiście zawiozłam dziecko na ostry dużur.Gdyby zdarzenie miało miejsce
    w tygodniu to z pewnością poszła bym do lekarza rodzinnego.I tak robię.Ale to
    się stało
    w piątek wieczorem.Przed nami dwa dni wolnego i zdrowy rozsądek nakazał mi jechać
    do szpitala.
  • aelithe 29.03.06, 19:25
    Obecnie obowiązuje 24 godzinny dużur POZ, częśto przyjeżdzając do szpitala
    możesz zastać przepracowanego, zmęczonego lekarza;który często będzie się
    zachowywał nieparlamentarnie; nie z powodu wrogiego, czy lekceważacego stosunku
    do ciebie, ale z powodu przemęczenia. Obecnie na sor'ach jest często 1 lekarz
    na 40-80 zgłaszających się chorych. Toprzekracza możliwości percepcji.
  • Gość: doc IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 26.03.06, 22:09
    > Natomiast gdy zachoruje moje dziecko (niemowle)to temp.38 jest powodem
    > udania się na pogotowie.Niestety niepotrafię ocenić czy to coś poważnego czy
    > nie.

    Jeśli gorączka trwa parę godzin i nie towarzyszą inne objawy, to wyobraź sobie,
    że nawet geniusz pediatrii też nie potrafi tego ocenić. Mówicie drodzy pacjenci
    że robimy z siebie bogów. Czy aby to wy z nas bogów nie chcecie zrobić?

    Na 99 % to nic groźnego. A na 1 % być może tak. Ale tego nie wiesz Ty, ani
    badający lekarz. Przysięgam Ci, bezpieczniej zostać w domu i leczyć objawowo
    gorączkę niż jechać do przychodni (ryzyko wypadku) i w niej przebywać (ryzyko
    zarażenia poważniejszą infekcją). Skumulowane ryzyko dla zdrowia pojechania do
    przychodni z bezobjawową niską gorączką jest na pewno wielokrotnie od
    pozostania w domu. Przysięgam!

  • Gość: se IP: *.012-5-65736b10.cust.bredbandsbolaget.se 26.03.06, 22:21
    rodem np. ze Szwecji: powszechna odplatnosc za wizyty zarowno u GP (lekarza
    POZ), jak i na pogotowiu/SOR/ izbie przyjec szpitala. Nie oplata za
    nieuzasadnione wezwanie, ale powszechna, dla wszystkich szukajacych pomocy (np.
    10-20 zl za wizyte u lekarza POZ, 50 zl za nagla pomoc lekarska-pogotowie lub
    wizyte domowa lekarza rodzinnego). Nagle okaze sie, ze temperatura 38 stopni u
    dziecka (powiedzmy- 25-letniego..)nie wymaga przyjazdu karetki, a odcisk na d..
    nie wymaga lekarskiej wizyty domowej.
  • Gość: doc IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 26.03.06, 22:17
    >W poradnikach dla rodziców też otym wspominają
    >żeby niebagatelizować najmniejszych objawów

    I mają rację. A w poradnikach o znajdywaniu szczęścia piszą żeby zawsze
    zachować pogodę, wiarę i optymizm.
    Tylko niektórzy po ich lekturze przy najnormalniejszej chandrze dostają dostają
    dodatkowo objawów nerwicy, bo ktoś ich nauczył, że im nie wolno mieć chandry.

    Tak, objawów nie wolno bagatelizować. Tylko pod tym słowem może się kryć wiele
    znaczeń.
    Na pewno kiedyś było tak, że bezobjawowa niska gorączka zakończyła się sepsą i
    śmiercią dziecka. Ale czy to dziecko trafiło do lekarza czy nie, miało takie
    same szanse. To jest ten 0.01 % - tragiczny dla osób bezpośrednio dotkniętych,
    ale nie do uniknięcia. To jest ta cegła w drewnianym kościele która Ci spada na
    głowę. To jest to auto które jako jedyne wpada w ludzi na przystanu, mimo że
    tego dnia miliony aut mijały miliony ludzi na milionach przystanków. Nie pomoże
    żaden lekarz.
    Co innego gdy są inne objawy. Wtedy tak, zgoda, badajmy. I nigdy nie odmawiamy
    i nie komentujemy. Rozsądek. Spokój i rozsądek. I będzie dobrze.
    Pozdrawiam.
  • wisienka36 27.03.06, 03:15
    Jadwigo, ale takie właśnie postępowanie jest nielogiczne! Co może być dziecku,
    jeśli ma 38 st i nic więcej? Właśnie zagorączkowało i Ty je ciągniesz do
    lekarza? Tu nie trzeba być lekarzem, żeby wiedzieć, że trzeba dziecku obnizyć
    temperaturę. Pewnie nie raz byłaś w takiej sytuacji i wiesz, że lekarz nic
    innego nie jest w stanie przepisać. A tutaj na dodatek można trafic na kogoś
    nadgorliwego, kto zupełnie niepotrzebnie przepisze antybiotyk małemu dziecku,
    bo w pogotowiu nie zawsze są pediatrzy. I po co? Tak samo jak dziecko kichnie 2
    razy i rodzice mówią, że przychodzą zbadać, żeby nic się nie stało. Nie ma
    badania " na zapas" czy "żeby nic się nie stało". Albo jest ktoś chory albo
    nie. I tak jak inni juz napisali nie wyłapiemy w ten sposób tych sporadycznych
    przypadków, kiedy po kilku dniach zacznie się dziać coś poważnego. Nie jesteśmy
    w stanie. Dlatego pacjenci muszą o tym wiedzieć i muszą mysleć, a nie panikować
    przy pierwszych objawach choroby. Po co są środki dostępne bez recepty? Do
    lekarza na pewno należy iść, kiedy infekcja nie mija, u dziecka malutkiego
    często jest to juz po paru godzinach trwania infekcji, u starszych dzieci i
    dorosłych - zwykle kilka dni, ale naprawdę nie jest koniecznością bieganie do
    lekarza od razu, kiedy ktoś ma od godziny podwyższoną temperaturę.
  • Gość: Jadwiga IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 27.03.06, 08:47
    Wisienko.Ma pani rację.Faktycznie tak było.Mój synek miał pecha,i trafił
    na nadgorliwą mamusię,i nadgorliwego lekarza.Dotyczy to przypadku o którym
    pisałam wcześniej.Lekarz w szpitalu zbadał i nic niewidział fizykalnie (chyba
    dobrze piszę)ale miał badanie morfologiczne i wykazało leukocytozę 22800.
    Skierowano nas do laryngologa.Po badaniu okazało się że to ledwokataralne
    zapalenie ucha,i dostał biofuroksym.Za pare dni udaliśmy się na kontrolę
    do przychodni.Tam pani dr.stwierdziła że na takie zapalenie napewno nieprzepisała
    by antybiotyku.Tłumaczyła to tym że lekarz w szpitalu mając kilkadziesiąt
    pacjentów w szpitalu,i tyle samo w przychodni niema czasu się zastanawiać
    jest infekcja,to antybiotyk.Wyobraża sobie Pani jak bardzo żałowałam.
    Co mnie pokusiło żeby tam jechać.Ale zadałam sobie pytanie.Gdyby cofnąć czas
    co bym zrobiła.Odpowiedziałam sobie, to samo.
    Też pojechałabym na ostry dyżur.Teraz nauczona tym doświadczeniem,gdy wystąpi
    gorączka u dziecka,a przed nami będzie dwa dni wolnego,udam się na dyżur
    zobaczyć czy niema jakiegoś zapalenia.Jeśli okazało by się że to nic poważnego
    a mimo to lekarz przepisał by antybiotyk to podanie go skonsultowała bym z innym
    lekarzem.Sumienie niepozwoliło by mi czekać dwa dni z gorączkującym dzieckiem.
    Wiem napisze Pani ze można podać środek przeciwgorączkowy,ale ja nielubię
    podawać leków na własną rękę.Chyba że temp.sięga 40.
    Moja mama jest uczulona na pyralginę.Byłam świadkiem co się działo po podaniu
    zastrzyku z tym lekiem.Dobrze że był wtedy lekarz,bo to się stało podczas jego
    wizyty w domu.Wstrząs anafilaktyczny.Czytałam na ten temat.
  • wisienka36 27.03.06, 10:32
    Mimo wszystko tak na pierwszy raz przy gorączce ja polecam samodzielnie obniżyć
    ją w domu. Przecież na pewno z poprzednich infekcji ma pani, pani Jadwigo
    wypróbowany środek na obniżenie temperatury, a poza tym Paracetamol i okłady to
    bezpieczne środki. Ale ... rozumiem Panią. I takim osobom nie mam za złe ich
    wizyt na dyżurze :)
  • wisienka36 27.03.06, 10:36
    Myślę oczywiście o temperaturze u dziecka.
  • Gość: Jadwiga IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 27.03.06, 11:18
    Wtedy syn miał 2 miesiące i nigdy niebrał nic oprucz witamin.
    Niewiedziałam jaka może być reakcja na lek.
  • Gość: lekarka IP: *.chello.pl 27.03.06, 11:55
    W jednym z wątków nijaka Daria wytknęła lekarzowi błędy ortograficzne. Ja
    czynię więc to samo- podobnie jak słowo "bezczelny" pisze się bez literki "s"
    tak samo słóweńko "oprócz" przez "ó".
  • wisienka36 27.03.06, 13:41
    No, do roczku to ja krzyczę jak ktoś z podwyższoną temperatura przyjdzie na
    drugi dzień! :)))
  • pacjentka7 27.03.06, 09:00
    Hmm, a co zrobić, jeśli dziecko 4-5 dzień z rzędu ma 40 stopni? Po
    przeciwgorączkowych temperatura spada i dziecko zachowuje się normalnie, ale po
    3h - wraca spowrotem 40 st.? Poza gorączką nic nie dolega. Według Ciebie i wielu
    lekarzy rodzic ma gorączkę zbijać, a nie zawracać głowę lekarzowi. Pytam więc -
    jaki stan gorączkującego dziecka (bez innych objawów) jest wskazaniem do
    zakłócenia spokoju lekarza na dyżurze??? Czy nie lepiej przyjechać o raz za dużo
    niż o raz za mało?
  • wisienka36 27.03.06, 10:35
    pacjentka7 napisała:

    > Hmm, a co zrobić, jeśli dziecko 4-5 dzień z rzędu ma 40 stopni? Po
    > przeciwgorączkowych temperatura spada i dziecko zachowuje się normalnie, ale
    po
    > 3h - wraca spowrotem 40 st.? Poza gorączką nic nie dolega. Według Ciebie i
    wiel
    > u
    > lekarzy rodzic ma gorączkę zbijać, a nie zawracać głowę lekarzowi.

