Zdaję sobie sprawę z tego, że powoli staję się męcząca. Przepraszam, że znów będę smucić... Ale nie daję sobie rady...
Nie daję sobie rady z tym brakiem wody. Mąż przywiózł tą dmuchawę i grzał w kotłowni tą rurę ale nic to nie dało. Najpewniej gdzieś na placu zamarzło. W kuchni garów od groma, patrzeć na to nie mogę, nie mam jak tego pomyć bo nie mam nikogo do pomocy... U sąsiadki która mi zawsze pomagała kiedy potrzebowałam ospa panuje więc dupa. Nie ma żadnych widoków na znalezienie jakiegoś lokum, bo nie stać nas na płacenie wysokiego czynszu. Tutaj płacimy 600zł a i tak po opłatach niewiele zostaje do życia.
Kibel spłukiwać muszę z wiadra, mycie rąk to wyczyn, bo jak samemu trzymać sobie butelkę i myć ręce? Jakoś mi to idzie ale mozolnie... Nie umiem, cholera chodzić z niemytymi rękami, no nie umiem... Kąpać muszę jeździć po ludziach, co raz to do kogoś innego, żeby cały czas jednej osoby nie obciążać... Te zbieranie się, masakra...
Z matką moją się pożarłam w niedzielę i to tak konkretnie, nie pierwszy raz, ale tym razem nie wytrzymałam i wygarnęłam jej wszystko co mnie bolało i zalegało na wątrobie. Nie chcę już z nią utrzymywać kontaktów. Tylko mnie zawsze wykorzystywała, poniżała, a od siebie nic nigdy nie dała. Nawet rozmowy, bo zawsze znalazła pretekst (choćby o długopis) żeby wszcząć karczemną awanturę.
Coś mnie kurde złapało, kaszlę jak dzika, czasami odkrztuszam na zielono, nos zatkany, w nocy spać nie mogę bo muszę oddychać ustami, a to z kolei wysusza i podrażnia mi gardło, znacie jakiś sposób, albo co jest dobre na taki uporczywy kaszel? Kupiłam chyba w zeszłym roku ten acti trin ale po nim kułam jeszcze gorzej, a niby miał działać przeciwkaszlowo... Nie chcę iść do lekarza razem z małą bo dzięki Bogu zdrowa, a boję się że złapie coś w przychodni.
Mała całą noc ryczała, jęczała, od jakiegoś czasu nie umiem jej położyć spać... Chciałabym wogóle ją kłaść o 20, bo widzę potem że jak idzie o 21, 22 i wstaje (tzn. jest budzona) po 8 to potem jest nie do życia, zmierzła, łatwo wpada w złość. Ciężki gizdek jest a lulać by się chciała. A mi kręgosłup krzyczy "nieeeee"...
Męczy mnie to, że do wszystkiego jestem sama... O wszystkim muszę pamiętać ja, o wszystko starać się ja, nie mamy podziału obowiązków w domu... Wczoraj mu powiedziałam, że mógłby choć płacić rachunki, bo ja czasem zapominam, z racji tego, że skleroza mnie się ima. To mi z takim oburzeniem powiedział, że jak mi się polepszy, to on te rachunki będzie płacił od następnego miesiąca... I tak jest ze wszystkim...
Bolał go ząb już od zeszłego tygodnia. W zeszłym tyg. mu zaklepałam wizytę u naprawdę dobrego dentysty. Nie poszedł, bo mu się nie chciało. Przełożyłam na 28 lutego. Ale stwierdził, że nie wytrzyma i muszę mu na "już" poszukać kogoś kto mu zęba zrobi. No to znalazłam. Poszedł wczoraj, nie było go ponad godzinę (zawsze to trwało do 20 min), zastanawiam się co się z nim dzieje, telefonu nie odbierał, się wystraszyłam, bo jeszcze przed jego wyjściem zażartowałam, że jak nie będzie w stanie wrócić to niech zadzwoni, przyjadę po niego. No ale okazało się że godzinę siedział na fotelu dentystycznym. Przyjeżdża do domu, każe mi sprawdzić
który ząb ma zrobiony. WTF, myślę, robił ci i nie wiesz, którego? No dobra, patrzę, a ma zrobiony nie ten który go bolał, tylko sąsiedni. W dodatku skasował go 200zł za tego zęba... Zaczął jojczyć, żebym zadzwoniła, czemu tak mu zrobili, ja dzwonię, robię z siebie idiotkę i się okazało, że jak pan doktor się go pytał czy boli to mu powiedział że nie i lekarz zrobił tego zęba, który w jego przekonaniu był gorszy. Ten całą noc też nie spał, bo go jednak bolał ten ząb co wcześniej, a my kurwa kasy nie mamy żeby szedł zrobić tego faktycznego zęba...
Już nie radzę sobie z niczym... Dziennie mnie tak głowa napieprza, że nic, tylko uciąć... W dodatku jak zakaszlnę to mi ma ją rozerwać przy skroniach...
Przepraszam... :(
--
