Dodaj do ulubionych

Ciekawo historyjka:

12.01.12, 22:44
Historia ciekawo nie o Glywicach ale o Slonsku.
Wojna o Śląsk i zaginiony skarb
su, 13 grudzień, 2011 - 11:03

Historia
648 (50)

W 1740 r. Fryderyk II, król pruski, zapragnął zdobyć bogatą prowincję należącą do sąsiedniej Austrii. Była to jedna z jego pierwszych decyzji po wstąpieniu na tron. Wykorzystał okres wewnętrznych sporów i 16 grudnia wkroczył na Śląsk. Zajął go błyskawicznie - w okresie 2 miesięcy. Panująca w Austrii Maria Teresa zajęta była wojną o sukcesję i zmuszona została do zawarcia pokoju we Wrocławiu w 1742 r.

Cesarstwo Austriackie wkrótce zapragnęło jednak odzyskać utracone podczas poprzedniej wojny ziemie. Na teren Górnego Śląska wyruszyły oddziały węgierskie, które miały przy współudziale miejscowej ludności zająć najważniejsze miasta.

Powstanie
Mało znany incydent z czasów II wojny śląskiej nazywany jest "insurekcją węgierską". Nie było to jednak powstanie, jakie znamy z kart najnowszej historii. Była to raczej akcja miejscowej ludności, która aktywnie wspierała wojska austriackie. Cieszący się przez wieki dużą autonomią Ślązacy dostali się nagle pod twarde panowanie Prus, które szybko znienawidzili. Wszelkimi sposobami wspierali więc Austriaków, dostarczając im zaopatrzenia, pomagając ich szpiegom i otwierając bramy miast.

Nazwa wzięła się od rzuconych tutaj oddziałów węgierskich i wynikła prawdopodobnie z niechęci określenia insurekcji "śląską" czy wręcz "polską".

Duże garnizony pruskie zajmowały takie miasta jak Opole, Racibórz i Koźle. Zagrażało im ogromne niebezpieczeństwo odcięcia przez Węgrów połączeń komunikacyjnych między tymi ośrodkami, odizolowania i w konsekwencji i przejęcia inicjatywy przez oddziały wroga. Hans von Winterfeld, jeden z najsłynniejszych pruskich generałów, dowodził garnizonem raciborskim. By zneutralizować niebezpieczeństwo ze strony Węgrów, opuścił miasto i wyruszył w stronę Koźla, żeby zorientować się w pozycjach przeciwnika i jego zamiarach. Decyzja ta nie okazała się najszczęśliwsza.

Oddziały węgierskie podlegające armii austriackiej błyskawicznie zajęły m.in. Gliwice, Koźle i Strzelce Wielkie. Z późniejszych raportów wynikało, że była to dobrze zorganizowana akcja, przy której współpracowali sami mieszkańcy, niechętni pruskiemu okupantowi. Duży udział w tym sukcesie mieli austriaccy szpiedzy, aktywnie działający na Górnym Śląsku.

Węgierska obrona
W nocy z 10 na 11 kwietnia 1745 r. oddziały von Winterfelda zgromadzone pod Koźlem przekroczyły Odrę i skierowały się w kierunku Ujazdu. Ich plan zakładał wysłanie jednego batalionu w kierunku Strzelec, by odzyskać miasto. Przeszkodziła jednak pogoda i zalane drogi uniemożliwiające marsz w tym kierunku.

Jednocześnie z Opola wyruszyły 3 szwadrony huzarów i jeden batalion grenadierów dowodzonych przez majora von Herzberga. Ich celem również były Strzelce. Podstawowym warunkiem powodzenia pruskiej akcji było utrzymanie komunikacji i skoordynowanie ataku.

Pruska husaria dowodzona przez hrabiego Hyacintha von Malachowski maszerowała w tym czasie na Ujazd i w Sławięcicach natknęła się na wrogi oddział zwiadowczy, który pokonała. Węgrzy dowiedzieli się jednak o nadciągających oddziałach pruskich i czym prędzej opuścili Ujazd. Udało im się wycofać, choć przy sporych stratach. W niewolę pruską dostało się 111 żołnierzy i 3 węgierskich oficerów.

Pod Strzelcami sytuacja miała się jednak inaczej. Okopało się tutaj silne ugrupowanie węgierskie dysponujące armatami. Nie zamierzało się wycofywać i stawiło czoła nadciągającym z Opola oddziałom majora von Herzberg. Zanim doszło do starcia oddział maszerujący z Opola musiał przebić się przez Węgrów pod Nakłem. Zaatakowani Prusacy uformowali prostokąt i cały czas się ostrzeliwując, maszerowali w kierunku Strzelec. Zewnętrzną warstwę ruchomej fortyfikacji stanowili grenadierzy, zaś wewnątrz poruszało się 300 chronionych huzarów.

Do bitwy pod Strzelcami doszło 11 kwietnia, kiedy oddziały von Herzberga dotarły niemal do samego miasta. Węgrzy zaatakowali tutaj ze zdwojoną siłą, a z drugiej strony na Prusaków spadł grad pocisków armatnich. Zapewne skończyłoby się to dla nich całkowitą klęską, gdyby nie huzarzy Małachowskiego.

Odgłos kanonady dotarł do nich mimo znacznej odległości od bitwy. Szybkie, konne oddziały skierowały się w tym kierunku i 1,5 kilometra na północny-zachód od Strzelec natknęli się na bitwę już niemal przegraną przez Prusaków. Szybki atak huzarów Małachowskiego załamał węgierską obronę, a szarża huzarów z Opola na prawe skrzydło rozcięła oddziały obrońców na dwoje. Zostali pokonani.

Część Węgrów próbowało wycofać się do miasta, co było fatalną decyzją. Natrafili na otaczające Strzelce leśne bagniska, które pochłonęły ponad 100 żołnierzy. To niemal tylu, ile zginęło w samej potyczce - 120 zabitych. Do niewoli dostało się ponadto 250 Węgrów i dwóch wyższych oficerów.

Po stronie pruskiej również ofiary były liczne. Ranny został m.in. pułkownik Hyacinth von Malachowski. Dowódca huzarów. Jego rany okazały się tak poważne, że zmarł kilka dni później - 17 kwietnia. Został odpowiednio uhonorowany. W Berlinie do 1945 r. na jednej z kolumn znajdowała się złota inskrypcja: "Gross Strehlitz 1745 Oberst Hyacinth von Malachowski Husaren Regiment Malachowski".

Zakopane złoto
Mała grupka pokonanych żołnierzy próbowała ukryć się w lasach. Większość szybko wyłapano, lecz dwóch szeregowców i jeden oficer pozostali nieuchwytni, mimo trwających 2 dni poszukiwań. Potem znaleziono w okolicach szymiszowskiego zamku zwłoki oficera i jednego żołnierza. Nie wiadomo, czy zginęli od ran, czy zostali zabici przez towarzysza broni, który miał do tego wyraźny powód. Cała grupa zbiegła bowiem z kasą pułku, zawierającą zaległy żołd. Suma musiała być spora. Kasa mogła zawierać złoto i srebro. Być może, dzięki temu majątkowi, Węgrowi udało się uciec, lecz pewne odkrycie każe sądzić co innego.

W 1906 r. podczas przebudowy szymiszowskiego kościoła jeden z robotników znalazł na wieży lipową deskę. Wyryto na niej szkic terenu - prawdopodobnie okolic zamku. Znajdowały się na niej niezrozumiałe napisy. Jak się później okazało, były one w języku węgierskim i oznaczały "skarb-pieniądze". Obok strzałki wskazującej na drzewo, narysowano sylwetkę zwierzęcia, prawdopodobnie lisa. Kasa wojska mogła być więc zakopana w lisiej norze. Obok data - 11 IV 1745. Sama deska nie zachowała się do naszych czasów, lecz szkic przerysował i zachował jeden z mieszkańców miejscowości.

Czy węgierski skarb nadal spoczywa zakopany gdzieś w Szymiszowie? To raczej wątpliwe. Od opisywanych wypadków minęło ponad 250 lat. Na terenie wsi przybyło domów i najprawdopodobniej przy budowie któregoś z nich odkryto niespodziewany prezent z przeszłości. Przy takim znalezisku raczej nikt by się nim nie pochwalił, tylko odpowiednio go wykorzystał.

Szkic, jaki mamy do dyspozycji, jest bardzo niedokładny. Nie zamieścimy go jednak ze względu na dobro mieszkańców. Nie chcielibyśmy usłyszeć, że ktoś rozkopuje nocą ogródki i lasy w poszukiwaniu skarbu. Jeżeli skarb zostanie kiedyś odkryty, powinien trafić do lokalnego muzeum, które miejmy nadzieję w końcu powstanie.

Piotr Smykała, Romuald Kubik

W pracy nad artykułem w dużej mierze opieraliśmy się na prywatnej publikacji "Zapomniany Szymiszów" autorstwa Norberta Wacławczyka.

363 odsłony

Edytor zaawansowany
  • szwager_z_laband 13.01.12, 05:24
    tos faktycznie fajno geszichta wysznupou
    dobrze zes to sam dou, bo jo tego niyznou

    we Starych Glywicach je tysz podanie o skarbie w podziymiach, do kerego wenscie je / bouo pod schodami od tzw "spichlerza"
  • socer-schlesier 13.01.12, 10:50
    Sam tysz idzie jeszcze o tym poczytac.Jak widac wojny kedys byly na poczontku dziynnym.
    www.strzelecopolski.pl/strzelecki-garnizon-wojskowy
  • berncik 13.01.12, 18:25
    Tych historyjkow jest cauo kupa i zawsze zwionzane ze Strzelcami i ze Slonskym, tego Smykauy znom .
    On zbiero wszystko co ze Strzelcami i Slonskym mo cos wspulnego.
  • berncik 13.01.12, 20:27
    O warzyniu Piwa downi.

    Miasto piwa cz. I
    su, 11 styczeń, 2011 - 10:50

    Historia
    600 (2)

    Piwo – napój złoty i pienisty. Od zamierzchłych czasów piła go gawiedź i pili go możni. Piwem stała też strzelecka ziemia, gdzie tradycja warzenia trwała nieprzerwanie przez wieki

    Nie był to tylko napój wprawiający w dobry nastrój. Przez stulecia piwo uważane było za zdrowy zamiennik wody. Przodkowie nasi mieli mizerną wiedzę o podstawowych zasadach higieny. Pitna woda pochodziła często z zanieczyszczonych studni i nie zawsze była przegotowywana. Piwo było więc w miarę zdrowym zamiennikiem.

    Zanim powstały browary piwowarstwem zajmowano się po prostu w domach. Dom, w którym warzono złocisty napój, wyposażony musiał być w kotły warzelne, kadzie zacierne, lejki do piwa, kosze na chmiel, beczki, wiadra itp. Początkowo piwo wyrabiano jedynie z jęczmienia przyprawionego chmielem. Z czasem do produkcji używać poczęto takoż pszenicy.

    Pierwotnie przywilej warzenia piwa należał do wójtów, lecz jak grzyby po deszczu wyrastały w miastach warzelnie. Każdy z piwowarów posiadał własną recepturę i napój wyrabiano z rożnych surowców. Gatunków piwa było więc mnóstwo. Na Śląsku najbardziej ceniono piwa świdnickie i wrocławskie.

    Pierwotnie do produkcji piwa nie używano chmielu. Zastępowały go zioła, które jednak niewystarczająco konserwowały napój. Musiano pić go więc zaraz po wyprodukowaniu. Wprowadzenie chmielu spowodowało, że piwo nie tylko zyskało na smaku, lecz można było przechowywać je znacznie dłużej.

    W Strzelcach uprawę chmielu znano od wieku XIV. Z tamtego okresu musiał też pochodzić nadany miastu przywilej warzenia piwa. Dokładnej daty powstania cechu piwowarów niestety nie znamy. Z czasem, z cechu piwowarów wytworzyły się nowe zawody – piwowarów, szynkarzy i słodowników. Wynikło to z oddzielenia przywileju warzenia piwa od przywileju jego sprzedaży. Do produkcji złotego napoju używać można było tylko krystalicznie czystej wody, więc znacznie wzrosło na nią zapotrzebowanie.

    Z PIWEM W HERBIE
    Jak ważne dla Strzelec i okolic było ważenie piwa, świadczy pierwszy herb miasta. Obok połowy orła widniały na nim gałązka chmielowa z szyszką, która jest podstawowym półproduktem przy produkcji piwa. Herb taki używano z całą pewnością w roku 1362. Być może w użyciu był znacznie wcześniej.

    Przez lata jedna ze strzeleckich ulic nazywała się Chmielowa, gdzie znajdowała się ta ulica, nie udało się ustalić. Duży obszar Suchych Łanów pokrywały uprawy chmielu. Tę część nazywano „Ogrodem chmielowym”.

    Sytuacja zmieniła się około roku 1600. Produkcja miejscowego piwa przestała się opłacać. Zapewne przez zbyt dużą konkurencją i warzenia lepszego piwa na Śląsku. To spowodowało, że uprawa chmielu zastąpiona została winoroślą, którą umieszczono w miejskim herbie. Właśnie w 1600 roku gałązkę chmielową z szyszką zastąpiono tam gałązką z dwoma liśćmi i kiścią winogron, co przetrwało do naszych czasów, lecz już trochę zmienione. Pierwotny herb Strzelec nadal służy jako godło powiatu strzeleckiego.

    MIASTO PIWIARNI…
    Urbarz z 1534 roku podaje, że 82 domy miały prawa do warzenia piwa i wyszynku. To bardzo wiele, jeżeli weźmie się pod uwagę, że Strzelce liczyło wtedy około 600 mieszkańców. Przywilej jednak nie był dla wszystkich jednakowy. Niektórzy warzyć piwo mogli jedynie 8 razy do roku. Były też domy, gdzie można było to robić 6 lub 4 razu w roku. Każdy dom warzył i sprzedawał piwo w ustalonej kolejności. Za wystawioną beczkę przed domem każdy musiał zapłacić właścicielowi miasta 3 halerze.

    Sporą część rynku zajmowały piwa importowane. Urbarz podaje, że w 1581 roku jeden dom miejski miał prawo sprzedaży wyłącznie piwa świdnickiego. Do miasta sprowadzane też były piwa z Ołomuńca. Większość jednak złocistego napoju pochodziło z miejscowej produkcji, która była ściśle kontrolowana. Chmiel i zboża pochodziły z pól folwarcznych, a do ich odmierzania wykorzystywano wagę miejską. Dom, w którym gotowy produkt został wysprzedany, na znak musiał wystawić tzw. kartkę piwną.

    Ustalone od wieków reguły zmienił hrabia Colonna. W XVIII wieku sprowadził do miasta Żydów, którzy nie byli poddani restrykcyjnym prawom. Zajmowali się głównie rzemiosłem i warzeniem piwa. W 1749 roku Żyd Salomon najął dom od hrabiego Karla Samuela Colonna. Uzgodniony czynsz był dostosowany do wartości domu i zysków z handlu piwem i gorzałką. Spowodowało to protesty mieszkańców i umowę wkrótce anulowano. Do miasta napływało jednak coraz więcej Żydów, którzy powoli przejmowali rynek.

    W 1751 roku hrabia wykupił przy północnej pierzei rynku trzy domy i założył tam wyszynk piwa i wódki. Znów doszło do protestów mieszczan, z których jednak niewiele wynikło. Colonna był wyraźnie nastawiony na pomnażanie swojego majątku bez uwagi na dobro mieszkańców.

    W 1787 roku w mieście był już tylko jeden piwowar i aż jedenastu gorzelników. Działo się tak mimo że prawo do warzenia piwa nadal posiadało 91 domów w obrębie murów miejskich. Jak widać, piwowarstwo praktycznie zamarło, a mieszkańcy przerzucili się na produkcję mocniejszego alkoholu. Piwowarstwo domowe powoli chyliło się ku upadkowi również dlatego, że w mieście były już dwa wielkie browary.

    W Strzelcach oprócz piwowarów, gorzelników wykształcił się też zawód winiarza. Na początku XIX wieku w mieście było już czterech winiarzy i siedmiu gorzelników.

    …I GORZAŁKI
    Przywileje określały też, kto i kiedy mógł wytwarzać wódkę. Uprzywilejowany dom do produkcji gorzałki musiał przestrzegać przepisów. Każdy dom musiał wyrabiać i sprzedawać gorzałkę zgodnie w ustalonej kolejce. Wytwarzaniem produktu zajmowała się przeważnie kobieta, która stała przy piecu i długą drewnianą łyżką mieszała w kadzi masę, żeby się nie przypaliła. Za jeden scheffel (ok. 55 litrów zboża) palenia dom płacił miastu 3 srebrne grosze podatku.

    W XVIII wieku dom w ciągu pół roku palił 868 scheffli żyta. W tym czasie obyczaj zapłaty za uczynione usługi w formie piwa i gorzałki był ogólnie praktykowany. Mieszkańcy większość czasu chodzili więc przynajmniej lekko podchmieleni. Na przykład śpiewacy w kościele pw. Św. Krzyża, którzy śpiewali w dwóch ostatnich dniach Wielkiego Tygodnia, otrzymywali 6 groszy na zakup beczułki piwa.

    BROWARY
    Już w pierwszej połowie XVII wieku na Śląsku zaczęły powstawać browary najpierw folwarczne, potem miejskie i prywatne. W pierwszej połowie XIX wieku bardzo się zmieniła technologia warzenia piwa. Powstały pierwsze browary przemysłowe w Strzelcach. Zostały opracowane do tego celu receptury produkcji dla piwa bawarskiego, angielskich porterów, a nieco później dla słynnych pilznerów. Po tych zmianach piwa wymagały budowy chłodzonych leżakowni.

    W połowie XIX wieku piwo było artykułem pierwszej potrzeby. Pili je niemal codziennie zamożni i ubodzy. Nawet kobiety nie gardziły tym trunkiem. Podawano je do każdego posiłku. Piwo było kilkanaście razy tańsze od wódki i było już wtedy uznawane za napój o właściwościach zdrowotnych.

    Wtedy to tradycja piwowarstwa powoli się w Strzelcach odradzała. Pierwszy browar powstał w 1816 roku z inicjatywy Steinitza, który korzystał z doświadczenia browarów zachodnioeuropejskich. Był to okres wysokiej koniunktury na piwo. W 1845 roku do Andreasa Grafa Renarda należał browar i gorzelnia w Księżym Lesie. W mieście w tym czasie także istniał browar i gorzelnia. Około 1859 roku na terenie ówczesnego powiatu strzeleckiego (Kreis Gross Strehlitz) funkcjonowały 22 gorzelnie oraz 12 browarów. W 1861 roku w mieście, według Feliksa Triesta (publikacja wydana w 1864 roku), były trzy browary i jedna palarnia – gorzelnia. Niestety autor nie podał, do kogo należały i gdzie się znajdowały.
    Piotr Smykała
    Romuald Kubik

    1484 odsłony

  • berncik 14.01.12, 18:29
    view counter
    Miasto piwa cz. II
    su, 18 styczeń, 2011 - 10:20

    Historia
    601 (3)

    Historia lokalna
    Tradycja warzenia piwa zakończyła się w Strzelcach w 1945 roku. W mieście, w którym przez wieki nie zaprzątano sobie głowy pytaniem „czy napić się piwa?”, a raczej „jakiego dzisiaj?”, dobry złocisty napój stał się towarem luksusowym. Umarła też kultura picia. To, co nabyć można było w sklepach, mocno odstawało od ideału.

    Wiele lat po wojnie utworzono w mieście rozlewnię piwa. Znajdowała się na ulicy Krakowskiej, za restauracją „Krakus”. Przywożone z browarów z Głubczyc, Zabrza, Namysłowa i Tychów piwo rozlewano do firmowych butelek. Rozlewnia przestała istnieć w latach 90-tych XX wieku.

    A kiedyś było tak pięknie…

    BROWAR STEINITZ 1816-1926
    Początki browaru Steinitz sięgają roku 1816. Początkowo był umiejscowiony poza murami miasta. Nie wiadomo jednak, gdzie dokładnie. Dzisiejszy imponujący budynek browaru na mapie z 1883 roku nie jest zaznaczony. Znany wszystkim obiekt powstał bowiem w latach 1898-1900. Dziś stoi przy ul. Kościuszki, lecz kiedy go budowano, była to tylko polna droga.

    W latach 1816-1874 browar nosił nazwę Dampfbrauerei J. Steinitz, czyli browar parowy J. Steinitz. „Parowy”, ponieważ do produkcji używano napędzającą urządzenia maszynę parową. No owe czasy musiał to być nowoczesny zakład.

    W latach 1874-1910 browar nazywał się Brauerei und Malzfabrik J. Steinitz, Inh. Moritz Steinitz, czyli browar i fabryka słodu J. Steinitz, właścicielem był Moritz Steinitz, natomiast funkcję mistrza piwowarskiego pełnił Max Willnow. Do dziś zachowały się butelki z browaru parowego, na których często były umieszczone napisy. Z przodu butelki widniał zwykle napis: Dampfbrauerei J. Steinitz Gross Strehlitz. Z tyłu: Unverkauflich vor Missbrauch wird gewarnt.

    Z informacji z 15 listopada 1895 roku zamieszczonej w „Allgemeine Brauer und Hopfen Zeitung” dowiadujemy się, że browar Steinitza spłonął niemal doszczętnie. Niestety, po odbudowie, w 1898 roku, w browarze wybuchł kolejny potężny pożar, który uszkodził mury budynku. Właściciel znowu go odbudował w latach 1898-1900.

    Powstał wtedy budynek o jednolitej szacie architektonicznej, w którym mieściła się słodownia, suszarnia, warzelnia i kotłownia. Najwyższym elementem był ceglany komin, dziś już nie istniejący. W dawnej stajni powstała beczkownia.

    Proces technologiczny wytwarzania piwa w browarze odbywał się następująco: w słodowni klepiskowej ziarno jęczmienia poddawane było tzw. słodowaniu. Ziarno było rozłożone na cementowych posadzkach w dwóch dolnych kondygnacjach na masywnych stropach typu Kleina, wzmocnionymi stalowymi podciągami podpartymi rzędem żeliwnych słupów. Tutaj ziarno było poddawane procesom moczenia i kiełkowania.

    Skiełkowane ziarno było przemieszczane na wyższe, drewniane kondygnacje w celu dalszego kiełkowania, skąd zostało przemieszczone do suszarni. Proces suszenia odbywał się w układzie pionowym na poszczególnych poziomach suszarni. Na górnych siatkach mokry jeszcze słód przewracano w celu oddzielenia już wysuszonych kiełków. Następnie przez sita suche kiełki dostawały się do komory nagrzewania, w której były wloty nagrzanego powietrza z kominków nawiewnych z pieca suszarni. Po tej operacji kiełki były wyładowane z komory nagrzewczej i podawane procesowi oczyszczania i wybijania.

    Słód następnie składowano w silosach i po odleżakowaniu był to podstawowy produkt do warzenia brzeczki. Leżakownia była wyposażona w zbiorniki z drewna i aluminium. Pomieszczenie warzelni znajdowało się w środkowej najwyższej części browaru, gdzie mieściły się kotły warzelne (obecnie jest to główne wejście do Browaru Centrum).

    W innych pomieszczeniach browaru znajdowały się inne urządzenia ciągu technologicznego. Były tam kadzie zaciernie, filtracyjne i fermentacyjne. Browar wyposażony był w kotły warzelne z bezpośrednim paleniskiem na 10 cetnarów zasypu, a dodatkowo – w maszynę do produkcji lodu na 40 000 kalorii oraz kocioł parowy. Słodownia klepiskowa produkowała rocznie około 1000 cetnarów słodu, który w całości wykorzystywano.

    W browarze produkowano rocznie około 6 000-7 000 hektolitrów piwa lagrowego, czyli tak zwanego leżaka. W 1899 roku w browarze zainstalowano elektryczność i część napędu browaru przestawiono na elektryczne silniki. Browar posiadał także chłodziarkę firmy Linde i kotły warzelne nadal podgrzewane parą. Piwo było dostępne w najbliższej okolicy. Niestety, do dnia dzisiejszego nie zachowały się żadne elementy ciągu technologicznego i wyposażenia tego obiektu.

    Browar Steinitz wytwarzał różne gatunki piwa. Były to między innymi: Pilsner Steinitz (Steinitz Pilzner), piwa jasne leżakowe (Krisstal Legerbier), piwa ciemne (Kronen Bräu, dunkel) oraz karmelowe (Caramel–Bier). Wytwarzano także wodę sodową i owocowe lemoniady. Obok browaru od wschodniej strony przy dzisiejszej ulicy Jordanowskiej był wyszynk Browaru Miejskiego i Ogród Ludowy. Właścicielem był M. Potempa.

    W latach 1910-1926 Browar Miejski Strzelce Wielkie nazywał się Stadtbrauerei Gross Strehlitz GmbH, vorm. J. Steinitz. W 1910 roku powstała spółka z ograniczoną odpowiedzialnością. W 1914 roku spółka była pod przewodnictwem R. Scholza i mistrza piwowarskiego Antona Hoffmanna.

    Po 1926 roku browar prawdopodobnie zaprzestał produkcji słodu i piwa z powodu śmierci J. Steinitza. Być może produkcję wznowiono w późniejszych latach. W 1945 roku w czasie niszczenia miasta przez wojsko sowieckie budynek browaru szczęśliwie ocalał, lecz nigdy już nie pełnił swojej pierwotnej funkcji. Pomieszczenia słodowni i inne przekształcono w magazyny zbożowe, a część południową zaadoptowano na biura Państwowych Zakładów Zbożowych. Przebudowa wymagała wielu lat. Ukończona została w 1956 roku.

    Budynek od 1970 roku pozostawał pod zarządem PHS „Społem”, a od 1983 był już jego własnością. Przez wiele lat gmach nie był podawany gruntownemu remontowi. Odbywały się tylko remonty doraźnie lub adaptacja pomieszczeń – między innymi na dolnej kondygnacji powstał sklep.

    Komin i kilka budynków stojących obok browaru w następnych latach zostało wyburzonych. W latach 90-tych XX wieku obiekt należał do osoby prywatnej. Na dolnej kondygnacji funkcjonował sklep przemysłowo-spożywczy. Po pewnym czasie inwestor wycofał się z interesu.

    25 lutego 2002 roku o godzinie 15.40 w byłym browarze Steinitza wybuchł pożar. Strawił dwie z czterech kondygnacji budynku. Zanosiło się, że były browar powoli będzie niszczał, lecz w końcu przejął go prywatny inwestor – Ireneusz Goliszewski. Budynek został gruntownie przebudowany i zmodernizowany w wewnątrz, zachowując styl sprzed ponad 100 lat. Na zewnątrz nie wprowadzono niemal żadnych zmian. Na parterze początkowo funkcjonował sklep spożywczy. Teraz jest tam sala bankietowa. Na pierwszym piętrze browaru znajduje się restauracja, na drugim kręgielnia, bilard i bar. Najwyższe piętro zajęte jest przez saunę, solarium, salę zabaw dla dzieci i salę gimnastyczną oraz pokoje gościnne.

    Były budynek browaru ze słodownią stanowi dziś ciekawe dziedzictwo techniczne i architektoniczne miasta. Jest interesującym przykładem architektury regionalnej, w której wykorzystywano głownie kamień wapienny.
    To je tyn Browar o kerym sam piszom.
    http://strzelce-opolskie.mapofpoland.pl/zdjecia-36403/Centrum-BROWAR-Strzelce-Opolskie.jpg
    Dzisiej fajnie zrobiony hotel.

  • szwager_z_laband 15.01.12, 09:31
    kedys my sam o tym spominali ze tam i wino uprawiali
  • berncik 15.01.12, 11:10
    szwager_z_laband napisał:

    > kedys my sam o tym spominali ze tam i wino uprawiali

    Tak we 60 latach to jeszcze na Strzeleckich polach uprawiali Chmiel po Winie nie bouo jusz sladu.Spytom se ino Szwagrowki czy Ona cos pamiento.? Kaj te wino bouo?
  • berncik 15.01.12, 17:47
    Miasto piwa cz. III
    su, 25 styczeń, 2011 - 11:35

    Historia
    602 (4)

    Historia lokalna
    BROWAR DIETRICH OK. 1840-1945
    Powstał prawdopodobnie w połowie XIX wieku, około roku 1840. Znajdował się przy ulicy Krakowskiej 46 (Krakaustrasse, w XIX wieku było to Przedmieście Krakowskie) w pobliżu dzisiejszego Placu Targowego. Do browaru należało kilka budynków będących dziś własnością różnych osób.

    Nie wiadomo, kto założył browar. Miał wielu właścicieli. W latach 1880-1888 był nim Ernst Fleischner. Potem Benno Werner, który zmarł 28 marca 1896 roku w wieku 45 lat. Po uporządkowaniu spadku browar został przejęty przez Eduarda Dietricha, który był właścicielem do 1936 roku. W tym roku browar został przekształcony w spółkę komandytową. Współwłaścicielami byli syn poprzedniego właściciela dr Eduard Dittrich/Dietrich, mistrz piwowarstwa Franz Wahner ze Strzelec i Eduard Fiolka z Bytomia, który miał swoje własne butelki na piwo z nazwiskiem. Kapitał spółki wynosił 30 tys. marek. Browar nadal stał przy ulicy Krakowskiej 46 (Krakaustrasse, która w tym czasie nazywała się Adolf Hitler Strasse). Na początku XX wieku w browarze Diettricha warzono tylko piwa górnej fermentacji. Browar produkował także piwo leżakowe.

    Przy browarze funkcjonował wyszynk, którego w roku 1943 właścicielem był E. Manderla. Istniał tam ogród piwny, sala, salon towarzyski oraz pokój gościnny.

    W browarze i słodowni pracowało przeważnie 18 osób. Piwo było sprzedawane w najbliższej okolicy. Do rozwożenia produktu firma używała jedną swoją ciężarówkę i dwa wozy konne. Browar wyposażony był w kotły warzelne z bezpośrednim paleniskiem zasypu i maszynę do produkcji lodu oraz kocioł parowy. Pracował do tragicznego stycznia 1945 roku, kiedy to na ziemię strzelecką weszła Armia Czerwona. Właściciele uciekli przed frontem, pozostawiając cały majątek. Po przejęciu zabudowań browaru przez nowe władze, w budynkach powstały przedsiębiorstwa państwowe.

    BROWAR PISCHKALLA 1865-1910
    Jest mało znany. Nie wiadomo, kto i kiedy go założył. Według uzyskanych informacji, browar znajdował się przy ulicy Wałowej (Wallstrasse), naprzeciw synagogi. Założyli go Żydzi ze Strzelec w połowie XIX wieku. Opodal wybudowali synagogę.

    W 1865 roku właścicielem browaru był A. Grüsner. Następnie przejęła go rodzina Pischkalla. Najpierw w 1898 roku O. Pischkalla, potem w 1904 roku Franz Pischkalla, a następnie od 1907 roku F. Pischkalla, wdowa po Franzu Pischkalla. W latach 1907-1910 właścicielem był Hugo Kantorowicz, który zmarł w 1910 roku.

    Wiemy, że browar warzył na początku XX wieku tylko piwa górnej fermentacji. Być może po śmierci ostatniego właściciela został zamknięty i zlikwidowany, jednak budynek przetrwał do lat 60-tych XX wieku. Rodzina byłych właścicieli browaru mieszkała tu do lat 30-tych XX wieku. Po dojściu Adolfa Hitlera do władzy, właściciel z rodziną zdecydował, z powodu prześladowań ze strony władz, wyemigrować do Stanów Zjednoczonych. Majątek za uzyskanie zgody na wyjazd został darowany ówczesnemu gospodarstwu ogrodniczemu przy ulicy Opolskiej (Oppelnstrasse) – obecna Zieleń Miejska.

    Budynki browaru były wykorzystane do różnych celów. W 1945 roku obiekt został uszkodzony. Po 1945 roku w budynkach browaru działały pralnia i magazyn. Dzisiaj w tym miejscu znajduje się bank spółdzielczy, wybudowany od podstaw pod koniec XX wieku.

    BROWAR ZUR KRONE 1865-1885
    Nie wiemy, kiedy powstał i gdzie znajdował się. Jest to następny mniej znany strzelecki browar. Być może stał przy dzisiejszej ulicy Strzelców Bytomskich, w miejscu gdzie był Dom Strzelecki (Schützenhaus). Innym miejscem, gdzie mógł stać browar, jest ulica Krakowska (Krakaustrasse). Jeszcze na przełomie XIX-XX wieku pomiędzy ulicami Rychla i Krakowską stał duży komin. Może to świadczyć, że istniał tu browar. Na starej widokówce widać, że stał tu duży budynek, a za nim komin. Obecnie jest to okolica banku ING i spółdzielni strzeleckiej „Piast”.

    Browar nosił bardzo piękną nazwę Pod Koroną (Zur Krone). W 1858 roku była to karczma prowadzona przez Antona Kuntze. Potem, w 1865 roku, powstał browar, którego właścicielem był tenże Anton Kuntze. Po jego śmierci browar prowadziła wdowa A. Kuntze, która zmarła w roku 1885. Najprawdopodobniej browar nie wznowił już produkcji i przestał istnieć.

    Wiemy na pewno, że browar posiadał dużą salę, w której odbywały się słynne koncerty. Na przykład 6 stycznia 1882 roku odbył się Wielki Wojskowy Koncert, który został wykonany przez Pionier – Capelle z Nysy (Neisse). Inny koncert miał miejsce 26 grudnia 1882 roku. W tej samej sali, w której zagrała Bytomska Kapela Miejska (Beuthener Stadt Kapelle).

    PIOTR SMYKAŁA
    ROMUALD KUBIK

    Serdeczne podziękowania dla Andreasa Urbanek za pomoc w tłumaczeniu starych dokumentów niemieckich
  • szwager_z_laband 15.01.12, 17:58
    a wiysz ze Glywice suynouy z uprawy chmielu i we Laband do dzisiej znom miejsca kaj chmiel juz ale dziko rosnie(we Laband tysz bou uprawiany!)

    no a o piwie we Glywicach to my juz sam i tam 100 razy godali/jak je wazyli, sprawdzali = "proba galot" itd, usw ...

    :)
  • bratjakuba 15.01.12, 19:40
    szwager_z_laband napisał:

    > a wiysz ze Glywice suynouy z uprawy chmielu i we Laband do dzisiej znom miejsca
    > kaj chmiel juz ale dziko rosnie(we Laband tysz bou uprawiany!)
    >
    > no a o piwie we Glywicach to my juz sam i tam 100 razy godali/jak je wazyli, sp
    > rawdzali = "proba galot" itd, usw ...
    >
    -------------------------------------------------------------------------------------------
    I o wojnie piwnej miyndzy Schoenwaldym a Glywicami kiero sie ciongła bez 200 lot. Były w nij ofiary a nie udało ji sie zakończyć kolejnym cysarzom,arcybiskupom i przeorom rudzkigo klosztoru ani nakazami ani groźbami.
    Spor zakończyli dziepro Preissy jak opanowali Ślonsk ale i oni potrzebowali na to 30 lot
    a wyrok w tej sprawie był iście Salamonowy.
    Nie zabroniyli Glywicom warzynio piwa na wywoz ale zakozali wyszynk cudzego piwa w karczmach Schoenwaldu.

    www.vogel-soya.de/SchoenwaldG6.html
  • szwager_z_laband 15.01.12, 20:06
    ze Laband = ze Welczkem tysz podobno wojna boua:)
  • berncik 16.01.12, 22:14
    O Husytach na Slonsku tysz se jakos mauo slyszalo?
    view counter
    Husycka nawała
    su, 16 sierpień, 2011 - 09:35

    Historia
    631 (33)

    Opisywane przed tygodniem Strzelce Polskie nie są jedyną miejscowością, jaka zniknęła w naszym regionie. Podczas historycznych zawieruch podobny los spotkał wiele innych wsi. Większość z nich została zniszczona podczas wojen husyckich lub podczas wojny trzydziestoletniej. Bardzo upraszczając sprawę, można powiedzieć, że wszystkiemu winni są Czesi.

    Wiarą i cepem
    W latach 1427-28 husycka nawała przewaliła się przez Śląsk. Wszystko zaczęło się od syna chłopa, urodzonego w 1371 r. Jana Husa, który po ukończeniu studiów teologicznych i humanistycznych został dziekanem, a potem rektorem Uniwersytetu Karola w Pradze. Kościół w Czechach zdominowany był przez Niemców, co dla Husa, propagatora języka czeskiego, było solą w oku. W swych płomiennych kazaniach zaszczepił ideę narodowego kościoła i bronienia narodowych interesów.

    Kolejnym zarzewiem konfliktu było wprowadzenie przez kościół katolicki haniebnego procederu kupczenia odpustami. Religijny interes polegał na tym, że grzechy można było zmyć nie pokutą, a ściśle określoną wpłatą na rzecz Rzymu. Grzechy miały określone stawki, a co bardziej majętni potrafili nie tylko zapłacić za występki, które już popełnili, ale też zafundować sobie odpuszczenie win na przyszłość.

    Sprzeciw Husa spowodował, że został on podstępnie zwabiony na sobór w Konstancji, gdzie spalono go na stosie. Jego zwolennicy, którzy przekonali się, że pokojowymi środkami nic nie zdziałają, zorganizowali się w armię, która szybko pokazała, na co ją stać.

    Wojska husyckie tworzyli nieobyci w wojnie chłopi i mieszczanie. Używali oni prostych narzędzi, które znali najlepiej - wideł i cepów, wzmocnionych tylko tak, by były bardziej skuteczne. Na tym polegała ich niezwykłość. Ich przeciwnicy walczyli tak jak tradycja rycerska nakazywała - zakuci w pancerze. Szybko okazało się, że byli bez szans.

    Husyci odnosili zwycięstwo za zwycięstwem. Rozgromili pięć krucjat, jakie przeciwko nim zorganizowano. Wkroczyli na ziemię śląską, a w pewnym momencie zapuścili się nawet pod Berlin. Brali też udział w wonie polsko-krzyżackiej na Pomorzu. Dla miejscowej ludności Husyci oznaczali śmierć i zniszczenie. W pierwszej kolejności palili kościoły i zabijali członków kleru, lecz mordowali też ludność cywilną. Wiele osad przez dziesiątki lat podnosiło się ze zniszczeń. Wiele zostało opuszczonych na zawsze.

    Henryków (Villa Henrici, Heinrichsdorf)
    Wioska, o której wiemy z pewnością, że została zgładzona przez Husytów, to Henryków. Była ona położona na terenie dzisiejszej Nowej Wsi, której nazwa określa fakt założenia osady na miejscu zniszczonej.

    Pierwsze wzmianki o Henrykowie pochodzą z 1324 r. Według starego opisu, był on położony "tuż przed miastem". Z dokumentu z tego roku wynika, że proboszcz Heinrich z Izbicka podarował swojemu bratu, Christianowi z Zimnej Wódki, folwark Henryków pod Strzelcami (in villa Henrici).

    Rok później Henryk z Ujazdu, kanonik opolski, podarował "dla odkupienia swojej duszy" należące do niego dobra (allodium) w Henrykowie przy mieście Strzelce, obejmujące 2 wolne łany pola wraz z przyległym ogrodem i łąką. Majątek ten był przeznaczony na pokrycie kosztów utrzymania altarzysty przy ołtarzu św. Mikołaja w kościele św. Krzyża w Opolu.

    Po raz ostatni Henryków wzmiankowany jest pod koniec XIV wieku. W dniu 12 listopada 1399 r., w domu strzeleckiego mieszczanina Jakuba Czenkera, władający wówczas miastem książę Bernard niemodliński wystawił dokument, w którym potwierdził sprzedaż 1 grzywny rocznego czynszu z jednego łanu pola w Henrykowie (Heinrichsdorf), położonego przed miastem, przez mieszczanina Jakuba Pause na rzecz Mikołaja, opata klasztoru cysterskiego w Jemielnicy, za kwotę 10 grzywien. Forma spisanego dokumentu pozwala wysunąć przypuszczenie, że chodziło raczej o pożyczkę, której opat udzielił Jakubowi w wysokości 10 grzywien na 10%.

    Wieś została prawdopodobnie zniszczona w czasie wojen husyckich. Kilkaset lat później na dawnych gruntach Henrykowa założona została Nowa Wieś, dziś w granicach administracyjnych Strzelec.

    Wieś Teodora (Villa Theodorici, Dittersdorf)
    Wieś była położona przy dzisiejszej drodze do Rożniątowa. Istniała już w 1340 r.

    Została wymieniona w dokumencie księcia strzeleckiego Alberta, w którym powiększył dla wsi pola orne. Książę potwierdził wówczas sprzedaż 5 małych łanów pola przez Fryderyka Strzałę na rzecz Jana, proboszcza miejskiego kościoła św. Wawrzyńca za kwotę 25 grzywien. Na prośbę Jana, Albert strzelecki dodał do tego majątku "na odpuszczenie swoich grzechów" jeszcze sąsiednie tereny, rozciągające się aż do granicy wsi Teodoryków (villa Theodorici).

    Niewykluczone, iż ówczesnym właścicielem tej osady był obecny przy wystawieniu dokumentu Teodor (Theodor) Kokorz, którego rodzina posiadała wówczas również Adamowice, Brzezowice i las Osiek. Wieś została najprawdopodobniej zniszczona w czasie wojen husyckich, gdyż źródła więcej jej nie odnotowują.

    Romuald Kubik, Piotr Smykała
    Częściowo wykorzystano materiały zgromadzone przez Marka Królikowskiego.

    602 odsłony

  • seppel 16.01.12, 23:27
    Das Buch
    "Die Deutschen im Osten Europas: Eroberer, Siedler, Vertriebene"

    tam nawet niyzle je naschkryflane co i jak ;) Na ja, niy ze wszyjstkim sie zgodzom
    und te muode Historiker trocha mje nerwujom aber warto jom przecytac

  • cirano 17.01.12, 14:11
    ... a szczególnie tyn repatriant ze wschodu na D. Ślonsku i inkszych "odzyskanych".
    Dobry tymat na praca naukowo, ale tysz niy po polsku, bo idzie pszikro "zarobić"
    --
    Kożdo prowda potrzebuje odważnego co jom wypowiy
  • berncik 17.01.12, 20:44

    Rewolucja w wierze

    Historia
    486 (42)

    Ewangelicy na Ziemi Strzeleckiej (cz. I)
    Juliusz II (1443-1513) był wyjątkowym papieżem. Wstąpił do zakonu franciszkanów jeszcze jako dziecko i rychło zaczął piąć się po drabinie kościelnej hierarchii. Z pewnością dopomógł mu w tym jego stryj, Francesco della Rovere, który był generałem zakonu, a z czasem wybrany został na papieża Sykstusa IV.
    Wśród współczesnych przyszły papież Juliusz II uważany był za osobę pobożną, choć dziś trudno w to uwierzyć. W chwili wyboru na następcę św. Piotra miał już 3 córki. W dobie renesansu nie była to jednak sytuacja wyjątkowa. W historii zapisałby się być może pozytywnie – popierał bowiem swoim mecenatem wielu artystów, w tym Michała Anioła i Rafaela Santi. Jednak jego dążenie do zapisania się w pamięci potomnych jako wielki twórca, doprowadziło w końcu do dziejowych zmian w Kościele.
    Juliusz II postanowił zburzyć ponad tysiącletnią bazylikę wybudowaną na grobie świętego Piotra i stworzyć własną. W jej wnętrzu miał znajdować się jego wspaniały grobowiec przyćmiewający wszystko, co do tej pory zobaczyć można było w kościołach Rzymu. Mimo sprzedaży niezliczonych dzieł sztuki, które wierni przez wieki pozostawiali w najważniejszej świątyni chrześcijaństwa, na budowę nowej bazyliki wciąż brakowało funduszy. Papież rozpoczął więc proceder sprzedaży odpustów.
    Współcześni opisują, jak do miast całej Europy wjeżdżali sprzedawcy odpustów w wozach oklejonych proporcami i plakatami. Odtąd można było wykupić sobie odkupienie za odpowiednią sumę pieniędzy, a każdy grzech miał swoją pozycję w cenniku. Pośród sprzedawców odpustów wyróżniał się kaznodzieja odpustowy dominikanin Tetzel, który w szczególnie jarmarczny sposób sprzedawał listy odpustowe. Głosił, że czerwony krzyż odpustowy z herbem papieża więcej znaczy niż krzyż Golgoty, że pokuta i żal za grzechy są niepotrzebne tym, którzy kupili listy odpustowe: „Skoro pieniądz w szkatule zadzwoni, duszę z czyśćca do nieba wygoni”. Odpusty były tylko czubkiem góry lodowej. W Europie istniały miasta, w których co dziesiąty mieszkaniec był duchownym. Większość z nich żyła jedynie z opłat za odprawiane msze, a ich wiedza o wierze katolickiej i zasady moralne były tragiczne. Zarówno możni jak i pospólstwo na całym kontynencie odczuwali coraz pilniejszą potrzebę zmian.
    Legenda mówi, że 31 października 1517 roku na drzwiach kościoła zamkowego w Wittenberdze Marcin Luter, mnich augustianin, przybił płachtę ze spisanymi 95 tezami naprawy kościoła. Historycy powątpiewają, że to zdarzenie miało w ogóle miejsce, lecz przesłane do arcybiskupa Moguncji i biskupa Brandenburgi przemyślenia mnicha były zapałką wrzuconą do beczki z prochem. Dzięki wynalazkowi druku w 2 tygodnie tezy Lutra przeczytać można było w całych Niemczech, po miesiącu znała je cała Europa, a w niespełna rok spotkać się z nimi można było nawet w Jerozolimie. Rozpoczęła się reformacja.
    Nie ma świadectw mówiących, że Ziemia Strzelecka została opanowana przez pierwszą falę reformacji. Jest jednak pewne, że nowa wiara znalazła tu równie wielu wyznawców jak w dużej części Europy. Wiadomo, że kościół parafialny pod wezwaniem św. Wawrzyńca należał do Ewangelików. Przed rokiem 1554 w dokumentach miejskich nie występuje funkcja pastora ewangelickiego, lecz gorącymi zwolennikami reformacji w kościele byli ówcześni właściciele dóbr strzeleckich – rodzina von Radern. Z zachowanych informacji wynika, że w 1571 roku ówczesny proboszcz Kozyrazek otrzymał pół łanu pola na własne utrzymanie. Na podstawie pisma z 1575 r. wnioskować można, że ksiądz Kozyrazek, burmistrz i rada miasta oraz większość mieszczan byli ewangelikami. W piśmie tym znajdowała się także informacja że, na życzenie „naszego pastora” Thomasa Kozyrazka wybrano na wikarego Valentina Gorischa, który od pięciu lat prowadzi szkołę, i prośba o jego zatwierdzenie. Wynika z tego że, szkoła ewangelicka istniała już w 1570 r.
    W 1593 r. w mieście było dwóch luterańskich duchownych. 28 grudnia 1598 r. zmarł Georg von Redern, ewangelicki właściciel dóbr strzeleckich. Strzeleccy protestanci stracili wielki autorytet. Został pochowany w ozdobnej trumnie z jego podobizną, na której było 17 herbów oraz cytaty z Biblii z napisami złoconymi. Georg von Redern spoczął w podziemiach kaplicy, którą zbudował dla siebie w kościele pw. św. Wawrzyńca. Trumna została ufundowana przez żonę Margaretę von Tschammer-Osten. W sporządzonym testamencie Redern zapisał znaczne sumy na cele kościelne, za co żądał praw patronackich dla swoich potomków. Po nim dobra strzeleckie otrzymał jako zastaw jego syn Georg von Redern (junior), który w 1615 r. stał się właścicielem dóbr kupując od cesarza dobra za 80 tyś. talarów jako wolny majątek dziedziczny. Cesarz zostawił sobie prawo patronatu i wszelkie duchowne zwierzchnictwo nad wszelkimi kościołami, szpitalami i fundacjami kościelnymi. Ponieważ Redern był protestantem, patronat stanowił swoisty cesarski akt opieki na wiarą katolicką. W 1637 r. dobra przeszły na siostrę Rederna, baronową von Kolowrat, a 1650 r. na jego wnuka - Gustawa von Colonna.
    W 1611 r. protestanckim księdzem był Johann Rubus (lub Rufus) ze Strzelec (Gross Strehlitz), który został potem przeniesiony do Bytomia (Beuthen). W 1612 r. znany jest inny ksiądz ewangelicki Andreas Aloysius. Nie wiadomo, jak długo pracował w Strzelcach i czym się zajmował.
    Piotr Smykała
  • bratjakuba 17.01.12, 21:37
    Wciepna sam swoje 3 grosze bo my w inkszym poście godali o ostrej linii jako dzielyła
    ludzi miyszkjoncych po dwoch brzegach jakeś rzyczki a nikiej i przikopy.
    Otoż te rzyczki byly przi podziałach dóbr ksionzyncych bardzo ważne bo stanowiyły widoczne linie orientacyjne do wyznaczanio granić.A zmiana tych granic nastympowała z nie wyobrażalnom dlo nas dzisiej czynstościom.
    Ale po tym trocha przidługim wstympie,do rzeczy.

    W czasie wojen husyckich Ślonsk zostoł tak splondrowany a miasta spolone. Nauka
    Lutra ni miała tu dostympu bo doświadczynia husytyzmu z przed stu lot były skutecznym straszakym przeciw nowej herezji.

    Jednak z jednym wyjontkym.
    W ostatnij fazie wojen husyckich,kiedy obfitość łupow była już tak wielko,że kusiyła i samych ksionżont ślonskich,do społki z Husytami przistompioł ksionże opolski Bolko V.
    Na wojnach husyckich tak sie zbogacioł,że już po zakonczyniu wojen i ustompiyniu Husytow
    zaczon wykupywać prziległe a żyzne tereny somsiadujonce z jego ksienstwem.
    Było zaśz tym zwionzane wytyczanie nowych granic czynsto znaczone na tych przikopach.
    Som BolkoV pozostoł heretykym aż do swojej śmierci. Wierni wierze "Braci Czeskich" byli tez i jego potomkowie kierzi w nastympnych pokoleniach zas powitali nowe idee religijne Lutra.
    A,że przez cały tyn okres dziejowy obowionzywała zasada "cujus regio ejus religio"
    co sie po dzisiejszymu tłumaczy czyja władza tego i religia,toż i w całym powiynkszonym juz ksiynstwie oposkim luteranizm znejd podatniejszy grunt niż w ksiynstwach i ksiynstewkach ościennych.
    Wroz z religiom luteranskom prziszła tez i biblia Lutra a ta była przeca piyrszom wydanom w takim nakładzie ksionżkom pisanom w całości po niemieckiu.
    Tym też sie tłumaczy to,że te prawie niedostrzegalne na piyrszy rzut oka granice terenowe
    stały sie też granicami jynzykowymi.A protestantyzm luterański był też nosicielem nimieckej mowy.
  • rico-chorzow 17.01.12, 22:05
    To należysz do Polskiego Kościoła Narodowego?:)
    --
    Slezská hymna 1. Slezská vlasti, pùdo svatá,

    bi.gazeta.pl/im/2/4739/m4739272.gif
  • berncik 17.01.12, 22:17
    Fajnie Braciku ze te geszichty tak trafnie uzupelniosz.Jo se to tysz pierwej nie umiou nijak wytumaczyc jak moja Matka miastowo dzioucha (ze Glywic) pod koniec 30tych lot,ze mojem prziszlym Vatrym zajechala do rodzinnyj wsi pod sw.Annom a tam na drodze goniyli se bajtle i wrzeszczeli po Slonsku.Tak se tymu dziwioua ze nom o tym po latach osprawiaua,co w Glywicach ani Zobrzu zodyn juz po Slonsku nie godou.Starziki mozno ja?To je podobnie jak teraz
    ino na opak .Te mode Slonzoki ( moje Neffen np). Mowiom po Gorolsku ale godajom ze som Slonzokoma i se gorszom jak ich przezywom Gorolami. w zartach klar.
  • rico-chorzow 18.01.12, 18:04
    Berncik,trzimej mje,jo niy nolyrza do kościoua,i niy chca do niygo nolyrzyć.A świnto Ana eli Hedwig som nom,Slonsokom.
    --
    Slezská hymna 1. Slezská vlasti, pùdo svatá,

    bi.gazeta.pl/im/2/4739/m4739272.gif
  • berncik 18.01.12, 17:47
    Rzym kontratakuje
    Historia
    487 (43)

    Ewangelicy na Ziemi Strzeleckiej (cz. II)
    Kościół katolicki długo nie mógł zdobyć się na zdecydowaną odpowiedź w stosunku do reformacji. Cesarz Karol V już w 1524 roku – 7 lat po wystąpieniu Lutra – chciał zwołania soboru, który zmierzyłby się z nowym ruchem religijnym. Kolejni papieże woleli jednak chować głowę w piasek i udawać, że tak naprawdę nic się nie wydarzyło. Impas przerwał dopiero papież Paweł III, zwołując w 1537 roku sobór w Mantui. Długo jednak dostojnicy kościelni czekali na sobór. Zwołany ponownie w 1542 roku, opóźniany był działaniami cesarza Karola V, który toczył zażarte walki z Francją. Francja sprzymierzyła się z Turkami, a cesarz, z braku poparcia papieskiego, z protestantami. Obiecał im, że po zwycięstwie zwoła synod porządkujący sprawy chrześcijańskie w Niemczech, co groziło ostatecznym rozpadem kościoła. Papież przynaglony tymi wypadkami i faktem, że reformacja szerzyła się już nawet w północnych Włoszech, doprowadził w końcu do zwołania jednego z najważniejszych w dziejach kościoła synodów. Rozpoczął się on 13 grudnia 1544 roku w Trydencie i trwał do roku 1563. W czasie jego trwania na piotrowym tronie zasiadało 5 papieży.
    Sobór na zawsze zmienił obraz Kościoła. Od tej pory przyszli duchowni mieli uczyć się w seminariach duchownych, a biskupi zostali zobowiązani do wizytowania podległych im parafii. Wprowadzony został katechizm obowiązujący w Kościele Katolickim aż do roku 1990. Zdefiniowano sakramenty małżeństwa i kapłaństwa, a także pojęcie czyśćca. Jednocześnie sobór przyniósł tak kontrowersyjne ustalenia, jak równouprawnienie niepisanej tradycji z Pismem Świętym czy reorganizację Sacrum Officium czyli Inkwizycji. Stworzono też indeks ksiąg zakazanych. Od tego momentu Kościół Katolicki rozpoczął ofensywę odzyskiwania terytorium tak łatwo zajętego przez błyskawicznie szerzącą się reformację.
    Na Śląsku okres kontrreformacji rozpoczął się pod koniec roku 1628, podczas wojny 30-letniej. Ludności katolickiej głoszono kazania misyjne, odbierano zagarnięte wcześniej świątynie katolickie, wprowadzono kapłanów katolickich z równoczesnym zakwaterowaniem dragonów lichtensteinskich, którzy skutecznie nawracali ludzi siłą.
    20 stycznia 1629 roku Świdnicę, drugie co do wielkości miasto Dolnego Śląska, najechała kompania dragonów Lichtensteina. Pod przymusem skatolicyzowano kościoły. Gminie ewangelickiej nie pozostawiono ani jednego z 14 kościołów parafialnych. Prawie przez rok dragoni uciskali ewangelicką ludność Świdnicy, zanim 4 stycznia 1630 roku opuścili miasto.
    3 kwietnia 1629 roku w Strzelcach pojawił się cesarski misjonarz Wolfgang Cygnäus, który wprowadził do świątyni katolickiego księdza. Odbyło się to zgodnie z ustaloną w 1555 roku w Augsburgu zasadą „Czyja władza, tego religia”. Ludność okolic Strzelec, będącą pod władaniem protestantów, musiała przejść na starą wiarę katolicką. W czasie wojny trzydziestoletniej (1618–1648) strzeleccy ewangelicy haniebnie się zachowali. W 1627 r. do miasta wkroczyły wojska protestanckie oddziału Mansfelda. Protestanci strzeleccy poprowadzili odziały wojska do Jemielnicy (Imielnitz), gdzie szukano kosztowności. Zniszczono i splądrowano co się dało, spichlerze zbożowe, stawy rybne, bibliotekę i klasztor. Nawet dobrano się do trumien zmarłych, m.in. trumny śląskiego kompozytora i poety - opata klasztoru Johannesa Nuciusa. Znalezionych kosztowności było jak na lekarstwo, a szkody były znaczne. Na skutek późniejszej skargi opata Martina Versiusa z Jemielnicy, rabusie zostali ukarani grzywną 1500 guldenów. Mieli też stracić swoje przywileje, jednak skończyło się na ufundowaniu dzwonu dla jemielnickiego klasztoru.
    W 1629 roku liczba katolików w mieście była dość mała, gdyż jeszcze w 1654 roku do wiary katolickiej przyznawała się tylko ¼ mieszkańców. Mimo tego, w 1629 r. ewangelicy utracili kościół, który przeszedł z powrotem do społeczności katolickiej. Z biegiem lat w mieście ludności wyzwania ewangelickiego było coraz mniej. Pod koniec XVII w. z powodu braku pastora, ewangelicki burmistrz, będący jednocześnie cesarskim poborcą podatkowym (pobierał podatek celny i piwny), wygłaszał kazania strzeleckim ewangelikom.
    Do końca XVII w. rada miasta była protestancka. Według protokołu wizytacyjnego z 1720 r., liczba osób wyznania ewangelickiego zmalała do 27 mieszkańców. Po pierwszej wojnie śląskiej (1740/41) wraz z przybyciem urzędników z zewnątrz i zorganizowaniem garnizonu pruskiego w mieście, liczba ewangelików automatycznie wzrosła. Mimo to w 1758 r. w mieście były tylko trzy rodziny ewangelickie. Pod koniec XVIII wieku ewangelicy otrzymali w ratuszu salę do nabożeństw. Od 1812 r. za zgodą proboszcza katolickiego ludność wyznania ewangelickiego nabożeństwa odprawiała w kościele pw. św. Barbary. Liczba ewangelików wzrosła dopiero w pierwszej połowie XIX w. W 1830 r. wyniosła 147 osób. Prawie sto lat później, w 1927 r. w mieście było 654 osób wyznania ewangelickiego. Według spisu ludności z 1933 r. w mieście mieszkały już 793 osoby wyznania ewangelickiego, które stanowiły 7,2% społeczeństwa strzeleckiego.
    Jak podaje spis kościoła ewangelickiego z 1924 r., ochrzczonych w mieście było 10 osób, bierzmowanych 15, udzielono 8 ślubów, pochowano 22 osoby, ugoszczono na wieczornej kolacji 481 gości. Ludność wyznania ewangelickiego była w porównaniu z innymi mieszkańcami dość zamożna. Na krótko przed nadejściem frontu wojennego, w styczniu 1945 r. prawie wszyscy ewangelicy opuścili miasto. Jak się później okazało - na zawsze. Po ich świetności pozostał jedynie kościół przy ulicy Opolskiej i zaniedbany cmentarz przy ulicy Marka Prawego.
    Piotr Smykała
    Romuald Kubik

  • berncik 18.01.12, 18:23
    To je tyn ewangelicki kosciou On bou zbudowany tak 1826 r Tera je katolicki.Stou nieczynny .
    http://fotoforum.gazeta.pl/photo/2/qc/ga/yobe/IcpSMDFwZG7iHxVKSB.jpg
  • berncik 19.01.12, 18:28
    Świadectwa przeszłości – kościół i szkoła

    Historia
    488 (44)

    Ewangelicy na Ziemi Strzeleckiej (cz. III)
    Kościół ewangelicki został wybudowany dopiero w pierwszej połowie XIX wieku. W 1822 roku stanowisko burmistrza objął Anders, który poparł plan budowy kościoła i w 1823 roku zorganizował na niego zbiórkę. Plac pod budowę podarował Andreas Maria Graf Renard. Prace budowlane rozpoczęto w 1825 roku.

    Budowa postępowała szybko. Kościół został oddany do użytku społeczności ewangelickiej dnia 29 października 1826 roku. Plany budowy świątyni wykonał Ernst Samuel Friedel z wykorzystaniem uwag i propozycji Christophera Worbsa. Kościół został pierwotnie zbudowany bez wieży, którą dobudowano przed rokiem 1888. Świątynia nie posiada określonego stylu. Jest murowana z cegły, kamienia i otynkowana. Okna zamknięte półkoliste. Chór został wykonany z drewna i wsparty na czterech słupach. Dach kościoła jest siodłowy i pierwotnie był nakryty dachówką. Kościół został wybudowany na terenie, na którym przebiegał wał ziemny pomiędzy rowami wodnymi. Teren ten był mocno zachwaszczony i bagnisty, w momencie wybudowania świątyni znacząco poprawił w tym miejscu wizerunek miasta. Przy okazji budowy wyprostowano drogę i wyburzono kilka starych domów. Plebania i budynki gospodarcze powstały w 1840r. W drugiej połowie XIX wieku pastorem kościoła był Güthner. Nie wiadomo, jak długo pracował w mieście.
    Po wybudowaniu wieży kościelnej w 1888r. zamontowano na niej dwa dzwony odlane w „Towarzystwie Bochum” ufundowane przez Auguste Hoffmann. Na większym dzwonie znajduje się napis – „Chwała na wysokości Bogu”, na mniejszym napis – „Pokój na ziemi”.
    I wojna światowa nie ominęła świątyni. W czasie wojny piszczałki z organów zostały zabrane na potrzeby wojska. Nowe zostały zakupione po zakończeniu konfliktu. W latach 1914 – 1918 na froncie zginęło 30 osób wyznania ewangelickiego. Ich nazwiska były upamiętnione na tablicy znajdującej się w kościele ewangelickim. Tablica pamiątkowa ufundowana została po wojnie przez gminę ewangelicką za sumę 22,500 marek. Zapewnie była tam do 1945r. Co się z nią stało - nie wiadomo.
    Od 1925r. pastorem w Strzelcach (Gross Strehlitz) był Kurt Rudel. Urodził się 9 kwietnia 1888r. w Doberschau powiat Goldberg-Haynau (Złotoryja-Chojnów). Jego ojciec był nauczycielem w Wrocławiu i Bonn. 16 października 1916r. ożenił się i miał troje dzieci. Jak długo pracował w parafii ewangelickiej w Strzelcach (Gross Strehlitz) nie wiadomo. Do 1945 roku kościół był użytkowany przez ewangelików. Przed wkroczeniem frontu wojennego ostatni ewangelicy opuścili miasto.
    Po wojnie kościół przez pewien czas był użytkowany przez katolików. Tutaj odprawiano msze święte i nabożeństwa oraz udzielano Sakramentów Świętych. Po pewnym czasie kościół zamknięto i zaczął niszczeć. Dopiero w 1982 roku został przekazany społeczności katolickiej dzięki staraniom proboszcza ks. prałata Jerzego Stellmana. Dnia 2 kwietnia 1982 roku odbyły się rozmowy w Kurii Diecezjalnej w Opolu między przedstawicielami Kościoła Ewangelicko – Augsburskiego i Kościoła Rzymskokatolickiego na temat przekazania go pod opiekę katolików. Strony ustaliły cenę kupna – sprzedaży kościoła wraz z wyposażeniem i działką na sześć milionów ówczesnych złotych. Dnia 7 lipca 1982r. kościół stał się własnością parafii św. Wawrzyńca.
    W latach 1982 – 1985 dokonano generalnego remontu kościoła. Wymieniona została cała więźba dachowa. Dach i wieżę pokryto blachą miedzianą. Od nowa wykonano sufit, który został także ocieplony. Posadzka kościoła została wyłożona marmurem i częściowo granitem. Zniszczone całkowicie witraże zostały zrekonstruowane przez Norberta Siekierkę. W prezbiterium znajduje się witraż „Zmartwychwstanie Chrystusa”, z lewej strony znajduje się witraż „Boże Narodzenie”, drugi z prawej strony „Zesłanie Ducha Świętego” oraz cztery witraże ozdobne. Wstawiono wszystkie nowe drzwi. W wejściu do nawy głównej została wstawiona ozdobna kuta metalowa krata. Ołtarz główny i ambonę wykonano z marmuru. Tabernakulum wykonał Alfons Schnura ze Strzelec Opolskich, przystosowane do wiecznej adoracji Najświętszego Sakramentu. Metaloplastyk A. Schnura wykonał także napis w języku łacińskim umieszczonym nad wejściem głównym – „Vinite Adoremus”. Kościół otrzymał nowe ławki, cztery żyrandole i kinkiety a zakrystia nowe meble. Cała instalacja elektryczna została wymieniona na nową. Dzwony otrzymały napęd elektryczny. W kościele umieszczono dwie odrestaurowane figury – Najświętszego Serca Pana Jezusa i Matki Boskiej Fatimskiej. Otoczenie na zewnątrz kościoła zostało uporządkowane.
    Dnia 6 czerwca 1985 roku w godzinach popołudniowych parafia strzelecka przeżyła wzniosłe chwile konsekracji poewangelickiego kościoła przy ulicy Opolskiej. Konsekracji dokonał ks. bp. ordynariusz opolski Alfons Nossol, przy tłumach wiernych i księży z całego dekanatu. Administratorem obecnego kościoła pw. Bożego Ciała jest parafia pw. św. Wawrzyńca. Od tego czasu świątynia jest otwarta każdego dnia i dla wiernych pragnących pomodlić się przed wystawionym Najświętszym Sakramentem.
    SZKOŁA EWANGELICKA
    Szkoła w mieście istniała już w 1379r., jest wymieniona w dokumencie z tego roku dotyczącym założenia kolegiaty św. Bartłomieja w Głogówku (Oberglogau). Była to na pewno szkoła parafialna wyznania katolickiego prowadzona przez proboszcza strzeleckiego. Pierwsza informacja o szkole ewangelickiej w Strzelcach (Gross Strehlitz) pochodzi z 1570r. Nauczycielem i kierownikiem tej szkoły był wikary Valentin Gorisch, który został później także pastorem. W tej szkole uczniem Adama Malesiusa był przez trzy lata Lorenz Stomachi ze Strzelec, który pobierał naukę od 1598r. W 1600r. został wyświęcony w Wittemberdze na diakona, później pracował w Lepnitz.
    W 1679r. szkoła była już w rękach katolików.
    W szkole wykładał rektor Johann Korda ucząc czytania, pisania i gramatyki. Był zatrudniony także jako kantor i organista, za co otrzymywał 18 talarów rocznie oraz dwa ubrania, jedno na św. Marcina, drugie na św. Mikołaja. Jak widać, w tym czasie nauczyciele raz byli katoliccy raz ewangeliccy. Czasem młodzież chodziła do szkoły ewangelickiej a czasami do katolickiej i to w tym samym budynku. W 1695r. szkoła była na utrzymaniu ewangelickiego małżeństwa Bitschin. Istniała jeszcze w 1720r.
    Szkoła ewangelicka prawdopodobnie w pierwszej połowie XVIII wieku zaprzestała działalności. Jak wiemy, dopiero kiedy poświęcono nowy wybudowany kościół ewangelicki w 1826r., utworzono na nowo szkołę ewangelicką. Na początku pracował w niej jeden nauczyciel z nauczycielem pomocniczym. Dopiero od 1867r. w szkole nauczało dwóch nauczycieli. Od 1898r. dzieci ewangelickie chodziły do nowej wybudowanej szkoły na miejscu wyburzonego kościoła św. Krzyża. Sale lekcyjne znajdowały się na parterze. W roku szkolnym 1930/31r. w szkole nauczało dwóch nauczycieli. Do szkoły uczęszczało 76 uczniów wyznania ewangelickiego i trzech uczniów żydowskich. Wiele młodzieży chodziło oprócz do szkoły ewangelickiej także do szkoły miejskiej, gimnazjum i szkoły katolickiej - wyznanie nie przeszkadzało w nauce. Szkołę zamknięto wraz nadejściem frontu w styczniu 1945r.
    Piotr Smykała
    Romuald Kubik
  • rico-chorzow 17.01.12, 21:15
    berncik napisał:

    > Historia ciekawo nie o Glywicach ale o Slonsku.
    > Wojna o Śląsk i zaginiony skarb

    Kejś bjyli siy uo Slonsk,Fridrich wygrou,besto som niykere Slonsoki Prusokami,jednak Fridrich dou nom kartofle,kartofle to je jedzynie,co nom Slonsokom Polska dała?,sami niy mieli co zerzrić.
    --
    Slezská hymna 1. Slezská vlasti, pùdo svatá,

    bi.gazeta.pl/im/2/4739/m4739272.gif
  • szwager_z_laband 18.01.12, 18:07
    Berncik Ty sie tam lepiyj znosz - trocha pochodzynia mom tysz ze Buotnicy Strzeleckyj -- niymosz cos niyj?
  • berncik 18.01.12, 18:25
    szwager_z_laband napisał:

    > Berncik Ty sie tam lepiyj znosz - trocha pochodzynia mom tysz ze Buotnicy Strze
    > leckyj -- niymosz cos niyj?
    Cos tam mom ale nojwiency o Polskym obozie w Blotnicy co tam zawierali Slonzokow.
  • szwager_z_laband 18.01.12, 18:41
    niy,moje to jeszcze w XIX wieku tam miyszkali i potym do Herten wyjechali

    100 lot potym nazod juzas do Chorzowa na "Johanka" psziszli
  • szwager_z_laband 18.01.12, 18:43
    to byli krewne od tyj:

    forum.gazeta.pl/forum/w,34281,124759237,124759237,slonski_kopciuszek.html
  • berncik 20.01.12, 19:24
    Obóz pracy w Błotnicy Strzeleckiej

    Historia
    592 (45)

    Czy w domu mówiono po niemiecku? Czy członkowie rodziny uczestniczyli w zjazdach lub zebraniach NSDAP? Czy agitowali na rzecz władz niemieckich? To były główne kryteria wpisywania osób na listy do wysiedlenia, które tworzono niedługo po przejściu frontu. W 1945 zajęli się tym ówcześni, już polscy, sołtysi. Niekiedy listy tworzone były przez osoby wcześniej upokorzone przez władze niemieckie lub swoich niemieckich sąsiadów. Listy wędrowały do służby bezpieczeństwa i milicji.

    Masowe wysiedlenia zaczęły się latem 1945 roku, choć w niektórych wioskach pierwsze wywózki odbywały się wcześniej - już w połowie lutego 1945 roku. Dokonywały ich wtedy władze sowieckie. Przesłuchania odbywały się w kilku miejscach Strzelec. Nie obyło się bez tortur i głodzenia więźniów. Piwnice pewnej kamienicy stojącej w strzeleckim rynku były określone przez świadków jako katownia. Wielu przesłuchiwanych zmarło. Nieliczni szczęśliwcy wrócili do domów, a większość wywieziono na wschód.

    Jak przebiegały takie akcje? Znamy opis na przykładzie Rozmierzy. Do wsi około 4 rano wjechały samochody z milicjantami ubranymi po cywilnemu. Na lewej ręce mieli założone biało-czerwone opaski. Obstawiano całe gospodarstwo. Dopiero potem jeden z funkcjonariuszy walił w drzwi. Jeżeli mieszkańcy próbowali uciekać oknem, zostali szybko wyłapani i ładowani na pakę ciężarówki. Z wyznaczonego domu brano wszystkich – mężczyzn, kobiety i dzieci. Sprawna akcja trwała często kilka minut i mieszkańcy byli wywożeni w nieznanym dla nich kierunku. Ich domy przekazywano polskim repatriantom.

    OBOZY
    Było ich wiele i różnych rozmiarów. Najczęściej obozy przejęto po władzach niemieckich i tam, gdzie wcześniej trzymani byli Żydzi bądź jeńcy wojenni, trafiali teraz mieszkańcy wyznaczeni do wysiedlenia. Jednym z największych obozów wysiedleńczych był ten zlokalizowany w Błotnicy Strzeleckiej.

    Wysiedlenia dawały nowej władzy tanią siłę roboczą i domy dla ludzi ze wschodu. Darmowi robotnicy wykorzystywani byli do usuwania zniszczeń wojennych i demontażu fabryk. Rosjanie rozbierali skomplikowane urządzenia, które później wędrowały na odkrytych wagonach tysiące kilometrów, by trafić w ręce ludzi, którzy nie mieli pojęcia jak je poskładać z powrotem. Dzięki tej polityce najnowocześniejsze w świecie zakłady pracy zamieniały się na wschodzie w góry złomu.

    Wysiedleni byli skutecznie oddzieleni od reszty mieszkańców. Dawało to możliwość ich bardzo szczegółowej obserwacji i wyłapywania członków NSDAP, SA i SS. Do obozów trafiali ludzie przeznaczeni do późniejszego wysiedlenia do Niemiec.

    Obóz w Błotnicy Strzeleckiej znajdował się w miejscu dzisiejszego zakładu wytwarzania pasz. Składał się z kilku drewnianych baraków, które pierwotnie były mieszkaniami emerytów kolejowych, a potem przymusowych robotników z Ukrainy. Robotnicy po przejściu frontu zmienili właścicieli i pracowali odtąd pod lufami żołnierzy sowieckich. Wiadomo na przykład, że część Ukraińców po przejściu frontu przebywało na folwarku Szymonia w Rozmierce, gdzie pod eskortą żołnierzy sowieckich pracowali w polu i oborze. Traktowani byli jak zdrajcy. Z relacji wiadomo z całą pewnością, że dużą liczbę Ukraińców sowieci rozstrzelali w pobliskich lasach. Znany jest też przypadek, kiedy to sowiecki sołdat skopał w Rozmierce ciężarną ukraińską dziewczynę, bo „nosi w łonie Germańca”. Dziewczyna poroniła.

    Błotnicki obóz był jednym z większych. Na terenie ziemi strzeleckiej były też małe obozy, w których przetrzymywano po kilkanaście osób. Znajdowały się one między innymi w Strzelcach Wielkich, Mokry Łanach, Suchych Łanach, Ligocie Dolnej, Zalesiu. Ich „pensjonariuszy” wywieziono głównie na wschód.

    Do obozu pracy w Błotnicy Strzeleckiej zostały doprowadzone osoby ze Strzelec Wielkich, Piotrówki (72 rodziny), Jemielnicy, Rozwadzy, Rozmierzy, Rozmierki, Izbicka (40 rodzin), Suchodańca (68 rodzin) oraz z Opola. Spis osób osadzonych znajduje się w Archiwum Państwowym w Opolu.

    Obóz zamieszkiwali przeważnie starcy, kobiety i dzieci. Spali na drewnianej podłodze – jeden obok drugiego. Toaleta znajdowała się w jednym baraku. Myli się tam oraz korzystali z ubikacji - dwóch belek na środku baraku nad ściekiem – rowem w podłodze. W innym baraku była kuchnia. Więźniowie w mieszczącym się tam kotle mogli gotować posiłki. Tylko, że nie było z czego - nie dostawali prowiantu. Do kotła trafiało więc to, co kobiety znajdowały na okolicznych polach. Przeważnie były to buraki, z których przygotowywano lurowatą zupę. Warunki sanitarne szybko dały się we znaki. Więźniowie obozów zaczęli zapadać na dur brzuszny i tyfus.

    W obozie funkcjonowała kolejka wąskotorowa. Głodne dzieci bawiły się nią i jeździły całymi dniami czekając, aż rodzice wrócą z przymusowych prac. Krewni osadzonych codziennie wystawali pod bramami obozu czekając na wieści o swoich bliskich. Przynosili ze sobą paczki, które były dokładnie przeszukiwane. Normą było, że strażnicy wyjmowali z nich dla siebie wartościowe przedmioty, np. ubrania, mydło. Często paczki w ogóle nie trafiały do adresatów. Rodziny, świadome, co robią strażnicy, często próbowały przerzucać żywność przez 4-metrowy płot obozu. Czasem się to udawało i wielu osadzonym ratowało życie.

    OŁOWIANE TRUMIENKI
    Osadzeni w obozach wykorzystywani byli nie tylko do pracy w folwarkach. Młodzi mężczyźni pracowali przy rozbiórce niemieckiego pomnika na Górze św. Anny. Zostali skierowani do tej pracy „ze względów moralnych”. Przy niszczeniu monumentu przez 3 tygodnie pracowało 80 osób.

    Imponujący pomnik, wybudowany za czasów hitlerowskich, krył szczątki niemieckich żołnierzy poległych podczas walk z polskimi powstańcami. Była to niska rotunda, która z zewnątrz wydawał się dość niewielka. Dopiero wchodząc do jej wnętrza można było docenić ogrom budowli. Znajdowała się tam Totenhalle – sala zmarłych, w której w ołowianych trumienkach spoczywały szczątki. Na środku hali osadzona była rzeźba umierającego germańskiego wojownika.

    Wysłani z obozu najpierw wysypali szczątki z ołowianych trumien, które złożono w zbiorowej mogile na cmentarzu parafialnym na Górze św. Anny. Metalowe trumny wywieziono w nieznanym kierunku. Więźniom kazano później skuwać mozaikę w środku mauzoleum. Kiedy w budowli nie pozostało już nic do zdemontowania, sprawą zajęli się saperzy. Po założeniu ładunków pomnik wysadzono, a huk eksplozji słychać było w oddalonych miejscowościach.

    OBOZOWE ŻYCIE
    Racja żywnościowa więźniów wynosiła 200 g chleba na śniadanie. Po pracy dostawali czasem zupę, a czasem maślankę z ziemniakami. Z przekazów ustnych wiadomo, że w obozie z pewnością zmarła jedna osoba. Był to starszy mężczyzna, były niemiecki żołnierz. Jego personaliów ani miejsca pochówku nie znamy. Osoby, które zachorowały lub były w złym stanie zdrowia - zwalniano. Wiele zmarło już w domu z powodu chorób, którymi zarazili się w obozie. Część chorych nie miała gdzie wrócić. Ich domy zostały przekazane repatriantom. Często umierali w strzeleckim szpitalu lub – przygarnięci – w domach przyjaciół.

    Brakuje dokumentów potwierdzających torturowanie więźniów. Z ustnych przekazów wiadomo jednak, że przynajmniej jedna kobieta była przetrzymywana w karcerze na mokrej podłodze przez trzy dni. Komendantem obozu był Józek Kubicki (lub Kubacki). Znane są też imiona niektórych strażników – Antek, Staszek i Józek. Ci byli najokrutniejsi. Komendant miał narzeczoną z Jemielnicy, która często przyjeżdżała do Błotnicy Strzeleckiej. Jeździli motorem dookoła obozu.

    Komendant osobiście rewidował kobiety odwiedzające obóz. Rekwirował żywność a kobiety trafiały na noc do bunkra.

    GLIWICE
    Część Ślązaków umieszczono w obozie pracy w Gliwicach-Łabędach. Tam nadzorcami byli Rosjanie. Dowiedział się o tym starosta strzelecki, Zygmunt Nowak. Pewnego dnia wyruszył do Łabęd konwój samochodów, w którym wzięli udział także funkcjonariusze MO i UB. Zygmunt
  • berncik 20.01.12, 19:26
    To jest dalszo czesc z Obozu.
    GLIWICE
    Część Ślązaków umieszczono w obozie pracy w Gliwicach-Łabędach. Tam nadzorcami byli Rosjanie. Dowiedział się o tym starosta strzelecki, Zygmunt Nowak. Pewnego dnia wyruszył do Łabęd konwój samochodów, w którym wzięli udział także funkcjonariusze MO i UB. Zygmunt Nowak zabrał ze sobą najlepszą walutę – morze wódki.

    Po dłuższym „przekonywaniu” strażników dobito targu. Z obozu udało mu się wydobyć 643 osoby, które pieszo, pod eskortą milicji przeszły do obozu w Błotnicy. Był początek sierpnia 1945 roku.

    Wiele osób było wygłodzonych i schorowanych. Wiadomo, że Paul Kachel (1927-1949) z Jędryń zmarł później na gruźlicę, której nabawił się w obozie. Starosta kazał wydać przybyłym pożywną grochówkę z kartoflami i chleb z kawą.

    8 i 9 sierpnia w Błotnicy odbyły się przesłuchania prowadzone przez komisję weryfikacyjną. Miały one zadecydować o zwolnieniu osadzonych. Odbywały się pod kierownictwem kpt. Barana (kierownika miejscowego urzędu bezpieczeństwa), por. Piechucha i ob. Laska. W tych dniach przesłuchano łącznie 220 uwięzionych. Zweryfikowano 214 osób, które zostały zwolnione z obozu. Każdej wydano odpowiednie zaświadczenie i zobowiązano, by po przybyciu do miejsca zamieszkania, w ciągu 24 godzin, zgłosiła się do miejscowego Urzędu Bezpieczeństwa, ewentualnie do najbliższego posterunku Milicji Obywatelskiej.

    Sześć osób przesłuchiwanych w obozie pracy w Błotnicy Strzeleckiej, zadeklarowało się, że są Niemcami. Pięcioro z nich należało do partii nazistowskiej, a jedna brała udział w walkach powstańczych po stronie niemieckiej. Cała szóstka pozostała w obozie.

    Obóz pracy zlikwidowano w październiku 1945 r. W tym czasie przebywało tu jeszcze 476 więźniów. Część (112) zdecydowała się na dobrowolny wyjazd do Niemiec, a 364 osóby zostały przydzielone do pracy na folwarkach. Po krótkim czasie, po uzyskaniu pozytywnej weryfikacji, zostały zwolnione do miejsc zamieszkania. Część baraków przystosowano na mieszkania, inne rozebrano na opał, bo zbliżała się zima.

    Zwolnieni z obozu pieszo wędrowali do swoich gospodarstw, które były zajęte przez repatriantów. Dochodziło do kłótni, ale często przez jakiś czas razem mieszkali w zgodzie. Zdarzały się przypadki, że repatrianci opuszczali posesję prawowitych właścicieli i wyjeżdżali. W innych przypadkach przyjeżdżała powiatowa komisja i dochodziło do uzgodnienia, kto ma być gospodarzem. Wszystko zależało od dobrej woli każdej ze stron. Wielu wracających zastawało już tylko doszczętnie ograbione gospodarstwa.
    PIOTR SMYKAŁA
    ROMUALD KUBIK

    Zmarli po wyjściu z obozu:
    Maria Gaschin (ur. 30 listopada 1908 r.) z Rozmierzy. Zmarła po opuszczeniu obozu pracy 12 października 1945 r. mając 36 lat. Z obozu została przywieziona na wózku do domu już nieprzytomna z wysoką gorączką. Potem została przewieziona do szpitala, gdzie zmarła.
    Josef Niestroj z Rozmierzy zmarł w szpitalu strzeleckim 26 września 1945 r.
    Frieda Schulz z Rozmierzy zmarła w czasie transportu do Niemiec 20 października 1945 r. w Berlinie.
    Franz Spur z Rozwadzy zmarł po uwolnieniu z obozu w wieku 61 lat.
    Zdarzały się przypadki ucieczek z obozu. Uciekł między innymi Wilhelm Gaschin (ur. 1936 r.) z Rozmierzy. Po latach, w 1957 r. udało mu się wyjechać do Niemiec do ojca Paula Gaschina (1904-1973). Z obozu uciekli także młodzi chłopcy z Rozwadzy: Oskar Giemza (lat 12), Franz Kura (lat 14).
    Z Rozmierzy umieszczono w obozie w Błotnicy między innymi:
    Augustyna i Jadwigę Skrzypczyk oraz dzieci Annę, Helenę, Jerzego, Franciszka, Jadwigę i Augustyna
    rodzinę Polaczek
    Paulinę i Emanuela Mrohs oraz ich dzieci Emmę, Alfreda (ur. 1930 r.), Antoniego i Johanna
    Paulinę Ploch
    Anastazję i Wilhelma Metzner oraz ich dzieci Jana, Gintra i Engelberta
    rodzinę Josefę i Josefa Niestroj – zmarł
    Marię Gaschin – zmarła
    Friedę Rieckhoff
    Friedę Schulz – zmarła
    Annę Gawlik.

    Dzięki Helmutowi Polewce z Rozwadzy wiemy, kto był w obozie pracy w Błotnicy Strzeleckiej.
    Z Rozwadzy (pow. krapkowicki) w obozie znaleźli się między innymi:
    Gertrud Beer (lat 46)
    Anna (lat 49) i Klara (lat 18) Domin
    Pelagia (lat 45) i Phillipp (lat 69) Dyballa
    Franciska Gach (lat 42)
    Emilia (lat 53), Maria (lat 24) i Oskar (lat 12) Giemza
    Marta (lat 42), Paul (lat 52) i Urszula (lat 17) Golombek
    Edmund (lat 52) i Anna (lat 29) Greschista
    Johann (lat 48), Klara (lat 40), Hedwig (lat 19) i Rudolf (lat 11) Jonza
    Elisabeth (lat 44), Christine (lat 13), Siegfried (lat 11) i Luise (lat 9) Klein
    Maria Klencz (lat 55)
    Cäcilie (lat 45), Gerda (lat 13) i Irmgard (lat 11) Klöppel
    Agnes (lat 44), Franz (lat 14), Erich (lat 12), Josef (lat 10), Reinhold (lat 8) i Heinrich (lat 6) Kura
    Klara (lat 49), Hubert (lat 17), Anna (lat 15) i Elisabeth (lat 9) Macha
    Eufemia (lat 38) i Alfred (lat 17) Morawietz
    Katharina (lat 49) i Luzie (lat 16) Ocipinski
    Anna (lat 39), Erich (lat 16) i Walter (lat 10) Schulwitz
    Konstantin (lat 57), Franciska (lat 45), Elfriede (lat 23), Regina (lat 21) i Luzie (lat 13) Stach
    Franz (lat 61), Berta (lat 55), Klara (lat 25), Urszula (lat 19), Bernhard (lat 17) i Elisabeth (lat 22) Spur
    Alfons Wilkens (lat 21)
    Maria Wolny (lat 48)
    Renata (lat 8) i Rita (lat 4) Zipper.

    Z Rozmierki do obozu trafili między innymi:
    Hedwig Markieton. Została osadzona 28 sierpnia 1945 r. Zwolniona z obozu została 12 października 1945 r. po weryfikacji. Jej posiadłość po przybyciu do Rozmierki była zajęta przez nowych gospodarzy.
    Henryk Skoberla. Gospodarstwo po zwolnieniu także zajęte przez repatriantów.
    Franciska Polaczek. Gospodarstwo po zwolnieniu zajęte przez repatriantów.
    Z Szymiszowa w obozie znalazła się między innymi:
    Hedwig Gospodarek. Została wysiedlona 14 czerwca 1945 r. Jej mąż w 1937 r. został zmuszony do wstąpienia do NSDAP pod groźbą utraty pracy. Potem został przez żołnierzy sowieckich internowany na wschód. Hedwig Gospodarek po zwolnieniu z obozu powróciła do Szymiszowa, a gospodarstwo było już przejęte przez repatriantów.

    Z Suchodańca w obozie przebywali między innymi:
    Elisabeth (ur. 1932 r.) i Josef (ur. 1929 r.) Koziol. Zostali wysiedleni 25 sierpnia 1945 r. razem z matką, a potem dostał się tam ich ojciec, który dopiero opuścił obóz koncentracyjny Mauthausen. Uznano to za pomyłkę i zostali wszyscy zwolnieni po weryfikacji 8 września 1945 r.
    Elisabeth Skowronek razem z siedmiorgiem dzieci dostała się do obozu 27 sierpnia 1945 r. Po trzech tygodniach wszyscy zostali zwolnieni. Ich posiadłość zajęli repatrianci.
    Albert Krawczyk osadzony 25 sierpnia 1945 r. Został zwolniony po 4 tygodniach.
    Anna Drzymotowa wysiedlona 25 sierpnia 1945 r.
    Adolf Utykała wysiedlony 27 sierpnia 1945 r.
    Barbara Krawczyk wysiedlona 28 sierpnia 1945 r.
    Johann Kuczera
    Hyacinth Hurek
    Katharina Piechaczek
    Johann Hermansa.


  • berncik 23.01.12, 18:56
    Obóz w Błotnicy – ciąg dalszy

    Historia
    594 (47)

    Po naszej publikacji o obozie w Błotnicy Strzeleckiej zgłosiło się wiele osób, które pamiętają tamte wydarzenia. Obóz ten działał tuż po wojnie. Przetrzymywano w nim osoby, które nowej władzy wydawały się podejrzane narodowościowo.

    SZYMISZÓW
    Piąta rano, 14 czerwca 1945 roku. Do Szymiszowa wjeżdża kolumna wozów z funkcjonariuszami Urzędu Bezpieczeństwa i Milicji Obywatelskiej. Ich celem jest wysiedlenie kilkunastu rodzin, które znajdują się na przygotowanej wcześniej liście.

    Rankiem wszystkich tych mieszkańców wyprowadzono z domu i pod eskortą doprowadzono do kamiennego krzyża obok karczmy w centrum wsi. Tu czekały już ciężarówki, na które zostali zapakowani. Wysiedlonymi byli głównie starsi mężczyźni i kobiety z dziećmi. Podczas akcji słyszało się wyzwiska – germańcy, szwaby, itp.

    Aresztowanych przywieziono do Strzelec, gdzie przy zrujnowanym rynku swoją siedzibę miał Urząd Bezpieczeństwa. Jednym z nielicznych ocalałych domów był dawny sklep Filipa Kiersteina (dziś w tym miejscu, na rogu Wojska Polskiego i Rynku znajduje się sklep jubilerski). Budynek posiadał ważną zaletę dla nowych zastosowań – głęboką piwnicę z grubymi murami.

    Miejsce to nazywano katownią strzelecką. Więźniowie byli tu bici i katowani. Niepotwierdzone relacje mówią o trupach. Jeden z mieszkańców Rozmierki tak wspomina: Moja matka dostała się przez karabin schowany na strychu, a mąż walczył na wschodzie, gdzie poległ. Była tu przetrzymywana i przesłuchiwana około 3 tygodnie. Ale także musiała sprzątać po wybrykach katów strzeleckich. Ze ścian zmywała krew a nawet resztki kości.

    Ubecki areszt był zbyt mały, by pomieścić wszystkich przywiezionych. Zostali więc przewiezieni do więzienia przy ulicy Gogolińskiej. Tu do jednej celi pakowano nawet 15 osób.

    ŻYCIE WIĘZIENNE
    Dorośli musieli pracować. Sprzątali korytarze, cele i plac więzienny. Dzieci, nie rozumiejąc sytuacji, bawiły się całymi dniami. Posiłki częściowo przynosili strażnicy, lecz w większości więźniowie musieli radzić sobie sami. Kobiety gotowały zielska zerwane na więziennym placu. Przeważnie był to rumianek. Według relacji osadzonych – strażnicy specjalnie załatwiali swoje potrzeby na krzaki. Często też kpili: Patrz – piją i jedzą te ziółka, a i tak te szwaby jakoś nie zdychają.

    Wywiezieni z Szymiszowa siedzieli tutaj przez 2 tygodnie. Potem pieszo, pod eskortą odprowadzono ich do obozu w Błotnicy Strzeleckiej. Sytuacja osadzonych się nie poprawiła, a strażnicy naśmiewali się nawet z mówiących po śląsku, że szwab zostanie szwabem. Po pewnym czasie małe dzieci otrzymały przydział mleka. Mleko dostała też jedna, wyjątkowo wychudzona 12-letnia dziewczynka. Strażnicy obawiali się, że umrze.

    Świadkowie pamiętają, że z Szymiszowa zmarły tu 2 osoby. Jedną z nich była babcia o nazwisku Ploch, wysiedlona z rodziną Greipel. Nie znamy jej imienia. Strażnicy nie ulokowali jej w szpitalu mimo próśb współwięźniów. Strażnik o imieniu Józef powiedział nawet: Ta cholera niech tu zdechnie. W obozie zmarła także żona Ernsta Morawitzkiego (imię nieznane), kierownika szkoły w Szymiszowie.

    KADŁUBIEC
    Po tej wywózce do swych krewnych w Kadłubcu przyszła jedna z mieszkanek Szymiszowa. Opowiedziała o wszystkim, lecz nie dano jej wiary. Następnego dnia, 15 czerwca, także kilka rodzin z Kadłubca zostało zapakowanych na ciężarówki i wywiezionych do Błotnicy.

    Wcześniej Annie Matheja z d. Panek udało się uciec z siedmiorgiem dzieci (Therese, Otylie, Josef, Anna, Richard, Anton i Ruth). Ukryli się w pobliskim kamieniołomie, gdzie przesiedzieli 4 dni. Głód zmusił Annę do poszukania czegoś do jedzenia w swoim domu, lecz tam spotkała już osiedlonych repatriantów. Nowi gospodarze pobili Annę.

    Udało się jej przeżyć dzięki pomocy sąsiadów. Koszmarne warunki sprawiły jednak, że najmłodsza, urodzona w listopadzie 1944 roku Ruth zmarła. Rodzinie udało się odzyskać gospodarstwo dopiero po dłuższym czasie.

    PIOTR SMYKAŁA
    ROMUALD KUBIK

    Z Szymiszowa w obozie pracy byli osadzeni między innymi:
    Franz Ploch (1877-1960), rolnik i urzędnik – zajmował się badaniem mięsa i wydawaniem pozwolenia na jego obrót.

    Johann Lyssek z rodziną, rolnik, osadzony z dziećmi (Therese, Josef i Heinrich).

    Anna Habasch (1900-1970), mąż był na froncie, dzieci pracowały na folwarku, kiedy doszło do wysiedlenia. Anna Habasch została sama osadzona w obozie pracy, a dzieci pod jej nieobecność wychowywała ciotka.

    Martha Rakoczy (1912-2005), osadzona z dziećmi: Elisabeth (ur. 1932r.), Maria (ur. 1935r.) i Urszula (ur. 1941r.).

    Valentine Labus (1914-2001), osadzona z dziećmi: Wilfrieda (ur. 1939r.), Joachim (ur. 1943r.) i Ilsa (ur. 19 stycznia 1945r.).

    Sofie Piontek, posiadała gospodarstwo rolne, wdowa z dwójką dzieci.

    Franz Gospodarek (1900-1993), strażnik więzienny, rolnik, żona Magdalena, dzieci: Ewald, Willi, Heinrich (1936-1997) i Erna.

    Hedwig Gospodarek (1900-1989) z dziećmi (Steffi, Hilda, Maria, Georg i Norbert).

    Hedwig Greipel (ur. 1912r.), posiadała gospodarstwa rolne, osadzona razem z dziećmi (Helmer, Reinhold i Krysta) oraz babcią z rodziny Ploch (brak imienia), która zmarła w obozie. Pani Ploch był siostrą Franza Plocha, który także był w obozie.

    Josef Woitalla, gospodarz rolny, osadzony z żoną Franciską i dziećmi (Alojz, Maria, Luci, Josef, Johann, Michael).

    Ernst Morawitzki, kierownik szkoły i organista w Szymiszowie, osadzony z żoną, która zmarła w obozie i córką Ruth. Po weryfikacji Ernst Morawitzki z córką Ruth wyjechał do Niemiec.

    Maria Simon, posiadała gospodarstwo rolne, wysiedlona z dziećmi (Josef, Johann, Hildegarda).

    Anna Kampa, wdowa, starsza pani.

    Emilie Paul (1903-2000), mąż Georg był na froncie, potem w lagrze. Wcześniej był nauczycielem w Szymiszowie. W obozie Emilie Paul znalazła się z dziećmi: Ursula (ur. 1936r.) i Inga (ur. 1937r.). Wrócili do domu, jednak po kilku dniach rodzina Paul została wydalona i musiała wyjechać na zachód.

    Josef Bock, starszy człowiek z małego gospodarstwa rolnego. Osadzony z żoną i córkami (Magdalena i Adelheid). W czasach międzywojennych agitował za Polską. Dzieci woził do szkoły prywatnej polskiej w Jędryniach.

    Rodzina Kmitta, leśniczy na dobrach hrabiowskich u Strachwitzów oraz 3 jego córki: Edeltrauda, Ermgarda oraz o nieznanym imieniu, która została wywieziona na daleki wschód, gdzie zginęła.

    Franciska Wieczorek, jej trzech synów poległo na froncie (Paul, Josef i Franz). W 1945r. została wysiedlona do obozu pracy.

    Rodzina Blyszcz: Konrad Blyszcz (1917-1982) walczył na froncie wojennym, gdzie stracił nogę i był w domu jako niezdolny do służby wojskowej, żona Elisabeth (1920-2001) oraz córka Therese (ur. 1944r.), wszyscy byli w obozie pracy.

    Rodzina Kowol, matka z 3 córkami – osadzeni w obozie pracy, ojciec był urzędnikiem na kolei.

    Z Kadłubca w obozie byli osadzeni między innymi:

    Franciska Matheja z d. Nowak (pochodziła z Głogówka), mąż Juliusz pod koniec wojny został powołany na front wojenny i nigdy nie wrócił. Franciska została osadzona z siedmiorgiem dzieci (Maria, Stefania, Felix, Gotfryd, Walburga, Hubert i najmłodsza córka – imię nieznane, która po opuszczeniu obozu zmarła na tyfus).

    Rodzina Schuba.

    Rodzina Blyszcz.

    Rodzina Gatner.
  • bratjakuba 23.01.12, 19:25
    Berncik, mie by ciekawiyła Twoja opinia na jakej podstawie zawiyrali tych ludzi.
    Zadowom se to pytanie od długszego czasu i nie znejduja racjonalnej odpowiedzi.
    Sledzioł ech ta sprawa w poru miejscowościach kole Rud Wielkich.Majom tam dokładnie prowadzone kroniki poległych we wojnach,zamordowanych przez Rusow zaroz po wkroczyniu
    i zmarłych abo zamynczonych w tych lagrach.
    Przipuszczom,że te Rusy ani nieskorzi Polocy ni mieli jakegoś opracowanego schematu ani
    dostatecznej wiedzy o ludziach,kierych majom zawrzyć.
    Mom tu też tako mało luka we wspomniyniach osobistych z wojny,bo mie do 1947 roku sam nie było.
    Jak my przijechali to sytuacja była już "uregulowano",jak idzie w tych sprawach użyć takigo słowa ale idzie o to,że już ludzi nie zawiyrali bez podowania choby pretekstu.
    Siedmiu abo ośmiu moich kolegow ze szkoły zawarli za jejich gupota. Sondziyli ich z podejrzynio o przinależność do Wehrwolfu.
    Ostatecznie te oskarzynie upadło ale i tak dostali po 6- 7 lot za próba obalynio ustroju.
    Szczegóły to już oddzielno a pouczajonco historia.
  • berncik 23.01.12, 22:21
    Bracie Jakuba:Nie wia czi byda Ci to umiou ku Twojemu zadowoleniu odpedziec.Bo czamu tych ludzi zawierali we Lagrach ,?to mosz wiency prziczyn.
    Nojwazniejszo boua ze, Poloki potrzebowali miejsce dlo repartriantow zza Buga.A potym to juz kozdy pretekst bou dobry.Od mojej Schwiegermutry Matka ze bechindertom Cerom tysz we Blotnicy zawarli bo Gorolowi se gospodarka podobala. Za interwencjom soutysa w komandanturze we Strzelcach jom wypuscieli po pou roku.Jak prziszla nazot do Poremby to Gorole juz tam siedzieli i za jakis czas kozali im se wyniesc.(Zebrali ze sobom wszystko co nie bouo jejich)Inaczi zas UB suchauo pod oknoma na wieczor czi ludzie suchajom Niemiecky Radio
    Rano prziszla policja zebrali cauo rodzina do katowni na przesuchanie i juz ich nie bouo.
    Kablowanie napewno tysz bouo bo ludzie som jake som.Zdrugej strony bouo duzo solidarität
    miendzy miejscowymi ludzmi .Moj Schwiegervatter bou we wiadomej Parti dos aktiv, ale przez to nie musiou byc zly.Dos duzo ludziom pomogou i bez wojna jak Rusy wlezli to mieli poune gospodarstwo ludzi co se boli.Po Latach przijechou i dugo we gorolowicach nie wytrzimou
    Jak szou do ratusza to se zawsze pytou.Jak dugo wy warszawske zlodzieje chcecie nos jeszcze okrodacRoz Go zawolali pedzieli Opa jedz se do Rajchu.Gospodarka przepisou Synowi a som pojecho bo se nie umiou mit der Polnischen wirtschaft pogodzic.to juz bouy koniec 60 lot.Im wieksze gospodarstwo tym wieksze bouy represje,bo to byli te przislowiowe kulaki.Zawierali do lagrow ludzi co nie umieli obowionskowe odstawy spelnic .Najpierw im zebrali bydlo konie i maszyny ,a potym ich zawierali.We Strzelcach zagniezdzioua se nojwiekszo chouota ze Sosnowca .Wszystke prezesy przetsiembiorstw ,dyrektory firm,sekretarze partyjni,to byli nieuki i zlodzieje zza Brynicy.Jo wiem o czym godom .Bo jo przez przipadek dostou se roz do tego grona .Bo jedyn jem pedziou ze jo je godny zaufania,
    i Oni se przescigali w opowiadaniu o starych czasach jak po wojnie tych ludzi se starali po prostu ujebac.Za nic. Wymieniali nazwiska ludzi ze wsiow kerych znou.Jo ino przitakiwou ,a oni ty jestes mlody sluchaj i uczsie.Ta przeklynto banda zachowywala sie jak zaborca,a dzisiej nie jest inczi ino zakamuflowano.
  • 1fatum 23.01.12, 23:35
    Znam z opowiadania mieszkańca śląska opolskiego o tamtych czasach.
    Oprócz powodów wcześniej podanych najwięcej aresztowań i prześladowania było w wyniku denuncjacji sąsiadów-Polaków. Okazało się, że repatrianci byli bardziej ludzcy od miejscowych.

    Podobnie było z donosami w Warszawie w czasie wojny. GESTAPO nie dawało rady "przerobić" donosów. Podobnie i w tym powojennym przypadku nowa władza bez donosicieli byłaby ślepa i głucha.

    Jak zawsze aktualny jest zwrot: "Uprzejmie donoszę, aczkolwiek z wrodzonym wstrętem, albowiem mam to we krwi, że ...... (dalej mamy treść donosu)".

    Mniej inteligentni i niepiśmienni szli osobiści do władz donosząc na sąsiadów.

    --
    ****************************************************************
    Odważni żyją krótko. Tchórzliwi nie żyją wcale. Kim więc jestem?
  • berncik 24.01.12, 19:43
    Krew na śniegu

    Historia
    653 (4)

    W dniu, w którym ukazał się ten numer Strzelca, mija 67. rocznica śmierci proboszcza Karla Langego. Zginął z rąk sowieckich żołnierzy i nawet po śmierci uratował wiele mieszkańców Strzelec przed strasznym losem.

    Z MIESZANEJ RODZINY
    Karl Lange urodził się 21 lutego 1870 r. w Wolanach (wówczas Ober Schwedeldorf) w powiecie kłodzkim. Jego ojciec, Otto, pochodził z Westfalii i był najmłodszym potomkiem właścicieli stalowni. Pełnił funkcję agronoma. Matka, Anna, była córką właścicieli karczmy i gospodarstwa rolnego. Małżeństwo to dochowało się 10. dzieci, z których dwoje, Karl i Ernst, zostali katolickimi duchownymi. Nie było to takie oczywiste, ponieważ tylko matka była katoliczką. Otto Lange był ewangelikiem.

    Z czasem rodzina przeniosła się do Roszkowa (Roschkau) koło Raciborza, gdzie Otto otrzymał posadę starszego inspektora na dobrach ziemskich księcia Lichnowskiego. Umarł w Rokitnicy (dziś dzielnica Zabrza) na plebanii swojego syna Ernsta. Pierwotnie pochowano go w Gogolinie, a po śmierci małżonki Anny, w 1938 r. przeniesiono jego szczątki do wspólnego grobu na cmentarzu miejskim w Opolu.

    KAPŁAN UBOGICH
    Powołanie Karl Lange poczuł po zdanej w Opolu maturze. Studia teologiczne odbył w latach 1890-1895. W tym czasie aktywnie uczestniczył w wielu organizacjach - m.in. w katolickiej korporacji studenckiej Winfridia. Na kapłana wyświęcił go 25 czerwca 1895 r. kardynał Georg Kopp. Jako wikary pracował w parafiach Mochów-Pauliny (Mochau) w latach 1895-1898, w Głogówku (Ober Glogau), by w 1902 r. przenieść się do Gogolina.

    Dał się poznać jako niezwykle zaangażowany i powszechnie lubiany duszpasterz, który koncentrował się szczególnie na wychowaniu młodzieży. Jego charakterystyczną cechą było to, że troszczył się o dwujęzyczność nauki, przy czym większy nacisk kładł na naukę języka polskiego. Był też całkowitym abstynentem. Od 1897 r. nie pił alkoholu i nie używał tytoniu.

    W Gogolinie zajął się wybudowanym w latach 1899-1901 nowym kościołem pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa. W 1903 r. został on podniesiony do rangi parafii. W 1904 r. powstał cmentarz parafialny, w 1908 wybudowano plebanię z salką katechetyczną.

    Ksiądz Lange patronował licznym organizacjom katolickim. Założył bibliotekę z polskimi i niemieckimi książkami. Angażował się w pomoc finansową i żywieniową dla najuboższych parafian. Z jego inicjatywy kościół otrzymał dzwony i nowy główny ołtarz, a obok szpitala powstała szkoła gospodarstwa domowego dla dziewcząt i panien.

    W WIELKICH STRZELCACH
    Po śmierci ks. dziekana Maksymiliana Ganczarskiego w 1925 r. K. Lange został w marcu 1926 r. powołany do parafii św. Wawrzyńca w Strzelcach. Zatroszczył się o doposażenie kościoła. Pod jego przewodnictwem powstały dwa nowe ołtarze boczne (w prawej stronie transeptu), wykonano instalację grzewczą i zamontowano dodatkowe piszczałki organowe. Cały kościół został też wymalowany. Poza tym, utworzono świetlicę i czytelnię dla młodzieży oraz wybudowano pomieszczenia katechetyczne.

    W 1927 r. ks. Lange założył Katolickie Biuro Ludowe, którego celem było niesienie pomocy potrzebującym w całym powiecie strzeleckim. Czynnie wspierał budowę osiedli robotniczych w Strzelcach Wielkich i Zawadzkiem. Zorganizował w parafii i dekanacie stację „Caritas”. W czasie wojny odprawiał msze święte w kościele św. Barbary dla robotników przymusowych pracujących dla Trzeciej Rzeszy. Był opiekunem katolickich grup młodzieżowych, z którymi jeździł na wycieczki.

    W styczniu 1945 r. klęska niemieckiego wojska była już oczywista. Front zbliżał się do miasta w przerażającym tempie i mieszkańcy uciekali na wszelkie sposoby. Do wyjazdu namawiano też proboszcza, który kategorycznie odmówił. - Rosjanie to też ludzie - odpowiedział i pozostał.

    20 stycznia w sobotę sowieckie samoloty ostrzelały na stacji kolejowej pociąg z uciekinierami. Wielu zginęło. Ksiądz Lange przybył na dworzec, by udzielić im ostatniej posługi i pocieszać żyjących. Następnego ranka po ulicach Strzelec niósł się już chrzęst gąsienic czołgów Czerwonej Armii.

    Początkowo ekscesów nie było, ale wkrótce zaczęły się morderstwa, grabieże i gwałty. Żołnierze polowali na kobiety niezależnie od tego, jak były urodziwe i w jakim były wieku. Proboszcz wielokrotnie stawał w obronie mieszkańców. Część z nich, w większości kobiet, znalazła schronienie w krypcie pod prezbiterium strzeleckiego kościoła.

    Jednego razu czerwonoarmista wywlekał urodziwą dziewczynę, która uczepiła się księdza, błagając go o ratunek. Nie wiadomo dokładnie, co się wydarzyło potem, lecz niektórzy świadkowie twierdzą, że żołnierz ją zostawił, grożąc przy tym proboszczowi - Jesteś zgubiony. Dziewczyna została potem złapana po raz drugi i zamordowana w tym samym dniu co proboszcz. Jej zwłoki zostały znalezione na Adamowicach za mostem kolejowym. Zmasakrowane ciało rozpoznano tylko dzięki szczątkom sukienki i długim warkoczom. Pochowano ją dopiero 22 marca 1945 r. Była to Ursüla Hawlitzschka urodzona 1 kwietnia 1929 r.

    TAJEMNICA ŚMIERCI
    24 stycznia na farę wkroczyła grupka sowieckich żołnierzy i zażądała zegarków. To było tak nagminnym zachowaniem, że nikogo nie zdziwiło. Sowieci budzili jednak przerażenie tym większe, że wszystkie zegarki były dawno już zrabowane. Takich odwiedzin strzelecka fara miała już wcześniej kilka. Kiedy nie dostali, czego chcieli, kazali proboszczowi i wikaremu iść z nimi. Na zewnątrz wikary przypomniał sobie, że ma jeszcze budzik i powiedział, że po niego pójdzie. Na odchodne ksiądz Lange miał za nim zawołać, żeby przyniósł mu kożuch, bo było mu bardzo zimno.

    Po jakimś czasie żołnierze odeszli. Najdziwniejsze jest to, że wikary nie wrócił na dwór i dopiero następnego dnia znaleziono ciało proboszcza. Być może po prostu bał się wrócić i pomyślał, że proboszcz został zabrany na przesłuchanie. Nie wiadomo nawet, kim był ów wikary. W tym czasie w parafii przebywali kapłani: ks. wikary Alojzy Jany (1903-1967), emeryt ks. radca Viktor Hruby (1864-1947) i prawdopodobnie ks. wikary Paul Krafczyk.

    Historia odnalezienia ciała Karla Lange ma kilka wersji. Jedna z nich mówi, że 25 stycznia znaleziono jego ciało przebite bagnetem na kościelnym placu. Inna opowieść głosi, że został on zamordowany w samym kościele, a jego zwinięte w agonii ciało wskazywało, że umierał w cierpieniu. Być może pchnięty w brzuch.

    Były ministrant, Werner Otzko, opisał swoje wspomnienia w książce. Rankiem 25 stycznia udawał się na mszę św. odprawianą o godzinie 700. Przeszedł przez ogród klasztorny i na prawo od zakrystii zobaczył ciemną plamę. Podszedł bliżej i znalazł martwego ks. Lange w miejscu, gdzie dziś w pobliżu znajduje się jego grób.

    Po śmierci proboszcza Sowieci rabowali, palili i mordowali na terenie miasta. Dnia 26 stycznia zabudowa miejska płonęła.

    Ciało proboszcza spoczęło na marach przed ołtarzem, obok zrzuconego przez sołdatów tabernakulum. Ubrane przez siostry zakonne w szaty kapłańskie spoczywało tam kilka dni. W tym czasie wielokrotnie żołnierze wchodzili do kościoła, aby poszperać i widząc zwłoki księdza po cichu się z niego wycofywali. To uratowało wielu mieszkańców miasta, ukrywających się w krypcie pod prezbiterium.

    Zwłoki księdza pochowano bez trumny 31 stycznia w miejscu, gdzie miał zginąć. Potem dokonano ponownego pochówku, już w trumnie, i wystawiono mu pomnik.

    W setną rocznicę urodzin księdza, 21 lutego 1970 r. odprawiono uroczystość, w której brała także udział delegacja z Gogolina, której przewodniczył ks. Stanisław Schulz. Z tej okazji w gogolińskim kościele zawieszono pamiątkową tablicę. W 1990 r. jedna z ulic została nazwana imieniem ks. Karla Lange.

    Od 2000 r. przeprowadzany jest jego proces beatyfikacyjny jako męczennika i ofiarę wojny.

    PIOTR SMYKAŁA, ROMUALD KUBIK
  • szwager_z_laband 25.01.12, 18:48
    www.opowiescinieobecnych.org/index.html
  • berncik 25.01.12, 19:54
    Rzeź w Rożniątowie i Szymiszowie

    Historia
    603 (5)

    Historia lokalna
    Nadejście frontu w 1945 roku nie było katastrofą jedynie dla Strzelec. Mieszkańcy okolicznych wiosek również ponieśli ogromne straty. Po 20 stycznia, kiedy to do miasta wkroczyły wojska radzieckie, część żołnierzy niemieckich starała się ukryć w okolicznych osadach. Rychło zaczęła się akcja ich wyłapywania

    W tym czasie w Szymiszowie na przepustce przebywał Georg Kampa. Udał się do Strzelec by sprawdzić co się dzieje w mieście. Został zauważony i zastrzelony przez sowiecki patrol.

    W Szymiszowie, za kościołem w polu, stoi dom, w którym mieszkała Maria Grünberg. Została zamordowana 1 lutego. Brutalnie zabita została również Ursula Bartelt. Nie są znane dokładnie okoliczności jej śmierci.

    Do Rożniątowa sowieci wkroczyli 22 lub 23 stycznia. Dokładne daty wydarzeń są dziś trudne do ustalenia. Opodal rożniątowskiego wzgórza stoi samotny dom, w którym mieszkała rodzina Cibów. Dokonano tam egzekucji kilkunastu żołnierzy niemieckich. Pani Ciba sprzedała go później, bo nie była w stanie żyć w tym miejscu. Nie mogła zapomnieć widoku zwłok na swoim podwórzu.

    Egzekucji niemieckich żołnierzy dokonano również w piwnicy domu w koloni w Rożniątowie. Miała ich wskazać jedna z mieszkanek. Prawdopodobnie doszło do potyczek, bo zwłoki żołnierzy z obu armii leżały we wsi do połowy lutego. W sumie 36 ciał. Najgorsze były jednak zbrodnie dokonywane na ludności cywilnej.

    MŁYN HERZLA
    Według jednej z wersji to Wiktor Herzel strzelał najpierw do sowieckich żołnierzy. Dziać się to miało 29 stycznia. Najprawdopodobniej jednak to któryś z mieszkańców doniósł o przeszłości ojca rodziny. Przez pewien czas Wiktor Herzel (1881 – 1953) był zawodowym żołnierzem w armii pruskiej. Walczył podczas I wojny światowej, a jego syn, Herbert, służył w armii hitlerowskiej. Zginął niedługo po tych wydarzeniach - w marcu 1945 roku pod Niemodlinem.

    Sowieccy żołnierze weszli na teren gospodarstwa Herzelów i wyrzucili mieszkańców na zewnątrz. Ich płacz i krzyki usłyszał Silvester Adamik (1878 - 1945), sąsiad. Pobiegł zobaczyć co się dzieje i został zastrzelony. Pochowano go dopiero w sierpniu 1945 roku w Strzelcach. Być może jego ciało leżało do tego czasu niepogrzebane, lub złożono go tymczasowo w innym miejscu.

    Podczas zamieszania Wiktor Herzel został ranny. Udało mu się jednak uciec z domu przez małe okienko. Pomógł mu w tym podeszły w latach Johann Grzeschik (1881 – 1945), który sam został wyciągnięty na podwórze i postawiony ze wszystkimi na placu. Starał się przekonywać żołnierzy o niewinności mieszkańców. Bezskutecznie.

    Zakończyłoby się to pewnie masakrą, gdyby nie rosyjski oficer, który nadjechał w ostatniej chwili. Zaczął krzyczeć na żołnierzy. Kiedy nie dawało to skutku, po prostu wyciągnął pistolet i jednego z nich zastrzelił. Potem kazał żołnierzom się wynosić i mieszkańcom młyna dać spokój.

    Nie był jednak koniec tragedii. Johann Grzeschik wracał do domu z konewką mleka. Nigdy do niego nie dotarł. W połowie drogi dopadli go żołnierze, zaczęli kopać i bić kolbami. Opierał się przed wejściem do domu, by sowieci nie udali się za nim. Został zabity we własnym ogrodzie, najprawdopodobniej z zemsty przez kolegów zastrzelonego żołnierza. Udało mu się uratować resztę rodziny, chociaż jego wnuki wychowywały się bez dziadka i rodziców. Ich matka, Marianna Grzeschik zd. Koprek (ur. 1905), zmarła jeszcze w 1942 roku a ojciec, Josef, zaginął na froncie pod koniec wojny.

    Członkowie rodziny Herzel powtarzali potem, że przeżyli dzięki Johannowi Grzeschik.

    DOM RODZINY GAWLIK
    Nie wszyscy mieli tyle szczęścia. Wiele dni po wkroczeniu wojsk mieszkańcy Rożniątowa zorientowali się, że z komina domu Gawlików nie wydobywa się dym. Okna były zasłonięte a w oborze ryczały niewydojone krowy. W końcu sąsiedzi postanowili sprawdzić, co się stało i odkryli ciała.

    Są dwa scenariusze tego co się stało. Jedna z wersji mówi, że w domu przebywał niemiecki żołnierz na przepustce. Był członkiem rodziny. Kiedy do wsi wkroczyli sowieci, miał brawurowo uciec w cywilnym ubraniu w kierunku rożniątowskiego wzgórza. Żołnierze go nie dogonili. Nieszczęśliwie jednak z kieszeni wypadły mu dokumenty wojskowe, które zostały znalezione przez Rosjan. To ich rozwścieczyło i wrócili do domu Gawlików.

    Inna wersja mówi, że ktoś ze wsi doniósł, że w gospodarstwie Gawlików ukrywają się niemieccy żołnierze. Sowieci obstawili dom i go przeszukali. Kiedy nie znaleźli nikogo brutalnie wymordowali całą, trzypokoleniową rodzinę.

    Możemy tylko zrekonstruować wydarzenia. Domownicy zostali prawdopodobnie brutalnie przesłuchani. 62–letni Hyazinth Gawlik próbował uciekać, ale został trafiony kulą w głowę. Jego żonę najpierw sowieci przypalali na kuchennym piecu a potem zastrzelili. Córkom – Emmie (lat 19) i Marii (lat 23) rozpruto bagnetami brzuchy.

    Adolf Gawlik (30 lat) został zastrzelony na oczach żony Marii i ich dzieci. Potem zabili także ją. Kula, która ją przeszyła, zabiła także 4–letniego syna Ernsta. Najmłodsze dziecko, rocznego Alfreda, jeden z żołnierzy przebił bagnetem.

    W połowie lutego 1945 roku zostali pochowani na starym boisku przy dzisiejszej ulicy Brzozowej.

    ZBIOROWA MOGIŁA
    W Rożniątowie zginęli także:

    • Paul Pieschzan (lat 35) zginął, broniąc żonę przed żołnierzami

    • Bernhard Gattner (lat 35). W czasie wojny w jego gospodarstwie pracowali robotnicy przymusowi z Ukrainy. Kiedy do wsi weszli żołnierze Armii Czerwonej, Ukraińcy mieli się skarżyć na złe warunki i traktowanie. Bernhard Gattner został zastrzelony na podwórzu przez sowieckich żołnierzy

    • Franz Simon (lat 44). Nie udało się ustalić, w jakich okolicznościach zginął

    We wspólnym grobie na starym boisku spoczęli wszyscy. Obok siebie leżeli żołnierze niemieccy, sowieccy i ich ofiary. Poległych żołnierzy ekshumowano 3 lata później. Żołnierzy Armii Czerwonej przewieziono na cmentarz wojenny w Koźlu. Niemieccy też powędrowali do Koźla, lecz zamiast osobnych kwater trafili do wspólnego dołu.

    Mieszkańcy Rożniątowa dłużej czekali na powtórny pochówek. Przez lata na starym boisku pojawiały się znicze. Dopiero w 1958 roku wydobyto ich ze wspólnej mogiły. Na rozkaz władz zostali ekshumowani i przewiezieni na cmentarz w Opolu, gdzie znów trafili do wspólnego grobu. Przez lata rodziny musiały wyjeżdżać do Opola by zapalić znicze na grobie swych krewnych.

    Dziś już niemal nikt nie odwiedza wspólnej mogiły mieszkańców Rożniątowa w Opolu. Większość krewnych dawno zmarło, a żyjący nie znają ich historii. Wspólna mogiła została rozplanowana, a na jej miejscu powstały nowe kwatery.

    PIOTR SMYKAŁ

    RED. ROMUALD KUBIK

    Powyższy artykuł powstał na podstawie wspomnień świadków i księgi zmarłych parafii św. Wawrzyńca w Strzelcach Opolskich.
  • berncik 26.01.12, 17:03
    Hodowla koni w Strzelcach Opolskich

    Historia
    591 (44)

    Strzelce słynęły w całej Europie ze swych koni. Zawdzięczają to pasji Andreasa Grafa Renard (1795-1874), który w 1825 roku założył stajnię w Olszowej. Hodowano tu ogiery pełnej krwi angielskiej oraz konie pociągowe. Najcenniejsze okazy hrabia Renard trzymał blisko siebie, w przypałacowej masztelarni, w której mieściło się 50 koni.

    Stadninę od 1861 roku prowadził syn hrabiego, Johannes Graf Renard (1829-1874). Konie z jego hodowli wygrywały największe wyścigi kontynentu. Odniosły między innymi zwycięstwa w wyścigach w Newmarket, Cambridge i Berlinie. 15 grudnia 1867 roku założono Deutschland Union-Klub, który miał na celu popieranie hodowli koni i promowanie wyścigów. Johannes Graf Renard został pierwszym prezydentem tej organizacji. W 1873 roku Graf Renard był pierwszym niemieckim zwycięzcą międzynarodowego biegu w Baden-Baden, który wygrał jego koń o imieniu Hochstapler.

    Kontynuatorem hodowli koni był Mortimer Graf Tschirschky-Renard, który został spadkobiercą Renardów po 1874 roku. Do końca II wojny światowej co roku odbywał się w Berlinie klasyczny bieg koni Hoppegarten nazywany Renard-Rennen (Bieg Renarda). Do 1945 roku konie były chlubą właścicieli dóbr strzeleckich. W setną rocznicę istnienia Union-Clubu (1967) urządzono w Baden-Baden tradycyjny dzień wyścigów konnych, w którym uwzględniono także Renard-Rennen.

    Po II wojnie światowej w mieście znów zaczęto hodować konie. W 1945 roku powstał Polski Związek Hodowców Koni, a jego zadaniem było odtworzenie tradycyjnych ras. Mimo wojny, w kraju pozostało dość dużo zwierząt z rodów ogierów oldenburskich, które stały się podstawą hodowli.

    Przez około 50 lat Strzelce Opolskie było znane z hodowli koni wyścigowych i zaprzęgowych. W 1950 roku w mieście powstał pierwszy ośrodek hodowli koni rasy śląskiej, przeznaczonych do celów rolniczych. Były to zwierzęta średniego wzrostu, dobrze ożebrowane, o posuwistym kłusie i dobrym stępie oraz dobrze wykorzystujące paszę.

    Od lat 60-tych XX wieku prężnie działał Ludowy Klub Jeździecki. Dyrektorem Stadniny Koni był wówczas Mirosław Wolek – były ułan, znawca koni i kolekcjoner militariów. Znany był z tego, że w czasie pracy po okolicy jeździł nie samochodem, lecz zawsze konno. Do czasu likwidacji klubu jeździeckiego prezesami byli: Rudolf Bomba, Stanisław Olszewski, Kazimierz Czajka, Marian Strumiński. Instruktorzy jazdy konnej to: Jan Czyż, Maria Szymańska, Wojciech Dąbrowski.

    W Ludowym Klubie Jeździeckim startowało wielu zawodników, którzy zdobywali nagrody w zawodach regionalnych i ogólnopolskich. Do najbardziej utalentowanych i znanych zawodników zaliczali się: Izabela Olszewska, Beata Sumera, Danuta Drożdż, Piotr Woźnica, Henryk Krok, Robert Urbański, Józef Witek, Arnold Karol, Stanisław Hutnik, Szczęsny Szymański, Andrzej Saganek, Jan Prus, Jerzy Grabelus, Leszek Manowski, Paweł Bomba i bracia Lipkowie.

    W latach 70-tych XX wieku koń śląski stracił na popularności ze względu na mechanizację rolnictwa. Utrzymanie tej rasy stało się nieopłacalne. W stadninie rozpoczęto chów koni do zaprzęgów, a także ogierów pełnej krwi i ogierów małopolskich. Pod koniec lat 80-tych ubiegłego wieku w Stadninie Koni w Strzelcach Opolskich było 70 klaczy oraz kary ogier Glockner, Centimo i siwy Eidam oraz ogier Lakmus.

    Trzeciego kwietnia 1996 roku wskutek trudności finansowych, decyzją Urzędu Wojewódzkiego w Opolu, Ludowy Klub Jeździecki w Strzelcach Opolskich został wykreślony z rejestrów klubów i rozwiązany.

    Z początkiem lat 90-tych Stadnina Koni w Strzelcach Opolskich popadła w trudności finansowe. Mimo tego nadal próbowała istnieć na wolnym rynku. Jednak po kilku latach, 31 stycznia 1998 roku, została podjęta decyzja o jej zamknięciu. Od 30 kwietnia 1998 roku rozpoczęła się likwidacja Stadniny Koni przez ustanowionego likwidatora. W wyniku tego konie przeniesiono do Książa, a majątek wyprzedano.

    W różnym okresie istnienia w stadninie pracowało od 200 do 600 osób. Znajdowały one zajęcie nie tylko w Strzelcach Opolskich, a także w gospodarstwach w Księżym Lesie, Kalinowie, Kalinowicach, Warmątowicach, Olszowej, Szymiszowie i Rozmierce.

    Dzisiaj w okolicy jest tylko kilku pasjonatów, którzy hodują konie dla rekreacji.
    PIOTR SMYKAŁA
    Romuald Kubik
  • berncik 27.01.12, 16:53
    Poczta w Strzelcach Wielkich

    Historia
    590 (43)

    Pierwsza regularna poczta rozpoczęła działalność w Strzelcach Wielkich w czasach austriackich. Placówka działała jednak inaczej niż dzisiaj. Przesyłki wysyłane były jedynie przez najbogatszych mieszkańców grodu, gdyż tylko oni mogli sobie na nie pozwolić. Punkt pocztowy znajdował się najprawdopodobniej w ratuszu. Oprócz tego, miasto lub właściciel zamku posiadali własnych kurierów.

    W 1697 roku w mieście istniała tzw. poczta przejściowa. W 1713 roku funkcjonowała już poczta stała. Przesyłki wysyłane były konno w dwóch kierunkach – do Wrocławia i Tarnowskich Gór. Dopiero stamtąd wędrowały dalej. Po pierwszej wojnie śląskiej, w 1742 roku, nastąpiła kontrola wszystkich placówek pocztowych na terenie Śląska. Do Strzelec przybył komisarz pocztowy Hänel, który wystawił placówce w mieście bardzo złą opinię. Nie znamy niestety szczegółów jego raportu.

    Ze względu na strategiczne położenie miasta wkrótce pocztę w Strzelcach otwarto na nowych zasadach. W połowie XVIII wieku na Górnym Śląsku istniały cztery urzędy pocztowe: Prudnik (Neustadt), Opole (Oppeln), Racibórz (Ratibor) i Tarnowskie Góry (Tarnau). Stacja pocztowa w Strzelcach Wielkich podlegała urzędowi pocztowemu w Opolu.

    Od 1744 roku w mieście funkcjonowała poczta osobowo-towarowa. Wtedy to został otwarty Pocztowy Punkt Przekazu, który w 1829 roku zmienił nazwę na Administrację Pocztową. W listopadzie 1850 roku poczta otrzymała nazwę „Gross Strehlitz nur. 1457”. Od 1845 roku poczta strzelecka zyskała stałe połączenie z otwartą wówczas stacją kolejową w Gogolinie, co usprawniło wysyłanie i odbieranie korespondencji. Od roku 1852 poczta miała połączenie osobowe z Żędowicami, Kolonowskiem (Colonowskie), później Zawadzkiem. Okresowo istniało także połączenie z Ujazdem (Ujest).

    Od lipca 1850 roku poczta nosiła nazwę Ekspedycja Pocztowa II klasy. 1 stycznia 1876 roku urząd ten podniesiono do rangi Urzędu Pocztowego I klasy.

    Z informacji zachowanych z 1825 roku dowiadujemy się wiele o pocztowych dyliżansach. Pasażer za jedną milę (7,5324 km) płacił 6 groszy i mógł w cenie biletu zabrać ze sobą 50-60 funtów bagażu (jeden funt to 405 gramów). Dyliżanse jedną milę przejeżdżały przeważnie w ciągu półtorej godziny, a w okresie zimowym w dwie godziny. Poczta konna była nieznacznie szybsza. Milę pokonywała w półtorej godziny – maksymalnie godzinę i czterdzieści minut.

    Z Wrocławia do Tarnowskich Gór odległość wynosiła 22,5 mili. Pasażer musiał za podróż pomiędzy tymi dwoma miastami zapłacić 5 talarów i 15 groszy. Nie miał zbyt wielkiego wyboru, bo dyliżans był wówczas jedynym publicznym środkiem transportu.

    Poczta konna ze Strzelec odjeżdżała we wtorki i piątki o godzinie 9.00. Natomiast przyjeżdżała do południa w niedzielę i środy. Dyliżanse pocztowe z pasażerami wyjeżdżały z miasta we wtorki i piątki w samo południe. Przyjeżdżały do miasta rankiem w środy i soboty.

    W XIX wieku nie wszystkie listy były wysyłane pocztą. Przesyłki ówczesnego właściciela zamku strzeleckiego, Andreasa Grafa Renarda (1795-1874), doręczali często specjalni kurierzy. Ten sposób był szybszy i pewniejszy. Najczęściej były to przesyłki wysokiej rangi i kluczowe dla działalności hrabiego. Poza tym, w ten sposób mógł je wysyłać w miejsca, gdzie poczmistrze nie docierali.

    Uzyskanie w 1880 roku połączenia kolejowego z innymi miastami usprawniło pracę poczty, lecz nadal utrzymano konie i dyliżanse. Później używano także samochodów pocztowych. Jeszcze w XIX wieku powstały ekspedycje lub agencje pocztowe w innych miejscowościach ziemi strzeleckiej. Na przykład: w styczniu 1864 roku utworzono ekspedycję w Kalinowicach, która w styczniu 1876 roku awansowała do rangi agencji pocztowej. W 1879 roku powstała agencja pocztowa w Błotnicy Strzeleckiej, w kwietniu 1887 roku – w Szymiszowie, a w czerwcu 1894 roku – w Rozmierce.

    W ówczesnym powiecie strzeleckim istniała jedna poczta I klasy w Strzelcach Wielkich (Gross Strehlitz). Siedem urzędów pocztowych III klasy w Zdzieszowicach (Deschowitz), Gogolinie (Gogolin), Krupskim Młynie (Kruppamühle), Leśnicy (Leschnitz), Ujeździe (Ujest), Fosowskiem (Vossowska) i Zawadzkiem (Zawadzki).

    W powiecie istniało także aż szesnaście agencji pocztowych: Błotnica Strzelecka (Blottnitz), Kolonowska (Collonnowska), Kamień Śląski (Gross Stein), Kamień Śląski – stacja (Gross Stein – Bahnhof), Jemielnica (Himmelwitz), Kalinowice (Kalinowitz), Kielcza (Keltsch), Myślina (Mischline), Obrowiec (Oberwitz), Rozmierka (Rosmierka), Zalesie (Salesche), Góra św. Anny (Sanct Annaberg), Żędowice (Sandowitz), Szymiszów (Schimischow), Izbicko (Stubendorf) i Żyrowa (Zyrowa).

    Znany dziś budynek Urzędu Pocztowego w Strzelcach wybudowano dopiero w 1894 roku przy ulicy Lublinieckiej (Lublinietzstrasse), obecnie ulica Marka Prawego. Pocztę wybudowano ze środków miejskich i dotacji państwa niemieckiego. Do 1945 roku w budynku znajdowała się poczta niemiecka, potem po przejęciu ziemi strzeleckiej przez władze polskie uruchomiono tutaj Pocztę Polską.

    PIOTR SMYKAŁA

    Romuald Kubik
  • berncik 28.01.12, 20:10
    view counter
    Barbórka

    Historia
    588 (41)

    Kościół świętej Barbary jest nieodłącznym elementem krajobrazu Strzelec Opolskich. Istniał zapewne już w XV wieku. Pierwsze wzmiankowanie pochodzi z 1505 roku. Z dokumentu z tego okresu wynika, że mieszkaniec Strzelec Jacob Kelka sprzedał Wazkowi Kobtia swój folwark leżący przed miastem. Patronka kościoła, święta Barbara, była w średniowieczu bardzo popularna i wiele świątyń przybierało jej imię. Wydaje się to zrozumiałe ze względu na burzliwe czasy. Święta Barbara była orędowniczką dobrej śmierci.
    Wielokrotnie w swej historii świątynia była odnawiana. Wynikało to z tego, że kościół od początku był zbudowany z drewna nie najlepszej jakości. Pierwsza wzmianka o takim remoncie pochodzi z 1550 roku.
    Barbórka nie była zawsze kościołem cmentarnym. W 1680 roku wybuchła w mieście zaraza. Ludzie nie wiedzieli wtedy, skąd przychodzi śmierć ani jak jej przeciwdziałać. Zdawali sobie jednak sprawę, że kontakt z innymi może skończyć się zarażeniem. Unikali więc jak mogli swoich sąsiadów. W 1680 roku w kościele świętej Barbary wikary Ulitzka udzielił ślubu gospodarzowi Adamowi Donat i jego żonie Hedwig. Uroczystość ta odbyła się za miastem zapewne właśnie ze względu na panującą zarazę. Po ustąpieniu moru kościół znów został poddany renowacji ze względu na zły stan obiektu.
    Dobroczyńcą kościoła był Georg Bassa (Baschin) zmarły w 1679 roku. Od lat był opiekunem kościoła i jego dobroczyńcą. Był jednym z zamożniejszych mieszkańców miasta. Po jego odejściu wdowa, Anna Bassa, zwróciła się do biskupa, by zgodnie z wolą męża odnowić przybytek. Z rodzinnego majątku wyznaczyła też fundusz w wysokości 100 talarów śląskich na utrzymanie kościoła. 10 maja 1683 roku otrzymała administracyjne pozwolenie na renowację od wrocławskiego biskupa pomocniczego Franza Karla Neandera.
    Już po roku kościół został pokryty dachem gontowym. Budową kierował były burmistrz Strzelec w latach 1668-1677/8 protestant Florentinus Waiser (Weiser). Prace zostały wykonane przez mistrza ciesielskiego Johannesa Brixi. Kościół został zbudowany z drewna bez użycia jednego gwoździa. Na belce poprzecznej kościoła do dziś można odczytać już mało widoczny napis budowniczych kościoła: 1690, Florentinus Waiser, Fridericus Waiser, Johannes Brixi.
    Według protokołu powizytacyjnego z 1687 roku o kościele św. Barbary zapisano:
    [...] Kościół św. Barbary dziewicy i męczennicy; ten jest położony na drugim skraju miasta w kierunku na Opole, nowo z drzewa w 1683 roku zbudowany przez niejaką mieszczankę Strzelec Annę Baschin (Bassa). Ona z polecenia swojego pierwszego męża zmarłego, który w testamencie ostatniej woli swoje, kościół ten kazał pobożnie zbudować, uczyniła z jego oszczędności. Wewnątrz trzy ołtarze z podstawami wymurowanymi. Główny ołtarz jest nowy, kosztowny, artystyczny, w górnej części złocony, świętej Barbarze poświęcony z daru wyżej wspomnianego księdza Balthasari Stanislaidis wykonany. Pozostałe dwa ołtarze nie są artystyczne. Zakrystia mała, drewniana po stronie ewangelii, jedno zadaszenie nad główną bramą, posadzka tylko w tylnej części kamienna, reszta wyłożona z desek, ambona półokrągła po stronie ewangelii. Ławek dotąd nie ma. Cmentarz na razie ogrodzony jest skromnie. Przy płocie na terenie tego kościoła stoją trzy skarbony. W dwóch daje się po 4 groszy kościelnym a z trzeciej większej 12 groszy, w sumie 20 groszy. Ten cały czynsz przekazywana jest radzie strzeleckiej. Rozporządziłem, by ks. dziekan razem z Florentino Weiser, który powyżej wspomnianą Annę Baschin (Bassa), wdowę pojął za żonę i ten kościół budował i o niego się troszczył, ten czynsz prawnie otrzymali i dla kościoła przeznaczyli. Wspomniany pan Florentino niech otrzymuje ofiary, jałmużny i inne przychody tego kościoła bez zawiadomienia archiprezbitera. Powinien jednak wiedzieć, że wszystkie dochody i przychody otrzymane z zewnątrz ma wiernie zapisywać i być gotowym zdać sprawozdanie z tego, gdy kościół w całości wewnętrznie będzie ukończony. Ks. Archiprezbiter niech się postara odzyskać klucze kościoła, gdyby wspomniany pan Florentino ich nie chciał wydać, lecz chciał je u siebie zatrzymać, bo przecież klucze bezzwłocznie raczej u proboszcza powinno być trzymane, aniżeli u człowieka świeckiego i to jeszcze nie katolika. Także wypada, by wspomniany opiekun i zarządca kościoła pan Florentino o jakichkolwiek przychodach i rozchodach powiadamiał ks. Archiprezbitera, za jego wiedzą i radą troszczył się kościół i o wszystko, co dotyczy kościoła się dopytywał. Przeciwnie w tych sprawach często pan Florentino zawinął wobec ks. Archiprezbitera, skoro w święto św. Barbary zostały pomniejszone nabożeństwa a w skutkach ofiary i jałmużny na kościół się pomniejszyły, także dlatego ks. Archiprezbiter z ambony w swoim kościele ogłosił, że w przyszłości tam nie będzie nabożeństwa w uroczystość św. Barbary, co zamierza uczynić nie jak z innego powodu, jak dlatego, że nie ma kluczy kościoła. Zamierzałem do tego, by pomiędzy dwoma spierającymi się zawarto dobrą umowę, lecz pan Florentino zaproszono do parafii nie chciał przybyć w czasie wizytacji. Ten kościół ma jeden kielich, nowy pozłocony z pateną i jeden ornat czerwony z darów ks. Balthasari Stanislaidisa [...]. (źródło: Jungnitz J., Visitationsberichte der Diozese Breslau, erster Teil. Breslau 1904. Tłumaczenie z języka łacińskiego na polski dokonała dr Beata Gaj)
    W 1720 roku kościołowi, z braku dokumentów, groziło to, że nie miał być konsekrowany. W 1727 roku proboszcz Ernst Joachim von Strachwitz ufundował małą barokową wieżyczkę z baniastym hełmem na dachu kościoła. W XVIII wieku nabożeństwa w kościele odbywały się tylko w dzień patronki świątyni. W połowie XVIII wieku wzmógł się kult św. Barbary i w 1754 roku w niedzielę po św. Wawrzyńcu proboszcz von Strachwitz założył Bractwo Świętej Barbary w obecności licznie zgromadzonego duchowieństwa i wiernych. Papież Benedykt XIV zatwierdził bractwo i nadał jego członkom przywilej odpustu zupełnego, jeżeli w dzień święta tytularnego, po godnej spowiedzi i komunii świętej, zwiedzą kościół, kaplicę lub ołtarz patronki. W 1754 roku do Bractwa św. Barbary należało 367 wiernych. Byli zapisani w specjalnej księdze, dobrze oprawionej, przechowywanej w czerwonym aksamitnej szkatule.
    Do Bractwa należało liczne duchowieństwo i okoliczna szlachta. Rektorem Bractwa św. Barbary był Norbert Graf Colonna - właściciel dóbr strzeleckich, ks. prałat Franz Georg Graf Strachwitz, proboszcz strzelecki, był promotorem, a Johann von Ziemitzky z Opola był asystentem. Członkami Bractwa byli między innymi franciszkanie z Góry św. Anny, Sidonie Gräfin Colonna, Wenzel i Sophie von Schneckenhaus, Anna von Prussincka, Katharina von Fragstein, starosta Karl von Raczek z Olszowy, Anna von Colonna, Katharina von Holly, Anna Gräfin Henckel zd. Colonna oraz dobroczyńca radny strzelecki Thomas Langer.
    Procesje Bractwa św. Barbary odbywały się przy muzyce i śpiewie w Dzień św. Barbary. Uroczystość była zawsze obchodzona tylko w ten dzień. Jednak w 1786 roku odbyły się dodatkowe uroczystości. 8 kwietnia tego roku odbyła się uroczysta procesja z powodu trzęsienia ziemi oraz w trzecie święto Zielonych Świątek. Od czasu do czasu procesje Bractwa św. Barbary odbywały się w dniach pokuty bez ustalonej daty.
    Po utworzeniu katolickiego gimnazjum, za zezwoleniem nauczyciel religii, w kościele były odprawiane przejściowo nabożeństwa szkolne. W 1838 roku zamknięto dla pochówku katolików dwa cmentarze - przy kościele św. Wawrzyńca i św. Krzyża. Cmentarz koło kościoła św. Barbary poszerzono według planów inspektora budowlanego Krügera.
    Po 1945 roku kościół przechodził kilka remontów. W 1968 roku ks. proboszcz kościoła św. Wawrzyńca, Faustyn Zbaniuszek, zlecił ekspertyzę i prace ratujące zabytek. Prace remontowe zostały zakończone w 1970 roku za ks. Stefana Baldego. W 1980 roku kościół otrzymał staraniem ks. Jerzego Stellmana, tabernakulum i pozwolenie na przechowywanie Naj
  • berncik 28.01.12, 20:40
    To jest dokonczenie;
    Po 1945 roku kościół przechodził kilka remontów. W 1968 roku ks. proboszcz kościoła św. Wawrzyńca, Faustyn Zbaniuszek, zlecił ekspertyzę i prace ratujące zabytek. Prace remontowe zostały zakończone w 1970 roku za ks. Stefana Baldego. W 1980 roku kościół otrzymał staraniem ks. Jerzego Stellmana, tabernakulum i pozwolenie na przechowywanie Najświętszego Sakramentu. Pod koniec 1997 roku ks. Wolfgang Jośko zlecił generalny remont pod nadzorem konserwatora zabytków, który trwał z przerwami prawie dziesięć lat do 2007 roku.
    Piotr Smykała
    Romuald Kubik

    http://www.gwarek.com.pl/uploads/articles/2329/big/2146.jpg?rand=285407624

  • berncik 29.01.12, 17:17
    Kowale w Wielkich Strzelcach
    Historia
    584 (37)

    Kowalstwo było jednym z najstarszych i najbardziej poważanych zawodów wykonywanych przez człowieka. Bez metalowych narzędzi i broni niemożliwy byłby rozwój naszej cywilizacji. Przez wieki kowal był otoczony mgiełką tajemnicy. Człowiek, który z grudy ziemi potrafił stworzyć miecz lub podkowę, był w społeczeństwach pierwotnych niemal magiem. Wraz z rozwojem cywilizacji magiczna moc kowali przyblakła, lecz nadal były to niezwykle ważne w każdej społeczności osoby.
    CECH KOWALI
    Powstał on w Strzelcach stosunkowo późno, bo dopiero w 1609 roku. Napisany został w języku polskim i czeskim. Cech kowali zrzeszał także zawody pokrewne – ślusarzy i rusznikarzy. Los dokumentu, na którym spisano prawo cechowe, wskazuje, że kowale może byli i dobrymi fachowcami, ale porządek to nie za bardzo lubili utrzymywać.
    W 1675 roku w siedzibie cechu stolarzy odkryto zniszczony dokument. Był zaniedbany i wyblakły. Logicznie rzecz biorąc stolarze uznali, że to ich dokument cechowy. Przy bliższych oględzinach okazało się jednak, że jest to spis praw cechowych kowali. Wypłynęło to dopiero, kiedy rada miasta zażądała od stolarzy tego dokumentu, by zatwierdzić jego artykuły.
    Pieczęć cechu miała w tarczy podkowę barkiem do góry, a poniżej skrzyżowany ze sobą pistolet skałkowy i klucz. Po bokach inicjały „I – S” – zapewne ówczesnego mistrza cechu. Na obwodzie znajdował się napis przedzielającymi gwiazdkami: SIGIL D SMID SLOSER STRL. Pieczęć pochodziła z końca XVI w. Wyryty wizerunek oraz napisy zostały wykonane bardzo nieudolnie, co może świadczyć o słabych umiejętnościach rytownika (D. Tomczyk, Pieczęcie górnośląskich cechów rzemieślniczych z XV-XVIII wieku i ich znaczenie historyczne).
    Przyjęcie do cechu kowali nie było prostą sprawą. Status wyraźnie ograniczał ilość rzemieślników w mieście. Kowal musiał pochodzić z prawego łoża. Uczeń, aby być przyjętym, musiał wkupić się opłatą 1 talara i 24 groszy. Dodatkowo musiał dostarczyć do cechu dwa funty wosku i pół achtela piwa. Zwolnieni z opłat byli tylko krewni mistrza, co promowało przechodzenie fachu z pokolenia na pokolenie w tej samej rodzinie.
    Czeladnik musiał uczęszczać w niedziele i święta na msze święte. Gdyby udowodniono mu nieobecność na mszy – musiał zapłacić karę w wysokości 2 białych groszy. Wstawać musiał o 3 rano i pracować do godziny 19-tej. Potem mógł pracować dla siebie, ale tylko do kolacji, po której miał zakaz trudzenia się. Pierwotne zapisy w statusie cechu kowali z biegiem lat ulegały poważnym zmianom.
    W 1927 roku w Strzelcach Wielkich istniały dwie kuźnie. Znajdowały się przy dzisiejszej ulicy Marka Prawego. Pierwsza należała do Philippa Donatha, druga do Franza Grzeschitzy. Istniały także trzy warsztaty ślusarskie. Jeden z nich należał do Theodora Galgana przy ulicy Krakowskiej, drugi do Wilhelma Retta przy ulicy Powstańców Śląskich, a trzeci – do wdowy Nimsch przy ulicy Jordanowskiej (Gartenstrasse) (1927 Adresbuch / Einwohnerbuch, Kreis Gross Strehlitz O/S, str. 38).
    W 1943 roku w mieście były trzy kuźnie. Na obecnej ulicy Marka Prawego kowalem był Georg Donath. W dzielnicy Suche Łany przy ulicy Kozielskiej znajdowały się dwie kuźnie – prowadzili je Johann Mrohs i Vinzent Notzon. W mieście znajdowały się też trzy warsztaty ślusarskie – Galgan Theodor (ul. Marka Prawego), Rett Wilhelm (ul. Powstańców Śląskich) i Schwitulla Franz (ul. Krakowska) (Einwohnerbuch für die Stadt und den Kreis Gross Strehlitz O/S, 1943, str. 51).
    16 POKOLEŃ
    Przez wieki kowalstwem parała się w Strzelcach rodzina Mrohs. Tradycję kontynuowano w tej rodzinie przez 16 pokoleń. Pierwsza kuźnia Mrohsów powstała w Strzelcach w 1609 roku, a więc równocześnie z założeniem cechu kowali. Bardzo prawdopodobne, że to właśnie oni są założycielami cechu. Nie jest powiedziane, że kowali wcześniej w mieście nie było, ale mogli działać bez uregulowań prawnych. W 1662 roku jako starszy cechowy wymieniony jest Johann Mrohs. Gdzie miał kuźnię, nie udało się ustalić. Być może pierwotnie kuźnia znajdowała się w obrębie murów miasta. Jednak w wyniku zagrożenia pożarowego i hałasu zastała założona blisko miasta na Suchych Łanach, gdzie od wielu pokoleń Mrohsowie trudnili się kowalstwem.
    W mieście pracował też inny kowal. Paul Mrohs (zmarł 3 lutego 1928 roku w wieku 46 lat) nie posiadał swojego zakładu i nie był tu zameldowany. Jak podaje Księga zmarłych parafii św. Wawrzyńca – pochodził z innej miejscowości i tam został pochowany. Wynikałoby z tego, że nie był spokrewniony z Mrohsami strzeleckimi.
    Johann Mrohs, potomek wielowiekowej rodziny kowali wraz z innymi mieszkańcami Strzelec został w 1945 roku internowany na wschód, gdzie zginął. Miał 55 lat. W 1948 roku powrócił z niewoli jego syn, Georg, który odziedziczył kuźnię. Podczas weryfikacji miejscowej ludności w 1945 roku zmieniono mu imię na Jerzy Mróz. Pracował w kuźni do roku 1980, kiedy to przekazał ją swemu synowi – Janowi – ostatniej osobie z rodu parającej się tym zawodem.

    Jerzy Mróz pracował w kuźni do ostatnich dni życia. Zmarł w 1987 roku. Jego syn, Jan, zapadł na ciężką chorobę. Zamknął kuźnię w 1988 roku i przeprowadził się do Niemiec. Zmarł w Niedzielę Wielkanocną 2006 roku.
    Po zamknięciu zakładu jego matka, urodzona w 1919 roku, Agdnes Mrohs, napisała w języku niemieckim wiersz opisujący 350-lecie kowalstwa w rodzinie. Nie jest to wybitne dzieło, ale ukazuje przywiązanie do rodzinnej tradycji i żal po zamknięciu kuźni. Wiersz zaczyna się słowami:
    Zum Andenken an die alte Schmiede, den Schmied und die Pferde
    Unsere alte, stille, traurige Schmiede
    Steht da, als wenn sie ware sehr müde.
    Sie weint in sich hinein,
    Wie traurige muß der alten Schmiede sein
    W wolnym tłumaczeniu znaczy to:
    Na pamiątkę o starej kuźni, kowalu i koniach
    Nasza stara, cicha, smutna kuźnia
    Stoi, jakby była bardzo zmęczona.
    Płacze w sobie
    Jak smutno jest tej starej kuźni.
    Dziś w miejscu kuźni Mrohsów znajduje się zakład nie związany z kowalstwem.
    POZOSTALI KOWALE
    Druga kuźnia znajdowała koło kapliczki przy dzisiejszej ulicy Kozielskiej na Suchych Łanach. Założył ją mistrz kowalski Vincenty Nocon (urodzony 3 kwietnia 1882 roku w Słupsku koło Toszka) na początku XX w. Mistrz kowalski ożenił się 23 czerwca 1906 roku z zapoznaną na zamku sławięcickim służącą Amelią Titz. Po ślubie zamieszkali na Suchych Łanach w folwarku, gdzie dostał pracę w charakterze pomocnika kowala. Egzamin na mistrza kowalskiego zdał 4 maja 1908 roku pod nadzorem komisji egzaminacyjnej złożonej z przewodniczącego Wustmanna i członków Schotki, Mrohsa, Roberta Wloki i Philippa Donatha. Około 1909 roku obok stojącej kapliczki wybudował dom i kuźnię.
    Vincenty Nocon nie miał szczęścia do następcy. Jego najstarszy syn Josef (ur. 1908 – zm. 1987 w Japonii) uczył się kowalstwa tylko przez rok i poszedł za głosem powołania do służby Bożej. Wstąpił do Zgromadzenia Ojców Werbistów. Drugi syn Georg (ur. 1909 – zm. w Niemczech) także nie został kowalem, lecz podjął zawodową służbę w wojsku. Po 1945 roku pozostał na stałe w Niemczech. W 1951 roku Vincenty przeszedł na emeryturę, ale nadal pomagał w kuźni. Zmarł 27 października 1957 roku w wieku 75 lat. Kuźnię ostatecznie przejął jeden z jego uczniów Franz (po weryfikacji zmieniono mu imię na Franciszek) Wieczorek, który ożenił się w 1951 roku z najmłodszą córką Vincentego Noconia – Margerethe (Małgorzata) Nocon urodzoną 27 grudnia 1922 roku.
    Ostatni właściciel tej kuźni zmarł 7 lipca 1987 roku w wieku 71 lat. Od tego momentu kuźnia zaprzestała pracy i została zamknięta. Obecnie budynek służy do celów gospodarczych.
    Świat się zmienił. Nie ma już setek koni wymagających podkucia. Noże i narzędzia (niestety przeważnie Made in China) kupuje się w sklepach. Kowale jednak przeżywają swój renesans. Coraz popularniejsze jest kowalskie rękodzieło, z którego można dziś przyzwoicie wyżyć. Niestety, wielowiekowa tradycja kowalska zanikła w Strzelca
  • berncik 31.01.12, 22:04
    Wojna zaczęła się w Ligocie

    Historia
    531 (35)

    Pierwszego września 1939 roku rozpoczęła się II wojna światowa. Dobrze znane są relacje opisujące początek wojny po stronie polskiej. Zupełnie inną perspektywę na wypadki tamtych dni mieli jednak mieszkańcy Strzelec i okolicznych miejscowości. Trzeba pamiętać, że ze względu na swoje położenie na samej granicy Rzeszy, ziemia strzelecka służyła za punkt wypadowy niemieckich armii.

    Koncentracja wojsk rozpoczęła się pod koniec sierpnia 1939 roku. Mężczyźni w wieku poborowym objęci zostali mobilizacją. Na Śląsku znajdowała się jedna z głównych grup uderzeniowych Wermachtu. Grupa Armii „Süd” dowodzona była przez generała płk. Gerda von Rundstedta (1875-1953), a w jej skład wchodziły armie 8, 10 i 14.

    Wśród mieszkańców Strzelec, zwłaszcza tych pamiętających I wojnę światową, wzrastało zaniepokojenie. Napięcie polityczne rosło od dawna, lecz ludność do końca miała nadzieję, że wojna nie wybuchnie. Strzelczanie pamiętali, że w poprzedniej wojnie zginęło ponad 200 obywateli miasta – o mieszkańcach okolicznych wiosek nie wspominając. Nikt jednak, nawet największy pesymista, nie przypuszczał, ile ofiar pochłonie nowa wojna.

    Piekło zaczęło się 1 września o godzinie 4.02. Z lotniska w Ligocie Dolnej (ówczesna nazwa - Nieder Ellguth), wystartowała eskadra Jagdgruppe „Gentzen”. O 4.35 zjawiła się nad miastem Wieluń, leżącym 100 km od Łodzi. O 4.40 spadły pierwsze bomby. Ostrzał Westerplatte z pancernika „Schleswig-Holstein” nastąpił dopiero 5 minut później. Najpierw zbombardowany został wieluński szpital - mimo widocznego z daleka znaku czerwonego krzyża. Zginęły 32 osoby, w tym 26 chorych. Dzięki ofiarności personelu uratowano wielu chorych. Pielęgniarki w przyszpitalnym parku odebrały podczas nalotów dwa porody. Miasto było bombardowane z iście niemiecką precyzją i systematycznością. Samoloty wracały jeszcze o godzinie 6.00 i 9.00. Nalot zakończył się o godzinie 14.00. Miasto zostało zrównane z ziemią. Zniszczono 75% zabudowy. Zginęło 1200 mieszkańców.

    Ludność Strzelec obudził ryk lecących na wschód samolotów. W radiu na okrągło nadawane były komunikaty o rozpoczęciu wojny. Przez wiele dni obowiązywało zaciemnienie, gdyż obawiano się odwetu polskiego lotnictwa. Wkrótce do strzeleckiego szpitala zaczęli napływać pierwsi ranni na froncie. Byli tu leczeni zarówno żołnierze niemieccy jak i polscy jeńcy. Trzech z nich zmarło jeszcze na początku września. Byli to Jan Bendkowski (zmarł 4 IX 1939r.), Mieczysław Kukuła (7 IX) i Antoni Lacziński (10 IX). Wielu jeńców zmarło w następnych miesiącach. (Temat ten szerzej omówiliśmy w materiale dotyczącym strzeleckiego pomnika lotników.)

    Pierwszym mieszkańcem Gross Strehlitz, który poległ na wojnie, był Kurt Mainka (ur. 1919 r.). Zginął 2 września pod Gostyniem. Dziś jego grób znajduje się na niemieckim cmentarzu wojennym w Siemianowicach. 3 września w szpitalu zmarło z odniesionych ran dwóch niemieckich żołnierzy – Johann Thalhammer (ur. 1913 r. w Westerskirchen) i Franz Schwarz (ur. 1913 r. w Ringsee). Oboje są pochowani na cmentarzu św. Barbary w Strzelcach Opolskich, mogiły – 502 i 503.

    Propaganda hitlerowska działała pełną parą. 11 września 1939 r. w Strzelcach na Placu Żeromskiego (wtedy Hindenburgplatz) odbyła się ku czci poległych żołnierzy niemieckich duża manifestacja zorganizowana przez miejscową komórkę NSDAP. W czasie przemówienia powiatowego lidera partii Scholza nad placem przeleciał samolot wojskowy z flagą hitlerowską.

    PIOTR SMYKAŁA

    Romuald Kubik
  • berncik 01.02.12, 22:34
    Strzelce - styczeń 1945
    Historia
    499 (3)

    Jakiś czas temu w Strzelcach Opolskich na jednej z wystaw można było zobaczyć fotografie miasta sprzed wojny. Rynek wyglądał wtedy zupełnie inaczej i wszystkie kamieniczki wokół centrum miały niepowtarzalny średniowieczny charakter. Dzisiejszy wygląd Strzelec zawdzięczamy niedbałej o historię odbudowie miasta po wojennych zniszczeniach. Te zniszczenia nie były jednak spowodowane walkami, lecz prawdopodobnie jedną awanturą, jaka wybuchła pewnej styczniowej nocy 1945 roku. Opisywaliśmy już na łamach Strzelca Opolskiego jak najprawdopodobniej przebiegało wkroczenie wojsk radzieckich do miasta. Dziś wracamy do tego tematu z dwóch powodów. Po pierwsze - niniejsze wydanie tygodnika znajdzie się w kioskach dokładnie w 64. rocznicę opisywanych tutaj wydarzeń. Po drugie - udało się znaleźć nowe świadectwa o tamtych chwilach i być może rozwiązać zagadkę, która przez lata obrosła w legendę – dlaczego spalono nasze miasto? Aby jednak sobie na to odpowiedzieć, musimy cofnąć się do późnego wieczoru 20 stycznia 1945 roku.

    Przeczucie końca
    Pod koniec roku 1944 wśród mieszkańców Strzelec narastał niepokój z powodu zbliżającego się frontu wschodniego. Zachowania były podzielone. Część osób wyjeżdżała z miasta a część pozostawała w nadziei, że ofensywa Armii Czerwonej zostanie zatrzymana. Niepewności sprzyjał fakt, że wieści z frontu dochodziły z opóźnieniem, a to, co podawały oficjalne komunikaty, było w dużej mierze niewiarygodne. Wyjazdy rozpoczęły się mniej więcej w połowie stycznia, lecz każdego dnia liczba opuszczających miasto wzrastała. Wyjechali między innymi urzędnicy miasta, sklepikarze, handlarze i rzemieślnicy. W domach jednak zostały osoby starsze, schorowane i takie, które nie miały gdzie się udać.
    Wkroczenie wojsk radzieckich było zupełnie niespodziewane. Stało się to w sobotę 20 stycznia o godzinie 23.00. Wojsko weszło do miasta właściwie nie napotykając żadnego oporu. Pojazdy pancerne wjechały do centrum miasta i rozlokowały się na rynku i okolicznych uliczkach. Niedzielnego ranka mieszkańcy zastali miasto wypełnione wojskiem.
    Naoczne relacje świadków kłócą się z tym, co do tej pory było wiadomo o tamtych dniach. Według nich, mimo że żołnierzy było prawdopodobnie więcej niż mieszkańców, zachowywali się oni bardzo kulturalnie, a nawet przyjaźnie. Wiadomo, że piekarz Max Mehlich musiał upiec chleb dla głodnych żołnierzy, a ci mu w tym pomagali. Zwracali przy tym uwagę domownikom, którzy nosili na wierzchu biżuterię, żeby pochowali ją przed nadciągającą drugą falą armii. Ostrzegali, że można nawet z tego powodu zginąć. Świadkowie tamtych chwil twierdzili, że tych pierwszych żołnierzy można było polubić. Potem przyszli jednak następni.
    Front przesunął się w kierunku Toszka i po kilkudziesięciu godzinach nadeszła druga fala żołnierzy. Ci byli brutalni. Plądrowali domy. Czasem je palili. Mordowani byli zwykli mieszkańcy. Wiadomo między innymi, że na Adamowicach zginęli Thomas Janiel, masarz Puzik i kobieta o nazwisku Kaleta. Jej mąż został ranny, uciekł i słuch po nim zaginął.

    Ofiary
    Pierwsi zabici padli jeszcze przy wkraczaniu Armii Czerwonej do miasta. Młodzi chłopcy z organizacji Arbeitdienst pod dowództwem starszego mężczyzny pełnili służbę na wiadukcie kolejowym na trasie do Zawadzkiego. Poddali się bez walki. Zostali rozstrzelani i pochowani w pobliskim ogródku.
    W czasie radzieckiej ofensywy na Strzelce zginęło w okolicach miasta kilkudziesięciu żołnierzy i członków różnych formacji mundurowych. Dokładnej liczby nie znamy. Nie znamy ich imion i nazwisk. Ci, którzy się poddali, zostawali zaraz rozstrzeliwani. Po opanowaniu miasta przez następne kilka tygodni dochodziło do starć między radzieckimi i niemieckimi żołnierzami.
    Do krótkotrwałej walki doszło koło młyna Thiela (ulica Młyńska). Wynikiem starcia było kilkudziesięciu zabitych i rannych. Na placu obok młyna leżały przez wiele tygodni zwłoki ofiar.
    W okolicy tzw. Siedmiu Domów (dzisiaj ulica Wilkowskiego) na zachodzie miasta w ręce żołnierzy sowieckich dostał się niemiecki żołnierz około 50-letni Hyacinth Glinka, pochodzący z Grodziska (Grodisko). Na tej ulicy mieszkała jego kuzynka i w chwili wkroczenia wojsk sowieckich (20 stycznia 1945 r.) właśnie u niej przebywał. Kiedy żołnierze znaleźli jego mundur – zabrali Hyacintha Glinkę i rozstrzelali w pobliskim lesie.
    Wiadomo, że w okolicach Strzelec zginął także inny żołnierz pochodzący z Grodziska – Karl Switulla. Jego miejsce pochówku jest nieznane.
    30 stycznia 1945 r. zamordowani zostali Marta i Emanuel Biskup. Prowadzili sklep w swojej kamienicy i tam zginęli. Małżeństwo Luci i Pius Gabor zostało wywleczone ze swojego domu i pod miastem rozstrzelane w jednej z remiz. Stało się to po 25 stycznia 1945 r. Luci i Pius Gabor byli właścicielami sklepu obuwniczego oraz producentami obuwia marki Salamander.
    Najsłynniejszym morderstwem tamtych dni było zabójstwo ks. proboszcza Karla Lange. Stało się to późnym wieczorem 24 stycznia 1945 r. Prawdopodobnie po tym brutalnym morderstwie dzień później doszło do strzelaniny w centrum miasta. Nie wiadomo, kto zaczął, ale w strzelaninie zginęło kilku żołnierzy radzieckich. Wśród poległych miał być oficer sowiecki i prawdopodobnie to było przyczyną spalenia miasta.
    Wiadomo na pewno, że centrum miasta płonęło 26 stycznia 1945 r. Tego dnia wiele osób straciło życie z rąk sowietów. Poległego oficera radzieckiego przeniesiono do pierwszego domu po lewej stronie na dzisiejszej ulicy Wilkowskiego. Tutaj w jednym z pokoi zwłoki zostały umyte i przygotowane do pochówku. Żołnierze przenieśli je w otwartej trumnie na rynek, gdzie pochowali przed samym pomnikiem strzelca. Później, w maju 1945 r. władze polskie ustawiły pamiątkową tablicę. Około 1947 r. szczątki oficera wraz innymi poległymi żołnierzami Armii Czerwonej zostało przeniesione na cmentarz w Koźlu.
    Na dzisiejszej ulicy Strzelców Bytomskim także doszło do walk. Wydarzenie miało miejsce w późniejszym okresie bez udziału żołnierzy niemieckich. Wśród czerwonoarmistów doszło do nieporozumienia o alkohol i dlatego zginęło kilku żołnierzy i cywilów. Ofiary zostały później pochowane na końcu ulicy w lesie. Wśród zabitych był Josef Klosak – mistrz gorzelnictwa z Rozmierki.

    Krajobraz zniszczeń
    Zabici leżeli wszędzie. Trzeba pamiętać, że była to wyjątkowo sroga zima i nie było jak pochować zabitych – nawet jeżeli ktoś chciał się tego podjąć. Trupy mogły być też specjalnie pozostawione, by przestrzegały innych przed oporem. Po walkach z 25 stycznia 1945 r. wiele zabitych osób leżało na ulicach i placach przez kilka tygodni aż do pierwszej odwilży. Według uzyskanych informacji, miało być kilkudziesięciu zabitych. Zwłoki zgromadzono przede wszystkim na Wielkim Folwarku przy dzisiejszej ulicy Marka Prawego. Co się stało ze zwłokami - nie wiadomo. Nie wiemy, czy zostały pogrzebane lub spalone.
    W połowie lutego 1945 r. z rozkazu komendanta miasta wielu mężczyzn, a nawet kobiety zostały internowane do budowy okopów, rozbiórki zakładów i pomocy w różnych pracach na terenie miasta i powiatu. Większość internowanych wywieziono później do Związku Radzieckiego, skąd wrócili nieliczni. Ilu mieszkańców wywieziono, ilu zmarło, zostało zabitych, a ilu powróciło z ze wschodu – nie wiadomo.

    Legendy i Fakty
    Publikacje, jakie ukazywały się po wojnie, a traktowały o tamtych dniach, opierały się na dwóch filarach – propagandzie i domysłach. Trudno było wytłumaczyć, dlaczego „sojusznicze” wojska spaliły piękne średniowieczne miasteczko. Trzeba pamiętać, że centrum Strzelec było wypalone jeszcze w latach 60–tych, kiedy wzięto się ostatecznie za likwidację wojennych szkód. Aby znaleźć uzasadnienie tych zniszczeń, stwarzano opowieści – legendy. Kiedy jedna legenda pojawiała się wydana drukiem w gazecie lub książce, wkrótce znajdował się inny autor cytujący ją i traktujący jako pewnik. W ten sposób powstało mnóstwo historii związanych z wkroczeniem wojsk
  • berncik 01.02.12, 23:03

    Legendy i Fakty
    Publikacje, jakie ukazywały się po wojnie, a traktowały o tamtych dniach, opierały się na dwóch filarach – propagandzie i domysłach. Trudno było wytłumaczyć, dlaczego „sojusznicze” wojska spaliły piękne średniowieczne miasteczko. Trzeba pamiętać, że centrum Strzelec było wypalone jeszcze w latach 60–tych, kiedy wzięto się ostatecznie za likwidację wojennych szkód. Aby znaleźć uzasadnienie tych zniszczeń, stwarzano opowieści – legendy. Kiedy jedna legenda pojawiała się wydana drukiem w gazecie lub książce, wkrótce znajdował się inny autor cytujący ją i traktujący jako pewnik. W ten sposób powstało mnóstwo historii związanych z wkroczeniem wojsk sowieckich, które z prawdą miały niewiele wspólnego.
    Jedną z takich żelaznych legend jest śmierć niemieckiego generała Johannes’a Block’a. Był on dowódcą 56 Korpusu Pancernego IX Armii Polowej i miał zginąć właśnie w Gross Strehlitz. Po wielu latach poszukiwań Piotrowi Smykale udało się ustalić, że dokończył on swego żołnierskiego żywota pod Baranowem Sandomierskim nad Wisłą 26 stycznia 1945 r. Resztki jego korpusu uciekły na zachód, więc nie mogły mieć nic wspólnego z wydarzeniami w Strzelcach. Przez długie lata podtrzymywano jednak tę legendę, gdyż gloryfikowała dokonania Armii Czerwonej w Strzelcach.
    Wiele publikacji podaje, że miasto zniszczone zostało podczas walk. Miasto rzeczywiście zostało zniszczone i to w 80%, lecz długo po przejściu frontu.
    Jedną ze strzeleckich legend był desant niemieckich spadochroniarzy, jaki miał być zrzucony w okolicach Strzelec. Miało ich być od 150 do 300 i wszyscy mieli zginąć jeszcze w powietrzu, zastrzeleni przez żołnierzy Armii Czerwonej. Pogłoski mówią, że spadochroniarze zostali pochowani w Rożniątowie. Tymczasem, nie ma tam śladu takiego pochówku.
    Wiadomo, że podczas walk zginęło w Rożniątowie około 30 żołnierzy niemieckich i sowieckich. W rejonie Strzelec miało zginąć łącznie około 130 żołnierzy niemieckich i tylko część z nich straciło życie z bronią w ręku. Większość stanowili maruderzy i zagubieni, którzy zostali rozstrzelani zaraz po poddaniu się czerwonoarmistom.
    Piotr Smykała
    Romuald Kubik
    Jeżeli posiadają Państwo ciekawe informacje na temat historii regionu
    - prosimy o kontakt z autoramiStrzelce - styczeń 1945

    Pare fotkow
    wroclaw.hydral.com.pl/foto/244/244424.jpg
    wroclaw.hydral.com.pl/foto/242/242816.jpg
    wroclaw.hydral.com.pl/foto/242/242733.jpg
    wroclaw.hydral.com.pl/foto/69/69133.jpg
    img.odkrywca.pl/forum_pics/picsforum22/strzelce_opolskie.jpg
  • szwager_z_laband 02.02.12, 17:39
    a wiysz skond "on" pochodzi?

    krodo.pl/upload/places/I094-abf3efb.JPG
  • berncik 05.02.12, 18:01
    szwager_z_laband napisał:

    > a wiysz skond "on" pochodzi?
    >
    > krodo.pl/upload/places/I094-abf3efb.JPG

    Wiem .Tam kaj te lwy odloli. .Skont by tysz ino?
  • kubiss 05.02.12, 19:57
    To ich ojcowie pokonali waszych przodkow na wszystkich liniach wschodniego frontu .
    ________________________________________________________________

    www.youtube.com/watch?feature=endscreen&NR=1&v=SBUe-v7yBao
    ________________________________________________________________


    --
    Dissent ist the Highest Form of Patriotism
  • berncik 05.02.12, 20:08
    kubiss napisał:

    > To ich ojcowie pokonali waszych przodkow na wszystkich liniach wschodniego fron
    > tu .
    > ________________________________________________________________
    >
    > www.youtube.com/watch?feature=endscreen&NR=1&v=SBUe-v7yBao
    > ________________________________________________________________
    >
    >
    Kubisku oni se smioli z Gorolstwa takego jak ty, nie slyszoues jak godali nie nie nieeeee
  • szwager_z_laband 05.02.12, 20:06
    :)
  • kubiss 05.02.12, 20:49
    Dajta mi za tego linka jakas staro mopa .
    --
    Dissent ist the Highest Form of Patriotism
  • bratjakuba 05.02.12, 21:04
    kubiss napisał:

    > Dajta mi za tego linka jakas staro mopa .

    =================================

    http://www.mapywig.org/m/ALLIED/THE%20WORLD_1_25M_AMS_1944.jpg
    www.mapywig.org/m/ALLIED/THE%20WORLD_1_25M_AMS_1944.jpg
  • berncik 05.02.12, 22:11
    bratjakuba napisał:

    > kubiss napisał:
    >
    > > Dajta mi za tego linka jakas staro mopa .
    >
    > =================================
    >
    > www.mapywig.org/m/ALLIED/THE%20WORLD_1_25M_AMS_1944.jpg
    > www.mapywig.org/m/ALLIED/THE%20WORLD_1_25M_AMS_1944.jpg

    Kubiss i jego mopp Poleruj ta Bracikowo mapa az bydzie se swiecic jak twoja glaca kubisku boroczku.
    http://i.istockimg.com/file_thumbview_approve/9787948/2/stock-illustration-9787948-cartoon-cleaner-with-a-mop.jpg
  • berncik 07.02.12, 20:31
    http://www.strzelecopolski.pl/files/images/3846_3280.jpg
    Herby i symbole
    su, 31 styczeń, 2012 - 10:37

    Historia
    654 (5)

    Trzeciego czerwca 1907 roku progi świątyni w Strzelcach przekroczył biskup wrocławski Georg Kopp (1837-1914). Przybył, aby poświęć nowo wybudowany kościół. Z zaskoczeniem i zadowoleniem zauważył, że nad głównym ołtarzem po lewej stronie znajduje się jego godło. Można je zobaczyć i dziś w otoczeniu innych herbów.

    Po prawej stronie ołtarza umieszczono herb ówczesnego papieża Piusa X (1835-1914). Papież ten, oficjalnie Włoch, ma prawdopodobnie śląskie korzenie i jego rodzina pochodzić ma z Boguszyc obok Toszka.

    Po śmierci biskupa Georga Koppa w 1914 r. nad amboną umieszczono herb kardynała wrocławskiego Adolfa Bertrama (1859-1945). Naprzeciw ambony, po prawej stronie prezbiterium na tej samej wysokości, obecnie jest umieszczony herb papieża Piusa XI (1857-1939). Być może przedtem w tym miejscu istniał inny herb papieża Benedykta XV (1854-1922), który podmieniono po jego śmierci.

    Tradycja umieszczania aktualnych herbów biskupich i papieskich zanikła zupełnie w 1945 r. Istniejące już godła są odnawiane przy każdym remoncie kościoła.

    Kontrowersyjny orzeł
    W 1997 roku obyły się uroczystości 100-lecia konsekracji świątyni. Wierni zobaczyli wtedy z zaskoczeniem, że na ambonie pojawił się biały, dwugłowy orzeł. Wywołało to małe zamieszanie. Orzeł taki kojarzony jest z państwem niemieckim i często był odbierany negatywnie. Tymczasem, historia rzeźby i samej ambony sięga wojen śląskich i jest ona jednym z elementów wystroju kościoła pw. Św. Wawrzyńca, przeniesionych do nowej świątyni.

    Późnobarokowa ambona ozdobiona jest rzeźbami czterech ojców kościoła umieszczonych w płycinach oddzielonych wolutami. Po bokach umieszczono wyobrażenia aniołów. Baldachim wykonano w kształcie latarni z rzeźbą Matki Boskiej Wniebowziętej w otoczeniu czterech ewangelistów. Na zwieńczeniu widoczny jest Chrystus oraz cztery anioły.

    Ambona ufundowana została prawdopodobnie przez strzeleckiego proboszcza, ks. dziekana Ernsta Joachima Graf Strachwitz (1682-1753). Stało się to w przełomowym dla Śląska momencie. W 1740 r. na tron wstąpił Fryderyk II Wielki Hohenzollern (1712-1786), zwany Wielkim. Po ojcu odziedziczył rozbudowaną armię, którą szybko chciał wykorzystać, realizując swoje ogromne ambicje polityczne. Okazja nadarzyła się szybko, gdyż w sąsiedniej Austrii panowało zamieszanie po śmierci Karol VI Habsburg, cesarza Świętego Cesarstwa Rzymskiego, króla Węgier i Czech oraz arcyksięcia Austrii. Po zawarciu sojuszu z Saksonią uderzył na bogatą prowincję śląską i w dwa miesiące zajął ją wraz ze Śląskiem. Wojna trwała 2 lata, a potem potrzebne były jeszcze dwie, by Maria Teresa Habsburg, cesarzowa Austrii, na dobre pogodziła się z utratą Śląska.

    W 1742 r., kiedy to Wielkie Strzelce od roku znajdowały się w granicach Prus, zamówiono do kościoła nową ambonę. Ernst Joachim Graf Strachwitz jako jej najbardziej rzucającą się w oczy ozdobę zamówił jednak dwugłowego orła cesarstwa austriackiego. Mogło to wynikać z sentymentu księdza do katolickich władców Austrii lub niewiary, że władza pruska długo się na Śląsku utrzyma. Nowa ambona pojawiła się w kościele w 1742 r., lecz nigdy nie wzbudziła zastrzeżeń nowych władz.

    Orzeł wisiał tu do roku 1945. Po przejęciu miasta przez nowe władze rzeźba zniknęła i przez dziesięciolecia kurzyła się na kościelnym strychu. Tylko najstarsi mieszkańcy miasta pamiętali o jej istnieniu. Odrestaurowany orzeł zawisł na nowo w setną rocznicę poświęcenia świątyni i na trwałe wpisał się w obraz strzeleckiego kościoła.

    Romuald Kubik

  • berncik 23.02.12, 21:00
    Bandyci i rabusie

    Historia

    Przez trzy lata grasowali po całym Górnym Śląsku. Grali na nosie policji, łupili bogatych i pomagali biednym. Obrośli w legendę, która często przesłoniła prawdziwą historię.

    Wincenty Eliasz urodził się w 1845 r. w Malinie na Opolszczyźnie. Wiadomo, że karierę rozpoczynał jako drobny złodziejaszek w sklepach w Bytomiu i Gliwicach. Jego życie odmieniło spotkanie z Karolem Pistulką, urodzonym w 1848 r. Od 1873 do 1875 r. dowodzili oni razem bandą rabusiów. Według legendy Pistulka urodził się w Strzelcach Wielkich. W naszych księgach parafialnych nie ma jednak po nim śladu, a takowy odnalazł się w parafii w Strzeleczkach.

    Obaj rozbójnicy znani byli ze swojej bezczelności. Uwielbiali przebierać się za coraz to inne postacie. Raz wchodzili do miasta jako bogaci panowie, innym razem było to dwóch kominiarzy czy dziadów. Eliasz pozwalał sobie nawet na przysiadywanie w karczmach i wypytywanie policjantów o ich postępy w obławie. Powiadają, że często zostawiał pod kuflem kartkę. Kiedy żandarm sięgał po piwo, znajdował na przykład takie zdanie: "Tutaj pił z tobą Elias zbójca. Resztę zatrzymaj dla siebie". Innym razem Eliasz włamał się do kasy miejskiej i znalazł tam marną sumę. Dorzucił więc własną monetę i zostawił karteczkę: "Rada za słabo oszczędza, gdy następnym razem odwiedzę kasę, to oczekuję więcej. Ta jedna moneta jest na początek".

    Opowieści
    Bandyci stali się ulubieńcami prasy, która szeroko rozpisywała się na temat kolejnych ich wyczynów. Jeden z najzuchwalszych napadów dokonali w Katowicach, rabując kasę generalnej dyrekcji koncernu Thiele-Winckler. Zamiast rabować na miejscu wynieśli pierzynem wielko kasa pancerno, kiero wsadzili na fura zaprzagnieto w styry konie i wywiezli do lasa pod som Józefowiec, kaj dopiero brechsztangami udało sie jom łotworzyc. Znaleźli tam pieronem dużo złota i strzybła, i bardzo dużo piniedzy w złotych markach, a wszystkie papióry firmowe i inne akcyje to spolili (Krzysztof Wozniak, O zbójnikach z Bytomia i okolic cz. II).

    Jeszcze inne rzeczy ludzie sobie opowiadali. Jedna starsza pani wspominała:

    Gdy byłam młoda i mieszkałam w Rosamundehütte - osiedle hutnicze (obecnie dzielnica Nowy Bytom w Rudzie Śląskiej) na wschodzie Śląska, to przestępcy Elias i Pistulka w tym czasie byli bardzo niebezpieczni.

    Pewnego dnia musiałam przejść do Bielszowic (Bielschowitz). Droga prowadziła przez gęsty las. Poszłam razem z synami w wieku 8 lat i 10 lat. W drodze powrotnej dołączył do nas jeden pan, który zapytał dokąd idziemy. Opowiedziałam: ja z synami idę do domu i to szybko jak to możliwe, ponieważ w tym lesie grasuje Pistulka i dlatego się bardzo boję.

    Obcy pan odpowiedział mi: nie musicie się bać, ja idę tą samą drogą i gdy jestem z wami to nic się wam nie stanie. Zapytał, co ludzie mówią o Pistulce. Odpowiedziałam tylko, co musiałam. Przy tej okazji opowiedziałam mu jak to Pistulka w ostatnim czasie okradł szafę z pieniędzmi w Nowym Bytomiu. Pieniądze miał zakopać w lesie.

    Ten pan każdemu z moich synów dał po jednym talarze i powiedział: "Tu macie trochę na pamiątkę ode mnie. Zwykłym ludziom nie zrobię nic złego i dlatego szukam innych. Ja jestem Pistulka". W pewnym momencie zniknął w lesie. Ja byłam tak przestraszona, że nie mogłam zrobić ani jednego kroku dalej.

    Ludzie opowiadali, że Pistulce w udanych rabunkach pomagała magia. W młodości znaleźć miał w lesie kwiat paproci, którego dotknięcie otwierało wszystkie zamki. Inna legenda opowiada o magicznej trawie, jaką miał używać Eliasz. Ona również otwierała wszystkie zamknięcia.

    Działali głównie w okolicach Bytomia, Katowic i Mikołowa. Czynili wypady nawet do Kluczborka, Opola i Głogówka. W wielu miejscowościach istnieją legendy o zakopanych tam przez zbójów skarbach. Dzbany ze złotem i kosztownościami ukryte mają być w Obrowcu, Bytomiu, Chorzowie, Siemianowicach, Mikołowie, Sośnicy, Opolu i Pszczynie. Skarb w Bytomiu faktycznie został odnaleziony, więc w legendach tych może tkwić ziarno prawdy.

    Koniec kariery
    Karol Pistulka został ujęty w 1874 r. i rok później stanął przed sądem w Bytomiu i skazany został na śmierć. Według jednych został ułaskawiony przez cesarza Wilhelma II, a karę zamieniono na dożywocie, zmarł 28 grudnia 1876 r. Druga opowieść mówi, że Pistulka raz jeszcze zrobioł żandarmów za błozna. Oczekując na wykonanie wyroku śmierci w bytomskiej celi, zatruł się, połykając surowy tytoń.

    Wincenty Eliasz schwytany rok później po swoim kamracie, również skazany został na śmierć. Karę zamieniono na wieloletnie osadzenie w raciborskim więzieniu. Po 35 latach chciano zwolnić go za dobre sprawowanie, lecz Eliasz na własną prośbę zamieszkał w więzieniu, regularnie wyprawiał się do miasta na zakupy. Legendarny zbój stał się wielką turystyczną atrakcją Raciborza. Tajemnicą poliszynela było, że na starość powrócił do swojego pierwszego zajęcia i okradał sklepy z drobiazgów. Straty były niewielkie, a Eliasz przyciągał dodatkowych klientów, więc było to tolerowane. Zmarł 2 kwietnia 1918 roku.

    Eliasz i Pistulka dorobili się nawet swoich figur woskowych, wystawiane były w "Castans Panopticum" na Unter den Linden w Berlinie.

    Prawdziwy bandyta
    Pistulka zasłużył na miano śląskiego Robin Hooda. W historii regionu można znaleźć jednak osobników, którzy byli pospolitymi bandytami. Jeden z nich to Karol Sobczyk z Tworoga, który w młodości uczył się na szewca. Po wstąpieniu do wojska został strzelcem wyborowym, lecz kiedy zwolniono go do cywila, nigdzie nie mógł znaleźć pracy. Zajął się kłusownictwem i wkrótce okazało się, że w nowym fachu czuje się znakomicie. Wciąż uchodził obławom, aż w końcu Zarząd Dóbr Książęcych w Koszęcinie wyznaczył 500 marek nagrody za jego schwytanie. W II poł. XIX w. kłusowników zwalczano bezwzględnie. We włościach Donnersmarcków na przykład za zabicie kłusownika leśniczy otrzymywał premię w wysokości 10 marek.

    Sobczyka ze względu na jego opinię nazywano Rabsikiem. W końcu, w styczniu 1895 r., z powodu srogiej zimy poszukał schronienia u znajomego gospodarza, który wydał go skuszony nagrodą. 20 stycznia żandarm Fieber z kilkoma leśnikami zorganizowali obławę. Sobczyk położył celnymi strzałami z poddasza żandarma i leśnika Brolla, po czym uciekł. Bandyta przyrzekł zemstę zdrajcy, którego śmiertelnie postrzelił w marcu następnego roku. Teraz poszukiwany był już za trzy morderstwa. Za jego głowę wyznaczono niewiarygodnie wysoką nagrodę w wysokości 5300 marek i rozesłano listy gończe. Rabsik próbował uciec na teren Rosji, lecz miał pecha, bo trafił na pewnego chciwego balwierza, który spoił go dużą ilością wina ze środkiem usypiającym. Nieprzytomnego bandytę przewiózł taczką na policję.

    Po krótkim procesie Karol Sobczyk został skazany na karę śmierci w najnowocześniejszym zakładzie karnym w okolicy. W bytomskim więzieniu wprowadzono nowinkę techniczną. Otóż do tej pory w państwie pruskim wyroki wykonywano tradycyjnie - przy pomocy kata i topora. W Bytomiu zamontowano wynalazek Josepha Ignace Guillotina, paryskiego chirurga. Karol Sobczyk poczuł na sobie (dosłownie) dotyk nowoczesności i stracił głowę na gilotynie.

    Piotr Smykała, Romuald Kubik
  • szwager_z_laband 24.02.12, 07:41
    we lesie kole Laband tysz grasowali, a na ynku we wiynziyniu Eliasz siedziou i uciyk z tamtond
  • szwager_z_laband 24.02.12, 07:42
    miauo byc "na Rynku" = dzielnica Laband
  • berncik 24.02.12, 11:49
    Na rynku ?Tam tysz nic nie bouo zeby takygo szlo zawrzyc.Jo bych tysz ze tygo chlywika albo stodoly uciyk.Ale to juz bouy dwa karlusy,fajno geszichta.
  • berncik 24.02.12, 21:57
    Franz von Zawadzky

    Historia

    Pomnik stał przy głównej drodze w Zawadzkiem. Na kamiennym postumencie widniało popiersie faktycznego założyciela huty i miasta. Dziś w tym miejscu stoi dom jednorodzinny

    Nasz bohater nigdy nie uczył się zawodu hutnika. Początkowo zajmował się administrowaniem dóbr hrabiowskich w Strzelcach Wielkich. Urodził się 18 stycznia 1791 r. i pochodził prawdopodobnie z Krakowa. Franz von Zawadzky, powszechnie nazywany Benno, ożenił się z Barbarą z domu von Rudziński-Rudno, urodzoną 2 marca 1798 r. Barbara znacznie przeżyła swojego męża. Zmarła 1 października 1871 r. Podczas swych rządów w Kalinowie doprowadziła m.in. do remontu kościoła, wybudowania zamku oraz uregulowania zakresu powinności zagrodników.

    Kariera zarządcy dóbr była dobrym punktem wyjścia do zajęcia się nową inwestycją hrabiego von Renarda - dużą hutą żelaza nad Małą Panwią. Metal produkowany był tu już w XVII wieku. Opisuje to Walenty Roździeński w wydanym w 1612 r. dziele "Officina ferraria abo huta y warsztat z kuźniami szlachetnego dzieła żelaznego", w którym wspomina najważniejsze huty działające wzdłuż Małej Panwi.

    Bogactwem regionu była ruda darniowa nazywana przez okolicznych mieszkańców "rupiecią". Bogate złoża żelaza odkładały się tuż pod powierzchnią, więc ich wydobycie nie nastręczało problemów. Ruda darniowa miała postać pylistą, grudkowatą bądź układała się w twarde lite płyty o powierzchni do kilkudziesięciu metrów kwadratowych. Wydobywać ją było można także w zakolach rzek lub korzeniach drzew, gdzie odkładała się z przepływającej wody. Ciekawą cechą takich złóż rudy było to, że wyeksploatowaną warstwę wystarczyło przykryć na powrót darnią, by woda naniosła tam znów materiał.

    Po zajęciu Śląska przez Prusy zintensyfikowano wydobycie tego niezbędnego do rozwoju przemysłu metalu. Już w XVIII wieku powstały huty królewskie, w których zastosowano najnowocześniejsze wówczas technologie. Z czasem zakłady zaczęli otwierać prywatni właściciele ziem.

    Hrabia Filip Collona stworzył pod koniec XVIII wieku wiele małych zakładów - hutę w Kolonowskiem i na Regolowcu. Zreorganizował też hutę w Żędowicach, a w 1795 r. z jego inicjatywy wykopany został długi kanał hutniczy ciągnący się aż do Kolonowskiego. Jego następca, hrabia Andreas von Renard, stwierdził, że czas wybudować hutę w zupełnie nowym miejscu. Wybrano podmokły i zalesiony obszar nazywany "Moczydoły". Na czele huty postawił swojego zarządcę dóbr. Początkowo prężnie rozwijający się zakład z osadą nazwano od właściciela Andreashütte (nazwa ta powróciła w latach 1936-45 w ramach akcji nadawania miejscowościom niesłowiańskich nazw przez władze hitlerowskie). Wkrótce huta i rozrastająca się wokół niej osada zaczęły dominować nad Żędowicami, które do tej pory były największą miejscowością w okolicy i posiadały długą tradycję wytopu żelaza.

    Kiedy tworzeniem i zarządzaniem huty zajął się hrabia Franz von Zawadzky, nie miał on żadnego doświadczenia w tej dziedzinie. Długoletnia praktyka pozwoliła mu jednak zapoznać się z tajnikami wytopu żelaza do tego stopnia, że został w niej ekspertem. Pod jego przewodnictwem huta rozwijała błyskawicznie. W 1836 r. pracowało tam 40 robotników. W 1840 - już 160. Bardzo szybko hutę i osadę zaczęto nazywać "Zawadzky" z inicjatywy samego hrabiego Renarda.

    Prowadzenie huty dało mu także inne korzyści. W latach 1841-1848 był Przewodniczącym Sejmu Prowincjonalnego. Znaczny majątek, jaki zyskał, pozwolił mu na zakup od hrabiego majątku w Kalinowie, by z czasem rozszerzyć swoje włości o Jaryszów, Poniszowice, Niewiesie i Niekarnię.

    Franz von Zawadzky zmarł w Strzelcach Wielkich 19 czerwca 1849 r. w wieku 58 lat. Pochowano go obok kościoła pw. św. Wawrzyńca. Kiedy cmentarz zlikwidowano, nagrobki jego i jego małżonki znalazły miejsce w murze okalającym dawną nekropolię.

    W trzy lata po jego śmierci w Zawadzkiem odsłonięto pomnik z popiersiem faktycznego twórcy miejscowości. Przez ponad 100 lat upamiętniał powszechnie szanowanego człowieka. Pomnik zniszczono w 1962 r. Losy resztek obelisku nie są znane.

    Piotr Smykała, Romuald Kubik
  • berncik 28.02.12, 19:32
    Opowieść o dwóch księżach

    Historia

    Fryderyk Wilhelm IV nie podniósł korony z błota. W 1848 roku przez Europę przetoczyła się fala rewolucji zwana Wiosną Ludów. Na całym kontynencie chwytano się broni, by polepszyć swój los i wywalczyć udział w rządach, który zarezerwowany był do tej pory jedynie dla koronowanych głów. Jednym z epizodów tamtego okresu było uchwalenie przez parlament pruski projektu zjednoczenia państw niemieckich pod przewodnictwem króla Prus. Ten jednak dał do zrozumienia, że koronę cesarską odbierze tylko z rąk równych mu urodzeniem, królów i książąt, a nie motłochu.

    - Nie będę podnosił korony z błota - powiedział.

    Na zjednoczenie Niemcy czekały jeszcze 23 lata. Po wygranych wojnach z Danią i Austrią w 1870 roku, wdały się w konflikt z Francją, który dla tej ostatniej okazał się tragiczny. Rok później w podparyskim Wersalu Wilhelm I koronował się na cesarza Niemiec. Tym razem koronę wręczali mu już równi urodzeniem.

    Rzeczywisty sprawca połączenia się państewek niemieckich w jeden organizm, kanclerz Otto von Bismarck, wszystkimi sposobami dążył do zacierani różnic prawnych, religijnych i gospodarczych Niemiec. Za jedną z głównych przeszkód na tej drodze "żelazny kanclerz" uznał kościół, a w walce z nim znalazł gorliwego zwolennika - niemieckich liberałów. Postrzegali oni kościół jako organizację irracjonalną, szczególnie po postanowieniach Soboru Watykańskiego I i ogłoszeniu dogmatu o nieomylności papieża. O ile Bismarck walczył z kościołem jak z konkurencyjną dla państwa organizacją, o tyle niemiecka partia narodowoliberalna traktowała go już w kategoriach ideologicznych. Co ciekawe, kanclerz swoje posunięcia uzasadniał też tym, że katolicyzm bardzo ściśle powiązany jest z polskością. Polacy stanowili dużą część społeczeństwa pruskiego i Otto von Bismarck ze wszystkich sił starał się powstrzymać wzrost ich znaczenia w państwie. W 1871 r. rozpoczął się Kulturkampf, czyli walka o kulturę.

    Na początek zlikwidowano katolicki wydział w pruskim ministerstwie oświaty. Co roku w maju wprowadzano nowe ustawy, które m.in odebrały proboszczom parafii funkcję inspektorów oświaty w swoich parafiach. Nowe prawo wprowadzało zasadę, że funkcję tę sprawowali odtąd księża, będący już urzędnikami państwowymi. W kodeksie karnym pojawił się "paragraf o kazalnicy". Na jego podstawie duchowni, którzy w kazaniach zawarli wypowiedzi krytyczne wobec państwa, mogli zostać ukarani, z wtrąceniem do więzienia włącznie. Skasowano wszystkie klasztory, oprócz zgromadzeń szpitalnych.

    W ramach walki z polskością wprowadzono liczne ustawy represyjne. Niszczono też świadectwa kultury. Władze pruskie ogołociły na przykład gdański kościół Marii Panny ze skarbu, który dziś przyprawiłby o zawrót głowy. W jego skład wchodziły szaty liturgiczne uszyte z tkanin pochodzących ze starożytnego Egiptu i Mezopotamii zdobyte podczas wypraw krzyżowych, a także naczynia liturgiczne i relikwiarze. Większość z tysiąca przedmiotów rozsprzedano lub przetopiono, a część wiekowych haftów spruto by... zrobić z nich zdobienia oficerskich mundurów.

    Szczytem wojny o dusze była ustawa z 1873 r. Odtąd wyświęconym na księdza mógł zostać jedynie ktoś, kto ukończył niemieckie gimnazjum i uczelnię, a także zdał państwowy egzamin z historii, filozofii i literatury niemieckiej. Poza tym państwo mogło odrzucić każdą kandydaturę na kapłana. Księża nie mogli odwoływać się do papieża, zdając się jedynie na sądownictwo krajowe. Ci, którzy wykonywali posługę bez pozwolenia państwa, mogli być uwięzieni, przesiedleni, a nawet wydaleni z terenu cesarstwa.

    Katolicy, mimo represji, powszechnie bojkotowali "księży państwowych", a kapłani katoliccy nadal sprawowali swoją posługę. Na reperkusje polityczne nie trzeba było długo czekać. Już w 1873 r. papież Pius IX zerwał stosunki dyplomatyczne z Berlinem. Z czasem okazało się, że nawet "żelazny kanclerz" nie jest w stanie wygrać walki z wiarą i odczuwał coraz większy opór społeczny. Ustawy Kulturkampfu zostały w większości anulowane, a między kościołem a państwem doszło do kompromisu. Za koniec tego okresu uznaje się rok 1878, a także 1887, kiedy to nowo wybrany "papież dyplomata" - Leon XII nawiązał ponownie stosunki dyplomatyczne z cesarstwem niemieckim.

    Dwóch kapłanów

    W 1876 r. do parafii w Gross Strehlitz przybył nowy ksiądz, mianowany przez państwo. Johannes Mücke urodził się 16 sierpnia 1832 r. w Ujeździe. Został wyświęcony na kapłana 30 czerwca 1855 r. Na początku, w latach 1855-1859, pracował jako II wikary w Raciborzu, a od 4 października 1860 r. był proboszczem w Kluczu.

    Parafię w Strzelcach otrzymał po śmierci proboszcza Augustyna Bertzika. Był tu jedynym księdzem państwowym i spotkał się ze zdecydowanym oporem wiernych. Na odprawiane przez niego msze przychodziły jedynie osoby stare i schorowane, które nie były w stanie dotrzeć do innych świątyń. Można było je policzyć na palcach jednej ręki.

    W Strzelcach było jeszcze dwóch kapłanów, którzy potajemnie, często w domach wiernych, odprawiali nabożeństwa. Część mieszkańców miasta wybierała się do parafii w pobliskim Szymiszowie, Dolnej, Jemielnicy czy Rozmierzy.

    Przejęcie parafii przez państwowego kapłana odbierane było powszechnie jako ogromny skandal. Nowego proboszcza nie uznała także diecezja wrocławska, która ogłosiła oficjalnie, że w Strzelcach od 4 kwietnia 1875 r., od śmierci ks. Augustyna Bertzika panuje wakat.

    Sytuacja ta trwała do roku 1882, w którym to zniesiono oficjalnie funkcję państwowych księży. Johannes Mücke z wielkim bólem złożył swój urząd i wyjechał do Berlina, lecz oficjalnie pozostawał na swym stanowisku do roku 1887, do kiedy to pobierał państwową pensję. Zmarł w maju 1891 r. w Berlinie wróciwszy wcześniej na łono kościoła.

    Kościół pw. św. Wawrzyńca był praktycznie nieużywany do 1887 r. Podczas gdy wierni bojkotowali państwowego księdza, zakazane nabożeństwa odprawiał wikary, ks. Paul Gierich. Został przez to postawiony przed sądem i otrzymał nakaz opuszczenia miasta.

    Paul Gierich urodził się 27 czerwca 1843 r. (lub 1847 r.) w Rybniku. Pochodził z miejscowej rodziny kupieckiej. Ukończył lokalną szkołę, gimnazjum w Nysie i teologię we Wrocławiu. Na polecenie biskupa wrocławskiego Heinricha Förstera (1799-1881) wyjechał w 1863 r. do Rzymu, by kontynuować naukę w Collegium Germanicum. Po siedmiu latach uzyskał tytuł doktora filozofii i teologii. Święcenia kapłańskie przyjął 27 marca 1869 r. w Rzymie, lecz Wieczne Miasto opuścił dopiero w grudniu 1870 r., ponieważ został wcześniej zatrudniony jako stenograf na Soborze Watykańskim I.

    Ks. Gierich został wikarym w Strzelcach. Podjął się też prowadzenia wydawnictwa "Towarzystwa Bożego Grobu". Po tym, jak odprawiał "nielegalne" nabożeństwa i został zmuszony do wyjazdu, udał się do Cieszyna, gdzie podjął współpracę z miejscowym proboszczem Franciszkiem Śniegoniem (1809-1891). Pomagał mu w przygotowaniu sióstr boromeuszek do egzaminu nauczycielskiego. Do Strzelec wrócił tak szybko jak było to możliwe, jeszcze przed zmierzchem Kulturkampfu, i znów potajemnie służył miejscowym katolikom. Po zwróceniu kościoła wiernym w 1887 r. został administratorem parafii, którą to funkcję sprawował do roku 1891. Zmarł w 1906 r.

    Piotr Smykała, Romuald Kubik
  • berncik 08.03.12, 20:41
    http://www.strzelecopolski.pl/files/images/mapa-zaginione-wioski.jpg
    Zaginione osady
    Historia

    W bezpośrednim sąsiedztwie dawnych Strzelec Wielkich istniały także miejscowości, które prawdopodobnie nie zniknęły w wyniku zniszczeń wojennych. Bądź wchłonęło je rozrastające się miasto, bądź zostały opuszczone.

    Jakubowice (Jacobum)
    Są ostatnią wioską wymienioną w Liber fundationis episcopatus Wratislaviensis - księdze uposażenia biskupstwa wrocławskiego z ok. 1300 r.

    Jakubowice (apud Jacobum vlodarium) świadczyły dziesięcinę według zwyczaju polskiego w wysokości jednego wiadra miodu (urnam mellis). Zapewne był to niewielki folwark, którego właścicielem był w okresie sporządzania spisu włodarz książęcy, Jakub.

    Urząd ten wzmiankowany jest w księstwie strzeleckim jeszcze w 1323 r. (Petro vlodario nostro). Nie można wykluczać, że wspomniany folwark stanowił uposażenie tego książęcego urzędnika, nadzorującego prace i powinności książęcych poddanych. Wydaje się, że dominium to można z dużym prawdopodobieństwem lokalizować w bezpośrednim sąsiedztwie wioski Strzelce Polskie.

    Półwieś (Media villa, Halbendorf)
    Wieś była położona pomiędzy dzisiejszym dworcem kolejowym a kościołem św. Wawrzyńca, czyli mniej więcej w miejscu, gdzie obecnie siedzibę ma redakcja Strzelca Opolskiego.

    18 kwietnia 1330 r. Beldo, notariusz księcia Alberta Strzeleckiego, spisał dokument, w którym czytamy, że książę oddaje swojemu wiernemu poddanemu Henrykowi (Heinrich) Rulonis za żonę Jutę (Jutha) i przeznacza jej w posagu 7 łanów pola w Półwsi (in Media villa), leżącej przed miastem Strzelce.

    Zgodnie z ówczesnym prawem, gdyby małżeństwo okazało się bezdzietne, grunty te miały wrócić do majątku książęcego. Henryk (Henco), wywodzący się z mało znanego rodu, który swą nazwę wziął od leżącej na Górnym Śląsku miejscowości Rulowice, cieszył się uznaniem ze strony Alberta, skoro ten między 1328 a 1342 r. nadał mu część wsi Gąsiorowice.

    Małżeństwo z Jutą okazało się dla Henryka szczęśliwe, bo doczekali potomstwa, w tym co najmniej dwóch synów - Reinharda i Rulo, którym książę strzelecki potwierdził dziedziczne prawa do wsi Gąsiorowice. Nie można wykluczyć, że w rękach tej rodziny pozostał także majątek w Półwsi pod Strzelcami.

    W latach 1419-1421 z wioski tej pisał niejaki Mikołaj (Mikulas), świadkujący kilkakrotnie w dokumentach wystawianych przez Bernarda, księcia Niemodlina i Strzelec. Miejscem dawnej osady były łąki i polany pomiędzy dzisiejszym miastem a dworcem PKP. W 1615 r. burmistrz Swienteg płacił czynsz ze swojego majątku w Półwsi ówczesnemu proboszczowi strzeleckiemu.

    Czartkowice (Czartkowitz)
    Mała wieś położona na terenie lasu miejskiego w Hau Damnik w pobliżu dzisiejszych Podborzan. Wioska około 1305 r. oddawała biskupowi dziesięcinę de omni grano w postaci pszenicy, żyta, owsa, jęczmienia i grochu o wartości 1 marki dawnej waluty.

    Można przypuszczać, że od początku miejscowość znajdowała się w rękach prywatnych. Z zachowanych przesłanek źródłowych wynika, że w pierwszej połowie XIV stulecia doszło do podziału miejscowości. W 1439 r. książę Bernard niemodliński i strzelecki wystawił dokument, w którym potwierdził transakcję handlową, na mocy której czcigodni Jessorka z Dolnej oraz Piotr z Czartkowic sprzedali Andrzejowi (Andreas) z Świbia (Schwieben) i jego żonie Ewce (Effka) wieś Grzybowice (Grzibowitz) wraz z prawami własności i dziedziczenia tych dóbr.

    Część osady ok. 1400 r. zakupił strzelecki kupiec o nazwisku Kremski za 33 czeskie złote guldeny. W dokumencie sprzedaży nieznany z imienia rycerz (może Nassbor?) i jego żona Ofka wyjaśnili, że grunty musiały zostać sprzedane, ponieważ ziemia nie nadawała się pod uprawę, lecz tylko pod zalesienie. W 1401 r. z Czartkowic pisał rycerz Nasimburg (Nassbor von Czartkowitz), pełniący w 1375 r. urząd książęcego starosty w Strzelcach.

    W połowie XV wieku Kremski zdołał, jak się wydaje, pozyskać drogą kupna pozostałą część Czartkowic, o czym świadczy dokument z 11 czerwca 1447 r. Stwierdza się w nim, iż książę Bernard zatwierdził sprzedaż położonej przed miastem wsi ze wszystkimi przynależnościami przez Zygmunta Kremskiego na rzecz komuny (gromady) miasta Strzelce za 65 grzywien czeskich groszy.

    Mieszkańcy Czartkowic (Ztartcovitz) składali na początku XIV wieku biskupowi wrocławskiemu dziesięcinę (de omni grano) ze wszystkich gruntów obsianych zbożem (pszenicą, żytem, owsem, jęczmieniem, grochem) o wartości jednej grzywny. Wnioskować z tego można, że z pewnością nie była to duża wieś.

    Na gruntach dawnej osady leży dziś kolonia Podborzany, w stosunku do której jeszcze w 1845 r. używano określenia "Czartkowice" na przemian z "Podborni".

    Częściowo wykorzystano materiały zgromadzone przez Marka Królikowskiego.

    Piotr Smykała, Romuald Kubik
  • szwager_z_laband 08.03.12, 21:07
    te Jakubowice prawdopodobnie bouy miyndzy Strzelcami a Warmontowicami.

    te Czartkowice to richtunk na zachod od Toszka.



  • pitero70 09.03.12, 20:55
    dziynki bernecik za te lekcje histori z naszych stron duzo sie idzie dowiedziec jo pochodza z dombrowki kole toszka a miyszkom tera w żandowicach a w szczelcach robia.
  • berncik 09.03.12, 21:42
    szwager_z_laband napisał:

    > te Jakubowice prawdopodobnie bouy miyndzy Strzelcami a Warmontowicami.
    >
    > te Czartkowice to richtunk na zachod od Toszka.
    >
    Szwager :Ty to trocha za daleko patrzysz:Te Jakubowice lezaly miedzy tymi stawami od Spauka a Dziewkowicami.Dzisiej to je wlonczone do miasta .Czartkowice, na dole pisze Podborzany to lezy w odwrotnym kierunku,tz.za Rozmierkom w prawo .Na tej mapie widzisz te kreski to som tory na polnoc to na Opole i Kluczbork a na poludnie na Gliwice i Kendzierzyn przez Lesnica.Te Strzelce Polskie to je w tym miejscu kaj dzisiej je wiezienie kole Bahnchowu.

    >
  • szwager_z_laband 09.03.12, 21:51
    zapomniouch pedziec ze to je cytat z knigi "Historia osadnictwa w ksiestwie opolskim we wczesnym sredniowieczu"
  • berncik 11.03.12, 19:06

    Zmienili to miasto

    Historia
    Przyjechali z niczym. Stworzyli zakład, który odmienił miasto i okolicę, by w końcu być zmuszonym do ucieczki. Gdyby w Strzelcach nie zjawił się ród Pranklów, mielibyśmy prawdopodobnie małą, nieuprzemysłowioną mieścinę opartą na rolnictwie.
    CHOROWITY DZIECIAK I GOSPODA
    Heinrich Prankel urodził się na początku XIX wieku na południu Niemiec. Od początku życie dało mu twardą szkołę. Został całkowitym sierotą w 1820 r., kiedy miał zaledwie 7 lat. Ratunkiem było schronisko wojskowe, w którym wyuczyć się miał na zawodowego żołnierza. Na przeszkodzie stanęło jego słabe zdrowie, więc zdecydowano, że zamiast do wojaczki lepiej będzie wyuczyć go do ślusarstwa.

    W 1837 r. wyjechał do Berlina, gdzie znalazł pracę w nowo tworzonej fabryce maszyn Johanna Borsiga i pełnił funkcję ślusarza maszynowego. W Berlinie poznał swoją przyszłą żonę, pannę z domu Franek, z którą wziął ślub w 1840 r. Wkrótce urodził się ich pierwszy syn Ludwig (1842), a potem Rudolf (1847).

    W 1929 r. w „Aus dem Chelmer Lande” ukazał się wywiad z Ludwigiem Prankel, który opisuje, jak doszło do powstania fabryki. Wspomina on:

    Dzięki mojemu dziadkowi ze strony matki moi rodzice zyskali powiązania z Górnym Śląskiem. Franek, tak się nazywał mój dziadek, był Górnoślązakiem. Brał udział w wojnach wyzwoleńczych [wojny z okupantem napoleońskim na ziemiach niemieckich - przyp. tłum]. Po kampaniach wojskowych otrzymał on jako były sierżant posadę w służbie cywilnej. W późniejszych latach przeprowadził się w rejon Magdeburga, gdzie pracował jako mistrz w fabryce cukru. Około roku 1840 miał okazję objąć korzystną posadę u Grafa Andreasa Renarda, który założył w Scharnosin [Czarnocin] koło Groβ Strehlitz [Strzelce Opolskie] fabrykę cukru. Franek przeprowadził się do Scharnosina. Początkowo prowadził budowę fabryki, a potem produkcję w nowej fabryce kontynuował przez wiele lat. Przedsiębiorstwo jednak nie przynosiło oczekiwanych zysków z powodu stosunkowo prymitywnych urządzeń produkcyjnych, a także z powodu niewystarczającej wiedzy o metodach i braku doświadczenia w uprawie buraków. Fabryka w końcu upadła a mój dziadek, który w międzyczasie miał już 60 lat, postanowił przejść w stan spoczynku. Jako pensję przekazał mu Graf Renard zarząd w gospodzie „Pod czerwonym Jeleniem” w Groβ Strehlitz naprzeciw Wallstraβe [ulica Wałowa].
    W kwestii wyjaśnienia: Karczma „Pod Czerwonym Jeleniem” znajdowała się przy ulicy Krakowskiej, naprzeciw dzisiejszego „Lewiatana” (były „Merkury”) i działała pod tą nazwą do lat 20. XX w. Ludwig Prankel prawdopodobnie błędnie zapamiętał jej lokalizację.
    Do majątku Groβ Strehlitz należały wtedy duże huty żelaza nad rzeką Malapane [Mała Panew] w miejscowościach Zawadzki, Colonnowska, Sandowitz [Żędowice] i duża państwowa a potem książęca posiadłość leśna Stolbergscher Waldbesitz. Ponieważ zarząd główny tych instytucji znajdował się w Groβ Strehlitz rozwinął się tu intensywny ruch urzędników leśnych i hutniczych, którzy wszyscy przebywali w pańskiej gospodzie „Pod czerwonym jeleniem”. Moi dziadkowie robili dobry interes, jednak na dłuższą metę dla dwóch starszych osób było to zbyt uciążliwe. Dlatego namawiali moją matkę w Berlinie, żeby namówiła mojego ojca, aby zostawił zakład ślusarski w Berlinie i przyprowadził się do nich do „Czerwonego Jelenia”. Mój ojciec spełnił prośbę swoich teściów i w sierpniu 1848 roku osiadł w Groβ Strehlitz. Przez trzy lata młodzi gospodarzyli wraz ze starymi. Mój ojciec nauczył się języka polskiego i zapoznawał się z warunkami panującymi w Groβ Strehlitz. Jednak zawód karczmarza mu nie odpowiadał. Gdy w roku 1852 zmarł stary Franek i gospoda została wystawiona do wydzierżawienia, mój ojciec zrezygnował z przejęcia gospody i opuścił swoją dotychczasową posadę.

    Heinrich Prankel otworzył niewielki zakład ślusarski przy ul. Krakowskiej. Rodzina dorabiała się powoli. Z początku mieszkali przy zakładzie, by po jakimś czasie przeprowadzić się na Nowy Rynek (Pl. Żeromskiego). Po kilku latach uzbierali na tyle, by kupić parcelę na skrzyżowaniu ulic Lublinieckiej i Garnizonowej (M. Prawego i Strażackiej). Tu otworzyli nowy zakład i zamieszkali.
    Ślusarstwo nie było jedynym zajęciem Heinricha Prankla. Oprócz zleconych prac zajął się konstruowaniem maszyn rolniczych. Jednocześnie jego synowie byli przyuczani do prowadzenia rodzinnego interesu. Uczyli się w szkole ewangelickiej i prywatnej szkole wyższej. Ludwig Prankel, kiedy dorósł, wyjechał do Berlina, gdzie dzięki znajomościom ojca podjął pracę w zakładzie Borsiga. Dla młodego, uzdolnionego człowieka była to okazja, by podpatrzeć nowinki techniczne stosowane w nowoczesnej fabryce.

    Podziwiałem maszyny narzędziowe i budowę lokomotyw - wspomina Ludwig Prankel. - Nie było rzeczy której nie wchłaniałem i nie mogłem się napatrzeć na cudowne wyposażenie zakładów. Godzinami krążyłem po zakładach i obserwowałem ślusarzy, tokarzy, kowali i pracowników na strugarkach podczas ich pracy, żeby nauczyć się ich metod pracy. Przy tym zaświtał mi pomysł żeby to wszystko zastosować w mniejszej skali w domu. Wzbierała także we mnie nadzieja, że z naszej małej posiadłości kiedyś może powstać godna podziwu fabryka. Dwa lata pozostałem w fabryce Borsiga. Potem zostałem żołnierzem. W 1863 roku zaciągnąłem się do 3. gwardii regimentu grenadierów Königin Elizabeth w Breslau [Wrocław] i uczestniczyłem w wyprawie przeciwko Danii. Po powrocie garnizonu zostałem zwolniony na urlop dyspozycyjny do domu.
    TRUDNE POCZĄTKI


  • berncik 11.03.12, 19:08
    Zmienili to miasto .Ciak dalszy.
    TRUDNE POCZĄTKI
    Po powrocie znalazł zakład ojca w opłakanym stanie. Heinrich Prankel podupadł na zdrowiu i trudno było mu wywiązywać się ze zleceń. Z tego względu otrzymywał ich coraz mniej i rodzinie w oczy zaglądała bieda. Ludwig namówił brata do wejścia w interes i uratowanie firmy. Zaczął od marketingu. W okolicznych majątkach rozgłosił, że zakład znów działa i wkrótce otrzymali pierwsze zlecenia.

    Ludwig postanowił na nowoczesność. Otworzył pierwszą odlewnię żeliwa, choć, jak życie pokazało, nie znał się na tym zbyt dobrze. Jednym z pierwszych klientów był proboszcz, który poszerzał teren cmentarza. Pragnął ogrodzić go żeliwnym ogrodzeniem i to zadanie powierzył młodej firmie. Pranklowie starali się jak mogli, lecz odlewy nie wychodziły tak jak powinny. Zamiast stosu zamówionych pól ogrodzenia wokół odlewni rosła sterta żeliwnego złomu. W końcu proboszcz z trudem wybrał 20 pól ogrodzenia, lecz i one okazały się wadliwe. Koniec końców machnął ręką i cmentarz ogrodził drewnianym płotem.

    Niepowodzenie nie powstrzymało Pranklów. Uczyli się odlewania żeliwa na własnych błędach i wkrótce stali się w tym ekspertami. Stopniowo modernizowali zakład. Heinrich Prankel zmarł w 1867 r., lecz założona przez niego firma rozwijała skrzydła. W 1868 r. pożyczyła 300 talarów i za cmentarzem katolickim, który był świadkiem jej pierwszego niepowodzenia, zakupiła 2 morgi ziemi. Tutaj zamontowano już nowoczesne maszyny, przy pomocy których rozpoczęto zleconą produkcję podzespołów maszyn rolniczych. Oficjalnym dniem otwarcia nowej fabryki był 1 lipca 1870 r. Z czasem firma zaczęła produkować maszyny oparte na własnych projektach. Fabryka, oprócz maszyn rolniczych, tworzyła też instalacje do gorzelni spirytusu, a także maszyny przemysłowe - tokarki i frezarki.

    W roku 1872 rozpocząłem na naszej działce budowę naszego domu mieszkalnego przy alei Schützenhausallee [dziś ulica Strzelców Bytomskich] – wspomina Ludwig Prankel. - Przy tym pomogła mi hipoteka w wysokości 3000 talarów otrzymana od Grafa Andreasa Renarda. W okolicach 1 czerwca 1872 wprowadziłem się z matką i rodzeństwem do nowego domu a we wrześniu wprowadziłem do domu moją żonę.

    Gebrüder Prankel Groβ Strehlitz rozwijała się od tej pory błyskawicznie. W 1880 r. dokupiono kolejne 4 morgi ziemi, na których wybudowano tartak parowy. Firma inwestowała też w Szymiszowie, gdzie powstały wapienniki i pierwsza cementownia. Tamtejsze osiedle mieszkaniowe dla robotników nazwano „Prankel”.

    Fabryka dostarczyła rolnikom tysięcy maszyn, które znacząco ułatwiły im pracę. Mimo że zakład był oddalony od wielkich ośrodków przemysłowych, stosowano w nim nowinki techniczne z całego świata.

    AGROMET-PIONIER
    W styczniu 1945 r. właściciele fabryki spakowali to, co najcenniejsze i na zawsze wyjechali ze Strzelec. Nadejście frontu zakończyło działalność rodzinnej firmy, której kierownictwo przejęło w międzyczasie młodsze pokolenie.

    Maszyny zostały zarekwirowane jako zdobycz wojenna. Na tym miejscu powstała fabryka maszyn Agromet-Pionier, przez lata obiekt westchnień rolników, którzy w kolejce ustawiali się, by zakupić np. kombajn ziemniaczany. Fabryka przetrwała do lat 90. XX wieku.

    Pamiątką po przedsiębiorczych braciach jest dziś ulica nazwana ich imieniem i uprzemysłowione miasto.

    PIOTR SMYKAŁA, ROMUALD KUBIK
  • berncik 14.03.12, 17:32
    Biskup opuszczonych
    Historia

    Trwa proces beatyfikacyjny biskupa Maximiliana Kallera. Była to nietuzinkowa postać. Przez rzesze ludzi zapamiętany był jako kapłan dbający o najuboższych i pokrzywdzonych. Dla naszej opowieści najważniejsze jest to, że swą drogę do wyniesienia na ołtarze rozpoczynał w Strzelcach Opolskich.

    Rodzina Kallerów pochodziła z powiatu głubczyckiego, skąd przeniosła się w II połowie XIX wieku do Bytomia. Maximilian Kaller urodził się 10 października 1880 r. jako drugi z ośmiorga rodzeństwa. Był synem Josepha (zm. 1918 r.) i Berthy (1850(2?)-1895) z domu Salzburg.

    Ukończył szkołę podstawową i królewskie gimnazjum w Bytomiu. W 1899 r. uzyskał świadectwo dojrzałości i podjął studia filozofii i teologii na uniwersytecie we Wrocławiu. 20 czerwca 1903 r. przyjął z rąk ks. kardynała Georga Koppa święcenia kapłańskie. Był najmłodszym spośród wyświęcanych księży i musiał otrzymać w tym celu specjalną dyspensę. Miał 23 lata.

    Młody kapłan swoją mszę prymicyjną odprawił 24 czerwca 1903 r. w kościele św. Trójcy w Bytomiu. Został powołany do pracy w pierwszej parafii, którą były Strzelce Wielkie. Czas jego przybycia niemal zbiegł się ze zburzeniem starego kościoła pw. św. Wawrzyńca. Doświadczył jednak uroków przebywania w starym kościele. Podczas wielogodzinnego wysłuchiwania spowiedzi w zimnej i zawilgoconej świątyni, znacznie podupadł na zdrowiu. Także przejściowy, drewniany kościół, który służył wiernym podczas budowy nowej świątyni, był nieogrzewany. Choroba zmusiła młodego księdza do opuszczenia parafii i udania się dla podreperowania zdrowia na jesieni 1905 r. do Lądka Zdroju (Bad Landeck).

    Wykurowany, w styczniu 1906 r. skierowany został do pracy misyjnej w Bergen na wyspie Rugii. Mimo znacznej odległości wyspa podlegała diecezji wrocławskiej. Ks. Kaller otoczył opieką polskich robotników sezonowych, wśród których szerzył się alkoholizm i nędza. W kilka lat odnowił życie religijne małej społeczności.

    Okres ten został niespodziewanie przerwany nagłym wezwaniem do Berlina w 1917 r. Kapłan został mianowany proboszczem największej parafii katolickiej w mieście - św. Marcina. Do miasta przybył w początkowym okresie największej zawieruchy społecznej. Końcówka wojny była w Niemczech czasem biedy, wylęgu ruchów socjalistycznych i faszystowskich. Ks. Kaller poświęcił się pomocy najbiedniejszym i bezrobotnym. Wydarzeniem była procesja Bożego Ciała, którą poprowadził jako pierwszy ulicami Berlina, wprowadzając katolicyzm na forum publiczne kosmopolitycznej metropolii.

    W 1926 r. kapłan mianowany został administratorem tzw. wolnej prałatury w Pile, gdzie wzniósł trzy kościoły. 28 października 1930 r. przeniesiono go na Warmię, gdzie mianowano go biskupem. Jego zawołaniem stały się słowa "Caritas Christi urget me" - "Miłość Chrystusa przynagla mnie".

    Podczas wojny początkowo największym wyzwaniem biskupa była ochrona podlegających mu księży przed gestapo. Kiedy Maximilian Kaller zdał sobie sprawę z ogromu zbrodni, jakie mają miejsce w Niemczech, postanowił udać się dobrowolnie do obozu koncentracyjnego dla Żydów w Terezinie (Theresienstadt). Chciał służyć mieszkającym tam katolikom. Te starania u nuncjusza papieskiego w Berlinie spełzły jednak na niczym. Pod koniec wojny, kiedy klęska III Rzeszy była oczywista, wzbraniał się przed opuszczeniem Warmii, mimo że ze strony nadciągającej Armii Czerwonej nie mógł liczyć na pobłażliwość. Swoje biskupstwo opuścił dopiero wtedy, gdy zmusił go do tego uzbrojony oddział SS. Wyjechał przez Gdańsk wgłąb Niemiec.

    Jeszcze w 1945 r. wrócił na Warmię, by odbudować podstawy diecezji, lecz prymas Polski, kardynał Hlond wkrótce zmusił go do opuszczenia kraju. W 1946 r. papież Pius XII mianował ks. Kallera specjalnym pełnomocnikiem do spraw Niemców wypędzonych z terenów wschodnich. Wizytował obozy przesiedleńców. Ponadto, zorganizował w Königstein/Taunus ośrodek szkoleniowy (zastępcze seminarium duchowne) dla księży ze Wschodu.

    Maximilian Kaller zmarł nagle 7 lipca 1947 r. i pochowany został w Königstein.

    Piotr Smykała, Romuald Kubik
  • berncik 18.03.12, 10:55
    http://opolskie.regiopedia.pl/sites/default/files/imagecache/width630px/photos/124548-krapkowice.jpg

    Historia sporów między mieszczanami a władcami w Krapkowicach.
    Historia sporów między mieszczanami a władcami w Krapkowicach -w obronie mieszkańców miasta stawał kilkakrotnie cesarz, a potem Kamera Wojenno-Sądowa. W rozstrzygnięciu z 1744 roku zarzuciła ona hrabiemu, że traktuje ludzi jak niewolników.

    Historia Krapkowic pokazuje, że pomiędzy tutejszymi mieszczanami a władcami na zamku niejednokrotnie dochodziło do nieporozumień i sporów. Najczęściej powstawały one na tle finansowym. Kilkakrotnie dotyczyły zysków ze sprzedaży piwa. Zarzewiem konfliktu były też nakłady na most przez Odrę. Zdarzało się, że właściciele oddawali Krapkowice i okoliczne wsie w zastaw za długi, a mieszczanie podejmowali się go wykupić.

    Jak można wyczytać w „Historii miasta Krapkowice na Górnym Śląsku ad. 1914” autorstwa legendarnego Johannesa Chrząszcza, po raz pierwszy miasto (a wraz z nim również wieś Górażdże) zastało zastawione za długi w roku 1557 przez cesarza Ferdynanda. Przejął je w sumie na 7 lat Joachim Buchta z Otmętu za 9 tys. talarów. Kiedy tylko cesarz miasto spod zastawu wykupił, oddał je pod kolejny - tym razem burmistrzowi Brzegu Andreasowi Clementowi. A wtedy do akcji wkroczyli mieszczanie, którzy jak pisze Chrząszcz, podjęli się w ciągu trzech lat spłaty kapitału wraz z 7-procentowymi odsetkami i jeszcze dodać ko-rzec kaszy. - A gdyby kapitał nie został we właściwym czasie zwrócony - jak deklarowali na piśmie w stosownym dokumencie. - Ten kto jest właścicielem listu dłużnego może nasz majątek sądownie przejąć.

    Wiadomo, że mieszczanie władali miastem czerpiąc dochody przynależne właścicielom w latach 1572 - 1582. Nabyli je za 16 tys. talarów - ostatecznie po 10 latach okazało się jednak, że nie są w stanie zebrać tak dużej sumy, dlatego cesarz Rudolf II zastaw od nich na powrót wykupił i sprzedał Hansowi von Redernowi z Rozkochowa.

    “Sprzedajemy nasze miasteczko Krapkowice ze wszystkimi poddanymi i mieszkającymi, z wszelkimi honorami, wszystkimi służbami, prawami i dobrami” - czytamy w dokumencie wystawionym przez Rudolfa II z 29 września 1582. Mimo że Redern wystosował do mieszczan specjalną odezwę, gdzie zapewnił ich, że mogą dalej „przy swoich przyzwyczajeniach, prawach i przywilejach mocno trwać i używać świętego Sakramentu wyznania augsburskiego”, doszło między nimi do sporu i mieszczanie napisali skargę do cesarza. Poszło o prawo do wypasu na pastwiskach w żywocickim lesie i młyn górny. Cesarz rozsądził: łąka należy do miasta, młyn - do dziedzica.

    Najczęstszym zarzewiem konfliktu było piwo. Jak wiadomo, od najdawniejszych czasów miasta czerpały zyski z warzenia piwa. W Krapkowicach przychody z tej działalności wymienia już urbarz z początku XVI wieku. Piwo „świdnickie” rozlewane było wtedy w ratuszu, z czego dochód roczny wynosił 6 forintów.
    Jak czytamy w książce Johannesa Chrząszcza, Hans Redern „poprawił porządek piwny nakładając na działalność specjalne ograniczenia co do ilości warzonego piwa i minimalnego czasu warzenia. Pomiędzy potomkami Hansa, a mieszczanami w XVII i XVIII wieku niejednokrotnie dochodziło do nieporozumień w sprawie „piwnej”. W 1709 roku spór był już tak duży, że rozsądzić go musiała Komisja Cesarska, a ugodę zatwierdził cesarz Józef I. W jednym z jej punktów czytamy, iż „władcy mają prawo zażądać miarę słodu i w miejskich browarach piwo warzyć, jednak mieszczanom zabrania się ich piwa w zamku sprzedawać”. Co więcej: „władcy są tak długo właścicielami gorzelni i karczm, dopóki miasto nie przedstawi lepszego prawa”! Miasto nie może się też skarżyć na to, że władcy budować będą kolejne karczmy.

    Ugoda nie na wiele jednak się zdała. Kolejne, trwające od 1742 roku konflikty między mieszczanami a władcami zamku Chrząszcz nazywa „wojną siedemdziesięcioletnią”. Miasto wniosło wtedy skargę do Kamery Wojenno - Skarbowej we Wrocławiu twierdząc, że w gospodzie należącej do zamku przy ulicy Dobrej sprzedawana jest i gorzałka i piwo, przez co wyroby wytwarzane przez mieszczan nie znajdują wzięcia i miasto pozbawione jest dochodów. Spór został rozsądzony po myśli mieszczan: Redernowie zaniechali sprzedaży piwa, pozostając przy samej gorzałce.
    Ciag dalszy.
  • berncik 18.03.12, 10:57


    Zobacz też: Historia Krapkowic
    opolskie.regiopedia.pl/wiki/historia-krapkowic
    Równolegle toczył się jeszcze wtedy spór o most: cło mostowe pobierało miasto, ale to ono zobowiązane było do utrzymania obiektu w dobrym stanie. Bywało, że konieczne nakłady na remonty okazywały się jednak nie do udźwignięcia dla mieszczan i wtedy domagali się oni partycypacji w kosztach przez pana na zamku. Tak było na początku XVIII wieku i we wspomnianej ugodzie z 1709 roku cesarz Józef I polecił, by tym razem hrabia Redern wyremontował most, za co mógł czasowo przejąć cło mostowe. Gdy mieszczanie ponownie wnieśli skargę na Redernów w roku 1744, Kamera Wojenno - Skarbowa nakazała odbudowę zniszczonego w 1741 roku mostu hrabiemu (a właściwie jego prawnemu opiekunowi - stryjowi Carlowi Augustowi Redern, gdyż panujący hrabia Heinrich Adolf był niepełnoletni). A prokurenci hrabiego w odpowiedzi złożyli protest. Przewodniczący kamery bronił mieszczan i skrytykował Carla Augusta. Napisał, że hrabia Redern traktuje mieszczan „jak niewolników czy poddanych”, a pracowników magi-stratu wyzywa od łajdaków, „groził im nawet żelazem w ręku jak bandytom” zabraniając spotkania z kamerą. Ostatecznie miasto wyłożyło pieniądze na uruchomienie promu przez Odrę, zaś Carl Au-gust Redern wyraził gotowość dostarczenia drewna na odbudowę mostu (do której jednak nie doszło w ciągu 100 lat!).

    Spór o piwo jednak powrócił: w 1790 roku hrabia Kurt Haugwitz z Rogowa zabronił dzierżawcom karczm sprzedawania piwa warzonego przez mieszczan, a jego urzędnicy uruchomili własną gospodę „Pod zielonym drzewem” w pobliżu miasta. Działała ona aż do 1976, gdy sprzedaży piwa zabroniła jej Kamera Wojenno - Skarbowa. Co ciekawe, hrabia Haugwitz w 1804 w akcie samokrytyki wydał oświadczenie, w którym stwierdził, iż „widzi krzywdę mieszczan w prawach warzenia piwa“. Wobec powyższego należy im pozwolić sprzedaż piwa prowadzić. I tu, jak ripostuje krapkowicki kroni-karz Johannes Chrząszcz, „miasto z tego wieloletniego sporu z zamkiem wyszło zwycięsko”. A jak wynika z rejestru dochodów miasta z roku 1821, miejski browar prosperował potem całkiem nieźle.

    Beata Szczerbaniewicz, nto
  • berncik 21.03.12, 09:59
    Zawadzkie 100 lat temu zobacz Zdjecia

    www.nto.pl/apps/pbcs.dll/article?AID=/20120320/POWIAT10/120329984
  • berncik 23.03.12, 18:58
    Historia
    Tej świątyni już nie ma
    http://www.strzelecopolski.pl/files/images/4341_3626.jpg
    Może wydawać się to dziwne, ale o starym kościele pw. św. Wawrzyńca wiadomo niewiele. Świątynię wybudowaną w stylu barokowym zburzono, kiedy przestała wystarczać potrzebom wiernych. Na jej miejscu wybudowano obecny kościół neobarokowy.

    Poprzednia świątynia wybudowana została prawdopodobnie w 1724 r., na miejscu wcześniejszego kościoła gotyckiego, znanego z protokołów wizytacyjnych z 1679 r. Świątynia była niewielka. Jej rozmiary wynosiły 55 na 25 łokci, czyli około 33 na 15 metrów. Nie wiadomo. jakiego "łokcia" użyto w opisie. Miara ta różniła się w zależności od regionu i czasu, w którym była używana. Zawsze "łokieć" oscylował jednak wokół 60 cm. Stąd wymiary kościoła znamy jedynie orientacyjnie. Nie wiadomo też, czy były to wymiary wnętrza świątyni czy też mierzone razem z murami zewnętrznymi.

    Z protokołu powizytacyjnego wiemy m.in., że: "kościół [...] z jednej strony dachówką a z drugiej gontami jest kryty, wewnątrz ciemny, ponieważ protestanci wznieśli sztuczne podwyższenie (chór) na wzór kaplicy ponad kryptą od strony południa, gdzie powinny być okna, co powoduje ciemność w kościele. Ściany wprawdzie wybielone, lecz wskutek długiego odstępu czasu od kurzu przybrudzone [...] ponadto kościół jest przyozdobiony czterema ołtarzami, bardzo przyzwoitymi i kosztownymi. [...] Ołtarz główny jest murowany i zbezczeszczony, przyzwoitymi obrusami nakryty, mający trzy kondygnacje, artystycznie rzeźbiony, pomalowany i złocony, przyjemny dla oka ludzkiego. W nawie kościoła przy ścianach na południe i na północ znajdują się dwa ołtarze przez czcigodnego Balthazara Francisca Stanislaida proboszcza w Gorzowie Śląskim (Gorzoviensi, Landsberg) w Polsce, miastu ojczystemu Strzelce (Strelicensi) nowo uczynione z postaciami najpiękniej rzeźbionymi i pozłoconymi".

    Jak widać, była to wizyta, która miała ocenić szkody, jakie katolickiej świątyni wyrządziła reformacja. Kościół na jakiś czas przeszedł pod władanie protestantów, którzy w Strzelcach mieli wówczas ogromne wpływy. Zresztą, sam wstęp do protokołu mówi wyraźnie: "Magno Strelicz należy do jurysdykcji najjaśniejszego Pana Gustawa z rodu Colonna, niekatolika i odstępcy". W innym protokole powizytacyjnym z 1687 r. (a więc sporządzonym zaledwie 8 lat po poprzednim) przeczytać można, co następuje: "Co do parafian: We wioskach jak dotąd uważani są wszyscy za katolików, w mieście wraz z przybyciem nowego proboszcza nie było jak czwarta część katolików, obecnie odnowiło się życie chrześcijańskie i jest trzy części katolików i jedna część protestantów. Protestanci inaczej zwani heretycy mają cmentarz poza miastem, są grzebani z muzyką i śpiewem, ale bez kapłana".

    Fotografia z 1903 r. okazuje kościół barokowy, którego wymiary pokrywają się z grubsza z wymienionymi w protokole powizytacyjnym. Mógł zostać zbudowany na fundamentach starej świątyni, wpisując się w jej obrys. Nie ma jednak żadnej pewności, że w rzeczywistości kościół barokowy nie jest tym opisywanym w 1679 r., a informacja o jego budowie w 1724 r. jest błędna albo odnosi się jedynie do poważnego remontu. Tutaj musimy zdać się na przypuszczenia.

    Wiadomo jednak, że pod koniec swojego istnienia poprzednia świątynia była w bardzo złym stanie. Zawilgocona i zagrzybiała. Jej ofiarą padł m.in. ks. Maximilian Kaller, który w Strzelcach podupadł na zdrowiu. Wielogodzinne wysłuchiwanie spowiedzi w wilgotnym i zimnym kościele zmusiło go do podreperowania zdrowia i zmiany parafii (o czym pisaliśmy w poprzednim numerze).

    Piotr Smykała, Romuald Kubik
  • alladyn15 24.03.12, 20:10
    Eee...takie tam gadanie,ze tam straszy.Ladnie budynki niemieckie wygladaja i tyle.Pamietam tylko raz,kiedy chcialem sie odlac,to latarka mi z reki wypadla.Troche po spdniach pocieklo,ale to nie ze strachu!
  • szwager_z_laband 25.03.12, 09:27
    Berncik mie sie zdo ze Ty ybs tam chyntnie urlop spyndziou:

    www.silesia.agro.pl/seite/gehalt/kreisgrosstrehlitz(strzelceopolskie)
  • szwager_z_laband 25.03.12, 10:11
    www.grosspeterwitz.de/Zeitungsartikel/Wydanie51/tajemniczykrzyz.htm
  • berncik 25.03.12, 11:02
    Szwager:Jo tam chnet kozdy rok je i mieszkac mom kaj,Znom te wsie kaj te hotele som.
    Fajnie zes to o tych Gaszynach dou rein.To je tyn zomek we Zyrowej.
    http://fotoforum.gazeta.pl/photo/2/qc/ga/yobe/6Klbc8JMbN513AIzMX.jpg
    Herb rodu von Gaschin.
    http://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/thumb/f/fc/GER_COA_von_Gaschin.svg/200px-GER_COA_von_Gaschin.svg.png
  • szwager_z_laband 25.03.12, 11:22
    a jak Ballest to poszeczto z tymi Gotami i Wandalami to tysz sie uraduje;)
  • bratjakuba 25.03.12, 11:25
    szwager_z_laband napisał:

    > www.grosspeterwitz.de/Zeitungsartikel/Wydanie51/tajemniczykrzyz.htm
    --------------------------------------------------------------------------------------------------
    Rozkwit tych dobr datuje sie od zakończenia wojen ślonskich,kiere prziniosły Gaschinom wielke prziwileje mimo,ze nie brali w nich udziału.
    Wspominali my już sam o tej mało chwalebnej ucieczce Starego Fritza z pola bitwy i o azylu
    jakigo mu udzieloł Gaszyna-(tak sie wteda mianowoł) we swoim zamku mimo,że był we służbie i poddaństwie Marii-Teresy austriackej.
    Fryderyk sie za nierozpowszechnianie tej gańby chcioł odwdziynczyć nadaniem honorow przi samym królu pruskim(dzisiejsze ministerstwo). Ale Gaszyna odmowioł bo w Berlinie był by jednym z wielu a na Ślonsku był kimś wyjontkowym.
    Powszechnie opowiadano o jego nie bywałej sile ale i o jego bezeceństwach wobec poddanych.
    Nie odpuścioł żodnej pani młodej prawa piyrszej nocy.
    W drodze na uczta wydano przez Fryderyka II na jego cześć w Grotkowie,zdemolowoł z kompanami prawie wszystko po drodze i rozpyńdzioł cołki "odpust "odprawiany na ta okazjo w Grotkowie.
    W zamian za proponowane honory uzyskoł prziwileje i wilkie dobra w opisanych tu okolicach.
    Na cześć i ku pamiyńci Amanda von Gaschin powstoł wielki dwor i wieś nazwano Amandow.
    Leży pora km na zachod od Krawarza- Krowiarek i wspołtworzyła wielki klucz majontkow aż do Gamowa,Pawłowa i Makowa.
    Z tym też wionże sie odrymbność gwarowo tych okolic.
    Do zaśiedlania tych terenow sprowadzono robotnikow rolnych z okolic Strzelec Opolskich
    a śnimi też te "opoulske gaudanie",kiere przetrwało tam do dzisiej,choć w szczontkowej formie.
  • berncik 30.03.12, 18:03
    view counter
    Ksiądz budowniczy

    Historia

    Kościół św. Wawrzyńca
    Siódmego września 1891 roku do Strzelec przybył ks. Maksymilian Ganczarski. Do parafii wprowadzono go uroczyście przy dźwiękach dzwonów, witany był przez władze miasta i parafian. Trzy lata później odbyła się wizytacja kardynała Georga Koppa. Do zgromadzonych przemówił słowami: "Znosiliście ciężary, ale nie odstąpiliście od przepisów kościelnych i dlatego mówię jak św. Paweł, dziękuję wam i jestem pewny przywrócenia waszej wiary. Parafia w ciężkich czasach szanowała też porządek państwowy i za to też dziękuję parafii". Wizyta wrocławskiego biskupa odbyła się zaledwie kilka lat po zakończeniu dramatycznej walki o zachowanie wiary podczas kulturkampfu. Narzucony przez państwo pruskie ksiądz Mücke na swoich mszach gromadził jedynie garstkę wiernych i to tylko z tego powodu, że nie byli w stanie dotrzeć do innych świątyń, gdzie nabożeństwa odprawiali księża uznawani przez Rzym.

    Przed księdzem Ganczarskim nowa parafia postawiła wiele wyzwań. Swoją pracę rozpoczął od odzyskania kościelnego majątku, który w poprzednich dekadach rozpływał się nieustannie. Wykazał się też jako budowniczy.

    W 1897 roku został otwarty dom i kaplica zakładu św. Józefa, który został wykupiony i podarowany siostrom elżbietankom przez byłego posła do Landtagu dr. Franza. W 1903 roku stanął dom dla sierot "Maksymiliana" prowadzony przez te same siostry zakonne. Największym wyzwaniem dla proboszcza była jednak budowa nowej świątyni.

    Na początku XX wieku miasto liczyło 6000 mieszkańców, w większości katolików. Stary kościół zwyczajnie ich nie mieścił. Zanim doszło do położenia pierwszej cegły, proboszcz musiał długo walczyć o możliwość przebudowy świątyni. Władze, po konsultacji z konserwatorem zabytków, były temu niechętne. Barokowy kościół uznany był za zabytek, więc zasugerowano, by budynek tylko poszerzyć. Także biskupstwo nakazało stworzenie projektu rozbudowy istniejącej świątyni. Jednak inspekcja powiatowego mistrza budowlanego nie pozostawiała złudzeń.

    14 listopada do władz państwowych wpłynęło pismo, w którym czytamy: "Kładziemy duży nacisk na godny, piękny Dom Boży, który również po wiekach będzie radością parafii. Biorąc pod uwagę wysokie koszty, za które otrzymamy coś niezupełnie dokończonego, to dochodzimy jednogłośnie do przekonania, że tylko budowa kościoła może nas zadowolić. Wiemy, że budowa będzie droższa, ale jesteśmy gotowi i zdolni pokryć zaistniałe dodatkowe koszty".

    Rada kościelna chciała, by kościół powstał w stylu renesansowym i na ten warunek minister nie chciał się zgodzić. W ministerstwie opracowano nowy projekt, który ostatecznie przyjęto wraz z dotacją tylko 67 tys. marek. Suma ta pierwotnie przeznaczona była na poszerzenie starej świątyni. Rada musiała wyrazić zgodę na pokrycie pozostałej części kosztów budowy, czyli 360 tys. marek. Zgodnie z umową patron kościoła miał dodatkowo przydzielić 11 tys. marek na wyposażenie świątyni.

    Autorem projektu w stylu neobarokowym i głównym kierownikiem budowy był Georg Guldenpfennig z Paderborn, naczelnym kierownikiem budowy został powiatowy inspektor budowlany Weihe, prace ziemne, murarskie i ciesielskie powierzono mistrzowi budowlanemu Maxowi Sliwce z Zabrza. Wykonanie dachu i jego przykrycie - Karlowi Ehrlichowi ze Strzelec Wielkich, pokrycie wieży - T. Hillingerowi z Pyskowic, dostawę żelaza - Wilhelmowi Rett i Wiktorowi Seifertowi z Strzelec Wielkich. Dostawę cegły na budowę murów powierzono Szymiszowskiej Spółce, cegły dziurawki na sklepienie miał dostarczyć A. Kiesewetter z Błotnicy, piasku do budowy kościoła - Heinrich Kempski z Strzelec Wielkich, wapna - Peter Henkel z Mokrych Łanów.

    Na okres budowy nowego kościoła ustawiono w ogrodzie zakładu św. Józefa prowizoryczny kościółek za kwotę 8 tys. marek.

    11 października 1903 roku w starym kościele parafialnym odprawiono ostatnie nabożeństwo. Ze smutkiem wierni pożegnali się ze starą świątynią, z którą byli związani od pokoleń i w której przeżywali zarówno radosne jak i smutne wydarzenia.

    Piotr Smykała, Romuald Kubik
  • berncik 02.04.12, 20:40
    berncik napisał:

    > view counter
    > Ksiądz budowniczy
    >
    > Historia
    >
    > Kościół św. Wawrzyńca


    > Na okres budowy nowego kościoła ustawiono w ogrodzie zakładu św. Józefa prowizo
    > ryczny kościółek za kwotę 8 tys. marek.
    >
    > 11 października 1903 roku w starym kościele parafialnym odprawiono ostatnie nab
    > ożeństwo. Ze smutkiem wierni pożegnali się ze starą świątynią, z którą byli zwi
    > ązani od pokoleń i w której przeżywali zarówno radosne jak i smutne wydarzenia.
    >
    > Piotr Smykała, Romuald Kubik
    Drugo czesc:
    view counter
    Nawet wdowi grosz na kościół
    Perla, 2 kwiecień, 2012 - 14:40

    Historia
    663 (14)

    Prace nad budową nowej świątyni rozpoczęły się 19 kwietnia 1904 roku. Przykrą koniecznością było rozebranie najpierw starego kościoła. Odbyło się to na tyle sprawnie, że już 10 sierpnia, w dzień patrona, św. Wawrzyńca, wmurowano kamień węgielny.

    Uroczystość miała bardzo bogatą oprawę. Proboszcz Maksymilian Ganczarski w asyście wikarych Wolko i Kallera, w obecności wielu księżych, przedstawicieli władz świeckich, hrabiego Tschirski-Renard i rzeszy wiernych poświęcił uroczyście kamień na udekorowanym flagami i wieńcami placu budowy. Kazanie po niemiecku wygłosił proboszcz Barysch, a po polsku - proboszcz Grund. Niespodzianką było ofiarowanie z tej okazji, przez kardynała Koppa, 20 tys. marek na budowę kościoła.

    Prace budowlane przeciągnęły się w czasie, lecz budynek w stanie surowym stał już jesienią 1905 r. Dnia 14 września, pod nieobecność proboszcza, który przebywał na urlopie, robotnicy zamontowali na szczycie wieży gałkę. Nie zorganizowano przy tym żadnej uroczystości. Odbyła się ona dopiero 25 września, kiedy to proboszcz Ganczarski włożył do gałki miedzianą puszkę. Zawierała ona spisaną historię parafii, opis aktualnej sytuacji parafian i plany budowy kościoła. Ponadto, w dokumentach umieszczono spis rady parafialnej, członków zarządu gminy i kierowników budowy. Dołączono także dwa stare dokumenty - jeden z 1824 r. i dwa z 1883 r. do tego dodano dużą ilość współczesnych monet.

    Kulminacyjnym dniem był 3 czerwca 1907 r. Konsekracji kościoła dokonał kardynał Kopp, który dzień wcześniej przybył do Strzelec. Jego przyjazdowi towarzyszył orszak rolników na koniach. Biskupa powitano przy specjalnie do tego celu zbudowanej bramie honorowej ustawionej obok ratusza przez burmistrza Paula Gundruma.

    Po konsekracji kościoła, otwarto jego bramy, przez które wpłynęła rzesza wiernych. Po uroczystej sumie pontyfikalnej z tymczasowego kościoła przeniesiono Najświętszy Sakrament. Przez miasto przeszedł pochód, w którym udział wzięli członkowie organizacji kościelnych i świeckich. Wieczorem pod domem radcy sądowego dr. Faltina, w którym zatrzymał się kardynał Georg von Kopp, odbył się na jego cześć pochód 600 mężczyzn z pochodniami.

    W poniedziałek, 4 czerwca, kardynał Kopp udzielił sakramentu bierzmowania 3600 wiernym ze Strzelec, Szymiszowa i Rozmierzy, po czym udał się na Górę św. Anny.

    Budowa kościoła nie byłaby niemożliwa bez nadzwyczajnej ofiarności wiernych. Suma, jaką początkowo dysponowali budowniczy, była znacznie niższa od potrzebnej na dokończenie świątyni. Pojedyncze osoby, całe rodziny, organizacje świeckie i katolickie konkurowały w darowiznach dla kościoła. Zapiski wspominają o biednej robotnicy, która ofiarowała niemal wszystko, co miała. Nawet hrabia von Tschirski-Renard, protestant, ufundował cyborium.

    Wyposażenie

    Nowa świątynia przejęła wiele elementów wyposażenia starego kościoła. Przeniesiono główny ołtarz pochodzący z 1697 r. z obrazami św. Wawrzyńca i Matki Boskiej Śnieżnej. Z poprzedniej budowli pochodzą również dwa ołtarze boczne, św. Michała i św. Antoniego z drugiej połowy XVII w., ołtarz z kaplicy św. Barbary oraz piękna ambona z pierwszej połowy XVIII w.

    Kościół został wybudowany według projektu Georga Güldenpfenniga, syna innego słynnego projektanta kościołów, Arnolda Güldenpfenniga. Architekt ten zginął na początku I wojny światowej we Francji. W 1905 r. rozpoczęły się prace nad drogą krzyżową. 14 stacji wyrzeźbił Paul Thamm z Lądku Zdroju (Bad Landeck). Poszczególne stacje ufundowali: I - Josef Gruschka I z Suchych Łanów, II - Theresien Uerin, III - Antonia Halama, IV - Franziska Hoffmann, V - Valentin Bieniek, VI - Trzeci Zakon Franciszkański, VII - Franciska i Maria Jendrysik (wszyscy z Wielkich Strzelec), VIII - Berthold Pohl z Wrocławia, IX - Edward Enenkel ze Strzelec, X - Franz Siedlaczek z Bosniont AV (Bośni?), XI - Maria Kusber, XII - Josef Kandler, XIII - Johanna Hlasny, XIV - Mathilde Wilke (wszyscy ze Strzelec).

    Dwa witraże w prezbiterium ufundował w 1906 r. nauczyciel Johann Titz. Witraż z lewej strony głównego ołtarza jest poświęcony św. Jerzemu, z prawej strony ołtarza - św. Janowi Nepomucenowi. W nawie bocznej po stronie prawej nad wejściem bocznym został wstawiony witraż ku czci św. Klary. Pochodzi on z 1906 r., a jego fundatorem był notariusz strzelecki Joseph Faltin (1852-1934). W lewej nawie znajduje się witraż ku czci Najświętszej Marii Panny, ufundowany przez kobiety strzeleckie w 1906 r.

    Nad głównym wejściem do kościoła są wyryte w drzewie słowa z Pisma Świętego w języku niemieckim. Przez dekady, po 1945 r., napis był zakryty i odsłonięty dopiero na początku XXI w. Brzmi:

    Komme Alle Her zu Mir.

    Die ihr mühselig und beladen seid.

    Ich werde euch erquicken

    W tłumaczeniu na polski:

    Przyjdźcie do Mnie wszyscy.

    Wy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście,

    a Ja was pokrzepię.

    Piotr Smykała, Romuald Kubik
  • berncik 02.04.12, 21:06
    berncik napisał:

    > berncik napisał:
    >
    > > view counter
    > > Ksiądz budowniczy
    > >
    > > Historia
    > >
    > > Kościół św. Wawrzyńca
    Tak ten kosciol wyglondo w srodku
    >
    http://www.polskiekrajobrazy.pl/images/stories/big/25788Kosciol_sw.Wawrzynca_w_Strzelcach_Op.jpg

    To som oltarze boczne
    http://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/9/99/Ko%C5%9Bci%C3%B3%C5%82_%C5%9Bw._Wawrzy%C5%84ca_w_Strzelcach_Opolskich3.JPG
    Tekst linka
  • berncik 31.03.12, 18:30
    bratjakuba napisał:

    > szwager_z_laband napisał:
    >
    > > www.grosspeterwitz.de/Zeitungsartikel/Wydanie51/tajemniczykrzyz.htm
    > -------------------------------------------------------------------------------
    > -------------------
    > Rozkwit tych dobr datuje sie od zakończenia wojen ślonskich,kiere prziniosły Ga
    > schinom wielke prziwileje mimo,ze nie brali w nich udziału.
    > Wspominali my już sam o tej mało chwalebnej ucieczce Starego Fritza z pola bitw
    > y i o azylu
    > jakigo mu udzieloł Gaszyna-(tak sie wteda mianowoł) we swoim zamku mimo,że był
    > we służbie i poddaństwie Marii-Teresy austriackej.
    Potyczki słowne hr. Karla Ludwiga ze Starym Fritzem
    Etykietowanie:

    Historia
    Ludzie
    Opolskie
    Potyczki słowne hr. Karla Ludwiga ze Starym Fritzem

    Dodano: 18 stycznia 2011, 13:55
    Autor:
    online
    online

    Potyczki słowne hr. Karla Ludwiga ze Starym Fritzem - w kwietniu 1741 roku, kiedy trwała bitwa pod Małujowicami, do pałacu Gaschinów zapukał król Prus - Fryderyk II Wielki z prośbą o nocleg.

    Anegdota dotyczy hrabiego Karla Ludwiga Antona von Gaschin (1691 - 1754) - wnuka Melchiora Ferdinanda, który był budowniczym pałacu w Żyrowej i fundatorem klasztoru na Górze Św. Anny.
    Karl Ludwig zaznaczył swoje miejsce w historii Śląska z kilku powodów. Po pierwsze to on dokończył budowę murowanego klasztoru na Górze Św. Anny, po drugie - gościł u siebie samego Króla Prus Fryderyka II zwanego popularnie Starym Frycem.

    Udało mu się z nim zaprzyjaźnić, a treść toczonych między nimi błyskotliwych dialogów powtarzana była przez stulecia w formie ustnej i pisanej jako przykład dyplomacji i mędrkowania na tematy polityczne. Dialogi te cytowali m.in. również współcześni kronikarze śląskich dziejów - Ewald Pollok i Jerzy Szołtysek.
    - Działo się to podczas pierwszej wojny śląskiej w 1741 roku - opowiada Jerzy Szołtysek, znawca historii ziemi zdzieszowickiej. - 10 kwietnia pod Małujowicami koło Brzegu wojska pruskie pod wodzą króla Fryderyka II i feldmarszałka von Schwerina starły się z armią austriacką dowodzoną przez feldmarszałka Wilhelma Reinharda von Neipperga. Bitwa była stosunkowo niewielka, ale jej konsekwencje - duże - i dla historii Europy i dla nas - Ślązaków. Po tej bitwie przeszliśmy pod rządy Prus, dzięki czemu nasz region zaczął gwałtownie rozwijać się gospodarczo.

    Król Prus był żołnierzem, sam lubił dowodzić swoją armią. Tym razem nie wychodziło mu to jednak zbyt dobrze mimo liczebnej przewagi (siły pruskie liczyły 33 szwadrony jazdy i 31 batalionów piechoty, austriackie - 86 szwadronów i 18 batalionów). Gdy Austriakom udało się osiągnąć przewagę, feldmarszałek von Schwerin wymógł na Fryderyku II, aby opuścił pole walki i chronił swe cenne życie. Ten usłuchał i zajechał aż do Żyrowej. Jak sam tłumaczył, objechał i Brzeg i Opole obawiając się tamtejszej szlachty, która jawnie sprzyjała Austriakom.

    - Hrabia Karl Ludwig był zdumiony wizytą niezwykłego gościa, tym bardziej, że sam niewiele wcześniej wysłał gońca, aby przywiózł wieści z pola walki - opowiada Szołtysek. - Szybko przygotował na cześć Fryca iście królewską ucztę. Około północy powrócił do pałacu goniec z wiadomością o wygranej Prus. Wtedy hrabia wzniósł toast za zwycięstwo.

    Rankiem, gdy do Żyrowej zawitał adiutant króla przywożąc kolejne dobre wiadomości, hrabia i król którzy zdążyli się już polubić kontynuowali przyjacielską rozmowę, która przeszła do historii:
    Król: - Cieszę się, że wygraliśmy tę bitwę.
    Hrabia: - To jest korzystne.
    Król: - Nie to nie jest korzystne, gdyż to dopiero początek(...)
    Hrabia: - To jest niekorzystne, królu.
    Król: - Nie, to jest korzystne, bo dobry początek to połowa zwycięstwa...
    i tak dalej w tym tonie...
    Parę tygodni później, w pierwszych dniach maja obaj adwersarze mieli ponoć kontynuować potyczki słowne w Grodkowie w hotelu „Czarny Niedźwiedź”. Przebywający w nim król zaprosił Gaschina na rewizytę.
    - Nigdy bym nie pomyślał, że w Prusach można tak dobrze zjeść - chwalił ucztę hrabia
    - To jest korzystne - przytaknął król.
    - Nie, to jest niekorzystne. Austriacki orzeł ma dwa dzioby w herbie, natomiast pruski tylko jeden i dlatego może tylko połowę tego żreć.
    - To jest korzystne - odpowiedział Wielki Fryc. - Bo w ten sposób będziecie płacili tylko połowę podatku”.

    Jak mówi Ewald Pollok, tej rozmowy nie można historycznie udokumentować: O Gaschinach bardzo dużo mówiono i pisano, nieraz przesadzano, chociażby w tym, że syn Karla Ludwiga- Antoni był taki silny, iż potrafił zatrzymać bryczkę zaprzęgniętą w cztery konie - przypomina Pollok. - Coś musiało jednak być na rzeczy, skoro rozmowę drukowała między innymi „Groß Strehlizer Zeitung” w dodatku miesięcznym o nazwie „Aus dem Chelmer Land” i „Aus dem Annaberger Land”, cytował ją również Alfons Hayduk w swojej książce „Der Schlemmengraf Gaschin.”


    Beata Szczerbaniewicz, nto
  • berncik 02.04.12, 11:55
    http://opolskie.regiopedia.pl/sites/default/files/imagecache/630x204/imagefield_multicrop/photo_panoramic/125262-siostry.jpgSiostry Służebniczki ze Strzelec Opolskich - dla pacjentów szpitala były gotowe zrobić wszystko - opiekowały się ludźmi w czasie wojny i pokoju. Za ciężką pracę nikt ich jednak nie docenił. W końcu zakonnice dostały nakaz opuszczenia lecznicy.

    Siostry Służebniczki opisały swoje losy w obszernej kronice, którą prowadziły przez blisko 50 lat. Pierwszy wpis pochodzi z 11 czerwca 1928 r. Wtedy właśnie zgromadzenie sióstr zakupiło 5 hektarów ziemi od hrabiego, żeby wybudować w Strzelcach nowoczesny szpital, z którego schorowani mieszkańcy mogliby korzystać. Służebniczki miały doświadczenie w leczeniu ludzi - podobną, choć znacznie mniejszą placówkę prowadziły w Leśnicy.
    Na budowę strzeleckiego szpitala dostały pieniądze od władz kościelnych, miasta, powiatu i rządu (część sum była udzielona w formie pożyczek). Wsparcie finansowe było zasługą prałata Josepha Glowatzkiego, który chodził po urzędach od drzwi do drzwi i przekonywał, że w Strzelcach lecznica jest potrzebna. Budowa szpitala poszła niezwykle szybko - zakończyła się już w listopadzie 1930 r.

    Siostry od samego początku bardzo dbały, by pacjenci czuli się w szpitalu dobrze. Przed budynkiem od pierwszych dni tryskała fontanna, na balkonach rosły pelargonie, a pacjenci mogli odpoczywać na ławkach ustawionych w pobliżu wejścia. W parku, który otaczał lecznicę, wybudowano dom gospodarczy i pralnię, a nad nią pokoje dla personelu.

    Siostry przyjmowały w szpitalu chorych z całego powiatu strzeleckiego. Pierwsze trudne chwile nastały wraz z wybuchem II wojny światowej. Lecznica z dnia na dzień zapełniła się rannymi, których przywożono z frontu. Mimo, że służebniczki pracowały z wytężoną siłą, nazistowskie władze próbowały je usunąć ze szpitala i zastąpić personelem cywilnym. Wynikało to prawdopodobnie z osobistych przekonań Hitlera, który dystansował się od władz kościelnych. Siostry były tym faktem przerażone. To dlatego, że szpital był nie tylko ich miejscem pracy, ale także ich domem. W lipcu 1940 roku o planach usunięcia sióstr z placówki, drogą pantoflową, dowiedział się ówczesny dyrektor szpitala - dr Backhaus. Postanowił zrobić wszystko, żeby nie dopuścić do przejęcia lecznicy. Dyrektor pojechał do Bytomia do głównego lekarza okręgu. Udało mu się go przekonać, by wyznaczyć strzelecką placówkę, jako szpital wojskowy. Dzięki temu naziści nie przejęli lecznicy w swoje ręce.

    Po przekwalifikowaniu szpitala, część sióstr wstąpiła formalnie do Wehrmachtu. Musiały złożyć przysięgi, dostały rangi i musiały stawiać się na apel. W zamian, podobnie jak żołnierzom, przysługiwały im różne wynagrodzenia i dodatki m.in.: koniak, wino, papierosy, pościel, ręczniki i mydła, które mogły zatrzymać lub zamienić później na inny towar.

    Siostry opisują w swoim pamiętniku, że żołnierze byli przywożeni z frontu całymi grupami, w związku z tym były one bardzo zapracowane. Wiadomo, że w sierpniu 1941 r. w szpitalu pracowało już ponad 100 zakonnic, które opiekowały się 400 rannymi (zarówno żołnierzami, jak i cywilami). Z miesiąca na miesiąc ruch w lecznicy był coraz większy, a miejscowa kuchnia przygotowywała dziennie ponad 500 posiłków, co w czasie wojny było bardzo trudne, bo żywność była wydawana jedynie na kartki.

    Pracy Służebniczkom nie ułatwiało gestapo. Tajni policjanci co rusz węszyli w szpitalu i nadzorowali siostry. Te najbardziej obawiały się, że będą o coś bezpodstawnie oskarżone i wywiezione do obozu koncentracyjnego w Dachau.
    W 1943 roku w parku przy szpitalu stanęły cztery baraki dla jeńców: polskich, rosyjskich, angielskich i amerykańskich. Siostry starały się dbać o nich na równi z niemieckimi pacjentami. Upominały nawet strażników, by nie krzywdzili rannych. W 1944 r. zaczęły się naloty alianckich bombowców na miejscowe tereny. Siostry tak opisały te chwile.
    „Znowu ostrzegają radiostacje, że nalot bliski. Przygotowałyśmy się na ciężką i trudną pracę, gdyż prawie zawsze po nalotach przywożono rannych. Za chwilę zaryczały syreny, chorych znoszono do bunkrów (...). Nagle ogromny huk, dom szpitalny cały trzęsie się i kołysze. Wszyscy patrzą przestraszeni, dzieci płaczą, podnosi się krzyk pacjentów: Boże ratuj!”.

    Bomby z opisanego nalotu spadły do ogrodu szpitala, gdzie powstały potężne wyrwy. Żadna z nich nie trafiła jednak w budynek. Im bliżej końca wojny, tym więcej rannych trafiało do szpitala. Byli oni w fatalnym stanie: „często mieli w ranach robaki lub inne insekty sprawiające im jeszcze większy ból.”
    W styczniu 1945 r. do Strzelec weszli żołnierze radzieccy. Najpierw wojskowi kazali zakonnicom zamieszkać w piwnicach szpitala, a później wygonili ich do nieogrzewanych baraków.

    „Prawie wszystkie siostry zachorowały na grypę, reumatyzm i dur brzuszny” - napisały w kronice.
    Rosjanie opuścili szpital w kwietniu 1945 r, ale zabrali ze sobą wszystko co mogli: łóżka, krzesła, szafy, aparaty rentgenowskie. Życie w powojennej Polsce okazało się dla sióstr równie trudne. Siostry zaczęły sprowadzać do szpitala sprzęt i meble na własną rękę (pierwsze łóżka dostały w darze od dyrektora więzienia). Trwało to aż do 1949 roku. Gdy wszystko było już na dobrej drodze siostry dowiedziały się, że tym razem ich szpital ma przejść w ręce komunistów.

    „Między państwem a kościołem zaszło nieporozumienie. Znów zaczęły się trudne czasy” - ubolewały siostry.
    Na początku lat 50-tych władza zaczęła zwalniać zakonnice z pracy zastępując je siostrami cywilnymi po szkołach pielęgniarskich. Po tym siostry były przesiedlane w różne części kraju.

    „Dość wyraźnie odczuwa się prześladowanie Kościoła przez Państwo. (...) Siostry wciąż uważano za Niemki i tak je też traktowano” - pisały służebniczki.
    W 1954 próbował się za nimi stawić dr Nowak, który po wojnie pełnił funkcję dyrektora lecznicy - zagroził, że jak tak dalej będzie, to zwolni się z pracy. Niedługo po tym komuniści znaleźli zastępcę na jego miejsce i sami go zwolnili.

    W wrześniu 1954 r. władze zdecydowały, że całkowicie wyprowadzą siostry ze szpitala. Miały się one przenieść do kamienicy przy ul. Opolskiej. Zakonnice odwoływały się od decyzji i nie chciały opuścić lecznicy. Milicjanci przeprowadzili więc eksmisję. Dali siostrom godzinę czasu na spakowanie się, a gdy czas minął wpadli do ich pokoi i wyrzucili wszystko z szaf. Jedna z sióstr o imieniu M. Bertina była bardzo zdenerwowana: „Przyszliście do gotowego! Chcecie nam wszystko zabrać, a nas wyrzucić!” - mówiła.
    Siostry nie miały wyjścia - musiały wynieść się ze szpitala. Po tym incydencie rzadko wychodziły na ulice. Ograniczyły też kontakty z ludźmi.

    Radosław Dimitrow, nto
    Tekst powstał we współpracy z Piotrem Smykałą - znawcą lokalnej historii.
  • berncik 02.04.12, 12:06
    http://www.szpital.strzelce-op.pl/obrazek_tytulowy-01-01.jpg
    To jest ten szpital w Strzelcach .fajnie wyglondo je budowany z czerwonej klinkery w takym poukolu i prawie kozdo sala mo balkon.
  • bratjakuba 02.04.12, 15:06
    berncik napisał:

    > http://www.szpital.strzelce-op.pl/obrazek_tytulowy-01-01.jpg
    > To jest ten szpital w Strzelcach .fajnie wyglondo je budowany z czerwonej klink
    > ery w takym poukolu i prawie kozdo sala mo balkon.
    =================================================
    A wczytejcie sie w autorstwo tego wysiedlunia. Te miano sie sam pora razy przewijało.
    Take akcje miały miejsce jedynie we Wrocławiu i całym województwie Opolskim.
    We Wrocławiu był za to odpowiedzialny dyrektor do spraw wyznań Wojewódzkiej Rady Narodowej,żyd z pochodzenia.
    W opolskim niestety rodowity Ślonzok i to taki co sie som stymplowoł za Niymca jak mu to było wygodne a potyn cołkowicie sie sprzedoł komunistycznym okupantom z PZPR.
    Mom w tym temacie zaś doświadczynie osobiste bo bez 2 lata wynajmowoł ech izba w takim klosztorze.
    Ta eksmisja odbywała sie we wakacje letnie i jedynie ta nasza izba została zaplombowano z osobistymi rzeczami.
    Potyn od września do marca nastympnego roku ech mioł do czyniynio z tymu towarzyszami
    na temat co,skond, dlaczego i co dali.
    Bez to nikiedy protestuja jak wszystko zło sie podciongo pod pojyńcie "Poloki".
    To tak samo jak by pedzieć,że wszyjscy Niymcy = faszysci abo nazi.

  • berncik 03.04.12, 16:50
    Pokój namysłowski z 1348 roku

    opolskie.regiopedia.pl/sites/default/files/imagecache/width630px/photos/124647-obraz_dscn4892.jpg
    Pokój namysłowski z 1348 roku - niespełna siedem wieków temu miasto na kilka dni znalazło się w centrum wydarzeń ówczesnej Europy Wschodniej, a dzięki pokojowi namysłowskiemu jego nazwa zapisała się w historii.

    Podpisany jesienią 1348 r. pokój namysłowski kończył trwającą od trzech lat polsko-czeską wojnę o panowanie nad Śląskiem.
    Zawarcie 22 listopada 1348 r. - In opido Namysloviensi Wratislaviensis dyocesis anno et die subscriptis (W Namysłowie, mieście diecezji wrocławskiej, w roku i dniu niżej podanym) - pokoju między królestwami Polski i Czech było tylko pozornym rozwiązaniem konfliktu. Kazimierz III Wielki nie zamierzał zrezygnować z posiadania wpływów w księstwach śląskich, z kolei Karol IV Luksemburski miał w planach włączenie całej dzielnicy do Korony Królestwa Czech.

    Bezpośrednią przyczyną wojny była aktywna polityka Polski w rejonie. Zwycięski konflikt o pograniczną Wschowę z książętami Żagania, Ścinawy i Oleśnicy (rządzonej przez Konrada, księcia Namysłowa w l. 1312-23) oraz zawiązanie sojuszu z cesarską dynastią władających Bawarią i Brandenburgią Wittelsbachów nie mógł ujść uwadze władającego Czechami Jana Luksemburskiego, którego syna margrabiego Moraw Karola uwięziono w Polsce wiosną 1345 r.
    Latem 1345 r. ruszyła czeska wyprawa na Polskę. Jan na początek uderzył na świdnickie księstwo Bolka II Małego, ostatniego niezależnego Piasta Śląskiego. Specjalny oddział saperów pomógł zająć ważną graniczną twierdzę w Kamiennej Górze. Chcąc odciążyć sojusznika, Kazimierz III najechał i spustoszył księstwo opawskie, co przyniosło odwetową wyprawę Jana Luksemburskiego i jego śląskich sprzymierzeńców na stołeczny gród Polski - Kraków.

    Kolejne lata przyniosły stagnację konfliktu. Ważnym wydarzeniem była rycerska śmierć króla Jana w bitwie z Anglikami pod Crécy 26 sierpnia 1346 r. Niewidomy władca stanął u boku Francuzów do swojej ostatniej bitwy, walcząc przywiązany do dwóch rycerzy. Pragnąc otoczyć się nieśmiertelną chwałą ruszył do ataku ze słowami „Nie będzie to, żeby czeski król z pola uciekał!”. Jego następcą został Karol IV Luksemburski.

    Wybór miejsca podpisania traktatu był zapewne nieprzypadkowy. Namysłów był już wówczas usytuowany przy ważnych szlakach komunikacyjnych, w tym przy najważniejszym, łączącym Wrocław z Krakowem, czyli w szerszej perspektywie Zachód ze Wschodem Europy. Znaczenie miało również przygraniczne położenie miasta, stanowiącego wówczas własność Kazimierza III, który dzierżył Namysłów, Byczynę, Wołczyn i Kluczbork na mocy zastawu z 1341 r. Nominalnie okolica stanowiła jednak własność Piastów legnicko-brzeskich - Bolesława III Rozrzutnego i jego synów - Wacława i Ludwika.

    Samą treść dokumentu znamy jedynie z wersji łacińskiej wystawionej przez kancelarię Kazimierza Wielkiego, nieznana jest treść aktu ratyfikowanego przez stronę czeską. Władca Polski występuje jako Cazimirus Dei gracia rex Poloniae - z bożej łaski król Polski, swojego oponenta tytułując serenissimum principem dominum Carolum, Romanorum regem semper augustum et Boemie regem - najłaskawszym i najzacniejszym władcą Karolem, zawsze dostojnym królem rzymskim i królem Czech.

    Wprawdzie nie są znane źródła, mówiące o tym, że w Namysłowie zjawili się obaj monarchowie, ale z drugiej strony fakt ich obecności również nie jest negowany. Co w najbardziej optymistycznym wyobrażeniu pozwala na uznanie dnia 22 listopada 1348 r. za prawdziwy szczyt władców państw Europy Środkowo-Wschodniej, w którym obok dwóch głównych władców wzięliby też udział ich najbliżsi sojusznicy: król Węgier Ludwik Andegaweński, książę świdnicko-jaworski Bolko II Mały (obaj byli siostrzeńcami polskiego króla) oraz Albrecht Habsburg, książę Austrii, Styrii i Karyntii.

    Jakie były warunki układu? Zachowanie wiecznej miłości i przyjaźni między obiema stronami (od tej pory Polska i Czechy nigdy nie znalazły się w stanie wojny), rozstrzyganie konfliktów Bolka i Karola poprzez mediację Albrechta, wsparcie ze strony Czech w konfliktach Polski z Zakonem Krzyżackim i Marchią Brandenburską, wystąpienie Polski w wojnie po stronie Czech, jeśli te dopomogą nam w odzyskaniu utraconych ziem (z wyjątkiem pomocy przeciwko Królestwu Węgier) lub życzliwa neutralność przy braku pomocy, anulowanie długów Karola wobec Kazimierza.
    Najbardziej możliwym miejscem, w którym zawarcia pokoju namysłowskiego była siedziba książęca, drewniana poprzedniczka istniejącego do dziś murowanego zamku, którego budowę rozpoczęto w 1361 r.

    Prawdopodobnym jest również inne miejsce podpisania traktatu - murowany kościół na Starym Mieście.
    Dzięki osiągniętemu porozumieniu wyniszczona wojną lat 1345-48, a także wcześniejszymi zmaganiami o dziedzictwo Henryka Głogowczyka zaznała wreszcie spokoju.
    =

    Jednocześnie znów nastąpiła zmiana właściciela miasta, które powróciło z zastawu u polskiego władcy (według niektórych źródeł pozostało w nim do 1356 r.) w ręce książąt legnicko-brzeskich, którzy zatrzymali je moim zdaniem do 1359/60 r.

    Większość źródeł podaje wprawdzie datę o dekadę wcześniejszą, ale usytuowanie przejęcia okolic Namysłowa przez Karola IV na 1348/49 r. wywołuje wiele nieścisłości. Przede wszystkim weichbild namysłowski powinien do 21 kwietnia 1352 r. być pod kontrolą księcia brzeskiego Bolesława, a następnie stanowić oprawę wdowią dla jego żony Katarzyny, zmarłej w 1358 r. Dopiero wówczas mogło dojść do transakcji między synami Bolesława, a cesarzem Karolem IV.
    Korzystając z opieki cesarskiej miasto mogło się spokojnie rozwijać aż do czasu konfliktu z księstwem opolskim pod koniec XIV w., a w szczególności do okresu wojen husyckich, które dotarły nad Widawę pod koniec lat 20. XV w.

    Mateusz Magda
  • berncik 07.04.12, 20:22
    Ten kosciou i klasztor w Jemielnicy warto pooglondac.
    maria.bloog.pl/id,4726140,title,Kosciol-Wniebowziecia-Najswietszej-Marii-Panny-i-sw-Jakuba-w-Jemielnicy-zespol-klasztorny-cystersow,index.html?ticaid=6e3b4
  • socer-schlesier 07.04.12, 21:03
    Richtig fajny tyn kosciolek. Jest zech tam zaproszony na wesele 26 maja.
  • berncik 09.04.12, 16:28
    socer-schlesier napisał:

    > Richtig fajny tyn kosciolek. Jest zech tam zaproszony na wesele 26 maja.
    To mosz okazja se tam troch porozglondac.
  • berncik 10.04.12, 20:55

    Krzyże i kapliczki w gminie Strzelce Opolskie

    Historia
    Kapliczka z 1667 roku na cmentarzu (Strzelce Opolskie)

    Kapliczka jest ustawiona w pobliżu kościoła pw. św. Barbary przy ogrodzeniu koło drogi 94. Nie wiadomo, kto był jej fundatorem. Kapliczka została poświęcona w 1667 r. w dniu święta Wniebowstąpienia Pana Jezusa. Jest to święto ruchome i dzień ten wypadał wówczas 17 maja.

    Na szczycie dachu znajduje się wykuta z metalu postać Chrystusa Zmartwychwstałego, a pod nim data: "17 maj 1667".

    Kapliczka jest typu słupowego, wymurowana z kamienia i cegły o podstawie kwadratowej. Posiada 4 wnęki, w których dziś znajdują się obrazki Jezusa. Jest to jedna z najstarszych kapliczek w powiecie strzeleckim, o której wiadomo, kiedy powstała (lub została poświęcona).

    Krzyż drewniany przy ulicy Krakowskiej (przeniesiony) - Strzelce Opolskie

    Według przekazów ustnych i zdjęć, krzyż stał przy ulicy Krakowskiej, w pobliżu budynku urzędu starostwa powiatowego (Landratsamt), w okolicach dzisiejszego Liceum Ogólnokształcącego. Nie wiadomo, w jakiej intencji został postawiony. Obok krzyża stał też kamienny obelisk ozdobiony girlandą.

    Krzyż został przeniesiony na obecne miejsce pod koniec XIX wieku przez rodzinę Jokiel. Dziś stoi na polu tejże rodziny.

    Kapliczka słupowa z XVII i XIX wieku (Kalinowice)

    Kapliczka słupowa pochodzi z XVII w. i znajduje się obecnie w granicach posesji Nieszwieca przy ulicy Wiejskiej. Kiedyś stała na rozwidleniu dróg do Poznowic i Niwek. Obecna kapliczka została zbudowana w XIX w.

    Według przekazów ustnych, w tym miejscu mieli być pochowani żołnierze szwedzcy, z czasów wojny trzydziestoletniej (1618-1648). Być może stała tu latarnia z kamieni polnych do porozumiewania się między posterunkami. Takie latarnie były budowane co kilka kilometrów, a przy jednej z nich pochowano zmarłych. Potwierdza to fakt, że w czasie wydobycia piasku w pobliżu kaplicy natrafiono na ludzkie kości. Prawdopodobnie z biegiem lat budowlę zagospodarowano na kapliczkę chrześcijańską.

    Kaplica słupowa jest postawiona na planie kwadratu o szerokości boków ok. 1,2 m i wysokości około 5 metrów, dach zadaszony dachówką. Na jego zwieńczeniu kiedyś znajdował się żelazny krzyż z Chrystusem (zaginął). Po bokach w dolnej części krzyża były dwie odnogi z dwiema gwiazdkami. Z przodu budowli znajdują się trzy wnęki. W górnej stoi figura Matki Boskiej. Niegdyś mieściła się tu statua św. Anny Samotrzeciej, która w niewyjaśnionych okolicznościach zaginęła.

    Obecnie kapliczką opiekują się Teresa i Joachim Nieszwiec.

    Krzyż kamienny ul. Wiejska 14 (Ligota Górna)

    Krzyż kamienny powstał około 1901 r. w czasie budowy domu. Został ufundowany przez Johanna Matheja (1874-1953) i jego żonę Mathildę (1881-1962), lecz nie wiadomo, w jakiej intencji. Johann Matheja był z wykształcenia mistrzem kamieniarskim (w latach 1899-1901 pracował m.in. przy budowie teatru w Bytomiu - obecnie opera bytomska) i zapewne sam wykonał krzyż.

    W styczniu 1945 r. doszło tu do niezwykłego wydarzenia. Sowiecki czołg szybko przejeżdżał wąską uliczką i kierujący nim żołnierz stracił panowanie nad pojazdem. Uderzył w mur, częściowo go niszcząc, odbił się i zatrzymał tuż przed krzyżem. Mieszkańcy Ligoty uznali to za cud.

    Kapliczka pw. św. Barbary z 1879 roku (Podborzany)

    Kapliczka została wybudowana w 1879 r. przez rodzinę Mathejka z Podborzan. Rok budowy kapliczki widnieje na krzyżu metalowym umieszczonym na jej zwieńczeniu.

    Położona jest na byłej posesji Mathejki szczytem wyjściowym do drogi. Wewnątrz znajduje się ołtarz, nad min obraz świętej Barbary oraz obrazy Matki Boskiej Bolesnej i Pana Jezusa. Na bocznych ścianach umieszczone są stacje Drogi Krzyżowej. Na jednej ze ścian wisi mała gablota, w której znajduje się biała poduszka poświęcona Annie Matejka (17.07.1932-03.12.1952) zmarłej na cukrzycę.

    Budowla powstała na pamiątkę dwóch wydarzeń. W czasie wojny prusko-austriackiej, w 1866 r. poległ jeden z synów z rodziny Mathejka, Johann. Według przekazów ustnych, na wojnie prusko-francuskiej, w latach 1870-1871, poległ też inny przedstawiciel rodziny - Josef. Po tych tragicznych wydarzeniach rodzina zdecydowała się na wystawienie okazałej kapliczki z ich posagów.

    Kapliczka została poświęcona św. Barbarze, patronce dobrej śmierci. Przez wiele pokoleń kapliczką opiekowała się rodzina Mathejka. Mimo że nie mieszka już w tym miejscu, uczestniczy w remontach tego obiektu oraz krzyża drewnianego, stającego przy drodze w kierunku Farskiej Koloni. Obecnie kapliczką opiekuje się rodzina Krawiec.

    W 2005 r. kapliczka została odnowiona. Zmieniono dach, odnowiono wnętrze i elewację. Remont został wykonany przez rodzinę Matejka, Pordzik i Krawiec. Budowla została ponownie poświęcona przez proboszcza parafii św. Wawrzyńca.

    W Dniu św. Barbary odprawiana jest tutaj msza św. w intencji zmarłych i poległych z Podborzan, Farskiej Koloni i Rozmierki.

    Krzyż na Pasterniku (Rozmierka)

    Krzyż został postawiony w XIX w. na mogile zmarłych na zarazę z Rozmierki, Jędryń, Podborzan oraz być może z innych miejscowości. Wybrano to miejsce ze względu na piaszczysty i oddalony od zabudowań teren. Zaraza spowodowała wielkie spustoszenia, a zmarłych trzeba było chować w masowych grobach. Powstało tu wielkie cmentarzysko.

    Być może krzyż postawiono już w czasie zarazy. Po latach wymagał jednak remontu lub wymiany na nowy. Przed 1914 r. Peter Urbantzyk miał sen. Przyśniło mu się, że jeżeli odnowi krzyż, nie pójdzie na wojnę i nie zginie.

    Urbantzyk został powołany do armii niemieckiej, ale zachorował na malarię i został zwolniony do domu. Jako wotum wdzięczności za ocalenie życia, ok. 1923 r., postawił duży drewniany krzyż, który stał w tym miejscu do lat 60. XX w. Za czasów ks. Budnioka drewniany krzyż zastał odnowiony, a w 1983 r. rodzina Urbańczyk postawiła w tym miejscu krzyż betonowy.

    Piotr Smykała, Romuald Kubik
  • berncik 18.04.12, 11:44
    Karczma z historią

    W połowie ulicy Wiejskiej w Olszowej stała niepozorna do niedawna budowla. Wyróżniała się szarością pośród zadbanych posesji sąsiadów. Nie był to jednak dom mieszkalny, a dawna karczma z XVIII wieku. Stała nieczynna i niszczejąca. Dopiero przed kilkoma laty wokół niej zaczęto ustawiać rusztowania, powiększać okna, murować rozsypujące się ściany... Prac w dużej mierze samodzielnie podjął się spadkobierca gospody - Gerard Tiszbierek.

    Teraz karczma wygląda inaczej. Ma bieluteńkie ściany, nowy dach i podjazd dla wózków. Gdy właściciel zamknie wszystkie formalności, restaurację znów odwiedzą goście. Będzie w niej tłoczno i gwarno, jak w latach świetności...

    - Pierwotnie karczma była w rękach właściciela wsi, który oddawał ją w dzierżawę - przypomina historię obiektu Piotr Smykała. - Olszowa należała wówczas do Phillippa Grafa Colonny (1755-1807), który w 1789 r. kupił wieś od von Schweinichena. Od 1813 r. miejscowość przejął Leopold Graf Gaschin, a następnie od 1823 r. Andreas Graf Renard (1795-1874) i jego syn Johannes Graf Renard (1829-1874), którzy założyli tu wspaniałą hodowlę koni wyścigowych i zaprzęgowych. Stajnia była znana w całej Europie.

    Rodzina Tischbierek kupiła gospodę w II połowie XIX wieku.

    - Pierwszym właścicielem był Johann Tischbierek (1838-1917), trzykrotnie żonaty. Obie żony pochodziły z Poręby. Z drugą miał dwoje dzieci, które zmarły w czasie zarazy - przypomina Piotr Smykała. - Potem Johann Tischbierek ożenił się Pauliną z d. Skowronek (1859-1925) z Olszowej, która urodziła mu trójkę dzieci: Sofię, Emanuela i Viktora.

    Johann Tischbierek bardzo dbał o swój interes. W 1886 r. przebudował i powiększył karczmę: podniósł budynek i zrobił na poddaszu pokoje. W 1900 r. kupił sąsiedni kawałek ziemi i rok później wzniósł na nim dom mieszkalny z chlewnią i oborą (te obiekty wyburzono w 2007 r. żeby zrobić miejsce na przestronny parking).

    - W 1914 r. interes po ojcu przejął jego syn Emanuel (1888-1945), który prowadził go najpierw z pierwszą żoną Marianną (1896-1928), pochodzącą z Zalesia. Z nią miał trójkę dzieci: Angelę (1921 r.), Renatę (1923 r.) i Georga (1926 r.). Kiedy Marianna zmarła, Emanuel oddał karczmę w dzierżawę rodzinie Galla - przypomina dzieje Piotr Smykała - jednak w 1929 r. ożenił się po raz drugi - z wdową Franciszką Apfeld (1895-1949) z d. Rekus z Ujazdu, i ponownie zajął się gospodą.

    Na świat przyszła dwójka kolejnych dzieci: Hubert (1929 r.) i Josef (1934 r.). Dorastając, przypatrywały się, jak ich rodzice, Emanuel i Franciszka, prowadzą karczmę. Zwłaszcza matka miała zmysł do interesów. Wyniosła go z domu, bo jej rodzina od lat prowadziła zakład masarski. Tu co tydzień odbywało się świniobicie. Mięso z uboju i wyroby wędliniarskie były sprzedawane w sklepie. Zaradna Franciszka wykorzystała swojskie specjały też w karczmie, gdzie podawano je jako dania i zakąski.

    - Kiedy w pobliżu Olszowej (wtedy Erlenbusch O.S.) rozpoczęła się budowa autostrady, przy której pracowało dużo robotników, zwiększyło się zapotrzebowanie na posiłki - mówi Smykała. - To dlatego świnię bito już nie raz a dwa razy w tygodniu. Poza tym, właściciele karczmy robili swojską gorzałkę, którą delektowali się klienci. W menu nie brakowało piwa z pobliskich browarów oraz wina i napojów chłodzących.

    Interes kwitł. Zaś Emanuel Tischbierek miał możliwość zajmowania się dodatkowo wydawnictwem. Produkował mapy szkolne, pocztówki oraz pisał artykuły o historii do gazet.

    - Spokojne życie mieszkańców Śląska, w tym także rodziny Tischbierków, zakłóciła wojna. Żywność na kartki i trudności z zaopatrzeniem w towar nie sprzyjały prowadzeniu karczmy. Od grudnia 1940 r. aż do jesieni 1944 r. przebywali w niej angielscy jeńcy wojenni, których pilnowało dziewięciu żołnierzy niemieckich. Początkowo było 80 jeńców, w kwietniu 1941 r. 50. z nich zostało przeniesionych do Sieroniowic i na Górę św. Anny. Reszta pozostała w Olszowej pod dozorem dwóch niemieckich żołnierzy - odkrywa historię Smykała. - Jeńcy pracowali w lesie przy wyrębie drzew i w gospodarstwach rolnych. Porządkowali też drzewostan w lesie zwanym "Kuczesz" po przejściu orkanu. Jesienią 1944 r. zostali przeniesieni w głąb Niemiec. W 1990 r. dwóch byłych jeńców angielskich odwiedziło Olszową. Było to dla rodziny Tiszbierek niesamowite spotkanie.

    Czternastego lutego 1945 r. Emanuel Tischbierek został internowany w głąb Związku Radzieckiego, gdzie cztery miesiące później zmarł na tyfus. Franciszka po stracie męża zamierzała nadal prowadzić karczmę, co skutecznie utrudniły jej władze komunistyczne.

    - Została aresztowana i osadzona w więzieniu, z którego wyszła schorowana i załamana. W lipcu 1949 r. zmarła - mówi historyk. - Karczmę i gospodarstwo rolne przejął po powrocie z amerykańskiej niewoli syn Marianny i Emanuela, Jerzy Tiszbierek (1926-2004), który w 1956 r. ożenił się z Jadwigą z d. Skowronek.

    Spadkobierca w 1972 r. próbował reaktywować karczmę. Bezskutecznie. Dopiero jego syn, Gerard, zrealizował plany ojca...

    O minionej epoce przypominają zdjęcia zawieszone w odnowionej restauracji. Niegdyś karczma urządzona była w stylu myśliwskim, wystrojona w poroża i skóry zwierzyny upolowanej w pobliskich lasach, zaś ławy do siedzenia obito skórą. Dawniej istniał tu bufet i sala taneczna. Dziś obok sali urządzono nowoczesną kuchnię i toalety. Tablicę z napisem "Gasthaus Emanuel Tischbierek", wiszącą niegdyś nad wejściem, obecnie oglądać można w sali zabaw.

    Czy duch karczmy znów ożyje?
    JL
  • berncik 19.04.12, 20:08
    http://opolskie.regiopedia.pl/sites/default/files/imagecache/630x204/imagefield_multicrop/photo_panoramic/121821-strzelce.jpgStrzelce Opolskie w 1945 roku - gdy kończyła się wojna, w marcu 1945 r. władzę w Strzelcach objęła pierwsza polska administracja. Ale rządziła tutaj tylko na papierze, bo za sznurki pociągali głównie Sowieci.

    Przedstawiciele polskiej administracji, którzy wjechali do Strzelec zastali miasto w kompletnych gruzach. Na skutek działań wojennych i podpalenia miasta przez wojska radzieckie zrujnowanych było aż 58,5 proc. budynków: domów, kamienic, urzędów i zakładów. Gdy na mocy międzynarodowych układów postanowiono, że tereny Śląska przypadną Polsce, miejscowi niemal od razu ruszyli z odbudową miasta. Szybko okazało się jednak, że kraj, za który przelali krew stał się pod rządami komunistów mało przyjazny, a silne wpływy Moskwy sięgały aż do Strzelec.

    Głównym zadaniem sześcioosobowej administracji, która tworzyła tzw. grupę operacyjną, było przejęcie majątku na terenach poniemieckich, jak najszybsze jego spisanie oraz uruchomienie zakładów produkcyjnych. Grupie przewodził najpierw inż. Ignacy Tyczyński, a kilka miesięcy później przejął ją Marian Jędrysik (obaj to urzednicy nadani z Warszawy). Już 25 marca 1945 r. wojskowi poinformowali polską administrację, że są gotowi przekazać jej zakłady cementowo-wapiennicze, gorzelnie, browary i mniejsze przedsiębiorstwa. - łącznie było to 107 zakładów, z czego 35 działało, 72 nie udało się uruchomić.
    W czasie przejmowania poniemieckiego majątku doszło do poważnego zgrzytu pomiędzy polską administracją a miejscowym dowództwem Armii Czerwonej. Radzieccy wojskowi nie chcieli oddać części zakładów. Z Moskwy przyszło bowiem zarządzenie, że w zniszczonym Związku Radzieckim maszyny są bardziej potrzebne. Sowieci rozmontowali więc najcenniejsze maszyny na części i wywieźli je na Wschód. Przedstawiciele polskiej administracji mogli się temu tylko przyglądać. W ten sposób nowoczesne, jak na tamte czasy zakłady, zostały ogołocone. Wiadomo też, że zatrudniały wtedy jedynie 240 osób, tymczasem jak oszacowano, żeby działały pełną parą potrzeba było aż 2925 pracowników. Tych w okolicy jednak brakowało.

    Incydentów pomiędzy Polakami a Rosjanami było więcej. Dla przykładu radzieccy wojskowi i mundurowi z miejscowych oddziałów milicji obywatelskiej niespecjalnie za sobą przepadali. Wiadomo, ze 19 września 1945 r. doszło między nimi do starcia. Tego dnia w Izbicku milicjanci byli w terenie, żeby pouczyć mieszkańców, by nie wyłamywali sztachet z płotów do rozpalania ognisk na polach w czasie zbiorów kartofli. W pewnym momencie zatrzymała się obok nich kolumna wojska sowieckiego, którą dowodził major Amii Czerwonej. Podszedł on do komendata MO i zażądał od niego motocykla. Komendat odmówił i przy pomocy gwizdka zawołał ok. 70 swoich ludzi. W tym momencie major kopnął funkcjonariusza w brzuch zrzucając go z motocykla i zaczął okładać pistoletem. Grożąc zastrzeleniem, zabrał motor, wrzucił go na samochód i natychmiast odjechał. W innych przypadkach mieszkańcy skarżyli się na radzieckich żołnierzy, że zabierali im rowery, choć sami nie potrafili na nich jeździć i się wywracali.

    Brak współpracy mundurowych przekładał się na bezpieczeństwo w okolicy. Do Strzelec nierzadko zapuszczali się złodzieje, którzy grabili nie tylko poniemiecki majątek, ale też dobytek rodaków. Szabrownicy zjeżdżali tu nawet z sąsiednich województw. Dochodziło także do morderstw.
    12 września 1945 r. na stołówce pracowników starostwa, ktoś zastrzelił Stanisława Laska - funkcjonariusza Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego. 20 września ktoś zamordował natomiast milicjanta Władysława Rulę. Nieznani sprawcy rozebrali go z butów, spodni wojskowych i kurti skórzanej. A jego twarz była tak zmasakrowana, że z trudem został rozpoznany. Zabójcy nie zostali złapani.

    Funkcję burmistrza w Strzelcach powierzono w marcu 1945 r. Tomaszowi Skowronkowi, który był znany wśród przedstawicieli polskiej administracji jako osoba zasłużona dla kraju. Skowronek jeszcze podczas I wojny światowej walcząc w niemieckiej armii przeszedł na stronę polską. Bronił Lwowa przed Ukraińcami i wziął udział w bitwie warszawskiej w 1920 roku. Wziął też udział w akcji plebiscytowej. Za swoje pro-polskie przekonania był prześladowany przez nazistów. Gdy wybuchła II wojna świadowa trafił do obozu koncentracyjnego w Dachau, a jego córki zostały skierowane do prac przymusowych.

    Gdy Skowronek przyjechał jako burmistrz do zrujnowanego miasta miał problem ze zorganizowaniem własnej siedziby, bo ocalałe budynki zajmowały wojska radzieckie. Urzędował w starym budynku gazowni (obecnie ul. Mickiewicza) a później przeniósł się na ulicę zamkową (dzisiejsza siedziba banku). Jedną z pierwszych decyzji burmistrza było zorganizowanie w ocalałych suterenach zamku publicznej kuchni. Gotowano w niej przede wszystkim zupę, która była rozdawana mieszkańcom. Skowronek zdecydował, że w pierwszej kolejności trzeba ratować ludzi przed głodem i chorobami. W mieście z powodu braku dostępu do bieżącej wody zaczął szerzyć się tyfus. Burmistrz osobiście woził żywność dla ludzi. Miał wtedy do dyspozycji wóz z koniem i pomocnika z referatu opieki społecznej.
    Jeszcze w 1945 r. ruszył szpital, powstały pierwsze sklepy, szkoły i zaczęła działać rzeźnia. Ale jeszcze wiele brakowało, by do Strzelec powróciło normalne życie.

    W połowie 1945 r. władze nakazały przeprowadzić weryfikację wśród Ślązaków, która miała ich podzielić według narodowości na Polaków i Niemców. Na skutek tej działalności wysiedlono z okolicy 1450 osób, a ich miejsca zastąpili repatryjanci.

    Zarówno polskiej jak i radzieckiej stronie zależało, by po zajęciu Śląska, jak najszybciej podporządkować sobie te tereny i odciąć je od III Rzeszy. W pierwszej kolejności trzeba było jednak zaprowadzić względny porządek i usunąć spośród ludzi sympatyków partii Adolfa Hitlera. To zadanie powierzono w Strzelcach w pierwszej kolejności Powiatowemu Urzędowi Bezpieczeństwa Publicznego, który swoją siedzibę miał w piwnicach zrujnowanej kamienicy w centrum miasta (dzisiejszy róg Rynku z ul. Wojska Polskiego). O ile działania urzędu mogły być w tamtych czasach zrozumiałe, o tyle metody pracy jakie stosowali ubecy były niezwykle brutalne. Ludzie nazwali siedzibę UBP „katownią”.

    Funkcjonariusze posługiwali się metodami zaczerpniętymi prosto ze stalinowskich urzędów. Ubecy przyjeżdżali pod wytypowane adresy w towarzystwie uzbrojonych milicjantów. Po otoczeniu domu lub kamienicy kazali opuścić wszystkim budynek i zabierali ludzi. Na „przesłuchania” były wywożone całe rodziny. W piwnicach UBP funkcjonariusze pytali m.in., czy ktoś z krewnych należy do NSDAP, czy brał udział w partyjnych zjazdach nazistów, i czy w domu mówi się po niemiecku? Oficjalnych protokołów z tamtejszych przesłuchań nie ma. Z relacji starszych i nieżyjących już osób wynika jednak, że więźniowie byli regularnie bici, a zeznania wymuszane siłą, a nawet torturami. Wiadomo, że przesłuchania czasami przeciągały się przez wiele dni. Dla przykładu Elfrieda Rickhoff z Rozmierzy, którą ubecy zatrzymali 28 marca 1945 r. została zwolniona do domu dopiero po 18 dniach. Osoby, które nie przeszły weryfikacji trafiały do miejscowych więzień lub obozów pracy i były typowane do wysiedlenia. Taki los spotkał m.in. Marcjannę Salzburg z Rozmierki. Funkcjonariusze zabrali ją po tym jak ktoś doniósł, że w domu trzyma broń, a jej mąż Walentin walczył na froncie w mundurze niemieckim.

    Największy obóz w okolicy znajdował się w Błotnicy Strzeleckiej w pobliżu torów kolejowych przy dawnej wytwórni pasz.
    Utworzyli go naziści, by przetrzymywać tam swoich więźniów (głównie Ukraińców), w czasie gdy zajmowali jeszcze te tereny. Wiadomo, że panowały tam fatalne warunki sanitarne. Drewniane baraki były w stanie pomieścić ok. 200 osób, a wśród osadzonych szerzyły się choroby.
    Po wkroczeniu wojsk radzieckich Sowieci podporządkowali sobie obozy, ale warunki dla nowych osadzony
  • berncik 19.04.12, 20:11
    Utworzyli go naziści, by przetrzymywać tam swoich więźniów (głównie Ukraińców), w czasie gdy zajmowali jeszcze te tereny. Wiadomo, że panowały tam fatalne warunki sanitarne. Drewniane baraki były w stanie pomieścić ok. 200 osób, a wśród osadzonych szerzyły się choroby.
    Po wkroczeniu wojsk radzieckich Sowieci podporządkowali sobie obozy, ale warunki dla nowych osadzonych niewiele się zmieniły.
    Następnie obóz w Błotnicy przejęła polska władza. Niemcy, którzy tam trafili byli traktowani jak bezpłatna siła robocza, która miała „moralny obowiązek” odpracować wyrządzone krzywdy. Więźniowie przebywali w obozach do czasu aż przyjeżdżał kolejny transport, który zabierał ich na wschód lub w głąb Niemiec i Czech. W ten sposób pozbyto się przedstawicieli wielu narodowości i osób niepożądanych dla ówczesnej władzy komunistycznej. Na przykład z Piotrówki wysiedlono ponad 200 osób pochodzenia czeskiego, a potem wywieziono ich do Czechosłowacji, gdzie zostali osiedleni w okolicy Karlowych Warów w domach po Niemcach sudeckich. Osadzeni w oczekiwaniu na transport pracowali w polu, przy odgruzowywaniu budynków oraz przy usuwaniu niemieckich pomników.

    Jednym z nich było mauzoleum zbudowane przez nazistów na Górze św. Anny dla upamiętnienia niemieckich żołnierzy poległych w 1921r. walczących przeciw powstańcom śląskim. Stanęło ono w 1938 r. Mauzoleum rozbierali młodzi mężczyźni z obozu z Błotnicy. Resztę monumentu wysadzili saperzy.

    Racje żywnościowe dla osadzonych nie były wtedy duże - przysługiwało im dziennie ok. 200 g chleba i zupa. Do domów byli zwalniani tylko ci, którzy chorowali i byli skrajnie wycieńczeni. Z powodu braku dostępu do bieżącej wody wiele osób zapadło na tyfus i dur brzuszny.
    Dla przykładu 36-letnią Maria Gaschin z Rozmierzy została wywieziona z obozu nieprzytomna na wózku. Kobieta trafiła do szpitala z wysoką gorączką 12 października 1945 r. Lekarze nie byli w stanie jej uratować. Josef Niestroj także zmarł w szpitalu strzeleckim. Natomiast Anna Morawitzky (ur. 1886r. w Stubendorf/Izbicko) żona Ernsta Morawitzkiego, kierownika szkoły w Szymiszowie, zmarła 8 września 1945r. w błotnickim obozie. Została pochowana na strzeleckim cmentarzu. Ernst i jego córka po wysiedleniu musieli wyjechać do Niemiec.
    Porządki, które zaprowadzało UBP miały jeszcze jeden cel. Wysiedlani ludzie zwalniali miejsca dla repatriantów ze wschodu, którzy przejmowali miejscowe domy i gospodarstwa. Napływ nowej ludności prowadził czasami do kuriozalnych sytuacji. Niemcy, którzy najczęściej z powodu chorób wychodzili z obozów nie mieli dokąd wrócić, bo ich domy były już zajęte przez repatriantów. Wtedy od dobrej woli nowych lokatorów zależało, czy były właściciel mógł czasowo zamieszkać w takim domu. Część osób się na to zgadzała i wtedy pod jednym dachem mieszkały dwie rodziny.

    Kwestię przesiedleń ludności koordynowała od 1945 roku ponadto Komisja Weryfikacyjna ds. Narodowościowych, w której zasiadali m.in. burmistrz Strzelec Tomasz Skowronek oraz starosta Zygmunt Nowak. W pierwszych miesiącach komisja działała dosyć ospale. Dopiero w połowie 1946 roku prace nabrały tempa. Mieszkańcy, którzy przed nią stawali, musieli złożyć deklarację wierności narodowi i państwu polskiemu. Żeby nie być wysiedlonym i uzyskać pozytywną weryfikację miejscowi musieli mieć trzech świadków, którzy potwierdziliby, że ubiegający zna język polski i zachowuje słowiańskie obyczaje. Komisja sprawdzała ponadto, czy taka osoba ma w domu m.in. polskie gazety i polskojęzyczne modlitewniki.
    W latach 1945-1946 z powiatu wysiedlono łącznie 1450 osób pochodzenia niemieckiego, co w stosunku do innych powiatów nie było dużą liczbą. Wyższa władza w Katowicach, której podlegała komisja narodowościowa, uznała nawet, że wysiedlono za mało ludzi.

    W więzieniu strzeleckim osadzono ponadto wiele osób nie tylko narodowości niemieckiej, ale także polskiej. Więziono tu przede wszystkim działaczy polskich formacji wojskowych, których ze względów politycznych władza nie uznawała. W 1949 r. było tu więzionych 2437 osób.

    Tekst powstał we współpracy z Piotrem Smykałą, znawcą lokalnej historii. W tekście wykorzystano dane z publikacji: Michał Lis, „Odbudowa podstaw gospodarki Śląska Opolskiego 1945 r.” oraz „Rok pierwszy w powiecie strzeleckim”.

  • berncik 24.04.12, 17:28
    http://www.strzelecopolski.pl/files/images/4916_4020.jpg
    Maibaum lub moj

    Moi przed wojną było to popularne święto na śląskich wioskach. W czasach komunistycznych wyrzucono je z kalendarza imprez lokalnych i państwowych. Ważniejsze stało się Święto Ludzi Pracy. Na szczęście maibaum znów powrócił.

    Zwyczaj stawiania mojów datuje się co najmniej na XV w. Pierwotnie stawiono je właścicielom dóbr, wysokim urzędnikom lokalnym, a w wojsku - wyższym rangą oficerom. Zwyczaj stawiania maibaumu znany był na Śląsku, Węgrzech, Morawach, Czechach, Bawarii. Drzewko majowe i łodygi majowe ze świeżą zieleniną uosabiają siłę, ducha wzrostu, zdrowia i płodności.

    W XVII w. kościół zabronił jego stawiania, wskazując na pogańskie pochodzenie tradycji. Pod koniec XVIII w. pod społeczną presją znów przywrócono majowe obchody.

    Do maibaumu przygotowywano początkowo goły drąg, a od połowy XVIII w. zaczęto go przyozdabiać świerkowym wieńcem, na czubku umieszczano choinkę. Według zwyczaju wieniec „moja” powinien być wykonany z gałązek brzozy, ale nie zawsze wiosną brzozy były zielone. Wioski konkurowały między sobą o to, kto ma najwyższe i najpiękniej przystrojone drzewko. Przy muzyce i śpiewie moj był zawijany kolorowymi wstęgami. Według zwyczaju śląskiego umajony moj stawiał młodzieniec przed domem swojej wybranki, z którą miał zamiar się ożenić. Jeśli jego zaloty zostały odrzucone, wtedy niedoszły narzeczony stawiał nagie, nieprzystrojone żerdzie przed jej domem. Wiejskie dziewczyny z niecierpliwością czekały na święto majowe, żeby dowiedzieć się, kto złoży oświadczyny. Zdarzało się, że tym, które nie zostały wybrane i nie miały wzięcia, ich zawstydzeni ojcowie sami, w tajemnicy, pod osłoną nocy, stawiali umajone drzewko. Takie publiczne oświadczyny zanikły i na wsiach stawiano jeden mój - przeważnie w środku wsi lub na boisku. Z okazji stawiania drzewka organizowano festyny i konkursy. Jeden z nich to rozbicie cepem garnka. Chłopcu zawiązywano oczy chustą, do ręki dostawał cep, a na ziemi ustawiano gliniany garnek, który miał nim rozbić. Dziewczęta obdarowywały młodzieńca wianuszkiem i rozpoczynały się tańce, które trwały do zmroku, zabawa często przenosiła się do karczmy. W nocy pilnowano moja, żeby nie ukradli go sąsiedzi z pobliskich wsi.

    Istniał specjalny kodeks:

    Moja nie można było odebrać siłą, ukraść, gdy pilnujący spali lub byli odurzeni alkoholem.

    Sprawcy kradzieży z dumą podawali do publicznej wiadomości, komu i gdzie ukradli drzewko. Żeby go odzyskać poszkodowani musieli zapłacić okup w postaci jednej beczki piwa.

    Jeżeli nie został wykupiony, wtedy można go było ustawić (już nieprzystrojonego) obok swojego - nazywano to drzewem hańby lub z niemieckiego Schandbaum.

    Drzewka należało pilnować od postawienia do 1 maja rano. Potem nie można go było ukraść.

    Kradzież nie podlegała żadnemu zaskarżeniu do sądu. Sprawę by i tak umorzono, nakazując okradzionym, żeby na przyszłość lepiej pilnowali moja.
    PIOTR SMYKAŁA
  • berncik 02.05.12, 11:49
    Muzeum regionalne w Strzelcach Opolskich

    Strzelce Opolskie
    Autor:
    Ania_Frost


    Pomysł stworzenia w Strzelcach Opolskich muzeum pojawia się na komisjach strzeleckiej Rady Powiatu i także Rady Gminy od kilku lat. Niewiele osób jednak wie, iż pierwsze muzeum na ziemi strzeleckiej zostało otwarte ponad osiemdziesiąt lat temu, a dokładnie 10 grudnia 1927 roku w nieistniejącej już dziś kamienicy na rynku strzeleckim, pod adresem Ring 13. Złote litery nad wejściem dumnie informowały, iż znajduje się tu Heimatmuseum.

    Skrupulatnie i estetycznie uporządkowane eksponaty wypełniały przeszklone gabloty, szafy i ściany. Gazeta Strzelecka w 1928 roku pisze o muzeum: „Prastare obok najnowocześniejszego, skarby geologiczne obok dzieł rąk ludzkich, przyroda nieożywiona i życie. Nawiercony toporek praczłowieka obok delikatnego jaja ptasiego i ciała ledwo co przemienionego z poczwarki motyla. Ziemia wulkaniczna z Góry św. Anny obok kła mamuta z okresu, kiedy na naszej ziemi panowały lodowce. Trzystuletni obraz strzeleckiego księcia piastowskiego Alberta obok olejowego obrazu przedstawiającego tor saneczkowy przy posągu Ceres w parku renardowskim. O szczęku oręża w naszym Heimacie świadczą stare pistolety, szable i strzelby. W szklanych szafach stare i nowoczesne skarby sztuki uderzają wysokim kunsztem wykonania„.

    Muzeum strzeleckie było pokłosiem panującej w Niemczech na początku XX wieku mody na Towarzystwa Historyczne. Ernst Mücke, rektor z zawodu i redaktor dodatku pod tytułem „Aus dem Chelmer Lande” („Z ziemi chełmskiej”) do ówczesnej Gazety Strzeleckiej, zainicjował powstanie muzeum, zbierał eksponaty od mieszkańców ziemi strzeleckiej oraz skatalogował i uporządkował je w chronologiczny ciąg, przedstawiający dzieje Strzelec Opolskich od prehistorii do czasów jemu współczesnych.

    „W latach dwudziestych XX wieku w okolicy Strzelec i Gogolina dymiły piece wapienne. 100 lat wcześniej nad wodami Jemielniczanki i Małej Panwi pracowały fryszerki i piece do wytopu żelaza. Uprawa lnu zniknęła już dawno z okolic Strzelec i Ujazdu, gdzie tworzyła swego czasu kwitnące rzemiosło. Tak przychodziły i odchodziły kultury, które tworzyły obraz naszej ziemi” – pisze Mücke. Obraz naszej ziemi chciał Mücke przybliżyć mieszkańcom Strzelec Opolskich.

    Mały przewodnik po muzeum jego autorstwa opisuje ogrom zgromadzonych eksponatów.
    Według tej publikacji w dużej szafie ściennej znajdowały się wyroby ceramiczne z nyskich warsztatów, szopki bożonarodzeniowe z figurkami, figurka piety, figura Św. Anny i wiele innych. Szafa zawierała też stare sprzęty użytku domowego zebrane w gospodarstwach i u mieszczan strzeleckich. Oddział książek i pism posiadał na przykład oryginalne listy Gustawa Freitaga. Zbiór broni mógł się poszczycić najstarszym eksponatem - rękojeścią szabli książęcej z czasów wojen książęcych (XIV-XV wiek) znalezioną na polach koło Zakrzowa.

    Atrakcją muzeum były kości mamuta i innych zwierząt z epoki kamienia łupanego, wydobyte w licznych piaskowniach i kamieniołomach na Górze św. Anny. Duża witryna szklana zawierała najpiękniejsze odlewy żeliwne, wypchane zwierzęta i porcelanę. Szuflady zawierały minerały spotykane na ziemiach strzeleckich, takie jak bazalt z Góry św. Anny, piaskowce, wapienie i gips, kryształy kwarcu. Wśród eksponatów była także ruda darniowa, która stanowiła podstawę rozwoju produkcji żelaza na północy ziemi strzeleckiej w XIX, oraz pochodzący z jej wytopu żużel z okresu średniowiecza z Krępy oraz z czasów współczesnych z Izbicka i Kadłuba.

    Wydział prehistoryczny wprowadzał zwiedzających w najstarsze dzieje ziemi strzeleckiej wiele setek lat wstecz. Na ziemi panowały wtedy lodowce, które przyniosły w nasze rejony ogromne masy lodu i śniegu. Z tego okresu w muzeum można było zobaczyć narzędzia, noże i groty strzał z krzemienia, kamienny pług, młotek i siekierkę. Z okresu brązu natomiast można było zobaczyć także brązowe narzędzia i pojemniki.

    Specjalna gablota zawierała zawartość grobowca numer 97 z Choruli, czyli dużą urnę, która zawierała spalone rytualnie szczątki ludzkie oraz mniejszą, która prawdopodobnie zawierała napój lub pokarm na pośmiertną drogę zmarłego. W opisie do tych eksponatów autor podkreśla, iż taki pochówek charakterystyczny był dla plemion zaliczanych przez naukowców do kultury łużyckiej. Autor był przekonany, że plemiona kultury łużyckiej nie były ani Prasłowianami, ani Pragermanami, tylko należały do indoeuropejskiego ludu Ilirów. Dyskusja na ten temat trwa do dziś wśród naukowców i często zabarwiona jest ideologią.

    Muzeum posiadało też eksponaty z wcześniejszego okresu żelaza, z ok. 800 roku przed Chrystusem. Znalezione w Adamowiczach groby zawierały biżuterię, guziki z brązu, szklane i gliniane perły egipskie, co świadczyło o tym, iż już 2800 lat temu kobiety lubiły się stroić.

    Przewodnik muzealny, oprócz opisu eksponatów, przekazywał zwiedzającym podstawowe wiadomości o historii ziemi strzeleckiej. Mówił on między innymi o tym, iż około V wieku przed Chrystusem na nasze ziemie dotarły plemiona germańskie, między innymi Wandalowie. Eksponaty z tego okresu to gliniane naczynia, żelazne okucia tarcz, groty oszczepów, ostrogi, klamry do pasków, noże, wrzeciona i wiele innych. Mapa osadnictwa znajdująca się w muzeum pokazywała jak gęste było zaludnienie naszych terenów przez to plemię.

    Ważne stanowiska znajdowały się w Choruli, Suchych Łanach, Zakrzowie, Obrowcu, Izbicku, Kalinowicach. Według przewodnika Wandalowie opuścili Śląsk około 400. roku po Chrystusie, skąd powędrowali do Hiszpanii i Afryki. Na ich miejsce przybyli Słowianie. Z tego okresu w muzeum znajdowały się szczątki naczyń glinianych znalezionych w Grodzisku.
    Kolejnym wydziałem muzeum był wydział nauk o przyrodzie. Znajdowały się w nim eksponaty rodzimych owadów, wypchane ptaki i mniejsze ssaki. Wydział zawierał też zestawienie występującej na ziemi strzeleckiej flory.
    Opis eksponatów został wykonany w sposób niezwykle skrupulatny i jasny. Misją założycieli było przybliżenie bogatej i różnorodnej historii ziemi strzeleckiej jej mieszkańcom. Należy także zauważyć, iż pozbawiony był wszelkich elementów ideologicznych, które wystąpiły w interpretacji historii Śląska dopiero w czasach nazistowskich ze strony Niemiec i komunistycznych ze strony Polski.

    Dziś o muzeum prawie nikt nie pamięta. Kamienica, w którym się znajdowało, została zburzona, a po eksponatach słuch zaginął. Reaktywacja byłaby wielką szansą dla Strzelec, ponieważ kto chce poznać samego siebie, musi znać swoją przeszłość. Reaktywacja byłaby także szansą przezwyciężenia stereotypów i mitów o historii Śląska, stworzonych przez reżimy hitlerowski i komunistyczny.
  • berncik 02.05.12, 12:00
    Muzeum regionalne w Strzelcach Opolskich
    Autor:
    Ania_Frost

    Pomysł stworzenia w Strzelcach Opolskich muzeum pojawia się na komisjach strzeleckiej Rady Powiatu i także Rady Gminy od kilku lat. Niewiele osób jednak wie, iż pierwsze muzeum na ziemi strzeleckiej zostało otwarte ponad osiemdziesiąt lat temu, a dokładnie 10 grudnia 1927 roku w nieistniejącej już dziś kamienicy na rynku strzeleckim, pod adresem Ring 13. Złote litery nad wejściem dumnie informowały, iż znajduje się tu Heimatmuseum.
    Skrupulatnie i estetycznie uporządkowane eksponaty wypełniały przeszklone gabloty, szafy i ściany. Gazeta Strzelecka w 1928 roku pisze o muzeum: „Prastare obok najnowocześniejszego, skarby geologiczne obok dzieł rąk ludzkich, przyroda nieożywiona i życie. Nawiercony toporek praczłowieka obok delikatnego jaja ptasiego i ciała ledwo co przemienionego z poczwarki motyla. Ziemia wulkaniczna z Góry św. Anny obok kła mamuta z okresu, kiedy na naszej ziemi panowały lodowce. Trzystuletni obraz strzeleckiego księcia piastowskiego Alberta obok olejowego obrazu przedstawiającego tor saneczkowy przy posągu Ceres w parku renardowskim. O szczęku oręża w naszym Heimacie świadczą stare pistolety, szable i strzelby. W szklanych szafach stare i nowoczesne skarby sztuki uderzają wysokim kunsztem wykonania„.
    Muzeum strzeleckie było pokłosiem panującej w Niemczech na początku XX wieku mody na Towarzystwa Historyczne. Ernst Mücke, rektor z zawodu i redaktor dodatku pod tytułem „Aus dem Chelmer Lande” („Z ziemi chełmskiej”) do ówczesnej Gazety Strzeleckiej, zainicjował powstanie muzeum, zbierał eksponaty od mieszkańców ziemi strzeleckiej oraz skatalogował i uporządkował je w chronologiczny ciąg, przedstawiający dzieje Strzelec Opolskich od prehistorii do czasów jemu współczesnych.
    „W latach dwudziestych XX wieku w okolicy Strzelec i Gogolina dymiły piece wapienne. 100 lat wcześniej nad wodami Jemielniczanki i Małej Panwi pracowały fryszerki i piece do wytopu żelaza. Uprawa lnu zniknęła już dawno z okolic Strzelec i Ujazdu, gdzie tworzyła swego czasu kwitnące rzemiosło. Tak przychodziły i odchodziły kultury, które tworzyły obraz naszej ziemi” – pisze Mücke. Obraz naszej ziemi chciał Mücke przybliżyć mieszkańcom Strzelec Opolskich.

    Mały przewodnik po muzeum jego autorstwa opisuje ogrom zgromadzonych eksponatów.
    Według tej publikacji w dużej szafie ściennej znajdowały się wyroby ceramiczne z nyskich warsztatów, szopki bożonarodzeniowe z figurkami, figurka piety, figura Św. Anny i wiele innych. Szafa zawierała też stare sprzęty użytku domowego zebrane w gospodarstwach i u mieszczan strzeleckich. Oddział książek i pism posiadał na przykład oryginalne listy Gustawa Freitaga. Zbiór broni mógł się poszczycić najstarszym eksponatem - rękojeścią szabli książęcej z czasów wojen książęcych (XIV-XV wiek) znalezioną na polach koło Zakrzowa.

    Atrakcją muzeum były kości mamuta i innych zwierząt z epoki kamienia łupanego, wydobyte w licznych piaskowniach i kamieniołomach na Górze św. Anny. Duża witryna szklana zawierała najpiękniejsze odlewy żeliwne, wypchane zwierzęta i porcelanę. Szuflady zawierały minerały spotykane na ziemiach strzeleckich, takie jak bazalt z Góry św. Anny, piaskowce, wapienie i gips, kryształy kwarcu. Wśród eksponatów była także ruda darniowa, która stanowiła podstawę rozwoju produkcji żelaza na północy ziemi strzeleckiej w XIX, oraz pochodzący z jej wytopu żużel z okresu średniowiecza z Krępy oraz z czasów współczesnych z Izbicka i Kadłuba.
    Wydział prehistoryczny wprowadzał zwiedzających w najstarsze dzieje ziemi strzeleckiej wiele setek lat wstecz. Na ziemi panowały wtedy lodowce, które przyniosły w nasze rejony ogromne masy lodu i śniegu. Z tego okresu w muzeum można było zobaczyć narzędzia, noże i groty strzał z krzemienia, kamienny pług, młotek i siekierkę. Z okresu brązu natomiast można było zobaczyć także brązowe narzędzia i pojemniki.
    Specjalna gablota zawierała zawartość grobowca numer 97 z Choruli, czyli dużą urnę, która zawierała spalone rytualnie szczątki ludzkie oraz mniejszą, która prawdopodobnie zawierała napój lub pokarm na pośmiertną drogę zmarłego. W opisie do tych eksponatów autor podkreśla, iż taki pochówek charakterystyczny był dla plemion zaliczanych przez naukowców do kultury łużyckiej. Autor był przekonany, że plemiona kultury łużyckiej nie były ani Prasłowianami, ani Pragermanami, tylko należały do indoeuropejskiego ludu Ilirów. Dyskusja na ten temat trwa do dziś wśród naukowców i często zabarwiona jest ideologią.
    Muzeum posiadało też eksponaty z wcześniejszego okresu żelaza, z ok. 800 roku przed Chrystusem. Znalezione w Adamowiczach groby zawierały biżuterię, guziki z brązu, szklane i gliniane perły egipskie, co świadczyło o tym, iż już 2800 lat temu kobiety lubiły się stroić.
    Przewodnik muzealny, oprócz opisu eksponatów, przekazywał zwiedzającym podstawowe wiadomości o historii ziemi strzeleckiej. Mówił on między innymi o tym, iż około V wieku przed Chrystusem na nasze ziemie dotarły plemiona germańskie, między innymi Wandalowie. Eksponaty z tego okresu to gliniane naczynia, żelazne okucia tarcz, groty oszczepów, ostrogi, klamry do pasków, noże, wrzeciona i wiele innych. Mapa osadnictwa znajdująca się w muzeum pokazywała jak gęste było zaludnienie naszych terenów przez to plemię.
    Ważne stanowiska znajdowały się w Choruli, Suchych Łanach, Zakrzowie, Obrowcu, Izbicku, Kalinowicach. Według przewodnika Wandalowie opuścili Śląsk około 400. roku po Chrystusie, skąd powędrowali do Hiszpanii i Afryki. Na ich miejsce przybyli Słowianie. Z tego okresu w muzeum znajdowały się szczątki naczyń glinianych znalezionych w Grodzisku.
    Kolejnym wydziałem muzeum był wydział nauk o przyrodzie. Znajdowały się w nim eksponaty rodzimych owadów, wypchane ptaki i mniejsze ssaki. Wydział zawierał też zestawienie występującej na ziemi strzeleckiej flory.
    Opis eksponatów został wykonany w sposób niezwykle skrupulatny i jasny. Misją założycieli było przybliżenie bogatej i różnorodnej historii ziemi strzeleckiej jej mieszkańcom. Należy także zauważyć, iż pozbawiony był wszelkich elementów ideologicznych, które wystąpiły w interpretacji historii Śląska dopiero w czasach nazistowskich ze strony Niemiec i komunistycznych ze strony Polski.

    Dziś o muzeum prawie nikt nie pamięta. Kamienica, w którym się znajdowało, została zburzona, a po eksponatach słuch zaginął. Reaktywacja byłaby wielką szansą dla Strzelec, ponieważ kto chce poznać samego siebie, musi znać swoją przeszłość. Reaktywacja byłaby także szansą przezwyciężenia stereotypów i mitów o historii Śląska, stworzonych przez reżimy hitlerowski i komunistyczny.
  • berncik 08.05.12, 11:49
    http://www.strzelecopolski.pl/files/images/5093_4141.jpg
    view counter
    Zamek w Ujeździe

    Anno Domini 1155 biskup Rzymu, papież Hadrian IV, roztoczył swoją opiekę na dobra biskupa wrocławskiego. W bulli protekcyjnej wydanej 23 kwietnia wyszczególnione są wszystkie miejscowości będące w posiadaniu biskupstwa. Wśród innych wymieniony jest Ujazd. To najstarsza wzmianka o mieście, jaką posiadamy.
    Warto wspomnieć o tym, że biskup wrocławski, jako jedyny na ziemiach polskich (w okresie przed zrzeczeniem się władców polskich praw do Śląska) posiadał tytuł księcia. W żaden sposób nie podlegał on też księciu wrocławskiemu. Biskup Henryk z Wierzbna mógł z dumą napisać w Księdze Rytuałów: "Jestem tym Henrykiem, który pędzi żywot w stanie książęcym". Żadne inne biskupstwo na ziemiach polskich nie posiadało takiego statusu. Ziemie wchodzące w jego skład rozrastały się z czasem i w 1198 r. w ich granice weszła także ziemia nyska.
    Nazwa miasta Ujazd ma ścisły związek ze sposobem wyznaczania obszaru osady w czasie jej zakładania. Według zwyczaju wyglądało to tak: Książę osobiście lub wyznaczony przez niego wyższy urzędnik obchodził teren przyszłego miasta. Podróż odbywała się na piechotę lub konno w zależności od zamiłowania do pieszych wycieczek lub wielkości zakładanego grodu. Podczas przejazdu na mijanych drzewach zaznaczał granice lub stawiał kamienie graniczne (to już raczej nie osobiście. Księciem nie jest się po to, żeby targać głazy). Objazd taki nazywano "ujazdem" i często taką nazwę dostawała też sama osada. Stąd samych "Ujazdów" jest dziś w Polsce ponad 20, nie wspominając o "Ujazdkach", "Ujezdkach" czy "Ujazdówkach".
    Nie wiadomo dokładnie, kiedy Ujazd stał się własnością biskupów wrocławskich. Bez wątpienia była to jedna z najstarszych ich ziem, ofiarowana zapewne przez któregoś z książąt (być może był to Bolesław Kędzierzawy, który od 1146 r. był zwierzchnikiem dzielnicy śląskiej).
    Lokowanie miasta na prawie miało miejsce znacznie później, niż założenie samej osady. 25 maja 1223 r. na chórze katedry wrocławskiej podpisano dokument lokacyjny, który zakładał nowe miasto Ujazd na prawie średzkim (czyli przeznaczonym głównie dla osad handlowych). Właścicielem dóbr był wtedy biskup Wawrzyniec, który zapisał się w historii dużą liczbą założonych ośrodków miejskich i sprowadzaniem do nich kolonistów niemieckich. Ponieważ ludność miasta przez długi czas płaciła podatki głównie w tzw. "dziesięcinie snopowej", a tego sposobu nie uznawali niemieccy osadnicy, przypuszczać można, że na początku przybyszów z Niemiec nie było zbyt wiele.
    W jednym z punktów lokacji biskup zastrzegł sobie prawo do budowy w nowym mieście dworu biskupiego, którego budowa ruszyła niezwłocznie. Zamek nie gościł oczywiście biskupa cały czas. Była to rezydencja gotowa na jego przyjęcie, zarządzał nią ustanowiony "prokurator", urzędnik działający w zastępstwie biskupa. Pierwszym prokuratorem Ujazdu był wójt Nysy i Ujazdu - Walter.
    Budowla miała początkowo charakter obronny, odpowiedni na tamte niespokojne czasy. Także sam Ujazd posiadał mury obronne, co świadczy o jego znaczeniu. W 1370 r. król czeski Wacław nakazał biskupowi wrocławskiemu rozbiórkę murów obronnych, a w 1414, po zatargu z księciem Bernardem Niemodlińskim, podpisano ugodę, na mocy której książę musiał zgodzić się na rozbudowę istniejących umocnień Ujazdu.
    Zamek zbudowano na planie czworoboku o wymiarach zewnętrznych 31,5 m na 23 m. Grubość muru wynosiła na całej długości ok. 2 m, ponadto zamek otoczony był dwiema fosami, z których zewnętrzna szeroka była na 13-20 m. Fosa wewnętrzna szeroka na 12-15 m i głęboka na 4-5,5 m. Budynek posiadał strategicznie usytuowaną wieżę mieszkalną, z której widać był zarówno wjazd i dziedziniec zamku, jak i całe miasteczko. Ponadto wokół warowni nasypano dwa wały ziemne, jeszcze bardziej utrudniające przeciwnikom jej zdobycie.
    Charakter obronny siedziby wrocławskich biskupów utrzymał się długo. Na rycinie z 1535 r. (patrz "Tajemnica czerwonej teczki", Strzelec Opolski nr 551) widać panoramę Ujazdu, nad którym króluje warowna budowla, która ma niewiele wspólnego z późniejszym znanym obrazem pałacu. Zamiłowanie do grubych murów nie było tylko niepotrzebną modą. Na początku XV wieku przez Śląsk przeszła fala wojsk husyckich. Walczący w awangardowy sposób Czesi zdobyli i spalili wiele miast. Taki los spotkał pobliskie Strzelce, więc mimo braku źródeł pisanych, przypuszczać można, że podobny spotkał też Ujazd.
    W 1428 r. biskup wrocławski, książę Konrad Oleśnicki, pilnie potrzebował pieniędzy, by opłacić armię przeciw nadciągającym husytom. Pożyczkę na ten cel wziął od Bernarda Oleśnickiego, któremu jako zastaw oddał miasto Ujazd. Bitwa pod Nysą zakończyła się sromotną klęską wojsk biskupich i wspierającego go rycerstwa. Dla Konrada Oleśnickiego, który ledwie uszedł z pogromu z życiem, oznaczało to dalsze kłopoty finansowe i zastaw nigdy nie został wykupiony. Ujazd wraz z zamkiem przechodził potem z jednych książęcych rąk do drugich.
    Biskupstwo w końcu pozbyło się Ujazdu w 1524 r., sprzedając go Mikołajowi Dluhomilowi, sprawującemu w owym czasie funkcję wójta. Biskup pozostawił sobie tylko prawo pierwokupu miasta oraz (między innymi) prawo goszczenia w progach zamku. Świadczy to, że ujazdowska rezydencja była dla biskupa cały czas bardzo ważna.
    Okres panowania Dluhomilów nie był dla mieszkańców miasta pomyślny. Nowi panowie nakładali liczne daniny i obowiązki, mimo gwarancji zawartych w akcie sprzedaży miasta. Zabrali się też za przebudowę swojej siedziby.
    W 1580 r. rozpoczęto budowę nowego, renesansowego pałacu, wykorzystując fundamenty starego zamku. Posiadał on obszerną sień nakrytą sklepieniem kolebkowym z lunetami ozdobionymi renesansowymi dekoracjami. Miał też obszerne sale sklepione kolebkowo i bogato zdobione. Jedna znajdowała się w narożniku południowo-wschodnim, druga w północnym. W budowli powstała klatka schodowa z półpiętrem. Wiele elementów z tamtej przebudowy zachowało się aż do ostatnich dni świetności ujazdowskiego zamku.
    W 1660 r. za czasów Anny Julianny Kochcickiej miał miejsce remont. Zamek przebudowywany był jeszcze w XVIII i XIX wieku.
    23 stycznie 1945 r. do Ujazdu dotarły pierwsze wojska sowieckie. Podobnie jak w Strzelcach, zniszczono tu ponad 70% zabudowy miasta. Spalony został również pałac, który do dziś pozostaje jedynie ruiną.
    Istnieje cień szansy, że najpiękniejsza budowla Ujazdu doczeka się przywrócenia dawnej świetności. Niewykluczone, że gmina przejmie jej teren.
    Ujazd do dziś żyje pamięcią pomyślnych lat, o czym świadczy herb z mitrą biskupią i dwoma pastorałami. Przed 1945 r. herb ten był jeszcze bardziej wymowny. Między dwoma pastorałami widniały dwie wieże zamkowe - jedna właściwa a druga odbita w wodzie.
    Źródła: Ryszard Morawiec, Ziemia Ujazdowska, jej dzieje i współczesność; 1997.
    Marek Gaworski, Zamek w Ujeździe; 2009.
    Romuald Kubik, Piotr Smykała
  • annak12 08.05.12, 16:35
    Dziynki Berncik za Ujazd,tam moje wszystko:)
    http://schlesien.nwgw.de/foto/albums/userpics/normal_DSC_1115.JPG
    schlesien.nwgw.de/foto/thumbnails.php?album=695
  • szwager_z_laband 08.05.12, 16:38
    Ana, gdouch ci - moj somsiad sam zza sciany je ze Starego Ujazdu:)
  • annak12 08.05.12, 19:07
    szwager_z_laband napisał:

    > Ana, gdouch ci - moj somsiad sam zza sciany je ze Starego Ujazdu:)

    Szwager,to Ujejsce:)drugi twoj somsiad ze Slawiyncic,chyba we goudce niy ma moc roznicy,poza tym"ou","uo"
  • berncik 08.05.12, 19:00
    Fajnie Anna zes wsadzioua ten zomek ,Mozno go odbudujom.Tak przinajmi godajom.
    Fto to mo zaplacic?Ta ruina je interesantno.We troch gorszym stanie jak Strzelecko ,ale zato mynszo, to moze byc szansa ,jakis hotel mozno.
  • berncik 15.05.12, 16:16
    http://www.strzelecopolski.pl/files/images/5197_4242.jpg

    Hrabiowski kaprys

    Wieża Ischl była kaprysem właścicieli zamku. Nie służyła do niczego innego niż spędzanie w niej wolnego czasu (kto jak kto, ale hrabiowie mieli go dużo) i podziwianie z jej murów okolicy.
    Wędrując po strzeleckim parku, trudno odgadnąć, gdzie ta budowla się znajduje. Żeby do niej dotrzeć, trzeba albo zapytać się któregoś z przechodniów, albo wykazać dużą determinacją. Park w kierunku południowym w pewnym momencie przechodzi w wąską ścieżkę ograniczoną szpalerem drzew. Po obu jej stronach rozciągają się pola należące do dawnych dóbr hrabiowskich i rolników z Suchych Łanów. Trzeba przejść spory kawałek, by zobaczyć budowlę schowaną wśród przewyższających ją drzew.
    Taki krajobraz to wynik kilkudziesięciu lat zaniedbań. Pierwotnie wieżę Ischl otaczał niski, zadbany drzewostan. Zarówno sam budynek był doskonale z daleka widoczny, jak i można było z niego oglądać panoramę okolicy.
    Budowla składała się z czterech kondygnacji. W zamyśle miała imitować średniowieczy budynek, na co w XIX wieku panowała moda. Na każdym piętrze wnętrze rozjaśnione było przez ostrołukowe, gotyckie okno. Na szczycie budowli zorganizowano platformę widokową, którą dla bezpieczeństwa ogrodzono balustradą.
    Ozdobą budynku była malutka, drewniana wieżyczka przylepiona z jej zachodniej strony. Skonstruowano ją na modłę pruską z widoczną belkową konstrukcją ścian. To przez nią prowadziło wnętrze na taras widokowy. Do dziś zachowały się z niej drewniane podpory. Do samej wieży wchodziło się od strony południowej, a wejście osłaniał dach, także wykonany z drewna. Podstawę budynku otaczał ganek.
    Na pomysł wybudowania wieży wpadł Andreas Graf Renard w 1841 r. Był to prezent dla jego żony, Eufemii von Renard. Pracami budowlanymi zajął się mistrz Roch, który swe dzieło ukończył w 1842 r. pod kierownictwem inspektora budowlanego Schmidta.

    Kulminacyjnym punktem przedsięwzięcia było osadzenie drewnianej szpicy wieżyczki, na której była mała metalowa ozdobna kula. Odbyło się to 2 października w bardzo uroczystej oprawie. Do pustego wnętrza kuli włożono zalutowaną puszkę, w której wcześniej umieszczono pamiątki. Znalazły się tam spis hrabiowskich włości, dokumenty poświęcenia budowli oraz 2 talary. Przy dźwiękach muzyki szpicę wciągnięto na wysokość 80 stóp i umocowano na szczycie wieżyczki.
    Uroczystość zakończenia budowy zbiegła się w czasie z dniem ślubu córki Renardów, Marii Krystyny z baronem von Tschirschky-Reichell. Dzień przed zaślubinami młoda para z rodziną i zaproszonymi gośćmi udała się do wieży, gdzie czekał na nią namiot z hrabiowską flagę. Przywitała ich tam muzyka orkiestrowa. Po uroczystym ustawieniu wieżyczki na wieży Ischl wszyscy przenieśli się do zamku, gdzie w wielkiej sali wydano bal. Przedtem z parku wyłonił się korowód urzędników z prezentami i życzeniami dla młodej pary.
    Inspiracją dla stworzenia wieży Ischl była podobna budowla z Austrii, ufundowana przez Margarethe von Kolovrat, siostrę byłego właściciela zamku, Georga von Redern. Wieża wznosiła się na alpejskiej hali Hoysenrad w pobliżu miejscowości Ischl.
    Budowlę wykorzystywano między innymi do obserwowania polowań odbywających się licznie w jej okolicach. Zresztą przy samej wieży hrabia założył hodowlę bażantów. W pobliżu wieży Ischl w 1902 r. odsłonięto pamiątkowy kamień. Wtedy to niemiecki cesarz Wilhelm II miał położyć 50-tysięczną sztukę bażanta i to białego. Jednak była to typowa kurtuazja w stosunku do cesarza. Właściciele dóbr prześcigali się w tego rodzaju pomysłach, żeby nie zawieść Najjaśniejszego Władcy.

    Jak w przypadku większości zabytków na naszej ziemi, czarne dni dla Ischl nadeszły w styczniu 1945 r. Wieża co prawda uniknęła zniszczeń wojennych, ale ludowa władza robiła wszystko, żeby zabytek popadał w ruinę i nie była zainteresowana jego ochroną.

    Resztę dokończyli wandale. Wiemy z przekazów ustnych, że miejscowy chłopak razem z kolegami kopniakami zrzucili drewnianą wieżyczkę ze szczytu budowli...

    Z Ischl związana jest jeszcze jedna, niesprawdzona historia. Według niektórych przekazów wieżę miał łączyć z zamkiem podziemny tunel. Jego istnienie potwierdzają okoliczni mieszkańcy. Może to być pozostałość dawnego tunelu ucieczkowego, powstałego na długo przed XIX w., albo sekretne przejście dla właścicieli zamku. Po co właściciele dóbr mieliby zjawiać się w tajemnicy w odosobnionej, lecz przytulnej budowli, można jedynie przypuszczać...
    ROMUALD KUBIK, PIOTR SMYKAŁA
    Aus dem Chelmer Lande, 1928, nr 2

  • berncik 22.05.12, 20:27
    http://www.strzelecopolski.pl/files/images/b-2968-b.jpg
    Ta kaplica jeszcze pamientom:
    Był grobowiec...
    To była jedna z najpiękniejszych budowli w Strzelcach. Istniała jeszcze w latach 60. XX wieku i najstarsi mieszkańcy zapewne pamiętają jej charakterystyczną sylwetkę. Kaplicę Renardów postawiono w samym centrum, naprzeciwko kościoła katolickiego pw. Bożego Ciała (dawnego kościoła ewangelickiego).

    Budowla powstała z inicjatywy Gräfin Euphemii, żony Grafa Renarda. Jako osoba głęboko wierząca wystarała się u władz kościelnych o zgodę na postawienie własnej kaplicy-mauzoleum. Budowę rozpoczęto w 1837 roku, a projektem zajął się architekt Hermann Friedrich Wäsemann (1813-1879), który zasłynął między innymi z projektu ratusza w Wałbrzychu i tzw. "Czerwonego Ratusza" w Berlinie. Plany posiadały kilka wersji, z których hrabia zaaprobował najbardziej przypadającą mu do gustu.

    Kaplicę św. Andrzeja postawiono w pobliżu średniowiecznych murów miasta w otoczeniu parkowej zieleni. Służyła do odprawiania nabożeństw dla rodziny hrabiowskiej i mieszkańców zamku. W jej podziemiach znajdowało się mauzoleum, w którym składano doczesne szczątki rodziny Renardów.

    Pochowano tu przedstawicieli rodziny Renard (według oryginalnej pisowni):

    Euphemia Graefin Renard
    * 16 października 1827
    † 12 lutego 1838

    Maria Graefin verm. von Tschirschky-Reichell
    * 5 sierpnia 1826
    † 4 lutego 1847

    Euphemia Graefin Renard geb. Rudzinska von Rudno

    * 10 grudnia 1800

    † 26 kwietnia 1853

    Hippolith Graf Renard
    * 1 listopada 1831
    † października 1855

    Johannes Graf Renard
    * 24 marca 1829
    † 7 marca 1874

    Andreas Maria Graf Renard
    * 12 stycznia 1795
    † 21 listopada 1874

    Świątynia służyła jako miejsce odprawiania nabożeństw tylko do czasu, kiedy żyli jej fundatorzy. Potem nie odprawiano już w niej żadnych katolickich obrzędów.

    Po roku 1945 budowla popadła w ruinę. Nie otoczono jej opieką, a wandale robili w jej wnętrzu, co chcieli. Władze miasta zdecydowały o rozbiórce kaplicy św. Andrzeja.

    Za sprawą proboszcza parafii św. Wawrzyńca, ks. Stefana Baldego, zbezczeszczone mauzoleum rozebrano na początku lat 70. Szczątki rodziny Renard przeniesiono na cmentarz parafialny św. Barbary. Dla zachowania pamięci o właścicielu zamku, który tak bardzo przyczynił się do rozwoju naszej ziemi, znacznie później postawiono płytę nagrobną. Pomnik Andreasa Marii Grafa Renarda stoi przy głównej alei cmentarnej.

    Materiał z rozebranej kaplicy posłużył m.in. do budowy murku odgraniczającego park miejski i budynek sądu od ulicy Opolskiej. Uważny obserwator może znaleźć w tym murze kamienie z widocznymi śladami inskrypcji z dawnego mauzoleum. W miejscu, gdzie stała niegdyś kaplica, widnieje dziś upamiętniający ją pomnik

    Romuald Kubik, Piotr Smykała
  • berncik 29.05.12, 20:51
    http://www.strzelecopolski.pl/files/images/5196_4241.jpg
    Wzgórze straceń

    Historia

    Moja matka opowiadała mi legendę. Dawno, dawno temu diabeł opanował wzgórze między Strzelcami a Szymiszowem. Nikt nie odważył się tam zbliżać ani w dzień, ani tym bardziej w nocy. Złe moce polowały tam na prostaczków i wiodły ich na zatracenie. Ludzie wreszcie postanowili odegnać demony, stawiając na tym miejscu kościół.
    Budowa świątyni nie szła jednak łatwo. Jak tylko robotnicy postawili w dzień mur, to w nocy ktoś lub coś burzył go, zarzucając głazami z okolicznych pól. Rankiem robotnicy wracali i odbudowywali zniszczony fragment muru, a nocą historia się powtarzała.
    Ta przepychanka z siłami nieczystymi trwała wiele dni, aż w końcu mieszkańcy musieli uznać, że zostali pokonani. Zamiast na wzgórzu, kościół wybudowano w pobliskim Szymiszowie, pozostawiając pagórek we władaniu złych mocy. Unikano potem tego miejsca, a o klęsce budowniczych świadczyły ruiny niedokończonej świątyni.

    Z rożniątowską górą związana jest też inna legenda:
    Obok góry wiodła prastara droga (dziś szosa). "Kronika Tarnowska" wymieniła dwie drogi prowadzące z Opola do Strzelec. Jedna, znana jako "droga wojskowa", wiodła w średniowieczu z Opola przez Nakło, Strzelce, Tarnowskie Góry, Bytom, Kraków, Sandomierz do Rosji. Druga - z Opola po prawej stronie Odry przez Groszowice, Miedzianą, Kamień, Kalinów - do Strzelec. Więc obok Rożniątowa.
    Z "Kroniki Tarnowskiej" wynika, że książę Henryk Brodaty, małżonek św. Jadwigi, używał tej drogi podczas wypraw wojennych na Kraków w latach 1234-1238, a także jego syn Henryk II Pobożny w czasie najazdu Mongołów w 1241 roku, kiedy stoczono bitwy z ich hordami, dowodzonymi przez wodza Peta, pod Raciborzem, Opolem i Legnicą. Drogą tą przemieszczały się różne kolumny wojsk. Na bazie tych wydarzeń powstała legenda o wojsku św. Jadwigi.

    Niezliczona armia rycerzy i ciężko zbrojnych jeźdźców miała zebrać się pod sztandarami św. Jadwigi na wzgórzu pomiędzy Rożniątowem a Strzelcami. Wojownicy byli szkieletami, ale uzbrojonymi od stóp do głów i gotowymi do walki, z jedną nogą w strzemieniu. Tak zanurzyli się we wnętrze góry rożniątowskiej i oczekują tam na dzień, kiedy nastąpi ostateczna bitwa narodów, podczas której śpiące wojsko doprowadzi do decydującego zwycięstwa.
    Niejeden wędrowiec nocujący na tej górze słyszał o północy odgłosy tupiących nogami koni wewnątrz góry...
    Prawdziwa historia "Ruiny" albo "Ruinabergu" jest równie mroczna. Strzelce, które posiadały prawo miecza, wykorzystywały wzgórze do wykonywania na nim kary śmierci. W dokumentach zapisano, że egzekucji dokonywano na "Lipiczach", które ciągną się od dzisiejszych murów szpitala po sam Szymiszów. Wzgórze, oddalone od miasta, dawało jednak dobry widok na miejsce straceń.
    Nie wiadomo, czy miejsce straceń na wzniesieniu było drewniane czy murowane. Zachowany rysunek ze stycznia 1537 roku ukazuje murowany "Rabenstein" w okolicy miasta. Ponieważ jednak artysta ukazał na obrazie obok siebie Strzelce i Opole, nie można mieć pewności, że murowane miejsce straceń rzeczywiście znajdowało się przy Strzelcach. Na samej Ruinie nie odnaleziono dotąd żadnych śladów dawnego miejsca wykonywania egzekucji. Śmiałkowie, którzy chcieliby tego dokonać, musieliby dziś nie tylko przedzierać się przez gęste krzaki i drzewa, ale także przekopywać przez śmieci. Wzgórze wykorzystywano przez dziesięciolecia jako darmowe śmietnisko.
    Zachowane zdjęcia z lat 30. pokazują Ruinę zupełnie pozbawioną roślinności. Taka musiała też być w wiekach średnich, skoro podróżujący ze Strzelec do Opola rysownik dokładnie widział miejsce kaźni i mógł potem je uwiecznić na obrazie. Gęsta roślinność to zatem efekt ostatnich dziesięcioleci.
    Znana jest dokładnie historia jednej z wykonanych tu egzekucji. 24 września 1665 roku święcenia kapłańskie przyjął baron Ferdinand Trach von Brzezie. Był on paziem na dworze biskupa wrocławskiego, Sebastiana von Rostock. Pierwotnie wyznania protestanckiego wielmoża nawrócił się na katolicyzm i wstąpił w stan kapłański. Już po trzech miesiącach otrzymał pod opiekę probostwo w Centawie. W 1674 przeniósł się do Lubowic, gdzie przebywał 20 lat. Był też kanonikiem w Raciborzu.
    Koniec życia postanowił spędzić pod Górą św. Anny. Przekazał wszystkie dotychczasowe funkcje i w 1694 roku wybudował sobie tutaj pustelnię, gdzie wiódł proste życie eremity.
    10 maja 1701 roku zjawił się u niego posłaniec pocztowy, który "zażądał zapłaty za przysługę sprzed dwóch lat". O jaką dokładnie przysługę chodziło - nie wiadomo. Między pustelnikiem a posłańcem doszło do ostrej sprzeczki, podczas której ten drugi chwycił za włócznię i przebił starca dwukrotnie. Ciężko ranny zmarł następnego dnia, zdążywszy wcześniej się wyspowiadać i sporządzić testament.
    Winnego zbrodni aresztowano i dostarczono do Strzelec. W owych czasach orzeczenia sądu przeważnie zapadały szybko i były surowe. Mordercę przewieziono na górę straceń, gdzie wykonano wyrok śmierci. Wiadomo także o innych straceniach w tym miejscu. Góra zasłużyła więc sobie na ponurą sławę i w legendach mieszkańców utrwaliła się jako złe miejsce.
    Ruiny, które dzisiaj widać na wzgórzu, to pozostałość budowli z XIX wieku. W 1866 roku wymieniana jest ona dość nieprecyzyjnie jako "sztuczna ruina i kaplica". Fałszywe ruiny, romantyczne miejsca tworzono wówczas powszechnie, lecz w rzeczywistości była to pozostałość po prawdziwej kaplicy.

    W (najprawdopodobniej) 1838 roku hrabina Euphemia, osoba wielce pobożna, nakazała wybudować w tym miejscu kaplicę ku czci św. Floriana, patrona Suchych Łanów. Od 4 maja 1811 roku, odkąd ogromy pożar strawił połowę wsi, mieszkańcy Łanów, w rocznicę tej tragedii, obchodzili uroczystości ku czci świętego, chroniącego przed czerwonym kurem.
    Kaplica miała charakter wieży postawionej w stylu gotyckim. Jej wysokość wynosiła 6-7 metrów a powierzchnia podstawy ok 10 m2. Obraz ołtarzowy, na cześć fundatorki, przedstawiał św. Euphemię, a w niszy od przedniej strony budowli ustawiono drewnianą figurę św. Floriana.
    Dwie dekady później doszło do ogromnego głodu i niedostatku. W 1854 r. Euphemia postanowiła pomóc mieszkańcom, przebudowując kaplicę na kościół. Pracujący przy budowie ludzie dostawali w zamian żywność. Budowa świątyni nie została ukończona z powodu śmierci fundatorki. Niedokończony kościół z czasem popadł w ruinę, stając się źródłem legend.
    Piotr Smykała, Romuald Kubik

    Źródła: Mücke E., Der Ruinenberg bei Rosniontau, Aus dem Chelmer Lande, numer 11, Jahrgang 1929; Mücke E., Das schlafende heer von Rosniontau, Aus dem Chelmer Lande, numer 1, Jahrgang 1931.
  • berncik 06.06.12, 19:04
    Biała dama

    Dzieje strzeleckiego zamku i losy jego mieszkańców w zadziwiający sposób splatały się z historią średniowiecznej Polski. Niewiele brakowało, aby pani na tym zamku została królową.
    Historia ta sięga jeszcze XIV wieku, kiedy to panem na strzeleckim zamku był książę Albert, trzeci syn księcia opolskiego, Bolka I. Jego matką była Agnieszka. Co ciekawe, nic nie wiadomo o jej pochodzeniu, co może sugerować, że nie wywodziła się z wysokiego rodu. Ciekawostką jest, że to właśnie Bolko I ufundował klasztor cysterski w Jemielnicy.
    Po śmierci ojca w 1313 r., Albert otrzymał ziemię strzelecką. Nie miał wtedy jeszcze 14 lat i początkowo wraz z bratem, Bolkiem II, rządził księstwem opolskim i strzeleckim. Około 1221 r. bracia podzielili się ojcowizną i od tego momentu Albert jest już samodzielnym księciem strzeleckim.
    Strzelce nie były łakomym kąskiem dla potomka potężnego rodu Piastów. Zastał tu solidną budowlę obronną, ale zbyt skromną, jak na siedzibę księcia. Strzelce stały się stolicą nowego księstwa i potrzebowały odpowiedniej siedziby. Albert zajął się więc umacnianiem i upiększaniem zamku.
    Zasypano część fosy i zlikwidowano stary wał ziemny. Niedaleko istniejącej wieży obronnej dobudowano nową - mieszkalną, o podstawie 9,6x13,4 m. Miała ona 2 piętra, a jej piwnice wykorzystywane były aż do roku 1945 jako skład win. Zamek otoczono murem kurtynowym. Niedługo potem murami obronnymi otoczono całe miasto.
    Mimo wysiłków, pozycja Alberta na tle innych władców nie była zbyt silna. Jednym z najmocniejszych jego atutów była jedyna córka, Elżbieta, jakiej dochował się z Agnieszką, córką burgrabiego Magdeburga Burcharda I, kobietą niezwykłej urody.
    Elżbieta urodę odziedziczyła po matce i wkrótce o jej rękę starać się zaczęli możnowładcy ze wszystkich ziem bliższych lub dalszych. Posagu mogła wnieść do małżeństwa niewiele, lecz już sama książęca krew była wielkim wabikiem, a Elżbieta w prostej linii pochodziła od Bolesława Krzywoustego. W późniejszych legendach Elżbietę nieprawidłowo nazywano "Agnieszką", imieniem jej matki.
    Spośród licznych ofert małżeństwa wybrano najlepszą - księcia kujawskiego, Władysława Białego, jak się później okazało ostatniego ze swego rodu. Dzięki temu małe ksiąstewko weszło w koligacje z najpotężniejszym panem na Mazowszu i Kujawach. Szczęśliwym trafem ustawione od góry małżeństwo, które sfinalizowano w 1359 r., okazało się udane. Młodzi przypadli sobie do gustu i zakochali bez pamięci.
    Młoda para przeniosła się do Gniewkowa, którego dwór był uboższy od strzeleckiego. Tamtejszy zamek był skromny nie dlatego, że książę kujawski nie miał na niego funduszy. Dwie dekady wcześniej został zdobyty i spalony i tylko częściowo odbudowany. Małżonek robił jednak wszystko, by zapewnić swej wybrance najlepsze warunki i umieścił ją w najpiękniejszej komnacie. Przekazy z epoki mówią, że para książęca uznawana była za jedną z najszczęśliwszych w ówczesnej Europie.
    Sielankę przerwała tragedia. W 1360 r. (prawdopodobnie 9 marca) Elżbieta nagle umiera, a okoliczności tej śmierci są bardzo tajemnicze. Być może padła ofiarą skrytobójstwa. Od tego czasu na strzeleckim zamku zaczęła pojawiać się biała dama - duch księżniczki Elżbiety, która powróciła do miejsca, gdzie za życia czuła się najbardziej szczęśliwa. Białą damę widziano wielokrotnie spacerującą po dziedzińcu i pokojach strzeleckiego zamku.
    Mnich i kandydat na króla
    Młody małżonek po stracie ukochanej wpadł w potworną rozpacz i zerwał z dotychczasowym życiem. Najpotężniejszy pan na Kujawach sprzedał swoje księstwo Kazimierzowi Wielkiemu za sumę 1000 florenów, a sam rozpoczął długą podróż po Europie i Bliskim Wschodzie. Odwiedził m.in. Jerozolimę, Malbork i Pragę. W 1366 r. zjawił się w Awinionie, gdzie spotkał się z papieżem Urbanem V. Spotkanie z papieżem, który jest dziś czczony jako święty, wpłynęło na decyzje o dalszym życiu. Po czternastodniowym pobycie w Awinion Władysław wybrał życie zakonne i wstąpił do cystersów w miejscowości Citeaux. Ówczesny opat, Jan IV de Bouxiere, przyjął księcia niechętnie do klasztoru i to pod warunkiem, że nigdy nie powróci do życia świeckiego. Rok później widzimy jednak już wielmożę w klasztorze benedyktynów w Dijon. Być może ich znacznie łagodniejsza reguła bardziej mu odpowiadała. Zmiana zakonu nie przysporzyła księciu sympatii u cystersów. Opat wysłał nawet za zbiegiem wysłannika, który miał nakłonić go do powrotu. Warunkiem było ukorzenie się winnego i przyjęcie zwyczajowej u cystersów kary chłosty. Książę propozycji nie przyjął.
    Sytuacja zmieniła się diametralnie w 1370 r., kiedy ziemski padół opuszcza król polski Kazimierz Wielki. Umiera bezpotomnie, a jednym z potencjalnych kandydatów na polski tron jest płowowłosy możnowładca z Kujaw. Na mocy wcześniejszych układów królem został co prawda władca Węgier, Ludwig Andegaweński. Nie chciały się z tym pogodzić możne rody Wielkopolski, które do przebywającego w Dijon Władysława Białego wysłały poselstwo nakłaniające go do przejęcia władzy w kraju. Posłami owymi byli: Przedpełk ze Stęszewa, Wyszota z Kurnika z rodu Łodziów i Stefan z Trląga z rodu Pomianów.
    Na księciu zemściły się wcześniejsze deklaracje. Udał się do kurii papieskiej w Awinion, by ta zwolniła go z zakonnych ślubów. Papież jednak, zaprzyjaźniony z dworem andegaweńskim, dyspensy księciu nie udzielił. Władysław zamiast więc prosto do Polski, udał się na dwór węgierski, by prosić na nim o wsparcie u papieża. Starania te nic nie dały, a papież w dwóch bullach kategorycznie odmówił zwolnienia Władysława ze ślubów. Uzasadniał to (i słusznie), że byłoby to zagrożeniem dla panowania w Polsce Ludwika Węgierskiego. Książę nie odzyskał nawet swego księstwa gniewkowskiego, którego pozbył się po stracie małżonki.
    Na tym właściwie zakończyły się możliwości zdobycia korony polskiej. Władysław Biały wielokrotnie próbował jeszcze siłą odzyskać swe dawne włości, lecz nigdy mu się to nie udało. W 1373 r. rozgromiono jego wojsko pod Gniewkowem, a w 2 lata potem królewskie wojska okrążyły go w Złotoryi.
    Ranny i pokonany książę zrezygnował ze swych pretensji do tronu, lecz w zamian otrzymał odszkodowanie - 10000 florenów i stanowisko opata w klasztorze benedyktyńskim Pannonhalma na Węgrzech. Wybrał jednak Dijon, gdzie w 1382 r. zastała go wiadomość o śmierci Ludwika Węgierskiego. Władysław znów poprosił papieża o dyspensę. Tym razem ją otrzymał i... nic nie zrobił. Być może czuł się po prostu za stary. W chwili śmierci Ludwika był już grubo po 50. Niemal pewny kandydat do tronu polskiego przeżył swoje ostatnie lata poza krajem. Zmarł 29 lutego 1388 r. w Strasburgu i pochowany został, zgodnie ze swoją wolą, w opactwie w Dijon.
    Historia księcia-mnicha już za jego życia stała się legendą. Mnisi z Dijon mówili o nim "Le Roy Lancelot" - książę Lancelot, co nawiązywało do opowieści o Okrągłym Stole. Przez kronikarzy wspominany jako największy awanturnik swej epoki i błędny rycerz. Gdyby nie przedwczesna śmierć żony i wstąpienie do klasztoru, prawdopodobnie to on właśnie zasiadłby na tronie polskim. Również miłość i tajemnicza śmierć Elżbiety (przemianowanej z czasem na "Agnieszkę") fascynowały współczesnych i potomnych.
    Epilog
    31 grudnia 1796 r. hrabia Phillip Collona napisał do Franza Harrassowskiego list. Wspomina on o 30 rocznicy śmierci księcia Luisa (nie wspomina o jakiego dokładnie księcia chodzi). Pisze, że "na osiem dni przed owym tragicznym wydarzeniem w pałacu ukazała Biała Dama". Hrabia kategorycznie zakazał wspominać o tym komukolwiek.

    Piotr Smykała, Romuald Kubik
    Źródła: Nowack A., Die Reichsgrafen Colonna, Freiherrn von Fels auf Gross Strehlitz, Tost und Tworog in Oberschlesien, Gross Strehlitz 1902.
  • szwager_z_laband 06.06.12, 19:16
    a to znocie?

    schlesien.nwgw.de/121x5x0.xhtml
  • berncik 12.06.12, 17:41
    http://www.strzelecopolski.pl/files/images/5522_4608.jpg
    Spłonął raz na zawsze.

    Historia

    Dyrekcja Dóbr Hrabiowskich była perełką architektoniczną, określaną jako pomnik kultury pierwszej klasy. Budynek pochodził z XVIII wieku, z czasem zapewne rozbudowany. Stał on na skraju parku w miejscu domków jednorodzinnych przy ulicy Parkowej w Strzelcach Opolskich, naprzeciwko dzisiejszego parkingu.
    Przed 80 laty okolica ta wyglądała zupełnie inaczej. Tam, gdzie dziś parkują auta, stały tzw. "czworaki". Szeregowe domy dla dworskiej służby, rozebrane kilkanaście lat po II wojnie. Były bardzo charakterystycznym elementem w krajobrazie miasta. Mieszkająca w nich służba była na tyle oddalona od strzeleckiego zamku, by nie przeszkadzać właścicielom w ich słodkim życiu i na tyle bliska, by być zawsze pod ręką. Naprzeciwko czworaków stała Dyrekcja Dóbr Hrabiowskich, w której znajdowało się zarówno mieszkanie dyrektora oraz wyższych urzędników, jak i biura administracji. Nazwa budynku przypominała, że zarządzano w nim nie tylko dobrami ziemskimi w Strzelcach. Hrabia Renard był też właścicielem licznych kopalń i hut. Administrowano nimi właśnie z tego miejsca za pośrednictwem dyrektorów, którzy byli prawą ręką właściciela. Dyrektorami Generalnymi w Strzelcach byli między innymi: Franz von Haraschowsky (zmarł w 1806 r.), Franz von Zawadzky (1791-1849), Hermann Wenzel (1814-1872), potem Bieler i Dieterici.
    Budynek posiadał dach konstrukcji mansardowej, pokryty płytkami łupka, co nadawało mu swoisty urok. Ten rodzaj pokrycia miał jednak dużą wadę. Łupek doskonale kryje belki, co w razie ognia powoduje, że używana do gaszenia woda trudniej dostaje się w miejsce pożaru.
    Budynek z każdej strony obrastał bluszczem dochodzącym do I piętra. Zależnie od pory roku liście bluszczu miały barwę od zielonej do czerwonej, co nadawało dodatkowego uroku. Wśród bluszczu od frontu można było zauważyć herb Renardów. Od frontu również widać było półokrągłą (przypominającą absydę) klatkę schodową mieszczącą kręcone szerokie metalowe schody. Tylna część budynku wychodziła na kort tenisowy i pole do gry w krykieta. Mieścił się tutaj rozległy balkon na wysokości I piętra, z którego rozpościerał się widok na park i staw. Od strony parku znajdowały się po bokach budynku dwa ryzality (występy z elewacji) zakończone dachem, a między nimi - duży balkon.

    Od frontu znajdowała się studnia, z której wodę czerpali mieszkańcy oraz chłopcy-służący, którzy myli dorożki. Od strony północnej z dachu wystawał dość duży komin. Piwnice miały stropy kolebkowe i były przeznaczone między innymi do przechowywania żywności i wina. Całość sprawiała wrażenie małego bajkowego pałacu.
    Okazałość Dyrekcji Dóbr nie była przypadkowa. To ten budynek witał gości udających się do zamku i sprawiał na nich odpowiednie wrażenie. Mieściły się w nim także pokoje gościnne. W czasie urządzanych polowań to właśnie stąd wyruszały specjalne powozy, które zawoziły gości na miejsce.
    Budynek nie miał szczęścia do ognia. Spłonął w 1929 roku. 13 stycznia żywioł zajął drewniane elementy konstrukcyjne dachu. Przybyłe na ratunek zastępy strażaków miały nie tylko problem z łupkowym dachem, skutecznie oddzielającym ogień od wody. Zima była tak mroźna (-25˚C), że woda zamarzała w wężach, praktycznie uniemożliwiając akcję ratowniczą. Budynek bardzo poważnie ucierpiał podczas pożaru. Najgorsze było to, że ogień strawił bardzo dużo ważnych i starych dokumentów dotyczących zamku, miasta oraz transakcji hrabiowskich.
    Budynek nie został już odbudowany. Po pewnym czasie resztki rozebrano. Dyrekcja Dóbr Hrabiowskich w wyniku jednego pożaru raz na zawsze zniknęła z krajobrazu miasta.
    Piotr Smykała, Romuald Kubik
    Źródła: Aus dem Chelmer Lande, nr 2, 1929;
    Gross Strehlitz bilder aus dem Oberschlesischen Annabergland, Hagen - Soest 1968.
    Piotr Smykała, Romuald Kubik
  • szwager_z_laband 14.06.12, 21:22
    cos do pszipomniynia

    forum.gazeta.pl/forum/w,34281,53039326,53039326,przisuowia_skole_Anabergu_i_inksze.html
  • szwager_z_laband 15.06.12, 07:03
    to zech tak pszi okazji dociep bo wia ze niykere niy som tak dugo na tym forum jak inksze z nos ;)
  • berncik 15.06.12, 11:24
    szwager_z_laband napisał:

    > to zech tak pszi okazji dociep bo wia ze niykere niy som tak dugo na tym forum
    > jak inksze z nos ;)

    Dyc to je richtig :Jo to czytou duzoch znou, ale nie wszystko.
  • berncik 19.06.12, 19:09
    http://www.strzelecopolski.pl/files/images/img_3155.jpg
    Królewski medyk
    Wiosną 1471 roku orszak królewski kierował się do Pragi. Biorąc pod uwagę układ dróg średniowiecznych, prawdopodobnie przejeżdżał przez Strzelce, które niedawno zniszczone zostały przez najazd husytów. Teraz syn króla polskiego i wnuk cesarza niemieckiego, Władysław Jagiellończyk, przejeżdżał przez odbudowujące się ze zniszczeń miasto, by objąć we władanie lud, który wyrządził na Śląsku tyle zniszczeń - Czechów.
    Wśród licznej świty królewskiej znajdował się też człowiek, który znał te okolice doskonale. Być może udało mu się na krótko opuścić towarzystwo i odwiedzić rodową wieś i rodzinę. Piotr Gaszowiec, królewski lekarz i astronom, urodził się w pobliskiej Rozmierzy i stąd wyruszył podbijać świat.
    Piotr Gaszowiec (Petro Gassoviecz, Petr Gaschowietz, Petrus de Silesia, Petrus Strzelecz) przyszedł na świat między rokiem 1425 a 1430. Był potomkiem rodziny szlacheckiej rodu, której własnością była Rozmierz i okoliczne miejscowości.
    Ród von Gaschowitz, XV w.
    Był to pierwszy znany ród właścicieli Grodziska i okolicznych miejscowości. W 1429 r. Mitzko von Gaschowitz podzielił swoje dobra między trzech synów Krzysztofa, Piotra i Bartłomieja (Christopha, Petera i Bartholomäusa).
    W 1441 r. Mikołaj (Mitzko) von Gaschowitz jest wymieniony jako świadek w dokumencie księcia niemodlińskiego i strzeleckiego. Prawdopodobnie to właśnie on podzielił swoje dobra w 1429 r.
    Krzysztof Gaszowic z Rozmierzy (Cristek Gossowicz von Lomirza) wymieniony jest w dokumentach z dnia 6 maja 1450 r. i 14 marca 1453 r. Występuje jako świadek księcia niemodlińskiego i strzeleckiego Bernarda. Był opiekunem syna Bolka V - księcia Wacława. Gdy młody książę zmarł, jego ojciec przekazał cały majątek syna: klejnoty, pieniądze oraz ubrania Krzystkowi. W 1468 r. Cristek Gossowicz kupił Wołczyn (Konstadt). Zmarł prawdopodobnie przed 1488 r. Znany jest Mikołaj Gaszowic z Rozmierzy (Mikulass Gaschowitz z Lomierze), który jest wymieniony w dokumencie z 1 sierpnia 1513 r.
    Gaschowitz należeli do starego górnośląskiego rodu znanego już i wymienianego w dokumentach od XIV wieku. Siedziba rodowa znajdowała się prawdopodobnie w Gaszowicach (Gaschowitz) koło Rybnika. Od nazwy tego majątku przyjęli nazwisko rodowe. Jako drugą siedzibę rodową wymieniana jest też Rozmierz (Lomerz). Herb tego rodu jest nieznany, ale niektórzy przypuszczają, że Gaschowitz należeli do rodu Raszynów, herbu Dwie Wieże.
    Kariera naukowa
    Bohater naszej opowieści, Piotr Gaszowiec, pierwsze nauki przyjmował prawdopodobnie w szkole miejskiej w Strzelcach, by w 1446 r. zapisać się na studia na Uniwersytecie w Krakowie. Już w roku 1448 otrzymuje on tam tytuł bakalarza, a w roku 1452 tytuł liberalium artium - doktora sztuk wyzwolonych. Był słuchaczem innych wielkich umysłów tamtych czasów, których dziś okryła już mgła zapomnienia - Jana z Ludziska, Marcina Króla z Żurawiny i Andrzeja Grzymały z Poznania. W 1452 r. wyjechał do Italii, gdzie na uniwersytecie w Perugii studiował medycynę i astronomię. Studia te kontynuował w latach 1454-1455 w Kolonii, pod okiem Gerarda z Hanont.

    Błyskawiczną karierę Piotra przypieczętowało jego przybycie do Krakowa w 1456 r. Niemal natychmiast został przyjęty w poczet mieszczan krakowskich oraz objął najbardziej w jego zawodzie zaszczytną funkcję w kraju - stanowisko lekarza przybocznego króla Kazimierza Jagiellończyka. W 1459 r. ożenił się z mieszczanką krakowską, Katarzyną Homanówną, która była niższa od niego stanem, lecz za to bardzo majętna. Małżeństwo dochowało się dziewięciorga potomstwa. Wielkie dochody dała Piotrowi Gaszowcowi praktyka lekarska.
    Wiadomo, że małżeństwo posiadało na własność wieś Garlicę Górną (dziś Górna Wieś - około 11 km od Krakowa). Już po śmierci królewskiego medyka jego żona wdała się w spór majątkowy. W 1498 r. Katarzyna, wdowa po Piotrze Gaszowcu, pozywa Jana Liberhanta o to, że gwałtem zajął część jej dóbr w Garlicy Górnej. Zachował się także zapis, że córka królewskiego lekarza, Barbara, zrzekła się wszystkich dóbr z Garlicy Górnej na rzecz swego brata, Stanisława.
    Od 1456 r., jako doktor medycyny, Piotr Gaszowiec podjął wykłady na wydziale medycyny Uniwersytetu Krakowskiego. Kilkakrotnie wybrany został na dziekana wydziału, a także na rektora całej akademii w latach 1464, 1465 i 1470.
    Oprócz praktyki lekarskiej Gaszowiec kontynuował badania astronomiczne. Pozostawił po sobie prace, z których korzystały następne pokolenia astronomów - włącznie z Mikołajem Kopernikiem. Napisał między innymi dzieło Computus i stworzył tablice astronomiczne, obliczone dla południka krakowskiego, oraz kanony do nich, w których podał sposób korygowania tablic. Wiemy, że prowadził on samodzielne obserwacje i obliczał długości geograficzne, a także zajmował się meteorologią. W 1453 opracował katalog 15 jasnych gwiazd stałych.
    Podczas uroczystości państwowych występował jako mówca z ramienia uczelni i miasta. Reprezentował wysoki kunszt oratorstwa humanistycznego. Wzorował się na Janie z Ludziska.
    Gaszowiec zajmował się także magią. Prawdopodobnie to on częściowo przepisał i przywiózł z Włoch do Krakowa Picatrix, jedną z najstarszych ksiąg magicznych. Księga, której autorem był najprawdopodobniej arabski pisarz al-Majriti, omawiała takie tematy jak natura nieba i zjawisk atmosferycznych, sfer niebieskich, powiązanie między znakami zodiaku a planetami, a także wywoływanie duchów.
    Piotr Gaszowiec zmarł między 28 stycznia a 18 maja 1474 roku. Dziś o istnieniu Piotra z Rozmierzy wie tylko garstka historyków i astronomów. Jego imię przypomina także tablica wmurowana w ratusz w Strzelcach Opolskich.
    Piotr Smykała, Romuald Kubik
  • berncik 26.06.12, 19:52
    http://www.strzelecopolski.pl/files/images/img_1178.jpg
    Trumna jest piękna. Cała szkarłatna, bogato zdobiona złotymi ornamentami i metalowymi okuciami - kołatkami. Prawdopodobnie symbolizować miały przejście do innego świata i służyły jednocześnie do przenoszenia trumny. Wokół widnieją wymalowane herby rodów szlacheckich. Obecnie znajduje się w Muzeum Piastów Śląskich w Brzegu, lecz pierwotnie spoczywała w krypcie centawskiego kościoła.
    W 1967 r. została przekazana do Opola przez ówczesnego proboszcza Karola Wypióra, a w 1970 r. znalazła się na zamku w Brzegu. Niestety, dziś nie jest dostępna dla zwiedzających, zalega w magazynie na ostatniej kondygnacji wieży zamkowej.
    Zabytek pochodzi z XVII wieku. W tamtym okresie w modzie były bogato zdobione trumny królewskie i książęce. Ta jednak należała do zwykłej szlachcianki. Tak bogaty pochówek musiał świadczyć o tym, jak ważna była dla bliskich. Mąż zmarłej Franciszek Wilhelm Larysz (zm. 1730 r.) bogaty w dobra majątkowe i zaszczyty, zapewnił jej pełną miłości pamiątkę. Jeszcze w 1723 r. zamawiał mszę św. w jej intencji. Na górnej pokrywie trumny są umieszczone dwa cytaty oraz namalowany krucyfiks.
    HISTORYCZNA ZAGADKA
    Bardzo mało wiadomo o zmarłej, drugiej żonie Jana Franciszka Wilhelma Larysza, właściciela Centawy. Historycy nie są nawet pewni, kto nią był. Jedynie Pilnaczek i Weltzel wymieniają jej nazwisko. Z kolei Blażek w herbarzu szlachty śląskiej twierdzi, że drugą żoną Larysza była Dorota Elżbieta hr. von Hellenbach.
    Zagadką są też umieszczone na trumnie herby, które powinny oddawać wywód heraldyczny zmarłej. Żadne z historycznych źródeł tego nie potwierdza. Również sprzeczny z obecną wiedzą jest napis na przodzie trumny:
    „Wysoko rodzona Pani R. DOROTHA BARBARA LARISCHOWA Swobodn… Pani ze Lhorÿ, a Karwiny Dziedziena P na Cenƭawia, Warmuntowicach, Olschowie xc. Rodzona Slewicowna Kƭóra żÿć Poczeła Rokv 1666. Dnia 8 Wrześniay
    W Roku 16… Sierpnia weszła w S. małżeński z Wysoce Vrodzonym a Sƭaƭeczym Panem. Panem FRANCISZKIEM WILCHELMEM LARISCH Swobodÿm Panem ze Ihoiÿ, a Karwiny, Dziedzicznym Panem na Karwinie, Alb…ychyicach etc ~ Vmiera Roku 1689 … Września skonała, powÿsz napisany Zmyslowoÿ o doczesnÿm Zywocie Łaskawemu podaie CZİİTELNİKOWİ”.
    Zarówno sposób wykonania napisu, jak i jego treść budzi wiele wątpliwości. O opinię poprosiliśmy opolskiego heraldyka Romana Sękowskiego.
    - Osoba wykonująca napis zrobiła błąd pisząc „ji” (czijta) zamiast „ÿ” („czÿta”), jak powinna to zrobić wg współczesnej transkrypcji. Nie orientowała się też w obyczajach panujących wśród śląskiej szlachty. Na Śląsku z reguły żony nie przejmowały nazwisk mężów. Powinno być więc napisane „Dorota Barbara Slewicowna, żona...” Znane są jednak wyjątki od tej reguły, więc mogło być tak i tym razem. Nigdy natomiast nie miała prawa używać tytułów szlacheckich i honorowych męża, co było uregulowane prawnie. Nic nie wiadomo, aby Schlewice mieli tytuł wolnych panów (baronów, Freiherr), a tym bardziej tytuł honorowy „wysoko urodzony” (Hochgeboren), który cesarz nadawał tylko szlachcie utytułowanej (baronom i hrabiom) i to najczęściej „ad personam”. Prawdopodobnie wykonujący napis oparł się na zwyczajach polskich - uważa Roman Sękowski.
    Zagadką jest zapis o majątkach. Według źródeł, Centawa należała w XVII wieku nie do Schlewitzów, a do Laryszów. Z kolei, wymienione przy majątkach Larysza Albrechtice były własnością Schlewitzów. Na Śląsku nie istniała wspólnota majątkowa małżonków. Oboje posiadali oddzielne majątki i nie dziedziczyli po sobie. Albo więc w błędzie są źródła albo wykonawca napisu nieźle tutaj namieszał.
    HERBY
    Herb Schlewitz (Slejvic, Szliwic), rodowy zmarłej został umieszczony, zgodnie z praktyką heraldyczną w środku, po obu stronach trumny. Ród Schlewitzów należał do starych rodów śląskich, pochodzących prawdopodobnie z terenu Niemiec. Posiadali majątki głównie na pograniczu księstwa raciborskiego i opawskiego. Jako główną swoją siedzibę od XVI w. podawali Kravaře koło Opawy. Henryk von Schlewic (zm. 1618 r.) ożenił się z Ewą Strzelą, ostatnią przedstawicielką tej linii rodu - właścicieli wójtostwa w Leśnicy k. Strzelec Op. Zmarła była prawdopodobnie siostrą ostatniego z tej linii rodu - Karola Henryka, który na początku XVIII w. sprzedał swoje majątki Jerzemu von Strachwitz.
    Herb Larisch (Larysz). Herb ten umieszczony został po dwóch bokach trumny przy głowie, gdzie zgodnie z wywodem heraldycznym po prawej stronie zmarłej powinien znaleźć się herb rodowy, zaś po lewej - herb matki. Ród ten należał do arystokracji państwa Habsburgów i był znany na całym ich terenie (pałace Larischów znajdują się w Pradze, Wiedniu, Budapeszcie i Krakowie).
    Mąż zmarłej pochodził z linii z Ligoty (Lhota), posiadał tytuł wolnego pana (barona) i prawdopodobnie honorowy tytuł „wysoko urodzony”. Był członkiem rady cesarskiej i sędzią sądu ziemskiego księstw opolskiego i raciborskiego. Około 1686 r. kupił od Estery Izabeli von Praschma Kujawy k. Prudnika i posiadał państwo „Herrschaft” Centawa. Pierwszą żoną Jana Franciszka Wilhelma Larysza była Dorota hr. von Tenczin.
    Herb Paczyński. W Polsce jeden z najstarszych polskich herbów – Topór. Paczyńscy z Tęczyna (Paczynski von Tenczin) nazwisko wzięli od miejscowości Paczyna koło Toszka. Według tradycji rodowej byli potomkami małopolskiego rodu magnackiego Tęczyńskich, dlatego podawali jako swoją siedzibę rodową Tęczyn (Tenczin) koło Krakowa. Herb hrabiowski nie różnił się niczym od herbu szlacheckiego, dlatego trudno tu rozstrzygnąć, o jaką linię chodzi. Pierwsza żona Larysza pochodziła z linii hrabiowskiej „z Tęczyna”, ale nie jest możliwe, aby to był jej herb. W tym czasie linie szlacheckie Paczyńskich były bardzo liczne, w większości była to drobna szlachta występująca na całym Górnym Śląsku.
    Zgodnie z wywodem heraldycznym, w tym miejscu na trumnie powinien być umieszczony herb babki ze strony ojca (dziadowej). Nic nie wiadomo o jakichś związkach Schlewitzów z Paczyńskimi.
    Herb Skroński. Skrońscy z Budzowa - nazwisko pochodzi od dwóch miejscowości koło Olesna Skrońsk i Budzów. Początkowo byli to wolni chłopi (włodycy). W 1546 r. bracia i kuzyni: Grzegorz Budzowski, Mikołaj Skronski oraz Paweł i Maciej Pawłowscy otrzymali dyplom herbowy z ujednoliceniem nazwiska: Skronski von Budzow. Ich herb - żuraw z szyją przebitą strzałą - część historyków zalicza do odmiany polskiego herbu Taczała. Herb ten znajduje się na dole po lewej stronie zmarłej, gdzie według zasad wywodu heraldycznego powinien znajdować się herb babki ze strony matki. W źródłach brak jest informacji o jakichkolwiek związkach ze Schlewitzami.
    Tajemnicza trumna jest niedostępna dla zwiedzających brzeskie muzeum. Może zamiast zalegać w magazynie, powinna być wystawiona w centawskim kościele, by przybliżyć mieszkańcom ich własną historię?
    PIOTR SMYKAŁA, ROMUALD KUBIK
  • berncik 01.07.12, 18:17
    Muzeum regionalne w Strzelcach Opolskich

    Strzelce Opolskie
    Autor:
    Ania_Frost
    Ania_Frost
    Pomysł stworzenia w Strzelcach Opolskich muzeum pojawia się na komisjach strzeleckiej Rady Powiatu i także Rady Gminy od kilku lat. Niewiele osób jednak wie, iż pierwsze muzeum na ziemi strzeleckiej zostało otwarte ponad osiemdziesiąt lat temu, a dokładnie 10 grudnia 1927 roku w nieistniejącej już dziś kamienicy na rynku strzeleckim, pod adresem Ring 13. Złote litery nad wejściem dumnie informowały, iż znajduje się tu Heimatmuseum.
    Skrupulatnie i estetycznie uporządkowane eksponaty wypełniały przeszklone gabloty, szafy i ściany. Gazeta Strzelecka w 1928 roku pisze o muzeum: „Prastare obok najnowocześniejszego, skarby geologiczne obok dzieł rąk ludzkich, przyroda nieożywiona i życie. Nawiercony toporek praczłowieka obok delikatnego jaja ptasiego i ciała ledwo co przemienionego z poczwarki motyla. Ziemia wulkaniczna z Góry św. Anny obok kła mamuta z okresu, kiedy na naszej ziemi panowały lodowce. Trzystuletni obraz strzeleckiego księcia piastowskiego Alberta obok olejowego obrazu przedstawiającego tor saneczkowy przy posągu Ceres w parku renardowskim. O szczęku oręża w naszym Heimacie świadczą stare pistolety, szable i strzelby. W szklanych szafach stare i nowoczesne skarby sztuki uderzają wysokim kunsztem wykonania„.
    Muzeum strzeleckie było pokłosiem panującej w Niemczech na początku XX wieku mody na Towarzystwa Historyczne. Ernst Mücke, rektor z zawodu i redaktor dodatku pod tytułem „Aus dem Chelmer Lande” („Z ziemi chełmskiej”) do ówczesnej Gazety Strzeleckiej, zainicjował powstanie muzeum, zbierał eksponaty od mieszkańców ziemi strzeleckiej oraz skatalogował i uporządkował je w chronologiczny ciąg, przedstawiający dzieje Strzelec Opolskich od prehistorii do czasów jemu współczesnych.
    „W latach dwudziestych XX wieku w okolicy Strzelec i Gogolina dymiły piece wapienne. 100 lat wcześniej nad wodami Jemielniczanki i Małej Panwi pracowały fryszerki i piece do wytopu żelaza. Uprawa lnu zniknęła już dawno z okolic Strzelec i Ujazdu, gdzie tworzyła swego czasu kwitnące rzemiosło. Tak przychodziły i odchodziły kultury, które tworzyły obraz naszej ziemi” – pisze Mücke. Obraz naszej ziemi chciał Mücke przybliżyć mieszkańcom Strzelec Opolskich.
    Mały przewodnik po muzeum jego autorstwa opisuje ogrom zgromadzonych eksponatów.
    Według tej publikacji w dużej szafie ściennej znajdowały się wyroby ceramiczne z nyskich warsztatów, szopki bożonarodzeniowe z figurkami, figurka piety, figura Św. Anny i wiele innych. Szafa zawierała też stare sprzęty użytku domowego zebrane w gospodarstwach i u mieszczan strzeleckich. Oddział książek i pism posiadał na przykład oryginalne listy Gustawa Freitaga. Zbiór broni mógł się poszczycić najstarszym eksponatem - rękojeścią szabli książęcej z czasów wojen książęcych (XIV-XV wiek) znalezioną na polach koło Zakrzowa.
    Atrakcją muzeum były kości mamuta i innych zwierząt z epoki kamienia łupanego, wydobyte w licznych piaskowniach i kamieniołomach na Górze św. Anny. Duża witryna szklana zawierała najpiękniejsze odlewy żeliwne, wypchane zwierzęta i porcelanę. Szuflady zawierały minerały spotykane na ziemiach strzeleckich, takie jak bazalt z Góry św. Anny, piaskowce, wapienie i gips, kryształy kwarcu. Wśród eksponatów była także ruda darniowa, która stanowiła podstawę rozwoju produkcji żelaza na północy ziemi strzeleckiej w XIX, oraz pochodzący z jej wytopu żużel z okresu średniowiecza z Krępy oraz z czasów współczesnych z Izbicka i Kadłuba.
    Wydział prehistoryczny wprowadzał zwiedzających w najstarsze dzieje ziemi strzeleckiej wiele setek lat wstecz. Na ziemi panowały wtedy lodowce, które przyniosły w nasze rejony ogromne masy lodu i śniegu. Z tego okresu w muzeum można było zobaczyć narzędzia, noże i groty strzał z krzemienia, kamienny pług, młotek i siekierkę. Z okresu brązu natomiast można było zobaczyć także brązowe narzędzia i pojemniki.
    Specjalna gablota zawierała zawartość grobowca numer 97 z Choruli, czyli dużą urnę, która zawierała spalone rytualnie szczątki ludzkie oraz mniejszą, która prawdopodobnie zawierała napój lub pokarm na pośmiertną drogę zmarłego. W opisie do tych eksponatów autor podkreśla, iż taki pochówek charakterystyczny był dla plemion zaliczanych przez naukowców do kultury łużyckiej. Autor był przekonany, że plemiona kultury łużyckiej nie były ani Prasłowianami, ani Pragermanami, tylko należały do indoeuropejskiego ludu Ilirów. Dyskusja na ten temat trwa do dziś wśród naukowców i często zabarwiona jest ideologią.
    Muzeum posiadało też eksponaty z wcześniejszego okresu żelaza, z ok. 800 roku przed Chrystusem. Znalezione w Adamowiczach groby zawierały biżuterię, guziki z brązu, szklane i gliniane perły egipskie, co świadczyło o tym, iż już 2800 lat temu kobiety lubiły się stroić.
    Przewodnik muzealny, oprócz opisu eksponatów, przekazywał zwiedzającym podstawowe wiadomości o historii ziemi strzeleckiej. Mówił on między innymi o tym, iż około V wieku przed Chrystusem na nasze ziemie dotarły plemiona germańskie, między innymi Wandalowie. Eksponaty z tego okresu to gliniane naczynia, żelazne okucia tarcz, groty oszczepów, ostrogi, klamry do pasków, noże, wrzeciona i wiele innych. Mapa osadnictwa znajdująca się w muzeum pokazywała jak gęste było zaludnienie naszych terenów przez to plemię.
    Ważne stanowiska znajdowały się w Choruli, Suchych Łanach, Zakrzowie, Obrowcu, Izbicku, Kalinowicach. Według przewodnika Wandalowie opuścili Śląsk około 400. roku po Chrystusie, skąd powędrowali do Hiszpanii i Afryki. Na ich miejsce przybyli Słowianie. Z tego okresu w muzeum znajdowały się szczątki naczyń glinianych znalezionych w Grodzisku.
    Kolejnym wydziałem muzeum był wydział nauk o przyrodzie. Znajdowały się w nim eksponaty rodzimych owadów, wypchane ptaki i mniejsze ssaki. Wydział zawierał też zestawienie występującej na ziemi strzeleckiej flory.
    Opis eksponatów został wykonany w sposób niezwykle skrupulatny i jasny. Misją założycieli było przybliżenie bogatej i różnorodnej historii ziemi strzeleckiej jej mieszkańcom. Należy także zauważyć, iż pozbawiony był wszelkich elementów ideologicznych, które wystąpiły w interpretacji historii Śląska dopiero w czasach nazistowskich ze strony Niemiec i komunistycznych ze strony Polski.
    Dziś o muzeum prawie nikt nie pamięta. Kamienica, w którym się znajdowało, została zburzona, a po eksponatach słuch zaginął. Reaktywacja byłaby wielką szansą dla Strzelec, ponieważ kto chce poznać samego siebie, musi znać swoją przeszłość. Reaktywacja byłaby także szansą przezwyciężenia stereotypów i mitów o historii Śląska, stworzonych przez reżimy hitlerowski i komunistyczny.
  • berncik 03.07.12, 23:14
    http://www.strzelecopolski.pl/files/images/5832_4807.jpg
    Dwóch z rodu Woschek

    Opisywana poniżej historia rodu Woschek zaczyna się w połowie XIX wieku. Wtedy to, urodzony w 1816 r. i przybyły z Chrząstowic (Chronstau) Anton Woschek, ożenił się w Krośnicy z Rosalią z d. Nieschwietz (ur. 1818 r.). Małżeństwo posiadało jedno z największych gospodarstw rolnych w okolicy.

    Dochowało się licznego potomstwa. Wśród dzieci byli między innymi: Lorenz Woschek (1852-1939), żonaty z Johanną z d. Adamietz (1856-1926) z Kadłuba i Franz Woschek (1858-1918), żonaty z Lucią z d. Koniecko/Konietzko (1865-1945). Gospodarstwo przejął syn Franz Woschek, który zmarł w 1918 r. na zapalenie płuc, a jego żona Lucia zmarła 5 listopada 1945 r. w Krośnicy. Dwoje z wnuków, Antona i Rosalii, odcisnęło szczególne wpływ na historię regionu.

    Alfons Woschek był synem Lucii i Franza. Urodził się w 1886 r. Z czasem przejął rodzinny majątek, a od lat 20-tych do roku 1933 był sołtysem Krośnicy. Przyczynił się do ogólnego dobrobytu mieszkańców. Otworzył nowoczesną cegielnię, która w dobie kryzysu dawała ludziom zajęcie. Alfons Woschek był też inicjatorem budowy krośnickiego kościoła, który powstał w ciągu pół roku w 1932.

    Funkcję sołtysa stracił po dojściu do władzy Adolfa Hitlera. Sam Alfons Woschek nigdy nie wstąpił do NSDAP ani innej organizacji faszystowskiej.

    W 1919 r. ożenił się z Anną z d. Adamietz (1898-1980), córką Johanna Adamietz i Julianny z d. Szczeponek. Dochowali się dziewięciorga dzieci. Rodzina Woschek razem z gospodarstwem nie miała szczęścia do konfliktów zbrojnych. Podczas III Powstania Ślaskiego posiadłość została splądrowana przez powstańców. Kiedy gospodarze wrócili, z całego inwentarza żywego nie pozostało prawie nic. Jak się wtedy potocznie mówiło: „ostały dwa gołębię na dachu”.

    Gdy do Krośnicy weszli sowieci, bogaci gospodarze wpadli w o wiele gorsze tarapaty. Najpierw zostali ograbieni przez krasnoarmijców. Potem, już po zmianie nazwiska gospodarzy na „Woszek”, komunistyczne władze odebrały im cegielnię. Alfons był przesłuchiwany przez Urząd Bezpieczeństwa i oskarżany o burżuazyjne i niemieckie pochodzenie. Uniknął wysiedlenia dzięki petycji, którą podpisało wielu mieszkańców wsi.

    Budowniczy krośnickiego kościoła zmarł 25 czerwca 1948 r. W nabożeństwie pogrzebowym wzięło udział ośmiu kapłanów i tłumy mieszkańców okolicznych miejscowości. Kazanie wygłosił franciszkanin z Góry św. Anny, Felix Koss. Alfons Woszek spoczął na cmentarzu parafialnym w Krośnicy.

    Znacznie słynniejszy był syn Lorenza i Joanny Woschek - Theophil. Lorenz Woschek 15 maja 1877 r. ożenił się z wdową Johanną Kalka, córką młynarza Sebastiana Adamietz (1825-1909) z Kadłuba. Johanna Kalka wcześniej miała męża Johanna Kalkę (1853-1876), który zmarł, a po roku żałoby wyszła za mąż za Lorenza Woschka. To tu w Kadłubie urodził się 11 kwietnia 1888 r. Theophil Woschek i jego bliźniacza siostra Anastasia Woschek. Oboje zostali ochrzczeni w kościele parafialnym w Rozmierzy.

    Rodzina w 1890 r. wyprowadziła się z Kadłuba i przeniosła do Lesian (Leschane) nadodrzańskiego przysiółka Januszkowic (Januschkowitz), gdzie nabyła 20-hektorowe gospodarstwo wraz domem. Tam Thepohil spędził swoje lata młodzieńcze.

    Był bardzo pracowitym i sumiennym uczniem. A przy tym ambitnym. Po ukończeniu szkoły powszechnej w Januszkowicach, kontynuował naukę w Koźlu i w gimnazjum w Chorzowie. Jako niezamożny potomek rodziny chłopskiej musiał starać się o wiele bardziej niż jego lepiej sytuowani rówieśnicy. Jego pilność została dostrzeżona i przyznano mu Stypendium Jubileuszowe założone przez byłych uczniów gimnazjum. Od biskupa Wrocławskiego Georga Koppa otrzymał też pomoc finansową w wysokości 60 marek.

    Maturę zdał w 1908 r. Udał się na wydział prawa i politologii Uniwersytetu Wrocławskiego, a potem na studia we Freiburgu Bryzgowijskim (Freiburg im Breisgau) w Badenii-Wirtenbergii. Był członkiem katolickiej korporacji studenckiej „Salia”, której głównymi hasłami były „religia, wiedza i przyjaźń”. W listopadzie 1911 r. otrzymał stopień referendarza, a w maju 1916 r. w Berlinie - asesora. Podczas egzaminów osiągnął bardzo dobre wyniki. W latach 1911-1916 pracował jako stażysta w Głogówku (Oberglogau), Kłodzku (Glatz), Wiesbaden, Langenschwalben w Hesji, Katowicach (Katowitz) i we Wrocławiu (Breslau). Od 1916 r. piastował urząd asesora w sądzie w Bytomiu, a potem we Wrocławiu.

    30 września 1918 r. Theophil Woschek ożenił się z Elfriede z d. Czaja (1893-1970) z Gliwic. Jego kariera rozwijała się błyskawicznie. W 1919 r. został członkiem rady miejskiej Gliwic, w 1922 - jej przewodniczącym. Miasto po III Powstaniu Śląskim przeżywało napływ Niemców z terenów przydzielonych Polsce, co budziło spore problemy, zwłaszcza mieszkaniowe. Theophil pomagał wszystkim potrzebującym, niezależnie od ich stanu majątkowego.

    Jego pozycja w mieście wciąż rosła. Był uznany za znakomitego prawnika, którego klientami były głównie duże firmy. Pracował jako doradca prawny m.in. zakładów hrabiego Schaffgotscha i dyrekcji dóbr hrabiego Ballestrema. Wybrany został prezesem Królewskiego Uprzywilejowanego Cechu Strzeleckiego. Był też honorowym członkiem gliwickiego związku sportowego „Alter Turnverein” oraz członkiem rady parafialnej w kościele pw. Wszystkich Świętych. Politycznie Theophil Woschek był związany z partią Centrum. W dowód uznania za zasługi Magistrat Gliwicki 8 maja 1930 r. obdarzył go tytułem Honorowego Obywatela Gliwic. Akt nadania został wręczony 5 października 1930 r.

    Sytuacja zmieniła się, kiedy w 1930 r. umarł Hans Piontek (1876-1930), Starosta Krajowy Prowincji Górnośląskiej. Na to stanowisko zgłoszono kandydaturę Theophila Woschka, jako człowieka powszechnie szanowanego i zdolnego do pogodzenia każdej zwaśnionej strony. Kandydaturę zgłosił ksiądz prałat Carl Ulitzki (1873-1953).

    Nowy starosta skoncentrował się na łagodzeniu skutków światowego kryzysu. W całym regionie bez pracy i środków do życia pozostawały tysiące osób. Theophil Woschek szczególną wagę przykładał do opieki zdrowotnej, socjalnej, stanu śląskich dróg i infrastruktury. Wiele nakładów przeznaczał na kulturę i sztukę.

    Po dojściu do władzy Hitlera walczył z pomysłem połączenia prowincji Górnego i Dolnego Śląska w jeden organizm administracyjny. Zmuszony został przez nazistów (a w szczególności przez gauleitera NSDAP Helmuta Brücknera) do zrzeczenia się urzędu 30 września 1933 r. Theophil Woschek otworzył znów swoją kancelarię, lecz tym razem nowe władze skutecznie zniechęcały dużych przedsiębiorców do korzystania z jego usług. Wśród klientów znalazła się za to olbrzymia grupa prześladowanych ze względów politycznych, wyznaniowych i narodowościowych. Udzielał pomocy prawnej Żydom. Wśród jego klienteli byli między innymi: właściciel majątku Toszek (Tost), von Guradze, doktor Arthur Blumenfeld, Ernst Schlesinger. Wielu klientów było Polakami. Sam adwokat był dwujęzyczny i mówił po polsku w gwarze śląskiej. Theophil Woschek przez władze faszystowskie został uznany za osobę politycznie niepewną. Negatywnie odnosił się do nowego porządku w Niemczech. Nie wstąpił do NSDAP, a nawet nie był członkiem związku prawników związanego z tą partią. Także jego żona Elfriede nie związała się z żadną partią czy stowarzyszeniami faszystowskimi, a ich syn Franz Theophil (ur. 1925 r.) nie należał do Hitlerjugend.

    Theophil i Elfriede Woschek mieli jednego syna: Franza Theophila Woschek (1925-1988), który ożenił się z Magdaleną z d. Jansen (1926-1998). Ich ślub odbył się w 1954 r. w Regensburgu. Dochowali się pięciorga dzieci.
  • berncik 03.07.12, 23:16
    Dwóch z rodu Woschek

    Theophil i Elfriede Woschek mieli jednego syna: Franza Theophila Woschek (1925-1988), który ożenił się z Magdaleną z d. Jansen (1926-1998). Ich ślub odbył się w 1954 r. w Regensburgu. Dochowali się pięciorga dzieci.

    Jedną z najgłośniejszych spraw, jaką prowadził Theophil Woschek, był proces księgarza, Josefa Neuefeinda z Gliwic. Oskarżonemu groziła kara śmierci, lecz po mistrzowskiej obronie Woschka, został skazany na 8 lat ciężkiego więzienia. Adwokat opiekował się potem rodziną skazanego.

    23 stycznia 1945 r. Gliwice zostały zajęte przez sowietów. Polskie władze komunistyczne nie chciały mieć u siebie byłego Starosty Krajowego, mimo że nie był w żaden sposób związany z nazistami.

    Został zmuszony do wyjazdu do Niemiec. Pod koniec maja 1946 r. Theophil Woschek wraz z żoną Elfriede wyjechali do Niemiec. Początkowo byli w Altenburgu koło Cuxhaven, po kilku tygodniach przenieśli się do Cham w Górnym Palatynacie.

    Theo (takiej formy imienia zaczął używać po 1946 r.) pracował jako urzędnik w Regensburgu, a do 1949 r. prowadził kancelarię adwokacką. Potem pracował jako radca ministerialny w Federalnym Ministerstwie ds. Wypędzonych w Bonn.

    Zmarł nagle 3 stycznia 1952 r. na udar mózgu, mając niespełna 63 lata. Został pochowany na cmentarzu w południowym Bonn. Jego żona Elfriede zmarła 23 kwietnia 1970 r. w wieku 72 lat.

    Członkowie rodziny tych dwóch niezwykłych Ślązaków rozsiani są dziś po całym świecie.

    PIOTR SMYKAŁA, ROMUALD KUBIK

    Źródła:
    Rocznik Muzeum w Gliwicach, T. XIX, Gliwice 2004;
    Ullman K., Schlesien. Lexikon, Würzburg 2001;
    Ślązacy od czasów najdawniejszych do współczesności, pod red. J. Rostropowicz, tom I, Łubowice-Opole 2005;
    Zbiory prywatne Józefa Hurka.
  • szwager_z_laband 04.07.12, 14:15
    niy, ale znom chyxba potomkow tyj familii Nieschwietz
  • berncik 05.07.12, 11:49
    Nieswiecow bolo dookola Strzelec dosc trocha,jak cos se dowia konkretnego to napisza.
  • berncik 10.07.12, 17:09
    http://www.strzelecopolski.pl/files/images/5950_4961.jpg

    NIEBYT nie istniał wtedy ani byt nie istniał. Nie było też przestworza i nieba u góry. Co było w ruchu, w czyjej opiece? Czym wody były, odchłanne, głębokie?

    Była ciemność, ciemnością od początku okryte Wszystko było jednym bez cech oceanem. Zarodek bytu w pustkowiu zawarty stał się tym jednym mocą swego żaru.

    Tak rozpoczyna się 129. - jeden z najsłynniejszych hymnów hinduskiego poematu Rigwedy, nazywany „Początek rzeczy”. Jest on zapewne najstarszym ze zbiorów wchodzących w skład Wed, świętej księgi hinduizmu, sześciokrotnie bardziej obszernej niż Biblia. Ta wiedza starsza jest niż cała cywilizacja zachodnia. Kiedy Homer spisywał Iliadę i Odyseję, Rigwedy istniały już przynajmniej od 6 wieków, stanowiąc podstawę życia duchowego Indii. Niemal nikt już dziś nie pamięta, że dla cywilizacji zachodniej ich poznanie możliwe było głównie dzięki pracy naukowca urodzonego w Leśnicy.

    Z NASZYCH ZIEM
    7 stycznia 1821 roku przyszedł na świat Theodor Aufrecht. Pochodził z wielodzietnej rodziny żydowskiej, mieszkającej w Leśnicy. Był synem handlarza soli Seliga Aufrechta i Henke/Handel z d. Skutsch.

    Od dziecka musiał wykazywać się wielką skłonnością do nauki, skoro udało mu się dostać i ukończyć gimnazjum w Opolu, a następnie studiować filologię klasyczną w Berlinie, gdzie odkrył zamiłowanie do sanskrytu. Wybranym przez niego kierunkiem była filologia i językoznawstwo porównawcze. W latach 1842-1846 studiował rozwój języków pokrewnych i zmian, jakie w nich zaszły. Być może jego zdolności lingwistyczne rozwinęły się w rodzinnym domu. Jako Żyd żyjący na Śląsku, prawdopodobnie oprócz języka niemieckiego od dzieciństwa znał też jidysz i język polski. W dalszej drodze kariery skierował jednak swoje zainteresowania na inne języki.

    DROGA NAUKOWA
    W roku 1847 w Halle Theodor Aufrecht obronił pracę doktorską z dziedziny sanskrytu i otrzymał tytuł doktora filologii.

    Następnie w latach 1849-1851 opracował i redagował wspólnie z Adolfem Kirchhoffem pracę naukową o języku umbryjskim z II i I wieku przed Chrystusem. Dzięki temu dziełu zajął ugruntowaną pozycję w środowisku językoznawców. Niedługo potem (1849/50 r.) habilitował się na uniwersytecie berlińskim, choć nie zapewniło mu to stałej posady. Jako nieetatowy docent nauczał języka staroangielskiego i staronordyckiego.

    W 1851 r. wspólnie z przyjacielem Adalbertem Kuhnem założył pismo poświęcone językoznawstwu - „Zeitschrift fur vergleichende Sprachwissenschaft”.

    WIELKIE WYZWANIA I SUKCESY
    W 1852 r. Theodor Aufrecht wyjechał do Wielkiej Brytanii. Być może wabikiem była posada, jaką zaoferowano mu na Uniwersytecie Oxfordzkim. Po roku zamienił go jednak na Cambridge. To właśnie tam podjął się trudnego zadania przetłumaczenia na łacinę Rigwedy, najstarszego zabytku pisanego Indii. Praca musiała być tytaniczna, skoro w wersji drukowanej ukazała się ona dopiero w latach 1861-62.

    W tym czasie na Uniwersytecie w Edynburgu otwarta została katedra sanskrytu i językoznawstwa porównawczego, do której prowadzenia powołano Theodora Aufrechta. Dla profesora był to także szczęśliwy czas osobisty. Ożenił się z Helen Mary. Kobieta okazała się pełną zrozumienia towarzyszką życia. W 1875 r. Aufrecht powrócił do Niemiec, podejmując pracę na Uniwersytecie w Bonn.

    Wtedy też rozpoczął pracę nad ważnym dziełem - „Catalogus Catalogorum” - podsumowaniem wszystkich rękopisów sanskryckich wraz z biografiami ich autorów. Wydawano je drukiem od roku 1891 do 1903. Trzytomowy wolumin był niezastąpioną pomocą dla badaczy literatury sanskryckiej. Było to wówczas dzieło unikalne w skali światowej, dotyczące sanskrytu.

    W 1873 r. wydał „Kwiaty z Hindostanu”, książkę, która przyniosła mu wielką popularność.

    Theodor Aufrecht zmarł 4 kwietnia 1903 r. w Bonn. Nigdy nie gonił za sławą, jednak w środowisku naukowym cieszył się ogromnym poważaniem. Brytyjskie Królewskie Towarzystwo Azji, którego był honorowym członkiem, umieściło w swym żurnalu nekrolog, w którym jego osobę wspominały inne towarzystwa uczonych. Uniwersytet w Cambridge nadał mu tytuł doktora literatury, natomiast Uniwersytet Edynburski tytuł doktora prawa.

    ROMUALD KUBIK, PIOTR SMYKAŁA

    Źródła: J. Roztropowicz, Ślązacy od czasów najdawniejszych do współczesności, t. III
  • berncik 14.07.12, 19:02
    Tajemnicze groby w Strzelcach Opolskich - na ziemi strzeleckiej natrafić można na niejeden zapomniany, tajemniczy grób, często znajduje się on poza cmentarzami. Groby stoją one w osamotnieniu, pośród drzew i krzewów. Bywa, że nie mają nawet tabliczki z nazwiskiem pochowanych w nich zmarłych. A o niektórych mieszkańcy zdążyli już nawet zapomnieć.
    Jedną z tych zabłąkanych mogił jest grób Hermana Blanka, emerytowanego leśniczego, który u schyłku swojego życia mieszkał w Jędryniach u rodziny Popanda. Zmarł w 1945 roku ze strachu przed sowieckimi żołnierzami, którzy nadciągali w kierunku Śląska.
    - Blank nie był zaangażowany w żadne działania wojenne, ale wiedział że Rosjanie zastrzelą go na miejscu - mówi Piotr Smykała, znawca lokalnej historii. - Pracował w końcu w instytucji, w której noszono mundury. Radzieccy żołnierze traktowali takich ludzi jak członków jednostek paramilitarnych. Uważali, że są częścią faszystowskiego systemu, z którym trzeba było walczyć. Podobnie źle nastawieni byli do listonoszy czy kolejarzy.
    80-letni Blank nie wytrzymał presji. Gdy umarł miał 80 lat. Rodzina w pośpiechu zakopała jego ciało na skraju lasu. „Pogrzeb” odbył się nawet bez kapłana, bo ten również bał się zemsty nadciągających żołnierzy. Jakiś czas później nad grobem leśniczego ustawiony został metalowy krzyż. Dziś w lesie nie ma nawet jego. Kilkanaście lat temu zniknął z tego miejsca bez śladu.
    Wśród drzew i krzewów znajduje się również grób należący do hrabiego Wolfganga Grafa Castell zu Castell. Był on przedostatnim właścicielem zamku i strzeleckich włości. Zmarł roku 8 lutego 1940 r. w wieku 63 lat.
    Trzy lata przed śmiercią strzelecki hrabia przeszedł ciężką anginę. Leczył się w klinice we Wrocławiu. Od września 1939 r. jednak stan jego zdrowia ciągle się pogarszał. Po operacji, która się odbyła we Wrocławiu, nie doszedł już do zdrowia.
    Jego mogiła znajduje się głęboko w parku miejskim, od strony dzielnicy Mokre Łany. Stoi tam odnowiony pomnik, na którym widnieje herb i niewielki krzyż.
    Dlaczego hrabia został pochowany właśnie w tym miejscu - tego dokładnie nie wiadomo. Jedna z wersji zdarzeń mówi o tym, że chciał być po prostu pochowany w ukochanym parku.

    Ludzie mieli go za porządnego człowieka. „Przez park pozwalał przechodzić, nie gniewał się, gdy bażant z parku zabłądził w chłopskie ręce” - taką charakterystykę hrabiego Castell zu Castell można odnaleźć w zachowanych do dzisiaj zapiskach. Dlatego między innymi jego pogrzeb, który miał miejsce 11 lutego 1940 r., był bardzo uroczysty. Uczestniczyła w nim nie tylko rodzina i miejscowe władze, ale też mieszkańcy. Kondukt żałobny (na zdjęciu) wyruszył z zamku do odległego miejsca pochówku. Przed trumną szedł pastor, co wskazywałoby na to, że hrabia był ewangelikiem. Pogrzeb odbył się według ceremoniału wojskowego.
    Pierwotnie w miejscu pochówku znajdował się duży, drewniany krzyż ogrodzony drewnianym płotkiem. W 2007 r. gmina postawiła w tym miejscu pomnik.
    Jednymi z najbardziej zapomnianych mogił w powiecie są te, które znajdują się na cmentarzu ewangelickim przy ul. Marka Prawego w Strzelcach Opolskich. Nekropolia powstałą pod koniec XVI wieku. Ulokowana była wtedy daleko poza miastem. Najstarsza informacja o pochówkach dotyczy szwedzkich żołnierzy, którzy zmarli w czasie wojny trzydziestoletniej (1618 - 1648). Mieli zostać pochowani w rogach frontowej części cmentarza. Mieszkańcy przez wiele lat opowiadali sobie historię o duchach szwedzkich wojów, które miały się ukazywać w tym miejscu. Według ustnych przekazów duchy stawały na cmentarzu w pełnym rynsztunku i gotowości do walki. Na głowach miały kapelusze, na ramionach broń, a u boku szable.
    Tyle legend i przekazów. Pewne jest natomiast to, że na cmentarzu tym spoczął Johann Heinrich Bruns. Pod koniec XVIII w wystawiono mu jeden z najpiękniejszych tu nagrobków. Bruns w latach 1736-1792 pracował w mieście jako lekarz. Był bardzo sumienny i chętnie pomagał chorym. Pomnik na jego grobie powstał z inicjatywy mieszkańców Strzelec. Ufundował go hrabia Phillipp Graf Colonna. Na nagrobku polecił zaś wyryć słowa, które odnosiły się do zmarłego lekarza.
    „Johann Heinrich Bruns z Essen pochodzący, wykonywał wiernie od 1736 r. obowiązki lekarza. Opuścił dnia 22.12.1792 r. ten świat, który z wielką miłością do drugiego człowieka służył i oczekuje nagrody miłości wiecznej. Ten pomnik jest postawiony z wdzięczności i napis na nim ułożył Phillipp Graf Colonna”.
    Na cmentarzu tym pochowani są również rodzice niemieckiego poety Gustava Freytaga (ojciec Gottlob i matka Henrietta). Gottlob Freytag, który żył w latach 1774 - 1848 przez wiele lat był lekarzem w powiecie kluczborskim. Prowadził praktykę lekarską po obu stronach rzeki Prosny, która w owych czasach stanowiła granicę między ziemiami śląską i polską. Mieszkańcy docenili jego solidną pracę w 1809 roku. Został wtedy wybrany na burmistrza Kluczborka. Funkcję tę pełnił do 1816 roku.
    Ks. Augustyna Bertzika mieszkańcy szanowali, bo nie poddał się naciskom władz w latach „Kulturkampfu”. Natomiast w grobie, na którym stoi śmigło samolotu, leżą żołnierze piechoty.
    Postawił szkołę dla dzieci w Adamowicach, był także współzałożycielem i darczyńcą katolickiego gimnazjum w mieście. Z tego powodu proboszcz - ks. Augustyn Bertzik (w strzeleckiej parafii służył w latach 1857 - 1875) - cieszył się dużym poważaniem wśród mieszkańców.
    Na cmentarzu parafialnym zachował się jego nagrobek. To najwyższy obok trzech kamiennych krzyży - gdzie ludzie zapalają znicze, by wspomnieć zmarłych.

    - Proboszcz Bertzik był szanowany jeszcze z jednego powodu - podkreśla Piotr Smykała, znawca lokalnej historii. - W latach „Kulturkampf” nie poddał się naciskom władz, które chciały podporządkować wszystkie kościoły katolickie władzy państwowej i pozostał wierny Watykanowi aż do śmierci.
    Ta odwaga została doceniona przez władze i wiernych.
    Ksiądz zmarł na astmę 4 kwietnia 1875 roku. W dniu - kiedy dzieci przyjmowały pierwszą komunię - dostał ataku.
    Na łożu śmierci pożegnał się tymi słowami: „Mnie jest dobrze, ale was czeka ciężka i twarda przyszłość”. W uroczystościach żałobnych udział wzięło 36 kapłanów i setki ludzi różnych stanów.
    Dziś mimo, że grób proboszcza znajduje się w samym środku cmentarza nie jest łatwo go odnaleźć
    Po 1945 roku władze komunistyczne zdecydowały o usunięciu nagrobnych napisów.
    Za to grób ze śmigłem samolotu odnaleźć na strzeleckim cmentarzu nietrudno. Nazywany jest pomnikiem Lotników Polskich.
    W 1939 r. pochowani zostali tam polscy żołnierze, którzy zmarli w strzeleckim szpitalu. Jednak nie byli to lotnicy tylko piechurzy armii polskiej. Potwierdza to spis zmarłych sporządzony przez Polski Czerwony Krzyż.
    Jak zatem doszło do tego, że w Strzelcach pochowani zostali lotnicy, których nie było? - Pomnik powstał z inicjatywy władz Klubu Oficerów Rezerwy Ludowego Wojska Polskiego - odpowiada Piotr Smykała. - Ktoś po prostu wymyślił historię lotników polskich, którzy zostali zestrzeleni nad miastem we wrześniu 1939 r. Został on odsłonięty we wrześniu 1971 roku.

    ciag dalszy----
  • berncik 14.07.12, 19:03
    W trzech zachowanych mogiłach z I wojny światowej złożeni zostali żołnierze rosyjscy. Nie wiadomo jednak, czy zmarli na skutek odniesionych ran, czy na panującą w tym czasie grypę „hiszpankę”. Na cmentarzu leżą także niemieccy żołnierze, którzy polegli na froncie w podczas II wojny światowej.
    Spośród osób zasłużonych dla miasta do dziś na cmentarzu zachował się grób burmistrza Paula Gundruma (1865 - 1938) i jego małżonki Hedwig. Jest też grób ks. Piotra Biolego (1879 - 1942), który zginął w obozie koncentracyjnym Dachau. Urodził się w Suchym Dańcu. Potem mieszkał na Nowej Wsi. Jego prochy spoczęły na tym cmentarzu, na prośbę rodziny, która je sprowadziła w 1942 roku.
    Kolejne zasłużone osoby to rodzina Faltina, która dofinansowywała budowę kościoła św. Wawrzyńca w latach 1903 - 1907.
    Jest też mogiła kierownika szkoły na Suchych Łanach, Maxa Mende (1885 - 1943). Jego syn Erich Mende był współzałożycielem i przewodniczącym niemieckiej partii FDP, a później został wicekanclerzem RFN.

    W środkowej części cmentarza znajduje się natomiast grób Tomasza Skowronka (1884 - 1966) pierwszego powojennego burmistrza Strzelec Opolskich i jego żony Marii zagorzałej patriotki.
    Na pomniku jest umieszczone motto: „Dobry Boże: Pokornie prosimy Ciebie, jak nas złączyłeś na ziemi, tak połącz nas znowu w niebie”.

    Radosław Dimitrow, nto
    Tekst powstał we współpracy z Piotrem Smykałą - znawcą lokalnej historii.
  • szwager_z_laband 15.07.12, 07:29
    Piesn o strasznem nieszczesciu przez pozar
    miasta i koscioua farnego w Lesnicy
    dnia 24go Kwietnia roku panskiego 1843

    W miesiacu Kwietnia cztery dwudziestego
    Coz sie niestalo juz miesiaca tego?
    Prawie osmy dzien po wielkanocy;
    Nieskoro wieczor bo i dokna w nocy.

    Wielkie nieszczescie i straszna nowina,
    Gdy jedenasta uderza godzina.
    Ludzie poszli spac i juz sa na swobodzie
    i zaden niemysli o takowej szkodzie.

    Nim sie pokladli, jeszcze wszystko majoa.
    A tu w krotkiej chwili wszystko utracaja.
    Domy, bogactwa, cale swoje mienie
    utracili to to wnet w kilku godzinie.

    Pewnie Pan Steiner do spania sie bierze,
    Gdy wieczorne odmawia pacierze.
    I tak do snu szykuje sumienie,
    A tu w tem widzi jak wybuchly plomienie.

    Wyskoczy predko, niewie co ma czynic,
    Czy na ludzi wolac, czy w dzwony dzwonic.
    Biezal co tchu do swego sasiada przekniony,
    kszyczec niemogl dokna,
    Tylko piesciami powybijal okna.

    Sasiad sie przelakl, co za znak dziwacki?
    Predko wyskoczyl pan Josef Glowacki.
    Biegna w predzej do brata swego
    I wielkim glosem krzyczy na niego.

    Bracie Francku, wstan i nielez w piezynie!
    Predko wybiegaj, bo juz miasta ginie!
    Tam panienka imie Filipina,
    Ktora to byla corka jego jedyna.

    Wola na ojca: Wstancie, bo krzycza na dworze!
    Podobno ze miasto goreje, moj Boze!
    I ten w tem tak przelekniety
    wybiegl w strachu nic nieobleczony.

    Dopadl swa trabe i trabi po miescie!
    Ludzie wstawajcie, nielezcie a co macie wynoscie!
    I gdy tak alarmuje ten to pan Glowacki,
    Budza sie ludzie i zandarm pan Spatzke.

    Ten nietwardo spi o dobsze zawsze czuje,
    Wyskoczy co predzej i strasznie alarmuje.
    Na boku rynku w tej drugiej ulicy
    Pani w pologu i dziecie jej krzyczy.

    Ta utrapiona, gdy jeszcze niespala,
    Rychlo na meza swego zawolala:
    Patsz jeno, cos zlego sie dzieje!
    Slysze, ze ktos krzyczy i w izbie jasnieje.

    Tak mnie strach zdjol i tak mnie sie zdaje,
    Jak gdyby to w bliskosci goreje.
    Maciej Piwowarski, imie meza tego,
    Wybiega na dwor i juz widzac cos zlego.

    Mowi do zony: wstan a nielekaj sie!
    Bierz nasze dziecie a umykaj znim!
    Zlekla sie pani, gdy to uslyszala,
    Od wielkiego strachu az zaraz zemdlala.

    A on od zalu az uplakuje;
    Biezy do dzwonow, gwaltownie szturmuje.
    Gdy ludzie slysza, ze tak sturmuja,
    Od wielkiego strachu z schodow spadaja.

    Ten ogien wyszedl u pewnego pana,
    U jednego farbierza Thielmana.
    Tam plomien bije, bronic nieporada,
    Predko sie chwyta u jego sasiada.

    Lud z wszystkich stron tu biezy,
    Bo juz sie topia i dzwony na wiezy.
    Ci co sa pszelozeni od Kosciola
    leca nan, zaledwie wlezli w polowe.

    Juz musza na dol, ledwo ze uciekli,
    Bo by sie byli nieomal w ogniu upiekli.
    I majster kominiarz ten sie wybil na dach,
    Gdy dzwony spadly, w tem go ogarnal strach.

    Juz odkryl sobie ogien miejsce do spadnienia
    I pszepada z dachu az do sklepienia.
    Smutni kaplani kosciola sie lituja;
    z wielkiego zalu rece zalamuja.

    Do kosciola spiesza obaj w parze,
    Prosza dla Boga, wynoscie oltarze!
    Spieszy pospolstwo, spiesza rozny pany,
    Bronia co moga, targaja organy.

    Mowi ksiadz faraz: Spieszcie sie dzieci!
    A uciekajcie, bo juz wieza leci!
    Zmartwiony ksiadz faraz juz od zalu mdleje,
    Bo co jest do fary ze wszystkim goreje.

    Mowi: Ach Boze, juzem nieszczesliwy,
    Juz fara gore i spichrze i hlewy.
    Juz sie zas chwyta i farska stodola
    I w bok kosciola juz sie pali szkola.

    Tam pan Rektor w strachu niepodobnym,
    Gdyz jego zona w czasie niesposobnym.
    Ta smutna zona wielce lamentuje
    I rozespale dziatki z lozek wytarguje.

    Ci to ludzie co do fary wpadli,
    Jedni wiernie bronili, inni zas kradli.
    Ci co szerego serca, to wiernie bronili.
    Ci zas zlodzieje, to kradli i roznosili.

    I tak pan baron Jegomosc z dworu lesnickiego,
    Gdy ujrzal ogien, odbiegl on wszystkiego.
    Z calem swem dworem pobiegl bronic
    I ksiedza fa<raza w niedoli pocieszyc.

    Mowi: Wielebny ksieze farazu!
    Gdyscie dozyli tak smutnego razu,
    Niesmuccie sie, Bog wam zas pomoze!
    Tymczasem bedziemy obaj mieszkac w moim dworze.

    W tem wielkim nieszczesciu i tak wielkiej biedzie
    Hwytaja sie domy, ogien dalej idzie.
    Wiatr pedzi ogien i pozary spore,
    Wtem to momencie juz i folwark gore.

    Wracaj sie do domu: Mosci panie baronie!
    Bo gore owczarnia, hlewy i sypanie!
    Juz pelno ognia wszedzie do kola
    I nic nie zostalo tylko jedna stodola.

    Gdy ten pan z pania sa w takiem frasunku,
    Ani tez niemaja zadnego ratunku,
    Biegaja obaj i placza rzewliwie,
    Gdy im wszystko gore i bydlo we hlewie.

    Tu jest do placzu, do politowania.
    Lud zewszad biezy od pierwszego spania.
    Kszyca ojcowie, placza Matki
    I wywlocza z lozek rozspale dziatki.

    U Mokrauera wielkie dziwa byly.
    W posrodku ognia jego dom szczesliwy,
    Ten nic nie utracil, ten ma pokoj wszedzie
    Az we dworze, w placu i arendzie.

    Tam na tysiac talarow szkody sie zrobilo,
    W arendzie, w dworze wiele sie spalilo.
    I nikt nie powetuje tej tak wielkiej szkody,
    Czego w dlugie lata zostana dowody.

    Smutna zona pani Mokrauerka,
    Takze jej szekara dobra pszyjaciolka,
    Szukaja w nocy wszedzie pana swego,
    myslac - czy nie wpadl do ognia takiego.

    Pan Kowolik imieniem Ignacy,
    Rowniez pan Steiner, obaj nieboracy,
    Co innych domow tak dzielnie bronili,
    Pszy tem swe domy obaj utracili.

    Po wszystkich gminach nocni stroze
    Kszyca do okien i burza na drzwierze.
    Ludzie wstawajcie! bo sie strasznie dzieje!
    Najblisze miasto Lesnica goreje!

    Gminy, panstwa bez wszelkiej wymowki
    I wszedzie gdzie maja ogniowe sikawki,
    Tak tego jada, tak sie spiechaja,
    Ze az konie na drodze padaja.

    Gdy zabraklo juz wody strumienie,
    Zucaja w ogien bloto i drobne kamienie.
    Ci pszy sikawkach ciagna i ciezko pracuja,
    Od wielkiego gwaltu sikawki sie psuja.

    Dla kogoz teraz ciezej w miescie,
    Gdy sie oto dzieje tak wielkie nieszczescie,
    Jak dla pana Burmistrza, ktory tak zwatpiony,
    Nie wie, co ma czynic, do ktoryby strony?

    Lud najpierwiej komenderowac?
    Jezeliby w przod miasta bronic
    czyli kosciola i fary,
    czyliby Ksiezejwsi, ktorej polowa gore?

    Ale tu wszyscy hlopy i mieszczanie
    Tobie dziejuja, ty najwyzszy panie,
    Zes ich tak dalece uratowal,
    Hociaz w nocy w ogniu byli, zaden z nich niezgoral!

    Tobie tez dzieki, ty strozu aniele,
    Zes ich zachowal zdrowemi na ciele!
    Ze hociaz i prawie w ogniu byli,
    Wszyscy zostali zdrow, zaden niezgineli.

    Niech sobie kazdy z tego przyklad wezmie,
    Jak tszeba postepowac z ogniem ostroznie.
    Ze to potem zbyt wiele kosztuje,
    Slawna zwierzchnosc tez ma surbacye.

    Miasta, wsi tez to upatruja
    I najjasniejszemu krolowi dziekuja,
    Ze tak madrze ludem swym kieruje,
    Za kazdy moze byc wspomagan s ogniowej bonifikacji.

    Tych ktorych spotka ogniowe nieszczescie,
    Sa wspomagani jak w wsi tak i w miescie,
    Byle tylko wszyscy na to wczesnie dbaja,
    Ze sie pszed szkoda ognia zabezpieczyc daja.


  • berncik 15.07.12, 20:37
    Fajnie napisane,i dosc malo se o tych porzarach pisalo,we kronikach se trocha wspomino. tz.we tych czasach prawie wszystke miasta i wsie se polouy .To wszystko bouo kryte gontym albo slomom.Te domy bouy murowane ale wewnatrz ,sklepienia ,dachy to se jedne od drugich zapolauo ,a wcale jak se zrobiou wiater.
  • berncik 17.07.12, 21:30
    W XIX wieku doszło do masowych migracji chłopów do miast. Wabikiem były zakłady przemysłowe, w których czekała praca. Zauważono wówczas, że w wielkich skupiskach szerzą się społeczne napięcia i patologie. Dotyczyło to zwłaszcza ludzi, którzy przez całe życie mieli kontakt z przyrodą i musieli teraz odnaleźć się między fabryką, a ceglanymi noclegowniami. Lekarstwem okazały się parki, zakładane powszechnie w całej Europie.
    Pierwotnie parki były prywatnymi posesjami, które właściciele udostępniali do zwiedzania szerszej publiczności. Pierwszym w Polsce był Ogród Saski (od 1729 r.) i Ogród Krasińskich (od 1768 r.). Takim prywatnym parkiem, otwartym z czasem dla mieszkańców, jest park w Strzelcach Opolskich, jeden z największych i najpiękniejszych na całej Opolszczyźnie.
    Pierwotnie miasto otaczały tereny podmokłe i bagna. Podnosiły obronność osady, lecz sprawiały także wiele kłopotów mieszkańcom i właścicielom majątku. Przed powstaniem strzeleckiego parku, wokół zamku istniały już ogrody. Wskazuje na to wzmianka w opisie Śląska sporządzonym w połowie XVIII wieku przez Zimmermanna. Uwzględnia go także plan miasta pochodzący z lat 1747-51, znajdujący się na tzw. wojennej mapie Śląska autorstwa Christiana von Wrede.
    W 1815 roku strzelecki zamek odziedziczył Andreas Maria Graf Renard. Około roku 1832 zdecydował się on na osuszenie bagnisk otaczających budowlę od południowej strony. Zaplanował stworzenie w tym miejscu parku na modłę angielską, godnego hrabiowskiej rezydencji. Inspirację czerpał z licznych podróży do Anglii, gdzie też zresztą studiował.
    Andreas Maria Graf Renard wysłał do Anglii swego ogrodnika, Schmidta, który na miejscu uczył się od znanego i wielkiego znawcy sztuki parkowej, księcia Hermanna von Pückler-Muskau (założyciela Parku Mużakowskiego wpisanego obecnie na światową listę UNESCO). Sporządził tam plany i zrobił studia krajobrazowe istniejących już parków.
    Pod zaplanowany zieleniec hrabia dokupił część ziem na Suchych i Mokrych Łanach. Mozolne prace irygacyjne i konstrukcyjne trwały w sumie 30 lat. Setki ludzi wykonywały je prymitywnymi narzędziami i taczkami. Prace trwały nawet podczas wielkiego głodu w latach 1846/47. Były wtedy dla ludzi często jedynym zajęciem pozwalającym zarobić na chleb.
    Inwestycja była niezwykle kosztowna. Całość pochłonęła około 200 tysięcy ówczesnych marek niemieckich, co było sumą zawrotną. Jeszcze w trakcie przygotowywania terenu, do strzeleckiego parku sprowadzano specjalnie wyselekcjonowane, zdrowe i dorodne drzewa z lublinieckich dóbr hrabiego. Zostały zasadzone w ściśle określonych miejscach, tak, by całość tworzyła miłą dla oka kompozycję. Jeszcze przed zakończeniem prac, twórcy parku, Schmidtowi, nadano tytuł „dyrektora ogrodnictwa”.
    W topograficznym opracowaniu Śląska z 1864 r. jego autor, Felix Triest, wspomina już o zrealizowanym projekcie przebudowy strzeleckiego parku.
    Utrzymanie parku w myśl pierwotnych założeń wymagało mniej wysiłku, niż samo jego stworzenie. W roku 1887 rozpoczęły się prace nad wycinką drzew, które rozrosły się zanadto. O skali prac świadczy to, że w miejsce wyciętych roślin nasadzono od 8 do 10 tysięcy nowych drzew, krzewów kwitnących i ozdobnych. Nowe odmiany znacznie wzbogaciły zieleniec i podniosły jego atrakcyjność. Odbudowano też zarośnięte alejki.
    SEN O HARMONII
    Najstarszą częścią jest Mały Park. Tutaj znajdowały się najważniejsze budynki hrabiowskich posiadłości - zamek, masztalarnia i kaplica św. Andrzeja. W Dużym Parku, oddzielonym od mniejszego drogą, znajdowało się domniemane wzgórze dawnej świątyni „Tempelberg”, stanowiące centrum całego kompleksu. Właściciele wybudowali tu świątynię w stylu greckim. Nie dotrwała do naszych czasów, zniszczona przez nieznanych sprawców.
    Opodal stawu znajduje się wzgórze, na którym stał niegdyś pomnik bogini Ceres, po wojnie popularnie zwane „Kaśką”. Pierwotnie znajdował się tutaj zupełnie płaski teren rolniczy. Wykorzystano go do zrzucania ziemi z wykopywanego opodal dużego stawu.

    Z południowej, wydłużonej części parku alejami można dojść do wieży widokowej Ischl.

    Koło bażanciarni (dziś to prywatny domek w dużym parku) była także oranżeria i ananasarnia. Dzięki temu właściciele dóbr mieli dostęp do owoców tropikalnych. Bażanciarnia dostarczała ptactwa do polowania i na stoły. Składała się z dwóch budynków. Jeden z nich zbudowany jest w stylu neogotyckim. Drugi, drewniany, na kamiennej podmurówce, wybudowano w stylu szwajcarskim. Niedaleko znajduje się osobny budynek, który służył za pałacową cieplarnię. Dziś zespół budynków otoczony jest wysoką roślinnością, lecz pierwotnie to miejsce, jak i cały park wyglądały zupełnie inaczej.
    Park zaprojektowano jako grupy osobnych polan krajobrazowych. Rozmieszczenie drzew i krzewów było dokładnie zaplanowanie i w zamyśle znacznie mniej gęste niż obecnie. Polany były większe. Mniej było starodrzewu. Dominowały za to pojedyncze drzewa i niewielkie klomby. Wzdłuż granic polan wytyczono drogi dla pieszych. Były one położone niżej niż reszta terenu tak, że spacerujący nie widzieli przed sobą całej alejki. Wyłaniała się dopiero w trakcie spaceru. Z pierwotnego zamysłu pozostał asymetryczny układ dróg, łączących najważniejsze punkty parku. Ich rozmieszczenie i roślinność umożliwiały obserwowanie budowli z różnych perspektyw, dając wielość wrażeń estetycznych.
    Obecny teren parku wynosi 65 hektarów. Pierwotnie był on nieco większy i obejmował także teren między dużym stawem a nieistniejącą już Dyrekcją Dóbr oraz ogrody użytkowe po zachodniej stronie drogi na Suchych Łanach.
    ZA CZASÓW ŚWIETNOŚCI
    Jak wyglądał park przed wojną - daje pojęcie fragment artykułu z „Aus Dem Chelmer Lande”, opublikowanego w 1928 roku:
    Tuż przed zamkiem stoi Drzewo Trąbkowe - Surmia, Katalpa (Trompetenbaum - Catalpa) z tropików, bardzo silny egzemplarz, który każdego roku ma przepiękne kwiaty i w ten sposób się zaaklimatyzowały tak, że na zimę nie trzeba było żadnej osłony. Dwa drzewa nazywają się Cisy - Taxusbäume i są drzewami, które dobrze rosną i mają okrągłe korony. Te drzewa stoją nadal i są zdrowe i mimo że mają około 10 metrów wysokości ich wiek szacuje się na około 350 lat. Drewno tych drzew jest bardzo ciężkie, bo na wodzie się nie trzyma, ale topi.

    Dalej w dolinie, gdzie jest ziemia nadal rosną piękne silne egzemplarze Tulipanowca - Tulpenbaume, które mają niezliczoną ilość kwiatów o niesamowitym zapachu, które były oblegane przez roje pszczół. W tym miejscu stoi także drzewo nazywane potocznie jako Drzewo z porożem - Geweihbaum. To jest drzewo podobne do poroża samy. Obok stoi mocny i piękny egzemplarz bardzo wartościowego nazywanego potocznie Drzewo Kolec Chrystusa - Christusdorm.
    Przy małym stawie można podziwiać rzadkość natury pierwszej klasy. Bardzo silny egzemplarz Świerku - Fichte, oraz silny Biały Buk - Weißbuche są razem tak zrośnięte jak gdyby miały jeden pień, a gałęzie miały liście oraz igły i wygląda to jakby rosły z jednego korzenia. Ten cud natury często podziwiali botanicy. Najsilniejsze drzewo w tym miejscu parku stoi przy wejściu w kierunku ulicy Opolskiej. Jest to Biała Topola - Weißpappel, która ma 50 metrów wysokości i 5 metrów w obwodzie pnia. Urosła, dlatego że rosła niedaleko wody i dlatego w krótkim czasie osiągnęło duże rozmiary.
    Strzelecki park skrywa wiele tajemnic, choć bywa też przeceniany. Na przykład Cezary Pacyniak w 1993 r. podał, że rośnie tu najstarszy świerk w Polsce, co niestety nie jest prawdą. Żadnych informacji o tym fakcie nie posiada nadleśnictwo strzeleckie, choć internetowe źródła uparcie tę informację powtarzają. Natomiast prawdą jest, że w parku rośnie najwyższy wiąz w Polsce, liczący 37,5 m.
    Obecnie trwają intensywne prace nad przywróceniem pierwotnego charakteru strzeleckiego parku. Ich ogrom jest jednak przytłaczający i minie dużo czasu, zanim będziemy mogli spacerować po alejkach w otoczeniu, jakim cieszył się przed laty hrabia Maria Renard.

    PIOTR SMYKAŁA, ROMUALD KUBIK
  • berncik 24.07.12, 23:00
    http://www.strzelecopolski.pl/files/images/6115_5110.jpg
    Ziemia strzelecka była miejscem, w którym ścierał się ze sobą polski i niemiecki patriotyzm. Wydała wiele wybitnych osobistości po obu stronach barykady. W tej i następnej części historii przedstawimy dwie postacie, które wywarły wpływ na dzieje obu narodów.

    W 1916 roku przyszedł na świat przyszły wicekanclerz Niemiec. Nazywał się Erich Mende i urodził 28 października w Strzelcach Opolskich (wtedy Groß Strehlitz). Był synem Anny i Maxa Mende. Jego ojciec był kierownikiem szkoły podstawowej na Suchych Łanach, postacią powszechnie szanowaną.

    Młody Erich po ukończeniu szkoły ludowej kontynuował edukację w strzeleckim gimnazjum (Johanneum, dziś liceum ogólnokształcące im. S. Broniewskiego). Początkowo chciał zostać księdzem, potem zastanawiał się nad pracą adwokata, by w końcu wybrać zajęcie, które zaważyło na całym jego dalszym życiu - zawodowego żołnierza. Wstąpił do Wehrmachtu.

    Poglądy polityczne Ericha Mende ukształtowały się już w domu rodzinnym. Ojciec był radnym miejskim z ramienia narodowo-konserwatywnej partii Centrum oraz członkiem Związku Górnoślązaków Wiernych Ojczyźnie. Duży wpływ miały na to wydarzenia z III Powstania Śląskiego, kiedy to rodzina uciekła ze Strzelec przed polskimi oddziałami powstańczymi. Po powrocie zastała zrujnowane i splądrowane mieszkanie. Po dojściu faszystów do władzy w gimnazjum Erich Mende często występował w roli eksponatu na lekcjach o rasach ludzkich. Był przykładem osobnika o wyjątkowo nienordyckiej urodzie. W końcu zdecydowanie oświadczył dyrektorowi: "Co się tyczy koloru włosów i oczu, to czuję się tak samo nordykiem, jak czuć się może nasz kanclerz Adolf Hitler i jego minister propagandy Joseph Goebbels". Podobno klasa nagrodziła go za to brawami, lecz sam Erich miał za swą zuchwałość potężne problemy do samej matury.

    Również służba wojskowa nie przytemperowała jego rogatej duszy. Walczył oddanie na różnych frontach (był trzykrotnie ranny i wielokrotnie odznaczony), lecz kiedy doszło do nieudanego zamachu na Hitlera w Wilczym Szańcu, publicznie wyraził z tego powodu ubolewanie, bo wojna mogłaby zakończyć się wcześniej. Za mniej ostrożne słowa trafiało się wtedy pod mur. Pod koniec wojny awansował na majora i dowodził pułkiem. W ostatniej chwili w Meklemburgii uratował 4 tys. żołnierzy przed niechybną niewolą, a potem wywózką na Wschód. Jako dowódca wyprowadził pułk, oddając się w ręce wojsk brytyjskich. Z niewoli wyszedł jeszcze w 1945 roku.

    W 1943 roku zmarł jego ojciec. Został pochowany na strzeleckim cmentarzu, gdzie jego grób znajduje się do dzisiaj. Syn odwiedzał rodzinne miasto tylko podczas urlopu i przepustek. Po wkroczeniu sowietów na Śląsk nie przyjechał tu już nigdy. Rodzinny dom, wraz ze szkołą podstawową, w której nauczał jego ojciec, spłonął.

    Nowy etap życia rozpoczął od studiów prawniczych w Kolonii i nauk politycznych w Bonn. Już podczas studiów wstąpił do FDP, w której szybko awansował. W 1947 roku został radnym miasta Opladen, w 1947, jako jedyny zawodowy oficer, został wybrany do Bundestagu. W 1953 zostaje zastępcą przewodniczącego FDP w Nadrenii-Westfalii, w 1956 zastępcą przewodniczącego, a 29 stycznia 1960 przewodniczącym na cały kraj.

    FDP jako partia liberalna koncentrowała się na wolności jednostki i ograniczeniu wpływu państwa. Swój największy sukces odniosła w 1961 roku, kiedy to uzyskała 12,8% głosów i weszła w skład rządu, otrzymując pięć teczek ministerialnych. Erichowi Mende zaoferowano wówczas stanowisko wicekanclerza, którego nie przyjął. Kanclerzem został Konrad Adenauer, którego Mende nie popierał. Wicekanclerzem został później, w rządzie Ludwiga Erharda.

    Mende znany był ze swojej bezkompromisowej postawy. Już jako wicekanclerz zjawił się na uroczystym przyjęciu dyplomatycznym z jednym ze swych odznaczeń. Był to Krzyż Rycerski, przyznawany woskowym jedynie podczas wojny. Odbiło się to szerokim echem w świecie dyplomacji. Starał się unormować stosunki z NRD, choć nigdy nie uznał prawa do istnienia tego państwa. Dzięki jego staraniom z więzień wschodnich Niemiec uwolniono około 4 tysięcy więźniów politycznych. Także jemu zawdzięczał Berlin eksterytorialną autostradę, łączącą miasto z Niemcami Zachodnimi. Erich Mende nigdy nie uznał postanowień układu jałtańskiego i granic Polski na Nysie i Odrze.

    Ze stanowiska wicekanclerza ustąpił w dniu swoich pięćdziesiątych urodzin. Powodem był brak porozumienia w sprawie podwyższenia podatków. Niedługo po tym zrezygnował z funkcji przewodniczącego FDP, która coraz silniej sympatyzowała z SPD i jej polityką uznania powojennych granic. Przeszedł do CDU, z ramienia której zasiadał w Bundestagu do roku 1980. Do końca walczył o swoje ideały, powtarzając: "Przynależę do historii Śląska. Urodziłem się i wychowałem w cieniu Góry św. Anny. Największa partia Niemiec nigdy nie zrezygnuje z wypełniania swych obowiązków wobec rodaków".

    Po zakończeniu kariery politycznej zajął się pisaniem książek. Napisał "Das verdammte Gewissen" ("Przeklęte sumienie"), w której opisał swoją młodość w Strzelcach i okres wojenny, "Die neue Freiheit" ("Nowa wolność") - okres powojenny i "Von Wende zu Wende" ("Od zwrotu do zwrotu") lub ("Od zmiany do zmiany"), w której opisał swoją drogę polityczną.

    Erich Mende zmarł 6 maja 1988 roku. Został zaliczony do 11 najważniejszych parlamentarzystów w historii Bundestagu. Mimo że z jego poglądami trudno się czasem zgodzić, na szacunek powinny zasługiwać jego niezłomność i trzeźwe spojrzenie na historię: "żołnierze zawsze są postaciami tragicznymi. Na rozkaz muszą strzelać i zabijać innych żołnierzy, których nie znają i nie nienawidzą. Robią to na rozkaz ludzi, którzy się znają i nienawidzą, ale do siebie nie strzelają..."

    Piotr Smykała, Romuald Kubik

  • ballest 25.07.12, 08:38
    Moj ojciec poznou Mendego osobiscie, a nasza znajomou z Petersgrätz ( Piotrowka ) byla kiedys jego lipstom.
    Co jou wiem, to uon juz nawet praktykowou w jakies kancelarii w Gleiwitz ?
    --
    pyrsk
    Ballest
    "Dobra retoryka jest tarcza niewiedzy"
    Gleiwitz
  • berncik 27.07.12, 17:01
    ballest napisał:

    > Moj ojciec poznou Mendego osobiscie, a nasza znajomou z Petersgrätz ( Piotrowka
    > ) byla kiedys jego lipstom.
    > Co jou wiem, to uon juz nawet praktykowou w jakies kancelarii w Gleiwitz ?


    Moja szwagrowka,tz.od Mojej Siostra uczou Max Mende,Ericha Ojciec.Ta szwagrowka zawsze opowiado ze roz uczou ich o Insel RÜgen i godou tym dzieciom, to jest tak daleko ze wy tam nigdy nie dojedziecie .To bouo jakes 80 lot tymu.Pomys se jak se ten swiat zmieniou.
  • berncik 27.07.12, 17:08
    http://www.nto.pl/apps/pbcsi.dll/bilde?Site=NO&Date=20120724&Category=HISTORIALOKALNA&ArtNo=120729958&Ref=AR&border=0&MaxW=580

    Czescy husyci, którzy walczyli z Kościołem katolickim, zrównali z ziemią wsie pod Strzelcami Opolskimi. Ślady ich przejścia widać w okolicy do dziś.
    Tak wojska husytów walczyły z Kościołem katolickim. Warto zauważyć, jaką bronią posługiwali się innowiercy z Czech.
    Tak wojska husytów walczyły z Kościołem katolickim. Warto zauważyć, jaką bronią posługiwali się innowiercy z Czech. (fot. źródło: husitstvi, KOPIA: DIM)
    Wiadomo przynajmniej o dwóch miejscowościach, które zniknęły z map, po tym jak na te ziemie wkroczyli husyci. Jedną z nich był Teodoryków pomiędzy Strzelcami a Rożniątowem.
    Wieś należała do Teodora Kokorza, który władał ponadto Adamowicami, Brzezowicami i osieckimi lasami. Pierwszą wzmiankę o miejscowości można znaleźć w dokumentach z 1340 r., gdy książę Albert Strzelecki zatwierdził sprzedaż 5 łanów pola na rzecz ówczesnego proboszcza kościoła św. Wawrzyńca.
    Sprzedającym był Fryderyk Strzała, który przy okazji transakcji zdecydował się odkupić karę swoje za grzechy - żeby dostać odpust, oddał kościołowi za darmo tereny, które rozciągały się aż do granicy Teodorykowa.
    W późniejszych dokumentach nazwa wsi pojawia się jeszcze kilkukrotnie. Znika tajemniczo w latach 20. XV wieku i więcej nie pojawia się już w żadnych źródłach. Co mogło się wtedy wydarzyć? Wieś została najprawdopodobniej zrównana przez wojska husyckie, które postanowiły się rozprawić z Kościołem katolickim w niezwykle brutalny sposób.
    Był to czas, gdy Czechy ogarnięte były ludowo-religijnym powstaniem, które wybuchło po śmierci Jana Husa - duchownego i reformatora Kościoła, pochodzący z chłopskiej rodziny. Hus był dobrze wykształcony. Skończył studia na Uniwersytecie w Pradze, a w 1400 r. został wyświęcony na kapłana. Władze kościelne powierzyły mu badania nad zgłaszanymi przypadkami cudów.
    Ku zaskoczeniu duchownych, Hus szybko ogłosił, że były one mistyfikacją. Na dodatek niedługo po tym zaczął krytykować innych księży za rozwiązły tryb życia i kupczenie odpustami.
    O Janie Husie zrobiło się w Czechach głośno, gdy winę za biedę chłopów zrzucił na Kościół katolicki, który władał większością ziem w tym kraju. Swoje kazania wygłaszał w Pradze w jednej z kaplic oraz na uczelni.
    W 1414 r. władze kościelne nie mogąc dłużej znieść krytyki Husa zaprosiły go na sobór w Konstancji, żeby wytłumaczył się ze swoich poglądów. Początkowo Hus nie chciał jechać, słusznie obawiając się o swoje życie, ale król Niemiec Zygmunt Luksemburski zagwarantował mu bezpieczeństwo, wystawiając list żelazny.
    Problem w tym, że gdy Hus pojawił się w Niemczech, to gwarancję bezpieczeństwa uznano za nieważną, duchownego ogłoszono heretykiem i skazano go na śmierć. Hus skończył na stosie, spalony żywcem.
    Gdy Czesi dowiedzieli się o jego straceniu, w Pradze wybuchły rozruchy, które rozlały się na inne miasta i wsie. Wyznawcy Husa uformowali natomiast własną armię, która najpierw walczyła przeciwko krucjatom zorganizowanym przez Zygmunta Luksemburskiego, a później ruszyła na dzisiejszą Słowację i Śląsk.
    Husyci wkroczyli na ziemię strzelecką na początku 1428 r. Palili kościoły i niszczyli kapliczki. Innowiercy urządzali także w świątyniach stajnie dla koni. Zabijali także ludność cywilną, która próbowała bronić swojego i kościelnego majątku. Wojskami dowodził Jan Žižka - niezwykły strateg, który bez przeszkód wygrywał z miejscowymi rycerzami.
    Husyci słynęli z szybkich, nieoczekiwanych ataków i doskonałej organizacji. Ich przewaga polegała na innowacyjnym sposobie użycia starych, znanych w innych armiach broni, na masowości oraz sposobie użycia najnowocześniejszego dotąd środka bojowego - różnych rodzajów broni palnej.
    Żołnierze walczyli przy pomocy prostych mieczy, cepów, tasaków i obuchów oraz broni palnej i artylerii. W ogóle nie zważali na kodeks rycerski, który okazał się zgubny dla żołnierzy w zbrojach. Jako ciekawostkę trzeba dodać także, że Žižka wprowadził do swoich oddziałów opancerzony wóz, który przepychany był w taki sposób, żeby chronić swoich żołnierzy - jego pojazd był swego rodzaju pierwowzorem czołgu lub wozu bojowego.
    Husyci świadomi swojej przewagi byli bezlitośni dla przeciwników. Ich walka z Kościołem na Śląsku z czasem stała się także pretekstem do wzbogacenia się. Dlatego husyci rabowali wsie, a później je palili. Drugą wsią, którą husyci zrównali z ziemią, był Henryków, który znajdował się pod Strzelcami przy drodze w kierunku do Opola (dzisiejsze tereny Nowej Wsi).
    O tym, że ludzie mieli tam swoje domy, wiadomo z dokumentów pochodzących z 1324 r. Natomiast ostatnia wzmianka o miejscowości pochodzi z 1399 r., gdy mieszczanin Jakub Pause sprzedał (lub oddał pod hipotekę) część ziemi opatowi klasztoru cysterskiego z Jemielnicy. Wiele wskazuje na to, że wojska husyckie nie oszczędziły Henrykowa. Mieszkańcy, którzy musieli na nowo stawiać swoje domy, nazwali swoją osadę Nową Wsią, która obowiązuje do dziś i jest częścią Strzelec Opolskich.
    Książę opolsko-głogówecki Bolesław V, zwany Wołoszkiem i polski rycerz Dobiesław Puchała widząc przewagę ruchu husyckiego, zamiast walczyć z obcymi wojskami, postanowili się do nich przyłączyć.
    W 1430 r. husyci opanowali większość najważniejszych zamków i warowni na Śląsku. Stanowiły one bazę wypadową.
    Husyci opuścili częściowo Śląsk latem 1432 r., gdy król polski Władysław Jagiełło zapłacił im, żeby walczyli przeciwko Zakonowi Krzyżackiemu. Ta sytuacja została wykorzystana przez wojska antyhusyckie, które w 1435 r. wyparły innowierców ze Śląska.
    Husytyzm przetrwał w Czechach. Jednak wielu przedstawicieli ruchu musiało emigrować z kraju z powodu prześladowań religijnych.
    Tekst powstał we współpracy z Pioterem Smykałą - znawcą lokalnej historii.
  • berncik 17.08.12, 22:11
    Nie zapominajmy o tej tragedii
    su, 14 sierpień, 2012 - 08:41

    Historia
    682 (33)

    Kilka miesięcy temu na naszych łamach obszernie pisaliśmy o Tragedii Górnośląskiej. Nasi Czytelnicy odpowiedzieli nam na zamieszczone wtedy artykuły, między innymi pani Krystyna Kunysz ze Staniszcz Małych, której artykuł publikujemy poniżej.
    Prosimy również innych, by podzieli się z nami wiedzą na ten temat.

    Spotkanie przywódców trzech mocarstw, tj. USA, ZSRR i Wielkiej Brytanii zwane Konferencją Jałtańską, które odbywało się od 4 do 11 lutego 1945 roku w pałacu Potockich w Liwadii pod Jałtą, miało decydujące znaczenie dla powojennego kształtu Europy.

    Wtedy zapadły między innymi decyzje o powojennych reparacjach, którymi obciążono Niemcy. W ramach tych reparacji wojennych wysyłano do przymusowej pracy ludność niemiecką/śląską do odbudowy gospodarki ZSRR. Polegały one głównie na wykonywaniu najcięższych robót w kopalniach węgla i rudy, kamieniołomach, hutach, przy odgruzowywaniu miast, wyrębie lasów i w kołchozach. Pierwsze wywózki ze Śląska rozpoczęły się już 3 lutego 1945 roku.

    Ten problem dotknął również mężczyzn ze Staniszcz Małych. Sołtysi z naszego powiatu otrzymali ze starostwa powiatowego w Strzelcach polecenie o wytypowaniu mężczyzn do deportacji. Wszystko działo się bardzo szybko. Niektórzy z mężczyzn byli powiadomieni z jednodniowym wyprzedzeniem, innych "wyciągano" z domów w dniu deportacji.

    Pierwsza wywózka odbyła się w połowie marca, a kolejna w maju 1945 roku. Jak udało się ustalić, wytypowanych do deportacji zostało 18 mężczyzn do 50 roku życia. Nie wszyscy jednak zostali wywiezieni do ZSRR, a spośród wywiezionych nie wszystkim udało się stamtąd wrócić.

    Do deportacji zostali wytypowani następujący mężczyźni: Hudala Julius, Hudala Tomas, Kokot Piotr, Koloch Franz, Kozubek Teodor, Kulig Franz, Machnik Andrzej, Machnik Franz, Machnik Ludwik, Mrocheń Franciszek, Mrocheń Tomas, Spallek Albin, Spallek Wiktor, Strzelczyk Paweł, Ulłmaim Josef, Werner Josef oraz Antoni i Franciszek - synowie ówczesnego sołtysa.

    W marcu zebrano większość wyznaczonych mężczyzn i pod eskortą radzieckiego żołnierza i w asyście sołtysa konwój pieszo udał się do Fosowskiego na stację kolejową, bo most kolejowy w Fosowkiem został przed nadejściem frontu wysadzony przez Niemców.

    W drodze do Fosowskiego Wiktor Spallek, za to że naprawił eskortującemu Rosjaninowi rower (wcześniej komuś odebrany) został odesłany do domu.

    Z Fosowskiego mężczyźni pociągiem pojechali do Strzelec Opolskich. Tam w więzieniu przy stacji kolejowej był obóz przejściowy, tzw. obóz pracy przymusowej. Po dotarciu do Strzelec następowała selekcja mężczyzn. Niestety ze Strzelec udało się wrócić tylko synom sołtysa. W Strzelcach Opolskich mężczyźni przebywali jakiś czas, prawdopodobnie kilka dni lub tygodni.

    W tajemniczych okolicznościach zginął Josef Werner. On dojechał do Strzelec Opolskich, lecz już na stacji został odseparowany od pozostałych i prawdopodobnie tego samego dnia - rozstrzelany. Zdaniem wielu mieszkańców, taki los spotkał go przez to, że jego syn był członkiem Waffen SS i to w formacji dozorującej obóz koncentracyjny w Oświęcimiu.

    Po pobycie w Strzelcach, mężczyźni deportowani w marcu pieszo udali się w konwoju przez Opole, Jełową, Łubniany do Kluczborka. Z Kluczborka pociągiem towarowym zawieziono ich do Łabęd, głównego punktu zbornego. Tam przez sześć tygodni chodzili do jakiejś fabryki i demontowali jej urządzenia, ładowali na wagony, które potem jechały do ZSRR.

    W Łabędach nastąpiła kolejna selekcja, jednak nikt z naszych mężczyzn nie został oficjalnie zwolniony do domu. Natomiast najprawdopodobniej właśnie z Łabęd udało się uciec Piotrowi Kokotowi, Franzowi Kolochowi, Andrzejowi Machnikowi i Pawłowi Strzelczykowi. Pozostałych mężczyzn rozesłano w różne regiony ZSRR.

    Inną trasę przebył Julius Hudala, zabrany w maju 1945 roku. On, ze Strzelec Opolskich, pieszo, z innymi mężczyznami, szedł do Brzegu, a stamtąd wysłano go do Odessy. Czy ktoś inny z naszej wsi razem był z nim deportowany w tym czasie, nie udało się ustalić.

    Nietypowy los spotkał Franciszka Mrochenia. Dziś już trudno dociec, jak było dokładnie, bo rodzina niewiele wie na ten temat. Został on wytypowany do deportacji przez sołtysa i odmówił. Nie uląkł się też zastraszania, że "przyjdą Ruscy i go zabiją". Nikt nie przyszedł i nie zabił.

    W rezultacie do Rosji zostało wywiezionych 10 mężczyzn. Spośród nich do Staniszcz Małych nie wróciło pięciu: Hudala Julius - ur. 1917, Kozubek Teodor - ur.1898, Machnik Franz - ur. 1907, Machnik Ludwik - ur. 1921, nie udało się zdobyć więcej informacji, bo rodzina wyprowadziła się z naszej wsi, Josef Werner - ur. 1893. Wszyscy zmarli jeszcze w 1945 roku.

    Powyższe informacje zebrałam w 2011 i 2012 roku na podstawie licznych wywiadów z rodzinami jak i mieszkańcami Staniszcz Małych. Ubolewam, że w wielu przypadkach są one szczątkowe i to z wielu powodów. Główny to fakt, że nie przeżyli sami "zainteresowani". Ci, którym udało się wrócić, nie mówili o swych przeżyciach, bo nie chcieli ponownie przeżywać tej traumy. Był to temat tabu, a milczenie wydawało się równoznaczne z pozostaniem przy życiu. Szczególnie gdy w domu były małe dzieci, które "mogłyby się wygadać".

    W trakcie zbierania materiałów o wywózce naszych mieszkańców do ZSRR stwierdziłam dwie rzeczy. Niektórzy mieszkańcy mylą pojęcia "niemiecki jeniec wojenny na terenie ZSRR" z "osoby wywiezione w 1945 roku do ZSRR ", traktując je jako tożsame. Na istniejących w kościele tablicach, upamiętniających osoby, które zginęły lub zaginęły na frontach II wojny światowej znajdują się również nazwiska ofiar Tragedii Górnośląskiej. Co może być efektem poprzedniego stwierdzenia.

    28 lutego 2012 roku sejmik naszego województwa przyjął tekst uchwały upamiętniający ofiary Tragedii Górnośląskiej. Usankcjonowanie przez władze Tragedii Górnośląskiej powinno dodać wątpiącym wiary w przeprowadzenie przedsięwzięcia upamiętnienia skromną tablicą naszych ofiar. Ta tablica zdecydowanie oddzieliłaby mylące pojęcia i skłoniła naszych mieszkańców do zgłębienia historii.

    Prosimy również innych, by podzieli się z nami wiedzą na ten temat.

    Krystyna Kunysz
  • berncik 25.08.12, 14:54

    Franciszek Myśliwiec urodził się 4 października 1868 roku w Sprzęcicach. Był potomkiem prostych śląskich rolników - Filipa Myśliwca i Marianny z d. Śmiałek. Od młodości czuł się Polakiem i angażował się w działalność patriotyczną.

    Duży wpływ na jego poglądy miał jego starszy brat - Karol, wikary w Kamieniu Śląskim. Karol Myśliwiec urodził się 31 grudnia 1866 roku. Ukończył gimnazjum w Opolu i dalszą naukę kontynuował na Uniwersytecie Wrocławskim. Ponieważ zakazano na uniwersytecie działalności jakichkolwiek polskich organizacji, wziął udział w utworzeniu w 1892 r. Towarzystwa Akademików Górnoślązaków. Przez większość życia wspierał finansowo Towarzystwo Czytelni Ludowych, które często było jedynym źródłem polskojęzycznych książek na terenie Śląska. Zmarł młodo, bo w 1897 roku w Opolu, do którego został skierowany do pełnienia funkcji kapelana sióstr de Notre Dame.

    Franciszek Myśliwiec ukończył szkołę w Siedlcu. Po ojcu odziedziczył gospodarstwo rolne. W 1902 r. ożenił się z Florentyną zd. Szeja. Działał w polskich organizacjach społecznych. Najpierw w kółku śpiewaczym, a potem w towarzystwie sportowym Sokół. Aktywnie wspierał agitację polityczną i głosowanie na polskich kandydatów do parlamentu Rzeszy.

    Nazwisko Myśliwiec kojarzy się głównie z Bankiem Ludowym „Rolnik” w Strzelcach. Był głównym inicjatorem jego założenia w 1908 r. Idea powstawania takich banków była bardzo popularna w zaborze pruskim. Pomagały one w walce z germanizacją tych terenów, zapewniając polskim rolnikom minimalną chociaż niezależność finansową. W strzeleckim „Rolniku” kredyt dostawali nawet najbiedniejsi gospodarze, co często było dla nich ostatnią deską ratunku.

    W okresie plebiscytowym Franciszek Myśliwiec zaangażował się w agitację plebiscytową i powiatowe struktury Polskiej Organizacji Wojskowej. Był skarbnikiem w Polskim Komitecie Plebiscytowym i mężem zaufania w Sprzęcicach. Po III powstaniu rodzina ukrywała się przez 2 lata.

    W okresie Republiki Weimarskiej reprezentował polską ludność na sejmiku powiatowym. Był też delegatem do Górnośląskiej Izby Rzemieślniczej, współzałożycielem Spółdzielni Zakupu i Sprzedaży „Rolnik”. W latach 1936-39 wybrano go na prezesa I Dzielnicy Śląskiej Związku Polaków w Niemczech. Okazał się ostatnim jej prezesem w historii. Na zjeździe związku, w 1938 r., w Berlinie otrzymał Medal Wiary i Wytrwania.

    Czasy nazistowskie były dla Ślązaków czujących się Polakami prawdziwą próbą. Hitler i jego administracja robili wszystko, by zgermanizować Ślązaków. Zbyt słowiańsko brzmiące nazwy miejscowości zmieniano od roku 1933 na niemieckie, często zupełnie oderwane od lokalnej historii. W ruch poszedł też aparat prawny, a szczególnie ustawa o zagrodach dziedzicznych. Mówiła ona, że tylko Niemiec może posiadać gospodarstwo z prawem do dziedziczenia. Oznaczało to, że gospodarze, którzy nie uważali się za Niemców lub za nich nie byli uznani, nie mogli przekazywać gospodarstwa swoim dzieciom. Groziło im wysiedlenie.

    W sierpniu 1939 roku, na kilka dni przed inwazją niemiecką na Polskę, Myśliwca wezwano przed oblicze strzeleckiego starosty. Według Bernarda Lyska, który w latach 50. spisywał dzieje naszego bohatera, wizyta miała dramatyczny przebieg. Starosta ostrzegł Myśliwca, że jeżeli nie zakończy swojej działalności spółdzielczej i bankowej, to zainteresuje się nim gestapo. Myśliwiec kategorycznie odmówił, powołując się na sumienie i patriotyzm.

    11 września pod jego domem pojawił się samochód z funkcjonariuszami gestapo. Franciszek Myśliwiec, mimo podeszłego wieku, został osadzony w obozie w Buchenwaldzie. Niektóre źródła wskazują, że dano mu szansę na opuszczenie obozu, lecz odmówił. Oficjalna data jego śmierci to 6 listopada 1941 r. Dziś jego imieniem nazwana jest szkoła w Izbicku, ulica w Sprzęcicach, a także ulice w Opolu, Zdzieszowicach, Staniszczach Małych oraz plac w Kamieniu Śląskim. Także szkoła podstawowa na Suchych Łanach w Strzelcach jako patrona miała Franciszka Myśliwca. Na uroczystości nadania imienia była jeszcze obecna jego żona, Florentyna.

    Tragiczny był też los jedynego syna Myśliwca. Wcielony siłą do Wehrmachtu, zginął na froncie. Po śmierci Franciszka Myśliwca, jego żona została przez niemieckie władze wysiedlona z gospodarstwa. Po wojnie gospodarstwo objęły jego córki, Anna i Marta. Zostały pochowane we wspólnym grobie razem z matką Florentyną (zmarła w 1967 r.) w Kamieniu Śląskim.

    ROMUALD KUBIK, PIOTR SMYKAŁA

    Źródła m.in. Na ziemi Strzeleckiej 1908-1955; Encyklopedia Powstań Śląskich, Opole 1982.
  • berncik 27.08.12, 19:43
    http://www.strzelecopolski.pl/files/images/6292_5279.jpg
    Kapliczki i krzyże w Krośnicy (tutaj opisujemy tylko niektóre) są historycznymi świadectwami wiary mieszkańców tej wsi.
    Na ścianie kościoła widnieje krzyż misyjny. Ustawiono go w roku 1942 i od tego czasu wymieniano go kilka razy, z okazji umieszczania na nim nowych dat. Średnio przybywają co jedną dekadę. Widnieją tu lata 1942, 1951, 1960, 1965, 1975, 1985, 1995 i 2005. Jest także napis "Ratuj swoją duszę".
    Kapliczka pw. Najświętszej Matki Boskiej przy ulicy Szkolnej
    Kapliczka-dzwonnica pochodzi z XIX wieku. Brak przekazów pisemnych, lecz według tradycji ustnej mieszkańcy postawili ją z powodu braku miejsca kultu religijnego we wsi. Tutaj, do czasu wybudowania w 1932 r. kościoła, odprawiano nabożeństwa majowe i różańcowe. Dzwon obwieszczał, że do wsi zawitała śmierć, wzywał na Anioł Pański i bił na trwogę podczas pożarów.
    Postawiono ją na gruntach rodziny Szczeponek. Zapewne byli oni także fundatorami kaplicy. Potem dzwonnicą opiekował się Johann Adamietz, który pochodził z Kadłuba (Kadlub), i jego żona Julianna z d. Szczeponek (1858-1949) oraz ich dzieci. Johann Adamietz zmarł przed 1935 r.
    Według jednej z wersji, kapliczkę postawiono po wojnie prusko-francuskiej ku pamięci poległych na niej mieszkańców wsi. Nie istnieje niestety obecnie żadna lista nazwisk ofiar tej wojny z Krośnicy. Inna wersja mówi, że jest pamiątką powstania Cesarstwa Niemieckiego w 1871 r. Obie wersje wydają się jednak mało prawdopodobne.
    Pierwotnie kapliczka była dzwonnicą z cegły, częściowo otynkowaną. Nad wejściem od strony ulicy umieszczono duży krucyfiks z figurą Chrystusa. Ochroniono ją dachem namiotowym, po którego obu bokach znajdowały się sterczyny. Na jej szczycie umieszczono metalowy krzyż. Od frontu widniał zegar. Budowla była dość wysoka. Liczyła 7 metrów. W latach 20. XX wieku przebudowano ją na kapliczkę z wbudowanym ołtarzem, który pochodzi z kościoła parafialnego w Krośnicy. Na ołtarzu ustawiono figurę Matki Boskiej z Dzieciątkiem.
    Obecny dach ma kształt gruszki i pokryty jest blachą na zwieńczeniu wieżyczki. Na metalowych prętach umieszczono litery N, E, S i W. W lewym oknie jest umieszczona w formie witrażu postać św. Jadwigi, a w prawym - św. Jacka. Kapliczka przechodziła wielokrotne remonty. Po 1945 r. opiekowały się nią m.in. Maria Palica, Mathilda Zettelmann (1923-2005). Obecnie opiekuje się Urszula Woszek wraz z kilkoma mieszkankami z okolicznych domów.
    Kapliczka pw. św. Jana Nepomucena
    Została zbudowana w połowie XIX wieku obok dawnej posiadłości rodziny Komander. Stoi przy ul. Odrodzenia. Postawiono ją na planie kwadratu i pokryto blaszanym dachem. Od 1863 r. we wnęce stoi drewniana figura św. Jana Nepomucena, patrona spowiedników, ale także świętego chroniącego od powodzi i suszy. Ostatni raz figura była odnowiona w lipcu 1966 r. przez artystę-malarza Szymona Stephana z Dobrzenia Wielkiego.
    Z figurą tą wiąże się pewna dramatyczna historia, która powtórzyła się dwukrotnie. Przy kapliczce znajdowała się sala taneczna. Podczas suto zakrapianych imprez zdarzało się, że ich uczestnicy wykradali figurę z kapliczki. Mieszkańcy Krośnicy szukali jej potem gdzie tylko się dało, znajdowano ją w lesie przez przypadkowych grzybiarzy - raz w 1956, drugi - w 1970 r.
    W 1997 r. Ewald Piegza wykonał nowy daszek i elewację kapliczki. Kapliczką opiekował się między innymi Walter Piegza (1934-2000), a obecnie jego żona Maria Piegza z okolicznymi mieszkańcami.
    Kapliczka św. Józefa rzemieślnika
    Jest najmłodszą kapliczką we wsi. Znajduje się przy wjeździe do posiadłości Gabrieli i Artura Hurek i powstała w 2010 r. Święty Józef jest patronem rzemieślników. Właściciele zajmujący się brukarstwem postawili ją w intencji bezpiecznej pracy.
    Kapliczka pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa
    Stoi przy ulicy Szkolnej. Postawił ją Johann Kubon (1887-1963) jako wotum za szczęśliwy powrót z wojny. Został on ranny podczas I wojny światowej na froncie francuskim. Kiedy tylko mógł, modlił się przed podobną figurą w intencji szczęśliwego powrotu do domu. Obiecał, że gdy powróci, postawi kapliczkę na swej posesji. Słowa dotrzymał zaraz po zakończeniu wojny, w 1918 r.
    Kapliczka, w której mieści się figura Najświętszego Serca Pana Jezusa, zbudowana jest na planie kwadratu i osadzona w murze posesji. Osłonięta daszkiem metalowym. Na półokrągłym zwieńczeniu dachu znajduje się mały krzyż metalowy. Do środka wchodzi się przez oszklone drzwi. Od wielu lat kapliczką opiekuje się rodzina Kubon.

    Piotr Smykała, Romuald Kubik
  • berncik 29.08.12, 16:12
    Pierwsze objawy przychodziły po około 12 godzinach. Najpierw następowała ostra, choć bezbolesna biegunka. Potem zaczynały się wymioty i nasilenie biegunki. Chory w ciągu doby pozbywał się przeciętnie od 15 do 20 litrów płynu. W skrajnych przypadkach było ich 40. W XIX wieku oznaczało to niemal pewną śmierć. Gdy ktoś zachorował na cholerę, miał 50% szans na przeżycie. Dla osób starszych, schorowanych i dzieci szanse te były daleko mniejsze.
    Choroba trwała przeważnie od 2 do 7 dni. U nieszczęśnika następowało odwodnienie, spadek ciśnienia i zagęszczenie krwi. Jego cera stawała się ziemista, zimna i pomarszczona. Pojawiała się gorączka, utrata świadomości i zwykle - zgon.
    PRZYSZŁA Z INDII
    Może wydawać się to dziwne, ale bezpośrednią przyczyną pojawienia się cholery na Śląsku było powstanie listopadowe w Królestwie Polskim. Zanim do tego doszło, epidemia ta wybuchała w Indiach, a szczególnie w dorzeczu Gangesu, zbierając krwawe żniwo. Choroba stopniowo rozszerzała się i wędrowała przez Persję do południowych rubieży imperium rosyjskiego. Tutaj spotkała się z nią armia carska podczas wojny z Turcją w latach 1828-29 i wraz z powracającymi żołnierzami powędrowała w głąb kraju. Niedługo potem wybuchło powstanie listopadowe, a zwalczające je wojska carskie przyniosły cholerę na teren Królestwa. Stąd rozprzestrzeniła się na cały kontynent.
    Pierwsze zachorowanie w rejencji opolskiej odnotowano 20 lipca 1831 r. Od tej pory epidemia wybuchała regularnie, pociągając za sobą rzesze ofiar. Z czasem postępy w medycynie i polepszenie warunków sanitarnych umożliwiły skuteczną walkę z chorobą, lecz ostatni przypadek zachorowania odnotowano dopiero 13 grudnia 1894 r. W granicach tych dat nikt nie mógł być pewien, czy przeżyje następny tydzień.
    W państwie pruskim, w którym leżał Śląsk, zapobieganie epidemiom opierało się na przepisach z 1835 r. Wcześniej jeszcze podejmowano kroki, które miałyby zapobiec rozprzestrzenianiu się choroby. 31 grudnia 1830 r. nadprezydent prowincji śląskiej, Friedrich Theodor von Mecker, na wieść o zarazie w Warszawie kazał ze szczególną uwagą przyglądać się podróżnym z Rosji. Osoby podejrzane o chorobę miały być zatrzymane i odizolowane, a o ich losie miały decydować władze lokalne. 4 maja 1831 r. utworzono wzdłuż granic Górnego Śląska kordon sanitarny i zamknięcie granic z Królestwem Polskim, Rzeczpospolitą Krakowską i Galicją. Teren obsadzono przez wojsko a wszelki ruch ludności, handel a nawet wysyłanie korespondencji zostało zakazane. Podróżni przejść mieli 20-dniową kwarantannę. Towary dezynfekowano. Przy okazji odgrodzono kraj od terenów, na których działali powstańcy styczniowi, co było dla Prusaków na rękę.
    Wadze doradzały, że aby uniknąć cholery, należy powstrzymać się od nadużywania trunków oraz picia młodego, kwaśnego piwa, zsiadłego mleka, barszczu i kwasu chlebowego, „który Polacy i Moskale lubią”. Przeciwdziałać należy piciem w umiarkowanych ilościach win francuskich, węgierskich i wódek zaprawianych anyżem, kminkiem i pomarańczą. Polecano również jako remedium palenie tytoniu. Wśród zaleceń były także rozsądniejsze, jak te, że należy wszystkie rzeczy chorego palić, często się kąpać i utrzymywać bieliznę i pościel w czystości. Zalecano również zdrowy tryb życia.
    Tak „zwalczana” cholera i tak rozprzestrzeniała się jak chciała. Sprzyjały jej częste klęski nieurodzaju i głodu. Największe wybuchały na Śląsku w latach 1830-31, 1835 i 1847-48. Pożywienie było skromne. Składało się głównie z ziemniaków, kapusty i żuru, przy czym posiłki nie były zróżnicowane w zależności od pory dnia. Do rarytasów należały mleko, maślanka chleb. O takich specjałach, jak mięso, słyszano tylko od wielkiego święta. Pito głównie wodę i piwo, a często sięgano po gorzałkę, której na Śląsku spożycie było prawdziwą plagą. Nasi przodkowie odżywiali się więc zdecydowanie mało zdrowo, co nawet w latach obfitości organizmowi sił nie dodawało. W latach głodu ludzie umierali nie tylko „na żebrach”, wędrując od wsi do wsi w poszukiwaniu łaski, ale i we własnych chatach. Klęska głodu w 1847 r. była tym bardziej dotkliwa, że wystąpiła zaraza ziemniaczana, dotycząca podstawowego składnika diety. Ludzie żywili się koniczyną, korą i trawą. Osłabieni przez głód nie potrafili się obronić przed zarazą. W rejencji opolskiej zmarło 5% ludności. Około 50 tysięcy mieszkańców.
    Według statystyk, w powiecie strzeleckim w latach 1831-33 na cholerę zmarło 29 osób (na 33985 mieszkańców). W następnych latach zaraza postępowała. W latach 1836-38 uśmierciła 138 na 37611 mieszkańców. Lata 1848-56 przyniosły 98 ofiar (na pond 50 tysięcy mieszkańców). W latach 1866-67 było 308 ofiar. W 1872-74 - 109 (wtedy mieszkańców było już ponad 60 tysięcy). Ostatnia fala zachorowań w 1894 r. objęła w powiecie strzeleckim 16 osób, zmarło 10.
    Gdy spojrzymy na cały Śląsk liczba ofiar była ogromna. Przykładowo w 1836 r. zmarło 2278 osób, w 1837 - 4432, 1852 - 2293 a w roku 1855 - 3859.
    ŚWIĘCI NA POMOC
    Do obrony przed zarazą zaangażowano siły wyższe. W powszechnym odczuciu zaraza była karą za grzechy. Pielgrzymowano do Piekar i na Górę św. Anny, by kajać się za grzechy i błagać o zmiłowanie. Pomóc miał też kult świętych. Skuteczny był święty Roch. Mieszkańcy Polskiej Nowej Wsi, którzy w 1831 r. wybrali się z zamiarem sprzedaży świń, trafili do miejscowości dotkniętej epidemią. Tam na własne oczy zobaczyli skutki tej przerażającej choroby i czym prędzej udali się w drogę powrotną, zawierzając swoje życie i szczęśliwy powrót św. Rochowi. Ślubowali, że w podzięce wybudują mu we wsi kapliczkę. Prośby te odniosły skutek tak dalece, że wieś tę ominęły trzy wielkie fale zarazy.
    W 1873 r. do Kadłuba zawędrowała żebraczka chora na cholerę. W obawie przed zarazą, mieszkańcy zwrócili się o protekcję do św. Walentego, opiekuna zakochanych, epileptyków i osób, które postradały zmysły. Ufundowali obraz świętego, który umieszczono w bocznym ołtarzu kościoła w Grodzisku. Święty okazał się tak skutecznym patronem, że jego kult trwa w Grodzisku, Kadłubie i Osieku do dziś. Co roku, 14 lutego, obchodzony jest odpust w kościele w Grodzisku w kościele św. Katarzyny Aleksandryjskiej.
    Również w Ujeździe odwołano się do wiary. Czczono tu kopię obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej, słynącego z cudownych uzdrowień. Według miejscowej legendy, nie była to kopia, lecz oryginał, który przypłynął do Ujazdu wraz z liturgicznym naczyniem. Odnaleziono je w XVIII wieku w przepływającym nieopodal strumyku. Modlący się o zbawienie od zarazy ślubowali pielgrzymować do Najświętszej Panienki każdego roku.
    We wsiach i na rozdrożach dróg stawiano krzyże mające chronić przed zarazą i upamiętniające jej ofiary. Szczególną pamiątką (widoczną na przykład na strzeleckim kościele pw. św. Wawrzyńca) są tzw. Karawaki. To krzyże z podwójną poziomą belką, krótszą u góry. Stawiano je zwykle na krańcach miejscowości. Ogradzały obszar, który miał być wolny od epidemii.

    CMENTARZE...
    Nieuchronną konsekwencją zarazy było powstawanie cmentarzy cholerycznych. Z reguły wybierano na nie miejsca odosobnione, z których korzystać mogło kilka wsi. Często wykorzystywano je także do pochówku osób zmarłych na inne choroby, szczególnie zawsze groźnego tyfusu. Z czasem powstawały na nich krzyże i kapliczki upamiętniające zmarłych. Zdarzało się, że intencje postawienia krzyży zafundowanych na pamiątkę lokalnych wydarzeń lub z innych powodów zacierały się w ludzkiej pamięci. Wtedy zaczęto nazywać je cholerycznymi, choć nie miały żadnego związku z zarazą.
    Taki krzyż stoi m.in. w Rozmierce na Pasterniku. W Osieku w miejscu grobu cholerycznego dziś stoją zabudowania. W Kamieniu Śląskim (który był wtedy w obrębie powiatu strzeleckiego) na przedłużeniu ulicy Klasztornej za wsią znajduje się cmentarz choleryczny założony w roku 1874.

    ROMUALD KUBIK, PIOTR SMYKAŁA
  • berncik 07.09.12, 17:42
    Historia książki 'Hrabia Damian' - bohaterem bestsellerowej śląskiej powieści historycznej jest ostatni potomek hrabiowskiego rodu Gaschinów. Książka ta, choć dziś mało znana, na początku XX wieku robiła furorę.

    Damian Gaschin jako kilkuletni chłopiec ślubował matce, że przemierzy cały świat, aby odnaleźć zaginioną młodszą siostrę. Kiedy ją w końcu spotkał - nie rozpoznał i zakochał się z wzajemnością. Odkrywszy na jej szyi medalion z herbem rodowym wpadł w rozpacz i wyruszył na wojnę.
    Okazało się jednak, że ukochana Anna nie była porwaną hrabianką, lecz została podmieniona przez podstępną zielarkę. Prawda wyszła jednak na jaw zbyt późno: dziewczyna udała się do klasztoru...
    Melodramatyczne losy ostatniego potomka z rodu budowniczych zamku w Żyrowej cieszyły się wielkim uznaniem czytelników czasopisma „Katolik”. Powieść zwano „śląskim Ogniem i Mieczem”, gdyż w tle opisywała historię tych ziem.
    Liczyła w sumie 967 stron, ale po raz pierwszy - w roku 1901 ukazała się w formie zeszytów wydawanych co tydzień. Nie była podpisana. Po latach biograficy przypisali jej autorstwo Adamowi Napieralskiemu - wydawcy „Katolika” i literatowi. W 2001 roku staraniem żyrowian - Helgi Bieniusy i Jerzego Szołtyska ukazał się reprint „Hrabiego Damiana” w pięknej twardej oprawie w liczbie 500 sztuk. Hrabia Damian Gaschin był jednak postacią fikcyjną...
    - Niewątpliwie rozsławił on naszych Gaschinów i Żyrową wśród ludu, ale został zmyślony - mówi Jerzy Szołtysek, znawca żyrowskiej historii. - Sprawdzowym ostatnim męskim potomkiem rodu był Ferdynand zwany Szalonym, który zmarł 1859 roku - postać wyjatkowo barwna, której losy mogłyby z powodzeniem posłużyć jako fabuła równie ciekawej powieści.
    Ferdynad Szalony zapracował na swój przydomek niekonwencjonalnymi zachowaniami i hulaszczym trybem życia.
    Nie liczył się z konwenansami, poślubił w Wiedniu aktorkę, podczas uroczystej kolacji na żyrowskim zamku potrafił wjechać konno na salę i przeskoczyć na jego grzbiecie stół jak przeszkodę. Największą sławę przyniósł mu zaś wielki konkurs dla chłopów „na największego lenia”. Wpędził się w takie długi, że 1852 roku sprzedał dobra żyrowskie.
    Ferdynand nie mógł być bohaterem śląskiej „Ogniem i Mieczem”. Prawdziwy potomek był awanturnikiem, a powieść wymagała bohatera tragicznego i heroicznego. Dlatego pojawia się fikcyjny Damian. Jego losy zostały ułożone tak (i wcześniej przypadki jego ojca), by czytelnicy mogli przeżywać razem z nim autentyczne wydarzenia historyczne bliskie Ślązakom i to opisane po polsku.
    Taka była idea powieści - miała być konkurencyjna dla podobnych wydawnictw w języku niemieckim. Hrabia Damian, m.in. walczy w szeregach konfederacji barskiej, w bitwie pod Chocimiem, dostaje się do niewoli rosyjskiej, skąd oswobodza go biskup Krasiński. U boku Kazimierza Pułaskiego walczy z Moskalami o Jasną Górę i towarzyszy mu w ucieczce za granicę...
    Niemniej ciekawe losy miał jego ojciec Protazy na przykład podczas ucieczki z lochów w zamku w Opolu.
    - Co ciekawe Napieralski nie stworzył postaci Damiana sam - mówi Szołtysek. - Jego legenda jest wcześniejsza, pisali o nim i Karol Miarka (prozą), i ksiądz Norbert Bonczyk w poemacie „Góra Chełmska”. Napieralski przerobił i rozbudował tę historyjkę, dodając jej szczęśliwe zakończenie: Damian zakłada rodzinę. U Miarki i Bonczyka został on pustelnikiem na Górze Świętej Anny.
    Był ponoć taki tajemniczy pustelnik, który przybrał imię Aleksy. Pustelnia, w której jakoby miał żyć znajduje się obok Kaplicy III Upadku kalwarii annogórskiej. Jak pisze ksiądz Bonczyk, miał on wyznać swoje dzieje na łożu śmierci gwardianowi klasztoru. Ale czy był to potomek Gaschinów? Drzewo genealogiczne grafów tego nie potwierdza.

    Beata Szczerbaniewicz, nto
    Źródło: Nowa Trybuna Opolska, wydanie z 21 stycznia 2011.
  • berncik 10.09.12, 23:03
    Historia Olszowej oraz Kościoła Matki Bożej Śnieżnej w Olszowej.Autor:
    nixon21

    Miejscowość Olszowa obok Strzelec Opolskich, założona została w XIII w. przez niemieckich osadników. Pierwsza wzmianka o wiosce pochodzi z 1302 roku. W regestach do historii śląskiej zapisano taką treść: „Rzym – Lateran, 16.02.1302: papież Bonifacy VIII zatwierdza opatowi klasztoru cystersów w Jemielnicy przywileje oraz dziesięcinę wsi Olsona ( jeszcze trzynaście innych wsi)”. Obowiązek uiszczania daniny na rzecz klasztoru w Jemielnicy trwał jeszcze bardzo długo bo aż do 1810 r. kiedy to zlikwidowano klasztor. Olszowa była własnością panów na Strzelcach lub Centawie, a przez pewien czas właściciel mieszkał w samej Olszowej.
    Jak dociekają historycy nazwa miejscowości wywodzi się od olchy (po Śląsku olszy), które porastały okoliczne mokradła, co zresztą dowodzi tego, że w dawnych wiekach Olszowa była bardziej zasobna w wodę niż dziś. Starsi mieszkańcy mogą jeszcze pamiętać rozlewiska i stawy przy każdym gospodarstwie po lewej stronie drogi. Olszowa aż do końca XVIII wieku nazywa się Olsona, od roku 1800 – Olchowa, w 1936 zmieniono jej nazwę na Erlenbush O/S, nazwę Olszowa przywrócono w 1945 roku.
    O tym co działo się w Olszowej w XIV i XV wieku dokumenty milczą, albo nie zachowały się żadne zapiski z tamtych czasów. Jedynie zapisy parafialne uchylają nieco faktów z tamtych czasów. Wiadomo, że od wieków Olszowa tworzyła parafię z Kluczami, pierwszym zanotowanym proboszczem był ksiądz Piotr. Zapis pochodzi z roku 1319, co świadczy o tym że parafia także istnieje prawie 700 lat.
    W tamtych czasach, tak jak i obecnie ma to miejsce, biskupi wizytowali swoje parafie, stąd dostęp do informacji zawartych w protokołach sporządzanych przez wysłanników biskupa wrocławskiego. Dowiedzieć się z nich można, że kościół w Olszowej posiadał dzwon z napisem „Zdrowaś Łaski Pełna” i rok 1566. Świadczy to o tym, że w tym roku w Olszowej był już kościół.
    W protokole z roku 1687 zapisano, że proboszczem był Jakub Franciszek Śliwka, że kościół w Olszowej jest zbudowany z drewna, ku czci Matki Boskiej Śnieżnej. Sufit cały z desek, pomalowany dach w dobrym stanie. W kościele nie było chrzcielnicy ani konfesjonału. Patronat nad kościołem sprawował pan majątku na Centawie, Franciszek Larisz. W Olszowej nie było szkoły, obowiązki nauczyciela pełnił pewien ogrodnik dzięki czemu zwolniony był od pańszczyzny.
    Dziesięć lat wcześniej inny wizytator napisał, że kościół w Olszowej jest 13,5m długi i 9,75m szeroki, a patronat patronat nad nim sprawował pan na Centawie, który przechowywał księgi kościelni i notował wydatki. Związki Olszowej z Centową były bardzo mocne, a droga przez Warmątowice przez wiele lat nazywano była Centawiną.
    Jak wynika z zapisów kościół w Olszowej poszerzono o 2 metry wzdłuż i wszerz. Fundatorem był pan Olszowej Ernst Nofe, który zmarł w 1743 roku. Następnie Olszowa należała do Karola de Raczek, który zmarł w 1763 roku i został pochowany obok kościoła. W 1818 patronat nad Olszową sprawował hrabia Leopold Gaszyna z wielkiej rodziny Gaszynów, budowniczych kalwarii i klasztoru na Górze Świętej Anny.
    Leopold był panem Toszka i Strzelec. Po Gaszynie panem Olszowej został hrabia Andreas Renard, jeden z największych ludzi w historii ziemi strzeleckiej. Posiadacz olbrzymich dóbr na Śląsku i w Królestwie Polskim, budowniczy kopalni i hut, m.in. w Zawadzkiem. W Olszowej w 1825 założył znaną w całej Europie stadninę koni oraz hodowlę koni wyścigowych, do której sprowadzał konie z Anglii, z czasem tworząc rasę śląską. Za jego czasów w Olszowej i Kluczach zbudowano piece do wypalania wapna.
    Hrabia Andreas Renard, człowiek na wskroś nowoczesny zmeliorował grunty majątku Olszowa, na 15 morgach założył winnice w której produkowano olszowskie wino. Przechowywano je w głębokich piwnicach w gajówce, która od tamtych czasów nazywa się Winnica. Renardowie rządzili Olszową do lat 80 XIX wieku. Pochowani zostali w mauzoleum w parku strzeleckim naprzeciw Kościoła Bożego Ciała. Po zniszczeniu mauzoleum ich szczątki spoczęły na strzeleckim cmentarzu. Jedna spadkobiercy Renardów rządzili Olszową aż do roku 1945.
    Olszowa dzieliła burzliwe dzieje I wojny światowej. Chociaż fronty tej wojny nie przebiegały przez Śląsk, to wielu mieszkańców tej ziemi nigdy nie powróciła do domów. W czasie jej trwania zginęło 11 młodych mieszkańców Olszowej.
    Ważną data dla historii wsi jest rok 1926. W tym roku doprowadzono do Olszowej prąd elektryczny a także zbudowano drogę kamienną, gdyż dotychczas było to droga polna.
    Najbardziej dramatyczne chwile przeżyli mieszkańcy Olszowej w czasie II wojny światowej. Na różnych jej frontach poległo 16 mieszkańców wsi. Sama Olszowa największa grozę przeżyła w styczniu 1945 roku, kiedy to do wioski wkroczyła Armia Czerwona dokonując rabunku, gwałtów a także morderstw na mieszkańcach. Spalono wówczas wiele gospodarstw i szkołę ale na szczęście ocalał kościół.
    Kilka tygodni po wkroczeniu Rosjan wszyscy mężczyźni, za wyjątkiem starców i dzieci, zostali wywiezieni do Rosji. Ci którzy wrócili chcąc okazać wdzięczność Bogu wybudowali kaplice. W 1948 odbudowano szkołę, w roku 1957 Olszowa jako jedna z pierwszych wsi w województwie wybudowała wodociąg. Na przełomie lat 50/60 powstała obok wsi jednostka wojskowa, która istniała do roku 1996.
    W roku 1960 odbyły się w Olszowej uroczystości prymicyjne księdza Joachima Dembończyka. W 1998 roku upada stadnina koni, a w 2001 zostaje uruchomiona autostrada przebiegająca niedaleko Olszowej. Na początku 2007 roku zaczęto remontować kościół w Olszowej, odnowiono większość ścian oraz jego obejście. W prezbiterium naszego kościoła znajduje się późnogotycka rzeźba, o dobrze zachowanej pierwotnej polichromii, stojącej na półksiężycu Matki Boskiej z Dzieciątkiem.
    W barokowym ołtarzu głównym znajduje się współczesny obraz Matki Boskiej Śnieżnej adorowanej przez św. Grzegorza, św. Floriano oraz przez aniołów, w zwieńczeniu umieszczona jest rzeźba św. Michała Archanioła. Ambona klasycystyczna pochodzi z XIX wieku, a konfesjonał, dwie ławki lektorskie i ławy z XVIII wieku. Proboszczem w parafii Klucz jest ks. Józef Żyłka, który jest równocześnie duszpasterzem hodowców gołębi z terenów całego kraju.
  • berncik 12.09.12, 20:45
    Obóz dla internowanych w Strzelcach Opolskich - dzień przed wprowadzeniem stanu wojennego władze PRL-u nakazały wyludnić część Zakładu Karnego nr 2. Ludzie, którzy tu później trafili, byli traktowani jak skazani.

    Obóz dla internowanych w Strzelcach Opolskich był jednym z większych tego typu miejsc, jakie utworzono w kraju. Władze komunistyczne zamknęły w nim ponad 400 osób, które sprzeciwiły się ówczesnemu systemowi.
    Decyzja o utworzeniu obozu przyszła w sobotę 12 grudnia 1981 roku. Komendant Milicji Obywatelskiej w Katowicach wydał nakaz wyludnienia pawilonu nr 2, w strzeleckim więzieniu. Skazani, którzy odsiadywali tam wyroki zostali naprędce wywiezieni do innych zakładów karnych. Cele zajmowało tam wtedy ok. 300 przestępców.
    Akcję zatrzymania ludzi, których Wojskowa Rada Ocalenia Narodowego, uznała za niebezpiecznych dla systemu rozpoczęto w sobotę ok. 23.00.
    Byli wśród nich m.in. przywódcy i doradcy NSZZ Solidarność ze Śląska, związani z tą organizacją intelektualiści oraz studenci. Do ich domów zapukali w nocy milicjanci oraz ludzie w cywilu. Wyrwali ich ze snu i zapakowali do opancerzonych samochodów. Później przywieźli ich do Strzelec Opolskich.
    Podobne obozy internowania, były w okolicy także w Raciborzu i Nysie.
    - Pamiętam jak milicjanci przyprowadzili tych ludzi - wspomina jeden z funkcjonariuszy zakładu karnego, który woli zachować anonimowość. - Byli przerażeni, bo nie wiedzieli, co ich czeka. Zdecydowana większość z nich to byli zwyczajni ludzie, którzy nigdy nie siedzieli w więzieniu. Mieli rodziny i wiedli spokojne życie. Tymczasem wyprowadzono ich z domu, bez jakiejkolwiek informacji, na jaki czas zostali aresztowani.
    Badacze historii twierdzą dziś, że akcja „Jodła” (taki kryptonim został przyjęty) oraz samo wprowadzenie stanu wojennego, były dokładnie zaplanowane. Mimo tego mundurowi, którzy organizowali zatrzymania, nie ustrzegli się błędów.
    Po przyjeździe do Strzelec Opolskich pomylili więzienia i podjechali do zakładu karnego nr 1. Zaczęli tam nawet wyprowadzać z samochodów zatrzymanych. Ale szybko okazało się, że zaszła pomyłka.
    W ZK nr 2 dostali podobne warunki do tych, w jakich trzymani byli wcześniej skazani. Było im jednak ciaśniej. W tamtych latach nie było norm, które określałyby np. ile metrów powinno przypadać na jednego więźnia. Do cel pakowano więc nawet po 4, 5 osób.
    - W pierwszych dniach w pawilonie nr 2 panowała kompletna cisza - dodaje ówczesny funkcjonariusz, który pilnował internowanych. - Z przyczyn organizacyjnych siedzieli oni w cywilnych ubraniach. Dopiero później dostali więzienne pasiaki. W nakazach wystawionych przez milicję w Katowicach, można było przeczytać, że internowani nie mogą mieć ze sobą żadnego kontaktu. Postanowienia były dosyć restrykcyjne. Początkowo nie mogli oni nawet wychodzić na spacerniak.
    Antoni Lenkiewicz, jeden z działaczy opozycji antykomunistycznej tak po latach wspominał czasy internowania. Przebywał m.in. w więzieniu we Wrocławiu i Strzelcach Opolskich oraz w obozie pracy w Bieszczadach.
    - W Strzelcach Opolskich zostałem pobity, mieszkałem w bardzo zimnej celi, a ubrać można było się tylko w więzienne drelichy. W Bieszczadach warunki były lepsze niż w więzieniach, ale za to był bardzo utrudniony kontakt z rodziną, głównie z powodu dużej odległości.
    W innych wspomnieniach internowani mówili o tym, że władza komunistyczna celowo dbała o utrzymanie w więzieniu atmosfery grozy i terroru. Chodziło o to, by złamać działaczy opozycji. Co jakiś czas pojawiały się informacje o planowanych wywozach za wschodnią granicę.
    Pierwsze listy, które pozwolono wysłać internowanym do rodzin zaczynały się najczęściej od słów: „Jestem cały i zdrowy”, „Jestem w Polsce”. Wszystkie były uprzednio dokładnie sprawdzone przez cenzora.
    Najgorsze dla internowanych były pierwsze tygodnie. Po tym czasie pozwolono kapłanom na odwiedzanie opozycjonistów. Duchowni wiedzieli, jak podtrzymać ich na duchu. Atmosfera zelżała, a z czasem z więziennych cel usłyszeć można było głośne i wspólne śpiewanie.
    Obóz dla internowanych w Strzelcach Opolskich zlikwidowano pod koniec 1982 roku.

    Radosław Dimitrow, nto
  • berncik 15.09.12, 20:09
    Wielcy mistrzowie Zakonu Krzyżackeigo pochodzący z Nysy
    Karol Habsburg, Franciszek Ludwik Neuburg, Fryderyk Heski to nie tylko arcyważni biskupi, kardynałowie, książęta związani z Nysą. To wielcy mistrzowie Zakonu...

    Wszyscy trzej byli wielkimi mistrzami Zakonu Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie. Czyli wedle Sienkiewicza - po prostu Krzyżakami - uśmiecha się Kazimierz Staszków, miłośnik historii i tropiciel wszelkich śladów dawnych nysan. - Przy czym to właśnie na naszych ziemiach byli wcześniej, zanim trafili na Pomorze...

    Na dodatek Śląsk i Opolszczyzna nie mają co na nich narzekać - wcale nie byli tacy źli. A dowody ich obecności w Nysie można znaleźć niemalże na każdym kroku. Chociażby taki arcyksiążę Karol Habsburg, któremu Nysa zawdzięcza powołanie akademii, kolegium jezuickiego, obecnego Carolinum. - Natomiast książę Franciszek Ludwik Neuburg do tego stopnia umiłował sobie architekturę, zwłaszcza rzymską, że postanowił przeszczepić ja na nyski grunt. Stąd na przykład w Nysie fontanna Trytona, Kościół św. Piotra i Pawła z całym jego wnętrzem oraz cała masa innych zabytków. Dzięki niemu dziś możemy o naszym mieście mówić Śląski Rzym - opowiada Kazimierz Staszków.

    Był jeszcze kardynał Fryderyk Heski, którego serce do dziś spoczywa w posadzce nyskiej bazyliki. Nie bez znaczenia był również wkład całego Zakonu w założenie i rozsławienie uzdrowiskowych pobliskich miejscowości w czeskiej Karlovej Studance i Jeseniku.
    Natomiast w czasie najbardziej spektakularnego starcia Polaków z Krzyżakami - bitwy pod Grunwaldem, diecezją śląską i księstwem nyskim władał biskup Wacław II Legnicki. Jego sarkofag obejrzeć można w naszej bazylice, przy wejściu do zakrystii.

    Wacław II miał być prawdopodobnie jednym z ostatnich biskupów śląskich, którzy sympatią darzyli królestwo polskie. Do tego stopnia był łaskaw, że za czasów jego tutaj panowania król Władysław Jagiełło pożyczał pieniądze od nyskich finansistów.

    Wacław Legnicki to był w ogóle wyjątkowy książę -z nieznanych przyczyn w 1385 roku nie przyjął tytułu kardynała (byłby pierwszym kardynałem z polskiej prowincji kościelnej). Natomiast funkcję biskupa pełnił do 1417 roku. Niemało siły i trudu włożył w budowę dzisiejszej bazyliki. Dał się poznać jako operatywny i skuteczny administrator. Ostatnie lata żywota spędził w swoim ulubionym zamku w Otmuchowie, gdzie zmarł 30 grudnia 1419r. Ponoć na zapalenie płuc. - Pochowany został w tamtejszej kolegiacie św. Mikołaja. Kilkadziesiąt lat później kapitułę przeniesiono do Nysy i wraz z nią prochy biskupa ostatecznie trafiły do kościoła św. Jakuba - tłumaczy Kazimierz Staszków.

    Klaudia Bochenek, nto
  • berncik 17.09.12, 20:58


    Germański dialekt na Śląsku - germański dialekt, którego używano na Śląsku przed kilkoma wiekami, wciąż żyje.

    Język niemiecki ma dziś wiele regionalnych odmian, w wyniku wielowiekowej asymilacji oraz powojennych wypędzeń niemieckie gwary ze Śląska i okolic zniknęły jednak prawie całkowicie. Prawie, albowiem w okolicach Bielska-Białej zachował się dialekt mający swoje źródła najprawdopodobniej jeszcze w XIII wieku.

    - W Wilamowicach i Hałcnowie, które dziś są częściami Bielska-Białej mówi się językiem, który wytworzył się jeszcze zanim powstała dzisiejsza niemczyzna - wyjaśnia dr Tomasz Wicherkiewicz. Naukowiec z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza jest specjalistą od niemieckich wysp językowych. 26 listopada 2010 roku spotkał się w Opolu z członkami Związku Młodzieży Mniejszości Niemieckiej.

    - Dzisiejsza Polska to był wówczas teren ekspansji Wallonów, Flamandów, którzy wędrowali po całej Europie aż po Azję - mówił Wicherkiewicz wyjaśniając, dlaczego w gwarze wilamowskiej (wymysiöeryś) tak wiele jest elementów przypominających dzisiejszy język niderlandzki.

    Kiedy przodkowie wilamowian osiedlali się w zachodniej Galicji i Śląsku nie było czegoś takiego jak język holenderski, choć elementów wspólnych jest bardzo wiele. Zresztą nie tylko holenderskich: reliktem czasów, kiedy nie było wyraźnych granic między językami, w języku gwarze wilamowickiej do dziś są słowa, które przypominają niemiecki, jidisz, a także polski i czeski.

    W Wilamowicach gwara przetrwała nie ulegając późniejszym wpływom niemieckiego i zachowując się w niezmienionej formie.

    O swojej - nie tylko językowej - wyjątkowości przekonani są mieszkańcy wsi: nie bez powodów utrzymują, że są pochodzenia anglosaskiego, fryzyjskiego i flamandziego. Podobnego zdania są również mieszkańcy Hałcnowa, którzy używali równolegle również języka niemieckiego.
    - Dwa lat temu spotkałem na miejscu dwie panie mówiące śląskim czy bielskim dialektem języka niemieckiego - wspomina naukowiec. - Wówczas na miejscu mówiły tak już tylko one. Ostatnio młodzi ludzie zaczynają wskrzeszać zapomniany prawie język. Dzięki nim wilamowski przetrwa.
    Zdaniem Wicherkiewicza istnienie takiego skansenu językowego jest ostatnią szansą na opisanie i zachowanie gwary, jaką kiedyś najprawdopodobniej posługiwali się niemieckojęzyczni mieszkańcy Śląska i Małopolski.

    Źródło: Nowa Trybuna Opolska,
  • berncik 18.09.12, 19:42
    http://www.strzelecopolski.pl/files/images/6783_5800.jpg
    Kalwaria na Górze św. Anny tak wrosła w nasze życie religijne, że wydawać by się mogło, że istnieje od zawsze. Pomysłodawcą jej był budowniczy kościoła i klasztoru, hrabia Melchior Ferdynand de Gaschin. Pofałdowany krajobraz góry skojarzył mu się z miejscami świętymi w Jerozolimie. Wpadł na pomysł stworzenia tutaj "Nowego Jeruzalem".
    Kiedy jego zamiary zostały w końcu zrealizowane, tak właśnie nazywano powszechnie Górę św. Anny. Inspiracją była też podobna kalwaria zbudowana przez kanclerza Królestwa Polskiego na Górze Żarek pod Krakowem. Hrabia nie ukończył swego dzieła z powodu podeszłego wieku. Zobowiązał do tego swoich dziedziców.
    Biskup wrocławski, Franciszek Ludwik, zezwolił 28 stycznia 1700 r. na budowę trzech większych i trzydziestu mniejszych kaplic "dla wzbudzenia pobożności wiernych" z zastrzeżeniem jednak, że nie będą one naruszać praw proboszcza z Leśnicy ani opłat kościelnych. Prace ruszyły wiosną tego samego roku. Budowa odbywała się pod nadzorem Włocha, Dominika Sichno, który mieszkał w Opolu. Każda z kaplic otrzymała inną formę. Prace ukończono po dziewięciu latach.

    Powstał wtedy problem - kto ma dokonywać posługi kapłańskiej tysiącom pielgrzymów, którzy zaczęli pojawiać się na Górze św. Anny. Zgodnie z pisemną aprobatą biskupa, cały teren kalwarii podlegać miał proboszczowi Leśnicy. Ten jednak kategorycznie odmówił, oświadczając, że przerasta to siły tak małej parafii. Stwierdził, że koszty utrzymania dodatkowych kapłanów powinien ze swych włości pokryć hrabia. Ten jednak wzbraniał się przed takim obciążaniem jego i jego dziedziców. Co zaskakujące - duszpasterskiej posługi odmawiali też franciszkanie, z którymi budowa kalwarii nie była konsultowana.
    Hrabia Melchior Ferdynand de Gaschin zmarł 6 października 1719 roku, nie doczekawszy się rozwiązania tego problemu. Nowo wybudowane kaplice niszczały. Niektóre służyły pasterzom i ich stadom jako schronienie przed deszczem. Wędrujący w 1753 roku po dawnej kalwarii ojcowie z największym trudem potrafili wśród drzew i chaszczy odszukać ruiny poszczególnych stacji. Dopiero w 1756 roku franciszkanie, z inicjatywy potomka hrabiego, zobowiązali się do zarządzania kalwarią i prowadzenia nabożeństw.
    Trudna odbudowa kapliczek i drogi pielgrzymkowej, finansowana przez hrabiego Antoniego de Gaschin, zakończyła się w 1764 roku. Pierwsza pielgrzymka odbyła się 14 września tegoż roku. Rok później kalwarię odwiedziło 21 000 wiernych. W następnym roku było ich już 34 000.
    Pielgrzymka na Podwyższenie Krzyża
    Tego samego roku odbyła się pierwsza pielgrzymka w święto Podwyższenia Krzyża. Wierni przybyli pieszo z Raciborza, Jemielnicy, Korfantowa, Krapkowic i Białej (Zülz).
    Porządek pielgrzymki w święto Znalezienia i Podwyższenia Krzyża Świętego wyglądał następująco. Procesja poprzedzana wielkim krzyżem udawała się do kościoła Świętego Krzyża, gdzie odprawiano uroczyste nieszpory. Wierni dzielili się na pielgrzymkę niemiecką i polską. Niemiecka jako pierwsza wysłuchiwała mszy św. i udawała się na procesje. W tym czasie w kościele odbywała się polska msza. Wiernych było tak wielu, że polska pielgrzymka zwykle dzieliła się na dwie procesje.
    Grupy wędrujące po Nowej Jerozolimie miały trzymać się od siebie w takiej odległości, aby wierni nie przeszkadzali sobie nawzajem śpiewami. Wszyscy zbierali się na zakończeniu trasy, by potem wspólnie udać się do klasztornego kościoła po końcowe błogosławieństwo.
    W kronikach annogórskich (informacje te zachowały się w odpisach) wspomina się, że pielgrzymka ze Strzelec w 1765 roku wyróżniała się pięknym śpiewem po łacinie, polsku i niemiecku. Kronika kościoła św. Wawrzyńca (też odpis) mówi, że 12 września 1848 roku, po niemalże czterdziestoletniej przerwie wyrusza na Górę św. Anny pielgrzymka ze Strzelec. Był to rok rewolucji, "zarazy głodowej" i tak wielkiego pijaństwa, że określano go mianem "epidemii alkoholowej", zwanej z niemieckiego "Branntweinpest". Ku wielkiemu zaskoczeniu proboszcza w pielgrzymce wzięło udział ok. 1000 wiernych, którzy w tym trudnym okresie szukali pomocy Bożej Opatrzności.
    Do Strzelec pielgrzymka powróciła 15 września uroczyście witana przez władze miasta i proboszcza. Wtedy to z ust kapłana padło zapewnienie, że od tej pory on i parafianie będą co roku pielgrzymować na obchody Kalwaryjskie Podwyższenia Krzyża Świętego. Ślubowanie wypełniane jest do dnia dzisiejszego. W miniony weekend pielgrzymi ze Strzelec również byli na Górze św. Anny.
    Jako dowód wypełnienia ślubów, w 1923 roku, wybito medal pamiątkowy z napisem: "14 września 1923 r. - 75 [rocznica] ślubowania procesji parafii ze Strzelec na Górę św. Anny w uroczystość Podwyższenia Krzyża Świętego (1849-1923)." W rzeczywistości była to 74 pielgrzymka ślubowana. Być może doliczono też pierwszą pielgrzymkę z 1848 roku.
    Kiedy spogląda się na stare fotografie, dech zapiera widok tłumów, jakie pieszo udawały się do sanktuarium. Przez lata liczba pielgrzymów niestety spada. W latach 20. co roku na Górze św. Anny zjawiało się (według obliczeń klasztornych) około 350 tysięcy pątników. W latach 60. i 70. było to około 200 tysięcy osób rocznie, na przełomie tysiącleci - już tylko 75 tysięcy. To dane ze wszystkich uroczystości, jakie odbywają się na Górze św. Anny.
    Tragiczne lata
    Podczas Kulturkampfu władza tępiła pielgrzymki z całych sił. W niemieckie święto Podwyższenia Krzyża 7 września 1874 roku doszło do następującego zdarzenia:
    "Gdy po sumie wielotysięczny tłum pobożnych pątników przygotowywał się do procesji, zjawił się w klasztorze kierownik urzędu obwodowego Zacharia ze Strzelec [...]. Ogłosił zakonnikom, że nie wolno odprawiać procesji, nie wolno nawet odbywać prywatnego nabożeństwa z udziałem więcej niż 4 osób, wreszcie że lud ma się rozejść do godziny 12 w południe".
    Wierni rozeszli się spokojnie wśród płaczu. 16 żandarmów ze Strzelce, Koźla i Opola nie miało wiele do roboty. Jako uzasadnienie takiego rozporządzenia podano obawę przed rozprzestrzenianiem się cholery.
    W trakcie polskiego święta Podwyższenia Krzyża, 13 września, wydarzenia przybrały już znacznie bardziej dramatyczny obrót. Władze postawiły kordon, który w Wysokiej odprawił ponad 9000 pątników. Wierni przybyli często z odległości kilkudziesięciu kilometrów. Zjawili się nawet pielgrzymujący z terytorium zaboru rosyjskiego. Według relacji, tysiące mężczyzn ze łzami w oczach prosiło, by mogli chociaż odwiedzić kościół, lecz im na to nie pozwolono.
    Pielgrzymi w ulewnym deszczu w szczerym polu czekali trzy dni na pozwolenie przejścia na Górę św. Anny. W końcu straciwszy nadzieję, powrócili do domów. Podczas głównego święta władzom udało się bez użycia siły nie dopuścić do sanktuarium 40 000 pątników. Tego samego roku żandarmi aresztowali brata zakonnego Dawida Kornka za zbieranie jałmużny. Odsiedział karę trzech dni więzienia w strzeleckim areszcie.
    Dla mnichów prawdziwa tragedia przyszła rok później. Nakazem władz zamknięto szkołę klasztorną, do której uczęszczało 22 uczniów. 31 maja wyszła ustawa wykluczająca wszystkie klasztory (oprócz tych, które poświęcały się wyłącznie opiece nad chorymi) z terytorium monarchii pruskiej. Część zakonników opuściła kraj i na pokładzie parowca "Rotterdam" popłynęła do Stanów Zjednoczonych. Reszta pozostałych w klasztorze mnichów rozjeżdżała się stopniowo. Ostatnich czterech opuściło klasztor 27 sierpnia, przy osobistym zaangażowaniu starosty strzeleckiego. Złapał on najsilniejszego zakonnika za habit i po prostu wyprowadził siłą z przybytku. Mimo braku duszpasterzy, wierni nadal pielgrzymowali do Nowej Jerozolimy. Franciszkanie wrócili tutaj dopiero w 1887 roku.
    Piotr Smykała, Romuald Kubik
    Źródła: Historia Góry św. Anny, o. Chryzogon Reisch, tłum. Maciej Mischke, red. o. Jozafat Roman Gohly OFM.
    Edyta Bem, Pielgrzymowanie do sanktuarium... [skrypt].
    Romuald Kubik
  • berncik 20.09.12, 17:44
    Tajemnica Zbiorowej Mogiły w Zębowicach
    Autor:
    ZGS Zębowice

    Tajemnica zbiorowej mogiły - na zębowickim cmentarzu znajduje się zbiorowa mogiła, w której spoczywają niemieccy żołnierze. W środkowej części grobu, na niskim cokole stoi krzyż z jasnego piaskowca z napisem „Zu Gott”. Po bokach rosną tuje w formie żywopłotu.
    Powszechnie sądzi się, iż pochowano tutaj poległych w czasie potyczek z Rosjanami Niemców. Jednak prawda jest bardziej okrutna, znana tylko nielicznym mieszkańcom naszej gminy.

    Antoni Miozga z Pruskowa i Jerzy Kowolik z Siedlisk tak wspominają tamte wydarzenia: „Po wkroczeniu wojsk rosyjskich w styczniu 1945 roku, część żołnierzy zatrzymała się w Zębowicach i w Pruskowie. Nazajutrz, w niedzielę do południa przebywała tam jeszcze grupa żołnierzy niemieckich. Dali zaskoczyć się Rosjanom i bez stawiania większego oporu się poddali. Podczas tej akcji miał zginąć jeden żołnierz radziecki. Rozbrojonych Niemców przesłuchiwano w gospodarstwie Kowolika (brata Jerzego). Zabrano im książeczki wojskowe i dokumenty osobiste, spalono je w piecu kuchennym. Następnie poprowadzono jeńców drogą na Olesno w kierunku Osiecka. Przy drodze między obydwoma wioskami znajdowała się łąka, która dochodziła do wysokiego lasu. Tam zatrzymano oddział. Rosjanie otoczyli cały teren. Kazano pojmanym uciekać przez łąkę w stronę lasu. Wtedy rozległy się strzały z broni maszynowej. W ten sposób strzałami w plecy zabito 31 pojmanych żołnierzy. Z zabitych zdarto mundury i buty. Nagie ciała rozrzucone po łące, przeleżały cały tydzień w śniegu. Dwóm Niemcom udało się uciec w głąb lasu, ich ciała znaleziono dopiero wiosną i pochowano później w tej samej mogile. Niektórzy mieszkańcy Suszenia (części obecnych Siedlisk) ukryci w domach obserwowali to zdarzenie, słyszeli serie strzałów. Dopiero za tydzień, w następną niedzielę zabrano zabitych. Do kilku gospodarzy w Pruskowie i Siedliskach (Józefa Pieprzycy, Antoniego Miozgi, Georga Gasia i Antoniego Kokota) przyszli Polacy z czerwonymi opaskami na ramieniu. Kazali im przygotować dwie furmanki, na które załadowano zamarznięte, nagie ciała zabitych i następnie przewieziono na cmentarz w Zębowicach. Polacy nadzorowali te czynności i zabrali wojskowe numery identyfikacyjne.

    Wszystkich pochowano we wspólnej mogile w obecności księdza Malika z Wysokiej (w tym czasie zębowicka parafia była bez księdza, plebanię spalili Rosjanie)”.
    Ta ponura zbrodnia do dnia dzisiejszego owiana jest tajemnicą, o której prawie nikt nie wspomina. Nazwiska zabitych są nieznane, nie wiadomo skąd pochodzili, wiadomo jedynie iż byli młodzi, może wcielono ich do Wehrmachtu krótko przed zakończeniem wojny.
    Jedynie dziesiątki zniczy oraz modlitwy "wieczny odpoczynek..." świadczą, iż ktoś o nich pamięta. Natomiast dawną łąkę- miejsce egzekucji porasta kilkunastoletni młodnik.
  • berncik 23.09.12, 18:40
    Zomek we Zyrowej
    http://fotoforum.gazeta.pl/photo/2/qc/ga/yobe/6Klbc8JMbN513AIzMX.jpg
    Legenda o Gaschinie mocarzu
    pałac
    żyrowa

    Autor:
    sese_96

    Za panowania rodu Gaschinów w Żyrowej zrodziło się wiele legend, jedną z nich jest legenda ,,O Gaschinie mocarzu”.

    Antoni Gaschin za życia był człowiekiem nieprzeciętnie silnym. A jego siła wzięła się stąd, że gdy był raczkującym dzieckiem i zmarła mu matka, to possał czasami mleko lwicy razem z lwiątkami, ponieważ w pałacu trzymano oswojoną lwicę, która akurat miała młode. Po czasie zorientowano się, że chłopiec posiada ogromną siłę. A gdy urósł umiał bez trudu łamać podkowy i ułożony w stos cynowe talerze. Umiał także z łatwością zatrzymać ciężki, załadowany po brzegi i rozpędzony wóz żniwny chwytając jedną ręką za jego koło. Potrafił też dwoma palcami łamać pieniądze. Opowiadano też, że gdy kiedyś zdenerwował się na jednego z grajków pałacowej orkiestry, złapał go za żakiet i jedną ręką trzymał za oknem na znacznej wysokości. Kiedyś zaś umyślił sobie, że kowal zakładający żelazną obręcz do koła karety Gaschiny przywłaszczył sobie z niej jakiś drobiazg. Hrabia wezwał do siebie kowala w tej sprawie lecz on kategorycznie zaprzeczył posądzeniu. Nie wiedział nawet, o jaką rzecz chodzi. Na to tylko czekał hrabia. Złapał żelazną obręcz i owinął ją nieszczęśnikowi wokół szyi. Potem kazał mu z tą obrożą przespacerować się po pałacu, by dworzanie mogli się z niego pośmiać. Wleczony przez cały dwór i zabudowania dla służby, słaniając się z wyczerpania, do domu puszczony został dopiero późnym wieczorem. Tutaj najbliżsi z największym trudem uwolnili go z obręczy, ratując mu życie.
  • berncik 25.09.12, 17:19
    http://opolskie.regiopedia.pl/sites/default/files/imagecache/width630px/photos/yrowa-palac_27.jpg

    Pałac w Żyrowej
    Etykietowanie:

    Miejsca
    żyrowa
    Autor:
    mati1220
    Współautorzy:
    marcjaszg
    online
    Pierwotnie pałac był własnością księstwa opolskiego, po 1280 roku najpierw należał do dóbr kościelnych klasztoru w Jemielnicy, od 1447 roku stał się siedzibą rodziny von Zyrowskich.

    W 1631 roku nowy właściciel dóbr żyrowskich hrabia Melchior Ferdinand von Gaschin rozpoczął budowę pałacu w Żyrowej na podwalinach strawionego przez pożar zamku rodziny Żyrowskich (1447-1629).
    Pałac został wybudowany w latach 1631-1644. Później był wielokrotnie odnawiany i przebudowywany.
    Pałac jest 4-skrzydłowy, z dziedzińcem wewnętrznym na prawie kwadratowym planie, we wschodniej części skrzydło wschodnie na planie litery L, z dziedzińcem gospodarczym.
    Kolejnymi dziedzicami pałacu i dóbr żyrowkich po Melchiorze Ferdinandzie (1581-1665) - twórcy potęgi rodu, fundatora konwentu franciszkanów na Górze św. Anny, byli:
    Georg Adam - budowniczy kalwarii na Górze św. Anny w latach 1700-1709;
    Johann Josef - inicjator budowy murowanego klasztoru na Górze św. Anny;
    Carl Ludwig - zakończył budowę murowanego klasztoru na Górze św. Anny;
    Amand - kapitan cesarski, posiadacz dóbr również na Morawach;
    Anton "Mocny" - odnowiciel kalwarii annogórskiej w latach 1756-1764;
    Franz Adam - fundator renowacji kościoła i klasztoru na Górze św. Anny;
    Leopold Amand - przegrał proces o sanktuarium z rządem podczas sekularyzacji w 1824 roku;
    Ferdinand "Szalony" - ostatni męski potomek rodu von Gaschin (1827-1894)
    W 1852 roku kupił Żyrową poseł Królestwa Prus Max Fryderyk von Hatzfeld-Schoenstein. Kolejnymi właścicielami byli: generał August von Nostitz, bracia Godecke, Eduard Guradze oraz Mary Knowlton (Amerykanka, która otrzymała Żyrową wraz z pałacem w wianie). Mary wyszła za mąż za Johanna Francken-Sierstorpffa i tak rodzina Francken-Sierstorpffów stała się kolejnym właścicielem tych włości. W tym czasie pałac odwiedzają znamienici goście spośród arystokracji niemieckiej w tym cesarz Wilhelm II.
    Pałac był ośrodkiem rozrywkowym arystokracji śląskiej. W 1911 roku przebywał w Żyrowej cesarz Wilhelm II, który był kolegą ze studiów hrabiego Sierstorpffa. Na pamiątkę tego wydarzenia i polowania, które się wtedy odbyło, posadzono dąb, zwany Dębem cesarskim (rośnie nieopodal pałacu). Od południowo-zachodniej strony graniczy z kościołem. Otoczony murami i z wieżą wejściową.
    W okresie II wojny światowej pałac nie poniósł żadnych zewnętrznych zniszczeń, natomiast wnętrza pałacu i jego wyposażenie zostały zdewastowane. Po wojnie mieściło się w nim sanatorium dla dzieci.
    W pobliżu znajduje się okrągła, dwufunkcyjna kapliczka-studzionka, wybudowana na początku XIX wieku oraz park z unikalnymi okazami drzew oraz roślinami chronionymi. Jest także folwark, obecnie w prywatnych rękach, z hodowlą jeleni węgierskich, muflonów i danieli.

    Źródło:
    "Przewodnik po zabytkach Opolszczyzny" Wydawnictwo ADAN
    www.kudyba.pl
    Szołtysek J.,Perły zdzieszowickiego krajobrazu w mozaice zdarzeń.
  • berncik 28.09.12, 21:09
    http://www.camperteam.pl/forum/files/thumbs/t_koci_w_mikoaja_yrowa_2_416.jpg
    http://www.polskaniezwykla.pl/pictures/original/284184.jpg
    ano: 7 stycznia 2009, 22:45
    Autor:
    mati1220
    marcjaszg

    Gotycko-barokowy pocysterski kościół p.w. św. Mikołaja pochodzi z 1300 roku. W jego bocznej kaplicy znajduje się grobowiec Johannesa von Francken-Sierstorpff i Mary von Francken-Sierstorpff oraz ich syna Edwina Victora.

    W świątyni znajdują się:

    obrazy: św. Floriana i św. Józefa z Dzieciątkiem Jezus na ręku, z II połowy XVIII wieku, namalowane przez śląskiego malarza Franciszka Sebastiniego
    malowidła herbów rodowych trzech kolejnych właścicieli Żyrowej: rodziny Żyrowskich (w latach 1447 – 1629), rodu von Gaschin (w latach 1631 – 1852) oraz rodziny von Francken-Sierstorpff (w latach 1889 – 1945).

    Przed kościołem, po lewej stronie, na XVIII-wiecznym cokole z herbem Gaszynów stoi figura Chrystusa Króla, ufundowana w 2000 roku przez anonimowego mieszkańca Żyrowej, a za kościołem wśród tui przepiękny pomnik nagrobny Madonny z Dzieciątkiem z białego marmuru, wzniesiony w 1928 roku po śmierci niespełna trzyletniej hrabianki Elizabeth Christinae von Francken-Sierstorpff.
    W sąsiedztwie kościoła można zobaczyć trzy pomniki przyrody: ponad 220-letni jawor i 270-letnią, ściętą, drobnolistną lipę „świadek”, przykrytą daszkiem oraz aleję cisa jagodowego.

    Źródło:
    "Przewodnik po zabytkach Opolszczyzny" Wydawnictwo ADAN
    "Śląsk Opolski. Zabytki i przyroda" Wydawnictwo Oficyna Piastowska

  • berncik 01.10.12, 18:20
    www.wiadomosci24.pl/artykul/zyrowa_perla_opolszczyzny_120937-1-1-d-2-#galeria-miniatury
    Studzionka w Żyrowej
    Etykietowanie:

    Historia
    studzionka

    Autor:
    sese_96

    online

    Studzinka w Żyrowej - znajduje się niedaleko Dębu cesarza w Żyrowej, jest jedyną na Opolszczyźnie dwufunkcyjną kapliczko – studzionką. Została wzniesiona na początku XIX wieku. Pobierano z niej wodę do picia, a z niedalekiego stawu pobierano specjalną beczką wodę do gaszenia pożarów, widać ją na niższym zdjęciu na kozim rynku. Nazywa się on tak ponieważ prowadzono tamtędy kiedyś kozy.
    Kapliczka ta została obudowana okrągłym murem z kamienia łamanego i nakryta daszkiem stożkowym z drewnianego gontu. Na frontowej ścianie znajduje się płaskorzeźba z wizerunkiem NMP z Dzieciątkiem, przyozdabiana bukszpanowym wieńcem na uroczystość Bożego Ciała.
    Legenda głosi, że źródło ze studzienki ma połączenie ze źródłem wody pitnej na Jasnej Górze w Częstochowie.
    http://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/8/85/MFdeG.jpg
    Melchior Ferdynand de Gaschin (niem. Melchior Ferdinand von Gaschin) - ur. w 1581 w Kietrzu, zm. 16 lipca 1665 w Polskiej Cerekwi) - starosta księstwa opolsko-raciborskiego, założyciel majoratu cerekwicko-żyrowskiego, fundator na rzecz Kościoła śląskiego (m.in. sprowadzenie Franciszkanów na Górę św. Anny oraz ufundowanie im klasztoru). Umocnił pozycję rodu Gaschinów. Zmarł bezpotomnie w roku 1665 i został pochowany w krypcie rodewej Gaschinów w Raciborzu (Kościół św. Jakuba).
  • berncik 05.10.12, 21:43
    http://www.strzelecopolski.pl/files/images/6945_5910.jpg
    Dwunastego lutego 1945 roku do rodzinnej miejscowości Bartka (właśc. Henryk Flame) - Czechowic-Dziedzic na Podbeskidziu - wkroczyli Sowieci. Dowódca partyzantów postanowił się ujawnić, lecz podziemne struktury oddziału Narodowych Sił Zbrojnych, którym dowodził, zostały zachowane. Sam Bartek, wbrew woli większości miejscowych komunistów, został komendantem miejscowej Milicji Obywatelskiej, co wkrótce wykorzystał do walki z nowym okupantem. W szeregi MO wprowadził swoich ludzi. Ich poczynania szybko zostały zauważone i partyzanci znów musieli skryć się w lasach.
    KRÓL PODBESKIDZIA
    Żołnierze należący do NSZ zastąpili członków Armii Krajowej, którzy nie działali na tym terenie zbyt długo i nie odnosili większych sukcesów. Podwładni Bartka stanowili w regionie największy niepodległościowy oddział, doskonale wyszkolony i wyposażony, a co ważniejsze - zdeterminowany do walki z komunistami.
    Zgrupowanie NSZ liczyło około 300 partyzantów. Raporty UB, które są dość wiarygodne, wyszczególniają liczebność pododdziałów: oddział „Sztubaka” - 80 ludzi, „Konara” - 40, „Andrusa” - 30, „Zemsty” - 25, „Śmiałego” - 22, „Żmiji” - 20, „Żbika” - 15, „Małego” - 15, „Murzyna” - 12.
    Najgłośniejszym ich wyczynem było zdobycie Wisły. Stało się to 3 maja 1946 roku. Partyzanci weszli do miasta, opanowali je bez jednego wystrzału, po czym przez dwie godziny spokojnie urządzili sobie defiladę główną ulicą. W tym czasie funkcjonariusze milicji zabarykadowali się w urzędzie i nie ośmielili się wyściubić poza niego nosa. Wydarzenie to rozeszło się głośnym echem po całym niepodległościowym środowisku. Było to też kopniakiem w twarz dla władzy ludowej, która nigdy tego upokorzenia nie zapomniała. Po defiladzie Henryk Flame zyskał przydomek „król Podbeskidzia”.
    Z czasem nasilone akcje przeciwko partyzantce zmusiły żołnierzy do odwrotu. Oddział zaczął się kurczyć. Mimo że zadawali przeciwnikowi poważne straty, sami ponosili więcej ofiar. Wtedy pojawił się zbawiciel.
    LAWINA
    Nazywał się kpt. Lawina (właśc. Henryk Wendrowski). Został przysłany przez centralę NSZ w Monachium. Wraz z nim „Kossowski” vel „Korzeń”. Zdobyli zaufanie dowódcy partyzantów i zaproponowali Bartkowi udział w zebraniu w sztabie Obszaru Zachodniego NSZ w Gliwicach. Spotkanie to było od początku do końca ustawione przez UB. Tematem było przerzucenie żołnierzy na Zachód, do amerykańskiej strefy okupacyjnej. Zarówno transport, etapy pośrednie, jak i miejsce docelowe miały być zorganizowane przez Narodowe Siły Zbrojne. Trasa przerzutu biegła przez Dolny Śląsk i Czechosłowację. Do Gliwic pojechał „Bartek” w towarzystwie „Lawiny”, swego zastępcy Jana Przewoźnika ps. „Ryś” oraz Anny Czorny ps. „Anuszka”.
    Dowódca wolał wszystko sprawdzić. W pierwszym rzucie wysłał trzech zaufanych żołnierzy, którzy po dotarciu do Jeleniej Góry zameldowali, że wszystko jest w należytym porządku. Uspokojony Bartek zebrał następną grupę - około 200 ludzi, którzy od początku września etapami wyruszali w podróż.
    Transport liczył po 2-3 samochody ciężarowe poprzedzane jednym samochodem osobowym. W nim i za kierownicami ciężarówek siedzieli ludzie Lawiny, którzy na punktach kontrolnych legitymować się mieli fałszywymi dokumentami UB.
    Transporty wyjeżdżały nocą i słuch po partyzantach ginął. Nieliczni z ocalałych po prostu spóźnili się na transport albo zabłądzili w lesie, szukając ciężarówek.
    LIKWIDACJA
    Operacja zaplanowana w Urzędzie Bezpieczeństwa była diabolicznie dopracowana w najmniejszych szczegółach. Kierownictwo UB doszło do wniosku, że wydajniej jest zwabić partyzantów na upatrzone miejsce, niż ganiać się za nimi po lasach.
    Ciężarówki trafiały w różne miejsca. Egzekucje odbywały się prawdopodobnie w okolicach Łambinowic i na terenie starego lotniska w Starym Grodkowie, gdzie również zamknięto żołnierzy w baraku i użyto ładunków wybuchowych. Transport do Hubertusa dotarł w nocy 25 września 1946 roku. Po godzinie 22 przez Barut przejechała kolumna ciężarówek, która znikła w lesie.
    Przed świtem mieszkańców wsi obudził potężny huk, a kiedy wyszli zobaczyć, co się stało, nad lasem unosiła się łuna. Przez kolejne dni dostęp do lasu był zabroniony. Strzegli tego funkcjonariusze ubrani po cywilnemu. W tym czasie trwała akcja oczyszczania miejsca zbrodni. Mimo to długo mieszkańcy okolicznych wiosek znajdowali po lasach pozawieszane na gałęziach skrawki munduru z naszywką „Poland”, fragmenty listów i ludzkie szczątki. Kiedy jesienią opadły liście, na jednej z jabłonek znaleziono ludzką rękę.
    Co wydarzyło się tamtej nocy na Hubertusie? Relacje pozwalają zrekonstruować przebieg wydarzeń.
    Kolumna ciężarówek zatrzymała się opodal budynku na leśnej polanie. Był to kolejny etap pośredni podróży, przygotowany rzekomo przez centralę NSZ. Żołnierze mieli zapewniony nocleg i posiłek. Dostali też sporą ilość wódki. Alkohol został przedtem zaprawiony środkiem usypiającym przez lekarza UB z Katowic - Iwańskiego. Kiedy żołnierze zasnęli w stodole, jeden z UB-eków, Władysław Ossowski (nazwisko znane jest z relacji nawróconego funkcjonariusza Urzędu Bezpieczeństwa, Jana Zielińskiego) fińskim nożem zabił wartownika. Tutaj relacje się rozmijają. Według jednej wersji, do stodoły, gdzie wcześniej ukryto bańki z benzyną, wrzucono kilka granatów ręcznych. Według innej relacji wysadzono ją 5-6 minami przeciwczołgowymi. Druga wersja jest bardziej prawdopodobna, bo zgadza się z relacjami o potężnej eksplozji słyszanej we wsi.
    Prawdopodobnie część żołnierzy Bartka przeżyło wybuch i została dobita przez UB-eków. Do akcji sprowadzono z Katowic 70 najbardziej zaufanych funkcjonariuszy. Pomagać im miało około 40 Rosjan. O ich udziale w akcji nie ma śladu w dokumentach, lecz mieli oni swoim doświadczeniem poradzić sobie z zatarciem śladów mordu, z czego wywiązali się wzorowo.
    Stodoła, a raczej to co z niej zostało, została oblana benzyną i podpalona. Płomienie zniszczyły większość śladów, a to co pozostało prawdopodobnie wrzucono do jednego z miejscowych stawów.
    BARTEK
    Dowódca oddziału uniknął masakry. Nie wyruszył w pierwszych transportach na zachód. Od Andrzeja Bujaka, który twierdził, że jako jedyny uratował się z masakry na hubertowskiej polanie, Bartek dowiedział się o tragedii i zrekonstruował trasę transportu. Bartek zjawił się na Hubertusie w 1947 r., kilka miesięcy po masakrze. Wraz z miejscowym leśniczym, który również pochodził z Wisły, odwiedził miejsce zbrodni.
    Zarówno Bartek jak i jego ludzie skorzystali z amnestii ogłoszonej przez władzę ludową w lutym 1947 roku. Dowódca partyzantów mógł żyć jak zwykły człowiek i nie był niepokojony przez funkcjonariuszy. Musiał za to stawić czoła gorszemu losowi. Każdego dnia napotykał rodziny zabitych towarzyszy i musiał odpowiadać na pytania, co się z nimi stało.
    1 grudnia 1947 roku funkcjonariusz Milicji Obywatelskiej, Rudolf Dadak, zastrzelił Bartka w gospodzie w Skoczowie. Stało się to, gdy milicjant był już po służbie. Oficjalnie była to jego samowola, lecz zabójca nigdy nie odpowiedział za swój czyn.
    Główny wykonawca planu likwidacji ludzi Barka, Henryk Wendrowski vel kapitan Lawina twierdził po latach, że sądził, że akcja ma na celu tylko aresztowanie żołnierzy. W PRL-u Wendrowski zrobił błyskawiczną karierę. W latach 1968-73 pełnił funkcję ambasadora Polski w Kopenhadze. Zmarł w 1997 roku.
    Szacuje się, że podczas masowych mordów na Opolszczyźnie i Dolnym Śląsku zginęło około 200 żołnierzy Bartka.

    ROMUALD KUBIK, PIOTR SMYKAŁA
  • berncik 12.10.12, 19:53
    http://opolskie.regiopedia.pl/sites/default/files/imagecache/width630px/photos/kamien_slaski_-_zamek.jpg
    http://www.kamienslaski.pl/cms/php/pobierz.php3?cms=cms_kamsl&id_zal=86&id_dok=25
    Saga rodu Strachwitzów - w listopadzie 2002 r. w Kamieniu Śląskim został pochowany ostatni właściciel zamku i dóbr kamieńskich - Hyacinth Graf Strachwitz. Był synem „Panzergrafa”. Nosił imię ojca.
    Pierwsze wzmianki, które znaleźć można o Strachwitzach dotyczą ich waleczności w bitwie z Tatarami pod Legnicą z 1241 roku.
    Jedna z wersji mówi, że nazwa rodu jest pochodzenia morawskiego i odnosi się do dwóch słów „strachu nic”.
    Nazwisko najprawdopodobniej nadał któryś z władców giermkowi, który według przekazów uratował swojego pana przed napaścią dwóch dużych dzików.
    Król Fryderyk Wielki po zdobyciu Nysy w roku 1741, w czasie pierwszej wojny śląskiej, wyniósł natomiast ród do stanu hrabiów, za dostarczanie prowiantu dla armii pruskiej.
    Ród Strachwitzów był mocno rozgałęziony na Dolnym i Górnym Śląsku. Na dzisiejszym Śląsku Opolskim posiadali majątki w powiecie strzeleckim, koło Olesna oraz Kluczborka. Byli właścicielami m.in. pałaców w Szymiszowie i Izbicku oraz zamku w Kamieniu Śląskim.
    Na przestrzeni wieków wielu Strachwitzów było dobrze postawionymi urzędnikami, kapłanami lub zajmowało wysokie stanowiska w armii.
    Urodzony w 1721 roku Johann Maurycy von Strachwitz, był biskupem pomocniczym i wikariuszem generalnym pruskiej diecezji wrocławskiej.
    Urodzony w 1719 roku Ernst Joachim Graf Strachwitz, był natomiast proboszczem parafii św. Wawrzyńca w Strzelcach.
    Ówcześni mieszkańcy zapamiętali go jako pracowitego księdza, który dbał o kościelny dobytek. W kościele Bożego Ciała wybudował np. małą barokową wieżyczkę, wyremontował zakrystię, zakupił nowe organy, powiększył plebanię, zbudował stodołę, chlew i studnię.
    Biskup, który odwiedził pewnego dnia proboszcza Ernsta Strachwitza tak opisał jego pracę: „...nawet podróżuje w czerni, prowadzi budujący styl życia, ma talent do kazań i cieszy się poważaniem wiernych, tak że o ile zdobędzie jeszcze więcej doświadczenia zasłuży sobie na awans”.
    Po śmierci proboszcza zastąpił go Franz Georg Graf - również z rodu Strachwitzów.
    Wiadomo, że nie miał łatwego początku, bo w 1754 roku, gdy dopiero objął tą funkcję w mieście wybuchł pożar. Ogień strawił część kościoła, ale księdzu Franzowi udało się odbudować świątynię.
    Z hrabią Colonną, który władał miejscowymi ziemiami łączyły proboszcza bardzo dobre stosunki. Budziło to podziw wśród mieszkańców, bo wcześniej strzeleccy księża kłócili się z panami miasta niemal o wszystko.
    Jednak to przyjacielskie życie zostało zakłócone pewnym wydarzeniem, które skończyło się tragiczne dla księdza i hrabiego Colonny. Z początkiem 1760 roku, gdy Strzelce znajdowały się jeszcze w rękach Austriaków ksiądz wyprawił na plebanii przyjacielskie spotkanie. Był na nim hrabia i austryiaccy oficerowie.
    W pewnym momencie do miasta wkroczyli pruscy husarzy. Oficerowie słysząc strzały zorientowali się, co się stało. Początkowo, razem z hrabią chcieli uciekać przed wojskiem przez miasto. Ale na to było już za późno.
    Proboszcz von Strachwitz zaprowadził ich skrótem do małej furtki w murach miejskich i tam ich wypuścił. W ten sposób oficerowie austriaccy i hrabia uniknęli wzięcia do niewoli.
    Lojalność proboszcza wobec Austriaków bardzo nie spodobała się Królowi Pruskiemu. O zdradzieckim działaniu księdza dowiedział się od radcy podatkowego Egera w Brzegu (Brieg).
    W pewien lutowy dzień 1760 roku proboszcz Franz Georg von Strachwitz i hrabia Colonna zostali aresztowani i pod obstawą pruskich żołnierzy doprowadzeni do twierdzy brzeskiej.
    Proboszcz nie wytrzymał życia w zamknięciu. Zmarł 20 kwietnia 1760 roku w twierdzy brzeskiej, gdzie został później pochowany.
    Hrabia w areszcie nie miał natomiast najgorzej. Na utrzymanie siebie i swojej świty płacił dziennie 8-12 kwartów (1 kwarta to nieco ponad 1 litr) dobrego wina węgierskiego. Został wypuszczony po 14 miesiącach. Ale nigdy nie zobaczył już swoich dóbr i zamku. Hrabia zmarł 6 maja 1761 roku. Pochowano go w kościele kapucynów.
    W listopadzie 2002 r. w Kamieniu Śląskim został pochowany ostatni właściciel zamku i dóbr kamieńskich Hyacinth Graf Strachwitz (nosił takie same imię), był synem „Panzergrafa”.
    Na nim skończyła się pewna część historii Kamienia Śląskiego. Został tłumnie pożegnany przez rodzinę i mieszkańców, a jego ciało zostało złożone, jak sam chciał w krypcie rodzinnej. W nagłówkach gazet pisano że „Graf wrócił do domu”.
    Dziś Strachwitzowie żyją w Niemczech i w innych częściach świata.
    Do 1945 r. byli właścicielami wielu majątków na Śląsku. Po wejściu wojsk sowieckich na Śląsk przedstawiciele tego rodu uciekli na Zachód pozostawiając swoje majątki. Posiadłości po nich, jak i innych rodów przejęło państwo. Niektórzy dziś przyjeżdżają w odwiedziny na Śląsk. Między innymi córka ostatniego właściciela wsi Izbicko - Margrit Gräfin Strachwitz. To właśnie dzięki niej możemy poznać wiele szczegółów z historii rodziny.
    Radosław Dimitrow, nto
    Tekst powstał we współpracy z Piotrem Smykałą, znawcą lokalnej historii.
  • berncik 15.10.12, 20:22
    Zomek Strachwicow we Izbicku Dzisiej.
    http://www.kurys.pl/albums/userpics/IMG_5372.JPG
    Zomek w Szymiszowie .Dzisiej dom Starcow.
    http://opolskie.regiopedia.pl/sites/default/files/imagecache/width630px/photos/szymiszow_palac2.jpg
    Najsłynniejszy z rodu Strachwitzów był Hyacinth von Strachwitz, urodzony 30 lipca 1893 roku.
    Po skończeniu gimnazjum wstąpił do elitarnego poczdamskiego pułku Garde du Corpse, w którym zdobył stopień podporucznika. Niedługo po tym wyruszył na front I wojny światowej.
    Zasłynął tym, że podczas patrolu w 1914 roku wraz ze swoimi kawalerzystami, zapędził się tak daleko, że zobaczył panoramę Paryża.
    Jego patrol zyskał sławę, bo jako jedyny dokonał tak dalekiego wypadu na ziemię francuską. Bohaterowie ze Strachwitzem na czele trafili oczywiście do niewoli, a podczas sądu polowego skazano ich na karę śmierci. Później karę zamieniono na więzienie.
    Wyczyn Strachwitza choć nie wpłynął na działania wojenne był ważny dla Niemiec ze względów propagandowych.
    Ciężko chory Strachwitz po zakończeniu wojny powrócił do Kamienia Śląskiego.
    Niedługo po tym jak wydobrzał wybuchło powstanie śląskie, w którym przyszło mu uczestniczyć. Stanął na czele jednego z wolnych korpusów, który walczył pod Górą św. Anny. Jego oddział był posądzany o dopuszczenie się nieuzasadnionych okrucieństw wojennych, dlatego powstańcy w odwecie spalili pałace w Izbicku i Szymiszowie oraz zakłady wapiennicze i dworzec kolejowy w Kamieniu Śląskim i Szymiszowie.
    Ocalał jedynie zamek w Kamieniu Śląskim, który powstańcy zdążyli jednak splądrować. Ostatecznie nie zdecydowali się go podpalić, bo stamtąd pochodził św. Jacek, a miejsce święte trzeba było uszanować.
    W rejonie kamieńskim wioski w czasie walk przechodziły z rąk do rąk - to na polską to na niemiecką stronę. Ostatecznie hrabia von Strachwitz odbił Kamionek i Kamień Śląski. W ostatnim ataku Niemcy użyli przeciw powstańcom pociski artyleryjskie z trującą substancją.
    Po powrocie na zamek kamieński Hyacinth Grafa Strachwitz postanowił ukarać tych, którzy dopuścili się splądrowania zamku.
    Mieszkańcy Kamienia Śląskiego jako sprawców wskazali mieszkańców z Kamionka. Hrabia udał się więc do wsi i na folwarku kazał zwołać wszystkie kobiety z okolicy. Zaczął wypytywać, gdzie są mężowie i synowie. Gdy Graf nie otrzymał odpowiedzi, kazał jednemu z oficerów wszystkie kobiety rozstrzelać. Dzięki Antoniemu Woźnicy, który służył u boku Strachwitza, ostatecznie nie doszło masakry.
    Woźnica mocno i zdecydowanie się sprzeciwił i przekonał Grafa, żeby tego nie robił, gdyż nie ma żadnych wiarygodnych dowodów, że mieszkańcy byli złodziejami. To uratowało kobiety.
    Do dzisiaj nie wiadomo, czy osoby wezwane na folwark kiedykolwiek ukradły coś z hrabiowskich posiadłości.
    Po zakończeniu wojny zarządzał majątkiem w Kamieniu Śląskim aż do wybuchu II wojny światowej. W 1939 r. wstąpił do dywizji pancernej biorąc udział w kampanii przeciwko Polsce, Francji i Związkowi Radzieckiemu. Sławę zdobył jako „czołgowy jeździec” pod Stalingradem.
    22 sierpnia 1942r., po szaleńczym rajdzie przed zachodem słońca na czele batalionu był pierwszym oficerem, który dotarł do brzegu Wołgi w okolicy Rynoka na północy Stalingradu. Do 1945r. walczył na froncie wschodnim, odnosząc ciężkie rany. Po wojnie osiadł w Niemczech w Bawarii.
    „Panzergraf”, bo tak go nazywano, zmarł w roku 1968 w Grafem-Aschau w Bawarii. Jako generał brygady został pochowany z honorami wojskowymi.
  • berncik 18.10.12, 19:39
    http://www.polskaniezwykla.pl/pictures/original/269664.jpg
    Święty tonących
    Gdy spaceruje się po Wiecznym Mieście i dojdzie do Placu św. Piotra, nad kolumnadą okalającą plac można zauważyć małe postacie. Dopiero kiedy wejdzie się na górę, okazują się one gigantycznymi figurami przedstawiającymi 140 świętych kościoła katolickiego. Zostały umieszczone tutaj w I połowie XVII wieku. Wśród 140 świętych znalazł się tylko jeden Polak - Jacek Odrowąż, urodzony w Kamieniu Śląskim.
    TAK ŻYŁ...
    Zapisanie się w dziejach kościoła było dla Jacka niemal przeznaczone. Urodził się w szlacheckiej rodzinie Odrowążów, bardzo majętnej i z licznymi koneksjami w hierarchii kościelnej. Na chrzcie otrzymał imię Jan, co zapisywano jako Iazco, Iacco lub Jazecho. Z czasem utrwaliło się imię Jacek (w wersji łacińskiej Hyacinthus). Najznaczniejszym członkiem rodziny Odrowążów był Iwo, od 1218 roku biskup krakowski. Była to postać o szerokich horyzontach i wyedukowana na uniwersytetach w Bolonii i Paryżu. Młody Jacek pod jego skrzydłami rozpoczął naukę w szkole katedralnej w Krakowie (gdzie słuchał wykładów Wincentego Kadłubka), a następnie ukończył te same uniwersytety, co jego wuj.
    Po objęciu biskupstwa Iwo Odrowąż wyruszył do Rzymu, zabierając ze sobą m.in. krewnych - Jacka i Czesława. Cel podróży był bardzo konkretny. Przyjacielem biskupa był kardynał Hugolion, który w 1227 roku wybrany został na głowę kościoła i przybrał imię Grzegorza IX. Do historii przeszedł jako postać bezkompromisowa, która nie lękała się nawet ekskomunikować cesarza Fryderyk II. Był też gorącym protektorem nowo powstałych zakonów - franciszkańskiego i dominikańskiego.
    Młodzi ludzie wybrali się w daleką podróż, by wstąpić do dominikanów i sprowadzić ten zakon do Polski. Po krótkim nowicjacie przywdziali z rąk założyciela zakonu habity. Święty Dominik wkrótce zmarł, a polska grupa była ostatnią, jaką osobiście wprowadził w świat dominikanów. Jego następca - Jordan z Saksonii wysłał w następnym roku (1222) Jacka i Czesława do Polski, dając do pomocy kilku zakonnych braci.
    W Krakowie otrzymali do dyspozycji od biskupa kościół parafialny pw. św Trójcy, a jednocześnie rozpoczęto budowę pierwszego na ziemiach polskich klasztoru dominikańskiego. Został erygowany 12 marca 1223 roku, lecz budowla spłonęła w 1225 roku. Jacek, zostawszy przeorem krakowskim, założył studium zakonne, z którego wychodzili dominikańscy misjonarze udający się w głąb Polski, a także do Czech, Moraw, na Śląsk, Pomorze, Mazowsze i na Ruś
    Sam Jacek nie zagrzał zbyt długo miejsca w Krakowie. W 1228 roku ruszył w podróż misyjną na Ruś. Wędrując z kupieckimi karawanami, głosił Słowo Boże w Łuku i Żytomierzu. W końcu dotarł do stolicy Rusi - Kijowa, gdzie przy pobenedyktyńskim kościele Najświętszej Marii Panny powołał dominikański klasztor misyjny. Znajdował się w katolickiej kolonii kupieckiej.
    W tym czasie Jacek Odrowąż wybrał się do Gdańska, gdzie w 1230 roku, za zgodą księcia Świętopełka, założył istniejący do dziś klasztor przy kościele św. Mikołaja. Zainicjował też klasztory w Kamieniu Pomorskim (1228), Chełmie, Elblągu, Toruniu, a także w Rydze, Dorpacie i Królewcu. W roku 1238 św. Jacek ufundował klasztor w Haliczu. W tym samym roku wybrał się do Gniezna, by promować misję krzyżacką w Prusach. Starania Jacka dały dobry rezultat, co później okazało się dla Rzeczypospolitej ogromnym problemem.
    Misja w Kijowie trwała z powodzeniem do roku 1233, kiedy to naraził się księciu Włodzimierzowi. Dominikanie przenieśli się do Halicza, gdzie znaleźli poparcie księcia Daniela i założyli nowy klasztor. Nie dane im było jednak zaznać spokoju. Zderzyli się z historią, a dokładniej z falą tatarską, która zalała środkową Europę w latach 1240-41.
    Legenda mówi, że gdy w 1240 roku Tatarzy atakowali Kijów, Jacek Odrowąż odprawiał mszę świętą. Uciekając z płonącego miasta, zabrał ze sobą monstrancję. Wtedy znajdująca się tam figura Matki Boskiej przemówiła do Jacka, prosząc, by oprócz Syna zabrał także Matkę, i obiecała, że kamienna rzeźba straci całkowicie swój ciężar. Figura stała się niewiarygodnie lekka i pozostała taka, aż dotarła z nim do Krakowa. Obecnie znajduje się w krakowskim kościele Św. Trójcy i nazwana jest Matką Boską Jackową.
    Jacek Odrowąż zmarł w dzień Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny - 15 sierpnia 1257 roku. Pochowano go w kościele Św. Trójcy w Krakowie, a jego grób otoczono powszechną czcią, uznawszy go za miejsce cudowne. Marmurowy sarkofag ozdobiono złotem. Dawną celę zamieniono na kaplicę.
    Już w 1427 roku papież Marcin V zezwolił na kult Jacka w prowincji polskiej. Dzięki staraniom późniejszych władców Polski (Stefana Batorego, Zygmunta III Wazy) papież Klemens VIII (1592-1605) zaliczył Jacka - w roku 1594 - w poczet świętych.
    KULT W KAMIENIU
    W 1701 roku, Maria Magdalena z rodu von Larisch, zbudowała, w pałacu w Kamieniu Śląskim, wybudowanym w miejscu dawnego zamku Odrowążów, kaplicę, poświęconą św. Jackowi. Pięć figur św. Jacka znajduje się w różnych miejscach w Kamieniu Śląskim (m.in. w kościele, zamkowej kaplicy i na klasztorze). Błogosławieni rodu Odrowążów - Bronisława i Czesław - także zostali uwiecznieni przez rzeźbiarzy w kamieńskiej świątyni.
    ŻYJE W LEGENDACH
    Ze świętym wiąże się wiele legend. Według jednej z nich, podczas głodu po najazdach tatarskich Jacek miał karmić ubogich pierogami własnego wyrobu. Dlatego przylgnął do niego przydomek „św. Jacek z pierogami”.
    Kolejna opowieść głosi, że za życia Jacka w okolicy Krakowa spadł tak obfity grad, że zniszczył zboże przed żniwami. Lud prosił Jacka o wsparcie i modlitwę do Boga, a następnego ranka zboże na polach się podniosło. Od tego czasu na pamiątkę tego wydarzenia dominikanie święcą i rozdają kłosy pszenicy przy ołtarzu św. Jacka Odrowąża.

    Jeszcze inna legenda opowiada o tym, jak to Jacek doszedł wraz z braćmi Godynem, Florianem oraz Benedyktem pod Wyszogród nad Wisłę, która na wiosnę wylała. Pomodlił się, rzucił swój płaszcz na wodę i po nim jak po moście dostał się na drugi brzeg. Z tego też powodu uważany jest za świętego czuwającego nad ludźmi zagrożonymi utonięciem.
    Jego kult stał się powszechny w kościele - zwłaszcza w Polsce, Czechach i obu Amerykach. Wspomnienie liturgiczne obchodzone jest obecnie 17 sierpnia z uwagi na przypadające 15 sierpnia w kościele katolickim Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny.
    Imieniem Św. Jacka nazwano kilka lat temu gimnazjum w Izbicku. Mottem placówki stały się słowa świętego: Robienie rzeczy niemożliwych jest możliwe, potrzebna jest jedynie wiara.
    ROMUALD KUBIK, RYSZARD MORAWIEC
  • berncik 23.10.12, 18:43
    http://www.strzelecopolski.pl/files/images/7199_6135.jpg
    Dom Rodzinny Josefa Noconia
    http://www.suchelany.com/zdjecia/nocdomro.jpg
    Kuznia Noconia:
    http://gazetylokalne.pl/system/11/articles/000/001/898/photos/big.jpg?1299757413
    Josef Nocon urodził się 18 lutego 1908 roku w rodzinie kowala na Suchych Łanach, jako jeden z sześciorga rodzeństwa. Jego rodzicami byli Amelia i Vincenty Nocon. Był to czas, gdy ziemia strzelecka należała do Cesarstwa Niemieckiego i wydaje się, że przyszły misjonarz do końca życia czuł się Niemcem.
    Pierwsze nauki pobierał w miejscowej szkole podstawowej, w rodzinnej kuźni przyuczał się do zawodu kowala. Praca w metalu nie była jednak jego powołaniem. Szybko podjął decyzję o wstąpieniu do stanu duchownego. W 1923 roku, kiedy miał zaledwie 15 lat, zapukał do bram Zgromadzenia Ojców Werbistów w Nysie. Uczynił to wbrew woli ojca.
    Josef Nocon przebywał w Domu Misyjnym, gdzie uczył się w gimnazjum i liceum. Naukę ułatwiało mu wielkie zamiłowanie do czytania książek. W 1931 roku wstąpił do nowicjatu Księży Werbistów w Domu Misyjnym św. Gabriela w Mödling koło Wiednia w Austrii. Seminarium rozpoczął w roku 1932, rok później złożył pierwsze śluby zakonne, a 19 sierpnia 1937 roku przyjął święcenia kapłańskie. Mszę prymicyjną odprawił w rodzinnej parafii św. Wawrzyńca w Strzelcach Wielkich w 1938 roku.
    PAŃSTWO ŚRODKA, PAŃSTWO WSCHODZĄCEGO SŁOŃCA
    Do Chin trafił jeszcze tego samego roku. Wraz z innymi księżmi katolickimi wyruszył do kraju, w którym rozpoczęła się właśnie krwawa wojna z Japonią. Podczas konfliktu, który trwał aż do zakończenia II wojny światowej, zginęło 20 milionów Chińczyków, z czego 17,5 miliona było cywilami. Mimo to Josef Nocon i inni księża wytrwali na swoich parafiach. Wypędziła ich dopiero rewolucja komunistyczna.
    W Chinach o władzę walczyły dwie siły. Armia rządowa - Kuomintang i komuniści pod wodzą Mao Zedonga. Walki trwały już od roku 1927. Podczas wojny z Japonią obie siły włączyły się do walki z okupantem niezależnie, lecz kiedy tylko Japonia przegrała wojnę, Kuomintang i komuniści znów wzięli się za łby. Kuomintang, pod wodzą Czang Kaj-szeka, wojnę domową przegrała w 1950 roku. Spora część jego zwolenników przeniosła się na Tajwan. Chiny musieli opuścić też katoliccy księża, uznani za „agentów Watykanu”.
    Do Japonii przedostali się częściowo przy pomocy fortelu. Podali się za lekarzy. Na pokładzie transportowca amerykańskiej armii USS General W. H. Gordon. Był to ostatni rejs, który z Chin ewakuował uchodźców do Japonii. Oprócz misjonarzy, w tym księdza Nocona, wypłynął nim także konsul USA w Szanghaju, ostatni dyplomata wolnego świata, opuszczający Chiny.
    Przybycie do Japonii wiązało się przede wszystkim z nauką zupełnie nowego języka. Początkowo Josef Nocon przebywał w Tajimi i Gifu. W maju 1951 roku podjął pracę jako pomocnik kapłana w kościele biskupa katolickiego w Niigata. Pięć lat później został głównym kapłanem w mieście Shibata. Równocześnie prowadził przedszkole św. Marii i szkołę krawiectwa św. Marii. W latach 1960-1963 był przełożonym prowincjonalnym w Japońskiej Prowincji Księży Werbistów w Nagoya.
    Od 1963 roku do końca życia pracował w Shibata. Tutaj, za jego wstawiennictwem, wybudowano kościół, który stoi do dziś. Oprócz pracy ewangelickiej uczył języka niemieckiego w kolegium i uniwersytecie Niigata. Ks. Josef Nocon bardzo wiele zrobił dla umocnienia przyjaźni i stosunków japońsko-niemieckich. W 1974 roku został mianowany doradcą spółki Japońsko-Niemieckiej Niigata.

    Szczególną opieką otaczał dzieci, dla których wybudował przedszkole. W 1983 roku za wielkie zasługi, jakich dokonał na ziemi japońskiej, cesarz Hirohito odznaczył go orderem „Wschodzącego Słońca” (Kyokujitsu-shō). Jest to jedno z najważniejszych odznaczeń przyznawanych w Japonii. Wyższe to jedynie Order Chryzantemy i Order Kwiatu Paulowni.
    Josef Nocon z powodu utraty zdrowia 3 listopada 1985 roku przeszedł na emeryturę. Mimo to, zawsze był dostępny i na jego pomoc każdy mógł liczyć.
    Nie doczekał jednak 50. rocznicy wstąpienia w stan kapłański. 30 czerwca 1987 roku, w czasie wizyty u biskupa diecezji Niigata, dostał zawału serca, zmarł w szpitalu Misono. Miał 79 lat. Spoczął wśród miejscowych, których kochał i uczył przez ponad 30 lat. Wdzięczni mieszkańcy, za to co dla nich zrobił, wystawili mu pomnik. Po śmierci ojca Josefa Noconia jeden z jego uczniów - prof. dr n. med. Keniti Kozima napisał do rodziny, że „zmarły misjonarz był dla niego jak ojciec”.

  • berncik 26.10.12, 21:44

    Strona główna > Historia > Historia Małych Ojczyzn > Kowale w Wielkich Strzelcach
    HISTORIA MAŁYCH OJCZYZN
    Kowale w Wielkich Strzelcach
    Piotr Smykała, Romuald Kubik,
    Kowalstwo było jednym z najstarszych i najbardziej poważanych zawodów wykonywanych przez człowieka. Bez metalowych narzędzi i broni niemożliwy byłby rozwój naszej cywilizacji. Przez wieki kowal był otoczony mgiełką tajemnicy. Człowiek, który z grudy ziemi potrafił stworzyć miecz lub podkowę, był w społeczeństwach pierwotnych niemal magiem. Wraz z rozwojem cywilizacji magiczna moc kowali przyblakła, lecz nadal były to niezwykle ważne w każdej społeczności osoby.
    Kowale w Wielkich Strzelcach
    Cech kowali
    Powstał on w Strzelcach stosunkowo późno, bo dopiero w 1609 roku. Napisany został w języku polskim i czeskim. Cech kowali zrzeszał także zawody pokrewne – ślusarzy i rusznikarzy. Los dokumentu, na którym spisano prawo cechowe, wskazuje, że kowale może byli i dobrymi fachowcami, ale porządek to nie za bardzo lubili utrzymywać.

    W 1675 roku w siedzibie cechu stolarzy odkryto zniszczony dokument. Był zaniedbany i wyblakły. Logicznie rzecz biorąc stolarze uznali, że to ich dokument cechowy. Przy bliższych oględzinach okazało się jednak, że jest to spis praw cechowych kowali. Wypłynęło to dopiero, kiedy rada miasta zażądała od stolarzy tego dokumentu, by zatwierdzić jego artykuły.
    Pieczęć cechu miała w tarczy podkowę barkiem do góry, a poniżej skrzyżowany ze sobą pistolet skałkowy i klucz. Po bokach inicjały „I – S” – zapewne ówczesnego mistrza cechu. Na obwodzie znajdował się napis przedzielającymi gwiazdkami: SIGIL D SMID SLOSER STRL. Pieczęć pochodziła z końca XVI w. Wyryty wizerunek oraz napisy zostały wykonane bardzo nieudolnie, co może świadczyć o słabych umiejętnościach rytownika (D. Tomczyk, Pieczęcie górnośląskich cechów rzemieślniczych z XV-XVIII wieku i ich znaczenie historyczne).
    Przyjęcie do cechu kowali nie było prostą sprawą. Status wyraźnie ograniczał ilość rzemieślników w mieście. Kowal musiał pochodzić z prawego łoża. Uczeń, aby być przyjętym, musiał wkupić się opłatą 1 talara i 24 groszy. Dodatkowo musiał dostarczyć do cechu dwa funty wosku i pół achtela piwa (około 70 litrów). Zwolnieni z opłat byli tylko krewni mistrza, co promowało przechodzenie fachu z pokolenia na pokolenie w tej samej rodzinie.
    Czeladnik musiał uczęszczać w niedziele i święta na msze święte. Gdyby udowodniono mu nieobecność na mszy – musiał zapłacić karę w wysokości 2 białych groszy. Wstawać musiał o 3 rano i pracować do godziny 19-tej. Potem mógł pracować dla siebie, ale tylko do kolacji, po której miał zakaz trudzenia się. Pierwotne zapisy w statusie cechu kowali z biegiem lat ulegały poważnym zmianom.
    W 1927 roku w Strzelcach Wielkich istniały dwie kuźnie. Znajdowały się przy dzisiejszej ulicy Marka Prawego. Pierwsza należała do Philippa Donatha, druga do Franza Grzeschitzy. Istniały także trzy warsztaty ślusarskie. Jeden z nich należał do Theodora Galgana przy ulicy Krakowskiej, drugi do Wilhelma Retta przy ulicy Powstańców Śląskich, a trzeci – do wdowy Nimsch przy ulicy Jordanowskiej (Gartenstrasse) (1927 Adresbuch / Einwohnerbuch, Kreis Gross Strehlitz O/S, str. 38)
    W 1943 roku w mieście były trzy kuźnie. Na obecnej ulicy Marka Prawego kowalem był Georg Donath. W dzielnicy Suche Łany przy ulicy Kozielskiej znajdowały się dwie kuźnie – prowadzili je Johann Mrohs i Vinzent Notzon. W mieście znajdowały się też trzy warsztaty ślusarskie – Galgan Theodor (ul. Marka Prawego), Rett Wilhelm (ul. Powstańców Śląskich) i Schwitulla Franz (ul. Krakowska) (Einwohnerbuch für die Stadt und den Kreis Gross Strehlitz O/S, 1943, str. 51).
    16 pokoleń
    Przez wieki kowalstwem parała się w Strzelcach rodzina Mrohs. Tradycję kontynuowano w tej rodzinie przez 16 pokoleń. Pierwsza kuźnia Mrohsów powstała w Strzelcach w 1609 roku, a więc równocześnie z założeniem cechu kowali. Bardzo prawdopodobne, że to właśnie oni są założycielami cechu. Nie jest powiedziane, że kowali wcześniej w mieście nie było, ale mogli działać bez uregulowań prawnych. W 1662 roku jako starszy cechowy wymieniony jest Johann Mrohs. Gdzie miał kuźnię, nie udało się ustalić. Być może pierwotnie kuźnia znajdowała się w obrębie murów miasta. Jednak w wyniku zagrożenia pożarowego i hałasu zastała założona blisko miasta na Suchych Łanach, gdzie od wielu pokoleń Mrohsowie trudnili się kowalstwem.
    W mieście pracował też inny kowal. Paul Mrohs (zmarł 3 lutego 1928 roku w wieku 46 lat) nie posiadał swojego zakładu i nie był tu zameldowany. Jak podaje Księga zmarłych parafii św. Wawrzyńca – pochodził z innej miejscowości i tam został pochowany. Wynikałoby z tego, że nie był spokrewniony z Mrohsami strzeleckimi.
    Johann Mrohs, potomek wielowiekowej rodziny kowali wraz z innymi mieszkańcami Strzelec został w 1945 roku internowany na wschód, gdzie zginął. Miał 55 lat. W 1948 roku powrócił z niewoli jego syn, Georg, który odziedziczył kuźnię. Podczas weryfikacji miejscowej ludności w 1945 roku zmieniono mu imię na Jerzy Mróz. Pracował w kuźni do roku 1980, kiedy to przekazał ją swemu synowi – Janowi – ostatniej osobie z rodu parającej się tym zawodem.
    Jerzy Mróz pracował w kuźni do ostatnich dni życia. Zmarł w 1987 roku. Jego syn, Jan, zapadł na ciężką chorobę. Zamknął kuźnię w 1988 roku i przeprowadził się do Niemiec. Zmarł w Niedzielę Wielkanocną 2006 roku.
    Po zamknięciu zakładu jego matka, urodzona w 1919 roku, Agdnes Mrohs, napisała w języku niemieckim wiersz opisujący 350-lecie kowalstwa w rodzinie. Nie jest to wybitne dzieło, ale ukazuje przywiązanie do rodzinnej tradycji i żal po zamknięciu kuźni.
    Dziś w miejscu kuźni Mrohsów znajduje się zakład nie związany z kowalstwem.
    Pozostali kowale
    Druga kuźnia znajdowała koło kapliczki przy dzisiejszej ulicy Kozielskiej na Suchych Łanach. Założył ją mistrz kowalski Vincenty Nocon (urodzony 3 kwietnia 1882 roku w Słupsku koło Toszka) na początku XX w. Mistrz kowalski ożenił się 23 czerwca 1906 roku z zapoznaną na zamku sławięcickim służącą Amelią Titz. Po ślubie zamieszkali na Suchych Łanach w folwarku, gdzie dostał pracę w charakterze pomocnika kowala. Egzamin na mistrza kowalskiego zdał 4 maja 1908 roku pod nadzorem komisji egzaminacyjnej złożonej z przewodniczącego Wustmanna i członków Schotki, Mrohsa, Roberta Wloki i Philippa Donatha. Około 1909 roku obok stojącej kapliczki wybudował dom i kuźnię.
    Vincenty Nocon nie miał szczęścia do następcy. Jego najstarszy syn Josef (ur. 1908 – zm. 1987 w Japonii) uczył się kowalstwa tylko przez rok i poszedł za głosem powołania do służby Bożej. Wstąpił do Zgromadzenia Ojców Werbistów. Drugi syn Georg (ur. 1909 – zm. w Niemczech) także nie został kowalem, lecz podjął zawodową służbę w wojsku. Po 1945 roku pozostał na stałe w Niemczech. W 1951 roku Vincenty przeszedł na emeryturę, ale nadal pomagał w kuźni. Zmarł 27 października 1957 roku w wieku 75 lat. Kuźnię ostatecznie przejął jeden z jego uczniów Franz (po weryfikacji zmieniono mu imię na Franciszek) Wieczorek, który ożenił się w 1951 roku z najmłodszą córką Vincentego Noconia – Margerethe (Małgorzata) Nocon urodzoną 27 grudnia 1922 roku.
    Ostatni właściciel tej kuźni zmarł 7 lipca 1987 roku w wieku 71 lat. Od tego momentu kuźnia zaprzestała pracy i została zamknięta. Obecnie budynek służy do celów gospodarczych.
    Świat się zmienił. Nie ma już setek koni wymagających podkucia. Noże i narzędzia (niestety przeważnie Made in China) kupuje się w sklepach. Kowale jednak przeżywają swój renesans. Coraz popularniejsze jest kowalskie rękodzielo.
  • berncik 31.10.12, 17:13
    http://www.strzelecopolski.pl/files/images/7199_6136.jpg
    Franz Cedzich przyszedł na świat 25 września 1911 roku w Dolnej. Jego rodzicami byli Stanislaw (8 maja 1875 - 12 lutego 1965) i Anna z d. Roźetz (pisana też Roźec, 5 października 1883 - 7 czerwca 1938). Ojciec był rolnikiem i murarzem. Franz był czwartym wśród dziewięciorga rodzeństwa. W domu rodzinnym mówiono po niemiecku i śląsku. Wszyscy członkowie rodziny byli gorliwymi katolikami.

    Także młody Franz wyróżniał się żarliwą wiarą i zamiłowaniem do nauki. Ówczesny proboszcz parafii Dolna ks. Karl Böhm (1872-1940) przyjął go do grona ministrantów, a później przygotował do egzaminu w szkole średniej i wspierał finansowo. Pod jego okiem Franz pilnie uczył się niemieckiego, łaciny, matematyki, historii i innych przedmiotów. Podczas trudnych lat I wojny światowej, powstania śląskiego i plebiscytu mieszkał na plebanii.

    Od dzieciństwa rodzice przygotowywali go do stanu duchownego. Już sam wybór imienia nie był przypadkowy. Nazwano go Franciszkiem na cześć św. Franciszka z Asyżu. Ojciec przyszłego biskupa wybrał się w 1924 roku do Domu Misyjnego św. Krzyża w Nysie z prośbą o przyjęcie syna do tamtejszego gimnazjum Księży Werbistów. Przyjęto go, gdy nie miał jeszcze 13 lat. Tam przebył dalszą drogę nauki, aż do egzaminu dojrzałości w 1931 roku.

    Tego samego roku rozpoczął nowicjat Domu Misyjnego św. Gabriela w Mödling koło Wiednia oraz studia filozoficzno-teologiczne. Szkoła misyjna była słynna na całą Europę.

    Młody Franz Cedzich nie tryskał zdrowiem, co omal nie przeszkodziło w jego misyjnych planach. Rada prowincjonalna dopuściła go jednak do ślubów pod warunkiem, że o siebie zadba. Święcenia kapłańskie otrzymał 19 sierpnia 1937 roku z rąk ks. kardynała Teodora Innitzera. Dla mieszkańców Dolnej było to wielkie święto, gdyż było to pierwszy kapłan wyświęcony z tej parafii. Wraz z nim święcenia przyjął przyszły misjonarz w Chinach i Japonii - ks. Josef Nocon. Wspólna nauka i wejście w stan kapłaństwa umocniła ich przyjaźń do końca życia. Mimo że powołanie rzuciło ich na przeciwległe strony globu, korespondowali ze sobą, kiedy tylko mogli.

    Jeszcze przez rok Franz Cedzich kontynuował studia teologiczne. Mszę prymicyjną miał odprawić w rodzinnej wsi. Radość przyćmił jednak wypadek matki, która podczas przygotowań do święta nieszczęśliwie upadła i trafiła do strzeleckiego szpitala. Syn, przynaglony telegramem, przybył do łoża śmierci matki 31 maja 1938 roku, gdzie przebywał aż do jej ostatnich godzin. Zmarła 7 czerwca 1938 roku w wieku 54 lat. Młody ksiądz zamiast swej mszy prymicyjnej, 10 czerwca odprawił mszę pogrzebową matki. Do końca życia zdjęcie matki nosił w brewiarzu i stawiał na biurku.

    Msza prymicyjna jednak się odbyła. Stało się to prawdopodobnie podczas chrztu, jaki dawał Heinrichowi Emilowi Szczerbinskiemu, mieszkańcowi Dolnej, 22 czerwca 1938 roku.

    Podczas studiów w Wiedniu między Franzem Cedzichem a nowym proboszczem parafii w Dolnej, ks. Netterem, wyniknął spór. Ks. Netter był negatywnie nastawiony do rodziny Cedzichów. Powodem były pieniądze, które parafianie z Dolnej oddawali na studia młodego księdza. Sumy te nie dochodziły jednak do seminarium. W końcu sprawą zajął się ówczesny dziekan Karl Lange ze Strzelec, lecz niewiele wskórał.

    Ks. Netter nie zjawił się na mszy prymicyjnej. Specjalnie z Biedrzychowic (Friedersdorf) przyjechał za to ks. Karl Böhm. Wygłosił kazanie po polsku i niemiecku. Zaraz po uroczystościach Franz Cedzich wrócił do Wiednia, a następnie wyjechał na misję.

    AMÉRICA DEL SUR
    „Monte Sarmiento” odpłynął z Hamburga 9 września 1938 roku. Kierował się do Ameryki Południowej, na pokładzie niósł młodego misjonarza, którego przeznaczono do pracy w Argentynie. W czasie podróży pisał listy do rodziny, które wysyłał z każdego portu. Wspominał m.in. że przez kołysanie statku notorycznie zacinał się w czasie golenia, co uświadamiało mu, że nie jest już w rodzinnym domu. Prawie każdego dnia, razem z innymi kapłanami, wczesnym rankiem odprawiał w sali balowej mszę świętą. Do Buenos Aires dopłynął 4 października.

    Na miejscu udzielił chrztu 20 osobom. W czasie zbliżających się świąt Bożego Narodzenia gromadził się z innymi misjonarzami, by śpiewać po niemiecku kolędy. Argentyńczycy nie znali tradycji kolędowania, więc zwyczaj przyprowadzony z Europy był dla nich nowością. Ksiądz Cedzich odprawiał także msze w polskiej kaplicy, wokół której obracało się życie duchowe emigrantów.

    Pierwsze miesiące poświęcone były szlifowaniu języka hiszpańskiego. W 1939 roku ks. Cedzicha wysłano do jego miejsca docelowego - regionu Encarnación w Paragwaju...

    Ciag dalszy>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>
  • berncik 31.10.12, 17:30
    PAŃSTWO GROBÓW
    Ksiądz Franz Cedzich został skierowany do pracy misyjnej w Paragwaju. Historia tego państwa jest równie fascynująca co nieprawdopodobna. Dawna kolonia hiszpańska, wicekrólestwo La Platy, wybiła się na niepodległość na wieść o zajęciu przez Napoleona Hiszpanii. Wkrótce z nowego organizmu odseparował się Paragwaj, co przypieczętowała bitwa nad rzeką Paraguarí. Kraj rządzony w sposób dyktatorski odizolował się od świata zewnętrznego. Przywódca, José Gaspar Rodríguez de Francia, nakazał całkowitą samowystarczalność. Zakazał importowania towarów, technologii a nawet korespondencji z resztą świata. Zakazał także wydawania prasy.


    W 1865 roku wybuchła wojna paragwajska, zwana także wojną potrójnego sojuszu. Przeciwnikami były Brazylia, Argentyna i Urugwaj. Konflikt, który trwał 5 lat, był dla Paragwaju trudną do wyobrażenia katastrofą. Państwo straciło większość swojego terytorium. Tragiczniejsze były jednak straty w ludziach. W walkach zginęło około 90% dorosłych mężczyzn a populacja kraju zmniejszyła się o około 60% (dane te nie są ścisłe i różnią się w źródłach). W niektórych rejonach Paragwaju po wojnie na jednego mężczyznę przypadało ponad 20 kobiet (niekiedy wspomina się nawet o 38). Nietrudno sobie wyobrazić, co się wtedy działo.
    Następne dziesięciolecia stały pod znakiem beznadziei, przewrotów wojskowych, konfliktów z sąsiadami. W latach 30. wygrana krwawa wojna z Boliwią włączyła w granice Paragwaju region Chaco. Konflikt nie przyniósł jednak spodziewanych korzyści, bo na przyłączonych terenach nie znaleziono, jak się spodziewano, ropy.
    Rok 1940 był początkiem nowej dyktatury w Paragwaju. Prezydent Higinio Morínigo zawiesił konstytucję i zakazał działalności partii politycznych. Po krótkiej liberalizacji w 1947 roku doszło znów do przewrotu wojskowego, który wyłonił lidera - najmłodszego generała Ameryki Południowej, z pochodzenia Niemca - Alfredo Stroessnera. Okres jego rządów, który zakończył się dopiero w roku 1989, był odbierany za czasy względnego spokoju. Generał był w miarę tolerancyjny dla opozycji, lecz bezlitośnie zwalczał komunistów (czym zyskał sobie poparcie USA). Na porządku dziennym była jednak korupcja, porwania i morderstwa.

    PIESZO OBOK KONIA
    Ksiądz, przybywając tutaj konno z Argentyny w 1939 roku, natknął się na ogromne ubóstwo ludzi, którzy cechowali się jednak wielką religijnością. W regionie Encarnación, liczącym 30 tysięcy km2 i 40 tysięcy ludzi, posługę kapłańską pełniło tylko 3 księży. Franz Cedzich był czwartym. Jedynym środkiem transportu był koń. Gdy ksiądz z niego spadł, resztę trasy przeszedł pieszo obok czworonoga.

    Od 1940 roku pracował na południowym wschodzie Encarnación w Carmen del Paraná. Mieszkała tu grupa polskich emigrantów, którymi się opiekował. Udzielał też wsparcia emigrantom niemieckim zamieszkałym w Hohenau. W 1946 roku został głównym proboszczem w Encarnación.
    Praca nie polegała tylko na posłudze duchowej. Głównym problemem była nieprawdopodobna bieda ludności. Tłumaczył im, że poprawa losu zależy od ich własnego działania, a u władz państwowych wciąż zabiegał o reformy społeczne. Organizował ruch chłopski i robotniczy. Starał się, by kobiety znajdowały pracę. Rozbudowywał kościoły i parafie. Założył tygodnik parafialny „Orientación”, który później został gazetą diecezjalną. Sprowadził do pomocy 3 siostry zakonne. Przez te lata pieszo, konno lub rowerem, w zabójczym klimacie, przebył 40 tysięcy kilometrów bezdroży. Udzielił 5260 chrztów świętych, a 3650 dzieci przyjęło Pierwszą Komunię. Podczas całego życia przewędrował ponad 100 000 kilometrów.

    BUDOWA KOŚCIOŁA I WOJNA
    Osobną historią była budowa kościoła w Carmen del Paraná. Świątynię pw. Matki Boskiej Częstochowskiej budowano w latach II wojny światowej. Witraże miały być wykonane w Niemczech, lecz kolejowy skład z nimi został zbombardowany w Köln. W 1947 roku rozpoczęto budowę 35-metrowej wieży kościelnej. Świątynia służyła głownie ludności miejscowej, ale była też łącznikiem między dwiema grupami imigrantów - polską i niemiecką. W czasie, kiedy na wszystkich frontach świata te nacje stały po przeciwległych stronach okopów, w Carmen del Paraná uczęszczały do tej samej świątyni. W 1947 roku ksiądz pisał do rodziny, że udzielił ślubu polskiej parze - Piskorskiemu i Burdz.
    Regularna korespondencja z rodziną przynosiła wieści o wojnie i biedzie, jaka po niej nastała. Ksiądz wspomagał ją jak mógł. Zamiast jednak posyłać paczki żywnościowe, wypełniał je cygarami i tabaką, które były towarem poszukiwanym i który łatwo wymienić można było na najpotrzebniejsze rzeczy. Zapomnieć o wojnie pozwalała praca na wyższej uczelni, gdzie nauczał literatury greckiej i łacińskiej. Jednak kolejne informacje z ojczyzny były coraz tragiczniejsze. Na wojnie zginęli bracia kapłana - Anton i Georg oraz jego liczna grupa przyjaciół i znajomych.
    W ARGENTYNIE
    W styczniu 1950 roku, w dowód uznania za dotychczasową pracę, generał księży werbistów mianował o. Cedzicha prowincjonalnym ekonomem południowej prowincji w Argentynie. Z nowych obowiązków wywiązywał się wzorowo, nigdy nie przerzucając ich na barki innych. Wystąpił też z inicjatywą założenia katolickiej agencji prasowej. Pomysł ten, często krytykowany, po latach okazał się wielce trafiony. Podjął się też prowadzenia niższego seminarium duchownego im. Josefa Freinademetza w Coronel Suárez w archidiecezji Bahia Blanca.

    W końcu, w roku 1956, wybrano go głównym przełożonym południowej prowincji w Argentynie. Stanął przed ogromnym problemem braku kapłanów. W regionie służyło 82 ojców i 49 braci misyjnych, w nowicjacie były 22 osoby, zaś w seminarium studiowało 193 alumnów. Pod opieką mieli 200 000 wiernych. Dlatego też w 1958 roku Cedzich wybrał się do Rzymu. Przy okazji, mimo wielu trudności, udało mu się odwiedzić rodzinną wieś, Dolną, i Mazury. Z wyjazdu tego wrócił z dwoma misjonarzami z Bytomia, którzy wzmocnili kadrę duszpasterską w Argentynie.

    Po zmianie władz prowincji werbistów w 1959 roku, wrócił na dawne stanowisko ekonoma. Czas ten wykorzystał na odbudowę i unowocześnienie drukarni misyjnej Guadalupe w Rafael Calzada. Pracował tutaj także jako duszpasterz i miał niesamowity dar zjednywania sobie ludzi. W liście wspominał, że w środę popielcową 1959 roku wyspowiadać się chciało u niego 1500 dzieci, z czego po całym dniu w konfesjonale udało mu się wyspowiadać jedynie 400, co było powodem do zmartwienia. W roku 1965 otrzymał z Dolnej tragiczną wieść o śmierci podeszłego w wieku ojca.

    Najtrudniejszą, a jednocześnie ulubioną częścią pracy, była posługa w dorzeczu La Plata. Dwie rzeki, Rio Paraná i Rio Urugway, utworzyły tam rozległy, zalany obszar niemal niedostępny dla świata. 17 500 km2 bagnisk i rozlewisk zamieszkiwało 20 000 ludzi bez jednego kapłana. Dostać się tam można było jedynie łodzią. W 1964 roku ksiądz Cedzich wybudował tam pierwszą kaplicę i już niedługo do komunii przystąpiło w niej 347 dzieci i dorosłych.
    TANGO Z DYKTATOREM
    Drugiego lutego 1966 roku Franz Cedzich został mianowany przełożonym misji na cały okręg Alto Paraná - obszaru dziewiczej dżungli o powierzchni ponad 20 000 km2. Początkowo mieszkał w zwykłej chacie, ale przywódca kraju, Alfredo Stroessner, miał wobec tego regionu szeroko zakrojone plany. Rok wcześniej rozpoczął budowę jednej z największych elektrowni wodnych świata. Przez prowincję poprowadzono drogę i most łączące miasta Puerto Presidente Stroessner w Paragwaju i Foz do Iguacu w Brazylii. Prowincja przyciągała najemnych robotników i osadników.
  • berncik 31.10.12, 17:35
    TANGO Z DYKTATOREM
    Drugiego lutego 1966 roku Franz Cedzich został mianowany przełożonym misji na cały okręg Alto Paraná - obszaru dziewiczej dżungli o powierzchni ponad 20 000 km2. Początkowo mieszkał w zwykłej chacie, ale przywódca kraju, Alfredo Stroessner, miał wobec tego regionu szeroko zakrojone plany. Rok wcześniej rozpoczął budowę jednej z największych elektrowni wodnych świata. Przez prowincję poprowadzono drogę i most łączące miasta Puerto Presidente Stroessner w Paragwaju i Foz do Iguacu w Brazylii. Prowincja przyciągała najemnych robotników i osadników.

    Praca duszpasterska wśród Indian nie była łatwa. Trzeba było wypracować sposób ewangelizacji, który uszanuje ich kulturę i system wartości. Cedzich przekonywał ich, że chrześcijaństwo to droga do odnalezienia godności i wolności.

    Jeszcze przed przybyciem nowego prałata w Puerto Presidente Stroessner (dziś Ciudad del Este) rozpoczęto budowę nowej świątyni. Miała ona nowoczesną architekturę, a dwie ściany były naturalnymi skałami. Budowę przerywano i podjęto ostatecznie w 1968 roku. Zbiegło się to z innym, niezwykle ważnym wydarzeniem.

    W roku tym, dekretem ojca świętego Pawła VI, ogromną prałaturę podzielono na dwie niezależne części, z których utworzono diecezje. W Encarnación biskupem został o. Johannes Bockwinkel, a w Alto Parana - ks. bp Francesco Cedzich. 6 maja poinformowano go, że nowe biskupstwo ma objąć już 11 maja, co było dla niego ogromnym zaskoczeniem. Święcenia przyjął z rąk nuncjusza papieskiego 23 czerwca 1968 roku w katedrze w Encarnación.

    Na uroczystości obecny był prezydent Stroessner z małżonką, który ofiarował Cedzichowi pierścień biskupi. Napis na herbie brzmiał Para que tengan vida - „Aby mieli życie”.

    Kiedy Cedzich przybywał do Alto Paraná w 1966 roku, na obszarze tym były tylko trzy parafie. Gdy wprowadzano go uroczyście 30 czerwca 1968 roku do biskupstwa, parafii było już osiem, z kościołami i farami, oraz trzy żeńskie domy zakonne. Nominacja ta wywołała radość w rodzinnych stronach. Bp Franciszek Jop, administrator apostolski, przesłał do ks. F. Holisza w Dolnej list, w którym pisał, że wydarzenie to było wielkim zaszczytem dla całego Śląska. Jeszcze tego samego roku, już jako biskup, Franz Cedzich odwiedził Dolną.

    Kościół w Puerto Presidente Stroessner konsekrowano 3 lutego 1970 roku. Obecnych było tysiące wiernych, dwóch biskupów, 13 kapłanów oraz prezydenta republiki z ministrami. Uroczystość transmitowana była przez radio na cały kraj.

    W lipcu 1971 roku biskup Cedzich udał się do Europy, gdzie szukał finansowego wsparcia dla swojej diecezji. Odwiedził też Dolną, gdzie wziął udział w odpuście Matki Boskiej Szkaplerznej. W drodze powrotnej udał się do Wiednia, tam poddał się szczegółowym badaniom lekarskim, stan jego zdrowia bowiem się pogarszał.

    W Paragwaju, mimo coraz gorszego samopoczucia, odmawiał wizyty u lekarza. Dopiero w listopadzie 1971 roku zgodził się na badania. Stwierdzono u niego podwyższony poziom cukru i wysokie ciśnienie. 12 listopada doszło do wylewu krwi do mózgu. Przewieziono go do kliniki w Asunción, gdzie stwierdzono nowotwór mózgu. Zapadła decyzja o operacji wykonanej 22 grudnia. Biskup Franz Cedzich zmarł po niej, nie odzyskując przytomności, 22 grudnia 1971 roku (23 grudnia czasu polskiego). Do Dolnej wiadomość dotarła w Wigilię Bożego Narodzenia.

    Pogrzeb odbył się 27 grudnia. Ciało biskupa spoczęło w krypcie kościoła, który sam wybudował. W uroczystościach brało udział kilka tysięcy wiernych, 7 biskupów i 40 kapłanów oraz prezydent z rządem. Nuncjusz apostolski powiedział o nim: Charakterystyczne dla niego były prośby bardzo proste, które na ostatnim zakręcie w swojej diecezji, w sercach kapłanów i wiernych pozostawił. Biskup Cedzich żyje w sercach wielu wiernych jako ojciec Francisco.

    Krzyż i pierścień biskupi zostały przekazane rodzinie. Krzyż został umieszczony na tablicy pamiątkowej w kościele w Dolnej, po lewej stronie nawy głównej. Za sprzedany pierścień ufundowano kielich mszalny, który do dziś kapłani używają podczas liturgii.

    Postać biskupa Cedzicha jest otoczona w Paragwaju powszechnym kultem. Traktuje się go niemal jak świętego. Wyrył się w pamięci nie tylko dobrocią, ale i swoimi słabostkami i zwyczajami. Uwielbiał pić miejscową mate, ubierał się skromnie, a łańcuch do biskupiego krzyża kupił na miejscowym targu. Jak powiedział: Chcę kupić to, co dają za 2,30 za metr. Przez ponad 30 lat zawsze chodził spać o godz. 21.15. Kiedy nadeszła ta godzina, mówił: Dzieci i biskupi do łóżka! Gdy pytano się, jak się czuje, odpowiadał im zawsze: ¡Gordo y feliz! - korpulentnie i szczęśliwie.

    PIOTR SMYKAŁA, ROMUALD KUBIK
  • berncik 06.11.12, 16:21
    www.strzelecopolski.pl/files/images/rekonstrukcja.jpgWegmeno Boha Otcze Syna y Ducha Swateho Amen. Ja Mikulass z Bozÿ milosti knÿzie w Slezy Oppolske a Horniho Hlohowa, Ucžinil sem Porzizenÿ w mogi Magetnosti a meho dobra w Autery po Swatym Janu Krztitelj Bozim, kdy se psalo po Narozenÿ Syna Božiho 1497. Roku w Nyse w Wieži dwie hodinie przed Poledniem...

    Takimi słowy rozpoczyna się testament księcia opolskiego Mikołaja II spisany w ostatnich chwilach jego życia. Mimo że do stracenia Piasta doszło w Nysie, to niezwykłe historyczne wydarzenie ma też związek z naszą ziemią.

    KSIĄŻĘ I KAT
    W czerwcu 1497 roku w Nysie odbył się zjazd książąt śląskich. Miał on na celu ustalenie sposobu, w jaki lokalni władcy mieli dokonać hołdu ówczesnemu królowi czeskiemu, Władysławowi Jagiellończykowi. Na spotkaniu omawiano też zagrożenie ze strony Turcji i potwierdzenie przywilejów dla księstw śląskich. W nyskim ratuszu zebrała się śmietanka towarzyska z biskupem wrocławskim Janem IV Rothem włącznie.

    Kroniki dokładnie podają przebieg wypadków. Obrady rozpoczęły się 26 czerwca 1497 roku. Po czterech godzinach rozmów książę Henryk otrzymał dwa listy, które chciał przeczytać na osobności. Ogłoszono więc przerwę w obradach, a Henryk udał się do osobnej komnaty.

    Podejrzliwy Mikołaj, po krótkiej rozmowie ze swoim zausznikiem, niejakim Neühaüserem, uznał, że owe listy muszą zawierać rozkaz jego uwięzienia. Ta próba uzasadnienia dalszych czynów księcia budzi jednak wątpliwości. Gdyby takie rozkazy zostały naprawdę wydane, doręczono by je raczej księciu Kazimierzowi Cieszyńskiemu lub biskupowi, którzy zjazd organizowali. Może więc Mikołaj II podejrzewał, że listy zawierały informacje kompromitujące go, które mogły stać się podstawą do aresztowania? Tego można dziś się jedynie domyślać.

    Według kronik, Mikołaj II wydobył ukryty pod szatami sztylet i krzycząc „Zdrajcy!” zaatakował stojącego w pobliżu ówczesnego starostę generalnego na Śląsku Kazimierza Cieszyńskiego. Kolejną ofiarą stał się Jan IV Roth, którego książę zranił w brzuch. Biskupa przed śmiercią uratował Jan Bischofsheim, uniemożliwiając księciu zadanie kolejnego ciosu.

    Mikołaj II znów rzucił się na swoją pierwszą ofiarę, która co sił uciekła z miejsca obrad. Dopadł ją przed jedną z sal znajdującą się na pierwszym piętrze ratusza. Pchnięcie sztyletem udaremnił mu starosta kłodzki, Jan Pannwitz, który wyrwał Mikołajowi broń z ręki. Nagle przy księciu pojawili się jego słudzy, którzy chcąc ocalić mu życie, pomogli w przedostaniu się do kościoła św. Jakuba, który znajdował się nieopodal ratusza. Książę liczył na prawo azylu, które nie pozwalało zatrzymać przestępcy chroniącego się w przybytku Bożym.

    Wieści o próbie morderstwa w ratuszu szybko rozprzestrzeniły się po całej Nysie. Uzbrojeni w miecze i dzidy mieszczanie tłumnie wdarli się do kościoła, gdzie przed ołtarzem leżał książę Mikołaj. Prawo azylu zostało złamane, a pozwolić miał na to sam biskup wrocławski. Mieszczanie wyciągnęli księcia ze świątyni za pomocą sieci. Doprowadzono go do ratusza, gdzie Henryk Ziębicki pokazał mu otrzymane listy, które nie zawierały żadnych wzmianek o aresztowaniu Mikołaja.

    Schwytanego uwięziono w nieistniejącej dziś wieży brackiej. Pozbawiono pożywienia, wody oraz okrycia wierzchniego, które zdarł z niego motłoch w kościele św. Jakuba. Wydano zgodę, by odwiedził go kapelan, na którego wyznaczono kanonika wrocławskiego Henryka Fulštejna.

    Uczestnicy zjazdu postanowili, że Mikołaj odpowie przed sądem ławniczym w Nysie, który osądzi go za targnięcie się na królewskiego starostę i biskupa. Zapadł wyrok śmierci poprzez ścięcie mieczem kata miejskiego. Wyrok ów zapadł wbrew obowiązującemu w Nysie prawu sądowniczemu. Wielmożów nie przekonała ani propozycja okupu w wysokości stu tysięcy złotych węgierskich, ani argumenty, że księcia sądzić może jedynie trybunał królewski.

    27 czerwca, w dniu egzekucji, przed ratuszem nyskim rozłożono czerwone płótno. Plac wypełnił tłum mieszkańców, a z okien ratusza całemu wydarzeniu przyglądali się uczestnicy zjazdu książąt. Mikołaj modlił się chwilę, a następnie na ziemi nakreślił znak krzyża. Podniósłszy się, zdjął podarowany mu poprzedniej nocy przez jednego ze szlachciców płaszcz, po czym uklęknął, próbując zebrać do jednej ręki włosy, tak by odsłonić kark. Drżąc jednak ze strachu, nie potrafił tego uczynić. Kat podał mu swoją czapkę i ukrył w niej włosy, po czym ściął książęcą głowę jednym sprawnym ruchem. Ciało spoczęło w kościele franciszkańskim w Opolu.

    Współcześni mu kronikarze nie wspominają postaci Mikołaj II zbyt ciepło. Pisarz miejski Brzegu relację o ścięciu księcia zakończył stwierdzeniem: A wielu ludzi uważało, że doszło to do skutku za przyzwoleniem boskiego. Bowiem był on gwałcicielem dziewic [...] i do tego od kilku lat żyjącym bez spowiedzi. Jan Froben pisze: nie było grzechu, który byłby dla niego zbyt wielki do popełnienia. Powszechnie oskarżano go o okrucieństwo, rabunki i uciskanie poddanych.

    Książę nie posiadał dzieci. Zastanawiający jest jednak zapis w testamencie. Wymienia tam i hojnie obdarowuje dwoje ludzi, których często historycy uważają za książęce sługi. Mikołaj II używa jednak zwrotu memu Franczowi i mojej Agnieszce, a zapisy im przekazane są ogromne. Może to świadczyć, że dochował się jednak potomstwa z nieprawego łoża i linia Piastów nie wymarła.

    Po roku 1945 tragiczną postać Mikołaja upodobała sobie polska propaganda. Uczepiła się stwierdzenia kronikarzy, że książę nie znał języka niemieckiego, w którym odbywał się proces. Sam Mikołaj II przedstawiany był jako zwolennik przyłączenia Śląska do Polski. Faktem jest, że książęta śląscy posługiwali się wówczas głównie językiem niemieckim. Sam biskup Roth miał rozmawiać wyłącznie po niemiecku. Nieznajomość tego języka przez Mikołaja II wydaje się mało prawdopodobna. Matka Mikołaj II, Magdalena brzeska, wychowała się na dworze wyłącznie niemieckojęzycznym. Dopiero po przybyciu do Opola mogła uczyć się podstaw czeskiego czy polskiego. Trudno sobie więc wyobrazić, że młody książę nie znał języka matki i jej dworu. Musiał także znać urzędowy język czeski, skoro w nim właśnie spisał swój testament.

    TRZY MIECZE
    Katowski miecz, którym ścięto koronowaną głowę, podobno nigdy nie był już użyty. Zachowano go na pamiątkę, a sam miecz... rozmnożył się. Po wiekach aż trzy katowskie narzędzia zaczęto określać jako te, które zakończyły książęcy żywot.

    Jeden z nich znajduje się w nyskim muzeum, gdzie do dziś pokazuje się go turystom. Miecz nie ma jednak wygrawerowanych narzędzi katowskich, co było nieodłącznym atrybutem. Jedynie w głowni widnieje coś, co można by uznać za rysunek koła, na którym łamano skazańców. Drugi z mieczy pierwotnie trzymany w zbrojowni w Brzegu trafił do Hohenzollernmuseum w Berlinie. Ostatnie z katowskich narzędzi, które miało służyć do ścięcia Mikołaja II, przez lata wisiało nad kominkiem w pałacu w Izbicku.

    Miecz katowski był własnością rodziny Strachwitz, lecz nie wiadomo, w jaki sposób dostał się w ich posiadanie. Zainteresowana historią Maria Luisa Gräfin Strachwitz wysłała list do swego wuja, hrabiego Hansa Heinricha, w którym zapytuje: Czy wiesz może, jak Müller (młynarz z Kadłuba) zdobył ten miecz Piastów i kiedy przywiózł go do Izbicka? Niestety, nie znamy treści odpowiedzi, jaką uzyskała. Wiadomo jedynie, że w zamku izbickim miecz znajdował się od wieku XIX.

    Pamiątka omal nie została zniszczona podczas powstań śląskich. Powstańcy ogołocili wtedy zamek, a potem, by zatrzeć ślady, wysadzili go w powietrze, używając dynamitu. Właściciele odnaleźli potem miecz wśród innych spalonych militariów niedaleko zniszczonej rezydencji. Odrestaurowany zawisł znów nad kominkiem obudowanego pałacu.

    W styczniu 1945 roku rodzina Strachwitz uciekła przed nadciągającymi wojskami sowieckimi. Jako jedną z najcenniejszych pamiątek wzięła
  • berncik 06.11.12, 16:26
    ia
    694 (45)

    Wegmeno Boha Otcze Syna y Ducha Swateho Amen. Ja Mikulass z Bozÿ milosti knÿzie w Slezy Oppolske a Horniho Hlohowa, Ucžinil sem Porzizenÿ w mogi Magetnosti a meho dobra w Autery po Swatym Janu Krztitelj Bozim, kdy se psalo po Narozenÿ Syna Božiho 1497. Roku w Nyse w Wieži dwie hodinie przed Poledniem...

    Takimi słowy rozpoczyna się testament księcia opolskiego Mikołaja II spisany w ostatnich chwilach jego życia. Mimo że do stracenia Piasta doszło w Nysie, to niezwykłe historyczne wydarzenie ma też związek z naszą ziemią.

    KSIĄŻĘ I KAT
    W czerwcu 1497 roku w Nysie odbył się zjazd książąt śląskich. Miał on na celu ustalenie sposobu, w jaki lokalni władcy mieli dokonać hołdu ówczesnemu królowi czeskiemu, Władysławowi Jagiellończykowi. Na spotkaniu omawiano też zagrożenie ze strony Turcji i potwierdzenie przywilejów dla księstw śląskich. W nyskim ratuszu zebrała się śmietanka towarzyska z biskupem wrocławskim Janem IV Rothem włącznie.

    Kroniki dokładnie podają przebieg wypadków. Obrady rozpoczęły się 26 czerwca 1497 roku. Po czterech godzinach rozmów książę Henryk otrzymał dwa listy, które chciał przeczytać na osobności. Ogłoszono więc przerwę w obradach, a Henryk udał się do osobnej komnaty.

    Podejrzliwy Mikołaj, po krótkiej rozmowie ze swoim zausznikiem, niejakim Neühaüserem, uznał, że owe listy muszą zawierać rozkaz jego uwięzienia. Ta próba uzasadnienia dalszych czynów księcia budzi jednak wątpliwości. Gdyby takie rozkazy zostały naprawdę wydane, doręczono by je raczej księciu Kazimierzowi Cieszyńskiemu lub biskupowi, którzy zjazd organizowali. Może więc Mikołaj II podejrzewał, że listy zawierały informacje kompromitujące go, które mogły stać się podstawą do aresztowania? Tego można dziś się jedynie domyślać.

    Według kronik, Mikołaj II wydobył ukryty pod szatami sztylet i krzycząc „Zdrajcy!” zaatakował stojącego w pobliżu ówczesnego starostę generalnego na Śląsku Kazimierza Cieszyńskiego. Kolejną ofiarą stał się Jan IV Roth, którego książę zranił w brzuch. Biskupa przed śmiercią uratował Jan Bischofsheim, uniemożliwiając księciu zadanie kolejnego ciosu.

    Mikołaj II znów rzucił się na swoją pierwszą ofiarę, która co sił uciekła z miejsca obrad. Dopadł ją przed jedną z sal znajdującą się na pierwszym piętrze ratusza. Pchnięcie sztyletem udaremnił mu starosta kłodzki, Jan Pannwitz, który wyrwał Mikołajowi broń z ręki. Nagle przy księciu pojawili się jego słudzy, którzy chcąc ocalić mu życie, pomogli w przedostaniu się do kościoła św. Jakuba, który znajdował się nieopodal ratusza. Książę liczył na prawo azylu, które nie pozwalało zatrzymać przestępcy chroniącego się w przybytku Bożym.

    Wieści o próbie morderstwa w ratuszu szybko rozprzestrzeniły się po całej Nysie. Uzbrojeni w miecze i dzidy mieszczanie tłumnie wdarli się do kościoła, gdzie przed ołtarzem leżał książę Mikołaj. Prawo azylu zostało złamane, a pozwolić miał na to sam biskup wrocławski. Mieszczanie wyciągnęli księcia ze świątyni za pomocą sieci. Doprowadzono go do ratusza, gdzie Henryk Ziębicki pokazał mu otrzymane listy, które nie zawierały żadnych wzmianek o aresztowaniu Mikołaja.

    Schwytanego uwięziono w nieistniejącej dziś wieży brackiej. Pozbawiono pożywienia, wody oraz okrycia wierzchniego, które zdarł z niego motłoch w kościele św. Jakuba. Wydano zgodę, by odwiedził go kapelan, na którego wyznaczono kanonika wrocławskiego Henryka Fulštejna.

    Uczestnicy zjazdu postanowili, że Mikołaj odpowie przed sądem ławniczym w Nysie, który osądzi go za targnięcie się na królewskiego starostę i biskupa. Zapadł wyrok śmierci poprzez ścięcie mieczem kata miejskiego. Wyrok ów zapadł wbrew obowiązującemu w Nysie prawu sądowniczemu. Wielmożów nie przekonała ani propozycja okupu w wysokości stu tysięcy złotych węgierskich, ani argumenty, że księcia sądzić może jedynie trybunał królewski.

    27 czerwca, w dniu egzekucji, przed ratuszem nyskim rozłożono czerwone płótno. Plac wypełnił tłum mieszkańców, a z okien ratusza całemu wydarzeniu przyglądali się uczestnicy zjazdu książąt. Mikołaj modlił się chwilę, a następnie na ziemi nakreślił znak krzyża. Podniósłszy się, zdjął podarowany mu poprzedniej nocy przez jednego ze szlachciców płaszcz, po czym uklęknął, próbując zebrać do jednej ręki włosy, tak by odsłonić kark. Drżąc jednak ze strachu, nie potrafił tego uczynić. Kat podał mu swoją czapkę i ukrył w niej włosy, po czym ściął książęcą głowę jednym sprawnym ruchem. Ciało spoczęło w kościele franciszkańskim w Opolu.

    Współcześni mu kronikarze nie wspominają postaci Mikołaj II zbyt ciepło. Pisarz miejski Brzegu relację o ścięciu księcia zakończył stwierdzeniem: A wielu ludzi uważało, że doszło to do skutku za przyzwoleniem boskiego. Bowiem był on gwałcicielem dziewic [...] i do tego od kilku lat żyjącym bez spowiedzi. Jan Froben pisze: nie było grzechu, który byłby dla niego zbyt wielki do popełnienia. Powszechnie oskarżano go o okrucieństwo, rabunki i uciskanie poddanych.

    Książę nie posiadał dzieci. Zastanawiający jest jednak zapis w testamencie. Wymienia tam i hojnie obdarowuje dwoje ludzi, których często historycy uważają za książęce sługi. Mikołaj II używa jednak zwrotu memu Franczowi i mojej Agnieszce, a zapisy im przekazane są ogromne. Może to świadczyć, że dochował się jednak potomstwa z nieprawego łoża i linia Piastów nie wymarła.

    Po roku 1945 tragiczną postać Mikołaja upodobała sobie polska propaganda. Uczepiła się stwierdzenia kronikarzy, że książę nie znał języka niemieckiego, w którym odbywał się proces. Sam Mikołaj II przedstawiany był jako zwolennik przyłączenia Śląska do Polski. Faktem jest, że książęta śląscy posługiwali się wówczas głównie językiem niemieckim. Sam biskup Roth miał rozmawiać wyłącznie po niemiecku. Nieznajomość tego języka przez Mikołaja II wydaje się mało prawdopodobna. Matka Mikołaj II, Magdalena brzeska, wychowała się na dworze wyłącznie niemieckojęzycznym. Dopiero po przybyciu do Opola mogła uczyć się podstaw czeskiego czy polskiego. Trudno sobie więc wyobrazić, że młody książę nie znał języka matki i jej dworu. Musiał także znać urzędowy język czeski, skoro w nim właśnie spisał swój testament.

    TRZY MIECZE
    Katowski miecz, którym ścięto koronowaną głowę, podobno nigdy nie był już użyty. Zachowano go na pamiątkę, a sam miecz... rozmnożył się. Po wiekach aż trzy katowskie narzędzia zaczęto określać jako te, które zakończyły książęcy żywot.

    Jeden z nich znajduje się w nyskim muzeum, gdzie do dziś pokazuje się go turystom. Miecz nie ma jednak wygrawerowanych narzędzi katowskich, co było nieodłącznym atrybutem. Jedynie w głowni widnieje coś, co można by uznać za rysunek koła, na którym łamano skazańców. Drugi z mieczy pierwotnie trzymany w zbrojowni w Brzegu trafił do Hohenzollernmuseum w Berlinie. Ostatnie z katowskich narzędzi, które miało służyć do ścięcia Mikołaja II, przez lata wisiało nad kominkiem w pałacu w Izbicku.

    Miecz katowski był własnością rodziny Strachwitz, lecz nie wiadomo, w jaki sposób dostał się w ich posiadanie. Zainteresowana historią Maria Luisa Gräfin Strachwitz wysłała list do swego wuja, hrabiego Hansa Heinricha, w którym zapytuje: Czy wiesz może, jak Müller (młynarz z Kadłuba) zdobył ten miecz Piastów i kiedy przywiózł go do Izbicka? Niestety, nie znamy treści odpowiedzi, jaką uzyskała. Wiadomo jedynie, że w zamku izbickim miecz znajdował się od wieku XIX.

    Pamiątka omal nie została zniszczona podczas powstań śląskich. Powstańcy ogołocili wtedy zamek, a potem, by zatrzeć ślady, wysadzili go w powietrze, używając dynamitu. Właściciele odnaleźli potem miecz wśród innych spalonych militariów niedaleko zniszczonej rezydencji. Odrestaurowany zawisł znów nad kominkiem obudowanego pałacu.

    W styczniu 1945 roku rodzina Strachwitz uciekła przed nadciągającymi wojskami sowieckimi. Jako jedną z najcenniejszych pamiątek wzięła ze sobą piastowski miecz. Na przełomie kwietnia i maja 1945 roku przebywali w miejscowości Trossin obok Torgau, gdzie ukryli swój dobytek. Tam
  • berncik 16.11.12, 19:14
    A było to tak: w 317 roku w Panonii, na terenie dzisiejszych Węgier, w żołnierskiej rodzinie na świat przyszedł Marcin. Wierny rodzinnej tradycji i on rozpoczął służbę w wieku lat 15. U bram miasta Amiens napotkał żebraka, który nie miał czym osłonić się przed chłodem. Odciął więc połowę swego płaszcza i odział go nim.
    Kiedy zasnął, ukazał mu się Chrystus odziany właśnie w ten skrawek opończy. Marcin, wychowany w tradycji pogańskiej, nawrócił się na chrześcijaństwo, wystąpił z wojska i zaczął wieść życie pustelnicze.
    Wkrótce zebrała się wokół niego grupa uczniów, a sława świętego męża rozchodziła daleko. Założył pierwszy w Galii klasztor w Ligugé. Kiedy jednak wierni postanowili uczynić z niego biskupa Tours, Marcin uciekł, nie chcąc brać na siebie tak wielkiego zaszczytu.
    Zaszył się w odludnym miejscu w okolicach gęsiarni. Ptaki podniosły jednak taki harmider, że pościg w mig odnalazł świętego męża i zmusił do przyjęcia biskupiej mitry 4 lipca 371 roku.
    Taką to piękną legendą uzasadniano jeden z najstarszych zwyczajów - podawanie pieczonej gęsi z okazji Dnia świętego Marcina (o innym świętomarcińskim zwyczaju, rogalu, napiszemy przy innej okazji).
    Oskar Kolberg, etnolog i folklorysta, pisał w XIX wieku: Zamożna gospodyni w jesieni, w Dzień św. Marcina zabija gęś i piecze w piecu, a gospodarz obdzieliwszy swoją czeladkę cząstkami z tej gęsi, sam sobie zostawia piersi, ostrożnie mięso objada, oczyszcza kość piersiową, a jeżeli jest biała, rokuje zimę suchą i stałą; jeżeli jest sinawa i czerwona, zimę słotną; jeżeli pół biała od góry a pół czerwonawa od spodu, wtedy pierwsze pół zimy ma być suche, drugie pół zimy słotne; jeżeli w cętki tu i ówdzie nakrapiana, znaczyć to ma zimę burzliwą i śnieżną.
    Pieczona gęś przez stulecia była symbolem wybornego posiłku i zamożności. Działo się tak dlatego, że wyhodować tucznego ptaka nie jest ani łatwo, ani tanio. Zajmowano się tym tylko w obejściach bogatszych gospodarzy i pańskich dworach. Gęś ciężko też utrzymać w zimie. Dlatego wielkie stada wybijano przed pierwszymi mrozami, pozostawiając tylko tyle ptaków, by populacja mogła się następnego roku odrodzić. Powodowało to, że w okolicach św. Marcina gęsiny było pod dostatkiem. Stąd stare porzekadła: "Na Świętego Marcina najlepsza gęsina" czy "Na Marcina gęś do komina".
    Każdy region miał własny sposób na przyrządzenie pysznej potrawy z gęsi. Popularnymi były tzw. "półgęski" lub "pierśniki". Ptaka przygotowywano przez wędzenie obu gęsich piersi. Specyficznym daniem na Kaszubach jest "obona" lub "okrasa". Surowe mięso (często z kośćmi) siekało się tam w specjalnych skrzynkach drewnianych, przekładając solą. Dziś potrawę tę (już bez kości) podaje się jako miejscową odmianę tatara. Własną recepturę na gęsinę mieli Żydzi. Przygotowywali "gęsi pipek" - zapiekane w skórze z gęsiej szyi podroby i warzywa. Popularne było też przygotowywanie gęsiny z jabłkami.
    Jak gęsi podkuwano
    Mimo że część historyków wkłada te opowieści między bajki, dużo relacji wspomina o tzw. "podkuwaniu gęsi". Proceder ten rozkwitał zwłaszcza w Wielkopolsce, która po rozbiorach stała się terenem granicznym między Prusami a Królestwem Polskim. A gdzie jest granica, jest też przemyt.
    Dla niektórych Wielkopolan kontrabanda stała się sposobem na życie. Do legend przeszły opowieści o graniu ze strażnikami w ciuciubabkę, przechytrzaniu ich, potyczkach, a nawet regularnych bitwach. Przez całe stulecie wiele miast przygranicznych utrzymywało się z przemytu.
    Jednym z eksportowych hitów (legalnym czy też nie) były gęsi, za które za granicą można było dostać znacznie wyższą stawkę. Różnica była tak wielka, że traktowano gęsi nie jak ptaka hodowlanego, a raczej jak lokatę kapitału. Mięso tych ptaków było zbyt drogie, by trafiać na stoły prostych ludzi. Zdarzało się, że przemycano je zapieczone w chlebie.
    Zdecydowaną większość ptaków za granicę dostarczano żywych. Trzeba było przepędzać je szmat drogi, bo przewożenie wozami było za drogie. Zmyślni poganiacze wymyślili więc sposób, by uodpornić delikatne ptasie łapki na czas podróży.
    Według przekazów, na łące wykopywano płytki dół, do którego wlewano roztopioną smołę. Przepędzane przez niego gęsi wchodziły następnie do dołu z drobnym piaskiem. Potem jeszcze jeden dół ze smołą i kolejny - z drobnym żwirkiem. Niektóre opowieści mówią jeszcze o przepędzaniu po smole i ptasim puchu.
    Inne relacje temu zaprzeczają. Termin "podkuwanie" wziąć się miał stąd, że za stadem gęsi jechała furmanka z poganiaczami. Jeżeli jakiś ptak okulał, czyli jak miejscowi mówili, "był podkuty", specjalnymi kijami wyłapywano go ze stada i ładowano na furmankę.
    Jedno jest pewne. Z polskich gęsi od wieków za zachodnią granicą urządzano sobie marcińskie uczty i to nie zmieniło się do dziś.
    Mięso "made in..."
    Gęsina była dla władz PRL doskonałym towarem eksportowym, sprzedawanym za twarde dewizy. Aby sprostać oczekiwaniom zagranicznego klienta, mimo ogromnych hodowli, tylko niewielką jej część przeznaczano na rynek krajowy. I powstał problem - jak sprawić, by zanikła wielowiekowa tradycja spożywania gęsiny? Wystarczyło oficjalnie stwierdzić, że jest to mięso wyjątkowo tłuste i niezdrowe. Taką też wiedzę wtłaczano przez 40 lat, co nie pozostało bez efektu. Do dziś gęś traktowana jest z rezerwą, a przeciętny Polak zjada jej... 17 gramów rocznie.
    Dziś dietetycy zgodnie twierdzą, że jest to tłuszcz bardzo dobrze przyswajalny i metabolizm człowieka radzi sobie z nim doskonale. Ma też cechę dla kucharza bezcenną - smakuje wybornie. Warto zachować sobie gęsi tłuszcz i używać go do pieczenia. Tak przygotowane potrawy przypalają się rzadko.
    Niezmiennym zostało to, że hodowanymi u nas gęśmi zajada się połowa Europy. Polska jest największym producentem gęsiny na kontynencie. Do samych Niemiec eksportuje się jej 18-20 tys. ton rocznie, a najlepsze tamtejsze restauracje oferują jesienią "Polnische Gans". Tylko u nas to delikatesowe mięso traktowane jest wciąż podejrzliwie, a wielowiekowa tradycja przywracana jest z trudem przez takie organizacje jak "Slow Food".
    Romuald Kubik
  • berncik 21.11.12, 17:42
    http://www.strzelecopolski.pl/files/images/7583_6367.jpg
    Doktor Sussman Koenig od 1925 roku mieszkał przy strzeleckim Rynku, w należącej do rodziny kamienicy pod nr. 25. Obecnie w miejscu tym stoi blok, postawiony już po wojnie, w którym znajduje się sklep 1001 drobiazgów. Doktor nie pochodził ze Śląska. Urodził się w 1888 r. w Fürst w głębi Niemiec. Ożenił się z urodzoną w Mikołowie Bertl Koenig z d. Wessler. (ur. 20 II 1905 r.). Małżeństwo dochowało się czwórki dzieci - Joachima (ur. 1926 r.), Hanny (1932 r.), Ruth (1933 r.) i Maxa (1935 r.).
    Koenig prowadził prywatny gabinet lekarski. Znajdował się on w jego mieszkaniu. Mimo nasilenia się polityki antyżydowskiej w hitlerowskich Niemczech, rodzina nie decydowała się na opuszczenie miasta. Coraz gorsza sytuacja skłoniła ich jednak do wysłania w 1939 r. najstarszego syna daleko od Niemiec, do Izraela. Czas pokazał, jak trafna to była decyzja.
    W 1940 r. rodzina Koenig była ostatnią żydowską rodziną mieszkającą w Strzelcach. Tego roku deportowano ich do Sosnowca. Już latem 1941 r. podjęto decyzję o tzw. "ostatecznym rozwiązaniu kwestii żydowskiej" (die Endlösung der Judenfrage). Po wschodniej Europie zaczęły krążyć Einsatzgruppen, wydzielone jednostki wyznaczone do wyłapywanie i mordowania nie tylko Żydów, ale też Cyganów i polskiej inteligencji. Mimo że liczbę ich ofiar ocenia się na 2 miliony, dla władz niemieckich była to niewystarczająca wydajność. Poza tym akcje Einsatzgruppen miały zbyt wiele świadków.
    Dlatego też na konferencji w Wannsee, 20 stycznia 1942 r., zdecydowano o wprowadzeniu efektywniejszych sposobów zabijania, które przetestowano wcześniej w czasie masowych eutanazji osób psychicznie i nieuleczalnie chorych. Eliminacja Żydow odbywała się odtąd w specjalnie do tego przeznaczonych obozach zagłady. Tego samego roku rodzina Koenig trafiła do obozu koncentracyjnego w Auschwitz-Birkenau. Wszyscy zostali w nim zamordowani między sierpniem a październikiem. Przeżył jedynie wysłany wcześniej do Izraela Joachim.
    Koenigowie zostali uznani za zmarłych przez sąd w Strzelcach Opolskich dopiero w 1950 roku. Należąca do nich kamienica został zniszczona w styczniu 1945 roku. Ciekawostką jest postępowanie ówczesnych władz. Odnaleziono w Izraelu ocalałych potomków i... wysłano im nakaz posprzątania gruzów. Oczywiście ci nie zareagowali.
    Wizyta w Strzelcach
    70 lat po śmierci rodziny do Strzelec przyjechał potomek jedynego ocalałego jej członka. 16 lutego 2012 r. zjawili się tutaj przejazdem z Krakowa David Karavany (którego matka jest z domu Koenig) i jego znajomy (którego rodzina mieszkała przed wojną w Ostrołęce) Aharon Shachal. Poszukując śladów po przodkach, dwaj Izraelici najpierw udali się do strzeleckiego Ratusza, gdzie pytali o rodzinę Sussmana Koeniga, pokazując kopie dokumentów. Pytali, czy ktoś pamięta tę postać. Urzędnicy skierowali go do Waldemara Burcka (w którego pracowni zostało zrobione zamieszczone tu zdjęcie). W rozmowie uczestniczył Piotr Smykała, a tłumaczem (na angielski) był krakowski przewodnik, Jerzy Sajkowski. Spotkanie przewidziane na kwadrans przedłużyło się do 2,5 godziny.
    Gościom pokazano pamiątki i wspomnienia po strzeleckich Żydach. Wypłynęło też wiele ciekawych informacji o dr. Koenigu. Była to postać bardzo uczynna. Lekarz przyjmował pacjentów bez względu na ich wyznanie czy majątek. Nie odmawiał pomocy najbiedniejszym, a zdarzało się, że leczył ich za darmo. Na każde wezwanie przyjeżdżał do chorych, którzy nie mogli zjawić się w jego gabinecie. Koenigowie byli bardzo szanowaną w mieście rodziną.
    W czasach hitlerowskich władze przymusowo nadawały Żydom dodatkowe imiona, które natychmiast pozwalały na ich rozpoznanie. Mężczyznom dodawano imię Israel, a kobietom Sara. Według dokumentów z 23 lutego 1939 r. także wszystkim członkom rodziny Koenig nadano dodatkowe imiona.
    Piotr Smykała, Romuald Kubik
  • berncik 28.11.12, 17:36
    http://www.strzelecopolski.pl/files/images/7659_6441.jpg

    Dziś, chcąc podróżować (jeżeli nie dysponujemy samochodem), możemy wybrać między pociągiem a autobusem. Pierwszy kojarzy się niestety głównie z opóźnieniami, niedogodnymi godzinami połączenia... Z dawnych linii kolejowych, oplatających ziemię strzelecką gęstą siecią, pozostało tylko ulotne wspomnienie. Z wielu nawet małych wiosek można było wybrać się w świat z miejscowej stacji kolejowej. Te czasy już minęły...
    OGNISKO POD KOTŁEM
    Wbrew temu, co znaleźć można w popularnych podręcznikach historii, początki kolei nie miały wcale miejsca w Wielkiej Brytanii, a we Francji i to jeszcze w XVIII wieku. W 1770 r. oficer Nicolas Joseph Cugnot skonstruował coś, co można by uznać za pradziadka pociągu. Jego trójkołowy pojazd, który w zamierzeniu miał pomagać przy transporcie artylerii, napędzany był kotłem parowym, ale nie posiadał paleniska. Ciężki wehikuł, obsługiwany aż przez 4 ludzi, poruszał się przez około kwadrans a potem... trzeba było rozpalać pod nim ognisko, by znów podgrzać kocioł z wodą i uzyskać wystarczającą ilość pary. Z projektu zrezygnowano, gdy ciężka w kierowaniu machina zdemolowała ceglany mur i uznano ją za zbyt niebezpieczną.
    Pałeczkę kolejowego postępu przejęła Anglia, w której napędem wynalazczości był szybko rozwijający się przemysł. Richard Trevithick, konstruktor wydajnego i względnie lekkiego silnika parowego używanego do odwadniania kopalń, w 1804 roku umieścił go na kołach i stworzył pierwszą lokomotywę z prawdziwego zdarzenia. Niestety, kruche, żelazne szyny popękały pod ogromnym ciężarem pojazdu, a zmniejszanie jego wagi spowodowało, że lokomotywa zaczęła się ślizgać po torach. Projekt zarzucono, a kolejne lata przynosiły coraz dziwaczniejsze rozwiązania. Pojawiły się lokomotywy używające dodatkowej, zębatej szyny napędowej, a nawet pojazdy, które... odpychały się od torów za pomocą mechanicznych łap.

    Dopiero konstrukcja „Puffing Billy” Williama Hedleya z 1813 r. i parowóz George`a Stephensona z 1814 roku zmieniła tę złą passę. Stephenson zwiększył wydajność maszyny parowej, rozłożył ciężar lokomotywy na 6 kół i zwiększył wytrzymałość szyn. Dopiero to pozwoliło na wielki sukces nowego środka transportu. 27 września 1825 r. dokonano pierwszego udanego przejazdu nową linią kolejową łączącą Darlington z portowym miastem Stockton nad rzeką Tees. Pociąg składający się z 16 wagonów (w tym 12 z węglem) i zabierający 22 pasażerów, przebył 16-kilometrową trasę w 65 minut. Niecałe 15 km/h było na owe czasy wstrząsającą prędkością. Od tego momentu posiadanie linii kolejowych stało się dla krajów jednym z najważniejszych wyznaczników nowoczesności.
    Pierwsze plany kolei na naszych ziemiach sporządził dr Karsten, który zaprojektował trasę mającą połączyć Wrocław z uprzemysłowionym Górnym Śląskiem. Według tego projektu linia miała przebiegać przez Wielkie Strzelce i Zabrze, z pominięciem Opola, a pociąg poruszać się miał... po drewnianych szynach. Dopiero w dalszym etapie miały być one wymienione na stalowe. Plan upadł głównie z powodu jego ogromnych kosztów.

    Także kolejny plan, dr Krause, połączenia Wrocławia z Tarnowskimi Górami nie zyskał przychylności pruskiego rządu. Według tego planu od Tarnowskich Gór wagony miały być ciągnięte przez konie.

    Dopiero przyjęcie w 1838 roku ustawy regulującej nadzór państwa nad koleją pozwoliło na rozwój tego środka transportu. Rząd Prus gwarantował prywatnym inwestorom opłacalność zakupu akcji, a 1/7 z nich należały do państwa. Spowodowało to w krótkim czasie powstanie wielu kolejowych spółek akcyjnych.

    W 1836 r. powstało Towarzystwo Kolei Górnośląskiej (Oberschlesische Eisenbahn Aktiengesellschaft). Wytyczona trasa biegła od Wrocławia, przez Opole do Koźla, Kędzierzyna, Świętochłowic i Mysłowic. Koszt przedsięwzięcia wynosił 2,4 miliona talarów. Ponieważ równocześnie budowano połączenie Koźle - Bohumin, zdecydowano się na położenie między Opolem a Koźlem podwójnego toru. Odcinek ten został oddany do użytku już w 1845 roku.
  • berncik 28.11.12, 17:48
    Dworzec PKP Strzelce Opolskie.
    http://images.photo.bikestats.eu/zdjecie,600,203749,20110801,dworzec-kolejowy-w-strzelcach-opolskich.jpg
    IDEA RENARDA
    Szybki rozwój tego środka transportu na Śląsku budził w Strzelcach duże nadzieje na dołączenie do elitarnego klubu miejscowości z własnymi stacjami kolejowymi. Niestety, nadzieje okazały się płonne i miasto pozostało z boku wielkich inwestycji, co miało bardzo negatywny wpływ na rozwój regionu.

    Zaradzić temu starała się najbardziej wpływowa osoba w okolicy - Andreas Maria Graf Renard. Właściciel wielu majątków ziemskich i zakładów przemysłowych. Z jego inicjatywy założono „Spółkę Akcyjną dla Budowy Kolei Żelaznej Zawadzkie-Strzelce”. Udało się jednak zrealizować jedynie część planów. W 1858 r. otwarto linię łączącą Zawadzkie, Opole i Tarnowskie Góry.

    Andreas Renard do końca życia walczył o połączenie Strzelec z resztą świata. Nie doczekał jednak na zrealizowanie swoich planów. Zmarł w 1874 r. Cztery lata później, 1 października 1878 r., przejechał pierwszy pociąg na trasie Opole - Strzelce. W mieście nie było wtedy jeszcze stacji kolejowej, a połączenie było wyłącznie towarowe. 15 maja 1879 r. oddano jednotorowe połączenie Strzelce-Toszek-Pyskowice. Drugi tor dobudowano później.

    Dopiero 15 maja 1880 r. Strzelce uzyskało pełne połączenie z Bytomiem i Górnym Śląskiem. Miało to ogromny wpływ na rozwój miasta. W krótkim czasie powstało wiele zakładów przemysłowych. Carl Edlinger w pobliżu dworca wybudował piece wapiennicze typu Rumforda, a bracia Prankel rozbudowali swoją fabrykę. Potem powstały zakłady: fabryka maszyn Schmigalla, fabryka papy Ehrlicha i fabryka cementu i wapienniki spółki Oberschlesiche Portland-Zement und Kalkwerke AG.

    Pierwsza strzelecka stacja powstała w 1880 r. Przebudowywana była wielokrotnie, ostatni raz w latach 30. XX wieku i od tego czasu praktycznie się nie zmieniła, choć do dawnej świetności wiele jej brakuje. Brakuje także grafik, którymi pokrył budynek Ludwig Peter Kowalski. Urodzony w Chorzowie wybitny malarz i grafik.

    15 listopada 1912 r. otwarto połączenie Strzelce-Fosowskie (przez Rozmierkę), 1 lipca 1934 r. otwarto połączenie Kłodnica-Leśnica, a 11 (lub 10) czerwca 1936 r. - połączenie Strzelce-Leśnica.

    DRZEWA NA TORACH
    Stacja w Rozmierce to przykład losów, jakie podzieliło wiele podobnych obiektów. Podczas uroczystości otwarcia 15 listopada 1912 r. obecni byli przedstawiciele władz miejskich i powiatowych, szkół, i innych organizacji oraz wielu mieszkańców. Oprócz stacji wybudowano budynki gospodarcze, rampę rozładunkową, a na użytek pracowników wyznaczono ziemię uprawną. Sama stacja była małym budynkiem z ładnym holem i kasą, poczekalnią i pokojem zawiadowcy. Pierwsze piętro zajmowały mieszkania pracowników. Przy peronie działał tzw. wodopój - czysta pitna woda dla spragnionych pasażerów.

    W czasach realnego socjalizmu kolej odgrywała dużą rolę w gospodarce kraju. W latach 70., w czasie budowy cementowni „Strzelce Opolskie”, przebudowano tory i stworzono sporej wielkości węzeł kolejowy do przetaczania wagonów. Wybudowano dwie nastawnie w kierunku Fosowskiego i na teren cementowni. 11 lipca 1984 r. zakończono budowę trakcji elektrycznej i popularne parowe „ciuchcie” poszły w zapomnienie, ustępując lokomotywom elektrycznym.

    Złota era kolei na naszych ziemiach zaczęła kończyć się wraz z przemianami ustrojowymi. PKP, które swego czasu miało najwięcej pracowników spośród wszystkich firm kolejowych w Europie, zupełnie nie potrafiły (i chyba nadal nie mogą) odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Stopniowo rezygnowano z nierentownych połączeń, by w końcu zupełnie zamykać dawniej bardzo intensywnie wykorzystywane linie. 23 czerwca 2000 r. zakończyła się historia linii Fosowskie-Rozmierka-Strzelce Opolskie. Zamknięto budynek dworca, a instalacje i tory stały się wdzięcznym obiektem zainteresowań złodziei. Dziś na dawno rozkradzionych torach rosną trawa i drzewa.

    Podobny los spotkał inne linie kolejowe w naszym regionie. Dawniej rozbrzmiewające głosami