    Co zrobić? - Najlepiej przeczytać ten wątek jeszcze raz i może bardziej
    uważnie. Odpowiedź na to pytanie jest tu zawarta. I więcej myśleć.
    Pozdrawiam
  • pacjentka7 27.03.06, 11:04
    > > Hmm, a co zrobić, jeśli dziecko 4-5 dzień z rzędu ma 40 stopni? Po
    > > przeciwgorączkowych temperatura spada i dziecko zachowuje się normalnie,
    > ale
    > po
    > > 3h - wraca spowrotem 40 st.? Poza gorączką nic nie dolega. Według Ciebie
    > i
    > wiel
    > > u
    > > lekarzy rodzic ma gorączkę zbijać, a nie zawracać głowę lekarzowi.
    >
    > Co zrobić? - Najlepiej przeczytać ten wątek jeszcze raz i może bardziej
    > uważnie. Odpowiedź na to pytanie jest tu zawarta. I więcej myśleć.


    Może mi pomożesz? Szczerze mówiąc nie widzę gdzie jest odpowiedź na moje
    pytanie. Napisz wprost, ile, wg Ciebie, takie "nic" - jak gorączka u dziecka -
    musiałoby trwać, żeby lekarz na dyżurze nie oburzał się na nieuzasadnioną wizytę?

    p.s. Rozumiem, że zapoczątkowałas wątek sfrustrowana rzeszą nieodpowiedzialnych
    pacjentów, którzy śmią odrywać Cię od ciekawszych niż praca obowiązków. Jednak
    jest to Twoja praca i zaakceptuj, że tak wygląda albo spróbuj ją zmienić.
    Urzedniczka w Skarbowym równiez moze nie kochać wszystkich petentów,
    przychodzących po informację, ale nie spotkałam się, żeby ktoś odsyłał mnie na
    przykład do ustawy - bo przecież tam równiez mogłabym sobie sprawdzić to, o co
    pytam urzedniczkę, zabierając jej cenny czas... Ona ma obowiązek udzielac
    informacji, Ty - przyjąć pacjentów z kolejki. Choćby to miała byc porada w stylu
    "nic Panu nie jest, proszę wziąc paracetamol".
    Ktoś tu chyba minął się z powołaniem.
  • draconessa 27.03.06, 11:24
    Kilka watkow powyzej wisienka napisala:
    'Do
    lekarza na pewno należy iść, kiedy infekcja nie mija, u dziecka malutkiego
    często jest to juz po paru godzinach trwania infekcji, u starszych dzieci i
    dorosłych - zwykle kilka dni, ale naprawdę nie jest koniecznością bieganie do
    lekarza od razu, kiedy ktoś ma od godziny podwyższoną temperaturę.'

    Czytaj uwaznie i ze zrozumieniem, zamiast od razu przyjmowac postawe
    konfrontacyjna.
    --
    I Ty mozesz zostac trollem!!!
  • Gość: lekarka IP: *.chello.pl 27.03.06, 11:53
    Ależ urzędnicy w Urzędzie Skarbowym wyłącznie odsyłają do ustaw. Jeszcze mi się
    nie zdarzyło, żeby którykolwiek udzielił informacji lub poradził. Ale to nie
    istotne.
    Są sytuacje , w których konsultacja lekarska jest nagła, ale są i takie, które
    mogą poczekać. I o tym wie każdy człowiek. Gorączka u dotąd zdrowej osoby
    należy właśnie do tych drugich.
    Jak ktoś jest zaniepokojony może zawsze skorzystać z płatnej pomocy lekarskiej -
    szybko, bez czekania. Podobnie jak człowiek, który nie chce lub nie potrafi
    szukać tego i owego w ustawach udać się do doradcy podatkowego. Tylko to
    kosztuje. Czemu więc leczenie ma być na innych zasadach?
  • wisienka36 27.03.06, 13:55
    pacjentka7 napisała:

    > p.s. Rozumiem, że zapoczątkowałas wątek sfrustrowana rzeszą
    nieodpowiedzialnych
    > pacjentów, którzy śmią odrywać Cię od ciekawszych niż praca obowiązków.

    Widzisz, ja wcale wbrew pozorom nie jestem sfrustrowana, a swoja pracę kocham.
    Tą w przychodni. A pogotowie to dodatek. Nie ma komu dyżurować i kiedy
    przełożona dzwoni z prośbą o wzięcie kilku dyżurów ja nie mam serca odmawiać,
    bo wiem, że jeżeli ja ich nie wezmę to nikt nie weźmie. Tylko jestem po takim
    dyżurze potwornie zmęczona i to stąd właśnie ten wątek. Jestem zmęczona
    nieodpowiedzialnością, niedouczeniem, ogromną arogancją ludzi tam
    przychodzących. Myślę że to są stali bywalcy pogotowia i przychodzą nie tyle z
    potrzeby, co dlatego, że właściwie prawie nie czekają do lekarza, a w
    przychodni musieliby i blisko mieszkają. Ktos potrzebujący, naprawdę chory
    wchodzi i mówi, że przeprasza, że tak późno, ale cały dzień pracuje i nie
    zdążył pójść do przychodni albo że było dużo chorych i go nie przyjęli. A cała
    reszta wchodzi i mówi, że chce antybiotyk, bo mu się należy i koniec. I wcale
    nie zadowala się Paracetamolem lub lekami dostępnymi bez recepty. A to ja
    przecież jestem lekarzem i ja wiem, co jest potrzebne. Mnie uczono, ze pierwsze
    to nie szkodzić. Może zaproponujesz Pacjentko, co wtedy powinnam robić, kiedy
    ludzie na mnie krzyczą, że nie otrzymują tego, co chcą, bo nie ma takiej
    potrzeby? Pewnie napiszesz: nie dyzurować. I będziesz miała rację.
  • pacjentka7 27.03.06, 23:09
    Wisienko36, nie znam Cię, nic do Ciebie nie mam. Generalnie odezwałam się w tym
    wątku, bo był jakoś tak na czasie z moimi aktualnymi doświadczeniami. Pozdrawiam
    Cię serdecznie i gratuluję ogólnego zadowolenia z pracy.

    >A to ja
    > przecież jestem lekarzem i ja wiem, co jest potrzebne. Mnie uczono, ze
    pierwsze> to nie szkodzić. Może zaproponujesz Pacjentko, co wtedy powinnam
    robić, kiedy
    > ludzie na mnie krzyczą, że nie otrzymują tego, co chcą, bo nie ma takiej
    > potrzeby? Pewnie napiszesz: nie dyzurować. I będziesz miała rację.

