Dodaj do ulubionych

perfumy to bardzo wazna czesc stroju

04.12.08, 17:49
wiec postanowilam przeniesc tutaj moje recenzje perfum z innego
forum; tam bowiem krwiozerczy admin usuwa wszelkie posty ktore
recenzjami nie sa
poniewaz recenzje sa dosc dlugawe, kazda bedzie miala oddzielny post
w tym watku, a dla kolejnych otworze nowe watki
--
reszty nie trzeba

MAKE STYLE NOT WAR
Edytor zaawansowany
  • zettrzy 04.12.08, 17:53
    przepiekna dupeleczka - cos jak z lat 20-30; i to wlasciwie powinno
    przesądzic
    sprawy jednak nie sa az tak proste, bo ten art-dekowski flakon
    zawiera... no wlasnie, ta zawartosc...
    moją pierwszą reakcją, kiedy pani w Nordstromie podetknela mi
    papierek pod nos, byl krok w tyl i odruchowy mach dlonią, jakbym
    odganiala dym z papierosa... na jej pytanie co czuje odpowiedzialam
    szczerze "jakies zarlo - nie wiem jakie, po prostu surowe zarlo";
    pani nie mogla sie obrazic, wiec odrzekla wyrozumiale "ale to jest
    osobista percepcja"; wrocila na swoj odcinek, a ja przebrnelam przez
    obszar Cartierow i Guerlainow aby w koncu dotrzec do Toma Forda i
    tutaj, pod chwilową nieobecnosc pani ktora wlasnie zaliczala kolejną
    marketingową porazke w okolicy Chanel wzielam ten flakon do reki i
    sama opsikalam papierek

    brrrr!!! - Liquid Carl move over, a juz myslalam ze nic bardziej
    aptecznego nie moze istniec poza apteką; skwasnialy ocet, jakies
    splesniale proszki na bol glowy, cos strrrrrrrasznego, na domiar
    zlego pani zdązyla wrocic i lunela mi tym wywarem ze zdechlego
    koguta na dlon, po czym zlapala za palec, odwocila do siebie i
    dodala kolejnego luja na nadgarstek
    nie mialam sily nawet wrzasnac zwyczajowego "zazadam odszkodowania";
    obiecalam sprawdzic wynik i ucieklam do dzialu butow, w ktorym nie
    mogla mnie spotkac zadna zla przygoda

    w pare godzin po tym wydarzeniu Black Orchid ciagle siedzi na moim
    nadgarstku, lekcewazac parokrotne mycie rąk, tyle ze wyewoluowala w
    podróbe Sacrebleu!, i nie moge powiedziec, to bardzo ladny i
    wytworny zapach

    po drodze do domu napadlam pare niewinnych osob, prosząc o ocene
    woni na moim nadgarstku; wszyscy co do jednego, a raczej jednej bo
    pytalam wylacznie kobiety, uznali zapach za wyjatkowo elegancki i
    przyjemny

    az sprawdzilam u zawodowego krytyka co moze byc przyczyna tego ciągu
    wydarzen: okazuje sie to normalka, Black Orchid na początku pachnie
    truflami i wanilią (i co, nie mialam racji z tym zarlem?), po czym
    te nieswiezosci wietrzeja i zostaje podstawa, paczulowo-bergamotowa
    plus tytulowa orchidea, w kazdym razie perfumy wzorowane na
    klasycznych kreacjach Na Wielkie Wyjscie

    są to perfumy zimowe, cieple, organiczne, orientalno-kwiatowe, do
    tej samej rodziny zaliczylabym, poza Sacrebleu!, ktore jest bardziej
    dymne, Cielo Napa Valley, Jardin du Nil MPG, Habanite Molinarda,
    Panthere, Le baiser du dragon, Le Must, Basale, Fleur Oriental; nie
    jest to klasyfikacja kanoniczna ale w moim odczuciu te wszystkie
    perfumy maja bardzo silną, nieomalze biologiczną zmyslowosc,
    bardziej typową dla kobiety po 30, o pelnych ksztaltach i pulchnym
    ciele niz powabnej, smuklej, dziewiczej mlodki

    musze je jednak potestowac jeszcze pare razy, bo podobno powinnam
    czuc w nich kawe, a nie czuje; podobno ten podtekst zywnosciowy
    pozostaje nawet po wywietrzeniu grzybow; podobno, ale teraz tego nie
    odbieram, pozostal tylko ten lekko dymny woal, wiec musze
    zweryfikowac czy to przypadek czy norma

    --
    reszty nie trzeba

    MAKE STYLE NOT WAR
  • zettrzy 04.12.08, 17:55
    drugie podejscie - i ostatnie; pierwszym razem bylam cokolwiek
    skonfundowana, teraz podeszlam do sprawy swiadomie i po tej probie
    wiem ze bede sie od tego trzymac z daleka
    tym razem w Saksie, bez pomocnej pani, znalazlam dupelczyne
    przypadkiem i natychmias skorzystalam z okazji aby dotestowac;
    wybralam spory kawalek przedramienia, jako ze pogoda zrobila sie
    koszulkowa, i sama sie wyszprycowalam
    potem, swiadoma zachodzacych zmian, co jakis czas sprawdzalam
    zegarek i takie mam ustalenia:

    1) fhansuska wytwohnosc w starym stylu zjawia sie po 4-5 godzinach
    2) pierwsze 40 minut, moze nawet cala godzina, zapewnilo mi duzo
    prywatnej przestrzeni w tlumie niedzielnych tylko-sprawdzaczy;
    przyhaczona przypadkowa kobiecina, po niuchnieciu, popatrzyla na
    mnie ze wspolczuciem i wybakala "tak naprawde, jesli mam byc
    szczera, to ten zapach nie jest najpiekniejszy" tongue_out
    3) trzy godziny miedzy faza zepsutej zywnosci i faza wytworna
    wypelnia zapach jakby cieplej czekolady, jakby suszonych owocow,
    moze nawet kawy z pianka i cynamonem, stad pewnie moje uprzednie
    skojarzenia z Cielo; ale jest zbyt kakaowy aby mi sie podobal, w
    Cielo te nastroje maja podstawe winogronowa
    4) zmyslowosc prawdopodobnie nadal w tym tkwi, ale jakas taka
    mamusiowata, czyli zostaje pulchny ksztalt i lata nie pierwszej
    mlodosci, natomiast nie ma w tych perfumach pazura wyraznego we
    francuskich pierwowzorach

    reasumujac: buteleczka jak najbardziej, czysta wyrafinowana
    elegancja, zawartosc do zlewu, chociaz oczywiscie znajda sie
    amatorzy tego zapachu

    --
    reszty nie trzeba

    MAKE STYLE NOT WAR
  • zettrzy 04.12.08, 17:57
    robi sie demokratycznie...
    najwyrazniej strategia niedostepnosci zawalila sprawe, bo wlasnie
    zobaczylam, na wlasne oczy, Black Orchid, juz za $60, w ofercie
    internetowej Sephory... tak Sephory, tak ofercie internetowej, do
    nabycia droga zamowienia pocztowego!

    i jak sie okazuje jest to cala linia, z kremami do ciala i jakimis
    wodami do wlosow wlacznie; ciekawe jak to pachnie na wlosach, z cala
    pewnoscia jednak NIE bede testowac na sobie, nie wiem jak szybko by
    to zeszlo

    (po tej instalacji Black Orchid jednak kupilam, i nie powiem -
    swietnie sie sprawdza na roznych potancowkach i w sytuacjach
    towarzyskich, ale do pracy bym jednak nie zalozyla)

    --
    reszty nie trzeba

    MAKE STYLE NOT WAR
  • zettrzy 04.12.08, 18:00
    Perfumy Jo Malone oddaja jak zadne inne rosyjskie slowo "duchi";
    bardziej duchy zapachow niz zapachy, watle i rachityczne, oparte na
    zasadzie "siedz w kacie a znajda cie" niby sa a niby ich nie ma, i
    Tuberose nie stanowi zadnego wyjatku. Oczywiscie, tuberoza to
    tuberoza: nawet Jo Malone nie potrafila zlamac jej definitywnego,
    dobrze znanego charakteru. Jest to chyba jedyny zapach Jo ktory da
    sie rozpoznac juz z daleka, ktory nie udaje ze jest kims innym, nie
    chowa sie za nuty drzewa sandalowego i mchu, ktory nawet nazajutrz
    pachnie tuberoza. Przy tym wszystkim, jest to zapach wysoce
    wytworny - pani z piosenki Grechuty pachniala, a przynajmniej
    pachniec powinna, wlasnie tuberoza Jo Malone.
    Jest to tez chyba jedyna tuberoza pozbawiona syropowej ciezkosci,
    typowej dla perfum spod znaku tuberozy.

    Przyjemnosc psuje co nieco aspekt wizualny, poniewaz te perfumy maja
    brazowo-zolty kolor, co wyglada dosc siermieznie na tle
    krysztalowo-przezroczystych nektarynek, wiciokrzewow i lip
    prowansalskich. No ale, mozna ja na toaletce trzymac miedzy ciemno-
    czerwonymi butlami MPG, wtedy nie kluje w oczy az tak.

    O ile potrafie sobie wyobrazic ubranie pasujace do tych perfum,
    byloby mi trudno znalezc wlasciwa okazje do ich zalozenia - do pracy
    sa zbyt wyczuwalne i zbyt dlugo sie trzymaja, na wieczorne wyjscie
    sa zbyt doniczkowo-ogrodowe, na luzne drinki zbyt zobowiazujace, na
    wernisaz zbyt burzujskie, do fryzjera nie wypada, pozostaja
    wlasciwie tylko zakupy w jakims Saksie czy Nordstromie, gdzie struga
    woni ujdzie za wynik testowania ... ta tuberoza jest zdecydowanie
    staroswiecka i zupelnie nie pasuje do dzisiejszego stylu zycia; ale
    np. Anais Nin bylaby idealna uzytkowniczka, powinna nosic te perfumy
    do pisania swoich bezsensownych powiesci.

