Rozmaitosci na temat historii Dodaj do ulubionych

  • drzewko
  • od najstarszego
  • od najnowszego
  • drzewko odwrotne
  • Tu mozemy wklodac rozne strony na rozne tematy, kere zniknely ze Internetu:
    Tu na temat powstania panstwa bulgarskiego i Asparucha:

    www.bnr.bg/RadioBulgaria/Emission_German/Theme_Geschichte/Material/gk051124.htm


    "In der Gotengeschichte stoßen wir auch auf den Namen Aspar. Dieser ist wiederum
    fast identisch mit dem Namen des ersten bulgarischen Herrschers auf dem Balkan
    Asparuch.
    Noch interessanter wird es, führt man sich vor Augen, dass Asparuch (680-700) in
    etlichen Chroniken auch als Isperich erwähnt wird und Isperich könnte eindeutig
    als "gotischer" Name aufgefasst werden, wie eben auch Alarich und Theoderich
    usw. An der bulgarischen Herkunft von Asparuch kann jedoch nicht gezweifelt
    werden. Auf dem ersten Blick fallen auch weitere bulgarischer Herrscher auf,
    deren Namen "gotisch" anmuten – das sind Winech (738-753) und Telerig
    (Telerich?) (768-777). Auch an ihrer bulgarischen Herkunft ist nicht zu
    zweifeln. Wie soll man sich das dann erklären?
    Wenden wir uns wieder den Goten zu. Die Bibelübersetzung des Wulfila wird als
    Argument für die germanische Herkunft dieses Volkes angeführt. Nun ist aber der
    Haken der, dass auf keinem einzigen Dokument, das auf "Gotisch" verfasst worden
    sei, nicht speziell vermerkt ist, dass das gotisch ist, auch betreffen sie die
    Goten meist in keiner Weise. Das gilt auch für die berüchtigte Bibel des
    Wulfila. Als Gotisch wurden solche Schriften allgemein nur nach dem
    Ausschlussverfahren identifiziert, d.h. es ist kein Fränkisch, kein Alemannisch
    usw. Diese Methode ist aber recht fragwürdig und wenn die Identifizierung nicht
    eindeutig vorgenommen werden kann, braucht man sich nicht weiter über einige
    Hypothesen zu wundern, wie beispielsweise die, dass die Sprache der
    vermeintlichen Wulfila-Bibel Sviogotisch, d.h. Urschwedisch ist.
    Wundern brauchen wir uns auch nicht über einige neuerliche bulgarische Theorien,
    die ebenfalls nach dem Ausschlussverfahren entstanden sind. So z.B. meint Dr.
    Rossen Milew, dass der Stamm der Sewerer nichtslawisch ist, ganz einfach weil er
    nicht unter den slawischen Stämmen ist, die sich im 7. Jahrhundert an der
    Bildung des bulgarischen Staates beteiligt haben. Er geht sogar weiter und
    behauptet, dass sie Goten gewesen sind, nur weil man in ihrem Siedlungsgebiet
    einige Gotengräber, darunter auch von Personen mit hohem sozialen Status,
    gefunden wurden. Eigenwillig bleibt aber die Tatsache, dass Asparuch gerade den
    Seweren die Bewachung der Straßen zur Hauptstadt Pliska anvertraut hatte. Sollte
    Asparuch also doch ein Gote gewesen sein? Soweit geht wiederum Dr. Milew nicht,
    denn diese These kann auf diese Weise formuliert keinen Erfolg haben.
    Ganz anders sieht aber die Sache aus, wenn wir davon ausgehen, dass die
    Balkangoten kein germanischer Stamm sind, was auch einstmals Dr. Zenow mit
    seinen Arbeiten u.a. beweisen wollte. Eine eingehende Auseinandersetzung mit
    seinen Argumenten wird sicher von Vorteil sein, wenn wir weitere Rätsel unserer
    Vergangenheit zu lösen versuchen. Und die Goten des Balkan geben viele Rätsel auf."



    --
    pyrsk
    Ballest
    "Dobra retoryka jest tarcza niewiedzy"
    Gleiwitz
    • Wywiad ze Daviesem, ktory tysz zniknal ze Internetu:
      "Rozmawiali Radosław Januszewski i Jan Strękowski
      POLSKIE MITY - EUROPEJSKIE STEREOTYPY
      - Panie profesorze, chcielibyśmy panu zadać kościuszkowskie pytanie: czy Polacy potrafią się sami wybić na niepodległość? Pan w Bożym igrzyskupisze: "Chęci i czyny mas polskiego narodu były do ostatniej chwili pozbawione znaczenia". Pisze pan też, że nastąpiła partenogeneza Polski, że Polska stworzyła się sama, co koresponduje z powiedzeniem, że "ni z tego ni z owego będzie Polska na pierwszego"? Polacy rzeczywiście nie mieli wpływu politycznego na wielkie wydarzenia historii Europy, ale chyba w końcu Polska z niczego nie powstała? Musiało być jakieś zorganizowanie społeczeństwa, żeby mogło z tego powstać w 1918 roku niepodległe państwo polskie?
      - Ja walczę z opinią, że w listopadzie 1918 roku "Polacy sami wybili się na niepodległość". Jak mogli się wybić, kiedy jedyne wojska polskie znajdowały się w obozie internowania? Legionów przecież już wtedy nie było, nie istniały polskie siły wojskowe. Polacy byli bezbronni. Niepodległa Polska powstała z woli wielkich mocarstw, m.in. Niemców. Niemcy uwolnili Piłsudskiego, żeby on "złapał" tę Polskę, zanim zrobią to przeciwnicy Niemiec. Przecież to powołana przez Niemców Rada Regencyjna przekazała władzę Piłsudskiemu, celowo zwolnionemu wcześniej z więzienia w Magdeburgu. Chodziło o to, żeby ograniczyć wpływ proalianckich sił Romana Dmowskiego. Ale jeszcze do czerwca 1918 roku Wielka Brytania nie zgadzała się na powstanie państwa polskiego; Francja chciała tego nawet wcześniej, w 1917 roku, jednak dopóki Rosja była członkiem sojuszu, o niepodległej Polsce nie mogło być mowy. Przed 1917 rokiem, przed rewolucją lutową w Rosji, nie było szans na niepodległość. Największe znaczenie miało, oczywiście, poparcie Stanów Zjednoczonych. Prezydent USA, Woodrow Wilson, został przekonany przez Ignacego Paderewskiego, że Polska powinna być niepodległa, co zawarł w trzynastym ze swoich słynnych czternastu punktów, dotyczących przyszłego urządzenia świata. Chociaż trzeba też powiedzieć jasno, że nie miał racji Wiaczesław Mołotow, kiedy mówił o "potwornym bękarcie traktatu wersalskiego". Traktat wersalski Polski nie stworzył, potwierdził jedynie stan faktyczny. Państwo polskie już wtedy istniało.
      - "Czy Polacy potrafią wybić się na niepodległość" - to cytat z broszury Józefa Pawlikowskiego napisanej pod wpływem Tadeusza Kościuszki na początku XIX wieku. Jest to stare polskie pytanie. Natomiast nam chodzi o coś innego. Nie powstały niepodległe Morawy po I wojnie światowej, nie powstała niepodległa Walia po I wojnie światowej. Brakowało czegoś...?
      - Brakowało świadomości. A jeśli nie było świadomości, to nie mogło być niepodległości. Ale sama świadomość też nie wystarczyła. Mogła być świadomość. A niepodległość nie nastąpiła. Bo potrzebna też była okazja.
      - Ukraina?
      - Tak. Ukraina. Ukraińcy stworzyli państwo narodowe w 1918 roku, ale utracili je w wyniku ataku Armii Czerwonej. To mogło spotkać też Polskę i wtedy Polacy byliby bez państwa. Świadomość jest bezbronna. Gdyby, na przykład, Niemcy nie zrezygnowali z części zajmowanych przez nich terenów, a wcześniej nie poczynili pewnych kroków, o których wspomniałem, Polacy nie mogliby się wybić na niepodległość albo byłoby to dużo bardziej utrudnione. Polskie siły nie były wystarczające, aby wywalczyć własną państwowość.
      - Ale w 1920 roku Polacy już ją obronili?
      - Mając państwowość, którą otrzymali, powiedzmy, za sprawą cudu, dzięki sprzyjającym okolicznościom, Polacy bardzo szybko zmobilizowali się. I umieli się obronić. Wykorzystali ten moment skutecznie. Ale sam Piłsudski powiedział przecież, że znalazł władzę na ulicy...
      - A jak to jest z tą przysłowiową polską ofiarnością? Na przykład w wojnie 1920 roku było 100 tysięcy ochotników, ale dlaczego nie 300 tysięcy? W takim dużym kraju... W drugiej wojnie światowej podziemie też nie było wcale procentowo tak duże. Czy mit ofiarności polskiej ma swą podstawę w historii? Czy Polacy są takimi patriotami, za jakich się uważają?
      - Procent ludności, która w danym momencie może wszystko rzucić i iść ochotniczo na wojnę, na śmierć, jest zawsze i wszędzie bardzo nieznaczny. Większość ludzi ma rodziny, obowiązki, gospodarstwa. I tak to cud, że tylu Polaków poszło do podziemia. Podobnie jest w Irlandii. Istnieje tam mit ofiarności, jakby cały naród irlandzki walczył bez końca z Anglikami. W czasie powstania w Dublinie w 1916 roku w wojsku brytyjskim, które zgniotło to powstanie, było, nie wiem, ale może ze 100 razy więcej Irlandczyków niż powstańców. To jest norma.
      - Który z polskich mitów uznałby pan za najbardziej wpływający na opinię o Polsce w świecie?
      - Oczywiście mit Polaka-katolika. Jeśli ludzie na Zachodzie coś wiedzą o Polakach, to właśnie to. Mit bardzo, moim zdaniem, nieprawdziwy i szkodliwy. Przedstawiający Polaków wyłącznie jako nacjonalistów. A przecież do końca II wojny światowej Polska była społeczeństwem wielonarodowym, wielowyznaniowym. Polska jest krajem, w którym przez wieki wielonarodowościowe społeczeństwo mówiło wieloma językami, wyznawało wiele religii. Kościół katolicki miał ograniczone wpływy, przed II wojną światową było w Polsce tylko 65 proc. katolików, przed rozbiorami jeszcze mniej. Polski katolicyzm, poza krótkimi okresami, nigdy nie był wojowniczy. Nikogo przemocą na wiarę katolicką nie nawracano, jak w Hiszpanii czy Włoszech. Kiedy poszedłem w Nowym Jorku do Instytutu Piłsudskiego, przyjęła mnie tam sekretarka, pani Zarema Bau, która przedstawiła mi się jako polska muzułmanka, córka pułkownika przedwojennego Wojska Polskiego, który dowodził w nim regimentem jazdy tatarskiej. Taka była Rzeczpospolita. Także polski katolicyzm bywał różny, nie zawsze tylko nacjonalistyczny, jak mówi stereotyp.
      - A co z kolejnym mitem: tolerancji polskiej?
      - To prawda, że w pewnych okresach historii nie było w Polsce wojen religijnych, takichjak w Niemczech, we Francji czy w Wielkiej Brytanii. Brak takich wojen świadczy o tym, że w Polsce tolerancja była szersza. Trudno to wyjaśnić, bo w języku polskim brakuje takich różnicujących słów jak toleration i tolerance. To są dwa różne terminy. Tolerancja dotyczy praktyki, to stan różnorodności. Natomiast tolerance oznacza ducha tolerancji, czyli otwartość na innych. W dawnej Rzeczypospolitej nie zawsze odnajdziemy tego ducha tolerancji, tylko że bardzo trudno było w praktyce wprowadzić jednolitość religijną. Musieli się tolerować, czy tego chcieli, czy nie chcieli. Różnorodność kulturowa stanowiła sprzyjający grunt, jeśli nie dla powszechnej tolerancji w znaczeniu tolerance, to dla praktycznego współżycia ludów i wyznawców różnych religii. Na czym ta różnorodność polegała? Dam przykład liturgii. Używano w niej w różnych Kościołach nie tylko łaciny, języka świętego dla katolików, ale i staro-cerkiewno-słowiańskiego, i hebrajskiego, i hochdeutsch, i arabskiego. Dokumenty spisywano w alfabetach łacińskim, cyrylicy, hebrajskim, arabskim.
      - "Tolerare", z łacińskiego wytrzymywać, znosić. Znoszę, bo muszę. "Polska tolerancja", ile by w tym zwrocie nie było prawdy, jest mitem. Pan także tworzy mity, panie profesorze?
      - Mam nadzieję, że tak. Mity są konieczne po to, żeby człowiek lepiej rozumiał ogólną sytuację. Dlatego bywam mitotwórcą. Ale raczej walczę z mitami.
      - Czy zawsze? Pisze pan o polskiej anarchii troszkę inaczej, niż to robili historycy polscy. Mit polskiej anarchii był bardzo chętnie w PRL-u wykorzystywany do podniesienia prawomocności ludowej władzy. Bo szlachcic pił i warcholił, nie umiał kierować sprawami państwowymi i doprowadził do upadku Polski. I z tego upadku podniosła kraj dopiero władza ludowa...
      • Wywiad ze Daviesemc.d.

        "- Czy zawsze? Pisze pan o polskiej anarchii troszkę inaczej, niż to robili historycy polscy. Mit polskiej anarchii był bardzo chętnie w PRL-u wykorzystywany do podniesienia prawomocności ludowej władzy. Bo szlachcic pił i warcholił, nie umiał kierować sprawami państwowymi i doprowadził do upadku Polski. I z tego upadku podniosła kraj dopiero władza ludowa...
        - Nie przeczę, że demokracja szlachecka w I Rzeczypospolitej to lubiany przeze mnie temat. Ale to nie znaczy, że chwalę anarchię. Natomiast zwalczałem dominujący na Zachodzie stereotyp anarchii polskiej. Podkreślam: stereotyp. Podam przykład: w pierwszym tomie encyklopedii francuskiej pod literą "A" największy artykuł nazywa się "anarchia" i cały dotyczy osiemnastowiecznej Polski. Jakby anarchia była jedynie polską przypadłością. To nie wszystko. Na przykład próbowałem pokazać, że liberum veto wcale nie było tak idiotyczne, jak uważają wszyscy na Zachodzie. Użytek, jaki robiono z tego instrumentu prawnego od połowy XVII wieku, a szczególnie w wieku XVIII, był oczywiście szkodliwy dla Polski. Ale samo pojęcie liberum veto miało dużo sensu.
        - Obrona praw mniejszości politycznej?
        - Tak. Ale nie tylko. Decyzje przyjmowane jednogłośnie obligowały do ich wykonania. Szlachcic musiał dotrzymać słowa. Jeśli się pod czymś podpisywał, było to święte. Chodziło o honor.
        - Ale w drugiej połowie XVII wieku rządzi w Polsce oligarchia magnacka. Sejm szlachecki przestaje się liczyć, a liberum veto jest używane jako narzędzie przez tych, którzy chcą status quo zachować. Czy to anarchia, czy raczej konserwatyzm?
        - Doszło nawet do tego, że sejm stał się tylko pieczęcią woli magnackiej. Ale chodzi o coś innego. O to, jaki był obraz tego sejmu, czy szerzej państwa, za granicą. Na Zachodzie istniał kult mocnego państwa. Lord, który by się śmiał z króla jak magnat polski - to było dla Anglików nie do wyobrażenia. Ośmieszali więc magnatów polskich jako anarchistów. A polska szlachta stała się na długie lata pośmiewiskiem Europy.
        - Ale chyba nigdzie nie zwracano się do króla tak jak w Polsce? Z tak ogromną rewerencją, czcią? Choć króla nie trzeba było się bać.
        - Czy ja wiem? Może do pewnego stopnia bano się Stefana Batorego? A Anglicy się bali. Choćby Henryka Tudora. Jak się go bano...! Ale chcę powiedzieć tutaj jeszcze jedno. W Polsce istniało konstytucyjne prawo do sprzeciwu, a nawet obowiązek obalenia niesprawiedliwego władcy. Stąd tak liczne w pewnym okresie konfederacje. To nie była zwyczajna anarchia. I jeszcze jedno. Nie ulega wątpliwości, że późniejszy powstaniec był synem czy wnukiem dawnego konfederaty.
        - Czy, pana zdaniem, o tradycji szlacheckiej w Polsce można mówić jako o elemencie pozytywnym czy raczej negatywnym? I czy coś z niej nam dziś zostało?
        - Panowanie szlachty miało swoje złe skutki, szczególnie dla innych warstw społeczeństwa polskiego. Ale to już historia. Dużo zostało z tradycji szlacheckiej, np. w sferze zwyczajów. I bardzo mało znajdziemy tutaj rzeczy szkodliwych. Język szlachecki: "pan", "pani", jest bardzo demokratyczny. Tak, jak i szlachta wewnątrz swej warstwy była bardzo demokratyczna. Zasada równości stanowiła wewnątrz stanu szlacheckiego wręcz świętość. I to zostało przyjęte przez wszystkich Polaków. Panowie bracia! Wspomnieć też warto przywilej nietykalności - nie można było pociągnąć szlachcica do odpowiedzialności bez zgody sądu. Wiele zasad, którymi rządziła się Rzeczpospolita szlachecka, jest także zasadami współczesnej demokracji.
        - Spotkaliśmy się też z opinią, że Polacy nie dawali się podporządkować zaborcom, bo to wynikało z tradycji szlacheckiej, gdzie wolność była sprawą najważniejszą. Rokosz miał przecież uzasadnienie moralne?
        - Element moralny był u szlachty bardzo silny. Zbrojne powstania były prowadzone przez szlachtę, dlatego tożsamość współczesnych Polaków jest w dużej mierze tożsamością poszlachecką. Co ciekawe, kultura szlachecka stała się powszechna, jest popyt na tę tradycję. Także wśród chłopów.
        - W Polsce było prawie 10 procent szlachty.
        - Nie tylko dlatego. Szlachta mocno angażowała się w politykę i część była bardzo wykształcona. Nawet niechętni jej obserwatorzy zagraniczni podkreślali powszechność znajomości łaciny.
        - Ależ od tamtych czasów zdążyliśmy już przyjąć kulturę miasta; miasta zachodniego, amerykańskiego!
        - Polska się zmieniała, ale powoli. Przełomowe dla urbanizacji były dopiero lata siedemdziesiąte XX wieku, kiedy Polska stała się po raz pierwszy krajem miast, nie wsi. W Anglii to nastąpiło na początku XIX wieku. W Polsce 170 lat później. Dziś te zmiany uległy przyspieszeniu. Mam nadzieję, że mimo przemian, które są nieuchronne, przynajmniej niektóre z obyczajów szlacheckich pozostaną żywe.
        - Mówiliśmy o tolerancji, anarchii, chcielibyśmy porozmawiać o czymś bardziej współczesnym, mianowicie o micie ziem odzyskanych. Pan nas strasznie wyśmiewa za to, że mamy dziecinny stosunek do tych ziem odzyskanych. Dlaczego?
        - Ziemie odzyskane to jest typowy nacjonalistyczny schemat, używany przez endecję przed wojną, a przez komunistów po wojnie. Ale używany też przez Niemców czy przez Prusaków w XIX wieku, którzy tak mówili o ziemiach, gdzie ludność była mieszana, polsko-niemiecka, jak Pomorze, Śląsk czy Wielkopolska. Historycy polscy mówią, że to są ziemie polskie, a historycy niemieccy, że niemieckie. I ani ci, ani ci nie mają racji. To są ziemie mieszane i nie można zamykać na to oczu. Na dodatek, Polacy ich nie odzyskali, lecz dostali w prezencie.
        - Czy Polacy nie mają gdzieś głęboko zakodowanego czegoś takiego, że Gdańsk, Katowice, Poznań, owszem, są nasze. Ale Szczecin czy Wrocław to myśmy dziwnym trafem dostali?
        - Dlaczego Gdańsk? Gdańsk przed II wojną światową był prawie całkowicie niemiecki. Miał charakter niemiecki i dobrowolnie przyłączył się do III Rzeszy. Oczywiście, Szczecin nic wspólnego z Polską nigdy nie miał, Wrocław bardzo mało i bardzo dawno. Ale tę sprawę trzeba widzieć w całym kontekście. Trzeba brać pod uwagę los Lwowa i Wilna. Jeśli miałoby się zmieniać przynależność państwową Wrocławia, jak chcieli kiedyś w Niemczech niektórzy wypędzeni, trzeba byłoby zmienić sytuację Lwowa, Wilna i tak dalej. To jest niemożliwe. Ale wielu Niemców, myśląc o tych ziemiach, nie zdaje sobie z tego sprawy. Wiedzą o losach Niemców z Wrocławia, Szczecina, Gdańska, ale nie słyszeli, że Polacy przyszli do Wrocławia wypędzeni z utraconego Lwowa, do Gdańska z Wilna itp. Kiedy się mówi, że Polacy we Wrocławiu mają dużo wspólnego z Niemcami z Wrocławia, ci Niemcy są tym zdziwieni."

        --
        pyrsk
        Ballest
        "Dobra retoryka jest tarcza niewiedzy"
        Gleiwitz
      • Wywiad ze Daviesem c.d.

        "- Panie profesorze, takie mity, jak mit odwiecznego wroga, są bardzo długotrwałe. Co sprawia największą trudność w walce z nimi? Czy wstyd i strach? Wstyd przed przyznaniem, że się wcześniej hołdowało takiemu mitowi, a strach przed tym, że myśmy wcale tacy piękni nie byli, jak dziś nam się wydaje?
        - Mity są ściśle związane z emocjami. Chodzi o przekonanie, że moje mity są prawdą, a mity tamtego są tylko mitami. A przecież żeby zrozumieć rzeczywistość, trzeba być gotowym stracić własne mity. Wrócę jeszcze do tego, o czym mówiłem przed chwilą. Nie ma racji narodowych czy jakiegoś boskiego prawa do ziemi. Mówienie, że jest jakaś ziemia zawsze, wiecznie polska, to podstawowy mit nacjonalistyczny. Nie ma ziemi wiecznie polskiej. Są ziemie, które czasowo Polacy mają, dzięki łasce Boga, pod własnym panowaniem. I tyle. To samo dotyczy Niemców. Oni także nie mogą sobie rościć jakiegoś absolutnego prawa do tych ziem. W 1492 roku terytorium Polski i Litwy, bez ziem lennych, liczyło 1 115 000 km kwadratowych, czyli najwięcej na kontynencie europejskim, od 1795 roku Polski nie było w ogóle, przed II wojną światową jej obszar wynosił prawie 390 000 km kwadratowych, a po 1945 roku skurczył się do 312 000. Na dodatek następowały ciągłe przesunięcia. Jak napisałem w Bożym igrzysku, państwo polskie bywało wszędzie i nigdzie. Zdaje mi się, że te mity nacjonalistyczne, Blut und Boden, ziemia i krew, są u Polaków bardzo mocno zakorzenione. Nie tylko u Niemców. Przed wojną popierała je endecja, a po wojnie rządy komunistyczne. W PRL to "prawo do ziemi", mówimy o tzw. Ziemiach Odzyskanych, było chyba jedynym elementem ideologii komunistycznej, który znajdował zwolenników po stronie społeczeństwa. Nawet wśród przeciwników komunistycznych władz. Niestety, całe pokolenia Polaków karmiono tymi mitami. I nadal wielu wierzy, że jest jakaś wielka, wieczna Polska.
        - Czy to znaczy, że gdyby po 1989 roku sytuacja była inna, gdyby wtedy Niemcy nie zrzekli się ostatecznie tych ziem, Polska niepodległa byłaby niemożliwa? Czy Polacy cały czas trzymaliby się Rosji, bojąc się "niemieckich odwetowców", jak nazywała ich komunistyczna propaganda? Bo taka ewentualność, utraty ziem zachodnich i północnych na rzecz Niemiec, stanowiła straszak, który przez lata konsolidował polskie społeczeństwo?
        - Panowie chcecie, żebym zaczął bawić się w przypuszczenia. Mogę jako historyk mówić o stanie faktycznym, Niemcy zrezygnowali z tego żądania. Nie ma masowej presji w Niemczech, żeby wrócić na ziemie, które należały do Rzeszy Niemieckiej przed 1937 rokiem. Dziś sytuacja jest już inna od tej, z jaką mieliśmy do czynienia przez lata. Niemcy są członkiem Unii Europejskiej, a Polska stara się o członkostwo w Unii. Unia Europejska broni Polaków. Nie Polskę, ale Polaków, przed próbą tego typu rewindykacji. W 1948 roku odbył się w Hadze kongres europejski, na którym rozważano sprawy przyszłej zjednoczonej Europy. Mówiono tam, że w przyszłości każdy Europejczyk powinien się czuć wszędzie we własnym domu. Wygnany z Hiszpanii były minister kultury i pisarz Salvador de Madariaga powiedział wtedy coś, co jest aktualne do dziś, że wspólna Europa narodzi się wtedy, gdy Hiszpanie będą mówić "nasze Chartres", Anglicy - "nasz Kraków", Włosi - "nasza Kopenhaga", a Niemcy - "nasza Brugia".
        - Istniał u nas w Polsce powojennej jeszcze jeden mit, mit wielkiej i szlachetnej II Rzeczypospolitej. Wiadomo, z czego to się wzięło: później było znacznie gorzej, wtedy więc musiało być lepiej. Pan pisze w Bożym igrzysku: "Gdyby II Rzeczpospolita nie padła ofiarą haniebnego morderstwa z rąk obcych agentów, niewątpliwie wkrótce zostałaby złożona jakąś poważną chorobą wywołaną przyczynami wewnętrznymi." Jaką to chorobą?
        - Przed wybuchem II wojny światowej Polska była parę kroków od wielkiego kryzysu narodowościowego. I to jest ta choroba. Ale ja nie wierzę, że Polska zginęłaby, nie napisałem, że ta choroba była śmiertelna. Żeby się z niej wyleczyć Polska musiałaby jednak inaczej podejść do spraw narodowościowych. Było to, niestety, wówczas niemożliwe. Bo mając Hitlera z jednej strony, a Stalina z drugiej - Polska nie mogła prowadzić innej polityki wewnętrznej, niż wtedy prowadziła. Była zmuszona robić wszystko, co możliwe, aby konsolidować państwo. Nie było tu miejsca na aspiracje mniejszości. Gdyby jednak okoliczności były inne...? Niestety, to jest tylko gdybanie...
        - Czyli badanie kontrfaktyczne. Załóżmy, że nie doszło do niemieckiego i sowieckiego ataku na Polskę we wrześniu 1939 roku. Jak rozwinęłaby się sytuacja?
        - Nie mam pojęcia. To nie jest pytanie dla historyków. Choć oczywiście można dalej gdybać: co by się stało, gdyby Niemcy nie były Niemcami hitlerowskimi, a Stalin był człowiekiem łagodnym jak baranek, proszę bardzo...
        - Panie profesorze, czy w Polsce byłby możliwy nazizm, tak jak w Niemczech?
        - W każdym kraju, nie wyłączając Wielkiej Brytanii, jest możliwe coś takiego, także w Polsce. Możliwe - owszem. Ale mało prawdopodobne.
        - Co sprawia, że taka ideologia może się przyjąć? Wiązać to z katolicyzmem, modernizacją, industrializacją?
        - Nie, na pewno nie z katolicyzmem. Oczywiście faszyzm posługiwał się wszystkim, co było pod ręką, także religią. W Polsce, jak wiemy, był mały ruch faszystowski, który używał do swoich celów katolicyzmu. Używał instrumentalnie. Ale żeby Polska mogła stać się faszystowska - musiałoby zajść jeszcze wiele innych okoliczności. U Niemców, które przed I wojną światową były potęgą, taki czynnik stanowiło rozczarowanie postanowieniami traktatu wersalskiego oraz tym, co przyniosły lata Republiki Weimarskiej. W Polsce nie można mówić o takim rozczarowaniu. Odwrotnie.
        - Fascynacja niepodległością?
        - Właśnie. Cudem dostaliśmy niepodległość. Polacy się cieszyli, nie frustrowali, jak Niemcy.
        - Panie profesorze, nazizmu w Polsce nie było. Ale był antysemityzm.
        - Antysemityzm jest niewłaściwym terminem. Jest to słowo, które zaciemnia sytuację. Antysemityzm jest przecież słowem wymyślonym przez Wilhelma Marra, który chciał oddzielić Żydów od reszty ludzkości. I stworzył właśnie po to Ligę Antysemicką. To nie znaczy, że w przedwojennej Polsce nie było nienawiści do Żydów. Była. Ale trzeba nazwać nienawiść nienawiścią, a nie szukać jakichś innych słów, które mówią, że nienawiść do Żydów to jest coś szczególnego.
        - Czy mamy rozumieć, że w Polsce międzywojennej, powojennej i podczas II wojny światowej nie było antysemityzmu, chociaż niektórzy Polacy nienawidzili Żydów?
        - A czym jes antysemityzm, jeśli nie nienawiścią do Żydów?
        - No właśnie.
        - Ja bym wolał nie używać tego terminu.
        - Bo on niesie jakieś dodatkowe znaczenia?
        - Tak. To jest termin dialektyczny, a jego stosowanie prowadzi do absurdu. Wszystko musi być albo prożydowskie, albo antyżydowskie. A Polacy są albo antysemitami, albo prosemitami, normalnych Polaków nie ma.
        - Użyjmy zatem - skoro pan tak chce - słowa antysemityzm w rozumieniu nienawiść do Żydów. Czy jej korzeni szukać powinniśmy w kulturze polskiej? W chrześcijaństwie? W polskiej historii?
        - Na pewno w historii, dlatego że na polskich ziemiach żyło wyjątkowo dużo Żydów. O wiele więcej niż w Niemczech. Było wyjątkowo dużo Żydów, i to Żydów, którzy bronili się przed asymilacją. Mówili własnym językiem. Kultywowali własne obyczaje. Religię. I nie czuli się Polakami. Chociaż byli obywatelami Polski. I ta Polska wcale nie była dla Żydów macochą, jak się często mówi i pisze. Kwestia żydowska, jak napisałem w Sercu Europy, wzbudzała w Polsce wiele namiętności, ale zaskakująco mało aktów przemocy.
        • Wywiad ze Daviesem c.d.
          "- Czy istnieje coś takiego, jak "typowy polski antysemityzm"?
          - Ja nie chcę słyszeć o typowym polskim antysemityzmie. W dziejach Polski warunki, w jakich żyli Żydzi, były różne. Raz lepsze, raz gorsze. I są różne rodzaje antysemityzmu, od wersji łagodnej do bardzo ostrej. Ale z tego, co wiem, nigdy nie było w Polsce takiego antysemityzmu jak w Niemczech hitlerowskich. To znaczy dążenia do zniszczenia Żydów. W Polsce nigdy nie było aż tak źle. Między innymi dlatego, że Polacy, mając u siebie taką masę Żydów, znali ich o wiele lepiej niż Niemcy, znali lepiej kulturę żydowską, żydowskie problemy. Kampania zagłady Żydów była możliwa w Niemczech, ponieważ Niemcy nie mieli, jak Polacy, sąsiadów Żydów. Nie znali ich. Dlatego nazistom powiodła się propagandowa mistyfikacja. Niemcy uwierzyli, że Żydzi to "brud, wszy i tyfus plamisty", że to robactwo, godne wytępienia. Przeciętny Niemiec nie wiedział przecież, co to Żyd. Tak mało było Żydów w Rzeszy. Stanowili mniej niż jeden procent (ok. 600 tys.) ludności, byli niewidoczni, bardzo zasymilowani. Tak naprawdę byli Niemcami i bardzo często wielkimi patriotami niemieckimi. Wydaje mi się, że w Polsce antysemityzm porównać można raczej do innych konfliktów etnicznych. Znam Polaków, którzy żywili bardziej nienawistne uczucia wobec Ukraińców niż Żydów. Albo wobec Niemców. Oczywiście, korzeni antysemityzmu szukać można również w chrześcijaństwie. Ale to nie jest cała prawda o antysemityzmie. I nie każdy, powiedzmy, antagonizm między Polakami i Żydami był na tym tle. Czasem tak, czasem nie. Bywał również czynnik gospodarczy...
          - Nie chce pan profesor mówić o polskim antysemityzmie, zapytamy o polski nacjonalizm? Czy polski nacjonalizm nie zabarwił tego antysemityzmu na specyficznie polski sposób?
          - Oczywiście, nacjonalizm ma pewne cechy narodowe. Ale nacjonalizm to powszechne zjawisko. Jest nacjonalizm angielski, nacjonalizm szkocki, irlandzki, walijski, chiński, amerykański. Nie wiem, może nie ma nacjonalizmu na Antarktydzie, ale wszędzie indziej nacjonalizm znajdziemy. Jest nacjonalizm rosyjski, był nacjonalizm sowiecki, jest nacjonalizm izraelski, który się nazywa syjonizmem. Nie ma społeczeństwa bez nacjonalizmu. Moim zdaniem, nacjonalizm nie ma monopolu w Polsce, nawet nie odgrywa roli dominującej w społeczeństwie polskim. Były okresy, na przykład lata przed II wojną światową, kiedy nacjonalizmy dominowały w wielu krajach. Także w Polsce, gdzie żyły różne narody, miały miejsce konflikty: między nacjonalizmem polskim, nacjonalizmem ukraińskim, nacjonalizmem niemieckim, nacjonalizmem żydowskim, nacjonalizmem litewskim itd. Ale takie konflikty trafiają się w wielu państwach, to nie jest coś zdarzającego się tylko w Polsce i nigdzie indziej.
          - A czy jest nacjonalizm wschodni? Czy kraje Wschodu odróżniają się pod tym względem?
          - Ja bardzo niechętnie przyjmuję schemat, który można spotkać u szeregu politologów zachodnich, przede wszystkim amerykańskich, według których nacjonalizm zachodni jest zdrowy, a groźny jest tylko nacjonalizm wschodni. Nacjonalizm wschodni jest destruktywny, agresywny, prymitywny itd. Skąd się wzięło takie wyobrażenie? Przyjrzałem się kiedyś ich argumentom. I zbudowałem abstrakcyjny model nacjonalizmu wschodniego. Zgodnie z tym modelem, nacjonalizm wschodni spotykamy u narodów chłopskich, które mają silne związki z ziemią, narodów, które straciły albo nigdy nie miały własnej państwowości, które z tego powodu czują się dyskryminowane, narodów, gdzie tożsamość narodowa jest ściśle powiązana z wyznawaną religią, narodów, które uważają swą tożsamość za coś świętego, narodów gospodarczo zacofanych, bez przemysłu, bez urbanizacji itd. Gdy już doszedłem do końca tej analizy, okazało się, że najlepszym kandydatem do tego modelu jest... Irlandia. Jeśli Irlandia należy do wschodniej Europy, to ja jestem Japończykiem.
          - Panie profesorze, przecież w Polsce śpiewano: "Nie rzucim ziemi, skąd nasz ród", śpiewano również: "Boże, coś Polskę"?
          - Polska ma dużo wspólnego z Irlandią, bardzo dużo, pisałem i mówiłem o tym wiele razy. O czym to świadczy? O tym, że to, co przypisuje się wschodnim Europejczykom czy Polakom, nie jest ani specyficznie polskie, ani specyficznie wschodnie, że można spotkać takie rzeczy zarówno na zachodzie, jak i na wschodzie. Czasem na zachodzie nawet w silniejszym natężeniu. Weźmy Basków. Czy ziemie Basków są na zachodzie, czy na wschodzie Europy? A przykład Belgii, gdzie Flamandowie też walczą o to, o co posądza się Polaków. Nie damy ani cala naszej ziemi! Takie okrzyki słychać z różnych stron. To nie jest nic specjalnie polskiego.
          - Przez cały XIX wiek nie mieliśmy państwa, naród kształtował się inaczej niż tam, gdzie to państwo istniało. W Polsce nie było tradycji obywatelskiej, związanej z przynależnością do własnego państwa. Państwo było obce. Ale dziś Polacy żyją we własnym państwie. Czy tradycja spierania się z władzą jest już nieaktualna?
          - Wszędzie w Europie toczyła się walka między, określmy to tak, nacjonalizmem państwowym, związanym z poczuciem obywatelskim narodu, a poczuciem narodowym każdego pojedynczego człowieka, co można roboczo nazwać "nacjonalizmem popularnym". Państwo brytyjskie próbowało wprowadzić w Wielkiej Brytanii nacjonalizm obywatelski, niszcząc tożsamość innych niż Anglicy narodów zamieszkujących Wyspy, podobnie było w Związku Sowieckim. Walijczycy, Irlandczycy, Szkoci nie mogli się z tym pogodzić. Polacy mają dziś swoje własne państwo. Sytuacja uległa zasadniczej zmianie. Dzisiejsza Polska jest wyjątkowo jednolita etnicznie, językowo itd. Zupełnie inaczej niż przed wojną, kiedy Polska bardzo przypominała obecną Jugosławię. Wiele języków, religii, ogromne mniejszości. Konflikty narodowościowe. I nikt nie wie, do czego to mogło prowadzić. Jak już mówiliśmy, jakiś kryzys na pewno Polskę czekał.
          - Czy nacjonalizm kłóci się z patriotyzmem? W języku polskim słowo nacjonalizm ma pejoratywne znaczenie. Jerzy Szacki uważa, że nacjonalizm uległ u nas zdemonizowaniu. Z kolei Stefan Kieniewicz pisał, że Polacy byli narodem uciskanym, który uciskał inne narody, np. Ukraińców, Żydów? Jak to jest? Polacy są nacjonalistami?
          - Panowie szukacie schematu. W Polsce znaleźć można wszystko. Polacy bywają nacjonalistami, i to okropnymi, ale bywają też głębokimi patriotami, są zaściankowi, ale też niebywale tolerancyjni. Są uczciwymi ludźmi, ale bywają kryminalistami, zbrodniarzami. Wśród czterdziestu milionów ludzi znajdziecie wszystko.
          - Oczywiście, znajdzie się nawet ludożerca, ale chodzi nam o to, co dominuje?
          - Kiedy jest konflikt etniczny wewnątrz danego społeczeństwa czy państwa, wtedy pewne prądy, takie jak nacjonalizm, zaczynają odgrywać rolę. Tak było w latach trzydziestych w II Rzeczypospolitej, kiedy to, ale miało to miejsce nie tylko w Polsce, wpływy zdobywał nacjonalizm integracyjny, wykluczający z ojczyzny inne narodowości. Niemcy dla Niemców, Polska dla Polaków. A Żydzi, jak proponowali wtedy niektórzy, na Madagaskar! Choć nacjonalistami integracyjnymi można też nazwać część syjonistów, którzy nie zamierzali tolerować w tworzonym przez siebie państwie innych narodów. Dziś tego typu nacjonalizmu w Polsce nie ma. To nie przeszkadza wielu Polakom widzieć go jako zagrożenia, jako coś nadal żywego, z czym trzeba ciągle walczyć. Bo krytyczne mówienie o nacjonalizmie ma swoją drugą stronę. W każdym społeczeństwie inteligencja walczy z własnym ciemnogrodem. I często bywa bardzo wrażliwa na punkcie grzechów własnego narodu, co jest zdrowe i naturalne. Ale przez to nie widzi grzechów u sąsiadów, u innych. Ja patrzę na nacjonalizmy, jak panowie, jako na objaw choroby. I taka choroba, moim zdaniem, w dzisiejszej Polsce nie dominuje. Solidarność była ruchem patriotycznym. Ale nie nacjonalistycznym, choć próbowała zmobilizować cały naród. Dopiero teraz pojawiła się możliwość zaszczepienia wartości obywatelskich, które nie są narzucane przez obce państwo czy obcą ideologię.


          --
          pyrsk
          Ballest
          "Dobra retoryka jest tarcza niewiedzy"
          [
          • Związki JP2 z CIA nie budzą żadnych wątpliwości. Od początku pontyfikatu papież był jednym z trybów w machinie do walki z komunizmem. Doniesienia te zostały potwierdzone w filmie dokumentalnym BBC przez takie niezaprzeczalnie wiarygodne osoby jak m.in. generał Vernon Walters, były zastępca dyrektora CIA i Richard Allen, doradca ds. bezpieczeństwa prezydenta Reagana. Walters opowiedział, w jaki sposób JP2 został zwerbowany do współpracy z CIA i "Białym Domem", podczas gdy Allen chwalił współpracę pomiędzy przywódcą Kościoła katolickiego i jedynym mocarstwem światowym. Określił ją jako "najwspanialszą tajną operację naszych czasów".

            Film, o którym mowa, zatytułowany "Rywale w drodze do raju", pokazany przez BBC w serii "Everyman", nie ogranicza się wyłącznie do pontyfikatu JP2. Ukazano w nim historię powiązań Kremla z Watykanem od wybuchu rewolucji komunistycznej w Rosji aż po czasy współczesne. W filmie jest również mowa o podejrzanych transakcjach między Stolicą Apostolską a Hitlerem i Mussolinim. Porozumienie, które w swoim czasie określano jako pakt antykomunistyczny, w rzeczywistości miało gwarantować milczenie Kościoła w sprawie inwazji na Polskę i zagłady ludności żydowskiej.

            Film nie pozostawia wątpliwości. W omawianym okresie Kościół Katolicki wielokrotnie angażował się w ryzykowne gry polityczne. Już z pierwszych scen dowiadujemy się, że po rewolucji bolszewickiej papież Benedykt XV wysłał do Rosji dwóch arcybiskupów, by odbyli tajne negocjacje z Leninem. Dalej następuje szczegółowe omówienie antykomunistycznych układów z Hitlerem i Mussolinim. W ich wyniku papież Pius XII nie sprzeciwił się inwazji na Polskę, która w tamtym okresie nie była krajem komunistycznym. Jeszcze bardziej zaskakujące wydaje się ujawnienie, jak blisko JP2 współpracował z Ronaldem Reaganem, nie tylko we wspólnej walce ze światowym komunizmem, ale np. m.in. w zwalczaniu opozycji przeciwko kosztownemu programowi "wojen gwiezdnych" wśród przywódców Kościoła katolickiego.
            Rewelacje ujawnione w filmie stanowią potwierdzenie sensacyjnych doniesień zawartych w biografii papieża z roku 1996. W książce "Jego Świątobliwość Jan Paweł II i nieznana historia naszych czasów", jej autorzy, Carl Bernstein i Marco Politi, przedstawili szczegóły godnego napiętnowania przymierza pomiędzy supermocarstwem i głową Kościoła katolickiego, mającego na celu najpierw obalenie komunizmu, a potem walkę z terroryzmem w Ameryce Łacińskiej i krajach muzułmańskich.

            wiadomosci.onet.pl/waszymzdaniem/38617,jan_paweL_2_byL_agentem_cia,1,artykul.html
            --
            pyrsk
            Ballest
            "Dobra retoryka jest tarcza niewiedzy"
            Gleiwitz
            • 10.07.11, 12:39
              Rozmowa z prof. dr. hab. WŁODZIMIERZEM JASTRZĘBSKIM, dyrektorem Instytutu Historii Akademii Bydgoskiej im. Kazimierza Wielkiego
              - Panie profesorze, wiemy już, kiedy znajdziemy się w Unii Europejskiej. Trzeba będzie zatem dokonać pewnego przeglądu i ujednolicenia także podręczników historii. A tu, zwłaszcza w stosunkach polsko-niemieckich minionego XX wieku są wykluczające się wzajemnie oceny...
              - Główne elementy sporne w historiografii polskiej i niemieckiej to problem oceny dwóch wydarzeń z początku II wojny światowej: bydgoskiej Blutsonntag, czyli "krwawej niedzieli" i marszu do Łowicza. Nie tylko w podręcznikach są one inaczej przedstawione i oświetlone. Najkrócej ujmując, dla Niemców to, co zdarzyło się 3 i 4 września 1939 r. w Bydgoszczy było zwykłą napaścią Polaków skutkującą wymordowaniem sporej ilości Niemców. Twierdzą oni, że stało się tak na skutek dłuższego oddziaływania propagandy II Rzeczypospolitej. Mieliśmy być silni, zwarci i gotowi. Tymczasem dwa pierwsze dni wojny to nieustający odwrót pociągający za sobą rozgoryczenie, co wywołało próbę zemsty na niewinnych Niemcach.
              - Ale podobnych przypadków w Polsce nie było nigdzie, natomiast dywersyjnych akcji niemieckich znamy więcej.
              - Akcje antyniemieckie były, tyle że w dużo mniejszej skali. Choćby w Mogilnie, Nakle i Inowrocławiu w pierwszych dniach września doszło do zamieszek, masowych oskarżeń miejscowych Niemców o "strzelanie w plecy". Na pewno akty dywersji miały miejsce na Śląsku. Zachowała się dokumentacja takiej akcji przygotowywanej przez wrocławską Abwehrę. Grupy ochotników organizowano spośród uciekających z Polski Niemców, którzy nie chcieli być zmobilizowani do polskiego wojska.
              Nie mamy natomiast żadnych dowodów ze strony niemieckiej, że na terenie Pomorza taką akcję planowano. W aktach górnośląskich jest tylko malutka wzmianka, że w Bydgoszczy działa paruosobowa grupka, która ma zadanie wysadzenia elektrowni i utrudnienie komunikacji z naszego miasta do Inowrocławia. Jak wiadomo, elektrownia stoi do dziś.
              - Guenter Schubert, autor wydanej w Niemczech i wciąż czekającej na polską edycję książki pod znamiennym tytułem "Krwawa niedziela. Koniec legendy" jest przekonany, że 3 września zamieszki w Bydgoszczy wywołała specjalnie wyszkolona i przerzucona przez zieloną granicę supertajna kompania dywersyjna niemieckiej SD.
              - To czysta fantazja autora. Nie wierzę, by mogło do czegoś takiego dojść. W archiwach nie zachowało się absolutnie nic, co upoważniałoby do stawiania takiej tezy. Byłem w wielu archiwach polskich, niemieckich, nawet w Moskwie. Nie znalazłem niczego. A taka akcja nie mogła się odbyć bez choćby najmniejszego śladu. Nie ma zbrodni doskonałej. Hitlerowcy ukrywali swoje ludobójstwo, palili zwłoki ofiar, ale nie osiągnęli celu. Zawsze gdzieś musi coś pozostać, choćby pośrednio.
              - Mamy jednak setki zeznań polskich świadków, bardzo zbieżnych.
              - Mamy około tysiąca relacji polskich świadków o niemieckiej dywersji i około tysiąca spisanych wspomnień przedwojennych niemieckich bydgoszczan, że niczego takiego nie było. Fakty natomiast są takie, że po stronie niemieckiej mamy kilkaset ofiar, niestety, w sporej części są to kobiety i starcy. To już jest wskazówka, że to była akcja bardziej odwetowa niż walka ze specjalnie wyszkolonymi i przygotowanymi "poborowymi" dywersantami.
              - Jak powinniśmy się odnosić do tej liczby ofiar po "tamtej" stronie? Przecież początkowo Niemcy podali liczbę około 5 tysięcy, potem w propagandzie urosło to do ponad 58 tysięcy.
              - Jest kartoteka mieszkańców Bydgoszczy zachowana z okresu międzywojennego, jest księga adresowa i one stanowią podstawę do weryfikacji listy sporządzonej przez hitlerowców. Sądzę, że można zaufać szacunkom historyka-amatora, autora kilku książek, przedwojennego bydgoszczanina Hugo Rasmusa. To jest dokładnie 358 osób, mieszkańców Bydgoszczy pochodzenia niemieckiego, którzy zginęli w dniach 3 i 4 września 1939 r. Do tego Rasmus dolicza 7 Niemców, którzy zginęli w polskich mundurach i jeszcze 65 osób z marszu do Łowicza. To razem 430 osób wymienionych z imienia i nazwiska. Rozbieżności mogą być naprawdę niewielkie.
              - A liczba ofiar po stronie polskiej?
              - To jest poważny problem. Nikt tego rzetelnie nie opracował. Udało się jedynie policzyć żołnierzy polskich, którzy zginęli w Bydgoszczy w dniach 3 i 4 września. To liczba oscylująca między 20 a 30.
              --
              pyrsk
              Ballest
              "Dobra retoryka jest tarcza niewiedzy"
              • - Co zatem, pańskim zdaniem, zdarzyło się w Bydgoszczy w tamtą pamiętną niedzielę naprawdę?
                - Coraz bardziej przekonuję się do tego, że Polacy nie wytrzymali utrzymującego się od wiosny napięcia i wojny propagandowej prowadzonej przez stronę niemiecką i oskarżającej Polaków o prześladowanie mniejszości niemieckiej. Polacy twierdzili, że mniejszość niemiecka to szpiedzy, dywersanci itd. Władze nie miały na to dowodów. Większość napływających meldunków to tzw. szeptanka. Natomiast faktycznych aktów dywersji, udowodnionego szpiegostwa praktycznie nie było. Oskarżał absurdalnie niekiedy sąsiad sąsiada, że np. lusterkiem daje znaki samolotom, że ktoś miał radiostację ukrytą w worku mąki etc. Polska prasa cały czas taki ton podtrzymywała. Wiele złego rodziło się też jak wszędzie z zawiści. Niemcy, którzy na Pomorzu zostali po I wojnie, byli na ogół ludźmi majętnymi. Polacy oburzali się, że oto nie mają pracy, głodują w swojej ojczyźnie, a Niemiaszkom powodzi się znakomicie. W Bydgoszczy i okolicach jeszcze przed rozpoczęciem wojny miejscowa endecja oraz hallerczycy zaczęli organizować grupki paramilitarne błękitnych legionów, by podjąć próbę obrony miasta. To musi rodzić podejrzenie, że jednym z założeń było dobranie się do skóry mniejszości niemieckiej. Na to są dowody. Do tego 31 sierpnia 1939 r. dokonano zmiany na stanowisku wojskowego komendanta placu w Bydgoszczy. Majora Sławińskiego zastąpił major rezerwy Wojciech Albrycht, działacz Związku Hallerczyków. Ci właśnie hallerczycy zabiegali o wydanie im broni. To znamienne, że jednym z szefów straży obywatelskiej był przywódca miejscowej endecji Konrad Fiedler, a oddziałami wojskowymi straży dowodził por. rez. Stanisław Pałaszewski, hallerczyk. Straż rzekomo powstała dopiero 4 września. To jest wersja oficjalna. Okazuje się tymczasem, że działała już 2 września. Anons wzywający ochotników do stawienia się w Domu Społecznym przy Gdańskiej tego dnia ukazał się w bydgoskiej prasie.
                - Niemniej ten tysiąc polskich świadków, no może część z nich mówi, że impulsem, który spowodował lawinę zdarzeń, były strzały - z dachów, wież kościołów, strychów. Do wycofującego się wojska, do zbiorowisk ludzkich.
                - A może to wszystko zaczęło się od innego incydentu, o którym wspominają liczni świadkowie także polscy? Otóż od 2 września przez Bydgoszcz przeciągała fala uciekinierów przemieszana z wycofującymi się wojskami, głównie Gdańską. Następnego dnia, w niedzielę rano w okolicy starych torów kolejowych na skrzyżowaniu Gdańskiej i Artyleryjskiej (dzisiejsza ulica Kamienna) zgromadził się tłum bydgoszczan pełen napięcia. W pewnym momencie jakieś ciężkie działo zjechało z nawierzchni szutrowej na brukową. Rozległ się hałas, ktoś wzniecił okrzyk, że oto jadą niemieckie czołgi, rozpoczęła się straszliwa panika. Kto żyw ruszył na oślep Gdańską, tratując wszystko po drodze. Chcąc opanować tę panikę, niektórzy oficerowie zaczęli strzelać w powietrze, żeby lawinę zatrzymać, wydobyć ludzi z amoku. Zostało to odebrane jako strzały "oczekiwanych" dywersantów niemieckich. Wieść poszła w miasto, a że trafiła na wyjątkowo podatny grunt, rozpoczęło się poszukiwanie miejscowych Niemców stopniowo przybierające charakter nagonki. Tworzą się samorzutnie grupki złożone z żołnierzy i cywilnych bydgoszczan pewne, że to Niemcy strzelają. Uruchamia się mechanizm nie do powstrzymania, przeszukiwanie domów. A w tym czasie w rękach bydgoszczan było już sporo broni, którą wydawano masowo hallerczykom i straży obywatelskiej. Brali też czynny udział w tym uczniowie liceum Kopernika, gdzie nauczycielem był Albrycht. Początkowo mogło to mieć rzeczywiście charakter spontaniczny.
                Hermann Dietz, znany lekarz-społecznik, miał wówczas 78 lat. Ukrywał się w piwnicy swojego domu przy Gdańskiej. Wtargnęła tam jakaś grupka i chciała go wyprowadzić, ale za Dietzem wstawił się Polak, jego woźnica i to go uratowało. Potem w swoje ręce wziął sprawę komendant placu razem z hallerczykami. Około godz. 17 mjr Albrycht zameldował gen Przyjałkowskiemu, dowodzącego stacjonującym w mieście i okolicach wojskiem, że w Bydgoszczy jest już spokój. Dlaczego tak twierdził? Tymczasem strzały w mieście słychać było przez całą noc, a rano 4 września rozpoczęła się już normalna pacyfikacja Szwederowa na chłodno, z wyraźnymi cechami odwetu i zemsty. Tu już patrole wchodziły do domów, wyciągały Niemców i ich rozstrzeliwały.
                - Czy znajduje potwierdzenie teza, że pierwsze egzekucje na Starym Rynku były odwetem za zbrojne akcje jeszcze przez kilka dni po wejściu do Bydgoszczy Wehrmachtu?
                - Straż obywatelska skapitulowała 5 września pod groźbą ostrzału miasta z ciężkich dział. Ale zachowały się liczne niemieckie meldunki, że jeszcze 6, 7 i 8 września w Bydgoszczy do hitlerowców strzelano, m.in. z kina Lido przy Mostowej, z budynków przy ul. Konarskiego. Te zdarzenia sprowokowały rozstrzelanie zakładników.
                - A co się "nie zgadza" w drugiej sprawie, marszu do Łowicza?
                - Już od początku lat dwudziestych mówiono w II Rzeczypospolitej o internowaniu czy tzw. unieruchomieniu pewnej grupy ludzi na wypadek wojny. Chodziło o przywódców mniejszości narodowych oraz komunistów. Listy te były systematycznie aktualizowane, od 1937 r. plan ten zyskał ramy prawne na podstawie ustawy sejmowej.
                Były dwie osobne listy na wypadek wojny z Niemcami i druga - z Rosją. Nie brano natomiast zupełnie pod uwagę możliwości wojny na dwa fronty. Przewidywano internowanie około 15 tysięcy osób. Niestety, moment ten odwlekano na życzenie zachodnich sojuszników, nie chcąc drażnić Niemców.
                Do działania przystąpiono dopiero 31 sierpnia i 1 września. Osoby z głębi kraju przewieziono do Berezy Kartuskiej. Aresztowanych wcześniej, jeśli były ku temu prawne podstawy, osadzono w więzieniach. I jednym, i drugim nic nie stało.
                Problem zrodził się natomiast w przypadku województw pomorskiego (z Bydgoszczy około 200 osób), wielkopolskiego i śląskiego: jak i dokąd konwojować? Wojewoda śląski zrezygnował z wykonania zadania, wszystkich zwolnił. Z Pomorza i Wielkopolski wyruszyły piesze kolumny, które połączyły się pod Włocławkiem i dążyły do Warszawy. W okolicach Kutna i Łowicza 9 bądź 10 września internowani doczekali się "wyzwolenia" przez Wehrmacht.
                Jak wynika z dokumentów niemieckich, z 4500 ludzi uczestniczących w marszu, zginęło 1700. Konwojenci zostali oskarżeni o masowe rozstrzeliwanie jeńców, dobijanie nie wytrzymujących trudów drogi. Zdaniem strony polskiej z kolei przypadki śmierci to przede wszystkim ofiary nalotów Luftwaffe, niemieckich ostrzałów i wyczerpania. Tą kwestią jednak nasza historiografia nie zajęła się dotąd należycie.

                - W dobie weryfikacji nie sposób nie zapytać o liczbę ofiar. Ilu polskich mieszkańców Bydgoszczy zginęło w czasie II wojny?
                - Zaraz po wojnie operowano liczbą 36 350. To czysta fantazja. Tuż po wojnie ekshumacje przeprowadzano bardzo niestarannie, bez identyfikacji zwłok. W Dolinie Śmierci odnaleziono ciała np. 306 osób, a jako oficjalną liczbę podano 3 tysiące. Były różne metody liczenia. Bez weryfikacji, bardzo szacunkowe, oparte na zeznaniach świadków. Wszystko mnożono i zaokrąglano w górę. Nic dziwnego, przecież ówczesnym polskim władzom zależało, by ofiar było jak najwięcej. Niemiecki historyk Dieter Schenk na podstawie materiałów z centrum ścigania zbrodni nazistowskich w Ludwigsburgu wyliczył 4942 osób. Z kolei za najbardziej prawdopodobną uważam liczbę podaną przez Tadeusza Jaszowskiego, sięgającą około 6600 ofiar.
                Wywiad ukazał się na łamach Expressu Bydgoskiego, autorem jest Krzysztof Błażejewski, któremu serdecznie dziekujemy za udostępnienie tektu.


                --
                pyrsk
                Ballest
                "Dobra retoryka jest tarcza niewiedzy"
                Gleiwitz
                • Kto w Polsce pożył wiy, jak Poloki umiom kryncić, cyganić, "zaokronglać" łgać, rabować ... fałszywie przisiyngać... Mie nic niy zdziwi
                  --
                  Kożdo prowda potrzebuje odważnego co jom wypowiy
                  • Najwaznieszou polskou cecha, co kazdy Slonzok znou, to ta, ze
                    - Polok sie NIGDY do winy nie przyznou!
                    --
                    pyrsk
                    Ballest
                    "Dobra retoryka jest tarcza niewiedzy"
                    Gleiwitz
                    • Irena Styczyńska
                      ZAWISZA CZARNY Z GARBOWA - HERBU SULIMA
                      Encyklopedie podają: Rok urodzenia nieznany - zm. w 1428 r. Sławny polski rycerz, starosta spiski, w młodości w służbie u Zygmunta Luksemburczyka. Po powrocie do kraju w 1410 r. odznaczył się w bitwie pod Grunwaldem. Wielokrotny poseł Jagiełły. W 1415 r. członek delegacji polskiej na sobór w Konstancji; podczas wyprawy Zygmunta Luksemburskiego przeciw Turkom w 1428 r. został w pobliżu twierdzy Golubac nad Dunajem wzięty do niewoli tureckiej i zamordowany. Uczestnik wielu wojen, niepokonany w turniejach rycerskich. Symbol prawości i cnót rycerskich, cieszył się wielką sławą w wielu krajach Europy.
                      Krótka notatka, bo też wiadomości rzeczowe o Zawiszy Czarnym przetrwały arcyskąpe - zebrano je z przekazów jakie na jego temat podali jemu współcześni.
                      Pełne nazwisko naszego bohatera brzmi: Zawisza Czarny z Garbowa herbu Sulima. Zawisza - imię to w wieku XIV i XV było dość powszechne. Przydomek "Czarny" z racji wyglądu osobistego w owych czasach często - z braku nazwisk - był nadawany. Rodzina Zawiszy musiała być ciemnowłosa i ciemnolica, skoro rodzonego brata Zawiszy zwano Piotr Kruczek.
                      Wieś rodzinna Sulimczyka - Garbów leży ok. 10 km od Sandomierza w dolinie rzeki Dwikozy - parafia Góry Wysokie. Najbliższe miasteczko to Zawichost.
                      O rodzinie Zawiszy wiemy niewiele. Według herbarza Adama Bonieckiego, nieznany z imienia właściciel Garbowa w pierwszej połowie wieku XIV ożenił się z córką Marcina z Opatkowic i Grodziny (dziś Grudzyna) w powiecie księskim pod Krakowem. Z małżeństwa tego było dwóch synów Mikołaj i Marcisz oraz córka Elżbieta.
                      Mikołaj wziął po ojcu Garbów, Marcisz po matce Grodzinę. Elżbieta wyszła za mąż za wojewodę mazowieckiego Andrzeja Ciołka. (Ich syn Stanisław był głośnym poetą owych czasów - pracował od 1400 r. w kancelarii królewskiej na Wawelu, był posłem zręcznym w formułowaniu dokumentów).
                      Mikołaj z Garbowa to właśnie ojciec Zawiszy. Był on kasztelanem konarsko - sieradzkim. Urząd taki istniał w trzech województwach, a kasztelani konarscy obok właściwych kasztelanów pełnili funkcję uboczną - zajmowali się hodowlą koni. Matka Zawiszy nosiła imię Dorota. Małżeństwo to miało trzech synów: Zawiszę, Jana zwanego Farurejem i Piotra Kruczka.
                      Ojciec Zawiszy, Mikołaj z Garbowa, nie był szlachcicem ubogim - w XIV w. Garbów miał 50 łanów ziemi, sporo, niemniej niewiele w porównaniu do Melsztyńskich, Tarnowskich, czy Kmitów. Panowie z Garbowa pieczętowali się herbem Sulima. Był to orzeł czarny na żółtym polu, a pod nim trzy kamienie w polu czerwonym.
                      Ojciec Zawiszy zmarł około roku 1391. W roku 1400 - Dorota - matka Zawiszy ¬ zrzekła się wszelkich praw majątkowych, posagowych po mężu na rzecz synów. Widocznie w tym czasie byli oni już dorośli.
                      Przypuszcza się, że Zawisza urodził się między 1370 a 1375 r. W Krakowie zjawił się tuż po roku 1390 - może za protekcją któregoś z możnych sandomierzan, zajmujących w tym czasie główne urzędy na Wawelu, który w owych latach był ośrodkiem wielkiej gry dyplomatycznej. W 1396 r. królowa Jadwiga i Władysław Jagiełło przyjmowali hołd lenny Mircei - hospodara wołoskiego. Trwały pertraktacje z Zygmuntem Luksemburczykiem o zrzeczenie się przezeń pretensji do Rusi Halicko-Włodzimierskiej, którą królowa Jadwiga sama w 1387 r. przywróciła Polsce. Na Wawelu wydawano uczty, organizowano turnieje rycerskie. Na jednym z nich Zawisza otrzymał pas i ostrogi rycerskie.
                      Można przypuszczać, że Zawisza - nie najbiedniejszy przecież z domu - jakieś wykształcenie wraz z braćmi odebrał - bo sztuka pisania i czytania, ani znajomość łaciny nie była mu obca. Jego późniejszy udział w życiu politycznym dowodnie o tym świadczy. Znał z całą pewnością język niemiecki, a węgierskiego nauczył się w późniejszej praktyce życiowej. Wawel zaś - dwór królewski - był dla Zawiszy szkołą obywatelską, szkołą patriotyzmu, co znalazło odbicie w późniejszych jego poczynaniach jako reprezentanta Jagiełły.
                      Żona Zawiszy Czarnego - Barbara herbu Pilawa - była bratanicą biskupa krakowskiego Piotra Wysza. Rodzina ta pochodziła z Radolina w Wielkopolsce, nie była zbyt znaną. Biskup Piotr Wysz szedł w latach 1393-97 wielkimi krokami ku karierze, tak kościelnej jak i politycznej. Był człowiekiem zamożnym - biskupstwo krakowskie przynosiło dochody większe jemu niż naonczas miał z niego sam król.
                      Małżeństwo Zawiszy, zawarte najpóźniej w 1397 r., było małżeństwem przypuszcza się z rozsądku. Rycerz, którego głównym walorem było sprawne władanie mieczem i kopią - musiał się wesprzeć znacznym posagiem. Bycie rycerzem blisko dworu królewskiego było kosztowne. Zbroja, koń rycerski, siodło, klejnoty, ozdoby, utrzymanie giermka, łucznika, najmniejszy orszak rycerski - wymagały sporych sum.
                      Arcybiskup krakowski nie zgodziłby się na małżeństwo bratanicy ze zwykłym rycerzem - musiał Zawisza w chwili małżeństwa być już kimś znacznym, a przynajmniej rokującym wiele nadziei na przyszłość.
                      Pierwsza informacja u Długosza o Zawiszy pochodzi z 1403 r. Wyjednał on wtedy u króla Władysława Jagiełły zwolnienie z więzienia niejakiego Jana Rogali. Także w roku 1403 pojawi się w dokumentach imię Zawiszy Czarnego. Wiemy z nich, że na prośbę Zawiszy król węgierski Zygmunt Luksemburski zwolnił kilku szlachciców polskich, którzy od wielu lat siedzieli w więzieniu u niego za jakieś nadgraniczne wykroczenia.
                      Jeżeli królowie przychylali się do próśb Zawiszy, to znak że był już kimś znacznym. A na to trzeba było zasługi poważnej, by królowie świadczyli mu uprzejmości.
                      Zetknięcie się Zygmunta Luksemburczyka z głośnym rycerzem polskim musiało chyba nastąpić w okolicznościach, które od razu zwróciły na niego uwagę. Mógł to być turniej na cześć przebywającego w Krakowie Zygmunta, z którego osobą większość historyków łączy karierę Zawiszy Czarnego. Zygmunt widział chętnie w swoim otoczeniu ludzi w jakimś kierunku wybitnych, bo podnosili blask jego dworu, a sławą swego imienia wzmacniali jego autorytet niezbyt udanego wodza, ale za to niesłychanie giętkiego człowieka.
                      Król węgierski, choć Niemiec z pochodzenia, dla współczesnych mu Polaków był przede wszystkim królem zaprzyjaźnionego od dawna kraju. Łączyła Polskę z Węgrami tradycyjna przyjaźń dworów, klas wyższych i przedstawicieli kupiectwa.
                      Dla Zawiszy Czarnego pobyt na dworze Luksemburczyka, ciągle wojującego, był okazją do rycerskiej przygody w Polsce rzadziej się trafiającej. Być może też Zawisza był człowiekiem króla Władysław Jagiełły na węgierskim dworze, co zdają się potwierdzać późniejsze przesłanki. (Król polski miał swoich ludzi w Malborku - u Krzyżaków pokojowiec Ulricha von Jungingena był w służbie Jagiełły, a w bitwie grunwaldzkiej król posługiwał się krzyżackimi mapami).
                      Zawisza nie został na Węgrzech obdarowany przez Zygmunta żadnym ze skonfiskowanych majątków odebranych opornym królowi węgierskiemu magnatom. Zygmunt skrupulatnie w aktach nadania ziemi wymieniał zasługi obdarowywanego, a były to zwykle udziały w represjach przeciwko opozycji. Żadnego takiego aktu na rzecz Zawiszy nie wydano.
                      Zawisza Czarny nie brał udziału w bitwie z Turkami pod Nikopolem, w której Turcy w 1396 r. zadali Zygmuntowi klęskę, a w której udział brało wielu polskich rycerzy wymienionych przez Długosza. Nasz dziejopis nie wspomniał nic ani o Zawiszy Czarnym, ani o Janie Farureju, który zawsze bratu w wyprawach towarzyszył.
                      • Matką królowej Marii - żony Zygmunta Luksemburczyka, była księżniczka bośniacka Elżbieta. Po jej śmierci Luksemburczyk pragnął zawładnąć Bośnią, choć Bośnia go nie chciała. W wiekach średnich najłatwiej było czynić wszelką nieprawość pod pozorem walki o wiarę. Zygmunt Luksemburczyk chcąc zemścić się na Bośni zdołał nakłonić papieża Grzegorza XII by ogłosił krucjatę przeciwko Turkom, napadającym południowo-wschodnie ziemie Europy. W 1408 r. ruszył na Bośnię i Serbię. Na tę wyprawę pod pozorem obrony chrześcijaństwa zdołał zwerbować wielu rycerzy polskich, wśród nich Zawiszę Czarnego i Jana Farureja.
                        Dlaczego tylu wybitnych rycerzy polskich zgromadziło się pod sztandarami króla węgierskiego? Wydaje się, że po prostu zostali przez Luksemburczyka wprowadzeni w błąd. Zygmunt Luksemburczyk zdołał im wmówić, iż idą przeciw wrogom wiary, a walka z innowiercami była sposobem zapracowania sobie na klucze do nieba. Tymczasem w rzeczywistości Zygmunt mścił się na Bośni, którą rzucił przed sobą na kolana. Po tej wyprawie król węgierski ustanowił w grudniu 1409 r. Order Smoka. Wśród dwudziestu czterech zaszczyconych tym nowym orderem z Polaków ¬ rycerzy - nikt go nie otrzymał, prócz Ścibora, ale to już inna sprawa.
                        Nadszedł czas przygotowań do walnej rozprawy z Krzyżakami. Zygmunt Luksemburczyk zawarł sojusz z Zakonem, a za zawrotne sumy od nich otrzymane (30 tys. guldenów) podjął się uderzyć na Polskę od południa. Nie ma wątpliwości, że król polski doskonale orientował się w dwulicowej polityce Zygmunta i miał na jego poczynania baczne oko. A może tymi oczyma był Zawisza Czarny? Bo na jakiej podstawie Długosz przytaczałby wtedy opinię o nim jako pierwszym rycerzu chrześcijaństwa.
                        Rok 1410. Na wiosnę zaplanowano zjazd w Kieżmarku na Słowacji króla węgierskiego z Jagiełłą i kniaziem Witoldem. Była jeszcze nadzieja, że uda się w trakcie tego spotkania zerwać nici wiążące Luksemburczyka z Krzyżakami. Jagiełło jednak do Kieżmarku nie dojechał. Ktoś musiał ostrzec króla o zamierzonym nań zamachu, skoro przybywszy do Sącza dalej ku Słowacji nie pojechał i do Krakowa zawrócił.
                        Książę Witold udał się do Kieżmarku z żoną, księżną Anną i przewspaniałymi darami. Król Zygmunt dary przyjął, ale swoją grę przeciwko Jagielle prowadził. Namawiał Witolda do oderwania Litwy od Korony. Witold nie połknął przynęty, czego niemal nie przepłacił życiem. Urządzono na niego w Kieżmarku zamach. "Gościnny" król węgierski udał, że o niczym nic nie wiedział, a uciekającego ku granicy z Polską księcia Witolda gonił, aby go pożegnać jak głosił.
                        Pod datą 4 marca 1410 r. znajdujemy wzmiankę o Zawiszy, że przebywa w Nowym Korczynie, gdzie spotkał się z królem Władysławem Jagiełłą, Zbigniewem z Brzezia i podkanclerzem. Treści rozmów nie znamy, ale rzecz dziwna, choć nie jadał posiłków na zamku z rachunków wynika, że kupowano dla niego żywność. Bardzo prawdopodobne, że przebywał tu w tajemnicy przed kimś, może przed posłem Zygmunta Luksemburczyka?
                        Długosz wspomina, iż "podówczas na dworze Zygmunta przebywali zaciągnięci na jego służbę rycerze polscy Tomasz Skalski h. Róża, Wojciech Malski h. Habdank, Bolesław Puchała h. Cieniawa, Zawisza Czarny i Jan Farurej h. Sulima, bracia rodzeni. Ci dowiedziawszy się, że król polski ich pan rzeczywisty Władysław zamierzył wyprawę przeciw Krzyżakom, za zezwoleniem króla Zygmunta, który ich hojnymi darami i obietnicami chciał odwieść od zamiaru i przy sobie zatrzymać, porzuciwszy na Węgrzech wszystkie dobra i majątki od króla uzyskane wzgardziwszy jego łaskami i szczodrymi obietnicami, opuścili go i przybyli do Władysława króla polskiego, aby z nim walczyć przeciw Krzyżakom i wszelkim jego nieprzyjaciołom".
                        Na wieść o wojnie Jagiełły z Krzyżakami wracali polscy rycerze zewsząd, "choćby Janusz Grzymalita - mąż sławny - jak Marcin Bielski podaje - z Hiszpanijej przyjechał, a miernie tam sobie z Saraceny poczynał".
                        Pod Grunwaldem wśród dwudziestu siedmiu fundatorów własnych chorągwi nie ma Zawiszy Czarnego ani jego brata. Nie było ich też wśród dowódców chorągwi, ani wśród członków rady wojennej. Nie byli więc tak bogaci jak inni rycerze - mogli ojczyźnie ofiarować tylko siebie.
                        Zawisza Czarny i jego brat Jan byli przed wielką chorągwią królewską z białym orłem na czerwonym polu, którą niósł chorąży krakowski Marcisz z Wrocimowic ¬ byli w grupie znakomitych rycerzy jako jej osłona. Był to tak zwany huf przedchoragiewny.
                        Na dzień przed bitwą grunwaldzką Ścibor ze Ściborzyc zdążył wręczyć królowi polskiemu wypowiedzenie wojny ze strony Zygmunta Luksemburczyka - tak to Zygmunt dotrzymał przymierza z Polską. Ścibor ze Ściborzyc z grunwaldzkich pół gnał okrężną drogą przez Czechy do swego mocodawcy, który polecił mu natychmiast wszcząć wojnę na południowej granicy Polski. Istotnie, Ścibor uderzył w imieniu Luksemburczyka na ziemię sądecką, spalił Stary Sącz, zagrabił co się dało i umknął do Bardiowa. Tu dopędziły go chorągwie polskie i zdobycz odebrały.
                        Po zwycięstwie nad Krzyżakami pod Grunwaldem 10 października wojska polskie walczyły pod Koronowem, w której to bitwie walczył Zawisza Czarny, a dzielnością odznaczył się jego brat Jan Farurej. W marcu 1411 r. poselstwo polskie ustaliło z wysłannikami Zygmunta Luksemburczyka, który był rozjemcą w sporze polsko - krzyżackim, warunki rozejmu.
                        Zawisza Czarny doprowadził do spotkania Jagiełły i Luksemburczyka w roku 1412 w Lubowli. Rolą Zawiszy było przekazywanie do tego czasu propozycji obu stron dyplomatom prowadzącym rokowania. Król polski z rycerstwem byli przyjmowani w Lubowli z rzadko spotykanym przepychem i ceremoniałem. Po ułożeniu tam warunków pokoju, wszyscy udali się najpierw do Koszyc, gdzie nastąpiła uroczysta część wizyty, potem przez Tokaj i Debreczyn do Wielkiego Waradynu. Jagiełło przybył tam w pielgrzymce do grobu św. Władysława. Stamtąd udał się do Budy.

                        --
                        pyrsk
                        Ballest
                        "Dobra retoryka jest tarcza niewiedzy"
                        Gleiwitz
                        • W Budzie spotkało się wtedy trzech królów: Jagiełło, Zygmunt i bośniacki Twartko II, czternastu panujących książąt, dwudziestu hrabiów, legat papieski, trzech arcybiskupów, jedenastu biskupów oraz tysiąc pięciuset rycerzy, którym towarzyszyło trzy tysiące giermków. Zjechali przedstawiciele siedemnastu krajów, nawet posłowie tureccy i chana tatarskiego. Na przedmieściach rozlokowano 40 tysięcy koni. Układ w Lubowli ułożony przez wybitnych prawników polskich zawierał potwierdzenie przez Zygmunta Luksemburczyka pokoju toruńskiego, zawartego z Zakonem 11 lutego 1411 r. oraz nowy ważny punkt (zresztą tajny), w którym król węgierski zobowiązywał się pomagać Polsce w odzyskaniu Pomorza.
                          Za tymi poczynaniami Zygmunta krył się brak pieniędzy. Wobec tego za kontrybucję wojenną otrzymaną przez Jagiełłę od Krzyżaków - za 37 tys. kóp groszy praskich - Zygmunt zastawił królowi polskiemu 16 miast spiskich.
                          Na cześć polskich gości urządzono w budziańskim zamku turniej rycerski. Brali w nim udział i Zawisza Czarny i jego brat Farurej, Dobko z Oleśnicy, Powała z Tczewa i inni. Długosz przytacza, że Polacy pierwsi wstępowali w szranki i ostatni schodzili z pola rycerskiej walki.
                          Lata 1413-1414 zbiegły Zawiszy na kilkakrotnych podróżach do Zygmunta na Węgry, potem w sprawie werbunku wojsk najemnych w Czechach i na Morawach dla przygotowywanej znów przeciw Krzyżakom wyprawie.
                          W 1414 r. wybuchła tzw. wojna głodowa z Zakonem. Zgodnie z ówczesnym zwyczajem wypowiadał wojnę nie tylko panujący, lecz i co znaczniejsi dostojnicy w stosunku do pogan. W pracy tej towarzyszyli mu pozostali członkowie polskiej państwowi oraz głośni rycerze. Wielki mistrz krzyżacki otrzymał w dniu 18 lipca 1414 r. wśród wielu takich listów z wypowiedzeniem wojny także list od Zawiszy Czarnego.
                          Zawisza otrzymał w listopadzie 1414 r. od króla Jagiełły dotację 800 grzywien na wsi Borowicze w powiecie pilzieńskim. A pieniądze te były mu bardzo potrzebne, bo sławny rycerz powołany został jako jeden z dwóch posłów króla - co było dowodem łaski królewskiej - na sobór powszechny w Konstancji. Sobór ten miał do załatwienia wiele spornych spraw, do których należały: likwidacja wielkiej schizmy, sprawa Jana Husa, kwestia najwyższej władzy w Kościele. Zwraca uwagę, że w delegacji polskiej było wielu prawników, bo też sprawa między Polską a Zakonem, którą w Konstancji miano załatwić należała do rzędu prawnych.
                          Delegacja polska na sobór otrzymała od Jagiełły pełnomocnictwa w Bieczu na początku listopada 1414 r. W Niepołomicach została oficjalnie pożegnana; do Konstancji dotarła 29 listopada. Przewodniczył jej biskup gnieźnieński Mikołaj Trąba, który w Konstancji został prymasem Polski. W jej skład wchodził biskup płocki, biskup poznański, rektor krakowskiej akademii Paweł Włodkowic, który odegrał główną rolę w sprawie polskiej na soborze, oraz dwaj panowie świeccy: kasztelan kaliski Jan z Tuliszkowa i Zawisza Czarny. Byli oni oficjalnymi posłami Królestwa Polskiego. Z delegacją polską jechał też opat cystersów z Mogiły i Piotr Chrostowski ¬ siostrzeniec możnych Szafrańców z Pieskowej Skały jako kronikarz sprawozdawca. W dniu przyjazdu i w chwilach na soborze dla Polski ważnych delegacja przekraczała 500 osób. Nigdy jeszcze na żadnym soborze czy zjeździe Polacy nie występowali tak licznie i tak okazale. W Konstancji budzili sensację. Byli zbrojni i strojni, zaopatrzeni w klejnoty, piękną broń, urodziwe wierzchowce, jednakowo ubrani w purpurowe płaszcze i czarne kapelusze. Przy wjeździe do miasta arcybiskup sypał złotem.
                          Pytanie jak prezentował się Zawisza Czarny na tle polskiej delegacji? Niewątpliwie musiał prowadzić ze sobą znaczny orszak skoro miał sekretarza. Z pieniędzmi też nie musiało być źle - gdy inni zapożyczali się, bądź przed soborem, bądź w samej Konstancji - Zawisza nie tylko długów nie robił, lecz sam jeszcze innych ratował w potrzebie. W Konstancji Zawisza wraz ze swymi ludźmi zamieszkał w domu Conrada Ruhena przy ulicy Św. Piotra.
                          Kręte są drogi dyplomacji. Delegacja polska na sobór przybyła później niż Krzyżacy, którzy rozwinęli zaraz oszczerczą działalność przeciw Polsce. Na oszczerstwa krzyżackie delegacja polska odpowiedziała natychmiast: w miejscach uczęszczanych rozlepiano plakaty demaskujące pozę i obłudę Zakonu; na plakatach widniał podpis Zawiszy Czarnego.
                          Paweł Włodkowic był głównym twórcą traktatu O władzy papieskiej i cesarskiej delegacji, których rolą było także nawiązywanie kontaktów z przedstawicielami innych narodów, głównie z Francuzami - jako że Włochów mieli za sobą - i z Anglikami, by zyskać sprzymierzeńców przeciw krzyżackim machinacjom. Odpowiedzią soboru na ten traktat był list wystosowany pod koniec lipca 1415 r. do Władysława Jagiełły z podziękowaniem za wysiłki czynione dla szerzenia chrześcijaństwa, a także i za to, iż tak znamienitych przysłał prałatów i tak dzielnych rycerzy, ozdobę całego soboru.
                          Wczesną jesienią 1415 r. Zygmunt Luksemburczyk wybrał się do papieża awiniońskiego Benedykta XIII, aby skłonić go do zrzeczenia się tronu papieskiego. Rycerze polscy - między nimi i Zawisza Czarny - byli w tej delegacji. Do papieża, aragończyka z urodzenia, cesarz nie dotarł, bo ten schronił się w górskiej twierdzy i do końca w niej przebywał, tronu papieskiego się nie zrzekając. Natomiast spotkał się Zygmunt Luksemburski z królem Aragonii - Ferdynandem Sprawiedliwym. Spotkanie w Perpignan miało bogatą oprawę: uczty, pochody, a zwłaszcza turnieje rycerskie modą ówczesną go uświetniały. Tu właśnie Zawisza Czarny spotkał się z najprzedniejszym rycerzem zachodniej Europy Janem z Aragonii, który pragnął zmierzyć się z Polakiem cieszącym się sławą niezwyciężonego w turniejach.
                          Jaki przebieg miał turniej rycerski z udziałem Zawiszy i Jana? Przede wszystkim trwał on wiele dni. W tym czasie spotykali się najprzedniejsi rycerze z obu stron. Wszyscy jednak oczekiwali starcia Aragończyka z Zawiszą. Gdy ta chwila nadeszła Zawisza miał jednym uderzeniem kopii wyrzucić z siodła sławnego przeciwnika. Tego się nikt nie spodziewał - dary przygotowane dla Jana z Aragonii wraz z pióropuszem, główną nagrodą turnieju - otrzymał Zawisza - został najsławniejszym rycerzem Europy owych czasów. Otrzymując swoją nagrodę miał rzec: "Przysięgam Bogu, Pannie Marii, że strzec będę zawsze i wszędzie czci i honoru swego króla i pana oraz czci i honoru swojej ojczyzny".
                          W okresie trwania soboru - pomiędzy Francją i Anglią toczyła się wojna. Zygmunt Luksemburczyk zaofiarował się na mediatora, a król francuski propozycję tę przyjął. Mediator pod koniec 1415 r. przybył do Paryża, a z nim panowie polscy. Ale zbliżał się koniec rozejmu polsko-krzyżackiego zawartego po tzw. wojnie głodowej w 1414 r. Ponieważ i panowie polscy i Krzyżacy byli w Zygmuntowym orszaku, tutaj w Paryżu w dniu 6 kwietnia 1416 r., przedłużono rozejm do 5 lipca 1417 r. Ze strony polskiej akt ten podpisał Mikołaj Trąba - arcybiskup i obaj panowie świeccy - Zawisza Czarny i Janusz z Tuliszkowa.
                          Z Paryża Zygmunt Luksemburczyk udał się do Anglii, pytanie czy wraz z nim pojechał też Zawisza Czarny?
                          W Alpach tyrolskich, na przełęczy zwanej Arlberg, już od 1385 r. istniało schronisko, bractwo św. Krzysztofa. Podróżni wdzięczni za pomoc lub ze względów filantropijnych składali sumki pieniężne i wpisywali się do księgi brackiej. W księdze tej znaleźli się członkowie delegacji polskiej na sobór w Konstancji, a wśród nich i Zawisza Czarny. Historycy przypuszczają, że pobyt w Arlbergu mógł wypaść w drugiej połowie 1416 r., o ile rycerze polscy nie pojechali do Anglii z Zygmuntem, albo co jest bardziej prawdopodobne, po powrocie stamtąd, w pierwszej połowie 1417 r.
                          Kończył się trzeci rok obrad soborowych, gdy wreszcie rozpoczęto przygotowania do wyboru papieża. Jak dotąd prawo wyboru mieli tylko kardynałowie, tu jednak w Konstancji obok kardynałów prawo głosu umieli delegaci wszystkich nacji.

                          --
                          pyrsk
                          Ballest
                          "Dobra retoryka jest tarcza niewiedzy"
                          Gleiwitz
                          • Spośród najprzedniejszych rycerzy powołano dwudziestu czterech "stróżów wolności i bezpieczeństwa" wyborców. Znalazło się między nimi trzech Polaków: Janusz z Tuliszkowa, Zawisza Czarny i Stanisław Merski. W dniach 9 - 11 listopada 1417 r. dwudziestu trzech kardynałów i trzydziestu członków nacji wybrało nowego papieźa. Został nim kandydat Francuzów - Włoch Oddo Colonna jako Marcin V.
                            Ku zdumieniu Polaków jedną z pierwszych spraw, jaką nowy papież załatwił, było potwierdzenie Zakonowi Krzyżackiemu wszystkich poprzednio uzyskanych przywilejów prawdziwych i fałszywych, które na początku soboru papież Jan XXIII unieważnił. Jednym z powodów tej decyzji było napisanie w 1416 r. przez Jana Falkenberga, za podpowiedzią krzyżacką, paszkwilu na Polskę noszącego tytuł Satyra na herezje i na nikczemność Polaków oraz króla ich Jagiełły. Paszkwil ten rozkolportowano w formie książeczki i wręczono nacjom biorącym udział w soborze.
                            Paszkwil ten przedyskutowany był na posiedzeniach nacji, przy czym na każde takie posiedzenie reprezentantów narodów przybywali panowie polscy, a wśród nich Zawisza, i przedstawiali polski punkt widzenia. Wynikiem zabiegów delegacji polskiej było uznanie Satyry Falkenberga za gorszącą. Autora zaś, który oszczerstw nie odwołał, aresztowano i skazano na dożywotnie więzienie.
                            Dzień 22 kwietnia 1418 r. - ostatni dzień soboru - zgromadził wszystkich jego uczestników. Kiedy w katedrze na ambonę wszedł dla wygłoszenia kazania pożegnalnego biskup Katanii, wówczas adwokat delegacji polskiej: Włoch Kacper z Perugii, przerwał mu i zażądał publicznego potępienia Satyry Falkenberga. Papież, dotknięty tym wystąpieniem, nakazał przerwać czytanie protestu polskiego, na co rektor Paweł Włodkowic wziął pismo z rąk Kacpra i sam zaczął je czytać. Zapowiedział też notariuszom soboru, że apelacja polska w tej sprawie publikowana i ponawiana będzie aż do skutku.
                            Po zakończeniu soboru 4 maja, posłowie polscy w komplecie udali się do pałacu, który w Konstancji zajmował papież, aby wręczyć mu apelację osobiście. Bramy zostały zamknięte a odźwiernemu wydano zakaz, aby odmówił wpuszczenia posłów. W tej sytuacji bramę wyważono i posłowie polscy do pałacu weszli, a papież chcąc nie chcąc przyjąć ich musiał.
                            9 maja 1418 r. papież wezwał do siebie pozostałych jeszcze w Konstancji przedstawicieli nacji polskiej i choć Polacy obawiali się aresztowania, stawili się przed Marcinem V. Tutaj odczytano im akt oskarżenia biskupów polskich o nieposłuszeństwo papieżowi, co groziło klątwą. Rycerze polscy Zawisza Czarny i Jan z Tuliszkowa oświadczyli wobec papieża, że podtrzymują apelację polską i będą bronić czci polskiego króla i swojej ojczyzny "gębą i ręką", czyli słowem i orężem. Sprawa skończyła się decyzją papieża - nie soboru - oceniającą pismo Falkenberga za błędne, nakazującą jego zniszczenie. Delegacja polska wyroku wysłuchała, apelacji jednak do przyszłego soboru nie wycofała. Dość chłodno wypadło pożegnanie papieża Marcina V z delegacją polską, co nie przeszkodziło Zawiszy - jak podaje kronikarz - przystrojonego przedziwnie strusimi piórami w odprowadzeniu nowo wybranego papieża w orszaku do Szafuzy.
                            Epilogiem tej sprawy było odwołanie przez Jana Falkenberga paszkwilu przeciwko Polsce w dniu 17 stycznia 1424 r. w obecności Marcina V, kardynałów i wielu biskupów. I choć Zawiszy przy tym nie było, nie pomniejsza to roli jaką w tej sprawie odegrał.
                            Polska delegacja soborowa wyjechała z Konstancji 17 maja 1418 r. 19 czerwca nastąpiło spotkanie z królem, królową i dworem. Jan Długosz podał: "[Król] wyszedłszy naprzeciw nim, razem z królową przyjmował z wielką czcią łaskawością i pociechą ze szczęśliwego powrotu", choć przecież droga sprawiedliwości przez sobór w stosunku do Krzyżaków okazała się zawodna.
                            Pytanie, jakie znaczenie dla Zawiszy miała jego obecność w Konstancji?
                            Z pewnością sam fakt, iż znalazł się jako jeden z dwóch świeckich posłów w siedmioosobowym przedstawicielstwie Polski ma już swoją wymowę. Zawisza przebywał w gronie najwybitniejszych ludzi owego czasu: władców, uczonych, polityków, rycerzy. Musiał zatem reprezentować nie tylko siłę mięśni i sprawne władanie bronią, ale i zalety umysłu. Zobaczył przy tym kawał świata i zyskał sławę pierwszego rycerza Europy, co nie przydarzyło się już żadnemu innemu Polakowi.
                            W środku wydarzeń soborowych musiał powrócić na krótko do kraju. Po co, nie wiadomo. Faktem jest, że Zawisza był w Polsce w 1417 r., jako że został wówczas mianowany starostą kruszwickim, co było pierwszym urzędem jakim się legitymował.
                            Co przyniosły Zawiszy Czarnemu następne lata?
                            Sławny rycerz był tam gdzie winien być człowiek wierny królowi. 1 stycznia 1418 r. papież Marcin V potwierdził przywileje krzyżackie, które pozwalały im zajmować ziemie pruskie, litewskie, żmudzkie, ruskie, inflanckie pod pozorem nawracania na chrześcijaństwo. Tenże papież osobną bullą zakazał Jagielle i Witoldowi wszelkich kroków na niekorzyść Krzyżaków i wyznaczył swoich legatów dla rozsądzenia sporu. Legaci papiescy - jak pisze Marcin Bielski - "dali się przepchać złotą szwajcą", czyli przekupić, przyznając całkowitą rację Krzyżakom, ignorując oczywiste racje Polski.
                            Wkrótce rycerstwo polskie ruszyło przeciwko Zakonowi. Zawiszę widzimy wówczas czynnego zarówno w mediacji dyplomatycznej jak i w obozie wojskowym. Towarzyszył on Jagielle na zjeździe z Zygmuntem Luksemburskim w Koszycach w maju 1419 r., później znajdował się z wojskiem pod Będzinem i Wkrą, a następnie obecny był na procesie we Wrocławiu w dniu 6 stycznia 1420 r.
                            W ciągu 1421 r. Zawisza Czarny posłował w imieniu Jagiełły do Zygmunta Luksemburskiego 11 razy. Dnia 2 stycznia 1422 r., udając się do Luksemburczyka w sprawie uwolnienia posłów czeskich (uwięzionych przez księcia Janusza Raciborskiego), w czasie rozprawy Jana Żiżki z wojskami Zygmunta pod Niemieckimi Brodami, Zawisza jako poseł dostał się do niewoli. Według legendy władca polski musiał zapłacić za zwolnienie sławnego rycerza tyle złota ile ten ważył. Ale to tylko legenda.
                            W nierozwiązanym drogą dyplomatyczną sporze polsko-krzyżackim, znów pozostał tylko miecz. Po Grunwaldzie, wojnie głodowej 1414 r., wojnie odwetowej 1419 r., w lipcu 1422 r. podjęta została czwarta rozpraw wojenna. Zawisza oczywiście stawał na placu boju. Tym razem, na mocy pokoju zawartym nad jeziorem Melno, Krzyżacy musieli uwzględnić przynajmniej niektóre żądania polskie. Polska uzyskała Nieszawę i parę innych miejscowości, a Litwa Żmudź.
                            • W latach dwudziestych XV w. Zawisza ponownie wykonuje różnego rodzaje misje dyplomatyczne, między innymi w 1424 r. posłuje do Budy, by zaprosić Zygmunta Luksemburskiego na koronację czwartej żony Jagiełły - Sońki. Koronacja odbyła się 10 marca 1424 r., a następnego dnia, w sobotę, słynny rycerz zaprosił wszystkich znakomitych gości królewskiego dworu, w sumie kilkaset osób, na ucztę, którą dla nich przygotowano w domu mieszczanina krakowskiego Diwesa przy ulicy Świętego Jana.
                              Wiemy już, że Zawisza Czarny bywał w szerokim świecie, ale nie znamy podstawowej sprawy: odpowiedzi na pytanie gdzie mieszkał na stałe? Musiał przecież gdzieś żyć, odpoczywać, przebywać z rodziną, ze swoimi czterema synami: Stanisławem, Marcinem, Zawiszą i Janem. Przypuszcza się, że Zawisza mieszkał w Krakowie, bo posiadłości ziemskiej nie miał. W Garbowie mieszkali jego dwaj bracia. Skąd zatem czerpał dochody? Wiadomo, że otrzymane w 1414 r. od Jagiełły 800 grzywien wystarczało na magnacki niemal poziom życia, ale na zakup majętności ziemskiej nie starczało jeszcze. Dużą część dochodów Zawiszy stanowiły dary i nagrody z turniejów rycerskich. Na własność rycerza przechodziły też dostatki należące do pokonanego: zbroja, konie, broń.
                              Od 1419 r. Zawisza zaczyna kupować dobra ziemskie: wieś Wiewiórkę za 600 florenów, a posiadane Szymanowice zamienia z Janem z Zasowa na jego dwie wsie Zasów i Nagorzyn, przy czym dopłaca do nich 1000 grzywien. Wcześniej ¬ w 1417 r. zostaje starostą kruszwickim.
                              W 1420 r. Zawisza otrzymuje urząd starosty spiskiego. Jagiełło umieścił na spiskim posterunku człowieka, któremu ufał - zwłaszcza znając nieobliczalność Zygmunta Luksemburczyka. Sprawując na Spiszu władzę w imieniu króla Zawisza przebywał w Lubowli.
                              W 1424 r. r. Zawisza Czarny był bogatym człowiekiem, skoro stać go było na nabycie Rożnowa nad Dunajcem. Dobra rożnowskie obejmując zamek i kilkanaście wsi należały od roku 1359 do rodu Rożenów herbu Gryf. Ród ten zamieszkiwał przed rokiem 1306 ziemię szczyrzycką. W roku 1408 Małgorzata z Rożenów, żona kasztelana łęczyckiego Jana z Łękoszyna, wyprocesowała od swego stryja połowę Rożnowa jako zaległy posag, po czym sprzedała tę część arcybiskupowi gnieźnieńskiemu Mikołajowi Kurowskiemu z Kurozwęk. Po nim Rożnów objął jego bratanek Piotr, starosta sądecki. Nie utrzymał on tej fortuny i w roku 1424 zastawił swoją połowę Rożnowa za 800 grzywien Zawiszy Czarnemu. Zawarta umowa zawierała warunek, iż jeśli zastawca sumy pożyczonej do roku nie zwróci, Zawisza dopłaci 200 grzywien i zostanie właścicielem tych dóbr.
                              Istotnie - Zawisza został panem połowy Rożnowa oraz należących do niego wsi: Bartkowej, Górowej, Glinnika, Jedlnej (Jelnej), Posadowej, Radajowic, Załęża, Przydonicy i nieistniejącej dziś wsi Załagoszczy. Posiadłość Gródek zastawiona była także, ale i ją Zawisza wykupił dla siebie z zastawu. Do poprzednich wsi doszły: Roztoka, Brzeziny, Zalesie, Łaziska, Wiesiółka, Podole. Wcześniej, bo w roku 1423, zakupił wieś Borową, nieopodal Rożnowa. Łącznie z posiadanymi dobrami w dorzeczu Dniepru posiadał Zawisza 31 wsi.
                              Akt nabycia dóbr rożnowskich miał miejsce 23 lutego 1425 r. i wówczas Zawisza przeniósł się wraz z rodziną do Rożnowa, do niewielkiego strażniczego zameczku. Niestety, zamek ten nie dotrwał do naszych czasów, a jego ilustracje najwcześniejsze pochodzą z połowy XIX w.
                              Rafał Rożen z Kąśny, syn Piotra niegdyś właściciela zamku rożnowskiego, upomniał się Janowi Zawiszycowi - synowi Zawiszy Czarnego o zwrot zamku rożnowskiego. Połowę tegoż zastawił ojczym Rafała - Wiernek z Gabonia - w roku 1409 Michałowi z Kurozwęk - arcybiskupowi gnieźnieńskiemu za 100 grzywien. Jan Zawiszyc przyznał w roku 1449 połowę trzymanego za zastaw zamku rożnowskiego Rafałowi z Kąśny, zaznaczając, iż gotów mu oddać połowę jego murów skoro tylko otrzyma od niego zwrot owych 100 grzywien.
                              Zawisza nie zdołał nacieszyć się ani posiadłościami ziemskimi ani rożnowską rezydencją. Zanosiło się w 1428 r. na następną wojnę przygotowywaną przez Zygmunta Luksemburczyka przeciwko Turkom. Dlaczego Zawisza poszedł na tę wyprawę? Pewnie dlatego, że nadarzała się okazja walki z największym niebezpieczeństwem świata chrześcijańskiego. Dla takiej wojny już raz, w roku 1408, szedł pod Doboj, choć jej efektem była wyprawa przeciwko Bośni.
                              W początkowej fazie wyprawy przeciw Turkom wojska Zygmunta Luksemburczyka liczyły w maju 1428 r. kilkadziesiąt tysięcy. Szli rycerze z Węgier, Niemiec, z Czech, Serbii, Wołoszy. Rusinów prowadził książę Witold. Zawisza Czarny prowadził rycerzy z Polski. W tej armii były też wojska najemne z innych krajów.
                              Początek wyprawy był pomyślny. Flota chrześcijańska na Dunaju rozbiła Turków i uszkodziła umocnienia twierdzy Golubac (Gołębiec), która broniła wejścia w głąb terytorium zajętego przez Turków. Sułtan Murad I dość szybko przybył twierdzy na ratunek i wówczas losy wyprawy poczęły się odwracać na niekorzyść wojsk Zygmunta Luksemburczyka.
                              Rozpoczął on natychmiast z Turkami pertraktacje i uzyskał dość korzystne warunki wycofania się. Jego wojska miały przeprawić się na lewy brzeg Dunaju. Ale Turcy rozejmu nie dotrzymali i gdy począł się odwrót wojsk chrześcijańskich ruszyli na nie do ataku. Część wojsk przeprawiła się przez Dunaj, bardzo wielu rycerzy zostało na polu bitwy, wielu potonęło w Dunaju, poszło w niewolę. Mizerny strateg i niedołężny wódz Zygmunt Luksemburski znalazł się w niebezpieczeństwie. Uratował go wówczas Zawisza Czarny, odstępując mu wóz zaprzężony w mocne konie oraz oddział polskich rycerzy, którzy odstawili cesarza w bezpieczne miejsce. Zawisza Czarny pozostał z wojskiem na prawym brzegu Dunaju i choć cesarz przysłał po niego łódź, która nie mogła zabrać wszystkich trwających przy rycerzu, wróciła ona bez Zawiszy Czarnego.
                              Legendowy przekaz mówi, iż Zawisza miał oświadczyć, że "nie ma takiej łodzi, która by mogła przewieźć honor Zawiszy". Zawisza pozostał na prawym brzegu Dunaju i podjął nierówną walkę z turecką odsieczą. Kronikarz Jan Długosz zanotował: "Niebawem otoczony przez Turków, którzy wzięli go za króla lub jakiego księcia dla zbroi świecącej i połowy czarnego orła, którego miał w herbie na płaszczu zbroję okrywającym, dostał się do niewoli". Według tej relacji Długosza, jeńca prowadzono do sułtana zdjąwszy mu szyszak z głowy. W drodze dwaj żołnierze tureccy, z których każdy uznał jeńca za swoją własność, pokłócili się o swoje prawa. Jeden z nich miał ściąć głowę pojmanego. Głowę Zawiszy zaniesiono sułtanowi, ciało odarte ze zbroi pogrzebali Racowie (Serbowie).
                              Inni kronikarze podali, że Zygmunt Luksemburczyk jeszcze w miesiąc po bitwie nie był pewny czy Zawisza zginął. Dopiero w sierpniu 1428 r. nie było już wątpliwości, iż polski rycerz nie żyje. Powszechnie oskarżano Zygmunta Luksemburczyka o tę śmierć.
                              Symboliczny pogrzeb Zawiszy odbył się w Krakowie, w kościele 00. Franciszkanów, w listopadzie 1428 r. Elegię na śmierć Zawiszy Czarnego ułożył w języku łacińskim kanonik wawelski Adam Świnka, rozpoczynając ją słowami:
                              Arma tua fulgent, sed non hic ossa quiescunt, Divae memoriae miles, o Zawisza Niger.
                              W tłumaczeniu polskim tekst ten brzmi: "Lśni twój herb, ale twoje nie leżą tu kości, Zawiszo Czarny, sławy wieczystej rycerzu".
                              Jan Długosz charakteryzując wielkiego rycerza, napisał: "Nie tylko w tej bitwie, ale we wszystkich wyprawach okazywał się rycerzem dzielnym i znakomitym, słynął odwagą i wielkimi czynami, w których mu nikt nie dorównywał (...) imieniem Zawiszy na prawdę swych słów zaklinało się rycerstwo polskie".
                              Ta jego cnota, dotrzymywanie danego słowa, wysuwała się na czoło. Powszechnym było powiedzenie: Na nim ci; jak na Zawiszy, które w zmienionej formie przetrwało po dzień dzisiejszy.
                              Opracowanie na podstawie:
                              Anna Klubówna, Zawisza Czarny w historii i legendzie,
                              Karol Bunsch, O Zawiszy Czarnym opowieść,
                              Słownik Geograficzny Królestwa Polskiego, t. III s. 942; t. IX, s. 868.

                              --
                              pyrsk
                              Ballest
                              "Dobra retoryka jest tarcza niewiedzy"
                              Gleiwitz
                              • Cyt; "Znał z całą pewnością język niemiecki", pisze autorka.
                                Szkoda że niy dodała, że w tamtych czasach (poza wsiom), polskigo prawie niy boło. Godało sie łacinom, abo czyńścij po niymiecku
                                --
                                Kożdo prowda potrzebuje odważnego co jom wypowiy
                                • Znou niemiecki, bo Ni9emcem bou ;)
                                  Ku pokrzepieniu serc. Długie.
                                  Lipiec 16, 2010

                                  Ilu Krzyżaków zginęło pod Grunwaldem? Ani jeden. To nie jest żart, tak twierdzą mediewiści, fachowcy, którzy w końcu przyjrzeli się sławetnej bitwie, po tym, jak przez półtora stulecia zajmowali się nią propagandyści dwóch narodów, które – jeśli wierzyć siedemnastowiecznej przepowiedni Wacława Potockiego, mają marne szanse na to aby się (jak świat, światem itd.) ze sobą zbratać.

                                  Dość dokładnie wiadomo, gdzie zwolennicy Przenajświętszej Panienki wzięli się 15 lipca 1410 roku za łby z oddanymi sługami Jezusa Chrystusa. Było to na polach pomiędzy dwiema wsiami: Tannenbergiem (obecnie: Stębark) i Ludvigsdorf (dzisiaj: Ludwigowo). Tam też poległo 203 (według jednych źródeł) lub 209 (według źródeł innych) braci-rycerzy z czarnym krzyżem na białym płaszczu. Znani są od stuleci z imienia, nazwiska i herbu, w komturii w Maastrich znajduje się wmurowana tablica, każdy mógł i może sobie nadal przeczytać. Szkoda że wielcy mitotwórcy nie znaleźli czasu aby zawracać sobie głowę takimi nieistotnymi szczegółami. Jeszcze bardziej żal, że nie przeczytali dokładnie Długosza, ufając bardziej neofickiemu zapałowi sympatycznego skądinąd, spolszczonego Austriaka. Spróbujmy zaprowadzić trochę porządku do tego bałaganu.

                                  Przydługi wstęp.

                                  Początek XV stulecia. Spór pomiędzy Zakonem, który nigdy nie zwał się sam Krzyżackim (Ordo fratrum domus Sanctae Mariae Theutonicorum Ierosolimitanorum zawdzięczał swą nazwę ufundowanemu przez niemieckiego (z pochodzenia) cesarza szpitalowi w Jerozolimie), a (dopiero co) zjednoczonymi poprzez unię personalną państwami zwącymi się wówczas Koroną i Litwą (przy czym ta ostatnia obejmowała terytorialnie w 80% tereny Rusi przeróżnych odcieni i barw) nabrzmiewał sobie już od pewnego czasu. Obie strony nie miały łatwo. Po występie Filipa Pięknego, który na przykładzie Zakonu Templariuszy pokazał, rach-ciach, jak to się robi, Zakon Najświętszej Marii Panny miał podstawy do pewnej nerwowości i wybrał (jeszcze bardziej dynamiczną niż dotychczas) ekspansję terytorialną jako rodzaj ucieczki do przodu. Z braku pogan (Litwini i Żmudzini zdradzali poważne inklinacje do przyjęcia nowej wiary nie tylko na pergaminie) zakonni przywódcy wymyślili sprytną koncepcję tzw. prawdziwych chrześcijan. Było to rozwiązanie mądre, bo implikujące również istnienie chrześcijan nieprawdziwych. Wszelkie podobieństwa do lansowanej obecnie w pewnych środowiskach idei „prawdziwych Polaków“ są naturalnie przypadkowe. Prawdziwi chrześcijanie byli gotowi krzewić wiarę nawet w sytuacji ewidentnego braku prawdziwych pogan, a szukającym rycerskich wawrzynów Flandryjczykom, Burgundczykom, Frankom bądź Anglosasom było to ganc pomada. Ważne, aby były wawrzyny, a do tego była potrzebna krucjata, czyli rzeź niewiernych na rubieżach chrześcijaństwa. Zresztą papiestwo zakon wielokrotnie popierało, więc w czym rzecz? Gdy w 1409 roku zakon wezwał kwiat europejskiego rycerstwa do rozprawy z nieprawdziwymi chrześcijanami, chętni stawili się licznie, aczkolwiek nie tak licznie jakby mogli, gdyby chcieli. Czas krucjat jakby minął. Ziemię Dobrzyńską i Kujawy zajmować musieli (z braku ochotników) kosztowni, bo domagający się uczciwego żołdu najemnicy. Zresztą wycofani na czas zimy. Na przełomie 1409 i 1410 roku Władysław porozumiał się wreszcie w Brześciu z kuzynem Witoldem i sprawy potoczyły się bardziej wartko. Zanosiło się.

                                  Recepcja

                                  Uważny czytelnik, przekonany że interpretacja tego fragmentu naszej historii może być najwyżej przedmiotem polsko-niemieckich kontrowersji, może się poważnie zdziwić. Pierwsze zdziwienie dotyczy Litwinów, którzy zupełnie oficjalnie podają, że w zwycięskiej bitwie stoczonej pod Žalgirio przez dwóch Litwinów, Jogailę i Vytautasa brali również udział (między innymi) Polacy. Inne rewelacje w białoruskich podręcznikach, podkreślony zostaje wkład protoplasty białoruskiego rodu Gruszeckich. Holender dowiaduje się, że w Slag bij Tannenberg, polski król Wladislaus II odniósł zwycięstwo nad „strijdkrachten van de Duitse Orde en hun Boheemse en andere bondgenoten“ (siłami zbrojnymi niemieckiego zakonu, Czech i innych sojuszników). Rosyjski student wyczyta w swej książce, że pogromu teutońskiego zakonu dokonały połączone siły królestwa Polski i Wiekiego Księstwa Litwy i Rusi, a Czech rozpoczyna swą edukację od ważnej informacji, że „byla to bitva mezi řádem německých rytířů a polsko-litevskou koalicí, výrazně podpořenou českým vojevůdcem Janem Sokolem z Lamberka a Janem Žižkou z Trocnova, který zde, podle některých historiků, mohl přijít o oko.“ Aż strach pomyśleć co na ten temat można wyczytać w mołdawskich lub mongolskich podręcznikach.

                                  Skąd ten Grunwald?

                                  Przez pomyłkę. W liście pisanym bezpośrednio po bitwie do domu, król informuje małżonkę że odniósł zwycięstwo nieopodal wsi Grunenvelt, miał zapewne na myśli przysiółek o nazwie Grünenfelde, przy którym znajdował się obóz przeciwnika. Dwa pokolenia później, ze znanych tylko sobie powodów, Długosz wymienia w swych kronikach Grunewald i tak już w polskim dziejopisarstwie pozostało. Dla reszty świata była to bitwa pod Tannenbergiem, jednak heroiczne boje polskich wikipedystów sprawiły, że nawet w anglojęzycznej Wikipedii zwyciężył w 2007 roku Grunwald. Późno, ale zawsze. W zasadzie już tylko Niemcy i kilka innych nacji upiera się przy Tannenbergu, reszta przychyla się do Grunwaldu lub końskim targiem podaje rozmaite nazwy. Polak potrafi. Wioska Grünfelde uzyskała swą słuszną nazwę Grunwald na skutek administracyjnej decyzji dopiero w 1945 roku. Do tego momentu takiej miejscowości (poza polską literaturą) nie było. Zresztą przekręty geograficzne były po obu stronach. Gdy w sierpniu 1914 armia niemiecka dokonała na południe od Olsztyna przełomu rosyjskiego frontu, natychmiast – chociaż działania wojenne toczyły się na odcinku ponad 100 km – nazwano to znaczące osiągnięcie „Bitwą pod Tannenbergiem“. W celu skutecznego „zmazania hańby“ przesunięto nawet słynny „kocioł“ Hindenburga o 30 kilometrów na zachód i postawiono na polu pod Tannenbergiem monument upamiętniający to zdarzenie. W 1945 roku pomnik został wysadzony w powietrze przez wycofujące się niemieckie oddziały. Najprawdopodobniej z obawy, że zwycięzcy zrobią z pomnikiem to, co hitlerowcy zrobili by w 1939 z grunwaldzkim płótnem Matejki, gdyby je znaleźli. Czy można by im się dziwić?

                                  Liczebność wojsk.

                                  Jest to zabawny aspekt. Do dzisiejszego dnia uczeni w piśmie nie mogą się jakoś sensownie porozumieć. Zaczęło się już krótko po bitwie, tzw. Kroniki Lubeckie donoszą o bitwie przeogromnej, w której wzięły udział 1.700.000 Polaków, 2.700.000 Litwinów i skromne inne posiłki innych nacji w liczbie jednego miliona chłopa. Nic dziwnego, że Zakon poniósł klęskę. Współczesny (wydarzeniom) burgundzki kronikarz Enguerrand de Monstrelet jest już o wiele skromniejszy podając liczbę 600.000 adwersarzy Zakonu Marii Panny. Fantazjujący na dworze Wacława II augustynin Ondřej z Řezna nie miał aż takich hamulców i liczbę tę podwoił (1.200.000 nas tam było). Długosz nie pozostawił żadnych szczegółowych danych, tak że ostatnie 200 lat były nieustającym festiwalem historyków którym raz wydawało się to, a kiedy indziej coś innego. Pierwszym, który zaczął liczyć zamiast szacować był Ludwik Kolankowski (30 tysięcy sił polsko-litwewskich), Henryk Łowmiański w swej (zatrzymanej przez cenzurę) „Polityce Jagiellonów“ zredukował siły polskie do 12.000, a ostatni z długiego pocztu polskich mediewistów, Andrzej Nadolski pogrzebał w źródłach, posłużył się metodami statystycznymi i poszedł jeszcze dalej. Najbardziej zaskakująca jest podana przezeń liczba rycerzy zakonnych: wzięło ich udział w zmaganiach 250, poległo 203 z czego jedynie 18 na polu bitwy, a reszta została wyrżnięta przez chłopstwo w trakcie zdobywania taborów. Ot, ilość ludzi, która zmieściła by się w trzech autobusach.

                                  http:
                                  • Skład etniczny

                                    Pomysł, że pod Grunwaldem zmagali się głównie Polacy z Niemcami jest pomysłem nowym i raczej trudnym do obrony. Wszystko przemawia raczej za spotkaniem dwóch wieloetnicznych armii, potykających się w ramach wojny, której stawką była suwerenność i zdolność przeżycia dwóch zgoła odmiennych organizmów państwowych. Długosz pozostawił nader dokładny spis walczących po obu stronach chorągwi, łatwo (przy odrobinie chęci) dojść jakiego pochodzenia byli np. Sołtysi założonych na prawie niemieckim wsi będący podporą tzw. 13 koronnych chorągwi regionalnych
                                    . Ale też w czterech głównych chorągwiach tzw. dworskich było kolorowo i wesoło. W małopolskiej obok siebie ramię w ramię walczyli Zyndram z Maszkowic, Marcin z Wrocimowic i Zawisza Czarny. Kwiat polskiego rycerstwa. Tak, tak – ten sam Zyndram herbu słońce co u Sienkiewicza wołał „Gotuj się, gotuj!. Sienkiewicz zapomniał tylko napisać w jakim języku wołał – Sindram był małopolskim Niemcem, a jego ojciec przywędrował z Hesji. A taki chorąży koronny Marcin z Wrocimowic (ten co upuścił główną chorągiew z orłem białym) to dopiero był numer. Nasz Martin, chociaż utracił nadane jego (jak najbardziej niemieckiej) rodzinie Wrocimowice, nadal przywiązany był do tytułu. Król mu zresztą incydent z chorągwią potem wybaczył i nawet dał we władanie Dębowiec. Sprawę z chorągwią uratował Savischa der Schwarze von Grabow. Tak przynajmniej nazywa wiernego druha Jana Luksemburczyka niemiecka encyklopedia i można by to uznać za popłuczyny niemieckiej, szowinistycznej propagandy, gdyby informacja o niemieckim pochodzeniu rycerza nie pochodziła od Jana Długosza. Z drugiej strony, jak się pomyśli, że obok wielkiej chorągwi zakonu (tej, którą dowodził Frideric von Wallenrode), stali towarzysze broni z chorągwi księcia oleśnickiego Konrada Białego, a zaraz kawałek dalej chorągiew miasta Chełmna wystawiona przez rycerza Janusza Orzechowskiego, a dalej chorągiew Kazimierza V, księcia szczecińskiego (mogę dalej) to brr, dziwnie się robi. Nadolski może mieć niestety rację sugerując, że ilość zarówno Niemców jak i Polaków mogła być mniej więcej równa po obu stronach. Tyle że my, to również Litwini, Rusini, Tatarzy,i Mołdawianie, oni zaś, to kolorowa zbieranina zachodnioeuropejskich sprzymierzeńców. Czesi i Morawianie rozłożyli się (podobnież) równo po obu stronach. I choć Sienkiewicz twierdził (za Szejnochą i Długoszem), że oddziały Jogaiły ruszyły do boju z Bogurodzicą na ustach, zakonni sprzymierzeńcy twierdzili potem z uporem, że wszystko zagłuszało tatarskie Ałła! Ałła! I po wykupieniu z niewoli ponieśli w Europę wieść o strasznej porażce poniesionej w bitwie z Saracenami.

                                    Skąd się wzięło to co (obecnie) mamy?

                                    Ojcem mitologii grunwaldzkiej (po stronie polskiej historiografii) jest niewątpliwie Karol Szajnocha. Ciekawa to postać. W zasadzie był synem austryjackiego lekarza o nazwisku Wenzel Scheynoha-Vtelensky, ojciec jednak odkrył w sobie słowiańską krew, ożenił się z Polką a nawet nauczył trochę polskiego. Dzieci wychował na polskich patriotów, Karl Scheynoha wpierw zmienił nazwisko na Szejnocha, potem imię na Karol by w końcu, przez całe życie, bezskutecznie próbować zatrzeć ślady swego pochodzenia. Jako historyk pojmował swoją rolę jako patriotyczną misję i w tym duchu stworzył szereg pozycji fantastyczno-historycznych, na których następnie, przez resztę XIX wieku wychowywała się inteligencja zaboru austriackiego i rosyjskiego. To z jego czterotomowego dzieła pt. „Jadwiga i Jagiełło“ zaczerpnął (nie trudząc się dalej sprawdzaniem wiarygodności źródła) swe pomysły w swym komiksie Henryk Sienkiewicz. Wyszło mu to co wyszło, uroczy, czarno-biały literacki kicz krzepi serca aż po dzień dzisiejszy i nic nie można już na to poradzić. Krzyżacy są bez wyjątku podstępnymi psychopatami, paranoikami, sadystami i erotomanami, a po stronie polskiej występują niezliczone rzesze aniołów i cierpiętników. Ładny esej na ten temat napisał swego czasu Ludwik Stomma. Jan Matejko zilustrował komiks na dużej powierzchni, dostarczając wizualnego uzupełnienia literackiej wizji noblisty. Czego tam nie ma! Wszystko jest! Wielki Mistrz ginie z ręki wojownika odzianego w katowski kaptur (dobrze mu tak!), drugi osiłek godzi w Ulricha włócznią Bolesława Chrobrego. Większość przedstawionych rekwizytów jest z XVI wieku, a twarze zapożyczył nasz genialny rodak od krakowskich znajomych. Nad krajobrazem unosi się polski święty błogosławiąc hufcom polskim z obłoków i jest to najbardziej realistyczny element całości. W okresie międzywojennym historycy nieśmiało i dyskretnie próbowali wprowadzić do wizji realia – bezskutecznie. Imperatyw patriotyczno-wolnościowy był niemożliwy do zakwestionowania i wszelkie próby klasyfikowane były natychmiast jako zdrada narodowa. Wydawało się, że po 1945 roku coś się może zmienić, historia sprawiła nam jednak figla. Obsesja antyniemiecka Władysława Gomułki była tak silna, że całe zastępy cenzorów dbały o podtrzymanie w masowej wyobraźni obrazu zachodnioniemieckiego imperialisty, który obowiązkowo, obok hełmu wehrmachtu musiał mieć biały płaszcz z czarnym krzyżem. Uwypuklono rolę dzielnych pułków smoleńskich. W ten nurt wpisał się idealnie Aleksander Ford z jego niezapomnianym dziełem, w którym Wielki Mistrz ma wyraźny adolfowy obłęd w oku, a komturzy przed bitwą wrzeszczą mu zgodnym chórem „sieg heil!“ Po stronie zakonu występują rzesze odzianych w stal i czarno-białe insygnia niesympatycznych statystów. Jedyny naiwny Francuz zaś zostaje podstępnie zadźgany.

                                    pytania.wordpress.com/2010/07/16/ku-pokrzepieniu-serc/

                                    --
                                    pyrsk
                                    Ballest
                                    "Dobra retoryka jest tarcza niewiedzy"
                                    Gleiwitz
                                    • Tyler Cowen
                                      Plan Marshalla – fakty i mity
                                      (fragment)
                                      Potoczna opinia głosi, że plan Marshalla ożywił powojenną Europę, zatrzymał ekspansję Związku Radzieckiego, uniemożliwił rozprzestrzenienie się komunizmu, pomógł zachować w Europie tradycję kapitalistyczną, spowodował olbrzymi wzrost gospodarczy i pomógł uratować gospodarkę amerykańską przed powojenną depresją. Winston Churchill określił kiedyś Plan Marshalla jako "najbardziej wspaniałomyślny akt w historii". Niewiele posunięć politycznych Ameryki jest traktowanych przez historyków z podobną rewerencją.
                                      Plan Marshalla jest czymś więcej niż faktem historycznym – stał się współczesnym mitem. I jako taki, niezależnie od swej prawdziwości czy fałszywości, panuje nad rzeczywistością. Uznany za sukces Plan Marshalla wywarł wpływ na politykę Ameryki w dziedzinie pomocy zagranicznej prowadzonej od lat 40. Prawie wszystkie amerykańskie programy pomocy zagranicznej w latach 40. i 50. były otwarcie wzorowane na Planie Marshalla. Począwszy od późnych lat 40. wielu przywódców Ameryki Łacińskiej domagało się "Planu Marshalla dla Ameryki Łacińskiej". Prezydent Ronald Reagan wystąpił z inicjatywą dotycząca basenu Morza Karaibskiego również noszącą ślady wpływu Planu Marshalla, a cała jego administracja jest rzecznikiem jeszcze bardziej rozległego planu pomocy dla Ameryki Łacińskiej. 5 marca 1983 roku ówczesny ambasador USA przy ONZ Jeane Kirkpatrick stwierdziła, że Waszyngton powinien zainicjować poważny program pomocy gospodarczej dla Ameryki Środkowej podobny do Planu Marshalla dla powojennej Europy.
                                      • Istotniejszy może od jego wpływu na poszczególne oceny i postawy polityczne jest wpływ Planu Marshalla na ogólne pojmowanie roli USA w świecie jako dostarczyciela pomocy zagranicznej. Przed rokiem 1940 pomoc zagraniczna nie była stałym zjawiskiem w polityce amerykańskiej. Natomiast od końca lat 40. prawie wszyscy zdają się wierzyć, że pomoc zagraniczna może się sprawdzić i że zadaniem Ameryki jest wypracowanie recepty gwarantującej sukces. Właśnie Plan Marshalla przytacza się jako dowód na skuteczność pomocy zagranicznej. O ile przyjęło się uznawać, że doświadczeń wynikających z Planu Marshalla nie da się zastosować bezpośrednio do rozwiązania problemów Trzeciego Świata, to wciąż powszechne jest przekonanie o jego pośrednim związku ze sprawą. Sukces samego Planu nie jest dziś dyskutowany, jedynym problemem zdaje się być takie przemodelowanie go, by bardziej odpowiadał potrzebom krajów rozwijających się.
                                        Historyczna prawda o Planie Marshalla odbiega jednak od popularnej ideologii. A jeśli tak, to można mieć poważne wątpliwości co do samej idei pomocy zagranicznej. Jeżeli bowiem najbardziej oklaskiwany program tego stulecia – jeśli nie w całej historii Zachodu – był w najlepszym razie sukcesem bardzo ograniczonym, to należałoby krytycznie przyjrzeć się samej idei pomocy zagranicznej. Jako że Plan Marshalla jest powszechnie traktowany z wielką rewerencją, to istotne jest bliższe zbadanie jego niedociągnięć.
                                        Genezy Planu Marshalla należy szukać w sławnym przemówieniu sekretarza stanu George'a Marshalla wygłoszonym 5 czerwca 1947 roku na Uniwersytecie Harvarda, w którym napomknął on o zakrojonym na szeroką skalę programie pomocy mającym przyspieszyć odrodzenie Europy. Marshall stwierdził: Nasza polityka nie jest skierowana przeciw żadnemu państwu ani przeciw żadnej doktrynie, ale przeciw głodowi, nędzy, rozpaczy i chaosowi. Szczegóły Planu Marshalla – znanego pod nazwą European Recovery Program (ERP) – zostały opracowane w ciągu roku podczas serii spotkań między aliantami. Na Plan miał wpływ wielki kryzys grecki i turecki oraz doktryna prezydenta Trumana. ERP stał się kamieniem węgielnym polityki amerykańskiej wobec Europy, mającym rozwiązać równocześnie kilka problemów na raz. Nie chodziło przy tym jedynie o uzdrowienie gospodarki europejskiej i ograniczenie wpływów sowieckich, ale również o ekonomiczną odbudowę Niemiec w sposób możliwy do zaakceptowania przez pozostałych sojuszników.
                                        Ameryka zaoferowała w ramach Planu Marshalla pomoc wszystkim państwom europejskim z wyjątkiem Hiszpanii, ale Związek Radziecki i kraje bloku wschodniego odmówiły udziału z powodów, które po części wciąż pozostają niewyjaśnione. 2 kwietnia 1948 roku Kongres uchwalił ustawę o współpracy gospodarczej (Economic Cooperation Act), wprowadzając tym samym w życie Plan Marshalla. W ciągu czterech lat narody europejskie miały otrzymać 1,7 miliarda dolarów na zakup towarów amerykańskich – była to pomoc na skalę do tej pory niespotykaną. Miała ona służyć pobudzeniu produkcji przemysłowej i rolniczej, osiągnięciu i utrzymaniu międzynarodowej stabilizacji walutowej i stymulowaniu handlu wewnątrzeuropejskiego oraz handlu Europy ze światem. Utworzono także ministerstwo ds. współpracy gospodarczej (Economic Cooperation Administration – ECA), mające nadzorować program pomocy i kierować nim.

                                        Mity Planu Marshalla
                                        Legendę Planu Marshalla pomogło zbudować pięć głównych mitów.

                                        Mit nr 1: Plan Marshalla odegrał znaczącą rolę w powojennym odrodzeniu Europy.
                                        Mimo że Planowi Marshalla nadano olbrzymi rozgłos, jego rzeczywiste rozmiary finansowe były raczej niewielkie. W żadnym momencie pomoc w ramach Planu Marshalla nie przekroczyła 5% produktu krajowego brutto (PKB) państw, które ją otrzymywały, zaś całościowe wsparcie było bardzo niewielkie na tle wzrostu gospodarczego, który nastąpił w latach pięćdziesiątych.
                                        Bardziej istotne jest to, że tzw. głód dolara (dollar shortage) nie był wcale najpoważniejszym problemem, wobec którego stanęła wówczas Europa; prawdziwym winowajcą była zła polityka gospodarcza. W niemal wszystkich krajach okupowanych w czasie wojny przez Niemców utrzymano stworzony niegdyś system narodowosocjalistycznej kontroli nad gospodarką, a we wszystkich przypadkach nagły wzrost gospodarczy wystąpił jedynie wówczas, gdy zniesiono tę kontrolę i zaczęto prowadzić zdrową politykę gospodarczą. Stało się tak bez żadnego czasowego związku z pomocą udzieloną w ramach Planu Marshalla i niezależnie od jej rozmiarów. To powstanie rządów prowadzących liberalną politykę gospodarczą, względna stabilizacja monetarna i fiskalna, sprzyjająca atmosfera dla biznesu, ogólna wola odbudowy i ekonomiczna integracja kontynentu były najważniejszymi czynnikami odrodzenia gospodarek europejskich; czynnikami nie zawsze wspieranymi przez Plan Marshalla. Faktycznie, państwa, które otrzymywały względnie wysoką pomoc per capita, jak Grecja czy Austria, odbudowały się gospodarczo dopiero wtedy, gdy pomoc amerykańska ustała. Tymczasem w Niemczech, Francji i Włoszech sytuacja zaczynała się polepszać jeszcze zanim kraje te otrzymały fundusze z Planu Marshalla.
                                        Odrodzenie gospodarcze Niemiec jest najbardziej "cudownym" przykładem powojennego wzrostu gospodarczego i zarazem najczęściej przywoływanym na dowód skuteczności Planu Marshalla. Sprawa ta zasługuje przeto na nieco więcej uwagi.
                                        Pomoc amerykańska nie przekroczyła nigdy 5% produktu krajowego brutto Niemiec Zachodnich, nawet w latach 1948-49 kiedy wsparcie ze strony ECA było największe. W tym samym czasie koszty alianckiej okupacji i reparacje pochłaniały od 11 do 15% niemieckiego PKB. Zatem polityka amerykańska wobec Niemiec raczej spowodowała braki środków niż im zapobiegła. Transfer pieniężny z Niemiec Zachodnich wydaje się nawet większy, gdyż w połowie lat 50. Bonn spłaciło połowę pomocy otrzymanej od ECA.
                                        Trudności gospodarcze Niemiec Zachodnich w głównej mierze wynikały ze źle pomyślanej polityki gospodarczej, a nie z demontażu fabryk i reparacji. Aliancka Komisja Kontroli (Allied Control Comission – ACC) kontynuowała narodowosocjalistyczny system kontroli gospodarczej, który obejmował nie tylko kontrolę cen i kontyngentowanie produkcji, lecz także rekwizycję zasobów i przymus pracy. Kontrola czynszów poważnie pogłębiła trudności mieszkaniowe spowodowane bombardowaniem miast i napływem ponad 5 mln uchodźców ze Wschodu. ACC podniosła podatki średnio o 50%. W latach 1945-46 Niemcom nie wolno było prowadzić handlu z zagranicą, a zakaz ten był tylko stopniowo rozluźniany. Mimo iż konsumpcja żywności utrzymywała się tylko nieco powyżej poziomu głodowego, alianci zmusili Niemcy do odrzucenia wielu transakcji wymiennych, np. żywność w zamian za węgiel i stal, oferowanych przez inne kraje europejskie. Dodatkowo ACC ograniczyła poziom produkcji przemysłowej do 10-70% poziomu z lat 30. Do połowy roku 1948 niemiecka gospodarka wegetowała na poziomie przetrwania, utrzymywana przy życiu przez czarny rynek.
                                        Sytuacja Niemiec Zachodnich zaczęła się naprawdę zmieniać na lepsze 20 czerwca 1948, kiedy alianci przeprowadzili reformę walutową, skutecznie dziesiątkując ówczesną podaż pieniądza, to znaczy, ograniczając podaż pieniądza do 1/10 poziomu początkowego. Stara Reichsmark stała się Deutschemark po jednej z najbardziej drastycznych operacji deflacyjnych, jakie kiedykolwiek przeprowadzono. Reforma finansowa była dramatycznie potrzebna, gdyż ceny pozostawały pod ścisłą kontrolą od 1936 roku w okresie nieokiełznanego wzrostu podaży pieniądza. Przeciętny niemiecki standard życia wystrzelił w górę zaraz po wprowadzenia reformy, w miarę jak ludzie godzili się przyjmować nową walutę za dobra i usługi.
                                        • Odrodzenie gospodarcze Niemiec jest najbardziej "cudownym" przykładem powojennego wzrostu gospodarczego i zarazem najczęściej przywoływanym na dowód skuteczności Planu Marshalla. Sprawa ta zasługuje przeto na nieco więcej uwagi.
                                          Pomoc amerykańska nie przekroczyła nigdy 5% produktu krajowego brutto Niemiec Zachodnich, nawet w latach 1948-49 kiedy wsparcie ze strony ECA było największe. W tym samym czasie koszty alianckiej okupacji i reparacje pochłaniały od 11 do 15% niemieckiego PKB. Zatem polityka amerykańska wobec Niemiec raczej spowodowała braki środków niż im zapobiegła. Transfer pieniężny z Niemiec Zachodnich wydaje się nawet większy, gdyż w połowie lat 50. Bonn spłaciło połowę pomocy otrzymanej od ECA.
                                          Trudności gospodarcze Niemiec Zachodnich w głównej mierze wynikały ze źle pomyślanej polityki gospodarczej, a nie z demontażu fabryk i reparacji. Aliancka Komisja Kontroli (Allied Control Comission – ACC) kontynuowała narodowosocjalistyczny system kontroli gospodarczej, który obejmował nie tylko kontrolę cen i kontyngentowanie produkcji, lecz także rekwizycję zasobów i przymus pracy. Kontrola czynszów poważnie pogłębiła trudności mieszkaniowe spowodowane bombardowaniem miast i napływem ponad 5 mln uchodźców ze Wschodu. ACC podniosła podatki średnio o 50%. W latach 1945-46 Niemcom nie wolno było prowadzić handlu z zagranicą, a zakaz ten był tylko stopniowo rozluźniany. Mimo iż konsumpcja żywności utrzymywała się tylko nieco powyżej poziomu głodowego, alianci zmusili Niemcy do odrzucenia wielu transakcji wymiennych, np. żywność w zamian za węgiel i stal, oferowanych przez inne kraje europejskie. Dodatkowo ACC ograniczyła poziom produkcji przemysłowej do 10-70% poziomu z lat 30. Do połowy roku 1948 niemiecka gospodarka wegetowała na poziomie przetrwania, utrzymywana przy życiu przez czarny rynek.
                                          Sytuacja Niemiec Zachodnich zaczęła się naprawdę zmieniać na lepsze 20 czerwca 1948, kiedy alianci przeprowadzili reformę walutową, skutecznie dziesiątkując ówczesną podaż pieniądza, to znaczy, ograniczając podaż pieniądza do 1/10 poziomu początkowego. Stara Reichsmark stała się Deutschemark po jednej z najbardziej drastycznych operacji deflacyjnych, jakie kiedykolwiek przeprowadzono. Reforma finansowa była dramatycznie potrzebna, gdyż ceny pozostawały pod ścisłą kontrolą od 1936 roku w okresie nieokiełznanego wzrostu podaży pieniądza. Przeciętny niemiecki standard życia wystrzelił w górę zaraz po wprowadzenia reformy, w miarę jak ludzie godzili się przyjmować nową walutę za dobra i usługi.
                                          W niecały miesiąc później Ludwig Erhard, zarządzający gospodarką Bizonii (strefy okupacyjnej USA i Wlk. Brytanii) pchnął gospodarkę niemiecką jeszcze dalej we właściwym kierunku. Pewnej niedzieli, gdy opustoszały wszystkie inne biura, Erhard zignorował rozkazy i wydał dekret znoszący większość regulacji i ograniczeń wprowadzonych przez aliantów. Kiedy następnego dnia został wezwany na dywanik, wywiązał się, jak głosi legenda, następujący dialog:
                                          Pewien pułkownik zapytał: Jak pan śmiał rozluźnić nasz system racjonowania w sytuacji tak wielkich niedoborów żywności!
                                          Erhard odpowiedział: Ależ panie pułkowniku, ja nie rozluźniłem systemu racjonowania, ja go całkowicie zniosłem! Odtąd jedyną "kartką", jakiej będą potrzebowali ludzie, będzie marka niemiecka i będą oni ciężko pracować, by ją zdobyć. Poczekajmy a przekonamy się.
                                          Genrał Lucius Clay: Panie Erhard, moi doradcy mówią mi, że popełnia pan straszliwy błąd.
                                          Erhard: Niech pan ich nie słucha generale, moi doradcy mówią mi to samo.
                                          Wolnorynkowa polityka Erharda okazała się skuteczna. Miesięczne wskaźniki wzrostu produkcji przewyższały wiele późniejszych wskaźników rocznych. Zaczynał się niemiecki cud gospodarczy. Pomoc w ramach Planu Marshalla zaczęła nadchodzić dopiero w kilka miesięcy później. Zachodnioniemiecki cud został podtrzymany przez połączenie zdrowej polityki monetarnej, polityki fiskalnej po stronie podaży i relatywnie wolnego rynku.

                                          (…)

                                          Tyler Cowen

                                          --
                                          pyrsk
                                          Ballest
                                          "Dobra retoryka jest tarcza niewiedzy"
                                          Gleiwitz
                                    • Te roztomańte zapiski w miejcowych kronikach i ksionzkach historycznych powtorzane som od downa.
                                      Czesi majom z tym nejwiynkszy zgryz bo wystawiyli pod Grunwaldym oddział Husycki pod wodzom tego Żiżki u Jagiełły ale i delegacja jak by to dzisiej pedzieć rzondowo po stronie Zakonu.
                                      Mioł ji przewodzić som cesarz Zygmunt Luksemburg ale jak prziszło do rzeczywistej wojny
                                      to sie wymowioł zwadom s Wenecjom.Podobnie postompiyli krolowie, Zygmunt Węgierski
                                      i Wacław Czeski.
                                      Toż w nauczaniu historii w Czechach za komuny rozpowszechniano tyn wontek husycki
                                      jako zryw ludu w obronie wielkej słowiańszczyzny.Zaś stanowiska cesarza i krolow określano krotko jako zdrada narodowo obcych panow.
                                      Do tego jeszcze rola Żiżki w bitwie Grunwaldzkiej była przedstawiano jako decydujonco
                                      o zwycięstwie Jagiełły.
                                      Podobnie jest na Białorusi tam som nawet ulice nazywane od Bohaterskich Pułków Smoleńskich,kiere niby przeważyły i jest w tym dużo prowdy,szala zwycięstwa na strona Jagiełły.
                                      O Litwie ani nie spominom.I Władysław Jagiełło i Witold jego brat byli Litwinami.
                                      Pokrewiyństwo sie tu jednak nie liczyło,przeważały interesy polityczne.
                                      Witold wycofoł sie z pod Malborka z całom swojom armiom co by szło nazwać zdradom,bo
                                      jego obecność spowodowała by jego zdobycie i kompletne zniszczenie zakonu.
                                      Widać ani jednymu ani drugimu z braci nie było to na rynka.
                                      Ale na Litwie do dzisiej Władysław jest zdrajcom a Witold ojcym wielkej Litwy.
                                      Pisza te rzeczy bo w tych dywagacjach powyżyj kożdy reprezentuje swoja poł prowda abo choćby czyńść prowdy.
                                      Wyniko z tego jedna nauka,że do relacji z tam tych odległych czasow trza podchodzić z dystansem.Bo już jak widać wtedy każdy mioł swoje racje i prowdy.
                                      Tela,że choby sie zebrało sztyry take połprowdy to jednak jednej, cołkej prowdy
                                      śnich nie sklycisz

                                      • A tako je prawdziwo prowda o zwyciynstwie pod Grunwaldym w/g Ojgyna z Pniokow.

                                        istorikery i inksze podszukowacze gyszichtów ze wszelijakich roztomajtych krajów, po wiylólytnich szkrupelnych analizach wszelijakich papiórów, na isto dokozali, co ta côłko haja pod Grunwaldym miała ci jużcić deczko inkszô raja, niźli to, czegochmy sie nauczyli wszyjske we szuli. Dziepiyro terôzki łostali łóne łopóblikówane, skuli tego, co żôdyn niy kciôł psować dobrego miana tych, tak ringujóncych sie tam ci wojôków, ... i to ze roztomajtych gróntów...
                                        Nó, ale... Richtik to bóło tak:

                                        Prôwda ło bitwie pod Grunwaldym 15 lipnia 1410 roku.

                                        Idzie rozwidniok, zôranie. We lesie cuci sie polski lager. Śniôdanie, rzykanie. Jagiełło sztreknół sie przed swojim celtym, kiej ino dali mu skozać, co wrółz przikludziyli sie krziżacke posły.
                                        – Panoczku! Królu! Srogi Majster, Ulrich von Jungingen forszteluje, coby miasto kwawo zmógać sie samtukej i potracić ku tymu kwiôt riterstwa, łoznaczyć jednego chopa snôs, ze kôżdyj zajty. Niych ci łóni zmógajóm sie we pojydynku, a kiery śnich wydoli, zwyciynży, tego kómpanijô uzdô sie za singerów we côłkij tyj grunwaldzkij haji.
                                        Jagiełło deczko pomedikowôł i na łostaku przikwolół. Posły łodjechali, a tyn Jagiełło pokwanckôł sie ku celtóm swojich riterów.
                                        – Suchej ino, ty, Zawisza Czôrny, masto haje bydzie ino pojydynek – pójńdziesz ringować sie ło ta wygranô bitwa!
                                        – Nó, wiysz Włôdek, dzisiôj nie, ale pojutru ... ja! Nó, możno jutro... Ale dzisiôj niy wydola. Miarkujesz, impreza, balanga, narómbali my sie stopieróńsko nó i ... ganc ajnfach niy przemoga sie... łoklapnółech do łostatka...
                                        Król pokwanckôł sie ku kolyjnymu riterowi:
                                        – Ej, ty, Powała, pójńdziesz ringować sie ło côłko naszô wygrano bitwa?
                                        – Wybôcz Włôdek, wczorej bóła balanga u Zawiszy. Napralichmy sie jak meserszmity, jak sroge belówy... nó i ... miarkujesz... Pojutru, na zicher, ale dzisiôj ganc ajnfach niy wydola ....
                                        Jagiełło pokwanckôł sie po lekuśku dalszij i przi inkszym juzaś celcie gôdô:
                                        – Zbyszko, Zbyszko, a ty pójńdziesz ringować sie ło ta naszô wygranô bitwa?
                                        – Królu tym mój roztomiyły, niy przemoga sie, niy wydola. Bóła impryza, góścina u ...
                                        – Ja, ja ... jô wiym! – U Zawiszy. Fto tam jesce swami bół?
                                        – Nô, królu ty mój roztomiyły... cheba wszyjske...
                                        – Swołej, skrzikej moje wojsko, niech ci sie wszyjske wojôki ustawióm we raji pode lasym!
                                        Stanóło totyż wojsko wele lasa, naprociw króla.
                                        – Suchejcie ino! Bydzie pojydynek ło côłko wygranô bitwa. Eźli ftosik swôs jes we sztandzie stanóńć do niygo?
                                        Ritery siedzóm we kulbakach, we zatelach, kôżdy zaziyrô na drugigo, palice pospuszczali. Żôdyn niy kce, żôdyn sie do przodku niy ryje...
                                        Łorôz kajsik blank ze zadku słychać:
                                        – Jô! Jô! Jô kca! Jô pójńda!
                                        Wszyjske sie łobziyrajóm i łorôz uwidzieli starego knakra ze brodóm do pôska, łoblecónego we jutowy miech, we szwory i jakesik chwańty.
                                        – Jezderkusie! Chopy! Niy ma żôdnego inkszego?
                                        Nó, i richtik, żôdnego inkszego niy bóło... ino tyn łobrzympoł...
                                        Dali starzikowi dugi, dwurynczny szwert. Deptô starzik bez pole, tego szwerta niy poradziół udźwignóńć, wlece go za sia... Zaziyrajóm tak Polôki, kukajóm na niygo, a ze naprociw rajtuje na kóniu srogim jak szłopiec, zakuty côłki i do łostatka we glancowany rynsztunek, srogi jak dómb riter.
                                        Jagiełło chyciół sie za palica i jamruje, a Polôki wrzescóm choby nôjynte:
                                        – Staaaarzik, w noooogiii! W nogiiii, w noooogiiii... w nooogggiii...
                                        Miymiecki riter jednakowóż sztartnół, dopôd starzika, kiery blank niy miôł chańdzi śmiatać... podniós sie kurz i wiater... blank nic niy bóło widać, ino szło usłyszeć jakiesik stopieróńske jojczynie... Po łoka mrziku wiater łosnożół pole ze kurzu.... Zaziyrajóm fest, kukajóm Polôki, a tam kóń bez szłapów, Krziżôk bez szłapów, starzik styrcy... i gracóm, ftorô mu dyrgotała jak sto diosków, dziyrżi swój szwert, tyn polski miycz na gôrdziyli tego miemieckigo ritera. Dychnół deczko i gôdô:
                                        – Môsz ty chuju (łochyntolu) mocka szczyńściô, iże wrzesceli coby nooogiii..., w nooogiio..., bo bych ci, ty stopieróński giździe łeb upierdolół!
                                        _________________
                                        Ojgyn z Pniokow
                                        "Kiej sie cowiek robi starszy,
                                        Wszyjsko w niym po ździebku parszywieje;"
                                        www.ojgynzpniokow.pl
                                        • Miecze, jake Krziżaki Polokom przed bitwom posłali to miecze hańby.
                                          Wg tradycji tamtych czasów posyłano je tym, którzy się od bitwy uchylali. Krzyżaki stali od wczesnego ranka w polu, (nie mogli ukrytych w lesie atakować), a Polaki przeciągali sprawę...mszami. Kiedy z lasu wyszli, byli Krzyżacy niezdolni do walki, prawie ugotowani
                                          --
                                          Kożdo prowda potrzebuje odważnego co jom wypowiy
                                          • cirano napisał:

                                            > Miecze, jake Krziżaki Polokom przed bitwom posłali to miecze hańby.
                                            > Wg tradycji tamtych czasów posyłano je tym, którzy się od bitwy uchylali. Krzy
                                            > żaki stali od wczesnego ranka w polu, (nie mogli ukrytych w lesie atakować), a
                                            > Polaki przeciągali sprawę...mszami. Kiedy z lasu wyszli, byli Krzyżacy niezdoln
                                            > i do walki, prawie ugotowani
                                            -------------------------------------------------------------------------------------------------
                                            Z tego nie nolezy robic zarzutu bo to noleży do taktyki wojynnej. Ta zaś sie rzindzi teoriom gier.
                                            Man muss immer auf die Dummheit der Gegenspieler rechnen.
    • 25.07.11, 10:45


      ZWYCIĘZCÓW NIKT NIE SĄDZI
      Grzegorz Czwartosz


      Na wojnie wszystkie strony popełniają niegodziwości, jednak nie każda z nich jest zbrodnią wojenną. Odkąd istnieją Konwencje Genewskie i Haskie, terminem "zbrodni wojennej" szafuje się ponad miarę, by odnieść korzyści propagandowe nad przeciwnikiem. Zjawisko to nasila się wraz z rozwojem mediów.
      Badacze historii wyzwalania Europy Zachodniej w latach 1944–1945 od lat spotykają się z zarzutami kombatantów niemieckich, że alianci nie są zdolni choćby do moralnego osądu swoich przestępstw popełnionych od Normandii do Łaby. Niewielu stać na to, aby przyznać Niemcom rację. Jeszcze mniej jest takich, którzy próbują zmierzyć się z niewygodnymi faktami, zweryfikować je i opublikować. Do pewnego stopnia można zrozumieć powściągliwość publicystów amerykańskich, bowiem siły zbrojne Stanów Zjednoczonych uczyniły podczas II wojny bardzo wiele, aby element przestępczy lub zaburzony psychicznie nie przeniknął w szeregi sił zbrojnych. Wśród 30 proc. odrzuconych amerykańskich kandydatów do wojska byli ludzie chorzy, ze zbyt niskim wykształceniem, z podejrzaną, według FBI, narodowością lub z kartoteką policyjną.

      Diabły w workowatych portkach

      Zbrodnie popełniane na spadochroniarzach i przez spadochroniarzy stanowią nową podgrupę przestępstw wojennych notowanych dopiero od II wojny. Bez wątpienia amerykańscy spadochroniarze wymordowali w Normandii sporo jeńców i żołnierzy dopiero pragnących się poddać. Stało się tak m.in. pod wpływem wstrząsającego mordu na amerykańskim spadochroniarzu-lekarzu. Nie zdołał on uwolnić się z uprzęży, która zawisła na drzewie. Tam został zamordowany, a jego zwłoki zbezczeszczone. Zbrodnia ta wywołała wyjątkowo silną żądzę równie brutalnego odwetu.
      Z drugiej strony na wizerunek amerykańskiego spadochroniarza-psychopaty i zwyrodnialca solidnie zapracował niemiecki aparat propagandowy. Już od czasu alianckiego desantu na Sycylii Niemcy nazywali bardzo bitnych amerykańskich spadochroniarzy diabłami w workowatych portkach (od noszenia dwóch par spodni w amerykańskich jednostkach spadochronowych i wynikającej z tego szerokości zewnętrznych spodni polowych). Wiosną 1944 r. w północnej Francji Niemcy rozpuścili pogłoski, że w inwazji na Kontynent wezmą udział amerykańscy spadochroniarze skazani za morderstwa i pensjonariusze zamkniętego lecznictwa psychiatrycznego.
      Zbrodnie na Niemcach popełniali Amerykanie także w odwecie za wydarzenia w Sainte-Mere-Église. Niemcy pogwałcili tam regułę niestrzelania do spadochroniarzy w locie. Podczas niemieckiej ofensywy zimowej w Ardenach, wspieranej m.in. przez dywersantów przebranych w amerykańskie mundury, obie strony bezwzględnie mordowały jeńców, przy czym Niemcy dokonali mordu pierwsi. Dalej ruszyła już wzajemna lawina zbrodni popełnianych także na jeńcach niemieckich ubranych zgodnie z prawem w mundury swoich sił zbrojnych.
      Wiele mitów narosło wokół kanadyjskich zbrodni wojennych po inwazji na Francję 6 czerwca 1944 r. Weryfikacja faktów i odseparowanie od nich pogłosek jest niezwykle trudna. Niemcy wynieśli z tamtego okresu silne przekonanie o przestępstwach Kanadyjczyków, jak również dokonane a priori założenie, że żołnierze kanadyjscy będą się mścić na nich za pogrom pod Dieppe. Kanadyjczycy w Normandii rzeczywiście mordowali jeńców i żołnierzy pragnących się poddać, ale tak samo robili Niemcy. Odwetowe zbrodnie popełnili zaś nie za Dieppe, lecz w odpowiedzi na zamordowanie łącznie 156 jeńców kanadyjskich podczas bitwy normandzkiej. W samym tylko Authie esesmani zamordowali 37 ich rodaków. Za ten czyn alianci osądzili dowódcę 12. Dywizji Pancernej SS. Nie osądzono jednak żadnego kanadyjskiego dowódcy choćby za zabijanie strzałem w tył głowy jeńców niemieckich pod Abbaye d’Ardennes.
      Można wskazać przypadki, które Niemcy uznają za aliancką zbrodnię na jeńcach, a które były efektem mylnego pojęcia intencji Niemców pragnących się poddać. Przypadków ostrzelania grup poddających się żołnierzy niemieckich wychodzących z ukrycia było prawdopodobnie wiele podczas bitwy normandzkiej, gdy niedoświadczeni alianci dopiero uczyli się zachowań na froncie.
      Zbrodnią wojenną jest bierność wobec konieczności udzielenia elementarnej opieki jeńcom. W tym kontekście Stany Zjednoczone obciąża śmierć ok. 18,1 tys. żołnierzy niemieckich pod Bretzenheim na przełomie kwietnia i maja 1945 r. Zmarli na skutek nieudzielenia pomocy medycznej, z zimna i głodu. Trzymani pod gołym niebem, bez latryn, jedzący trawę, nieludzko ścieśnieni i unurzani we własnych ekskrementach mieli niewielkie szanse na przetrwanie. Znaleźli się w niewoli w najgorszym dla siebie momencie historycznym, gdy wstrząśnięci Amerykanie odkrywali kolejne obozy koncentracyjne. Wola ulżenia doli jeńców słabła.
      W samych tylko nadreńskich obozach jenieckich pod kontrolą US Army zmarło na skutek fatalnych warunków bytowych ok. 50 tys. jeńców. Wszystkich aliantów zachodnich obciąża liczba 677 tys. żołnierzy niemieckich, jacy nie wrócili do domów z frontu na zachód od Łaby, a których los nie jest do końca wyjaśniony. Umierali tysiącami w obozach jenieckich, jednak istnieją przypuszczenia, że znaczna ich część została zamordowana.

      A my?

      Żadne z czterech głównych sił zbrojnych walczących na Zachodzie (USA, Wielka Brytania, Kanada i Polska) nie osądziły ani nawet do końca nie opisały wszystkich swoich przestępstw poczynionych na obywatelach niemieckich. Do wyjaśnienia pozostaje choćby, co stało się z ok. 1 200 jeńców polskiej 1. Dywizji Pancernej pod Chambois. Los tych ludzi na kartach wspomnień kadry dowódczej dywizji (gen. Franciszka Skibińskiego i płk. Władysława Deca) jest albo przemilczany, albo też niejasny. Opisuje go za to amerykański historyk Stephen E. Ambrose. Jeśli ma on rację, najprawdopodobniej ciąży na nas popełnienie jednej z największych jednorazowych alianckich zbrodni na europejskim teatrze działań wojennych.
      W opublikowanej w 1997 r. książce "Citizen Soldiers" (wyd. polskie "Obywatele w mundurach", 2000 r.) Ambrose przytacza relację kapitana US Army Watersa, który miał odebrać od polskich pancerniaków ok. 1,5 tys. jeńców z kotła pod Falaise. Odebrał ich ok. 200. Eskortujący ich polski kapitan miał oświadczyć, iż reszta została rozstrzelana, a na ostatnich dwustu zabrakło już amunicji. Jedynie gen. Franciszek Skibiński zdecydował się przyznać w swoich wspomnieniach, że w pewnej chwili kwestia jeńców wyrwała się Polakom spod kontroli, ale wspomina on inne miejsce i czas niż Waters.
      Ambrose’a można lubić lub nie, jednak przy jego metodach badań i weryfikacji faktów, doświadczeniu i ostrożności wobec relacji kombatantów zazwyczaj brak jest chętnych do podważania efektów pracy amerykańskiego historyka i polemizowania z nim. Ambrose nie komentuje ani nie ocenia tego zdarzenia z historii polskiej 1. DPanc., bo taką właśnie kulturę reprezentuje jego pisarstwo. Poznając historię II wojny, trzeba pamiętać, że nie zawsze jej oblicze jest czarno-białe. Zwycięzców nikt nie sądzi – a szkoda.

      --
      pyrsk
      Ballest
      "Dobra retoryka jest tarcza niewiedzy"
      Gleiwitz
      • Jak to się robi nad Wisłą (5)
        Wkład w fałszowanie w Polsce historii opanowania Chambois ma wiele środowisk, które nigdy o nic nie zapytały walczących tam Amerykanów, za to garnęły się do działalności wydawniczej. Nie wszystko da się przypisać PRL-owi i jego patologiom. Nowa demokratyczna Polska wnosi nowe elementy w fałszowanie historii zdobycia Chambois
        Jaka jest w Polsce świadomość przedstawionego w poprzednim odcinku historycznego elementarza związanego z amerykańskimi partnerami Polaków w Chambois? W roku 2003 pisze oto (na szczęście jeszcze nieoficjalnie) krajowy historyk: 90. DP przed dwoma tygodniami wylądowała w Normandii i nie była jeszcze ostrzelana, stąd też i natarcie wykonane na Chambois było niepewne... [...]. Jest to próba ogłoszenia w Polsce kolejnej, i nowej, nieprawdziwej informacji, iż amerykańska 90. dywizja rzekomo nie miała żadnego doświadczenia w walce, bo jakoby wylądowała w Normandii 5 sierpnia 1944 r. - zaledwie na dwa tygodnie przed pierwszymi walkami o Chambois. W rzeczywistości to dywizja gen. Stanisława Maczka zeszła na ląd w Normandii w 54 dni po jej amerykańskich partnerach z Chambois - między 29 lipca a 4 sierpnia 1944 r.
        Jest ze strony polskiej rzeczą w najwyższym stopniu niestosowną pisanie o braku doświadczenia bojowego 90. DP. W dniu, w którym polska 1. Dywizja Pancerna weszła do jakiejkolwiek akcji amerykańska 90. DP zdążyła mieć w Normandii straty w wysokości 460 oficerów i 7503 żołnierzy niższych rang (dane z końca lipca 1944 r.). Są to straty mierzone według ośmiu przyjętych przez siły zbrojne kategorii. Polska 1. DPanc nie miała tak wysokich łącznych strat nawet w dniu zakończenia II wojny (304 oficerów i 4855 żołnierzy niższych rang). Zanim polscy pancerniacy ujrzeli z kanału La Manche brzeg Francji 90. DP zdążyła wziąć udział w walkach nad rzeką Merderet (razem z siłami spadochronowo-szybowcowymi US Army), w bitwie o Chef du Pont, w walkach o silnie ufortyfikowane rejony Beau Coudray i Foret de Mont Castre oraz wziąć udział w zdobywaniu Mayenne i Le Mans - by wymienić tylko najważniejsze i najkrwawsze miejsca walk 90. dywizji.
        Fałszowanie w Polsce historii amerykańskiej 90. DP ma miejsce w sytuacji, gdy o otwarciu drugiego frontu w Europie można przeczytać, albo dowiedzieć się osobiście, niemal wszystkiego. Jest to wszak batalia klasyfikowana jako jedna z 20 w historii ludzkości, jakie uratowały wartości zachodniej cywilizacji. Tymczasem polscy autorzy, także ci z Londynu, mający lepszy dostęp do literatury przedmiotu, nawet nie potrafią poprawnie nazwać jednostek amerykańskich walczących u boku Polaków w Chambois. Padają więc na kartach starych i najnowszych polskich publikacji nazwy nieistniejących jednostek amerykańskich rzekomo partnerujących Polakom - takich, jak 385. batalion, 395. batalion lub 395. Pułk Piechoty. To też pokazuje ignorancję, brak warsztatu pracy historyka i polską arogancję wobec Amerykanów, którzy na kartach swoich publikacji starają się zachować poprawność pisowni polskich nazwisk i jednostek.
        ABSTRAKCJA LICZB
        Jest swoistą polską aberracją fakt, iż do historii kotła Falaise wprowadza się elementy rywalizacji z innymi aliantami. Nie odnajdziemy takiego zjawiska w Kanadzie lub Stanach Zjednoczonych. Irracjonalnej rywalizacji na prędkość marszu (jak z Kanadyjczykami) lub na statystykę (jak z amerykańską 90. DP) niekompetentni polscy autorzy nie są w stanie wygrać. Kanadyjczycy w kotle Falaise zajechali dalej na wschód niż Polacy, zaś 90. DP wzięła do niewoli znacznie więcej jeńców i zniszczyła dużo więcej niemieckiego sprzętu niż polska 1. DPanc i to w krótszym czasie. Tylko o czym to ma świadczyć?
        O niczym - najwyżej o zbiegach okoliczności. Olbrzymia liczba ponad 12 tys. jeńców (bez uwzględnienia 1 tys. przekazanego przez Polaków) pojmanych w kotle Falaise przez 90. DP w ciągu zaledwie czterech dni (18-21 sierpnia 1944 r.) nie świadczy bynajmniej o wybitnych talentach jej kadry dowódczej lub o nadzwyczajnej dzielności jej żołnierzy. Dywizja po prostu znalazła się w dobrym miejscu i czasie, reszcie zaś dopomogły zbiegi okoliczności. Jeden jedyny sierż. Rodney Cloutman pojmał 1841 jeńców. Samotny sierżant-szczęściarz przeżył to spotkanie tylko dlatego, iż nie zetknął się z Waffen SS, ale z Wehrmachtem pragnącym już tylko świętego spokoju. Tu należy przypomnieć, iż według Franciszka Skibińskiego (patrz: Decydent nr 10/2003) Amerykanie wzięli pod Chambois tylko kilkuset jeńców.
        Tak więc liczba tylko 5,7 tys. jeńców pojmanych w kotle Falaise przez Polaków w ciągu aż 14 dni nie świadczy o nieudacznictwie Polaków na tle Amerykanów. Nieprzyzwoitość licytowania się na prędkość marszu w terenie lub na efekty walk w sierpniu 1944 r. widać po tym, iż polska 1. DPanc i amerykańska 90. DP poniosły w tym czasie prawie tak samo ciężkie straty - Polacy 1441 ludzi, zaś Amerykanie 1559 (zabitych, rannych i zaginionych). Już choćby z tego powodu polskich i amerykańskich kombatantów spod Chambois powinno łączyć najwspanialsze męskie braterstwo broni bez żadnego cienia górnolotności w tym sformułowaniu. Tak jednak nie jest. Łączy ich zawstydzający konflikt żyjący własnym podskórnym życiem.
        Mogłoby się zdawać, iż nowa demokratyczna Polska wzniesie poziom pisania o Chambois na pułap nieosiągalny w PRL. Stało się wręcz odwrotnie. Aroganckie, pełne mitów i megalomanii, antyamerykańskie czarne public relations uprawiane obecnie na świecie przez sekretarza londyńskiego koła 10. Pułku Strzelców Konnych 1. DPanc nie tylko kompromituje Polskę, ale też nie wydaje się być dobrym sposobem na wyjście z amerykańsko-polskiego konfliktu. Wszelkie rekordy biją już dwie publikacje z 2003 r. zawierające nie tylko dotychczasowy katalog polskich kłamstw na temat wydarzeń w Chambois, ale także błędy ortograficzne. Gdzie leżą granice historyczno-wydawniczej amatorszczyzny i co jeszcze zostanie w Polsce zmyślone dla deprecjonowania Amerykanów i Kanadyjczyków spod Chambois?
        • CZAS NA FINAŁ
          Skąd nagle w Polsce po 59 latach wracają demony II wojny światowej na Zachodzie? Cała ta niemiła historia wprawdzie podskórnie trwa przez dziesięciolecia, jednak jej nowa odsłona nastąpiła w roku 2000. Oto w roku tym ukazuje się w Polsce krajowy przekład książki prof. Stephena E. Ambrosea pt. Citizen Soldiers (wyd. pol. pt. Obywatele w mundurach). Jest tam przedruk fragmentu rozmowy (zaczerpnięty ze wspomnianej książki War from the Ground Up Johna Colbyego), jaka odbyła się w Chambois między kpt. Laughlinem E. Watersem z amerykańskiej 90. Dywizji Piechoty, a polską eskortą jeńców, która według wcześniejszych polsko-amerykańskich ustaleń miała przyprowadzić Watersowi 1,5-2 tys. jeńców, przyprowadziła zaś tylko 200 i oświadczyła, że reszta jeńców została rozstrzelana. Niezwykłe nikt się w Polsce nie zdziwił, nikt się nie oburzył, nikt nie zgłosił do tego jak na polską mentalność szokującego faktu żadnych pytań. Krajową opinię publiczną zatkało i zapadła zasłona według zasady ciszej nad tym grobem, co w tym przypadku dalekie jest od przenośni.

          --
          pyrsk
          Ballest
          "Dobra retoryka jest tarcza niewiedzy"
          Gleiwitz
          • Überschuss in Millionen US-Dollar[2] Rang↓ Land↓ Überschuss
            (2010)↓
            1. Deutschland 201.737
            2. China 182.725
            3. Saudi-Arabien 152.000
            4. Russland 151.621
            5. Japan 77.218
            6. VAE 65.000
            7. Irland 58.095
            8. Niederlande 55.168
            9. Norwegen 54.781
            10. Kuwait 43.950
            11. Nigeria 42.000
            12. Südkorea 41.172
            13. Singapur 41.076
            14. Katar 39.500
            15. Iran 38.230
            16. Libyen 35.550
            17. Malaysia 34.068
            18. Angola 30.800
            19. Kasachstan 29.457
            20. Indonesien 26.510
            21. Venezuela 24.986
            22. Taiwan 23.365
            23. Belgien 21.084
            24. Aserbaidschan 20.700
            25. Schweiz 19.195
            26. Oman 17.600
            27. Algerien 14.988
            28. Thailand 12.919
            29. Dänemark 12.779
            30. Argentinien 12.057

            Defizit in Millionen US-Dollar[2] Rang↓ Land↓ Defizit
            (2010)↓
            1. USA -689.932
            2. Großbritannien -152.830
            3. Indien -106.540
            4. Frankreich -85.325
            5. Türkei -71.598
            6. Spanien -67.701
            7. Hongkong -41.013
            8. Italien -36.103
            9. Griechenland -29.775
            10. Portugal -26.533
            11. Ägypten -26.485
            12. Marokko -17.962
            13. Polen -17.902
            14. Pakistan -16.295
            15. Kanada -14.385
            16. Libanon -13.439
            17. Vietnam -12.609
            18. Rumänien -12.531
            19. Mexiko -12.257
            20. Südafrika -12.219
            21. Weißrussland -9.642
            22. Ukraine -9.431
            23. Dominikanische Republik -9.300
            24. Bangladesch -8.599
            25. Panama -8.310
            26. Kroatien -8.247
            27. Jordanien -8.229
            28. Kuba -7.400
            29. Kenia -6.939
            30. Serbien -6.935
            --
            pyrsk
            Ballest
            "Dobra retoryka jest tarcza niewiedzy"
            Gleiwitz
            • Mysteriöser Verlust von Steuerakten
              Symbolbild: Altpapier-Container
              Foto: dpa
              Von Matthias Thieme

              Steuerfahnder, Polizei und Ermittler der Staatsanwaltschaft durchsuchen Müllcontainer. In der Oberfinanzdirektion Frankfurt sind Dokumente verschwunden. Brisant: Nach FR-Informationen sind auch Selbstanzeigen von Steuersündern dabei. Von Matthias Thieme

              Das hat es in der hessischen Finanzverwaltung noch nie gegeben: Laut Informationen von Insidern durchsuchten am 9. April mehrere Steuerfahnder unter der persönlichen Aufsicht des Oberfinanzpräsidenten Mario Vittoria zwei große Abfallcontainer. Der Oberfinanzdirektion seien brisante Dokumente abhandengekommen, Finanzamtsakten und Selbstanzeigen von Steuersündern seien darunter, heißt es aus gut informierten Kreisen.

              Auch Ermittler der Staatsanwaltschaft und des Landeskriminalamtes (LKA) hätten an der Durchsuchung der Müllcontainer teilgenommen. Hessens ranghöchster Steuerfahnder Willi Glowitzki habe die Aktion überwacht. Das Landeskriminalamt versuche nun, die bei der Suche gefundenen Akten wiederherzustellen. Doch wie kam es überhaupt zu dem mysteriösen Aktenverlust? Was hat das Großaufgebot bei der Container-Durchsuchung zu bedeuten? Sind Steuerdaten der Bürger im Umlauf?

              Das Hessische Finanzministerium erklärt auf FR-Anfrage, aufgrund einer Strafanzeige der Oberfinanzdirektion (OFD) Frankfurt habe die Staatsanwaltschaft am 8. April ein Strafverfahren wegen des Verdachts der Urkundenunterdrückung und der Steuerhinterziehung eröffnet. Wer Daten oder Urkunden vernichtet, beschädigt oder unterdrückt, kann mit einer Freiheitsstrafe bis zu fünf Jahren bestraft werden. Aus "ermittlungstaktischen Gründen" könne man keine weiteren Auskünfte erteilen, so das Ministerium. Oberstaatsanwalt Thomas Bechtel kann am Freitag ein Ermittlungsverfahren weder bestätigen noch dementieren, da die zuständigen Sachgebietsleiter im Wochenende sind.

              Gerücht um eine Putzkraft

              Aus Ministeriumskreisen verlautet, die Sache sei bislang streng geheim gehandhabt worden. Nur wenige Spitzenbeamte und Finanzminister Karlheinz Weimar (CDU) wüssten bescheid. In der Finanzverwaltung kursiert nun das Gerücht, eine Putzkraft habe über Wochen hinweg aus den Schränken der OFD Material mitgenommen. Hessens Steuerhinterzieher könnten sich freuen, witzeln Insider, die Finanzverwaltung schmeiße die Steuererklärungen einfach in den Müll. Was in der OFD genau schieflief, wird sich wohl erst in der kommenden Woche klären. Doch der Vorfall trifft die Finanzverwaltung in einer Phase, in der die Steuerfahnder-Affäre und der Wolski-Prozess schon erhebliche Zweifel am korrekten Ablauf interner Prozesse aufgeworfen haben.

              Oberfinanzpräsident Mario Vittoria gilt als Schlüsselfigur in der Steuerfahnder-Affäre. Und Hessens oberster Fahnder, Willi Glowitzki, war lange der Sachgebietsleiter des Steuerfahnders K. im Finanzamt Offenbach. K. sagte im Wolski-Prozess zu Fragen des Richters nach verschwundenen Akten: "Ich hatte Grund zu der Annahme, dass ich nicht die vollständigen Akten bekommen hatte." Vielleicht muss man bei kniffligen Steuerfragen in Hessen öfter mal in der Mülltonne suchen.
              --
              pyrsk
              Ballest
              "Dobra retoryka jest tarcza niewiedzy"
              Gleiwitz
    • Mieszkańcy Strzelec nie witali wtedy władców owacjami. Odbierali ich wrogo, bo rycerze znani byli z licznych grabieży. Tak było też i tym razem. By wymusić presję na książętach śląskich, rycerze przy pomocy miecza i ognia pustoszyli ziemię strzelecką. W końcu w obozie pod Strzelcami podpisano rozejm, a książęta uznali Kazimierza IV Jagiellończyka za króla Czech. Obiecywali mu ochronę i składanie hołdu. Umowa okazała się jednak nic nie warta, bo niedługo po tym na Polskę najechali Węgrzy. Jagiellończycy musieli z tego powodu zawrócić, żeby bronić swych terenów.

      opolskie.regiopedia.pl/wiki/wazni-goscie-na-ziemi-strzeleckiej
      • "Ex almania ducens genus, cuius viri animosi et honorum cupidi;
        inter quos sub nostra etate Zauissius de Garbow, dictus niger, magis
        excellentia claruit. »

        Jan Długosz, Insignia ..., s. 70

        Z Niemiec ród wywodząc, którego mężowie dzielni i zaszczytów żądni;
        między którymi w ostatnich latach Zawisza z Garbowa, nazywany Czarny,
        wielką świetnością błyszczał.

        Tłumaczenie Danuta Szopa"

        Dowody na niemiecki rodowod Zawiszy Czarnego, czytaj Sawisch der Schwarze

        1.Pochodzi ze rodziny kolonistow niemieckich, bo jego ojciec byl wlascicielem wsi Garbow
        2.Na niemieckie pochodzenie rodu wskazuje tez Herb Sulima z czarnym orlem we zlotym polu, czyli typowo niemiecki herb
        www.sluzewo.za.pl/images/Sulima_herb.jpg
        3. Zawisza Czarny jest tez wspominany we kronikach pruskich, bo sluzyl na poczatku we Zakonie Krzyzackim
        books.google.com/books?id=mmQPAAAAQAAJ&pg=PA408&dq=Schwarze+Sawisch&hl=en&ei=NRt9TOnkM4a6sAPNz_WCBw&sa=X&oi=book_result&ct=result&resnum=1&ved=0CCUQ6AEwAA#v=onepage&q=Schwarze%20Sawisch&f=true
        4.Dlugosz we Insygniach na s.70 skresla, ze rodzina Zawiszy wywodzi sie ze Niemiec, a on to musial wiedziec, bo jego ojciec tez byl rycerzem pod Grunwaldem a sam Johannes byc moze Zawisze osobiscie poznal, bo we okresia zgonu Zawiszy mial juz 13 lat.
        “"Ex almania ducens genus, cuius viri animosi et honorum cupidi;
        inter quos sub nostra etate Zauissius de Garbow, dictus niger, magis
        excellentia claruit. »

        Jan Długosz, Insignia ..., s. 70

        Z Niemiec ród wywodząc, którego mężowie dzielni i zaszczytów żądni;
        między którymi w ostatnich latach Zawisza z Garbowa, nazywany Czarny,
        wielką świetnością błyszczał.”

        Tłumaczenie Danuta Szopa"

        5.Zawisza Czarny wieksza czesc zycia jako rycerz spedzil u boku krola Wegierskiego a pozniejszego Cesarza Rzymskiego Narodu Niemieckiego - Zygmunta Luksemburczyka

        6. W Biografii Zawiszy Pani Irena Styczynska , skreslila, ze Zawisza znal jezyk niemiecki i Lacine o jezyku polskim nie wspomniala
        7.Pani Irena napisala takze, ze Zawisza najprawdopodobniej mieszkal we Krakowie a jak wiemy Krakow to bylo wtedy niemieckie miasto, bo jezykiem mieszczan byl jezyk niemiecki.
        8.Pod Grunwaldem walczyl Zawisza w otoczeniu niemieckim, czytaj Choragwi Krolewskiej, gdzie jego brat Farurej, Zyndram, Marcin, czy Zlodziej ze Biskupic, czytaj , Rycerze z niemieckich rodow walczyli

        9.Byl Starosta spiszkim i kruszwickim, gdzie wlasciwie tylko Niemcy wtedy mieszkali.
        10. "Podczas odbywania jednego ze swych licznych poselstw, przebywając na dworze tegoż władcy dostał się do niewoli czeskiej podczas walk w obronie tzw. Niemieckiego Brodu. Z niewoli tej został wkrótce uwolniony, ponoć za niezwykle wysokim okupem."

        pl.wikipedia.org/wiki/Bitwa_pod_Niemieckim_Brodem
        11. Zasów położony jest na lekkim wzniesieniu o wysokości 241 m n.p.m., nazwanego Wyżyną Zasowską. Usytuowana jest na skrzyżowaniu dróg łączących Pilzno z Radomyślem i Mielcem oraz Dębice z Tarnowem. Obecnie powierzchnia wsi wynosi 996,21 ha i liczy 909 mieszkańców . Nazwa miejscowości pochodzi od imienia założyciela, którym był Zas. Według tradycji kolonizatorami wsi byli Niemcy, dlatego też w poprzedniej nazwie podwójne "ss", które “obowiązywało do czasu reformy administracyjnej z roku 1975 .
        “W 1419 roku, Zasów zostaje sprzedany przez Jana znanemu i zasłużonemu rycerzowi, Zawiszy Czarnemu pochodzącego z tego samego rodu, co Jan z Zasowa i jego bracia, czyli rodu Sulimów. Po tragicznej śmierci Zawiszy w 1428 roku Zasów odziedzicza jego żona, który przechodzi w ręce najmłodszego syna Zawiszy- Jana Czarnego. Dzięki prośbie król Kazimierz Jagiellończyk w 1452 roku w Krakowie podpisuje dokument, w którym Zasów przechodzi na prawo niemieckie, zwane magdeburskim i daje prawo sądzenia sołtysom .

        --
        pyrsk
        Ballest
        "Dobra retoryka jest tarcza niewiedzy"
        Gleiwitz
        • A je PiSkowice stolicom Kaczorolandu?
          Jak je mjyszkancom ganba, co w takim miescie mjyszkac muszom, to niych zmiyniom nazwa. Mozno by na PiSuckowo - na czesc tego na Kasztance, co to tyla dlo Slonska zrobiou.
          Pyrsk!
          • Artikel drucken Bilder ausblenden
            WELT ONLINE
            Euro-Krise
            Autor: Florian Hassel| 26.08.2011
            Slowakei – "Lasst Griechenland pleitegehen!"

            Die Slowakei ist das einzige Euro-Land, das den Griechen bisher keine Kredite gibt. Parlamentspräsident Sulik will auch den Krisenfonds platzen lassen.

            Europa blickt auf die Slowakei: das einzige Euro-Land, das Griechenland bisher keine Kredite gibt – und in der Euro-Krise eine Schlüsselrolle spielen kann. Der von Europas Staats- und Regierungschefs beschlossenen Aufstockung des Krisenfonds EFSF müssen in vielen Euro-Ländern die Parlamente zustimmen. So auch in der Slowakei. Richard Sulik ist Parlamentspräsident, Chef der mitregierenden Partei „Freiheit und Solidarität“ – und will die Vollmachten mit aller Kraft verhindern.

            Slowakischer Parlamentspräsident
            Foto: picture alliance / dpa/CYPRIOT PRESS OFFICE Richard Sulik: "Hier geht es darum, dass wir ein Land alimentieren, das unverantwortlich gewirtschaftet hat"

            WELT Online Shop Anzeige
            Das Versagen der internationalen Finanzelite:
            Markt ohne Moral

            Welt Online: Herr Sulik, die Slowakei hat Griechenland bisher Kredite verweigert. Jetzt soll es weitere 109 Milliarden Euro für Athen geben, neue Garantien von 340 Milliarden Euro für den EFSF und neue Vollmachten. Stimmt die Slowakei zu?

            Richard Sulik: Ich werde alles tun, um die entsprechenden Gesetzentwürfe im Parlament zu Fall zu bringen. In Europa sollen jetzt die, die gut wirtschaften, für die zahlen, die Schulden machen. Das war nie der Sinn des Euro-Projekts. Deshalb haben wir schon 2010 Kredite für Griechenland abgelehnt.

            Welt Online: Die Regierungen anderer Euro-Länder sagen aber, Griechenland bekomme Zeit, sich zu sanieren.

            Richard Sulik: Das ist absurd. Die Milliarden machen die Lage nur schlimmer. Es gibt keinerlei Anzeichen dafür, dass sich die griechische Wirtschaft erholt und die Griechen ihre jetzt schon 350 Milliarden Euro Schulden je zurückzahlen. Es ist keine Hilfe, schon gar keine Rettung, wenn man einem völlig überschuldeten Land immer neues Geld leiht. Griechenland produziert ja weiter Defizite und wird das noch lange tun. Athen hatte allein von Januar bis Juli 2011 wieder ein Haushaltsloch von 15 Milliarden Euro. Auch die 109 Milliarden Euro des zweiten Griechenland-Pakets sind irgendwann verbraten. Wir retten nicht die Griechen, sondern die Gewinne der deutschen und französischen Banken, die ihre Forderungen an Griechenland nicht abschreiben müssen, wie es sich gehört.

            Welt Online: Sie würden also auch nicht wie die Finnen fordern: Ja, wir geben Kredite – aber nur gegen Barpfand?

            Richard Sulik: Die Finnen haben hinter dem Rücken aller Partnerländer mit den Griechen einen Sonderdeal verabredet. Das war absolut inkorrekt. Richtig und ehrlich wäre zu sagen: Wir unterstützen Kredite für Griechenland nicht, und fertig.

            Welt Online: Fürchten Sie keine Pleite Griechenlands?

            Richard Sulik: Die ist so oder so unvermeidlich. Die Frage ist, wann die führenden europäischen Politiker endlich den Mut finden, in den saueren Apfel des griechischen Bankrotts und eines harten Schuldenschnitts zu beißen. Eine Pleite ist die Voraussetzung für wirtschaftliche Gesundung. Wären die Griechen vor eineinhalb Jahren pleitegegangen, hätten sie das Schlimmste schon hinter sich. Jetzt sind sie klinisch tot, aber werden im Koma gehalten.

            Welt Online: Das Dominoargument, dass nach Griechenland Spanien, Portugal oder Italien fallen, überzeugt Sie nicht?

            Richard Sulik: Überhaupt nicht. Wir sollten die Kirche im Dorf lassen – Griechenland ist ein kleiner Teil der Euro-Wirtschaft. In den USA gingen in den 30er-Jahren Tausende Städte pleite, in den 70er-Jahren stand sogar New York kurz davor, ohne dass der Dollar deshalb unter Druck geriet. Italien etwa ist nicht von Griechenland bedroht, sondern von seinem Schuldenstand von 120 Prozent seiner Wirtschaftsleistung. Ähnlich ist es bei Frankreich. Die Franzosen haben drei Jahrzehnte keinen einzigen ausgeglichenen Haushalt gehabt. Irgendwann geht so etwas schief. Und keiner von ihnen muss pleitegehen.

            Italien könnte endlich anfangen zu sparen. Ich sehe keinen Grund, warum ein italienischer Abgeordneter monatlich 15.000 Euro netto verdienen sollte. Oder warum nur der Fahrdienst italienischer Politiker eine Milliarde Euro pro Jahr verschlingt. Italien kann auch Staatseigentum verkaufen. Rom sitzt etwa auf 2452 Tonnen Gold, die rund 100 Milliarden Euro wert sind.

            Welt Online: Trotz Ihrer Opposition macht die Slowakei nun bei der zweiten Runde der Griechenland-Kredite mit und steuert 800 Millionen Euro bei.

            Richard Sulik: Leider. Unsere Regierung besteht aus vier Parteien. Drei von ihnen, die noch 2010 gegen jeden Griechenland-Kredit waren, haben ihre Meinung geändert. Das muss auch nicht mehr vom Parlament gebilligt werden. Dort geht es jetzt darum, noch Schlimmeres zu verhindern.

            Welt Online: Nämlich?

            Richard Sulik: Die Kapitalaufstockung um nochmals 340 Milliarden Euro und mehr Vollmachten für den europäischen Krisenfonds EFSF und unseren Beitritt zum folgenden Dauer-Krisenfonds ESM. Wenn unser Parlament es ablehnt, wird es nichts mit dem EFSF-Ausbau. Ohne die 22 Stimmen meiner Partei hat die Regierung keine eigene Mehrheit. Und wir stimmen auf jeden Fall mit Nein.

            Welt Online: Die deutsche und französische Regierung und die EU halten einen stärkeren Krisenfonds für unverzichtbar, um den Euro zu retten und Portugal und Irland, Spanien, Italien und selbst Frankreich zu schützen.

            Richard Sulik: Was uns als Rettung des Euro verkauft wird, ist seine Schwächung und bedeutet neue Schulden. Das Vorgehen der Euro-Länder ist, als ob sie ein Feuer mit einem Ventilator löschen wollten. Wir sehen eine Krisenkonferenz nach der anderen. Immer wird am Sonntag in der Nacht entschieden, immer geht es um Milliarden. Und was ist gerettet worden, was ist besser? Nichts. Wäre Griechenland letztes Jahr pleitegegangen, hätten die Italiener und andere längst angefangen, wirklich hart zu sparen. Stattdessen bekommen sie die Bestätigung für unverantwortliches Verhalten und die Botschaft: Macht weiter so.

            Welt Online: Wodurch?

            Richard Sulik: Die Kapitalaufstockung und Vollmachtserweiterung des EFSF führen dazu, dass Länder sich nicht mehr um Investoren bemühen müssen, um Geld zu bekommen, sondern einfach zum EFSF gehen und die Hand aufhalten können. Zweitens bekommen sie 3,5 Prozent Zinsen garantiert. Davon kann etwa Italien im Moment nur träumen. Das ist der direkte Weg in die Transferunion. Noch mehr Schauder laufen mir über den Rücken, wenn ich von einer europäischen Wirtschaftsregierung höre.

            Welt Online: Warum?

            Richard Sulik: Wir Slowaken hatten 40 Jahre lang die Sowjetunion mit ihrer sozialistischen Planwirtschaft am Hals. Setzen sich die Befürworter einer europäischen Wirtschaftsregierung durch, können wir als Land nicht einmal mehr über die Steuergesetze selbstständig entscheiden. Das wollen wir nicht. Davon war keine Rede, als wir der Euro-Zone beitraten. Ich erinnere mich sehr gut, welche Regeln galten: Schuldengrenzen, das Bail-out-Verbot nach Artikel 125 des Lissabon-Vertrags, ein Verbot für die Europäische Zentralbank, Staatsanleihen aufzukaufen. Das alles gilt nicht mehr – und ich frage, warum. Solide Gesellschaften halten ihre Regeln ein.

            Welt Online: Ihre Haltung macht Sie unbeliebt. Bundeskanzlerin Angela Merkel und EU-Währungskommissar Olli Rehn haben Sie schon 2010 gemahnt, Solidarität sei keine Einbahnstraße.

            Richard Sulik: Für mich ist das Wort Solidarität hier ein Vorwand. Gäbe es in Griechenland ein Erdbeben oder einen Tsunami, riefe ich als Erster zu Hilfe auf. Das wäre ein Fall von notwendiger Solidarität. Aber hier geht es darum, dass wir ein Land alimentieren, das unverantwortlich gewirtschaftet hat. Griechenland hat 30 Jahre lang Schulden über Schulden gemacht. Jetzt ist die Party zu Ende.

            Welt Online: Der Slowakei stehen allein von 2007 bis 2013
            • 30.08.11, 23:00
              Welt Online: Der Slowakei stehen allein von 2007 bis 2013 knapp 14 Milliarden Euro EU-Fördergelder zu. Das ist mehr als die 13,4 Milliarden Euro, die Sie maximal in EFSF und ESM einzahlen würden. Müssten Sie bei einer Ablehnung der Krisenfonds nicht auch auf das EU-Geld verzichten?

              Richard Sulik: Wir rufen nur einen Bruchteil der Fördermittel ab. Zudem sind sie ein großes Problem – sie unterstützen die Korruption, etwa bei den Beamten, die diese großen Summen vergeben. Sie verzerren die Wirtschaft. Wenn zwei konkurrierende Hotels da sind, und das eine bekommt zwei Millionen Euro, und das andere nichts, stellt das alles auf den Kopf. Davon abgesehen: Wo steht geschrieben, dass wir, nur weil wir bei Griechenland nicht mitmachen, kein Recht auf Fördergelder haben?

              Welt Online: Noch nirgendwo. Aber Sie kommen unter Druck. Das österreichische Finanzministerium etwa sagt uns offen, das Verhalten der Slowakei sei auf europäischer Ebene nicht vergessen, und wenn es weiteres solches Ausscheren gebe, müsse man überlegen, solche Länder bei anderen Dingen auszuschließen.

              Richard Sulik: Das wäre eine ungeheuerliche Erpressung. Aber von mir aus, sollen sie unsere Nichtbeteiligung gegen Fördergelder anrechnen. Ich bin nicht gewählt, damit ich von Brüssel oder anderen Regierungen gelobt werde, sondern damit ich die Interessen der Slowaken verteidige.

              Ich unterschreibe keinen Scheck über fünf oder zehn Milliarden Euro mit, die die Slowakei verlassen würden, damit Griechenland weiter das Vierfache der slowakischen Rente zahlen kann oder die Iren den Steuersatz von 12,5 Prozent behalten können.

              Welt Online: Die Polen oder Tschechen sind jetzt sehr froh, dass sie nicht im Euro sind, sondern noch ihre eigene Währung haben. Bedauern Sie, dass Sie 2009 beigetreten sind?
              Video

              weiter blättern

              Merkel und Sarkozy schmieden Plan zur Euro-Rettung

              Richard Sulik: Ja. Ich war ein großer Fan des Euro-Beitritts. Aber wenn ich sehe, was jetzt passiert, muss ich sagen, die Slowakei wäre besser dran, wenn sie ihre Krone behalten hätte. Deutschland, Frankreich oder die EU-Kommission malen jetzt immer den Schwarzen Peter an die Wand: Wer sich weigert, die Milliarden zu leihen, wird schuld sein, wenn erst Spanien, Italien, dann ganz Europa zusammenbricht. Würde das stimmen, würden sich auch England, Schweden oder Tschechien darum reißen, bei der Griechenland-Rettung oder bei den Krisenfonds mitzumachen, weil sie ja genauso betroffen wären. Das tun sie aber nicht. Offensichtlich ist das ein Pseudoargument.

              Welt Online: Sie haben gefordert, die Slowakei müsse einen PlanB für den Fall haben, dass es weiter in Richtung Transferunion geht. Sind Sie in diesem Fall dafür, die slowakische Krone wiedereinzuführen und aus der EU auszutreten?

              Richard Sulik: Der Euro als gemeinsame Währung ist eine tolle Idee. Ich war selbst Unternehmer und habe erlebt, wie vorteilhaft es war, etwa im Geschäft mit Deutschland kein Kursrisiko mehr zu haben. Ich bin aber auch dafür, dass die Grundregeln eingehalten werden. Es kann ja noch so kommen, und der Plan etwa für den ESM wird begraben. Ich bin jetzt nicht dafür, dass die Slowakei austritt. Aber wenn die Entwicklung so weitergeht, bleibt von der tollen Idee des Euro nichts übrig. Damit müssen wir rechnen.

              Welt Online: Haben Sie Ihre slowakischen Kronen schon aus der Schublade geholt?

              Richard Sulik: Ich habe tatsächlich noch fünf Millionen Kronen. Aber sie liegen zerschreddert in einer Plastikbox. Ich habe sie nach der Euro-Einführung von der slowakischen Nationalbank als Andenken bekommen.


              • Unia dwóch historii
                Rozmowa z prof. dr. hab. WŁODZIMIERZEM JASTRZĘBSKIM, dyrektorem Instytutu Historii Akademii Bydgoskiej im. Kazimierza Wielkiego
                - Panie profesorze, wiemy już, kiedy znajdziemy się w Unii Europejskiej. Trzeba będzie zatem dokonać pewnego przeglądu i ujednolicenia także podręczników historii. A tu, zwłaszcza w stosunkach polsko-niemieckich minionego XX wieku są wykluczające się wzajemnie oceny...
                - Główne elementy sporne w historiografii polskiej i niemieckiej to problem oceny dwóch wydarzeń z początku II wojny światowej: bydgoskiej Blutsonntag, czyli "krwawej niedzieli" i marszu do Łowicza. Nie tylko w podręcznikach są one inaczej przedstawione i oświetlone. Najkrócej ujmując, dla Niemców to, co zdarzyło się 3 i 4 września 1939 r. w Bydgoszczy było zwykłą napaścią Polaków skutkującą wymordowaniem sporej ilości Niemców. Twierdzą oni, że stało się tak na skutek dłuższego oddziaływania propagandy II Rzeczypospolitej. Mieliśmy być silni, zwarci i gotowi. Tymczasem dwa pierwsze dni wojny to nieustający odwrót pociągający za sobą rozgoryczenie, co wywołało próbę zemsty na niewinnych Niemcach.
                - Ale podobnych przypadków w Polsce nie było nigdzie, natomiast dywersyjnych akcji niemieckich znamy więcej.
                - Akcje antyniemieckie były, tyle że w dużo mniejszej skali. Choćby w Mogilnie, Nakle i Inowrocławiu w pierwszych dniach września doszło do zamieszek, masowych oskarżeń miejscowych Niemców o "strzelanie w plecy". Na pewno akty dywersji miały miejsce na Śląsku. Zachowała się dokumentacja takiej akcji przygotowywanej przez wrocławską Abwehrę. Grupy ochotników organizowano spośród uciekających z Polski Niemców, którzy nie chcieli być zmobilizowani do polskiego wojska.
                Nie mamy natomiast żadnych dowodów ze strony niemieckiej, że na terenie Pomorza taką akcję planowano. W aktach górnośląskich jest tylko malutka wzmianka, że w Bydgoszczy działa paruosobowa grupka, która ma zadanie wysadzenia elektrowni i utrudnienie komunikacji z naszego miasta do Inowrocławia. Jak wiadomo, elektrownia stoi do dziś.
                - Guenter Schubert, autor wydanej w Niemczech i wciąż czekającej na polską edycję książki pod znamiennym tytułem "Krwawa niedziela. Koniec legendy" jest przekonany, że 3 września zamieszki w Bydgoszczy wywołała specjalnie wyszkolona i przerzucona przez zieloną granicę supertajna kompania dywersyjna niemieckiej SD.
                - To czysta fantazja autora. Nie wierzę, by mogło do czegoś takiego dojść. W archiwach nie zachowało się absolutnie nic, co upoważniałoby do stawiania takiej tezy. Byłem w wielu archiwach polskich, niemieckich, nawet w Moskwie. Nie znalazłem niczego. A taka akcja nie mogła się odbyć bez choćby najmniejszego śladu. Nie ma zbrodni doskonałej. Hitlerowcy ukrywali swoje ludobójstwo, palili zwłoki ofiar, ale nie osiągnęli celu. Zawsze gdzieś musi coś pozostać, choćby pośrednio.
                - Mamy jednak setki zeznań polskich świadków, bardzo zbieżnych.
                - Mamy około tysiąca relacji polskich świadków o niemieckiej dywersji i około tysiąca spisanych wspomnień przedwojennych niemieckich bydgoszczan, że niczego takiego nie było. Fakty natomiast są takie, że po stronie niemieckiej mamy kilkaset ofiar, niestety, w sporej części są to kobiety i starcy. To już jest wskazówka, że to była akcja bardziej odwetowa niż walka ze specjalnie wyszkolonymi i przygotowanymi "poborowymi" dywersantami.
                - Jak powinniśmy się odnosić do tej liczby ofiar po "tamtej" stronie? Przecież początkowo Niemcy podali liczbę około 5 tysięcy, potem w propagandzie urosło to do ponad 58 tysięcy.
                - Jest kartoteka mieszkańców Bydgoszczy zachowana z okresu międzywojennego, jest księga adresowa i one stanowią podstawę do weryfikacji listy sporządzonej przez hitlerowców. Sądzę, że można zaufać szacunkom historyka-amatora, autora kilku książek, przedwojennego bydgoszczanina Hugo Rasmusa. To jest dokładnie 358 osób, mieszkańców Bydgoszczy pochodzenia niemieckiego, którzy zginęli w dniach 3 i 4 września 1939 r. Do tego Rasmus dolicza 7 Niemców, którzy zginęli w polskich mundurach i jeszcze 65 osób z marszu do Łowicza. To razem 430 osób wymienionych z imienia i nazwiska. Rozbieżności mogą być naprawdę niewielkie.
                - A liczba ofiar po stronie polskiej?
                - To jest poważny problem. Nikt tego rzetelnie nie opracował. Udało się jedynie policzyć żołnierzy polskich, którzy zginęli w Bydgoszczy w dniach 3 i 4 września. To liczba oscylująca między 20 a 30.
                - Co zatem, pańskim zdaniem, zdarzyło się w Bydgoszczy w tamtą pamiętną niedzielę naprawdę?
                - Coraz bardziej przekonuję się do tego, że Polacy nie wytrzymali utrzymującego się od wiosny napięcia i wojny propagandowej prowadzonej przez stronę niemiecką i oskarżającej Polaków o prześladowanie mniejszości niemieckiej. Polacy twierdzili, że mniejszość niemiecka to szpiedzy, dywersanci itd. Władze nie miały na to dowodów. Większość napływających meldunków to tzw. szeptanka. Natomiast faktycznych aktów dywersji, udowodnionego szpiegostwa praktycznie nie było. Oskarżał absurdalnie niekiedy sąsiad sąsiada, że np. lusterkiem daje znaki samolotom, że ktoś miał radiostację ukrytą w worku mąki etc. Polska prasa cały czas taki ton podtrzymywała. Wiele złego rodziło się też jak wszędzie z zawiści. Niemcy, którzy na Pomorzu zostali po I wojnie, byli na ogół ludźmi majętnymi. Polacy oburzali się, że oto nie mają pracy, głodują w swojej ojczyźnie, a Niemiaszkom powodzi się znakomicie. W Bydgoszczy i okolicach jeszcze przed rozpoczęciem wojny miejscowa endecja oraz hallerczycy zaczęli organizować grupki paramilitarne błękitnych legionów, by podjąć próbę obrony miasta. To musi rodzić podejrzenie, że jednym z założeń było dobranie się do skóry mniejszości niemieckiej. Na to są dowody. Do tego 31 sierpnia 1939 r. dokonano zmiany na stanowisku wojskowego komendanta placu w Bydgoszczy. Majora Sławińskiego zastąpił major rezerwy Wojciech Albrycht, działacz Związku Hallerczyków. Ci właśnie hallerczycy zabiegali o wydanie im broni. To znamienne, że jednym z szefów straży obywatelskiej był przywódca miejscowej endecji Konrad Fiedler, a oddziałami wojskowymi straży dowodził por. rez. Stanisław Pałaszewski, hallerczyk. Straż rzekomo powstała dopiero 4 września. To jest wersja oficjalna. Okazuje się tymczasem, że działała już 2 września. Anons wzywający ochotników do stawienia się w Domu Społecznym przy Gdańskiej tego dnia ukazał się w bydgoskiej prasie.
                - Niemniej ten tysiąc polskich świadków, no może część z nich mówi, że impulsem, który spowodował lawinę zdarzeń, były strzały - z dachów, wież kościołów, strychów. Do wycofującego się wojska, do zbiorowisk ludzkich.
                - A może to wszystko zaczęło się od innego incydentu, o którym wspominają liczni świadkowie także polscy? Otóż od 2 września przez Bydgoszcz przeciągała fala uciekinierów przemieszana z wycofującymi się wojskami, głównie Gdańską. Następnego dnia, w niedzielę rano w okolicy starych torów kolejowych na skrzyżowaniu Gdańskiej i Artyleryjskiej (dzisiejsza ulica Kamienna) zgromadził się tłum bydgoszczan pełen napięcia. W pewnym momencie jakieś ciężkie działo zjechało z nawierzchni szutrowej na brukową. Rozległ się hałas, ktoś wzniecił okrzyk, że oto jadą niemieckie czołgi, rozpoczęła się straszliwa panika. Kto żyw ruszył na oślep Gdańską, tratując wszystko po drodze. Chcąc opanować tę panikę, niektórzy oficerowie zaczęli strzelać w powietrze, żeby lawinę zatrzymać, wydobyć ludzi z amoku. Zostało to odebrane jako strzały "oczekiwanych" dywersantów niemieckich. Wieść poszła w miasto, a że trafiła na wyjątkowo podatny grunt, rozpoczęło się poszukiwanie miejscowych Niemców stopniowo przybierające charakter nagonki. Tworzą się samorzutnie grupki złożone z żołnierzy i cywilnych bydgoszczan pewne, że to Niemcy strzelają. Uruchamia się mechanizm nie do powstrzymania, przeszukiwanie domów. A w tym czasie w rękach bydgoszczan było już sporo broni, którą wydawano masowo hallerczykom i straży obywatelskiej. Brali też czynny udział w tym uczniowie liceum Kopernika, gdzie nauczycielem był Albrycht.
                • - Niemniej ten tysiąc polskich świadków, no może część z nich mówi, że impulsem, który spowodował lawinę zdarzeń, były strzały - z dachów, wież kościołów, strychów. Do wycofującego się wojska, do zbiorowisk ludzkich.
                  - A może to wszystko zaczęło się od innego incydentu, o którym wspominają liczni świadkowie także polscy? Otóż od 2 września przez Bydgoszcz przeciągała fala uciekinierów przemieszana z wycofującymi się wojskami, głównie Gdańską. Następnego dnia, w niedzielę rano w okolicy starych torów kolejowych na skrzyżowaniu Gdańskiej i Artyleryjskiej (dzisiejsza ulica Kamienna) zgromadził się tłum bydgoszczan pełen napięcia. W pewnym momencie jakieś ciężkie działo zjechało z nawierzchni szutrowej na brukową. Rozległ się hałas, ktoś wzniecił okrzyk, że oto jadą niemieckie czołgi, rozpoczęła się straszliwa panika. Kto żyw ruszył na oślep Gdańską, tratując wszystko po drodze. Chcąc opanować tę panikę, niektórzy oficerowie zaczęli strzelać w powietrze, żeby lawinę zatrzymać, wydobyć ludzi z amoku. Zostało to odebrane jako strzały "oczekiwanych" dywersantów niemieckich. Wieść poszła w miasto, a że trafiła na wyjątkowo podatny grunt, rozpoczęło się poszukiwanie miejscowych Niemców stopniowo przybierające charakter nagonki. Tworzą się samorzutnie grupki złożone z żołnierzy i cywilnych bydgoszczan pewne, że to Niemcy strzelają. Uruchamia się mechanizm nie do powstrzymania, przeszukiwanie domów. A w tym czasie w rękach bydgoszczan było już sporo broni, którą wydawano masowo hallerczykom i straży obywatelskiej. Brali też czynny udział w tym uczniowie liceum Kopernika, gdzie nauczycielem był Albrycht. Początkowo mogło to mieć rzeczywiście charakter spontaniczny.
                  Hermann Dietz, znany lekarz-społecznik, miał wówczas 78 lat. Ukrywał się w piwnicy swojego domu przy Gdańskiej. Wtargnęła tam jakaś grupka i chciała go wyprowadzić, ale za Dietzem wstawił się Polak, jego woźnica i to go uratowało. Potem w swoje ręce wziął sprawę komendant placu razem z hallerczykami. Około godz. 17 mjr Albrycht zameldował gen Przyjałkowskiemu, dowodzącego stacjonującym w mieście i okolicach wojskiem, że w Bydgoszczy jest już spokój. Dlaczego tak twierdził? Tymczasem strzały w mieście słychać było przez całą noc, a rano 4 września rozpoczęła się już normalna pacyfikacja Szwederowa na chłodno, z wyraźnymi cechami odwetu i zemsty. Tu już patrole wchodziły do domów, wyciągały Niemców i ich rozstrzeliwały.
                  - Czy znajduje potwierdzenie teza, że pierwsze egzekucje na Starym Rynku były odwetem za zbrojne akcje jeszcze przez kilka dni po wejściu do Bydgoszczy Wehrmachtu?
                  - Straż obywatelska skapitulowała 5 września pod groźbą ostrzału miasta z ciężkich dział. Ale zachowały się liczne niemieckie meldunki, że jeszcze 6, 7 i 8 września w Bydgoszczy do hitlerowców strzelano, m.in. z kina Lido przy Mostowej, z budynków przy ul. Konarskiego. Te zdarzenia sprowokowały rozstrzelanie zakładników.
                  - A co się "nie zgadza" w drugiej sprawie, marszu do Łowicza?
                  - Już od początku lat dwudziestych mówiono w II Rzeczypospolitej o internowaniu czy tzw. unieruchomieniu pewnej grupy ludzi na wypadek wojny. Chodziło o przywódców mniejszości narodowych oraz komunistów. Listy te były systematycznie aktualizowane, od 1937 r. plan ten zyskał ramy prawne na podstawie ustawy sejmowej.
                  Były dwie osobne listy na wypadek wojny z Niemcami i druga - z Rosją. Nie brano natomiast zupełnie pod uwagę możliwości wojny na dwa fronty. Przewidywano internowanie około 15 tysięcy osób. Niestety, moment ten odwlekano na życzenie zachodnich sojuszników, nie chcąc drażnić Niemców.
                  Do działania przystąpiono dopiero 31 sierpnia i 1 września. Osoby z głębi kraju przewieziono do Berezy Kartuskiej. Aresztowanych wcześniej, jeśli były ku temu prawne podstawy, osadzono w więzieniach. I jednym, i drugim nic nie stało.
                  Problem zrodził się natomiast w przypadku województw pomorskiego (z Bydgoszczy około 200 osób), wielkopolskiego i śląskiego: jak i dokąd konwojować? Wojewoda śląski zrezygnował z wykonania zadania, wszystkich zwolnił. Z Pomorza i Wielkopolski wyruszyły piesze kolumny, które połączyły się pod Włocławkiem i dążyły do Warszawy. W okolicach Kutna i Łowicza 9 bądź 10 września internowani doczekali się "wyzwolenia" przez Wehrmacht.
                  Jak wynika z dokumentów niemieckich, z 4500 ludzi uczestniczących w marszu, zginęło 1700. Konwojenci zostali oskarżeni o masowe rozstrzeliwanie jeńców, dobijanie nie wytrzymujących trudów drogi. Zdaniem strony polskiej z kolei przypadki śmierci to przede wszystkim ofiary nalotów Luftwaffe, niemieckich ostrzałów i wyczerpania. Tą kwestią jednak nasza historiografia nie zajęła się dotąd należycie.
                  - W dobie weryfikacji nie sposób nie zapytać o liczbę ofiar. Ilu polskich mieszkańców Bydgoszczy zginęło w czasie II wojny?
                  - Zaraz po wojnie operowano liczbą 36 350. To czysta fantazja. Tuż po wojnie ekshumacje przeprowadzano bardzo niestarannie, bez identyfikacji zwłok. W Dolinie Śmierci odnaleziono ciała np. 306 osób, a jako oficjalną liczbę podano 3 tysiące. Były różne metody liczenia. Bez weryfikacji, bardzo szacunkowe, oparte na zeznaniach świadków. Wszystko mnożono i zaokrąglano w górę. Nic dziwnego, przecież ówczesnym polskim władzom zależało, by ofiar było jak najwięcej. Niemiecki historyk Dieter Schenk na podstawie materiałów z centrum ścigania zbrodni nazistowskich w Ludwigsburgu wyliczył 4942 osób. Z kolei za najbardziej prawdopodobną uważam liczbę podaną przez Tadeusza Jaszowskiego, sięgającą około 6600 ofiar.

                  --
                  pyrsk
                  Ballest
                  "Dobra retoryka jest tarcza niewiedzy"
                  Gleiwitz
                  • "Nagie piersi powieszonej matki - to główna różnica między starą a nową
                    wersją monumentu upamiętniającego polskie ofiary ludobójstwa na Kresach
                    Wschodnich.

                    Nowy projekt autorstwa prof. Mariana Koniecznego stanął wczoraj w siedzibie
                    stowarzyszenia Polska-Wschód na Marszałkowskiej. Gotowy pomnik ma wyrosnąć na
                    placu Grzybowskim we wrześniu przyszłego roku - jak to określili
                    organizatorzy wczorajszej prezentacji - "w 65. rocznicę apogeum rzezi
                    wołyńskich".

                    - My tym pomnikiem pokazujemy, że działalność OUN-UPA to nie była walka, jak
                    oni to teraz próbują przedstawiać, to były czystki etniczne, mordowanie
                    kobiet i dzieci - mówi Stanisław Michalkiewicz, rzecznik Ogólnopolskiego
                    Komitetu Budowy Pomnika Ofiar Ludobójstwa OUN-UPA. - Nie możemy milczeć
                    szczególnie dziś, gdy odżywa zbrodniczy, postbanderowski nacjonalizm -
                    dodaje.

                    W pierwszej wersji - urzędowo aprobowanej jeszcze za prezydenta Warszawy
                    Lecha Kaczyńskiego - pomnik przedstawiał jedynie czwórkę przybitych do pnia
                    martwych dzieci - bez matki.

                    Nowa wersja prezentuje wiszącą na pniu obnażoną kobietę, otoczoną ciałami
                    martwych dziatek. Drzewu towarzyszą tablice po polsku i ukraińsku: "Czyż mamy
                    się bać własnej pamięci? Ukrywać pamięć Wołynia i Podola? Zapomnienie o
                    zbrodniach to prosta droga do nowych zbrodni. Potrzeba pojednania na drodze
                    rzetelnej wiedzy o zbrodni".

                    - Dziś jesteśmy świadkami zakłamywania historii w Polsce i na Ukrainie. Nie
                    możemy milczeć, chcemy, by zbrodniarze byli potępieni, by młode pokolenia
                    Ukraińców nie były już zatruwane ideologią banderowską - od takich deklaracji
                    zaczęła się wczorajsza uroczystość, na której pojawiło się około setki
                    weteranów września i kresowiaków.

                    Zaprezentowany zebranym 1,5-metrowy model pomnika oparty jest na dostarczonym
                    przez komitet budowy monumentu zdjęciu przedstawiającym umęczone dzieci.
                    Miały być ofiarami UPA, zamordowanymi w latach 1943-44 we wsi Kozowa lub
                    Łozowa, powiat Tarnopol.

                    Na początku tego roku reporterka "Gazety" Teresa Torańska publicznie
                    poprosiła Koniecznego, by w imię dobrych stosunków z Ukraińcami nie stawiać
                    tak drastycznej rzeźby. Wiosną br. historyk PAN prof. Dariusz Stola ogłosił
                    sensację (pisała o tym "Rzeczpospolita", potem "Gazeta"): to nie są dzieci
                    zabite przez UPA. To ofiary przedwojennej zbrodni oszalałej matki. Dowód:
                    zdjęcie rzekomych ofiar wojny opublikowało już w 1928 r. polskie czasopismo
                    naukowe "Rocznik Psychiatryczny".

                    - Czy odkrycie prawdziwej historii powieszonych dzieci nie przeszkadza
                    komitetowi? - zapytaliśmy Michalkiewicza.

                    - Nawet jeżeli w szczególe jest to nieprawda, to w ogóle - prawda -
                    odpowiedział. - Tego typu zbrodnie zdarzały się na kresach. Mamy
                    tu "zmyślenie prawdziwe". Pomnik jest artystyczną wizją służącą wspomnieniu
                    cierpień bezbronnych Polaków pomordowanych przez OUN-UPA, a nie ilustracją
                    konkretnego zdarzenia.

                    Życie i śmierć Cyganki Marjanny Dolińskiej oraz historia, która sprawiła, że
                    zdjęcie jej dzieci stało się symbolem wołyńskiej rzezi - w poniedziałek w
                    magazynie "Duży Format"

                    --
                    pyrsk
                    Ballest
                    "Dobra retoryka jest tarcza niewiedzy"
                    Gleiwitz
                  • a wiec autorem pierwszego slownika lacinsko-niemiecko-polskiego jest Franciszek Mymer,Leomontanus Silesius urodzony we Löwenbergu (Lwowek Slaski) a zmarly we Dohna (Sachsen)

                    Mymer byl docentem na Uniwersytecie Krakowskim, ale po zamordowaniu jego brata wyprowadzil sie do Koscian kolo Poznania, pozniej do Torunia , a zmarl we 1564 roku jako protestancki Pastor
                    We wyzej wspomnianej Saksonii .

                    Slownik Lacinsko-Niemiecko –Polski wydal we roku 1928 we krakowskiej drukarni Matthiasa Scharffenberga.
                    We tym samym czasie podobny slownik wydal Johannes Murmellius ale we Drukarni Vietora.
                    Mymer byl takze autorem wielu ksiazek ortograficznych do nauczania jezyka polskiego , we Niemczech jest nazywany “Pionierem der polnischer Sprache im polnischen Schulwesen

                    --
                    pyrsk
                    Ballest
                    "Dobra retoryka jest tarcza niewiedzy"
                    Gleiwitz
                    • dlaczego sie Niemcy spolonizowaly

                      Byly 3 przyczyny polonizacji Niemcow we Polsce
                      1. - Przez swoja wrodzona pracowitosc Niemcy staly sie bardzo bogaci, nie tylko szoltysi lokowanych wsi, ale takze mieszczanie, ktorymi notabene wlasciwie tylko Niemcy byli.
                      2. - Jako bogaci mieszczanie zaczeli zatrudniac we swoich mansionach polskie nianki, pacholkow, czytaj sluzbe, ta wlasnie sluzba rozmawiala ze niemieckimi dziecmi po polsku
                      3 - Wynalezienie druku, zaczeto wiec wydawac ksiazki i slowniki jezyka polskiego, ale Polakow co czytac potrafili wlasciwie nie bylo, a wiec zaczeli sie Niemcy po polsku uczyc.

                      We ubozszych rejonach Polski, gdzie Niemcy nie mogli sobie pozwolic na zatrudnienie polskiej nianki jak na przyklad we Markowej, czy Binarowej przetrwal jezyk niemiecki do 19 wieku.
                      --
                      pyrsk
                      Ballest
                      "Dobra retoryka jest tarcza niewiedzy"
                      Gleiwitz
                    • poprow ta data prosza


                      Scharfenberg Kryspin Ci sam spomna

                      poczodziou on ze Lubania,i bou krewnym tych krakowskich drukarzy - Kryspian uczou sie druku u Macieja Scharfenberga, potym poszou do Wittymbergi kaj u samego Cranacha uczou sie artystycznyj techniki drzeworytu. Kryspin odkupiou od znanego drukarza Winklera drukarnia we Wrocuawiu. Tyn rud drukarzy wrocuawskich zauorzou potym tysz drukarnia w Nysie.
                      • Danke Laband:

                        a wiec autorem pierwszego slownika lacinsko-niemiecko-polskiego jest Franciszek Mymer,Leomontanus Silesius urodzony we Löwenbergu (Lwowek Slaski) a zmarly we Dohna (Sachsen)

                        Mymer byl docentem na Uniwersytecie Krakowskim, ale po zamordowaniu jego brata wyprowadzil sie do Koscian kolo Poznania, pozniej do Torunia , a zmarl we 1564 roku jako protestancki Pastor
                        We wyzej wspomnianej Saksonii .

                        Slownik Lacinsko-Niemiecko –Polski wydal we roku 1528 we krakowskiej drukarni Matthiasa Scharffenberga.
                        We tym samym czasie podobny slownik wydal Johannes Murmellius ale we Drukarni Vietora.
                        Mymer byl takze autorem wielu ksiazek ortograficznych do nauczania jezyka polskiego , we Niemczech jest nazywany “Pionierem der polnischer Sprache im polnischen Schulwesen "
                        --
                        pyrsk
                        Ballest
                        "Dobra retoryka jest tarcza niewiedzy"
                        Gleiwitz
    • W Necie jest poruszany temat, jak to jeden Anglik wszedł sobie do obozu niczym do przydrożnego wychodka i teraz, kiedy nie ma świadków snuje swoje opowieści.
      Internautka w forumowej dyskusji napisała tak:


      Ja natomiast chce przytoczyć obrazek, który mi opowiedział stryj Feliks. W rodzinie zawsze było mówione, że pracował przed wojną w Wilnie w sądzie i dlatego, jak weszli sowieci, to wywieźli go na Sybir. Sądziłam, że pełnił jakąś ważną funkcję. Okazało się, że miał bardzo odpowiedzialną pracę - był woźnym w sądzie.To było tło.
      Wrócił do Wilna pod koniec lat 40-tych. W łagrze pokazywano im film o Oświęcimiu. Musieli przerwać pokaz, bo rozległo się ogólne wołanie: my chcemy tak jak w Oświęcimiu! Gdy to opowiadał, nie mogłam pojąć, o co im chodziło. Więźniowie łagru odebrali warunki Oświęcimia jako niemalże komfort: każdy więzień miał wyrko, i na środku baraku były stoły i ławy.
      W łagrze mieli słomę, która dosyć szybko zamieniała się w nie wiadomo co.
      Ja też byłam na Syberii.

      ~Sybiraczka.

      --
      ****************************************************************
      Odważni żyją krótko. Tchórzliwi nie żyją wcale. Kim więc jestem?
    • www.youtube.com/watch?v=MHsnIykVGhs&feature=fvsr
      na koncu je adresa kaj se to couke obejzec idzie!
      • Pieśń o pewnym wójcie krakowskim Albercie
        (Fragmenty, przed 1320)
        Kto w Fortunie ma nadzieję,
        Ufa, że bezpiecznie będzie
        Na jej kole siedzieć mógł,
        Taki nie zna jej zwyczajów,
        Nie wie, że nic nie jest w świecie
        Gorsze niźli wierzyć jej.
        Ślepa, zwodna jest Fortuna,
        Spośród wszystkich świata potęg
        Ta najgorsza godna klątw.
        Komu śmiać się pozwoliła,
        Temu zaraz płakać każe.
        O, żałosny losie zły!
        […]
        Tak Fortuna swym kochankom
        Płaci: gdy obróci koło,
        W nędzę strąca ich bez dna.
        Ona nigdy się nie zmieni:
        Cześć zabiera, życie, dobra,
        Spycha nędznych w piekła mrok.
        […]
        Siebie stawiam jako przykład
        Ostrzeżenia dla was wszystkich.
        […]
        Miałem siedzieć tam w łańcuchach,
        Chłodem, głodem udręczony.
        Woda nie wilżyła warg.
        Na kamienie mnie rzucono,
        W zaduch straszny. W mrocznym lochu
        Piętrzył się dokoła gnój.
        Przez pięć raków gniłem w nędzy.
        Zapomnieli mnie sąsiedzi,
        Przyjaciele, jakbym sczezł.
        Póki wierny poręczyciel,
        Pieniądz, nie wybłagał wreszcie
        Otworzenia lochu wrót.
        Po zaszczytach wielkich miałem
        Hańbę. O tym, jakem skończył
        Lepiej będzie nie rzec nic.
        Z nosem na dół obróconym,
        Położony przy topielcu —
        Pogrzebany jestem tu.
        (Tłumaczył Zygmunt Kubiak )
        Henryk Kowalewicz : Pieśń o wójcie Albercie
        Łaciński utwór świecki nieznanego autora z XIV wieku, składający się z 21 strof 6-wierszowych, wydany po raz pierwszy dopiero w roku 1815. Tematu dostarczyły tragiczne losy krakowskiego wójta Alberta, który w latach 1311–1312 był jednym z przywódców buntu mieszczan krakowskich przeciwko Władysławowi Łokietkowi, w zamiarze wprowadzenia na tron zniemczonego Bolka Opolskiego. Po upadku buntu uciekający z Krakowa Bolko zabrał Alberta do Opola i tam więził przez 5 lat. Po wydostaniu się z więzienia za okupem Albert udał się do Czech, gdzie w nędzy zakończył życie. Pieśń składa się z dwóch części. Pierwsza, powstała w XIV wieku jest monologiem zmarłego Alberta, narzekającego na zmienność Fortuny. W tej części widoczne jest współczucie autora dla nieszczęsnego wójta: całą winę składa się na zmienny los. Natomiast część druga jest najprawdopodobniej późniejszym dodatkiem antyniemieckim. Mowa jest tu o zdradzie Alberta, jako jej przyczynę podaje się jego niemiecką naturę. Niemcy chcą zawsze być pierwszymi i nie chcą nikomu podlegać. Przybywają pokorni i uniżeni, a później, w podstępny sposób wywłaszczają prawych dziedziców, jak to zrobili z Czechami

        --
        pyrsk
        Ballest
        "Dobra retoryka jest tarcza niewiedzy"
        Gleiwitz
        • 21.10.11, 19:59
          Czarna seria kradzieży rozpoczęła się dokładnie rok temu w krakowskiej Bibliotece PAN
          Starodruki na sprzedaż
          Niejasne i sprzeczne wypowiedzi władz Uniwersytetu Jagiellońskiego na temat zaginięcia atlasów i pruskich map z Biblioteki Jagiellońskiej wskazują, że seria kradzieży inkunabułów i starodruków w Krakowie to problem nie tylko dla prawników karnistów, ale i specjalistów od prawa międzynarodowego.
          – Niczego nie mogę wykluczyć – tyle tylko miał do powiedzenia dziennikarzom rektor UJ prof. Franciszek Ziejka na pytania o ewentualne straty wśród tzw. Berlinki w wyniku ostatnich kradzieży w uniwersyteckiej bibliotece.
          Dramatyczna sprawa
          Równie wstrzemięźliwa w tej materii była przez dłuższy czas krakowska prokuratura. Pod Wawelem było jednak tajemnicą poliszynela, że ujawnioną pod koniec sierpnia w trakcie trwającej od kilku miesięcy inwentaryzacji, kradzieżą pruskich map i atlasów interesowały się Urząd Ochrony Państwa i Ministerstwo Spraw Zagranicznych. Rzecznik MSZ Paweł Dobrowolski był mniej dyskretny od innych urzędników i zniknięcie fragmentów poniemieckich zbiorów nazwał „skandaliczną historią”. Uznał, że fakt ten może się odbić negatywnie na polsko-niemieckich rozmowach dotyczących wymiany zagrabionych dzieł sztuki i innych cennych przedmiotów.
          – To jest zbyt poważna i dramatyczna sprawa – przekonywał tymczasem dziennikarzy rektor Ziejka odmawiając nawet na specjalnie zwołanej konferencji prasowej komentowania krążących pogłosek.
          Rektor równocześnie zapewniał. że.... zbiory pruskie są pod właściwą opieką.
          Postawił więcej znaków zapytania niż udzielił odpowiedzi. Wydane w połowie października wspólne oświadczenie władz UJ i krakowskich organów ścigania, które zapewniło że zbiory berlińskie nie zostały uszczuplone, bowiem kradzione ostatnio pruskie mapy i atlasy.... zostały w latach siedemdziesiątych włączone przez ówczesnego rektora prof. Mieczysława Karasia do zbiorów uniwersyteckich.
          Degradacja finansowa
          Seria krakowskich kradzieży inkunabułów i starodruków nie tylko wstrząsnęła opinią publiczną, ale i poruszyła środowiska prawnicze. Oto stało się jasne, że polskie zbiory publiczne są wydane na łup bezkarnych, jak dotąd, złodziei. Choć dzisiaj na ustach wszystkich jest Biblioteka Jagiellońska, czarna seria rozpoczęła się niemal dokładnie rok temu w krakowskiej Bibliotece PAN. I tam też znajdziemy prozaiczną odpowiedź na pytanie o przyczynę zjawiska.
          – Przez ostatnie trzy lata Biblioteka PAN jest ofiarą postępującej degradacji finansowej – zauważa prof. Karolina Grodziska od września ponownie zajmująca stanowisko jej dyrektora, które przestała pełnić po ubiegłorocznej kradzieży.
          23 listopada 1998 roku ukradziono z biblioteki pierwodruk dzieła Mikołaja Kopernika „O obrotach sfer niebieskich” z 1543 roku. Około 40-letni mężczyzna przyszedł wtedy do czytelni po zamówione kilka dni wcześniej dzieło. Kradzież przygotował perfekcyjnie. Wyjął z tekturowej oprawy ponad 200 stron pierwodruku i chowając je pod sweter wyszedł, mówiąc, że idzie do ubikacji. Przestępstwo stwierdzono już po kilku minutach, ale po sprawcy został tylko płaszcz i rewers. Wypełniony na nazwisko osoby, która dwa lata temu zgłosiła o kradzieży dowodu tożsamości.
          Krakowskiej Biblioteki PAN do dziś – rok po kradzieży – nie stać nie tylko na nowoczesne zabezpieczenia przed złodziejami, ale nawet na ...zatrudnienie strażnika przy wejściu!
          – Nie mamy funduszy na czynsz, gaz i prąd, co mówić o konserwacji ksiąg – skarży się dyr. Grodziska.
          Biblioteka wystąpiła niedawno do Komisji Kultury i Ochrony Zabytków Rady Miasta Krakowa o 20 tys. zł na uregulowanie bieżących opłat i 130 tys. zł na elektroniczne zabezpieczenie zbiorów. Wiceprezydent Krakowa Paweł Zorski, uczestniczący w obradach komisji, uznał jednak, że Biblioteka PAN jest instytucją państwową, więc miasto nie ma podstaw do jej finansowania.
          Być może poprawę tej tragicznej finansowo sytuacji przyniesie po nowym roku zmiana przynależności. Biblioteka będzie należeć do Polskiej Akademii Umiejętności. Nie wiadomo jednak jak ponad 700 tys. tomów przetrwa te kilka miesięcy. Pięć tysięcy starodruków, sześć tysięcy rycin i trzy tysiące rękopisów wymaga natychmiastowej konserwacji.
          – Koszt konserwacji jednej księgi waha się w granicach od 5 do 50 tysięcy złotych – wyjaśnia K. Grodziska.
          – W nieprzystosowanych magazynach niszczeją bezcenne dobra naszej kultury.
          Prozaiczny brak środków finansowych przyczynił się także do kradzieży zbiorów Jagiellonki.
          Wiedzą, że nic nie wiedzą
          – Po kradzieży dzieła Kopernika w Bibliotece PAN podjęte zostały kroki w celu lepszego zabezpieczenia zbiorów w Bibliotece Jagiellońskiej – zapewnia Leszek Śliwa, sekretarz prasowy rektora UJ. – Przesunięto w budżecie uczelni część środków na zakup podstawowego zabezpieczenia elektronicznego czytelni i magazynów zbiorów specjalnych.
          Po ujawnieniu w kwietniu kradzieży 13 inakunabułów, wśród nich XV-wiecznego wydania „Cosmographii” Ptolemeusza, zarządzono inwentaryzację zbiorów. Wynik znany będzie dopiero pod koniec roku. I dopiero wtedy dowiemy się o właściwym rozmiarze kradzieży! Ujawniony ostatnio brak kolejnych ponad pięćdziesięciu inkunabułów oraz starodruków, a także 6 atlasów i 500 pruskich map może wcale nie zamykać listy strat!
          Władze uniwersytetu i biblioteki wiedzą, że... nic nie wiedzą.
          – Może być tak, że mapy zostały źle zakwalifikowane przez magazynierów i trafiły w inne miejsca. Dlatego rozpoczęliśmy bardzo dokładne sprawdzanie zbiorów. Mapy na pewno nie były udostępniane do czytelni publicznej i w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat nikt z nich nie korzystał – nie traci nadziei dr Zdzisław Pietrzyk, wicedyrektor (od sierpnia) Biblioteki Jagiellońskiej, odpowiadający za zabezpieczenie zbiorów.
          Wprowadzenie w czytelniach systemu monitoringu, założenie elektronicznych zamków i kamery oraz sprawdzanie przez ochroniarzy osób wchodzących i wychodzących nie na wiele się zdało.
          – Zabezpieczyliśmy się tylko przed złodziejami z zewnątrz. Tymczasem w tej chwili wiele wskazuje na to, że nasze zbiory uszczuplają sprytnymi sposobami pracownicy biblioteki – przyznaje rektor, prof. Ziejka.
          Takie sugestie wysunęli policjanci. Uważają oni, że tak w przypadku inkunabułów, jak i map, kradzieży dokonała działająca na zlecenie fachowców osoba lub grupa osób mająca świetne rozeznanie w zbiorach, procedurze ich zabezpieczenia oraz rynkowej wartości.
          Można jednak powiedzieć, że mądry UJ po szkodzie. W listopadzie zacznie działać system telewizyjnych i elektronicznych zabezpieczeń w całym budynku biblioteki. Dlaczego dopiero teraz?
          – Wcześniej nie było to możliwe, bo w budżecie uniwersyteckim brakowało odpowiedniej sumy, ok. 700 tys. zł – wyjaśnia rektor Ziejka. – Elektroniczne zamki i kamery telewizyjne z powodu braku funduszy założono dotychczas jedynie w czytelniach zbiorów specjalnych.
          Oczywiście nie były one wystarczającym zabezpieczeniem przed złodziejem wewnętrznym.
          Efekt? Wartość samych 51 skradzionych inkunabułów i starodruków biegli szacują na 14 mln zł. Taką kwotę podaje prof. Stanisław Szczur z Instytutu Historii UJ. To on na zlecenie krakowskiej prokuratury porównywał zdjęcie okładki piętnastowiecznego wydania dzieła Ptolemeusza „Cosmografhia” – zamieszczone w katalogu domu aukcyjnego Reiss und Sohm – z dokładną ołówkową kopią oryginału, znajdującą się w Jagiellonce. Na tej podstawie w stu procentach stwierdził, że okładka dzieła wystawionego w Niemczech na sprzedaż jest identyczna ze skradzioną z krakowskiej biblioteki.
          Krakowska prokuratura jednoznacznie stwierdziła wadliwość zabezpieczenia cennych zbiorów. W ostatnich latach prowadzona jest rozbudowa uniwersyteckiej biblioteki, w budynku mogło swobodnie poruszać się wiele niepowołanych osób. Ale dyrekcji zarzucono też rażące zaniżanie wartości skradzionych d
          • "Krakowska prokuratura jednoznacznie stwierdziła wadliwość zabezpieczenia cennych zbiorów. W ostatnich latach prowadzona jest rozbudowa uniwersyteckiej biblioteki, w budynku mogło swobodnie poruszać się wiele niepowołanych osób. Ale dyrekcji zarzucono też rażące zaniżanie wartości skradzionych dzieł (np. księgę Ptolemeusza wystawioną w Niemczech za 1,2 mln marek biblioteka wyceniła na... 18 tys. zł). Dyrekcja Jagiellonki nie zawiadomiła też znanych domów aukcyjnych o kradzieży.
            – W Europie nie istnieje centralny rejestr zaginionych pozycji. Każdy antykwariusz na własną rękę stara się więc zbadać historię wystawianych na sprzedaż książek. Jeśli jednak nie ma żadnych informacji o kradzieży, a właściciel przedstawi wiarygodne pochodzenie dzieła, idzie ono pod młotek – przypomina Janusz Pawlak z krakowskiego antykwariatu Rera Avis.
            A jednak najwięcej niepokoju i zamieszania sprawiła nie tyle wartość skradzionych dzieł, co możliwość znalezienia się wśród nich elementów Berlinki. Napięcie podsycały wspomniane sprzeczne wyjaśnienia władz uniwersytetu i biblioteki. (Np. wicedyrektor Pietrzyk sugerował, że skradzione mapy mogły znajdować się w Jagiellonce „jeszcze przed zdeponowaniem w niej zbiorów niemieckich”). W nieoficjalnych wypowiedziach wiele zainteresowanych sprawą osób nie ukrywało jednak, że sprawa jest poważna, bo ewentualna kradzież części zbiorów z Biblioteki Pruskiej może być wykorzystana przez stronę niemiecką jako argument w staraniach o odzyskanie całego zbioru. Obawy przed ujawnieniem prawdy są zrozumiałe...
            Od początku lat dziewięćdziesiątych Niemcy coraz głośniej dopominają się o zwrot kolekcji. Podczas zeszłorocznego Festiwalu Beethovenowskiego w krakowie doszło w tej sprawie nawet do dyplomatycznego incydentu. Podczas wernisażu wystawy manuskryptów Beethovena ówczesny konsul generalny Niemiec Laurids Holscher zasugerował konieczność zwrócenia zbiorów. Żądania takie pojawiły się na łamach niemieckiej prasy. (Ówczesny rektor UJ prof. Aleksander Koj odpowiedział: „Biblioteka jest depozytariuszem zbiorów, do których dostęp mają nie tylko specjaliści, ale także inne zainteresowane osoby. Niemieckie wystąpienie ma charakter polityczny. Czas i miejsce nie były przypadkowe. Trzeba pamiętać, że Niemcy są nam winni dużo więcej za rzeczy, które zostały zniszczone albo zagrabione.”
            Cały świat ich szukał
            Jednak żądania Niemców są nie tylko faktem politycznym, ale i faktem prawnym. W zbiorach (w depozycie) UJ znajdują się relikwie kultury niemieckiej wywiezione pod koniec wojny z płonącego Berlina i ukryte na Dolnym Śląsku: 20 000 rękopisów Bacha, Mozarta, Beethovena, Schumanna, 212 000 rękopisów uczonych, polityków, poetów (Goethego, Schillera, Herdera), spuścizny po Aleksandrze von Humboldcie i Hoffmannie von Fallerslebenie, autorze słów hymnu niemieckiego oraz – 300 000 rękopisów i dokumentów z czasów romantyzmu.
            – Zbiory i ich los są dla mnie przede wszystkim dowodem dramatu II wojny światowej – mówi dr Krzysztof Zamorski, dyrektor Jagiellonki, który jeszcze przed wakacjami złożył rezygnację w związku z kradzieżami zbiorów, nie została ona jednak przyjęta. Są także problemy do rozwiązania dla Biblioteki Jagiellońskiej.
            – Stanowisko biblioteki jest następujące: w sensie prawnym depozyt jest depozytem.
            Dyrektor zwraca uwagę, że przed Jagiellonką stoi problem innych depozytów, zbiorów polskich rodzin ziemiańskich wcielonych do bibliotecznych zbiorów wolą władz komunistycznych.
            A co do politycznej otoczki...
            Za prawnego dysponenta depozytu zbiorów Pruskiej Biblioteki Państwowej należy uznać polski Skarb Państwa. A w obrębie uniwersytetu – rektora.
            Dyr. Zamorski potwierdza, że przez dziesięciolecia pracowników Jagiellonki obowiązywał nakaz zachowania tajemnicy o Berlince, ale nie potrafi powiedzieć, co legło u jego źródła. Faktem jest, że wówczas nikt, nawet polscy uczeni, nie mieli dostępu do zbiorów. Niemcy od połowy lat sześćdziesiątych wiedzieli jednak gdzie są skarby ich kultury. Istnieją poszlaki, że wywiad zachodnioniemiecki badał sprawę poprzez uczonych anglosaskich, wiedząc, że wobec Niemców polska strona będzie bardziej powściągliwa. Niemniej nie wiadomo do dziś, jak wiadomość o zbiorach wypłynęła na Zachód. Powiadano, że może Zofia Lis, profesor Białostocki...
            – Musimy pamiętać, że wówczas cały świat szukał tych zbiorów. Przecież jeszcze prezydent Roosevelt powołał specjalną komisję międzynarodową do szukania rękopisów Beethovena i Mozarta.
            Aura tajemnicy wokół Berlinki ma niezwykle szeroki zasięg. Sięga nawet na Wschód. Przez wiele lat krążyła plotka, że polskie władze komunistyczne ukrywały zbiory przed... radzieckim sojusznikiem. Czy rzeczywiście?
            – Zapewne nigdy nie znajdziemy dokumentu, który by to potwierdzał – mówi dr Zamorski. – Ale... Mam list sprzed kilku lat od niemieckiego zakonnika, który był świadkiem wywiezienia tych zbiorów z Krzeszowa, twierdzi on, że następnego dnia po odjeździe polskich ciężarówek pojawili się, w cywilnych ubraniach, Rosjanie i pytali o zbiory...
            Tajemnic jest wiele. Słynny Karol Estreicher był przekonany, że zaraz po wojnie ówczesne władze traktowały Berlinkę, jako ewentualny argument przetargowy w negocjacjach o zachodnią granicę. W drugiej połowie lat sześćdziesiątych, gdy wieść jako się rzekło obiegła już świat, zaczyna się burzyć świat muzyczny. Przecież tu chodzi o rękopis IX Symfonii! I nagle Edward Gierek przekazuje enerdowskiemu przywódcy „w darze od narodu polskiego” rękopis tejże symfonii i „Czarodziejskiego fletu”! Komunikat PAP-u mówił wtedy: „Niedawno, w trakcie prac porządkowych odkryto w Bibliotece Jagiellońskiej...”.
            – Uważam, że wybrano taką taktykę poinformowania: te zbiory są w Polsce – ocenia dziś dyr Zamorski.
            Nie był to przy tym gest jednostronny, bo w zamian wróciła do nas część dzieł utraconych przez Polskę podczas wojny.
            – Wydaje się, że zbiory Berlinki – sądzi dyrektor, były traktowane jako zastaw wobec polskich roszczeń powojennych. – Wiem, że dwukrotnie gen. Jaruzelski przymierzał się do rozwiązania sprawy i dwukrotnie pod presją polskich archiwistów wycofywał się z zamiaru.

            W zbiorach (w depozycie) UJ znajdują się relikwie kultury niemieckiej wywiezione pod koniec wojny z płonącego Berlina i ukryte na Dolnym Śląsku.
            Co do postawy Niemiec nie można mieć złudzeń:
            – Niemcy nigdy nie zaprzestali i nigdy nie zaprzestaną domagać się zwrotu Berlinki.
            Dyrektor Zamorski jest jednak przekonany, że Niemcy nie mogą powoływać się na racje prawne. Konwencja haska mówi o zwrocie dóbr, które stały się obiektem grabieży wojennej, ale „to nas nie dotyczy, gdyż w tym wypadku nie mamy do czynienia z grabieżą”. Pozostaje wyważenie racji moralnych. Tylko co może zrównoważyć spalenie w trzy dni po upadku powstania warszawskiego naszej Biblioteki Narodowej? Może właśnie Berlinka może być restytucją zastępczą?
            Z tym prawie spokojnym sumieniem chyba jednak coś nie tak...
            – Niemcy mówią: to nasza własność. Jeżeli wysłalibyśmy jakikolwiek z tych obiektów na jakąkolwiek wystawę zagraniczną, to znając procedury prawne wiemy, że Niemcy mogliby te obiekty „aresztować” – obawia się dyrektor.
            O tym, że problem jest skomplikowany, dobrze wie dr Halina Nieć, specjalista prawa międzynarodowego publicznego.
            – Dobra porzucone? Owszem, tak stanowiły dekrety ówczesnych polskich władz, Niemcy jednak przywieźli zbiory na Śląsk właśnie po to, by je uchronić przed zniszczeniem, a nie porzucić! – mówi.
            Niechętnie rozmawiają
            Problem jest skomplikowany, bo ówczesne prawo międzynarodowe nie regulowało tej sytuacji (jak i przypadków sądzonych przez Trybunał Norymberski). Natomiast zasady zwyczajowe prawa międzynarodowego kształtowane od czasów napoleońskich mówią, że dobra kultury nie tylko nie mogą stanowić wojennego łupu, ale i być zaliczane w poczet odszkodowań
            • "Niechętnie rozmawiają
              Problem jest skomplikowany, bo ówczesne prawo międzynarodowe nie regulowało tej sytuacji (jak i przypadków sądzonych przez Trybunał Norymberski). Natomiast zasady zwyczajowe prawa międzynarodowego kształtowane od czasów napoleońskich mówią, że dobra kultury nie tylko nie mogą stanowić wojennego łupu, ale i być zaliczane w poczet odszkodowań. Co więcej, winny wrócić na swoje miejsce, zgodnie z zasadą więzi terytorialnej.
              – Z punktu widzenia prawa międzynarodowego państwo polskie ma obowiązek zwrotu tych dóbr – uważa dr Halina Nieć.
              Zasady prawa międzynarodowego mówią także o restytucji i restytucji zastępczej. A my mamy ogromne roszczenia w stosunku do Niemiec, jeśli chodzi o dobra kultury.
              – I tu powiedzmy sobie szczerze, że Niemcy niezbyt chętnie na ten temat rozmawiają – stwierdza dr Nieć.
              Dyr. Zamorski wypowiada podobną opinię: W ciągu sześciu lat toczących się rozmów Polska przedstawiła stronie niemieckiej miejsce przechowywania ponad 160 obiektów, z ponad 50 tys. zagrabionych, i ani jeden z tych obiektów do nas nie wróci.
              A więc rzecz się tak przedstawia: nikt odpowiedzialny nie może mówić, że Berlinka jest nasza, ale ponieważ Niemcy nie wywiązały się z obowiązku restytucji naszych zniszczonych dóbr, nie mamy obowiązku oddać pruskich zbiorów natychmiast. Restytucja zastępcza może prowadzić do oddania dóbr podobnej wartości, ze zbliżonego okresu...
              Wśród rozmaitych pomysłów załatwienia sprawy Berlinki pojawiła się koncepcja powołania polsko-niemieckiej fundacji do zarządzania zbiorami. Może przynajmniej kwestia ich strzeżenia byłaby wtedy lepiej rozwiązana?"


              --
              pyrsk
              Ballest
              "Dobra retoryka jest tarcza niewiedzy"
              Gleiwitz
              • Wśród rozmaitych pomysłów załatwienia sprawy Berlinki pojawiła się koncepcja powołania polsko-niemieckiej fundacji do zarządzania zbiorami. Może przynajmniej kwestia ich strzeżenia byłaby wtedy lepiej rozwiązana?"

                Zaroz zech se tak myslou,Niemcy majom za to placic.Jak to nie umiom zabespieczyc to niech to poslom wlascicielowi.Niemcy jeszcze bydom Policjantom gechälter placic zeby te gorolske zlodzieje nie rozkradli. Jak ich nie wstyd?.Scheiß inteligencja.
                • 22.10.11, 23:40
                  To tak jakby do pilnowania Auschwitz wykorzystać dawnych Wachmanów.
                  Co ma Polska do Berlinki?

                  Może niemiecka strona zaproponuje podobne rozwiązanie z Jagiellonką.
                  --
                  ****************************************************************
                  Odważni żyją krótko. Tchórzliwi nie żyją wcale. Kim więc jestem?
                  • ;)

                    --
                    pyrsk
                    Ballest
                    "Dobra retoryka jest tarcza niewiedzy"
                    Gleiwitz
                    • Mieszko I Skandynawem?
                      Jak podaje prof. Benedykt Zientara hipoteza o powstaniu państwa polskiego drogą
                      najazdu
                      obcych plemion, pojawiła się w Polsce już w XVIII. W ten sposób tacy historycy
                      jak W.A.
                      Maciejowski, A. Bielowski, K. Szajnocha, F. Piekosiński usiłowali wyjaśnić
                      pochodzenie
                      różnic stanowych w Polsce i genezę poddaństwa chłopów, oraz fakt, że z kilku słabych
                      plemion słowiańskich nagle wyrosło potężne państwo śmiało rywalizujące nie tylko z
                      Czechami i plemionami wschodu, ale także z Germanami. Powstaniu tej koncepcji
                      sprzyjał
                      zupełny brak dowodów na istnienie przodków piastowskiego Mieszka. Tak więc
                      późniejszy
                      Mieszko I był przybyszem z kraju Wikingów, a jego prawdziwe imię nadane na chrzcie
                      (zapisane w regestrach papieskich) miało brzmieć Dagome, a jak sądzi Henryk
                      Łowmiański –
                      Dagobert. Pierwotne zaś, z urodzenia – nordyjskie Björn czyli niedźwiedź. Tłumaczone
                      później
                      w Polsce jako Miśko lub Mieszko. Dwaj historycy niemieccy okresu
                      międzywojennego O. Lambert Schulze oraz Robert Holtzmann, a także wpływowy
                      mediewista Albert Brackmann poświęcili temu problemowi obszerne prace później
                      zapomniane dzięki nieszczęśliwemu zbiegowi okoliczności. Zainteresowała się nimi
                      bowiem
                      propaganda hitlerowska, która próbowała opierając się na tych materiałach
                      udowodnić brak
                      państwowotwórczych zdolności wśród Słowian. Z podobnych powodów nieprzychylnym
                      okiem patrzy się w naszym kraju i nie tylko, na przykład na niektóre prace wybitnego
                      przecież filozofa Fryderyka Nietsche

                      ---------
                      "Niedawno przeprowadzone badania w kompleksie osadniczym pochodzącym ze
                      wczesnego średniowiecza (miejscowość Kałdus pow. Chełmna) ujawniły ślady
                      występowania
                      wikingów w tej części Pomorza
                      23
                      . Świadczą o tym m.in. dwa odważniki wykonane z brązu i
                      dwa wykonane z ołowiu, które zostały wykopane już podczas wcześniej prowadzonych
                      prac
                      wykopaliskowych. Znaleziono je na jednym z cmentarzysk szkieletowych. Niestety
                      obydwa
                      odważniki brązowe zaginęły podobnie jak jeden ołowiany. Takie odważniki są
                      charakterystyczne dla Skandynawii. Bardzo podobne do tych występują w Haithabu.
                      Jednak
                      brak tego typu znalezisk
                      24
                      na obszarze Gdańska może wskazywać, wbrew źródłom
                      historiograficznym, że miasto to nie było w omawianym okresie ważnym ośrodkiem
                      wymiany w państwie wczesnych Piastów
                      25
                      . Innym znaleziskiem jest krążek z poroża. Posiada
                      on wyryty na odwrocie napis runiczny, co definitywnie wskazuje na jego pochodzenie.
                      Kolejny przedmiot, który najprawdopodobniej jest pochodzenia skandynawskiego, to
                      okucie z
                      zachowanymi dwoma nitami. Forma tego znaleziska nawiązuje do Młota Thora, który
                      to był
                      niezwykle rozpowszechnioną ozdobą w Skandynawii
                      26
                      .
                      Dzięki ostatnio prowadzonym badaniom na tym stanowisku dokonano odkrycia
                      licznych przedmiotów pochodzenia skandynawskiego. Największą koncentrację tych
                      przedmiotów stwierdzono w starszej części tegoż cmentarzyska. Szczególnie
                      interesujące są
                      dwa wiadra wykonane z drewna metodą klepkową i wzmocnione obręczami, a także
                      zdobioną
                      żelazną blachą. Jest to unikat nie tylko na terenie Pomorza, ale i całej zachodniej
                      Słowiańszczyzny, gdyż wiaderka takie występowały głównie w Danii. Interesujące jest
                      znalezisko całej monety wyemitowanej w latach 1017-1023 przez Kanuta Wielkiego.
                      Znajdują się tam przedmioty nie tylko pochodzenia skandynawskiego, ale też
                      takie, których
                      zdobienia i technika wykonania wskazują na to, iż były wykonane w kręgu sztuki
                      anglo-
                      iryjskiej
                      27
                      . Wykopano również kilka przedmiotów, które wskazują na łączenie
                      zachodniosłowiańskich technik wykonania ze skandynawską sztuką zdobienia w stylu
                      Mammen (2. połowa X i początek XI wieku)"


                      Wszystkie te przedmioty można datować na końcówkę X wieku, a
                      najprawdopodobniej na 1 połowę XI wieku, co nie wyklucza możliwości wcześniejszego
                      pochodzenia niektórych z nich. Luksusowy charakter tych przedmiotów każe nam
                      przypuszczać, iż są to przedmioty, które znalazły się tutaj wraz z ich
                      właścicielami. Byli oni
                      najprawdopodobniej elitą miejscowej władzy i pochodzili z Danii. Ich pobyt na
                      tym terenie
                      nie powinien być traktowany jako epizod, lecz jako stałe osadnictwo. Ich wiedza i
                      doświadczenie były bardzo cenne dla funkcjonowania lokalnego ośrodka władzy
                      państwowej
                      i mającego cechy ośrodka wczesno miejskiego
                      29
                      . Jednym z najnowszych odkryć jest grób
                      wojownika, w którym odnaleziono żelazny miecz inkrustowany srebrem i miedzią
                      30
                      , co
                      wskazuje, że na tym terenie mogli być wojownicy pochodzenia skandynawskiego. Ślady
                      wskazujące na ich pobyt na tym terenie odkryto w miejscowości Ciepłe, która jest
                      położona
                      dalej na północ po drugiej stronie Wisły

                      --
                      pyrsk
                      Ballest
                      "Dobra retoryka jest tarcza niewiedzy"
                      Re: Kolejny dowod, ze Mieszko byl Wikingiem
                      ballest 28.07.07, 14:27 zarchiwizowany
                      a tutaj autor sam sobie zaprzecza;) ale takie som Poloki!
                      "ZAKOŃCZNIE
                      Ogólnie działalność Wikingów na Pomorzu polskim była dużo ważniejszym procesem
                      niż jeszcze niedawno uważano. Jednak trzeba zaznaczyć, że nie był to wpływ aż
                      tak wielki
                      jak niektórzy twierdzą.. Chodzi o to, że niektórzy badacze twierdzą, iż sam
                      Mieszko I był
                      Skandynawem i tak jak Ruś, tak Polskę założyli Skandynawowie. Jest to całkowitą
                      nieprawdą
                      w świetle nowych badań naukowych. Jak już zostało wskazane wyżej na ziemiach
                      pomorskich nigdy nie zaistniało osadnictwo skandynawskie. Mogło co najwyżej dojść do
                      założenia portów handlowych typu Truso
                      41
                      . Owszem Skandynawowie często osiedlali się w
                      danej miejscowości jednak jest to raczej osadnictwo poszczególnych małych grup,
                      a nie
                      zorganizowana akcja osadnicza. Handel ze Skandynawią też nie był zbytnio
                      rozwinięty, co
                      nie znaczy że nie występował. Świadczą o tym chociażby liczne skarby monet i
                      przedmiotów
                      pochodzenia skandynawskiego. Silnym wpływem wikingów na Pomorze mogła być najemna
                      służba ich oddziałów w drużynach przybocznych pierwszych Piastów jak również to, że
                      bogatsi Skandynawowie mogli zajmować wysokie stanowiska w pomorskiej administracji
                      państwa wczesnopiastowskiego
                      42
                      .
                      Następnie styl zdobnictwa i wykonywania ozdób i przedmiotów silnie oddziaływał na
                      wytwórstwo pomorskie, co można podziwiać w wielu znaleziskach"
                      --
                      pyrsk
                      Ballest
                      "Dobra retoryka jest tarcza niewiedzy"
                      Gleiwitz
    • Krzysztof Kolumb był Polakiem? Na siecher to bou Gorol:
      www.tvn24.pl/26086,1684261,0,1,krzysztof-kolumb-byl-polakiem,wiadomosc.html
      • Klar Berncik;))
        a ze ftedy jeszcze Autof niy bouo to ein Okrynt Szpanierom zapie...ou
        ...i jak nim uciekou to pomylou kerunki ;)
        to je tak jak sie zu doof je kompas odczytac ;)
      • berncik napisał:

        > Krzysztof Kolumb był Polakiem? Na siecher to bou Gorol:
        > www.tvn24.pl/26086,1684261,0,1,krzysztof-kolumb-byl-polakiem,wiadomosc.html

        **********************************************

        Matka Boska też była Polką, bo przecież jest Matka Boska Częstochowska, a do tego królową Polski.

        --
        ****************************************************************
        Odważni żyją krótko. Tchórzliwi nie żyją wcale. Kim więc jestem?
        • Koło zawsze musi być okrągłe szczególnie na kantach.
          • "Eine Erläuterung Was Grass uns sagen will
            04.04.2012 • Das Gedicht „Was gesagt werden muss“ von Günter Grass ist ein Dokument der Rache. Eine Interpretation.
            Von Frank Schirrmacher


            Es empfiehlt sich, Gedichte von Günter Grass erst mit den Augen und dann mit dem Schraubenzieher zu lesen. Sie ähneln Ikea-Regalen. Auf dem Papier sieht alles ganz einfach aus, aber wenn man das fertige Werk erst einmal auseinander genommen hat, kriegt man es einfach nicht mehr zusammen.
            Ein Gedicht ist natürlich kein Regal. Man sieht von außen nicht, was in ihm steckt. Ein Gedicht ist ein Gedicht, weil es niemals sagt, was Sache ist. Seit Generationen müssen Schüler im Deutschunterricht deshalb die Frage beantworten, was der Dichter uns verheimlicht.
            Ein Leitartikel als Gedicht
            Ganz anders der Leitartikel. Ein Leitartikel ist ein Artikel, der immer sagt, was Sache ist. Generationen von Zeitungsleser streiten sich deshalb jeden Morgen, ob sie richtig finden, was er sagt, oder falsch.
            Schraubt ein Autor Gedicht und Leitartikel zusammen, muss der Leser folgerichtig herausfinden, ob er richtig oder falsch findet, was der Dichter verheimlicht.
            Damit sind wir bei Günter Grass und seinem Gedicht „Was gesagt werden muss“. Neun Strophen, die der Nobelpreisträger heute auf der ganzen Erde verbreiten lässt (die „New York Times“ aber hat es dann doch nicht gedruckt). Auf den ersten Blick scheint es einfach zu verstehen und harmlos konstruiert. „Was gesagt werden muss“, das steht in Strophe sieben: Die „Atommacht Israel“ gefährde den Weltfrieden. Es geht um Iran und Israel, um „Planspiele“, „nukleares Potential“, „Antisemitismus“, „U-Boot“-Lieferung, die „Heuchelei des Westens“, den „Weltfrieden“, „iranische Atomanlagen“, „permanente Kontrolle“, „eine internationale Instanz“ - das alles sind die Bauteile des politischen Leitartikels.
            Das Gedicht hinter dem Gedicht
            Man kann das diskutieren wie jeden Leitartikel. Man wird dann feststellen, dass - abgesehen von der These, der Staat Israel gefährde den Weltfrieden - Grass keine Einzelmeinung vorträgt. David Grossman hat sich in dieser Zeitung ganz ähnlich geäußert. Die israelische Zeitung „Haaretz“ zitierte vor wenigen Tagen ausführlich die Warnungen Hilary Clintons vor einem Präventivschlag Israels. Auf den ersten Blick ist Grass’ Gedicht auch nur das: ein Nobelpreisträger-Kommuniqué für den Weltfrieden, sprachlich Lichtjahre von irgendeiner Art heutzutage praktizierter Literatur entfernt.
            Wer jetzt mit dem Schraubenzieher nachschaut, findet aber ein zweites Gedicht und zwar eine ziemlich bestürzende Umkehrung westdeutscher Nachkriegsdiskurse. Grass schreibt einen Leitartikel, der das lyrische Verfahren benutzt, um über Israel als Israels Opfer sprechen zu können. Die deutsche Geschichte habe ihn bisher gehindert, offen zu sprechen. Jetzt aber muss er reden.
            Warum schweige ich, verschweige
            zu lange,
            was offensichtlich ist und in Planspielen
            geübt wurde, an deren Ende als
            Überlebende
            wir allenfalls Fußnoten sind.
            Man muss sich klarmachen, was dieser Meister der Sprache assoziativ aufruft. Es spricht ein potentiell „Überlebender“, der „allenfalls Fußnote der Geschichte“ sein wird, wenn man Israel nicht Einhalt gebietet. Im semantischen Kontext dieses Gedichts raubt er sich das Wort „Überlebende“ und damit die moralische Autorität der überlebenden Verfolgten des Dritten Reichs. Mehr noch, er spielt fast wörtlich auf die Gedenkveranstaltung zur Pogromnacht vom 9.November 2008 an, auf der Charlotte Knobloch davor warnte, dass die Opfer des Holocaust zu „Fußnoten der Geschichte“ werden könnten. Auf diese Befürchtung antwortete Angela Merkel in der gleichen Veranstaltung mit einem berühmten Satz, der auch staatsrechtlich relevant ist und den dieses Gedicht widerlegen will: „Die Sicherheit Israels zu schützen ist Teil der Staatsräson Deutschlands.“
            Lyrischer Etikettenschwindel
            Aber das ist es nicht allein. Das ganze Gedicht durchzieht ein Subtext, ein lyrischer Etikettenschwindel, der, wenn man ein paar Begriffe verändert, wie die Schwundform eines Textes eines hellsichtigen Widerstandskämpfer des Jahres 1934 wirkt (der bekanntlich mit einer Ausnahme nie geschrieben wurde). Grass sagt:
            1. Ich habe zu lange geschwiegen, aber jetzt schweige ich nicht mehr.
            2. Ich habe geschwiegen, aus „Zwang“ und Angst vor Bestrafung („Zwang, der Bestrafung in Aussicht stellt“).
            3. Ich wäre angeklagt worden des „Antisemitismus“ (ersetzt semantisch das Wort: Hochverrat).
            4. Aber jetzt rede ich, weil geplant ist, ein ganzes Volk auszulöschen.
            Hier geht es nicht mehr um Israel und Iran, hier geht es darum, endlich die Chance zu ergreifen, einen Rollentausch vorzunehmen. Natürlich nennt er die deutschen Verbrechen „ureigen“ und „ohne Vergleich“. Aber was er auf der Aussagebene verneint, suggeriert er auf der Assoziationsebene. Die Wortfelder, die Grass aufruft, vom Überlebenden bis zur Auslöschung eines Volkes, was nichts anderes als Holocaust heißt, sind eindeutig. Doch Grass hat noch mehr zu bieten, um sich die Zunge zu lösen, und das ist vielleicht sein stärkstes Stück. Er spricht nicht nur als künftiger Überlebender eines geplanten Völkermords, er sagt auch, was ihn davon abhielt, die „Wahrheit“ auszusprechen:
            Weil ich meinte, meine Herkunft,
            die von nie zu tilgendem Makel
            behaftet ist,
            verbiete, diese Tatsache als
            ausgesprochene Wahrheit
            dem Land Israel, dem ich verbunden bin
            und bleiben will, zuzumuten.
            Es sind nicht die Handlungen und Gedanken, die ihn zur Verstellung zwangen, sondern die genetische Herkunft. „Herkunft als Makel“ - er sagt nicht: „meine Generation“, „mein Land“, „unsere Geschichte“, „meine Geschichte“, er benutzt den genealogischen Begriff „Herkunft“. Und zwar aus schlichtem Grund. Denn jetzt teilt er auch diese Stigmatisierung mit den wahren Opfern des Rassismus. Gewiss, er sagt nicht, dass er deswegen gejagt und verfolgt wird. Aber den Preis, den er glaubt gezahlt zu haben, ist im dichterischen Kosmos wie ein Todesurteil: Die Herkunft zwang ihn zur Lüge.
            Machwerk des Ressentiments
            Hat man das Gedicht so weit auseinandergeschraubt, bekommt man es nie wieder zusammen. Nein, das ist kein Gedicht über Israel, Iran und den Frieden. Wie könnte es das sein, wo es den iranischen Holocaust-Leugner als „Maulhelden“ in einer Zeile abtut und gleichzeitig doch ausdrücklich nur geschrieben ist, um Israel zur Bedrohung des Weltfriedens zu erklären?
            Es ist ein Machwerk des Ressentiments, es ist, wie Nietzsche über das Ressentiment sagte, ein Dokument der „imaginären Rache“ einer sich moralisch lebenslang gekränkt fühlenden Generation. Gern hätte er, dass jetzt die Debatte entsteht, ob man als Deutscher Israel denn kritisieren dürfe. Die Debatte aber müsste darum geführt werden, ob es gerechtfertigt ist, die ganze Welt zum Opfer Israels zu machen, nur damit ein fünfundachtzigjähriger Mann seinen Frieden mit der eigenen Biographie machen kann."

            --
            pyrsk
            Ballest
            "Dobra retoryka jest tarcza niewiedzy"
            Gleiwitz
            • 03.06.12, 13:22
              Z kolei najbardziej przekonujące są argumenty archeologiczne. Znane są one od kilkudziesięciu lat, ale w okresie socjalistycznym było embargo na pisanie o jakiejkolwiek roli Wikingów przy narodzinach Polski. Znalezione w wodach Jeziora Lednickiego miecze, topory czy hełmy są pochodzenia wikińskiego, zatem jest pewne że stacjonowała na Ostrowiu Lednickim drużyna Wikingów lub nawet był to gród przez Wikingów wybudowany i stanowiący ośrodek ich władzy. Z drugiej strony poza wszelką wątpliwością ów Ostrów był jednym z najważniejszych ośrodków państwa wczesnopiastowskiego obok Gniezna i Poznania. Groby wojów wikińskich odkryto także w Małopolsce w pobliżu ogromnych grodów wybudowanych na przełomie X i XI wieku (po podboju przez Polan) i na północnym Mazowszu (pogranicze z Prusami). Czy zatem jest możliwe, że książę był słowiański, a jego ciężkozbrojna drużyna wikińska, czyli militarnie słabszy wynajmował znacznie silniejszych rycerzy/rabusiów? Bardzo mało prawdopodobne. W takim przypadku rabusie wzięliby, co ich, razem z władzą i całym skarbcem, bo kto mógłby ich przed tym powstrzymać? To bardzo silne argumenty.
              --
              pyrsk
              Ballest
              "Dobra retoryka jest tarcza niewiedzy"
              Gleiwitz
              • http://nokautimg1.pl/p-4b-2e-4b2e92f39dc579fa607d273121abee43500x500/piasta-tylna-512023.jpg
                --
                Dissent ist the Highest Form of Patriotism
              • 20.10.12, 12:21
                marucha.wordpress.com/2012/10/20/zyd-przyznaje-holokaust-to-oszustwo-i-psyop/

                Jew admits “Holocaust” is a fraud and a PSYOP
                johnfriendsblog.blogspot.com/2012/07/jew-admits-holocaust-is-fraud-and-psyop.html
                John Friend, tłumaczenie Ola Gordon

                Carolyn Yeager dzisiaj [11.07.2012 - admin] zamieściła fragment niezwykłego artykułu Klausa Schwensena On the Roads of Truth: Searching for Warwick Hester [Na drodze do prawdy: poszukiwania Warwicka Hestera] opublikowanego w ostatnim wydaniu Inconvenient History, w którym amerykański Żyd przyznaje, że rzekomy “holokaust” 6 mln europejskich Żydów dokonany przez Hitlera i NSDAP w czasie II wojny światowej to oszustwo. Carolyn pisze (podkreślenia moje):

                Zdumiewające potwierdzenie amerykańskiego psychologa żydowskiego w najnowszym wydaniu (lato 2012) Inconvenient History Journal. . .

                Schwensen pisze o pewnym “Warwicku Hesterze”, który (w latach 1950) napisał “krytycznie o liczbie 6 mln i żydowskich ofiarach w znanym teraz wydarzeniu pod nazwą “holokaust”. “Warwick Hester” wspomina zwiększenie się liczby żydowskiej populacji o 3 mln w latach 1933-1950, co oczywiście jest sprzeczne z 6 mln zamordowanymi przez nazistów. W związku z tym opowiada następującą historię:

                “Kiedy ostatnio rozmawiałem z Amerykaninem pochodzenia żydowskiego, którego bardzo szanuję, poruszyłem tę rozbieżność [w liczbie populacji żydowskiej]. Zapytałem go czy sam na serio wierzył w to, że naziści zabili 6 milionów. Powiedział: “Oczywiście że nie. Bo oni nie mieli na to ani czasu, ani metod. Co oczywiście mieli, to zamiar. I tu zaczyna się polityka [tzn. psychologia propagandy]. Biorąc pod uwagę przypisywany zamiar, można wymyślać każdą liczbę. Uważaliśmy, że 6 milionów to niezbyt dużo by wydawało się wiarygodne, ale wystarczy żeby wstrząsać ludzkością przez jedno stulecie. Tę szansę dał nam Hitler, i korzystamy z niej najlepiej jak możemy, z dobrym skutkiem, jak widzisz“. Powiedziałem, że powinien zastanowić się nad tym, że takie polityczne kłamstwo zostanie, w wyniku konsekwentnego śledztwa, ujawnione i obróci się przeciwko tym, którzy je wymyślili. Ale ten Żyd, psycholog, zaprzeczył temu. To [propaganda] weszło tak głęboko w masową podświadomość, że nigdy nie zostanie usunięte. Ludzkość generalnie jest totalnie bezkrytyczna. Tego co zakotwiczyło się w podświadomości, nawet człowiek zdrowo myślący nigdy nie będzie mógł usunąć. Jako dowód przytoczył fakt, że już teraz [1954!], po stosunkowo krótkiej kampanii propagandowej, ta rzecz nie wymagała żadnej dyskusji. “Nie mamy z tym żadnego problemu, bo wykreowaliśmy fakt historyczny, który od tej pory jest w podręcznikach historii, tak jak data bitwy”.

                Jest to naprawdę zdumiewające, technika Wielkiego Kłamstwa z użyciem psychologicznej manipulacji i eksploatacji przez międzynarodowe żydostwo po to, żeby realizować ich rasistowski program dominacji światowej i podboju, potwierdzona przez samego Żyda. Przypomina mi się idealne podsumowanie przez Adolfa Hitlera tej całkowicie żydowskiej taktyki, która przeznaczona dla “bezkrytycznych” mas (łącznie z Żydami), grania na psychice i emocjach.

                Ale to Żydom pozostało, z ich nieograniczoną zdolnością do fałszerstw, i ich wojującym towarzyszom, marksistom, żeby przypisać odpowiedzialność za upadek dokładnie człowiekowi, który sam wykazał się nadludzka wolą i energią w wysiłkach zapobieżenia katastrofy, którą przewidział i ratować naród of tej godziny totalnego obalenia i wstydu. Kładąc odpowiedzialność za klęskę w wojnie światowej na barki Ludendorffa, odebrali broń moralnego prawa jedynemu przeciwnikowi na tyle niebezpiecznemu, by postawić przed sądem zdrajców ojczyzny. To wszystko zostało zainspirowane zasadą – która jest prawdą sama w sobie – że w wielkim kłamstwie zawsze jest pewna moc wiarygodności; gdyż szerokie masy narodu można zawsze łatwiej skorumpować w głębszych warstwach ich emocjonalnego charakteru niż świadomie czy dobrowolnie; i dlatego w prymitywnej prostocie ich umysłów chętniej stają się ofiarami wielkiego niż małego kłamstwa, bo sami często mówią małe kłamstwa w drobnych sprawach, ale wstydziliby się uciekać fałszowania na wielka skalę. Nigdy nie przyszło by im do głowy, żeby wykreować kolosalne nieprawdy i nie uwierzyliby w to, żeby inni byli na tyle bezczelni, by tak bezecnie zniekształcić prawdę. Mimo że mogą przywołać fakty, które to pokazują, to nadal maja wątpliwości i wahania, i dalej myśleć, ze może być jakieś inne wyjaśnienie. Bo ogromnie bezczelne kłamstwo zawsze pozostawia ślady, nawet po jego wykryciu, fakt znany wszystkim ekspertom kłamstwa na tym świecie, i wszystkim którzy razem spiskują w sztuce kłamstwa. Ci ludzie zbyt dobrze wiedzą jak wykorzystać fałsz do swoich najnikczemniejszych celów.

                Ale od niepamiętnych czasów Żydzi lepiej od innych wiedzieli jak można wykorzystywać fałsz i kalumnie. Czy ich egzystencja nie opiera się na jednym wielkim kłamstwie, a mianowicie, że są wspólnotą religijną, podczas gdy naprawdę są rasą? I to jaka rasą! Jeden z największych myślicieli, jaką wyprodukowała ludzkość, określił Żydów na zawsze w sposób głęboko i dokładnie prawdą. On (Schoppenhauer) nazwał Żyda “wielkim mistrzem kłamstw”. Ci którzy nie rozumieją tego stwierdzenia, albo nie chcą weń wierzyć, nigdy nie będą mogli pomóc w zwycięstwie Prawdy. – Adolf Hitler, Mein Kampf (s. 184-185)

                Dzisiaj podano również do wiadomości, że 80.000 więcej ocalałych z holokaustu będzie otrzymywać odszkodowanie od niemieckiego rządu, w sumie $300 milionów.

                Niemcy zgodziły się zapewnić kompensacje dodatkowym 80.000 Żydów, co Konferencja Roszczeniowa nazywa przełomem historycznym.

                Osiągnięte w poniedziałek porozumienie w negocjacjach między urzędnikami niemieckimi i przedstawicielami Konferencji Roszczeniowej, może spowodować dodatkowe wypłaty około $300 milionów. Większość pieniędzy pójdzie do ofiar nazistów w byłym Związku Sowieckim, którzy nigdy wcześniej nie kwalifikowali się do emerytur czy wypłat z niemieckich funduszy restytucyjnych.

                “Jest to ostatnia grupa ludzi, którzy nigdy nie otrzymali żadnych kompensacji”, powiedział wiceprzewodniczący Konferencji Greg Schneider w telefonicznym wywiadzie dla JTA z Waszyngtonu, gdzie odbywały się negocjacje.

                “Dla ludzi którzy cierpieli w czasie szoa, uznanie ze strony Niemiec jest najwyższej wagi. Móc zrobić to na tym etapie, 60 lat po pierwszym porozumieniu ws. odszkodowań, dla 80.000 oso, jest wspaniałe”, powiedział. “Dla ocalałego teraz w starym wieku w końcu dostać uznanie Niemiec jest krytycznie istotne”.



                Nie można opisać słowami w jakim zacofanym i niesprawiedliwym świecie żyjemy. Ocalonym z żydowskiego “holokaustu” na świecie (chwileczkę, myślałem, że Niemcy próbowali zabić wszystkich Żydów? Dlaczego jest tak wielu ocalałych?) płacił niezliczone miliony dolarów ten sam naród, który doświadczył prawdziwego holokaustu w II wojnie światowej [the very people who experienced an actual holocaust during WWII]: naród niemiecki. [Łączymy się w bólu i nieutulonym żalu nad biednym narodem niemieckim, a zwłaszcza jego żołnierzami, rozstrzeliwującymi całe rodziny wraz z dziećmi na ich własnej ziemi, nad rodziną Hansa Franka wypędzonego z Krakowa itd... - admin]

                W sprawiedliwym świecie Żydzi będą płacić odszkodowania dla świata Gojów za wszystkie wojny, zgony, zniszczenia, ludobójstwa i inne okrucieństwa i manipulacje psychologiczne jakich na nas dokonali. Plutokratyczni żydowscy kapitaliści, bankierzy, podżegacze wojenni i geszefciarze, potentaci medialni i ogólnie oszuści zostaną natychmiast aresztowani, pozbawieni akty
                • "W sprawiedliwym świecie Żydzi będą płacić odszkodowania dla świata Gojów za wszystkie wojny, zgony, zniszczenia, ludobójstwa i inne okrucieństwa i manipulacje psychologiczne jakich na nas dokonali. Plutokratyczni żydowscy kapitaliści, bankierzy, podżegacze wojenni i geszefciarze, potentaci medialni i ogólnie oszuści zostaną natychmiast aresztowani, pozbawieni aktywów, i wysłani do Zatoki Guantanamo na śledztwo, na stałe usunięci ze społeczeństwa, na zawsze pozbawieni prawa zajmowania wpływowych stanowisk w nieżydowskim świecie. Pewnego dnia…"

                  gazetawarszawska.com
                  --
                  pyrsk
                  Ballest
                  "Dobra retoryka jest tarcza niewiedzy"
                  Gleiwitz
                  • Zapomniana bitwa, niezapomniani Polacy

                    Monte Cas­si­no jest bitwą za­po­mnia­ną przez Ame­ry­ka­nów i Bry­tyj­czy­ków. W 60. rocz­ni­cę D-Day roz­pi­sa­ły się o nim wszyst­kie an­giel­skie ga­ze­ty i cza­so­pi­sma. Ale o Monte Cas­si­no - kom­plet­na cisza. Bo ta bitwa nie pa­so­wa­ła do he­ro­icz­ne­go ka­ta­lo­gu, w któ­rym miesz­czą się Bitwa o An­glię, D-Day czy upa­dek Ber­li­na.

                    MI­CHAŁ KUŹ­MIŃ­SKI: Jak oce­nia Pan pol­skie­go żoł­nie­rza spod Monte Cas­si­no, któ­re­mu pod alianc­kim do­wódz­twem przy­szło wal­czyć ty­sią­ce ki­lo­me­trów od ro­dzin­ne­go kraju?

                    MAT­THEW PAR­KER: Po stro­nie alian­tów wal­czy­ło sie­dem głów­nych grup na­ro­do­wych, a za każdą stały inne mo­ty­wa­cje. Ame­ry­ka­nie, Bry­tyj­czy­cy czy No­wo­ze­land­czy­cy mieli kło­po­ty z wy­tłu­ma­cze­niem sobie, po co wal­czą we Wło­szech. Nie wie­rzy­li w ofi­cjal­ną pro­pa­gan­dę, bo znali siłę od­dzia­ły­wa­nia re­kla­my. Pe­wien we­te­ran z Ka­na­dy stwier­dził do­sad­nie, że cho­ciaż za­cią­gnę­ło się wielu, nikt nie wal­czył “za Boga i króla. To g... prze­sta­ło się li­czyć pod­czas pierw­szej wojny świa­to­wej".

                    Po­la­cy sta­no­wi­li pod tym wzglę­dem kon­trast. Jedną z przy­czyn był wpływ oso­bo­wo­ści gen. Wła­dy­sła­wa An­der­sa. Jego cha­rak­ter sta­no­wił mie­szan­kę po­boż­no­ści, od­da­nia dla na­ro­du i od­wa­gi. Pra­wie wszy­scy spo­śród Po­la­ków, na pewno 80 proc. z nich re­kru­to­wa­ło się spo­śród 1,5 mi­lio­na de­por­to­wa­nych przez So­wie­tów. Byli cał­ko­wi­cie od­da­ni spra­wie, gdy pod ko­niec marca ’44 zaj­mo­wa­li po­zy­cje pod Monte Cas­si­no. Kilku ame­ry­kań­skich i bry­tyj­skich żoł­nie­rzy opo­wia­da­ło mi o wra­że­niu, jakie wy­war­ło na nich przy­by­cie Po­la­ków. Byli zdu­mie­wa­ją­co gor­li­wi i nie­ustra­sze­ni, aż do po­zio­mu - szcze­rze mó­wiąc - głu­po­ty.

                    - W imię czego, Pań­skim zda­niem, Po­la­cy gi­nę­li pod Monte Cas­si­no?

                    - Pod­czas bitwy gen. Oli­ver Leese za­py­tał An­der­sa, czy po­dej­mie się ataku na wzgó­rza wokół klasz­to­ru. Dał dzie­sięć minut na od­po­wiedź. An­ders za­pi­sał w pa­mięt­ni­kach: “Była to dla mnie chwi­la do­nio­sła. Ro­zu­mia­łem całą trud­ność przy­szłe­go za­da­nia Kor­pu­su". I na­stęp­nie: “Zda­wa­łem sobie jed­nak spra­wę, że Kor­pus i na innym od­cin­ku miał­by duże stra­ty. Na­to­miast wy­ko­na­nie tego za­da­nia ze wzglę­du na roz­głos, jaki Monte Cas­si­no zy­ska­ło wów­czas w świe­cie, mogło mieć duże zna­cze­nie dla spra­wy pol­skiej. By­ło­by naj­lep­szą od­po­wie­dzią na pro­pa­gan­dę so­wiec­ką, która twier­dzi­ła, że Po­la­cy nie chcą się bić z Niem­ca­mi. Pod­trzy­my­wa­ło­by na duchu opór wal­czą­ce­go Kraju. Przy­nio­sło­by dużą chwa­łę orę­żo­wi pol­skie­mu".

                    Już w lutym 1944 r. Win­ston Chur­chill ogło­sił układ ze Związ­kiem Ra­dziec­kim do­ty­czą­cy wschod­nich gra­nic Pol­ski. Jed­nak An­ders są­dził, że Bry­tyj­czy­kom cho­dzi­ło o ma­newr po­li­tycz­ny; po pro­stu nie chciał uwie­rzyć, że kraj stra­ci zie­mie, z któ­rych po­cho­dzi więk­szość jego żoł­nie­rzy. Aby nadać im­pe­tu spra­wie pol­skiej, aby - jak mówił An­ders - “wy­peł­nić ulice chwa­łą", po­trzeb­na była le­gen­da zdo­byw­ców klasz­to­ru. I udało się.

                    - To kwe­stia sym­bo­li - a stra­te­gicz­ne zna­cze­nie bitwy? Co by się stało, gdyby klasz­tor nie padł i zwią­zał siły alianc­kie na jesz­cze kilka mie­się­cy?

                    - Tra­ge­dia po­le­ga­ła na tym, że za bitwą nie stały racje stra­te­gicz­ne. W 1943 r. zdo­by­to Sy­cy­lię, żeby stam­tąd wy­ko­nać skok do Ita­lii. Celem było wy­łą­cze­nie Włoch z wojny. Tym­cza­sem na­stą­pił upa­dek Mus­so­li­nie­go i sami Włosi dą­ży­li do za­war­cia po­ko­ju. Poza tym Włoch nie na­le­ża­ło ata­ko­wać od po­łu­dnia. Już Han­ni­bal prze­szedł przez Alpy, aby ude­rzyć z pół­no­cy, a Na­po­le­on ma­wiał: “Wło­chy to but. Trze­ba wcho­dzić w nie od góry". Tym­cza­sem alian­ci po­su­wa­li się ku górze wą­skie­go pół­wy­spu. Na­dzia­li się na wy­so­kie góry, rwące rzeki - ma­rze­nie każ­de­go obroń­cy. Po­stęp był tak śla­ma­zar­ny, że Niem­cy mieli mnó­stwo czasu, aby przy­go­to­wać wokół Monte Cas­si­no dobrą po­zy­cję obron­ną. Po­wsta­ła śmier­tel­na pu­łap­ka.

                    Czy ist­nia­ła tak­tycz­na ko­niecz­ność ataku na sam klasz­tor? Nie sądzę. Leese tłu­ma­czył An­der­so­wi, że nie­zbęd­ne było zwią­za­nie nie­miec­kich spa­do­chro­nia­rzy obro­ną klasz­to­ru, aby od­wró­cić ich uwagę od głów­ne­go ude­rze­nia w do­li­nie rzeki Liri. Na po­zy­cjach ata­ko­wa­nych do 12 maja przez Po­la­ków dzia­ła­ły eli­tar­ne jed­nost­ki alianc­kie - i zo­sta­ły do­słow­nie zmie­cio­ne. Zbo­cza za­le­ga­ły setki ciał i wra­ków czoł­gów. Alian­ci pró­bo­wa­li prak­tycz­nie wszyst­kie­go, aby zdo­być wzgó­rza. Bez­sku­tecz­nie. Można spy­tać: dla­cze­go miało się udać Po­la­kom? Efekt: ogrom­na licz­ba ofiar, żad­nych zdo­by­czy. A drugi atak, wie­czo­rem 16 maja, był moim zda­niem po­su­nię­ciem cał­ko­wi­cie po­li­tycz­nym. W re­jo­nie klasz­to­ru po­zo­sta­ło nie wię­cej niż 200 nie­miec­kich spa­do­chro­nia­rzy. Ale wciąż mogli zadać na­cie­ra­ją­cym cięż­kie stra­ty. Ko­niec koń­ców, klasz­tor zo­stał wła­ści­wie opusz­czo­ny, a nie zdo­by­ty sztur­mem. Nie wie­rzę, żeby ko­mu­kol­wiek udało się go zdo­być. Nie spo­sób było do niego wtar­gnąć ina­czej niż przez wą­skie prze­smy­ki, gdzie mie­ści­ły się nie­wiel­kie od­dzia­ły wy­sta­wio­ne na mor­der­czy ostrzał z ruin. Gdy pa­trzy­my na po­mnik Po­la­ków, trze­ba pa­mię­tać, że umie­ra­li, aby stwo­rzyć le­gen­dę, nie dla celów ope­ra­cyj­nych czy stra­te­gicz­nych. Za­bi­ci we Wło­szech to zmar­no­wa­ne ofia­ry.

                    - Po­la­cy mają jed­nak czę­sto wra­że­nie, że ich udział w bi­twie nie jest do­ce­nia­ny.

                    - Nie mogę się z tym zgo­dzić. Już jako dziec­ko, gdy sły­sza­łem: Monte Cas­si­no, my­śla­łem: Po­la­cy i No­wo­ze­land­czy­cy. Pro­blem w tym, że Monte Cas­si­no jest bitwą za­po­mnia­ną przez Ame­ry­ka­nów i Bry­tyj­czy­ków. W 60. rocz­ni­cę D-Day roz­pi­sa­ły się o nim wszyst­kie an­giel­skie ga­ze­ty i cza­so­pi­sma. Ale o Monte Cas­si­no - kom­plet­na cisza. Bo ta bitwa nie pa­so­wa­ła do he­ro­icz­ne­go ka­ta­lo­gu, w któ­rym miesz­czą się Bitwa o An­glię, D-Day czy upa­dek Ber­li­na. Przy­po­mi­na­ła ra­czej star­cia z lat 1914-1918.

                    Gdy trzy lata temu po­je­cha­łem na Monte Cas­si­no, byłem za­sko­czo­ny róż­ni­cą mię­dzy cmen­ta­rza­mi. Nie­miec­ki to od­osob­nio­ne i mrocz­ne miej­sce, mnó­stwo tam nie­ozna­czo­nych gro­bów. Bry­tyj­ski jest bar­dzo upo­rząd­ko­wa­ny, z nie­mal ste­ryl­ny­mi bia­ły­mi na­grob­ka­mi. Potem idzie się na cmen­tarz pol­ski, na samym szczy­cie wzgó­rza. Z da­le­ka widać, jak bar­dzo jest ma­je­sta­tycz­ny, pa­trio­tycz­ny, sym­bo­licz­ny, z wiel­kim orłem uło­żo­nym z kwia­tów. Pod Monte Cas­si­no wal­czy­ło 27 dy­wi­zji alianc­kich i dwie pol­skie. Ale udział Po­la­ków miał - można po­wie­dzieć - wyż­szą rangę. To fakt znany na całym świe­cie. Po­nie­śli ogrom­ne stra­ty: 42 proc. żoł­nie­rzy, naj­wię­cej spo­śród wszyst­kich to­wa­rzy­szy broni. Na­stęp­ni byli Ame­ry­ka­nie, a potem Bry­tyj­czy­cy - da­le­ko za nimi.

                    Po woj­nie ogrom­na część armii An­der­sa zo­sta­ła w An­glii. Prak­tycz­nie każde więk­sze bry­tyj­skie mia­sto ma pol­ską spo­łecz­ność. Do­ra­sta­łem w nie­wiel­kiej wio­sce w po­bli­żu Sus­sex, gdzie rów­nież byli Po­la­cy. Pa­mię­tam dom z wie­lo­ma re­li­gij­ny­mi ob­ra­za­mi. Bry­tyj­czy­cy są świa­do­mi, skąd te spo­łecz­no­ści się wzię­ły. Ich udział choć­by w Bi­twie o An­glię to wiel­ka część bry­tyj­skiej pa­mię­ci o woj­nie. Je­stem w Pol­sce za­le­d­wie od dwu­dzie­stu czte­rech go­dzin, ale od razu za­uwa­ży­łem, że wielu Po­la­ków ob­se­syj­nie utrzy­mu­je, że albo się ich igno­ru­je, albo nie do­ce­nia ich wy­sił­ku. Nie ro­zu­miem, dla­cze­go tak się dzie­je.

                    • Może np. dlatego, że w 60. rocznicę zakończenia wojny Władimir Putin nie wspomniał o naszym udziale...

                      - To było albo niedopatrzenie, albo wrogi ton. Podejrzewam, że to drugie. Szczerze mówiąc, nie przytaknąłbym wizji historii Putina, ale nie czuję się uprawniony do dyskutowania nad obecnymi przekonaniami rosyjskich władz o historii wojny, bo nie potrafię zajrzeć do głowy Putina.

                      Między londyńskim rządem RP i Sowietami stosunki były niełatwe, odkąd odkryto masakrę katyńską. A postawa Stalina wpłynęła na cały przebieg bitwy. Jeszcze na początku 1944 r. Churchill był przekonany, że Stalin mógłby podpisać odrębny pokój z Hitlerem. Poza tym działał pod wpływem koszmarnych wspomnień z poprzedniej wojny, gdy zginęło całe pokolenie młodych Brytyjczyków. Jego plan prowadził do maksymalnego opóźnienia inwazji przez kanał La Manche. Churchill miał nadzieję, że do chwili lądowania we Francji armię niemiecką zniszczą Sowieci i bombardowania strategiczne.

                      Dlatego Brytyjczycy i Amerykanie pełnili rolę peryferyjną, we Włoszech i Francji, a unicestwienie nazistów dokonało się przede wszystkim za sprawą Rosjan. Łatwo można dowieść, że Stalin był dużo gorszy od Hitlera. Tyle że taka ocena nie pasuje do wzorca “dobrzy-źli", do dychotomii, która charakteryzuje naszą pamięć o wojnach. Pamiętając o takich zbrodniach Sowietów jak Katyń czy deportacje, musimy równocześnie być im wdzięczni za zniszczenie Hitlera. I cokolwiek czuje się, zwłaszcza w Polsce, do Sowietów, nie sposób się spierać, że było inaczej.

                      - A Niemcy? Próby ich przedstawiania jako ofiar wojny wciąż odczytuje się w Polsce jako rozmywanie moralnych granic.

                      - Przeprowadzałem wywiady z niemieckimi żołnierzami. Chciałbym uniknąć generalizowania, ale byłem zaskoczony kilkoma spotkaniami ze spadochroniarzami, słynnymi “Zielonymi Diabłami z Cassino". Mieli niezwykłego ducha walki. Do dziś tworzą związek weteranów. Jednego z nich uznałbym wręcz za nazistę. Powiedział: “Gdyby nie Hitler, Europa byłaby dziś komunistyczna". Po tylu latach wciąż wierzy w tamte kłamstwa! Ale większość z nich to pacyfiści, pełni obrzydzenia do tego, co przeszedł ich kraj. Powtarzają: “Byłem bardzo młody". Wszyscy należeli do Hitlerjugend, wychowywali się w militarystycznym społeczeństwie. Bawiło ich maszerowanie z bronią, jak każdego chłopca.

                      Równocześnie oglądałem niemiecki film “Upadek". Główna bohaterka mówi na końcu, że była wtedy młoda, ale to żadne usprawiedliwienie. Pamiętałem o tym, rozmawiając z niemieckimi weteranami.

                      - Może nasze obawy biorą się stąd, że Polacy tyle wycierpieli od Niemców.

                      - Wśród Brytyjczyków i Amerykanów żywe było poczucie wspólnoty z Niemcami po drugiej stronie frontu. Obie strony musiały znosić niebezpieczeństwo, zimno, głód i strach. Bardzo często, gdy zapalano białe światła, by wyjść z okopów i pozbierać rannych, rozmawiano i wymieniano papierosy. Amerykanin spotykał Niemca, który miał brata w Brooklynie. Ale w przypadku Polaków nic takiego się nie działo. Gdy wzięto klasztor, było tam trzech niemieckich jeńców, którzy spodziewali się, że zaraz zostaną rozstrzelani. Gdy zobaczyli polskie orły, myśleli, że już po nich. Mówiąc krótko, Anglosasom bliska jest idea, że wszyscy żołnierze frontowi byli ofiarami wojny. Wśród Polaków potrzeba podtrzymywania w Niemcach poczucia winy jest dużo silniejsza. I w pewnym sensie obie postawy są uzasadnione.

                      - Mówił Pan, że "Zielone Diabły" charakteryzował niezwykły duch walki.

                      - Brytyjczycy spod Monte Cassino byli pełni podziwu dla “Zielonych Diabłów". Głównodowodzący, gen. Harold Alexander, pytał, jak możliwa była taka obrona - wszędzie dym i kurz, ludzie odkopywani spod gruzów, ale wciąż zdolni do tego, żeby walczyć. Osobiście nie czuję się dobrze z tym podziwem. Co czyni żołnierza skutecznym? Najskuteczniejsze w kampanii były zapewne “Zielone Diabły", po stronie aliantów zaś - Goumiers, marokańskie nieregularne wojska górskie. Nie brali jeńców. Przerażali nie tylko Niemców, ale nawet sojuszników. Prawdopodobnie na drugim miejscu byli Gurkhowie z Nepalu: niepiśmienni, tysiące mil od domu, nie wiedzieli, w jakim kraju są i o co walczą. Byli efektywnymi żołnierzami, gdyż brakowało im obywatelskiej osobowości. Podobieństw można szukać też w Armii Czerwonej.

                      Co ci wszyscy żołnierze mieli wspólnego? Otóż byli najbrutalniejsi. Im bliżej modelu - powiedziałbym - cywila w mundurze, bo tak można opisać Amerykanów, tym mniejsza skuteczność bojowa. Najskuteczniejsi byli ci - proszę nie posądzać mnie o rasizm - półcywilizowani, a raczej zbrutalizowani przez ubóstwo czy imperialną kontrolę. Z Niemcami było podobnie, ich jednak zbrutalizowały nazizm i wojskowe wychowanie. To nie jest coś godnego podziwu, ale pożałowania.

                      - Dlaczego Pańskim zdaniem Polacy sądzą, że inni nie doceniają ich poświęcenia w czasie wojny?

                      - Podczas promocji książki rozmawiałem z dziennikarką, która zaczęła od stwierdzenia, że Polaków obwinia się o współudział w Holokauście. Odpowiedziałem: nic podobnego, nigdy o tym nie słyszałem! Takie myślenie ma źródło w poczuciu bycia ofiarą, mocno związanym z waszą historią. Dziś Wielka Brytania interesuje się wieloma polskimi kwestiami, choćby waszym członkostwem w Unii. Dostrzegamy w was młody kraj. Kraj z przyszłością, która może być znacznie lepsza od minionych dziesięcioleci. Może czas spojrzeć przed siebie?
                      Komentarze

                      Wiedza i świat


                      --
                      pyrsk
                      Ballest
                      "Dobra retoryka jest tarcza niewiedzy"
                      Gleiwitz
                      • Dobrze godo
                        --
                        Istnieje broń straszniyjszo od oszczerstw. Tom broniom jes prowda
                        • Kruki w klatce
                          Pisał przed sześciu laty z niejaką emfazą Jan Nowak-Jeziorański:

                          „Serce niemieckiej kultury, które biło przez stulecia w Berlinie,
                          znajduje się dziś w Krakowie”.

                          Owo serce stało się zapewne ostatnim zakładnikiem II wojny światowej, bo przez minione dziesięciolecia na losy Berlinki długim cieniem kładła się wojenna trauma. Stąd też historia dyskusji i negocjacji o jej przyszłość to ciekawy przyczynek do obrazu polsko-niemieckich stosunków, wzajemnych uprzedzeń, narodowych resentymentów, politycznych strategii, dyplomatycznych gier i symbolicznych gestów. I choć po 50 latach jesteśmy praktycznie w punkcie wyjścia, to owe dzieje braku porozumienia są chyba bardziej interesujące aniżeli tzw. historia z happy endem.
                          Ukryte skarby
                          Berlinka? Jaka Berlinka? – ta strategia naiwnego dziecięcego pytania była pierwszą stosowaną przez władze PRL. W 1946 r. zbiory Biblioteki Pruskiej ukryto w przepastnych piwnicach Jagiellonki (głównej biblioteki UJ w Krakowie). I od samego początku ów fakt stał się jedną z państwowych tajemnic. Sekretu bacznie strzeżono zarówno przed wrogim NRF, jak i bratnim NRD. Władze szybko bowiem uznały, że skarby te mogą okazać się w przyszłości dobrą kartą przetargową w rozmowach o uznanie granicy na Odrze i Nysie lub w jakichkolwiek innych pertraktacjach z bliższymi lub dalszymi zachodnimi sąsiadami. Gdy w 1965 r. przekazywaliśmy do Berlina wschodniego 127 tys. tomów mniej cennych książek i czasopism, trzy czwarte nosiło pieczęcie Biblioteki Pruskiej. By więc zmylić ślady, zbiór najpierw potajemnie przewieziono do Łodzi, by następnie, już oficjalnie, za pośrednictwem firmy spedycyjnej Hartwig wyekspediować na Zachód.
                          Ale Niemcy nie próżnowali. Gdy tylko otrząsnęli się po przegranej wojnie, zaczęli się rozglądać za utraconą kolekcją. Tym bardziej że w szczelnych wrotach, które zatrzasnęły się za Berlinką, pojawiły się pierwsze pęknięcia. W 1963 r. do krakowskich antykwariatów trafiły (zapewne skradzione) pojedyncze książki z pieczęciami Biblioteki Pruskiej. Po tym incydencie szef Staatsbibliotek w Berlinie zaczął naciskać na swe władze państwowe, by wyjaśniły z Polakami losy kolekcji. Co ciekawe, ówcześni oficjele w NRD zachowywali zaskakującą powściągliwość, a minister spraw zagranicznych Lothar Bolz stwierdził nawet, że „sprawa jest gorącym żelazem, tak gorącym, że nie będziemy tego próbowali chwytać”.
                          Kolejny przeciek nastąpił w 1967 r. Wówczas to wybitna muzykolog prof. Zofia Lissa dotarła pod Wawelem do rękopisów Bacha, Beethovena i Mozarta. O swym odkryciu powiadomiła kierownictwo Niemieckiej Biblioteki Berlińskiej, za co spotkały ją szykany ze strony władz PRL. Ale dopiero dziesięć lat później, w 1977 r., Polska zdecydowała się uchylić rąbka tajemnicy. Opublikowano specjalny komunikat PAP, w którym z brawurową obłudą poinformowano, iż „systematyczne i skrupulatne poszukiwania zostały niedawno uwieńczone pomyślnym wynikiem”. Nadal jednak nie było wiadomo, ile, czego i gdzie posiadamy. Ostatni etap ujawniania zbiorów nastąpił dopiero w 1980 r., kiedy to strona niemiecka uzyskała oficjalne potwierdzenie, że Berlinka zdeponowana jest w Krakowie. Rok później zbiory zostały udostępnione naukowcom z całego świata.
                          W dowód przyjaźni
                          W 1977 r. podczas wizyty partyjno-rządowej delegacji władz PRL w NRD Edward Gierek przekazał Erichowi Honeckerowi („w dowód przyjaźni”) rękopisy partytur Beethovena i Mozarta ze zbiorów Berlinki. W grudniu 2000 r. podobny gest wykonał premier Jerzy Buzek, ofiarowując Gerhardowi Schröderowi unikatowe wydanie Biblii z 1522 r. w tłumaczeniu Marcina Lutra. Oba te gesty, choć kosztowne, okazały się mało znaczące. Miały być świadectwem dobrej woli i nieco uspokoić coraz bardziej natarczywe żądania strony niemieckiej. Jednak celu nie osiągnęły. Niemcy też zdobywali się na gesty, choć zdecydowanie skromniejsze. W 1992 r. przekazali do Poznania zbiór złotej starożytnej biżuterii, które znajdowały się tam przed wojną, a w 2002 r. – etruskie lustro, zrabowane ongiś z Gołuchowa. Ale i one nie posunęły negocjacji nawet o milimetr.
                          Tworzeniu tzw. dobrej atmosfery miały też sprzyjać deklaracje. Gierek, wręczając bezcenne manuskrypty, deklarował: „Już niedługo będziemy mogli przekazać wam te cenności”. Z kolei w 1998 r. sporo zamieszania wywołał wywiad prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego dla „Der Tagesspiegel”. Powiedział on wówczas: „Biblioteka Pruska mogłaby wyruszyć w drogę powrotną do Berlina np. w 2000 r.”. Także rok później polski minister kultury Andrzej Zakrzewski, choć z innego politycznego nadania, deklarował, że zbiory powinny wrócić do Berlina.
                          • Oddać zbiory?
                            Przez pierwsze powojenne dziesięciolecia głównym zmartwieniem władz było: jak Berlinkę ukryć? Później pojawiło się pytanie trudniejsze: co z nią zrobić? Pierwsze pomysły należały do kategorii dyplomatycznego folkloru. W 1980 r. Ministerstwo Szkolnictwa Wyższego zaproponowało, by przekazać władzom NRD – jako „dar narodu polskiego” – wyłącznie 2,5 tys. woluminów chińskich, koreańskich i hebrajskich, resztę zostawiając sobie. Do dziś trudno dociec: była to głupota czy prowokacja? Na jeszcze dziwaczniejszy pomysł wpadł sześć lat później minister spraw zagranicznych Marian Orzechowski. Wymyślił, by zbiory rozparcelować wedle tzw. przynależności kulturowej. I tak: przyjaciołom z NRD oddać mapy i rękopisy niemieckie, Chinom – rękopisy i księgi chińskie, Koreańczykom – koreańskie itd. Niewielka część Berlinki miała nawet trafić do Brazylii w ramach zadłużenia za import kawy.
                            Dziś hasło „Przyszłość Berlinki” uruchamia pełne spektrum postaw, opinii, koncepcji, włącznie ze skrajnymi. W 2002 r. ówczesna wiceminister kultury Aleksandra Jakubowska na plenarnym posiedzeniu Sejmu oświadczyła: „Osobiście przeciwna jestem temu, aby Biblioteka Pruska opuściła teren Polski. Wydaje nam się natomiast, że wiele dzieł polskich, które zostały wywiezione przez najeźdźcę, powinno do Polski wrócić”. Czyli: wam – nic, nam – co się tylko da. Jak nietrudno się domyślić, niemiecki radykalizm to lustrzane odbicie polskiego. Nie brakuje więc opinii sprowadzających się do żądania bezwzględnego wydania zbiorów, bez żadnych warunków wstępnych i odszkodowań, które – jak się za Odrą przypomina – już nam wypłacono w przeszłości.
                            Co ciekawe, punkt widzenia nie zawsze zależy od punktu siedzenia. Już w 1988 r. profesorowie Serczyk i Estreicher sugerowali, by kolekcję bezwarunkowo oddać do Berlina, w Krakowie zatrzymując jedynie wchodzące w jej skład polonica. Dyrektor Biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego Henryk Hollender przekonywał zaś w 2002 r.: „Argumenty, które słyszę niekiedy, za zachowaniem zbiorów berlińskich po wsze czasy w Krakowie, są wypowiadane językiem odwetu”. Dla odmiany Niemiec Matthias Greffarth na łamach „Frankfurter Rundschau” pisał: „Biblioteka Pruska powinna zostać w Krakowie, w ramach wielkiego europejskiego programu dowartościowania tej naszej zapomnianej części Europy”.
                            Coś za coś
                            Generalnie górę biorą postawy koncyliacyjne, w myśl których kolekcja, pod pewnymi warunkami, powinna wrócić do Niemiec. Chodzi oczywiście o wzajemną wymianę. Zaczęło się dość dziwacznie jeszcze w 1953 r. Wówczas Polska oddała NRD 117 cennych obrazów, w zamian oczekując przechowywanych w Dreźnie projektów architektonicznych, które ułatwiłyby odbudowę warszawskich zabytków. Tymczasem zza Odry dotarł w podzięce... mikroskop elektronowy. Zrewanżowaliśmy się srodze w 1980 r., gdy za cenny zbiór rysunków (m.in. Wita Stwosza i Dürera) oraz 15 tys. sztuk archiwaliów śląskich, w zamian zgodziliśmy się na... korzystanie przez Niemców ze zbiorów Berlinki.
                            Z czasem wymiany się skończyły, a zastąpiły je niekończące się dyskusje o tym, co za Berlinkę powinien otrzymać nasz kraj. Przed paru laty prof. Maciej Giertych na łamach „Opoki” przekonywał: „Póki Niemcy nie zwrócą lub nie zrekompensują wszystkich skradzionych lub zniszczonych w czasie II wojny światowej polskich dóbr kulturalnych, o opuszczeniu przez Berlinkę Polski nie może być nawet mowy”. Słowem: wam – wszystko, ale i nam – wszystko. Niemcy widzą sprawy zupełnie inaczej: oddajcie nam co nasze, a my postaramy się oddać co wasze.
                            Sąsiedzi zza Odry gotowi są przekazać nam wszystko, co znajduje się w ich zbiorach publicznych, a kiedyś było naszą własnością. Problem w tym, że to skromny ułamek tego, czego poszukujemy. Nic dziwnego, że pojawiają się sugestie, by Niemcy finansowali dalsze poszukiwania, a także wykupywanie odnalezionych w Niemczech i na świecie polskich dóbr kultury, które zaginęły wskutek II wojny. Niemożliwe – przynajmniej na razie – wydaje się jednak ustalenie przeznaczonej na to kwoty. My oczekujemy ok. 2 mld dol., Niemcy gotowi są wysupłać jedną dziesiątą tej sumy. Pat trwa, choć nieoficjalnie wiadomo, że podobno szykuje się jakiś przełom.
                            Próbą jego przełamania był raport przygotowany przez tzw. grupę Kopernik, złożoną z niezależnych polskich i niemieckich ekspertów. W 2000 r. zaproponowali, by Polskę włączyć do władz niemieckiej fundacji Pruskie Dziedzictwo Kultury, a Berlince nadać status wieczystego depozytu owej fundacji w nowej filii w Krakowie. Część kolekcji powróciłaby do stolicy Niemiec, część pozostała pod Wawelem (głównie zbiory muzyczne). Niemcy zaś zwróciliby nam wszystkie dziś dostępne, a zagrabione niegdyś, dobra kultury. „Die Welt” określił ów projekt jako „owoc szalonej odwagi” i „radykalny przełom”, ale już „Frankfurter Allgemeine Zeitung” uznał, że to tylko „zmiana właściciela na papierze, a nie prawdziwy zwrot”.
                            Wojna na asy
                            Właściwie kto ma rację? I tu, jak się okazuje, także nie ma zgodności. Gdy już stało się oczywiste, że to my mamy Berlinkę, rozpoczęła się wyczerpująca walka na argumenty polityczne, moralne, prawne, a nawet konserwatorskie. Zaczęli Niemcy. W 1980 r. Izba Ludowa NRD przyjęła ustawę, w której zapisano, iż „wszystkie dawne pruskie dobra kultury znajdujące się poza granicami wschodnimi Niemiec są ich własnością”. W odpowiedzi premier Piotr Jaroszewicz powołał komisję ds. Biblioteki Pruskiej, która już kilka miesięcy później (styczeń 1981 r.) stwierdziła m.in., iż kolekcja „w całości stanowi własność skarbu państwa polskiego i winna być włączona do inwentarza biblioteki U.J.”. W raporcie przekazanym Wojciechowi Jaruzelskiemu komisja nadmieniła, iż „brak normy prawno-międzynarodowej, która zobowiązywałaby nas do zwrotu zbiorów”. Do tych ustaleń votum separatum zgłosili tylko wspomniani już profesorowie Serczyk i Estreicher. Ale Niemcy nie dali za wygraną. Przez następne lata ministerstwo spraw zagranicznych NRD słało, coraz bardziej ultymatywne w tonie, noty. Odpowiedzią stała się więc kolejna ekspertyza zamówiona w 1997 r. u prof. Krzysztofa Skubiszewskiego i Mariusza Wojciechowskiego. Obaj w pełni potwierdzali polskie prawa do kolekcji.
                            Dziś w grze o Berlinkę każdy wyciąga na stół własne asy. To bezcenna spuścizna niemieckiej kultury, przekonują Niemcy i – z moralnego punktu widzenia – powinna wrócić do Berlina. „Cóż nam po 228 listach Goethego? Poza wartością materialną niewiele dla nas znaczą” – pisał kolekcjoner Tomasz Niewodniczański. Z moralnego punktu widzenia – ripostują Polacy – mamy prawo traktować Berlinkę jako przedmiot tzw. restytucji zastępczej, rekompensatę za grabieże i zniszczenia wojenne. I przypominają, że w czasie II wojny światowej hitlerowcy unicestwili u nas niemal 22 mln książek. W prawie międzynarodowym – sięgają po kolejnego asa Niemcy – obowiązuje zasada pertynencji terytorialnej, a to oznacza, że archiwalia przynależą do ziem, na których powstały. W tym prawie – wykładają na stół własnego asa Polacy – istnieje też kategoria dobra opuszczonego, które przeszło na własność państwa polskiego.
                            W 2000 r. ze zbiorów Jagiellonki skradziono kilkadziesiąt cennych starodruków. Niemcom przybył kolejny atut: „Nie jesteście nawet w stanie skutecznie chronić tych zbiorów, nie mówiąc już o ich konserwacji i opracowywaniu” – grzmieli. I tak gra o Berlinkę toczy się do dziś.
                            Piotr Sarzyński
                            • Oco ten spór?
                              Pruską Bibliotekę Państwową, zwaną potocznie Berlinką, założył w 1661 r. Wielki Elektor Pruski Fryderyk Wilhelm. Przez prawie 300 lat zgromadzono w niej najcenniejsze świadectwa kultury niemieckiej, m.in. ogromny zbiór rękopisów partytur takich kompozytorów jak Bach, Beethoven, Mozart. Obawiając się bombardowań, już od 1941 r. Niemcy systematycznie wywozili poza Berlin bezcenną kolekcję. Początkowo trafiła ona do Fürstenstein (dziś: Książ), a następnie do Grüssau (dziś Krzeszów) na Górnym Śląsku. Tam na zbiory natrafił bibliotekarz Stanisław Sierotwiński, zajmujący się z ramienia rządu poszukiwaniem porzuconych przez Niemców zbiorów bibliotecznych. W 1946 r. zapakowana w 502 wielkie skrzynie Berlinka przewieziona została do Krakowa, gdzie przechowywana jest do dziś. Według szacunkowych danych składa się z 550 tzw. jednostek bibliotecznych: inkunabułów, manuskryptów, starodruków, książek, czasopism, grafik, rysunków, listów, pamiętników itp.
                              --
                              pyrsk
                              Ballest
                              "Dobra retoryka jest tarcza niewiedzy"
                              Gleiwitz
                              • 19.01.14, 11:05
                                Zimą 1945-46 w Świnoujściu, odciętym od świata spiętrzoną krą, Polacy mordowali niemieckich cywilów. IPN poszukuje właśnie grobów ofiar i zapowiada zapisanie kolejnej białej plamy w powojennej historii

                                W budynku przy ul. Piastowskiej w Świnoujściu - zajętym po wojnie przez polską milicję - mieści się teraz szkoła specjalna. Pod asfaltem wylanym w pobliżu szkoły IPN spodziewa się odnaleźć grób zamordowanych w tym budynku Niemców.

                                Równocześnie 85-letni Tadeusz Wojciechowski, który zakładał polską milicję w Świnoujściu, wydał wspomnienia "Na Dzikim Zachodzie". To powieść sensacyjno-historyczna z dzielnymi milicjantami, podstępnym Werwolfem i hitlerowskim skarbem.

                                - My byliśmy zbrojnym ramieniem polskiej administracji na wyspach Wolin i Uznam - mówi Wojciechowski mieszkający dziś w Szczecinie. Pokazuje pożółkły dokument z 20 sierpnia 1945, z którego wynika, że komendant wojewódzki MO mianuje 22-letniego Wojciechowskiego, który od miesiąca był milicjantem, szefem referatu śledczego komendy powiatowej MO na wyspach. W dokumencie zaznaczono, że jest uzbrojony w parabellum.

                                - Jest pan pierwszym dziennikarzem, któremu to pokazuję - mówi. - Z IPN-em nie gadałem.

                                - Kto zamordował Niemców?

                                - Może to ubecy mordowali, może mundurowi. Moi chłopcy, podobnie jak ja, wywodzili się z AK. To byli zabijacy z kieleckich lasów, rwali się do rozwalania Niemców, ale trzymałem ich w ryzach. Wie pan, nasz komendant [Jan Zientara] wezwał mnie kiedyś i mówi, że przyjedzie jego żona, więc mam załatwić złoto od Niemców. Kazał mi odcinać Niemkom palce z pierścionkami.

                                - I co?!

                                - Ja nie posłuchałem. Poinformowałem przełożonych w województwie.

                                - A inni?

                                - Niektórzy posłuchali.

                                Historycy oceniają, że jesienią 1945 r. w powiecie Wolin-Uznam mieszkało ok. 22 tys. Niemców (w 1939 r. - 51 tys.) i kilkuset Polaków, wśród których największą grupę stanowili urzędnicy tworzącego się aparatu władzy i bezpieczeństwa.

                                Zimą 1945-46 na skutek spiętrzenia kry na Świnie zerwane zostało jedyne połączenie drogowe z Polską. Akcja osiedleńcza zamarła. Pracowników powiatowego UB i MO kra całkowicie uwolniła od nadzoru przełożonych.

                                - Stali się panami życia i śmierci dla mieszkańców Świnoujścia odciętego od reszty kraju wodami rzek i Zalewu Szczecińskiego - mówi Paweł Skubisz, historyk szczecińskiego IPN.

                                Według ustaleń IPN polscy milicjanci i ubecy dopuścili się rabunków i morderstw na miejscowej ludności. Zatrzymywanych pod byle pretekstem Niemców zabijano, inni umierali w areszcie z głodu i chorób.

                                Tylko 5 stycznia 1946 r. w komendzie zamordowano pięcioro aresztantów, m.in. 16-letnią dziewczynę. Siedziała od dwóch miesięcy, ubek zgwałcił ją po zatrzymaniu, a kiedy okazało się, że zaraził ją też syfilisem, postanowili ją zabić, bo nie mieli na leki.

                                Inną Niemkę, zatrzymaną za kłótnię z Polką, zakatowano na śmierć. 22-letni niemiecki cywil został powieszony na kracie, jego zwłoki wisiały na linie na zewnątrz budynku.

                                Kiedy puściły lody, w marcu 1946 r. do Świnoujścia przybył na kontrolę chorąży Józef Zając z komendy MO w Koszalinie. W raporcie napisał m.in. o braku książki zatrzymań i zaskakującej liczbie zgonów. Dało to początek śledztwu.

                                W 1947 r. spośród dziewięciu podejrzanych o zabójstwa i znęcanie się nad Niemcami stanęło przed Wojskowym Sądem Rejonowym w Szczecinie siedmiu (jeden się powiesił, kolejny uciekł).

                                Zapadły symboliczne wyroki. Najsurowszy, cztery lata więzienia, dostał szef świnoujskiego UB Jan Sołtyniak. Ale tylko dlatego, że udowodniono mu kradzież wagonu ziemniaków.

                                W kolejnym procesie sądzono Jana Zientarę, powiatowego komendanta MO w Świnoujściu, który kierował napadami rabunkowymi na niemiecką ludność (we wtorek IPN odnalazł akta jego procesu). Zientara został skazany na osiem lat.

                                - Liczbę śmiertelnych ofiar oceniamy na ponad 40 - mówi Paweł Skubisz. - W maju 1946 r. ekshumacji poddano dwa groby. Z akt wynika, że kierownictwo Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego nie było zainteresowane wyjaśnieniem okoliczności zbrodni ani ustaleniem liczby ofiar, a wręcz torpedowało działania wojskowej prokuratury.

                                Pod koniec lat 80. podczas kopania rowów koło dawnego budynku MO przy ul. Piastowskiej natrafiono na szczątki ludzkie, ale prokuratura umorzyła śledztwo.

                                Po apelu IPN i lokalnej "Gazety" znajdują się kolejni świadkowie. Człowiek, który jako chłopiec mieszkał w pobliżu komendy, wskazał miejsce, gdzie stał mur, pod którym chowano zamordowanych Niemców. Inny przez wiele lat przechowywał relację spisaną przez Niemca, który siedział przy Piastowskiej.

                                Paweł Skubisz: - Zabójcami byli młodzi funkcjonariusze doświadczeni piętnem wojny, śmiercią bliskich, pobytem w obozach koncentracyjnych czy przymusową pracą. Pałali chęcią odwetu i z ofiar stali się katami.
                                --
                                pyrsk
                                Ballest
                                "Dobra retoryka jest tarcza niewiedzy"
                                Gleiwitz

                                • Zabijali Niemców z zemsty - kolejne świadectwa
                                  Adam Zadworny, Andrzej Kraśnicki jr
                                  23.01.2008

                                  Niemiec Wergin Fryc został ograbiony, a potem aresztowany i po cichu zamordowany na posterunku MO - "Gazeta" dotarła do kolejnych świadectw zbrodni, jakich dopuścili się zimą 1945-46 w Świnoujściu polscy milicjanci


                                  W ubiegłym tygodniu ujawniliśmy, że szczeciński IPN poszukuje grobów Niemców, którzy zostali zamordowani zimą 1945-46 w Świnoujściu. Na skutek spiętrzenia kry na Świnie zerwane zostało wtedy jedyne połączenie drogowe z Polską. Akcja osiedleńcza zamarła. Pracownicy powiatowego UB i MO, całkowicie pozbawieni nadzoru ze strony przełożonych, stali się panami życia i śmierci dla mieszkańców Świnoujścia odciętego od reszty kraju wodami rzek i Zalewu Szczecińskiego. Według ustaleń IPN, Polacy dopuścili się rabunków i morderstw na miejscowej ludności. Zatrzymywani pod byle pretekstem Niemcy byli zabijani, inni umierali w areszcie z głodu i chorób.

                                  Jak się obecnie dowiedzieliśmy, IPN ma nowych świadków tamtych wydarzeń - m.in. Polaka, który przez jakiś czas był przetrzymywany w świnoujskim areszcie. Zgłosił się też zięć byłego milicjanta, który pracował w świnoujskim MO w 1946 r. (obecnie ten eks-milicjant przebywa w szpitalu).

                                  W Archiwum Państwowym w Szczecinie odnaleźliśmy dokumenty obrazujące to, co działo się w odciętym od świata Świnoujściu. Wśród nich jest anonimowy donos napisany w marcu 1946 r. (czyli po tym, jak puściły lody i nawiązano łączność z resztą kraju) przez "Demokratę ze Świnoujścia" (najprawdopodobniej jednego z milicjantów) do władz wojewódzkich. Autor donosu opisuje kilka przypadków zamordowania Niemców dla zysku. Wergin Fryc, który był członkiem zarządu Świnoujścia, został ograbiony z całego majątku, aresztowany i "po kilku dniach zamordowany w piwnicy na posterunku miejskim w Świnoujściu". Z donosu, podobnie jak z innych relacji wyłania się obraz kompletnej demoralizacji odciętych od świata, głodnych i mających za sobą okupacyjną traumę funkcjonariuszy tworzącej się polskiej władzy. Inny dokument to list "W sprawie rozprężenia dyscypliny w komendzie powiatowej MO w Świnoujściu", jaki napisał 23 marca 1946 r. starosta powiatowy w Świnoujściu Władysław Matula do komendanta wojewódzkiego MO. Wynika z niego, że na posterunku codziennością było "włóczenie się po restauracjach, urządzanie licznych libacji, kończących się bójkami i strzelaniną". Starosta Matula pisał: "Wytworzyła się sytuacja, jakiej jeszcze nie było. (...) Pijaństwo milicjantów jest na porządku dziennym, bezprawne rewizje po domach, gdzie zabiera się Niemcom różne towary, zabieranie Niemcom środków żywności".

                                  Wiadomo już, że te donosy spowodowały śledztwo, którego efektem były dwa procesy przeprowadzone w 1947 r. przed Wojskowym Sądem Rejonowym w Szczecinie. Jak na ciężar zarzutów - mordy, rabunki, znęcanie się nad zatrzymanymi Niemcami - zapadły raczej symboliczne wyroki. W pierwszym procesie najsurowszy wyrok - 4 lata więzienia - otrzymał szef świnoujskiego UB Jan Sołtyniak. Ale tylko dlatego, że udowodniono mu zmalwersowanie wagonu ziemniaków.

                                  Historycy IPN oceniają liczbę śmiertelnych ofiar terroru na odciętej od świata wyspie na ponad 40 osób. Prawdopodobnie na wiosnę szczeciński Instytut rozpocznie prace wykopaliskowe zmierzające do odnalezienia grobów Niemców zamordowanych w świnoujskiej komendzie. Wtedy też opublikuje pracę, która ma zapisać tę białą plamę z historii najnowszej Polski.

                                  forum.gazeta.pl/forum/s,34281,126679225.html?t=1&a=149070222&rep=1&from=6
                                  wyborcza.pl/1,76842,4847726.html


                                  --
                                  pyrsk
                                  Ballest
                                  "Dobra retoryka jest tarcza niewiedzy"
                                  Gleiwitz
    • Sprawa z obozami jest bezdyskusyjna do 1945 r.
      Cały szkopuł w tym jak nazwać te same obozy po wojnie wykorzystywane nadal do więzienia ludzi.
      Obozy, baraki, druty kolczaste się nie zmieniły, tylko zastąpiono jednych "pensjonariuszy" innymi i dokonano zmiany w personelu obozu.
      Takim najbardziej widocznym symbolem przemian było zastąpienie wrażych niemieckich napisów nad bramami obozów, mówiących o wolności w wyniku pracy, na bardziej pasujący do komunistycznej doktryny, że "Praca uszlachetnia człowieka".

      Moim zdaniem, aby nie dochodziło do generalnych pomówień o "polskie obozy" trzeba wyraźnie określać przedział czasowy.
      Historii nie da się zamieść pod dywan. Gdyby od początku napisano całą prawdę i rozliczono winnych za powojenne obozy, to nie byłoby wtedy "polskich obozów" w mediach.




      ************************************************

      "Gazeta Wyborcza": Niemcy przeciw "polskim obozom koncentracyjnym"

      Nie­miec­ki Zwią­zek Hi­sto­ry­ków, zrze­sza­ją­cy kilka ty­się­cy wy­kła­dow­ców, ar­chi­wi­stów i na­uczy­cie­li, po­tę­pił uży­wa­nie zwro­tu "pol­skie obozy kon­cen­tra­cyj­ne" – pisze "Ga­ze­ta Wy­bor­cza".


      "To nie­do­pusz­czal­ne słowa, które su­ge­ru­ją cał­ko­wi­cie fał­szy­we wy­obra­że­nie o od­po­wie­dzial­no­ści za zbrod­nie" – pod­kre­ślił Zwią­zek, ape­lu­jąc do nie­miec­kiej opi­nii pu­blicz­nej o prze­ciw­sta­wie­nie się po­wie­la­nym, błęd­nym zwro­tom nt. nie­miec­kich zbrod­ni z II wojny świa­to­wej w Pol­sce.


      Nie­miec­cy hi­sto­ry­cy pro­te­stu­ją jed­no­cze­śnie prze­ciw­ko wpro­wa­dze­niu w Pol­sce kar za uży­wa­nie zwro­tu "pol­skie obozy". "W wol­nym kraju nie jest rze­czą wła­dzy de­fi­nio­wa­nie praw­dy hi­sto­rycz­nej ani ogra­ni­cza­nie swo­bód hi­sto­ry­ków za po­mo­cą kar. To może po­waż­nie ogra­ni­czyć wol­ność na­ukow­ców. Od­rzu­ca­nie błęd­nych pojęć to za­da­nie opi­nii pu­blicz­nej" - czy­ta­my w apelu, cy­to­wa­nym przez "Ga­ze­tę Wy­bor­czą".

      - Zna­cze­nie nie­miec­kie­go apelu bę­dzie o wiele więk­sze niż wszyst­kie do­tych­cza­so­we pol­skie pro­te­sty – ko­men­tu­je prof. Krzysz­tof Ruch­nie­wicz, hi­sto­ryk z Uni­wer­sy­te­tu Wro­cław­skie­go.

      Warto przy­po­mnieć, że uży­cie zwro­tu "pol­skie obozy śmier­ci" przy­da­rzy­ło się nie­miec­kiej pra­sie nie raz. Rok temu po­ja­wił się on w tek­ście agen­cji DPA o obo­zie za­gła­dy w So­bi­bo­rze. Po­dob­ne wpad­ki za­li­czy­ły także "Die Welt" i re­gio­nal­ny dzien­nik "Rhe­ni­sche Pos

      Tekst linka
      --
      ****************************************************************
      Odważni żyją krótko. Tchórzliwi nie żyją wcale. Kim więc jestem?
      • Nie widza z tymi obozami zodnych problemow.Moim zdaniem powinno pisac Niemieckie obozy zaglady ,a jak sie pisze o Polsce .Polskie obozy koncentracyjne.Koncentracyjne byly oba, tylko ze zruznym przeznaczeniem.


        --
        In Polen erwartet Euch Freicheit und Wohlstand
        In Deutschland Knechtschaft und Elend !
        Beuthen, im März 1921 Wojciech Korfanty
        Jeszcze dzisiej czekom na tyn Polski Wohlstand
        • Tak latwo z tym nie jest. Na terenach podbitych przez Niemcy istnialy jednoczesnie "obozy zaglady"/"Vernichtungslager", "obozy pracy"/"Arbeitslager", "obozy jenieckie"/"OFFLAG/Stallag". Obozy pracy i zaglady byly potocznie nazywane "obozami koncentracyjnymi"/"Koncentrationslager".
          W okrescie miedzywojennym w Polsce i Niemczech istnialo szereg obozow koncetracyjych. Pierwsze polskie OC siegaja lat 1918/1919. Ich liczba zwiekszyla w przeddzien kampanii wrzesnowej. W tzw. "marszach smierci" do nich zginelo ok. 5.000 osob. Wojska niemieckie byly jednak tak szybkie, ze zaden z nich nie zostal oddany do "uzytku". W okresie okupacji mamy na podbitych ziemiach Polski jednoczesnie "obozy zaglady" i "obozy koncentracyjne". Po twz. "wyzwoleniu" nazistowskie obozy zostaly przejete przez nowa administracje.
          Byly to POLSKIE OBOZY KONCENTRACYJNE! To nie zmieni fakt zadnego durnego paragrafu!
          Do tego dochodzi, ze te obozy otrzymywaly indywidualne nazwy. Oboz w Lambinowicach otrzymal przydomek "Oboz zaglady", gdyz smiertelnosc w nim przewyzszala nazistwoski Auschwitz.

          Niemieckie obozy koncentracyjne i polskie obozy koncentracyjne mialy takie samo przeznaczenie.

          Glückauf!
          --
          Lwow, „Przeglad Wszechpolski“, nr 1, styczen 1899, „Utrata wschodnich terenow znaczylaby smiertelny cios dla potegi Niemiec. W walce narodowej haslo moze jedynie brzmiec: My albo oni! To jest doprawdy walka o zycie i smierc, dlatego ze Polska jest nie do pomyslenia bez Gornego Slaska, bez Prus Zachodnich i nawet Prus Wchodnich“.
          • 20.01.14, 20:14
            chrisraf napisał:



            > Byly to POLSKIE OBOZY KONCENTRACYJNE! To nie zmieni fakt zadnego durnego paragr
            > afu!
            > Do tego dochodzi, ze te obozy otrzymywaly indywidualne nazwy. Oboz w Lambinowic
            > ach otrzymal przydomek "Oboz zaglady", gdyz smiertelnosc w nim przewyzszala naz
            > istwoski Auschwitz.
            >
            > Niemieckie obozy koncentracyjne i polskie obozy koncentracyjne mialy takie samo
            > przeznaczenie.
            Zgoda Chrisraw :Dopuki nie zaczli industrialnie mordowac .

            --
            In Polen erwartet Euch Freicheit und Wohlstand
            In Deutschland Knechtschaft und Elend !
            Beuthen, im März 1921 Wojciech Korfanty
            Jeszcze dzisiej czekom na tyn Polski Wohlstand
          • 20.01.14, 21:33
            "Vernichtungslager" tej nazwy nigdy nie uzywano, ta nazwa zostala przez Holocaust Industry wymyslona.


            --
            pyrsk
            Ballest
            "Dobra retoryka jest tarcza niewiedzy"
            Gleiwitz
            • 21.01.14, 11:58
              ballest napisał:

              > "Vernichtungslager" tej nazwy nigdy nie uzywano, ta nazwa zostala przez Hol
              > ocaust Industry wymyslona.
              >
              >Das ist uninteresant wto tyn wyraz wymyslou, Vernichtungslager bouy ,das kann man nicht leugnen.


              --
              In Polen erwartet Euch Freicheit und Wohlstand
              In Deutschland Knechtschaft und Elend !
              Beuthen, im März 1921 Wojciech Korfanty
              Jeszcze dzisiej czekom na tyn Polski Wohlstand
              • 21.01.14, 12:21
                "Na terenach podbitych przez Niemcy istnialy jednoczesnie "obozy zaglady"/"Vernichtungslager", "obozy pracy"/"Arbeitslager", "obozy jenieckie"/"OFFLAG/Stallag". Obozy pracy i zaglady byly potocznie nazywane "obozami koncentracyjnymi"/"Koncentrationslager". "

                Berncik jo se odnios do tego co napisou Chris:

                A on sie mylou , bo to byly KZ ( Kl) also
                Konzentrationslager
                Arbeitsalager
                Stallag

                Nazwa Vernichtungslager powstala dopiero po wojnie, tak samo jak nazwa Holocaust tysz bardzo pozno pwstala.
                Nikt nie zaprzeczou ze w Konzentrationslager mordowano wiezniow, ale juz liczby podowane prze Holocaust Industrii sa astronomiczne a pomimo ze w miedzyczasie liczba smiertelnych ofiar w Auschwitz zweryfikowano.

                Na dole jest Tabela :

                de.wikipedia.org/wiki/Opferzahlen_der_Konzentrationslager_Auschwitz

                Jo sie pytom , kto zmuszou Niemcy do tego, ze muszom dali godac, ze usmierciyli 6 milionow ludzi wyznania mojzeszowego jak liczba ocalonych z Holocaustu rosnie z roku na rok w gora a momy prawie 70 lot po wojnie.
                To se tysz Finkelstein w e swoji ksiazce pytou ?


                a najlepi mi sie podobajom ci co przezyli 6 razy komory gazowe.


                --
                pyrsk
                Ballest
                "Dobra retoryka jest tarcza niewiedzy"
                Gleiwitz
                • 21.01.14, 21:06
                  Chrisraw ,Ballest, jo niychca na tyn tymat dyskutowac ,bo niy ma o czym, Wina Niemcow ie undiskutabl i jo se za to wstydza , Jako Niymiec,jo musza stym zyc. Ino zodnymu Gorolowi se niy udo,przeciwko mie die Holokaustkeule bo wiym ganz genau,Jo ani moje ojce nie byli tymu winne.
                  --
                  In Polen erwartet Euch Freicheit und Wohlstand
                  In Deutschland Knechtschaft und Elend !
                  Beuthen, im März 1921 Wojciech Korfanty
                  Jeszcze dzisiej czekom na tyn Polski Wohlstand
                  • 22.01.14, 11:23
                    Der Dipl. Chemiker, Publizist und Holocaust-Wissenschaftler Germar Rudolf
                    wurde am 19. Oktober 2005 im Büro der Einwanderungsbehörde INS (Immigration
                    and Naturalization Service) in Chicago verhaftet. Unter dem Vorwand, es
                    müsse überprüft werden, ob er eine Scheinehe führe, erhielt er mit seiner
                    Frau eine behördliche Vorladung. Am Ende der Befragung attestierten die
                    Beamten den Eheleuten, daß es an ihrer Ehe keine Beanstandungen gäbe. Beim
                    Verlassen des Büros wurde Rudolf plötzlich von zwei Geheimpolizisten
                    festgenommen und sogleich in ein Gefängnis außerhalb der Stadt in
                    Auslieferungshaft verbracht.

                    Die BRD hat die Verhaftung von Germar Rudolf mit Nachdruck betrieben. Die
                    deutsche Regierung hatte in der Vergangenheit mehrmals die Auslieferung des
                    Dissidenten verlangt und dieses Begehren in letzter Zeit maßgeblich
                    verstärkt.

                    Obwohl Rudolf nichts getan hat, was in den USA und gemäß den internationalen
                    Menschenrechten strafbar wäre, er obendrein mit einer Amerikanerin
                    verheiratet ist, mit der er ein Kind hat (einige Monate alt), wurde er am
                    15. November 2005 dem deutschen Haftzentrum Stuttgart als politischer
                    Gefangener überstellt.

                    Germar Rudolf erlangte nicht nur in revisionistischen und nationalen Kreisen
                    legendäre Berühmtheit als er für den hoch dekorierten Kriegshelden,
                    ?Generalmajor a.D., Otto Ernst Remer, ein "Gutachten über die Gaskammern von
                    Auschwitz" für seinerzeit anhängige Strafprozesse anfertigte. General Remer
                    war damals wegen "Holocaust-Leugnung" mehrfach angeklagt worden und wollte
                    mit dem "Rudolf Gutachten" seine publizistischen Thesen und eigenen
                    Forschungsergebnisse beweisen. Dem General wurde vor Gericht verwehrt, den
                    sachverständigen Zeugen Rudolf zu hören. Auch durfte das Rudolf-Gutachten
                    nicht als Beweisantrag in den Prozeß eingeführt werden. In Verletzung des
                    grundlegenden Menschenrechts auf Verteidigung vor Gericht wurde der
                    80-jährige ehemalige Wehrmachtsgeneral im Jahre 1992 von Richter
                    Siebenbürger (Landgericht Schweinfurt) zu einer 22-monatigen Freiheitsstrafe
                    verurteilt. Die Urteilsbegründung lautete: "Der Angeklage leugnet die
                    Existenz der Gaskammern und stachelt somit zum Haß gegen Juden auf".

                    Für sein Gutachten entnahm der Diplom-Chemiker Gemäuerproben von den als
                    Massenvernichtungs-Gaskammern ausgewiesenen Gebäuden und ließ diese von dem
                    renommierten Institut Fresenius auf Blausäure-Rückstände hin analysieren.
                    Die Proben von den bezeugten Massenvernichtungs-Gaskammern enthielten gemäß
                    Fresenius-Analysen keine Rückstände des Giftgases Zyklon-B. Allerdings
                    wiesen die untersuchten Proben aus den Entlausungskammern, in denen nur
                    Gebrauchsgegenstände und Kleidung der Häftlinge mit Zyklon-B entwest wurden,
                    extrem hohe Cyanrückstände auf.

                    Rudolf schlußfolgerte daraus gutachterlich, daß in jenen Gebäuden, die von
                    Zeugen als die Massenvernichtungs-Anlagen benannt wurden, keine Menschen mit
                    Zyklon-B vergast worden seien. Kriminalistisch ausgedrückt: Die Tatwaffe sei
                    nicht geladen gewesen. Sowohl die BRD-Justiz als auch die offizielle
                    Holocaust-Geschichtsschreibung erkennen Rudolfs Gutachten nicht an.

                    Rudolf schränkte damals allerdings ein, daß seine gutachterliche
                    Schlußfolgerung nur im Zusammenhang mit den Gebäuden gelte, die offiziell
                    von Zeugen als die Massenvernichtungs-Einrichtungen benannt und von ihm
                    untersucht worden seien. Über mögliche andere Tötungsorte und -einrichtungen
                    könne er nichts sagen.

                    Interessant ist, daß von mehr als 300 Chemie-Professoren an
                    BRD-Universitäten, die 1993 das "Rudolf-Gutachten" zur Überprüfung zugesandt
                    bekamen, nicht ein einziger Widerspruch, nicht eine einzige Fehlermeldung,
                    nicht eine einzige Antwort und kein einziger Protest zurückkam.

                    "Die wissenschaftlichen Analysen des Rudolf-Gutachens sind perfekt," sagte
                    hingegen Hans Westra, Direktor der jüdischen Anne-Frank-Stiftung
                    (Amsterdam), im belgischen Fernsehen (Panorama, 27.4.1995).

                    Der schweizer Publizist René-Louis Berclaz wurde 1997 wegen Verkaufs des
                    "Rudolf-Gutachtens" wegen "Holocaust-Leugnung" angeklagt. Berclaz verlangte
                    zu seiner Verteidigung ein gerichtliches Gutachten darüber, ob das
                    Rudolf-Gutachten wissenschaftlich korrekt oder falsch sei. Tatsächlich
                    beauftragte der Untersuchungsrichter Jean Pierre Schröter vom 3.
                    Bezirksgericht ("3. Ressort de la Veveyse", Avenue de la Gare, CH-1618
                    Châtel-St.Denis) den vereidigten Gerichtssachverständigen, Chemieprofessor
                    Dr. Henri Ramuz, das Rudolf-Gutachten auf seine Richtigkeit hin zu
                    überprüfen. Dr. Ramuz lieferte am 18.5.1998 seinen gutachterlichen
                    Prüfungsbericht vor Gericht ab. Der Kern seines Gutachtens lautete: "Auf dem
                    Gebiet der Wissenschaft ist Germar Rudolf kein Amateur; er versteht etwas
                    von anorganischer Chemie, analytischer Chemie und physikalischer Chemie. Wie
                    er die Muster entnommen hat, von wem er sie analysieren ließ, wie er als eng
                    mit der Wissenschaft vertrauter Mensch sie deutet, zu all dem kann ich mich
                    nicht äußern und keine Expertise dazu ausstellen. Alle deutschen
                    Spitzenleute auf dem Felde der anorganischen Chemie haben dieses Gutachten
                    erhalten. Es wäre besser, zu schreiben: 'Es gab zu keinen Kommentaren Anlaß'."

                    Germar Rudolf wurde im Jahre 1995 vom Landgericht Stuttgart zu 14 Monaten
                    Gefängnis verurteilt, ohne daß sein Gutachten auf den Prüfstand gestellt
                    worden wäre. Es wurde ihm verwehrt, seine wissenschaftlichen Erkenntnisse
                    durch andere Wissenschaftler und Chemiker überprüfen zu lassen.

                    Im Jahre 1996, kurz vor seinem Strafantrittstermin, setzte sich der
                    verfolgte Naturwissenschaftler ins Ausland ab, eine dramatische Odyssee
                    begann. Er verbrachte nach seiner Flucht aus Deutschland sechs Wochen bei
                    Freunden in Spanien (Estepona/Andalusien). Danach ging er nach Südengland.
                    Zwei Tage nach seiner Abreise aus Estepona wurde die spanische Geheimpolizei
                    bei dem spanischen Freund Rudolfs vorstellig, der ihn in einem seiner Häuser
                    untergebracht hatte.

                    In England blieb Rudolf bis Ende 1999. Er wurde in dieser Zeit von den
                    britischen Behörden unbehelligt gelassen und publizierte äußerst fleißig
                    wissenschaftliches Material zu Auschwitz und anderen Holocaust-Themen. Erst
                    als ruchbar wurde, daß er im großen Holocaust-Prozeß des Historikers David
                    Irving vor dem High Court in London als Gutachter aussagen würde, machte der
                    Zentralrat der Juden in Deutschland mobil. Zusammen mit einem dringlichen
                    Auslieferungsersuchen der BRD wurde eine beispiellose Medienkampagne in
                    England gegen den Wissenschaftler losgetreten, was die Londoner Regierung
                    unter gewaltigen Zugzwang setzte.

                    Germar Rudolf sah sich gezwungen, Groß Britannien bei Nacht und Nebel in
                    Richtung USA zu verlassen. Er flog zu Freunden nach Chicago und beantragte
                    dort politisches Asyl. Sein Asylantrag dümpele jahrelang bei der
                    Einwanderungsbehörde mehr oder weniger vor sich. In dieser Zeit brachte
                    Germar Rudolf mehr revisionistisch-wissenschaftliche Bücher zum Thema
                    "Judenvernichtung" heraus als in der gesamten Nachkriegszeit an
                    revisionistischen Fachbüchern veröffentlicht wurden.
                    • 22.01.14, 11:24
                      Sein neuestes Werk, "Vorlesungen über den Holocaust", wird derzeit bei den
                      großen Dissidenten-Prozessen wie z.B. gegen Ernst Zündel, Horst Mahler, E.G.
                      Kögel, Siegfried Verbeke usw. im Rahmen von Beweisanträgen eingesetzt und
                      somit gerichtskundig gemacht. Mit Germar Rudolfs Material konfrontiert,
                      schreibt der Holocaust-Richter Günter Bertram (VRiLG Hamburg i.R.) in Heft
                      21/Mai 2005 der Neuen Juristischen Wochenschrift (NJW) auf S. 1476: "§ 130
                      StGB enthält irreguläres Ausnahmestrafrecht und steht damit und insoweit zu
                      Verfassung und Meinungsfreiheit im Widerspruch. Der Gesetzgeber muß sich
                      hier zu einer Richtungsänderung durchringen und - über 60 Jahre nach dem
                      Ende des 'Dritten Reiches' - einen weit vorangetriebenen deutschen Sonderweg
                      verlassen, um zu dem normalen Maßstäben eines liberalen Rechtsstaates
                      zurückzukehren." Bertram wirft dem Bundesverfassungsgericht vor, sich
                      ungeachtet "der inzwischen erhobenen und sich aufdrängenden Bedenken" vor
                      einer Stellungnahme zu § 130 Abs. 3 StGB-BRD zu drücken.

                      Germar Rudolf brach mit seinen Arbeiten mehr und mehr ins Lager der
                      konformistischen Geschichtsschreibung ein, denn eine Anzahl von
                      System-Historikern haben sich, meistens bedeckt, seinen revisionistischen
                      Standpunkten vorsichtig angenähert.

                      Während in der BRD gegen Tausende von Menschen wegen "Holocaust-Leugnung"
                      strafrechtlich ermittelt wird und tadellose Wissenschaftler vor Gericht
                      gestellt und eingekerkert werden, spottet der leitende Spiegel-Redakteur
                      Fritjof Meyer nicht nur über die Gerichtsurteile zum Holocaust, wie z.B.
                      über das Frankfurter Auschwitz-Urteil, sondern er beschuldigt darüber hinaus
                      die System-Eliten recht offen, die Holocaust-Geschichte manipuliert und als
                      "Propaganda-Lüge", wie er zu schreiben pflegt, eingesetzt zu haben. Aber
                      gegen ihn wird nicht ermittelt, er wird nicht wegen Holocaust-Leugnung vor
                      Gericht gestellt. Fritjof Meyer behauptet tatsächlich, die im Frankfurter
                      Auschwitz-Prozeß festgestellten Massenvergasungen in Birkenau (Krema II und
                      III) hätten dort gar nicht stattgefunden. Diese Einrichtungen seien für die
                      Massenvergasungs-Behauptung nur deshalb herangezogen worden, weil die
                      theoretischen Verbrennungs-Kapazitäten in diesen Einrichtungen eher zu der,
                      wie er schreibt, "Phantasie-Zahl" von vier Millionen gepaßt hätten. Denn die
                      beiden Bauernhäuser (die physisch nicht mehr nachzuweisen sind) mit viel
                      weniger Verbrennungskapazitäten, in denen die Vergasungen stattgefunden
                      hätten, seien als Stütze der vier-Millionen-Zahl ungeeignet gewesen.

                      Auch die renommierte Wochenzeitung DIE ZEIT behauptete, wie Rudolf, der
                      Judenmord sei nicht in den bezeugten Gaskammern geschehen, sondern "zum
                      größten Teil an Gräben und Grubenrändern, in Hinrichtungsbaracken und auf
                      freiem Feld." (20.01.2005 Nr.4)

                      Die jüdische Holocaust-Forscherin und Erfolgsautorin Gitta Sereny geht noch
                      viel weiter als Germar Rudolf. Sereny leugnet den Judenmord in Auschwitz
                      total. Während Rudolf in seinem Gutachten nicht ausschließt, daß an anderer
                      Stelle als an den Orten der bezeugten Massenvernichtungs-Gaskammern Juden
                      getötet wurden, behauptet Frau Sereny, Auschwitz sei überhaupt kein
                      Vernichtungslager, sondern nur ein schrecklicher Ort gewesen: "Auschwitz war
                      ein schrecklicher Ort, aber es war kein Vernichtungslager." (The Times,
                      London, 29.8.2001) Kein Ermittlugnsverfahren, keine Anklage wegen
                      Holocaust-Leugnung gegen Gitta Sereny.

                      Trotz dieser Sachlage, trotz des Appells von Landrichter i.R. Günter
                      Bertram, geht die Verfolgung von Wissenschaftlern, Holocaust-Reformatoren
                      und Auschwitz-Protestanten unvermindert weiter. Die Berliner Zeitung
                      kommentierte diese Form der Verfolgung in einer Demokratie wie folgt: "Wenn
                      sich die Staaten der Geschichtsschreibung bemächtigen, das Geschichtsbild
                      nicht der Gesellschaft überlassen, sondern nach Fertigstellung im
                      Strafgesetzbuch dekretieren, dann ist damit nichts über diese historische
                      Wahrheit, aber alles über diese Staaten gesagt." (27.4.2004)
                      --
                      pyrsk
                      Ballest
                      "Dobra retoryka jest tarcza niewiedzy"
                      Gleiwitz
                      • www.bibula.com/?p=66285
                        --
                        In Polen erwartet Euch Freicheit und Wohlstand
                        In Deutschland Knechtschaft und Elend !
                        Beuthen, im März 1921 Wojciech Korfanty
                        Jeszcze dzisiej czekom na tyn Polski Wohlstand
                        • Bękart żydowski założy oficjalną „królewską” linię żydowską? To nie żart, wystarczy rzucić okiem do Protokołów. Czy ten scenariusz odgrywa się na naszych oczach z chwilą narodzin dziecka Kate Middelton i Williama. Na to pytanie spróbuje udzielić odpowiedzi ten artykuł oraz jego kontynuacja.

                          W ostatnim liście do The Times of London, korespondent sądowy BBC, Michael Cole, który sam jest żydem, wyjawił rewelacje twierdząc, że księżna Cambridge ma zidentyfikowane żydowskie korzenie. Mr Cole zakończył swój list: „Duchess of Cambridge jest żydówką ze strony matki, a więc jej dziecko będzie żydem„.
                          Mentorem Williama i Kate jest niejaki Sir David Manning. Manning był w Nowym Jorku w dniu 9/11 i obserwował upadek Twin Towers. Manning, który jest żydem, był doradcą Tony Blaira ds. bezpieczeństwa. W 2008 roku został dyrektorem Lockheed Martin i znalazł się w radzie nadzorczej Hakluyt & Company, firmy zajmującej się wywiadem częściowo obsadzonej przez byłych oficerów MI6.

                          aangirfan.blogspot.com/2010/01/prince-williams-jewish-mentor-who-has.html
                          aangirfan.blogspot.com/2008/11/one-of-secret-rulers-of-world-sir-david.html
                          Dziecko Kate Middleton urodzi się w żydowskim skrzydle szpitala
                          Skrzydło szpitala zostało nazwane na cześć Franka Charlesa Lindo. Według Jewish Daily Forward, Lindo był bogatym żydem, jego matka Adeline pochodziła z rodziny Heilbut, a ze strony ojca Charles wywodził się z jednej z najbardziej znanych londyńskich rodzin sefardyjskich. (Kate to sefardyjska żydówka). Skrzydło zbudowano dla obecnie wymarłego gatunku „ubogich, cierpiących żydów”. To tu również urodził się książę William w 1982 roku.

                          To, co się tu teraz dzieje to nic innego tylko podstawy utworzenia przyszłej monarchii żydowskiej w Wielkiej Brytanii. Zaprojektował to dom Rothschildów, jakiego fortunę rodzinną specjaliści z amerykańskiej firmy telewizyjnej oszacowali na 500 bilionów dolarów, a posiadane przez nich stosunki i marionetki na Wall Street i w City of London są odpowiedzialne za wytworzony z premedytacją międzynarodowy kryzys finansowy, permanentną recesję na Zachodzie, jakie mają na celu stworzenie jednego systemu waluty światowej, jednego banku światowego i New World Order.

                          Ktoś z kręgów wtajemniczonych skomentował: „Niepewna rodzina królewskich imigrantów, która nigdy nie czuła się swobodnie w otoczeniu Brytyjczyków, za to zawsze bardziej bezpiecznie wśród imigrantów i wyrzutków oraz sojusz z najbogatszymi i najbardziej wpływowymi rodzinami żydowskimi na świecie, wiedzie do czegoś, co ochrzczone zostało nazwą „żydowski World Order”. Oni również dążą do podniesienia swego statusu, co jest postrzegane przez Królową i księcia Edynburga jako najlepszy gwarant przyszłości i bezpieczeństwa ich rodziny. W skrócie, pewnego dnia zobaczymy żydowską rodzinę królewską„.

                          Wiele osób nadal nie może zrozumieć, jak Kate Middleton z „plebsu” wyszła za księcia Williama. Ale ukryta tuż obok nas jest prawda, jaką maskują kontrolowane przez żydów główne media. Kate Middleton jest żydówką po linii matczynej i wywodzi się z klasy średniej sefardyjskich żydów (prawdziwych potomków żydowskich, a nie jak w przypadku przechrztów aszkenazyjskich). Jej rodzina trafiła do Anglii z kontynentu w 1656 roku przy pomocy masona Olivera Cromwella, który w zamian za umożliwienie żydom powrotu do Anglii otrzymał finanse od żydowskich bankierów z Amsterdamu na sformowanie jednej z najlepszych armii w Europie do obalenia Króla Anglii.

                          Matka Kate nosiła nazwisko panieńskie Goldsmith. Jej matką była żydówka Dorothy Goldsmith nee Harrison, która też miała matkę żydówkę, i tak dalej schodząc w dół po drabinie linii matczynej. Dlatego Carol Goldsmith, praktykująca, czy też nie, jest żydówką, (ortodoksyjne szkoły żydowskie przyjmują do siebie praktykujących muzułmanów czy uczniów Chrześcijan, jeżeli ich matka jest żydówką, ponieważ są żydami wg prawa judaistycznego, ale jeśli dziecko praktykuje jako żyd z żydowskiego ojca oraz matki nie-żydówki, wówczas nie będzie dla niego miejsca w szkole).

                          Zatem wg prawa żydowskiego, jeśli matka jest żydówką, wówczas dzieci są żydami, dlatego dzieci księcia Williama będą prawnie żydami…. zwłaszcza, że sam William, zgodnie z relacją powiernika i biografa Diany księżnej Walii, Tiny Brown (Lady Evans), redaktora naczelnego The Daily Beast i Newsweeka, jest na mocy prawa judaistycznego także żydem!

                          Matką Kate jest Carol Middleton, córka Ronalda Goldsmitha i Dorothy Harrison (oboje żydzi). Trudno jest określić, czy jej ojciec Michael Middleton jest żydem, czy nie. Nie byłoby to zresztą niczym niezwykłym w rodzinie z tradycją nie zawierania małżeństw z nie-żydami, tradycją, jaką sama Kate rygorystycznie przestrzega, ale nawet gdyby nie był żydem, to i tak nie ma to znaczenia, bowiem żydowskość jest przekazywana wyłącznie za pośrednictwem linii matczynej. Jednakże, zgodnie z drzewem genealogicznym rodziców Kate wydaje się, że związek z ojcem Kate, żydem czy nie, który jest powiązany zarówno z rodziną królewską i rodziną Kate, może prowadzić do wniosku, że jest tam odpowiednia mieszanka krwi, gdyż rodzinka królewska oraz rodziny Rothschildów i Goldsmithów uprawiały selektywną hodowlę na długo przed Darwinem.

                          Biorąc pod uwagę zakres spisku zafałszowania życiorysów przez całkowicie kontrolowane przez żydów media, czy może dziwić fakt, że Kate i William są już spokrewnieni? To ukazują ich drzewa genealogiczne:



                          Zgodnie z prawem żydowskim, jeżeli William i Kate będą mieć dzieci, to ich dzieci będą żydami.

                          Księżna Diana była żydówką, ponieważ jej matka była żydówką i DLATEGO książęta William i Harry są żydami.

                          Jedno ze źródeł w tej sprawie informuje, że matka księżnej Diany, Frances Shand Kydd, była żydówką – urodziła się jako Frances Ruth Burke Roche. Oficjalnie, Diana była córką Earla Spencera i Frances Shand Kydd, lecz źródła twierdzą, że to żyd James Goldsmith miał z Frances długotrwały romans w czasie, gdy Diana została poczęta.
                          Nikt nie zakwestionował, że romans ten miał miejsce „w czasie, gdy Frances była bardzo nieszczęśliwa ze swego małżeństwa z Earlem Spencerem, który dużo pił i źle ją traktował”. Rozwiodła się z nim, a potem znów się zeszli w 1969 r. Diana jest bardzo podobna do Jamesa Goldsmitha.

                          www.helpfreetheearth.com/news305_wedding.html
                          Jest uderzające podobieństwo między księżną Dianą i trójką dzieci Goldsmitha, Zakiem, Benem i Jemimą Goldsmith.

                          Jeśli Diana miała matkę żydówkę (Frances Ruth Burke Roche) i żydowskiego ojca (Sir James Goldsmith), zatem William miałby żydowskie korzenie
                          Ojciec sir Jamesa Goldsmitha, Frank zmienił nazwisko z niemieckiego Goldschmidt.

                          Goldschmidtowie byli rywalami Rothschildów, byli zamożną, pochodzącą z Frankfurtu, żydowską rodziną.

                          Pradziadek Jamesa to Benedict Hayum Salomon Goldschmidt, bankier.

                          Dziadek Jamesa to Adolphe Benedict Goldschmidt (1838–1918), multimilioner, który przybył do Londynu w 1895 r.

                          wolna-polska.pl/wiadomosci/bekart-zydowski-na-tronie-anglii-czesc-i-2013-07

                          --
                          pyrsk
                          Ballest
                          "Dobra retoryka jest tarcza niewiedzy"
                          Gleiwitz
    • Akurat w tym materiale mamy informacje zbliżające nam religię i obyczaje żydowskie. Z ich treści wyraźnie widać dzielące nas różnice. Czy takie postępowania staną się normą na brytyjskim dworze?

      Tekst linka

      --
      ****************************************************************
      Odważni żyją krótko. Tchórzliwi nie żyją wcale. Kim więc jestem?

Wysyłaj powiadomienia o nowych wpisach na forum na e-mail:

Aby uprościć zarządzanie powiadomieniami zaloguj się lub zarejestruj się.

lub anuluj

Zaloguj się

Nie pamiętasz hasła lub loginu ?

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Okazje.info.pl

Bestsellery

Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.