    Nie napiszę. Mam tylko nadzieję, że takich roszczeniowców jest znacząca mniejszość.
    Jak już napisałam wcześniej, uważam że lepiej zbadać dwóch przewrażliwionych niż
    zniechęcić do nocnej wizyty jednego naprawdę chorego. I tylko o to mi chodzi.
    Przepraszam, jeśli cos napisałam zbyt ostro.
  • youngdoc 27.03.06, 19:50
    I to jest właśnie najsmutniejsze. Że ludzie autentycznie i bez żadnych żlłośliwości nie widzą nic złego w tym, że przez 4 dni nie poszli do swojego lekarze rodzinnego z gorączką u dziecka. Nie potrafią zrozumieć, do czego jest powołane pogotowie ratunkowe. Jak sama nazwa wskazuje - do ratowania zdrowia i życia.
    Szanowna Pani! Jeśli ktoś idzie do lekarza po godzinie od wystąpienia gorączki u dziecka (bez innych objawów) to jest panikarstwo. Jeżeli ktoś nie poszedł do pediatry przez 4 czy 5 dni z gorączką, to jest nieodpowiedzialność. Powinien pojśc wtedy, najlepiej do poradni dla dzieci.
    Pogotowie służy do pomocy w nagłych stanach zagrożenia zdrowia/życia. Gorączka od 4 dni nie jest stanem nagłym. Gorączczka od godziny nie jest zagrożeniem życia. Dlatego gorączki nigdy nie powinno się leczyć na pogotowiu.
    Również dla dobra dziecka jest bardzo sensowne leczyć je u specjalisty pediatry. U jednego lekarza, który dziecko konsenkwentnie leczy w swój jeden sposób (też ważna sprawa), który je widział na początku gorączki i po kilku dniach u kontroli (można wtedy wychycić wiele rzeczy, których na pogotowiu różni dyżuranci po prostu nie zauważą), u lekarza specjalisty (a nie ma tylu pediatrów, żeby zawsze był na dyżurze, przynajmniej u mnie), u lekarza, który sprawuje stałą opiekę nad dzieckiem (a chyba nie muszę przekonywać, że lekarz, który zna dziecko i jego historię może lepiej dobrać leczenie niż człowiek, który je widzi po raz pierwszy w życiu), u lekarza w poradni, który może w razie potrzeby wypisać skierowanie na szerszy zakres badań niż ten z pogotowia, u lekarza rodzinnego, który może wypisać dla matki L4 do opieki nad dzieckiem (ten na pogotowiu wcale nie musi mieć takich druków, chyba że jest przy okazji rodzinnym), u lekarza w dzień, a nie na dyżurze...
    Proszę wybaczyć. Dla mnie jest po prostu oczywiste, że dla dobra dziecka należy je leczyć w poradni, nie na pogotowiu. Na pogotowiu leczą dzieci ludzie z wygody, a nie ztroski o dobro dziecka. Rozumiem, że czasem trudno znaleźć czas, by dostać się do 18 do rodzinnego (musi przyjmować w poradni ktoś do tej godziny. Wymóg NFZ), ale nagminne chodzenie na pogotowie jest godne potępienia. Szkodzi to swojemu dziecku i innym chorym, którzy naprawdę potrzebują pilnej pomocy, a czasem dostaną ją za późno. Bo lekarz był zajęty. Przecież ja i tak będę musiał to dziecko obejrzeć! Ale fakt, że "nic nie robię" na dyżurze, oczekując na pilne wezwanie, to nie jest logiczny argument, żeby zajmować mi czas dzieckiem, które powinno być leczone w poradni! Jak będę reanimował w środku nocy wyspany, bo wypocząlem po południu, to wszyscy na tym zyskamy - i pacjent, i ja!
    Zapewniam Panią, że podchodzę do zawodu poważnie. Nie opiprzam się, jak czasem niektórzy zmoich kolegów. Ale lubię robić swoją robotę w logiczny i dobrze zorganizowany sposób. Dla dobra Pacjentów. To, że również dla dobra swojego nie jest powodem, żebym to robił w sposób nieefektywny.
  • pacjentka7 27.03.06, 23:32
    > Że ludzie autentycznie i bez żadnych żlłośliw
    > ości nie widzą nic złego w tym, że przez 4 dni nie poszli do swojego lekarze >
    > rodzinnego z gorączką u dziecka Jeżeli ktoś nie poszedł do
    > pediatry przez 4 czy 5 dni z gorączką, to jest nieodpowiedzialność. Powinien >
    po> jśc wtedy, najlepiej do poradni dla dzieci.


    Z samą gorączką trwającą do 3 dni do lekarza się nie chodzi - należy zbijać w
    domu i obserwować czy nie ma innych objawów. Ktoś to chyba nawet napisał w tym
    wątku, a ja się akurat z tym zgadzam. Tak na marginesie - w ostatni piątek
    próbowałam zapisać się na wizytę - najbliższy termin wtorek czyli jutro. Czyli
    kolejne 3 dni. Niestety nie wszędzie przyjmują na bieżąco.
    Na szczęście moja przychodnia ma DYŻUR całodobowy, o czym oczywiście pani w
    rejestracji mi przypomniała (na w razie co). Skorzystałam w weekend. Mam
    nadzieję, że nikt mnie słownie nie zlinczował po wyjściu z gabinetu.


    > Również dla dobra dziecka jest bardzo sensowne leczyć je u specjalisty
    >pediatryU jednego lekarza, który dziecko konsenkwentnie leczy w swój jeden
    >sposób (te> ż ważna sprawa),


    Też tak uważam, dlatego idziemy jutro do naszego pediatry.
    A że terminy są długie to juz naprawdę nie moja wina. Rejestratorka od razu
    proponuje miejsce do wybranego lekarza LUB dyżur po godzinach przyjęć -
    szybciej. Jest tylko kartka - 'żadnych skierowań i przedłużania recept podczas
    dyżurów'. Innych ograniczeń nie zauważyłam.

    >Na pogotowiu leczą dzieci ludzie z wygo
    > dy, a nie ztroski o dobro dziecka.

    1.Mam nadzieję, że to nie było do mnie?
    2.Czy całodobowy "dyżur" pediatryczny w mojej przychodni jest tożsamy z
    "pogotowiem", o którym piszesz? Pytam, bo nie wiem czy Wy, lekarze to jakoś
    rozróżniacie...

    pozdrowienia



  • youngdoc 28.03.06, 21:49
    Widzę, że pozwoliłem sobie na kilka nieścisłości i skrótów myślowych, które narobiły trochę zamieszania. Przepraszam. Brak umiejętności ścisłego wyrażania swoich myśli to bardzo irytująca cecha u lekarza.

    W skrócie ujmując, całodobowy dyżur pediatryczny jest tożsamy z pogotowiem, o którym piszę w tym miejscu. Czasem kontrakt na tzw. nocną i świteczną ambulatoryjną podstawową opiekę zdrowotną (poz) jest podpisany z pogotowiem (tak jak u mnie), czasem z przychodnią (to jest ten dyżur całodobowy przychodni). To samo dotyczy się odrębnego kontraktu na nocną i świąteczną wyjazdową poz - czyli wizyty domowe. Pogotowie oprócz tego kontraktuje zespoły wyjazdowe R (reanimacyjne) i W (wypadkowe), czyli tzw. duże karetki.

    Mam szczęście pracować w ośrodku, gdzie zawsze można dostać się do lekarza tego samego dnia, najwyżej trzeba poczekać w kolejce. Rozumiem, że gdzie indziej braki kadrowe są już bardziej dotkliwe. Sądzę, że dlatego tam lekarze wolą zostawić furtkę dla infekcji w postaci opieki całodobowej.
    Jestem pewien, że osoba korzystająca w niedzielę ok godz. 2 po południu z lekarza z powodu kilkudniowej gorączki u dziecka została potraktowana jak normalny pacjent. Jestem też pewien, że ta sama sytuacja o godz. 2 w nocy została odebrana inaczej. Zwłaszcza jeśli lekarza wezwano na wizytę domową. Sprawia Pani wrażenie osoby inteligentnej, troszczącej się o dziecko i korzystającej z opieki zdrowotnej w rozsądny sposób. Dlatego może być Pani słusznie oburzona niektórymi naszymi komentarzami, jeżeli odczyta je jako skierowane pod Pani adres. Gdyby wszyscy zachowywali się tak, jak Pani, nie byłoby problemu. Niestety, mamy wielki kłopot z pacjentami, których kolega scharakteryzował w poście poniżej. Niszczą oni system opieki zdrowotnej w tym kraju.
    Oczywiście, że jestem wściekły obudzony w środku nocy do wyjazdu do głupoty, ponieważ się nie wyśpię. Jednak proszę wziąć również pod uwagę inny problem. Koszt utrzymania karetki wypadkowej przez 1 DOBĘ (1600 zł) jest równy sumie, jaka jest przeznaczona na Pani leczenie u lekarza rodzinnego przez następne 24 LATA (24*66 zł rocznie= 1584 zł). A często taka karetka przez noc zrobi 5-6 wizyt domowych u lekko chorych ludzi. To olbrzymie marnotrastwo środków, i to przeciw niemu protestuję. Można by

    Lekarz na dyżurze często ma do czynienia z mało kulturalnymi, łagodnie rzecz ujmując, pacjentami. Czasem niestety i jemu kultury nie wystarcza. Prowadzi to do godnych pożałowania sytuacji. Jedną z ich przyczyn wskazała p. Halszka - notoryczne przemęczenie obu stron. Mam nadzieję, że nikt z nas nie będzie uczestnikiem takowej.
    Czasem biorę (niepotrzebnie, być może) do siebie zarzut - lekarze biorą w łapę. Owszem ,niektórzy biorą. Ja nie. Pacjent czasem bierze do siebie zarzut, że ludzie przychodzą z głupotami na pogotowie. Owszem, niektórzy przychodzą. Pani nie. To, że każde z nas jest w porządku, nie oznacza, że nie mamy szukać metod rozwiązania tych problemów. Bo ani łąpownicy, ani pacjenci wzywający karetkę "bo coś mi do oka wpadło, karetka mi się należy" (autentyczne) tych problemów nie rozwiąża. Wiem, że sam mam dośc skrzywione przez moją profesję podejście do wielu spraw. Uważam, że będę lepszym lekarzem, jeśli poznam lepiej sposób myślenia pacjentów. Dlatego chętnie biorę udział w spokojnej, rzeczowej i kulturalnej dyskusji o służbie zdrowia na forum. Bardzo dziękuję za pomoc w zrozumieniu mi niektórych poglądó pacjentów.

    Pozdrowienia.

    P.S. Dzięki tęż wielkie dla Młodego Lekarza za słowa wsparcia. Znaczą dla mnie bardzo wiele. Jak wysłucham tylu pretensji od pacjentów, to czasami mam wątpliwości, czy ja w ogóle mam rację odmawiając wyjazdu do np. "ukąszenia przez pajączka 2 dni temu". To dla mnie bardzo ważne wiedzieć, że ktoś jeszcze myśli w podobny sposób.
  • mlody.lekarz 28.03.06, 01:58
    Masz całkowitą rację. Nie chce się niektórym rodzicom dupska ruszyć i zająć się
    swoim dzieciakiem, w nocy ich wyrzuty sumienia nachodzą i najlepiej zwalić winę
    na lekarza pogotowia, że niewyspany, że mu się nie chce, że przez niego dzieciak
    dalej cierpi. Łatwiej jest winić kogoś niż samemu sie przyznać do niedbania o
    swoje dziecko.

    To ten sam typ rodziców, którzy po kilku latach ćpania przez ich dziecko
    twierdzą, że nic nie zauważyli niepokojącego. Albo że nie nigdy by nie
    pomyśleli, że te rzeczy, które ich dzieciak znosi do domu warte kilka tysięcy to
    nie zaoszczędzone kieszonkowe. I jak ktoś im prosto w oczy mówi, że dziecko ćpa
    lub kradnie, to winią szkołę, kolegów, telewizję, cały świat tylko nie siebie.

    I dla mnie to nie jest wytłumaczenie, że ktoś nie wie, czy to co się z dzieckiem
    dzieje to zagrożenie jego życia czy nie. Matka, ojciec powinni to wiedzieć, to
    ich rodziców psi obowiązek. Taki sam jak np. obowiązek wiedzieć, że niemowlaka
    się karmi piersią a nie smaży mu kaszankę z cebulą, a do picia daje kufel piwa.
    W czasie ciąży mają kilka miesięcy, żeby się dokształcić i nawet największy
    tłumok jest w stanie się nauczyć, jeśli chce.
  • Gość: doc IP: *.salbis.net 27.03.06, 22:24
    >Ktoś tu chyba minął się z powołaniem

    Rozmawiamy o kapłanach i szamanach? Wydawało mi się że o lekarzach. Więc
    dlaczego ktoś znów wyjeżdża na tym forum z powołaniem? Lekarz to zawód, może
    szczególny, ale każdy jest szczególny. Powołanie to cecha nielicznych lekarzy.
    Reszta to rzemieślnicy. My w przeciwieństwie do pacjentów mamy choć tyle pokory
    by to rozumieć. Pacjenci potrafią tylko szafować wymaganiem (niepojętym)
    powołania.
  • pacjentka7 27.03.06, 22:49
    > Pacjenci potrafią tylko szafować wymaganiem (niepojętym)
    > powołania.

    Nie generalizuj, svp.

  • Gość: doc IP: *.salbis.net 29.03.06, 13:01
    > Nie generalizuj, svp.

    Nie do uniknięcia w dyskusji na tym poziomie ogólności. Naprawdę nie sposób co
    chwilę pisać "niektórzy", "część", "są tacy i tacy". Wiemy że gdy
    piszę "pacjenci wymagają" to piszę o tych którzy wymagają, a wiem że są tacy
    którzy nie wymagają. Przepraszam za generalizowanie, a co z meritum mojej
    wypowiedzi?
  • pacjentka7 31.03.06, 14:01

    >Przepraszam za generalizowanie, a co z meritum mojej
    >wypowiedzi?

    Rozumiem, że masz na myśli to:

    >Rozmawiamy o kapłanach i szamanach? Wydawało mi się że o lekarzach. Więc
    >dlaczego ktoś znów wyjeżdża na tym forum z powołaniem? Lekarz to zawód, może
    >szczególny, ale każdy jest szczególny. Powołanie to cecha nielicznych lekarzy.
    >Reszta to rzemieślnicy. My w przeciwieństwie do pacjentów mamy choć tyle pokory
    >by to rozumieć. Pacjenci potrafią tylko szafować wymaganiem (niepojętym)
    >powołania.

    Powołanie to niekoniecznie misja. Raczej zrozumienie i akceptacja swojej roli.
    Nauczyciel, który nie lubi dzieci, lekarz, którego wkurzają pacjenci, księgowy,
    który szału dostaje od cyferek - oni prawdopodobnie minęli się z powołaniem. [co
    nie znaczy, że powinni zostać kapłanami lub szamanami ;-/].
    Jeśli więc piszą tu lekarze (których praca polega bądź co bądź na kontakcie z
    drugim człowiekiem), wkurzeni, że "ten pacjent to cośtam, tamten nie rozumie, a
    inny nie potrafi sam określić", to chyba niekoniecznie powinni pracować z
    ludźmi, jeśli wszystko im przeszkadza. Bo co pacjent to niespodzianka. Nie chcą
    się paskudy dostosowac do jednego idealnego modelu nieklopotliwego pacjenta.

    Powołanie w Waszym zawodzie, to akceptacja całego bagażu związanego z pracą. W
    tym również całej złożoności pracy z drugim człowiekiem, który może byc słaby,
    może się mylić, może czegoś nie potrafić czy nie rozumieć. I niekoniecznie
    przychodzi do lekarza z byle drobiazgiem, wyłącznie żeby mu uprzykrzyć życie.
    Jeśli popełnia tym straszne przestępstwo - na przykład na dyżur z zymś co może
    poczekać do rana - to lekarz z powołaniem spokojnie informuje i pracuje dalej, a
    tego z deficytem - wszystko zaczyna wkurzac, a ten ZŁOŚLIWY pacjent najbardziej.


    Praca lekarza to nie - jak napisałeś - rzemiosło. Bo pacjent to człowiek, a nie
    element w obrabiarce. Niepowtarzalny przypadek, który w dodatku ma uczucia i
    zazwyczaj rozumie co się do niego mówi. Że nie wspomnę o znaczeniu pozytywnego
    wsparcia psyche chorego. Przecież wszystkie aspekty procesu zdrowienia są ważne,
    nieprawdaż? Dobry lekarz rodzinny/internista/ specjalista itp powinien to rozumieć.
  • wisienka36 31.03.06, 18:23
    pacjentka7 napisała:

    > Jeśli popełnia tym straszne przestępstwo - na przykład na dyżur z zymś co może
    > poczekać do rana - to lekarz z powołaniem spokojnie informuje i pracuje
    dalej,

    Jesteś pewna, ze wiesz o czym piszesz? Mówimy o dyżurach, które są po to, by
    zabezpieczyć stany zagrożenia życia. Dyżurujący lekarz ma ratować w nagłych
    przypadkach. I to robi. I wierz mi, że nie powie słowa, choćby co godzine
    wstawał w nocy wtedy, kiedy to jest potrzebne. Pomimo tego, ze w dzień pracował
    w przychodni czy na oddziale, nie zdążył zjeść obiadu i przyszedł na dyżur, a
    po dyżurze wraca do swojej pracy. Czy to jest zbyt wiele, kiedy prosimy , by
    pacjenci zastanowili się co robią? A co Ty na to:
    -sinieje(godz 5 rano)-jedzie R-ka w skladzie 4-o osobowym -panienka rozespana
    lat 18 ma bole brzucha w trakcie miesiaczki nie pierwszy raz.Nie wziela nic
    przeciwbolowego.Po co.
    -nieprzytomna-R-ka jak wyzej-siedzi Pani na kanapie z zacisnietymi oczami po
    awanturze domowej.Na pytanie skierowane do "nieprzytomnej" rodzina napada-czy
    Pani nie widzi ,ze ona jest nieprzytomna.Wzmianka o karetce
    psychiatrycznej(ktorej nie ma )otwiera oczy i rozwiazuje jezyk tej Pani.
    Wierz mi, że czy lekarz ma powołanie czy nie to w takiej sytuacji ręce opadają.
    I cały ten wątek odnosi sie do takich właśnie sytuacji.
  • Gość: halszka48 IP: *.toya.net.pl 28.03.06, 18:56
    WITAM.
    Jak zwkle każdy ma swoją rację. Fajnie być lekarzem i leczyć pacjentów, ale
    jeszcze byłoby fajniej gdyby pacjenci nie zgłaszali na dyżury. Fajnie wychowywać
    dzieci i być rodzicem, ale żeby nie sprawiały żadnych kłopotów. Spójrzmy na to
    od strony etycznej. Ja pacjent - chcę uzyskać fachowej porady. Byłoby
    normalnością gdybym ją uzyskala tam, gdzie się zgłosiłam, bądź zostałabym
    uspokojona i skierowana tam, gdzie trzeba. Ciężko nam tak postąpić, bo nie mamy
    na nic czasu.
    Pracujemy 20 godzin na dobę i zmęczenie nie pozwala ani rodzicom,ani lekarzom na
    cierpliwość.
  • pacjentka7 26.03.06, 23:33
    > powinno się wprowadzić opłaty za nieuzasadnione wezwanie karetki

    Z tego co pamiętam taki przepis już jest.
    Z tym, że "nieuzasadnione", jest pojęciem bardzo nieostrym...
  • do.ki 27.03.06, 00:05
    pacjentka7 napisała:

    > Z tego co pamiętam taki przepis już jest.
    > Z tym, że "nieuzasadnione", jest pojęciem bardzo nieostrym...

    Zgadza sie. I dlatego moze lepszym rozwiazaniem jest oplata za KAZDE wezwanie
    karetki, ktore nie konczy sie hospitalizacja pacjenta.

    To prawda, ze nie jest zadaniem pacjenta ocena co jest pilnym wskazaniem, a co
    nie. Ale chyba troche zdrowego rozsadku od doroslych ludzi oczekiwac mozna? A
    jesli nie, to jest cos, co znakomicie ksztalci ten rozsadek- uderzenie po kieszeni.
    --
    "The doctor is someone upon whom you place your hopes when sick - and your dogs
    when well!" Ambrose Bierce
  • pacjentka7 27.03.06, 09:09
    > To prawda, ze nie jest zadaniem pacjenta ocena co jest pilnym wskazaniem, a co
    > nie. Ale chyba troche zdrowego rozsadku od doroslych ludzi oczekiwac mozna? A
    > jesli nie, to jest cos, co znakomicie ksztalci ten rozsadek- uderzenie po kiesz
    > eni.

    Nie wiem czy jesteś lekarzem czy też osobą odpowiedzialną za finanse pogotowia -
    Twoje podejście bowiem nijak nie pasuje mi do postawy lekarza, którą mam w
    głowie...
    Wyobraź sobie starsze osoby, z emeryturą 500 zł, które przy zawale będą
    kalkulować czy wytrzymają do rana czy może wezwać karetkę - a nuż nie zostaną
    hospitalizowane? Bo kto wtedy zapłaci rachunek?