    --
    reszty nie trzeba

    MAKE STYLE NOT WAR
  • zettrzy 04.12.08, 18:01
    Wedle apokryfu, Musk Nr.1 - tak nazwany, gdyz byl to pierwszy
    produkt perfumeryjny slynnej apteki - powstal w latach miedzywojnia,
    jako amerykanska odpowiedz na szalimary, mitsouki, habanity i
    wszelkie inne drapieznie zmyslowe wonie z prawego wybrzeza
    Atlantyku. Powstal, po czym nastapily rozmaite Wydarzenia
    Historyczne, skutkiem ktorych ludzie stracili na dobrych pare lat
    zainteresowanie perfumami. W efekcie Musk, zapomniany przez firme,
    spoczal gdzies na dnie skladu w piwnicy i wygladalo na to ze juz
    nigdy jej nie opusci. Dopiero na poczatku lat szescdziesiatych, przy
    okazji jakiegos remanentu, trafiono na zakurzona butelke, powachano
    i orzeczono "przywrocic natychmiast". I od tej pory Musk Nr.1
    stanowi stala pozycje w ofercie Kiehl'sa, aczkolwiek na samym koncu
    listy balsamow, kremow, nawilzaczy, filtrow, tonikow, odzywek i
    wszelkich innych zdrowych, ekologicznych kosmetykow pielegnacyjnych,
    z ktorych najwazniejszym jest Bezzapachowy Krem do Ciala.
    Musk, czyli pizmo, zapach zwierzecy, bardziej naturalny i organiczny
    niz wszelkie zapachy kwiatowe. Pizmo Kiehl'sa jest gwarantowanie, na
    100%, autentycznie syntetyczne. Triumf chemii nad przyroda. Jest to
    bowiem zapach ogromnie, no wlasnie, naturalny, w ogole nie wyczuwa
    sie w nim molekularnych komponentow, zadnych aluzji do lizolu czy
    spraju na muchy, tak powszechnych we wspolczesnych kreacjach. Musk
    Nr.1 jest cieply, przytulny, zwierzecy, nieomalze futerkowy, choc
    zupelnie niedrapiezny, bardziej domowy kicius, mruczacy z luboscia
    na stosie swiezo wypranej poscieli niz niebezpieczna cetkowana
    bestia w tropikalnej dzungli. Ma w sobie amerykanskosc placka z
    jablkami, czarno-bialych westernow, w ktorych nie ma ucieczki przed
    happy endem, oraz seksownosc prosto z Walta Disneya - troche romans
    myszek Miki i Minnie, a troche kreskowkowa Krolewna Sniezka. No,
    ladniutkie perfumy, zapewniaja dokladnie to co trzeba, ale bez
    przesady, bo z jednej strony "krew ma swe prawa" a z drugiej nalezy
    tym prawom nadac stosowna forme, tak zeby nawet dzieci mogly sobie
    powachac i nie odczuc aroma-traumy. Oczywiscie na dnie czai sie
    pizmowa drapieznosc, ale jest to drapieznosc udomowiona,
    oblaskawiona, jedzaca z reki. Dlatego te, technicznie zmyslowe,
    perfumy nadaja sie na wiele okazji, z wlaczeniem aseksualnej pracy w
    Wielkiej Firmie.
    Domowosc Musku skazuje go raczej na uzytek dzienny, ale na wieksze
    wyjscie ujdzie w zestawieniu a la Armani. Lubi otoczenie prostych,
    uczciwych tkanin - dzins, skora, flanela, len, tweed, surowy jedwab -
    i styl minimalistyczny. Czy Jackie od pamietnej mini-sukienuni
    nosila kiehls'owy Musk? Jesli nie, to powinna, bo on pasuje do jej
    stylu. Nie pasuje natomiast do kreacji z gatunku Alta Moda, nie
    bardzo sie zgadza z koronkami, szyfonami, falbanami, tiulami, styl
    romantyczny toleruje w wersji teksanskiej (powiewna kwiecista
    sukienka i kowbojki). Nie jest ciezki czy duszny, raczej nieco
    zgrzebny i jakby niewykonczony, "domowej roboty", chociaz w
    towarzystwie obszarpanej dzinsowej kurteczki zapachnie zadziornie i
    nawet kontestatorsko. Ma w sobie atmosfere Lower East Side czy
    Alphabettown, owo "piekno niezamierzone", o ktorym pisal Kundera w
    Lekkosci Zycia.

