Bardzo proszę o interpretację snu, jeżeli cokolwiek znaczy. Generalnie sen był malo symboliczny, duzo różnych "glupot", ale zapamietalam coś, co może mieć znaczenie. Co więcej, akurat po tym się obudzilam, i moze dzięki temu akurat zapamietalam, co mi się rzadko zdarza. Do rzeczy: to co pamietam i moze mieć znaczenie:
Wracam skądś do domu po fakcie śmierci taty [tata zginąl kilkanasie lat temu], czuję obecność jakiejs mojej rodziny (na pewno nie wracam sama), ale z nikim nie rozmawiam. Jest noc [w kazdym razie jest ciemno], w drodze powrotnej zauwazam na niebie po lewej stronie piękny, wielki, świecący księżyc, jestem oszolowiona tym niecodziennym widokiem. Co więcej, gdy spoglądam po prawo widzę drugi, mniejszy, mniej wyrazny (tak jak widziany za dnia) i obok niego jeszcze chyba slonce, takie jeszcze niewyrazne i raczej nieświecące. W zachwycie pokazuję innym te ciekawe zjawiska - patrzcie, tu księżyc, tam księżyc! Gdy spoglądam ponownie na lewo widzę coś w rodzaju jakiejś konstelacji gwiazd, formy, która zaczyna się wypelniać pulsującym blaskiem; to swiatlo najpierw "plynie" w tej formie, a potem uwalnia się i lata w powietrzu robiąc "ósemki"; przywodzi mi to na myśl, nie wiem skąd, feniksa. Potem albo nie pamiętam, albo się budzę.
Tyle pamiętam, z góry dziękuję za interpretację.

Jeżeli ktoś jest z Wawy lub poda adres (na maila) to mogę odwdzięczyć się czymś aromatycznym