  • aloalo2001 27.03.06, 20:05
    Niestety zgodzę się z pacjentką, są ludzie starzy bardzo biedni i bardzo
    oszczędni z powodu ogromnie niskich emerytur, mogą nie wzywać karetki z obawy
    na koszt. Najlepszy sposób edukacja społeczeńtwa i ocena post factum, czy ma
    klient płacić czy nie. W sumie opłata 50 złotych za poradę niepilną, albo 20 zł
    jako dopłata z NFZ nie byłaby końcem świata.
    Niestety zdarzaja się osoby 30 kilku letnie zdrowe, które nie mają moralnych
    obaw co do tego aby wzywać karetkę w środku nocy do niepowikłanej
    pierwszorazowej gorączki i jeszcze zachowanie mieć chmaskie, to znaczy nie
    odpowiadać na pytania z wywiadu. Są osoby, które wzywaja karetkę, dlatego, że
    akuat w sobote maja wolne i przyszli się przebadać.
    A są i takie matki, które z zapadłych wsi, pociągiem, autobusem, nad ranem,
    prawie na własnych plecach dowoża dzieci, bo czują, że coś nie tak, a to coś to
    wyrostek ostry. ja nie wiem od czego to zalezy?
  • pacjentka7 27.03.06, 22:58
    > Najlepszy sposób edukacja społeczeństwa

    Jestem za. Widziałam na izbie przyjęć taką informację "ostry dyżur przysługuje
    tylko jeden raz" :-) Nie wiem co autor miał na myśli, mogę tylko zgadywać ;-),
    ale gdyby rozwinąć ideę i dopisać parę punktów 'do wiadomości pacjenta', na
    pewno by nie zaszkodziło. Przecież i tak każdy w kolejce czyta wiszące słowo
    drukowane (a co dopiero na drzwiach gabinetu...), przeczytałby więc mimochodem
    odezwę do ludności i następnym razem wiedział, kiedy można, a kiedy
    niekoniecznie - skorzystać z dyżuru nocnego.

  • youngdoc 27.03.06, 20:08
    Pozwolę sobie odpowiedzieć za kolegę.
    Tak się składa, że osobą odpowiedzialną za finase pogotowia jest zwykle lekarz. Jest on odpowiedzialny za to, aby w karetce był dobry defibrylator, aby była w miarę nowym, sprawnym samochodem, aby w pogotowiu jeździli dobrzy fachowcy, a nie najmłodsi lekarze z nagonki (a takim trzeba trochę więcej zapłacić), generalnie za to, aby pogotowie było sprawnym narzędziem do ratowania również i Pani życia. Niekoniecznie natomiast, by środki na to przeznaczone były marnotrawione na wyjazdy do bólu zęba, bólów krzyża, wypisania recepty... (wszystko przykłady autetynczne, i niestety częste). Bo wtedy zabraknie ich np. na leki stosowane w zawałach. Opakowanie np. takiego Plavixu, który szybko, jeszcze w karetce podany może uratować życie również i komuś z Pani rodziny, kosztuje coś koło 300 zł. Dobry defibrylator, np. Lifepack - kilkadziesiąt tysięcy. W wielu karetkach nie ma ani jednego, ani drugiego. To również i Pani interes, by pogotowie służyło do tego, do czego ma służyć.
    Natomiast muszę się z Panią zgodzić co do kwestii opłat za wezwanie karetki. Co prawda obecny system opłat za wezwania nieuzasadnione w ogóle nie odstrasza wielu takich, którym się należy wszystko i od razu, oni do przychodni chodzić niebędą, jak lekarz może za darmo przyjechać... Ale już nieraz byłem też u starowinek, które czekały długo (czasem za długo) - bo może samo przejdzie, bo przecieże będą wzywać karetki jak może być potrzebna komuś innemu... Takich uczciwych, zwykle biednych ludzi z sumieniem tak mi szkoda, że już wolę pojechać do domu pod którym stoją 3 mercedesy przepisać receptę na bolesną miesiączkę niepotrzebnie, niż odstraszać te babuleńki wizją opłat. Inna sprawa, że w ten sposób nakręcam spiralę nadużywania pogotowia.
    Lekarze, przynajmniej niektórzy, nie są wrogami pacjentów. To nasz wspólny interes, by każdy korzystał z bezpłatnej opieki zdrowotnej we właściwy sposób. My nie myślimy, jak Was zniechęcić do korzystania z pogotowia, ale jaki mechanizm będzie najskuteczniejszy, by skąpe środki pogotowia zużywać w sposób zgodny z ich przeznaczeniem i najefektywniej.
  • do.ki 28.03.06, 21:43
    > Nie wiem czy jesteś lekarzem czy też osobą odpowiedzialną za finanse pogotowia
    > -
    > Twoje podejście bowiem nijak nie pasuje mi do postawy lekarza, którą mam w
    > głowie...
    > Wyobraź sobie starsze osoby, z emeryturą 500 zł, które przy zawale będą
    > kalkulować czy wytrzymają do rana czy może wezwać karetkę - a nuż nie zostaną
    > hospitalizowane? Bo kto wtedy zapłaci rachunek?

    No wlasnie, takie powazne zarzuty, i w dodatku dwoje znakomitych kolegow zaraz
    powyzej wypowiedzialo sie przeciwko mnie, ale ja i tak odpowiem, bo tak jest
    uczciwie. Mysle, ze moja odpowiedz bedzie wlasnie do bolu uczciwa i dlatego nie
    uslyszy sie jej od zadnej osoby odpowiedzialnej za finansowanie chrony zdrowia.

    Nie pasuje do wizerunku lekarza, mowisz? Mysle, ze jest tak dlatego, ze masz w
    glowie wizerunek lekarza rodem z XIX-wiecznej literatury- pan z brodka, w
    surducie, z czarnym neseserem, w ktorym nosil stetoskop i pare buteleczek z
    jakimis miksturami. Lekarz dzisiaj nie jest juz kims, kto w pokorze i swobodnie
    praktykuje sztuke lekarska. Nie- jest po trosze naukowcem (a wiec kieruje sie
    metoda naukowa, zimna logika i statystyka), jest tez szafarzem dobr, za ktore
    placi ktos inny. Z tego ostatniego wynika takze, ze jest odpowiedzialny za
    podzial tych dobr, a w kazdym razie taki obowiazek naklad na niego ustawodawca.
    Czy wiesz na przyklad, ze ja zostalbym ukarany finansowa, gdybym nie przepisywal
    minimum 18% generykow? Lekarz wreszcie jest tez obywatelem, a wiec takze
    podatnikiem, czyli wspolfinansuje te dobra, ktore potem rozdziela. Tyle tytulem
    wstepu.

    Srodki na ochrone zdrowia sa zawsze ograniczone. Popyt jest praktycznie
    nieograniczony. Zawsze znajdzie sie jakas niezaspokojona "potrzeba", chocby
    calkiem wydumana, ale tez zawsze bedzie pokusa, zeby finansowac ja publicznie.
    Aby rozdzielic ograniczone srodki na nieograniczone potrzeby potrzebny jest
    jakis sposob alokacji srodkow, a wtedy od razu nieuchronnie pojawiaja sie takie
    nieprzyjemne slowa jak racjonowanie, dyskryminacja, ograniczenia, reglamentacja.
    Czyjes potrzeby na pewno pozostana niezaspokojone. Niemozliwy do utrzymania jest
    system powszechnej ochrony zdrowia, finansowanej ze srodkow publicznych w pelnym
    zakresie, bez istotnej, chocby czesciowej odplatnosci z kieszeni samych
    pacjentow. To punkt pierwszy: opieka zdrowotna NIE MOZE BYC DARMOWA. Placenie
    skladek to za malo. Brak wspolodpowiedzialnosci finansowej ze strony pacjentow w
    krotkim czasie doprowadzi do eskalacji oczekiwan i zagrozi zalamaniem systemu.
    Widac to w Polsce, widac to takze w USA (Medicare/Medicaid).
    Teraz punkt drugi: opieka finansowana publicznie musi byc ograniczona, inaczej
    zadnego kraju nie bedzie na nia stac. Ograniczenia moga dotyczyc ilosci
    (wolumenu) swiadczonych uslug (co pociaga za soba kolejki i/lub rozwoj
    alternatywnego sektora prywatnego) lub tez rodzajow zabiegow (co pociaga za soba
    koniecznosc pelnej odplatnosci za czesc zabiegow). Zwykle ograniczenia sa z obu
    rodzajow.

    Totez wracajac do przykladu tej babci z 500 zl emerytury: brzmi to okrutnie, ale
    z punktu widzenia alokacji srodkow pozbawienie tej babci dostepu do karetki nie
    jest jeszcze takie zle, bo tez kosztowo leczenie babci efektywne nie jest.

    Zaden minister tego nie powie, a moze powinien, bo tak byloby uczciwiej z jego
    strony. Niestety, byloby to polityczne samobojstwo, wiec dalej bedzie jak jest.
    Ja ministrem nie jestem i nie bede (z czego rozne oburzone glosy beda sie
    cieszyc, co zreszta nie zmienia faktu, ze ekonomia jest nieublagana).

    alo i youngdoc pisza z punktu widzenia pewnej misji spolecznej i jest to punkt
    widzenia odlegly od ekonomii, co nie znaczy, ze ekonomia go nie dotyczy. Po
    prostu w naszym swiecie nie ma nic za darmo. Przewiezienie babci do szpitala,
    jej diagnostyka i leczenie niezbyt sie oplacaja (bo babcia kiepsko rokuje, ale
    takze jesli policzyc cost per QUALY, czyli ile dolarow potrzeba na kazdy
    Quality-Adjusted Life Year, ktory dodatkowo babcia przezyje), wiec musi znalezc
    sie ktos, kto za to zaplaci. Moze byc rodzina. Gdyby to byla moja babcia, tobym
    zaplacil, bo mnie stac. Pytanie: kogo stac na leczenie bezimiennej babci? Jesli
    Wasza odpowiedz brzmi, ze "spoleczenstwo MUSI byc na to stac", to OK, ale
    spoleczenstwo tez podlega prawom ekonomii i pieniedzy, ktore wyda na te babcie,
    nie bedzie moglo przeznaczyc na nic innego. Byc moze kilkoro dzieci umrze na
    odre, bo nie bedzie szczepien.

    To sa trudne rozmowy, ale trzeba je prowadzic, bo nie moze byc mowy o
    publicznych finansach, jesli jednym ze skladnikow rownania jest nieskonczonosc.
    To kladzie kazdy rachunek. Przyznanie zyciu wartosci nieskonczonej to bomba
    zegarowa pod kazdym rachunkiem ekonomicznym ochrony zdrowia.

    I lekarze to wiedza. Lekarze wiedza tez co to znaczy niezwykle male
    prawdopodobienstwo pomyslnego zejscia choroby. Lekarze w swoim kodeksie etycznym
    maja, obok trzech innych podstawowych zasad, takze zasade sprawiedliwego
    rozdzialu srodkow. Mozemy sie spierac co jest sprawiedliwe, ale chyba zgodzimy
    sie, ze przeznaczenie wielu srodkow dla jednostki, zwlaszcza kosztem wielu
    innych jednostek nie do konca jest sprawiedliwe. Lekarze calkiem slusznie
    unikaja wartosciowania ludzkiego zycia. Jednak przy rownym traktowaniu kazdego
    pacjenta priorytet powinien chyba miec ktos o lepszym rokowaniu- czyli czasem,
    paradoksalnie, mniej chory. To tak jak w masowych katastrofach (a czyz stan
    finansow polskiej medycyny nie jest katastrofalny?)- ratuje sie nie tych
    najciezej rannych, bo oni i tak maja male szanse. Ratuje sie w pierwszym rzedzie
    tych o realnych szansach przezycia, nawet kosztem dodatkowych zgonow wsrod
    najciezej rannych, wlasnie dlatego, ze w masowych wypadkach z definicji srodki
    na ratowanie sa za male w stosunku do potrzeb.

    I przy takim postawieniu sprawy spor moze dotyczyc tylko tego kto sie nie
    zalapie do przepelnionej szalupy, ktora zostala po Titanicu. To jednak, ze kogos
    trzeba bedzie zepchnac do wody, jest najzupelniej pewne.

    Z gorzkim usmiechem i pozdrowieniem koncze,

    Doki
    --
    "The doctor is someone upon whom you place your hopes when sick - and your dogs
    when well!" Ambrose Bierce
  • maga_luisa 28.03.06, 21:48
    jest to po prostu naga prawda; i jak prawda bywa - bardzo bolesna; i chyba
    niemożliwa do przełknięcia dla zdecydowanej większości.
  • youngdoc 28.03.06, 23:12
    Szczerze mówiąc, jestem naprawdę baaaardzo młodym lekarzem. Mój staż liczy się raczej w miesiącach, niż latach. Dlatego też bardzo uważnie staram się słuchać starszych kolegów, również tu na forum. W medycynie nawet największe zdolności i wiedza nie zastąpią doświadczenia. Nieco w zakłopotanie wprawia mnie traktowanie poważnie moich wypowiedzi prze ludzi ze znacznie większą wiedzą i doświadczeniem. A nazwanie mnie "znakomitym kolegą" w moim miejscu pracy byłoby dowcipem roku. Moje stanowisko w sprawie odpłatności za karetkę dyktuje raczej rozum, niż serce. A niestety przekonałem się już, że serce nie zawsze jest dobrym doradcą. Podobno kiedyś pewien dość kontrowersyjny polski polityk powiedział coś mniej więcej takiego: "Kto nie był za młodu socjalistą, ten drań, ale kto nie został na starość liberałem, ten głupiec". Może po prostu wciąż jestem zbyt młody i naiwny. Ale przynajmniej nie jestem draniem.

    Są w medycynie rzeczy, które nigdy oficjalnie nie będą powiedziane, choć wszyscy wiemy, że są prawdą. Żaden ze znanych mi lekarzy nie podjąłby się reanimacji u osoby powyżej 90 roku życia, choć żaden z podręczników nigdy tego nie zaleci. Żaden profesor nie powie tego oficjalnie, choć w prywatnej rozmowie każdy się z tym zgodzi.
    Wyjaśnienie dla pacjentów - nie reanimujemy, bo prawie nigdy reanimacja nie jest udana. U tych kilku procent 90latków "udana" reanimacja oznacza konanie prze kolejnych kilka dób na oddziale intensywnej terapii, prawie zawsze bez odzyskania przytomności, lecz nie wątpię, że w cierpieniach. U jednej osoby na tysiąc uzyskalibyśmy przedłużenie życia o statystycznie 2-3 lata. Więcej cierpienia przysporzymy reanimując, niż nie.
    Wiem, że to bezduszne, ale szczere. A za największą zaletę tego forum uważam możliwośc szczerych wypowiedzi ze strony zarówno pacjentów, jak i lekarzy.

    Marzy mi się system, w którym nie byłbym zobowiązany kalkulować czy marnotrawię pieniądze, czy nie - ponieważ istniałyby jasne wytyczne, jakich środków mogę użyć w danych okolicznościach. Tak jak np. istnieją w miarę jasne wytyczne, kogo można przyjąć na bardzo kosztochłonny odzdział intensywnej terapii. Bo jeżdżąc na karetkach, muszę przyznać, wyjeżdżam zawsze. Nie z potrzeby serca, ale ze strachu. Pomylić się można odmawiając wyjazdu w każdej chwili i nie ma żadnych możliwości obrony w razie pomyłki przed dziennikarzami. Przypomina mi się wyjazd do meliny pijackiej, w którym brałęm udział jeszcze jako praktykant. OW sumie wezwanie było do czegoś innego, już nie pamiętam do czego, podpitego kolesia lekarz zostawił w domu, ale na do widzenia delikwentowi przypomniało się jeszcze, że coś go boli w klatce piersiowej. Ekg lekarz kazał zrobić chyba tylko na pokaz, żeby mu udowodnić, że nic mu nie jest. Wyszła fala Pardee'go w V2-V5.

    Nie chcę stracić prawa wykonywania zawodu przez głupiego pecha. Dlatego będę marnotrawił dalej środki w systemie wyjeżdżając do wszystkiego. Nie dlatego, że tak jest lepiej dla pacjentów. Nawet kiedyś mogę zaszkodzić naprawdę choremu, bawiąc się z głupotami podczas gdy on będzie czekał. Usprawiedliwiam się myślą, że będzie to wina wzywającego do głupoty, nie moja. Ale i tak tęsknię do jasnych wytycznych - do czego należy wyjechać R, do czego W, a czego w ogóle. Wszyscy chyba byśmy skorzystali, gdyby ministerstwo zajęło się tym, zamiast np. odgórnym wyznaczaniem szpitali do likwidacji.
  • wisienka36 29.03.06, 07:35
    youngdoc napisał:

    Ale i tak tęsknię do jasnych
    > wytycznych - do czego należy wyjechać R, do czego W, a czego w ogóle.

    Takie wytyczne nic ci nie dadzą dopóki dla pacjenta katar to duszność a pijany
    śpiący człowiek to nieprzytomny.
  • mruwa9 29.03.06, 07:48
    wisienka36 napisała:

    > >
    > Takie wytyczne nic ci nie dadzą dopóki dla pacjenta katar to duszność a
    pijany
    > śpiący człowiek to nieprzytomny.

    Ale pijany spiacy czlowiek moze miec 3.98 promila i co zrobisz? Zabija sie taki
    na wlasne zyczenie, a leczy na koszt podatnika...
  • Gość: Halszka48 IP: *.toya.net.pl 29.03.06, 18:56
    Mili moi!
    Dorosły, a tymbardziej dziecko nie zna się na jednostkach chorobowych i nie wie
    czy dolegliwości mogą poczekać. Czasami lekarz też ma trudny wybór.
    Dobrze młody p. doktorze, iż w pana środowisku nie pracują tzw. wygi zawodowe.
    Oni posiadają prywatne kliniki, gabinety i odpowiednie jakże ważne miejsce w
    szeregu zawodowym, a o pracy w pogotowiu nie ma mowy. Tam pracują młodzi bądź
    starzy lekarze. Miło mi, że mówi Pan otwarcie o problemie, chociaż środowisko
    lekarskie "zjadłoby pana w całości". Uważam, że decyzja jest słuszna, chociaż
    wspominając wcześniej o moraliach nie powinnam jej tak do końca akceptować, ale
    zdecydowanie akceptuję. O siebie trzeba też się zatroszczyć.

    W każdej pracy są wzloty i upadki. Nie jest winien w waszej pracy pacjent i nie
    jasteś winien temu lekarz, nawet tak młody-z tak krótkim stażem. Moim zdaniem
    chore jest prawo. Przecież lekarz winien leczyć, a nie zajmować się finansami
    czy przepisami. Tym niech się zajmą urzędnicy: ekonomiści , prawnicy. To niech
    oni dokonują tego wyboru kto ma być w pierwszej,a kto w drugiej kolejności
    ratowany. Lekarz jest od ratowania, anie od kombinowania. Pacjent w mojej opinii
    powinien mieć konto na które wpłacane są skladki i on decyduje o swoim leczeniu
    i oczywiście płaci ze swojego konta. Wiele rożnych rozwiązań mi się nasuwa,
    ale nie piszę, bo to nie na temat.

    Jesteśmy wolni, a nie możemy w/g prawa decydować o początku czy końcu życia.
    Trzeba zacząć od uporządkowania przepisów.
    Skoro jesteśm

  • slav_ 29.03.06, 23:13
    >powinien mieć konto na które wpłacane są skladki i on decyduje o swoim leczeniu
    > i oczywiście płaci ze swojego konta.

    Ten pomysł wraca jak bumerang.
    KTO płaci za leczenie na które nie starcza pieniędzy "na koncie" ?
  • halszka48 30.03.06, 21:58
    A kto utrzymuje dzieci, gdy rodzice są bezrobotni? Kto płaci zanich świadczenia
    za mieszkanie? Kto płaci za staruszkę-z czego się ona utrzymuje mając 500 zł
    m-cznie? Pytań można stawiać wiele więcej. Ważne jest by dobrze na nie
    odpowiedzieć.
  • slav_ 30.03.06, 22:09
    Odpowiedz na moje (dobrze).
    To tylko JEDNO pytanie.
  • halszka48 31.03.06, 17:12
    Slaw.
    Proponuję utworzyć nowy wątek. Bo w tym poście nie znajdziesz dla siebie
    satysfakcjonującej odpowiedzi. Moja wypowiedź w TWOIM poście będzie jedną z
    wielu. Na Twoje pytanie nie można odpowiedzieć jednoznacznie tak lub nie.
  • slav_ 01.04.06, 02:15
    Nie otrzymam bo "konto zdrowotne" to bzdura.
    Leczenie się ze "zgromadzonych pieniedzy" jest nierealne. Koszty leczenia sa tak
    wysokie że realne (w miare powszechne - nie mowie o bogaczach) jest tylko
    lecznie w systemi ubezpieczeniowym. A ten system oznacza że nie płacisz "za
    leczenie" tylko za "potencjalną mozliwośc leczenia". A peniądze "przepadają" (a
    dokladniej leczeni sa za "twoje" pieniądze aktualnie chorzy). Tak jak autocasco
    - wypadku nie miałaś a składka "zniknęłą" i w nowym roku trzeba wplacic nową.
    Ale składka jest mniejsza niż cena samochodu - gdy rozbijesz swój dostaniesz
    więcej niz wpłaciłaś - z pieniędzy tych ktorzy wypadku nie mieli a skladke
    wpłacili.
    Nie ma darmowego lunchu.
  • halszka48 01.04.06, 19:12
    Tak, zgadzam się, ale.. W przypadku autocaso jesteś informowany: jaką składkę
    wpłaciłeś, czy zabrano coś z konta, jaki masz % zniżki za bezszkodową jazdę.
    W przypadku konta zdrowotnego, gdyby informowano, że z konta pobrano kwotę x zł
    na leczenie p.igreczyńskiej i przewidywalnie p.igreczyńska zwróci to na moje
    konto za5-6lat. Jeśli mnie będą potrzebne pieniądze to pożyczam. Myślę,że to
    1-pozwoliłoby na naturalną selekcję, korzystalibyśmy z tańszych i lepszych usług.
    2-zlikwidowanoby łapówkarstwo.
    3-placę w/g taryfy widocznej dla każdego pacjenta przed pójściem do lekarza czy
    innego "medyka". Dziś byłam na targach medycyny niekonwencjonalnej m. in. było
    ok. 6-8 stanowisk lekarzy propagujących medycynę wschodu. Wszyccy azjaci. Co
    zaoserwowałam, przed niektórymi stanowiskami były kolejki(ludzie w różnym
    wieku), a przed innymipustka. Chyba czymś ci ludzie musieli się kierować.
    Byćmoże są to szklane domy, ale gdyby chociaż trochę się poprawiło,to ja byłabym
    happy.
  • slav_ 01.04.06, 21:49
    >Tak, zgadzam się, ale.. W przypadku autocaso jesteś informowany: jaką składkę
    >wpłaciłeś
    Nie tyle "jestem informowany" ca wplacam więc wiem - ale co z tego ? W żaden
    sposób nie zarządzam tymi pieniedzmi.
    W przypadku nfz możesz taką informacje uzyskać tylko do czego Ci potrzebna ?

    >...zabrano coś z konta,

    tylko gdy Tobie wypłacają i zmaniejszaja kwote ubezpieczenia, żeby za duzo nie
    wyplacic Tobie, ale co jesli nie masz wypadku ? po roku i tak trzeba zaplacic
    nowa skladkę


    >W przypadku konta zdrowotnego, gdyby informowano, że z konta pobrano kwotę x zł
    >na leczenie p.igreczyńskiej i przewidywalnie p.igreczyńska zwróci to na moje
    >konto za5-6lat.

    A jesli nie zwroci bo znów zachoruje ? Albo umrze ?

    >Jeśli mnie będą potrzebne pieniądze to pożyczam.

    To rozumiem. Mam nadzieje że będą chętni do pożyczania.

    >Myślę,że to
    >1-pozwoliłoby na naturalną selekcję, korzystalibyśmy z tańszych i lepszych
    >usług.

    Tańsze usługi w medycynie raczej nie są lepsze - aby było taniej trzeba uzywac
    tanszych materialów, mniej skomplikowanych narzędzi, skromiej diagnozować i
    oszczędzać na personelu (czyli to co mamy) - chcesz żeby było taniej ? Już jest
    - razem z tym co Ci sie nie podoba.

    >2-zlikwidowanoby łapówkarstwo.

    Na razie nie widzę związku i mechznizmu "likwidującego lapówkarstwo".

    >3-placę w/g taryfy widocznej dla każdego pacjenta przed pójściem do lekarza czy
    >innego "medyka".

    Popieram.

    Oczywiście - przy zapłacie pezpośrednj nie będzie lapowek - o ile "cennik" nie
    będzie "wzięty z sufitu" i narzucony przez panstwo a regulowany wolnym rynkiem.
    Tylko że pozbawi to opieki medycznej spora grupę (biednych) ludzi - nalezy to
    uwzględnic i zaakceptować. I tych ktorym "wyczerpie sie konto" a nikt im nie
    pozuyczy pieniędzy (pozycza sie żeby uzyskac zwrot kapitału z zyskiem).
    "Konto" to bzdura. Skąd "konto" u bezrobotnego, niepracującej żony i czwórki
    dzieci gdy pracuje tylko ojciec, rolnika (łaci ale o wilel mniej) itp.
  • Gość: halszka48 IP: *.toya.net.pl 02.04.06, 18:52
    Szanuję, Twoje zdanie, ale z nim się nie zgadzam. Używasz argumentów, które
    przytoczyłam we wcześniejszych wypowiedziach. Dyskusję prowadzisz typu: pytanie
    - odpowiedź. wydaje mi się, że na forum tego nie rozstrzygniemy. Dziękuję.
  • mukowiscydoza 25.05.06, 21:58
    doskonale prawdziwe i doskonale smutne. na szczescie jest szansa wyjazdu stad i
    dokladnie z niej zamierzam skorzystac, bo nie wyobrazam sobie dorabiania sie
    tutaj 8-letniego golfa po 10 latach pracy oraz kawalerki po 15stu. zwlaszcza w
    obliczu tego, ze pracujac przez 3 miesiace w anglii jako smieciarz (doslownie)
    zarobilam tyle, ile moi znajomi lekarze w ciagu pol roku. z calym szacunkiem,
    ale za takie pieniadze niech sie cala roszczeniowo nastawiona klientela
    panstwowej opieki zdrowotnej pocaluje, a wraz z nia przeciwnicy zmiany systemu
    na prywatne ubezpieczenia zdrowotne.ciekawam, kto za parenascie lat bedzie ich
    leczyl? chyba emerytowani lekarze i nieudacznicy po studiach, ktorzy nie mieli
    wystarczajaco pelno w glowie, zeby rzucic to w cholere i uciekac.
    --
    "Nikt nie potrafi tak solidnie zakopać swoich błędów, jak lekarz"

    Agrypa
  • seniorita15 31.03.06, 15:17
    Jakby sie nie dalo zastrzyku to za pol godziny zadzwoniliby po nastepna
    karetke.A dyspozytorki mialy obowiazek wysylac karetke do wszystkiego.
  • seniorita15 31.03.06, 15:20
    To mial byc komentarz do postu wisienki ,prawie na poczatku watku,ale weszlo
    gdzie indziej.
  • reginnka 22.05.06, 14:42
    a mnie przypomina się taka noc kiedy lezałam z zapaleniem nerek w szpitalu będac
    w 7 m.ciąży i taka połozna -suka nie położna co ja piszę ,zrobiła mi zastrzyk z
    witaminy c bo po prostu płakałam pół nocy i wyłam z bólu a ona musiała wstać o 2
    w nocy i zrobić mi zastrzyk p/bólowy , jeszcze się rano pochwaliła swoim
    kolezankom jaka potrafi być wredna a ja idac korytarzem to usłyszałam ,
  • duszkan 26.03.06, 22:26
    Mnie już nic nie zadziwi od czasu wezwania do dziecka 1.5 rocznego które traci
    równowagę - po przyjeździe okazoło się ze mamusia wcisnęła dziecku obie nogi do
    jednej nogawki spodenek....
  • do.ki 26.03.06, 22:33
    Heh, dobre. :-)

    Moje dwa ulubione przypadki to:

    - mlody czlowiek, ktory 2 dni wczesniej dostal w bojce czyms twardym w glowe, a
    teraz w srodku nocy przyszedl na izbe zapytac, czy moze wziac prysznic.

    - inny mlody czlowiek, ktory przywiozl (tez w srodku nocy, a jakze) na izbe
    podpaske poplamiona moczem ze slowami "wy tu macie takie testy z moczu dla
    ciezarnych, sprawdzcie, czy to moje dziecko".
    --
    "The doctor is someone upon whom you place your hopes when sick - and your dogs
    when well!" Ambrose Bierce
  • youngdoc 26.03.06, 22:54
    Moja ulubiona opowieść jeszcze ze studiów:
    do ambulatorium chirurgicznego wchodzi pijaczek z raną ciętą głowy do szycia, trochę zakrwawiony. Chirurg przygląda się i coś mu w jego wyglądzie nie pasuje. W końcu olśnienie: mamy sierpień, a facet ma na szyi ciasno zawiązany szalik!
    - Panie, po co panu ten szalik?!
    Na co delikwent z dumą:
    - Koledzy opatrunek uciskowy założyli!
  • aelithe 31.03.06, 17:51
    trochę jak w dowcipie o chirurgu i nieboszczyku
  • Gość: lekarka IP: *.chello.pl 27.03.06, 11:21
    Po ponad 20 latach pracy w zasadzie nic mnie dziwić nie powinno. A jednak
    czasem oczy ze zdumienia przecieram.
    Pacjenci - Wasze składki to kropla w morzu potrzeb. Wiem, wiem, że to znaczna
    część dochodów, ale jedna poważniejsza operacja kardiochirurgiczna czy leczenie
    białaczki, albo przeszczep "zabiera " nie tylko Wasze 40 letnie składki, ale
    duuuuuuuuuuuuuuuuuuuużo więcej.
    Nie pamiętacie także, Drodzy Pacjenci, albo pamiętać nie chcecie, że gros
    pieniędzy idzie na refundację recept. Przekładając to na zrozumiały dla
    większości język - jest to po prostu dopłacanie do Waszych antybiotyków, leków
    stosowanych przy chorobie wrzodowej dwunastnicy i wielu, wielu innych
    schorzeniach.
    Traktowanie pogotowia ratunkowego czy szpitalnej izby przyjęć jako przedłużenie
    POZ jest nieporozumieniem.
    Są stany zagrożenia życia - i to potrafi rozróżnić nawet laik - kwalifikujące
    się do wezwania pogotowia. W pozostałych przypadkach POZ lub lecznie za
    pieniądze wyjęte z kieszeni.
    Gorączka - nawet oscylująca w granicach 38-39 stopni u kilkuletniego, dotąd
    zdrowego dziecka - w 90% jest po prostu wirusową infekcją. Czy dziecko zobaczy
    lekarz czy nie infekcja nie minie od ręki. Nie ma cudów.
    A oto typowe "obrazki" z pogotowia i izby przyjęć:
    - łzawią oczy ( po awanturze z mężem)
    - boli głowa ( okazuje się, że od tygodnia, RR 120/80)
    - dusi się ( po przyjeździe na miejsce jest to zwykły katar)
    - cały asortyment "bólów brzucha" - od przejedzenia - leczenie głodówką do
    bólów z powodu miesiączki ( nie po raz pierwszy w życiu).
    - sztywność karku ( sprawa poważna) - na miejscu okazuje się, że pacjent źle
    spał-

    - powód j.w- tyle, że poprzedniego dnia sporo ćwiczył na siłowni
    - nieprzytomny ( a więc stan zagrożenia życia), tyle, że w 99% "chorzy" są w
    stanie upojenia alkoholowego
    - "Bóle serca" ( 90% nerwica albo nerwoból międzyżebrowy- chorzy byli już
    diagnozowani)
    - "rozpadający się rak" - zlecieliśmy się wszyscy na Izbę, pacjent w stanie
    ogólnym bardzo dobrym tylko ma czyraka do nacięcia ( godz. 2 w nocy)
    Cdn.
  • seniorita15 31.03.06, 16:06
    Do lekarki:swietnie ujelas typowe wezwania.Dorzuce cos od siebie:
    -sinieje(godz 5 rano)-jedzie R-ka w skladzie 4-o osobowym -panienka rozespana
    lat 18 ma bole brzucha w trakcie miesiaczki nie pierwszy raz.Nie wziela nic
    przeciwbolowego.Po co.
    -nieprzytomna-R-ka jak wyzej-siedzi Pani na kanapie z zacisnietymi oczami po
    awanturze domowej.Na pytanie skierowane do "nieprzytomnej" rodzina napada-czy
    Pani nie widzi ,ze ona jest nieprzytomna.Wzmianka o karetce
    psychiatrycznej(ktorej nie ma )otwiera oczy i rozwiazuje jezyk tej Pani.
    -lezy czlowiek(na ulicy)-pijany w trzy dupy,ale nikt sie nie zblizy,zeby sprawdzic.
    -drgawki , wyjazdy ktore dosc czesto sa uzasadnione ,ale u niektorych
    udawane-histeria lub w celu zdobycia kwitow na komisje inwalidzka lub wojskowa.
    i.t.d,i.t.d.
  • nico72 23.05.06, 00:05
    Albo ból za mostkiem. Jedzie zespół "R" a po przyjeździe widzi mężczyznę, który
    otwierając usta pokazuje bolące miejsce za protezą - "mostkiem" właśnie. Czy to
    jest dla pogotowia??? Ludzie nie zdają sobie sprawy że wzywając do
    nieuzasadnionych przypadków, często oszukując (autentyczne: sąsiadka mi
    powiedziała że jak powiem że się duszę to szybciej przyjedziecie) zabierają
    szansę na życie naprawde potrzebującym. To do przemyślenia...
  • wisienka36 22.05.06, 09:09
    Ok. pólnocy przyjechali rodzice z chłopcem 7-letnim. Tata spokojnie został na
    poczekalni, a mama wniosła dziecko na rękach. Dziecko, które się dusiło. Miało
    silną duszność krtaniową, było szaro-sine, było mu wszystko obojętne, a
    duszność była taka, że było o krok od intubacji. Przywieźli je własnym
    samochodem ze wsi oddalonej o ok. 20 min. drogi. Ich świadomość była zerowa.
    Nie zdawali sobie sprawy, że mieli szczęście, że dowieźli dziecko żywe. Na moje
    pytanie dlaczego tak długo czekali, że dziecko dusiło się na ich oczach długo,
    to nie była nagła duszność, matka odpowiedziała, że chłopiec przecież nie
    kaszlał. Ojciec nawet słysząc, że zwoływany jest zespół "R" do przewiezienia
    dziecka do szpitala nie wszedł zapytać o co chodzi. Ja znów czegoś nie rozumiem.
  • maga_luisa 22.05.06, 11:31
    Zero świadomości, wiedzy, nawet intuicji. Przerażające.
  • wartkoczyk1 22.05.06, 15:41
    >>Ja znów czegoś nie rozumiem<<
    na wsi nikt nie leci do ośrodka z byle katarem czy kaszlem u dziecka -aby
    pójśc do lekarza trzeba :
    umyć dziecko -nie zawsze w ciągu dnia mają czas
    mieć coś czystego do ubrania a pranie najczęsciej robi się raz w tygodniu ,
    w wiejskich domach jest dużo dzieci i nie zawsze rodzice na czas wyłapią ze
    któreś jest chore
    a pisze to nie na podstawie obserwacji wsi gdzieś "głeboko" w kraju a widząc jak
    dzieci mają się w wsi oddalonej od miasta wojewódzkiego 20 km.
    oczywiscie nie dotyczy to wszystkich domów a raczej już co poniektórych ,
    rejon pr który obsługujemy liczy ponad kilkadziesiąt wsi i są takie którym
    wiedzie sie dobrze mają duzo nowych domów i pr rzadko gosci a niektóre kiedy
    podjechać wieczorem pod sklep widać jak wyglada zycie mieszkańców -część pod
    sklepem pije ,część leży na poboczach a obok nich ich rowery, reszta pijanego
    towarzystwa włóczy się niewiadomo dokąd i oczywiście bójki włącznie z biciem
    dzieci zwasnionych stron -naprawdę żałosny widok .
  • mortishia_adams 24.05.06, 22:37
    A co szanowni lekarze powiedzą na coś takiego: wstrząs anafilaktyczny po
    użądleniu przez osę, zaczynają się duszności, ponieważ wiem, że samo nie
    przejdzie - jestem silnie uczulona - jadę na pogotowie, a w zasadzie brat mnie
    odwozi, bo sama mam już problem. A na miejscu lekarz stwierdza " Niech sobie
    pani wapno wypije i lód przyłoży, ja tu nic na osy nie mam, do widzenia".
    Stwierdził, że mu głowę zawracam?? To w jakim stanie powinnam przyjechać? Jako
    siniejące zwłoki?
  • maga_luisa 24.05.06, 22:41
    Na to szanowni lekarze powiedzą, że to nie do przyjęcia arogancja i
    zaniedbanie. Aczkolwiek wstrząsu raczej nie miałaś ;)
  • mortishia_adams 24.05.06, 23:17
    Ok, narastające duszności, opuchlizna na pół nogi, spadek ciśnienia i utrata
    przytomności to nie objawy wstrząsu, niech tak będzie. Jak dotąd na szczęście
    udało mi się przeżyć parę takich nie-wstrząsów, ale kiedyś mogę nie znaleźć na
    czas odpowiedniej przychodni, a pan dr z pogotowia spuści mnie na drzewo.
    Niespecjalnie optymistyczne.
  • maga_luisa 24.05.06, 23:29
    Zaraz zaraz, o utracie przytomności i spadku ciśnienia nie pisałaś wcześniej.
    Zgadzam się, to są objawy wstrząsu. Tak czy inaczej, pisałam wyżej że lekarz
    zachował się karygodnie. I jest mi przykro, że takie sytuacje się zdarzają i
    wpływają na postrzeganie środowiska.
  • felinecaline 25.05.06, 21:07
    A nie probowalas nigdy kuracji "anty"? Bo rzeczywiscie, kazdy sezon os to taka
    troche rosyjska ruletka" dla Ciebie? Moze wiec warto byloby?

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka