Dodaj do ulubionych

" Być zwykłym pacjentem "

19.03.07, 07:26
Długi tekst ale trochę mnie zdziwił. Kurcze "zwyczajny" pacjent byłby w
takiej sytuacji bez większych szans na wyjście cało z takiej opresji....

"Być zwykłym pacjentem

Maciej Skrzypczak ("Gazeta Lekarska" nr 2/2007)
Słowa kluczowe : pogotowie - pacjent

My, lekarze

Moja Corolla spotkała się z TIR-em. To, co nastąpiło potem - dwie operacje i
pobyt na kilku oddziałach - nasunęło mi pytania, na które może powinniśmy my,
lekarze, poznać odpowiedź.

Czy człowiek po poważnym urazie ma szansę wyzdrowieć w naszych szpitalach tak
szybko jak powinien ze względu na naturalny przebieg gojenia i procesów
naprawczych, tak szybko jak przebiega proces gojenia po zabiegach
operacyjnych? Na ile proces leczenia i rekonwalescencji przedłużają
lekceważenie zasad, błędy, ignorancja, niechlujstwo i bezwładność naszej
służby zdrowia? I kolejne pytanie: o ile mniejsze szanse na wyzdrowienie po
urazie ma "zwykły człowiek", bez kolegów, znajomych, którzy pomogą - nie w
załatwieniu skomplikowanych procedur, ale w zwykłym przetrwaniu.

Złota godzina

Odliczanie złotej godziny rozpoczyna się w momencie zaistnienia urazu. Trwa
ona, jak każda godzina, 60 minut, a to, co uda się w niej zmieścić ma istotne
znaczenie dla późniejszego rokowania. Ile udało się zmieścić w mojej - nie
wiem.

Nie pamiętam nic z okresu okołowypadkowego. Myślę, że ze względu na remonty
dróg czas dojazdu karetki mógł wynosić do 30 minut i był niezależny od dobrej
woli Pogotowia; podróż do szpitala też chyba nie była łatwa; i może to
właśnie na tych podróżach minęła moja złota godzina?

Po przywiezieniu do szpitala zaczęła się dalsza część leczenia i diagnostyki.
Po około czterech godzinach od wypadku nadal trwały moje wycieczki pomiędzy
poszczególnymi pracowniami diagnostycznymi - zaczynały się dreszcze, ból,
pojawił się strach o to, co będzie dalej i o to, czy w danej poczekalni
(gabinecie?) ktoś przy mnie czuwa. Pamiętam radość, kiedy udało mi się
przekonać dyżurnego chirurga z IP do samodzielnego zeszycia powieki, bez
odsyłania mnie do okulisty (zrobił to naprawdę świetnie, po zdjęciu szwów nie
ma śladu po ranie!). Zaoszczędziłem co najmniej godzinę. Ale w tym samym
czasie zaoszczędzono na mnie bandaż elastyczny i może chustę trójkątną - mimo
ewidentnych objawów złamania kości ramiennej, przez cały czas aż do zabiegu
operacyjnego nie dorobiłem się żadnej stabilizacji ramienia. O rękę musiałem
dbać sam. Na szczęście byłem już w miarę przytomny i świadomy sytuacji.

Diagnostyka

W ramach wstępnej diagnostyki zaliczyłem CT głowy, klasyczną radiologię,
badanie ultrasonograficzne jamy brzusznej. Dzięki działaniu leków
przeciwbólowych z karetki (i chyba endorfinom) podczas próby wykonania
zdjęcia bocznego kręgosłupa pięknie współpracowałem - co prawda nie dałem
rady zgodnie z sugestią technika radiologii położyć złamanej ręki nad głową,
ale wziąłem ją w drugą - tę zdrową - i uniosłem do pionu (wykonalne dzięki
brakowi unieruchomienia), uwidoczniając odcinek Th-L kręgosłupa. Następnie
była kolejna podróż na Izbę Przyjęć, i znowu wycieczka do Pracowni CT (tym
razem kręgosłup i staw barkowy). Potem znowu izba przyjęć, celem umycia i
zeszycia.

Do wdrożenia drugiego etapu diagnostyki musiały minąć dwie doby. Zespolenie
śrubą złamanej kości ramiennej utrudniło podjęcie decyzji o wykonaniu MRI
złamanego kręgosłupa. I w tym momencie okazało się o ile większe szanse na
wyzdrowienie ma lekarz. Pracownia rezonansu magnetycznego mieszcząca się w
tym szpitalu jest zakładem prywatnym, dzierżawiącym tylko pomieszczenie,
szpital wykonuje badania rezonansu wożąc pacjentów do zakładu w innym
szpitalu, chociaż trudno to pojąć. Kolejna podróż karetką ze złamanym
kręgosłupem może się skończyć, i mogła się dla mnie skończyć, trwałym
kalectwem. Dzięki koledze - szefowi pracowni MRI - miałem to badanie wykonane
od ręki i na miejscu. Pozostał jeden szkopuł - dyrektor szpitala wystosował
pismo, że nie zapłaci za to badanie i jego kosztami należy obciążyć lekarza
kierującego (cena badania w tej pracowni jest niższa niż w miejscu, gdzie
pacjenci wożeni są normalnie).

Zespolenie złamania

Szpitalny wózek, łóżko, sala chorych, oczekiwanie na zabieg i wątpliwości,
czy jeszcze "coś nie wyskoczy". A jeśli jest się lekarzem, to wie się, czego
można się spodziewać... Boli nadbrzusze i boli "gdzieś z tyłu", więc pojawia
się skądinąd uzasadnione pytanie, czy nie doszło do uszkodzenia trzustki.
Pomysł i "własną inicjatywę diagnostyczną" zweryfikuje czas - koledzy
ortopedzi nie badają brzucha ani nie oznaczają diastaz - dowiaduję się, że
aby je zlecić, potrzeba konsultacji chirurgicznej - może im nie wolno, może
ordynator nie pozwala - całkiem możliwe. Może dlatego, że w zasadzie wszystko
mnie boli, a może dlatego, że akurat otrzymałem coś przeciwbólowego - robi mi
się wszystko jedno. Ale gdzieś w podświadomości lęk zostaje - widziałem już
kilka pourazowych zapaleń trzustki i wolałbym, aby ewentualne rozpoznanie
było postawione wcześniej niż później.

Wreszcie zabieg operacyjny - zespolenie kości ramiennej i powrót na salę. Tu
zaczyna się okres pełniejszej świadomości, pełnego odczuwania bólu. A boleć
musi i tyle. Jak powszechnie wiadomo ból wynika z nadmiernego litowania się
nad sobą i generalnie jest nieszkodliwy, nie generuje powikłań i
niekorzystnych konsekwencji, w przeciwieństwie do silnych leków z grupy
opioidów, które:

mogą spowodować depresję ośrodka oddechowego, a więc śmierć,
nawet w pojedynczej dawce mogą uzależnić i spowodować w efekcie śmierć na
samym dnie społeczeństwa,
petydyna (dolargan) w dawce 100 mg iv. działa dokładnie przez sześć godzin i
ani chwili krócej,
są złe, prawdopodobnie są gdzieś daleko w kasetce i trzeba po nie iść, pewnie
daleko,
a morfina prawdopodobnie jest jeszcze bardziej szkodliwa.
Natomiast metamizol (pyralgina) jest:

bezpieczna w każdej dawce ( 4 x 2,5g iv.),
ma działanie wprost proporcjonalne do dawki - dlatego właśnie podaje się 4 x
2,5g,
ale 4 x 2,5g = 10 g, a maksymalna dawka dobowa dla metamizolu w Polsce wg
danych z rejestracji wynosi 5 gramów! Odwaga? Brawura wynikająca z niewiedzy
i postępowania rutynowego? Chęć pomocy za wszelką cenę? Na szczęście moja
wątroba i szpik tę pomoc wytrzymały.
Leżąc w łóżku człowiek traci poczucie co faktycznie jest bólem. Według
definicji "Ból jest to nieprzyjemne doznanie zmysłowe i emocjonalne związane
z aktualnie występującym lub potencjalnym uszkodzeniem tkanek, albo opisywane
w kategoriach takiego uszkodzenia". A ból bywa bezwzględny i obiektywny
szczególnie, gdy jest źle leczony. Odwiedzająca mnie żona zauważała, że po
podaniu dolarganu (niestety w bolusach co 6 godzin - a podręcznikowy czas
działania wynosi 2-4 godziny, w rzeczywistości bliżej 2-3 godzin) robiłem się
spokojniejszy, odzyskiwałem kolory i zaczynałem lepiej oddychać. A więc
podróżowałem w klasyczny sposób pomiędzy bólem, który oceniłbym w skali VAS
na 8-9, a sedacją i snem. O PCA lub innej bardziej skutecznej formie podaży
mogłem sobie pomarzyć. Tak na marginesie, nie monitorowano u mnie równowagi
kwasowo zasadowej ani prostej saturacji. Wracając do kwestii analgezji - nie
pomagały dzwonki co 5 minut, nie dało się doprosić konsultacji
anestezjologicznej (w końcu kiedyś przyszedł anestezjolog, ale w skuteczności
leczenia nic to nie zmieniło), wreszcie drugiego wieczoru podłączono mi
butelkę z placebo - z wielkim napisem MORFINA. A może była tam morfina, tyle
że w dawkach homeopatycznych? W tym momencie zaznaczyła się korzyść bycia
lekarzem i bycia anestezjologiem. Wiedząc, że trzeba się ruszać, że trzeba
oddychać, że ból niesie szereg niekorzystnych reakcji patofizjologicznych -
mogłem o siebie zadbać: o przyrząd do rehabilitacji oddechowej typu balonik
na sondzie grzecznie poprosiłem, do pewnej aktywności starałem się jakoś
zmotywować, a leki przeciwbólowe w ko
Edytor zaawansowany
  • swan_ganz 19.03.07, 07:30
    Wiedząc, że trzeba się ruszać, że trzeba oddychać, że ból niesie szereg
    niekorzystnych reakcji patofizjologicznych - mogłem o siebie zadbać: o przyrząd
    do rehabilitacji oddechowej typu balonik na sondzie grzecznie poprosiłem, do
    pewnej aktywności starałem się jakoś zmotywować, a leki przeciwbólowe w końcu,
    po wezwaniu pomocy, po prostu miałem (istnieje na szczęście coś takiego jak
    apteki otwarte i recepty)... Wreszcie miałem poczucie bezpieczeństwa i choć
    jedną w miarę przespaną noc. Szczególnie fajne jest we wspomnieniach nabieranie
    morfiny do strzykawki o trzeciej w nocy przy pomocy 1,25 ręki i przy świetle
    ekranika telefonu komórkowego. Ale jaka ulga, gdy wreszcie można swobodnie
    wciągnąć powietrze do płuc! I jaka satysfakcja, że jest się niezależnym!

    W sumie jestem mięczakiem - kolega ortopeda po poważnym zabiegu artroskopowym
    powiedział "już tydzień nie śpię - kolano boli, najgorsze są noce". A młody
    kolega anestezjolog (tuż po specjalizacji) stwierdził, że też nie dałby więcej
    opioidów (tj. 100 mg dolarganu iv. co 6 godzin dla faceta 85 kg) z obawy przed
    depresją ośrodka oddechowego.

    Tak więc, dysponując prywatną apteczką, doświadczeniem i minimalną niezbędną
    sprawnością manualną, mogłem sam sobie kontrolować analgezję bez narażania
    szpiku na kolejne dawki pyralginy, którą, jak już wspomniałem, "można dawać bez
    ograniczeń". Wiązało się to może z jakimś ryzykiem, ale korzyści były od niego
    większe.

    Potem była kolejna podróż - profesjonalna, na twardych noszach, ale z dobrym
    zabezpieczeniem analgetycznym i kolejny oddział, tym razem tylko na kilka
    godzin, w oczekiwaniu na stabilizację kręgosłupa.

    Adekwatnego leczenia bólu bez własnego udziału doczekałem się dopiero dwa dni
    później na Oddziale Intensywnej Terapii, gdzie trafiłem po drugim zabiegu z
    niewydolnością oddechową (stłuczenie płuca, ARDS, wysięk w opłucnej), która
    cicho i niespostrzeżenie (dzięki brakowi monitorowania) rozwijała się na
    oddziale ortopedii. I wtedy, przy prawidłowej podaży mieszanki NLPZ z tramalem,
    szybko udało się odstawić opioidy.

    Koreczki i spirytus

    Czy pobyt na OIOM-ie można witać z ulgą? Można! Wiadomo, że tam pacjent
    traktowany jest całościowo, a nie jako ręka do naprawienia, kręgosłup do
    naprawienia, płuco do naprawienia. Nie wszystko jednak nawet tam wygląda tak
    różowo.

    Na OIOM-ie żyją całe szczepy doskonale szkolonych bakterii szpitalnych, a
    nawyki aseptyczne personelu pozostawiają wiele do życzenia. Mimo znanego faktu,
    że żadnych koreczków do kaniuli nie wolno po odkręceniu używać ponownie,
    wielokrotnie doświadczałem tego procederu na samym sobie.

    Korek położony gdziekolwiek wędrował ponownie na wkłucie. Pół biedy, jeśli
    podczas wlewu był nakręcony na boczne wejście wkłucia - wtedy jako osoba
    świadoma zagrożenia mogłem go odkręcić, po czym odrzucić daleko, daleko. I tu
    znowu wychodziła moja przewaga nad "zwykłym nicniewiedzącym chorym".

    A gdybym zwrócił uwagę? Trochę strach - jako osoba wtrącająca się mogę być
    narażony na szykany, a czy warto? Raz jeden usłyszałem, że mam up... charakter,
    i starczy. A może po prostu brak asertywności, nie starczyło odwagi? W końcu
    chodziło o moje własne życie. Doświadczenie podpowiada, że czasem na posocznicę
    można umrzeć.

    Czemu do rozważań wlepiłem umowny spirytus? Ano dlatego, że skóra przed
    wkłuciem dezynfekowana jest zawsze, tzw. linia żylna sporadycznie, najczęściej
    jak ktoś patrzy na ręce, a kaniula w żyle obwodowej przed podaniem leku nigdy!
    Czyżby bakterie na niej nie rosły? Nie mogły dostać się do niej z owego
    położonego byle gdzie koreczka? Komu brak tu wyobraźni - czy tylko
    pielęgniarkom, czy także lekarzom? A może brak podstawowej wiedzy? Może lubimy
    niechlujstwo i powikłania?

    Wiemy, że kilkadziesiąt procent powikłań septycznych leczenia szpitalnego to
    posocznice odcewnikowe, mniej ludzi wie, że kaniula obwodowa ma też kontakt z
    krwią, że stanowi drogę zakażenia, chyba prawie nikt nie wie, że wszelkie
    połączenia linii żylnych przed manipulacjami stają się jałowe dopiero po
    odkażeniu. Na marginesie: koszt leczenia posocznicy odcewnikowej w USA to ok.
    25 tys. USD. Czy u nas to dużo mniej? Czy stać nas na to w imię pielęgnowania
    niechlujstwa?

    Żywienie, jedzenie i inne przygody po przeniesieniu z OIT

    Opuszczenie OIOM-u wiązało się z przejściem do świata samodzielności.
    Wylądowałem na normalnej sali i cierpliwie czekałem na lekarza. Nie doczekałem
    się. Jedyna osoba z personelu, która się pojawiła, podsunęła do podpisania
    niewypełnioną ankietę z wywiadem epidemiologicznym.

    Na pewno sama wiedziała, czy w ostatnim pół roku miałem rwane zęby, robione
    zastrzyki etc. Podpisałem in blanco bez skrupułów, w tym wypadku chodziło
    przecież o zabezpieczenie szpitala przed ewentualnym odszkodowaniem z tytułu
    WZW, a więc to nie mój interes czy podchodzą do zabezpieczenia samego siebie
    poważnie, zawsze można wytknąć fałszowanie dokumentacji - tej pani naprawdę nic
    nie interesowało.

    Po 6 godzinach od ostatniej dawki ketonalu czy tramalu zadzwoniłem do kolegi na
    mój macierzysty oddział z prośbą o leki w tabletkach; była to słuszna decyzja -
    tego dnia zapomniano o mnie, może to normalna procedura dla pacjentów
    przekazywanych z OIOM-u, a może tak postąpiono, bo jestem lekarzem? Dziś
    przeczytałem wypis, który z Oddziału Intensywnej Terapii został wydany przy
    moim przekazaniu: "kontynuacja antybiotykoterapii: taclar, tazocin", włączony
    trzy doby wcześniej z powodu narastania wykładników zapalenia. Jego odstawienie
    polegało na tym, że po prostu nikt nie zauważył, że jakiś antybiotyk był
    używany. Wypis z poprzedniego oddziału nie interesował nikogo - przedłużenie
    profilaktyki przeciwzakrzepowej załatwiłem przez konsultanta
    rehabilitacji: "nie uważa pani doktor, że warto by jeszcze pociągnąć tę Fraxi? -
    No, to niech pani wpisze to w swojej konsultacji, ja nie chcę się wtrącać." I
    mniej więcej w taki sposób ustawiłem leczenie. Leczenie bólu regulowałem sam
    (dowiedziałem się, że tramal szybko uzależnia, musiałem go kupić i trzymać w
    stoliczku, żeby nie stresować lekarza prowadzącego).

    Truizmem jest mówienie, że osoby niesprawne, niedołężne, unieruchomione w łóżku
    nie mają szans na odpowiednie odżywianie w szpitalu. Często nienaruszone
    posiłki wracają prosto ze stolika do wiadra na odpadki.

    Kolacja pierwszego dnia po powrocie z OIOM-u, kiedy moja sprawność dorównywała
    sprawności żółwia przewróconego na plecy, wylądowała na stoliku daleko poza
    zasięgiem rąk. Kiedy po jakimś czasie pielęgniarz, sanitariusz albo może ktoś
    przebrany za sanitariusza spytał, czy nie będę jadł kolacji, nie było mnie stać
    na nic innego niż niezbyt uprzejme poinformowanie go, że brak mu wyobraźni (no
    cóż, eufemizm - było tak: "a jak to sobie k... pan wyobrażasz, jak mam sięgnąć
    po cokolwiek?"). Kolacja za karę wylądowała w odpadkach, pan sanitariusz,
    pielęgniarz (albo ktoś przebrany) na korytarzu usiłował dowiedzieć się "co to
    za frajer tam leży", wieczorna sielanka mogła trwać dalej.

    O kolację poprosiłem telefonicznie pielęgniarki z mojego oddziału. Przyniosły
    cały talerz pyszności i pomogły się umyć. Ja na drugi dzień miałem "wewnętrzną
    wymówkę" przeciw mierzeniu temperatury o 6 rano - może bym i nie protestował,
    ale używany był dla wszystkich ten sam elektroniczny termometr do pomiaru w
    przewodzie słuchowym i jakoś nie przemawiało do mnie symboliczne przetarcie go
    chyba suchym gazikiem między kolejnymi chorymi.

    Wracając do tematu żywienia: czy ktoś potrafi wyjaśnić, dlaczego wszystkie zupy
    są szare? Dlaczego śniadanie podawane jest o 9.00, obiad o 12.30, a kolacja o
    17.00? Jakie jest znaczenie terapeutyczne tak uzyskanej "przerwy
    metabolicznej" - 16 godzin bez posiłku! A może inaczej: jak sobie z tym radzić?
    Ja jadłem rano po obowiązkowej pobudce koło szóstej owoce, w południe czasem
    (raczej często) dojadałem Nutridrinkami, a wieczorem
  • swan_ganz 19.03.07, 07:31
    Ja jadłem rano po obowiązkowej pobudce koło szóstej owoce, w południe czasem
    (raczej często) dojadałem Nutridrinkami, a wieczorem spożywałem co wpadło w
    rękę. I czy tak naprawdę z ręką na sercu ktokolwiek jest w stanie powiedzieć,
    jaki jest skład i jakie ma znaczenie terapeutyczne kuchenna "dieta lekkostrawna
    wysokobiałkowa". Czy chodzi tu tylko o elegancki wpis w kartę zleceń, który
    można wykonać bez zaglądania do książek i wysilania szarych komórek?

    Na zakończenie jeszcze anegdotka: wjeżdża na moją salę pacjent bezpośrednio po
    zabiegu operacyjnym ze strasznymi odruchami wymiotnymi. "Co ty wyprawiasz,
    zaraz spadniesz z wózka" mówi z wyrzutem pielęgniarka do wymiotującego chłopaka

    Koledzy lekarze, pomyślcie o tym, że kiedy któryś z Was lub ktoś z Waszych
    bliskich znajdzie się na moim miejscu. Może nie będzie miał tyle szczęścia co
    ja, i po cichu wykrwawi się na Izbie Przyjęć w trakcie wstępnej diagnostyki,
    może zejdzie z tego świata z powodu zakażenia szpitalnego wynikającego z
    niechlujstwa? Może zostanie kaleką, bo pojedzie za późno trzęsącą się karetką
    do innego szpitala na badanie MRI, choć pracownia będzie na miejscu, może z
    powodu bólu będzie miał niedodmę, zapalenie płuc, zostanie zaintubowany, będzie
    wentylowany można by dalej dywagować. Czytam teraz książkę innego lekarza,
    który znalazł się w podobnej sytuacji w latach sześćdziesiątych i konstatuję,
    że w rytuałach szpitalnych niewiele się zmieniło. Życzę samych sukcesów i dużo
    wyobraźni na przyszłość.

    Na końcu chciałem podziękować:

    Ludziom, którzy wydobyli mnie z samochodu zanim ten doszczętnie spłonął.
    Ekipie karetki "R", która w całości dowiozła mnie do szpitala.
    Ordynatorowi oddziału ortopedii, gdzie trafiłem w pierwszej kolejności, za
    cenną i niezwykle inteligentną uwagę na dzień dobry, że "trzeba było kupić
    Hondę Accord, to by się pan tak nie połamał" (takim autem jeździ rzeczony).
    Cenna uwaga, może kiedyś się dostosuję
    Anestezjologom za znieczulenia, z których budziłem się w dobrej formie.
    Neurochirurgom za operację kręgosłupa.
    Ortopedom za wkręcenie pierwszego dnia śruby w złamaną kość ramienną i podjęcie
    ryzyka skierowania mnie na badanie do najbliżej pracowni MRI.
    Moim szefom, koleżankom i kolegom z OIOM-u za całokształt działań, za to, że
    mogłem czuć się tam względnie bezpiecznie.
    Wszystkim, którzy mnie odwiedzali, których obecność dodawała sił i była po
    prostu miła.
    Wszystkim pozbawionym wiedzy i wyobraźni dziękuję za dostarczenie materiału do
    rozważań nad kierunkami kształcenia lekarzy i do tego felietoniku.
    Źle nikomu nie życzę, ale jednak każdy lekarz powinien co jakiś czas być
    zwykłym pacjentem.

    Maciej Skrzypczak, e-mail: maciejskrzypczak@o2.pl
    ("Gazeta Lekarska" - pismo izb lekarskich, nr 2/2007)


    --------------------------------------------------------------------------------
    Autor: Maciej Skrzypczak ("Gazeta Lekarska" nr 2/2007)
    Data: 2007-02-20
    Źródło: "GAZETA LEKARSKA" - Pismo Izb Lekarskich
    --
    Swan
    ** Śpiszemy się kochać PIS ...... **
    ********************************
  • gamdan 19.03.07, 09:55
    Panie doktorze Skrzypczak
    Dlaczego dopiero teraz?
    Jak mniemam jest pan doświadczonym lekarzem czyli co najmniej kilka lat pracuje
    pan w polskiej sł. zdrowia. I dotychczas nie widział pan tych nieprawidłowości,
    bzdur, niekonsekwencji, obskurantyzmu, patologii, olewactwa, bezmyślności czy
    zwykłej ludzkiej głupoty?
    Czyżby dotychczas uważał pan, że polska sł. zdrowia jest OK?
    A może widział pan? Jeśli tak, to co pan zrobił, aby tak nie było?
    Jeden list niczego nie zmieni.
  • lealuc 19.03.07, 17:58
    Ad gamdan
    Proszę uwierzyć na słowo, że inaczej widzi się szpital przez pryzmat własnych
    doświadczeń jako pacjenta.
    Lekarz pracujęcy na oddziale na wiele spraw nie zwraca uwagi, wiele kwestii nie
    należy do jego kompetencji, tylko pielęgniarek, salowych. Bycie pacjentem nawet
    na zaprzyjaźnionym oddziale jest pouczające dla lekarza.
  • alergenzb 19.03.07, 09:47
    Nic nowego nie opisał, tylko zwykłą codzienność w polskich szpitalach,
    poza sektorem prywatnym, ponieważ tam jest, tak, jak powinno być.
    Dlatego osobiście unikam jak ognia !!!leczenia szpitalnego w państwowym
    sektorze w Polsce. chyba, że zawiozą mnie nie przytomną, gdzie nie mam na to
    wpływu.


  • swan_ganz 19.03.07, 09:55
    > Nic nowego nie opisał, tylko zwykłą codzienność w polskich szpitalach,

    Jak dla mnie to jednak powiedział coś nowego.... Zwłaszcza, że rzecz dotyczy
    prawdopodobnie jednego z większych poznańskich szpitali a nie
    jakiegoś "pipidówka".
    Jestem codziennie w szpitalach ale raczej nie zwracałem uwagi na takie
    drobiazgi jak opisane wyżej. Ale to się teraz zmieni - właśnie wybieram się do
    jednego z OIOM-ów i zobaczę jak to z tymi "koreczkami", czy walką z bólem
    jest....

    --
    Swan
    ** Śpiszemy się kochać PIS ...... **
    ********************************
  • maga_luisa 19.03.07, 10:10
    Niestety nie jest to nic nowego.
    Wystarczy przez moment zostać pacjentem i ta nowa perspektywa uczy zupełnie
    innego spojrzenia na relację pacjent-system.
    Pisałam o tym wiele razy, kiedyś cytowałam na SZ fragmnent "Gry w klasy", który
    mówi o oddzieleniu świata chorego i zdrowych.
    I nawet myślę, że tylko w jakichś 40% jest to "wina" kulejącego systemu. Cała
    reszta wynika po prostu ze stanu bezradności i lęku, w którym w związku z
    chorobą znalazł się chory.
    --
    Tylko w milczeniu słowo
  • maga_luisa 19.03.07, 12:37
    Z całym szacunkiem, 1951b, "Fakt" nie jest dla mnie żadnym godnym uwagi źródłem
    informacji, a powikłania po zabiegach i leczeniu niestety po prostu się
    zdarzają, i na tysiące udanych appendektomii trafi się taka, po której w wyniku
    powikłań chory umrze.
    Nie ma innej możliwości.
    --
    Tylko w milczeniu słowo
  • zielona.gumka 19.03.07, 22:31
    Niestety, nie pamiętam tytułu, ale jakies pól roku temu leciał w tv naprawdę
    niezły film o lekarzu, który sam trafił na oddział. Nie był to film polski, co
    prawda, niebyło tam może niechlujstwa w szpitalu, ale była była na pewno
    bezdusznośc i brak szacunku dla ludzi. Na koniec lekarz wychodzi z choroby, a
    jego uczniowie-lekarze pierwsze dni w szpitalu spędzają jako pacjenci. Od razu
    zmieniają im się miny, kiedy czekają w jakichs szpitalnych piżamkach na badanie.
  • swan_ganz 19.03.07, 22:45
    > Na koniec lekarz wychodzi z choroby, a
    > jego uczniowie-lekarze pierwsze dni w szpitalu spędzają jako pacjenci.

    to powinien być standard w nauczaniu zawodu; np; tydzień w gipsie albo ciężkie
    zatrucie pokarmowe lub odtrucie po próbie samobójczej podjętej alkoholem
    otrzymanym od wdzięcznych pacjentów. Ta ostatnia propozycja warta jest
    szczególnego potraktowania bo niejako przy okazji impregnowałaby personel
    medyczny od przyjmowania wyrazów wdzięczności. Przynajmniej tych w kiepskim
    gatunku :-)
    Studenci do wyrek! Zobaczymy jakie będziecie mieli miny jak będziecie czekać na
    bloku na własną operację :-)
    --
    Swan
    ** Śpiszemy się kochać PIS ...... **
    ********************************
  • franc_tireur 19.03.07, 23:04
    Najlepiej jakby każdy poleżał w prosektorium z tydzień i formaliną sobie poziom
    moralny popodnosił.
  • swan_ganz 19.03.07, 23:14
    > Najlepiej jakby każdy poleżał w prosektorium z tydzień
    Nie sądzę by to był dobry pomysł. Bałbym się, że po takich zajęciach raczej
    usztywnią swój stosunek do pacjentów. A tu przecież chodzi o uzyskanie
    odwrotnego efektu..
    Będę się upierał, że nie ma to jak dobra lewatywa....
    --
    Swan
    ** Śpiszemy się kochać PIS ...... **
    ********************************
  • franc_tireur 19.03.07, 23:16
    I od razu byśmy mieli z głowy problem przyrostu naturalnego.
    No czy ja się nie nadaję na ministra zdrowia?
  • swan_ganz 19.03.07, 23:20
    > No czy ja się nie nadaję na ministra zdrowia?
    Wykapany religa... :-)

    --
    Swan
    ** Śpiszemy się kochać PIS ...... **
    ********************************
  • franc_tireur 19.03.07, 23:25
    Ja mam ambicję bycia epigonem ministra Piechy. To jest prawdziwy konstruktor
    całego geniuszu resortu.
  • swan_ganz 19.03.07, 23:37
    > Ja mam ambicję bycia epigonem ministra Piechy. To jest prawdziwy konstruktor
    > całego geniuszu resortu.

    i nie ujmuj zasług zasłużonym działaczom..
    No bo kto wymyślił prawdę o przygodach w szpitalu? Albo kto przez półtora roku
    harował ciężko nad koszykiem świadczeń aż do czasu gdy okazał się pusty?
    A kto kibicował działaniom CBA wobec "tego co już nie będzie więcej zabijał"?
    No kto to wszystko zrobił, no kto?
    Bądź sprawiedliwa...


    --
    Swan
    ** Śpiszemy się kochać PIS ...... **
    ********************************
  • slav_ 20.03.07, 01:00
    >Albo kto przez półtora roku
    > harował ciężko nad koszykiem świadczeń aż do czasu gdy okazał się pusty?

    Oj, żebyś się nie zdziwił.
    Z dobiegających mnie słuchów "koszyk" ma być pełniuteńki po brzegi. Czyli "na
    ubezpieczenie NFZ" będzie sie należeć wszystko i jeszcze trochę (no może nie do
    końca - mają "wylecieć" z niego okłady z borowiny).
    Serio, serio.
  • do.ki 20.03.07, 04:15
    To oczywiscie nie jest najistotniejszy element, ale przyznam, ze przeszkadza mi, wiec sie czepne, w calym tym artykule pewne pomieszanie. Autor pisze o roznych praktykach, powiedzmy delikatnie, nie znajdujacych uzasadnienia w EBM <:wink>, a potem czepia sie tych nieszczesnych koreczkow, i to do przesady. Rzuca koreczkami po sali, no bo przeciez drugi raz uzyty koreczek to smierc w meczarniach od posocznicy, nie? A tymczasem zwykle rozumowanie no i doswiadczenie mowi jednak cos innego.

    I prosze nie robic z tego pochwaly brudasow, po prostu tu autor przegial i wszystko.

    No i faktycznie, Honda to Honda, nie jakas tam zdechla tojocina. :-)
    --
    The object of war is not to die for your country but to make the other bastard die for his.Gen. George S. Patton
  • franc_tireur 20.03.07, 09:59
    Uf. Bo już się bałam, że tylko ja jedna pomyślałam, że to jednak już była nutka
    histerii. A jak to jest z tymi koreczkami, pytanie do fachowców od sprzętu -
    kupuje się zestawy zapasowych, czy za każdym wstrzyknięciem należałoby
    rozdziewiczać nowy zestaw?
    No i jak dezynfekować linię żylną przed podaniem leku? Czy aby nie iniekcją
    spirytusu?
  • do.ki 20.03.07, 12:19
    A jak to jest z tymi koreczkami, pytanie do fachowców od sprzętu -

    Mam w szufladzie pudelko z koreczkami, zapakowanymi indywidualnie. Zmieniam koreczek, gdy go nie ma, czyli gdy do kranika cos bylo podlaczone, ja to zdejmuje, a nastepnie trzeba wejscie kranika zaslepic koreczkiem. Jesli cos podaje przez kranik, to trzymam koreczek w palcach, po czym natychmiast po podaniu umieszczam go z powrotem.

    > No i jak dezynfekować linię żylną przed podaniem leku?

    Chodzi o przetarcie odkazaczem portu do iniekcji chyba. Nie odkazasz kranikow, bo to chyba przyniesie skutek odwrotny do zamierzonego.

    Natomiast nikt mnie nie przekona, ze odlozenie koreczka na bok nawet podczas podawania leku to juz zagrozenie sepsa czy nawet flebitem. Podczas operacji narzedzia leza na stole po pare godzin i przez ten caly czas sa uznawane za jalowe. Wiec gdzie tu sens?
    --
    The object of war is not to die for your country but to make the other bastard die for his.Gen. George S. Patton
  • franc_tireur 20.03.07, 12:37
    > Chodzi o przetarcie odkazaczem portu do iniekcji chyba. Nie odkazasz kranikow,
    > bo to chyba przyniesie skutek odwrotny do zamierzonego.

    No ja odniosłam wrażenie, że jemu właśnie o kranik chodziło. Odwrotny nie
    odwrotny, ale jak technicznie to wykonać, żeby miało sens? Może sprayem?

    Podczas operacji narze
    > dzia leza na stole po pare godzin i przez ten caly czas sa uznawane za jalowe.

    No, ale stolik niby jałowy...
  • extorris 20.03.07, 15:54
    jesli koreczek byl caly czas jalowy, zostal zdjety "jalowo" i odlozony na
    jalowy stolik...
    zaden warunek nie jest spelniony

    koreczek przy zdejmowaniu ulega zapackaniu krwia i plynami po swojej
    stronie "jalowej", ale takze, tej zewnetrznej - niejalowej - w ten sposob
    teoretycznie plyn moze splukac zanieczyszczenia na strone, ktora po ponownym
    uzyciu bedzie skierowana do naczynia
    w praktyce nie obserwuje sie jakiejs zwiekszonej umieralnosci przy powszechnej
    praktyce uzywania tych samych koreczkow - tak naprawde niewielka ilosc bakterii
    bytujacych od zewnetrznej stony plastiku i splukanych do srodka natychmiast we
    krwi ginie - posocznica moze sie rozwinac chyba tylko przy wyjatkowym
    nieszczesciu w stanie glebokiej immunosupresji, po ablacji szpiku itd

    trudno mi sobie wyobrazic sens, skutecznosc i metodę dezynfekcji venflonow,
    cewnikow, portow naczyniowych, jesli ich polaczenia maja byc chronione przez, w
    koncu, czyste, jalowe koreczki

    troche roszczeniowy ten pacjent...
  • do.ki 20.03.07, 16:07
    Drobna uwaga: z koreczkami mam do czynienia na sali operacyjnej. Na intensywnej koreczkow w podany przez mnie sposob nie sposob uzywac.

    > jesli koreczek byl caly czas jalowy

    Nie do stwierdzenia, choc mozna przyjac takie zalozenie- wklucie dopiero co zalozone.

    > zostal zdjety "jalowo"

    Znaczy "bezdotykowo", tak? Myslalem, ze to oczywiste...

    > odlozony na jalowy stolik...

    A to po co? Nie wystarczy, ze powierzchnia "jalowa" nie zetknie sie z niczym niejalowym? No i po co odkladac? Masz w kazdej rece po 3 przestrzenie miedzypalcowe, pomijajac przestrzen miedzy kciukiem i palcem wskazujacym, bo ta jest potrzebna do chwytania przedmiotow. Czyli mozesz jednoczesnie rtzymac bez odkladania max 6 (szesc) koreczkow, igiel, rurek itp- bez ich rozjalowienia. To juz ekwilibrystyka, ale przy odrobinie wprawy...

    > koreczek przy zdejmowaniu ulega zapackaniu krwia i plynami po swojej
    > stronie "jalowej"

    ??? Jaka krwia? Po stronie jalowej nie ma prawa byc zadnej krwi, jesli jest, to koreczek jest natychmiast wywalany. No a po stronie niejalowej to juz w ogole...


    > w praktyce nie obserwuje sie jakiejs zwiekszonej umieralnosci przy powszechnej
    > praktyce uzywania tych samych koreczkow - tak naprawde niewielka ilosc bakterii
    >
    > bytujacych od zewnetrznej stony plastiku i splukanych do srodka natychmiast we
    > krwi ginie - posocznica moze sie rozwinac chyba tylko przy wyjatkowym
    > nieszczesciu w stanie glebokiej immunosupresji, po ablacji szpiku itd

    No ale teoretycznie mozliwa jest kolonizacja cewnika...

    Na intensywnej to i tak jest niezle. Skora mi cierpnie jak widze co pielegniarki wyprawiaja z cewnikami i wkluciami na "zwyklych" oddzialach. Maja prikaz stosowac systemy beziglowe, ktore tylko utrudniaja mi zycie. Ale braki w aseptyce spowodowaly, ze odmawiam zalozenia wieloswiatlowych cewnikow centralnych pacjentom POZA intensywna terapia. Jesli mam prosbe o zalozenie takiego cewnika, to musi byc ona OSOBISCIE podpisana przez lekarza prowadzacego lub OSOBISCIE przez lekarza telefonicznie uzgodniona, inaczej nie zaloze.
    No, ale zdaje sie, ze mnie ponioslo w rozpisywaniu sie.

    > troche roszczeniowy ten pacjent...

    Dokladnie.
    --
    The object of war is not to die for your country but to make the other bastard die for his.Gen. George S. Patton
  • extorris 20.03.07, 16:19
    pisalem z punktu widzenia oddzialu, nie sali operacyjnej

    a wiec tam nie ma warunkow jalowych do manipulowania koreczkami i tu sie
    zgadzamy
    w takich warunkach powinno sie za kazdym razem wymieniac koreczki
    w koncu jesli zdejmujesz koreczek z cewnika, czy chocby nawet najzwyklejszego
    venflonu, to on swoja czysta, wewnetrzna strona stykal sie z tym co pacjent
    mial w naczyniu - najczesciej jest to krew (jak mi sie zdaje)
    no i ta krew przy zdejmowaniu czesto przedostaje sie na strone "brudna"
  • do.ki 20.03.07, 16:25
    > w koncu jesli zdejmujesz koreczek z cewnika, czy chocby nawet najzwyklejszego
    > venflonu, to on swoja czysta, wewnetrzna strona stykal sie z tym co pacjent
    > mial w naczyniu - najczesciej jest to krew (jak mi sie zdaje)

    Skadze! Stykal sie tylko z tym, co plynelo rurka, z jalowym plynem do wlewu dozylnego. Krew zasadniczo nie ma prawa byc widoczna poza pacjentem. Czasem sie tak zdarza, ale musi byc po temu dobry powod, zazwyczaj mankiet do pomiaru cisnienia na tym samym ramieniu, w ktorym jest wklucie i nie ma mozliwosci zalozyc go gdzie indziej.

    > no i ta krew przy zdejmowaniu czesto przedostaje sie na strone "brudna"

    Nawet nie wiem jak tego dokonac bez celowego mazania krwia po wszystkim.
    --
    May God have mercy upon my enemies, because I won't. - Gen. George S. Patton
  • extorris 20.03.07, 16:44
    ok
    inaczej:
    korek od strony wewnetrznej jest mokry
    nie mozesz zagwarantowac, ze plyn z jego wewnetrznej strony nie przedostanie
    sie podczas manipulowania korkiem na jego strone zewnetrzna, ktora stykala sie
    ze skora, posciela, bandazem, w ktory pacjent wycieral nos itd

    czy taka kontaminacja ma znaczenie kliniczne? uwazam ze minimalne, choc nie mam
    watpliwosci, ze wystepuje
  • franc_tireur 20.03.07, 17:28
    Widzę, że zdaje się będziemy musieli powołać zespół ekspertów w celu opracowania
    wytycznych w sprawie koreczków...
  • swan_ganz 20.03.07, 22:28
    Już jestem... :-)
    Szanowni Państwo.
    Rozwiązanie waszego dylematu z zakażeniami odcewnikowymi jest szalenie proste;
    trzeba po prostu używać sprzętu przygotowanego do walki z mikrobami. W tej
    materii mistrzostwo świata osiągneła szczególnie firma;
    www.edwards.com/Products/CentralVenous/VantexInservice.htm?
    wbc_purpose=Basic&WBCMODE=PresentationUnpublished
    ( to link do modułu szkoleniowego - chwilkę trzeba poczekać ....)

    A zwróćcie uwagę na zakończenie tego CVC. Są tam takie malutkie "zawieszki"
    przygotowane do zaczepienia tam koreczka gdy nie jest potrzebny. Nie ma więc
    potrzeby odkładać go na "jałowy" stolik czy dokonywać cyrkowych sztuczek
    Dokiego :-)
    --
    Swan
    ** Śpiszemy się kochać PIS ...... **
    ********************************
  • reginnka 22.03.07, 14:34
    czesto stwierdzam ze lekarze na oddziałach są zagubieni - miejscem dla nich
    gdzie czują się najlepiej jest dyżurka i sala operacyjna ,
    wiele lat pracy na izbie chirurgicznej nauczyło mnie ze to ja muszę myśleć
    całościowo o pacjencie bo lekarze niestety nie potrafią tego ogarnąć a nawet
    kiedy widzą kilku pacjentów na raz uciekają gdzieś w głąb szpitala jakby ci w
    izbie mieli się rozpuścić (część tych mniej chorych i bardziej niecierpliwych
    sama pójdzie ) z resztą muszę ja powalczyć bo buzię mają od ucha do ucha jak
    widzą pielegniarkę ,widok lekarza studzi najczęsciej wojownicze zapędy ,
    teraz już nie pracuję ale wiem że w ramach podnoszenia jakości pacjent nie może
    przebywac na IP za długo chyba że tego szczególnie wymaga ,
    są rejestrowane czasy przybycia do izby i przekazania na oddział,
    Jest także coraz więcej szkoleń ,min z zakażeń wewnątrzszpitalnych i
    przynajmniej personel średni powinien być na bieżąco -inna sprawa to
    przestrzeganie norm , ale od tego są pielęgniarki koordynujące i to od nich
    szefowie powinni najbardziej wymagać ,
    A co do nieszczesnych koreczków to taki nawyk jak sprzętu jednorazowego
    brakowało i jeden koreczek był wiele razy uzywany ,moczony i uzywany ponownie
    jako "sterylny" o tym też sie ówi na szkoleniach a z przestrzeganiem jest juz
    gorzej -ja sadzę ze to z lenistwa -po co iść po czysty jak ten mozna przykrecic
    i po sprawie -
    kiedyś mój mąż lezał na torakochirurgi z odmą opłucnową ,przychodzę i co widzę
    na lignince na parapecie wśród kociaków z kurzu leży sobie koreczek do
    zamkniecia drenażu (który to zakładał sobie jak wychodził do toalety) ,zabrałam
    ten koreczek i tłumaczę męzowi że przeciez poprzednia odma była powikłana
    infekcją może nawet z powodu niejałowej zatyczki do drenazu ,
    meza uświadomiłam ale panie pielegniarki nie były zadowolone jak mąż im oznajmił
    co z tym się stało , do końca pobytu męza na oddziale czułam zły wzrok pań na
    swoich plecach typu -o to ta co się wymądrza-
    zdrowia zyczę , wszystkim .
    regina

  • apetina4 22.03.07, 17:07
    Wreszcie ktos cos mądrego napisał!!!!!
    Samo życie.
  • alergenzb 31.03.07, 14:30
    reginnka

    Rzeczywiście bardzo mądra wypowiedz.
    Moją córke przyjęto do szpitala w sobote w nocy.
    Podsumowanie moje to rażący brak chigieny, podczas zakładania wenflonu,
    cokolwiek spada na podłogę, jestpodnoszone w rękawicach, które dotykaja brudnej
    podlogi i ponownie uzywane, tak jak i rękawice podczas zalożenia wenflonu.
    Krew pobierana do badania- spada dwukrotnie plastikowa probówka, jest
    podnoszona i uzywana ponownie, koreczek z podlogi podniesiony i ponownie
    uzywany. Brak miejsca na stoliku obok podczas pobierania i wszystko spada na
    ziemię. Na stoliku leżą czyste i brudne przedmioty jak lignina po kimś, kto
    wczesniej był w gabinecie zabiegowym.
    Dzieci po podaniu dormicum i jeszcze czegoś przed zabiegiem, są same w sali i
    nikt kompletnie nie pilnuje, spadają z łóżka, przewracją się na podlogę,
    uderzają w boki łóżka.
    Sala totalnie brudna, panie wycierają tylko i wyłącznie środek pokoju, po
    zasugerowaniu, że poodsuwam krzesełka odpowiadają nie ma potrzeby i wychodzą.
    Na parapetach kilkudniowy brud.
    Panie pielęgniarki z tego oddziału, siedzą tylko w dyżurce i nie daj boż.. jak
    by kto przeszkadzał, zero sprawdzenia w nocy czy wszystko w porządku, mimo że
    dzieci kaszlały, aż do duszenia się. Po skończeniu się kroplówki w nocy, nikt
    przez ponad godzinę nie przyszedł odłączyć, po poproszeniu o odłączenie-
    obudzenie pielęgniarki, natychmist powstała złośc z jej strony, że z takimi
    sprawami się nie przychodzi, oczywiście odłączyła, ale z ogromną złością,
    przestraszając dziecko, które płakało.
    Wiele by pisać o odziale w szpitalu państwowym.
    moim podsumowanie to brud, brak kompletnie opieki, rażący brak chigieny.
    Byłam tak zszokowana tym wszystkim, że bardzo prosilam pania doktor, że jak
    poprawią się wyniki dziecka, aby wypisala. I rzeczywiście po nawodnieniu i
    podawanych antybiotykach, nastapila poprawa i pani doktor wypisala do domu w
    sobotę.
    Nie można zwrócić uwagi pielęgniarką, aby nie używaly sprzętu, jeżeli spadnie
    na podłogę, ponieważ złośliwośc przekracza granice.
    Mimo opieki całodobowej przy dziecku, nie można skorzystać nawet z zagotowanej
    wody. Prosząc o ligninę, nikt jej nie przyniesie, czego ja nie wiedziałam, że
    trzeba iść do gabinetu zabiegowego samemu, otworzyć kluczem drzwi i sobie
    wziąść.
    Dopiero po poinformowaniu mnie przez pielęgniarki się dowiedzialam, że mam iść
    sama do zabiegówki i sobie wziąść. Osobiście myslalam, że żaden rodzic nie
    powinien tam wchodzić, a tylko personel.
    Dobrze że zostałam pouczona przez personel pielęgniarski i mogłam sama wchodzić
    do gabinetu po ligninę, gaziki czy plaster, potrzebny przy dziecku, kiedy
    odklejało się wszystko przy wenflonie.
    Dlaczego panuje taki brak chigieny w tym szpitalu, od czego to jest zależne,
    nie rozumiem, że personelowi na tym nie zależy, ponieważ wszystko co niezbędne
    było, poza chigieną.
  • kora_111 31.03.07, 14:37
    HIGIENA a nie CHIGIENA
    Rany julek...taki byk...
  • alergenzb 31.03.07, 14:40
    kora_111 napisała:

    > HIGIENA a nie CHIGIENA
    > Rany julek...taki byk...


    Bardzo przepraszam za błąd.
    Mogła pani napisać mi chociaż dlaczego tak się dzieje, dlaczego nikomu z
    personelu pielęgniarskiego nie zależy na higienie podczas wykonywania czynności
    zawodowych, czy to naprawdę jest tak uciążliwe.

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka