Dodaj do ulubionych

'generalnie' ciekawe artykuly (tzw.diversa)

16.10.05, 01:44
"(...) Czasem np. paracetamolu jest aż 0,5 g w tabletce, podczas gdy do
toksycznego uszkodzenia wątroby wystarczą zaledwie 4 g!" - mówi dr Kidler. 8)

kobieta.gazeta.pl/wysokie-obcasy/1,53581,2965902.html
Leki przeciwbólowe

Tekst: Hanna Mądra 15-10-2005, ostatnia aktualizacja 13-10-2005 12:03

Według danych OBOP aż 92 proc. dorosłych Polaków zażywa środki przeciwbólowe.
Głównie kobiety młode i aktywne. To trzecie miejsce na świecie, po
Amerykanach i Francuzach

Co zawsze ma przy sobie co drugi Polak? Tabletkę przeciwbólową. Sięga po nią
kilka razy w miesiącu. Bo ból utrudnia życie, także zawodowe, no i jest
niemodny. A tabletka rozwiązuje problem.

Najczęstszy jest ból głowy (65 proc. ankietowanych), na drugim miejscu są
bóle kręgosłupa (43 proc.), na trzecim bóle reumatyczne - uskarża się na nie
30 proc. osób. Z badań wynika też, że najczęściej leczymy się sami, sięgając
po środki przeciwbólowe dostępne bez recepty. I choć samoleczenie powinno
trwać maksymalnie trzy dni, z reguły na tym się nie kończy. - Zbyt długim
leczeniem na własną rękę można sobie zaszkodzić - mówi dr Maciej Hilgier,
wiceprezes Polskiego Towarzystwa Badania Bólu. - Ból tylko uśmierzany, a nie
leczony, może przejść w przewlekły. Wtedy trudniej pacjentowi pomóc, bo np. w
przypadku bólu krzyża będziemy musieli go przeprowadzić przez fizykoterapię,
elektrolizę, laseroterapię, krioterapię czy masaże - przestrzega dr Hilgier.

We wszystkich bólach skuteczność leczenia sięga około 80 proc. Dobrze
sprawdzają się leki na bazie paracetamolu czy ibuprofenu. Trzeba jednak
zażywać je ostrożnie, bo choć jest mnóstwo leków przeciwbólowych, to
zawierają one tylko 12 substancji czynnych. W aptekach jest np. aż 27
preparatów na bazie paracetamolu. Często zdarza się, że pacjent bierze
najpierw jeden, potem drugi i trzeci, aż zaczyna wymiotować i z zatruciem
trafia do szpitala. A tam okazuje się, że wszystkie leki zawierały ten sam
składnik. - Czasem np. paracetamolu jest aż 0,5 g w tabletce, podczas gdy do
toksycznego uszkodzenia wątroby wystarczą zaledwie 4 g! - mówi dr Hilgier.

Wybierając lek przeciwbólowy, zawsze trzeba przeczytać ulotkę, sprawdzić
skład leku (jego główną substancję czynną), dawkowanie. Nigdy nie można łykać
tabletek na pusty żołądek. Najbezpieczniej popijać je wodą, bo niektóre
napoje wchodzą z lekami w interakcje (np. kawa, cola, sok grejpfrutowy).

Według OBOP Polacy wiedzę o lekach czerpią z własnego doświadczenia i z
reklam, na trzecim miejscu jest konsultacja z lekarzem. - Jeśli ból głowy czy
pleców pojawia się kilka razy w tygodniu lub kobieta ma bardzo bolesne
miesiączki, trzeba pójść do lekarza - ostrzega Maciej Hilgier. - Może jest to
już ból związany z nadużywaniem tabletek? Jeżeli cztery-pięć razy w tygodniu
sięgamy po lek, po jakimś czasie pojawiają się tzw. rykoszetowe bóle głowy,
czyli bóle po tabletkach. Ten problem może rozwiązać tylko lekarz.

---------------------------------------------------

kobieta.gazeta.pl/wysokie-obcasy/1,53581,2965780.html
Jaki lek na jaki ból?

red. 15-10-2005, ostatnia aktualizacja 13-10-2005 11:35


Wszystkie omówione poniżej leki można kupić w aptekach bez recepty.

APAP, Acenol, Anadin, Codipar, Cefalgin, Etoran, Panadol, Saridon (zawierają
paracetamol). Pomocny w bólach głowy, zębów, stawów, dolegliwościach
menstruacyjnych. W dawkach terapeutycznych paracetamol jest bezpieczny (można
go podawać niemowlętom od trzeciego miesiąca życia). W nadmiarze może jednak
powodować nudności, zawroty głowy i wymioty, a w konsekwencji uszkadzać
wątrobę. Jest absolutnie niewskazany dla osób odchudzających się. Podczas
kuracji nie można też pić alkoholu.

Aspirin, Bestpiryn, Etopiryna, Polopiryna, Upsarin C (kwas
acetylosalicylowy). Na bóle głowy, pleców, gorączkowe. Etopiryna zawiera
dodatkowo kofeinę, która ma potęgować działanie przeciwbólowe, ale nie
zostało to potwierdzone naukowo.

Kwas acetylosalicylowy podrażnia błonę śluzową żołądka, w większych dawkach
powoduje powstanie nadżerek i owrzodzeń. Działa przeciwzakrzepowo, więc może
przyczynić się do krwawień u osób z taką skłonnością. W dawce obniżającej
gorączkę (500 mg) nie powinien być stosowany dłużej niż cztery dni. Nie wolno
go podawać dzieciom do 12. roku życia.

Advil, Nurofen, Ibupar, Ibuprom (zawierają ibuprofen). Leki przeciwbólowe
działające także przeciwzapalnie. Często podawane przy bólach głowy, pleców,
stawów, zębów, menstruacyjnych, ale i infekcjach gardła, gdyż zmniejszają
obrzęk i ból.

W nadmiarze ibuprofen może powodować owrzodzenia żołądka, kurczy naczynia
nerkowe, a przy dłuższym stosowaniu prowadzi do niewydolności nerek. Nie
należy stosować go w chorobie wrzodowej, przy astmie i podczas ciąży.

Pyralgin, Scopolan, Tolargin (zawierają metamizol). Pomocne w bólach głowy,
stawów, bólach menstruacyjnych.

Nie powinny być stosowane przewlekle, gdyż mogą niekorzystnie wpływać na
szpik kostny, czego konsekwencją jest anemia, a nawet zanik szpiku.

Naproxen, Natrax, Aleve, Anapran Neo (naproksen sodu). Leki przeciwzapalne na
bóle stawów, bóle wzrostowe.

No-spa (zawiera drotawertynę). Działa rozkurczowo. Polecana na bóle
miesiączkowe, bóle skurczowe układu pokarmowego i moczowego. Mogą ją zażywać
kobiety w ciąży.

Ben-gay, Fastum żel, Butapirazol, Naproxen - maści działające miejscowo,
przeciwbólowo, przeciwzapalnie

Edytor zaawansowany
  • amoremio 16.10.05, 01:46


    Leniazatrudnię od zaraz! 2005-10-14 (10:59)

    Jak spać w pracy, jak zrobić szefa w balona, jak się migać od roboty? To
    tematy, które zajmują umysły setek tysięcy Polaków między godz. 8.00 a 18.00.

    Tuż po godz. 8.00 rano na sieci zaczyna się ruch. "Cześć" - pisze pierwsza
    osoba, "heja" - druga, "elo" - kolejna. Po chwili padają magiczne liczby: 7 h
    29 min, 6 h 40 min, ktoś podaje cyfrę 1 i kończy ją symbolem uśmiechu. Po tym
    wpisie posty stają się entuzjastyczne. "Szczęściarz", "Bracie, masz fajnie!!!".
    Ta wyliczanka to czas, który pozostał do końca pracy uczestnikom internetowego
    forum o dźwięcznej nazwie Ludzie Opierdalający się w Pracy. Posty nieprzerwanie
    spływają przez całą dobę.

    Jest ich już kilka tysięcy - z poradami, prośbami.

    Zabić czas

    Na forach w czasie trwania godzin pracy można spotkać najczęściej prawników,
    urzędników, specjalistów do spraw marketingu, dziennikarzy, pracowników
    kadrowych. Przez osiem godzin wynajdują zajęcia, które pozwolą im jak
    najprzyjemniej zużyć czas na twórcze obijanie się podczas pracy. Dozwolone są
    wszystkie chwyty: symulowanie choroby, kłamstwo, wymówki.

    Największą zmorą leserów jest czas. Co robić, aby płynął szybciej - to temat
    najczęściej poruszany przez ludzi, którzy markują robotę. Twórczość w tej
    dziedzinie nie ma sobie równych.

    "Fajnie, że jest takie grono, bo już nie wyrabiam tu czasami (w pracy - przyp.
    red.), hyhy. Standardowe zabijanie czasu przy braku pracy to tak, jak
    opisaliście: gg, pierdoły z netu, grono. Od siebie dodam jeszcze czytanie
    recenzji filmów na film.onet po 10 razy, czasami podlanie kwiatów, sprzątanie
    biurka, kiedy już nic nie mogę znaleźć itp. pozdrawiam i lecę na kawę:)" -
    pisze "Mała Czarna" z Warszawy.

    Wśród obijaczy bardzo popularne jest także oglądanie stron internetowych oraz
    gra w sieci. Oba te zajęcia zyskują wielkie powodzenie.

    Ale takie obijanie jest obijactwem pasywnym. Ogranicza się najczęściej do
    przebywania w firmie i markowania pracy przy swoim stanowisku. Bardziej
    wtajemniczeni rozwijają twórcze obijanie, przekuwając je w drugi urlop. Celuje
    w tym kadra menedżerska i handlowcy.

    Grill twoim przyjacielem

    - Obijanie można dobrze uskuteczniać po kilku miesiącach pracy w firmie.
    Niezwykle ważne jest wtedy wyrobienie sobie kontaktów - tłumaczy proszący o
    zachowanie anonimowości handlowiec. - Trzeba znaleźć firmę, w której pracują
    miłe kobietki, umiejętnie podejść i tak zakręcić, aby w razie kontroli
    świadczyły na twoją korzyść. Kiedy dzwoni do nich mój szef, kłamią, że właśnie
    wyszedłem. W ten sposób spędzam jeden dzień w tygodniu na grillu z
    przyjaciółmi, też handlowcami z innych firm. Jest to praktycznie nie do
    wykrycia. Proszę mi uwierzyć, aby ukryć leserstwo, handlowiec wymyśla cuda na
    kiju. Specjalny sposób na markowanie pracy wymyśla także kadra menedżerska:

    - Chodzę z zebrania na zebranie, to się nazywa burza mózgów. Ludzie, jakie tam
    pierdoły mówią, ile ściem pada na dany temat do przerobienia! Często
    zastanawiam się nad kondycją umysłów tych ludzi! I tak dzionek mija od zebrania
    do zebrania, ale jacy oni są kreatywni, mój Boże, wszystko, co wypłodzą w tych
    chorych umysłach, trzeba dostosowywać do procesów produkcyjnych po swojemu i
    lepiej im o tym nie mówić, bo znowu zaczną burzę... - pisze w
    internecie "Menedżer".

    Jeden z menedżerów firmy zatrudniającej 300 osób najczęściej drugi urlop
    wyrabia podczas firmowych szkoleń. Dwa razy w tygodniu samolotem lub samochodem
    (zwrot kosztów podróży) udaje się do miasta na cały dzień. Szkolenie trwa od 4
    do 5 godzin. Po szkoleniu (najczęściej prowadzi je dyrektor oddziału, menedżer
    je nadzoruje, czasami coś powie) służbowy obiad (na koszt firmy), po godz.
    15.00 - czas wolny. Hotel, basen, siłownia, sauna. Powrót do domu w nocy lub
    rano.

    Kontrola? Wolne żarty!

    Problemami obijacza są szef i niezapowiedziane kontrole. Istnieją jednak i na
    to sposoby.

    Mówi psycholog, trzy lata pracująca w szkole ponadpodstawowej w Łodzi: -
    Sposobów na szefa jest kilka, ja stosuję trzy. Pierwszy - idę do biblioteki
    posiedzieć na gronie (www.grono. net.), a maskuję to, otwierając różne okienka
    internetowe (najlepiej Urzędu Miasta Łodzi) i udaję, że szukam nowych ważnych
    komunikatów. Drugi - ucinam sobie drzemkę, zamykając drzwi. Śpię wtedy zwykle
    dość czujnie. Jeśli usłyszę, że ktoś się dobija - to wtedy się podnoszę,
    ogarniam, otwieram drzwi i udaję, że czytam. Trzeci, żeby zatuszować swoje
    lenistwo, od czasu do czasu biegam po pracy do różnych ludzi z zapytaniami i
    sprawami itd. Energicznie się dopytuję i rozmawiam. Wtedy robi to wrażenie, że
    niby taka aktywna jestem.

    Ciekawym rozwiązaniem jest także skorzystanie z pomocy informatyka, który może
    zaprojektować specjalną tapetę imitującą strony urzędowe lub rządowe. W razie
    niespodziewanego nalotu szefa jednym kliknięciem myszy można uruchomić program
    i symulować pracę. Obijactwo potrzebne

    Ludzie Opierdalający się w Pracy działają świadomie i z premedytacją. Jako
    jednostki inteligentne potrafią uporać się z powierzonymi im obowiązkami w trzy
    godziny, a nie w osiem. A co robić z kolejnymi pięcioma?

    - Niestety jesteśmy przyzwyczajeni do siedzenia ośmiu godzin przy biurku - mówi
    Jarosław Kowalski, psycholog, specjalista do spraw psychologii pracy. - Nawet
    jeżeli pracownik wykona swoje zadanie szybciej i tak musi odsiedzieć swoje. Nie
    wychyla się, bo jest to źle widziane przez jego kolegów. A jak szef zobaczy, że
    dobrze i szybko pracuje, dołoży mu jeszcze obowiązków. To sztywne trzymanie się
    zasad jest główną przyczyną obijactwa.

    Jak wynika z badań przeprowadzonych w USA, kraju o największej wydajności
    pracowników, każdy pracownik obija się przeciętnie dwie godzinny dziennie w
    pracy, nie wliczając w to regulaminowych przerw, np. na lunch. Badania
    przeprowadzono przez America Online i Salary. com wśród 10 tys. Amerykanów. Co
    najciekawsze, zgadzają się z nimi także specjaliści, którzy na co dzień
    odpowiadają za rekrutację w firmach i za ich prawidłowe funkcjonowanie.

    - Chwile nicnierobienia są w pracy konieczne, ponieważ nikt nie jest w stanie
    pracować nieprzerwanie przez 8 czy nawet 12 godzin dziennie - mówi Konrad
    Pluciński, psycholog, specjalista do spraw rekrutacji. - Brak przerw w pracy
    jest powodem spadającej efektywności i może być szkodliwy dla zdrowia.

    Mimo coraz lepszego nadzoru ze strony pracodawców, w tej małej wojnie na razie
    górą są pracownicy. Choć nie wiadomo, jak długo. Pracodawcy śledzą handlowców
    za pomocą komórek, monitorują sieć, starają się kontrolować każdy ruch
    pracownika. W tej wojnie czeka ich jeszcze niejedna potyczka i pułapka.

    Maciej Petrycki

    Nieroby też potrzebne

    Konrad Pluciński, specjalista ds. rekrutacji: - Najbardziej frapującym
    zjawiskiem są osoby ewidentnie obijające się w pracy, ale niezwykle potrzebne
    do prawidłowego działania firmy. Podczas analizy zatrudnienia, jaką
    przeprowadzałem w wielu firmach, i to zarówno dużych, jak i średnich, wyłaniał
    się oto taki obraz: z ekonomicznego punktu widzenia aż 1/5 pracowników jest
    firmie niepotrzebna. Natomiast część z nich tworzy niezwykle ważną grupę, bez
    której działanie firmy jest nierealne, patrząc na płaszczyznę relacji
    międzyludzkich. Takie osoby to np. przysłowiowa pani Zosia, która nosi szefowi
    herbatę i z nim rozmawia, co zapobiega wybuchom złości u pryncypała. To może
    być pan Tomek, który radością i optymizmem powoduje u innych pracowników dobry
    humor. Co ciekawe, usunięcie takich z pozoru nicnierobiących zazwyczaj grozi
    firmie katastrofą. Dlatego przestrzegam przed pochopnym szufladkowaniem
    firmowych nierobów.

    media.wp.pl/drukuj.html?wid=8039439&kat=39754&ticaid=45e9
  • amoremio 16.10.05, 01:49
    Spoglądając na Moskwę - Andrzej de Lazari

    Nie jesteśmy dla Rosjan autorytetem i nie mamy im czym zaimponować.
    Przestańmy ich nauczać i pouczać


    Dziwna jest ta polska „polityka wschodnia”. Wydawałoby się, że powinna być
    przede wszystkim sztuką użytkową, a tu – wielkie puste słowa, sentymenty, duch
    romantyzmu i całkowity brak pomyślunku praktycznego, pozytywistycznego.
    Wybałuszamy oczy na polityków zachodnich, którzy, nie oglądając się na nas,
    poklepują przyjaźnie Putina po ramieniu i robią z Rosją kokosowe naftowe i inne
    interesy. Jak to – a my? Przecież Rosję znamy lepiej, jesteśmy mostem między
    nią a Zachodem – macie chodzić przez ten most! A że most dziurawy, załatajcie
    sobie. Nic o nas i o Rosji bez nas! Bóg jest z nami! Rosja kala nasze wartości!
    To barbarzyńcy, dzieciobójcy. Gdzie wasza europejska solidarność? W rurze przez
    Bałtyk?

    Rusofobi wszystkich krajów, łączcie się!

    Oczywisty jest fakt, że społeczeństwa wyzwolone spod dominacji komunizmu są
    uprzedzone do Rosji, prawnej sukcesorki ZSRR, i nie zawsze chcą dostrzec, że
    główną partią opozycyjną wobec rządów Putina są komuniści. Niektórym
    komentatorom zbyt łatwo przychodzi przyrównywanie Putina do Stalina oraz
    zrównywanie Rosji z ZSRR. Stąd swoiste „antyrosyjskie lobby” Bałtów, do którego
    Polacy przystąpili bez zastanawiania się i z satysfakcją. Wszystkich nas
    uradowała Ukraina. Swojego Wałęsy ani Walentynowicz co prawda nie mieli, ale
    znalazła się para oligarchów, która w społeczeństwie całkowicie pozbawionym
    świadomości prawnej, skorumpowanym do cna potrafiła przejąć władzę, obnażając
    na chwilę korupcję i znajdując jednoczącego część mieszkańców wroga – Rosję.
    Uradował nas przede wszystkim ten wspólny wróg i nie chce nam się wierzyć, że
    za chwilę na Ukrainie mogą się obudzić nie mniej silne fobie antypolskie. Rosja
    ze swoją naftą i rynkiem potrzebna jest Ukrainie i owym oligarchom bez
    porównania bardziej niż polskie zarozumialstwo. Potrzebne są im też pieniądze,
    których Polska nie ma, a mają je na Zachodzie ci, którzy z Rosją dobrze żyją. I
    sporo pieniędzy zachodnich trafi na Ukrainę przez Rosję, a nie przez Polskę.
    Przesłanie Giedroycia i Mieroszewskiego już się spełniło – Ukraina jest wolna,
    jednak jej wolność wcale nie musi być tożsama z antyrosyjskością, bo nie będzie
    się to opłacało ani jej, ani oligarchom ukraińskim, którzy sprawują władzę.
    Polska jest tylko pionkiem w tej grze i przykro, że nasi ministrowie nie zdają
    sobie z tego sprawy. Rok temu Włodzimierz Cimoszewicz
    zakomunikował: „Stworzenie Ukrainie, Mołdawii i Białorusi perspektywy
    członkostwa w Unii i NATO jest naszym zadaniem strategicznym numer jeden (...).
    Musimy zbudować wewnątrz Unii lobby krajów myślących podobnie o polityce
    wschodniej”. Przepiękna romantyczna utopia. W ramach takiego myślenia,
    oderwanego od „żywego życia” (jak powiedziałby romantyk Dostojewski),
    Cimoszewicz mógłby spokojnie dopisać do tej listy i Rosję. Nie zrobił tego,
    gdyż Rosja potrzebna mu była do roli wroga, przeciwko któremu mamy się
    zjednoczyć. Nie wziął pod uwagę faktu, że zaprogramowanie kulturowe mieszkańców
    Ukrainy, Mołdawii i Białorusi jest krańcowo różne od zaprogramowania
    europejskiego; jest natomiast bardzo bliskie zaprogramowaniu rosyjskiemu – z
    kolektywizmem, brakiem świadomości prawnej w ogóle i szacunku dla praw
    jednostki-obywatela w szczególności, z dużym dystansem władzy od społeczeństwa
    itd. Przecież Białorusini z radością przyłączyliby się do Rosji, a nie do
    żadnej UE, gdyż przy braku świadomości obywatelskiej, świadomość narodową
    posiada tam jedynie garstka opozycji. Ukrainę i Mołdawię ratuje przed chęcią
    połączenia z Rosją nacjonalizm sporej części ich mieszkańców. I tylko on. A od
    kiedy nacjonalizm jest wartością w UE? Szanse Ukrainy i Mołdawii na
    przystąpienie do Unii w najbliższym półwieczu są minimalne, Białorusi – żadne.
    Po co więc antagonizować Rosję?

