Rilian czepiasz się.
A sprawa jest rzeczywiście absurdalna: tytułomania przeżera polskie środowisko akademickie. Wzory stopni i tytułów sprowadzone z Niemiec nijak się mają do polskiej przaśnej rzeczywistości. Tytuł naukowy profesora (profesor tytularny, belwederski) itp. to jedna bzdura. I faktycznie jest dożywotni. Polega to głównie na tym, że jedni koledzy innym kolegom podpisują wnioski... i tyle.
Potem mamy stanowiska uczelniane profesorów zwyczajnych i nadzwyczajnych (w PAN-ie docentów). W omawianym w artykule przypadku, habilitacja stanowi drogę do tej drugiej funkcji.
Cały ten system jest jednak całkowicie bezsensu i nic nie mówi ani o kompetencjach osób szczycących się takimi tytułami, ani o poziomie środowiska akademickiego w ogóle. W konfrontacji z prostą nomenklaturą najlepszych uniwersytetów na świecie... jest to po prostu śmieszne i żałosne.
Po pierwsze powinny zostać zniesione: tytuł naukowy profesora (belwederskiego), i idące za nim stanowisko prof. zwyczajnego w jednostce naukowej.
Po drugie, w sytuacji pozostawienia habilitacji, termin "profesor" powinien odnosić się jedynie do funkcji pełnionej na uczelni i być związany z taką uczelnią, tj. odpowiadałby dzisiejszemu profesorowi nadzwyczajnemu, np. profesor UW, profesor Akademii Origami i Marketingu, itd.
Po 70-roku życia naukowiec mógłby ciągle pracować ale jako profesor emeryt tj. bez prawa zajmowania stanowisk kierowniczych, oraz bez prawa głosu w radach naukowych (wydziału, instytutu, itp.). Nie wliczałby się także do tzw. minimum kadrowego jednostki. Zakończyłoby to raz na zawsze żenującą sprawę profesorów nocników-pampersów.
Jeżeli dana osoba o statusie profesora emeryta byłaby ciągle aktywna naukowo i dydaktycznie to wspaniale. Zachowuje kursy, prawo do ubiegania się o granty, prowadzanie doktoratów itp., ale nie może formalnie decydować o losach jednostki. To samo powinno dotyczyć innych ciał takich jak Centralna Komisja do Spraw Stopni i Tytułów, Prezydium PAN itp. Na razie są to czyste rządy pampersów. Wystarczy policzyć średnią wieku...
W AON sprawa jest jasna: nikt przepisywania/kopiowania nie uznaje za grzech. [Aż strach się bać co tam mogą wypisywać studenci...]
Dr X jest dyrektorem jednostki i należy mu się hab. koniec kropka. Potem zostanie prof.nadz. AON, potem inni podpiszą mu wniosek do Prezydenta, a na koniec będzie prof. zw. na AON i będzie ustalał wysokie standardy etyczne. Jak się dobrze ustawi to na starość wyląduje w Centralnej Komisji do Spraw Stopni i Tytułów...
Taka polska rzeczywistość.