    --
    reszty nie trzeba

    MAKE STYLE NOT WAR
  • zettrzy 04.12.08, 18:06
    Musze sprawdzic czy Szeherezada wspomina Sacrebleu! w basniach z
    Tysiaca i Jednej Nocy; i jesli nie znajde zadnej wzmianki, bede
    raczej podejrzewac wydawce o niedokladnosc w edycji tekstu niz
    Szeherezade o przeoczenie.
    Bowiem perfumy Sacrebleu! przybyly do nas na latajacym dywanie
    prosto z basni wschodniej; to w ich oparach dzin wylonil sie z
    czarodziejskiej lampy Aladyna.
    Sporo sie w nich wyczuwa: kadzidlo, drzewo sandalowe, cedry
    libanskie, perskie roze i jasminy, spiew slowika, dzwiek
    dzwoneczkow przy bransoletkach tancerki brzucha, gwiazdzista noc w
    ogrodzie na pustyni, lekki powiew wietrzyka i glos cykad.
    Sprowadzaja uczucie wewnetrznego spokoju, harmonii, zgody ze
    swiatem. Oczywiscie, jako perfumy orientalne, maja te odrobine
    seksu, lecz w odmianie wysoce uduchowionej, rodem z
    barokowej "ekstazy", ktora chwytala swietych w momencie religijnego
    (tako rzecze egzegeta) orgazmu. Perfumy dla derwisza, zamknietego w
    kregu szalonego tanca, dla opetanej przez demona prorokini, dla
    Hafeza, kiedy, wezwany przed oblicze Tamerlana, osmielil sie
    zadworowac z wladcy swiata. Mimo glebokiego zrozumienia dla ludzkich
    namietnosci utrzymuja dystans do spraw doczesnych. Sa niezwykle
    przejrzyste, chlodne, krysztalowe, jak szafir osadzony w wianuszku
    diamentow. Gorzkawe, nieuchronnie przywodza na mysl "perfum gorzka
    won" ze szlagieru Ordonki, aczkolwiek jako produkt wspoczesny nie
    mogly zainspirowac przedwojennych teksciarzy. Nie, nie budza
    nostalgii za minionym czasem, to jest zapach na dzis. Natomiast
    kieruja mysl w strone poezji i medytacji, prowokuja do
    filozoficznych rozwazan, lektury mistykow, stawiaja intelekt ponad
    fizycznym pieknem. Wedlug tego aromatu, najsilniejszym afrodyzjakiem
    na swiecie jest blyskotliwa konwersacja. Dlatego uwazam, ze
    Szeherezada musiala sie nim skrapiac podczas tysiaca i jednej
    pamietnych nocy. Szeherezada bowiem usidlila sultana czystym
    talentem literackim, bez pomocy tanich uwodzicielskich sztuczek.
    Mimo orientalnych korzeni Sacrebleu! jest niesamowice eleganckie,
    wrecz wytworne, ponoc ulubione "chlodnej pieknosci" Catharine
    Denevue. O ile nie mam jak sprawdzic gustu pani CD, o tyle taki
    wybor wydaje mi sie wysoce prawdopodobny. Sacrebleu! jest jak typowa
    kreacja aktorska Denevue - piekne i uwodzicielskie, a jednoczesnie
    niedostepne, oddalone, zamkniete przed swiatem we wlasnym flakonie,
    elitarne, ale wylacznie z przyczyny swojej niezwyklosci, wiec
    pozbawione arogancji i wynioslosci. Perfumy autentycznie z klasa.
    Dzieki tej klasie nadaja sie glownie jako uzupelnienie szykownej
    toalety. Zle sie czuja w towarzystwie bizuterii, bo same sa jak
    klejnot, ktory nobilituje kazdy ubior do rangi haute couture.
    Niesamowicie wyrafinowane, bardziej dzielo sztuki niz zapach,
    codziennemu ubiorowi nadaja atmosfere niezwyklosci bez ryzyka
    zgrzytu percepcyjnego. Ale nie lubie nosic ich zbyt czesto, bo tak
    wysoki stopien finezji jest na dluzsza mete meczacy.
    Nie pasuja do radosnych kolorkow i infantylnych sukieneczek,
    szorcikow, zestawow na wycieczke rowerowa czy splyw kajakowy i
    trampek. Natomiast pieknie komponuja sie ze stylem dekonstrukcyjnym,
    z uwagi na ich lekko zaswiatowy charakter.