    Sobiepaństwo

    „To, co uprawia Rosja, przynajmniej w sektorze paliwowym w krajach Europy
    Środkowej, to nowy imperializm gospodarczy”, palnął swego czasu były szef UOP,
    Zbigniew Siemiątkowski. I nikt nie dał mu po łapach za głupotę polityczną i
    dyplomatyczną oraz brak profesjonalizmu. Niedojrzałość Siemiątkowskiego i jemu
    podobnych polega na tym, że bzdurzą sobie, że wciąż istnieje sprawna instytucja
    pod nazwą Rosja, która jest w stanie kontrolować każdy element rzeczywistości.
    Nikomu do głowy nie przyjdzie, że skoro poza kontrolą instytucji pod nazwą
    Polska mogli/mogą działać sobiepańsko Kulczyk, Pęczak, Dochnal i wiele innych
    prominentnych osób, w Rosji taka działalność jest jeszcze częstsza i
    łatwiejsza. Skoro w Polsce nie ma szacunku dla państwa, bo prawo działa
    niezwykle opieszale, tym bardziej brak tego szacunku w Rosji, gdyż tam
    świadomość prawna jest w powijakach. I skoro w Polsce dr Kulczyk może być
    dłużny gen. Czempińskiemu milion złotych za jakieś usługi, tym bardziej
    niejeden oligarcha rosyjski może nieźle opłacać Ałganowa za obiady z
    Kulczykiem. Ale jaki to ma związek z instytucją Rosja? Przecież „rosyjski”
    sektor paliwowy jest w prywatnych rękach. Rosja państwo próbuje mieć nań wpływ
    na tej samej zasadzie, jak na Orlen chce mieć wpływ Polska państwo, gdyż
    Bieriezowski, Gusinski, Chodorkowski, Ałganow wraz z Pęczakiem, Dochnalem i
    Czempińskim instytucję państwa mają w małym poważaniu.
    Brakiem profesjonalizmu wykazał się również oficjalny przedstawiciel polskiego
    MSZ, Aleksander Chećko, nazywając zabicie Asłana Maschadowa „nie tylko
    przestępstwem, ale także polityczną głupotą i wielkim błędem”. I znowu nikt się
    nie zająknął, że myśleć sobie tak mógł, jednak jako urzędnik państwowy nie miał
    prawa tego powiedzieć dziennikarzom. Jego szef, Adam Daniel Rotfeld, również
    nie popisał się dyplomatycznym taktem, gdy podczas wykładu w warszawskim
    Collegium Civitas stwierdził, że zabicie Maschadowa „to nie tylko zbrodnia, ale
    błąd polityczny”. Takie „ładne” wypowiedzi polskich zarozumiałych „romantyków”
    ani Czeczenom nie pomagają, ani nie dodają splendoru polskiej dyplomacji. Są
    psu na budę, rosyjskim nacjonalistom na pociechę, a zachodnim politykom na
    argument o polskiej rusofobii. „Strona polska – zdaniem MSZ Rosji – ma wyraźnie
    wypaczone wyobrażenie o tego rodzaju procesach i o walce z międzynarodowym
    terroryzmem jako takim (...). Nasuwa się pytanie, czy Polska w podobnych
    słowach będzie wyrażać ubolewanie z powodu likwidacji terrorysty Szamila
    Basajewa, widniejącego na antyterrorystycznej liście sankcyjnej ONZ, lub Osamy
    bin Ladena?”. Dziennikarz „Wprost”, Grzegorz Sadowski, oceniając powyższą
    wypowiedź, stwierdził, że „mamy prawo do własnej oceny sytuacji” oraz
    że „Polacy aż nadto dobrze wiedzą, że nie każdy, kogo Moskwa okrzyknie
    terrorystą, zasługuje na śmierć. I nie wszyscy muszą temu przyklasnąć.
    Politycznym błędem i głupotą jest od nas tego żądać. Najgorsze jest to, że w
    zbliżającą się 52. rocznicę śmierci Stalina jego zasady są wciąż żywe”.
    Podobnie myśleli zapewne warszawscy radni, decydując, że Dżochar Dudajew będzie
    patronem ronda na skrzyżowaniu Al. Jerozolimskich z ul. Popularną. Pyszny
    polski romantyzm triumfuje.

    Więcej pragmatyzmu

    Polscy politycy, a w ślad za nimi dziennikarze (niekiedy odwrotnie) uparcie nie
    chcą uświadomić sobie faktu, że po raz pierwszy od czasów Stołypina mają do
    czynienia w Rosji z włodarzem do bólu pragmatycznym, dla którego liczy się
    wyłącznie zysk – gospodarczy i polityczny. Wszelkie sentymenty – od
    przywrócenia melodii hymnu sowieckiego i oddania armii czerwonego sztandaru do
    pokłonów w cerkwi i świętowania Dnia Zwycięstwa – wykorzystuje do odbudowy
    autorytetu państwa. Podobać
  • amoremio 16.10.05, 01:59
    miasta.gazeta.pl/katowice/1,35068,2967287.html
    Opowieści roztomajte - Kazio Wielki


    Michał Smolorz 13-10-2005 , ostatnia aktualizacja 13-10-2005 22:24


    Drodzy Państwo, idą lepsze czasy, przed nami wielka, świetlista przyszłość.
    Wysunięty przez PiS kandydat na premiera Kazimierz Marcinkiewicz złożył
    uroczystą deklarację, że jego życiowym idolem jest król Kazimierz Wielki i jego
    historyczne dokonania.

    Pan quasi-premier nie uściślił, które dzieła naszego władcy aż tak go
    pasjonują, że chce je naśladować. Być może chodzi o słynną Polskę drewnianą i
    Polskę murowaną, ale to raczej chybiony zamysł. Ostatnie trendy są bowiem
    odwrotne, drewno znów jest w modzie. Poza tym dzieła dopełnił Edward Gierek,
    który zostawił nam Polskę całkowicie zabetonowaną, więc co tu jeszcze murować?
    Po epoce sukcesu ocalało trochę drewnianych domów i kościółków, nad którymi
    dziś troskliwie pochylają się konserwatorzy. Trudno uwierzyć, że pierwszy
    minister nakaże wszystko rozebrać i wymurować. Raczej nie mieści się to w
    programie jego partii.

    Może więc chodzi o męskie walory króla? Kazimierz Wielki zasłynął
    spektakularnymi gwałtami, także na paniach z bliskiej rodziny, poza tym chętnie
    rzezał i okaleczał niepokornych, którzy wchodzili mu w drogę. Tu należy się
    zastanowić. PiS promuje bogobojne życie rodzinne, więc nieposkromione chucie
    króla raczej nie nadają się do naśladowania. Czyżby chodziło o wyłupianie oczu
    wrogom politycznym - może Marcinkiewicz miał na myśli komunistów? Deklaracje
    szefa partii, że trzeba tę grupę trwale odsunąć od władzy, mogą zawierać i
    takie sugestie. Nie, to nie przejdzie, trzeba by najpierw wystąpić z Unii i
    wypowiedzieć kilka międzynarodowych konwencji, więc ta część aktywności króla
    również nie wchodzi w grę.

    Mam! Przecież to nikt inny, jak Kazimierz Wielki w 1348 roku "ostatecznie i po
    wsze czasy" zrzekł się praw do Śląska na rzecz panujących w Czechach
    Luksemburgów. Domyślam się, że to jest ta część spuścizny po królu, na którą
    powołuje się Kazimierz Marcinkiewicz. Kochani, spójrzmy co nas czeka - PiS odda
    Śląsk Republice Czeskiej, na Brynicy znów stanie punkt graniczny! Nie spełnią
    się wprawdzie marzenia niektórych działaczy Ruchu Autonomii Śląska, by ci z
    Zagłębia musieli okazywać paszporty i wizy (niestety, oni też będą w Unii, więc
    wystarczą im dowody osobiste), ale zawszeć to przyjemniej, kiedy na moście
    między Szopienicami a Sosnowcem znów jak dawniej konduktor
    zawoła: "Ausweiskontrolle!". Niejednemu łezka z oczu popłynie.

    Stolicę będziemy mieli w Pradze, nikt już nie powie, że "warszawka" nami
    rządzi. Prezydent rezydować będzie na Hradczanach i to wybierany bez emocji
    przez deputowanych. Ileż milionów na powszechne wybory można będzie oszczędzić!
    Obowiązywał będzie polityczny trójpodział na Czechy, Morawy i Śląsk - zupełnie
    jak w Wielkiej Brytanii: Anglia, Walia, Szkocja i Irlandia Północna. Obejmie
    nas uznawana w tej republice narodowość śląska, nie będziemy musieli toczyć
    procesów przed trybunałami o uznanie naszej tożsamości.

    No i najważniejsze: piwo tańsze niż w Polsce i to jakie! Ku temu szynkarz
    pieczołowicie budujący trwałą piankę w kuflu i marynowane parówki z wielkiego
    słoja na zagrychę. Na okrasę gładkie jak stół autostrady z zachodu na wschód i
    z północy na południe oraz "szkodowka" jako narodowy wóz - czyli Volkswagen.
    Paliwo, niestety, droższe niż w Polsce, a w dodatku diesel w tej samej cenie co
    benzyna, ale tyle można przeboleć - najwyżej raz w tygodniu podskoczymy do
    Sosnowca zatankować.

    Ależ tak! Tej idei pana Kazimierza Marcinkiewicza należy zdecydowanie
    przyklasnąć.

    Nie wiem wprawdzie, co na to powie aktyw PiS-u, ale to już nie moje
    zmartwienie. Niech żyje nowy Kazio Wielki!

  • fyrlok 17.10.05, 01:11
    Spór (o przeszłość dziadka Tuska) rzuca też światło na życie milionów ludzi
    mieszkających na styku między Polską i Niemcami -na Kaszubach, Mazurach, Górnym
    Śląsku. Ich język oraz społeczne i polityczne postawy, szczególnie w czasach
    wojny, nie dadzą się wtłoczyć w wyznaczony z góry narodowo-państwowy schemat -
    uważa komentator.


    >>> o! (czyli tzw.wolacz)

    ----------------

    wiadomosci.gazeta.pl/wybory2005/1,69307,2965724.html
    "Die Welt": "Walka wyborcza za pomocą Wehrmachtu"


    PAP 13-10-2005, ostatnia aktualizacja 13-10-2005 10:57

    Niemiecki dziennik "Die Welt" skrytykował w czwartek próbę zakwestionowania
    przez członka sztabu wyborczego Lecha Kaczyńskiego narodowej lojalności
    kandydata na prezydenta Donalda Tuska.

    "Uczestnicy kampanii wyborczej powinni właściwie wiedzieć, że dzieci nie
    odpowiadają za swoich rodziców, a już z pewnością wnuki nie odpowiadają za
    swoich dziadków" - zauważył na wstępie komentator. Sztabowcy narodowych
    konserwatystów próbowali jednak podważyć tę prostą zasadę, zarzucając Tuskowi,
    że jego kaszubski dziadek służył w Wehrmachcie, "i to jako ochotnik".

    Cała akcja spaliła na panewce - ocenił "Die Welt". Polskie media skrytykowały
    ją, a jeden z arcybiskupów zauważył, że poszukiwanie "żydowskiej babki" czy
    też "krewnych na Zachodzie" przypomina "ciemne czasy totalitarnego socjalizmu".

    Zdaniem "Die Welt" Lech Kaczyński dystansował się od akcji swoich
    współpracowników zaledwie "małymi kroczkami", co potwierdza wrażenie, że
    szukanie wrogów, nawet jeżeli są to sprawy sprzed dwóch pokoleń, jest
    jego "ulubionym zajęciem".

    Spór (o przeszłość dziadka Tuska) rzuca też światło na życie milionów ludzi
    mieszkających na styku między Polską i Niemcami -na Kaszubach, Mazurach, Górnym
    Śląsku. Ich język oraz społeczne i polityczne postawy, szczególnie w czasach
    wojny, nie dadzą się wtłoczyć w wyznaczony z góry narodowo-państwowy schemat -
    uważa komentator.

    "Die Welt" zwraca uwagę, że Tuskowi zarzucono także
    reprezentowanie "niemieckiego punktu widzenia" w sprawach historycznych i nie
    tylko. "To pozwala domyślać się, że także w przyszłości żaden polityk w Polsce
    nie pozwoli sobie zapewne na bardziej elastyczne podejście do sporu o Centrum
    przeciwko Wypędzeniom" - czytamy.

    Gazeta podkreśla, że z Polski dochodzą jednak też bardziej pozytywne
    wiadomości. "W pierwszej turze wyborów prezydenckich narodowi konserwatyści,
    którzy wykorzystują obawy przed Niemcami, uzyskali najgorsze wyniki właśnie na
    terenach położonych wzdłuż granicy na Odrze i Nysie. Ten, kto zna +złego+
    sąsiada, ten wie, że można żyć z nim w pokoju" - stwierdza
  • fyrlok 17.10.05, 01:46
    www.spiegel.de/spiegel/0,1518,379975,00.html

    17. Oktober 2005 Druckversion | Versenden | Leserbrief

    ZEITGEIST

    Der Tanz um die Lust

    Von Ariadne von Schirach

    Je pornografischer unsere Gesellschaft wird, desto mehr hat sie die Lust an der
    Fortpflanzung verloren. Die ständige Überschwemmung mit Reizen stellt vor allem
    das weibliche Begehren vor unlösbare Paradoxe.

    Der erste nackte Hintern, den ich jemals gesehen habe, war der von Patrick
    Swayze in "Dirty Dancing". Es war ungeheuerlich gewesen, damals. Vor kurzem
    habe ich den Film wiedergesehen. Sie küssten sich, es war die Nacht nach dem
    großen Mambo. Blende, der nächste Morgen. Er steht auf, und für eine
    millionstel Sekunde blitzt ein bisschen Hinterteil. Ich spulte zurück. Es wurde
    nicht mehr. Ich spulte wieder. Konnte das sein? Konnte dieser Sekundenbruchteil
    nackter Haut mich einmal in Erregung versetzt haben? Dreckig tanzen? Hintern?
    Da ist schon im Frühstücksfernsehen mehr los.



    Film "9 Songs" von Michael Winterbottom (2004): "Wohin mit unserer Erregung?"
    Was ist passiert, denke ich mir, als ich ziemlich ungerührt das letzte Video
    von Shakira, "La tortura", betrachte. Irgendjemand hat sie mit schwarzem Zeug
    eingeschmiert, und sie windet sich schier endlos am Boden herum. Die Körper
    sind explodiert und die Anteilnahme erkaltet. Nur die Erregung ist geblieben.
    Leben wir in einer pornografischen Gesellschaft?

    Pornografie schafft ein Begehren, das nicht erfüllt wird. Das führt zu
    Frustration, und die Depression ist nur einen Seufzer weit entfernt. Wenn der
    Rapper Akon wochenlang die Hitparaden damit quält, wie einsam er ist, hat er
    damit einen wunden Punkt getroffen. Der Druck ist gestiegen: Der Einzelne ist
    immerwährend mit einer massiven kulturellen Produktion von unerreichbaren
    Vorbildern konfrontiert.

    Wie gut die aussehen! Wie schlank, geschmeidig und geschmackvoll gekleidet! Und
    seit wir wissen, was bei Pamela Anderson oder Paris Hilton im Bett abgeht, ist
    klar, dass wir allen Grund haben, neidisch zu sein. Wir sind umgeben von
    Titten, Ärschen und Waschbrettbäuchen, und das ist nur die glitzernde
    Oberfläche der Fernseh- und Werbewelt. Die Profis surfen schon lange im
    Internet, auf geschätzten 1,3 Millionen Porno-Websites mit insgesamt 260
    Millionen Seiten. Es stellt sich nur die Frage, wohin mit unserer Erregung?

    Als ich neulich in einem Club war und mir was zu trinken holte, ist mir das T-
    Shirt einer jungen blonden Barfrau aufgefallen. Es war weiß, eng und ärmellos,
    und darauf stand: PORNO, ADORNO. Ich sagte "Cooles T-Shirt" und beauftragte
    einen Freund, Erkundigungen einzuholen. Ich wollte es wissen. Verkauft man so
    was jetzt für teures Geld in den guten Boutiquen? Weiß sie, wer Adorno war? Was
    würde Adorno von diesem T-Shirt halten? Mein Freund kam zurück.

    "Ja, und?"

    "Sie hat mich bissig angeschaut, als ich sie gefragt habe, ob sie Adorno kennt.
    Und dann hat sie gesagt, sie hätte das T-Shirt selbst gemacht."

    Als ich dann das Souterrain meiner Videothek besuchte, war ich ziemlich
    überrascht von den Männern, die mir dort begegneten. Irgendwie hatte ich noch
    eine vage Vorstellung von Schmuddel-Bert im Kopf, aber der da stand, belehrte
    mich eines Besseren - ein smarter Anzugtyp, der ungeniert um die Spezialitäten
    herumstrich. Und ein niedlicher Mitte-Boy, stilecht mit Freitag-Umhängetasche,
    blätterte sich hinter meinem Rücken selbstvergessen durch die Regale.

    Das stilsichere Update hätte mich nicht überraschen müssen, der weitaus größte
    Anteil der Kunden sind Männer, und natürlich gehören auch die Coolen aus der
    Szene mit dazu. Die angesagtesten Schuppen in Paris sind mittlerweile Porno-
    Bars mit Table-Dance.

    Auch bei uns ist Pornografie mittlerweile gesellschaftsfähig. Doch da stellt
    sich die Frage: Verschleudert Deutschland so sein Potential? Ist hier der Grund
    für die unaufhaltsam scheinende Methusalemisierung? Ist Selbstbefriedigung ein
    primär männliches Problem? Offenbar nicht.

    Die typische Reaktion auf Pornografie ist Masturbation. Wenn wir in einer
    pornografischen Gesellschaft leben, hieße das auch, dass wir in einer
    Masturbationsgesellschaft leben. Wer nur noch mit heruntergelassenen Hosen oder
    hochgezogenem Rock vor dem Rechner sitzt, hat kein Interesse mehr an
    Partnerschaft.

    Die Allgegenwart begehrenswerter Körper und das Wissen, nie so auszusehen,
    schaffen ein paradoxes Geflecht aus Frustration und Begehren. Nur die selbst in
    die Hand genommene Triebabfuhr kann da noch helfen. 90 Prozent der Männer und
    86 Prozent aller Frauen machen es regelmäßig. Der Anteil weiblicher Onanisten
    schnellte in den vergangenen 30 Jahren um 50 Prozent in die Höhe. Catherine
    Breillat zeigt in ihrem Film "Romance" eine Frau, die angesichts der
    Verweigerung ihres Gefährten hungrig durch die Stadt streift. Wenigstens geht
    sie noch aus!

    In den Siebzigern war Masturbation noch eine eher persönliche Angelegenheit,
    und der Künstler Vito Acconci legte sich für seine Performance "Seedbed" 1972
    für drei Wochen in einen Holzverschlag, in welchem er unablässig onanierte.
    Zeitgenössische Kunst, wie eine Werkserie von Sarah Lucas (1999), zieht eine
    indirektere Verbindung zwischen Masturbation und Entfremdung. In dieser Arbeit
    verwendet die Künstlerin naturalistisch nachgegossene rechte Männerarme mit
    aufnahmebereiter Handstellung. Einer befindet sich an passender Stelle im
    Innenraum eines Autos, das Werk trägt den Titel: "No Limits!" Wir sind
    frustriert. Und entweder onanieren wir bis zum Tennisarm, oder wir müssen an
    unserer Sexyness arbeiten. Doch es geht um mehr. Ums Überleben.

    Sicher, Erfolg macht sexy, doch heutzutage muss man sexy sein, um Erfolg zu
    haben. Dann ist man noch mehr sexy. Und das qualifiziert einen irgendwann zur
    Fortpflanzung. Wenn man dann nicht schon zu alt ist. Aber das ist ja heute
    nicht mehr so ein Problem, wir werden schließlich alle immer jünger.

    Wir müssen also sexy werden. Wie man das anstellt, das ist eine wichtige Frage.
    Frauenzeitschriften und die neuen Männermagazine sind da aufschlussreich. Also
    erst mal abnehmen, am besten noch Sport machen. Dass Mode sich mit nackter Haut
    verkauft, ist ja von gestern. Als ich vor kurzem am Alexanderplatz vorbeifuhr,
    sah ich auf einer gigantischen Werbetafel ein schönes blondes Mädchen
    abgebildet. Sie hatte einen kurzen blauen Rock an, und ein enganliegendes T-
    Shirt, auf dem geschrieben stand: "Still Single".

    Wahrscheinlich verkauft das zuständige Bekleidungsunternehmen die T-Shirts
    auch. Selbstmarketing ist immer wichtiger geworden, und es scheint nicht
    verkehrt, auf den eigenen Status - noch zu haben! - aufmerksam zu machen. Aber
    wie gehen die Frauen damit um?

    Wer sie nachts in Berliner Clubs beobachtet, kann sich des Eindrucks nicht
    erwehren, dass sie es ziemlich lässig nehmen. Toller Körper, trendiges Styling,
    guter Job oder fundierte Ambitionen, einen Drink in der Hand und funkelnde
    Augen. Jägerinnenaugen.

    Vielleicht hat die Emanzipation endlich doch gesiegt, denke ich mir, als ich
    ein Rudel dieser Frauen an der Theke sehe. Es fällt auf, dass sich von Zeit zu
    Zeit Männer annähern, oft in einer Art Balztanz, die werden dann charmant
    angelächelt, und manchmal löst sich ein Paar von der Theke und geht fort. Doch
    die Frauen kehren immer wieder zurück. Meist allein.

    Dann lässt sich beobachten, wie der selbstbewusste Pulk sich allmählich
    auflöst, und die Qualität der Balztänzer langsam abnimmt. Auch Kleine, Dicke
    mit Cap werden angelächelt. Aber für so was ist man sich zu gut, auch wenn die
    Nacht schon fortgeschritten ist und die Füße schmerzen. Und so wird entweder
    getanzt, oder es wird gegangen. Und ein Hauch von Frustration hängt in der Luft.

    Wo sind unsere Männer, scheinen die schönen Gesichter zu fragen, wo sind die
    inte
  • fyrlok 17.10.05, 01:48
    Wo sind unsere Männer, scheinen die schönen Gesichter zu fragen, wo sind die
    intelligenten, attraktiven und tatkräftigen Männer hin, die wir uns verdient
    haben mit unserem perfektem Style?

    Die Hinweise häufen sich. Rund ein Drittel der deutschen Bevölkerung soll sich
    angeblich regelmäßig auf Sexseiten im Internet vergnügen. Es gibt Seiten, die
    ein komplettes Porno-Alphabet anbieten, jede nur erdenkliche Neigung, kunstvoll
    sortiert, der alte de Sade hätte seine helle Freude gehabt.

    Einige werben mit der Garantie auf einen Orgasmus innerhalb von 30 Sekunden.
    Das gilt dann für die billige Fleischbeschau. Daneben gibt es aber Frauen wie
    den glamourösen Fetisch-Star Dita von Teese, die begriffen hat, was ins Herz
    unserer Lust, der weiblichen Lust trifft: Inszenierung, Verhüllung und
    Verführung. "Ich bin nicht das Mädchen, das sich auf einer Party betrunken den
    Pullover hochreißt", sagt sie und wählt luxuriöse Dessous und das makellose Pin-
    up-Styling der vierziger Jahre.


    Ariadne von Schirach, 27, ist Philosophie-Studentin an der Humboldt-Universität
    in Berlin.

    Doch perfekt geschminkte und devote Frauengesichter, die nur darauf zu warten
    scheinen, dass man sie stöhnen lässt, und die noch in den absurdesten
    Verrenkungen beängstigend viel Wert auf korrekt lackierte Fingernägel legen,
    sind mittlerweile universell. Befriedigung ist nur einen Mausklick entfernt.
    Der Umsatz der weltweiten Online-Porno-Industrie geht in die Milliarden.

    Und draußen? Werden Frauen zu Jägerinnen, Männer zu Gejagten. Jetzt zieht ein
    schöner Jüngling ähnlich viele begehrliche Blicke auf sich wie früher ein
    rattenscharfes Bunny. Daraus ergibt sich eine ganz neue Verhaltensweise, der
    ästhetisch-narzisstische Rückzug. Eingesponnen in ihre eigen- und
    fremdproduzierte Geilheit entziehen sich diese Männer dem Markt, Berührung
    scheint sich darin zu erschöpfen, angeblickt zu werden. Oder sie werden zu ganz
    abgebrühten Jägern und Nehmern, die radikal ihrer genetischen Bestimmung
    folgen, so viele Frauen wie möglich zu begatten.

    Mit dem narzisstischen Typus einher gehen meist ein perfektes Styling, eine
    weichliche Grundhaltung und das Bedürfnis nach Nähe, Reden und Kuscheln. Und
    ganz viel Verständnis. Es ist so schwer, ein Sexobjekt zu sein. Das
    metrosexuelle Weichei ist die Warenform des Mannes, dessen Preis unbezahlbar
    ist. Zumindest für jeden außer für ihn. Und seine Hand. Verweigerung wird zur
    neuen Strategie.

    Als ich neulich ausging, hatte ich etwas vor, denn ich traf mich mit einigen
    Freunden und wusste genau, dass ER auch dort sein würde. Ich war bestimmt,
    gutgelaunt und voller Optimismus. Hatte ich nicht endlose Folgen "Sex and the
    City" über mich ergehen lassen, mich nicht hinlänglich mit der neuen Rolle der
    selbstbewussten Frau auseinander gesetzt, hatte mir nicht dieser eine Typ noch
    hinterhergepfiffen.

    Als ich ankam und ihn sah, knisterte und funkelte es. Ich schaute mich um, hier
    waren alle sexy, schneidige Typen in Anzügen, bildschöne Mädchen in kurzen
    Oberteilen. Ich schüttelte mein Haar und sah nur ihn an. Es stellte sich
    heraus, dass er kein Geld dabeihatte. Natürlich ging ich an die Bar und
    bestellte einen Drink. Zwei. Drei. Mehr. Ich fing an, um mein Taxigeld zu
    bangen, aber ich wusste, dass Alkohol für ein Vorhaben wie das meine
    unerlässlich ist.

    Wir redeten. Und redeten. Ich versuchte, zumindest im Ansatz noch den alten
    überkommenen Formen genüge zu tun, und blickte von Zeit zu Zeit devot und
    fasziniert. Er redete noch mehr. Ich fing an zu verzweifeln. Stunden vergingen,
    wir rüsteten uns zum Aufbruch. Es wurde Zeit, konsequenter zu werden. Ich
    richtete es so ein, dass wir ein Stück des Heimweges gemeinsam gingen, während
    die anderen schon ein Taxi nahmen. Alles schien verheißungsvoll.

    Aber als wir so nebeneinander schlenderten, fühlte ich mich, als ob ich eine
    Begleitung auf dem Schulweg hätte. Er murmelte etwas von seinem mangelnden Sinn
    fürs Praktische. Ich überlegte, ihn zu fragen, ob er Lust hätte, mich zu
    küssen. Doch nein! Wie unromantisch, wie schrecklich, welche Angst vor
    Zurückweisung. Ich verabschiedete mich keusch und innerlich brodelnd. Muss man
    denn alles selbst machen?

    Angesichts der maskulinen Verweigerung gibt es radikalere Lösungsansätze. Jenny
    F., Malerin, hat endlich eine befriedigende Lösung gefunden. "Es müsste ganz
    einfach ein Bordell für Frauen geben, einen Jünglingspark, in dem die
    Schönlinge, die wir alle begehren und nicht bekommen, für ein kleines Entgelt
    zur Verfügung stehen. Das Artifizielle der Begegnung käme sowohl den
    unbefriedigten Frauen zugute als auch den Männern, deren Rolle endlich mal klar
    definiert wäre. Außerdem könnten sich diese ganzen mittellosen Künstlerbubis
    was dazuverdienen."

    Ja, es scheint wahrlich zeitgemäß, die verschwendete virile Energie endlich zu
    kanalisieren. Tatsächlich hat der Kölner "Express" vor kurzem darüber
    berichtet, dass das Bordell Pascha mittlerweile zwei Herren zur Verfügung
    stelle. Leider sind die ölglänzenden Muskelklumpen nur etwas für extrem
    frustrierte Hausfrauen.

    Was ist nur mit den Männern los? Warum sind die Kerle im neuen Jahrtausend in
    die Krise geraten? Mangel an Vorbildern? Unlebbare Rollen? Überforderung, soll
    heißen Alphatier/Vater/einfühlsamer Partner? Was es auch ist, es hat fatale
    Auswirkungen. Verunsicherte Männer gehen zum Schönheitschirurgen, um sich ihr
    Fett absaugen zu lassen. Im besten Fall wird es dann gleich in die dürftige
    Heldenbrust gespritzt.

    Unter Magersüchtigen werden bis zu zehn Prozent Männer vermutet, Tendenz
    steigend. Und es gibt mittlerweile eine Menge Männermagazine in Deutschland,
    die den Ratsuchenden mit Schönheitstipps zur Seite stehen.

    Den Frauen fällt es leichter, mit diesem Druck umzugehen, schließlich mussten
    sie sich schon seit Jahrhunderten mit abstrusen Erwartungshaltungen
    herumschlagen. Doch jetzt sind sie am Start. Sie mögen vom Richtigen träumen
    und amüsieren sich mit den Falschen. Auf das schüchterne Zieren der
    verunsicherten Männchen reagieren sie auf klassisch-maskuline Weise: "Jetzt hab
    dich doch nicht so."

    Hier stellt sich die Frage, ob das das Ziel des Feminismus ist oder seine
    Pervertierung. Denn die erfolgreichen Frauen entsprechen zumindest optisch dem
    Ideal niederer Männerinstinkte. Sie sind die Sexbombe mit Staatsexamen. Frauen
    wissen, dass das klassische Weibchenschema immer noch am besten zieht. Ist das
    eine subtilere Art der Selbstunterwerfung? Und fällt uns keine andere Antwort
    dazu ein als die, dass wir nun die Männer zu Objekten machen und damit
    Verhaltensmuster zeigen, welche die Emanzipation seit Jahrzehnten anprangert?

    Zum Objekt degradiert, schlagen die Männer zurück, und zwar eine Drehung
    härter. "Mancipation" lautet das Schlagwort. Mancipation bedeutet:
    Gutaussehende Jung-Spunde mit strahlend weißen Zähnen sind sich ihres
    Marktwertes bewusst und genießen die weibliche Aufmerksamkeit. Und vögeln, was
    das Zeug hält. Mancipation bedeutet auch: sich nicht unterkriegen zu lassen von
    diesen ganzen Supergirls, heißt, seinen Mann zu stehen und trotzdem gut zu
    duften, eine Art potente Abgrenzung vom metrosexuellen Narzissten.

    Fest steht: Eine pornografische Gesellschaft ist eine entfremdete Gesellschaft.
    Und seit der Zwang zum Sex-Appeal auch die Männer erfasst hat, für die es in
    Deutschland mittlerweile über 200 Pflegeserien gibt, ist sie egalitär. Wir
    tanzen alle ums Goldene Kalb der Sexyness und des guten Looks, vorbei sind die
    Zeiten, in denen die reichen alten Säcke die schönen Mädchen abgeschleppt
    haben. A true princess deserves a real prince charming!

    Früher mussten die Frauen schön sein und die Männer erfolgreich. Heute muss
    jeder alles können, der Druck und die damit verbundene Unsicherheit haben sich
    verdoppelt. Die Erwartungen steigen, die Geburtenziffern sinken. Frauen sind
    die grausameren Mä
  • yasmin_ch 18.10.05, 01:18
    Amoremio, myslalam, ze sie pokusisz o jakis komentarz tych "lekowych" artykulow;-)
    --
    forum.gazeta.pl/forum/71,1.html?f=324
    Forum Chorzow
  • wilhelm4 05.11.05, 00:32
    10-latek napadł na kobietę
    piet 03-11-2005, ostatnia aktualizacja 03-11-2005 20:17

    Do napadu doszło na ulicy Piastowskiej w Wodzisławiu Śląskim. Chłopak zaczepił
    idącą chodnikiem kobietę i poprosił ją o 2 zł. - Przykro mi, ale nie mam
    drobnych - stwierdziła. Urażony chwycił leżącą na poboczu deskę i zaatakował ją
    od tyłu. Zadał cios w głowę, po czym uciekł. 55-latka wezwała policję i podała
    rysopis napastnika. Kilka minut później 10-latek został zatrzymany przez jeden
    z patroli. Razem z nim w ręce stróżów prawa wpadło trzech jego kolegów, którzy
    byli świadkami napadu. Po przesłuchaniu wszyscy zostali zwolnieni do domu. 10-
    latek trafi przed sąd rodzinny.


    serwisy.gazeta.pl/kraj/1,34309,2999641.html
  • amoremio 07.11.05, 01:26
    www.spiegel.de/spiegel/0,1518,383443,00.html

    Integrationskonflikte

    Aufruhr in Eurabia

    Brennende Autos, Vorstadt-Gewalt und Vandalismus: In Paris gehen junge
    Einwanderersöhne auf die Barrikaden, auch in den britischen und
    niederländischen Ghettos brodelt es. Der Traum eines friedlichen Multikulti-
    Miteinanders zerplatzt.

    Bürgermeister Claude Dilain sitzt im Hochzeitssaal seiner Gemeinde, ganz vorn
    auf der Stuhlkante. Er hat die Hände gefaltet vor sich auf dem Tisch, hinter
    sich eine Gipsbüste der Marianne und in sich einen Verdacht.

    Seit zehn Jahren ist Claude Dilain, 57, der Bürgermeister von Clichy-sous-Bois,
    eines Vororts im Nordosten von Paris mit 28 100 meist zugewanderten
    Bewohnern, "einem Pulverfass", wie er sagt. Er hat Ähnlichkeit mit dem Autor
    Michel Houellebecq. Heute ist er noch blasser. Vielleicht von der Anstrengung
    der letzten Nächte. Vielleicht auch wegen der Ahnung, dass in manchen
    Lebenslagen alle Künste des Wohlfahrtsstaates versagen.

    Dilain ist Sozialist und Vizepräsident des französischen Städtetages. Er hat
    Gratis-Fußballkurse eingerichtet, hat die Wortführer der Jugendlichen zu
    Vermittlern ernannt und dafür gesorgt, dass die Müllabfuhr funktioniert. Clichy-
    sous-Bois besteht förmlich aus Schulen, Mutter-und-Kind-Zentren, Sozialbüros,
    Parks und einem Collège wie aus dem Architektenwettbewerb. In der
    Stadtbibliothek läuft der Aufsatzwettbewerb "Ich komme von fern, mein Land hab
    ich gern".

    Claude Dilain hat alles richtig gemacht. Und jetzt muss er den Verdacht haben,
    dass das Richtige nicht reicht.

    Das Fernsehen zeigt Clichy als Ramallah-sous-Bois, wo Jugendliche in
    Turnschuhen und Kapuzen die Revolte proben. Man sieht die Einsatzkräfte der
    Bereitschaftspolizei CRS mit Gummigeschossen und Tränengas patrouillieren, man
    sieht brennende Autos und Müllcontainer. Ein Sprecher der Polizeigewerkschaft
    ruft nach der Armee. Die Betonwände im Hintergrund sind bunt und von Kindern
    bemalt - ein Projekt der Bürgermeisterei.

    Etwas ist gescheitert: der französische Weg der sanften Integration. Bildung
    nutzt wenig, wenn es keine Arbeit gibt. Und der harte Kurs des Innenministers
    Nicolas Sarkozy macht es offenbar nur noch schlimmer. Als Sarkozy, der
    Präsident Frankreichs werden will, von "Gesindel" sprach, das man "auskärchern"
    werde, da war es, als hätten die Jugendgangs auf solche Grenzziehungen nur
    gewartet.

    Intifada vor den Toren der französischen Hauptstadt: Seit über einer Woche
    brennen im Departement Seine-Saint-Denis Müllcontainer und Autos. Nacht für
    Nacht treffen sich 16-, 17-Jährige und ziehen brandschatzend durch ihre
    Viertel. Sie werfen Benzinflaschen in Teppichmärkte und Kindergärten. Sie
    zünden Autos an, als seien es Herbstfeuer. 250 in der einen Nacht, 315 in der
    folgenden, 500 in der nächsten. Autos knallen am besten.

    Am 27. Oktober waren zwei Jugendliche unter nicht ganz geklärten Umständen ums
    Leben gekommen. Sie waren vor einer Polizeikontrolle geflüchtet (was
    mittlerweile offiziell dementiert wird) und in eine Sackgasse geraten. An deren
    Ende stand nur noch eine Umspannstation. An ihr Tor hatte Bürgermeister Dilain
    ein Warnschild speziell für Jugendliche im Comic-Stil anbringen lassen: Stopp!
    Todesgefahr! Es nutzte nichts, der 15-jährige Banou aus Mali und sein zwei
    Jahre älterer Freund Ziad, ein Tunesier, verbrannten. Ein dritter Junge
    überlebte schwerverletzt.

    Sofort verbreitete sich das Gerücht, die beiden seien von der Polizei in den
    Tod gehetzt worden. Seither vergeht keine Nacht ohne Straßenschlachten, und in
    Frankreich ist der Staat in der Krise.

    Für die Ordnungsmacht bleibt diese Stadtguerilla schwer greifbar. Gemessen am
    Ausmaß des flammenden Aufruhrs gelingen nur wenige Festnahmen - 230 bis zum
    vergangenen Freitag - und noch weniger Verurteilungen.

    Fünf Tage lang blieben Premier und Präsident stumm. Fast schien es, als
    schauten Jacques Chirac und Dominique de Villepin passiv zu, wie der ehrgeizige
    Sarkozy im Schlamassel zu versinken drohte. Dann erkannten sie, dass die
    dramatischen Ereignisse zur Gefahr für die Republik werden könnten.

    Präsident Chirac wurde gedrängt, zum Fernsehvolk zu sprechen. "Gesetz und
    Ordnung müssen das letzte Wort haben", erklärte Premier de Villepin. Der
    dynamische Sarkozy zeigte sich federnden Schrittes und sagte, wie auch
    Villepin, Reisen ins Ausland vorsorglich ab. Allen dreien scheint bewusst zu
    sein, dass die Integration à la française, die seit der Französischen
    Revolution Einwanderer verschiedenster Herkunft zu vollwertigen Citoyens
    machte, gescheitert ist.

    Es sind die Nachkommen der Immigranten aus dem Maghreb und Schwarzafrika, die
    da auf die Barrikaden gehen. Es sind Ferien, das macht den Tag noch länger, und
    am Ende des Fastenmonats Ramadan liegen die Nerven ohnehin blank. Es herrscht
    Rebellion gegen alles, was entfernt an den Staat erinnert, und sei es der
    Postbote. Niemand erreicht sie mehr, weder Eltern noch Lehrer, geschweige denn
    die Behörden.

    Die sozialen Brüche in der französischen Gesellschaft verlaufen heute entlang
    ethnischer und religiöser Linien, die zugleich kulturelle Gräben markieren. Das
    republikanische Ideal - die Nation als Willensgemeinschaft von
    Gleichberechtigten ungeachtet der Herkunft und der Religion - weicht einem
    spannungsgeladenen Nebeneinander von Gemeinschaften, die ihre Identität
    behalten und nach autonomen Regeln leben wollen. Frankreich hat offiziell den
    Multikulturalismus immer verurteilt - und muss jetzt doch mit dessen
    Konsequenzen fertig werden.

    In diesem Kontext verkommt ein geheiligter Grundpfeiler des republikanischen
    Selbstverständnisses, die strikte Trennung von Staat und Religion, zur
    Illusion. Zwar treibt nicht der Dschihad die Stadtguerilla an, aber der Islam
    ist ein untrennbarer Bestandteil ihres Selbstverständnisses. Der Islam stärkt
    ihr Zusammengehörigkeitsgefühl, verleiht ihr den Anschein von Legitimität und
    zieht die Grenze zu den anderen, den "Franzosen".

    In Clichy-sous-Bois stellten sich plötzlich "große Brüder" zwischen
    Ordnungskräfte und Steinewerfer: fromme Bärtige in langen Traditionsgewändern
    aus dem Umkreis der Moschee, die im Namen Allahs zur Ruhe aufriefen. "Allahu
    akbar", schallte es tausendfach aus den Fenstern der Wohntürme zurück. Den
    Fernsehzuschauern in ihren sicheren Wohnstuben lief es kalt über den Rücken.

    Beklommen erkannten die Ordnungskräfte im Aufmarsch der selbsternannten
    Friedenshüter so etwas wie einen muslimischen Ordnungsdienst, vielleicht sogar
    die Keimzelle einer islamischen Miliz. "Die Logik dieser Unruhen", sagte ein
    Polizeioffizier, "ist die Sezession" - die Abtrennung und Verselbständigung
    ganzer Viertel und Gemeinden, Zonen eigenen Rechts, zu denen die Staatsmacht
    keinen Zutritt mehr hat, wenn sie nicht als feindlicher Eindringling empfunden
    werden will.

    Seit 25 Jahren gibt es in Frankreich Sonderprogramme, Pläne und Banlieue-
    Ministerien für die Problemviertel. Und ebenso regelmäßig brennen die
    Müllcontainer in den Vorstädten, mal in Paris, mal in Lyon, Straßburg oder
    Marseille. Fast hätte man sich daran gewöhnt.

    Doch die Entwicklung eskaliert. Seit Januar hat es 70 000 Fälle von
    Vandalismus, Brandstiftung, Bandengewalt gegeben. Nicht weniger als 28 000
    Autos sind angesteckt worden. Und es sind meist die Autos der Armen, die da
    lodern.

    Die Brandsätze, die Steinewerfer, der Fanatismus - all das erinnert auch an das
    Unruhejahr 1968. Nur ist diesmal keine Avantgarde auf dem langen Marsch. Kein
    Sartre, kein Cohn-Bendit hakt sich in der ersten Reihe unter.

    Was in diesen Tagen die öffentliche Ordnung in europäischen Städten
    erschüttert, ist ein verzweifeltes Aufschäumen, ist richtungslose Gewalt mal
    gegen eine Staatsmacht wie in Paris, mal gegen andere Underdogs wie
  • amoremio 07.11.05, 01:27
    Was in diesen Tagen die öffentliche Ordnung in europäischen Städten
    erschüttert, ist ein verzweifeltes Aufschäumen, ist richtungslose Gewalt mal
    gegen eine Staatsmacht wie in Paris, mal gegen andere Underdogs wie kurz zuvor
    in Birmingham. Und natürlich sind die Anschläge in Madrid und London im
    Gedächtnis.
    Es war nur ein Zufall, dass sich am vergangenen Dienstag in London die Königin
    und der Premier mit den Angehörigen der 52 Toten, die am 7. Juli bei simultanen
    Anschlägen umgebracht worden waren, zur Trauerfeier versammelten. Es war auch
    nur ein Zufall, dass sich am vorigen Mittwoch die Ermordung Theo van Goghs
    jährte. Doch das sind Zufälle mit Symbolkraft. Eine "Generation Dschihad" sei
    aktiv im abendländischen Europa, titelte passend das US-Magazin "Time".


    Zwar haben Birmingham und die Pariser Vorstädte keinen terroristischen
    Hintergrund. Es geht nicht um den Dschihad, nicht um Irak oder Palästina. Aber
    natürlich wächst die Angst, dass aus dem Aufruhr in den Städten ein paar
    Terroristen für al-Qaida oder andere Gruppen hervorgehen könnten.

    In Frankreich leben offiziell gut fünf Millionen Muslime - das ist die höchste
    Zahl aller Länder der EU; allerdings gibt es keine verlässlichen Angaben, weil
    bei Volkszählungen nach Religion nicht gefragt wird. Sie fühlen sich
    ausgegrenzt, wie all die anderen Millionen Zuwanderer aus den alten Kolonien in
    ganz Europa, von denen viele arbeitslos sind. Sie hausen in Vorstadt-Ghettos,
    denn bessere Quartiere können sie sich nicht leisten. Und dass solche Ghettos
    jetzt zu Kriegsschauplätzen werden, zeigt auch, dass die freiwillige Anpassung
    von Zuwanderern an ein fremdes Umfeld ein frommer Wunsch ist - und ein
    scheiterndes Konzept.

    Es liegt natürlich an der Masse und ihrer Zusammenballung. Im Großraum
    Birmingham etwa, Englands zweitgrößter Stadt, wohnen gut eine Million Menschen,
    knapp ein Drittel von ihnen sind Farbige. Dort können in den kommenden zehn
    Jahren die Alteingesessenen in der Minderheit sein, sagen Statistiker, ebenso
    wie in Amsterdam, wo rund 150 verschiedene Nationalitäten koexistieren.

    "Eurabia" heißt dieses neue Europa in Amerika - weil das christlich geprägte
    alte Europa politisch und kulturell zunehmend auch vom Islam, von Arabien
    geprägt werde. Tatsächlich ist zum Beispiel jeder zehnte Niederländer im
    Ausland geboren. Muslime in Frankreich haben sogar Gebetsräume im Disneyland
    bei Paris. In England sind die Zuwanderer aus dem ehemaligen Kolonialreich
    überwiegend in die Armut der Ghettos abgerutscht.

    Wie kann diese "verzweifelte und gefährliche neue Unterklasse", wie
    Streetworker in Leeds sie nennen, zu verantwortungsbewussten Staatsbürgern
    werden? Wer hält sie davon ab, übereinander herzufallen wie vor zwei Wochen in
    Birmingham?

    Es braucht nicht viel, und urplötzlich explodiert die Gewalt. In Lozells, einem
    der ärmsten Viertel von Birmingham, lautete die Bilanz der jüngsten Unruhen 2
    Tote, 20 Verletzte, dazu eine große Zahl eingeschlagener Fensterscheiben und
    angezündeter Autos. Junge Asiaten, deren Eltern hauptsächlich aus Pakistan und
    Indien stammen, hatten sich mit den Nachkommen von Einwanderern aus der Karibik
    Straßenschlachten geliefert.

    Auslöser war das Gerücht, Ajaib Hussein, ein Besitzer von drei erfolgreichen
    Kosmetikläden, habe eine 14-jährige Jamaikanerin beim Ladendiebstahl erwischt
    und sie danach mit bis zu 25 Bekannten und Angestellten vergewaltigt. Zwar gibt
    es bis heute keine Beweise, und das angebliche Opfer gibt es wohl ebenso wenig.
    Aber es genügte, wie später in Clichy-sous-Bois, ein Verdacht, um die
    schwersten Krawalle seit mehr als 20 Jahren in Birmingham auszulösen. Denn die
    Spannungen in den Suburbs mit einem ähnlichen Sozialmix wie in Lozells sind
    gigantisch.

    Im Bezirk Lozells, wo rund 30.000 Menschen wohnen, haben über die Hälfte der
    Bewohner asiatische Wurzeln und 20 Prozent karibische. Mit 22 Prozent ist die
    Arbeitslosenquote fast dreimal höher als in der gesamten Region
    Birmingham. "Hier müssen sich die Menschen um die Krümel prügeln, die vom Tisch
    der Wohlhabenden herunterfallen", sagt der schwarze Bischof Joe Aldred.

    Die Gewaltbereitschaft wird genährt durch Straßengangs wie die "Muslim
    Birmingham Panthers" oder die "Burger Bar Boys", die ursprünglich entstanden
    waren, um Einwanderer vor rassistischen Übergriffen zu schützen. Mittlerweile
    sind es Verbrechersyndikate - und Lozells ist zur Metapher geworden für eine
    gescheiterte Integrations- und Einwanderungspolitik, ein Ort, den der Staat nur
    noch mit Lawand-Order-Maßnahmen verwaltet. Es seien Ghettos wie in Chicago oder
    Miami entstanden, sagen Experten, in denen die Wut konkret auf den Nachbarn mit
    der anderen Hautfarbe und dem größeren Fernseher zielt, nicht auf
    die "Ungläubigen des Westens, deren Blut im Dschihad fließen soll".

    Die Weißen, die Alteingesessenen "schlafwandeln" unterdessen in eine Zukunft
    voller "schwarzer Löcher" in ihren Städten, warnt Trevor Phillips, Chef der
    staatlichen Rassengleichheitskommission. 95 Prozent aller weißen Briten haben
    laut neuesten Umfragen ausschließlich weiße Freunde, 37 Prozent der Farbigen
    bleiben ebenfalls unter sich, und dieser Trend nimmt zu, besonders unter
    Jugendlichen. Der soziale Aufstieg gelingt in Stadtteilen wie Lozells nur einem
    von 15 Kindern.

    Fundamentalisten haben in diesen Revieren Zulauf, denn "die Mehrheit der
    Muslime in Großbritannien ist frustriert, kann aber nicht darüber sprechen",
    sagt einer von ihnen namens Sajid Sharif, 37, ein Bau-Ingenieur aus Nord-
    London. "Sie wird den Anschlägen von London nicht öffentlich zustimmen, glaubt
    aber insgeheim, dass Großbritannien sie verdient hat."

    Das offizielle England trauerte erst vorige Woche um die Opfer des 7. Juli.
    Psychologen hatten taktvollen Abstand zum Ereignis empfohlen. Tags darauf wurde
    jenseits des Kanals, in den Niederlanden, der erste Jahrestag des Mordes am
    Filmemacher und Malerurgroßneffen Theo van Gogh begangen. Ihn hatte ein aus
    Marokko stammender Arbeitsloser umgebracht.

    Auch die Niederlande stehen vor den Trümmern ihrer Integrationspolitik, die
    lange als vorbildlich gegolten hatte. Für die amerikanische
    Terrorismusforscherin Jessica Stern sind sie mittlerweile sogar "ein Labor, in
    dem ich die Entwicklung von Ängsten besonders gut studieren kann". Stern
    staunt, welche Wirkung die Ermordung eines einzigen Menschen auf eine ganze
    Nation haben kann: "Wie kann ein Volk plötzlich so an sich zweifeln? Wie kann
    es kommen, dass nicht die Muslime, sondern die Einheimischen in eine derartige
    Identitätskrise geraten sind?"

    Integration? 60 Prozent der eine Million niederländischen Muslime begreifen
    sich zuerst als Marokkaner oder Türken, sind oft stolz auf ihre Normen und
    Werte, suchen Geborgenheit in ihrer Gemeinschaft. So entstehen Parallelwelten.
    Von "den Holländern" reden Immigrantenkinder wie von Feinden. Ihre Geschwister
    besuchen Koranschulen, Musliminnen mit Kopftüchern tauchen immer öfter im
    Straßenbild auf. Schroffe Umgangsformen greifen um sich, etwa wenn Muslime und
    Einheimische in Amsterdamer Einkaufsstraßen einander rüde rempeln.

    Politiker jeder Couleur, Journalisten, Anwälte werden anonym bedroht.
    Amsterdams Bürgermeister Job Cohen, von "Time" wegen seiner versöhnlichen
    Haltung gerade zu einem der "europäischen Helden" des Jahres gekürt, braucht
    neuerdings Leibwächter. Und an urbanen Brennpunkten werden immer mehr Kameras
    installiert.

    "Wir waren zu weich. Die Zeit des Teetrinkens ist vorbei", sagt Rita Verdonk.
    Die Ministerin für Einwanderung hat einen scharfen Kurs eingeschlagen. Sie
    lässt immer konsequenter alle abgelehnten Asylbewerber abschieben, darunter
    auch solche, die bislang geduldet wurden und deren Kinder zur Schule gehen.

    Seit dem Van-Gogh-Mord kam es nach einer Zählung der Anne-Frank-Stiftung zu 106
    wechselseitigen Racheakten, darunter einem B
  • amoremio 07.11.05, 01:28
    Seit dem Van-Gogh-Mord kam es nach einer Zählung der Anne-Frank-Stiftung zu 106
    wechselseitigen Racheakten, darunter einem Brandanschlag auf die islamische
    Grundschule Bedir im beschaulichen Städtchen Uden - angesteckt von
    Jugendlichen, die eine unmissverständliche Botschaft an die Muslime der
    Niederlande hinterließen: "White Power".

    Die Kampfzone weitet sich aus, wie es der bleiche Autor Michel Houellebecq in
    seinem Bestseller formuliert. Und es sieht ganz danach aus, als würden die
    wurzellosen Zuwanderer das Leben in Europa auf dramatische Weise verändern.
    Birmingham und die Vorstädte von Paris geben eine Ahnung davon.

    RÜDIGER FALKSOHN, THOMAS HÜETLIN, ROMAIN LEICK, ALEXANDER SMOLTCZYK, GERALD
    TRAUFETTER
  • amoremio 07.11.05, 01:29
    Mój komentarz: Berlin-Kreuzberg, Köln, Mannheim, .......
  • wilhelm4 09.11.05, 18:12
    www.spiegel.de/panorama/0,1518,384052,00.html
    NORWEGEN

    Frau vergewaltigt schlafenden Mann

    Novum in der norwegischen Rechtsprechung: Eine 24-jährige Frau wurde zu acht
    Monaten Haft verurteilt, weil sie an ihrem schlafenden Bekannten Oralsex
    praktiziert hatte. Der Mann sagte vor Gericht, er habe langwierige psychische
    Probleme mit diesem Erlebnis gehabt.

    Oslo - Das Oberlandesgericht im norwegischen Bergen bestätigte ein Urteil aus
    erster Instanz, senkte aber das Strafmaß um einen Monat. Es sah als erwiesen
    an, dass die Frau in einer Januarnacht 2004 mit ihrem 32-jährigen Bekannten
    ohne dessen Einverständnis oder Wissen Oralsex betrieben hatte.

    Der Mann sagte aus, dass er das Treiben der Frau erst beim Erwachen erfasst
    habe und davon schockiert gewesen sei. Die Frau bestritt zunächst alle
    sexuellen Kontakte, änderte dann aber ihre Aussage und erklärte, der Mann sei
    mit dem Oralsex einverstanden gewesen.

    Das Gericht stufte die widersprüchlichen Aussagen der Frau als nicht
    glaubwürdig ein. Sie wurde als erste Norwegerin überhaupt wegen einer allein
    von einer Frau begangenen Vergewaltigung verurteilt und muss dem Mann
    Schadenersatz in Höhe von 30.000 Kronen (3900 Euro) zahlen
  • palec1 09.11.05, 22:08
    wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,53600,3007730.html
    Film porno zamiast wiadomości
    PAP 09-11-2005, ostatnia aktualizacja 09-11-2005 12:14

    Telewizja w Indiach wyemitowała rosyjski film porno zamiast wieczornych
    wiadomości - podał internetowy portal informacyjny Ananova.

    Mieszkańcy miasta Kailaras w stanie Madhja Pradeś byli tak oburzeni, że
    natychmiast wyszli na ulice. Tłumy domagały się zwolnienia z pracy techników
    odpowiedzialnych za pomyłkę. Według nich, właśnie oni za pomocą urządzeń stacji
    oglądali filmy pornograficzne.

    Jak tłumaczył regionalny kierownik telewizji Man Singh Verma, "wstępne
    ustalenia potwierdzają zaniedbanie ze strony obsługi stacji przekaźnikowej",
    która nadała "materiał pornograficzny z rosyjskiego kanału zamiast wiadomości z
    krajowego programu DD-1".

    Dodał, że winni zostaną ukarani.
  • wilhelm4 09.11.05, 17:38
    serwisy.gazeta.pl/kraj/1,34309,3008161.html
    Zmarł Alojzy Piontek, legendarny górnik, który tydzień przesiedział w zawalonym
    chodniku
    Kwiecień 1971 roku - Alojzy Piontek w szpitalu. Przez tydzień przebywał w
    zasypanym kopalnianym chodniku
    Tomasz Głogowski 09-11-2005, ostatnia aktualizacja 09-11-2005 14:10


    Kilka dni temu zmarł Alojzy Piontek, legendarny górnik, który tydzień
    przesiedział w zawalonym kopalnianym chodniku. Pochowano go na cmentarzu w
    Rokitnicy

    Pogrzeb Piontka, którego pochowano 3 listopada na cmentarzu w Zabrzu-Rokitnicy
    odbył się bez rozgłosu. O śmierci legendarnego górnika nie wiedzieli nawet
    pracownicy jego macierzystej kopalni "Pstrowski" (dawna Rokitnica). Miał 70
    lat. - Niestety nikt z rodziny nie powiesił na bramie klepsydry - mówi Józef
    Balicki, szef miejscowego Związku Zawodowego Górników w Polsce i dodaje. -
    Jeszcze dwa lata temu pan Alojzy był na naszej karczmie piwnej, na którą zawsze
    go zapraszaliśmy. Potem tylko słyszałem, że czuł się coraz gorzej. Musiał
    korzystać z aparatu tlenowego.

    Gdy 23 marca 1971 roku w kopalni Rokitnica w Zabrzu nastąpiło tąpnięcie i zawał
    cały kraj wstrzymał oddech. Ośmiu górników zostało rannych, a dziesięciu
    zginęło. Najmłodszy miał 24 lata, a najstarszy 53. Gdy wszyscy już stracili
    nadzieję, że ktoś ocalał kraj obiegła wiadomość, że na głębokości 780 metrów
    wydarzył się cud. Alojzy Piontek, ostatni z zasypanych górników przeżył!
    Schronił się w szczelina 100 na 70 cm. Wydobyto go 30 marca - siedem dni po
    wypadku. Pod ziemią przebywał 158 godzin. Przeżył, bo pił własny mocz i podobno
    jadł styl od łopty.

    O Piontku nakręcili film, napisali poemat i książkę. Był bohaterem komiksu w
    piśmie "Relax". Ludzie na Śląsku mówili, że dostał od Gierka willę i "malucha".
    Potem, że wyjechał do Niemiec i zmarł. W rzeczywistości Piontek mieszkał w
    trzypokojowym mieszkaniu Zabrzu-Rokitnicy. Prawie nie wychodził z domu, bo
    ludzi pokazywali go sobie palcami.

    W 1995 roku odwiedzili go w Zabrzu reporterzy "Gazety" Lidia Ostałowska i
    Dariusz Kortko. Piontek wtedy wspominał : - Nie miołem nic, ani kilofa, ani
    młotka. Oderwołem blaszka z hełmu i zdzierołem. Drzazga po drzazdze. Przeważnie
    po ciemku. Wydostałem sie i patrza. Droge do niszy zagradza belka, tako grubo.
    Blaszka na nic, stępiona. Zymbami ją gryzłem, aż przegryzłem.

    Potem leżał w niszy i czekał. Wiedział, że go wyciągną, bo muszą. Żywego czy
    martwego, bo tak jest na kopalni.

    Kiedyś - wiele lat po wypadku - do Piontka przyjechała telewizja. Kręcili w
    domu, w ogródku, umówili się w kopalni. Obiecał im wtedy, zjedzie na dół. Ale
    nigdy nie zjechał.

    Piontka pochowali w zwykłym garniturze, nie w górniczym mundurze. On sam z
    własnej woli nigdy nie chciał go zakładać. Górniczą szpadą się chwalił, na
    mundur nie chciał nawet patrzeć. Chyba, że mu kazali mu go włożyć, jak wtedy,
    gdy odwiedzał szkoły, czy przedszkola.
  • palec1 09.11.05, 22:01
    Wrocław reklamuje się, żeby ściągnąć elity
    Patrycja Maciejewicz 09-11-2005 , ostatnia aktualizacja 09-11-2005 17:37


    Ruszyła kampania, która ma przekonać, że Dolny Śląsk to idealne miejsce do
    życia dla młodych wykształconych ludzi. Jednocześnie trzy firmy z Wrocławia -
    Hewlett Packard, Volvo i Siemens - ruszają w objazd po najlepszych uczelniach w
    Polsce, by przekonywać, że są doskonałymi pracodawcami

    • Czy chciałbyś mieszkać w mieście o łagodnym klimacie, takim jak w Szampanii
    lub Nadrenii?

    • Czy chciałbyś mieszkać w dużym mieście o wysokiej jakości życia i nie
    odczuwać dolegliwości typowych dla wielkich metropolii?

    • Czy chciałbyś mieszkać blisko Alp i Morza Śródziemnego, nie opuszczając
    naszego kraju?

    • Czy chciałbyś mieszkać w mieście o najwyższym wzroście gospodarczym w Polsce?

    • Czy chciałbyś studiować w mieście, w którym znajdziesz pracę po studiach?

    • Czy chciałbyś mieszkać w mieście pełnym parków, boisk i ścieżek rowerowych?

    Jeśli odpowiesz "tak", to znaczy, że Wrocław jest dla ciebie idealnym miejscem -
    przekonują spece od promocji miasta. Uruchomili nawet specjalny portal
    www.terazwroclaw.pl, który ma zachęcić nie do podziwiania zabytków, nie do
    przyjazdu w celach turystycznych - ma przekonać młodych ludzi do przeprowadzki
    na Dolny Śląsk.

    Jednocześnie trzy firmy z Wrocławia - Hewlett Packard, Volvo i Siemens -
    ruszają w objazd po najlepszych uczelniach w Polsce i będą przekonywać, że są
    doskonałymi pracodawcami. - Chcemy pokazać, że doskonałe możliwości rozwoju są
    nie tylko w Warszawie. A o dobrego pracownika warto walczyć - mówi Gabriela
    Słońska, odpowiedzialna za rekrutację do Centrum outsourcingu procesów
    gospodarczych HP.

    Bezrobotni nierobotni

    Czy to oznacza, że we Wrocławiu brakuje rąk do pracy? Sprawdziliśmy. Stopa
    bezrobocia w województwie jest tu wyższa od średniej krajowej - wynosi 20,4
    proc. W mieście jest o połowę niższa. O problemie rynku pracy na Dolnym Śląsku
    opowiedział nam Andrzej Dziewit, szef wałbrzyskiego oddziału firmy AG "Test"
    Human Resources, która rekrutuje pracowników. - Z jednej strony mamy coraz
    więcej inwestorów, którzy tworzą miejsca pracy. Z drugiej bardzo wysokie
    bezrobocie. Problem polega na tym, że jakość kandydatów do pracy jest bardzo
    niska. Bezrobocie poczyniło tak ogromne spustoszenie w głowach ludzi, że mimo
    iż pracy potrzebują, stają się nieufni wobec pracodawcy, roszczeniowi, nie mają
    odpowiednich motywacji - tłumaczy.

    Przytacza historię jednego z inwestorów zagranicznych, który poszukiwał
    operatorów. Wymagania były skromne: mężczyzna, wiek do 35 lat, wykształcenie
    zawodowe. Na ogłoszenie odpowiedziało 7 tys. osób, co było doskonałym wynikiem,
    dziś trudnym do powtórzenia. - Tylko że jedynie 1 proc. z nich, dokładnie 68
    osób, spełniał oczekiwania, jeśli chodzi o motywację do pracy - tyle osób
    chciało pracować przynajmniej kilka lat - podsumowuje Dziewit.

    Tymczasem w okolice Wrocławia ściągnęli ostatnio duzi inwestorzy zagraniczni.
    Koncern LG Philips uruchomi w Biskupicach Podgórnych fabrykę ekranów
    ciekłokrystalicznych i sprzętu AGD. Z kolei Volvo - fabrykę autobusów oraz
    centrum finansowe i badawczo-rozwojowe. Podobne centra rozwijają też Hewlett
    Packard (docelowo ma zatrudniać 1 tys. osób) oraz Siemens (dziś 550, będzie
    jeszcze kilkaset). Potrzebują oni świetnie wykształconej kadry informatycznej i
    finansowej znającej nawet wyszukane języki obce. - Na razie nie mamy większych
    kłopotów ze znalezieniem pracowników, jednak nasze plany rekrutacyjne są
    długoterminowe - mówią zgodnie przedstawiciele firm.

    Niż zagląda na uniwersytety...

    Okazuje się jednak, że na rynek akademicki już wkracza niż demograficzny. To
    oznacza, że studentów, a więc i przyszłych kandydatów do pracy będzie mniej.

    Polskie uczelnie już zaczynają się zastanawiać, co zrobić, by odpływ studentów
    ich nie dotknął. Ponad 20 uczelni było już na targach edukacyjnych w Chinach,
    by ściągnąć zagranicznych studentów. WSPiZ im. L.Koźmińskiego w Warszawie
    stawia też na Iran, Indie i Afrykę. Politechnika Rzeszowska chce prowadzić
    zajęcia w języku angielskim, też po części dla obcokrajowców. W Świętokrzyskiem
    próbuje się otwierać nowe kierunki.

    Niż to jeden z głównych powodów, dla których miasto Wrocław rozpoczęło
    kampanię. - Mamy 24 uczelnie wyższe, jesteśmy trzecim miastem w Polsce pod
    względem liczby studentów. Chcemy utrzymać status prężnego ośrodka
    akademickiego, zminimalizować odpływ studentów. Studenci to grupa społeczna,
    która nadaje miastu dynamizm, dzięki nim miasto się rozwija, tworzą klimat,
    kreują wydarzenia - tłumaczy Paweł Romaszkan, dyrektor Biura Promocji Miasta.

    Wrocław swoją kampanię kieruje do młodych ludzi w całej Polsce. - W ośmiu
    miastach-ośrodkach akademickich oblepiliśmy naszymi plakatami okolice uczelni.
    Mamy 720 nośników wynajętych na miesiąc - wymienia dyrektor Romaszkan. Kampania
    pod hasłem "Wrocław - twoje klimaty" kosztować ma 260 tys. zł.

    ...potem do pokoi kadrowych

    W ślad za uczelniami niżem zaczynają się przejmować pracodawcy. Firmy z
    Wrocławia obawiają się o to, czy będą miały kogo zatrudniać, tym bardziej że
    konkurencja nie śpi. Łódź i Kraków to kolejne miasta, w których powstają centra
    usług i zasysają wykształconą kadrę.

    Znamienne jest to, że HP, Volvo i Siemens zamierzają zawitać na Uniwersytet
    Łódzki i Akademię Górniczo-Hutniczą w Krakowie - kuźnie kadr swoich konkurentów.

    - Pracodawcy sięgają po coraz bardziej kreatywne metody szukania pracowników.
    Dziś sposoby selekcji kandydatów na stanowiska niskiego szczebla są tak
    zaawansowane jak te, które były kilka lat temu zarezerwowane tylko dla
    managementu. To dlatego firmy penetrują uczelnie, proponują staże, nawiązują
    szerokie kontakty. Chcą "zaklepać" sobie najlepszych - mówi Janusz Dziewit.

    Wrocław szacuje, że w ciągu najbliższych pięciu lat powstanie tam 100 tys.
    miejsc pracy, głównie w branżach opartych na wiedzy. Dziś wszystkich studentów
    jest w tym mieście 130 tys.

    Specjaliści przestrzegają jednak, by nie przywiązywać większej wagi do ogólnej
    liczby studentów. Romaszkan przytacza przykład - HP potrzebuje ludzi mówiących
    po duńsku, grecku, węgiersku. Z kolei Siemens do Centrum Rozwoju Oprogramowania
    potrzebuje informatyków o specyficznych specjalizacjach. - Liczba absolwentów
    nie gwarantuje, że znajdziemy wśród nich odpowiednich kandydatów do pracy -
    mówi Ewa Sobol z Siemensa.

    O tym, na ile nasi studenci mogą przydać się w gospodarce opartej na
    technologiach, mówią dane resortu gospodarki. 40 proc. studentów w Polsce
    wybiera kierunki z zakresu nauk społecznych, prawa i administracji, finansów i
    biznesu. Kolejnych 20 proc. zdecydowało się na studia humanistyczne,
    pedagogiczne albo artystyczne. Tylko 14 proc. studiuje na kierunkach
    technicznych i związanych z przemysłem. Jeszcze mniej - 6 proc. - na studiach
    związanych z naukami ścisłymi. I choć studentów nam przybywało od początku
    transformacji, to liczba tych studiujących na politechnikach jest mniej więcej
    stała.

    - Spadek liczby studentów na kierunkach technicznych obserwujemy dopiero od
    kilku lat. To jednak zjawisko bardzo niepokojące. Spowodował je przede
    wszystkim brak obowiązkowej matury z matematyki. Młodzież podczas przygotowań
    do egzaminu dojrzałości koncentruje się na przedmiotach humanistycznych, a
    potem musi wybrać studia, na których takich przedmiotów się wymaga - mówił
    kilka tygodni temu "Gazecie" prof. Antoni Tajduś, rektor krakowskiej Akademii
    Górniczo-Hutniczej.

    W efekcie pod względem słuchaczy na studiach technicznych jesteśmy na szarym
    końcu w Europie. W państwach Unii Europejskiej kierunki techniczne i nauki
    ścisłe studiuje średnio 26 proc. wszystkich studentów. Na przykład nasi
    sąsiedzi - Niemcy i Czesi - na kierunkach technicznych mają aż 30 proc.
    studiujących, Finowie - 37 proc., Szwedzi - 29
  • palec1 09.11.05, 22:02
    W efekcie pod względem słuchaczy na studiach technicznych jesteśmy na szarym
    końcu w Europie. W państwach Unii Europejskiej kierunki techniczne i nauki
    ścisłe studiuje średnio 26 proc. wszystkich studentów. Na przykład nasi
    sąsiedzi - Niemcy i Czesi - na kierunkach technicznych mają aż 30 proc.
    studiujących, Finowie - 37 proc., Szwedzi - 29 proc., a Irlandczycy - 28 proc.


    gospodarka.gazeta.pl/gospodarka/1,33181,3008637.html
  • palec1 18.11.05, 03:21
    Delfiny będą leczyć na Śląsku
    Teresa Czajkowska 17-11-2005, ostatnia aktualizacja 17-11-2005 12:45


    Pomysł jest z Ameryki, zwierzęta przyjadą z Rosji, a wyjątkowy w skali świata
    ośrodek z delfinami powstanie w Polsce

    Te morskie ssaki są bardzo pomocne w leczeniu dzieci z autyzmem, chorobą Downa
    i problemami neurologicznymi. I właśnie aby pomóc maluchom, powstanie
    Górnośląskie Centrum Delfinoterapii. Budowa w Tarnowskich Górach zaczyna się
    już wiosną przyszłego roku.

    Będzie to czwarty na świecie i drugi w Europie taki ośrodek. Dwa istnieją w USA
    na Florydzie, kolejny w Sewastopolu na Ukrainie.

    Polskim centrum delfinoterapii zajmuje się grupa osób związana m.in. z
    katowickim oddziałem Krajowego Towarzystwa Autyzmu. W zeszłym roku powstała
    spółka, która finalizuje właśnie zakup działki. - Powstanie cały kompleks:
    baseny do rehabilitacji, wielkie niecki dla delfinów i zaplecze medyczne.
    Planujemy otwarcie ośrodka w 2007 r. - mówi Violetta Madej z GCD. Koszt to ok.
    25 mln zł.

    Centrum już teraz ma dwóch trenerów-opiekunów delfinów, osoby przeszkolone w
    Irlandii i Moskwie. I właśnie z Rosji przyjedzie do Polski pięć młodych ssaków
    już nauczonych kontaktu z dziećmi. Jest też nawet wstępny scenariusz zajęć -
    rano delfiny będą miały zajęcia terapeutyczne (m.in. dzieci będą pływać z nimi
    w basenie), po południu maluchy nakarmią zwierzaki i choćby umyją im zęby.

    Godzina zajęć z delfinami może być droga - nawet 40 zł. Ale organizatorzy
    ośrodka starają się, aby terapia była dofinansowywana z Narodowego Funduszu
    Zdrowia.

    Zainteresowanie powinno być duże. O dobrym wpływie delfinoterapii i zasadności
    budowy takiego ośrodka są przekonani nie tylko rodzice dzieci z autyzmem, ale i
    lekarze. - Od lat opiekuję się chorymi dziećmi i jestem pewny, że już sam
    kontakt z ciepłą wodą i zwierzęciem jest doskonałą terapią - twierdzi Henryk
    Szczerba, szef Zakładu Opieki Zdrowotnej MSWiA w Katowicach.

    Delfinoterapia byłaby kolejnym sposobem leczenia chorych dzieci za pomocą
    zwierząt. Najpopularniejszą jest hipoterapia, czyli ćwiczenia z końmi, oraz
    dogoterapia - zajęcia z psami. Dla poprawienia samopoczucia chorych dzieci na
    oddział onkologii dziecięcej w Łodzi zakupiono nawet żółwia.

    Pierwsi byli Amerykanie

    Delfinów do terapii użyli Amerykanie już w latach 70-tych w ośrodku w Miami.
    Odkryli, że na dzieci pływające z delfinami bardzo korzystnie wpływają
    ultradźwięki emitowane przez te ssaki. U ludzi wydzielane są wtedy dodatkowe
    porcje endorfin, które zmniejszają negatywne odczucia, co jest szczególnie
    ważne u dzieci z autyzmem. Wspólne zabawy z tymi ssakami pomagają chorym na
    autyzm w odblokowaniu zmysłów dotyku, którego w codziennym życiu bardzo się
    boją. Pomysł takiego wykorzystania delfinów kilka lat temu skopiowano w
    Sewastopolu, gdzie wcześniej ssaki wykorzystywane były przez rosyjską armię.


    wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,60935,3018606.html
  • amoremio 23.12.05, 23:43
    Sorry, popitolilo mi sie trocha: kciolek o medycynstudyncie,
    a wyszol artikel o Slonzokach (- ale moze tysz ciekawy...).

    ----------------------

    Student medycyny wykastrował swojego kochanka


    Policjanci z Katowic zatrzymali w piątek studenta medycyny, który uśpił, a
    następnie wykastrował swojego ukraińskiego kochanka. Zrobił to z zazdrości

    Do tragedii doszło wczoraj w nocy w kamienicy przy ul. Batorego w Katowicach.
    Mieszkał tam student medycyny razem ze swoim 32-letnim ukraińskim kochankiem.
    Mężczyźni od wielu miesięcy obracali się w środowisku śląskich
    homoseksualistów. Kilka dni temu student dowiedział się jednak, że jego
    przyjaciel go zdradza i postanowił się zemścić. - Wszystko wskazuje na to, że
    wsypał kochankowi do herbaty środki usypiające, po czym go znieczulił i
    wykastrował - informują policjanci. Student fachowo opatrzył ranę, aby
    przyjaciel się nie wykrwawił, po czym sam próbował się wykastrować. Nie udało
    mu się to jednak, więc wezwał pogotowie. 32-letni Ukrainiec w ciężkim stanie
    trafił do szpitala. Przeszedł operację, zdaniem lekarzy jego stan jest już
    stabilny. Wczoraj do Katowic z Ukrainy przyjechał jego ojciec. - Najbardziej
    zszokowało go nie to, że syn został wykastrowany, ale że jest gejem - mówi
    osoba znająca kulisy sprawy.

    Student medycyny po opatrzeniu ran trafił do policyjnej izby zatrzymań. Dzisiaj
    prokuratura przedstawi mu zarzuty spowodowania ciężkiego uszkodzenia ciała.
    Grozi za to 12 lat więzienia.


    serwisy.gazeta.pl/kraj/1,34309,3082834.html

  • palec1 08.01.06, 01:57
    Przyłapani

    Małgorzata Goślińska 06-01-2006, ostatnia aktualizacja 06-01-2006 21:34

    Tadeusz: - Opiekun zgłosił, że moja Basia nie wróciła do siebie na trzy nocki.
    Koniec tego, zarządził dyrektor. Trzeba ich dać na jeden pokój! Danuta: -
    Uśmiechnęło mi się serce.


    Miłość polega i na seksie, i na zauroczeniu. Jedno do drugiego lgnie i pragną
    siebie. Są wobec siebie szczerzy i ufają sobie. Zgłaszają dyrektorowi, że chcą
    razem mieszkać - tłumaczy Barbara Mazur.

    Dwa lata temu wyprawiono zaręczyny. Barbara z Tadeuszem Sierotą, Danuta
    Mikołajczak i Zdzisław Zymbski, Aneta Ratajczyk i Michał Basty. Zdzisław,
    najstarszy, ma 56 lat, Aneta, najmłodsza - 37.

    Wieś Pakówka między Rawiczem a Lesznem w Wielkopolsce, Dom Pomocy Społecznej
    dla Niepełnosprawnych Intelektualnie.

    Gdzie kobiety

    Lata 80., Pakówka jest domem tylko dla mężczyzn. - Wszyscy mamy takie same
    potrzeby, a niezaspokojona potrzeba jest źródłem agresji - oto motto dyrektora
    Stanisława Wałkiewicza. Z wykształcenia pracownik socjalny, specjalizację
    zdobył w Instytucie Rozwoju Służb Społecznych Joanny Staręgi-Piasek. Codziennie
    świeża koszula, lekki zarost i fajka, gdy opowiada, nie może usiedzieć. - Nie
    pozwalałem personelowi ingerować w czasie masturbacji, mieszkańcy oglądali
    filmy pornograficzne. Spotykali się z paniami z żeńskich depeesów na zabawach,
    turnusach, Heniu kupił swojej Ani kolczyki, dwie pary, na wypadek, gdyby jeden
    się zgubił. Rodziły się sympatie.

    Depees to dom pomocy społecznej, a świat poza depeesem to środowisko.

    Pakówka odwiedza i zaprasza depeesy z Niemiec, Francji, Holandii, Danii.
    Wałkiewiczowi wstyd. Zagraniczni pensjonariusze pytają zdziwieni: - Czemu tu
    nie ma kobiet?

    Pojawił się Sław, dziwnie ubrany człowiek z kitką. Grał w teatrach ulicznych,
    chciał być opiekunem w Pakówce. Przez dwa lata sprzątał, robił zakupy, wszystko
    to, co pensjonariusze. Wypytywał ich o sny, co ich cieszy, drażni, i w 1990 r.
    wystawił z nimi pierwszy spektakl pod tytułem "Życie". Wałkiewicz: - To był
    przełom. Jeszcze wtedy byliśmy na etapie infantylizacji mieszkańców, czytaliśmy
    im baśnie. Po premierze zapytałem aktorów, co przedstawili. Narodziny, mówią,
    zabawę, szkołę, pracę, umieranie, całe nasze życie. Zaraz, pomyślałem, a gdzie
    przyjaźń, miłość, małżeństwo?!

    Koedukację wprowadza pięć lat później. Tyle czasu trwa przygotowanie personelu.
    Dyrektor innego depeesu oświadcza Wałkiewiczowi: - Ja nawet nie powiem moim
    pensjonariuszom, że taki dom jak twój istnieje.

    Z "Echa Pakówki", gazetki pisanej przez pensjonariuszy: "Miłość to jak ciepłe
    słońce, tak jak przemoc, gwałt, całowanie, zdrada, smutek, żal, nienawiść,
    pełno zła, horror!!! Co jeszcze?".

    Usta się spotkały

    Barbara (kończy malować usta): - Jak się tu wprowadziłam, Tadziu jadł obiad.
    Spodobał mi się z urody.

    Tadeusz (rumieni się): - Wnosiłem walizki Basi. "Nie na darmo nosi - gadali -
    coś z tego będzie".

    Danuta (zapatrzona w dal): - Na zabawie trzeba było zjeść banana na sznurku,
    Zdzisiu z jednej strony, ja z drugiej, usta się spotkały i my się pocałowali.
    Miał wtedy inną Danusię.

    Zdzisław (zasłuchany w Danutę): - A ty też, ty też miałaś, ty też miałaś innego!

    Aneta (co chwilę wybucha śmiechem): - Ja nikogo nie miałam przed Michałem ani
    on przede mną, ale człowiek się uczy w gazetach i na filmach.

    Michał (zapytany melduje krótko): - Aneta od razu wleciała mi w oko.

    Barbara: - Chciałam być modelką, kupić sobie seksowne majtki i biustonosz.
    Mężczyzna może być przeciętny, wystarczy, jak jest miły. Lubi, żeby kobieta
    miała jednakowo w biodrach i w biuście. Zaczęłam się odchudzać, ale za łakoma
    jestem.

    Danuta: - Po kolacji myłam się, brałam radio i siadaliśmy ze Zdzisiem na ławce,
    przytuleni.

    Tadeusz: - Przyłapali nas! Opiekun zgłosił, że Basia nie wróciła do siebie na
    trzy nocki. Koniec tego, zarządził dyrektor. Trzeba ich dać na jeden pokój!


    Danuta: - Uśmiechnęło mi się serce.

    Wstyd zakonników

    Mateusz prawie się nie odzywa, cały w uśmiechu, wpatrzony czule w Sylwestra
    (oba imiona zmienione). - Jesteśmy pierwszą taką parą w Polsce. Niech inni
    pójdą za nami i znajdą dom, w którym nie muszą się kryć - mówi Sylwester,
    zaciskając pięści.

    Poznali się na drugim krańcu Polski w depeesie prowadzonym przez zakonników.
    1988 rok, dziewięcioosobowa sala, sami mężczyźni. - Uprawiali seks, co noc z
    kimś innym, ja i Mateusz tylko ze sobą. Latem spaliśmy w namiocie sam na sam.
    Kapnęli się, nawet brat dyrektor wiedział. Mówili na nas papużki nierozłączki.
    Ale po 12 latach przyszedł nowy dyrektor i zaczęły się kontrole.

    Sylwester - dobrze zbudowany, włosy obcięte przy skórze, dżinsy, 36 lat. Życie
    przed depeesem: kluby, gejowskie pisma, przelotne związki. - Jestem gejem od
    urodzenia - deklaruje. Mateusz przed Sylwestrem nie miał ani chłopaka, ani
    dziewczyny. Drobny, trochę potargany, w spodniach z kantem podciągniętych pod
    żebra. 11 lat starszy, ubezwłasnowolniony przez sąd. Sylwester sam o sobie
    decyduje.

    - Słyszałem o Pakówce, że jest jak w rodzinie. Postanowiłem sprawdzić.
    Spakowałem się w nocy. Wyszedłem na pociąg, jak Mateusz był w pracy. Zostawiłem
    kartkę, że pojechałem do rodziny na święta. Dopiero w liście odważyłem się
    napisać prawdę.

    Pokazują listy, grube pliki, "od mojego Sylwestra", "od mojego Mateusza". W
    Pakówce Sylwester poprosił dyrektora o sprowadzenie przyjaciela, ale brat
    dyrektor nie chciał puścić Mateusza. - Mówił, że wstyd przyniesiemy. Mateusz
    przestał jeść i miał takie czerwone oczy. Jeździłem do niego raz na rok,
    zamykano przede mną drzwi. Czułem się strasznie samotny. Musiałem wyskoczyć do
    klubu. Poszaleć, piwko wypić, trzecie, czwarte, potańczyć, dostałem kilka
    propozycji. Przetrwaliśmy tak długą rozłąkę, będziemy ze sobą na dobre i na złe.

    Rodzinę Mateusza udało się przekonać po czterech latach. Wałkiewicz: - Jak ich
    zobaczyłem razem, dopiero zrozumiałem, co to znaczy szczęście.

    Niech pokrzyczy

    Barbara (narzeczona Tadeusza): - Po zaręczynach jest okres próbny, pół roku,
    czy się nie oglądamy za innymi.

    Danuta (ta od Zdzisława): - Jakby ta druga Danka przyszła na zabawę, to ja bym
    sobie poszła. Żartuję. Siedziałabym i pilnowała. Zdzisiu jest mój i nikomu go
    nie oddam!

    Barbara: - Uczą nas obsługiwać pralkę i piec ciasta, o czystość dbać w pokoju i
    o siebie, żeby nie było kłótni i alkoholu.

    Tadeusz: - Basia posprząta, do zjedzenia umie uszykować.

    Michał (ten od Anety): - Byleby co do garnka było włożyć, to i ja ugotuję.

    Danuta: - Zdzisiu nie pije, nie pali, nie chcę innego.

    Aneta: - Nie pozwalam Michałowi pić.

    Michał: - Kłócimy się o byle gówno.

    Tadeusz: - Basia jest cichutka, a jak się krzyczy, oj, to ja tego nie lubię.

    Michał: - Lepiej, niech pokrzyczy, niż samemu być, nie mieć z kim się pośmiać.

    Danuta: - Z koleżankami się nie obściskam ani buzi nie dam.


    Barbara: - Tadziu nie wymaga modnych ciuchów i nie zmusza mnie, jak nie mam
    chęci.

    Danuta: - Wracam ze szpitala, Zdzisiu obtańcowuje karetkę, w prawo, w lewo
    lata, w cieniutkim sweterku, jeszcze się przeziębi! I pociesza mnie, jak córka
    nie przyjedzie w odwiedziny.

    Aneta: - Ja kocham Michała, on mnie kocha, to takie miłe.

    Barbara: - W innych depeesach nie ma par. Boją się, że to bez ślubu, nie po
    katolicku, chorób wenerycznych i ciąży.

    Z głupim pracować

    Urzędnicy nadzorujący Pakówkę chwalą Wałkiewicza:

    - Kreatywny, zaangażowany, kładzie duży nacisk na usamodzielnianie się
    pensjonariuszy (Maria Krupecka, zastępca dyrektora wydziału polityki społecznej
    w Urzędzie Wojewódzkim w Poznaniu).

    - Kontrowersyjny, ale ja bym go stawiał za wzór. Rewolucjonista. Wprowadzał
    zmiany nieuregulowane przepisami, a potem zmieniały się przepisy (Karol Jasiak,
    kierownik PCPR - Powiatowego Centrum Pomocy Rodzinie w Rawiczu).

    - Wałkiewicz znowu coś zmienił, a potem my też będziemy musieli - szemrają
    dy
  • palec1 08.01.06, 02:00
    - Wałkiewicz znowu coś zmienił, a potem my też będziemy musieli - szemrają
    dyrektorzy depeesów.

    Nie lubią go, bo nie przyjmuje zdegradowanych urzędników. - Kiedyś zsyłano
    takich za matactwa na stanowiska w depeesach. Stracili twarz, no to do głupich.
    Z głupim każdy może pracować. Ja dobierałem personel - mówi Wałkiewicz.

    On - szef wydziału zdrowia i pomocy społecznej w urzędzie wojewódzkim (wtedy w
    Lesznie) - idzie do depeesu z misją, a kandydatów na opiekunów pyta o pasje i
    marzenia. Tak do Pakówki trafia Sław z teatrem, Danuta i Barbara uczą się
    śpiewu, a Henryk Żarski zwany Nikiforem wystawia obrazy w Lozannie i Londynie.

    Wytykają dyrektorowi, że zatrudnił żonę i syna. Co ma na usprawiedliwienie -
    jego dzieci dorastały w depeesie.

    1986 rok - Wałkiewicz oddaje swoje mieszkanie czterem pensjonariuszom.
    Pojęcie "mieszkanie chronione", czyli miejsce, w którym wychowankowie placówek
    pod okiem opiekuna uczą się samodzielności, pojawi się w ustawie o pomocy
    społecznej dopiero cztery lata później.

    Pierwszy eksperyment na terenie depeesu przeprowadza już w 1984 r. W budynku po
    administracji tworzy Promyk, dom, w którym pensjonariusze żyją bez całodobowego
    nadzoru opiekunów. Wojewódzcy urzędnicy od polityki społecznej sprzeciwiają się
    kategorycznie (- Zaleją, spalą, porażą się prądem, będą się bić) i nie dają ani
    grosza. Wałkiewicz: - Najbardziej samodzielni, pracujący, sami się dobierali i
    urządzali. Po pierwszej nocy opowiadali sny. Euforia.

    Do dwuosobowych pokoi w Promyku 20 lat później wprowadzą się narzeczeni.
    Wybiorą tapety. Danuta i Zdzisław powieszą zdjęcia i święte obrazki, Aneta
    wyhaftuje Michałowi serwetki, obszyje poduszki, Barbara ustawi w kącie słoiczki
    z przetworami dla Tadeusza. Szafy, stoły, łóżka kupią za swoje, Wałkiewicz
    będzie miał za to kontrolę z województwa.

    Krupecka: - Popełnił błąd. Wydał pieniądze pensjonariuszy.

    Depees bierze 70 proc. renty pensjonariuszy, reszta to ich kieszonkowe.
    Wałkiewicz oddał się w ręce sądu.

    Karol Jasiak z Powiatowego Centrum Pomocy: - Sąd nie miał żadnych zaleceń,
    wręcz przeciwnie, uznał, że dyrektor postąpił słusznie.

    Wałkiewicz: - Mieszkańcy często nie znają wartości pieniądza. Wydają na kawę,
    papierosy, i to im wolno. U nas składają w depozycie, pokazujemy im inne
    możliwości. Dlaczego nie mogą mieć własnych mebli?


    Parzy dwie kawy

    Budzą się koło 7.00, kąpiel.

    Aneta wskakuje na chwilę do łóżka, "żeby się ugrzać", zgania Michała.

    W pokojach szumią czajniki.

    Barbara parzy dwie kawy.

    8.00 - śniadanie.

    Tadeusz przywozi posiłki z kuchni, Barbara rozkłada talerze w jadalni, zmywa.

    Danuta zamiata korytarz, Zdzisław spaceruje od okna do drzwi, to się oprze o
    szafę, to przysiądzie na brzegu wersalki.

    Aneta robi na drutach szalik, Michał idzie do pracy przy domu, malowanie,
    koszenie trawy, rąbanie drewna.

    Barbara parzy dwie kawy.

    12.30 - obiad!

    Tadeusz przywozi posiłki, Barbara rozkłada talerze, zmywa.

    Michał wraca do pracy, Aneta do robótek.

    Danuta zamiata, Zdzisław słucha kolęd.

    Jak jest ładna pogoda, idą na spacer, jak ładny film, oglądają telewizję.

    Barbara parzy dwie kawy.

    18.00 - kolacja.

    Tadeusz rozwozi posiłki, Barbara zmywa, parzy dwie kawy.

    Kąpiel.

    Danuta i Zdzisław objęci przed telewizorem.

    Michał i Aneta objęci przed telewizorem.


    Barbara i Tadeusz objęci przed telewizorem.

    Zdjął drut kolczasty

    Rok 2002. Pensjonariusz Pakówki (nim trafił do depeesu, zabił kolegę) rzuca się
    pod pociąg.

    Nie mija miesiąc od samobójstwa i drugi pensjonariusz (w depeesie został
    aktorem, piosenkarzem, królem strzelców, miał fantastyczny kontakt z dziećmi,
    bożyszcze, nie znosił tylko krytyki) zabija syna pielęgniarki. Dostaje 14 lat
    więzienia. Prokurator nie wzywa dyrektora. - Winię sprawcę, nie wszystkich
    mieszkańców - mówi pielęgniarka i zostaje w depeesie. Wieś żąda zamknięcia bram.

    Wałkiewicz: - Bałem się, że 20-letnia praca obróci się wniwecz. Gdyby bramy
    były zamknięte, czy nie doszłoby do tego morderstwa?

    Karol Jasiak: - To była tragedia, ale mogła się zdarzyć.

    Gdy w 1982 r. Wałkiewicz został dyrektorem Pakówki, zdjął drut kolczasty i
    otworzył bramy. We wsi zawrzało: - Oni uciekają, jeszcze komu krzywdę zrobią!

    Wałkiewicz: - To był depees, w którym umieszczano upośledzonych złodziei i
    morderców. Zacząłem przełamywać nieufność środowiska.

    Założył spółdzielnię usługową: mycie okien, zrzucanie węgla, kopanie ogródków.
    Pensjonariusze przy okazji zarabiają. - Bałem się, że będą wykorzystywani. Ale
    jak mają odróżniać dobro od zła, skoro nie pozwala im się doświadczać krzywdy?
    To nadopiekuńczość.

    Mieli wybory i ustanowili własny samorząd. Przewodniczący: Zbigniew Kubsik.
    Codziennie z notesem skarg w gabinecie Wałkiewicza. Rok później zameldował: -
    Panie dyrektorze, założyłem sobie książeczkę mieszkaniową.

    31 lat, łatka pieniacza. - Nie poradzi sobie - pomyślał Wałkiewicz i nie spał
    trzy noce. - Tego, co przeżyję, nikt mi nie odbierze - zaparł się Zbigniew. Po
    pięciu latach ożenił się.

    Kiedy wołają: debil

    Barbara: - Byłam już mężatką, ale teraz mam papiery zgrzebane. Lekarz wybadał,
    że brakuje mi pięć procent w mózgu, żebym była taka, jak trzeba.

    Danuta: - Mam depresję przez byłego męża. Zaglądał do kieliszka, robił się
    agresywny, nie myłam się, leżałam w łóżku, dzieci biegały w potarganych
    spodniach.

    Barbara: - Tu jest dużo ludzi z porażeniem mózgowym, zespołem Downa, na
    wózkach, nie mówią, wszystko niszczą, krzyczą.

    Michał: - Odchyłki mają. Aneta musi łykać tabletki. Jak nie weźmie, to chodzi
    jak osa.

    Danuta: - Zdzisiu jest więcej upośledzony ode mnie.

    Aneta: - Jak rodzice umrą, a dziecko nie jest uzdolnione, to trafia do depeesu.

    Danuta: - Upośledzony to znaczy zdany na opiekunów, moczy się, trzeba go myć, a
    ja się sama wykąpię i jeszcze Zdzisia pogonię! Szkołę skończyłam, w sklepie
    pracowałam.

    Barbara: - Jak na ulicy wołają: debil, to udaję, że nie do mnie. Możemy robić
    to samo co inni, zapamiętać piosenkę w obcym języku, wszystkiego idzie się
    nauczyć.


    Danuta: - My jesteśmy upośledzeni lekko. W kościele głupio to wygląda, wszyscy
    do komunii, a ja nie. Chciałabym ślub wziąć.

    Ślub na telefon

    "Kiedy piję herbatę, moje dłonie same drgają, przez to też nie mogę chodzić. Co
    jakiś czas ta choroba się nasila i drgawki są tak duże, że nie mogę się ruszyć
    z miejsca. Mam też kłopot z mówieniem. Czasem ludzie mnie nie rozumieją" -
    Zbigniew Kubsik wyznaje w autobiografii. Dziesięć drukowanych stron odbitych na
    ksero dla znajomych, ważnych i przygodnych gości.

    Zachorował zaraz po urodzeniu, ale czuł się jak "normalny wiejski dzieciak".
    Rozpalił ognisko na podwórku, oberwał za to lejcami od ojczyma, matka odwiozła
    go do babci, niechcący podusił babcine kurczęta. Wtedy babcia załatwiła mu
    zakład dla umysłowo chorych i zaczęła się gehenna Kubsika. - Z każdego można
    zrobić upośledzonego - powtarza.

    - Takich jak Zbyszek jest więcej. Magda, która wyszła z domu dziecka i nie
    wiedziała, co ze sobą zrobić, Heniek, którego wykolegowała rodzina, bo za dużo
    było majątku do podziału. Nigdy nie powinni się tu znaleźć. Depees to śmietnik
    systemu społecznego - przyznaje Wałkiewicz.

    Kubsik przeszedł pięć depeesów, nie mógł się uczyć, pracować, wychodzić.
    Termin "zespół psychoruchowy" prześladował go jeszcze w Pakówce. "Inwalida z
    lekkim upośledzeniem umysłowym, jednak zdolny do samodzielnego życia" -
    dyrektor przekonywał spółdzielnię mieszkaniową w Koninie. Uwierzyła po dwóch
    latach.

    Blok, dwa pokoje z malutką kuchnią, Kubsik szpera w dokumentach. Pożółkły
    wniosek o telefon: "Inwalida II grupy, ograniczona zdolność poruszania się".

    - O, z tym papierem poszedłem do urzędu stanu cywilnego. O nic więcej nie
    pytali - mówi Zbigniew.

    Wałkiewicz: - Jak miał ślub cywilny, to proboszcz dał kościelny. Nikt już nie
    snuł dywagacji o d
  • palec1 08.01.06, 02:02
    - O, z tym papierem poszedłem do urzędu stanu cywilnego. O nic więcej nie
    pytali - mówi Zbigniew.

    Wałkiewicz: - Jak miał ślub cywilny, to proboszcz dał kościelny. Nikt już nie
    snuł dywagacji o diagnozie. Gdyby mieszkał w Pakówce, miałby przekreślone
    szanse przez sam adres: dom pomocy społecznej dla niepełnosprawnych umysłowo.

    Ubędzie honoru

    Kodeks rodzinny i opiekuńczy, art. 12, par. 1: "Nie może zawrzeć małżeństwa
    osoba dotknięta chorobą psychiczną albo niedorozwojem umysłowym".

    Są wyjątki, jeśli sąd uzna, że "stan umysłu takiej osoby nie zagraża małżeństwu
    ani zdrowiu przyszłego potomstwa".

    Kościół katolicki jest bardziej wymagający.

    Ks. Krzysztof Bąk, dyrektor Caritas Archidiecezji Katowickiej, w marcu 2004 r.
    w Warszawie, podczas konferencji "Wieczne dzieci czy dorośli? Problem
    seksualności osób z niepełnosprawnością intelektualną": - "Osoba
    niepełnosprawna intelektualnie nie jest w stanie podjąć się odpowiedzialności
    za innych, stąd też nie ma prawa do aktów seksualnych albo inaczej mówiąc, akt
    seksualny zarówno dla tych osób, jak i dla wszystkich innych jest krzywdzący.
    Potrzebna jest im pomoc w prostych czynnościach. Nie można więc próbować
    obarczać tych osób odpowiedzialnością i powagą aktu seksualnego". Co
    więcej: "Niemoralnym jest wmawianie osobom niepełnosprawnym intelektualnie, że
    mają prawo do aktów seksualnych, bo to przecież miłość". Z tego powodu "osobie
    niepełnosprawnej żadnej wartości nie przybędzie (...), a raczej ubędzie,
    przynajmniej godności czy honoru".

    Ks. dr Antoni Bartoszek, wykładowca teologii Uniwersytetu Śląskiego, jest
    duszpasterzem ośrodka Caritasu dla niepełnosprawnych w Rudzie Śląskiej.
    Pobłogosławił jedno małżeństwo - lekko upośledzonej uczestniczki warsztatu
    terapii zajęciowej. Jest ostrożny: - Zgodnie z prawem kanonicznym małżeństwo
    mogą zawrzeć ci, którzy są zdolni do wypełnienia obowiązków sakramentu. Trzeba
    więc rozważyć okoliczności, czy oboje partnerzy są upośledzeni i w jakim
    stopniu, czy potrafią wychować dzieci, podjąć pracę, utrzymać dom albo czy
    rodzice im pomogą.

    Zachęca do celibatu: - To nie jest dodatkowe upośledzenie - podkreśla.

    Co w zamian? Ks. Bąk: "Wspólnota rodzinna, miłość rodzicielska, miłość
    rodzeństwa, przyjaźń partnerska jest w stanie całkowicie zapełnić osobie
    niepełnosprawnej intelektualnie zapotrzebowanie miłości".

    - To są ludzie, mają swoje prawa - protestuje Karol Jasiak, kierownik PCPR w
    Rawiczu. Nie widzi niczego niedorzecznego w tworzeniu związków. - To dość
    odważne - zaczyna ostrożnie dyrektorka wydziału polityki społecznej w Poznaniu
    i pyta: - A jak pojawią się dzieci?

    Królewicz

    - Znalazła się cwaniara, poleciała na mieszkanie - zaklął w duchu Wałkiewicz,
    gdy Kubsik zaprosił go na ślub. - Mogę najpierw poznać narzeczoną?


    Basia - dwa lata starsza od Zbigniewa, sięgała mu do pasa. 128 cm wzrostu.
    Wyjawiła Wałkiewiczowi, że też ma książeczkę mieszkaniową. - "Nie chcę mieszkać
    sama", powiedziała. "Albo będę zajmować się rodzicami, albo bawić dzieci
    sióstr. Zostanę kopciuszkiem. Nie mam co czekać na królewicza z bajki". "Czy
    Zbyszek jest tym, o kim marzyłaś", spytałem? A ona na to: "Jestem wrażliwa na
    niepełnosprawnych".

    Sąsiadka z klatki w bloku: - Sama mogła nie zjeść, ale Zbychu miał codziennie
    świeże owoce. Ale trzymała go krótko, posprzątaj, mówiła, i brał za odkurzacz.

    - Rządziła, przestawiała meble, chciała się kochać, proszę bardzo. Była dla
    mnie dobra - mówi Zbigniew.

    Przeżyli ze sobą dziewięć lat. Pewnej nocy w 1996 r. Basia położyła się obok
    męża. Rano na próżno próbował ją dobudzić. Miała wadę serca, ale nikomu się nie
    skarżyła.

    Po śmierci Basi siostra Zbigniewa chciała go odwieźć do Pakówki. - Nie
    pozwoliliśmy! - mówi sąsiadka. - Zbychu trafił do dobrej klatki. A to ktoś
    wtyczkę naprawi, pomidora z działki przyniesie. Zaradny jest, oszczędny. Na
    meble odłożył z renty, marzył o komputerze i proszę, ma.

    Po pięciu latach Kubsik zaczął szukać drugiej żony. Daje anonse do gazety, że
    wiek się nie liczy, byle uczciwa i niepełnosprawna. - Pełnosprawne kobiety chcą
    mężczyzn pełnosprawnych - wyjaśnia. - Boją się inwalidy, że nie sprosta
    obowiązkom małżeńskim, w sprzątaniu, w seksie.

    Przeznaczenie

    Barbara: - Chciałabym mieć syna z Tadziem. Nie mogę zajść w ciążę. Miałam guza
    macicy.

    Danuta: - Wcześniej urodziłam trójkę, dość. Takie było moje przeznaczenie.

    Aneta: - Z dzieciakami jest dużo roboty, zanim to dorośnie, wyuczy się, i
    rozwody przez to są.

    Danuta: - Mnie i Anetę zaraz po zaręczynach zawieźli do ginekologa i założyli
    spirale. Magda się z tego nabijała, ona sobie nie pozwoliła.

    Barbara: - W telewizji mówili, że można zrobić przeszczep macicy. Kosztuje 10
    tys. zł. Mama mi zafunduje.

    Danuta: - Tu się nie zgadzają na dzieci. Jak ktoś chce, idzie na swoje, tak jak
    Magda.

    Mezalians

    Magda, ta z domu dziecka, zaszła w ciążę z chłopakiem z sąsiedniej wsi i
    wyprowadziła się z Pakówki. - W depeesie dziecko powielałoby schemat - tłumaczy
    Wałkiewicz. - Magdzie się udało, wyszła za mąż, ale takie rzeczy się nie
    zdarzają. To mezalians. Odkąd jestem dyrektorem Pakówki, usamodzielniło się 50
    mieszkańców. Tylko trzech z nich związało się z kimś ze środowiska.

    Po Zbigniewie był Czesław. Zamieszkał z wdową z Pakówki. Pomagał jej w
    gospodarstwie.

    Trzecia Magda. - Ona ciągle zaciera za sobą ślady, że tu była - ostrzega
    dyrektor.

    Zapewniam, że zmienię jej dane, ma inaczej na imię. Umawiam się z nią na
    następny dzień. Rano dzwoni, że rezygnuje ze spotkania po rozmowie z mężem.

    Lasu nie objadę

    Danuta: - Opiekun przywiózł mi nowe buty. Fryzjer ogoli, lekarz na każde
    skinienie, upiorą nam, na obiad dwa dania, gdzie będę miała lepiej? A to za
    prąd zapłać, a to za wodę, denerwuj się, co do gara włożyć, idźcie do licha, ja
    chcę mieć spokój! Z renty pobiorą na opłaty, a resztą sama rządzę, jak
    przepuszczę, to przepuszczę, na cukier, kawę, herbatę, kartę telefoniczną, żeby
    do córki zadzwonić. Mamy swój sklepik, drogo nie ma, bo tanio, po co chodzić do
    Bojanowa?


    Tadeusz: - Nie jest daleko, cztery kilometry. Chodzimy po wędliny, ciastko, coś
    lepszego. Wino wytrawne, nie za dużo. Za dużo nie wolno.

    Michał: - Ja to na rower i do lasu w pierun! Bez lasu to ja... ech! Świeże
    powietrze, krajobrazy ładne, zwierzęta. W góry bym pojechał, jakby mi się
    spodobało, tobym tam jeszcze został. Ale lasu też przez cały dzień nie objadę.
    Daleko się stąd nie zajdzie.

    Barbara: - Trzeba wrócić, póki widno. Inaczej policja szuka. Za karę ubierają w
    piżamę, noszą jedzenie do pokoju. Ktoś wariuje, to zastrzyk i śpi cały dzień.

    Danuta: - Marzyłam, żeby mieszkać z córką, psycholog zapytał, a kto ci będzie
    prał, gotował, córka ma swoje życie, pracuje, a ja wymagam opieki!

    Barbara: - Umiem ugotować kurczaka, flaczki, zrobiłam przetwory z ogórków i
    pomidorów.

    Michał: - Wyprowadzka? Ani mowy!

    Tadeusz: - Usamodzielnimy się. Najpierw kupimy pralkę.

    Panie tatusiu

    - O 9.00 wyłączyć telewizor i spać, spać, spać! - Kubsik z odrazą wspomina
    depees. - A ja pragnę wolności. Kiedy zechcę - wyjść na ławkę.

    - Każdy się z nim przywita, pogada, nikt nie traktuje jak śmiecia - zapewnia
    sąsiadka z klatki. - No, powiedz Zbyniu, komu to wszystko zawdzięczasz? -
    sąsiadka nie czeka na odpowiedź: - Dyrektorowi z Pakówki! Zbyniu mówi do
    niego "tatusiu".

    - On jest dla mnie jak ojciec - posiwiały Kubsik uśmiecha się, jakby coś
    przeskrobał. Dostał ofertę małżeństwa: kobieta nakłaniała go do sprzedaży
    mieszkania w Koninie i kupna w Warszawie, gdzie ma syna na studiach. - Dyrektor
    mnie opieprzył, że daję się wykorzystywać.

    Sylwester i Mateusz wynajęli mieszkanie w Szczecinie, "bo tam geje chodzą
    parami". - Za daleko, nie poradzą sobie bez wsparcia, ktoś im zrobi melinę w
    mieszkaniu - martwi się Wałkiewicz.

    - Dyrektor jest za bardzo opiekuńczy - mówi Barbara. - Ch
  • palec1 08.01.06, 02:03
    - Dyrektor jest za bardzo opiekuńczy - mówi Barbara. - Choćby się chciało,
    ogniska domowego w depeesie się nie stworzy. Ja i Tadziu mamy siebie. A
    opiekunowie muszą okazywać miłość wszystkim, nie jednej osobie. My już nie
    potrzebujemy opiekuna. Chcemy decydować, spróbować, czy da się samemu.

    - A jak ktoś zrobi wam coś złego? - pytam.

    - My już sami wiemy, jak się zachować. Wtedy się idzie na posterunek policji.

    Wałkiewicz: - Jestem wrogiem instytucji, w której pracuję. Ona upośledza.


    Małgorzata Goślińska



    serwisy.gazeta.pl/wyborcza/1,34591,3102089.html?as=2&ias=8
  • palec1 08.01.06, 02:06
    Kicz patriotyczny
    Rozmawiał Jarosław Kurski 06-01-2006, ostatnia aktualizacja 06-01-2006 21:36

    Minister Ujazdowski zapowiada, że zbuduje Muzeum Wolności. Czy nie lepiej
    stworzyć muzeum parlamentaryzmu polskiego - jednej z piękniejszych kart w
    naszej historii? Można w nim też pokazać zagrożenia, jakie niesie łamanie
    demokracji - od liberum veto, poprzez zamach majowy, aż po sfałszowane
    referendum z 1946 roku. To coś więcej niż doraźna pomnikoterapia - mówi Robert
    Traba


    Jarosław Kurski: "Polityka historyczna" legła u podstaw ideologii IV
    Rzeczypospolitej. Jak Pan rozumie to pojęcie?

    Robert Traba: Paradoks polega na tym, że polityka historyczna, która weszła
    przebojem do dyskursu publicznego, jest enigmą. Nikt nie wie, co to jest i na
    czym miałoby polegać. W wypowiedziach orędowników polityki historycznej
    odnalazłem natomiast kilka elementów, które ją określają, choć nie definiują.
    Po pierwsze, chodzi o afirmację historii narodowej. Po drugie, polityka
    historyczna budowana jest w opozycji do tradycji patriotyzmu krytycznego. I po
    trzecie, ma ją kreować państwo, czyli rząd. Każdy z tych punktów budzi obawy.

    Smutne jest też to, że hasło polityki historycznej zrobiło karierę w trakcie
    kampanii wyborczej. O ile mam pewne zrozumienie dla polityków, którzy
    posługiwali się nim w walce politycznej, to rozczarowało mnie stanowisko
    twórców i intelektualistów, którzy brali w tym udział. Mam tu na myśli przede
    wszystkim opinie wyrażone m.in. przez Dariusza Gawina, Roberta Kostro, Marka A.
    Cichockiego, Zdzisława Krasnodębskiego czy Tomasza Mertę.

    Zwolennicy polityki historycznej odpowiedzieliby zapewne, że chodziło o
    upominanie się o historyczną sprawiedliwość wobec Polski - np. walkę z
    pleniącym się w zachodniej prasie kłamstwem o "polskich obozach
    koncentracyjnych". Czy też o twardą odpowiedź na inicjatywę Eriki Steinbach
    budowy Centrum przeciw Wypędzeniom. Albo o odpowiedź na ewentualne niemieckie
    roszczenia wobec Polski - bo temu miała służyć decyzja prezydenta Warszawy
    Lecha Kaczyńskiego, który zlecił obliczenie strat materialnych stolicy w II
    wojnie światowej.

    - Wszystko to prawda, ale to nie zaprzecza wyborczemu kontekstowi owych
    inicjatyw. Proszę zauważyć, że polityka historyczna pojawiła się w momencie
    zderzenia dwóch debat. Pierwsza wiązała się z narodową traumą Jedwabnego, która
    zachwiała fundamentalnym mitem Polaka postrzeganego jedynie jako bohater i
    ofiara, a ukazała go również w roli sprawcy. To doświadczenie wywołało wstrząs
    i tęsknotę za pierwotnym mitem martyrologicznym, na którym budowaliśmy od
    zawsze naszą tożsamość narodową. Potem była debata wywołana przez Erikę
    Steinbach, w której - obok tradycyjnej winy Niemców wobec Polaków - pojawiła
    się kwestia odpowiedzialności Polaków za los wysiedlanych Niemców. Powstało
    naturalne zapotrzebowanie na odreagowanie tego jednostronnie negatywnego
    wizerunku.

    I oto nastają obchody rocznicy Powstania Warszawskiego. Z miejsca trafiają w
    nasze oczekiwania i emocje. Stają się też okazją do zbiorowej terapii
    narodowej.

    To chyba zbyt krzywdzące traktować Muzeum Powstania Warszawskiego jako przejaw
    terapii narodowej. To jednak był długo oczekiwany akt moralnego
    zadośćuczynienia żołnierzom Polski Podziemnej poniewieranym w PRL.

    - Muzeum Powstania Warszawskiego to jedno z najlepszych muzeów historycznych,
    jakie widziałem - ale jego konstrukcja jest niedokończona. Jest bowiem prolog,
    który ukazuje okupację w Polsce, i sposobienie się Państwa Podziemnego do
    powstania narodowego. Jest centralna ekspozycja poświęcona samemu powstaniu. I
    wreszcie jest epilog w postaci symbolicznego czerwonego tunelu i opisu
    represji, jakie spotkały uczestników powstania w PRL. Brakuje jednak rzeczy
    zasadniczej - dramatycznego sporu o Powstanie.

    Sporu rozdzierającego, który pojawił się, zanim Powstanie wybuchło. Sporu,
    który trwa do dziś.

    - Otóż obawiam się, że sama forma przekazu przerosła istotę tej tragedii i może
    przerodzić się w kicz. Będziemy budować kolejne czerwone kanały, a nie
    zastanowimy się nad sensem i tragizmem decyzji o wybuchu Powstania ani nie
    poznamy wszystkich jego kart - nie tylko tych heroicznych.

    Podczas jednej z wizyt w Muzeum Powstania przewodniczka wolontariuszka
    powiedziała, wskazując na mnie i na kolegę (obaj jesteśmy z generacji
    czterdziestolatków): - To jest nasza odpowiedź na to, co wyście stracili jako
    pokolenie, nie budując pozytywnego mitu po 1989 r. To jest nasze muzeum -
    wnuków i dziadków.

    O jednym wszakże zapomniała - że każde pokolenie po swojemu interpretuje
    historię. I że po każdym przyjdzie następne i powie z wyrzutem: dlaczego
    wzniesiono muzeum-pomnik, dlaczego społeczeństwu zaoferowano pomnikoterapię,
    zamiast zbudować przekaz, który wykroczyłby poza zapotrzebowanie jednej
    generacji?

    Dla mnie było szokujące, że prezydent Lech Kaczyński dzień swego zaprzysiężenia
    rozpoczął od złożenia kwiatów pod pomnikiem płk. Antoniego
    Chruściela "Montera". To niezwykle kontrowersyjny dowódca, który parł do
    Powstania. Odpowiedzialny za śmierć stu kilkudziesięciu młodych dziewcząt i
    chłopców w nocy z 30 na 31 sierpnia podczas bezsensownej próby utorowania
    korytarza ewakuacyjnego dla oddziałów powstańczych ze Starówki. Dowódca, o
    którym Jan Nowak-Jeziorański mówił, że szafował ludzką krwią. Kaczyński mógł
    złożyć kwiaty pod pomnikiem Powstania. Składając je pod pomnikiem Chruściela,
    dał przykład bezkrytycznej afirmacji historii.

    - W myśl polityki historycznej historia ma afirmować narodową przeszłość
    Polaków. Historyk idei, Marek A. Cichocki, na łamach tygodnika "Ozon"
    zdefiniował politykę historyczną jako "świadome wsparcie dla tych działań,
    które zmierzają do wzmocnienia świadomości demokratycznej wspólnoty". Ja się z
    tym zgadzam. Pamięć zbiorowa istnieje wbrew wszelkim sceptykom, którzy
    twierdzą, że jej nie ma. Ale dalej Cichocki pisze, że "polityka historyczna ma
    polegać na afirmatywnym podejściu do dziejów". I tu pojawia się mój sprzeciw.

    Przeciwko czemu konkretnie?

    - Minister Kazimierz Ujazdowski zapowiada, że zbuduje Muzeum Wolności. Muzeum,
    które pomieści wszystkie pozytywne epizody w dziejach Polski - począwszy od
    złotego wieku XVI, poprzez powstania narodowe i wojnę polsko-bolszewicką, po
    walkę z komunizmem. Rozumiem, że chodzi o afirmatywną prezentację historii. Ale
    w takim muzeum nie będzie miejsca na mniej chlubną historię niefrasobliwości
    politycznej elity rządzącej, tchórzostwa, nietolerancji, narodowego szowinizmu
    i katolickiego integryzmu. Czy rzeczywiście na prawdziwy obraz naszej
    przeszłości składa się tylko część prawdy historycznej? Taki obraz byłby z
    gruntu zakłamany, bo wybiórczy i jednostronny.

    Ani słowa w nim o tym, że tę wolność traciliśmy na własne życzenie.

    - Ani o tym, jak tę wolność zabieraliśmy innym narodom.

    W gruncie rzeczy jest to stara jak świat polemika zwolenników Sienkiewicza ze
    zwolennikami Żeromskiego. Pierwszy pisał "ku pokrzepieniu serc",
    drugi "rozdrapywał narodowe rany, by nie zabliźniły się błoną podłości".

    - A przecież można uszanować i jedną, i drugą tradycję. Czy nie lepiej zamiast
    Muzeum Wolności stworzyć Muzeum Parlamentaryzmu Polskiego - jednej z
    piękniejszych kart w naszej historii? A jednocześnie w takim muzeum można by
    pokazać zagrożenia, jakie niesie łamanie demokracji i zasad parlamentarnych -
    od liberum veto i przekupnych elekcji królów polskich, poprzez zabójstwo
    prezydenta Narutowicza i zamach majowy, aż po sfałszowane referendum z 1946 r.
    i zmiany w konstytucji w 1976 r. Tę historię kończyłby Okrągły Stół i wybory z
    czerwca 1989 r. Takie muzeum dałoby okazję do pouczającej refleksji, a nie
    ograniczało się do doraźnej pomnikoterapii. Może też być twórczym przekazem dla
    młodego pokolenia.


    Czy w afirmatywnym ujęciu polskich dziejów będzie miejsce dla margrabiego
    Aleksandra Wielopolskiego czy księcia Ksa
  • palec1 08.01.06, 02:08
    - A przecież można uszanować i jedną, i drugą tradycję. Czy nie lepiej zamiast
    Muzeum Wolności stworzyć Muzeum Parlamentaryzmu Polskiego - jednej z
    piękniejszych kart w naszej historii? A jednocześnie w takim muzeum można by
    pokazać zagrożenia, jakie niesie łamanie demokracji i zasad parlamentarnych -
    od liberum veto i przekupnych elekcji królów polskich, poprzez zabójstwo
    prezydenta Narutowicza i zamach majowy, aż po sfałszowane referendum z 1946 r.
    i zmiany w konstytucji w 1976 r. Tę historię kończyłby Okrągły Stół i wybory z
    czerwca 1989 r. Takie muzeum dałoby okazję do pouczającej refleksji, a nie
    ograniczało się do doraźnej pomnikoterapii. Może też być twórczym przekazem dla
    młodego pokolenia.


    Czy w afirmatywnym ujęciu polskich dziejów będzie miejsce dla margrabiego
    Aleksandra Wielopolskiego czy księcia Ksawerego Druckiego-Lubeckiego - postaci
    niejednoznacznych, ale jakże inspirujących?

    - Myślę, że ich nie zabraknie. Obawiam się natomiast o jednostronną
    interpretację ich postaw. Jeśli polityka historyczna będzie się sprowadzać do
    czczenia "prawdziwego" patriotyzmu, to dzisiejsze młode pokolenie przestanie w
    ogóle myśleć w sposób krytyczny. Oferowanie myślącemu młodemu człowiekowi
    Muzeum Wolności, w którym będzie tylko świetlana przeszłość Polski, oferowanie
    symboli, które nie podlegają krytyce, jest krótkowzroczne. W przyszłości
    zrodzić może nowe pokolenie buntu i przekory wobec takiego przekazu.

    Zrodzi albo nie. Może mitem fundacyjnym IV RP będzie idealistyczna wizja
    polskiej historii najnowszej jako pasma heroicznych zmagań narodu polskiego. A
    IV RP potrzeba mitu fundacyjnego.

    - Mity fundacyjne kształtują wspólnotę, z drugiej strony ich siła może tworzyć
    fałszywy punkt odniesienia. PRL miała swój wielki mit, który powielany jest do
    dziś i którego nie sposób wymazać z pamięci - mit Ziem Odzyskanych. Oto endecy
    do spółki z komunistami świadomie implantowali kłamstwo, bo takie było
    zapotrzebowanie, gdyż na jednej trzeciej terytorium Polski - od Olsztyna, przez
    Szczecin, po Wrocław i Opole - na ziemiach zupełnie nieznanych pojawili się
    polscy osadnicy z Polski centralnej i ziem wschodnich przedwojennej RP, którzy
    musieli poczuć się u siebie. Pojęcie "Ziemie Odzyskane" przetrwało PRL i
    funkcjonuje do dziś, choć żywi się absurdalną logiką, w myśl której prawo do
    terytorium ma ten, kto wykaże, że był na nim pierwszy.

    Historyczna indoktrynacja w PRL była surrealistyczną zbitką komunistyczno-
    endecką. Dziś musimy odrzucić ten balast.

    Jak?

    - Poprzez patriotyzm krytyczny albo, może dziś jeszcze bardziej aktualny,
    obywatelski.

    Na krytyczny patriotyzm mógł sobie pozwolić Jan Nowak-Jeziorański, gdyż jego o
    brak patriotyzmu nikt pomówić nie śmiał. Na kilka miesięcy przed śmiercią
    ostrzegał, że największym wrogiem Polaków są sami Polacy, że Rzeczpospolita
    upadła, bo szlachta nie chciała płacić podatków na obronę, że przekleństwem
    Polaków jest przerost indywidualizmu, bo każdy Polak to minister bez teki. I
    oczywiście nikt go nie słuchał.

    - Bo trudno jest się poddać krytyce. Posłużę się metaforą z psychologii. Otóż
    dla pełnego zrozumienia własnej osobowości potrzebujemy nie tylko afirmującej
    samooceny, lecz również tzw. informacji zwrotnej - krytycznej, przekazanej w
    dobrej intencji przez inną osobę. Taką rolę równoważnika, przestrogi przed
    samouwielbieniem pełni krytyczny patriotyzm.

    Tomasz Łubieński pisał o niedoścignionych dziełach polskiej szkoły filmowej,
    które oprócz patosu potrafiły posługiwać się także ironią. "Kpić z samych
    siebie, nawet w opresji - oto, co hartowało niepodległego ducha. Dziś wolni, w
    imię polityki historycznej mielibyśmy pozbyć się tej polskiej broni, bo zdaje
    się to nam niepotrzebne"...

    - Szczególnie niepokojące jest to, że polityka historyczna wspiera się na walce
    z wrogiem. Pojawia się tu prosty mechanizm budowania społeczeństwa na
    zasadzie "my" - przyjaciele, "oni" - wrogowie. A pierwszym i największym jej
    wrogiem jest krytyczny patriotyzm - cały nurt polskiego myślenia historycznego,
    od krakowskiej szkoły historycznej Józefa Szujskiego i Michała Bobrzyńskiego,
    przez Tadeusza Boya-Żeleńskiego, kończąc na Janie Józefie Lipskim i Jerzym
    Jedlickim. Ci humaniści są dla propagatorów polityki historycznej negatywnym
    tłem, od którego trzeba się odbić.

    Polityka historyczna ma być reakcją na występujący podobno u młodzieży zanik
    wrażliwości patriotycznej.

    - To są mity, że polska młodzież jest taka zliberalizowana i niepatriotyczna,
    że nie odczuwa związku z wartościami i symbolami narodowymi. Z badań
    porównawczych nad patriotyzmem i nacjonalizmem polskich nastolatków
    prowadzonych przez grupę socjologów z Uniwersytetu Warszawskiego w ramach
    międzynarodowego projektu obejmującego kraje Europy, Australii i Ameryki
    Południowej wynika, że postawy nacjonalistyczne i patriotyczne są najczęstsze
    właśnie w Polsce i dają się porównać z postawami młodzieży z Grecji, Cypru i
    Chile. Najniższy poziom patriotyzmu młodzieży jest w Belgii, Hongkongu,
    Niemczech i Szwajcarii. Nie ma w Polsce nihilizmu narodowego i amnezji
    historycznej. Badania Krzysztofa Koseły i jego zespołu wyraźnie to potwierdzają
    (R. Dolata, K. Koseła, A. Wiłkomirska, A. Zielińska: "Młodzi obywatele. Wyniki
    międzynarodowych badań młodzieży", Warszawa 2004).

    Czy polityka historyczna nie jest reakcją na integrację Polski z Unią
    Europejską? Czy nie bierze się z obaw o roztopienie polskiej tożsamości w
    wielonarodowym i kosmopolitycznym morzu?

    - Zapewne. Pytanie tylko, co ta polityka oferuje. Otóż oferuje konstrukcję "my -
    oni". Jeżeli postrzegamy historię tylko z perspektywy własnego interesu
    narodowego, tracimy wrażliwość na podmiotowość innych - Ukraińców, Litwinów,
    Białorusinów... To nie przypadek, że do nazwy "Ministerstwo Kultury" dodano
    człon: "i Dziedzictwa Narodowego". Zapomina się, że dzisiejsza Polska jest
    spadkobiercą Rzeczypospolitej wielu narodów, że Polacy to był naród nie
    etniczny, lecz polityczny. Pochodzenie etniczne było wtórne wobec wspólnoty
    politycznej, w której "politycznym" Polakiem mógł być Litwin, Rusin czy Niemiec.

    Nasza konstytucja stanowi, że Polska jest wspólnotą wszystkich obywateli
    Rzeczypospolitej. W potocznej świadomości wciąż jednak funkcjonujemy na
    poziomie narodu etnicznego. Pamięci historycznej nie należy budować w
    kategoriach antagonizujących, na zasadzie - przyjaciele i wrogowie.

    Wyczuwam w Pana głosie troskę człowieka, który od 16 lat odkrywa w Polsce małe
    ojczyzny - Warmiaków, Mazurów, kultury pogranicza polsko-litewsko-
    białoruskiego. Czy Pana zdaniem polityka historyczna zagraża posłannictwu
    takiego stowarzyszania jak Borussia, którym Pan kieruje?

    - To dla mnie pytanie, jak sobie radzić z "nie naszym" dziedzictwem kulturowym
    w Polsce. To niezwykle trudne zdanie. Tworząc Ministerstwo Kultury i
    Dziedzictwa Narodowego, wykluczamy "nie naszych". I nie pomogą żadne
    zapewnienia ministra, że tak nie będzie. Jeśli nie będzie, to po co stwarzać
    ten fałszywy horyzont?

    Jedna trzecia Polski to ziemie pogranicza polsko-niemieckiego. W Polsce
    centralnej i wschodniej widać jeszcze ślady krajobrazu kulturowego polskich
    Żydów. Co zrobić z poczuciem "bycia u siebie" trzeciej generacji ludzi
    urodzonych na ziemiach zachodnich i północnych, którzy konfrontują się z
    niepolskim krajobrazem kulturowym Gdańska, Olsztyna, Wrocławia? Sprowadzić to
    wszystko do obrazu mazowiecko-warszawskiego?

    W polityce historycznej w ogóle nie ma zrozumienia dla tego, co nazywam "nie
    naszą" spuścizną kulturową - a to jest kawał przestrzeni Polski.


    Jan Józef Lipski pisał w jednym ze szkiców, że jesteśmy depozytariuszami
    obcego, niemieckiego dziedzictwa kulturowego.

    - Czuję się spadkobiercą Lipskiego i jego patriotyzmu, ale spróbuję
    redefiniować jego myśl. Otóż my dziś nie jesteśmy już depozytariuszami.
    Jesteśmy duchowymi sukcesorami tych
  • palec1 08.01.06, 02:09
    Jan Józef Lipski pisał w jednym ze szkiców, że jesteśmy depozytariuszami
    obcego, niemieckiego dziedzictwa kulturowego.

    - Czuję się spadkobiercą Lipskiego i jego patriotyzmu, ale spróbuję
    redefiniować jego myśl. Otóż my dziś nie jesteśmy już depozytariuszami.
    Jesteśmy duchowymi sukcesorami tych ziem od 1945 r. niezwiązanych z dawną ich
    historią. Sukcesorami - to znaczy, że czujemy się u siebie, bo
    pojęcie "depozytariusz" zakłada pewną tymczasowość. To nie jest nasze
    dziedzictwo. To jest sukcesja po innych. My wkładamy w to miejsce nowe życie,
    nowy sens i interpretację, nie zapominając o ich twórcach. Istota naszej
    obecności na Mazurach, Górnym Śląsku czy Pomorzu Zachodnim polega na obecności
    twórczej, kreatywnej, a nie na zaklinaniu i zakłamywaniu przeszłości, jakoby to
    były ziemie odwiecznie polskie.

    Bez ustosunkowania się kreatorów nowej polityki historycznej do kwestii
    patriotyzmu regionów i spuścizny wielonarodowej Rzeczypospolitej ich projekt
    nigdy nie będzie wiarygodny. Pozostanie krótkowzroczną akcją polityczną, która
    nie wprowadza nowej jakości do naszej refleksji historycznej.

    O czym Pan konkretnie myśli, mówiąc o krótkowzrocznej akcji politycznej?

    - Odwołam się do sprawy trudnej dla pana - z racji brata - która przejdzie do
    historii socjotechniki wyborczej: Wehr-macht i dziadek Donalda Tuska. Nie
    interesuje mnie polityczna dyskusja na ten temat. Ale nie stałoby się to, co
    się stało, gdyby Polacy mieli inną wrażliwość historyczną. Wiadomo przecież, że
    na ziemiach włączonych do Rzeszy odmowa wstąpienia do Werhmachtu oznaczała
    utratę rodziny i obóz koncentracyjny Stutthof. Ten obóz nie został zbudowany
    dla Żydów, ale dla pomorskich Polaków. Gdybyśmy mieli taką wrażliwość
    historyczną, cała ta sprawa nie mogłaby w ogóle zaistnieć, bo nie dopuściłaby
    do tego opinia społeczna. Ale my nie mamy zupełnie wyczucia dla tej sytuacji, a
    obecna polityka historyczna tego wyczucia nam nie doda.

    Dlaczego razi Pana, że to państwo ma prowadzić politykę historyczną? Przecież
    inne państwa też to robią i nikt nie rozdziera szat.

    - W proponowanej interpretacji państwo tożsame jest z rządem. A to oznacza, że
    każdy nowy rząd będzie stanowił tę politykę na własne kopyto. Tymczasem
    polityka historyczna to praca na dziesięciolecia, a nie na jedną kadencję
    rządu, Sejmu czy prezydenta. Poza tym, w ogóle nie dostrzega się gigantycznego
    dorobku organizacji pozarządowych, na przykład Ośrodka "Karta", który nie tylko
    dokumentuje zbrodnie nazizmu, komunizmu, historię polskiej opozycji, ale
    właśnie uczy młodzież krytycznego patrzenia na przeszłość.

    W polityce historycznej chciałbym dostrzec pole dialogu, a nie konfliktu. Nie
    pogłębiajmy antagonizmu, gdyż dotyczyć on będzie nie tylko intelektualistów,
    ale też przenosić się będzie na społeczeństwo. Trzeba rozmawiać.

    *Dr Robert Traba (ur. 1958) - historyk, politolog, kulturoznawca; założyciel
    olsztyńskiego stowarzyszenia Wspólnota Kulturowa "Borussia" i redaktor
    kwartalnika "Borussia". Pracuje w Instytucie Studiów Politycznych PAN. Obszerny
    tekst Roberta Traby na temat polityki historycznej ukaże się w najbliższym
    numerze "Przeglądu Politycznego"


    Rozmawiał Jarosław Kurski


    serwisy.gazeta.pl/wyborcza/1,34591,3102093.html
  • fyrlok 05.02.06, 22:57
    Nie było złotego mostu Koniewa na Śląsku
    Rozmawiał Józef Krzyk 26-01-2006 , ostatnia aktualizacja 26-01-2006 23:00

    Kilka dni po utracie Katowic Albert Speer, minister odpowiedzialny w niemieckim
    rządzie za gospodarkę, napisał do Hitlera: "Wojna jest przegrana". Bez Górnego
    Śląska nie dało się zapewnić niemieckim zakładom produkującym uzbrojenie stali,
    a całemu przemysłowi - węgla - mówi dr hab. Zygmunt Woźniczka


    Józef Krzyk: Do 1989 roku wszystko było proste: źli Niemcy i dobry Związek
    Radziecki, który nas wyzwolił. Potem niektórzy mówili tylko o popełnianych
    przez sowieckich żołnierzy mordach, a nadejście Armii Czerwonej nazywają
    zdobyciem. Gdzie racja?

    Zygmunt Woźniczka *: To wcale nie jest takie proste. W odniesieniu do zdarzeń
    ze stycznia 1945 roku w Zagłębiu Dąbrowskim i w Katowicach zdecydowanie
    bardziej uprawniony jest termin wyzwolenie, bo te tereny były przed II wojną
    światową częścią państwa polskiego. Zdecydowana większość mieszkańców
    traktowała kilkuletnie rządy niemieckie jak okupację i z nadzieją czekała na
    ich koniec. Ale sprawa już wcale nie była tak jednoznaczna w Gliwicach, Bytomiu
    czy Zabrzu, które przed 1939 rokiem należały do Niemiec i gdzie większość
    mieszkańców identyfikowała się z państwem niemieckim. Opowiadanie, że się
    wyzwalało Niemców, jest śmieszne. Owszem, zdarzali się tam antyfaszyści, były
    osoby zmęczone przedłużającą się wojną, ale w Gliwicach ludność cywilna stawiła
    zbrojny opór wkraczającej Armii Czerwonej. Ludzie popełniali samobójstwo, żeby
    nie wpaść w ręce czerwonoarmistów.

    Nawet nieliczni mieszkający tam Polacy nie mogli nadejścia Armii Czerwonej
    traktować jak wyzwolenia. Rosjanie traktowali wszystkich jednakowo - mordowali,
    gwałcili i okradali. Nie ma się co zresztą dziwić ich nienawiści i wściekłości.
    Niemcy mordowali ich bliskich, więc teraz brali odwet. Szeregowi żołnierze, a
    nawet oficerowie, nie orientowali się w takich zawiłościach, które dla nas są
    ważne - że tu przebiegała polsko-niemiecka granica, że była polska i niemiecka
    część Śląska i że większa część ludności była dwujęzyczna. Ba! Nawet ich to nie
    obchodziło. Paradoksalnie najwięcej wiedzy na ten temat mieli enkawudziści, ale
    ci nie mieli żadnego interesu w tym, aby powstrzymywać swoich żołnierzy przed
    gwałtami. To wszystko zresztą działo się jeszcze przed konferencją w Poczdamie,
    która przyznała Polsce tereny na wschód od Odry. Zanim to się stało, Śląsk był
    traktowany jak inne części Rzeszy.

    Są tacy, którzy twierdzą, że takie stawianie sprawy to zrównywanie
    odpowiedzialności sprawców wojny - Niemców i ofiar - Związku Radzieckiego...

    - Na Śląsku jeden system totalitarny - hitlerowski został zastąpiony drugim -
    sowieckim. Nawet urządzone przez ten pierwszy system obozy koncentracyjne i
    obozy pracy zostały wykorzystane przez ten drugi. Tak było w przypadku Zgody w
    Świętochłowicach. Było też tak, że niektórzy funkcjonariusze partii
    nazistowskiej przechodzili na służbę partii komunistycznej. Gwałty i rabunki
    popełniane na ludności cywilnej były po II wojnie światowej tematem bardzo
    długo przemilczanym. Z drugiej strony, opisując cierpienia cywilnej ludności na
    Śląsku w 1945 roku, łatwo można zatracić proporcje ówczesnych zdarzeń. Żeby
    uniknąć pułapki, warto pamiętać, że Rosjanie, których dziś się oskarża o
    zbrodnie, sami byli ofiarami systemu totalitarnego. Ich nienawiść do wroga była
    perfidnie wykorzystywana przez Stalina.

    Czy to prawda, że Śląsk dostał się w ręce Armii Czerwonej prawie bez walki?

    - W Katowicach były tzw. boje opóźniające. Niemcy bronili węzłów
    komunikacyjnych i wycofywali się, gdy już nie było innego wyjścia. Gdy 27
    stycznia od strony Siemianowic wkroczyła do Katowic Armia Czerwona, już nie
    napotkała oporu. Przez kilkadziesiąt powojennych lat stale obecny w
    historiografii był zwrot o "złotym moście" Iwana Koniewa. Ten złoty most, albo
    inaczej złote wrota, miał polegać na genialnym posunięciu radzieckiego
    marszałka, który, oskrzydlając Śląsk z kilku stron, zmusił wojska niemieckie do
    pospiesznego wycofania się. W ten sposób bez większych walk, a więc także bez
    zniszczeń, udało się przejąć śląskie huty i kopalnie. Prawdy w tym micie jest
    niewiele. W rzeczywistości Niemcy nie pozwolili się ani zniszczyć, ani okrążyć.
    Dobrze się bronili mimo olbrzymiej przewagi przeciwnika. Stalin, który liczył
    na to, że w ręce Koniewa wpadną dziesiątki tysięcy jeńców, których można będzie
    odesłać do pracy na Syberii, wpadł we wściekłość. Koniew, który nie popisał się
    już na przyczółku sandomierskim, 5 lutego musiał tłumaczyć się przed NKWD. I
    pewnie w tamtej chwili sam wymyślił, albo ktoś mu podpowiedział, historyjkę o
    złotych wrotach.

    Tymczasem Niemcy po wycofaniu się odtworzyli front, który zamknął Armii
    Czerwonej dalszy marsz w stronę południową. Część Górnego Śląska dostała się w
    ich ręce dopiero wiosną, Cieszyn - w ostatnich dniach wojny.

    Czy wypędzenie Niemców z Górnego Śląska nie przyniosło Stalinowi żadnych
    korzyści?

    - Zdobycie Górnego Śląska umożliwiło Związkowi Radzieckiemu przyspieszenie
    ofensywy na Berlin i zakończenie II wojny światowej. To stwierdzenie powtarza
    się od wielu lat i wiele osób traktuje już je z powątpiewaniem, bo mogłoby się
    wydawać, że ze strategicznego punktu widzenia niewielki obszar Górnego Śląska
    miał niewielkie znaczenie. Jednak na tym niewielkim obszarze skoncentrowany był
    przemysł, który dostarczał w tamtym czasie Niemcom ponad połowę potrzebnego
    węgla i stali. Nieprzypadkowo w kilka dni po utracie Katowic Albert Speer,
    minister odpowiedzialny w niemieckim rządzie za gospodarkę, skierował do
    Hitlera raport, który rozpoczął od słów: "Wojna jest przegrana". Wyjaśnił, że
    bez Górnego Śląska nie da się zapewnić zakładom produkującym uzbrojenie stali,
    a całemu przemysłowi - węgla. Z drugiej strony w górnośląskich fabrykach i
    warsztatach natychmiast po wkroczeniu Rosjan ruszyła praca dla Armii Czerwonej -
    naprawa i uzupełnienie sprzętu. Dzięki temu można było skrócić trwający
    zazwyczaj pół roku okres przerwy między wielkimi operacjami wojskowymi.
    Ofensywa na Berlin ruszyła już w połowie marca 1945 roku.

    Czy w ostatnich latach udało się nam dowiedzieć czegoś nowego na temat 1945
    roku?

    - Tak, m.in. na podstawie wcześniej niedostępnych archiwów niemieckich. Dziś
    nie ma żadnych obostrzeń cenzuralnych. Historycy już sporo wiedzą i o tym
    piszą. Wielu ludzi wojna nie obchodzi, ale w końcu przebije się to też do
    świadomości większej liczby ludzi. Pokutuje jednak postrzeganie historii z
    perspektywy warszawskiej. Nie ma się co dziwić, bo to w Warszawie powstaje
    większość podręczników. Ale i tak udało się, już wiele osób wie o deportacji
    Ślązaków do sowieckich łagrów i o zbrodniach Salomona Morela.

    A co zostało jeszcze do zrobienia?

    - Nie wiemy jeszcze wszystkiego o tym, jaka była skala powojennych represji.
    Ważne jest, żeby polscy historycy pracujący nad dziejami najnowszymi poznali
    racje historyków niemieckich. Tak samo ważne jest, żeby historycy niemieccy
    poznali nasze racje. Nie tylko historyków, ale zwykłych ludzi, Polaków ze
    Śląska i Polaków z Kresów, którzy na Śląsk zostali przerzuceni na podstawie
    stalinowskich decyzji o przesunięciu granic. Wciąż nie znamy skali rabunków
    sowieckich. Nie wiemy, ile wywieźli urządzeń przemysłowych ani dzieł sztuki.

    * Zygmunt Woźniczka jest historykiem z Uniwersytetu Śląskiego, w tym roku ukaże
    się jego książka poświęcona zakończeniu II wojny światowej na Śląsku.


    miasta.gazeta.pl/katowice/1,35055,3133468.html
  • fyrlok 08.02.06, 01:07
    Śląscy policjanci wrócili ze szkolenia w Anglii
    Marcin Pietraszewski 07-02-2006, ostatnia aktualizacja 07-02-2006 20:22

    Śląskich pseudokibiców czeka ciężka wiosna. Nasi policjanci wrócili właśnie ze
    szkolenia w Anglii, gdzie zobaczyli, jak radzą tam sobie ze stadionowymi
    bandytami. - Parę angielskich pomysłów przeszczepimy na śląski grunt -
    zapowiada młodszy inspektor Lesław Czyż, szef sztabu komendy wojewódzkiej w
    Katowicach.


    Na dwutygodniowe szkolenie do Anglii pojechało dziesięciu oficerów, którzy
    zajmują się zabezpieczaniem imprez sportowych w Katowicach, Sosnowcu, Gliwicach
    i Chorzowie. Towarzyszyli im członkowie specjalnej grupy operacyjnej
    rozpracowującej środowiska pseudokibiców. Ich wyjazd sfinansowano z unijnego
    programu Leonardo da Vinci. Wczoraj podzielili się wrażeniami ze szkolenia.

    Śląscy policjanci wzięli udział w zabezpieczaniu meczów na stadionach Chelsea
    (60 tys. widzów), Crystal Palace (30 tys.) i Southend United (8 tys.).
    Wizytowali także nowy stadion Arsenalu oraz narodowy Wembley. Każdy z tych
    obiektów jest opleciony siecią kilkudziesięciu kamer, które lustrują wszystkie
    sektory, korytarze i bramy. Siedzący przy monitorach angielscy funkcjonariusze
    (kluby płaca za ich wynajęcie) mogą śledzić niepokornych kibiców od momentu
    wejścia na stadion, aż do chwili, kiedy zajmą miejsca na trybunach. Dodatkowo
    system komputerowy pokazuje im, jak zapełniają się sektory. Wszystkie miejsca
    są tam numerowane i nie ma mowy o szwendaniu się po stadionie. - Gdyby nasze
    obiekty pierwszoligowe były zabezpieczone tak, jak trzecioligowe w Anglii,
    problem burd praktycznie by u nas nie istniał - przyznał wczoraj nadkomisarz
    Mariusz Leszczyński.

    Nasi policjanci pokazali zszokowanym Anglikom film z zadymy, do jakiej półtora
    roku temu doszło na stadionie Ruchu Chorzów. Regularną bitwę na murawie
    stoczyło wtedy kilkuset pseudokibiców. - Anglicy nie mogli uwierzyć, że żaden z
    nich nie został ukarany zakazem stadionowym - mówił młodszy inspektor Lesław
    Czyż. W Polsce taki zakaz można wydać tylko tym, którzy dopuścili się
    wykroczenia. Jeżeli jednak ktoś popełni już przestępstwo i np. weźmie udział w
    bijatyce, nic mu nie grozi.

    Na Wyspach Brytyjskich taki zakaz jest głównym orężem przeciwko stadionowym
    bandytom. W zależności od skali przewinienia może być wydany na jeden, kilka
    meczów albo nawet dożywotnio. Objęty nim szalikowiec w porze meczów
    rozgrywanych przez jego drużynę musi meldować się na komisariacie. Dodatkowo za
    wtargnięcie na murawę grozi grzywna 5 tys. funtów. Karę wymierza kierownik
    bezpieczeństwa na stadionie. - Robi to od razu po zatrzymaniu - podkreśla Czyż.

    Śląscy policjanci zwrócą się o szybką zmianę przepisów. Chcą, aby wzorem
    brytyjskim na naszych stadionach wprowadzono podobny system karania szalikowców
    i zwiększono uprawnienia szefa ochrony. Potem będą prosili szefów klubów, aby
    ulepszyli monitoring i numerowali miejsca na trybunach. - To będzie pierwszy
    krok do zwiększenia bezpieczeństwa - mówi Leszczyński.

    W jednym przypadku naszym policjantom udało się jednak zaskoczyć Anglików.
    Pokazali im bowiem operacyjny film z tzw. ustawki, czyli umówionej bijatyki
    szalikowców Ruchu i GKS-u Katowice. - Byli pod wrażeniem, że mamy tak dobre
    rozpoznanie tego środowiska - podkreślał aspirant Michał Pogoda. Na Wyspach
    infiltracją pseudokibiców zajmują się bowiem... policjanci w mundurach.

    Na Śląsku problem pseudokibiców narasta. Ostatnio okazało się, że organizują
    się oni w gangi, które dokonują napadów z bronią w ręku i handlują narkotykami.
    Z zarobionych w ten sposób pieniędzy finansują potem wyjazdy na mecze, treningi
    sztuk walki, karnety na siłownie. Za najbardziej niebezpieczne uchodzą bojówki
    Ruchu Chorzów i GKS-u Katowice.


    serwisy.gazeta.pl/kraj/1,34309,3152436.html
    ---------------------------------------

    ---> az tak strasznie ??? (narkotyki, napady "z bronia w reku", ......)
  • amoremio 08.02.06, 21:07
    kobieta.gazeta.pl/poradnik-domowy/1,57324,2906491.html
    Sztuka całowania
    Autor: Maja Zawistowska. 12-09-2005, ostatnia aktualizacja 08-09-2005 12:50


    "Pocałunki są tym, co pozostało z języka raju" - powiedział Joseph Conrad. Jak
    żaden inny język wyrażają nasze uczucia i pragnienia, nie tolerują fałszu
    i "brzmią" najlepiej, gdy płyną prosto z serca. Zatem - rozmawiajmy...

    Wygląda na to, że coraz mniej doceniamy zalety i uroki pocałunków - seksuolodzy
    zauważyli, że całujemy się coraz rzadziej. Według niektórych statystyk
    Europejczyk ma dziś na swym koncie prawie o połowę mniej namiętnych pocałunków
    niż 10 lat temu. Co też mu strzeliło do głowy, żeby rezygnować z tak
    podniecającej pieszczoty? Otóż jest zbyt zabiegany (marna wymówka), coraz
    bardziej pospieszny w grze miłosnej i ma nową dewizę - przystępować od razu do
    rzeczy, nie tracąc czasu na długie wstępy. Ta żałosna filozofia nie wychodzi mu
    na zdrowie.

    Nie gadaj, tylko całuj

    Dlaczego nie warto zaniedbywać pocałunków? Bo po pierwsze, odbija się to
    negatywnie na związku. Mniej pocałunków oznacza mniej czułości między
    partnerami, a przecież wzajemna czułość i bliskość są niezbędne, by związek
    kwitł. Po drugie, bez pocałunków trudno w pełni delektować się seksem.
    Pieszczota ust i języka - miejsc ciepłych, wilgotnych i wrażliwych - przypomina
    te najintymniejsze pieszczoty... i bardzo pobudza erotycznie. Całując się,
    odbieramy partnera wszystkimi zmysłami - jego zapach i smak mieszają się w
    głowie z jego przyspieszonym oddechem, dotykiem jego warg i rąk, nieco
    rozmazanym obrazem jego twarzy. Zapadamy się w swoich objęciach ogarnięci
    rosnącym pożądaniem. Czyżby Europejczykowi nie zależało już na takich
    uniesieniach?

    Zamiast kremu i pigułek

    Jeśli ktoś nie chce całować z miłości czy dla przyjemności, to niech chociaż
    robi to z rozsądku! Bo całowanie jest zdrowe. Pod wpływem pocałunków poprawia
    się krążenie krwi, organizm zostaje dotleniony, serce działa sprawniej,
    przemiana materii staje się lepsza. Całowanie to doskonała gimnastyka dla
    mięśni głowy i szyi poprawiająca wygląd tych partii ciała i opóźniająca
    powstawanie zmarszczek. Dodatkowo podczas pocałunku uwalnia się dużo serotoniny
    i endorfin, hormonów polepszających nastrój. Całowanie ma więc działanie
    antystresowe i jest doskonałym lekarstwem na jesienną depresję.

    O technice słów kilka

    Ilość to nie wszystko. Liczy się także jakość pocałunków. Uwaga - byle jakie
    buziaki (a właściwie pacnięcia ustami na tzw. odczepnego) nie załatwiają
    sprawy. Nawet szybki całus powinien być dobrze wycelowany i okraszony choćby
    jednym ciepłym spojrzeniem, jednym uśmiechem. Najlepiej jednak celebrować
    przyjemność - ująć twarz partnera w dłonie, pogładzić go po karku lub po
    włosach, gdy buziakiem mówimy mu "dzień dobry" czy "do widzenia". Zaś co do
    gorących pocałunków, ech, tu dopiero otwiera się pole do popisu. Aż trudno
    zliczyć wszystkie techniki całowania opisane we wschodniej księdze
    miłości "Kamasutrze". A twój repertuar, drogi Europejczyku? Czy masz zawsze w
    zanadrzu całus stosowny do okazji? Na wszelki wypadek przypominamy kilka
    technik pocałunku - w tym zabieganiu mogły ci wypaść z głowy...

    - na przyssawkę - przywierasz całą powierzchnią ust (w tym celu należy
    wcześniej uformować charakterystyczny dziubek) do ust partnera. Pocałunek można
    uznać za udany tylko wtedy, jeśli podczas odrywania warg, da się słyszeć głośne
    cmoknięcie.

    - na poszukiwacza - twój język może błądzić wesoło w ustach ukochanego, dotykać
    jego języka, zębów, podniebienia, zaglądać ciekawsko w każdy zakamarek.

    - skubanie naprzemienne - ty skubiesz jego, on ciebie. Ty jego górną wargę, on
    twoją dolną (lub odwrotnie). Inaczej kolizja murowana.

    - na gryzonia - możesz przygryzać usta partnera jak wiewiórka lub kąsać niczym
    dziki zwierz. Czy partnerowi się to spodoba? Jeśli nie przesadzisz, to kto
    wie...

    - styl motylkowy - czy wiesz, że istnieją teorie, według których tornado może
    być wywołane trzepotem skrzydeł motyla? I ty możesz rozpętać wichurę
    namiętności, składając na ustach partnera delikatne "motylkowe" pocałunki. Jak?
    Pieść jego usta trzepoczącymi rzęsami, muskaj jego wargi swymi powiekami.



Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka