Dodaj do ulubionych

Źle w małżeństwie -co robić?

19.11.16, 04:55
Witam! Mam dość swego małżeństwa i zastanawiam się czy jeszcze są się coś tu uratować. Jesteśmy małżeństwem już 19 lat, a z każdym dniem jest coraz gorzej... Nigdy nie byliśmy idealnym małżeństwem- kłóciliśmy się zawsze, ale od dłuższego czasu są duże problemy - narastające różnice w prawie wszystkich aspektach życia.Obecnie mamy troje dzieci - piętnastolatka, jedenastolatka i czterolatkę. Z najmłodszą córką są problemy - nie bardzo wiadomo co jej jest - może lekko autyzm, może asperger, może... Na razie od diagnozy do diagnozy. Ja przez wzgląd na małą jestem na urlopie wychowawczym. I teraz do konkretów - po pierwszym dziecku postanowiłam się odchudzać, bo strasznie po ciąży przytyłam i poszłam na step- mąź miał do mnie o to pretensje. Ale nie trwało to długo i sama sobie wmawiałam, że ma rację, bo dotąd czas spędzaliśmy wspólnie /syn urodził się po 4 latach małżeństwa/. Sytuacja na kilka lat się unormowała, z tym, że mąż był zazdrosny, a stał się jeszcze bardziej. Skutki naszych imprez odczułam boleśnie - to ja byłam winna, że proszą mnie do tańca, że jeden facet naokrągło wręcz podrywał mnie na oczach wszystkich, choć go do niczego nie zachęcałam i nie chciałam chodzić na imprezy, gdy wiedziałam, że on będzie /chodziliśmy głównie na imprezy z pracy męża, a facet ten miał żonę, której też było przykro, a mi głupio/. Potem urodził nam się drugi syn. Mieliśmy z nim dużo problemöw zdrowotnych- mamy je do dziś, choć już w dużo mniejszym stopniu. Poświęciłam mu dużo czasu, by wszystkie ewentualne choróbska wykluczyć lub potwierdzić /leżenie w szpitalach, chodzenie po specjalistach/ Kosztowało mnie to niemało nerwów, stresu i płaczu. Mąż nie bardzo mnie wspierał. Potrafił za to dogryźć, że leżąc z synem w szpitalu, wydałam za dużo pieniędzy, jakby zapomniał, że mi tam nikt jedzenia nie daje / od domu odległość znaczna/, a i dziecku coś się należy poza szpitalnym wiktem. W tym czasie mąż znalazł zajęcie starszemu synowi- karate. Potem sam się zapisał. Powstał problem. Syn miał inne godziny treningów, mąż tuż po nim. Syn sam do domu wracać nie mógł, a ja w domu z małym dzieckiem latać specjalnie na 18 po odbiór, bo mąż zrezygnować nie chciał. Dziadek się zlitował i wnuka odbierał i przeprowadzał do domu. Ja z przekąsem wspomniałam sytuację sprzed lat, gdy sama chodziłam na step I on miał o to pretensje, a sam teraz chodzi na karate i jeszcze jest przez to problem. Odpowiedź- pracuje to ma prawo. A że wydaje na to kasę? Pracuje - ma prawo. A mnie to można było wypominać, pomimo, że ja też pracowałam. Potem to już lawina pretensji narastała. Syn zrezygnował z karate, płakał do mnie, że tego w ogóle nie lubi, powiedziałam, że może zrezygnować. Mąż robił mi karczemne awantury, bo to moja wina, miałam go zachęcać / zachęcać do czegoś, co się dziecku nie podoba i nie prosiło o zapisanie/. Karate dla męża stało się pasją. NIC nie powstrzymało go przed treningami - ani choroby dzieci /przecież matka w domu, o co kaman?/, ani moje /nie umiera przecież/, ani nawet fakt, że goście przyjadą, czy to, że przyszłam pöźno z pracy, padam na pysk i chcę odpocząć, bo jeszcze mam robotę z sobą / to po co brałaś głupia, on nic do domu nie nosi /.Potem zaczął jeszcze przygodę z klubem morsów, z klubem HDK, ze związkami zawodowymi plus obozy treningowe z karate. Powoli czasu miał dla nas mniej. Synowie albo z nim mają iść na karate, albo niech sobie robią co chcą. Powinnam być przecież dumna, że mąż ma pasje. Nie pije przecież i się nie szlaja. Wiem gdzie jest. Bolało mnie to, awantury robiłam mu często. Pomimo to go kochałam, choć zaczęły się i złośliwości z jego strony. Przykro by je wymieniać. Dobił mnie artykuł o nim na stronie internetowej jego pracy, jaki to on wspaniały, z pasjami, i potrafi godzić pracę zawodową z tym wszystkim. Artykuł zakończył się słowami " można? można, trzeba tylko chcieć" . Z dumą mi go pokazał. A ja na to, że owszem można, szkoda, że kosztem rodziny. Wściekł się, że on nie uważa żeby robił rodzinie krzywdę, pracuje i ma prawo do przyjemności, nikt bo nie będzie trzymał na łańcuchu. Ja mu na to - jakie ja mam przyjemności? - praca, dom, dzieci. Nigdy w lekcjach nie pomógł, nie przepytał, nic nie sprawdził- dzieci mają uczyć się same wg niego. Więc ja na to, że też chcę sobie gdzieś wychodzić- to on - tak, ale żeby to nie kolidowało z jego zajęciami. Problem był rozwiązany - wszystko kolidowało, albo bym musiała szukać czegoś około 21.00. Zapisałam nas na wycieczkę do Włoch. Miałam ochotę jechać sama, ale był obrażony, jaka wstrętna żona ze mnie. Małżeństwa jeżdżą razem! A na obozy treningowe z karate jeździł sam! Po tej wycieczce zaszłam w ciążę. Rozpaczałam, bo o dzieciach już nie myślałam, on też zadowolony nie był. Ciążę źle przechodziłam, przypłaciłam ją zdrowiem a nie byłam już młodziutka / 40 na karku/. Zapowiedziałam mężowi, że idę na urlop wychowawczym, bo nie mogę dojść do formy. Awantura była straszna, bo szukam pretekstu, by nie pracować, a z czego będziemy żyli? Dodam, że konto mamy wspólne i to on rozporządzał kasą, bo tak niby było w jego rodzinie i u znajomych z jego pracy. Ponoć kobiety kasę trwonią. O pieniądze zawsze musiałam prosić. Wiem, jestem głupia, bo to były też i moje pieniądze. Ale jak chciałam zmienić ten układ nie raz - to po wielkich awanturach rezygnowałam / czy mi na coś żałuje? Jak chcę dostaję /. Urlop wychowawczy ciągnę do dziś, bo z córką są też problemy zdrowotne. Ja sama też je mam. Na dzień dzisiejszy ja zajmuję się domem, dziećmi. Na nic nie mam czasu. Mój mąż za to dalej na czas na karate i jeszcze siłownię przed pracą zdąży zaliczyć / w efekcie do pracy idzie 3 godziny szybciej, fakt, że tylko przed nocką/ W sumie ma 3-4 wyjścia w ciągu tygodnia. Karate - nie ma go 3 godziny w domu, no i łącznie siłownia z pracą około 16 godzin. Można? Można. Ostatnio chciałam zapisać się na siłownię by znów zrzucić zbędne kilogramy. Mogę ale tylko z nim. Sama nie, bo obcy trener będzie mnie obmacywał. Ręce mi opadły. Znów awantura. Wszystko mu wspomniałam, nawet to, że chłopcy się go boją, bo ciągle się na nich wydziera. To znów moja wina, bo on jest surowy i jest to dobre, a ja im folguję. No tak, jak ojciec powie, to w tej sekundzie ma być to spełnione, inaczej darcie na cały regulator. Ja pretensje wygłaszam spokojnie, bo po co ma nas słyszeć cały blok, on za to w odpowiedzi awanturuje się na całe gardło. Ludzi wstyd. Naprawdę dość już mam naszego małżeństwa. Nie wiem czy ja jeszcze go kocham. Czuję raczej obojętność. Nawet lepiej jak bo nie ma, bo chociaż spokój w domu, choć wszystko wtedy na mojej głowie. Nie powiem, żeby mąż nic nie pomagał - zrobi zakupy, poprasuje swoje rzeczy, czasem synów, czasami /rzadko/ zrobi obiad, posprząta, naprawi co umie w domu. To wszystko. Ja dla niego chyba jestem praczką, sprzątaczką, kucharką, nianią na 24 h, czasem kochanką / seks nie jest już dla mnie przyjemnością/. Nie prawi mi żadnych komplementów, nie przytula, nie troszczy się o mnie, nie mamy już w sumie prawie żadnych zainteresowań i inne priorytety / dla mnie ważna jest rodzina, dla niego jego własne przyjemności, z których za nic nie zrezygnuje - choćby się walił i paliło/ . Przykre wyzwiska też są, nawet w stosunku do chłopców / ja mu na to nie pozwalam, zawsze się awnturuję, bo on nie ma prawa wyzywać i poniżać dzieci - ostatnio mi powiedział że ja też na nich krzyczę- a ja na to, że b.rzadko i to 1 raz na jego 100/. W sumie myślę o rozwodzie, żal mi tylko dzieci, bo chłopcy pomimo wszystko jeszcze go kochają. Choć już nie raz w awanturach wychodził z domu i dzieci to bardzo przeżywały / awantury przy dzieciach w ich obronie/. Może to nie on, a ja jestem ta zła. W końcu przecież coś mu się od życia należy, szkoda, że mi nic. Ciągnąć to jeszcze, czy nie? Racjonalnych rozmów było dużo, ale nic nie wniosły- będzie dobrze jak będzie robił co chciał, dzieci bez szemrania mają się słuchać, a ja siedzieć cicho i wszystko akceptować i być dumna z męźa, że nie pije, tylko ma jakieś pasje. Co wy na to?




Edytor zaawansowany

Nie pamiętasz hasła lub ?

Zapamiętaj mnie

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka
Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.