12.10.05, 13:57
Zabrze 11.10.2005 oto list Marka Smudy z jego pliku i teraz dalem
tu: (P.K.Sc)

Sz. Państwo
Jako obywatel Rzeczpospolitej Polskiej i mieszkaniec tego kraju oraz wyborca
protestuję i uważam za obrażające mnie traktowanie służby w armii
niemieckiej w latach wojny (Wehrmachcie) za czyn niedogdny, hańbiący i godny
wstydu. Taka bowiem jest wymowa informacji podawanych przez p.Kurskiego w
odniesieniu do rodziny p.Tuska. Abstrahując czy są to informacje prawdziwe
czy nie sam fakt służby w Wehrmachcie o niczym nie przesądza, a tym bardziej
nie uwłacza żołnierzom tej formacji, którzy trafiali tam tak jak np. Ślązacy
nie z własnej woli lub wręcz przeciwnie, z przekonania że słusznie czynią.
Proszę pamiętać, że Wehrmacht nie był formacją zbrodniczą jak np. SS i nie
każdy żołnierz tej jednostki popełniał zbrodnie wojenne. Dzięki takiemu
samemu podejściu jakie prezentuje sztab p.Kaczyńskiego, tuż po zakończeniu
wojny wyrzucono z domów i siłą wywieziono i ograbiono z mienia dziesiątki
tysięcy Ślązaków, tylko dlatego że służyli w Wehrmachcie o czym usłużnie
donosili komunistycznym władzom sąsiedzi, zainteresowani rozgrabieniem
majątków wysiedlanych. Teraz takie same podejście prezentują niedouczeni w
historii ludzie p.Kaczyńskiego.
Jeden z moich dziadków służył w Wehrmachcie, drugi w Korpusie Obrony
Pogranicza, oboje trafili w ręce sowietów i bynajmniej nie odczuwam wstydu z
powodu mojego dziadka-mieszkańca Śląska i niemieckiego żołnierza. Takich
ludzi jak ja jest w Polsce bardzo dużo, szczególnie na Śląsku gdzie
p.Kaczyński nie ma największego poparcia-jak sądzę po tym incydencie będzie
ono jeszcze mniejsze. Na co mogę liczyć ze strony p.Kaczyńskiego-na to że
wyrzuci mnie z kraju jako nie-Polaka? Czym są insynuacje dotyczące
proniemieckich wypowiedzi p.Tuska-przejawem fobii antyniemieckich i histerii
jaką obserwujemy w Polsce od wielu miesięcy na tle sporów o wypędzonych i
działań p.Steinbach? Czy popieranie USA jest godne a wypowiedzi
proniemieckie nie? A wyniki wyborów na opolszczyźnie, gdzie kilkaset tysięcy
ludzi ma podwójne obywatelstwo-to też są lojalni obywatele tego kraju-tylko
jak widać są w Polsce ludzie którzy nie uważają ich za prawdziwych Polaków.
Tę lekcję przerabiał Śląsk po 1945 roku i proszę się nie dziwić niechęci
Ślązaków do Warszawy i Polski-teraz widać te przyczyny jak na dłoni.

Na marginesie wizyty p.Kaczyńskiego w Dąbrowie Górniczej pragnę zauważyć iż
nie jest to Śląsk jak podała tvp a Zagłębie Dąbrowskie.

Marek Smuda

„Szczęść Boże!
Serdacznie zapraszam na otwarcie wystawy pt.: Deportacje Gornoslazakow do
ZSRR w 1945r." - dnia 25.10.2005 (wtorek) godz 18.00.
Miejsce: Centrum Edukacyjne im. Jana Pawla II, Gliwice ul. Jana Pawla II 5A
(obok katedry)
Proszę o rozesłanie tego zaproszenia-informacji do wszystkich osób lub
instytucji, które mogłyby być tą tematyką zainteresowane.
ks. Robert Chudoba”
Edytor zaawansowany
  • szwager_z_laband 12.10.05, 14:03
    Rawa Blues Festival po raz 25
    25. edycja jednej z największych imprez bluesowych w Europie - Rawa Blues
    Festival - dziś w Katowicach. Blues będzie rozbrzmiewał w Spodku przez
    kilkanaście godzin. Najpierw w wykonaniu młodych zespołów, później sław
    światowej i polskiej sceny bluesowej.

    Gwiazdami jubileuszowej edycji festiwalu będą James Blood Ulmer's Memphis Blood
    i Vernon Reid. James Blood Ulmer to gwiazda światowego jazzu, prekursor
    łączenia free jazzu z funky. Vernon Reid jest liderem, gitarzystą i
    kompozytorem istniejącej od ponad 20 lat grupy Living Colour.

    Katowicki festiwal będzie jedynym koncertem w Europie, podczas którego
    amerykańscy muzycy zaprezentują muzykę z nagranego wspólnie albumu "No Escape
    From the Blues", nominowanego do prestiżowej nagrody Grammy.

    W Spodku wystąpią też m.in.: Sławek Wierzcholski, zespół Easy Rider oraz Irek
    Dudek ze swoim big bandem.
  • rita100 12.10.05, 21:09
    Czyli będzie tam ta piosenka ;)

    Ach Ziuta, me zycie dzis przegrane jest, przegrane jest przez jedna noc
    Ach Ziuta, naprawde nie wiem jak sie pozbyc, jak sie pozbyc Ciebie stad

    Urode swinki Pigi masz. waga przewyzszasz nawet ja
    We snie mnie straszy Twoja twarz, a wszystko to przez jedna noc

    Ach Ziuta, ja wiem, ze nie ma brzydkich kobiet, tylko wina czasem brak
    Lecz Ziuta, gdy wytrzezwieje czlowiek, wtedy inny gust ma, inny smak

    Pokazac sie gdzies z Toba wstyd, dwie klasy podstawowki masz
    Swym krzykiem nerwy psujesz mi, a wszystko to przez jedna noc

    (solo)

    Ach Ziuta, pijany bylem, gdy przed oltarz zaciagnelas mnie
    Ach Ziuta, dlaczego sie zgodzilem, tak zaluje, tak zaluje dzis

    Za byle co, Ty bijesz mnie, pieniedzy zadnych nie chcesz dac
    Szepczesz, koteczku kochaj mnie. a wszystko to przez jedna noc

    Ach Ziuta, dlaczego ma dziewczyna pierwsza stalas sie tej nocy zlej
    Ach Ziuta, kobiet dotad nie znalem. nie wiedzialem jak to robi sie

    Hrabiowski przeciez tytul mam, a Ty gosposia bylas ma
    Podnioslas swoj spoleczny stan, a wszystko to przez jedna noc

    Rawa Blues słynny festiwal :)
  • szwager_z_laband 12.10.05, 21:28
    :)), niywia, ale somDudek czynsto bou we glywickich klubach a odniego kamrat to
    przeca Dusza, a tyn przeca pochodzi ze Glywic - nawet kedys oba my do jednyj
    lipsty zolyciyli we szkole na Barlika :))
  • ballest 12.10.05, 21:31
    Laband i kery jom dostou, ta lipsta
    --
    pyrsk
    Ballest
  • szwager_z_laband 12.10.05, 21:40
    Ha :), zodyn, ona go smoloua, a jo z niom roz sie trefiou i bouo po ptokach :))

    To boua ale ciekawo geszichta, bo dowiedziouch sie przi tym ize we Pyskowicach
    miyszkajom ludzie co ze Jugosuawi prziszli po 45 do Slonska i Polski.
  • sloneczko1 12.10.05, 22:48
    mie sie tysz to podobo
  • szwager_z_laband 16.10.05, 06:36
    W niedziele 16 pazdziernika o godz. 11.30 w bazylice OO. Franciszkanów na Górze
    sw. Anny odprawiona zostanie uroczysta Msza sw. w intencji pomyslnosci Slaska i
    jego mieszkanców oraz Górnoslazaków deportowanych do ZSRR w 1945 r
    "Szczesc Boze!
  • szwager_z_laband 16.10.05, 07:04
    "Die Welt": Walka za pomocą Wehrmachtu
    Niemiecki dziennik "Die Welt" skrytykował w czwartek próbę zakwestionowania
    przez członka sztabu wyborczego Lecha Kaczyńskiego narodowej lojalności
    kandydata na prezydenta Donalda Tuska.
    "Uczestnicy kampanii wyborczej powinni właściwie wiedzieć, że dzieci nie
    odpowiadają za swoich rodziców, a już z pewnością wnuki nie odpowiadają za
    swoich dziadków" - zauważył na wstępie komentator. Sztabowcy narodowych
    konserwatystów próbowali jednak podważyć tę prostą zasadę, zarzucając Tuskowi,
    że jego kaszubski dziadek służył w Wehrmachcie, "i to jako ochotnik".

    Cała akcja spaliła na panewce - ocenił "Die Welt". Polskie media skrytykowały
    ją, a jeden z arcybiskupów zauważył, że poszukiwanie "żydowskiej babki" czy
    też "krewnych na Zachodzie" przypomina "ciemne czasy totalitarnego socjalizmu".
    Zdaniem "Die Welt" Lech Kaczyński dystansował się od akcji swoich
    współpracowników zaledwie "małymi kroczkami", co potwierdza wrażenie, że
    szukanie wrogów, nawet jeżeli są to sprawy sprzed dwóch pokoleń, jest
    jego "ulubionym zajęciem".

    Spór (o przeszłość dziadka Tuska) rzuca też światło na życie milionów ludzi
    mieszkających na styku między Polską i Niemcami -na Kaszubach, Mazurach, Górnym
    Śląsku. Ich język oraz społeczne i polityczne postawy, szczególnie w czasach
    wojny, nie dadzą się wtłoczyć w wyznaczony z góry narodowo-państwowy schemat -
    uważa komentator.

    "Die Welt" zwraca uwagę, że Tuskowi zarzucono także
    reprezentowanie "niemieckiego punktu widzenia" w sprawach historycznych i nie
    tylko. "To pozwala domyślać się, że także w przyszłości żaden polityk w Polsce
    nie pozwoli sobie zapewne na bardziej elastyczne podejście do sporu o Centrum
    przeciwko Wypędzeniom" - czytamy.

    Gazeta podkreśla, że z Polski dochodzą jednak też bardziej pozytywne
    wiadomości. "W pierwszej turze wyborów prezydenckich narodowi konserwatyści,
    którzy wykorzystują obawy przed Niemcami, uzyskali najgorsze wyniki właśnie na
    terenach położonych wzdłuż granicy na Odrze i Nysie. Ten, kto zna »złego«
    sąsiada, ten wie, że można żyć z nim w pokoju" - stwierdza w konkluzji "Die
    Welt".
    wiadomosci.onet.pl/1179023,,,,,,4528,itemspec.html
  • szwager_z_laband 16.10.05, 07:06
    Dwójka pianistów ze Śląska w Konkursie Chopinowskim!


    Marcin Mońka 12-10-2005 , ostatnia aktualizacja 12-10-2005 20:38

    Jury Międzynarodowego Konkursu Pianistycznego im. Chopina podało w nocy z
    wtorku na środę nazwiska 32 muzyków, którzy zakwalifikowali się do drugiego,
    przedostatniego etapu rywalizacji. Wśród siedmiu szczęśliwych Polaków znalazła
    się też dwójka pianistów ze Śląska. Szczepan Kończal (20 lat) i Piotr Banasik
    (23 lata) są studentami Akademii Muzycznej w Katowicach. Pierwszy w klasie
    profesora Józefa Stompla, drugi - profesora Andrzeja Jasińskiego.

    We wrześniowych eliminacjach uczestniczyło ponad 300 pianistów. Każdy z nich
    miał jedynie 10 minut, by przekonać do siebie jury. To był jednak tylko wstęp
    do prawdziwej rywalizacji. Udział w pierwszym etapie konkursu był dla
    katowiczan ogromnym przeżyciem. - Publiczność jest bardzo życzliwa wszystkim
    muzykom. Ten dobry nastrój sprawił, że grało mi się wspaniale, w dodatku to
    repertuar, który wykonuję od dawna. A tremę i stres przed samym występem
    przekułem na pozytywną energię - powiedział nam wczoraj Banasik. Młodzi muzycy
    (konkurs jest przeznaczony dla pianistów, którzy urodzili się w latach 1977-88)
    w pierwszym etapie zmierzyli się z chopinowskimi etiudami, nokturnami,
    balladami, preludiami i walcami. Drugi etap potrwa do 16 października, a
    pianiści będą interpretować pełne cykle mazurków, polonezy oraz sonaty.

    Ekscytacji nie kryje mama drugiego z uczestników konkursu. - Przeżywam każdy
    występ Szczepana, a występy konkursowe w sposób szczególny. Nawet się cieszę,
    że nie ma mnie w Warszawie, bo te emocje byłyby jeszcze większe. Oczywiście
    cały czas obserwuję relacje z konkursu. Po ogłoszeniu wyników pierwszego etapu
    rozmawialiśmy bardzo krótko, pogratulowałam synowi i prosiłam, by się dobrze
    wyspał - mówiła wczoraj Elżbieta Kończal. Dzisiaj rozpoczynają się
    przesłuchania drugiego etapu. Najliczniejszą grupą są Japończycy, zagra ich aż
    dziewięciu. Wystąpi również czterech reprezentantów Korei Płd., trzech muzyków
    z USA, dwóch z Rosji oraz po jednym pianiście z Francji, Tajwanu, Ukrainy,
    Chin, Kanady, Finlandii i Austrii. Do wielkiego finału konkursu (18-21
    października) zostanie zakwalifikowanych 12 muzyków.
  • szwager_z_laband 16.10.05, 07:09
    Beier wygrał z Krollem


    bros 14-10-2005 , ostatnia aktualizacja 14-11-2005 14:01

    5 tys. zł wraz z odsetkami ma zwrócić Hubertowi Beierowi poseł Henryk Kroll i
    jego komitet wyborczy z 2001 roku - uznał Sąd Rejonowy w Opolu.

    Beier uważa, że kampania wyborcza w 2001 roku nie została uczciwie rozliczona i
    został on przez to poszkodowany. Pozwał Krolla i cały komitet wyborczy TSKN-u z
    2001 r. o zaległe należności. Beier miał wykonać prace, które rozliczył na
    ponad 5 tys. zł. Komitet się jednak rozwiązał i nie uregulował rachunków. O
    pieniądze Beier wystąpił do sądu na drodze cywilnej w 2003 roku. Jak podaje
    tygodnik "Beczka" Sąd Rejonowy w Opolu 4 października przychylił się do
    argumentacji Beiera. Wyrok nie jest prawomocny.
  • szwager_z_laband 16.10.05, 07:13
    W piątek 14.10.05 nadeszło pismo wzywające ZLNS do wpłaty 100 zł jako warunek
    przyjęcia Skargi na Postanowienie odmawiające rejestracji ZLNS. Co prawda
    ustawa zwalnia sprawy o rejestrację stowarzyszenia z opłat sądowych, ale dla
    świętego spokoju zapłacimy te 100 zł i zażądamy zwrotu kosztów sądowych

    :)
  • szwager_z_laband 16.10.05, 20:20
    kule, to jak pana chycom to majom richtik tydziyn roboty
  • szwager_z_laband 24.10.05, 22:15
    Pomnik św. Edyty Stein w Lublińcu


    Olga Trojak 21-10-2005 , ostatnia aktualizacja 21-10-2005 18:27

    Lubliniec uczci pamięć świętej Edyty Stein. W niedzielę o godz. 19 na pl.
    Kopernika, zwanym małym rynkiem, zostanie odsłonieta piękna rzeźba plenerowa.
    Miasto aż w Watykanie stara się, by święta była jego oficjalną patronką

    Pomysł ustawienia rzeźby poświęconej św. Edycie Stein pojawił się, gdy Urząd
    Miasta planował modernizację pl. Kopernika. Obejmowała on zmianę jego
    nawierzchni, zrobienie oświetlenia i zmianę zieleni. - Od wielu lat na środku
    placu stał wysoki świerk, który nie był zbyt atrakcyjny. Wtedy postanowiliśmy
    postawić tam pomnik. W końcu Edyta Stein sporą część życia spędziła w naszym
    mieście, a mamy już kościół, szkołę katolicką, stowarzyszenie i muzeum jej
    imienia - mówi Jolanta Rezek, sekretarz magistratu.

    W czerwcu tego roku zaprojektowanie pomnika zaproponowano miejscowemu
    rzeźbiarzowi Stanisławowi Kowalczykowi. Tak powstała rzeźba zbudowana z siedmiu
    drewnianych skrzydeł nawiązujących do żydowskiej menory. Wsparte są na
    stalowych profilach z umieszczoną w środku szklaną rurą, zwieńczoną kamieniem
    okolonym szklaną aureolą. Pomnik najpiękniej wygląda wieczorem, bo podświetlony
    jest reflektorami umieszczonymi w bruku i w samej rzeźbie. U jej podstawy
    umieszczona jest tablica "Pamięci św. Edyty Stein".

    Plac Kopernika, na którym znajduje się rzeźba, zwany jest przez mieszkańców
    małym rynkiem. Znajduje się "o rzut kamieniem" od głównego placu miasta. - To
    doskonała lokalizacja dla tej strzelistej rzeźby, bo widać ją nawet z drogi
    krajowej - mówi Rezek.

    Miasto chce też uczcić słynną rodaczkę w inny sposób. Już w maju rajcy podjęli
    uchwałę o ustanowieniu św. Edyty Stein oficjalną patronką Lublińca. Pomysł
    zaakceptowały polskie władze kościelne, teraz miasto czeka na odpowiedź z
    Watykanu.

    Edyta Stein urodziła się 12 października 1891 r. we Wrocławiu. Była siódmym,
    najmłodszym dzieckiem w zamożnej rodzinie pobożnych Żydów - wywodzącej się z
    Lublińca Augusty z domu Courant i Zygfryda Steinów. Ojciec zmarł, gdy była
    jeszcze niemowlakiem. W dzieciństwie wielokrotnie bywała w domu dziadków w
    Lublińcu, utrwalając wspomnienia z tego okresu w swoich zapiskach. Dom dziadków
    Courantów do dziś stoi w narożniku rynku.

    Edyta Stein studiowała najpierw na Uniwersytecie Wrocławskim, a później w
    Getyndze. Jej życie zmieniło się w 1921 r., gdy przeczytała "Księgę życia" św.
    Teresy z Avii. - To jest prawda - miała wówczas powiedzieć. W 1922 r. przyjęła
    chrzest, wstąpiła do zakonu karmelitanek jako siostra Teresa Benedykta od
    Krzyża. Pisała książki i autobiografię. W 1942 r. w holenderskim klasztorze,
    wraz ze swoją siostrą Różą, również karmelitanką, została aresztowana przez
    gestapo. Obie zginęły w komorze gazowej w Auschwitz 9 sierpnia tego samego roku.

    Jan Paweł II ogłosił Edytę Stein błogosławioną w czasie pielgrzymki do Niemiec
    w 1987 r., a świętą - 11 października 1998 r. w Rzymie. Potem proklamował ją
    współpatronką Europy.
    miasta.gazeta.pl/czestochowa/1,35271,2979675.html?nltxx=1077732&nltdt=2005-10-22-02-05
  • szwager_z_laband 24.10.05, 22:16
    Finał konkursu "Po naszymu, czyli po śląsku" w Domu Muzyki i Tańca w Zabrzu


    Magdalena Górna 23-10-2005 , ostatnia aktualizacja 23-10-2005 22:33

    Po śląsku rozprawiali o rodzinie, przeszłości, wartościach, zabawach... W
    niedzielę wybrano Ślązaka 2005 roku.

    Do półfinału konkursu "Po naszymu, czyli po śląsku", który odbył się w sobotę,
    przeszły 24 osoby. Kazimierz Czokajło z Radzionkowa po śląsku podzielił się
    historią swojego życia. Przyznał, że po utracie pracy stracił wiarę w siebie,
    ale udało mu się znaleźć nowe zatrudnienie i powrócić do normalności. - Chcę,
    aby moja wypowiedź podniosła na duchu wszystkich, którym jest ciężko, i
    pozwoliła uwierzyć, że może być lepiej - wytłumaczył na zakończenie.

    Najmłodsza uczestniczka, ośmioletnia Dominika Drob z Tychów, bez zająknięcia,
    czystą gwarą opowiedziała historię swego dziadka, a 11-letni Tomek Nahlik z
    Żor, upodabniając się do swojego ulubionego bohatera, Harry'ego Pottera,
    przekonał rozbawioną publiczność, że ryzykowne jest "furganie na mietle".

    Czuwająca nad przebiegiem konkursu Maria Pańczyk, dziennikarka i senatorka, nie
    kryła zadowolenia. - Tegoroczni uczestnicy po raz kolejny udowodnili, że Śląsk
    i dzieje jego mieszkańców to niewyczerpana skarbnica opowieści. Na ich
    podstawie można napisać świetne książki - mówiła.

    Spośród półfinalistów jury wyłoniło trzy osoby, które wczorajszego wieczoru
    zaprezentowały się na uroczystej gali w Domu Muzyki i Tańca w Zabrzu. - W tym
    roku wybór był wyjątkowo trudny, bo opowieści były bardzo refleksyjne, oparte
    na własnych doświadczeniach. A przecież do finału nie mogliśmy wybrać tylko
    sentymentalnych wystąpień - mówiła jurorka Dorota Simonides.

    - Dyskusja była bardzo burzliwa - dodał Michał Smolorz, publicysta.

    Ostatecznie jury Ślązakiem roku 2005 wybrało Kazimierza Czokajło, drugie
    miejsce przypadło Kamili Ptaszyńskiej z Zebrzydowic, trzecie - Anieli
    Jaworskiej z Gostyni. Wśród dzieci zwyciężyła Dominika Drob. Tytuł Honorowego
    Ślązaka odebrał Józef Skrzek.
    miasta.gazeta.pl/katowice/1,35019,2982317.html
  • szwager_z_laband 24.10.05, 22:18
    Wizyta Bolka Grafa von Hochberg







    Książę Bolko von Hochberg w Pszczynie
    Fot. MARTA BLAZEJOWSKA / AG






    Anna Malinowska 23-10-2005 , ostatnia aktualizacja 23-10-2005 17:45

    - Życie w zamku to tylko problem. Co ja bym robił w tych wszystkich pokojach? -
    zastanawia się książę Bolko Graf von Hochberg. Książę - Pan na Pszczynie - nie
    tylko nie rości sobie żadnych pretensji do majątku przodków, ale też utrzymuje
    bardzo dobre stosunki z zarządem pszczyńskiego zamku

    W nienagannie skrojonym garniturze i okularach w złotych oprawkach 69-letni
    książę Bolko przechadza się parkowymi alejkami. Przed chwilą odwiedził grób
    swoich przodków. Na rozmowę zaprasza nas do zamku. - Czuję się tutaj jak w
    domu - mówi. Kiedy jednak prosimy, by pozował nam do zdjęcia na kanapce przy
    pałacowych schodach, książę wzbrania się. - Przecież to eksponat - pokazuje na
    linę, która odgradza mebel od zwiedzających. Po naszych namowach siada
    niepewnie. - Przyjeżdżam tu od lat. Nawet w komunizmie nie miałem żadnych
    przykrych doświadczeń. Nigdy nikt nie robił mi żadnych problemów - opowiada. -
    Kiedy odwiedzam zamek, śpię w jednym z dziecięcych pokoi. Mam stamtąd widok na
    rynek w Pszczynie, obserwuję ludzi. Tu wszystko w ciągu minionych lat tak
    bardzo się zmieniło. Kiedyś było szaro i tak jakoś smutno. Dziś Pszczyna jest
    pięknym miasteczkiem, a zamek i park też coraz bardziej ładnieją - dodaje.

    Książę jest głową rodu von Hochberg. Ma dwie starsze siostry, które mieszkają w
    Londynie. On sam mieszka w Monachium. - Przyszedłem na świat trzy miesiące po
    śmierci ojca - wspomina książę. - Znam go więc tylko z opowieści. Wiem, że był
    cudownym człowiekiem. Nie takim jak w filmie, który kiedyś nakręcono -
    podkreśla arystokrata.

    Chodzi o film Filipa Bajona "Biała wizytówka". W rolę ojca księcia wcielił się
    tam Bogusław Linda. - To przejaskrawiony, nieprawdziwy obraz. Ojciec, jak każdy
    mężczyzna, lubił kobiety, ale bez przesady - Bolko Graf von Hochberg uśmiecha
    się pobłażliwie. On sam ze swoją przyjaciółką nie rozstaje się od 25 lat. - Mam
    też 40- letnią córkę - dodaje. - Często przyjeżdżamy razem do Pszczyny.
    Niestety, podobnie jak ja, nie zna polskiego. Czy chciałbym tu mieszkać?
    Nieznajomość języka to powód, żeby powiedzieć nie. Nie umiałbym się porozumieć
    z sąsiadami, a jestem dość towarzyskim człowiekiem. Kolejny powód to utrzymanie
    zamku. To dość kosztowna inwestycja - śmieje się książę. - Ja wiem, że obiekt
    jest w dobrych rękach i pamięć o mojej rodzinie nie zaginie - dodaje.

    Graf von Hochberg jest obecnie na emeryturze. Wcześniej pracował w branży
    elektronicznej. - Dużo podróżowałem, reprezentowałem firmę w różnych krajach -
    wspomina. - To dało mi poczucie wolności. Oczywiście zawsze wracałem do
    Monachium, bo tam był i wciąż jest mój dom, ale też nigdy nie zapominałem o
    Pszczynie. Kiedyś, żeby dowiedzieć się, co dzieje się w zamku, musiałem czekać
    nawet trzy tygodnie, bo tak działała poczta. Teraz klikam komputerową myszką i
    wiadomości mam w trzy sekundy.

    Książę Bolko odwiedza Pszczynę przynajmniej raz w roku, jesienią. - Za każdym
    razem uczestniczę w Radzie Muzeum. Za każdym razem jest też uroczysty koncert.
    Niby co roku tak samo, ale ja się nie nudzę - zapewnia.
    miasta.gazeta.pl/katowice/1,35019,2981201.html
  • szwager_z_laband 26.10.05, 11:55
    Kotyś - nowy wicemarszałek










    Waldemar Bryś 25-10-2005 , ostatnia aktualizacja 25-10-2005 19:13

    43-letni Józef Kotyś z Mniejszości Niemieckiej, burmistrz niewielkiej
    miejscowości Kolonowskie w powiecie strzeleckim, jest od wtorku nowym
    wicemarszałkiem województwa. Lubi ogród, futbol i gry komputerowe



    Józef Kotyś funkcję burmistrza Kolonowskiego piastował 11 lat, w tym
    nieprzerwanie od 1998 roku. - Objęcie fotela wicemarszałka proponowano mi już
    kilkakrotnie. Nie ukrywam, że po wyborze marszałka Ryszarda Galli na posła
    wywierano na mnie dużą presję, bym zajął jego miejsce. Wiem, że spowoduje to
    konieczność wyborów burmistrza w Kolonowskiem, ale przekonywano mnie i
    ostatecznie przekonano. Duże znaczenie dla mnie miała także opinia żony, która
    znosiła już różne moje fanaberie, a teraz i na tę przystała - mówił Kotyś.

    To niejedyna funkcja, z jaką będzie się musiał rozstać nowy wicemarszałek;
    przestanie być także przewodniczącym rady nadzorczej Wojewódzkiego Funduszu
    Ochrony Środowiska. - Finansowo na tej zmianie nie zyskam, lecz nie liczę
    pieniędzy. Może zabrzmi to górnolotnie, ale chciałbym dobrze pracować dla
    Opolszczyzny - mówi nowy wicemarszałek.

    Józef Kotyś jest z wykształcenia polonistą; od 1987 roku przez trzy lata był
    nauczycielem w szkole podstawowej w Staniszczach Małych. Przez cztery lata
    pracy w TSKN-ie był m.in. pomysłodawcą i organizatorem konkursu recytacji
    poezji śląskiej i olimpiady języka niemieckiego w szkołach podstawowych. - To
    był rok 1990, zaraz po zmianach ustrojowych. Wtedy takie sprawy nie były tak
    oczywiste jak dzisiaj. Uparłem się jednak i olimpiada doszła do skutku -
    wspomina.

    Jako nastolatek występował w grupach Bar i Apex wykonujących progresywny rock. -
    Próby mieliśmy w Prudniku. Taka muzyka podoba mi się do dziś - mówi nowy
    wicemarszałek.

    Dziesięć lat temu kupił dom, w którym niegdyś urodził się jego dziadek. Mieszka
    w nim z żoną Jolantą, pielęgniarką w WCM-ie, oraz trójką dzieci: 15-letnią
    Darią, 13-letnim Olafem i Adrianem, który za tydzień skończy roczek.

    - To stary dom, ale wyremontowany i dostosowany do naszych potrzeb. Mamy tam
    ogródek, w którym lubię spędzać wolny czas. Jeśli pozwala na to pogoda,
    urządzamy tam grilla - mówi Kotyś. Wolny czas spędza jednak nie tylko w
    ogródku. Jak mówi, lubi pograć w piłkę nożną, jest także miłośnikiem gier
    komputerowych, zwłaszcza przygodowych i strategicznych. - Ostatnio gram
    w "Bitwę o Śródziemie", gdyż jestem także fanem literatury fantastycznej i
    Tolkiena. Natomiast jako fan futbolu grywam ostatnio także w FIFA 2005 -
    opowiada.

    W tajnym głosowaniu poparło go 24 z 29 radnych. Taki wynik oznacza, że za
    Kotysiem opowiedziała się także część opozycji, gdyż koalicja SLD z MN ma w
    sejmiku tylko 17 radnych. Mimo że głosowanie było tajne, raczej nietrudno
    zgadnąć, że przeciw na pewno był narodowy i zdecydowanie antyniemiecki LPR.
    miasta.gazeta.pl/opole/1,35086,2985414.html
  • szwager_z_laband 26.10.05, 11:56
    Ślązacy chcą niezależnego obserwatora w sądzie










    jk 25-10-2005 , ostatnia aktualizacja 25-10-2005 20:43

    Inicjatorzy Związku Ludności Narodowości Śląskiej wysłali do komisarza praw
    człowieka przy Radzie Europy list z prośbą o wydelegowanie obserwatora na
    rejestrację sądową tej organizacji



    O liście poinformował wczoraj Andrzej Roczniok, działacz Ruchu Autonomii Śląska
    i członek komitetu założycielskiego Związku. - Podejmowane od wielu lat próby
    rejestracji kończyły się porażką, nasze argumenty trafiały jak groch o ścianę.
    Mam nadzieję, że niezależny obserwator pomoże nam ocenić, kto w tym sporze ma
    rację - mówi Roczniok.

    W liście do komisarza działacze RAŚ powołali się na wyniki spisu powszechnego,
    podczas którego 173 tys. osób zadeklarowało narodowość śląską. "Uważamy, że
    zainteresowanie Rady Europy rejestracją naszego stowarzyszenia zachęci władze w
    Polsce do przestrzegania praw człowieka w stosunku do nas, to jest
    reprezentacji narodowości śląskiej zamieszkującej w Polsce" - zaznaczyli.

    Kilka tygodni temu Sąd Rejonowy w Katowicach odmówił rejestracji Związku
    Ludności Narodowości Śląskiej. Sąd kwestionuje m.in. nazwę organizacji, bo -
    jego zdaniem - sugeruje ona, że narodowość śląska istnieje. Tymczasem zdaniem
    sądu narodowości śląskiej nie ma, bo nie jest wymieniona w ustawie o
    mniejszościach narodowych i etnicznych. Komitet założycielski z nazwy nie chce
    jednak zrezygnować.

    Starania o rejestrację Związku Ludności Narodowości Śląskiej trwają od
    dziewięciu lat. Komitet założycielski zmienił budzący wśród urzędników i
    sędziów kontrowersje statut organizacji, ale Sąd Rejonowy w Katowicach uznał,
    że nawet w obecnym brzmieniu nadal jest on nie do przyjęcia.
    miasta.gazeta.pl/katowice/1,35019,2985701.html
  • szwager_z_laband 26.10.05, 11:58
    Niekompetencja sztabowców
    (2005-10-26)
    Mniejszość katowicka musi zmienić wizerunek

    W województwie śląskim poglądy przedstawicieli mniejszości niemieckiej na temat
    przegranych przez TSKN wyborów w tym regionie są podzielone. Jedni twierdzą, że
    dno zostało osiągnięte i kołom DFK pozostało już tylko spotkanie przy kawie i
    cieście. Inni, szczególnie w powiecie raciborskim, widzą szansę w stawianiu na
    przedstawiciela innego ugrupowania, jakim był starosta Henryk Siedlaczek z PO
    (w powiecie raciborskim zyskał spore poparcie mniejszości). Od tej decyzji
    raciborzan dystansuje się poseł Henryk Kroll i niektórzy lokalni działacze.

    Zdaniem Blasiusa Hanczucha, wiceprzewodniczącego śląskiego TSKN, przyczyną
    sytuacji, jaka się wytworzyła, był podział – po drugich wyborach
    demokratycznych – okręgu wyborczego na gliwicki i rybnicki.
    – Nawoływanie, aby dać sobie spokój z wystawianiem własnej listy, przy braku
    własnych kandydatów mogących wzbudzić zaufanie, dało tylko pozytywny skutek w
    okręgu raciborskim. DFK poparło życzliwego nam Henryka Siedlaczka. Odnieśliśmy
    w tym zakresie sukces – twierdzi Josef Gonschior, były sekretarz TSKN w
    Raciborzu.
    Według Hanczucha można było zebrać wymaganą liczbę podpisów, ale
    zainteresowanie kandydatami było małe. – Nasz kandydat nie miałby szans.
    Podobnie trzeba działać w regionie przemysłowym Górnego Śląska.
    Zdaniem dyrektora Domu Współpracy Polsko-Niemieckiej Krystiana Tomali,
    rozproszenie ludności pochodzenia niemieckiego w województwie śląskim nie daje
    szans na mandat. – Rozwiązaniem może być poparcie kandydata sprzyjającego
    mniejszości, startującego z silnego ugrupowania. Na przykładzie Opolszczyzny
    widać, że generalnie poparcie mniejszości jest mniejsze. To już nie są lata
    dziewięćdziesiąte, kiedy do wyborów ludzie szli i wybierali z entuzjazmem.

    Nie do końca przemyślane

    Zdaniem posła, a zarazem szefa VdG, Henryka Krolla, lista gliwicka została źle
    skomponowana. – Na niej znaleźli się ci, którzy mieli mniej szans. A
    postawienie w powiecie raciborskim na człowieka nie związanego z mniejszością
    niemiecką nie było do końca dobrze przemyślane – dodaje.
    Według Eugena Nagela z Chorzowa, większość ludzi w wieku emerytalnym nie
    angażuje się w działalność mniejszości. Na ten stan wpływają problemy z
    odpowiednim finansowaniem kół DFK, co nie przyciąga ludzi. – Wiele kół ma
    trudności w doborze ludzi do swych zarządów. Prowadzona obecnie polityka
    finansowania skutecznie zniechęca ich do pracy. Członkowie nie widzą – poza
    satysfakcją – żadnych korzyści z przynależności do mniejszości niemieckiej.
    Przenosi się to na wyniki wyborcze. Przy tak prowadzonej polityce trudno liczyć
    na spektakularny sukces.

    Jak odbudować mniejszość?

    Brak dyscypliny elektoratu oraz pieniędzy w kołach to główne błędny wskazywane
    przez raciborską mniejszość niemiecką. Lidia Burdzik wylicza: komitet wyborczy
    został powołany, mimo że nie byli jeszcze wytypowani kandydaci, organizacja nie
    realizuje zmian statutowych podjętych na zjeździe delegatów – do tej pory nie
    jest organizacją pożytku publicznego. Pyta, jak odbudować wizerunek
    organizacji, jak współpracować z samorządami. Po wydaniu uchwały o popieraniu
    PO, z koła DFK Centrum wyszło pismo, w którym informuje się, że osoby
    znajdujące się w sztabie są niekompetentne. Później mieliśmy tylko jedno
    rozwiązanie. – Jeżeli chodzi o współpracę starosty z mniejszością niemiecką,
    nie można nic zarzucić panu Siedlaczkowi – mówi Lidia Burdzik z DFK Racibórz
    Centrum.
    Po wyborach postawiono dwa wnioski: zarząd oddziału powinien powołać stały
    zespół polityczny, który zajmowałby się aktualną polityką społeczno-socjalną
    organizacji, analizować poczynania prominentów i samorządowców. – Tym razem
    była okazja i można było zdobyć mandat. Taka sytuacja już się nie powtórzy –
    twierdzi Lidia Burdzik. Jeżeli Siedlaczek wszedł z ósmego miejsca, to znaczy,
    że dobrze sporządzona lista mogłaby dać efekt w postaci mandatu.
    Poseł Henryk Siedlaczek uważa, że on sam nie będzie miał wpływu na to, czy
    mniejszość niemiecka na Górnym Śląsku nie umrze śmiercią naturalną. –
    Mniejszości niemieckiej na pewno potrzebne jest wsparcie. Kultura niemiecka
    jest wtopiona w duży obszar naszego państwa. Dopóki działacze mniejszości będą
    tak współpracowali jak w tej kadencji samorządowej w powiecie, to wróży to
    dobrze dla jednych i drugich. Jestem posłem, którego poparła również mniejszość
    niemiecka – podkreśla.
    Wojciech Dobrowolski
  • ballest 26.10.05, 13:26
    Fajnie sie krytykuje, ale co dokladnie zmienic, piyniyndzy nie bydzie wiyncy
    yno myni!
    --
    pyrsk
    Ballest
  • szwager_z_laband 04.11.05, 10:00
    Masakra w "Wujku" - przesłuchanie autora "raportu taterników"
    W trzecim procesie w sprawie pacyfikacji w stanie wojennym kopalń "Wujek"
    i "Manifest Lipcowy" sąd ma dziś przesłuchać Jacka Jaworskiego - współautora
    tzw. raportu taterników, obciążającego b. zomowców, którzy odpowiadają za
    strzelanie do górników.
    Raport - dowód, który pojawił się w drugim procesie w sprawie "Wujka" - miał
    powstać w 1982 roku po obozie szkoleniowym w górach, podczas którego jego
    autorzy - doświadczeni taternicy - uczyli zomowców spod "Wujka" wspinaczki.
    Podczas wspinaczek i alkoholowych imprez organizowanych w czasie szkolenia
    niektórzy z oskarżonych mieli opowiadać, jak strzelali do górników.

    Jaworski został po raz pierwszy przesłuchany w drugim procesie. Oskarżyciele
    uznali jego sensacyjne zeznania za przełomowe, obrona kwestionowała ich
    wiarygodność. Nie wiadomo, czy dzisiejsze przesłuchanie Jaworskiego dojdzie do
    skutku, bo zgodnie ze wskazaniem sądu apelacyjnego w czasie zeznań tego świadka
    na sali powinni być obecni wszyscy oskarżeni. Podczas ostatnich rozpraw często
    nie stawiał się żaden z nich. Sam Jaworski, na co dzień mieszkający w
    Niemczech, zapowiedział, że będzie obecny.

    W czasie pacyfikacji śląskich kopalń zginęło dziewięciu górników, a
    kilkudziesięciu zostało rannych. Proces byłych milicjantów, oskarżonych o
    strzelanie w kopalniach, toczy się przed katowickim sądem okręgowym już po raz
    trzeci. Dwa pierwsze wyroki uchylał sąd apelacyjny. Na ławie oskarżonych
    zasiada 17 osób - b. wiceszef KW MO w Katowicach i 16 byłych członków plutonu
    specjalnego ZOMO.
    wiadomosci.onet.pl/1188889,11,1,0,120,686,item.html
    "Mówili, że strzelali »w łeb i na komorę«"
    Sygnał do otwarcia ognia w kopalni "Wujek" dał dowódca plutonu specjalnego ZOMO
    Romuald C. - zeznał przed sądem Jacek Jaworski, który w 1982 roku zorganizował
    obóz wspinaczkowy dla funkcjonariuszy ZOMO, współautor tzw. raportu taterników.
    Według świadka, C. był jednym z 2-3 członków plutonu specjalnego, którzy
    strzelali, żeby zabić, inni mieli strzelać w powietrze.

    Raport taterników miał powstać w 1982 roku po obozie szkoleniowym w górach,
    podczas którego jego autorzy - doświadczeni taternicy - uczyli zomowców
    spod "Wujka" wspinaczki. Podczas wspinaczek i alkoholowych imprez,
    organizowanych w czasie szkolenia, niektórzy z oskarżonych mieli opowiadać, jak
    strzelali do górników.
    Jaworski, trener judo i taternik, który pracował w Wojewódzkim Ośrodku
    Szkolenia MO w Krakowie, twierdzi, że od 1981 r. był
    informatorem "Solidarności". Nawiązał kontakty ze związkowcami po wydarzeniach
    bydgoskich w marcu 1981 roku, kiedy podczas prowokacji milicji został pobity
    Jan Rulewski i inni działacze "S". Później, po wprowadzeniu stanu wojennego,
    nawiązał współpracę z podziemną "S".

    Świadek opowiadał przed sądem, że decyzję, by zorganizować obóz wspinaczkowy z
    udziałem zomowców w Dolinie Pięciu Stawów podjął po pacyfikacji
    kopalni "Wujek". Chciał ustalić, kto strzelał, a kto nie. "Chodziło mi raczej o
    to, by ich oczyścić, niż pogrążyć" - zeznał w czwartek Jaworski. Informacje od
    zomowców wyciągał on i dwaj inni taternicy - Ryszard Sz. i Janusz H. "Otwarciu
    się" zomowców miał sprzyjać stres towarzyszący wspinaczce i alkohol.

    Obóz zorganizowano na przełomie lutego i marca 1982 roku. Świadek powiedział,
    że w szkoleniu na pewno brali udział: Andrzej R., Romuald C., Krzysztof J.,
    Leszek G., Grzegorz B.

    Jak powiedział Jaworski, z relacji b. zomowców wynikało, że w kopalni "Wujek"
    członkowie plutonu weszli na teren kopalni przez wyłom w murze, wybity przez
    czołg, i strzelali z rampy przy magazynie. Zomowcy mówili - dodawał świadek -
    że C. trzykrotnie prosił o zgodę na użycie broni, kategorycznie mu tego
    zakazano.

    "Po tej odmowie Walerek (pseud. Romualda C.-PAP) powiedział »walimy«, wyjął
    broń osobistą i trzymając pistolet oburącz, zaczął strzelać, potem zaczęli
    strzelać inni członkowie plutonu specjalnego, którzy mieli pistolety »rak«.
    Tylko 2-3 funkcjonariuszy strzelało tak, żeby zabić, inni strzelali w
    powietrze" - zeznał Jaworski. Według niego, C. oddał co najmniej dwa mierzone
    strzały. Jak dodał, po wydarzeniach w "Wujku" Romuald C. zyskał nowy pseudonim -
    Krwawy Felek.

    Wśród strzelających w kopalni Jaworski wymienił kilka kolejnych nazwisk. Podał
    też nazwiska tych spośród oskarżonych, którzy na pewno w "Wujku" nie strzelali,
    część z nich - według niego - w ogóle nie brało udziału w pacyfikacji.

    Jak mówił świadek, strzały oddane przez zomowców w "Wujku" były precyzyjnie
    mierzone i oddawane "w miejsca istotne dla życia". "Zomowcy w czasie szkolenia
    mówili, że strzelali »w łeb i na komorę« (w głowę i w serce - PAP)" -
    powiedział Jaworski. Jeden z oskarżonych miał mu relacjonować, że Romuald
    C. "strzelał, a ludzik tak fajnie fik - i znikał, jak na strzelnicy".

    Świadek nie wierzy w zapewnienia samych oskarżonych, że przed pacyfikacją
    pobierali broń w trybie alarmowym, czyli przypadkowe egzemplarze. Jest
    przekonany, że to tylko ich linia obrony, a chodzi o to, by nie można było
    ustalić, z którego pistoletu maszynowego strzelał konkretny członek plutonu
    specjalnego. Jaworski nie zgadza się też z twierdzeniem, że w kopalniach
    strzelali wszyscy członkowie plutonu. Powodowani lojalnością wobec grupy do
    strzelania w "Wujku" przyznawali się nawet ci, których w ogóle nie było pod
    kopalnią - mówił.

    Jaworski został po raz pierwszy przesłuchany w drugim procesie; obecny jest już
    trzecim w tej sprawie. Oskarżyciele uznali jego zeznania za przełomowe, obrona
    kwestionowała ich wiarygodność. Dlatego czwartkowe przesłuchanie odbywało się w
    obecności biegłego psychologa. Świadek przyjechał do sądu z Niemiec.

    Jak zapewniają taternicy, ich raport miał trafić do szefów podziemnej "S",
    głównie do ukrywającego się Zbigniewa Bujaka. Pierwsza wersja raportu trafiła -
    według jednego z nich - do łącznika taterników, nieżyjącego już Bogdana Zalegi.
    Jakie były dalsze losy dokumentu, nie wiadomo. Inne wersje raportu również nie
    zachowały się do dzisiaj. To, że taternicy chcieli przekazać wiadomości na
    temat pacyfikacji, potwierdził inny przesłuchiwany w poprzednim procesie
    świadek - Janusz Onyszkiewicz. Zeznał on, że w czasie stanu wojennego spotkał
    się z Januszem H.; taternik powiedział mu, że ma informacje na temat
    pacyfikacji "Wujka" i tzw. sprawy bydgoskiej. Onyszkiewicz potwierdził, że zna
    nie tylko Janusza H., ale też Jaworskiego i Yoshiho U. - łącznika pomiędzy
    Jackiem J. a liderami "S".

    Dwaj inni taternicy, przesłuchani w drugim procesie, potwierdzali zeznania
    Jaworskiego. Mówili, że podczas szkoleń zorganizowanych w górach na początku
    lat 80. niektórzy z zomowców opowiadali, jak strzelali do górników.

    Jak dowiedziała się PAP, w obecnym procesie sąd zamierza wezwać na
    przesłuchanie tylko Janusza H. Trzeci z grupy, Ryszard Sz., mieszka w Kanadzie
    i złożył obszerne zeznania w poprzednim procesie. Prawdopodobnie nie będzie już
    wzywany.

    W poprzednim wyroku katowicki sąd okręgowy uznał zeznania Jaworskiego i innych
    taterników za wątpliwe, niekonkretne i zawierające sprzeczności. Innego zdania
    był katowicki sąd apelacyjny, który uchylił wyrok uniewinniający lub umarzający
    postępowania wobec oskarżonych i nakazał przeprowadzenie nowego procesu. W
    ustnym uzasadnieniu orzeczenia sąd uznał, że zeznania taterników "wspierają
    się". Gdyby nawet przyjąć, że raport w ogóle nie istniał, to dowodem samym w
    sobie są zeznania taterników - przyjął sąd odwoławczy.

    W czasie pacyfikacji śląskich kopalń zginęło dziewięciu górników, a
    kilkudziesięciu zostało rannych. Dwa pierwsze wyroki w tej sprawie uchylał sąd
    apelacyjny. Na ławie oskarżonych zasiada 17 osób - b. wiceszef KW MO w
    Katowicach i 16 byłych członków plutonu specj
  • szwager_z_laband 04.11.05, 10:04
    plutonu specjalnego ZOMO.
  • szwager_z_laband 04.11.05, 10:02
    Masakra w "Wujku" - przesłuchanie autora "raportu taterników"
    W trzecim procesie w sprawie pacyfikacji w stanie wojennym kopalń "Wujek"
    i "Manifest Lipcowy" sąd ma dziś przesłuchać Jacka Jaworskiego - współautora
    tzw. raportu taterników, obciążającego b. zomowców, którzy odpowiadają za
    strzelanie do górników.
    Raport - dowód, który pojawił się w drugim procesie w sprawie "Wujka" - miał
    powstać w 1982 roku po obozie szkoleniowym w górach, podczas którego jego
    autorzy - doświadczeni taternicy - uczyli zomowców spod "Wujka" wspinaczki.
    Podczas wspinaczek i alkoholowych imprez organizowanych w czasie szkolenia
    niektórzy z oskarżonych mieli opowiadać, jak strzelali do górników.

    Jaworski został po raz pierwszy przesłuchany w drugim procesie. Oskarżyciele
    uznali jego sensacyjne zeznania za przełomowe, obrona kwestionowała ich
    wiarygodność. Nie wiadomo, czy dzisiejsze przesłuchanie Jaworskiego dojdzie do
    skutku, bo zgodnie ze wskazaniem sądu apelacyjnego w czasie zeznań tego świadka
    na sali powinni być obecni wszyscy oskarżeni. Podczas ostatnich rozpraw często
    nie stawiał się żaden z nich. Sam Jaworski, na co dzień mieszkający w
    Niemczech, zapowiedział, że będzie obecny.

    W czasie pacyfikacji śląskich kopalń zginęło dziewięciu górników, a
    kilkudziesięciu zostało rannych. Proces byłych milicjantów, oskarżonych o
    strzelanie w kopalniach, toczy się przed katowickim sądem okręgowym już po raz
    trzeci. Dwa pierwsze wyroki uchylał sąd apelacyjny. Na ławie oskarżonych
    zasiada 17 osób - b. wiceszef KW MO w Katowicach i 16 byłych członków plutonu
    specjalnego ZOMO.
  • szwager_z_laband 04.11.05, 19:31
    miauas juz w rynce?

    co ciekawego wysznupauas??
  • rita100 07.11.05, 09:51
    www.alfa.com.pl/slask/200509/s47.htm
    Jest takie
    miasto,
    moje miasto

    ten artykuł bardzo mnie zaciekawił, historia pewnej Katowiczanki, która po
    latach zrozumiała , że jest też Ślązaczką i wspomina.
    Ale też w innych artykułach wspominają ciagle o kotle śląskim, to określenie
    tak juz chyba pozostanie , albo ? ;)
  • ballest 07.11.05, 10:01
    Rita, widzisz to je nasz Slask, mamy mieszana krew bo tak u nas bylo zawsze
    bylismy goscinni i dlatego
    tyle roznych narodowosci na naszym Slasku goscilo1
    --
    pyrsk
    Ballest
  • rita100 07.11.05, 20:50
    Tak , ŚLĄSK to róznorodność kultur i wszystkich Ballest staraj sie rozumieć :)
    A teraz popatrzcie co znalazłam , może i Wy cos fajnego znajdziecie na tej
    stronce

    www.szukamypolski.com/gap/galery_1b.php?cat_id=392
    Na górze jest alfabet i wszystkie miasta alfabetycznie na zdjeciach, nie
    zauważyłam Gliwic, są Katowice.
  • rita100 07.11.05, 20:57
    ciekawe rzeczy można wynaleź na tej stronce
  • szwager_z_laband 05.11.05, 10:34
    jutro we Kobiorze mo byc msza za slonsk - wiy ktos cosik o tym wiyncyj???
  • rita100 15.11.05, 14:24
    Może już ktos wie ?
  • szwager_z_laband 21.11.05, 22:58
    z władzami niemieckimi w Warszawie

    10 listopada w Warszawie reprezentanci mniejszości niemieckiej rozmawiali z
    przedstawicielami Ministerstwa Spraw Zagranicznych Niemiec na temat
    finansowania przez rząd niemiecki w 2006 roku projektów mniejszości w Polsce o
    charakterze kulturalnym. Pierwszy raz w spotkaniu brał udział przedstawiciel
    Ministerstwa Spraw Wewnętrznych RP Dobiesław Rzemieniewski. „Jahresgespräch”
    otworzył dr Reinhard Schweppe, ambasador Niemiec Polsce.

    Dwa punkty widzenia

    Dobiesław Rzemieniewski, ustosunkowując się do „Ustawy o mniejszościach
    narodowych i etnicznych oraz o języku regionalnym” z 6 stycznia 2005,
    stwierdził, iż dokument tak naprawdę wejdzie w życie od momentu uchwalenia
    przez nowy rząd RP budżetu. Funkcjonuje już Komisja Wspólna Rządu i
    Mniejszości, a od 23 czerwca wszystkie mniejszości w Polsce wiedzą, na jakiej
    zasadzie są przyznawane dotacje podmiotowe. Ale już w tym roku pierwszy raz
    mniejszości miały wpływ na wysokość przyznanych pieniędzy, zdaniem
    Rzemieniewskiego.
    Sylvia Groneick i konsul Helmut Schöps w imieniu rządu Niemiec zakomunikowali
    przedstawicielom mniejszości: – Pieniądze na wsparcie programów zostaną
    przekazane, ale nie będą tak wysokie, jak państwo zaplanowaliście.
    Wiceszef VdG Helmut Kurowski spuentował tezy swoich przedmówców następująco: –
    Wiemy, że coraz mniej pieniędzy idzie na naszą działalność. Nie wiemy, jaka nas
    czeka przyszłość.

    Jak mając mało, podzielić równo?

    W sprawie pielęgnowania i wsparcia kultury i języka niemieckiego głos zabrali:
    Piotr Baron (Niemieckie Towarzystwo Oświatowe), Zuzanna Kasiura (TSKN Opole),
    Joachim Niemann (VdG). Baron mówił o niedostatecznym przygotowaniu programu
    Niwki, który jego zdaniem nie przygotowuje jak należy nauczycieli chcących
    uczyć w szkołach w języku niemieckim. Niemann zakomunikował, iż VdG próbował w
    tym roku sprawiedliwiej niż dawniej dzielić pieniądze podatnika niemieckiego
    (tak by wszyscy coś dostali).

    Co z festiwalem?

    I Festiwal Kultury Niemieckiej w Hali Stulecia we Wrocławiu w 2003 roku odbił
    się szerokim echem. Miał się odbywać co dwa lata. Irena Lipman z Wrocławia,
    jego główna organizatorka, zaproponowała, aby II Festiwal Kultury Niemieckiej w
    2006 roku także odbył się we Wrocławiu. Jej zdaniem jest to godne miejsce do
    zaprezentowania bogatej niemieckiej kultury. – Jeśli mniejszość niemiecka nie
    urządzi festiwalu, za dwa, trzy lata nikt o nas nie będzie mówił – żaliła się
    Lipman.

    Na pierwszym miejscu młodzież, tylko?

    Zdaniem przedstawicieli Ify Urbana Beckmanna i Dominika Kretschmanna młodzież
    mniejszości niemieckiej z dobrze opracowanymi projektami będzie miała fory w
    swojej działalności – „bo jest przyszłością organizacji”. – Jeśli jednak tych
    programów nie ma albo są zrobione na kolanie, to strona niemiecka nie będzie
    dawała na nie pieniędzy – zauważył konsul generalny Helmut Schöps.

    Marcin Wiatr broni Domu

    Jeden z mówców stwierdził, że finanse, a w związku z tym również programy Domu
    Współpracy Polsko-Niemieckiej w 2006 mogą być zagrożone. Marcin Wiatr,
    przedstawiciel Domu, bronił planowanych projektów, one bowiem w odniesieniu nie
    tylko do mniejszości niemieckiej, ale realizowane w równym stopniu dla polskiej
    społeczności, zwłaszcza adresowane do młodego pokolenia, pełnią niezwykle ważną
    funkcję poznawczą i budują pojednanie. – Ograniczenie działalności Domu
    zmniejszy pole współpracy niemiecko-polskiej – uważa Wiatr.

    Media samodzielne

    Według panów z Ify media mniejszości niemieckiej, zwłaszcza realizowany w Opolu
    radiowy „Schlesien Aktuell” i „Schlesisches Wochenblatt”, powinny zmierzać do
    osiągnięcia pełnej samodzielności. Dotacji do wszystkich mediów będzie coraz
    mniej. Tylko świeże i dobre projekty będą wspierane. Szanse na utrzymanie
    dotacji mają wg Ify projekty medialne adresowane dla młodzieży.

    Czwarty raz z rzędu zorganizowane w Niemieckim Instytucie Historycznym w
    Warszawie spotkanie przedstawicieli władz niemieckich i mniejszości niemieckiej
    prowadziła Sylvia Groneick, pełnomocnik ds. mniejszości niemieckiej ambasady.
    Poza projektami sporządzonymi przez instytucje i organizacje mniejszości
    niemieckiej swoje programy zaprezentowali przedstawiciele afiliowanych w Polsce
    instytucji: Instytutu Goethego i Niemieckiej Centrali Wymiany Akademickiej
    (DAAD). Reprezentanci IfA (Instytut Stosunków Międzynarodowych) przedstawili
    projekty dotyczące kultury niemieckiej i mediów.

    Engelbert Miś

    Ambasador dziękował Paździorowi

    Ambasador Reinhard Schweppe zachęcał do zwiedzenia budujących się w pobliżu
    gmachu Sejmu budynków niemieckiej ambasady. Do gotowej siedziby zaprosił
    uczestników rozmów w… 2007 roku. Powitał parlamentarzystów Mniejszości
    Niemieckiej z nowym posłem Ryszardem Gallą. Podziękował za dobrą współpracę
    byłemu posłowi Helmutowi Paździorowi. Podkreślił, iż z punktu widzenia rządu
    niemieckiego praca dwóch posłów MN w parlamencie RP jest niezwykle ważna.
  • szwager_z_laband 21.11.05, 22:59
    Misterium "Slaska droga krzyzowa" bedzie mialo miejsce w niedziele, 27.11.2005
    o 17.00 w Centrum Edukacujnym im. Jana Pawla II (kolo katedry gliwickiej) z
    udzialem deportowanych i ich rodzin.

    Ruch Autonomii Śląska koło Wielkie Hajduki wraz z redakcja Jaskółki Śląskiej
    zamierza stworzyć kalendarz śląskich i "rasiowskich" imprez, rocznic,
    cyklicznych spotkań i konferencji oraz tych wszystkich spraw, ktorymi RAŚ
    zajmuje sie corocznie.
    Prosimy więc o dostarczanie dat i nazw imprez, które wiążą się ze Śląskiem i z
    naszą działalnością wraz z podaniem miejsca, osób zaangażowanych i ew.
    współorganizatorów.
    Kalendarz zostanie udostępniony wszystkim zainteresowanym i opublikowny w
    Jaskółce.
    Serdecznie dziękujemy i pozdrawiamy.
    Czekamy na podpowiedzi.
    RAS koło Wielkie Hajduki.


  • szwager_z_laband 23.11.05, 12:33
    w niedzielę liczenia wiernych. Zaskakująco mało przystępuje do komunii, bo
    tylko ok. 15 proc
    Liczenie wiernych odbywa się od 25 lat zawsze w ostatnią niedzielę w roku
    liturgicznym. W niedzielę wychodzących z kościołów rachowali ministranci i
    członkowie rad parafialnych, osobno mężczyzn i kobiety.

    W większości opolskich parafii proboszczowie już w poniedziałek mieli dane z
    liczenia.

    Parafia Podwyższenia Krzyża Świętego obejmuje trzy świątynie w centrum miasta:
    katedrę, kościół Franciszkanów i św. Sebastiana. Na jej terenie mieszka 14
    tysiąca katolików. W ostatnią niedzielę na wszystkie msze przyszło 5165, w więc
    niespełna 37 proc., z czego do komunii świętej przystąpiło 1808, czyli 35 proc.
    przybyłych do kościoła.

    - Czemu tak mało? To wynika z różnych czynników - zastanawia się ks. prałat
    Edmund Podzielny, proboszcz katedry. - Nie wszyscy byli u spowiedzi, nie każdy
    czuje się godny, aby w ogóle do komunii przystąpić.

    W parafii św. Jacka w Kolonii Gosławickiej było jeszcze gorzej. Mieszka tam
    11,5 tysiąca parafian. Na niedzielnych mszach było ich 2913, czyli raptem 25,3
    proc. (do komunii poszło tysiąc osób). - Może wygląda to mizernie, ale w
    poprzednich latach liczba wiernych nie przekraczała 2700. Jest więc wzrost, z
    czego się cieszę - uznał proboszcz Hubert Chudoba.

    U św. Józefa w Szczepanowicach zapisanych jest 6850 parafian. Na wszystkich
    niedzielnych mszach modliło się 2789 osób (1211 mężczyzn i 1578 kobiet), czyli
    40,72 proc. - Nie jest źle, myślałem, że przez złą pogodę będzie gorzej -
    komentuje proboszcz, ks. prałat Zygmunt Lubieniecki. - Ostatnio parafia się nam
    rozrosła, bo obok powstał campus Politechniki Opolskiej. W ostatni weekend było
    tam około tysiąca studentów zaocznych, z których część na pewno przyszła na
    mszę, bo widziałem nowe twarze. Jednak sądzę, że w większości przyszli nasi
    stali parafianie - dodaje.

    Z obecnych na mszy do komunii przystąpiło 1220 osób, czyli prawie 44 proc. -
    Trudno mi to interpretować - przyznaje ks. Lubieniecki.

    Według strony internetowej diecezji opolskiej w Grudzicach mieszka tam 2400
    parafian. Na msze przyszło 981, czyli 40,84 procent, do komunii poszło 586. -
    Pewnie byłoby więcej ludzi, bo Ślązacy to naród bardzo religijny. Trzeba jednak
    wziąć pod uwagę, że wielu naszych parafian pracuje na Zachodzie - ocenia ks.
    proboszcz Leonard Makiola.

    Podobnie było w pozostałych parafiach, gdzie na mszach było w nich między 30 a
    45 proc. parafian. W ubiegłym roku liczby były podobne, różniły się więcej niż
    o 5 procent.

    - Zbyt wcześnie na wyciąganie wniosków. Sam chciałbym się z tymi danymi
    zapoznać i na spokojnie je ocenić. Komentarz wymaga szerszego spojrzenia, a
    Opole to największy, ale jednak tylko wycinek naszej diecezji - stwierdził
    biskup ordynariusz Alfons Nossol.

    "Na górce" nie liczyli

    Liczenie wiernych miało się odbyć we wszystkich parafiach. Zdarzyły się jednak
    przeoczenia. - Nie ukrywam, że najnormalniej w świecie o tym zapomniałem, bo
    miałem na głowie wiele obowiązków - przyznaje ks. Edward Kucharz, proboszcz
    parafii "na górce". Powiedział, że zorganizuje liczenie w najbliższą
    niedzielę. - Na pewno już nie zapomnę - zaznacza.
  • szwager_z_laband 23.11.05, 12:34
    Łambinowicach doczeka się wyroku? Dziś to już nie kwestia dowodów czy świadków,
    ale jego sędziwego wieku i stanu zdrowia.

    Ostatnia rozprawa 82-letniego Czesława Gęborski odbyła się ponad rok temu.
    Kolejna najwcześniej w lutym. Daty dyktuje stan zdrowia byłego komendanta. Jak
    wynika z zaświadczeń lekarskich, ma on poważne problemy z sercem. Opinia
    biegłego wyklucza na razie jego uczestnictwo w procesie. Oskarżony ma również
    problemy z poruszaniem.

    Latem miał kolejny wylew krwi do mózgu, był też w stanie przedzawałowym. A już
    przedtem lekarze orzekli, że rozprawa z jego udziałem nie może trwać dłużej niż
    dwie godziny. Oraz że Gęborski może przyjeżdżać do sądu (z Katowic, gdzie
    mieszka) tylko w towarzystwie opiekuna. Towarzyszył mu więc jego obrońca, który
    przywoził go lub odbierał z pociągu, bo komendant nie ma rodziny.

    Mimo kłopotów zdrowotnych oskarżony na wszystkich rozprawach podkreślał, że
    zależy mu na tym, by sprawa się zakończyła i nigdy nie będzie wykorzystywał
    żadnych sztuczek prawnych, by utrudniać proces. Chce, by sąd wydał wyrok, bo
    czuje się niewinny i chce zostać oczyszczony z zarzutów. Jednak czy dojdzie do
    wyroku, trudno powiedzieć.

    W tej chwili sąd przesłuchał wszystkich dostępnych w Polsce świadków.
    Niektórych w miejscu ich zamieszkania, bo zdrowie nie pozwalało im przyjechać
    do Opola. Świadkowie mają bowiem od 70 do 90 lat. Zebrano także zeznania od
    świadków, którzy obecnie mieszkają w Niemczech.

    W tej chwili do przesłuchania zostało kilku i jeżeli uda się to zrobić do
    lutego, to mogłoby dojść do wizji lokalnej na terenie obozu w Łambinowicach.
    Tyle że musi w niej brać udział oskarżony, a nie wiadomo, czy będzie w stanie
    tam pojechać.

    Zarzuty dla komendanta

    Obóz pracy w Łambinowicach powstał w 1945 r. podczas akcji wysiedlania po
    wojnie rodzimej ludności ze Śląska. Przez pierwsze dwa miesiące komendantem w
    Łambinowicach był wówczas 20-letni Gęborski, wtedy sierżant milicji. Ludzi
    umierali w obozie głównie z głodu i z powodu epidemii tyfusu. Kilkudziesięciu
    więźniów zostało jednak najprawdopodobniej zamordowanych podczas pożaru.
    Strażnicy zmuszali osadzonych do gaszenia, po czym zaczęli do nich strzelać.
    Zginęło ponad 40 osób. Dwa razy prowadzono śledztwo w tej sprawie (w latach 40.
    i 50.) i dwa razy je umarzano. W 1990 r. Komisja Badania Zbrodni przeciw
    Narodowi Polskiemu w Opolu zajęła się działalnością obozu. Efektem było
    wznowienie śledztwa w sprawie pożaru przez wydział śledczy Prokuratury
    Okręgowej w Opolu. W kwietniu 1999 roku przedstawiono Czesławowi G. zarzut
    zabójstwa ponad 30 osób w czasie pożaru
  • szwager_z_laband 23.11.05, 12:34
    W połowie grudnia TVP Opole przeprowadzi się do dawnej synagogi przy ul.
    Szpitalnej, a od połowy stycznia będzie być może nadawać stamtąd program w
    zmienionej formule i nowej scenografii

    Szef opolskiej TVP Jacek Kruczkowski przyznaje, że telewizja wynajęła obiekt. -
    Jeśli okaże się, że warunki są tam dla nas dobre, to Telewizja Polska być może
    kupi budynek. Najpierw jednak musimy go przetestować.

    Obecnie opolska TVP pracuje w siedzibie Radia Opole i narzeka na ciasnotę. W
    synagodze miałaby ponad dwa razy więcej miejsca. Jednak... - Będziemy mieli
    kłopoty z parkowaniem, bo z dwóch stron jesteśmy zastawieni kontenerami ze
    śmieciami - mówi Kruczkowski. - Pisałem w tej sprawie do ratusza, jednak nikt
    na razie nie odpowiedział.

    Kruczkowskiego niepokoi także sąsiedztwo pubów i dyskoteki. - Nie wiemy, czy
    hałasy dobiegające stamtąd wieczorem i w nocy pozwolą nam na nagrywanie
    programów, ale to wszystko wyjdzie w praniu - mówi.

    Jeśli synagoga będzie dobra na siedzibę, to w połowie telewizja wprowadzi
    ramówkę po liftingu. Dwie najważniejsze zmiany to zupełnie nowa dekoracja w
    studiu oraz więcej programów na żywo.
  • szwager_z_laband 23.11.05, 12:35
    Prawie 80 proc. mieszkańców Śląska nie ma żadnych oszczędności! A jeżeli już
    odkładamy coś do skarpety, to decyzję o tym podejmują zazwyczaj kobiety.

    Śląsk jest na szarym końcu w wyścigu o tytuł najbardziej oszczędnego regionu
    Polski. Badania przeprowadzone niedawno przez Pentor pokazują, że jeszcze mniej
    oszczędzają tylko w województwach świętokrzyskim, kujawsko-pomorskim i
    lubuskim. Większość Ślązaków (78,1 proc. badanych) wszystko co zarobi, wydaje
    na bieżąco. Na potęgę kupujemy telewizory, lodówki czy sprzęt rtv, nie
    przejmując się zbytnio oszczędzaniem.

    - Ludzie próbują zaoszczędzić na coś, co chcą kupić. O emeryturze w ogóle nie
    myślą, wychodząc z założenia, że to załatwi dla nich państwo. Ponad 80 proc.
    badanych wierzy, że nigdy się nie zestarzeje - ocenia Maciej Obuchowicz z PZU
    SA, które zleciło badania.

    Tylko co szósty mieszkaniec naszego regionu od czasu do czasu odkłada jakieś
    drobne sumy. Zazwyczaj 100 lub 200 zł miesięcznie. To wynik dużo gorszy niż
    średnia krajowa, bo z badań wynika, że w kraju regularnie oszczędza 20 proc.
    Polaków.

    Jedynie co 20. Ślązak ma większe oszczędności, zazwyczaj 7 lub 8 tys. zł. To
    głównie zasługa... śląskich kobiet, które częściej niż panie z innych regionów
    odkładają na czarną godzinę. Jeśli nawet małżeństwa podejmują decyzję wspólnie,
    to i tak głos decydujący ma ona. - Coś w tym jest, bo zazwyczaj ja, a nie mąż
    decyduję, gdzie ulokować nasze pieniądze - uśmiecha się prof. Irena Pyka z
    Akademii Ekonomicznej w Katowicach i dodaje: - Śląsk musi oszczędzać, bo to
    napędza rozwój gospodarczy.

    Choć oszczędzamy rzadziej niż inni, to swoją sytuację materialną oceniamy
    podobnie jak pozostali Polacy. Ponad 22 proc. Ślązaków twierdzi, że ich
    sytuacja jest "dobra i raczej dobra", co jest wynikiem trochę lepszym niż
    średnia krajowa. Jako mieszkańcy regionu ceniącego tradycyjne wartości
    rodzinne, zamiast odkładać do skarpety albo na konto bankowe, pomagamy np.
    dzieciom. Płacimy im za studia, kupujemy pierwszy samochód czy dokładamy do
    mieszkania. - To też inwestycja - chwali prof. Pyka.
  • szwager_z_laband 23.11.05, 12:36
    Absolwenci Śląskiej Akademii Medycznej najlepsi w Polsce. Podczas Lekarskiego
    Egzaminu Państwowego tylko młodzi lekarze z Warszawy mogli się z nimi równać.

    Jeszcze do niedawna absolwenci medycyny i stomatologii uzyskiwali prawo
    wykonywania zawodu po zdaniu wszystkich egzaminów na studiach i odbyciu
    rocznego stażu. Od zeszłego roku muszą zdawać LEP, czyli Lekarski Egzamin
    Państwowy.

    Absolwenci Śląskiej Akademii Medycznej zażarcie krytykowali wprowadzenie
    egzaminu. Okazało się jednak, że byli do niego świetnie przygotowani. Najlepszy
    wynik - 182 punkty na 197 możliwych - uzyskała już na pierwszym LEP-ie Elżbieta
    Meszyńska z Wydziału Lekarskiego Śląskiej Akademii Medycznej w Katowicach. W
    ogólnej klasyfikacji stażyści z ŚAM znaleźli się na trzeciej pozycji.

    W tym roku byli jeszcze lepsi. - Średni wynik absolwentów śląskiej akademii to
    144,9 punkta. Identycznym rezultatem mogą się pochwalić jeszcze tylko lekarze z
    Akademii Medycznej w Warszawie - mówi prof. Stanisław Orkisz, szef Centrum
    Egzaminów Medycznych w Łodzi, które przygotowuje LEP i sprawdza jego wyniki.
    Prof. Orkisz zwraca uwagę, że mamy jednak nad Warszawą przewagę: egzamin
    zdawało 279 absolwentów Akademii Medycznej w Warszawie i siedmiu oblało, a
    spośród 316 absolwentów ŚAM nie zdało tylko trzech.

    Dla Śląskiej Akademii Medycznej taki wynik to balsam na rany. Uczelnia jest
    ogromnie zadłużona i wykładowcy nieraz już wyrażali obawy, że trudności
    finansowe odbiją się na jakości nauczania. - Ogromnie się cieszę. Wszystkim
    wiadomo o naszych problemach. Tym większa satysfakcja, że z zadania kształcenia
    nowych lekarzy tak dobrze udaje nam się wywiązywać - mówi prof. Ewa Małecka-
    Tendera, rektor ŚAM.
  • szwager_z_laband 23.11.05, 12:37
    SZKOŁA PRAWOMOCNIE BEZ PATRONA

    Zespół Szkół Dwuzjęzycznych w Oleśnie nadal bez patrona. Naczelny Sąd
    Administracyjny uznał argumenty wojewody opolskiego, że uchwała została podjęta
    z naruszeniem prawa. Decyzja jest prawomocna.
    Radni Olesna naruszyli przepisy wydane przez Ministerstwo Edukacji o procedurze
    nadawania imienia. I to właśnie zostało zakwestionowane przez wojewodę.
    Jednak patron szkoły w Oleśnie stał się głośny z zupełnie innego powodu. Jednym
    z Noblistów Śląskich w uchwale miał być bowiem Fritz Haber. Niemiecki chemik,
    został laureatem Nagrody Nobla za syntezę amoniaku. Pracował także nad Cyklonem
    B., wykorzystywanym później w obozach koncentracyjnych.
    Wicedyrektor szkoły, Irena Szudy jest zaskoczona wyrokiem. "Nie wiem co dalej
    zrobić w tej sprawie" - mówi.
    We wtorek (22.11) burmistrz Olesna Edward Flak nie odbierał telefonu.

    przypomnijmy:

    Zespół Szkół Dwujęzycznych w Oleśnie imię "Noblistów Śląskich" otrzymał na
    początku tego roku. Edward Flak tłumaczył wtedy Radiu Opole, że celem nadania
    tego imienia, było pokazanie wzoru awangardowej myśli naukowej, a nie
    wyróżnianie któregoś z naukowców.
    Burmistrz Olesna napisał też w lutym list, do Szwedzkiej Królewskiej Akademii
    Nauk. Zwrócił się w nim z pytaniem, czy prace Habera nad produkcją gazów
    bojowych, dyskwalifikują go jako naukowca i laureata nagrody Nobla. Prosił
    również o przesłanie kopii wniosków, które uzasadniały przyznanie nagrody
    Haberowi.
    Jednak sprawa ma też swoją drugą stronę. Otóż burmistrz Edward Flak przekazał
    wojewodzie wykaz nazwisk noblistów śląskich. Okazuje się, że nie było tam
    Fritza Habera.
    Tymczasem niektórzy radni twierdzą, że na sesji głosowali między innymi na
    niego. Dodają, że nie podawano biografii noblistów. Także w ankiecie
    wypełnianej przez uczniów było umieszczone nazwisko Habera.
    www.radio.opole.pl/?kat=dalej_news&id=8757
  • szwager_z_laband 23.11.05, 12:38
    "Gazeta Wyborcza" w dodatku katowickim organizuje plebiscyt na najbardziej
    zasłużonego dla pielęgnowania tożsamości w regionie w mijajacym roku. Jednym z
    10 nominowanych jest Przewodniczacy RAŚ Jerzy Gorzelik ! Kupony zamieszczane są
    od 2 dni w "GW", termin nadsyłania -30 listopada. Apeluję o powszechny
    udział /można też wylosować nagrody/.

  • szwager_z_laband 28.11.05, 11:06
    6.12.2005 (wtorek) godz. 12.00 w S¹dzie Rejonowy w Katowicach ul. Lompy 14 sala
    206 przesluchanie w sprawie ZLNS.
  • szwager_z_laband 28.11.05, 11:08
    Wiec pod hasłem "Marsz równości idzie dalej..." zorganizowany w Katowicach
    przez Zielonych 2004 został zakłócony okrzykami, gwizdami i buczeniem przez
    grupę kilkudziesięciu ubranych na czarno młodych mężczyzn, nie doszło jednak do
    poważnych incydentów.
    W wiecu uczestniczyło ok. 100 osób - przedstawiciele Zielonych 2004, Kampanii
    Przeciwko Homofobii, Socjaldemokracji Polskiej, Młodych Demokratów,
    Antyklerykalnej Partii Postępu "Racja", Samoobrony, organizacji
    anarchistycznych. Grupa przeciwników wiecu liczyła ok. 60 osób.
  • szwager_z_laband 28.11.05, 11:20
    Mniejszość o roszczeniach
    (2005-11-30)
    Pos. Henryk Kroll: – Boli nas to, że Lublinie i Warszawie ludzie nie
    rozróżniają w sprawach roszczeń skomplikowanych kwestii dotyczących „starych”
    i „nowych” wypędzonych. Tym, którym w latach 70. i 80. pozwolono po uciążliwych
    staraniach wyjechać na stałe do Niemiec, zmuszono jednocześnie do zrzeczenia
    się polskiego obywatelstwa i majątku – przeważnie na Skarb Państwa. Natomiast
    ci, którzy Polskę opuścili nielegalnie w tamtych czasach czy później, mają
    prawo do pozostawionych tutaj własności. Niektórzy polscy politycy z bliżej nie
    sprecyzowanych roszczeń robią wielkie zamieszanie. Bijąc pianę, mieszają w
    głowach zdezorientowanego społeczeństwa. To z kolei psuje stosunki polsko-
    niemieckie.

    Henryk Kroll nie wdawał się w dyskusję podczas panelu kończącego seminarium w
    sprawach roszczeń, na ile wypędzeni zaraz po wojnie Niemcy mogą mieć prawo do
    zwrotu swoich dawnych włości. Poseł mówił o losach i własności swoich rodaków
    ze Śląska, Warmii i Mazur itd., którzy Polskę opuścili w latach 60., 70. i 80.
    Ze spokojem tłumaczył, w jaki sposób sprawy majątkowe ludzi pokrzywdzonych,
    którzy wyemigrowali, stały się na Śląsku, Warmii i Pomorzu zarzewiem konfliktów
    politycznych. Do Głogówka, gdzie toczył się proces o kamienicę b. właścicieli
    Niemców z Polakami, przyjechał przed wyborami sfotografować się z nabywcami
    kamienicy, Polakami, Krzysztof Janik, przewodniczący ówczesnego klubu SLD. – W
    podobnym stylu sesję zdjęciową bazującą na ludzkiej tragedii w Głogówku
    urządził sobie b. poseł narodowy Jerzy Czerwiński, walczący o mandat w Senacie
    RP – powiedział Kroll.
    Zdaniem posła, na przyszłość nie należy robić z pojedynczych sytuacji
    dotyczących ludzi, którzy próbują odzyskać dawną utraconą własność, wielkiego
    narodowego halo, jakby się nagle miał się zawalić porządek społeczny w Polsce.
    Zdaniem Krolla, nadszedł czas, aby włączyć środowiska wypędzonych do procesu
    naprawy wzajemnych niemiecko-polskich stosunków.
    Jan Grot
  • szwager_z_laband 28.11.05, 11:21
    Sytuacja bez wyjścia?
    (2005-12-01)
    W Kamieniu Śląskim o roszczeniach majątkowych

    Kto sieje wiatr, ten zbiera burzę – stwierdził prof. Jerzy Sawczuk w referacie
    otwierającym dyskusję o roszczeniach majątkowych Niemców i Polaków. Co się
    odwlecze, to nie uciecze – odparował Bruno Kosak z mniejszości. Na szczęście
    konferencja w Kamieniu Śląskim, poświęcona kwestii roszczeń, nie skończyła się
    na przerzucaniu przysłowiami.
    Niestety, i tym razem zabrakło konkretów. Zdaniem prof. Jerzego Sawczuka
    kwestia niemieckich roszczeń majątkowych nie załatwi się sama. – Ale na razie
    mamy pat polityczny i prawny – podkreślił. Podobnego zdania był również Gerhard
    Bartodziej (Dom Współpracy Polsko-Niemieckiej), który stwierdził, że ani po
    polskiej, ani po niemieckiej stronie nie ma woli rozwiązania tego problemu i
    żadne formalnoprawne działania nic tu nie pomogą. Bartodziej powiedział, że
    wyciąganie kwot z jednej strony spotka się z tym samym po drugiej stronie. –
    Boli mnie to wyciąganie kwot i liczenie – dodał.
    Zupełnie inny punkt widzenia zaprezentował berliński adwokat Stefan Hambura. –
    Dobrze się stało, że Polska zaczęła liczyć swoje straty, bo to zrobiło potworne
    wrażenie w Niemczech. Zdaniem Hambury wzajemne przeciwstawianie roszczeń
    doprowadzi do tego, że Niemcy wyjdą na tym z rachunkiem ujemnym. Wszyscy
    dyskutanci byli zgodni co do tego, że jeżeli kwestia roszczeń majątkowych nie
    zostanie załatwiona w najbliższym czasie, to na pewno wróci za kilka lat.
    A. Hurek
  • ballest 28.11.05, 11:27
    Najlepi ale zarabia na ty Hambura, bo tyn obojetnie co policzy, zawsze je
    richtig, a Poloki mu za to placom!
    --
    pyrsk
    Ballest
  • szwager_z_laband 30.11.05, 14:27
    Śląskie szpitale nie chcą leczyć chorych z Zachodu










    Judyta Watoła 29-11-2005 , ostatnia aktualizacja 29-11-2005 21:13

    Wbrew zapowiedziom pacjenci z bogatych krajów zachodniej Europy nie podreperują
    budżetu śląskich szpitali. Powód: nie opłaca się ich przyjmować

    Na napływ pacjentów z krajów Unii Europejskiej liczył dyrektor niejednego
    szpitala. Im bardziej renomowana placówka, tym większym strumieniem miały do
    niej płynąć pieniądze z zachodnich kas chorych. Optymiści obliczali, jaki
    nowoczesny sprzęt uda się kupić dzięki leczeniu bogatych Europejczyków.
    Niektórzy przygotowywali już specjalne oferty dla zachodnich pacjentów.

    Okazuje się jednak, że zyskały tylko uzdrowiska, które mogą leczyć na
    komercyjnych warunkach i według takich właśnie stawek. Pozostałych czekał zimny
    prysznic.

    - Przyjmowanie chorych z Unii w ogóle się nie opłaca. Za ich leczenie zachodnie
    kasy chorych płacą nam według stawek Narodowego Funduszu Zdrowia, a te są
    bardzo niskie - mówi Wojciech Olszówka, dyrektor Górnośląskiego Centrum
    Medycznego w Katowicach Ochojcu.

    W GCM traktuje się więc pacjentów z krajów zachodniej Europy tak jak polskich w
    Niemczech, we Francji czy w Anglii: przyjmuje się ich tylko w sytuacjach nagłej
    choroby. Nie ma mowy o przyjmowaniu na planowe leczenie. W GCM powstała nawet w
    tej sprawie specjalna instrukcja, do której muszą się stosować lekarze.

    Podobnie jest w innych szpitalach. Dyrektorzy uważają, że skoro za pacjentów z
    Zachodu dostają tyle samo, ile za polskich, to nie ma powodu, by przyjmować ich
    na planowe leczenie bez kolejek.

    Śląskie Centrum Chorób Serca w Zabrzu próbowało od zachodnich kas chorych
    uzyskać więcej niż z NFZ. Bez skutku. - W tej sytuacji także przyjmujemy z
    krajów Unii tylko chorych w stanach nagłych. Moglibyśmy ich też leczyć
    planowano, ale skoro mamy dostać za to te same pieniądze, co za polskich
    chorych, to niech też czekają w kolejkach - uważa doc. Mariusz Gąsior, zastępca
    dyrektora ŚCChS.

    Nawet małe prywatne szpitale, w których nie ma tłoku, obawiają się chorych z
    Zachodu. - Szybko kończy nam się kontrakt i szpital stoi pusty. Wtedy
    moglibyśmy operować np. obywateli Niemiec, ale boimy się. Leczenie nie będzie
    się różniło, ale wymagania samych chorych prawdopodobnie tak, a tego za polskie
    stawki nie można im zapewnić - zauważa Leszek Berezowski, szef Beskidzkiego
    Centrum Medycznego w Bielsku-Białej.

    Wiceminister zdrowia Bolesław Piecha przyznaje, że sytuacja jest trudna i nic
    nie wskazuje, że cokolwiek się zmieni na korzyść szpitali: - Tu chodzi o
    międzynarodowe uzgodnienia. Dochodzi się do nich latami. Jakakolwiek zmiana to
    też lata negocjacji - przyznaje.

    W takiej sytuacji szpitale zarabiają na pacjentach spoza Unii, np. z Ukrainy,
    którzy są gotowi zapłacić za leczenie więcej niż NFZ. Nim się jednak położą na
    szpitalnym łóżku, muszą przelać na konto placówki większość należnej sumy, np.
    w GCM 80 proc.
  • szwager_z_laband 30.11.05, 14:28
    Na Zaolziu zrekonstruowano osadę Słowian sprzed kilkunastu wieków


    Marcin Czyżewski 29-11-2005 , ostatnia aktualizacja 29-11-2005 21:08

    Jeżeli chcesz się przekonać, jak kilkanaście wieków temu mieszkali Słowianie,
    jak bronili się przed wrogami czy wytapiali żelazo, przyjedź do archeoparku. To
    nowa atrakcja turystyczna, podobna do Biskupina, która właśnie powstała na
    Zaolziu.

    Powrót do przeszłości zajmie nam kilka minut. Tyle bowiem trzeba jechać
    samochodem od przejścia granicznego w centrum Cieszyna do miejscowości Chotebuz-
    Podobora. Tu, jak wiele wieków temu, już z daleka widać strome wzgórze
    zwieńczone ostro ociosanymi palami. Badania prowadzone od blisko 30 lat przez
    Pawła Kouřila, dyrektora Instytutu Archeologii w Brnie, wykazały, że tętniło tu
    życie. Najpierw, między VIII a IV wiekiem przed Chrystusem, istniała tutaj
    osada obronna. Później, w VIII w. n.e. na wzgórzu osiedlili się Słowianie i
    mieszkali tu do XI w. Archeolodzy natrafili na ślady ich palisady, ziemianek,
    miejsc kultu, znaleźli ostrogę, siekierę, fragmenty malowanej ceramiki. Było to
    odkrycie na skalę europejską, dlatego muzeum w Czeskim Cieszynie postanowiło
    zrekonstruować słowiańską osadę dla turystów.

    Prace ruszyły w 2001 roku i zakończyły się kilkanaście dni temu. Efekt jest
    imponujący. Na wzgórze wspinamy się stromymi, drewnianymi schodami i drogą
    prowadzącą dnem fosy obronnej zmierzamy do drewnianego mostu. Prowadzi nas on
    do imponującej bramy z wieżą, strzegącej wjazdu na akropol, czyli najważniejsze
    miejsce w osadzie. Uchylamy ciężkie, dębowe wrota i jesteśmy w sercu
    archeoparku. Cały teren otacza drewniana, ostro zwieńczona palisada. Po obu
    stronach bramy wznoszą się imponujące, potężne drewniane fortyfikacje, wzdłuż
    których możemy się poruszać po specjalnych galeryjkach. Na nich stali kiedyś
    strzelcy, którzy razili z łuków atakujących nieprzyjaciół. - To wszystko
    zostało wzniesione tak, jak przed wiekami. Bez użycia jednego gwoździa, betonu
    czy stali. Tylko drewno i tradycyjne metody. Chodziło o to, żeby osada była w
    pełni autentyczna - tłumaczy Zbyszek Ondřeka, dyrektor muzeum w Czeskim
    Cieszynie.

    Podobnie jest z innymi obiektami na akropolu. Stoją tu ziemianki i
    półziemianki, w których mieszkała plemienna elita. Konstrukcje tak jak kiedyś
    powstały z jodły, a ściany wykonano z plecionych wierzbowych gałęzi oblepionych
    gliną. Dachy kryje słoma lub trzcina, sprowadzana specjalnie z okolic Dunaju na
    Węgrzech. Wąziutkie drzwi z plecionej słomy wiszą na skórzanych zawiasach. W
    środku drewniane legowisko i miejsce na ognisko. W tak malutkich
    pomieszczeniach żyły trzy-cztery osoby. Największym obiektem jest tzw. obiekt
    halowy - długa budowla, w której odbywały się narady, zgromadzenia i gdzie się
    modlono.

    Atrakcja archeoparku to nie tylko budowle. - W weekendy będą tu pokazy
    ówczesnego życia. Specjalna grupa zaprezentuje obyczaje, stroje, wytapianie
    żelaza, wypalanie ceramiki - dodaje Ondřeka.

    Zainteresowanie archeoparkiem jest bardzo duże. Do muzeum już od dawna dzwoniły
    m.in. polskie szkoły z pytaniem o zwiedzanie. Sezon będzie trwał od 1 kwietnia
    do końca października. Na Polaków będzie czekał przewodnik mówiący po polsku.
    Bilet ma kosztować ok. 30 koron (ponad 4 zł) na samo zwiedzanie i 100 koron
    (ok. 14 zł) na zwiedzanie z pokazami.

    Budowa kosztowała 22 mln koron, czyli ok. 3 mln zł. Część pieniędzy pochodziła
    z Unii Europejskiej, reszta z funduszy centralnych, wojewódzkich i samego
    muzeum.
  • szwager_z_laband 30.11.05, 14:28
    Obchody rocznicy śmierci Horsta Bienka


    jk 28-11-2005 , ostatnia aktualizacja 28-11-2005 22:38

    Od spotkania z Otą Filipem, czeskim pisarzem i przyjacielem Horsta Bienka,
    rozpoczną się obchody 15. rocznicy śmierci największego pisarza rodem z Gliwic.
    Od 30 listopada do 3 grudnia w Domu Współpracy Polsko-Niemieckiej w Gliwicach
    odbywać się będą uroczystości z udziałem naukowców, publicystów i historyków

    Filip i Bienek byli rówieśnikami, obaj urodzili się w 1930 roku, ale poznali
    się dopiero w latach 70., gdy czeski pisarz został zmuszony przez władze
    komunistyczne do wyjazdu z Czechosłowacji. Mieszkający już wtedy od kilkunastu
    lat w zachodnich Niemczech Bienek pomógł mu wówczas stanąć na nogi. On też
    zwrócił uwagę opinii publicznej w Bawarii na sytuację artystów i zwykłych
    obywateli żyjących za "żelazną kurtyną". Pochodzący z Ostrawy Ota Filip
    zabłysnął w czasie czechosłowackiej odwilży politycznej przed 1968 rokiem.
    Otrzymał wtedy nagrodę miasta Ostrawy za powieść "Kawiarnia przy uliczce
    prowadzącej na cmentarz", o której sam mówił, że napisał ją z nudów.

    Po stłumieniu Praskiej Wiosny został skazany na 14 lat więzienia za "podżeganie
    społeczeństwa socjalistycznego". Zwolniony warunkowo, zarabiał na chleb jako
    monter mebli, kierowca ciężarówek oraz pracownik budowlany. W 1974 r. został
    pozbawiony obywatelstwa czechosłowackiego i wyemigrował do Bawarii. Najlepsza,
    zdaniem krytyków, książka Filipa to "Wniebowstąpienie Lojzka Lapaczka ze
    Śląskiej Ostrawy" - tragikomiczna epopeja z życia czeskiego Śląska. Ostrawa,
    podobnie jak Gliwice z czasów Horsta Bienka, była wielokulturowa, a najlepiej
    widoczne było to w opisanym w książce klubie sportowym FC Śląska Ostrawa. Grali
    tu obok siebie Czesi, Polacy, Niemcy i Żydzi, ale ich losy - za sprawą
    dramatycznych zakrętów historii - potoczyły się odmiennie.

    Spotkanie z Otą Filipem odbędzie się w Domu Współpracy Polsko-Niemieckiej przy
    ul. Rybnickiej w środę o godz. 18.30.

    Patronat nad obchodami uroczystości 15. rocznicy śmierci Horsta Bienka
    ma "Gazeta Wyborcza".
  • szwager_z_laband 30.11.05, 14:29
    Spadkobiercy żądają zwrotu obrazów
    Berlińska kancelaria prawnicza domaga się od kilku polskich muzeów zwrotu dzieł
    sztuki. Zleceniodawcami są spadkobiercy byłych właścicieli prześladowanych
    przez III Rzeszę
    Chodzi o sześć obrazów znajdujących się obecnie w Muzeum Narodowym w Warszawie
    oraz w muzeach w Wrocławiu i Krakowie. Jak twierdzi berliński adwokat Jost von
    Trott zu Solz, obrazy te były własnością niemieckich Żydów. W czasach III
    Rzeszy miały zostać skonfiskowane przez nazistów. Jeszcze podczas wojny trafiły
    do muzeum w Breslau. Potraktowane po wojnie jako mienie poniemieckie zostały
    przejęte na podstawie dekretu z 1946 roku przez państwo polskie.
    Jak twierdzi adwokat, dekret ten nie przewiduje przejęcia majątków obywateli
    niemieckich, którzy byli represjonowani przez reżim nazistowski. Dlatego też
    powinny zostać natychmiast zwrócone prawowitym spadkobiercom. Kancelaria
    otrzymała już jednak negatywną odpowiedź na żądanie zwrotu i zamierza skierować
    sprawę na drogę sądową. Nasza działalność nie ma nic wspólnego z Pruskim
    Powiernictwem czy jakimikolwiek innymi organizacjami niemieckich wypędzonych
    podkreśla von Trott zu Solz. Jego klienci, spadkobiercy byłych właścicieli
    obrazów, mają obywatelstwo amerykańskie i brytyjskie i nie mieszkają w
    Niemczech.
    Nie są mi znane podobnego rodzaju przypadki. Generalnie w razie przedstawienia
    niezbitych dowodów, iż dzieła sztuki znajdujące się w polskich państwowych
    muzeach mają swych pełnoprawnych właścicieli, dyrektorzy mogą wystąpić do
    Ministerstwa Kultury z wnioskiem o skreślenie tych dzieł z inwentarza, co może
    być podstawą zwrotu. Każda sprawa wymaga jednak osobnego zbadania twierdzi
    dyrektor Franciszek Cemka z Ministerstwa Kultury.
    Niemiecka kancelaria zarzuca jednak Polsce złą wolę w załatwianiu konkretnych
    spraw. Mimo iż Polska podpisała porozumienie waszyngtońskie z 1989 roku, nie
    sporządziła list dzieł sztuki, których pochodzenie może wskazywać na to, że
    znalazły się w państwowych zbiorach przypadkowo lub też z naruszeniem zasad
    prawnych przekonuje Jost von Trott zu Solz. Rzeczywiście, nie ma przepisów
    umożliwiających wykonanie postanowień porozumienia waszyngtońskiego przyznaje
    Dorota FolgaJanuszewska z Muzeum Narodowego w Warszawie.
    Nikt nie jest w stanie powiedzieć, ile dzieł sztuki znajdujących się w zbiorach
    polskich muzeów może być przedmiotem żądań rewindykacyjnych. Na całym świecie
    tego rodzaju żądań jest coraz więcej. Sześć obrazów, których zwrotu domaga się
    w imieniu swych klientów Jost von Trott zu Solz, może mieć wartość najwyżej 100
    tysięcy euro. Jak twierdzi adwokat, nie chodzi o pieniądze, ale o
    przestrzeganie przez Polskę zobowiązań międzynarodowych.
  • szwager_z_laband 02.12.05, 16:17
    Horst Bienek ma nową tablicę w Gliwicach


    jk 01-12-2005 , ostatnia aktualizacja 01-12-2005 21:44

    W czwartek w Gliwicach odsłonięta została nowa tablica upamiętniająca
    pochodzącego z tego miasta Horsta Bienka. Poprzednią ukradli złomiarze

    Odsłonięcie tablicy przy ulicy, która nosi od kilku lat jego imię, to
    symboliczny powrót pisarza do naszego miasta - podkreślali uczestnicy
    uroczystości.

    Urodzony w 1930 r. Bienek wyjechał z Gliwic tuż po zakończeniu wojny, gdy jego
    rodzinne miasto przestało być niemieckie. Nigdy nie miał pretensji do Polski i
    Polaków, choć w PRL-u jego książki długo były zakazane. W podziemiu ukazała się
    tylko "Cela", którą napisał na podstawie własnych doświadczeń z obozu w
    Workucie. Gdy w latach 70. kręcono film na podstawie jego "Pierwszej polki",
    władze nie zgodziły się wpuścić niemieckich filmowców do Gliwic, więc to miasto
    udawała... Ostrawa. Bienek pisał z żalem: "Wszyscy jesteśmy wypędzeni.
    Wypędzeni z krainy dzieciństwa w momencie, gdy wkraczamy w dorosłość". W 1988
    r. udało mu się jeszcze odwiedzić Gliwice. Zrobiły na nim przygnębiające
    wrażenie. Zauważył, że nie zmienił się nawet łańcuch na starym cmentarzu
    żydowskim, a miasto jest ciche i senne. Uczestnicy wczorajszych spotkań
    zastanawiali się, jakie wrażenie odniósłby pisarz w Gliwicach, gdyby jeszcze
    żył.

    Głównym punktem wczorajszych uroczystości z okazji 15. rocznicy śmierci
    największego gliwickiego pisarza było wręczenie Nagrody im. Horsta Bienka. Co
    roku ceremonia odbywa się w Niemczech, w których Bienek spędził ostatnich 45
    lat życia. Wczoraj po raz pierwszy nagroda wręczana była w Gliwicach - w
    Teatrze Muzycznym. Otrzymał ją dr Alfred Kolleritsch - literat i znawca
    literatury, m.in. twórczości Martina Heideggera. Wcześniej, w Domu Współpracy
    Polsko-Niemieckiej, uczniowie "Szkoły z Charakterem" (społecznego liceum)
    dyskutowali o znaczeniu Bienka i jego twórczości. Przedstawili też prezentację
    pt. "Gliwice przystanią dla poetów". - Bienek budował mosty porozumienia między
    Polakami i Niemcami - podkreślano. Dom Współpracy wspólnie z Instytutem
    Goethego w Krakowie ogłosił literacki konkurs na prozę: "Gliwice jako wspólne
    polsko-niemieckie dziedzictwo kulturowe. Poszukujemy nowego Horsta Bienka". W
    kinie Bajka odbyła się prezentacja trzech filmów poświęconych pisarzowi lub z
    jego osobą związanych. Patronat nad uroczystościami ma "Gazeta Wyborcza". Dziś
    w Domu Współpracy Polsko-Niemieckiej odbędzie się kolejna dyskusja poświęcona
    Bienkowi, a potem wycieczka wzdłuż miejsc, z którymi był związany.
    miasta.gazeta.pl/katowice/1,35019,3043951.html
  • szwager_z_laband 02.12.05, 16:19
    Muzeum Czynu Powstańczego na Górze św. Anny

    Muzeum Czynu Powstańczego na Górze św. Anny ma uzyskać inną, nową jakość.
    Przede wszystkim ma być instytucją ponadregionalną. Już nie będzie patosu, ma
    być europejsko i w tonie pojednawczym. Przedstawiciele mniejszości niemieckiej
    obawiają się, że ekspozycja może być jednostronna.

    Ma zostać powołana rada muzeum z przedstawicieli województw opolskiego i
    śląskiego. Nie wiadomo jeszcze, kto wejdzie w jej skład. Na razie są
    dyskutowane kandydatury. Przedstawiciele w Urzędzie Marszałkowskim Województwa
    Śląskiego są zainteresowani współpracą w promowaniu tego przedsięwzięcia.
    – Ciekawe, czy ktoś z mniejszości niemieckiej znajdzie się w składzie tej rady.
    Nie możemy znosić jednostronnego prezentowania historii – zaznacza Bruno Kosak.
    – W poprzedniej kadencji powstała koncepcja, która miała pokazać tragedię
    pogranicza, nie tylko heroizm strony polskiej. Mam nadzieję, że to zostanie
    pokazane na wystawie – uważa Ryszard Galla, poseł RP.
    Z kolei burmistrz Leśnicy, Hubert Kurzał, na którego terenie znajduje się
    muzeum, twierdzi, że nic nie wie na temat zmian. – Jeżeli tak jest, to należy
    się cieszyć. Swoją drogą ciekawe, jak teraz zostaną pokazane powstania – mówi
    burmistrz.

    Wizja profesora Lisa

    Obok istniejącej już wystawy stałej przygotowywana jest „diorama” – seans,
    który będzie prezentowany na zakończenie stałej wystawy, połączony z wizją i
    muzyką.
    Scenariusz seansu przygotowany jest przez prof. Michała Lisa i kustosza Muzeum
    Śląska Opolskiego Urszulę Zajączkowską. Według tego scenariusza i koncepcji
    artystycznej przygotowanej przez Marka Mikulskiego, podczas seansu widzowie
    poznają dzieje Śląska od zakończenia walk o Górny Śląsk (pierwsze kadry –
    pobojowiska po bitwie) aż do dziś, do pokojowej współpracy na arenie
    europejskiej oraz współpracy w Europie regionów.
    Diorama będzie prezentowana w rotundzie, która została odremontowana. Natomiast
    w łączniku wiodącym do tej rotundy będą prezentowane fotogramy przedstawiające
    Masyw Chełmski (np. pałace w Żyrowie i Kamieniu Śląskim, ale także ciekawostki
    przyrodnicze).
    Według Krystyny Lenart-Juszczewskiej z Muzeum Śląska Opolskiego, koszty
    ekspozycji (dioramy) nie są wysokie, w porównaniu z innymi tego typu
    ekspozycjami. – Będziemy to finansować sami, bez udziału województwa śląskiego

    Kobieta ma łączyć

    Motywem łączącym, spajającym wszystkie historyczne wydarzenia na Śląsku będzie
    kobieta śląska – ta, która wysyłała synów i braci do walki, potem ich
    pielęgnowała, cały czas będąc ostoją dla mieszkańców tych ziem. Kobieta
    („uniwersalna”, nie ma znaczenia jej narodowość) jest symbolem odbudowującego
    się życia – informuje dyrektor Muzeum Śląska Opolskiego Krystyna Lenart-
    Juszczewska.
    – Będzie to zupełnie inna ekspozycja niż dotychczasowa – główny ciężar ma
    zostać położony na tragiczne doświadczenia historyczne tego regionu. Bez
    niepotrzebnej patetyczności, ale ze wskazaniem na wagę doświadczeń
    historycznych i dla dobra współpracy.
    Dyrektor informuje, że obecnie stała ekspozycja zawiera więcej materiałów
    niemieckojęzycznych. Dodaje jednak, że muzeum obrazuje polski punkt widzenia. –
    Jesteśmy przecież w Polsce, a nie w Niemczech. Twierdzi również, że wystawa ma
    mieć przede wszystkim wydźwięk historyczny. – Nie może już być współczesnym
    orężem. Chcemy odejść od walki w stronę budowy Europy.

    Andrzej Czok
  • szwager_z_laband 02.12.05, 16:20
    Planetarium ma już 50 lat
    Planetarium Śląskie, znajdujące się w chorzowskim Parku Kultury i Wypoczynku,
    jedyne takie miejsce w Polsce, ma już 50 lat. Przez ten czas odwiedziło je
    ponad 10 milionów gości.

    Planetarium Śląskie to prawie 23 metrowa kopuła stanowiąca ekran i szczególny
    projektor, dzięki któremu wyświetlany jest obraz nieba. Składa się na niego
    ponad 120 soczewek, które połączone wspólnym mechanizmem na zasadzie rzutnika
    wyświetlają obraz nieba.

    Dyrektor Planetarium Jacek Szczepanik zaznacza, że można dzięki niemu zobaczyć
    niebo, takie jak widziane w dowolnym miejscu na ziemi, w dowolnym czasie.
    Urządzenie pochodzi z lat 20 i jest najstarszym tego typu urządzeniem w
    Europie.

    Planetarium Śląskie to jednak przede wszystkim instytucja propagująca wiedzę
    astronomiczną. Na seanse poświęcone poszczególnym zagadnieniom przychodzą nie
    tylko odwiedzający park goście, ale także uczniowie, dla których Planetarium
    przygotowuje lekcje.

    W skład instytucji wchodzą także: obserwatorium sejsmologiczne, stacja
    klimatologiczna i obserwatorium astronomiczne.
  • szwager_z_laband 09.12.05, 09:56
    78 mężczyzn z 45 parafii diecezji opolskiej zostało w niedzielę wyświęconych
    przez arcybiskupa Alfonsa Nossola na nadzwyczajnych świeckich szafarzy Komunii
    Świętej. Ponad 30 pochodzi z parafii, w których świeccy szafarze do tej pory
    komunii nie rozdawali



    Świeccy szafarze rozdają komunię od piętnastu lat. Jednak w wielu parafiach do
    tej pory ich nie było. Teraz ma się to zmienić, gdyż zgodnie z zaleceniami
    pierwszego synodu diecezji opolskiej, zakończonego w kwietniu, w każdej parafii
    powinien być co najmniej jeden świecki szafarz. - Może nim być mężczyzna od 25.
    do 65. roku życia, komunikatywny, o nienagannej postawie moralnej i dobrym
    zdrowiu - mówi ks. Rudolf Pierskała.

    Wczorajszy obrzęd w katedrze, w którym szafarze najpierw odpowiadali na pytania
    arcybiskupa, potem otrzymali od niego błogosławieństwo i odebrali specjalne
    certyfikaty, poprzedził kurs w Diecezjalnym Ośrodku Formacyjnym. Przez cztery
    kolejne niedziele szafarzy uczono wprowadzonego dopiero w tym roku w diecezji
    opolskiej rozdawania komunii na rękę.

    - Rok temu zostanie szafarzem zaproponował mi proboszcz. Musiałem ją
    przemyśleć, ale się zdecydowałem. Traktuję to jako służbę i nowe wyzwanie -
    powiedział nam Paweł Krawczyk z parafii św. Józefa w Szczepanowicach. - Mamy
    sporo wiernych, a kapłanów tylko trzech. Odpowiedziałem na ofertę proboszcza i
    potrzeby parafii - stwierdził Tomasz Chyra z parafii św. Karola Boromeusza na
    Chabrach.

    - Jestem chrześcijaninem i dlatego podjąłem tę służbę. To spory zaszczyt -
    uzasadnił przyjęcie oferty proboszcza Krystian Ebisch z parafii św. Michała na
    Półwsi. - Myślę, że z rozdawaniem komunii na rękę nie będę miał problemu.
    Jestem po kursie, poza tym wystarczy po prostu popatrzeć, który wierny chce,
    aby podać mu komunię do ręki, a który do ust - dodał Paweł Krawczyk.

    Synod postanowił:

    - o podawaniu komunii do ręki

    - o tym, że świeccy szafarze Komunii Świętej powinni być w każdej parafii

    - o tym, że do I Komunii Świętej dzieci będą przystępować rok później niż do
    tej pory, czyli w III klasie szkoły podstawowej

    - decyzję o udzielaniu komunii pod dwoma postaciami będzie mógł podejmować
    proboszcz

    - księża będą mogli przechodzić na emeryturę w wieku 70 lat (do tej pory 75)

    - rada parafialna powinna liczyć maksymalnie 20 osób (do tej pory 30)
  • szwager_z_laband 09.12.05, 09:56
    Arcybiskup Alfons Nossol zaprasza papieża Benedykta XVI


    wab 04-12-2005 , ostatnia aktualizacja 04-12-2005 18:29

    Podczas zakończonej w sobotę wizyty w Watykanie arcybiskup Alfons Nossol
    zaprosił papieża Benedykta XVI do odwiedzenia podczas przyszłorocznej wizyty w
    Polsce Kamienia Śląskiego. - Wręcz błagałem o to Ojca Świętego - opowiada abp
    Nossol.

    - Przekonywałem, że od Częstochowy, którą zamierza odwiedzić, dzieli to miejsce
    zaledwie 95 kilometrów. Powiedziałem mu, że jest to rodzinne miejsce św. Jacka -
    pierwszego dominikanina na północ od Alp. Ponieważ jest on też patronem
    metropolii górnośląskiej, byłoby to spotkanie z wiernymi z całej metropolii,
    szczególnie z młodzieżą. Benedykt XVI nie odpowiedział "nie", ale stwierdził,
    że musi to być ustalone przez Konferencję Episkopatu Polski. Stwierdził jednak,
    że jeśli do Kamienia Śląskiego przyjedzie, to powtórzy nieszpory, jakie w 1983
    roku na Górze św. Anny odprawił Jan Paweł II - mówi arcybiskup.

    Przy okazji wizyty abp Alfons Nossol odwiedził też watykańską kongregację ds.
    kanonizacyjnych, która podczas jego wizyty rozpatrywała kwestię cudu dokonanego
    za wstawiennictwem założycielki nyskich elżbietanek siostry Marii Merkert. -
    Cud został uznany, komisja stwierdziła, że z wyłącznie medycznego punktu
    widzenia nie da się go wyjaśnić. Musimy jednak uściślić, czy do uzdrowienia
    doszło wyłącznie za wstawiennictwem Marii Merkert, czy też może innych
    błogosławionych czy świętych. Jeśli to uściślimy, to być może do beatyfikacji
    dojdzie już w przyszłym roku, gdyż tej sprawie priorytetowy charakter nadał sam
    Ojciec Święty - stwierdził opolski ordynariusz.
  • szwager_z_laband 09.12.05, 09:59
    Rozmowa z abpem Alfonsem Nossolem


    Rozmawiał Waldemar Bryś 04-12-2005 , ostatnia aktualizacja 04-12-2005 18:28



    Waldemar Bryś: W niedzielę wrócił Ksiądz z Watykanu wraz z dwoma biskupami
    pomocniczymi. Czego dotyczyły rozmowy z papieżem Benedyktem XVI?

    Ks. abp Alfons Nossol: Z papieżem spotkaliśmy się trzykrotnie. Nasza prywatna
    rozmowa trwała aż 22 minuty zamiast zaplanowanych dziesięciu. Było w niej dużo
    wspomnień z naszych spotkań z lat poprzednich, dotyczących między innymi Jego
    wizyt na Opolszczyźnie i Śląsku. Rozmawialiśmy po niemiecku.

    Czy Ojca Świętego szczególnie interesowały jakieś sprawy?

    - Tak, pytał przede wszystkim o kwestię bezrobocia oraz kształcenie młodych
    ludzi. Dopytywał się o uniwersytet, o to, ile kształci się na nim osób, jak
    przedstawia się obecnie kadra, wspominał osoby, z którymi spotkał się przed
    pięcioma laty. Zapytał mnie też o moją osobistą bolączkę. Wyznałem, że są to
    wyjazdy młodych ludzi do pracy na Zachodzie i to, że nie inwestują w siebie.

    Przekazał też Ksiądz papieżowi dokumenty pierwszego synodu diecezji. Czy coś
    zwróciło w nich szczególną uwagę Benedykta XVI?

    - Tak, dopytywał się o kwestię udziału świeckich w życiu Kościoła,
    duszpasterstwa mniejszości, życia parafialnego. Obiecywał, że jak tylko
    dostanie kompletne tłumaczenie, to się z nim dokładnie zapozna.

    Wspominał Ksiądz o tym, że spotkanie miało serdeczny i nie do końca oficjalny
    charakter. Czy zawiózł Ksiądz Arcybiskup może jakieś prezenty papieżowi?

    - Tak, dostał ode mnie paczuszkę pierniczków świątecznych. Podobne ofiarowałem
    mu pięć lat temu. Pytał, czy są takie same, i po zapewnieniu, że tak, bardzo
    się ucieszył, bo, jak twierdził, ogromnie mu smakowały. Prosił też o
    pozdrowienie sióstr zakonnych, które je wypiekają.
  • szwager_z_laband 09.12.05, 10:20
    6 XII odboua sie kolejno rozprawa w sprawie rejestracji Zwionzku Ludnosci
    Narodowosci Slonskyj,kero trwaua prawie 2 godziny.
    Sond postanowiou zobowionzac Komitet Zauozycielski do rozwazenia rozszerzenia
    nazwy. Nastympny termin rozprawy wyznaczono na 9.12.05 (piontek) godz. 12.00. Z
    tego powodu 8.12.05 (czwartek) o godz. 18.00 w Zajezdzie Batory odbouo sie
    zebranie ZLNS.
  • szwager_z_laband 09.12.05, 10:56
    Opole piernikiem stało


    Dorota Wodecka-Lasota 02-12-2005 , ostatnia aktualizacja 01-12-2005 19:54

    W ręce opolskich muzealników trafił niepodważalny dowód, że w naszym mieście
    przed wiekami wypiekano pierniki! Zaproponowaliśmy naszym włodarzom, by zrobić
    użytek z historycznego dowodu, odnowić tradycję i wypromować piernik opolski.
    Ratusz odpowiada, że rozpisze wśród cukierników konkurs, który zostanie
    rozstrzygnięty podczas Dni Opola

    Dotąd nie było żadnego materialnego śladu, że w dawnych czasach w Opolu
    wypiekano pierniki. Tymczasem niedawno kolekcjoner ze Śląska zaproponował
    wawelskiemu muzeum sprzedaż srebrnej zawieszki cechowej z 1636 r., która, jak
    sądził, została ufundowana przez pomocnika kucharza. Pracownia złotnicza na
    Wawelu sprawdziła, że nie jest to falsyfikat, i rekomendowała jako rzecz wartą
    zakupu. - Jednak ich zbiory nie są powiększane o zabytki ze Śląska, więc
    zwrócił się do nas - mówi Urszula Zajączkowska, szefowa działu historycznego w
    Muzeum Śląska Opolskiego.

    Na podstawie źródeł historycznych uznała, że to nie może być zawieszka cechu
    kucharzy, bo takiego w Opolu nie było. Przestudiowała treść zabytku o
    rozmiarach 14 cm na 7,5 cm, na którym z jednej strony wygrawerowano boginię
    Fortunę, uosabiającą szczęście i pomyślność, a z drugiej napis: "IEREMIAS
    SCHOLTZ KUCHLER KNECHT VON OPPELN 1636 7 May".

    - Jej fundatorem był czeladnik piernikarski Jeremiasz Scholtz, najpewniej przy
    okazji wyzwolenia się na mistrza. Oznacza to, że nie tylko Toruń piernikami
    stał, ale i my mieliśmy swojego mistrza - promienieje Zajączkowska.

    W dokumentach historycznych doszukała się też informacji, że już w końcu XVI w.
    był w Opolu jeden piernikarz, w wieku XVII było ich dwóch, a w 1721 zanotowano
    trzech. Ich godłem był ul z rojem pszczół lub piernik. Płacili do kasy
    miejskiej 12 groszy.

    Jeremiasz - zdaniem Zajączkowskiej - musiał pochodzić z bogatego rodu, nie
    każdego bowiem stać było na naukę u rzemieślnika, a tym bardziej u tak
    uprzywilejowanego, jakim był piernikarz. Już w 1592 roku cesarz Rudolf dał
    piernikarzom przywilej wyłączności na wypiek ciast z miodem, którego nie mogli
    używać piekarze.

    Nazwisko Scholtz jest w historii Opola znane. - Z pewnością Jeremiasz był synem
    bogatego mieszczanina, a może nawet starosty na zamku opolskim, Daniela
    Scholtza, który funkcję te pełnił w 1637 roku. W kaplicy św. Anny w kościele
    Franciszkanów znajduje się płyta epitafijna jego dwóch córek - Katarzyny i
    Urszuli, zmarłych w 1630 roku. Być może były to siostry piernikarza. Nazwisko
    Scholtz pojawia się też w XIX w. - Jan i Karol byli dzierżawcami Piwnicy
    Ratuszowej - opowiada muzealniczka.

    Ratusz - ogłaszamy konkurs

    Zaproponowaliśmy ratuszowi, by wspólnie wypromować opolski piernik. Prezydent
    Ryszard Zembaczyński przystał na to. - Spodobała mu się ta idea. Ogłosimy u
    opolskich piekarzy i cukierników konkurs na historyczny piernik. Rozstrzygniemy
    go na Dni Opola i wtedy też w Rynku na stołach pojawią się do degustacji
    pierniki wypieczone przez opolskie gospodynie - zapowiada Sławomir Brzeziński,
    asystent prezydentów.

    - Dlaczego mamy nie skorzystać z możliwości, jaką daje historia, i nie odnowić
    tradycji? - pyta retorycznie Bożena Kulesza-Knapik, naczelnik Wydziału
    Promocji, która zapowiada, że z tej okazji dobrze byłoby wydać publikację na
    ten temat. Ponieważ w minionym roku Urząd Miasta wspólnie z "Gazetą" wydał na
    Dni Opola "Legendę o świętym Wojciechu", napisaną przez Zajączkowską, to na
    kolejne Dni mogłaby powstać książeczka poświęcona opolskim piernikom.

    - Dlaczego nie? Nie ma żadnego problemu - zapewnia Zajączkowska, a Kulesza-
    Knapik zapowiada, że zarezerwuje w budżecie wydziału pieniądze na wydawnictwo.

    "Gazeta" z kolei zapowiada, że ogłosi konkurs na nazwę zwycięskiego wypieku.

    Cukiernicy - mamy co wystawić

    Opolscy cukiernicy zainteresowali się konkursem na opolskiego piernika. - To
    jeden z naszych produktów firmowych wyrabiany od lat, oczywiście na miodzie.
    Nasz przepis jest jeszcze przedwojenny, ale nie opolski - powiedziała Irena
    Malik, której najbardziej znana cukiernia mieści się przy ul. Grunwaldzkiej.

    Maria Bursy, właścicielka zakładów na Gorzołki i na ZWM, zapewnia, że miałaby
    co wystawić do konkursu. - Bo przecież pierniki różnego rodzaju wyrabiamy od
    lat. Nasze mają specyficzny smak, gdyż opierają się na oryginalnej recepturze.
    Wystawienie konkretnego do konkursu wymaga namysłu - mówi.

    - Pieczemy doskonały piernik z bakaliami, więc mielibyśmy z czym wystartować.
    Skoro miałoby to promować cukiernie i Opole, to chętnie weźmiemy udział - mówi
    Irena Węcławowicz, która wraz z Henrykiem Moczią prowadzą cukiernię na pl.
    Sebastiana
  • szwager_z_laband 09.12.05, 11:02
    Nowe Muzeum Śląskie powstanie koło Spodka


    Józef Krzyk 07-12-2005 , ostatnia aktualizacja 07-12-2005 21:24

    Kilkaset metrów od Spodka w ciągu pięciu lat ma zostać zbudowane
    najnowocześniejsze muzeum w Polsce. To już trzecie podejście do wzniesienia
    takiej placówki w Katowicach.

    Do budowy nowej siedziby Muzeum Śląskiego podchodzono już trzy razy. Pierwsza
    próba - prawie udana - była jeszcze w latach 30. Naprzeciwko Urzędu
    Wojewódzkiego stanął wtedy siedmiokondygnacyjny, najnowocześniejszy wówczas
    budynek w Polsce. Była w nim klimatyzacja, a specjalny system filtrów chronił
    powietrze w środku przed zanieczyszczeniami, które mogły zaszkodzić zbiorom.
    Architekt oprócz ekspozycji zaplanował również: sale audiowizualne, kawiarnię,
    bibliotekę, bufet, pomieszczenia administracyjne i konserwatorskie.
    Prezentowanie zbiorów miały ułatwić ruchome ścianki, a komunikację między
    piętrami - dwie windy i ruchome schody z wmontowaną fotokomórką. Uroczyste
    otwarcie zaplanowano na październik 1939 roku. Miesiąc wcześniej wybuchła
    wojna. Wkrótce po wkroczeniu do Katowic hitlerowcy kazali budynek rozebrać.
    Dzisiaj stoi na tym miejscu wybudowany w stylu socrealizmu gmach związków
    zawodowych, który już niebawem ma być zaadaptowany na Urząd Marszałkowski.
    Druga próba budowy, kilkanaście lat temu, skończyła się wmurowaniem kamienia
    węgielnego na parceli u zbiegu ulic Ceglanej i Kościuszki w Katowicach. Nikt
    nie wiedział, skąd wziąć pieniądze na resztę inwestycji. Pięć lat temu pomysł
    obiecał poprzeć prezydent Aleksander Kwaśniewski. Budowa miała być częściowo
    sfinansowana przez państwo niemieckie - w ramach symbolicznego odszkodowania za
    zburzony przez hitlerowców poprzedni gmach. Lech Szaraniec, dyrektor Muzeum
    Śląskiego, ma nadzieję, że tym razem przedsięwzięcie zakończy się powodzeniem.
    Akt erekcyjny pod budowę Muzeum Śląskiego wmurowali wczoraj przedstawiciele
    władz miasta i województwa, a poświęcenia dokonał metropolita katowicki abp
    Damian Zimoń. Siedmiohektarowy teren, na którym ma powstać muzeum, do niedawna
    był własnością Katowickiego Holdingu Węglowego. Po zlikwidowanej kopalni
    Katowice pozostały jeszcze niektóre zabudowania, m.in. szyb Bartosz. Nie będą
    wyburzane, ale wykorzystane do nowych celów. Zaprezentowany wczoraj projekt
    architektów z gliwickiego biura P.A. Nova przewiduje, że centralnym miejscem
    Muzeum będzie duży plac, a dominującym akcentem przestrzennym - niemal 80-
    metrowa "Wieża Śląska". Na wieży ma być aż pięć podestów widokowych. Autorzy
    koncepcji chcą też, aby z Muzeum można było zejść do chodnika zlikwidowanej
    kopalni.

    Przyszły rok ma być poświęcony na sporządzenie dokumentacji budowlanej. Na jej
    podstawie władze województwa wystąpią do Unii Europejskiej o sfinansowanie
    inwestycji. Unia nie daje pieniędzy na budowę placówek muzealnych, ale Polacy
    zamierzają wystąpić o pieniądze na restrukturyzację terenów pokopalnianych.
    Właśnie dlatego muzeum ma być zbudowane na terenie po Katowicach, a nie na
    wybranej już kiedyś parceli, którą placówce podarowały władze miasta. W tej
    chwili muzeum mieści się w budynku po dawnym hotelu przy alei Korfantego.
    Zajęty jest tu każdy metr i od dawna brakuje miejsca na eksponowanie zbiorów, a
    katowicka placówka posiada m.in. obrazy malarzy polskich XIX i XX wieku i cenne
    kolekcje plakatu.
  • szwager_z_laband 09.12.05, 11:03
    Sukces Politechniki Opolskiej


    Beata Łabutin 07-12-2005 , ostatnia aktualizacja 06-12-2005 17:05

    Prawo do doktoryzowania na Wydziale Elektrotechniki i Automatyki otrzymała we
    wtorek Politechnika Opolska. Oznacza to, że jest od tej chwili tzw. uczelnią
    autonomiczną - może bez zgody Ministerstwa Edukacji powoływać nowe wydziały i
    kierunki



    - To zupełnie kluczowa dla nas decyzja - cieszy się prof. Jerzy Skubis, rektor
    PO. - O status uczelni autonomicznej staraliśmy się dwanaście lat i wreszcie
    dzięki cierpliwej pracy udało się. Spełniliśmy ostatnie kryterium - uzyskaliśmy
    czwarte prawo do doktoryzowania [inne ważne kryterium to np. posiadanie
    odpowiedniej liczby profesorów tytularnych - red.]. To uprawnienie ma dla nas
    wielkie znaczenie także z powodu nowej ustawy o szkolnictwie wyższym, która
    mówi, że aby zachować nazwę "politechnika", musimy do 2010 roku posiadać
    uprawnienia do doktoryzowania na sześciu kierunkach. Cztery już mamy, a lada
    dzień wystąpimy o piąte - na Wydziale Mechanicznym - zapowiada prof. Skubis.

    Podkreśla, że nowy status uczelni pozwoli na jej szybszy i bardziej
    wszechstronny rozwój. Będzie można promować więcej doktorów, otwierać nowe
    kierunki bez konieczności zabiegania o akceptację ze strony MEN. - Będziemy
    mogli także pisać nowy statut bez przedstawiania go do zaaprobowania przez
    ministerstwo - mówi prof. Skubis.

    Podkreśla, że teraz Politechnika Opolska należy do elity polskich uczelni. - Na
    430 państwowych uczelni w kraju tylko niewiele ponad sto to uczelnie
    akademickie, a jedynie połowa z nich posiada status uczelni autonomicznych -
    mówi z dumą.

    PO jest więc drugą uczelnią w Opolu posiadającą autonomię; od pięciu lat ma ją
    także Uniwersytet Opolski.

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka
Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.