    --
    reszty nie trzeba

    MAKE STYLE NOT WAR
  • zettrzy 04.12.08, 18:07
    Perfumki-owocowki, jak muszki wsrod przejrzalych brzoskwin i
    melonow. Przy glebszym wachnieciu mozna domacac sie nawet kompotu.
    Czasem okreslane jako dziewczece, mnie przypominaja zapach
    ociekajacych sokiem owocow, zebranych prosto z sadu, i zlozonych na
    kuchennym stole w celu przerobki na dzemy i konfitury. Won lipca i
    wczesnego sierpnia, nagrzanych sloncem pol i ogrodow tuz przed
    zniwami, lata w pelnym rozkwicie, ciagle daleko przed zejsciem w
    chlapy jesieni. Nirmala to cos do zalozenia na niedzielny obiad w
    ogrodzie, na wsi, i niech tam sobie naprzyciaga roznych pszczol i
    innych owadow, bo to jest zapach unii z natura, radosnego poczucia
    jednosci z nagietkami i trzmielami, zapach tarzania sie w trawie i
    pchania w usta niemytych prosto z drzewa. Co nie znaczy ze jest to
    zapach leciutki jak swierszcze, o nie, on jest pelen syropu, bardzo
    cukrzanego ale swiezego, i spada dosyc ciezko na nadgarstek.
    Pobrzmiewa w nim nutka miodu, ale takiego surowego, prosto z ula, co
    to sie przed chwila wycielo nozem z plastra. Moze nawet zaplatal sie
    powiew wiaterku niosacy nieco lipowego pylku. Tak, w sumie to sa
    bardzo dziewczece perfumy, dziewczece ponizej pietnastu lat, kiedy
    dziewczynka jest ciagle naiwnym dzieckiem. Perfumy niewinnosci,
    prostoty, latwosci w odbiorze swiata. Optymistyczny aromat na
    wakacje.
    Czasem sobie mysle ze oblok Nirmali spowijal sw. Franciszka w
    trakcie jego kazan dla braci mniejszych.
    Nie wyobrazam sobie Nirmali w sytuacjach powaznych. Ani w zimie.
    Lato z Nirmala natomiast to wielka przyjemnosc. Lato i weekend, aby
    sie wyrazic precyzyjnie. Nirmala, jak woalka z indyjskiej bawelny,
    zamyka nas w bance wakacji z dziecinstwa. Nalezy sie powstrzymac
    przed jej noszeniem do pracy i na wnoszenie skargi do prokuratora,
    bo nas nie potraktuja powaznie. Ale na sobotni spacer po okolicznych
    lasach, czy wypad do nalesnikarni, nawet przeplyw lodka po jeziorze,
    to jest to. Albo na doroczny sierpniowy jarmark lub randke w parku.
    Co prawda obsiada nas wszystkie okoliczne motyle, ale to da sie
    przezyc.
    Jak juz wszyscy zdazyli sie domyslic, Nirmala swietnie sie czuje w
    towarzystwie powiewnych, kwiecistych sukieneczek, lnianych spodnic,
    batystu, haftu angielskiego, sandalkow i trampeczek w kwiatuszki.
    Bizuteria - parzyste czeresnie, zawieszone na uszach, wianki ze
    stokrotek i niezapominajek, drewniane korale, malowane na czerwono,
    sznury muszelek. Powinny ja nosic pasterki Marii Antoniny i male
    dziewczynki w bialych sukienkach, co rozrzucaja kwiaty z koszyczkow
    w procesji Bozego Ciala.

    --
    reszty nie trzeba

    MAKE STYLE NOT WAR
  • zettrzy 04.12.08, 18:08
    Jedne z najstarszych perfum na rynku, nie pamietam dokladnie roku
    wprowadzenia - 1919? 1923? 1916? - w kazdym razie, jak Mitsouko
    Guerlaina, odzwierciedlaja estetyczne preferencje swojego czasu.
    Zapach ciezki jak welwetowe kotary haftowane w zlote lilie, ciemny
    jak swiatlo lampy przyslonietej brokatowym abazurem z fredzla z
    koralikow. Zapach duszny jak wylozony dywanami salon, pelen pianin,
    kanap i koronkowych narzut. Zapach orientalny orientalizmem z
    Ballets Russes Diaghileva. Zapach art deco.
    Typowe opisy Habanity sa pelne odnosnikow do eponimicznej
    Kubanki: "gorace, zmyslowe perfumy oddajace urok tropikalnej nocy".
    Cos w tym jest, bo tropikalna noc jest wlasnie duszna, ciezka,
    wypelniona goraca wilgocia, trudno w niej oddychac nawet przy
    lekkiej bryzie. Nuty - otoz ja wyczuwam nuty dymu, spalonego drewna,
    prochu strzelniczego, plonacej stodoly z piosenki Czesiu Niemena.
    Moj kot, ktory lubi sobie polizac wyperfumowany nadgarstek,
    wymruczal mi ze Habanita smakuje jak ostry czerwony pieprz
    brazylijski i ze nalezaloby ja zapic kaipirinia. Z tym, ze Habanita
    nie pachnie pieprzem ani zadnymi przyprawami, trudno ja nawet
    okreslic jako zapach organiczny; gdyby szklo mialo zapach, bylby to
    wlasnie zapach czarnego szkla, pokrytego wymyslnym zlotym
    ornamentem.
    Przymiotnik "zmyslowe" pasuje wyjatkowo dobrze. Nie jest to
    zmyslowosc haremowa, poddancza, podszyta strachem przed gniewem
    sultana, i zupelnie brakuje jej natretnego pragnienia by sie
    podobac. Jest to zmyslowosc namietna, drapiezna, gwaltowna, spod
    znaku "kochaj mnie lub rzuc", zmyslowosc Carmen, ktora predzej da
    sie zabic niz zaakceptuje konwencjonalna wiernosc. Stad byc moze
    podtekst prochu strzelniczego - pistolet ciagle dymi po swiezutkiej
    crime passionnelle.
    Habanita to femme fatale swiata perfum, powinna je nosic Rita
    Hayworth, bo idealnie pasuja do obcislych sukien z czarnej satyny i
    rekawiczek po ramiona. Poniewaz dzisiaj tak sie ubrac da wylacznie
    na bal przebierancow, wytypowalam pare numerow a la flapper girl
    circa 1920 - wiuwajace czarne szyfony w czerwone kwiaty badz wzory
    lamparcie, satynowe wstazeczki, tu i owdzie akcent koronki czy jakas
    falbanka - i te suknie komponuja sie z Habanita zadziwiajaco dobrze.
    Z punktu widzenia temperatury sa to perfumy na upaly, i nie mam
    zamiaru nosic ich w zimie, bo beda sie gryzc ze swetrami i widokiem
    sniegu za oknem.
    Jak wynika z powyzszego, nie sa to perfumy na dzien, natomiast
    zbieraja miliony komplementow w sytuacjach "po godzinach".
    Gdybym miala je porownac do czegos dzisiejszego, to sa duzo blizsze
    Pradzie czy Messe de Minuit niz wszelkim szanelom, ziwanszim i
    hermesom. Co nie znaczy ze sa takie jak Prada czy Black Cashmir, bo
    wspolczesna dymnosc jest zimna, nieostra i absolutnie stosowna na
    kazda okazje. Moze najblizsze zapachowo sa Pomergranate Noir Jo
    Malone, aczkolwiek Pomergranate jest duzo bardziej subtelny i
    wytworny, no i oczywiscie zimowy. Habanita jest definitywnie
    zmyslowa, bez watpienia kobieca, ale nie bardzo da sie ja okreslic
    jako elegancka. Gdyby Madame Sans Gene zyla odpowiednio dlugo,
    wybralaby te perfumy jako swoja "sygnaturke zapachowa".

    --
    reszty nie trzeba

    MAKE STYLE NOT WAR
  • zettrzy 04.12.08, 18:10
    Zapach ciemny, gesty, mroczny, jak dym z kominka w nieoswietlonym
    pokoju, o zimowym zmierzchu... zapach wybitnie zimowy. Nazwany
    wyjatkowo adekwatnie, bo od pierwszego wechniecia sprawia wrazenie
    czerni. I tak pozostaje na ciele - czarna chmura, nieco cierpka w
    smaku, jak zwarzone pierwszym mrozem jagody glogu.
    Chyba najmocniejszy zapach Jo, w przeciwienstwie do jej kwiatowych
    kreacji nie rachityczny, choc moze przywolac obraz jakiegos
    sredniowiecznego koscistego meczennika. Zapach ascetyczny, chcialoby
    sie rzec bezmiesny, chociaz trudno go zakwalifikowac jako zapach
    owocowy, byc moze dlatego ze jest tak zupelnie pozbawiony slodyczy.
    Czy dymny - nie, nie jest dymny w tym sensie w jakim zapachy
    kadzidlane sa dymne, ale zdecydowanie przywodzi na mysl dymy, mgly,
    chmury, zimowe niebo tuz przed zachodem slonca. Nie jest kobiecy,
    nie jest takze meski czy unisex, jest to zapach o wlasnej, odmiennej
    plci, i ma bardzo zdecydowany charakter i osobowosc. Jest silny, ale
    nie nachalny, jest to raczej taka spokojna, pewna siebie sila kogos
    kto wie ze bardzo duzo moze i dlatego nigdy nie traci czasu na
    manifestacje tej sily.
    Swietny do tweedow, irlandzkich swetrow, gabardyn, ciezkiego obuwia,
    bizuterii z rogu lub granatow.
    Prywatnie, uwazam ze jest to najbardziej udany zapach Jo.

    --
    reszty nie trzeba

    MAKE STYLE NOT WAR
  • zettrzy 04.12.08, 18:11
    niesamowita sila przetrwania - trzy dni na papierku, bez
    nadgryzienia zebem czasu

    pachnie dymnie, troche jak dym z mokrego drewna, raczej meski,
    element owocowosci gdzies sie ulotnil; ciemny, niby czerwony ale
    jest to matowa czerwien wpadajaca w szarosc, miejscami ciemny braz,
    kolor ciemnego drewna, wnetrza starej kurnej chaty byc moze, o malym
    okienku z szybka pokryta kurzem; kompletny kontrast z nektarynka,
    zapach zimowy, dobrze by sie komponowal z baranim kozuchem,
    ogniskiem zapalonym na sniegu, sanna
    --
    reszty nie trzeba

    MAKE STYLE NOT WAR
  • zettrzy 04.12.08, 18:13
    Chypre absolue.
    The chypre to end all chypres.
    Szypr nad szyprami.
    Perfumy mroczne i tajemnicze, choc powierzchownie wydaja sie
    ostentacyjne. Ciezkie i niesamowicie dekoracyjne, w zamierzeniu maja
    oddac atmosfere Dalekiego Wschodu, ale jest to Wschod ogladany przez
    europejskie okulary. Wywoluja raczej obraz szinuazerii z francuskich
    salonow niz gejszy w kimonie. Tak naprawde, to w ogole nie bardzo
    sie kojarza ze Wschodem, z cala pewnoscia nie z Japonia. Jesli juz,
    mozna sie w nich doszukac Wschodu spod znaku Madamy Butterfly, czyli
    jak fin de siecle i art deco wyobrazalo sobie te odlegla kulture.
    Nieco gorzkawe, stacjonarne, sprawiaja wrazenie ze nie rozejda sie w
    powietrzu z powodu ich wielkiej wagi. A jesli juz sie rozejda, to w
    zwolnionym tempie. Mimo ciezkosci nie sa duszne. Mozna sie w nich
    doszukac kwiatowych nut, spojonych w won letniego bukietu.
    Zmyslowe, ale nie do konca, lekko niedopowiedziane, sa jak Salome
    juz w tancu, ale ciagle skryta pod przynajmniej pieciu zaslonami.
    Salome Pasoliniego, niby starozytna Zydowka ale w szatach
    renesansowej Wloszki, na tle architektury wloskiego renesansu,
    sfilmowana na czarno-bialo.
    Z tym wszystkim nie mozna im przypisac zaklamania, raczej pewien
    stopien perwersji. Czai sie w nich obietnica wyuzdanej nocy,
    obietnica ktorej pani nie ma najmniejszego zamiaru dotrzymac. Ba,
    jeszcze sie obrazi jesli amant in spe zglosi pretensje o zwodzenie.
    Mimo bowiem calego ladunku zmyslowosci sa to perfumy szacowne,
    konserwatywne, chcialoby sie rzec granddamowate, wielce stosowne na
    bal w starym zamku, dla ksieznej w brokatach i gronostajach lub damy
    z lasiczka. (Lasiczka tez je zaakceptuje - moj kot namietnie lubi
    wylizywac Mitsouko z nadgarstka). Kuratorzy muzeow powinni je
    rozpylac w okolicach portretow dawnych pieknosci, glownie pedzla
    Tycjana i Rafaela, dajac pierwszenstwo malowidlom w rzezbionych,
    pozlacanych ramach.
    Mitsouko swietnie pasuje do bizuterii ze starego zlota, koronek,
    aksamitow, gobelinow, ciezkich tkanin o skomplikowanych splotach i
    bogatej palecie kolorystycznej. Gdyby nie tragiczny koniec zycia,
    bylyby to perfumy dla Marii Stuart i Barbary Radziwillowny, bowiem
    obie panie slynely z czysto seksualnej atrakcyjnosci, ktora
    potrafily pogodzic ze statecznoscia wysokiej pozycji. Dlaczego zas
    to "gdyby nie" - Mitsouko nie ma w sobie podtekstow tragicznych,
    przeciwnie sa to perfumy pomyslnosci, spokoju, dostatku, braku
    problemow, pelnej spizarni i dobrze zaopatrzonej piwnicy. O, juz mam
    kto je powinien nosic - Maryla Wereszczakowna-Puttkamerowa. Jaka
    szkoda ze nie dozyla ich kreacji.
    Mitsouko kompletnie nie nadaje sie na dzien; co prawda nikt sie nie
    udusi, ani nawet nie poskarzy, ale zaistnieje syndrom wieczorowej
    toalety w warzywniaku. Z drugiej strony, nie bardzo nadaje sie takze
    do klubu czy na wieczorek taneczny, bo jest zbyt dostojne. Jest
    natomiast idealne na wielki bal w operze, pra-premiere, wreczanie
    medali, akademie ku czci, wernisaz, koncert w filharmonii, imieniny
    u cioci, obiad rodzinny, pierwsza randke z dyrektorem Wielkiej
    Firmy. Jako podklad muzyczny raczej Buxtehude lub Gesualdo
    (Responsoria pasuja wrecz idealnie), niz Mozart wzglednie Moniuszko.
    Ale Cleo Laine tez da sie sluchac w powietrzu napachnionym Mitsouko,
    bowiem klasyczny dzaz jest takze ciezki, powolny i zasobny w nuty.
    Anais Nin, ktora nosila Mitsouko, uwazala je za "lekkie perfumy" -
    tyle na temat roznic w percepcji kiedys i dzis.

    --
    reszty nie trzeba

    MAKE STYLE NOT WAR
  • zettrzy 04.12.08, 18:15
    zapach niezwykle trwaly - papierki spryskane w piatek kolo poludnia
    nadal pachnialy w niedziele wieczorem; kto wie czy wciaz nie pachna,
    ale przesunelam je na inny stolik, aby mi nie przeszkadzaly
    zapach dojrzalej nektarynki, ktora spedzila ze dwa dni w drewnianej
    skrzynce w spizarni, napelnila sie swoim wlasnym sokiem ale jeszcze
    nie peka... miod jest gdzies tam na dnie, nie do konca wyczuwalny,
    trudno oderwac slodycz nektarynki od slodyczy miodu
    zapach poznego lata, badz wczesnej jesieni, domowy, pozostaly na
    ciele po pracy w kuchni - jakies pieczenie ciasta z owocami,
    gotowanie kompotu; jasny i sloneczny, unoszacy sie w strone okna z
    biala merezkowa firanka

    --
    reszty nie trzeba

    MAKE STYLE NOT WAR
  • zettrzy 04.12.08, 18:17
    pierwszy, dziewiczy watek na tym forum, jest moj ... hahaha, nie
    moglam sobie odmowic tego spostrzezenia
    w recenzji ide na latwizne - juz kiedys ja napisalam, wiec tutaj
    powtorze moja recenzja jest do pewnego stopnia odpowiedzia na ten
    cytat z Basenotes:

    "Oh, and it isn't like Givenchy's Insensé. Jardin du Nil is one of
    Tolkien's dark riders galloping through the nights closed flower
    buds while Insensé is happy hobbits going through round doors of
    round houses in the hazy afternoon."

    a tu co napisalam ja:
    Oba cytatowane opisy sa prawdziwe. Zapach jest bogaty i dramatyczny,
    choc raczej malo zwierzecy - raczej kwiatowy, powiedzialabym ciezko
    kwiatowy. Ciemni jezdzcy w galopie przez noc? Zdecydowanie tak, choc
    raczej nie przez paki ale kwiaty w pelnym rozkwicie. Noc gdzies nad
    Nilem czy w Syrii, otwarta pustynia z kepa tamaryszkow i jasminow,
    ksiezyc w pelni, jakas duza rzeka - Nil? Eufrat? - nieco w oddali,
    lekki wiaterek ... to bylaby sceneria, natomiast jezdzcy wlasnie
    przybywaja do karawanseraju, mosiezna lampa wycinana w koronkowe
    wzory oswietla dziedziniec, gdzies w kacie krzew roz usiluje
    przepachniec te inne wonie ... tak, krajobraz jest bardzo ciemny,
    choc pelen tych nieoczekiwanych swiatel, i za chwile na pewno
    rozegra sie jakis dramat. I ciekawa rzecz ze przy tej calej oprawie
    kwiatowej JdN absolutnie nie ma zadnych kobiecych podtekstow. To
    jest zapach dla ksiecia z basni z tysiaca i jednej nocy i nalezaloby
    nosic do niego karabele i turban. Idealny na zwiedzanie Alhambry
    albo do lektury Alpuhary i Ojca Zadzumionych.

    --
    reszty nie trzeba

    MAKE STYLE NOT WAR
  • zettrzy 04.12.08, 18:20
    zapach swiezy i bardzo cieply, cos jak nagrzana sloncem laka pelna
    kwiatow - stokrotki, lubin, trawa, lesne dzwonki, koniczyna, moze
    troche swiezej sosny co gdzies tam sobie rosnie na poboczu, wszystko
    razem wymieszane w jeden delikatny, leciutki aromat, ktory wiatr
    niesie hen hen daleko w swiat

    nie moge zlokalizowac w nim indywidualnych kwiatow, a mimo to jest
    to zapach niewatpliwie kwietny, tylko troszeczke podlozony aromatem
    trawy, swiezej trawy, pelnej kwiatow - tych piekniejszych, i tych
    skromniejszych, typu mlecze, jaskry, ale czy mlecze i jaskry pachna?
    nawet jesli, to chyba nie bardzo

    wytworny, tej samej kategorii co 24 Faubourg czy Amazone, ale
    bardziej dziki, naturalny, nieokielznany, gdybym tamte miala
    porownac do rokokowej damy w krynolinie to VF bylby niezwyklej urody
    wiejska dziewczyna przebrana za pasterke w rokokowej arkadii

    nie sadze ze np. na randce moglby podniesc temperature, ale swietnie
    by sie nadal na oficjalna kolacje a nawet do pracy, bo jest bardzo
    bardzo ulotny i nie dokucza otoczeniu

    przyciaga owady, glownie pszczoly, ktore omamione podobienstwem
    zapachu potrafia usiasc na glowie czy uchu i zabrac sie za
    zapylanie; na szczescie same odlatuja, przekonawszy sie ze z tego
    kwiatu nie bedzie miodu

    bardzo piekny zapach, pasuje idealnie do bialych, bieliznianych
    wiktorianskich sukien, zwiewnych szyfonow, letnich slomkowych
    kapeluszy i wakacji w Toskanii

    --
    reszty nie trzeba

    MAKE STYLE NOT WAR
  • cuski 06.12.08, 16:25
    1. Truth Calvina Cleina dla kobiet - zapach zwala z nog.
    2. Cool Water Davidoffa - bardzo ladny kobiecy zapach.
    3. Shogun Alaina Delona - meski francuski perfum (odjazd)
    3. Lomani dla mezczyzn - perfum prosto z Paryza - mocny i przyjemny.
    --
    Chicag☼ i reszta świata
    Nowa Era Zarabiania w Internecie
  • zettrzy 07.12.08, 19:08
    ooo, Delon - wlasnie tak sobie przejrzalam moja ulubiona perfumerie
    internetowa, maja Shoguna, Samurai wyprzedany; i tak sobie gdybam,
    moze nabyc, w koncu zapachy sa unisex wink
    --
    reszty nie trzeba

    MAKE STYLE NOT WAR
  • zettrzy 17.04.09, 23:08
    znam z perfumerii, sama nie uzywam - ogromnie subtelne, takie no,
    przejrzyste i nierealne smile ale wiem ze sa ogromnie popularne
    --
    reszty nie trzeba

    MAKE STYLE NOT WAR
    http://emoty.blox.pl/resource/knitting.gif

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka