Dodaj do ulubionych

Idą Święta, a mi smutno...

07.12.05, 16:21
Odkąd zamieszkałam z moim facetem, zamiast cieszyć się na myśl o nadchodzącej
Wigilii, chce mi się płakać. Proszę, spojrzyjcie na tę sprawę obiektywnie i
powiedzcie mi, czy ja histeryzuję, czy mam rację. Bardzo potrzebuję opinii
kogoś, kto nie jest zaangażowany emocjonalnie w cały ten kram i kogoś
takiego, kto ma może już za sobą podobne przejścia...
Żebyście mogły zrozumieć mój problem, muszę wyjaśnić Wam, jak wyglądają moje
układy z rodziną. Moi rodzice byli dla mnie kiedyś bliskimi osobami, ale ok.
6 lat temu zaczęły się ich problemy z alkoholem i to wszystko popsuło między
nami. Na szczęście mam siostrę i babcię, które są moimi najbliższymi
przyjaciółkami. Kiedy poznałam mojego faceta, w mojej rodzinie układało się
fatalnie. Po 1,5 roku znajomości ja i on zamieszkaliśmy razem. Moja siostra
zaraz potem wyprowadziła się do babci, bo nie wytrzymywała już z rodzicami.
Pierwsza Wigilia po mojej przeprowadzce była nieudana. Mój facet zaprosił na
całe Święta swoją mamę, która mieszka zupełnie sama. Z przyjemnością goszczę
ją u nas, bo jest naprawdę świetną nie-teściową, ale ja także chciałam
zasiąść przy stole z moimi bliskimi: babcią i siostrą. Mój facet
powiedział: "OK, niech przyjadą, ale Twoi rodzice nie mają do naszego
mieszkania wstępu". Nie spierałam się, bo nie chciałam, żeby zepsuli nam
wieczór, czego się można było po nich spodziewać. Moja babcia oświadczyła
jednak, że ona nie zostawi swojej córki i zięcia samych (wtedy ojciec już był
poważnie chory)i jak co roku zaprosi ich na Wigilię do siebie. Myślałam, że w
takiej sytuacji mój facet wybierze się ze mną na chwilę na moją rodzinną
Wigilię, a potem zjemy drugą kolację z jego mamą, jednak on powiedział, że
ani mu się śni. Stanęło na tym, że ja pojechałam na Wigilię do babci, a on
ugościł mamę w naszym mieszkaniu. Wróciłam po ok. 2 godzinach, nie
nacieszywszy się ani jednym, ani drugim przyjęciem. Zaraz po tamtych świętach
zapowiedziałam mu, że nie zgodzę się na coś takiego ponownie, ale w tym roku
jest dokładnie tak samo. Zaprosiliśmy jego mamę, moją babcię i siostrę, ale
babcia i siostra wtedy wymyśliły, że zrobią u siebie kolację dla całej
rodziny: ciotek, wujków, kuzynów. Oczywiście zaprosiły nas, a mój facet
stwierdził, że się nie wybiera nawet na chwilę, bo nie zostawi mamy nawet na
godzinkę samej, a do mojej babci też nie chce jej zabrać. Przykro mi, bo
nawet dalekie ciotki przyjadą, a tylko nas nie będzie. Sama nie pojadę na
pewno. Od jakiegoś czasu powoli zakpouję topór wojenny z rodzicami i
chciałabym wreszcie naprawiać rodzinne relacje. Ale tak się to nie uda. Mój
facet mówi, że jego mama jest sama, więc on musi być przy niej od wigilijnego
popołudnia po wieczór drugiego dnia Świąt, a moja rodzina jest liczna, więc
moja obecność przy nich nie jest niezbędna. Zaproponował, że do moich
bliskich możemy jechać w Wigilię rano, złożyć życzenia. Najsmutniejsze jest
to, że przedświąteczne problemy raczej nigdy się nie skończą. Wręcz
przeciwnie, będzie jeszcze gorzej, gdy zdecydujemy się na dziecko...
Co zrobiłybyście w takiej sytuacji? Czy on ma rację? Czy mam raz na zawsze
zapomnieć o rodzinnych Świętach, czy walczyć o równouprawnienie obu rodzin?
Może to śmieszne, ale tradycyjne spotkanie z rodziną przy wigilijnym stole ma
dla mnie na prawdę duże znaczenie...
Obserwuj wątek
      • myszmagda Re: Idą Święta, a mi smutno... 07.12.05, 16:45
        Bo uważa, że będą się tam z mamą czuli nieswojo, że Wigilię powinno się spędzać
        z najbliższymi, a nie z ludźmi, do których ma się duży dystans. Jego wizja
        idealnej Wigilii to właśnie własny dom, własna mama i ja. Mówi, że on wyszedł z
        inicjatywą, zaprosił moich bliskich, a skoro oni zaplanowali coś innego, to on
        też planów zmieniał nie będzie. Uparty jest...
        • deczi Re: Idą Święta, a mi smutno... 07.12.05, 22:31
          > Bo uważa, że będą się tam z mamą czuli nieswojo, że Wigilię powinno się
          spędzać
          >
          > z najbliższymi, a nie z ludźmi, do których ma się duży dystans.

          Właśnie, dlatego Ty też masz prawo do tego, by spędzić czas z tymi, którzy sa
          dla Ciebie ważni i powinnaś dać mu to do zrozumienia. Oczywiście, że będą się
          czuli nieswojo, jak zawsze przy przełamywaniu lodów, ale czy Ty czułas się
          swojo, kiedy poznawałas jego mamę? Upór uporem, ale czasem kompromis jest
          jedynym wyjściem. Może nie trzeba siedzieć trzy dni non stop, wystarczy na
          przykład kolacja wigilijna i np. wizyta w któryś z następnych dni. Albo nawet
          tylko kilkugodzinna wizyta.
          Powodzenia.
          • holka007 Re: Idą Święta, a mi smutno... 08.12.05, 09:55
            Myślę podobnie jak deczi więc nie będę sie rozpisywać:))
            My mielismy podobny problem,nie az tak głęboki ale jednak.Wlasnie kompromis
            okazał sie/jak juz wiele razy bywało/ najlepszym rozwiązaniem,tzn.co drugie
            święta idziemy do mojej mamy na wigilię,chyba ze sami robimy w domu.Połówek nie
            bardzo lubi moją mamę i ogranicza wizyty nasze u niej własnie,ja nie zawsze sie
            z tym dobrze czuje ale wiem ze często ma rację.Jednak co do świąt jest własnie
            tak-raz u mojej rodziny raz u niego i narazie jest ok.
            Gorzej jest z uporem Twojego,ale mam nadzije,ze da sie przekonac ze Ty tez
            potrzebujesz bliskosci swojej rodziny ale i jego tez:)))
            Pozdrawiam:)))
            --
            łan kozie ded ;)))
    • arieletka4 Re: Idą Święta, a mi smutno... 07.12.05, 17:57
      Wiesz co, miałam podobną sytuację, gdy zamieszkałam z moim połówkiem. Moi
      rodzice ( a zwłaszcza ojciec) mocno to przeżyli (są bardzo wierzącymi
      katolikami i nie mogło im się pomieścić w głowie, że ich córka zdecydowała się
      na taki krok). Przez parę lat było FATALNIE, Johan nawet nie mógł marzyć, ze
      przekroczy próg domu moich rodzicow, a to oczywiście nie sprzyjało ciepłym
      relacjom między nim a moja rodziną Mówiąc krótko, nie cierpiał moich rodziców w
      wzajemnością
      .Po jakichś trzech latach wszystko się zmieniło. I wiesz, inicjatywa wyszła od
      moich rodziców. Stwierdzili oboje, że owszem, ślub by sie przydał, ale nie będą
      ponaglać. Odbyliśmy poważną rozmowę we czwórkę i zdecydowaliśmy się wspólnie
      na politykę "grubej kreski", mimo, że jak już pisałam, wcześniej na nic takiego
      się nie zanosiło. A co do dziecka, to pojawienie się na świecie naszej córy
      ostatecznie uzdrowiło stosunki między nami a moją rodziną ( z nie-teściem
      zawsze były dobre). I myślę, że szczera, rozmowa,, spokojna i bez nerwów,
      powinna pomóc- takie są moje doświadczenia. Tak czy inaczej, spróbujcie tego
      patentu, a nuż się uda?? Połówek powinien się przekonac, jak jest naprawdę, i
      wtedy może zmienić zdanie, tak jak mój zmienił, bo przedtem było z tym
      tragicznie. Teraz jest po prostu normalnie, święta spędzamy raz we Wrocku z
      moją rodzina, a raz zapraszamy do siebie teścia, ale wtedy zawsze w okolicach
      tygodnia przedświątecznego jesteśmy u moich rodziców ( oni rzadko przyjeżdżają
      do nas do Zielonej z powodu choroby mojego taty). Uff, rozpisałam sie, ale po
      prostu chciałam, żebyś wiedziała, że ni ty jedna masz takie problemy. Nasze są
      już za nami, życzę wam, żebyście sie dogadali, i żeby było lepiej. Pozdrawiam
      bardzo ciepło :))))
    • myszmagda Re: Idą Święta, a mi smutno... 08.12.05, 17:43
      Dziękuję Wam, dziewczyny, za słowa otuchy. Odbyliśmy już niejedną rozmowę i na
      prawdę nie wiem, jakich słów mogę jeszcze użyć, żeby go przekonać. Co do
      robienia Wigilii raz z moją, raz z jego rodziną, to zupełnie nie wchodzi w grę,
      bo mój facet nie wyobraża sobie zostawić swojej mamy samej. Też wydaje mi się,
      że niekoniecznie musiałby spędzać z nią całe Święta, bo ona ma przecież również
      siostry, z którymi mogłaby też trochę poświętować, ale mój facet nie chce o tym
      słyszeć. Chyba wciąż nie może pozbyć się poczucia winy, że wyprowadził się od
      niej. Sam uważa natomiast, że to ja nie potrafię odciąć pępowiny, chociaż mi
      wystarczyłyby 2 godzinki w Wigilię z moimi bliskimi. Na razie postanowiliśmy,
      że w wigilijny ranek pojedziemy do mojej rodziny złożyć jej życzenia, potem
      zjemy u nas kolację z jego mamą, a wieczorem, kiedy ciotki się rozejdą, moja
      siostra wpadnie jeszcze na wieczorną nasiadówkę i przenocuje. W pierwszy dzień
      Świąt na obiad przyjedzie reszta moich bliskich. Nie jestem do końca
      usatysfakcjonowana, ale to zawsze lepsze rozwiązanie, niż to zeszłoroczne. W
      tym roku mały kroczek naprzód ku integracji rodzin i uzdrawianiu stosunków
      międzyludzkich, a za rok może kroczek kolejny i prawdziwa rodzinna Wigilia...?
      Po Świętach napiszę Wam, jak to wyszło, czy plany się nie zmieniły. A jakbyście
      miały dla mnie jeszcze jakieś rady, to czekam. Dobrze móc poradzić się kogoś,
      kto ma już swój związek poukładany... Dzięki raz jeszcze!
      • deczi Re: Idą Święta, a mi smutno... 08.12.05, 21:24
        Myślę, że Twoje słowa o jego poczuciu winy wobec mamy sa kluczowe. Wygląda
        jednak na to, że nie jest osobą, która dobrze się czuje, kiedy ktoś zwraca jej
        uwagę na pewne intymne sprawy. Cieszę się, że zrobiliście choć ten mały
        kroczek. Będzie dobrze, tylkko bądź spokojna zawsze, kiedy z nim rozmawiasz na
        te tematy. Podziękuj mu, że zaakceptował ten plan, nawet jeśli nie był to z
        jego storny jakiś wielki wyisłek. Po prostu dzieki temu zobaczy, że to naprawdę
        ma dla Ciebie znaczenie i na pewno będzie mu miło, rozluźni się. W przyszłym
        roku może być już łatwiej.
        Pozdrawiam,
        D.
    • loanna1 Re: Idą Święta, a mi smutno... 12.12.05, 15:47
      czy problem dotyczy tylko świąt? Jak wyglądaja stosunki Faceta z mamą, często
      ją gościcie? Jaki ma wpływ Mama na niego? Jaki jest układ w waszym związku przy
      podejmowaniu innych decyzji? Ile masz lat? A on i jego mama? Dlaczego nie
      jesteście małżeństwem? Macie takie plany? Nie jestem feministka ale życie
      nauczyło mnie, ze przeczekanie, milczenie, zgoda wbrew własnym potrzebom i
      oczekiwaniom , choć przypisywane w wychowaniu nam - kobietom nie zawsze
      przynosi oczekiwane rezultaty a często powoduje frustrację.
      Pamiętaj, że kompromis nie polega na tym, ze ty na wszystko sie godzisz,
      licząc, ze On zrozumie.
      • myszmagda Re: Idą Święta, a mi smutno... 13.12.05, 16:21
        Mam 22 lata, on 28, jego mama 54. Nie jesteśmy małżeństwem, bo zdecydowaliśmy,
        że najpierw pomieszkamy tak trochę, urządzimy się, zbierzemy kasę na ślub.
        Jesteśmy zaręczeni, mieszkamy razem 1,5 roku i na razie nieprędko coś się
        zmieni. Dobrze przeczuwasz, że problem nie jest związany tylko ze Świętami, ale
        wtedy najbardziej się go po prostu odczuwa. Chodzi o to, że mój facet jest
        odludkiem i w ogóle niechętnie odwiedza moją rodzinę. Do jego mamy jeździmy
        średnio raz w tygodniu na kilka godzin. Ona odwiedza nas raz na kilka miesięcy,
        bo też raczej niechętnie opuszcza swój dom, a poza tym nie chce się narzucać.
        Mój facet towarzyszy mi w rodzinnych wizytach raz na parę miesięcy, bo wykręca
        się zmęczeniem pracą. Ja pracuje w wolnym zawodzie,w dodatku nie na etat, więc
        najczęściej tak układam sobie zajęcia, żeby zdążyć popracować, odwiedzić raz na
        jakiś czas bliskich i być już w domu, kiedy mój połówek wróci. On twierdzi, że
        nie czuje się dobrze wśród mojej rodziny, bo ona w odróżnieniu od jego mamy,
        która przyjęła mnie jako synową z otwartymi ramionami, podchodzi do niego z
        dystansem. Nie rozumie jednak, że ja na życzliwość jego mamy zapracowałam, a
        on, unikając spotkań z moimi bliskimi, nie dopuścił do nawiązania się
        obustronnej sympatii. Przyznaję, że jego mama jest w porządku, dużo nam pomaga,
        a kiedy się posprzeczamy, bardzo często staje po mojej stronie. Nie jest na
        pewno typem teściowej-wroga, ale jeśli mój facet nie zmieni swego zachowania,
        to sam popsuje moje z nią relacje. Bo we wszystkim trzeba mieć umiar, nawet w
        miłości do rodziców. Zanim zamieszkaliśmy razem, mój facet miał z matką relacje
        całkiem normalne, a jeszcze dawniej, podobno, nawet wrogie. Odkąd się
        przeprowadziliśmy jednak, zachowuje się dziwnie, jakby miał poczucie winy. Nie
        potrafi wpaść do niej na godzinę, tylko od razu na minimum pięć, cały czas
        powtarza jej, jak bardzo ją kocha i jak jest dla niego ważną osobą. Wcześniej
        takie czułości po prostu by wyśmiał! Lubię jego mamę bardzo i cieszę się, że
        dogaduje się z synem i ze mną, ale chciałabym, żeby moja rodzina też dostała
        szansę. Nie chcę zamykać się w trójcy ja-on-teściowa. Moi bliscy na prawdę nie
        gryzą, wbrew temu, co uważa mój facet.
        • loanna1 Re: Idą Święta, a mi smutno... 13.12.05, 17:05
          oj, Myszmagdusiu, jesteś taka młodziutka. Przeczytałam z uwaga twoje wyznania.
          Musze przemyśleć pare spraw. Nie skomentuję od razu, żeby nie palnąć głupstwa.
          Na razie trzymaj się...Jeśli bedzie ci bardzo, bardzo smutno to napisz maila na
          adres gazetowy loanna1@gazeta.pl
          Ale nie smuć się, jak ma sie tyle lat to trzeba reagować na przeszkody
          energicznie i zdecydowanie: świat nalezy do takich ludzi. Smutek zostaw sobie
          na inne czasy...
          Smutna to jest może być moja koteczka, bo kilku tygodniach przyzwolenia na
          wskakiwanie na kuchenny blat (była malutka i na blacie stawiałam jej miseczkę,
          żeby inne kotki(2) jej nie wyjadały i pies (wilczur) nie dokuczał). Teraz juz
          skończyło się dokarmianie w kuchni i w ruch poszedł stary mikser, wyjący jak
          zarzynany wół. Stoi sobie ten potwór na blacie i jest włączany, kiedy tylko
          mała wchodzi na stołek... Boli mnie serce ale to jedyny sposób, żeby ją
          oduczyć. Jedyny jaki znam. Noi włąsnie Fiona siedzi sobie teraz w wejściu do
          kuchni i ma tak smutna minke, że chyba zaniosę jej trochę tuńczyka do łazienki
          (tam, na pralce maja kotki stołówkę).
          Pozdrawiam, Joanna
          • holka007 Re: Idą Święta, a mi smutno... 14.12.05, 09:52
            Wiecie co a ja się wczoraj strasznie na mojego wkurzyłam,byłam pewna ze "święta"
            mamy juz z głowy i ten problem jest za nami.W tym roku wypada aby robic polska
            wigilie lub iść do mojej mamy,i własnie od 2 tyg.mówię mojemu ze chyba pojdziemy
            bo i ta przeprowadzka i święta to wszystko tak na siebie nachodzi i naprawde nie
            mam ochoty robic kolacji w srodku remontu i o ile było by lżej iśc na 2-3 godz.
            do mojej rodzinki a i tak przez resztę świąt mamy sporo pracy w mieszkaniu.Choć
            jakbym robiła sama to byłaby to prawie zwykła kolacja i nie robiłabym tych
            wszystkich potraw,a jedynie jakąś rybkę,ale i tak to dla mnie koszmar gotować w
            kuchni prawie bez mebli/jeszcze/ :(((((
            Wiem wiem ze przeciez inne rzeczy tez muszę w tej kuchni robic,ale tu chodzi tez
            o całe mieszkanie,nie wiem czy zdązymy nawet z malowaniem bo to wszystko z winy
            własciciela sie strasznie opóźnia,no i pomyslcie sobie,wszedzie pudła,kubły z
            farbami,stosy jakichs rózych rzeczy bo nową szafę trzeba kupic........ach,juz
            mnie to męczy,a ten jeszcze ma jakies dziwne humory:(((((

            --
            łan kozie ded ;)))
            • arieletka4 Re: Idą Święta, a mi smutno... 14.12.05, 17:37
              Holka, nie martw sie, wszystko pewnie przez tę przeprowadzkę i stres z nią
              związany. Zresztą wydaje mi się, że humory facetów w czasie przedświatecznym
              to chyba normalka, mój połówek ostatnio też chodzi mocno naburmuszony, i
              obserwuję podobne reakcje u wielu znajomych :)) A co do Wigilii w środku
              remontu- cóż , masz rację, trudno mi sobie coś takiego wyobrazić. Dogadacie
              się, na pewno ;) Pozdro
    • myszmagda Re: Idą Święta, a mi smutno... 14.12.05, 10:57
      Po pierwsze, dziękuję Ci Joasiu, przygody Twojej kotki na prawdę mnie
      rozśmieszyły, chociaż jej z pewnością wesoło nie jest. Czyżbyś sugerowała mi,
      że powinnam w podobnie brutalny sposób rozprawić się z moim połówkiem?
      Druga sprawa: Holka, nie martw się, bo ja też do wczoraj byłam przekonana, że
      scenariusz Świąt, chociaż nie do końca doskonały, to jednak już mamy. A tu
      nagle okazuje się, że po tym jak w sobotę wspomniałam nie-teściowej, że może
      się jeszcze zastanowić, czy nie chce, żebyśmy w trójkę jednak zahaczyli o tę
      moją rodzinną Wigilię, wczoraj ona zadzwoniła do swojego syna, że nie
      przyjedzie wcale. Ja poruszyłam ten temat tylko dlatego, bo mój facet zaczął
      mówić o tej rodzinnej Wigilii, a ja nie byłam pewna, czy on zaprosił też mamę w
      moim imieniu, czy pominął ten fakt, żeby postawić na swoim. Ona wtedy, że w
      sumie pomysł może nie najgorszy, że przemyśli. I byłam pewna, że albo się
      zdecyduje, albo zostaniemy przy poprzednich planach. A ona dzwoni i mówi, że
      jak jesteśmy zaproszeni i jeszcze może moja siostra wpadnie tego dnia i ten
      obiad u nas na drugi dzień, to ona nie będzie się narzucać i przeszkadzać.
      Zrobi jednoosobową w Wigilię u siebie, a my możemy wpaść albo nie. To miała być
      okazja do integracji rodzin, a będzie chyba okazją do skłócenia ich. Przecież
      nie-teściowa chyba dobrze zdaje sobie sprawę, że jak nie przyjedzie wcale, to
      mój facet albo zostawi mnie samą sobie i do niej popędzi, albo spędzi Święta ze
      mną i wyrzutami sumienia. Dziś się może coś rozstrzygnie, bo kazałam mojemu
      połówkowi jak najprędzej ustalić ostateczną wersję. Nie chcę czekać z tym do 23
      grudnia...
      • myszmagda Re: Idą Święta, a mi smutno... 14.12.05, 11:28
        Acha, jeszcze jedna sprawa, bo tak myślę i już sama nie wiem, jak się mam teraz
        zachować. Czy Waszym zdaniem powinnam może zadzwonić do nie-teściowej i
        wyjaśnić jej, że nie jest u nas niemile widziana, czy wręcz przeciwnie,
        pozwolić jej i mojemu facetowi samym rozwiązać problemy, które stworzyli
        niepotrzebnie? Nalegać, żeby wrócić do poprzedniego scenariusza, czy
        zaproponować, że w takim razie ok, wpadniemy do jednej i drugiej rodziny na
        chwilę, a potem niech sobie każdy robi, co chce? Czuje się jak po praniu mózgu.
        Już nie wiem, czy mam się czuć winna, czy pokrzywdzona... Wiem natomiast, że
        chyba nigdy w życiu moje Święta nie będą takie, jak powinny być.
        • loanna1 Re: Idą Święta, a mi smutno... 14.12.05, 12:43
          Dziewczyno, co ty robisz w tym związku? Co takiego zrobiłaś, że karzesz siebie
          towarzystwem takich ludzi? Jeśli nie akceptuja twojej rodziny to wcześniej czy
          później zaczna ci ją wymawiać, porównywać, oskarżać... Zrywaj się od tego
          mamisynka i jego mamusi. Skoro najlepiej czuja sie w swoim towarzystwie to nie
          przeszkadzaj im. Nie licz na to, ze kiedys ktoś zrozumie, może cos sie zmieni,
          nie jest tak źle a co ja zrobie w życiu sama... Sama w życiu możesz osiągnąć
          wszystko co zechcesz! Dobieraj do swojego otoczenia ludzi, którzy cie w tym
          wesprą, będa pomocą i motywacja. Nie macie dzieci, dzięki Bogu, choc
          zdecydowanie uważam, ze nawet to nie stanowiłoby przeszkody. Szanuj siebie...
          Pomyśl sobie jak chciałabys spędzic te świeta i następny rok (w twoim wieku
          pojecie "reszte życia" jest zbyt odległe, określaj cele krócej - będą bardziej
          realne) a potem zrób wszystko, by to osiągnąć. Nie oglądaj się na innych,
          szczególnie na tych, którzy nie patrzą w twoja strone... Zrób sobie prezent na
          święta i pomyśl o sobie... Możesz byc w życiu spełniona i szczęśliwa... To
          zależy tylko od ciebie. Nie rezygnuj z siebie. Jeszcze nie teraz. Może nigdy. I
          nie poświęcaj się dla innych bo cie znienawidzą. Ludzie nie lubią byc wdzięczni
          i obciążąni czyimś poświęceniem. Kochanie, znajdz sobie faceta, który cie
          bedzie szanował i kochał bardziej niz swoja matkę. Tylko chore pisklęta nie
          wylatuja z gniazda...
          Może pomyślisz, że cie buntuję... tak, masz rację. Z pełna świadomością. Mam
          córke dokładnie w twoim wieku, za sobą 46 lat życia i wiele różnych związków.
          Wielokrotnie mówiłam do partnerów : Panu juz dziękujemy... Zawsze dobrze na tym
          wychodziłam, nigdy nie żałowałam. Własnej córce powiedziałabym to samo, gdyby
          miała podobne problemy.
          A więc zrób sobie prezent na świeta: daj sobie siebie: przebojową, otwartą na
          ludzi, szczęśliwą, otaczająca się ludzmi zyczliwymi. Nie musisz znosic swojego
          partnera, dręczyc sie jego stosunkiem do twojej rodziny, myslic czy jego matka
          się obraziła. Nie musisz - rozumiesz. Jedyne co musisz to realizować siebie,
          robic to, co sprawia ci przyjemność i rozglądać sie : gdzie są ludzie, którzy
          moga ci w tym pomóc.
          Latami jesteśmy wychowywane do poswiecania sie, znoszenia cudzych pretensji,
          obrywania za czyjes frustracje. Odetnij sie od tego: masz swoje zycie i tylko
          od ciebie zależy jak je spedzisz. Powodzenia, dziewczyno. Zrób sobie prezent!
          Joanna
    • myszmagda Re: Idą Święta, a mi smutno... 15.12.05, 17:06
      Dzięki... Wiecie, że wczoraj na prawdę prawie się rozstaliśmy. Bo dzięki Wam
      zaczynam rozumieć, że to nie tylko moje widzimisię, ale że faktycznie mam prawo
      domagać się tego, czego się domagam. Dziś pojechałam wyżalić się mojej
      rodzinie, wszyscy są ze mną. Ale ciężko mi, bo jednak nie potrafię tak po
      prostu przekreślić tego, co było i tego, co być miało w przyszłości. Cały czas
      wierzę, choć już coraz mniej, że to tylko etap przejściowy, że potrzebujemy
      czasu, żeby się dotrzeć. Tego, że nie mamy ślubu, nie traktuję jako ułatwienia
      do rozstania. Z małżeństwa nie uciekłabym tak łatwo, a o naszym związku staram
      się myśleć właśnie w kategoriach małżeństwa. Chociaż czasem wydaje mi się, że
      jestem zbytnią idealistką...
      • loanna1 Re: Idą Święta, a mi smutno... 15.12.05, 18:09
        kochanie, z małżeństwa jest niestety o wiele trudniej uciec. Wyszłam za mąż w
        lutym b.r. po 5 letnim konkubinacie. Sprzedaliśmy swoje mieszkania kilka lat
        temu i zamieszkaliśmy razem. Ślub miał dać mi prawa do m.in. dziedziczenia.
        Bałam sie, ze jego dzieci odbiora mi wszystko, czego razem się dorabiamy.
        Wiesz, czego żałuje tak naprawdę? Samodzielności, mozliwości absolutnie
        nieograniczonego decydowania o sobie (ot, chocby zakup kolejnej pary butów
        budzi niemy komentarz - podniesiona w zdziwieniu brew), możliwości wyboru. Ot,
        choćby najbliższe świeta, nie chciałam miec gosci a tu jego córka postanowiła
        wpaść. Pytanie za 100! dla kogo znaczyć to bedzie dodatkowe obowiązki? Kto
        będzie zmieniał pościel, zabawiał jej synka, prał po niej ręczniki? podawał
        posiłki? A gdybyśmy nie połączyli 3 lata temu mieszkań to na informację, że
        córka przyjeżdża odpowiedziałabym: "Oooo, jakie to miłe ze pamięta o Ojcu!No
        cóż, odezwij się po świętach..." Boże, jaka ja byłam głupia!
        Od dwóch miesięcy w kuchni cieknie kran... myslicie, że naprawi? Owszem,
        obieca. A kiedy byłam sama dzwoniłam do jakiegos sprytnego kumpla, zeby
        udzielił mi ustnej instrukcji jak to zrobić a on po 15 minutach tłumaczenia nie
        wytrzymywał i przyjeżdżał, żeby zrobic to samemu.
        Poza tym moje małżeństwo jest udane, kochamy sie bardzo. Ale...
        Bo w ogóle uwazam, ze konkubinat to forma wyzysku, facet ma bez zobowiązań
        najtańszą siłę roboczą i kochanke w jednym. Dlatego dążyłam do ślubu. Skoro juz
        go opieram, pielęgnuję w chorobie, znoszę zajęta rano przez 40 minut łazienke
        to niech chociaż dla zrównoważenia tych obowiązków będa jakieś prawa!
        Żyłam juz dwukrotnie w konkubinatach i wiem, co mówię.

      • loanna1 Re: Idą Święta, a mi smutno... 15.12.05, 18:37
        Piszesz, że boisz sie przekreślenia
        tego co było, co jest i co miałoby byc w przyszłości. Nie musisz wyrzekac się
        przeszłości, jeśli była piekna - tym bardziej. To juz jest twoje i nikt ci tego
        nie odbierze. Nie wiesz, co przyniesie przyszłośc wiec niczego tu nie
        przekreslasz (sądząc po dniu obecnym - byłoby tylko gorzej).Zreszta życie jest
        jedna wielka alternatywą: zawsze możesz wybrac tylko jedno rozwiązanie, pójśc
        jedną droga i w takich kategoriach to traktuj. Mówienie o przekreślaniu jest
        zbyt negatywnym i dramatycznym okresleniem. Jedyne co możesz w twojej sytuacji
        przekreślic to teraźniejszość - a tej nie lubisz, prawda? I słusznie, jest
        traumatyczna wiec ja przekreśl.
        Jeśli wyjdziesz z tego związku to przeszłość zostanie piękna, byle jakiej
        teraźniejszości powiesz "NIE" i otworzysz się na wielką niewiadomą ale jakże
        wielką szansę: na przyszłośc.
        A może twoj facet zmądrzeje... Może potrzebuje czasu... Byc może jeszcze
        będziesz go chciała, to znowu będziecie razem ale trudny czas dochodzenie przez
        niego do mądrości i dojrzałości nie obciąży cię. odbędzie się to poza tobą, bez
        twoich frustracji, smutku.
        A może spotkasz kogos kto zechce byc z tobą i bedziesz dla niego tak ważna, że
        przez myśl nie przejdzie mu wykorzystywanie twoich uczuc i zmuszanie do
        konkubinatu - bo trzeba się dorobić, dotrzeć, bo to niemodne, bo łatwiej się
        rozstać, bo dla tak nowoczesnej dziewczyny małżeństwo nie jest ważne, bo nie
        macie gdzie mieszkać, bo robi karierę, bo musi byc dyspozycyjny, bo ma złe
        doświadczenia z poprzednich związków... I jeszcze tysiąc innych usprawiedliwień
        na brak dojrzałości do prawdziwych zobowiązań i odpowiedzialności za ukochane
        osoby (przecież w konkubinatach są dzieci).
        Jesli facet nie chce jeszcze małżeńatwa to niech sobie mieszka sam, niech
        będzie "dochodzącym", niech czuje się zmuszony do walki o was, nie dajcie mu
        tej pewności, dodam - tej nudnej pewności, ze jest kobieta, która pierze jego
        gacie, która czeka w domu na jego powrót, która wychowuje jego dzieci. Od
        takiej odchodzi sie (także zdradza) równie łatwo jak w małżeństwie kiedy na
        horyzoncie pojawi sie ta inne. To chemia, nie zasady.ale w małżeństwie może się
        to okazać bardziej kosztowne.
        • deczi Re: Idą Święta, a mi smutno... 15.12.05, 20:11
          Loanno, czy wniosek jest taki, że ani małżeństwo, ani konkubinat, tylko związek
          dwojga niezależnych ludzi?
          :)
          Przyznam, że czasem mnie to kusi. Mieszkanie we dwoje ma swoje uroki, ale
          ostatnio właśnie ciągle wypływają te kwestie domowych obowiązków. Ja nie mam
          ochoty być domową kurą, zresztą nie mam na to czasu, czasami naprawdę mam qpę
          pracy, no i, przynajmy się, mierzi mnie obraz mnie jako potulnej sprzątaczki, a
          on z kolei nie ma nawyku dbania o dom, bo zawsze mama robiła to za niego. Przy
          okazji: do mam chłopców - uczcie ich domowych zajęć i wpajajcie, że to żaden
          wstyd.
          pozdrawiam,
          D.
          • loanna1 Re: Idą Święta, a mi smutno... 16.12.05, 11:11
            tak, niezależni partnerzy. Dopóki nie ma dzieci ale za to jak są dzieci to
            tylko małżeństwo. Kilka lat temu w akcji policyjnej zginął antyterrorysta.
            Mieszkał o bloku mojej mamy z żoną i 8-letnią córeczką w słuzbowym mieszkaniu.
            On z przyczyn oczywistych już nie mieszka ale i one musiały sie wyprowadzić.
            Okazało się, ze to był konkubinat. Dziecko ma wprawdzie rentę po ojcu ale
            mieszkanie musiały obie opuścic...Ona nie miała żadnych praw. Nawte na
            cmentarzu nie pozwolono jej (rodzinka!) iść za trumna. Samo życie. Nie zawsze
            kończy się tragicznie, czasami po prostu facet "łapie inny trop" i tyle go
            widać. Zdaje się, że czytałam na forum o takim przypadku.
            Natomiast jeśli nie ma dzieci i strony nie kwapia się do formalnego związku to
            trzeba być konsekwentnym i zachować niezalezność rozumiana jako osobne
            zamieszkanie. Kiedy odwiedzałam swojego Partnera co którys wieczór (ze
            śniadaniem) nie interesowała mnie pralka, kuchnia, żelazko. On robił kolacje a
            ja wreszcie miałam czas na zrobienie paznokci. Z rozrzewnieniem wspominam, ze
            kiedyś wyszłam z łazienki i od niechcenia rzuciłam "Misiu, kiedy ostatnio
            sprzątałes łazienkę?"a on przepraszał, że nie miał czasu. Wprawdzie z koszuli
            miał zawsze regularnie wyprasowany tylko przód i kołnierzyk ale jaki był
            szczęśliwy kiedy dostrzegałam, ze jest zadbany!
            Często witał mnie kwiatami...
            A potem zamieszkaliśmy we wspólnym mieszkaniu...I kwiaty są ale rzadko, rano
            zdarza się tekst : "Żuczku, gdzie są czyste skarpetki?", wymieniliśmy pralkę i
            juz nie potrafi jej obsłuzyć (nie lubi czytać instrukcji a ona jest "całkowicie
            inna" od poprzedniej. A zresztą same wiecie... Acha, to bardzo ważne: kiedy nie
            miałem ochoty na seks zostawałam u siebie w domu - teraz ...
            Mój związek zakończył się małżeństwem ale zrobiłam to z wyrachowania. Po prostu
            bałam sie, że kiedy go zabraknie zostane na lodzie: dzieci z poprzednich
            małżeństw zabiorą mi wszystko, nawet to co było wspólne. (Teraz, po ślubie też
            zabiora ale mniej).
            Nie jestem przeciwniczką małżeństwa, wręcz przeciwnie. Jeżeli mężczyzna chce
            byc z kobietą codziennie, zawsze, blisko to niech się z nią ożeni. Jeśli
            kobieta chce po kimś sprzątać, prać to albo niech się zatrudni w firmie
            gospodyń domowych albo wyjdzie za mąż. W jednym przypadku dostanie kasę i wyda
            ja na siebie, w drugim też może się naharować a także do woli zarabiać poza
            domem co pozwoli jej utrzymać rodzine, w wyjątkowo fartownych przypadkach -
            przy współudziale męża.
            Zbliża się weekend: znajdzcie chwilkę czasu i spróbujcie wyobrazic sobie
            sytuację, ze zdarzyło się nieszczęście i już nigdy progu mieszkania nie
            przekroczy wasz partner. Co dzieje się z wami?...Kto dostanie odszkodowanie?
            czy macie prawo dalej mieszkać w tym mieszkaniu? Czy policja odda wam jego
            dokumenty? czy poczeka az zjawi się ktos z rodziny? Na kogo są kredyty?
            Bo wcale nie musi partner przestać nas kochać byśmy zostały na lodzie, te
            gorsze, te bez praw,...
            Nie musi tak być, nie musicie czekać na zmiane prawa o konkubinacie( w chwili
            obecnej to chyba zostanie raczej zlikwidowane i napietnowane jako anty rodzinne
            i nieprzyzwoite). To nie państwo ma dbac o wasze prawa - zadbajcie o nie same.

            • deczi Re: Idą Święta, a mi smutno... 16.12.05, 14:12
              Masz sporo racji, Loanno. Kiedyś zapytałam, co by było, gdyby. Mieszkanie jest
              własnością połówka. Dowiedziałam się, że jego rodzice na pewno by mnie nie
              wyrzucili z niego (w co wierzę, bo stosunki mamy bardzo dobre, ale inną kwestią
              jest to, czy chciałabym tu zostać). Tylko czy ze strony spółdzielni nie byłoby
              żadnych obiekcji? Nie znam się na tym. Konto mamy wspólne, oboje jesteśmy
              pełnoprawnymi, równowrzędnymi właścicielami, więc nie ma problemu. Dzieci nie
              mamy, kredytów nie braliśmy. Osobne mieszkanie kusi mnie właściwie tylko ze
              względu na kwestie porządkowe, no i czasem mam ochotę zaszyć się gdzieś
              zupełnie sama. Jeśli się nad tym zastanowić, to nic nie stoi na przeszkodzie
              małżeństwu, poza naszymi obawami co do reakcji rodziny na ślub świecki i brak
              gigantycznego wesela. Dżast tchórzostwo, i tyle.
              • loanna1 Re: Idą Święta, a mi smutno... 16.12.05, 15:25
                no to weźcie ślub gabinetowy: wy i swiadkowie. Nikt nic nie wie, dowie sie przy
                okazji. My tak zrobiliśmy: ślub w czwartek o 11-tej. Poprzedniego dnia
                wieczorkiem telefony do jego rodziny (dzieci i siostry), ze jutro, ze
                gabinetowo, ze bez dyskusji... Jedynie do mojej Mamy pojechalismy osobiście
                (jedyna żyjąca seniorka) i tu troche sie bałam wyrzutów, ze tak późno sie
                dowiedziała. Ale załatwiłam to w sposób, który nazywam "mniejsze zło":
                kiedy jechaliśmy na drugi koniec miasta do jej mieszkania, moja córka
                zadzwoniła i ja uprzedziła, ze za chwile bedziemy. Zapytana o cel wizyty,
                bąkneła coś o pieniądzach, pożyczce...trzeba ci wiedzieć, ze Mama ma troche
                oszczędności i wszystkich podejrzewa o niecne zamiary w stosunku do jej skarbu.
                Kiedy weszliśmy była niezwykle spieta i czujna. Naszą informacje o jutrzejszym
                slubie przyjeła z taka ulga i wręcz lekceważeniem,ze to było zabawne....
                A co do Was: cichy ślub cywilny, nikt nie musi wiedzieć, żadnego zamieszania,
                zero nakładów, po ślubie weekend walentynkowy w Krakowie (my trafilismy własnie
                na walentynkowa promocje i za 50 zł od głowy za noc spędziliśmy go ze
                swiadkami. A co do wspólnego konta: upewnij się w banku, czy jeżeli
                współwłaściciel umrze to drugi ma pełne prawa i nie musi nic udowadniać? A
                prawo spadkowe? oszczędności i konto bieżące to masa spadkowa!
                Mieszkanie masz z głowy w razie czego: dla spółdzielni nie istniejesz. A
                deklaracje jego rodziców czy raczej twoje o nich wyobrażenia? Nawet nie wiesz
                jak bardzo ludzie potrafia sie zmienic gdy w gre wchodza pieniądze - obyś nigdy
                nie musiała tego doświadczać. Nawet rodziny, siostry, bracia...sądy trwaja
                latami.
                A wiesz jak smakuje małżeński seks??? no, przynajmniej na początku...
                A to uczucie, kiedy patrzysz na idacego obok faceta i myślisz: to mój mąż. A ja
                jestem żoną... To trzeba przeżyc... daj sobie szanse.
                Acha, ja zostałam przy swoim nazwisku, Nie chciało mi się zmieniac wszystkich
                dokumentów po raz kolejny. Czasami przedstawiam sie jego nazwiskiem żeby było
                prościej i bez tłumaczenia szczegółów.
                • deczi Re: Idą Święta, a mi smutno... 16.12.05, 17:10
                  Odpada. Wszystkim byłoby bardzo przykro. Myślę, że na taki ślub z najbliższą
                  rodziną i uroczystym obiadem po moglibyśmy się zdecydować. Tylko trzeba sobie
                  twardy pancerz wyhodować na wysłuchiwanie uwag:-)

                  > A co do wspólnego konta: upewnij się w banku, czy jeżeli
                  > współwłaściciel umrze to drugi ma pełne prawa i nie musi nic udowadniać? A
                  > prawo spadkowe? oszczędności i konto bieżące to masa spadkowa!
                  > Mieszkanie masz z głowy w razie czego: dla spółdzielni nie istniejesz. A
                  > deklaracje jego rodziców czy raczej twoje o nich wyobrażenia? Nawet nie wiesz
                  > jak bardzo ludzie potrafia sie zmienic gdy w gre wchodza pieniądze - obyś
                  nigdy
                  >
                  > nie musiała

                  Dzięki za radę. Sprawdzę to. O mieszkanie nie drżę, bo nei sądzę, żebym chciała
                  w nim zostać.

                  > A wiesz jak smakuje małżeński seks??? no, przynajmniej na początku...
                  > A to uczucie, kiedy patrzysz na idacego obok faceta i myślisz: to mój mąż. A
                  ja
                  >
                  > jestem żoną... To trzeba przeżyc... daj sobie szanse.

                  Nie wiem, czy mnie to kusi. W związku ważne jest utrzymywanie świeżości. Jeśli
                  się tego nie potrafi spontanicznie. to trzeba się ratować urozmaiceniami, ale
                  czy to byłoby odświeżajace uczucie? Nie wiem.

                  Dzięki. Masz bardzo ciekawe spostrzeżenia.
                  Pozdrawiam,
                  D.
                  • holka007 Re: Idą Święta, a mi smutno... 16.12.05, 23:12
                    Zadzam się z deczi,i prawde mówiąc otworzyły mi sie trochę oczy:)))na wiele
                    spraw patrzyłam zupełnie inaczej i kiedys naprawde chciałam byc zoną tak,ze
                    nalegałam nawet na slub koscielny,ale to było "dawno" przez ten czas wiele sie
                    zmieniło i choc bardzo sie kochamy i raczej nie wracamy do przeszłosci,to
                    chwilami dopada mnie taka mysl,ze on juz był "mężem" co prawda tylko 3 mce ale
                    był,miał piekny slub i wpaniała podróz poslubną,ale czy to ma znaczenie?
                    Mysle,ze jesli juz sie pobiezemy to albo będzie to w"tajemnicy" czyli tak jak Ty
                    to opisałas albo małe przyjęcie tylko dla najblizszej rodziny.
                    p.s. czym tak naprawde rózni sie seks małazenski od tego "konkubinatowego"?
                    (jejku ale słowo ,nawet nie wiem czy dobrze napisąłam:)hehe)
                    pozdroionka
                    --
                    łan kozie ded ;)))
                    • anbull Re: Idą Święta, a mi smutno... 17.12.05, 11:43
                      jejku jakie to smutne od początku do końca... ale niestety takie jest życie.

                      Mój partner ma jedno dziecko z inna kobietą, co prawda mówi o wydziedziczeniu,
                      gdzyż nie ma wpływu na wychowanie dziecka, a ostatnio nawet w sądzie córa
                      stwierdziła, że to nie jest jej tata... to i tak z tego co mi wiadomo, to mi i
                      naszym dzieciom to zadużo nie daje, bo jest jeszcze ZACHOWEK w prawie spadkowym
                      (jak któraś z Was coś na temat zachowku wie, to chętnie poczytam). Druga sprawa
                      to ponoć wydziedziczyć można dziecko pełnoletnie, a po trzecie mówić a zrobić
                      to dwie różne rzeczy i po czwarte testament zawsze może mienić o czym wcale nie
                      muszę zostać poinformowana-w życiu różnie bywa. Co do konta to my mamy odrębne
                      konta, ale znamy swoje kody dostępu i w razie śmierci drugiego pierwszy
                      przelewa kasę na swoje konto. To odnośnie rozwiązań jakie panują u nas.
                      Wspólnego większego majątku nie mamy i nie wiem jak będziemy te kwestie
                      rozwiązywać w przyszłości.

                      A co do pierwotnego wątku, to ja też myślałam nad świętami i trochę mnie to
                      przygnębiało, bo pamiętam jak było w zeszłych latach. Rok temu wigilię
                      spędziliśmy razem (tak ustaliliśmy), a w pierwszy dzień świąt byłam u swoich
                      rodziców, Michała mama się obraziła na niego, że nie chce przyjechać do nich na
                      wigilię (mnie nie zaproszono) i w efekcie w święta się nie widzieli. A ja się
                      nasłuchał od ciotki jak to było przykro, babcia płakała, ze mnie nie ma, itp. 2
                      lata temu jadłam 2 wigilie: z Michałem, a drugą ze swoją rodziną. JAk wróciłam
                      do domu to czułam się bardzo przygnębiona jak on siedzieł sam i oglądał TV,
                      wtedy zrozumiałam, że mi to nieodpowiada i powiedziałam sobie, że więcej tego
                      nie zrobię. 3 lata temu byliśmy u jego rodziny - ja wówczas ze swoimi rodzicami
                      nie żyłam w najlepszych układach, ale również mi to do końca nie odpowiadało,
                      miałam wyrzuty i to też nie było to. 4 lata temu to jedliśmy wigilię sami, bo
                      byliśmy skłóceni z własnych rodzinami.

                      My znamy się 6 lat, mieszkamy razem prawie 5 i różnie wyglądały u nas święta.
                      Czesto mnie coś gryzło (nie były to dla mnie wymarzone dni), tyle że może u nas
                      w związku było i jest łatwiej, bo my za swoimi rodzinami własnymi jak i
                      partnera rodzinami (tu z wzajemnością) nie przepadamy i najlepiej czujemy się
                      we własnym towarzystwe, gdzie nikt za uszami nam nie trąbi jak mamy życie sobie
                      ułożyć, że "będziemy żałować ale wtedy będzie zapóźno" itp.

                      W tym roku może nastąpił przełom, bo Michał przyjął zaproszenie na wigilję do
                      moich rodziców (jest b. skócony z moim tatą, poza tym mają całkowicie odmienne
                      światopoglądy). Sama byłam zaskoczona, że zaproszenie przyjął, bo zapraszany
                      był co roku na wigilię. Nie wiem co na niego wpłynęło (może to że niedługo
                      urodzi się nam synek i chce uzdrowić choć trochę relacje?? Swego czasu Michała
                      mama również wyszła z propozycją ułożenia jakoś kontaktów właśnie z uwagi na
                      przyszłego wnuka, ale jak miała okazję by nas odwiedzić i porozmawiać ze mną
                      sam na sam to stwierdziła "ja tam nie pójdę", więc nie wiem o co jej chodzi).
                      Ja nigdy na Michała w kwestii wigilii (i wogóle kontaktów z moją rodziną) nie
                      nacisłałam (on nie wchodzi do domu moich rodziców, a mój tata nigdy nie był u
                      nas). Zawsze, nim któreś z nas dawało odpowiedź "na zewnątrz" komukolwiek to
                      wpierw rozmawialiśmy i ustalaliśmy wspólnie co robimy.

                      Bardzo się ucieszyłam, że Michał przyjął zaproszenia (nawet nie zdawałm sobie
                      sprawy, że tak mnie to ucieszy), ale jedno jest pewne, że wcale przyjemnie może
                      nie być, atmosfera może być drętwa, wszyscy będą zdenerwowani (nie dość, że to
                      pierwszy wspólny obiad/kolacja, do tego wigilia, to panowie jeszcze skłóceni).
                      Ja chyba najbardziej będę się denerwować, bo za obydwie strony.

                      Myszmagdo, z tego co pisałaś pierwsze kroki już podjęłaś i nie wiem co Ci
                      radzić w Twojej sytuacji... Dużo sprawdzonych rad dał Joanna, ja chyba niewiele
                      mogę dołożyć, bo ani doświadczenia znacznego nie mam, a sama też zrobiłam kilka
                      błędów w moim obecnym związku i nie chciałaby juz ich więcej powtórzyć. U mnie
                      błędy wynikały z większej troski o partnera i realizację jego pragnień niż o
                      samą siebie, bo ciężko było mi odmówić, gdy mnie o coś prosił. Poza tym
                      pamiętaj, że jesteśmy traktowani przez innych tak, jak sobie na to pozwolimy.
                      Jeżeli czujesz, że między wami nie ma wzajemnego zrozumienia, szacunku do uczuć
                      tej drugiej osoby, to czas na poważną rozmowę i próbę uzdrowienia relacji, aby
                      zachować właśnie miłe wspomnienia ze wspólnej przeszłości i aby nie pozostał
                      niesmak, rozgoryczenie. Nie jest to łatwe i tez kiedyś myślałam, że szkoda tego
                      co było, co planowane ...itd, ale jak pisała Joasia pzrecież tego nie tracimy...


                      Swoja droga, to chyba post Joanny sobie skopiuje i jak mnie sumienie bądzie
                      meczyć co zrobić, to może właśnie w słowach Asi znajdę rozwiązania.

                      pozdrawiam ciepło
                      Ania
    • myszmagda Epilog 28.12.05, 10:47
      Obiecałam, że dam znać, jak ostatecznie wypadły Święta, planowanie których
      kosztowało mnie tyle nerwów i zmartwień. Muszę przyznać, że były zdecydowanie
      bardziej udane, niż zeszłoroczne. Koło południa w Wigilię odwiedziliśmy moją
      babcię i siostrę, złożyliśmy sobie życzenia i wręczyliśmy prezenty,
      posiedzieliśmy z godzinkę po czym powtórzyliśmy to wszystko u moich rodziców.
      Mój połówek trochę rano mnie zdenerwował, obrażając się, że budzę go o 11,
      zamiast dać mu jeszcze pospać, ale on zawsze robi sceny, gdy w dzień wolny
      zwleka się go z łóżka przed południem. Od moich rodziców pojechaliśmy do nie-
      teściowej i zabraliśmy ją do nas na kolację. Po kolacji przyjechała moja
      siostra i wieczór spędziliśmy w czwórkę racząc się różnymi trunkami. Tu znów
      połówek trochę mnie zezłościł, kiedy oświadczył, że za mało go przytulałam, a
      za dużo rozmawiałam z moim gościem, ale chyba po prostu musiał jeszcze wbić mi
      jakąś szpilkę, kończąc nasze wcześniejsze utarczki. Nie-teściowa i siostra
      zostały na noc, a następnego dnia dołączyli do nas moi rodzice i babcia.
      Rodzice stanęli na wysokości zadania. Bałam się, że mogą zachować się
      niewłaściwie, np. przyjechać nietrzeźwi, bo nie są jeszcze zupełnie wolni od
      nałogu. Ale wszystko wypadło dobrze, a o oni nawet następbnego dnia zadzwonili
      z podziękowaniem za miłe przyjęcie. Cała moja rodzinka pojechała po obiedzie, a
      nie-teściową odwieźliśmy następnego dnia wieczorem. Mój połówek tak się
      rozświętował, że załatwił sobie urlop na wtorek i spędziliśmy ten dzień tylko
      razem. I było na prawdę miło, czule i błogo.
      Tak więc w te Święta były pod kilkoma względami przełomowe. Poszliśmy na
      kompromisy i zrównoważyliśmy nieco nasze rodzinne relacje. Było to też jakby
      ciche pojednanie z moimi rodzicami - byli u nas po raz pierwszy odkąd mieszkamy
      razem (wcześniej zajrzeli 2 razy, kiedy się urządzaliśmy). Szkoda tylko, że aby
      uzyskać te efekty, musieliśmy przejść taką okropną przedświąteczną burzę. Może
      jednak wywalczone w tym roku rozwiązania, w przyszłym staną się już normą i
      kłótnie na ten temat nie będą więcej potrzebne...

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka