29.06.06, 01:17
Na fali popularności fanfików napisze i swój. Akcja dzieje się oczywiście w bliżej nieokreślonym banku, a wszelkie podobieństwa co do osób i sytuacji są przypadkowe.

- "Co za upalny dzień" - westchnął dyspo-kasjer - pan Krzesimir - "Mogło by być ciut chłodniej, albo chociaż jakaś klima na sali".
I w momencie, gdy nasz bohater wypowiedział te słowa do sali wszedł pan Włodek. A Włodzimierz to wieloletni klient, gdy skończył lat osiemnaście, już go mama przyprowadziła do banku i nakazała założyć konto, aby miała mu gdzie kieszonkowe przekazywać i aby syn uczył się gospodarności.
- "Witam pana panie Włodku drogi, nasz kliencie wieloletni i nie powiem, ale również ulubiony" - gdyż trzeba wam wiedzieć, że klient ten posiadał całą gamę produktów banku w którym akcja się akurat dzieje.
- "Witam również pana, panie Krzesimirze" - odpowiedział Włodzimierz kłaniając się w pas i siadając tuż na przeciw pana dyspo-kasjera - ""Jak pan wie, dzięki kredytowi w waszym banku nabyłem właśnie mieszkanko w przeuroczej okolicy" - tako rzekł klient i uśmiechnął się do bohatera tejże opowieści - "i adres korespondencyjny chciałbym zmienić, aby listy od was nie trafiały już do mojej matuli ukochanej i nerwów jej nie przysparzały."
- "A więc bierzmy się do dzieła" - odrzekł mu pan Krzesimir i rzeczywiście wziął się do dzieła.
Na początku oczywiście poprosił o nowy adres i zapisał go sobie na karteczce, gdyż w dowodzie widniał ciągle adres poprzedni, bo pan Włodek nie bardzo miał czas załatwić sprawę we wszystkich urzędach., że w pierwszej kolejności trafił do banku, świadczy tylko o szacunku, jakim ten bank darzył.
Dalej, dyspo-kasjer wprowadził ten nowy adres w systemie GREG 500, następnie kolejny raz ten adres wprowadził w systemie FARAON, przerzucił dane do aplikacji GREGor i wydrukował naniesioną zmianę, aby dać Włodkowi do podpisu. Pan Włodek z uśmiechem na ustach podpisał dokument, przetarł czoło chusteczką wyjętą z kieszeni i spytał: - "To już wszystko?"
- " O nie nie, momencik, jeszcze chwilkę" - odpowiedział pan Krzesimir i przystąpił do dalszych prac.
Uruchomił unikalnym hasłem aplikacje - e-Kartban, wpisał numer karty klienta i zaznaczył opcje; zmiana adresu do korespondencji. Naniósł nowy adres, zatwierdził i skinął głową klientowi, dając do zrozumienia, że wszystko jest na dobrej drodze. Z aplikacji GREGok wydrukował potwierdzenie zmiany adresowych posiadacza karty i przedłożył klientowi. Zniecierpliwiony pan Włodek po raz kolejny spytał, czy to już wszystko.
- "Otóż nie, jeszcze momencik" - odpowiedział pan Krzesimir ocierając pot z czoła końcówką krawata, który w taki upał wydawał się strasznie przyciężki, choć był ze sztucznego jedwabiu.
Pan Włodzimierz posiadał jeszcze lokatę powiązaną z funduszami inwestycyjnymi, więc to nie był koniec zmian. Nasz dyspo-kasjer uruchomił unikalnym hasłem aplikacje Sin-Wopok i po raz kolejny w specjalnym polu wprowadził zmianę adresu korespondencyjnego. Oczywiście wydrukował odpowiedni formularz z dyspozycją klienta, który do podpisu przedłożył naszemu klientowi.
Tym razem pan Włodek nie zadawał kolejnego pytania i czekał dalej. Pan Krzesimir dobrze wiedział, że klient swego czasu nabył trochę obligacji. Czym prędzej uruchomił aplikacje BOSOS ( o unikalnym haśle wspominać nie trzeba) i po raz kolejny wprowadził nowy adres korespondencyjny klienta, nie zapominając oczywiście wydrukować wniosku oraz potwierdzenia zmiany danych klienta, po czym przedłożył mu oba do podpisu.
- "Przepraszam pana panie Krzesimirze, ale czy długo to jeszcze potrwa" - nieco poddenerowany powiedział pan Włodek - "gdyż małżonka z pociechami czeka w aucie, a latoroślom lody zakupiłem na patyku i obawiam się, że tapicerka już dawno do prania jest"
- "Och momencik, naprawdę już niewiele nam zostało" - bo pan Włodek był jeszcze szczęśliwym posiadaczek karty kredytowej, Dyspo-kasjer szybko chwycił w rękę wniosek o wydanie karty/zmianę danych (niepotrzebnie skreślić) i zaczął wypełniać długopisem to, co u pana Włodzimierza uległo zmianom. To, co tam wypisał, dał klientowi do podpisu, odłożył na bok bez słowa starał się przypomnieć sobie adres KOC-u, bo gdzieś to przecież wysłać trzeba.
- "No to mamy wszystko załatwione, myślę, że nie było tak strasznie" - rzekł pan Krzesimir i już spoglądał na kolejnego klienta w kolejce, który od dłuższego czasu przestępował z nogi na nogę.
Pan Włodzimierz już wstawał, a kolejny klient z wyraźnym wyrazem ulgi ma twarzy szykował się by zająć jego miejsce, kiedy pan Krzesimir zawołał: - "Panie Włodku, Panie Włodku!! Przecież pan ma u nas kredyt studencki!!. Jeszcze nie skończyliśmy." po czym po raz kolejny otarł pot z czoła końcówką krawata.
- "Tym razem nie mam gotowego druku. O tu, proszę napisać datę, a tu swoje dane, obok dane banku i pod spodem, że prosi pan o zmianę adresu korespondencyjnego do kredytu numer taki a taki."
- "A po co to jeszcze, nie starczy tych druków" - niemal wykrzyczał te słowa wyraźnie zdenerwowany pan Włodek.
- "Kredyty studenckie to inna bajka" - odrzekł pan Krzesimir - "Ja to pisemko przekaże pani Krysi i ona wprowadzi je do systemu Przełaj-Pożyczka, gdyż ten system to jej brocha. Ale na razie to już koniec. Mam nadzieje, że numeru telefonu pan nie zmienił, bo niemal, że całą akcje musielibyśmy powtarzać?
- "NIE, NIE" - z oznakami obłędu krzyknął klient - "Miałem w przyszłym miesiącu zmieniać meldunek i dowód, ale raczej pozostanę przy tym u rodziców, ważne, aby choć korespondencja dochodziła pod właściwy adres."
- "I jak tak uważam" - z kciukiem uniesionym w górę odpowiedział pan Krzesimir i wzrokiem zaprosił kolejnego klienta do swego stanowiska.
Edytor zaawansowany
  • czuk1 29.06.06, 08:48
    Dodać by trzeba, że przyjecie tego Klienta odbyć się może również w PKO .
    Po modernizacji (nie tak jak w pamfleciku, POZA TYM jak w pamfleciku) Klient-Koleś
    obsłużony tu zostanie przy pomocy dyspensera, przez wybraną - wg koloru oczu -
    usmiechniętą ze szczęścia (że pracuje w tym banku), uroczą pracowniczkę.
    czuk
  • malutka.niak 29.06.06, 16:21
    Od samego początku historyjki pękam ze śmiechu!!!
    Takie są niestety nasze realia !!!
    Ale, koledze to proponuje zmianę branży; na pisarza, juz dzisiaj zapisuję się
    na pierwszy tom powieści albo raczej komedii (to nie są żarty!).
    Nie wiem, kolego co robisz w naszej firmie, ale zapewne nie tutaj jest miejsce
    dla twojego talentu (chłopak z taką wyobrażnią - szkoda Ciebie)?
    Zresztą, wszystkie Twoje wypowiedzi są bardzo obrazowe, widzisz rzeczy realne z
    takim przymrużeniem oka, że aż Ci zazdroszcze !
    Dlatego bardzo się cieszę, że potrafisz widzieć rzeczy takimi jakimi są (mimo
    tego iż podobno jesteś człowiekiem_z_góry) i nie jesteś stronniczy ze względu
    na własne krzesełko - to wielka zaleta a zarazem mądrość!
    Pozdrawiam niezwykle serdecznie, dziękuję za tę chwilkę uśmioechu jaki nam
    podarowałeś i ... dziekuję, że jesteś z nami!!!
    Cieszę się, że potrafiłeś wychylić się ponad własny gabinet i nie tylko
    zaglądać, ale również rozmawiać - jest to wielka zaleta!!!
  • chr11 29.06.06, 17:47
    Jesteś super! Ponieważ Strategia Modernizacji już odniosła sukces czekamy na
    sukces Strategii Innowacyjności. I oczywiście ZSI który rozwiąże wszelkie
    problemy z różnorodnością systemów funkcjonujących w firmie Pana Prezesa.
  • czuk1 29.06.06, 22:02
    Człowieku "z góry" czekamy (bo czyta to forum ze mną kilka osób) na dalsze
    Fanfiki. Gratulujemy uzdolnień satyryczno-literacko-humorystaycznych.
    m
  • krso2 01.12.06, 21:57
    "Cłowiek z góry" nie dziwi was to ?????
  • czlowiek_z_gory 30.06.06, 00:22
    Pan Włodek sobie poszedł, a Krzesimir pracował dalej. Potem miał pana Franciszka, nieco przygłuchego, zawsze eleganckiego, choć z kiepskimi dochodami emeryta. Wypłacał 501 zł. Dalej była pani Krysia, też po 501 zł, znów się nagadała o lekach, że takie drogie, a ci lekarze to tylko recepty na te najdroższe wypisują:
    - "We tefałenenie mówili, we takim programie, co po tych faktach leci, co je kiedyś ten lis prowadził, co teraz w polsacie jest. A teraz to je ten durczok prowadzi, co też miał raka i w telewizji dziennik prowadził, mówie panu panie Krzysiu. No.... to o czym ja mówiłam? Aha, no i te lekarze później jeżdżą sobie na szeszele jakieś czy wyspy jakieś, no.. nie pamiętam, ale to wszystko za to, że te recepty wypisują, co im te firmy zachodnie i liberałowie każą"
    - "Halo!! co to jest?" - zawołał ktoś z kolejki - "Tu ludzie czekają, a wy se w tam pogaduszki urządzacie. Niektórzy się spieszą!!
    - "Dobrze już dobrze, ide... ide - pani Krysia odpowiedziała ciągle będąc ustawiona tyłem do kolejki - "A pan panie Krzysiu niech uważa na tych doktorów co oni panu zapisują. No, to do widzenia. Jutro przyjde znowu, bo czynsz nowy dozorczyni roznosiła, a ja zapomniałam zabrać, a dziś już nie będę wracać. Wie pan panie Krzysiu, lata nie te i nogi już bolą. A ta spółdzielnie to też zło...
    - "Ruszy sie pani czy trzeba pani pomóc" - teraz na bank to był pan mareczek, który to jak miał w zwyczaju był lekko wstawiony i oddający się swej pasji, czyli konfliktom kolejkowym. Tak naprawdę chyba lubił kolejki, kiedyś opowiadał, że za komuny dorabiał sobie do pensji stróżowskiej stojąc za pieniądze w różnych kolejkach. Opowieść o tym jak to stał w kolejce na 15 stopniowym mrozie przez całą noc po komplet mebli kuchennych, znał już każdy w tym oddziale. - "Panie tak piździło jak nie wiem co, dobrze że spirytus miałem, a inny miał wodę przynieść do rozrobienia, ale mu zamarzła po drodze. Panie, czysty spiryt żeśmy wtedy pili i zagryzali kulkami ze śniegu. We trzech wtedy wypiliśmy cały litr, wyobrażasz pan sobie. Ale nic mnie nie wzieło nawet, taki to był mróz. Dopiero rano, jak do sklepu weszliśmy to mnie to ciepło uderzyło i momentalnie, tak jak czasem w stresie wytrzeźwieje się w 3 sekundy, tak ja panie znietrzeźwiałem w te trzy sekundy, I ekspedientka jedna, taka gruba wi pan, co też tu czasem przychodzi, po milicje chciała dzwonić." - Ta opowieść chyba była prawdziwa. Pan Mareczek często ją opowiadał i zawsze historia brzmiała ta samo. Zresztą pan mareczek to taki drobny pijaczek, ale łebski gość. Co by nie płacić prowizji od wypłat gotówkowych poszedł na sposób. Raz w miesiącu jak renta przyszła na konto, wypłacał całość i wpłacał na książeczkę oszczędnościową. I tak sobie codziennie przychodził i wypłacał jakieś drobne z tej książeczki. Dzisiaj wziął 30 złotych na lody jak to miał w zwyczaju mówić. Już mu nikt nawet o karcie do bankomatu nie wspominał, bo pan mareczek mówił, że ma za duże paluchy do tych małych przycisków bankomacie.
    Następnie było kilka zleceń, trochę wypłat, wpłat, przelewów i wydruków. Trafiła się też lokatka i nawet mały, ale zawsze jednak jakiś kredycik. Pan Krzesimir prawie już zakończył na dziś pracę, zalogował się swym unikalnym hasłem do systemu "raporting sprzedaży" i wpisał swoje dzisiejsze osiągnięcia: "-Nie jest dobrze" - powiedział po cichu sam do siebie -"Jutro dywanik u dyrekcji i znów ta sama płyta, ciągle te same pytania z ich strony i te same odpowiedzi z mojej. Nie szkoda im czasu ich i mojego?"
    Spojrzał na dokumenty zmiany danych osobowych pana włodka i zamarł w przerażeniu: -"O fak, zapomniałem o ....."
    CDN
  • czuk1 30.06.06, 05:04
    5+ v
  • malutka.niak 30.06.06, 20:15
    Dobre, juz prawie płacze ze śmiechu - to taki antystresik na który nie da się
    inaczej zareagować jak tylko śmiechem ( prawdziwa tragikomedia) po trudach dnia
    dzisiejszego!!!
    Nowe wieści? Właśnie moje koleżanki z CRW dostały alternatywę 3 m-ce i na bruk,
    albo dojazdy ponad 100 km. - oto real, więc ten śmiech, przez łzy jest jakby na
    wagę złota (tak niewiele mamy powodów do radości).
    Ale, jak nie trudno zgadnąc, czekam z utęsknieniem na ciąg dalszy???
    I gdybym miała zamienić sie w sprzedawcę to ta opowieść jest warta produktu na
    miarę Q (czyli kulka coś fantastycznego i to bez kolejki - wchodzę i mam!)!
    Pozdrawiam i oczywiście czekam !!!
  • sandy_1 02.07.06, 20:16
    Rzeczywiście-to prawdziwy obrazek "s(pod?)" lady.Tragikomedia-naprawdę.Ja tak
    właśnie pracowałam.I niejeden raz proponując klient(ce/owi) produkt, zostałam
    przez tzw.kolejkę (bez której przecież PKO nie istnieje) delikatnie (sic!)
    pouczona ,że "informacja to jest TAM , a tu jest KASA,więc mam NIE GADAĆ tylko
    pracować"...:(-To jeden wielki absurd.MogĘ pisać w czasie przeszłym, bo za
    klika dni żegnam się .Mam dosyć.Pozdrawiam wszystkich aktorów tej farsy, a
    szczególnie zespół reżyserów, no i resztę. "Dyspo-kasjer".
  • czuk1 02.07.06, 20:35
    ...ale ONI zostają, a to są nasi przyjaciele. Pamiętajmy oni i wspierajmy ich
    moralnie.......w ICH miejscu pracy... ostatniej Perełce polskich banków.
    Bez nich perełka utonie.
    czuk
  • czuk1 02.07.06, 20:38
    "....Pamiętajmy o NICH"..... (najpierw mylę się,wysyłam, czytam,poprawiam,wysyłam
    poprawkę .... jak to emeryt) . Przepraszam.

