Dodaj do ulubionych

Sloneczne pozdrowienia z Jalty.....dla FB.........

30.07.04, 18:41
tak, wlasnie tutaj dotarl soter i pisze ta pocztowke...
w tym miescie dorwalem internet bo w Bakczysaraju jego predkosc to 33kb
na sekunde...
przepieknie tutaj gdzie gory i moze...
wiecej napisze po powrocie

serdecznie wszystkich pozdrawiam

--
cokolwiek, by to nieznaczyło...
Edytor zaawansowany
  • Gość: pietia IP: 82.207.82.* 30.07.04, 18:44
    i ja sie przylaczam do pozdrowien dla FB

    kolega sotera
  • toja50 01.08.04, 20:45
    Szkoda Soter, ze nie pogadales przed wyjazdem z moim domowym, On juz tam
    wszedzie byl i teraz tez wybiera sie na Krym. Pozdrawiam rowniez kolege.
    Trzymajcie sie zdrowo i patrzajcie wszedzie, jest na co i zostanie na dlugo!
    /Ciekawe jak zniesliscie wielogodzinna podroz w wiadomym pociagu z fajnym WC/
  • naata 02.08.04, 08:32
    Pozdrowienia dla Sotera i kolegi.Pogody i bogatych wrażeń na szlaku. No i
    szczęśliwego powrotu ;-)
  • anaiss 02.08.04, 11:40
    widać, że bez forum nawet na wakcjach trudno przetrwać ;-)))
    Cmoki soterix
    an.
  • marowit 02.08.04, 17:24
    heh temu to dobrze! :)

    pozdrawiam marowit
  • anaiss 03.08.04, 13:12
    o, widzę, że mariwitek też od czasu do czasu tutaj zagląda :-)
  • anaiss 03.08.04, 13:13
    upsss...
    miało być marowitek, oczywiście. Jakoś sennie dzisiaj stukam w tą klawiaturę ;-)
  • marowit 03.08.04, 19:51
    a no zagladam - choc ostatni tydzien tez spedzilem we wladyslawowie :)

    pozdrawiam marowit
  • anaiss 04.08.04, 20:50
    hmmm... więc pewnie opalony wróciłeś :-)))
  • naata 05.08.04, 15:05
    Pozdrówki dla piszących i dla urlopujacych! ;)
  • soter_mlodszy 12.08.04, 14:30
    toja50 napisała:

    > /Ciekawe jak zniesliscie wielogodzinna podroz w wiadomym pociagu z fajnym WC/

    było nieziemsko!;-)...
    chyba, aby wytrawać trzeba być z lekka nie trzeźwym, wc rzeczywiście gorsze od
    naszych rodzimych będących w pociągach!

    z powrotem na trasie Symferopol-Lwów podróż trwała 26 godzin, atmosfera
    rodzina, na stacjach przeróżni handlarze,

    i te suszone ryby popijane krymskim winem...!;-)

    więcej jak się otrzosną z podróży

    wracaliśmy do kraju od poniedziałku do dzisiaj

    serdecznie

    --
    cokolwiek, by to nieznaczyło...
  • toja50 12.08.04, 22:42
    To sie otrzasaj i naskrob cosik, wszyscy pewnie sa ciekawi, nie mowiac o mnie.
    Pozdrawiam calego i zdrowego powroconego Sotera!:-)
  • soter_mlodszy 12.08.04, 23:15
    Wyjazd w czwartek godzina 17.34 z Brodnicy w kierunku Przemyśla. W Przemyślu
    jesteśmy rano, obok dworca PKP jest dworzec PKS, kupujemy bilety do Lwowa cena
    15PLN. Na granicy czekamy w koejce 3 godziny, kierowca mówi, że to norma, iż
    formalności musi stać się zadość, muszą Ciebie wklepać do komputerowej bazy
    danych. Co wiedzący mówią, iż wpisują do specjalnej księgi-ołówkiem!;-)
    Na granicy w kierowca rozdaje dwu-częciowy formularz emigracyjny do
    wypełnienia, którego część oderwą za pierwszym razem, natomiast drugą przy
    powracaniu do kraju. Na granicy nic nie przeszukują, choć autobus rumuński był
    przeiwtrzony. Auta, przekraczające granicę szybciej opuszczają portal celny.
    Pada deszcz. Kolejne dwie godziny jazdy do Lwowa. Miasto brudne, jakby jakaś
    zawierucha przeszła, kupa śmieci, pierwsze żebrające staruszki i naciągacze
    autobusowi (o nich zaraz powiem). Wysiadamy na jakiś pierwszolepszym dworcu
    autobusowym. Trzeba dostać się do dworca PKP. Szukamy tramwaju, numeru z
    przewodnika-nie ma tutaj!. Napotkany człowiek oferuje nam podwózkę za 10H od
    głowy. Cena jednej hrywny w kantorze Przemyskim 0,77PLN. Zapytany milicjant
    wskazuje na mini-bus "marszrutkę" za 1H od osoby. Dojeżdzamy do centrum, z
    oddali wyłania się budynek dworca. Przepiękny budynek. Kolosalna budowla
    marmurowa, pełna komputeryzacja. Wchodzimy w dworzec, a tam tłum. Biletów do
    Symferopola niema!;-(...Gdybysmy, dzisiaj poczekali trochę, może by były.
    Zapytacie dlaczego? Otóż czasem się pojawiają, ktoś oddaje! Tak działa system.
    Bilety są imienne. Nagle pojawia się polak, oferuje bilety do Odessy, nie może
    jechać, dziecko przychorzało. Idziemy do prowadzącego pociąg. Za chiny ludowe
    nie chce tego zrobić. Wyglądał na kac głodowy, który istniał u niego, a
    niezwalczony powodował znerwienie. Cóż, kupujemy bilet, bo takowy jest do
    Dniepropietrowska. Oczywiście jedzie całą noc, wypożyczmy pościel, kupujemy
    napoje na stacjach do przykolejowych przekupek. Aby sprostać na warunki
    sanitarne WC trzeba mieć stalowe nerwy, albo być z lekka nietrzeźwym!;-)
    W Dnie...jesteśmy rano, kupujemy bilety do Symferopola. Kasjerka, wydrukowała
    dwa te same bilety, winą obarczyła Nas, co kosztowało Nas 15H. Taki system.
    Znów podróż nocna. W Symfer...jesteśmy rano o 6. Wybieramy elektryczkę do
    BAkczysaraju, Najtańsza opcja 2H. Ale za to jedzie jak żółw!;-) Można dojechać
    tam również marszrutką, ale to zgoła zależy od odległości i średnio 3-4 raza
    droższe. Taksówki jeszcze bardziej. Kierowcy tych pojazdów są nachalni,
    podchodzą zmuszają, trzeba się opędzać. Na dworcach ludzi moc. W Bakczysaraju
    jesteśmy w niedzielę koło 15. Ludzie oferujący kwatery już oczekują przyjazdu
    elektryczki. Dostajemy nocleg za 2$ na dzień w pokoju pewnej emerytowanej
    pracownicy poczty. Prysznic na zewnątrz, dziura na WC tyż;-)))


    cdn...



    --
    cokolwiek, by to nieznaczyło...
  • soter_mlodszy 12.08.04, 23:34
    1H licząc średnio od 0,71-0,75

    bilet Symferopol-Lwów niecałe 40H
    kilogram arbuza 1,5H
    mydło 0,8H
    chleb w zależności od maści od 1H do 1,5H
    Szarma = byłka z sosyską 2,5H
    gazeta sportowa 1,5H
    spodnie od dresów do 10H
    piwo od 1,5 do 3H słabsze niż u nas do 4,5 zawartości alkoh.
    wino na rozlew, czyli do plastikowej butli, gatunek Portwein, smakiem podobny
    do niezłego koniaka 7H za litr
    wjazd na górę Aj-Petri marszrutką 12H, wyciągiem 25H
    minuta rozmowy z Polską od godziny 18 koło 2,4H (niekupować kart tele!)
    wstępy do muzeów od 10H do 20H
    skorzystanie z prysznica w hotelu 3,2H
    opłata klimatyczna w Kerczu 5H
    noc w wynajętym mieszkaniu w Jałcie od 10$
    noc w hotelu Kercz 5$
    cena płyty CD od 15H do 17H
    widokówka 0,5H
    znaczek do Polski 2,61H
    datek dla żebraka - dowolna wielkość
    suszona rybka maleńka 1,5H
    pomidory za kilo 3H - 4H


    dwa skandale!

    opłata za przejście granicznę Ukraina-Polska 1H, klimatyczna opłata za
    przebywanie w strefie Lwowskiej!
    niestanie w 3 godzinnej kolejce na przejściu 20H


    serdecznie

    --
    cokolwiek, by to nieznaczyło...
  • soter_mlodszy 13.08.04, 12:44
    W każdym mieście stoi na placu pomnik Lenina, są to ogromne rzeźby.
    Ludzie jeszcze w niego wierzą, i chcą jego powrotu, mówią:
    "nie było by tej biedy!"
    Mimo, iż Kuczma to też dobry człowiek, tak stwierdziła pewna starsza dama w
    pociągu!
    Nie wiem jak tam z płacą w firmach czy zakładach pracy, ale rencina wynosi
    180H !!! (dla mnie skandal), dlatego też starsi ludzie uciekają się do
    żebractwa, grzebania po śmietnikach i szukaniu jedzenia i butelek.
    Danie datku, jest dla nich cudem całują banknot i mają łzy w oczach.
    Co zaradniejsi i żyłką ekonomiczną, wynajmują kwatery dla turystów, a jest ich
    z roku na rok coraz więcej!
    Pewna była emerytowana kierowniczka poczty wynajmuje w swoim mieszkaniu, domu
    parterowym pokoje, ma ich 4. Jeden zajmuje sama z rodziną. W trzech pozostałych
    jest po jednym łóżku, są przestrone mają dużą podłogę;-))) idzie pomieścić się
    tam w dużej grupie. (Suworowa 11, Bakczysaraj!). Taksa 2$ za dzień od osoby.
    Bez pościeli, tusz i wc na jak to mówią "ulicy". Zresztą oni wspólnie żyją tak
    samo z turystami, jedzą razem z nimi, udostępniają kuchnię z naczyniami.
    Zapomniałem, dodać o lokatorach na gapę: robactwu. Pani twierdziła, że
    to "żuczki", ale kto tam zna się na żuczkach!;-)))
    W Sudaku natomiast rodzina turków przy domu zbudowała budyneczek z cegły
    (bardzo interesująca jej struktura) domeczek, gdzie były 3 pokojoe 2 osobowe
    bardzo schludne! dwa łóżka, przed domem stolik by zjeść! można w kazdej chwili
    było korzystać z kuchni państwa, jak i poprosić o sporządzenie obiadu. Naszła
    nas chęć na "płow" (ryż, marchew, baranina i sałatka z pomidora prosto z
    krzaka) zrobił nam ją Turek, mówiący w kilku językach. Robili nam zawsze kawę i
    częstowali ciastakmi miodowymi (4 razy większe od naszych faworków i oblanych
    miodowym syropem), z którymi jeden syn stał na targu. Jak twierdziła matka
    zarabiają tylko w sezonie, a potem z tego żyją. Nocleg był za 5$. Płow za 1$.
    Kawa i ciacha to już dla Nas. Zresztą w rewanżu z tatarem raczyliśmy się
    piwem!;-))
    Ale już przegięciem pały było dorabianie emerytki z Gurzuf, kóra wynajmowała
    noclegi za 3$ na swej działce. Była to daleko oddalone od miasta, schodziło się
    labiryntem ścieżek. W rozwalonej altanie dwa łóżka i czysta pościel. Chałupina
    ledwo się trzymała. Obejście to złom, makulatura i chłam rzeczy, które
    zbierała, tatalny syf!. Ale cóż, z wycieńczenia podróżą, oraz oferowanych
    noclegów tam za 15$, skoczyliśmy na ofertę, po dniu się wynosząc tylko dalej w
    stronę Jałty.
    Wnuk tej pani zarabiał graniem w podmiejskich elektryczkach. Przez cały dzień
    mógł zarobić i do 100H! Co dziwne konduktorzy od zarobkujących osób nie
    pobierają za bilet!
    Żyją skromnie, jedzą mało, niewidziałem tam przygotowywania specjalnie obiadu,
    można powiedzieć, kto podejdzie czy wejdzie do kuchni to coś zje. Zresztą w tym
    upale to specjalnie się jeść nie chce.
    Ludzie handlują wszystkim co się da i gdzie się da, mają przenośne stragany na
    trasach górskich, przenośne kramy w pociągach, rozstawiony stolik na dworcu.
    Czasem jest to pęczek cebuli, kolby kukurydzy, reklamówka krewetek, parę gazet.
    Jak wspomniałem wcześniej gazety nie mają cen z góry!
    W miastach turystycznych idzie jeszcze zarobić, ale gdzie indziej jest jeszcze
    gorzej. Przy granicy wszyscy pełnią rolę mrówek. A reszta klepie cholerną
    biedę!!!

    Ale ludzie, nie samowicie życzliwi i mili!
    Może to ich przy życiu trzyma!


    cdn.



    --
    cokolwiek, by to nieznaczyło...
  • soter_mlodszy 14.08.04, 15:30
    Jestem zuroczony tym skrawkiem Europy. Tym kawałkiem byłego ZSRR. W tej części
    wspominek z pobytu na Krymie postaram się przedstawić postacie kilku ludzi,
    którzy stanęli na Naszej drodze podróży. Z reguły to starsze osoby, poorane
    zmarszczkami trudu życia, znoszącymi i klepiącymi biedę za Stalina, a teraz
    żyjącymi w wolnym lecz biedny kraju. Chcą tylko żyć, nikomu nie wchodzą w
    drogę, pytani chętnie odpowiadają, a czasami nawet widząc turystę z mapą sami
    podchodzą i pomagają znależć jakiś zapomniany detal architektury. Turystów też
    proszą o datek, bo wiedzą, że Ci są przy groszu. Miejscowi, obrzucają ich
    wyzwiskami, omijają, śmieją się. Można też spotkać ich otaczających cerkwie.
    Widziałem ich także przy kościele w Jałcie. Mają nadzieję. Ale jak tu tak można
    żyć?! Z datku na datek. Pierwszym bochaterem okazuje się podchodzący do Nas
    pilot z II wojny światowej latający nad Warszawą, znający gen. Wojciech
    Jaruzelskiego w czasie jak powracał ze zesłania na Syberii. Prosi o datek. Chce
    również przekazać przesłanie, aby nasze dwa narody Polski i Ukraiński żyły w
    zgodzie. Tak też czynię po powrocie, opowiadając o ich kraju i życiu. Dziwna
    sytuacja, gdy wracając do Polski będąc już na dworcu, podchodzą do Nas dwaj
    umundurowani funkcjonariusze. Bardzo grzecznie mówią "dobry wieczór", proszą o
    paszport, pytają skąd i dokąd zmierzamy. Odchodzą. Służby porządkowe są
    widoczne i obecne wszędzie. Byłem naprawdę bezpieczny i takowoż się czułem,
    chodząc wieczorami po nieoświetlonych ulicach miast ukraińskich. Należy o tym
    pamiętać jak o przerwie w dostawie wody! Kolejnym widocznym bochaterem jest
    żebrząca i poskręcana matka marynarza, który zginął na okręcie podwodnym.
    W Sewastopolu byliśmy w dzień święta floty. Ludzi mało, mimo, iż miasto
    całkowicie otwarte od dość dawna bo od 1994. Nikt już się teraz nieinteresuje
    militarią i pokazem wojsk. Ludzie lubią zabawę już nieco odmienną. Choć dla
    starszych jest to nadal święto. Tłumnie podążają do tego miasta, a elektryczki
    w ten dzień były przepełnione na max-a. Wracając zasiadamy w I jej wagonie
    niewiedząc, iż jest on przeznaczony dla ludzi zwolnionych z opłat za przejazd
    (są to inwalidzi, żołnierze II wojny światowej i co usuwający skutki wybuchu
    elektrowni w Czarnobylu, tak też jest z biletami do wszelkiego rodzaju muzeów).
    Siadamy przy kobiecie, która coś mówi, iż zaraz jej mąż przyjdzie. Nadszedł,
    kolegę z ławki wygonił, bo będzie jadł kolację. Rozłożył papier, wyjął bochenek
    chleba, nóż, pomidora i kilka ząbków czosnku. W dwóch miejscach kolacji
    przerwał ją, by z ćwiartki sprawnym ruchem opróżnić jej zawartość. Był w
    garniturze, zatem należy sądzić, iż to jakiś bochter wojenny. Następnie
    wyciągnął wycinek z gazety a na nim kobieta w bikini i artykuł o seksowności
    Mołdawianek!;-). Jego żona w trakcie jazdy, mówiła, iż te prazdniki już nie są
    takie jak dawniej, nie ma tyle wojska, jest mało wystrzałów, a i przyjechali
    amerykańcy i Ci pokazali za sprzęt. Tęsknota ta jest w pełni uzasadniona. Lecz
    dla Nas odległa. W Bakczysaraju, przysiada się do Nas na dworcu jegomość,
    którego ojciec skrzywdzony przez Stalina w obozie zginął. Natomiast on sam żył
    z matką. Poszedł do szkoły z czesnym i internatem. Jest inżynierem od budowy
    dróg. Budował rzucony przez życie drogi na Ukrainie. Teraz klepie biedę i
    chciałby powrotu Lenina. Mówi, tak żyć się nie da.
    Zachłyśnięcia wolnością i zachodem na Ukrainie nie widać. Nie ma też takiego
    wpływu zachodu jak np. w Polsce. Przeto nie ma tak chuligańskich i dewiacyjnych
    wybryków jak u Nas. A ludzie w symbiozie z turystami żyją zgodnie i w harmonii.
    Uroczy to zakątek świata, gdzie można spotkać tylu "świętych" życiowych
    bochaterów. To uświęcony męczęństwem kraj, ludzi bardzo dobrych.


    cdn.



    --
    cokolwiek, by to nieznaczyło...
  • naata 15.08.04, 12:54
    Przeczytałam jednym tchem, bardzo ciekawe spostrzeżenia, swietny z Ciebie
    obserwator! Dużo czytałam o obecnej Ukrainie, a w dawniejszej nawet kilka razy
    byłam. Potwierdzam ujmujacą serdeczność i gościnność Ukraińców. Dawniej tez
    klepali biedę choć pieniędzy mieli o wiele więcej, nie wiedzieli co z nimi
    zrobić, w sklepach było niby dużo ale nie tego co oczekiwało społeczeństwo
    również zapatrzone na rynki zachodnie i nasz polski, rozkwitał więc
    handel "wymienny" i "wymiana turystyczna", a raczej jej żałosna parodia...
    Nawet w czasie spaceru, miejscowe dziewczyny zaczepiały /wiedząc nie wiem skąd
    żem Polka/ pytając czy mam cokolwiek do sprzedania. A podczas robienia zakupów,
    była krótka gadka, "ty mi prodasz ja toże prodam" spod lady oczywiście. ;)
    Musiałam pokazywać torbe by je przekonać, że nic nie mam, za niemanie towaru
    musiałam zapłacic drożej za to co nabywałam he he Przy kolejnym, pokazywaniu
    torebki, a było to w restauracji, zostałam bez kosmetyczki wraz z wartością,
    kierowniczka wielce zadowolona, przyniosła za to, gąsior samogonu(!) i wraz z
    przyjaciólkami nie mogły zrozumiec, że nie piję... tłumaczyłam, że jestem
    przeciez autem ;)) Eeee! nata! "my wsje ujezdżajem i wsie pijom"! :)) wywinęłam
    się jednak, ale z podziwu nie mogłam wyjść, jak poważne matrony podnosiły
    sztakany czystego...brrr samogonu, bez popitki(!) Acha! Jedzenia było świetne,
    dużo, dobrze i tanio ;) nie były jednak tanie łapówki-niby mandaty dla
    przekupnych do cna milicjantów, swołocz wykorzystywała swoje "prawa" do granic
    możliwości, z okradaniem aut włącznie...
    Nooo ...rozgadałam sie a moje słonko zmienia juz kierunek ;)) Może dokończę
    kiedyś moje wspomnienia z Ukrainy, pieknej, romantycznej i biednej, niestety...
    Czekam na cdn Soterka!
    Pozdrawiam
  • toja50 15.08.04, 22:23
    Potwierdzam to co napisala Naata, A wszystko obserwowala milicja ze swoich
    wiezyczek. A slowo: prodac, chyba najpopularniejszym ze slow, szczegolnym
    powodzeniem cieszyly sie ubiory jensowe i kosmetyki hehe, to byly czasy :-)))
    Ni ma to jak Lwow!
  • anaiss 16.08.04, 17:53
    Soter, fantastycznie, że zechciałeś się z nami podzielić swoimi wakacjynyjmi
    wrażeniami :-)
    Pozdrawiam
    anaiss
  • soter_mlodszy 16.08.04, 19:18
    a dziękuję...za uwagę, oraz dzięki naacie i toji za dopowiedzi, ktore daly
    pelen obraz transformacji Ukrainy...

    na pewno coś jeszcze skrobnę, ale muszę zebrać myśli!;-)))


    --
    cokolwiek, by to nieznaczyło...
  • soter_mlodszy 22.08.04, 14:44
    Przebywając w tym kraju (tj.Ukraina) trudno niedostrzec cerkwii.
    Z reguły są to dopiero remontowane świątynie, pięknie i tak już wyglądające.
    Znamy ich losy podcza panowania niezapomnianego jeszcze ustroju równości!;-)
    Zwiedzaliśmy wiele z nich. Wiele jeszcze jest nieotwartych jak m.in. cerkiew na
    skale w okolicy Foroz (będzie otwarta dopiero we wrześniu). Niedotarliśmy na
    szczyt. Z mapy znaleźliśmy skrót, ale niestety ktoś zabudował go domkiem.
    Postanowiliśmy iść piesz drogą. Niestety było to bardzo uciążliwe.
    Zrezygnowaliśmy. W Kerczu, natrafiliśmy na nabożeństwo w cerkwii Jana
    Chrzciciela, gdzie podobno w kamieniu jest odcisk jego stóp. Niestety mimo
    szukania ich nieodnaleźliśmy;-(
    W Jałcie udaliśmy się do autokefalicznej świątyni ormiańskiej. Z zewnątrz
    surowa z ładnymi detalami architektonicznymi, a wewnątrz pięke malowidła.
    Tudzież również znajduje się kościół rzymsko-katolicki (ul.Puszkinskaja).
    Znamiennymi zetknięciami ekumenicznymi było rzecz jasna spotkania z pop-em!;-).
    Pierwsze, kiedy to dane mi było zrobić zdjęcie z jednym z nich podczas wędrówki
    na Balszoj kanion z Sokolinoje. Tam też znajduje się cerkiew w skale, gdzie
    akurat uczestniczyliśmy w śpiewanym nabożeństwie. Drugie to obserwowanie
    zachowań ludzi wobec zbliżającego się duchownego prawosławnego. Było to na
    dworcu w Kerczu. Podszedł do kierowcy, ten uprzednio zobaczywszy go wyrzucił
    papierosa, przyjął godną postawę i udzielił informacji. Dostrzec można było
    wielką cześć i oddanie. Natomiast trzecie chyba jest najbardziej zabawne, kiedy
    to wracając do Lwowa przedział dzieliliśmy z pewną starszą kobietą. Biedaczka
    bała się Nas bo co rusz chodziła do konduktora o zmianę miejsca. Zmieniła. Ale
    nie na długo bo dosiadający ludzie wypełnili szczelnie wagon, a jak już wiecie
    rygoru zajętych miejsc przestrzegają sami pasażerowie. Wróciła do Nas;-). Na
    drugi dzień sprzątając nasz wagon konduktor, mówi do niej... widzi Pani,
    wczoraj tak Pani się bała... a jacy to sympatyczni chłopacy... jeden z nich
    jest chyba popem bo taki obrośnięty...ale nie oni mają kozie bródki i
    kitki...chyba też nie jest księdzem katolickim, bo oni się golą!;-) rozbawił
    Nas, cały przedział się śmiał.


    cdn...



    --
    cokolwiek, by to nieznaczyło...
  • toja50 22.08.04, 23:24
    Dzieki, ze sie zbierasz, i ze Ci sie chce, to bardzo ciekawe i fajnie sie
    czyta.Pzdr.
  • soter_mlodszy 23.08.04, 20:26
    toja toju dziękuję, iż czytasz...!;-)

    zbieram się, bo już zawodowe obowiązki na karku!

    serdecznie

    --
    cokolwiek, by to nieznaczyło...
  • Gość: naata IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 24.08.04, 00:27
    Mnie tez sie podoba, masz dar przekazywania wrażeń.. ;-)
    Czy obowiazki zawodowe pozwola Ci na napisanie nastepnych odcinków?
    tez serdecznie ;-)
  • soter_mlodszy 24.08.04, 14:34
    a dziękuję mojej czytelniczce naacie:-)))...

    narazie myślę nad tematem następnego odcinka, aby nie był tylko opisem
    zabytków, miejsc jak w tanim przewodniku!;-)))

    dziękuję i pozdrawiam serdecznie


    --
    cokolwiek, by to nieznaczyło...
  • marowit 25.08.04, 11:59
    soter! to jest niesamowite.. czekam z nieceierpliwoscia na nastepne odcinki!
    marowit
  • toja50 25.08.04, 16:13
    Mister Soter, zapewne bedziesz musial jeszcze dokąds pojechac, zeby nam pozniej
    opisac, tak fajnie sie czyta, a obawiam sie, ze niedlugo ten temat sie
    wyczerpie. Pomysl o tym!
  • soter_mlodszy 25.08.04, 17:52
    i toja też myślę!;-)
    dziękuję maro i Tobie, za miłe słowa!;-)))
    rzeczywiście temat się czerpie...!
    a myślę nad następnym wypadem, ale to odległe plany...?!

    dziś kolejny odcinek z podróży!

    serdecznie i ekumenicznie...



    --
    cokolwiek, by to nieznaczyło...
  • soter_mlodszy 25.08.04, 19:58
    Dotarliśmy do Symferopola, była 6 rano. Miasto liczące koło 360 tys.
    mieszkańców. Miasto na Ukrainie, ważny węzeł komunikacyjny dla chcących
    zwiedzić Krym. To tuja można wsiąść w autobus i pomknąć zaraz do Kerczu, bądź
    zacząć zwiedzanie od najbliżej położonego, i będącego w połowie drogi do
    Sewastopola Bakczysaraju. Któż nie zna tej nazwy? Komuż ona nie wbiła się w
    ucho i nie utkwiła na dłużej. Tak!, nasz kochany przez pokolenia wieszcz Adam
    Mickiewicz poświęcił mu jeden ze swych sonetów. Aż żałuję teraz, iż nie
    zabrałem z sobą tego zbiorku!. Trzeba znależć środek transportu do
    Bakczysaraju. Z przypływem tej myśli, jakby czując naszą potrzebę zjawia się
    naganiacz do marszrutki. Krzyczy...jeszcze 2 wolne miejsca do
    Jałty...odetchneliśmy z ulgą! To nie nas szuka. Należy wspomnieć, iż naganiacze
    zawsze mówią, iż mają już 2 ostatnie wolne miejsca w busie. Na miejscu okazuje
    się, iż jesteście sami, a on chodzi i chodzi wypatrując kolejnych klientów do
    pełnego obciążenia siedzeń. Czasami trwa to 10 minut a czasami półgodziny.
    Dość szybko znajdujemy kasę kolejki podmiejskiej. Ludzi tłum. Kolega czeka, ja
    pilnuję plecaków siedząc i popijając. Upał już zaczyna się tlić od rana. A
    człowiek ponioć nie wielbłąd i braki płynów musi uzupełnić;-) Sącząc, widzę, że
    kolega wraca. Prosi o paszport bo wydaje się, iz bilety są imienne. Myląca
    teza, okazuje się, iz wypisywane blankiety, i pokazywane przez kupujących
    legitymacje były przyczynkiem do otrzymania ulgi na przejazd "elektriczką".
    Kolega wytrwale stoi dalej i kupuje bilet na 10.30...W międzyczasie wymieniamy
    walutę. Ku mojemu zdziwieniu, posiadany banknot 10$ z 1974 roku nie zostaje
    wymieniony!;-( Musiałem czekać, aż do Jałty by wymienić go na chrywny.
    Przychodzi czas odjazdu. Przyjaciel jak zwykle zwleka i ociąga wejscie na
    peron. Mówiąć: "czasu jest dużo". Co mam zrobić, przecież nieodłączę się od
    niego i niebędę pędził jak oszalały do pociągu;-). Wsiadamy do wagonu. Ludzi
    nazbyt mało, przy kasach przecież tłumy chciały dostać bilet. Zniecierpliwiony
    pytam czy to elektriczka do Sewastopola. Odpowiedź brzmi-nie!. Właściwy skład
    stoi na przedłużeniu tego peronu z przodu. No i teraz już galop. Kolejny pociąg
    za 2 godziny, jeśli ten nam odjedzie. Uf!, jakoś tempem gazeli, po drodze nie
    gubiąc niczego wsiadamy. Odjazd. Telepanie, najwolniejszym, ale najtańszym
    środkiem komunikacyjny do Bakczysaraju (1,5h). Ale, to dla nas nic. W pociągu
    potrafimy spędzić 26h, czekając na dworcu 5h. Czyż 1,5h w porównaniu z tamtymi
    liczbami nie wypada blado?. Oczywiście! Nawet kiedyś wspólnie w rozmowie
    stwierdziliśmy, iż PKP za oczekiwanie na dworcach i jazdę pociągami powinni nam
    przyznać odznakę PKP!;-). Podróż więc mija szybko. Przechodzą czasami
    konduktorzy po wagonie, no i nieodłączni sprzedawcy! Co ciekawe konduktorów
    jest dwóch. Jeden atakuje lewą stronę siedzeń, drugi prawą. Mają maszynki z
    których wyskakują bilety. Dlatego też stanie w kolejce nie jest zupełnie
    konieczne. Niestety nasz przewodnik, tego ujętego nie miał. A człowiek do kas
    zwyczajny, więc stoi i stoi a kolejne składy mu odjeżdzają. Dotarliśmy do
    Bakczysaraju. Na dworcu chłopak w wieku 15 lat i czapeczce zwanej "sportówka"
    oczekiwał na takich jak my. Ludzi z plecakami. Po tym idzie rozponać Polaka.
    Inne nacje jak ukraińcy używają toreb lub reklamówek a wczasowicze toreb czy
    neseserów na kółkach. Wcale nas akcent nie zdradza tylko plecak i wypowiedziana
    chęć przenocowania 2-3 dni! Inni mają inne torby podróżne no i dłużej pozostają
    w miejscu wczasowania. Zdziwiło mnie to, ale było zupełnie logicznie
    uzasadnioną postawioną przezemnie tezą. Weryfikowaną tylko o własne
    doświadczenie. Chłopaczek okazuje się naganiaczem cioci. Prowadzi nas koło 20
    minut do miejsca, gdzie spędzimy 5 dni. Dwa dni poświęciliśmy na podróż do
    Sewastopola a dwa dni na okliczne piękności. Na ulicy Suworowa 11, niski
    parterowy budynek z 3 pokojami na wynajem. Pani nas wita. Pokazuje podłogę na,
    której będziemy leżeć. Udostępnia kuchnię. WC i dusz jak mówi: "na ulicy".
    Zmęczony, zdziwiony, pytam siebie: "czy cała ulica Suworowa, kąpie się we
    wspólnej łaźni?". Zaraz okazało się, że przybytki te były zlokalizowane w
    ogrodzie. Nie jest to lux, ale za 7PLN za dobę, cóż można chcieć?;-)
    Bardzo miły młodzian, który nas złowił na dworcu, mieszka w innym pokoju razem
    z bratem, grającym na akordeonie w elekticzce. Dorabia sobie do szkoły.
    W domu tym, mieszka sporo Polaków. Koniec końców, pani nas przenosi i mieszkamy
    razem z naganiacze i grajkiem. Niestety na dwie ostatnie noce dostaję łoże
    sprężynowe. Do tego stopnia, że rano obolały nie mogę dojść do siebie. Pręty
    metalowe dzielące łoże na 3 częśći dają się we znaki memu ciału. Nijak nie
    mogłem się ułożyć. Nawet próbowałem, zwinięcie się jak człowiek guma w jednej z
    3 części łoża. Próba karkołomna. Pragnołem rozprostowania. Czy to, aż tak
    wiele? Czasu w tym domu nie spędzamy dużo rano między 8-9 opuszczamy lokal, by
    wrócić na 22-23. Dziwi jednynie fakt, iż młodz iludzie z Polski (zauważyła to
    nasz dobrodziejka również) siedzą przeważnie na kwaterze i piją. Ale co tam
    różne są style odpoczynku!. Zaliczamy stąd trzy interesujące miejsca: Pałac
    Chanów oraz Uspienskij Monastyr i Balszoj Kanion.
    Dużo mozna pisać. W pałacu Chanów, szczególnie przypadły mi do gustu sale,
    gdzie przebywały kobiety oraz misterne fontanny. Zauważyłem również, iż chane
    mógłbymbyć. Zainteresowania wcale moje nieodbiegały od chana. Na wygodnych
    poduszkach, też lubię siedzieć. Misternie wykonane dywany też lubię podziwiać.
    Nie wspomnę tu o charemie!;-)
    Uspienskij monasty w skale. Jest remontowany. Tutaj stary pop stoi z puszką.
    Tutaj płynie święta woda. Tutaj jedna ze sprzedających dewocjonalia pań,
    obsztorcowała jedzących na murku kanapki. Tutaj soter wykonał przy pomocu
    kolegi zdjęcie z pop-em! Tutaj również, widziałem, obsztorcowanie przez jednego
    z braci turysty, kóry robił sobie zdjęcie. Weszliśmy do świątyni. Odbywały się
    modły i śpiewy. Byliśmy urzeczeni tymi doznaniami. W każdym miejscu są
    handlujący czym kolwiek, i tu byli.



    Nadal sobie zadaję pytanie czy to bak czy saraj..? cz.II nastąpi niebawem!



    --
    cokolwiek, by to nieznaczyło...
  • naata 26.08.04, 00:17
    Hmmm.. Świetny jesteś, Soterku! Oczywiscie, części dalszej czekam ;-)
    Pozdrawiam naszego Podróżnika ;) serdecznie, ja zwykle ;)
  • marowit 26.08.04, 12:28
    Pochlaniam twoja opowiesci jednym tchem.... nie pozwol zebym sie uduzil :)
    marowit
  • Gość: naata IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 26.08.04, 14:01
    Wygląda na to, Marowicie, że masz poczucie humoru, to dobrze ;-)
  • marowit 26.08.04, 16:23
    no tak jakos jestem optymista :)
    ... sorek prosze dzis o nowa opowiesc

    pozdrawiam naata
    marowit
  • naata 27.08.04, 09:20
    marowit napisał:

    > no tak jakos jestem optymista :)

    optymista z poczuciem humoru to jest TO ;-))

    Pozdrawiam Marowita ;)
  • marowit 27.08.04, 18:25
    czy naata tez jestes optymistka?

    prosze o opowiesc z podrozy, bo czekami mnie nuzy...

    marowit
  • anaiss 27.08.04, 18:29
    o, marowitek już wywakacjowany?? :-))
    soterix, ja też czytam, ale ostatnio coś mi forum muli i cierpliwości do tego
    nie mam.


    an.
  • soter_mlodszy 27.08.04, 20:56
    Uspienskij monastyr mieścił się w skale, natomiast zaplecze klasztoru niżej w
    dolince. Za nią wyrastało kolejne dość niewysokie wzgórze. No, może góra? Na
    tej górze, jak i na jej wierzchniej części położone zostało, lub dla co
    bardziej dokładnych, wykute skalne miasto. Nazwano je Czufut-Kale. Za nim
    dotarliśmy do tego miejsca, musielismy pokonać wzniesienie, po lewej stronie
    mając monastyr. Wejście, zejście i ponowne wejście niebyło zbyt wyczerpujące.
    Przebiegało zgodnie z planem, jak i zgodnie z posiadaną kondycją. Przy zejściu
    z górki, w której była cerkiew, jedna ze ścieżek prowadziła do starego
    cmentarza, którego już nieodwiedziliśmy. Przewodnik, który nas oprowadzał nie
    szedł z grupą tam. A mnie osobiście, nekropolie nie przypadają do gustu jak
    obiekty do zwiedzania. Nie ma w tym ochodzeniu mogił, ani nuty reflesji, a
    radość mieszana ze smutkiem, daje dziwną mieszninę. Wolałem obejść się i
    niewywoływać takiego stanu ducha, niedopowiedniego dla tego miejsca. Choć
    wyjątek od tej reguły niestety był. We wcześniej zwiedzanym Pałacu Chanów, w
    pobliżu był cmentarz. Nijak nieszło tego obejść. Wpuściliśmy swój wzrok a potem
    i siebie na teren cmenatrzyska. Murowane katafalki. W środku miejsce dla ziemi
    i pewnie kwiatów, choć takowych niebyło. Niedostrzegłem. Na końcu, gdzie u nas
    znajduje się tablica z opisem, tutaj był słup, na którym widniał rodzaj
    turbana. Podobno można odróżnić po nim, czy pochowano kobietę czy mężczyznę.
    Wszystko jest kamienne z ładną, kutą ornamentyką. Schodziliśmy już w dół, by
    następnie wejść po skalnych schodach na wzgórze, gdzie jest skalne miasto. Po
    drodze mineiśmy odkrycie archeologiczne. Szyb, w którym miano się spuszczać na
    dół po wodę. Jakieś 150m. Nie wiem, tego niesprawdziłem, ale wydaje mi się, iż
    można było tego dokonać za drobną opłatą. Samemu zaczerpnąć wodę. Skalne pokoje
    są bardzo widoczne. Jest ich dużo. Jeden do złudznia przypominał dom z fronotwą
    ścianą. Było widać okno i drzwi. Na samym szczycie znajdowała się kaplica i
    budynki, w których mieszkali archeolodzy. Obecnie stoją puste. Wykorzystywane
    do ekspozycji. Na szczyt, na platformę skalnego miasta można również wjechać na
    koniu. Atrakcja dla leniwców!. Szczyt mimo, iż wcale nie imponujący wysokością
    był bardzo dobrym miejscem obserwacyjnym. Miał charakter strategiczny, a wejść
    na jego szczyt było trudno, bo prowadziła tam jedna droga. Zatem, łatwa do
    obrony. Koledze wysiadła noga, trochę kulał. Już trochę chodznia a tu niestety,
    brak przygotownia kondycyjnego daje się odczuć dość szybko. Niedość tego
    jednego. Nadciąga burza. Chmury sinieją szybko. Stają się one jak kobiety
    ciężarne. Obrzmiałe niosą deszcz. Nerwowo schodzimy. Niechcemy, by spotkało to
    nas na otwartej przestrzenii, ani niemamy zamiaru nocować w kamiennym pokoju.
    Na szczęście, burza nie rozwinęła się, tak jak w mojej wyobraźni. Dając tym
    samym powód do szybszego marszu. Schodzimy już i z drogi prowadzącej do
    cerkwii. Z górki idzie się przyjemnej, a widok ludzi dopiero co się
    wspinających, napawał mnie dziwną radością i myślą. Mam to już za sobą! Tak,
    jak biegnie ścieżka w dół, tak stoją i stragany. Zatrzymuję się przy jednym z
    nich. Sprzedaje tam mały chłopiec, uśmiechnięty, zachwalający towar z taką
    szybkością, że bycie pod wrażeniem to mało. Nieomieszkałe zakupić małego
    suweniru. Wracamy pieszo do domu. Nie jest zbyt późno, więc decydujemy się na
    zakup widokówek oraz wypisanie ich w pobliskiej pijalni.
    Następny dzień poświęcamy całkowicie na Balszoj-Kanion. Musimy dojechać tam
    autobusem. Wyjeżdzamy jak się potem okazało o godzinę za późno. Niestety na
    powrót nie załapaliśmy się na państwowy transport. Wysiadamy po 1,5 godziny w
    miejscowości Sokolinoje. Patrzymy na rozkład ostatni autobus odchodzi o 16,40;
    na zegarku mamy 11.40. Zdążymy. Dziwnie natrętnie atakuje nas taksówkarz,
    mówiąc, iż czasu mamy mało na drogę tam i z powrotem plus zwiedzanie kanionu.
    Kolega, nie chce wierzyć. Ruszamy 6-km serpentyną pod górę. Po drodze mija nas
    ten sam taksówkarz. Z okienka krzyczy, ża nas podwiezie. Zmiejsza cenę. Nie
    poddajemy się. Co będzie to będzie. Jeszcze mamy siły. Dochodzimy do drogi, a
    raczej ścieżyny, szlaku turystycznego, który prowadzi nas na sam koniec. Do
    źródła. Do wodospadu. Do wanny młodości. Kąpiel w niej gwarantuje wieczną
    młodość i ustąpienie choróbsk różnej maści. Woda tam ma 6-7 stopni Celsjusza.
    Kąpieli, zażywają wszyscy. Oprócz mnie. Swtwierdziłem, iż zmęczony, rozgrzany
    nie będę dokonywał nagłego schłodznia. Na myśl, iż mogę się zachartować jak
    stal! To co prześliśmy w drodze do źródła, nie da się opisać. Widoki w dół, na
    wartki nurt. Przedzieranie się w góę, to w dół po wąskich ścieżkach.
    Pokonywanie mosteczków, strumyczków. A jakże po kamyczkach jak kozica. A do
    samej wanny kąpielowej już po wielkich głazach, gdzie woda spływała wolniej.
    Przecudnie byłoby rozbić namiot w tym miejscu i spędzić noc, noc...
    Wracamy już inną drogą, drugą stroną kanionu. Prowadzeni strzałką szlaku,
    instynktem wychodzimy bliżej. Wejście na kanion jest wyżej. Zbliża się 16.
    Idziemy w dół już szybciej. Niestety, niezdołamy dojść do przystanku.
    Decydujemy się złapać na rękę taksiarza. Jest. Dowozi nas do samego
    Bakczysaraju za jedyne 20chrywien od łepka. Niestety rozbój w biały dzień.
    Autobus kosztuje niecałe 5 chrywien. Na miejscu tak dla ciekawości idziemy na
    dworzec. Sprawdzając rozkład, mamy oczy szeroko otwarte ze zdziwienia. Ostatnia
    pozycja na rozkładzie w Sokolinoje została wymazana. W ten sposób, łapią
    taksiarze naiwnych turystów. No może nie naiwnych, ale raczej roztrzepanych.
    Auto mknęło szybko, ponad 90km/na godzinę. Kierowca bez zapiętych pasów. Szalał
    na jezdni przy muzyce ukraińskiej. Ciekawie wyprzedzają auta. Otóż,
    wykorzystują do tego pas, który prowadzi do skrętu. Robią to tak fantastycznie,
    iż po powrocie sam tak zrobiłem. Ale tylko raz, bo w sumie jestem u siebie.
    I czasem ekstrawagancja, może prowadzić do tragedii. W kwartirze
    bakczysarajskiej, bywamy późnym wieczorem. Czasem natrafiamy na właścicielkę.
    Chyba nas polubiła, bo częstuje nas kolacją, rozmawia. Prosi nas o pozostanie
    jeszcze na dłużej. Pomysł nie do zrealizowania. Mkniemy dalej. Dwa tygodnie do
    powrotu, a trzeba zwiedzić jeszcze kilka atrakcyjnych miejsc. Przed nami Jałta,
    Sudak, Kercz. Przed nami kąpiel w dwóch morzach. Przed nami jeszcze dobre
    kilkanaście dni



    cdn...niebawem, ale juz z innego miejsca;-)





    --
    cokolwiek, by to nieznaczyło...
  • toja50 27.08.04, 23:40
    Cudownie sie to czyta, jak bym tam byla, niesamowite. No, a szczegolnie chmury
    podobne do ciezarnych kobiet dodaly swoistego klimatu:-) Soterku! suuper i
    czekamy na cd.
  • marowit 28.08.04, 11:03
    sotex - brak mi slow na taki miod :) .. dla moich oczu :)

    marowit
  • naata 28.08.04, 13:06
    marowit napisał:

    > czy naata tez jestes optymistka?
    >
    > prosze o opowiesc z podrozy, bo czekami mnie nuzy...
    >
    > marowit

    tak Marowicie, jestem niepoprawną, optymistka ;))
  • carrissimus1 28.08.04, 11:43
    ...no, no..
  • soter_mlodszy 28.08.04, 12:51
    Dziękuję bardzo anaiss, marowitowi, naacie, toji i dawno niewidzianemu carowi!;-
    ) za wsparcie duchowe i pomoc mentalną w pisaniu kolejnych odcinków z
    ukraińskiej wyprawy...

    dzisiaj trochę będzie o Sudaku, zachęcam naprawdę warto!;-)


    --
    cokolwiek, by to nieznaczyło...
  • soter_mlodszy 28.08.04, 13:38
    Jałta prawie przeszła w zapomnienie. Rano do naszego wynajmowanego mieszkanie
    przyszła właścicielka, by odebrać kwartirę. Była bardzo wcześnie, tak jak ją
    prośiliśmy, aby zdążyć na autobus do Sudaku. Niestety, okazało się niebawem, że
    na dwa pozostałem bilety, ktoś wepchnął się przed kolegę i zakupił jedne z
    nich. Trudno jechać we dwie gabarytowo wielkie osoby na jednym miejscu.
    Zrezygnowaliśmy. Najbliższym autobusem wróciliśmy do Symferopola, a z tamtąd
    już bez problemów w zakupie biletu, ruszyliśmy w drogę na Sudak. Na miejsce
    dotarlismy przed 14. Gdybyśmy zakupili bilety na ranny autobus bezpośredni z
    Jałty, bylibyśmy na miejscu już w południe. Na dworcu masa ludzi. Jedni
    przyjeżdzają inni odjeżdzają. Ciągła wymiana wczasowiczów. Pośród nich
    naganiacze do marszrutek, naganiacze do taksówek, jak i oferujący kwartiry.
    Każda z napotkanych przez nas osób, oferujących nocleg, z pogardą kręciła nosem
    i mówiła:

    -Ach Polacy, Wy na 2-3 dni, nam nie opłaca się Was brać, u Nas drogo.

    I rzeczywiście oferowane mieszkania czy noclegi były w granicach 15$. Przy dużo
    jak dla nas. Ruszamy w miasto, by szukać dachu nad głową. Proszę nie myśleć, iż
    nas dóch tylko w tym dniu szuka noclegu. Przechodzi mnóstwo ludzi od Polaków,
    Ukraińców i Rosjan, by załapać jakieś miesjsce o rozsądnej cenie i w rozsądnym
    czasie. Nie ma co się ociągać. Niebo szarzeje i nie ma już koloru aspiryny jak
    w pierwszym tygodniu naszego pobytu ma Krymie. W przeddzień wyjazdu z Jałty
    pogoda się diametralnie zmieniła. Zaczeło padać. Grzmieć. Przechodzić zaczęły
    kilkunastominutowe ulewy. W Sudaku-pomyślałem-będzięmy przerabiać to samo?
    Wyszło na moje. Wracamy do szukania kwater. Przechodzimy z miasta na osiedla
    domków jednorodzinnych. Prawie na każdej furtce karteczka. Oddam pokój lub
    wolne miejsca. Niestety, każdy właściciel chce dostać 4 turystów na conajmniej
    tydzień. Przechodzimy całe osiedle, obchodząc po obwodzie całe miasto.
    Wychodzimy na przedmieścia. Ulica, którą idziemy jest nam dobrze znana. Tędy
    jechaliśmy na dworzec. Do dworca pozostaje jakieś 4km. Po drugiej stronie szosy
    widnieje znowu jakieś osiedle. Nie ma co się ociągać. Jedna para turystów nie
    wytrzymała i wraca z powrotem do centrum. Widać, iż mają dość. Na samym
    początku osiedla, na furtce domu-kartka! "Zdam żylie". Wchodzimy. Uśmiechnięta
    Pani zaprasza nas na podwórko i jak się okazuje ma dwa miejsca w swym 3
    pokojowym domku dla turystów. Bardzo miła, uśmiechnięta. Rozmawia. Zaparza
    kawę. Częstuje miodowymi ciastkami. Raczy nas nimi przez 4 dni pobytu. Chyba
    dopiero tutaj doznaliśmy tej ich niesamowitej gościnności. Niechcą być
    pasożytami, wieczorami częstujemu ich krymskim winem. W czasie rozmowy,
    dowiadujemy się, iż Ci gościnni państwo są tatarami z krwii i kości. Pan domu
    włada ukraińskim, białoruskim, rosyjskim, tatarskim i jakimś jeszcze innym
    językiem, któego nazwy zapomniałem. Pewnie uleciał przez rozdziawioną moją ze
    zdziwienia gębę. Mają również sympatyczne i pomocne dzieci. Jeden z ich synów,
    zakupił mi płytę z tatarską muzyką i jakimś znanym dj. Ciekawy i odległy świat
    dzwięków. Fatima, bo tak miała na imię nasza gospodyni, pozwala nam korzystać z
    kuchni i zlewu. Inforumje nas, o zabytkach i miejscach godnych zobaczenia.
    Będzie jak się to wkrótce okaże: zamek na skale i wieżę, z której pewna
    dziewica rzuciła się w przepaść (twierdza genueńska), rezerwat Kara-Dog i Nowy-
    Swet. Tak, byliśmy w miejscu, gdzie w świetności tego miasta przebiegał tędy
    jedwabny szlak. Fatima, mówi o pogodzie, iż w Jałcie padało, lecz u nich jak
    obliczyli meteorolodzy jest najwięcej dni słonecznych i bezdeszczowych.
    Niestety mieliśmy pech, w ten sam dzień lało jak z cebra. Na razie nie ma
    deszczu. Chcemy zaliczyć twierdzę na skale. Wyruszamy pieszo. Co prawda chód
    jest nie taki jak naszego Roberta, ale dzielnie znosimy piesze wędrówki. Lubię
    je, oczywiście jeżeli nie mam na plecach plecora! Dochodzimy do zamku,
    wchodzimy schudkami prowadzącymi na górne platformy twierdzy. Niestey zaczyna
    grzmieć i leciutko kropić. Nieznośnie myślimy, że to chwilowe kłopoty
    przejściowe. Posuwamy się parę stopni wyżej, gdy coraz mocniej grzmi.
    Błyskawice rozdzierają niebo. Musimy zawracać. Pada coraz mocniej. Leje.
    Do domu daleko. Gdzie się skryć? Pozostaje nam stragan z towarami spożywczymi i
    dwoma parasolami, jak się później okazało z materiału. Przeciekały. Uprzejma
    pani pozwala nam się schować i przeczekać. Ma urodziny jak mówi. Pada. Nie
    pozostaje nam nic innego jak uczcić jej geburstag krymskim piwem. Pada.
    Utrwalamy urodziny. Pada. Utrwalamy utrwalanie przyjaźnie ukraińsko-polskiej.
    Uff. Spadają już tylko samotne krople. Możemy się pożegnać i ruszyć do domu. Po
    drodze, jako, że idziemy w górę. Napotykamy na spływające, żółte potoki. Nie da
    się przechodzić suchą nogą. Idziemy po kostki w wodzie w żółtej glinianej mazi.
    Mijamy po drodze tych samych turystów co w czasie poszukiwań noclegu. Niestety
    nie znaleźli pokoju. Błąkają się z plecakami w czasie ulewy. Taki, to czar
    turystyki pieszej. Wracamy na miejsce zmoczeni, zbłoceni. Wykonujemy tylko parę
    czynności. Przebieramy się w suchą odzież, płuczemy obuwie, skarpety. Kolega
    zaparza kawę, ja natomiast udaję się na zakupy do pobliskiego sklepu. Zapowiada
    się długi wieczór i rozmowa z tatarem...



    o cudaczny perypetiach w Sudaku niebawem...!




    --
    cokolwiek, by to nieznaczyło...
  • Gość: naata IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 28.08.04, 12:58
    Z ciekawościa czytam opowieści podróżników, nie ma jak osobiste przeżycia z
    podróży, jednak wytrawny obserwator jest w stanie rozbudzić wyobraźnię i mozna
    poczuć nie tylko klimat ale smak potraw i zapach kwiatów.. Tak właśnie robi
    nasz Soter ;)
    Bardzo interesujace, Soterixie. Mam jednak kilka pytań, które niezręcznie
    zadawać mi na forum. Czekam na c.d reportażu ;-) Pozdrówki dla Autora!
  • soter_mlodszy 28.08.04, 14:15
    pytaj i pisz na pocztę gazety:-)

    serdecznie


    Gość portalu: naata napisał(a):
    > Mam jednak kilka pytań, które niezręcznie zadawać mi na forum.




    --
    cokolwiek, by to nieznaczyło...
  • toja50 02.09.04, 21:50
    Czy w zwiazku pisanym scenariuszem nie mamy juz tu po co zagladac? a moze juz
    wszystko zostalo napisane? pozdrawiam jakas nienasycona :-)
  • soter_mlodszy 03.09.04, 16:03
    odpowiednio dawkuję i rozdzielam namiętności Krymowe!;-)))

    p.s.
    dalsze części będą!

    serdecznie

    --
    cokolwiek, by to nieznaczyło...

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka