amerykańska ekranizacja "Mężczyzn, którzy nienawidzą kobiet" Stiega Larssona. (Szwedzi bardzo rzadko tłumaczą oryginalne tytuły filmów angielskojęzycznych)
Otwieram nowy wątek, bo o nie zajawkę już chodzi, a o cały film, który dzisiaj obejrzałam (tłumów nie było, ale OK, dzień powszedni i wczesne popołudnie). Nie jestem zainteresowana dyskusją o wyższości kina amerykańskiego nad europejskim, czy może odwrotnie; chcę się podzielić wrażeniami na gorąco i - wkrótce - dowiedzieć się o Waszych wrażeniach.
Gdyby ktoś mnie zapytał, która wersja lepsza, powiedziałabym... REMIS!
I mówię to ja, zakochana w oryginale, zarówno powieściowym, jak i filmowym, made in Sweden. Wydawało mi się, że żadna inna aktorka niż Noomi Rapace i żaden inny aktor niż Mikael Nyqvist nie zagrają lepiej słynnej larssonowskiej pary. Duet Rooney Mara i Daniel Craig robią to ciut inaczej, ale - w moim mniemaniu - ani lepiej, ani gorzej.
Bałam się, że będzie mi przeszkadzał angielski, nie tylko ten, którym posługują się aktorzy, ale również angielski w telewizji, gazetach, dokumentach... Dość szybko o tym "zapomniałam". Nie obyło się bez zabawnych wstawek językowych - np. szwedzki aktor, Stellan Skarsgård, grający Martina, wypowiadał szwedzkie imiona po szwedzku, a nie po angielsku... Amerykańscy aktorzy zaś wtrącali tu i ówdzie szwedzkie skål! (na zdrowie!), czy tack! (dziękuję)
Mam w zasadzie tylko dwa zastrzeżenia, ale nie chcę o nich teraz pisać, bo to chyba coś w rodzaju spojlera, nawet jeżeli historię wszyscy dobrze znamy. Fincher trzyma się wersji powieściowej czasami bardziej kurczowo niż Oplev, a czasami nie, więc chyba się wyrównuje.
W każdym razie, polecam!