    czuk
  • sandy_1 04.07.06, 22:30
    Zaraz mi raźniej, gdy czytam Twoje słowa-chociaż może wolałabym też być już
    emerytką...? Cóż-"słowo się rzekło-kobyłka u płota". Wyruszam w samotny rejs,
    życz mi więc pomyślnych wiatrów, bo będą mi teraz bardzo potrzebne.Ale wierzę
    mocno ,że będzie dobrze.
    A błędami się nie przejmuj , bo czy jest ktoś , komu się one nie zdarzają?
    Serdeczności.Wyzwolona (?)
  • czuk1 05.07.06, 18:48
    Wyzwolona Sandy.
    Lepszej, nowej drogi życia . Przecież gorzej być nie może i nie musi.
    Dasz sobie radę, jak dotychczas - odchodząc z banku.
    Teraz znajdziesz pracę napewno nie tak stresującą, bo rzadko
    zdarzają się tak zarządzane zakłady pracy - jak dotychczasowy.
    Trzymam kciuki Czuk
  • sandy_1 09.07.06, 00:51
    Czuk! Dzięki po stokroć za dobre słowo! Nie żałuję ani trochę swej decyzji.Są
    podobno nawet tacy, którzy mi zazdroszczą. -TAAAK...gorzej być przecież nie
    może. Czytam "fanfika" z uśmieszkiem na twarzy , wydrukowałam go też koleżankom
    z "pewnego banku"...podoba się i czekamy na cd. Pozdrawiam !
  • czuk1 09.07.06, 08:30
    Tak trzymaj. S a n d y .

  • czlowiek_z_gory 07.07.06, 00:47

    Spojrzał na dokumenty zmiany danych osobowych pana włodka i zamarł w przerażeniu: -"O fak, zapomniałem o sprawdzeniu wzoru podpisu”. Migiem, unikalnym hasłem uruchomił system do sprawdzania wzorów podpisów „Inter-Agassi”, wpisał numer rachunku klienta i zamarł w przerażeniu. –„No tak” – pomyślał – „znowu zonk”. Pan Włodek na karcie wzorów podpisów podpisał się samym nazwiskiem „Serpentyna” bo tak się ów klient nazywał. A na wszystkich dokumentach do zmiany podpisał się jak na złość pełnymi danymi, czyli „Włodzimierz Serpentyna”.. Jeżeli, ktoś z was myśli, że to nawet lepiej iż się dokładnie podpisał, jest w błędzie. W razie pierwszej kontroli, która notabene ma być za 2 tygodnie, taki numer nie przejdzie. Pan Krzesimir dobrze pamiętał pierwszą kontrolę, odkąd pracował w banku, która odwiedziła jego oddział nieco ponad rok temu. Myślał, wtedy głupi, że kontrola przyjedzie, zwróci pracownikom uwagę na jakieś nieprawidłowości, błędy, które popełnili, pozwoli na uniknięcie pewnych niedociągnięć w przyszłości. Ale wtedy to była niemal, że hiszpańska inkwizycja. No bo tak, wzięli chyba większość dokumentacji, na której nasz dyspo-kasjer się podpisał. Na wielu dokumentach wychwycili błędy typu: a tu na tej stronie nie ma parafki klienta, a tu podpis niezgodny ze wzorem klienta, a przy skreśleniu jakimś brak podpisu klienta itp. itd. Sądził Krzesimir, że to tylko tak dla nauki dla niego i informacji na co powinien szczególną uwagę zwracać. A okazało się, że dyrektor w swej nieskończonej i niemierzalnej dobroci, za te wybryki nowego pracownika (z racji na to, że dopiero pół roku w tym banku pracował ), tylko 75% premii kwartalnej mu upierdolił. Od tego czasu Krzesimir starał się nie popełniać takich błędów i wychodziło mu to całkiem nieźle. Najbardziej się obawiał, że znów pod lupę, będąc pomni jego ostatnich jego gaf, wezmą jego dokumenty. Zwolnić, go raczej nie zwolnią, bo odeszło zbyt dużo w ostatnim czasie pracowników jego oddziału, nawet zatrudnić kogoś ponoć mają, jest nawet gdzieś ogłoszenie. Obawiał się, że tym razem straci całą premię kwartalną, na rozporządzenie, której już miał plan. Myślał, co by sobie zęba trzonowego do końca wyleczyć. Kanałowe będzie potrzebne, więc tanie to nie jest, a tak rwanie będzie i już. Szkoda trochę, pan Krzesimir młody, niedługo 26 lat kończy, a jak tak dalej pójdzie to już jego trzeci stały ząb, który usunie. O zęby dbał, a jakże, ale na studiach to w państwowej stomatologii się leczył, a w państwowej to się dentysta nie przykładał i już dwa usunął. Raz to siła wyższa, pobili go jacyś dresiarze jak z juwenaliów wracał i ząb już prawie całkiem wybity był i tylko do usunięcia się nadawał. Ale innym razem to już na leczenie kasy nie było i pozwolił sobie usunąć.
    Znalazł więc numer do pana Włodka, a że tylko na komórkę był, to z prywatnego musiał dzwonić. Z oszczędności kosztów, wszystkie komórkowe były zablokowane, nie pierwszy raz i nie ostatni dzwonił zresztą do klienta z prywatnego telefonu. Na szczęście klient odebrał i Krzesimir dogadał się z nim co do poprawienia tego fou paux. Pan Włodek, co prawda, nie miał już ochoty pojawiać się w banku, więc nasz bohater zaanonsował się z wizytą w dniu dzisiejszym u klienta:
    - „A jakim autobusem będzie tam najlepiej dojechać.:
    - „A wie pan, nowe osiedle, póki spółdzielnia drogi nie utwardzi MPK nie chce tu żadnego pojazdu wysyłać. Będzie pan musiał dojechać własnym transportem”
    - „ Będę oczywiście, jak najszybciej postaram się dojechać”
    A że Krzesimir auta jeszcze nie posiadał liczył na pożyczoną od brata kolażówkę: - „O bym tylko zdążył przed mundialem” – pomyślał.

    P.S. Komuś się chce to czytać? Nie wiem czy mam dalej się produkować.
  • czuk1 07.07.06, 07:26
    Odcinek 3 jest równie fajny. Czytam, poważnie zastanawiając się. Jak można
    stawiać ludziom (i rozliczać z nich) tak nierealne cele, po co i na co? Czy nie
    można tego celu zawodowego wykonać w sposób łatwiejszy, przemyślany?
    m
  • mea.1963 07.07.06, 17:15
    U nas to już krąży w wersji papierowej i czekamy na ciąg dalszy :)
  • julka177 07.07.06, 18:52
    To jest genialne Prosimy o więcej :)
    Pozdrawiam
  • malutka.niak 07.07.06, 09:47
    Słuchaj, człowieku_z_góry; oczywiście, że czytamy i czekamy na ciąg dalszy (nie
    zniechęcaj się) - bardzo realnie ujete.
    Przyznaję, iż wykazujesz się tutaj znajomością rzeczy, ale jest jeszcze druga
    strona medalu a w niej tkwi uparcie pytanie jak skracać wydłużające się kolejki
    (moim zdaniem każdego dnia zapewniając pełną obsadę okienek) oraz poprzez
    skracanie czynności które wykonuje pracownik.
    Więćc skora znasz tak dogłębnie zagadnienie, to czemu np. nie skracać czynności
    zamiast wymagać coraz więcej danych od klienta? Ostatnio na kartach książeczek
    obiegowych pojawiła się rubryka "nazwisko rodowe matki" - fajnie, ale czy
    napewno jest ta informacja nam niezbędna?
    Pozdrawiam serdecznie i czekam z niecierpliwością na ciąg dalszy!
  • czlowiek_z_gory 11.07.06, 03:05
    Przez to całe zamieszanie spóźnił się na autobus, który wiózł pod sam dom. Teraz musiał wracać dwoma i był w domu godzinę później niż zwykle. Kolażówka brata stała tam gdzie ją zostawił. Kiedy obiad odgrzewał się w mikrofali pompował koła od roweru, gdyż dętki nie bardzo powietrze trzymały i od ostatniego bajktreku nieco sflaczały. Szybciutko zjadł późny obiad i dosiadł rower pożyczony zresztą od brata. No, nie nazywajmy tego szmelcu rowerem. Kolażówa była strasznie zużyta. Przednie przerzutki, te przy pedałach (bez skojarzeń, plis) nie działały, tylne tylko czasem. Na tur de frans tym rowerem nawet armstrong na podwójnym dopingu był by wykluczony za przekroczenie limitu już na prologu po ulicach Paryża. Ale nasz Krzesimir był dzielny, szkoda tego trzeciego zęba. Przecież z niego był tylko prosty pracownik banku, a nie jakiś zawodowy uczestnik turniejów K-1.
    Wsiadł i ruszył. Jechało się całkiem dobrze, do czasu kiedy nie wjechał na osiedle pana Włodzimierza. A tam, droga po której chyba same wywrotki jeździły, sam sypki piach. Koła grzęzły i przez jakiś kilometr drogi prowadził, czasami niósł rower. Pomyśłał: „Drugi Amsterdam to na pewno nie jest i chyba nie będzie”. Gdyby tak się ktoś dowiedział, co ten prawy K. wyprawiał w stolicy niderlandów na pewnych wakacjach, do banku by go raczej nie przyjęto.
    No i dotarł do bloku Włodka. Przypiął rower do latarni (nie wiadomo po co) i udał się wykończony schodami klatki (zresztą schodowej) przez trzy piętra w górę.
    - No witam ponownie - rzekł pan Włodek – bez tego garnituru wygląda pan jak zupełnie inny człowiek.
    - Przypuszczam, że mój beżowy garnitur, nie komponował by się najlepiej z czerwoną kolażówką – zażartował w swoim stylu Krzesimir. – No ale nie marnujmy czasu, poproszę o poprawne podpisanie się na tych dokumentach, które tu mam ze sobą w reklamówce, która mi jednak w jeździe przeszkadzała, przewieszona przez kierownicę roweru. – żartował K. będąc w ciągle dobrym humorze – O proszę podpisać tu i tu, no i jeszcze tu.
    Pan Włodek, wyraźnie czekał na mundial, podpisał by i chyba nawet cyrograf na siebie. Był pewnie już po paru piwach, bo język mu się plątał i nawet Krzesimir namówił go na dodatkową kartę kredytową dla małżonki. Ale, czy przyjdzie jak obiecał? „Jeszcze jutro do niego przedzwonię, trzeba kuć żelazo póki gorące” kombinował obrotny dyspo-kasjer. „ Jak będzie jeszcze najebany, ściągnę go do oddziału i na pewno potwierdzi chęć powiększenia rodziny zadowolonych klientów naszego banku o małżonkę.
    Wracając, było już późno i pierwsza połowa meczu przepadła, Krzesimir natknął się oczywiście na policyjny patrol. Piędziesięciozłotowy mandat, za brak światła i jazdę bez trzymanki po ulicy pozbawił go dobrego humoru i przypomniał o smutnym jutrze: Kolejnej rozmowie z dyrektorem na temat słabej sprzedaży i kolejną nocą wymyślania abstrakcyjnych powodów, dlaczego ta sprzedaż taka słaba jest.

    P.S. Mam wolne do końca tygodnia i pozwoliłem sobie znacznie odbiec od tematów bankowych. W następnym odcinku, - jak powstanie – wracam do meritum i ... tyle.
    Nie kłóćcie (dziwnie ten wyraz wygląda w swej pisowni) się tu tyle, na tym forum, bo jak historia pokazuje, przez wewnętrzne waśnie upadło wiele bardzo dobrych inicjatyw – pomysłów na lepszy świat.
  • malutka.niak 11.07.06, 18:00
    Jak zwykle masz rację, ale ten odcinek był znowu bardzo i to bardzo dowcipny!!!
    Pełna uśmiechu, pozdrawiam i oczekuję dalszej opowieści???
  • czarna266 16.07.06, 19:15
    historyjka jest super, Twój talent jest wielki !!!! nie zmarnuj go
    Czekam na ciąg daszy.
    Pozdrawiam.
  • czlowiek_z_gory 19.07.06, 19:49
    Jutro nadeszło zbyt szybko, pomimo niespokojnego i przerywanego snu, noc zdawała się trwać krócej niż zwykle. Krzesimir zdjął ze sznurka koszulę, wyprasował ją, szczególną uwagę zwracając na kołnierz. W zeszłym tygodniu zepsuł jedną, stosując zbyt gorące żelazko właśnie na kołnierz. Pomarszczył się nie do uratowania i koszula do wyrzucenia już tylko się nadawała. No tak, człowiek uczy się na błędach. 16 zeta w plecy, bo choć koszula z biedronki, metka widoczna nie była. Kupował by w lumpeksie, ale tam wszystkie koszule na grubasów były i jak w worku w takiej by wyglądał.
    „Koszula wyprasowana, jeszcze rozmowa z dyrektorem na temat sprzedaży i najgorsze będzie z mną” – pomyślał. Choć jego wyniki sprzedażowe nie odbiegały od wyników pozostałych pracowników, ba, były nawet nieco powyżej średniej, zjebka raczej była pewna. Zresztą z takiej rozmowy wszyscy wychodzili załamani, niektórzy solidnie przestraszeni. Poza Madzią, najlepszą w wydziale. Ona to miała gadane, gdyby nie ona oddział wyglądał by naprawdę kiepsko. Wyglądała ładnie, pachniała ładnie i mówiła ładnie. Klienci wierzyli we wszystko co mówiła. Niektórzy, jak by znali produkty, które są w planach sprzedażowych i na pytanie „W czym mogę pomóc” odpowiadali „Ja ze sprawą do pani Madzi”. I Madzia na zakończenie dnia logując się unikalnym hasłem do „raportingu sprzedaży” wprowadzała i lokaty, i kredyty, i karty, i konta, a jak trzeba było to i ubezpieczenia. No co tu dużo gadać była debeściarą. Miała talent i urodę i wykorzystywała to z cała bezwzglednością goląc każdego klienta. Najbardziej na jej argumenty podatni byli faceci w srednim wieku i to tacy, którzy uważali się za świadomych klientów, przekonanych, że żadnego chłamu im się nie wciśnie. Tacy, co zawsze wiedzą najwięcej o rzeczach, o których nawet pierwszy raz słyszą. Nie przy Madzi. Wtedy samczy instynkt brał górę nad ich wiedzą i cwaniactwem. I dobrze im tak, zawsze się wymądrzają, a tylko przez grzeczność niekiedy nie można wybić im tej pewności z głowy. To co w ich mniemaniu wyglądało na udany flirt z ich strony, z naszej wyglądało żałośnie. Nie tylko takich Madzia goliła. Z podobnym wdziękiem zalatwiała i młodszych i starszych. Na kobiety też miała sposób, po prostu była miła, uczynna, kiedy trzeba było szczerze współczuła, kiedy indziej szczerze gratulowała. Pozostałe dziewczyny nie przepadały za nią. Oczywiście w relacjach w banku wszystkie były dla siebie bardzo miłe, koleżeńskie i uczynne. Za plecami bardzo chętnie plotkowały na jej temat.
    Krzesimir siedział już pod drzwiami dyrektora czekając na swoją kolej. Właśnie teraz była tam Madzia, po niej szedł Jarek z misiów, a następny był nasz bohater. Madzia wyszła z gabinetu dyrektora puszczając oko do chłopaków w rogu, którzy jak zwykle przed spotkaniem mobingowym siedzieli razem. Oczywiście każdy z nich myślał, że do niego było to oczko i jak głupi są pozostali myśląc, że to do nich było adresowane to zalotne mrugnięcie. Wszyscy zdążyli spojrzeć na zgrabne i długie nogi Madzi nim opuściły sekretariat. Krzesimir podciągnął niezauważalnie nogawkę spojrzał na swoją owłosioną łydkę: „He, z czym do ludzi?” – pomyślał, uśmiechajac się pod nosem. Jarek od misiów już był w piekle, zaraz jego kolej. Humor go opuścił i szykował się na swoja kolej.
  • agata9942 19.07.06, 20:48
    przeczytałam wszystkie Twoje "kawałki". Ale ten podoba mi się najbardziej.... Super. Czekam na dalszy ciąg.
  • malutka.niak 19.07.06, 21:22
    Słuchaj, juz polubiłam Krzesimira, a tu nagle dyskwalifikacja z powodu
    owłosionych łydek?
    I oto urodziła nam sie Madzia - wzór doskonałego sprzedawcy? To chyba wbrew
    modzie, bo najpierw była panienka z okienka a potem supermen w okienku i co?
    znowu wracamy do panienki? No, no, jak to przeczytaja nasi szefowie to znowu
    zaczną zwalniać chłopaków a przyjmować będą dziewczyny?

    Opowieść super fajna - wybacz, ale u nas wszystko jest wspak więc być może to
    już moja histeria?
    Dobrze, przyznaję, że jest to najfajniejsza (choć niewielka) rzecz na jaką
    trafiłam w ostatnim 20-leciu do czytania, zwłaszcza że rzecz dotyczy mojej
    ukochanej firmy!!! Oczywiście jak wielu innych, zwłaszcza tych którzy boja sie
    wypowiedzieć tutaj, nawet na temat tego FANFIKA czekam z niecierpliwością na
    ciąg dalszy?
    I ...pozdrawiam serdecznie!
  • czlowiek_z_gory 20.07.06, 00:45
    senks. masz mesidż na priv
  • szomer 19.07.06, 21:24
    bravo
  • czlowiek_z_gory 23.07.06, 00:45
    Jarek długo u bosa nie posiedział. Chwila minęła i wyszedł. Jak Madzia puścił oko, tym razem do koleżanek, a one zrobiły tylko pffff, na ten w końcu miły gest z jego strony.
    - „Panie Krzesimirze, zapraszam do gabinetu” – dobiegł głos, z jedynego klimatyzowanego pomieszczenia w całym oddziale. Na te słowa nasz bohater wstał i dzielnie choć nieco przestraszony ruszył na spotkanie z szefem. Zaczęło się jak zwykle niewinnie. Dyrektor opowiadał, że wie jak jest ciężko, że jest gorąco i ta weryfikacja teraz i koegzystencja i klienci już wydrenowani. Współczuł i rozumiał sytuację pracowników banku. Zaczął tak jak zawsze. Bratał się najpierw z ofiarą, zanim przystąpił do frontalnego ataku. Ta jak polecały podręczniki wojenne i podręczniki skutecznego zarządzania zasobami ludzkimi. Zmylić ofiarę, by później móc uderzyć ze zdwojoną skutecznością. Po fazie zrozumienia problemów pracownika, której to fazy Krzesimir jak zawsze się spodziewał i zawsze jak głupek również odpowiadał wazeliną, pan dyrektor przeszedł do fazy motywacyjnej:
    - „ Panie Krzesimirze, nie oszukujmy się, z planami się nie wyrabiacie, znacie sytuację na rynku pracy. Pan tu długo nie pracuje, umowa ciągle na określony czas, więc tylko mierzalne wyniki mogą uratować pana sytuację. Może i wyników najgorszych pan nie ma, ale to ciągle nie to, czego oczekiwaliśmy od pana. . Wie pan jak ostatnio ważne dla banku są koszty, a właśnie dla pana w razie nie przedłużenia umowy odprawy nie będzie, więc sam pan rozumie. No niech pan sam powie z iloma klientami z ostatnio otrzymanej listy się pan kontaktował? Mam wrażenie, że pan tylko patrzy, jak by tu zrobić by po ośmiu godzinach się do domu zerwać. Oczywiście, to już pana wolny czas, ale od pana zależy jak go pan wykorzysta. Nikt nie będzie panu kazał przecież siedzieć po godzinach, ale sam pan rozumie, w pana sytuacji wypadało by się jakoś pokazać z dobrej strony, że panu zależy.” – No i tak pan dyrektor kontynuował z zamiarem zwiększenia poczucia odpowiedzialności za realizację planu przez swoich pracowników. Prawie każdy tego dnia był u niego i jedni się bardziej przejęli, a inni mniej. Oczywiście boss tak się przejął swoją rolą, że rozmowy z pracownikami skończyły się dobre dwie godziny po otwarciu oddziału. A ile to klientów wyszło niezadowolonych z banku ze względy na niezadowalający ilościowy stan obsługi. Przez to wszystko, porobiły się spore kolejki, bo dwie kasjerki pan dyrektor postanowił pouczać szczególnie długo. Została jedna, która przez lata pracy w tym banku nabawiła się już syndromu bitej żony. Przepraszała wzburzonych klientów nie za swoje winy, czując się przy tym naprawdę winną. A padał stały zarzut: „CZTERY OKIENKA, A TYLKO JEDNO CZYNNE, ZRÓB PANI COŚ Z TYM”, a rzeczona kasjerka tylko przepraszać mogła i zupełnie niesłusznie winna się w tej całej sytuacji czuła.
  • malutka.niak 23.07.06, 10:12
    Jest SUPER!!! Nawet wątek z "odzieniem roboczym" jest bardzo realistyczny i
    dowcipny!!!
    Dziękuję! Pozdrawiam!
    Czekam na ciąg dalszy???
  • czlowiek_z_gory 27.07.06, 00:30
    Po mobingowej rozprawie dzień trwał nadal, rozmowa z pryncypałem każdemu dała do myślenia i każdy się starał i był w tym dniu bardziej namolny niż zwykle. Madzia brylowała, bo jakże miało by być inaczej, a po rozmowie starała się jeszcze bardziej. Trafiło do niej małżeństwo, które po sprzedaży mieszkania jednego z rodziców nie wiedziało na co wydać pieniądze. Madzia wiedziała. Oczywiście na lokatę. Na początku byli strasznie nieufni, w końcu chodziło o 175tyś polskich nowych złotych (swoją drogą, jak długo one nowe jeszcze będą?). Małżonek szybko dał się przekonać. Ale małżonka długo pozostawała nieufna.
    - „No nie wiem proszę panią, może sprawdzimy w innym banku, bo wie pani my się będziemy budować za parę lat i w ogóle, no nie wiem, nie wiem.”. Madzia głupia nie była i zaraz pochwaliła młodą klientkę, że ma gust, bo tak elegancko męża na co dzień ubiera. Cały strój podpasowany do butów, nawet zegarek choć niby znaczenia nie ma pasuje do reszty. A koszula to już w ogóle, śliczna jest i mąż to na pewno dumny jest z takiej żony co tak dba o niego. A mąż, bo co miał powiedzieć potwierdził wszystko i podziękował żonie na dodatek. A Madzia ciągnę ła dalej- „ Ojej, a te śliczne buciki to skąd pani ma?” - „ A widzi pani, na wyprzedaży kupiłam za 49,99 jedyne”- odpowiedziała klientka. – „Wie pani co, ja to się chyba z panią zaprzyjaźnię, bo tak gustu i szczęścia to zazdroszczę pani” -zażartowała Madzia. Wiadomo, że również klientka była już jej. Chwila nie minęła, parę zdań o zakupach i karta kredytowa też już była sprzedana. O rocznej lokacie nie co wspominać.
    U Krzesimira w tym czasie panowała posucha. Trafił mu się pan Romek, stary urzędnik wojskowy. To był okaz, który większość swego życia spędził na emeryturze. A emeryturę miał całkiem niezłą, w każdym bądź razie, w wysokości takiej, o jakiej płacy marzył niejeden pracownik rzeczonego banku. A ile ten pan Romeczek się nagadał, bo klientów, przynajmniej tych z okolicy znał jak nikt inny. Przed emeryturą to chyba w wywiadzie pracował, bo informacje, które posiadał na tematy pewnych osób, musiał zdobywać podczas wieloletnich obserwacji i analiz. „-Patrz pan, jak ta z Sikorskiego, się prowadza, nagadała wszystkim, że w Bułgarii była i tak się opaliła. A ja panu powiem, że działkę w spadku po ciotce dostała i ostatnio tam ze starym siedziała. Nawet do domu nie wracali, spali tam. Zapierdalała przy chwastach w pełnym słońcu, a teraz gada, że tak się w Bułgarii opaliła. A ja panu mówię, że to gówno prawda bo sam widziałem jak do domu w tym czasie wracała kwiaty podlewać. Ale skubana jest, zawsze świtem przyłaziła, co by jej nikt nie widział. A ja lubię sobie tak wcześnie wstać i popatrzyć co się dzieje wokoło. A i raz tam rowerem pojechałem wieczorem i widziałem jak tam siedzieli. Nalewki pili. A teraz gadają, jakie to nie wina bułgarskie pili, że niby tych do Polski nie sprowadzają, a że to błąd bo pyszne są i że wieźli takie, ale z takimi fajnymi ludźmi byli, że po drodze wypili, bo trzydzieści godzin jechali. A ja panu mówię, że pieszo to z tej działki to będzie trzydzieści minut, heheheheh!” No i pan Romek tak przegadał ze trzydzieści minut w ogóle nie reagując na utyskiwania klientów czekających za nim w kolejce. On miał czas, więc uważał, że inni również go mają. Następni klienci też z pierdołami przychodzili, więc Krzesimir dziś nic nie sprzedał. Dobrze, że Madzia była na posterunku i oddała mu jeden odnawialny, więc nasz bohater miał co wpisać, ale głupio mu było, bo w końcu warto było by się koleżance jakoś zrewanżować. Oddał by jej jakiś produkt co pozyskał, ale nawet nie było co. A z takich tematów pozazawodowych, to się wstydził, bo to wiadomo jak Madzia zareaguje?.
  • malutka.niak 28.07.06, 12:55
    Oj! Fajnie, że ta Madzia znowu się pojawiła ( juz myślałam, że ją uśmierciłam!)
    Dzięki, za te chwile uśmichu które nam tutaj podarowujesz!
    Pozdrawiam i czekam na kontynuację?
  • czuk1 29.07.06, 06:32
    Która to Madzia? W tym wątku nie widzę Madzi.
  • czlowiek_z_gory 08.09.06, 00:18
    I nastał pierwszy dzień po urlopie. Krzeszimir ( od teraz w skrócie „Krze”) nie spał prawie całą noc, zasnął dopiero nad ranem kiedy właściwie miał już wstawać. Jak nigdy kawy nie pijał musiał wypić podwójną. Wstał, ubrał się, na śniadanie machnął ręką: - Nie chce mi się jeść, nic nie przełknę – powiedział sam do siebie. Wyszedł do pracy. W autobusie tłok jak zwykle, rok szkolny się zaczął i ikarus pełen był rozwydrzonych małolatów. O przysiądnięciu sobie, choćby na parę przystanków, nie było mowy. Po dwutygodniowym wypoczynku stanie w bujającym autobusie było nader wyczerpujące. A tu czeka przynajmniej osiem godzin pracy. Albo lepiej. Wiadomo urlop się skończył i na pewno będą rzeczy, za które Krze był odpowiedzialny, a za które nikt się nie wziął i wiadomo – Krze po urlopie zrobi.
    Pod bankiem kłębił się już spory tłumek ludzi, pomimo że jeszcze prawie pół godziny pozostało do otwarcia. Oho – pomyślał – renty, emerytury wpłynęły (62 K). Jedynym zjawiskiem szybszym od światła, była wiadomość, że przelewy z ZUSu są już na kontach. To ten wyjątek potwierdzający regułę. Wszedł do banku: - Jak tam urlop, udany? – pytał chyba każdy kogo spotkał. – Nie, nie udany – odpowiadał złośliwie Krze – byłem w miejscu gdzie nie było emerytów i czułem się zagubiony i nieporadny – dodawał, wskazując na stojących pod bankiem klientów, z których co drugi zaopatrzony był w jakiś sprzęt ortopedyczny.
    Ale o dziwo pierwszym klientem był pan Włodzimierz Serpentyna (ten nieszczęśnik z pierwszej części naszej opowieści). Był nie lada przestraszony:
    - Panie Krze, dopiero w nocy z zagranicznych wojaży wróciłem. Okradli mnie. Złodzieje. I wie pan w ostatni dzień. Dobrze, że małżonka paszport miała. Dowód i kartę chce zastrzec, co by złodzieje obcokrajowcy mi konta nie wyczyścili.
    - Da się zrobić, ale czemu pan nie dzwonił na specjalną infolinie naszą. Zastrzegł by pan tam i kłopot z głowy – po fakcie doradził dyspo-kasjer.
    - A próbowałem, ale słuchanie dennych melodyjek przez komórkę to większy koszt niż warte te moje środki na koncie.
    - Okej, rozumiem. Już wypełniamy specjalny formularz i dzwonimy – odpowiedział Krze.
    Po czym przystąpił do wypełniania specjalnego formularza, gdzie poza numerem karty wpisał nr konta, dane klienta łącznie z adresem imionami rodziców, nazwiskiem panieńskim matki, oraz nazwą i adresem banku który wydał kartę i okolicznościami utraty karty. Krze wykręcił specjalny numer, znany tylko pracownikom, do zastrzegania kart, wysłuchał denną melodyjkę. Nikt się nie odezwał i automatycznie został przełączony na kartolinię dla klientów. Po wystukaniu tonowo kolejnych opcji w końcu został połączony z operatorem:
    - Dzień dobry, dzwonie z tą i z tamtąd, nazywam się tak i tak, chciałbym zastrzec kartę klienta- tak powiedział Krze

  • czlowiek_z_gory 08.09.06, 00:20
    -Dzień dobry, dzwonie z tą i z tamtąd, nazywam się tak i tak, chciałbym zastrzec kartę klienta- tak powiedział Krze
    -A to niestety nr tylko dla klientów proszę pana – odpowiedział operator – musi pan dzwonić pod specjalny dla pracowników.
    -Ale dzwoniłem. Nikt nie odbierał. Przełączyło mnie na kartolinie dla klientów. Co mam robić? Mam tu walkę z czasem i niegodziwymi rabusiami. A co jeżeli właśnie dobierają się do konta klienta w jakimś sklepie z drogimi markowymi bajerami?
    -Przykro mi. Takie przepisy proszę pana – operator był stanowczy.
    -To... to może ja dam klienta i sam sobie zastrzeże?
    No i kartę w efekcie zastrzegł sobie pan Włodzimierz sam. No to już było za nimi. Nadszedł czas zastrzeżenia dowodu. To już poszło raz dwa. Wypełnienie specjalnego formularza, pobranie opłaty i wprowadzenie zastrzeżenia. Dowód zastrzeżony! Pan Włodek spytał jeszcze:
    -Ma się rozumieć, karta kredytowa też zastrzeżona od razu?
    -A to nie, o karcie kredytowej pan nie wspominał. Musimy teraz wypełnić specjalny formularz i dzwonić w celu zastrzeżenia.
    -Daj pan spokój, daj mi pan ten telefon sam zadzwonię i powiem że z budki albo z domu dzwonie. Nie mam czasu cały dzień tu siedzieć i formularze wypełniać.
    Jak mówił, tak uczynił. Faktycznie tak było szybciej i sprawniej. Karta kredytowa też została zastrzeżona A na końcu pan Włodek się chciał dowiedzieć, czy te rzezimieszki co go ograbiły jakiś nadużyć tymi zastrzeżonymi już instrumentami nie dokonały:
    -A już sprawdzam, panie Włodku. A nie, nie widzę ostatnia operacja na koncie trzy dni temu, płacił pan kartą na stacji benzynowej, 19 Euro. – odpowiedział zapatrzony w monitor Krze.
    -Tak , tak, zgadza się, to fajnie. A na kredytówce?
    -A to trzeba było wcześniej, bo nie wiem. Nie widzę tutaj co się dzieje na karcie kredytowej. Trzeba dzwonić. – rzekł dyspo-kasjer.
    -To po co wam te komputery do cholery jasnej – podniesionym głosem mówił pan Włodzimierz – Jak wy po wszystko dzwonić musicie? Moja żona w innym banku to się wszystkiego od ręki dowie. Jak przez internet akurat nie sprawdzi to jej od razu w banku udzielą właściwej informacji. Zapisz mi pan ten numer, to sobie z pracy zadzwonię bo spóźniony do roboty jestem. A specjalnie pół godziny wcześniej tu czekałem.
    No i minęło niecałe 45 minut, a Krze mógł już po prosić do siebie kolejnego klienta. - Ech, się tydzień uroczo zaczyna, nie ma co- pomyślał.
  • malutka.niak 10.09.06, 19:04
    Bardzo się cieszę, że mój ulubiony FANFIK znowu do nas powrócił!
    Sama nie wiem dlaczego, tego typu groteska zamiast martwić to na mnie działa
    odwrotnie (przepraszam). Może z bezsilności i swiadomości realizmu naszej pracki
    oraz z niemocy?
    Oczywiście FANFIK jest bardzo pouczający dla tych którzy chcą zrozumieć i
    wyciągnąć z niego pozytywne wnioski?
    Pozdrawiam serdecznie twórcę Fanfika i oczywiście czekam na ciąg dalszy!
  • kapat76 20.09.06, 18:54
    Gdzie jest FANFIK??????
  • malutka.niak 27.09.06, 19:27
    Mimo wszelkich smutków w której brakuje praw pracowniczych a obowiązki mnożą
    się w zastraszającym tępie ) nie widze naszej peszczoszki a równocześnie reala
    dnia powszedniego, czyli Krzesimira? Wiec może autor zlituje się nad bracią
    żuczków bankowych i napisze znowu co słychać u kolegi ladowca?
  • czlowiek_z_gory 30.09.06, 02:11
    Nadszedł 10-ty kolejnego miesiąca. Taki dzień sądu dla każdego pracownika rzeczonego banku. Otwarcie drzwi i to co się działo później przypominało sceny z apokalipsy. Albo nawet słynna scenę w alternatywach, kiedy to doktor Manz (wielki człowiek) testował swój robot kolejkowy i kiedy to na hasło: „Baleron rzucili”, całe jego marzenia o ucywilizowaniu kolejek szlag trafił. 10-ty dzień każdego miesiąca był dniem świętym dla prawie każdego klienta banku. Tak jak katolicy w niedzielę tłumnie idą do kościoła, tak posiadacze SUPERRACHUNKU odwiedzają bank. A 10-ty dla bankowca (szczególnie w okresie urlopowym) był prawdziwym armagedonem. Dla Krzesimira już 9-ty był fatalny i zapowiadał prawdziwy dramat. Wtedy to na koniec dnia został wezwany do dyrektora na rozmowę w sprawie sprzedaży, która pod nieobecność Madzi leżała. Boss był wyjątkowo wściekły. Wyrwała mu się nawet jakaś „kurwa” co dotychczas nigdy nie miało miejsca. Sympatyczny nigdy nie był, ale do przekleństw i gróźb się nigdy nie uciekał. Na nic się zdały tłumaczenia, że obsada teraz o połowę mniejsza, że klientów jednak tyle samo, że kolejka wzburzona i próba wciśnięcia komuś jakiegoś produktu kończy się pomstowaniem ogonka. Dyrektor obstawał przy swoim i żaden argument do niego trafiał. Kazał napisać sobie notatkę z propozycjami zwiększenia sprzedaży w ciągu kilku następnych dni. Tego było za wiele. Krze wracając tym razem pieszo do domu, całą drogę kombinował co w tej notatce napisać. Nic nie wymyślił. Wstąpił tylko do monopolowego i kupił sześć dębowych. – Bez tego nie zasnę – pomyślał. Choć nie palił, kupił nawet paczkę marlboro Szóstego piwa nawet nie dopił. Obudził się z bólem głowy i wielką niechęcią do pracy. Teoretycznie mógł zadzwonić do pracy i wziąć urlop na żądanie. Ale jak wiele teorii i ta z praktyką nic wspólnego nie miała.
    Dziesiąty zaczął się fatalnie, pierwszy klient był z reklamacją. Kupował w markecie różne artykuły i został podwójnie obciążony. A kiedy dowiedział się, że rozpatrzenie reklamacji potrwa nawet do trzech miesięcy, był już gotów przejść do rękoczynów. Na nic zdały się tłumaczenia, że tyle może trwać okres reklamacji i bank nie ma na to wpływu.
    - Gdzie są moje pieniądze!!! Proszę mi natychmiast odpowiedzieć!!! – wykrzyczał niezadowolony klient.
    - Szczerze? – spytał Krzesimir.
    - Tylko szczerze, natychmiast poproszę mi tu odpowiadać! – darł japę dalej
    - A więc pańskie pieniądze nie istnieją – odrzekł opryskilwie pracownik banku – są zawieszone między systemami bankowymi w materialnym niebycie. Zdane na łaskę bądź nie łaskę stóp procentowych, działań polityków, afer finansowych i politycznych, układów elit, działań wtajemniczonych ludzi i podjudzeń spekulantów proszę pana. Tak naprawdę one nie istnieją! – krzyczał już Krze.
    - Do widzenia panu – z arogancją odpowiedział klient – udam się do pańskiego dyrektora.
    A klient wcale się do dyrektora nie udał, tylko posłusznie wyszedł z banku nie wypełniając nawet formularza reklamacji. Wystarczyło by w Krze obudzić pewność siebie. Był w jakimś szale od teraz. Dobrze się poczuł w takiej roli. Postanowił, że dziś, od tej chwili, nie przepuści już żadnemu klientowi. No i zaczęło się. Następny klient po wypłatę przyszedł. Starszy jegomość, ale na powitanie tzw. zjebkę od Krze dostał, że od razu dowodu nie wyciągnął. Dyspo-kasjer nie przebierał w słowach – nie ma dokumentu, nie ma obsługi, na koniec kolejki idź pan, może na następny raz się nauczysz – bezczelnie krzyczał na niego Krzesimir. Wspólpracownicy nagle zaczęli na niego podejrzliwie spoglądać, w końcu nigdy tak się nie zachowywał. Zawsze był spokojniejszy od innych. A wobec klientów nigdy tak się nie odnosił. W sprawie rozmów z trudnymi klientami stanowił nawet przykład. Zawsze z byle furiatem dawał sobie świetnie radę. Porozmawiał, zgadzał się z takimi i rzeczowo wyjaśniał różnicę. Nie, to niemożliwe, Krzesimir zawsze był oazą spokoju.
    Nie minęły 2 minuty, z jakiś źródeł o całej sprawie dowiedział się dyrektor. Wyszedł ze swojego gabinetu by upomnieć niesfornego pracownika. – Proszę zachowywać się właściwie, pracuje pan w banku, a nie w więzieniu – grzmiał dyrektor.
    - Jak mi się będzie chciało – ze złością odpowiedział Krze – Mam ciebie gnoju dość jak i całego tego syfiastego banku!!! – tym razem krzyczał tak, że spore krople jego śliny spadały na jego biurko, klawiaturę, monitor i wreszcie na twarz dyrektora, która była oddalona o parę metrów.
    Nikt go nie znał w banku z takiego zachowania. Zawsze był miły, uczynny, a nawet zbyt wylewny w swej pomocy wobec innych. Kiedyś zdarzyło mu się coś podobnego. Ale przecież to było jeszcze w szkole podstawowej. Dawne czasy. Nauczyciel historii wziął go na spytki trzecią lekcję z kolei. Wtedy też nie wytrzymał i rzucił krzesłem w nauczyciela. Przez parę dni był w szkole bohaterem. Do czasu. Został zawieszony w prawach ucznia i skierowany do poradni. Przez dwa miesiące dwie godziny dziennie spędzał z psychologiem. W szkole i na osiedlu przylgnęła do niego łatka świra. Strarcił wszelkich kolegów i jak się okazało niby przyjaciół A przecież był zdrowy, całkowicie wyleczony. Ale był świrem, choć oceny w szkole miał bardzo dobre. Nawet na studiach ta łata do niego wróciła. Studiował w innym mieście - ale mimo to - ta historia poszła za nim. 38-milionowa polska okazała się za mała.
    Teraz znów powróciła. Dalej już nie pamiętał co się działo. Ktoś przyjechał, podał zastrzyk, nawet porozmawiał. Pobudka. Ból głowy. Skrępowany pasami w łóżku. Psychotropy przez parę miesięcy. Sesje, tym razem, z psychiatrą. Znów został świrem. Nadszedł też ten dzień, że został zwolniony. Tego się spodziewał. Niby znów był wyleczony. „Nigdy więcej pracy w banku” – powtarzał sobie. Ale czy jakiś bank by go przyjął? Kto by go teraz przyjął? Już jestem zdrowy – powtarzał. Może nawet i tak było, ale jak pracy nie było tak nie ma. Oszczędności stopniały szybko. Znów wrócił na utrzymanie rodziców.
    Minęło parę miesięcy. Wydawało by się, że będzie już dobrze. Pojawiła się pierwsza szansa pracy i na lepszych warunkach finansowych niż w banku. Z tej okazji Krzesimir zakupił połówkę żołądkowej gorzkiej. Nie miał z kim wypić. Wypił sam. Upił się. Urwał mu się film. Poszedł pod swój dawny bank. Ktoś urządził niedaleko banku ogródek. Jakiś mieszkaniec osiedla pewnie. Obłożył ogródek dorodnymi kamieniami. Krze w swym zwidzie długo się nie zastanawiał. Te kamienie idealnie pasowały do jego ręki i do okien banku. A fruwały jeszcze piękniej. Wybił wszystkie okna. Straty wyceniono na 30 tysięcy złotych. Nikt go nie złapał. Był szczęśliwy. Strach przyszedł dopiero następnego dnia. Choć katolik był z niego mierny, modlił się do boga - nie o przebaczenie, lecz o to by go nie złapano. Po tygodniu policja zapukała do jego rodziców. Nie było go w domu, ale już był gotów się przyznać. 30 tysięcy, tylko pudło, w najlepszym wypadku wariatkowo.
    Ale nadszedł szczęśliwy dzień. Z pomocą zgłosiła się Madzia. Tak, ta Madzia, która dotychczas była w sferze marzeń Krzesimira, jego dotychczasowych współpracowników, klientów i tych, którzy choć raz mieli okazję ujrzeć ją na swe oczy. Powiedziała, że tej nocy Krzesimir był u niej i że od dawna tworzą szczęśliwy związek. Takie alibi na śledczych podziałało od razu, szczególnie, że zeznawała Madzia. Z jej urodą i gadaniem uniewiniono by nawet bin ladena, a co dopiero zwykłego świra – byłego pracownika banku. Od tego czasu Krze bywał u niej parę razy w tygodniu, niby w podzięce za uratowanie dupy, a w rzeczywistości mając nadzieje na coś więcej niż przyjaźń. Madzia w końcu nie wytrzymała. Miała go chyba dość. Nazwała go świrem i zażądała całkowitego zerwania kontaktów, pod groźbą zmiany zeznań.
    Dwa tygodnie później okazało się, że Madzia jest w ciąży. Zaszła na dyskotece z jakimś fagasem Oczywiście wrobiła w cała aferę nieszczęsnego Krzesimira. Jeszcze przed rozwiązaniem
  • czlowiek_z_gory 30.09.06, 02:13
    Dwa tygodnie później okazało się, że Madzia jest w ciąży. Zaszła na dyskotece z jakimś fagasem Oczywiście wrobiła w cała aferę nieszczęsnego Krzesimira. Jeszcze przed rozwiązaniem zażądała alimentów. Nie miał chłopak szans, musiał się przyznać. Nie chciał znów trafić do wariatów. Tym razem spędził by tam co najmniej parę lat.
    Tydzień później wziął rewolwer ojca, poszedł w odwiedziny do Madzi. Próbowała zatrzasnąć mu drzwi przed nosem. Domyślał się tego i w porę wstawił stopę miedzy krawędź drzwi a futrynę. Biodrem pchnął drzwi z taką siła, że Magda odleciała parę metrów do tyłu. Zatrzasnął drzwi za sobą, a dla pewności przekręcił klucz w zamku. Przystawił broń do czoła Magdy. Nic nie powiedziała, płakała po cichu. Nie wydała z siebie najmniejszego jęku. Krzesimir patrzył jej w oczy i nie potrafił nic zrobić. Odwrócił się od niej, przystawił sobie broń do skroni, nacisnął spust. Huk obudził całą kamienicę. Poza Krzesimirem nikt w tym budynku się nie podnió
  • malutka.niak 30.09.06, 14:18
    O rety!!! Dlaczego mu to zrobiłeś? Choć to najfajniejszy odcinek ze wszystkich
    to jednak szkoda, że nie masz juz ochoty na pisanie?
    Pozdrawiam gorąco wątpiącego w ludzi i sprawiedliwośc kolegę!
  • mila2000 30.09.06, 18:48
    Witam autora oraz wszystkich czytających:)
    Przywiązałam się do Krzesimira mało tego utożsamiałam się z nim a teraz mam
    obawy że mogę tak samo skończyć.Brawa dla autora który doskonale wszedł w rolę
    kasjero-dysponenta mam nieodparte wrażenie że od podszewki zna wszystkie blaski
    i cienie tego stanowiska:)
  • czlowiek_z_gory 21.10.06, 00:47
    A nim nastał ten 10-ty, 9-ty tez był nienajlepszy. Skończył się wizytą u niezadowolenego dyrektora. Chodziło o marną sprzedaż. Ale wcześniej, od rana, feralny 10-ty miał już 9-tego swój mały początek. Renty, emerytury ZUS zawsze wypłacał parę dni wcześniej. No, te dwa dni przynajmniej. Ósmego zawsze były, no chyba że niedziela, ale tak poza tym wyjątkiem zawsze. Ale, czy to wakacje, czy inne powody nie pozwoliły ZUSowi tych oczekiwanych środków swym wiernym (z przymusu) odbiorcom zapewnić. Wieczór ósmego i nic. Więc 9-tego od rana, co żwawszy emeryt czyhał na pierwsze otwarcie drzwi. I co? W międzyczasie pieniądze przyszły. Oddział to przewidział i zamówił kasy ponad stan. Wiadomo, lepiej naruszyć dopuszczalny stan, przekroczenia limitu gotówki w skarbcu. Gniew emerytów potrafi dotknąć bardziej, niż naruszenie pewnych narzuconych przez centralę limitów.
    A dla Krze dzień się rozpoczął fatalnie. Trafił do niego nerwowy włoch, taki z południa. Wkurwiony na wszystko. Kto jak kto, ale Krze znał takich na wylot. Pracował kiedyś 40km na południe Neaopolu przy zborze oliwek. Praca nie była by taka fatalna gdyby nie ci włosi. Nerwowi, zawsze konfliktowi, więc wrócił na polską północ. Trzy miesiące w błoto. A, to miały być przyjemne wakacje na studiach połączone z pracą. Ech, nie warto wspominać.
    Ten włoch na imię miał Antonio. Cienki wąsik pod nosem, tylko do obrazu typowego włocha gitary mu brakowało. Dzień wcześniej trafił do innego oddziału, ale że słabo znał polski odesłano go do oddziału gdzie Krze miał etat, bo tam był ponoć człowiek, który we włoszech pracował i najlepiej w branży włoski zna. Wiadomo, że o Krze chodziło. A włoch z polskich wyrazów to wiadomo, tylko przekleństwa. Poza włoskim zakrętem, całą resztę znał świetnie, a z reszta normalnych wyrażeń było już gorzej. Niewiele się dogadali. Włoch chciał konto założyć, Krze chciał jakieś papiery o źródłach dochodu, jak przepisy wymagają. Antonio we włoskim południowym stylu głośno krzyczał, że go załatwi. Gdyby akcja się działa, tam skąd Antonio pochodził Krze mógł już by się obawiać, ale tu na miejscu, te groźby mogły zadziałać tylko na niekorzyść awanturniczego włocha. Fafanculo – odrzekł mu Krze i w geście Kozakiewicza „pozdrowił” opuszczającego bank włocha. Niewiele z tej awantury rozumiejący emeryci podzielili się na dwa obozy. Jedni (zawsze przeciwni bankowi) wspierali włocha, a inni zdążyli polubić Krze (bądź nielubiejący obcokrajowców) postawili się po stronie Krzesimira. Ale, to był dopiero początek. C.d.bm?n.
  • onna7 21.10.06, 01:46
    ubawiłam się do łez...kim Ty jesteś człowieku z góry?
    Czyli, że wy tam na górze ( ciekawe do którego piętra )doskonale wiecie o
    farsie rozgrywającej się na parterze? Jasne przecież wy ją tworzycie a my
    jestesmy tylko marionetkami pociąganymi przez was za sznurki :)...ciekawe czy
    macie koszmary w których lalki ożywają..... :))
    bez urazy,pisz dalej
    pozdrawiam :)
  • whiskas01 24.10.06, 19:11
    nie no to co przeczytałam jest zajebongo ,
  • czlowiek_z_dolu 26.10.06, 13:15
    Wiem, że Wam żal dyso-kasjera Pana Krzesimira... mnie również ale dzięki temu
    uświadomiłam sobie, że ludzkie życie nie kończy się na pracy... ale na
    cmentarzu.
    Po odejściu Krzesimira zawrzało, opowiadano o zdarzeniu jakąś chwilę,
    niektórych zajęło to na dłużej. A w rzeczonym baku życie toczyło się dalej...
    Poznajmy więc nowych bohaterów, a konkretnie: radcę klienta Panią Konstancję.
    Pochodzenie tego imienia już nam wiele wyjaśnia bowiem pochodzi od łacińskiego
    przydomku Constantia, który z kolei wiąże się z wyrazem constans'niezmienny,
    stały, wytrwały'...tak więc Pani Konstancja związana jest z "naszym
    bankiem" ...chyba od zawsze, to już wyższa szkoła jazdy (niektórzy
    powiedzieliby nawet "bez trzymanki")..nie to co Pan Krzesimir, który był na
    początku swej kariery bankowca.
    Pani Konstancja karierę rozpoczynała dużo wcześniej, gdy odsetki od wkładów
    oszczędnościowych klientów wyrażane były liczbą trzycyfrową (?!) Tak, tak moi
    drodzy był taki czas i właśnie wtedy nasza bohaterka trafiła do banku, ale cóż
    kto by tam kobiecie w metrykę zaglądał! Pani Konstancja za swą wytrwałość i
    lojalność wobec firmy oraz oczywiście sukcesy zawodowe została radcą klienta.
    Wszyscy zazdrościli Pani Konstancji tego wyróżnienia bowiem Klient jakim miała
    się zajmować był szczególny...to najbogatszy Klientem banku.
    Zanim nasza bohaterka rozpoczęła na dobre realizować się w tym obszarze, już
    serdeczne koleżanki kupowały jej magnez (w trosce o jej zdrowie) aby nadmierna
    ilość dziennie wypitych kaw z najzamożniejszymi Klientami banku (bo podobno
    kawa wypłukuje magnez z organizmu) nie zachwiała kondycji fizycznej Pani
    Konstancji. Przez moment w usilnych staraniach o super klientów nasza bohaterka
    nie była odosobniona. Stworzono super strategię dla super klientów, super
    szkolenia, super gadżety, super programy...i tak trwało to jakąś chwilę...
    Pani Konstancja w pełni świadoma powierzonych jej zadań przygarniała pod
    skrzydła coraz to nowych Super Klientów i otwierała im SUPER-NOWE konta, takie
    specjalne, tylko dla nich! Klienci (ci...SUPER)..piali z zachwytu! Rozprawiali
    na lewo i prawo, że mają w banku swojego radcę. Opowiadali znajomym,
    rodzinie....i tak trwała bankowa sielanka! Każdy chciał aby Pani Konstancja
    została ich radcą. jednak nie zawsze to było takie proste...nie była rzecz
    jasna wtedy w najmniejszym stopniu właścicielką banku i była zobligowana do
    przestrzegania procedur, wyjaśnień, wytycznych, pojaśnień do wyjaśnień,
    pojaśnień do wytycznych etc...i musiała szczerze przedstawiać warunki
    współpracy. Przepustką oczywiście był odpowiednio wysoki wkład bankowy (a
    odsetki w tym czasie znacznie się obniżyły i stanowiły już liczbę dwucyfrową?!)
    ale Polak potrafi... więc trafiali do Pani Konstancji członkowie kas zapomogowo-
    pożyczkowych, ci którzy pożyczyli u rodziny, ci którzy otrzymali spadek....i
    tak oto Pani Konstancji rosła grupa stałych SUPER klientów w siłę i potęgę.
    CDN

  • czlowiek_z_dolu 26.10.06, 14:42
    Pani Konstancja była tak pochłonięta budową relacji z super Klientami, że nawet
    nie zauważyła jak praktycznie w jednej chwili wszystko się zmieniło... i dziś
    ma nowe zadania, a czy to ważne do czego kiedyś się zobowiązała?, poradziła
    sobie kiedyś, pewnie poradzi i dziś...wszak Constantia znaczy wytrwała. Dziś
    znacznie zmieniły się realia a Konstancji nikt nie uprzedził, że będzie radzić
    nie tylko w bankowych kwestiach...
    Bez względu na pogodę, chorobę dziecka, czy też zwyczajnie kiepski humor,
    uśmiech ma przyklejony od rana (wszak SUPER Klient zaraz zauważy, że nie
    uśmiecha się... nawet podczas rozmowy telefonicznej a takie zachowania są
    wykluczone!). Dziś sprawa jest zresztą bardziej skomplikowana bo już nie tylko
    są SUPER Klienci ze swoimi SUPER-nowymi kontami ale ma pod swoimi skrzydłami
    Konstancja BIG SUPER klientów z BIG SUPER-nowymi kontami a ci ostatni płacą nie
    mało za radzenie się Konstancji (przypomnę nie tylko w kwestiach bankowych) a
    skoro płacą to i wymagają i biedna Konstancja czuje się często jak Samanta
    (imię bardziej na czasie w każdym niemal wymiarze...'służąca').
    Konstancja...wypoczęta po weekendzie zmierza do pracy.(...) właśnie dzwoni
    służbowa komórka..."Pani Konstancjo, pamięta Pani, że kończymy budowę domu,
    Jureczek mówi że już na święta zamieszkamy, tak się cieszę...a nie, nie z
    kredytem wszystko w porządku ale ja dzwonię bo jestem w markecie a bez Pani ani
    rusz...czy ugier to będzie odcień żółtego czy błękitu? Bo wie Pani Jureczek
    wyjechał i muszę kupić farby... też pani nie wie...Boże co ja teraz zrobię????
    Może ktoś w banku wie? Oddzwoni Pani? Bardzo dziękuję! Co ja bym bez Pani
    zrobiła?" (...) cholera ugier????? Aha a nie wie Pani gdzie można zamówić
    uszycie firan do salonu?...w tym markecie?, tu gdzie jestem?, to ja już pędzę i
    będę pod komórką, jeszcze raz dziękuję!...lokata...tak, tak wiem, hm...może
    przed świętami będę wolniejsza.(...) cholera ugier?????...chyba żółty... kto
    będzie wiedział...zaraz miałam kiedyś takiego artystę...jak on się
    nazywał...Konstancja nie dotarła jeszcze do biurka, gdy zadzwonił
    stacjonarny. "Witam, tak, tak dzwoniłam do Pana przed weekendem, chciałam
    przypomnieć o kończącej się lokacie i zaproponować...córka mówiła, że to się
    nie opłaca? ale mamy coś SUPER dla Pana, może się spotkamy...rozumie kupują
    działkę, ale może zaproponujmy córce kredyt...już Państwo postanowili...no cóż
    strasznie mi przykro ale proszę pamiętać, że jestem do dyspozycji i z
    przyjemnością pomogę (tu perlisty uśmiech!)...również pozdrawiam, Do
    zobaczenia". ...cholera co z tym ugierem czy ugrem (?) muszę zdobyć te
    informacje będzie szansa na lokatę przed świętami a pewnie będzie promocja i
    coś EXTRA dla SUPER klientów...nie mogę zmarnować tej szansy, przygotuje kartę
    kredytową a może dodatkowo dla męża... , przed świętami taki czas...zapewne nie
    odmówią...mam! przecież moje dziecko mi sprawdzi w
    internecie....rewelacja. Boże, żeby tylko nikt nie zadzwonił, nie teraz
    (...) "...mówisz od ochry ale to odcienie żółtego? aż do złotego...jesteś
    wielka!!! co ja z tym ugrem? sorki ale nie mam czasu, wieczorem ci wyjaśnię,
    tak, tak zamów pizzę to dobry pomysł...narazie...” Super, dzwonie..."Witam,
    Pani Joanno jednak żółty...odcienie aż do złotego...(...) pistacjowy lambrekin?
    tak myślę, że tak...cieszę się, że mogłam pomóc, również pozdrawiam, Do
    usłyszenia!"
    ...tak, ktoś czeka, już biegnę! A musicie wiedzieć, że Pani Konstancja pokonuje
    wielokrotnie w ciągu dnia 417 schodów, niestety windy nie ma bo to takie
    cacuszko architektoniczne, ale za to jak klient pokona już te 417
    schodów...nie pozostaje mu nic innego jak tylko rozkoszować się widokiem
    przepięknych, zabytkowych wnętrz...to prawdziwe komnaty...
    -"Dzień dobry, ależ drobiazg, proszę nie mieć wyrzutów sumienia, oczywiście
    wszystko dla zdrowia, tak mało mamy dzisiaj czasu na dbanie
    o własną kondycję ...ha, ha, ha... oczywiście potwierdzam, proszę, już
    podpisuję, tak, tak, znany osobiście....ależ oczywiście panie Julianie dziś
    tylko dbamy by prawo jazdy mieć pod ręką a i tak zdarzy się zapomnieć... ha,
    ha, ha...a rozumie kolejka przy bankomacie, oczywiście nie ma problemu, tak
    dziś wszyscy jesteśmy zabiegani...miło mi było się z Panem zobaczyć. Do
    widzenia". W górę te schody są koszmarne, uff,...
    To niemożliwe (?!) właśnie wróciłam z dołu, dzwonił Karol?
    Oczywiście już oddzwaniam...Pani Konstancja dzwoni do kolegi a w miedzy czasie
    otwiera pocztę...aha, coś WAŻNEGO?! upływ czasu 27,34 % a efekty....(??????)
    ale jest, jest dobrze, Karol ma "jakąś babcię"...nieważne jaka babcia, ważne,
    że ma pieniądze,...Konstancja szybko kalkuluje...jeśli babcia to bez szans aby
    weszła do góry, trudno zejdę, porozmawiam...Boże żeby tylko nie była
    przygłucha?! Babcia odebrała pieniądze z jakiejś tam fundacji, oczywiście
    ulokujemy...nie znów będę miała jakieś koszmary nocne jak przy tym
    dziadku...Już sama nie wiem czy lepiej jest mieć koszmarny koniec (wiadomo
    mobingowe rozliczanko...) czy też koszmary bez końca...spokojnie...tylko
    spokojnie, Konstancja dasz radę... lokata 12 m-cy? ...to i tak chyba za długo
    jak na babcię?! Hmmm....Mimo wieku babcia była w dość dobrej kondycji i
    potwierdziła, że ma trochę czasu, dzisiejszy dzień przeznaczyła na sprawy
    bankowe. No to super! Będzie więc SUPER-NOWE konto dla babci i lokata. Chyba
    nie do końca wszystko było jasne dla babci, chociaż kiwała głową tak jak by
    rzeczywiście rozumiała o co tu chodzi...a nie mogła tego rozumieć skoro
    Konstacja sama nie rozumiała po co babci SUPER-nowe konto, co więcej Konstancja
    była przekonana, że nikt w tym banku nie wie po co 80-letniej staruszce SUPER-
    NOWE konto. O przepraszam, są eksperci, którzy zapewne by wam powiedzieli. Kto
    jest ekspertem w tym banku? Otóż eksperów jest całkiem sporo...to tacy ludzie,
    którzy przestali myśleć...oni po prostu wiedzą! Ale wracajmy do babci bo czas
    niemiłosiernie ucieka. Nie ma czasu na analizę, od tego są przecież
    inni....ważne, że babcia zaakceptowała warunki, a jedno postępowanie spadkowe w
    tą czy w tamtą jest po prostu bez znaczenia.

    -„Karolu, jestem Twoją dłużniczką...zapraszam na piwo!” Babcia jest bezpieczna,
    siedzi w kąciku sali, dostała gazetkę i wodę źródlaną z dystrybutora, którego
    etykieta wskazuje, że powinien zawierać wspomnianą, cudowną wodę. "Tak, tak, to
    chwilkę potrwa...zaraz wrócę do Pani, przygotuję dokumenty, myślę, że jakieś
    półgodzinki...no może z niewielkim haczykiem". Konstancja zaczyna wierzyć w
    zbawienny wpływ tych 417 schodów!... ale jest dobrze! Uff... Boże po 12.00
    zaraz będzie Pan Mareczek...a ten nie lubi czekać! Miało być cito i jest cito!
    Nie mogę go zawieść a zresztą o czym ja mówię w kredycie upływ czasu...też
    wygląda nie najlepiej w porównaniu z realizacją zadań. ....”Kto dzwonił?! jak
    zgubił kartę?! Nie może się dodzwonić? A ja mogę???? Sorry ale teraz nie mogę.
    Rozumie wszyscy zajęci...no cóż zajmę się tym jak załatwię babcię i Pana
    Mareczka, a może się spóźni...dzisiaj takie korki....(...) Ok biegnę do
    babci..."(...) Tak bardzo proszę, tu jest moja wizytówka, oczywiście, jak tylko
    będzie miała Pani jakieś wątpliwości, oczywiście, dziękuję za poświecony mi
    czas, Do zobaczenia".
    Chyba z wrażenia (w końcu sfinalizowanie transakcji! Wiktoria!) Konstancja
    nawet nie zauważyła jak znalazła się w strefie na najwyższym poziomie (wstęp
    tylko dla SUPER-klientów... i to już z pewnymi ograniczeniami no i BIG SUPER-
    klienów, ci, póki co w pełnym zakresie) ...szkoda, ze babci nigdy nie zobaczy
    tych cudnych komnat, zapewne byłaby pod wrażeniem.
    OK, los mi sprzyja ...nie ma jeszcze Pana Mareczka (nic się w mieście nie
    zmieniło, korki są nadal). Pani Konstancja dotarła do biurka, jakieś
    nieodebrane połączenie? Ach, to pan Mareczek...czyżby coś się stało? "Dzień
    dobry, tak oczywiście, wszystko przygotowane, czekam na Pana zgodnie
  • czlowiek_z_dolu 26.10.06, 14:47
    ...rozumie, tak myślałam, rano też miałam kłopot z dotarciem do banku, a wiec
    Do zobaczenia".
    Ok mam wobec tego chwilę może uda mi się dodzwonić do KOC-
    u...plisssssssssss....błagam niech ktoś odbierze.....W miedzy czasie...Boże 26
    nie przeczytanych wiadomości...czy ktoś ma czas na pisanie... to pomyłka,...to
    już było... to ok poczytam wieczorem...o i jest jakiś termin... Jest już Pan
    Mareczek, super, pójdzie gładko, wszystko uzgodnione przez telefon "(...) tak
    weksel kupiłam już dla Pana, jeśli ma pan gotówkę to poproszę 60 PLN,... nie,
    nie oczywiście żaden kłopot zejdę z Panem do kasy i wypłacimy... naprawdę to
    żaden kłopot...niestety nie mam żadnych informacji dotyczących montażu
    windy,....kłopot z dodzwonieniem się???? może taki moment niefortunny, tylu
    klientów...tak mogło się zdarzyć, nie, nic się nie zmieniło oczywiście pełny
    dostęp 7 dni w tygodniu, 24 h... tak, tak czasami (????) może być problem, ależ
    oczywiście, służę pomocą....tak więc zejdę z Panem i zaraz dokonamy wypłaty.
    (...z góry na dół, zdecydowanie wygodniej!)To niemożliwe?! Czy z tym zegarem
    jest wszystko w porządku...po 14.00 ?! A taki miałam świetny konspekt
    dnia...wszystko diabli wzięli....no może nie do końca ... małe posumowanko: 1
    babcia z SUPERNOWYM-kontem i lokata i to na 12 miesięcy to na plus, a na
    minus...piwo dla Karola?! ...a myślałam, że już nie zadzwoni, sama w to nie
    wierzę ale...o to BIG SUPER-konto (uwaga, odbierać po drugim sygnale!) "Witam,
    bardzo mi miło...tak mi przykro, tak ta pogoda jest okrutna, proszę się nie
    martwić...oczywiście przyjadę, nie, to żaden kłopot (..Boże gdzie mój
    kalendarz?????) ..o 12.00 ?, oczywiście przygotuję, tak będę juto, również
    pozdrawiam, Do zobaczenia.” ....Cholera, to drugi koniec miasta.... przecież z
    dojazdem to 3 godziny,...nie mam tyle czasu... ale oczywiście Konstancja jest
    wytrwała... zmieni się nieco podsumowanko, na "minus" do piwa muszę doliczyć
    jutrzejszą taksówkę ale głowa do góry JEST BABCIA I JEST LOKATA!!!!!!!!!!!!!!
    Jak długo tak będziemy się jeszcze ścierać z czasem robiąc wszystko na pół
    gwizdka?...pomyślała Konstancja i łyknęła dwie powlekane pastylki, które są dla
    niej obecnie substytutem motywacji do pracy. I tak potem ludzie z gRODu, mówią
    tylko o tym CZEGO NIE ZROBILIŚMY... to jest zawsze WAŻNIEJSZE od tego co
    ZROBILIŚMY! A przecież ci którzy potrafią - to robią, ci którzy nie potrafią -
    uczą innych, a ci którzy nie potrafią uczyć innych...zarządzają.

  • alnova 05.11.06, 23:31
    Noo tak. Trudno lepiej wyrazić naszą pekowską rzeczywistość :) Ludziom z dołu i
    tym z góry życzę wytrwałości w pisaniu, w końcu bohaterów niniejszego
    opowiadania jest w pko wielu, a dla nas to świetna rozrywka!! Wątki też bez
    wątpienia się znajdą.
    Pozdrawiam i czekam na kolejne odcinki!!!
  • morelek77 06.11.06, 20:00
    Czy mi się wydaje, czy Konstancja jest radcą bankowości spersonalizowanej i
    sprywatyzowanej? Heh, jeżeli tak, to kumpela z tego samego biznesu co ja :P
    --
    Morelek77 aka Metaxa|Co dzień rano pale popularne i popijam kawą po turecku ...
  • czuk1 06.11.06, 06:27

    ....."ludzie z gRODu, mówią tylko o tym CZEGO NIE ZROBILIŚMY... to jest zawsze
    WAŻNIEJSZE od tego co ZROBILIŚMY! A przecież ci którzy potrafią - to robią, ci
    którzy nie potrafią - uczą innych, a ci którzy nie potrafią uczyć in
    nych...zarządzają ".

    człowiek z dołu

    ----------------------------------------------------------------
    Z tym mottem powinni zasypiać decydenci w banku i budzić się z....
    ..działaniem. Konkurencja nie śpi.
  • czlowiek_z_dolu 28.11.06, 00:56
    Dzień nie zapowiadał się wcale niezwykle... ale o 9.00 rozdzwoniły się
    telefony. Konstancja nie znosiła takich sytuacji, bo nigdy nie wróżyły one nic
    dobrego, szczególnie, gdy sprawę miała Dżagunia Adziunia. Dżagunia Adziunia
    jest jedną z wysoko wykwalifikowanych specjalistek w gRODzie, zajmuje się... No
    właśnie, tak do końca chyba nikt nie wie... Nie, no żeby tak całkiem nic, to
    nie. W gRODzie Adziunia zajmuje się dystrybucją poczty a w wolnych chwilach
    poznaje excela. Za pomocą jego zaawansowanych narzędzi sporządza analizy,
    oceniając rezultaty pracy radców klienta i oczywiście udostępnia wyniki
    wszystkim zainteresowanym. Po wielu długich tygodniach nauki, postęp widoczny
    jest gołym okiem... Dziś Adziunia potrafi już wyciąć komórkę, wkleić komórkę,
    (wcześniej wydawało się jej, że jak zmieni kolor czcionki na biały to nikt nie
    odczyta tekstu, to był dopiero ubaw!)... ale to już historia, dziś jest
    zupełnie inaczej, aż miło popatrzeć, wszystko pokolorowane... No oczywiście
    błędy się zdarzają, jak wszędzie, wszak nie myli się tylko ten, kto nic nie
    robi, no i oczywiście saper, bo ten to tylko raz! A w gRODzie się przecież
    pracuje całe 8 godzin, oczywiście odliczając czas na pierwszą kawę, pierwsze
    śniadanie, drugą kawę, drugie śniadanie, potem lunch, bo telefony... to tylko
    służbowo! Ale co tam czas pracy to domena innych służb.
    Drrrrrrrrrrrrrrrrrr, właśnie dzwoni nasza koleżanka z gRODu...Konstancja drżącą
    ręką podniosła słuchawkę,
    - Heloooo, dziś tylko miłe informacje, mamy dzień uprzejmości, słyszałaś,
    ze jest takie świeto? Ha ha ha... Otóż mam niespodziankę! W związku z
    zakończeniem RYŻOWEJ lokaty odwiedzą nasz goście z Wietnamu Vo Van Anha i Duong
    Van Minh. Tak, cała uroczystość odbędzie się u nas w gRODzie, przyjadą też
    goście z Warszawy... Nie, nie wiemy jeszcze dokładnie kto, ale w tajemnicy ci
    powiem będą nagrody... Bardzo się cieszę i gratuluję, super
    nie? .......Aaaaaaaa te dokumenty? Nie, wiesz nic nie wiemy, czekamy... Tak,
    tam przeprowadzki jakieś mieli czy coś takiego.... A jakie pismo? A to...nie,
    nie mamy jeszcze odpowiedzi, ale poczekaj sprawdzam skrzynkę????????? Nie nie
    wiemy, ale może jutro zadzwonię i jak coś dam ci znać.... Oni to mają fajne
    etaty, nie? Słuchaj, bo zapomnę... Zastanawiam się nad kolczykiem... ale wiesz,
    chciałam najpierw w języku, a teraz myślę może lepiej w pępku, co? Sama nie
    wiem, które miejsce lepsze... Bardziej kręci mnie język he he he... Tak,
    chłopcy są też zaproszeni, no i nasz kolega ... Wiesz, o kim mówię, tak, on
    jest zawsze, wiesz, o co chodzi, co ci będę tłumaczyć... Wszyscy wiedzą he he
    he. No ale zbierajcie siły, bo w przyszłym tygodniu wchodzi nowa lokata
    Grenlandzka... Nie, jeszcze nic nie przyszło.... Jak coś przyślą oczywiście,
    natychmiast wam wyślę! Nie, nic nie wiemy. Plany? Plany tak... jak zwykle
    zaje**ste! A właśnie a propos Grenlandii fajny kawał słyszałam:
    - Przychodzi Eskimos do baru i mówi:
    - Kelner, whisky!
    - Z lodem?
    - Nawet mnie nie wku***aj!
    - Dobre nie?... Tak, ja też muszę kończyć. To do zobaczenia. Tak, w
    sobotę, jeszcze dam znać, o której godzinie. To na razie.

    Ufff... A w sobotę obiecałam dziecku kino – pomyślała Konstancja, trudno wyślę
    babcie... W końcu takie wyróżnienie?!
  • czlowiek_z_dolu 29.11.06, 00:34
    Konstancja postanowiła przygotować się do tak uroczystego spotkania. Pomyślała,
    że trzeba w końcu jakoś zaprezentować się przed gośćmi z Warszawy no i...
    Wietnamczykami,... może jakieś wywiady, TV, to poważna sprawa. Przewróciła
    szafę do góry nogami i niestety nie znalazła nic, co spełniałoby jej
    oczekiwania. Ten fakt nie był też zresztą niczym niezwykłym, bowiem nasza
    bohaterka od ładnych paru lat zajmowała się zamożnymi klientami, spędzając w
    banku całe dnie. Na rauty i wyjątkowe spotkania niestety nie miewała czasu, tak
    więc i stroje na te okazje nie były jej potrzebne. Może coś kupię na
    wyprzedaży... pomyślała. Nie, nie mogę, z pensji opłaciłam rachunki, raty
    kredytów, dojazdy do pracy... reszta została na życie... Premii nie widać ... a
    i tak te pieniądze Konstancja przeznaczyła na zakup zimowego odzienia dla
    dziecka, które wyrosło z kurteczki i kozaków. Postanowiła więc obdzwonić parę
    koleżanek, dzięki którym i udało jej się skompletować wizytową garderobę na to
    niecodzienne spotkanie. Nie może przecież pokazać się w leciwym już kostiumie-
    uniformie, w którym od lat spotyka się z najbogatszymi klientami banku.
    Jednak życie jest pełne niespodzianek i lubi nam płatać figle w najmniej
    oczekiwanych momentach... gdy Konstancja sprawę wizerunku miała dopiętą na
    ostatni guzik okazało się, że ani Wietnamczycy ani też nikt z możnych z
    Warszawy nie przybędzie na tę podniosłą uroczystość. Goście zatrzymali się
    bowiem w Hotelu Marriott w Warszawie i tam też spędzą fantastyczny weekend
    (przyznam, że gdyby pozwolono mi wybrać, też byłabym za tą opcją). Właśnie w
    piątek późnym popołudniem Konstancja otrzymała informacje od Dżaguni
    Adziuni... - Spotkanie oczywiście się odbędzie ale w swoim gronie, szczebiotała
    Adziunia. Zaprosimy wszystkich radców klienta do gRODu i wręczymy nagrody,
    trzeba doceniać najlepszych..., Tak...pomysł fantastyczny, szczególnie to
    sobotnie popołudnie jest rewelacyjne, pewnie inni również się ucieszą. Taka
    zmiana ani też sposób i czas komunikowania nie był tu niczym nadzwyczajnym,
    Konstancja w swoim życiu zawodowym była świadkiem wielu tego typu sytuacji,
    dlatego też i tym razem nie zrobiło to na niej większego wrażenia.
    No cóż, trudno nie będzie wywiadów, nie będzie TV ale miło, że pamiętają...
    Konstancja tej RYŻOWEJ zrobiła całkiem nieźle, to już idzie w miliony więc może
    nie jest tak źle jak jej się wydawało, bo jednak ktoś to docenia.
    Zgodnie z zapowiedzią Dżaguni Adziuni na spotkaniu pojawili się niemal wszyscy
    radcy klienta. Zaproszonych podjęto kawą i pączkami, trochę dziwne menu jak na
    porę lunchu... ale co mi tam pomyślała Konstancja, obiad zjadłam u rodziców,
    nie powinnam zemdleć z głodu ani z wrażenia. Nastała grobowa cisza gdy do sali
    weszła jakaś kobieta....to zapewne ta zastępczyni szefa całego gRODu... tak
    pasuje jakoś do opisu, mało kto ją widział chociaż jest już ponad rok. E tam,
    pewnie pracy ma sporo i dlatego nie ma czasu na jakieś wizyty w oddziałach –
    pomyślała Konstancja. Tuż za nią podążął postawny mężczyzna, to nasz boss z
    gRODu, taki ze specjalizacją „tylko od VIP-ów”. Hmmm, szefów mamy sporo... ale
    cóż taka struktura organizacyjna aby właściwie koordynować, mobilizować,
    kontrolować i licho wie co jeszcze. Konstancja nigdy tak naprawdę nie
    zastanawiała się nad ilością swoich szefów ale cisza na sali sprzyjała
    zadumie... tak mam wielu szefów... Najtrudniej było wtedy, gdy ci szefowie nie
    potrafili ustalić wspólnie priorytetów, wydawało się, ze powinni być zgodni, a
    tu figa z makiem, każdy miał swoją koncepcję...to była porażka. Każdy próbował
    zarządzać na swój sposób, i znaleźć się w tym wszystkim, to dopiero była
    sztuka! Trzeba zadowolić wszystkich szefów i sprostać nie tylko oczekiwaniom
    klientów (oni w takich momentach schodzą na plan dalszy, rzekłabym bardzo
    daleki) ale właśnie szefów. Tak więc Konstancja ma u siebie jednego szefa,
    potem jest główny szef całego oddziału, potem właśnie boss w gRODzie (to ten ze
    specjalizacją „tylko od VIP-ów”), nad którym jest dwóch szefów no i cała reszta
    to już w stolicy... ale o nich Konstancja dowiadywała się tylko z kolorowej,
    firmowej gazetki... to dość daleko... ale jak widzicie mało tego nie jest... No
    i kiedy ci ludzie nie umieli się porozumieć to już był prawdziwy klops.
    Jednak dzisiaj wszystko zapowiadało się bardzo miło... Ostatnia do sali weszła
    Dżagunia Andziunia i znacząco puściła do nas oko. Najpierw nasz boss
    przedstawił nieznajomą... przeczucie nie myliło Konstancji to była nowa szefowa
    zastępująca szefa gRODu, który pewnie teraz wraz z Wietnamczykami bawił się
    nieźle w Marriocie...
    Konstancji aż łza zakręciła się w oku, gdy usłyszała tyle miłych i ciepłych
    słów. Te podziękowania kierowano również do niej za pracę, za fantastyczne
    wyniki, proklientowskie postawy, zaangażowanie... to miód na serce wszystkich
    radców... Czy to sen? Konstancja nie mogła uwierzyć... i poprosiła na wszelki
    wypadek siedzącego obok kolegę aby ją uszczypnął. A może teraz będzie już
    normalnie? Może tak będzie już zawsze? Może właśnie wśród tych wszystkich
    szefów w stolicy (których Konstancja znała z kolorowej, firmowej gazetki)
    pojawił się człowiek, prawdziwy menager, mający pojęcie o zarządzaniu, który
    dostrzegł, że pracownicy są ważni w tej firmie, że należy ich traktować
    właściwie. Może ten człowiek w stolicy wie, jak wszystkich szefów Konstancji
    zaangażować się w proces kierowania aby nie siedzieli na uboczu i tylko
    wydawali polecenia ale także, a może przede wszystkim, dostrzegali w
    pracownikach ludzi, ich potrzeby i oczekiwania. Konstancja rozmarzyła się na
    dobre...

    cdn
  • czlowiek_z_dolu 29.11.06, 15:23
    Zadumę nad przełożonymi, przerwało Konstancji wręczanie nagród i dyplomów
    podpisanych przez samego szefa gRODu. Uroczystość trącała nieco myszką ... te
    uściski dłoni i chyba nie do końca szczere wystąpienie, bo przecież tak różne
    od tego co na co dzień w pracy słyszała Konstancja...” nie macie pojęcia o
    organizacji pracy, nie potraficie nawet wręczyć klientowi bezpłatnej karty (cóż
    z tego, że za rok zapłaci za nią 300 PLN... to bez znaczenia?!), generalnie
    jesteście do du**...” Konstancja czuła, że nogi ma jak z waty... Pierwszy
    gratulacje odbierał nasz kolega Filip Wujkowski, rozległy się gromkie brawa.
    Cóż Filip, jak to Filip, on nie ma źle w firmie, raczej nie narzeka... Plany,
    które wielu spędzają sen z powiek i wykańczają dla niego są zawsze specjalne.
    Z niewiadomych powodów (właściwie wiadomych choć wszystkim wygodniej jest
    uznać, że z niewiadomych) zawsze ma indywidualne plany i praktycznie zawsze z
    nich się wywiązuje, i jeśli zamiast 1 rachunku otworzy np. 2, ooooooooo, to już
    mamy 200% normy... nie trudno w takiej sytuacji być debeściakiem! Nikt otwarcie
    nigdy nie polemizował z planami dla Filipa, no kto by się ośmielił? Konstancja
    nie znała takich desperatów...W kuluarach owszem, jakieś szemranko,... wiecie,
    ot taka tajemnica Poliszynela... Tak więc zostańmy przy oficjalnej wersji:
    Filip to zaje***ty sprzedawca i chyba tak już zostanie na wieki wieków ...
    chyba, że zmienią się jakieś szczególne uwarunkowania, co jest obecnie dość
    prawdopodobne. Nagroda dla Filipa dla wielu pozostanie w sferze marzeń (i to
    tych niezrealizowanych!), poza pięknym dyplomem, uściskiem dłoni szefów
    otrzymał bowiem przepiękne pióro renomowanej firmy Parker, opatrzone oczywiście
    wspaniałym logo banku (a to już pewnie efekt prac ręcznych naszej Dżaguni
    Adziuni aby gadżet podkreślał zacnego ofiarodawcę). Gdy Filip nieco spłoszony
    zajął swoje miejsce poproszono Janka Wąskiego. To sympatyczny koleś i raczej
    bezproblemowy. Konstancja na chwilę zadumała się jak to jest z Wąskim...bo
    słuchajcie on naprawdę jest wąski! To musi być zabawne kiedy Wąski ma zamiar
    kupić spodnie... , zapewne z długością wszystko ok. ale czy nie jest tak, że do
    jednej nogawki może zmieścić się dwóch Wąskich? Jakieś idiotyczne skojarzenia
    i to w tak podniosłym momencie, ale muszę go o to zapytać, pomyślała Konstancja
    i wtórując innym, zaczęła klaskać w dłonie by uhonorować brawami sukces kolegi.
    Wąskiemu wręczono mały pakuneczek, a chyba wszystkich na sali intrygowała jego
    zawartość. Ku uciesze zebranych Janek zaczął rozpakowywać nagrodę. Z prawdziwym
    namaszczeniem zdjął opakowanie, na którym umieszczono pokaźne logo ofiarodawcy.
    I nagle oczom wszystkich zebranych ukazał się cudny brelok do kluczy w kolorze
    prawdziwego złota. W sztucznym oświetleniu sali ów brelok prezentował się
    znakomicie. To był zapewne prezent o jakim od lat marzył Wąski, zajmując się
    najbogatszymi klientami banku. Teraz przyszła kolej na Konstancję. W pożyczonej
    garderobie (skompletowanej na cześć Wietnamczyków) odbierała dyplom i
    gratulacje. Jej nagroda miała nieco większe gabaryty niż Janka Wąskiego.
    Konstancja postanowiła również zaprezentować swój podarunek. Gdy uporała się z
    opakowaniem okazało się, że została właścicielką praktycznego pokrowca na
    ubrania... szkoda, że garsonka, którą mam na sobie nie należy do mnie –
    pomyślała Konstancja, mogłabym ją przechowywać w nowym pokrowcu ale mam
    przecież jeszcze stary turecki kożuszek... to będzie dla niego świetne miejsce!
    Ostatnim z wyróżnionych był Zenon Siarkiewicz, również weteran w tym biznesie.
    Z charakterystycznym dla siebie dostojeństwem i pełną powagą wyszedł na środek
    sali odebrać zasłużone gratulacje i nagrodę. Wszyscy byli ciekawi czym
    uhonorowano Zenona za sukcesy sprzedażowe... i już za moment wszystko było
    jasne, nasz kolega otrzymał płytę CD „Kolędy na Gwiazdkę” w wykonaniu Hanny
    Banaszak i Ryszarda Rynkowskiego, którym towarzyszy chór dziecięcy „Radiowe
    nutki”... po sali przebiegł szmer, którego powodem był zapewne jeszcze dość
    odległy czas do Świąt Bożego Narodzenia ale nie przesadzajmy, nie możemy być aż
    tak drobiazgowi... chociaż Konstancja pomyślała, że to nie do końca klimaty
    kolegi Zenona Siarkiewicza, wszak z tego co pamięta, to on woli chyba rapera
    Liroya. Nic nie szkodzi zawsze możemy się jakoś powymieniać nagrodami... tylko
    chyba poza Filipem Wujkowski, ten bowiem kolekcjonuje pióra, wszak otrzymał
    ich już kilka, w podziękowaniu za zaangażowanie, wkład pracy w naszym banku i
    oczywiście niekwestionowane sukcesy sprzedażowe.
  • czlonek_zarzadu1 29.11.06, 23:41
    "Wiadomo, że mózg człowieka jest mały i prymitywny.
    Niektórzy postanowili więc z niego nie korzystać...
    ale nie oznacza to wcale, że wszyscy powinni przestać myśleć."

    Nastał właściwy moment aby Zarząd (na razie jednoosobowo) włączył się do tej
    jakże wymownej bajki :)
    Z góry przepraszam wszystkich niezorientowanych, ale przekaz ten kierowany jest
    do bardzo wąskiego, elitarnego wręcz grona tej Organizacji...

    Otóż Zarząd jest pod ogromnym wrażeniem zdolności powieściopisarskich i
    eseistycznych autorki tej opowieści, znanej w pewnych kręgach jako Córka
    Szakala :)
    Niewątpliwie taka odważna postawa imponuje Zarządowi i w związku z tym Zarząd w
    dalszym ciągu widziałby ją w swoich szeregach w roli Pełnomocnika :)

    Nie ukrywam, że losy bochaterów tej bajki nie są Zarządowi obce, jednak odnosze
    wrażenie, że rola niejakiego Filipa Wujkowskiego nie została w należyty do
    zajmowanej pozycji sposób wygloryfikowana. Zasługi tego postawnego jegomościa
    są wręcz niemierzalne... Jego chęć niesienia pomocy wszystkim dookoła... Gdzie
    się nie pojawi ludzie nie wierzą, że tak wielkie szczęście ich spotkało.
    Specjalizuje sie wszak w przysługach załatwiając wybrańcom różne "intratne"
    posady ku ich wielkiej najczęściej radości...
    Mimo tych wielkich "zasług" dla ogółu wydaje się, że dalsza kariera Filipka
    stoi pod dużym znakiem zapytania ze względu na wysychające źródło wsparcia...

    Niemniej jeszcze raz wielkie słowa uznania od Zarządu dla autorki tych
    kultowych publikacji!!!
  • czlowiek_z_dolu 30.11.06, 16:58
    Witam Zarząd,(aczkolwiek w okrojonym nieco składzie?!)...
    cieszę się niezmiernie ze spotkania na tym forum i jestem przekonana, że
    obecność tak wyjątkowej osoby w tym miejscu uświetni jakże merytoryczne
    polemiki... ku uciesze wszystkich zainteresowanych.

    Doprawdy jest mi niezmiernie miło, że Zarząd docenia kunszt pisarski
    autorki...być może jest to dziedzina, w której powinna się realizować? Może
    należałoby powrócić do jakże zaniedbanych wątków z cyklu kulinaria i
    kontynuować ambitny cykl "Kuchnie świata"?!

    Z przyjemnością przyjmuję propozycję Zarządu, to prawdziwy zaszczyt pełnić
    funkcję Pełnomocnika i pozostać w ścisłym gronie tej elitarnej Organizacji.:-)

    A propos Filipka, hmmm... myślę, że ta postać może za moment przestać pełnić
    kluczową rolę :-( ...z uwagi na mało sprzyjające waruki. I rzeczywiście kariera
    tej wybitnej jednostki może stanąć pod znakiem zapytania... ale jeśli nie "tu"
    to przecież może być "tam" :-) Jestem przekonana, że znajdzie się ktoś, kto
    poda pomocną dłoń w tak trudnej sytuacji.

    Odważna postawa? Cóż,... w pewnym momencie oceniałam to jako dezercję, akt
    desperacji ale im częściej analizuję sytuację dochodzę do wniosku, że tego typu
    decyzje nie należą do najłatwiejszych i rzeczywiście wymagają determinacji :-)

    "Ucieczka może być czasem dowodem wielkiej odwagi". Romuald Cabaj
  • czlonek_zarzadu1 03.12.06, 00:25
    Niezwykle miło jest, kiedy wystepuje tzw. zbieżność poglądów. Tutaj, na tym
    forum tak właśnie jest. Problem w tym, że istnieje też rozbieżność poglądów. Ta
    rozbieżność najczęściej wynika z pełnionej funkcji. Jako członek zarządu pewnej
    wpływowej Organizacji mam świadomość co to jest tzw. "głos ludu" gdyż na co
    dzień mam z nim do czynienia, jestem wręcz jego częścią. Niestety, nie każdy w
    tym banku miał okazję posmakować front office-u, uważając to elitarne grono za
    mięso armatnie. A to wielki błąd! Prędzej czy później to się zemści, pytanie
    tylko na kim? Odpowiedź jest raczej przygnębiająca: na Skarbie Państwa... A
    jeśli na Skarbie Państwa to tak naprawdę na... NIKIM!!! I tu dochodzimy do
    sedna: Wszyscy zainteresowani decydenci ugrają swój biznes, predzej czy później
    zasilając instytucje zewnętrzne czy firmy prywatne kosztem PKO. A my, te biedne
    żuczki, nieświadome niczego pchamy przed siebie coraz wieksze i cięższe kule...
    GNOJU!!! Bo właśnie jeden czy drugi "supermanager" stwierdził, że skoro tyle
    udźwignęliśmy to czemu nie więcej??? I jazda batem po plecach! Pamiętajcie
    jednak, że każda krowa ma kres swojej wydajności mlecznej, chocby niewiadomo
    jak ją zmuszano i czym, więcej mleka nie da... Jak się od krowy wymaga, nie
    karmiąc jej odpowiednio i nie stwarzając odpowiednich warunków to trudno
    oczekiwać coraz wiekszych wydajnosci... Howgh!
  • czlonek_zarzadu_2 03.12.06, 15:56
    Zarząd zzawsze współpracuje dwuosobowo, dlatego też w celu zunifikowania
    pewnych zachowań pozwoliłem sobie uczestniczyć w tym niewątpliwie wydarzeniu
    kulturalno-oświatowym. Nie będę krył swojego ogromnego zadowolenia z faktu
    możliwości wypowiedzenia się na temat retoryki zawartej w jakże realnym
    opowiadaniu o Konstancji, która według mojej oceny trochę sie zagalopowała w
    swoich opiniach. Swoją frywolnością i luzem próbowała zdetronizować Króla
    planów niejakiego Wujkowskiego Filipa zresztą, który swoją bezwzględnością i
    determinacją w działaniu już wielokrotnie udowodnił gdzie powinno być jego
    miejsce. Miejsce może być tylko jedno, myślę że zarząd jak i córka Szakala wie
    gdzie niebawem się znajdzie, tam bedzie mu najlepiej. Może tam będzie miał
    czas, aby nauczyć się pewnych ważnych życiowych sekwencji i wyrecytować je
    przed zarządem. A zatem zważywszy na okoliczności i zbliżający się wielkimi
    krokami koniec kariery Filipka, (szkoda naprawdę wielka szkoda)skąd zaczerpnie
    wody skoro źródełko jest już w zasadzie wyschnięte. Wracając jednak do naszej
    organizacji i roli (jakże odpowiedzialnej) jaką ma pełnić Pełnomocnik, można
    podjąć decyzję o ponownym przeanalizowaniu tejże kandydatury ponownie( choć
    trzeba pamiętać o intrygach jakie w przeszłości próbowała realizować). Trzeba
    także pamietać o prawdziwym Szakalu, który jest przecież aktualnie
    odpowiedzialny za program artystyczny pod kierunkiem Moraresa. Jestem jednak
    głęboko przekonany, iż po ukazaniu się kolejnych publikacji związanych z losem
    Filipa Wujkowskiego zarzad nie będzie robił przeszkód, aby Konstancja mogła nas
    reprezentować i bronić naszych interesów.
    Droga Konstancjo czas naostrzyć ołówek i zacząć pracować i zarabiać na swój ZUS.
    Pozdrawiam w imieniu zarzadu oczekując dalszych losów głównych bohaterów tego
    przedsięwzięcia.
  • czlowiek_z_dolu 03.12.06, 20:45
    To fakt, zazwyczaj Zarząd tej elitarnej Organizacji współpracuje dwuosobowo. To
    doskonały przykład jak pracują profesjonaliści i jakie efekty potrafią osiągnąć
    w dość ograniczonym składzie. Mam wrażenie, że wiele innych Zarządów, choć
    liczebnie przewyższa ten wspomniany... jest do bani! Przykładów wcale nie
    należy szukać daleko, wszak potwierdzenie znajdujemy choćby na tym skromnym
    forum.

    Nie mogę jednak pozostać obojętna na podjętą przez czlonka_zarzadu_2
    kwestię „...(choć trzeba pamiętać o intrygach jakie w przeszłości próbowała
    realizować)”... To potwarz! Nie ukrywam, że powyższe stwierdzenie wymaga
    wyjaśnienia, gdyż czuję się nim urażona. Sądzę, że dotyczy ono próby utworzenia
    konkurencyjnej Organizacji. Pragnę zwrócić uwagę, że w obecnych warunkach
    konkurencyjność bywa siłą napędową, (jakże często nie docenianą?!) i tak też
    postrzegam próby powołania do życia odrębnego, feministycznego Zarządu. Nie
    należy więc tego typu działań określać intrygami! W związku z powyższym
    oczekuję na publiczne zdementowanie powyższego, które niezorientowanych (mało
    zorientowanych, co?) wprowadza w błąd i prowadzi do fałszywych wniosków. Żądam
    przeprosin! W przypadku braku reakcji ze strony Zarządu i zajęcia stanowiska w
    powyższej kwestii oświadczam, że zawieszam wszelkie kontakty z tą elitarną
    organizacją. Powaga!!!

    He he.... znów nikt nie wie o co chodzi, czeski film.... „luke dysk, luke
    dysk” :-)

  • czlonek_zarzadu_2 04.12.06, 20:49
    Jestem ogromnie zaskoczony postawą przyszłego pełnomocnika,dlatego pominę
    wszelkie konwenanse i zapytam o kwestie sufitowe, czy czasem .... w celu
    dokonania sprawdzenia zwrotnego i upewnienia się czy Ty to Ty. Tak jak już
    wcześniej wspominałem córka szalakala nie jest uprawniona do obrażania się, a
    już tym bardziej żądania publicznych przeprosin przez Zarząd. Jak widzisz
    reakcja Zarządu jest, stanowisko Zarządu również poznałaś, zapewniam Cię Zarząd
    rozumie, pojawiły się chwile słabości bądź nastąpiło nagłe oszołomienie
    związane z sukcesem Konstancji, gdzie i Zarząd pozytywnie wypowiedział się w
    tej materii. Nadszedł czas zejścia na ziemię, bądź jak wolisz zimnego szałera,
    wszystkie decyzje Zarządu są podejmowane z ogromną starannością i dlatego do
    tej organiazacji nie przyjmuje się leszczy o czym doskonale wiesz. Propozycja
    Zarządu jest następująca:
    1)Przeprosiny będą tylko w realu (już nie mogę się doczekać)
    2)Zawieszenie kontaktów może nastąpić tylko wówczas kiedy Zarząd to zaproponuje.
    3)Córka szakala zacznie pracować dla Zarządu poprzez puplikację kolejnych
    części opowiadań.
    4)Zarząd wybacza frywolne zachowanie Pełnomocnika i oczekuję pełnego oddania
    sprawie.

    Zapewniam nikt nie kuma co jest grane.
  • czlowiek_z_dolu 05.12.06, 00:19
    Pragnę złożyć podziękowanie czlonkowi_zarzadu_2 za zajęcie oficjalnego
    stanowiska w przedmiotowej sprawie, które nabiera szczególnego znaczenia w
    kontynuowanym dialogu. W odniesieniu do omawianych kwestii proponowane przez
    Zarząd rozwiązania nabierają istotnego znaczenia dla prawidłowego
    funkcjonowania Organizacji. Analiza wprowadzonych przez czlonka_zarzadu_2
    istotnych regulacji w zakresie współpracy spotkała się z dużym
    zainteresowaniem. Nie ulega wątpliwości, że opracowanie alternatywnego projektu
    w kwestii publicznych przeprosin wskazuje na szczególne dopracowanie
    merytoryczne. Zaproponowane w tym zakresie uregulowania stanowią przesłankę
    uzasadniającą konieczność wprowadzenia zmian, a szczególnie tryb, w jakim
    zmiana może zostać dokonana. Podstawa prawna projektu wprowadzającego zmianę
    nie budzi zastrzeżeń. Z uwagi na zakres dokonywanych zmian i powagę
    regulowanych spraw należałoby rozważyć opracowanie tekstu jednolitego
    uwzględniającego ewentualne zmiany zaproponowane przez czlonka_zarzadu_1 w celu
    maksymalnego zagwarantowania dalszej owocnej współpracy. W przypadku
    zaistnienia jakichkolwiek wątpliwości czlonek_zarzadu_1 zgłaszając swoje uwagi,
    będzie miał możliwość całkowitego wyeliminowania niekorzystnych w jego opinii
    zmian, bowiem w uzasadnieniu wystąpienia nie wskazano jednoznacznie czy ma ono
    charakter obligatoryjny czy fakultatywny.

    (tak się „nasi” w firmie nieraz napracują, a człowiek czyta potem to przez
    tydzień i zastanawia się:, co autor miał na myśli? A komunikat jakże
    prosty: „Również cieszę się ze spotkania w realu! :-)”.... Konstancja)

  • czlowiek_z_dolu 29.11.06, 15:27
  • czuk1 28.11.06, 22:44
    Post ten podnoszę , bo jest niewykle ważny , w swej treści:
    ----------------------------------------------------------------------
    ....."ludzie z gRODu, mówią tylko o tym CZEGO NIE ZROBILIŚMY... to jest zawsze
    > WAŻNIEJSZE od tego co ZROBILIŚMY! A przecież ci którzy potrafią - to robią, ci
    > którzy nie potrafią - uczą innych, a ci którzy nie potrafią uczyć in
    > nych...zarządzają ".
    >
    > człowiek z dołu
    >
    > ----------------------------------------------------------------
    > Z tym mottem powinni zasypiać decydenci w banku i budzić się z....
    > ..działaniem. Konkurencja nie śpi.
  • krso2 01.12.06, 21:55
    jaki krysys?? Oni zawsze mieli sie dobrze
  • ewa.p70 03.05.07, 16:37
    czlowiek_z_gory napisał:

    > Na fali popularności fanfików napisze i swój. Akcja dzieje się oczywiście w
    bli
    > żej nieokreślonym banku, a wszelkie podobieństwa co do osób i sytuacji są
    przyp
    > adkowe.
    > To bardzo śmieszne(tragiczne) i ciekawe ale czy to koniec wpisów na tym
    forum? Nic już się nie dzieje ciekawego w "naszym banku"? Może to forum już nie
    działa i na darmo tracę czas. Czekam na jakiś odzew.
    > - "Co za upalny dzień" - westchnął dyspo-kasjer - pan Krzesimir - "Mogło by
    by
    > ć ciut chłodniej, albo chociaż jakaś klima na sali".
    > I w momencie, gdy nasz bohater wypowiedział te słowa do sali wszedł pan
    Włodek.
    > A Włodzimierz to wieloletni klient, gdy skończył lat osiemnaście, już go
    mama
    > przyprowadziła do banku i nakazała założyć konto, aby miała mu gdzie
    kieszonkow
    > e przekazywać i aby syn uczył się gospodarności.
    > - "Witam pana panie Włodku drogi, nasz kliencie wieloletni i nie powiem, ale

    > wnież ulubiony" - gdyż trzeba wam wiedzieć, że klient ten posiadał całą gamę
    pr
    > oduktów banku w którym akcja się akurat dzieje.
    > - "Witam również pana, panie Krzesimirze" - odpowiedział Włodzimierz
    kłaniając
    > się w pas i siadając tuż na przeciw pana dyspo-kasjera - ""Jak pan wie,
    dzięki
    > kredytowi w waszym banku nabyłem właśnie mieszkanko w przeuroczej okolicy" -
    ta
    > ko rzekł klient i uśmiechnął się do bohatera tejże opowieści - "i adres
    korespo
    > ndencyjny chciałbym zmienić, aby listy od was nie trafiały już do mojej
    matuli
    > ukochanej i nerwów jej nie przysparzały."
    > - "A więc bierzmy się do dzieła" - odrzekł mu pan Krzesimir i rzeczywiście
    wzią
    > ł się do dzieła.
    > Na początku oczywiście poprosił o nowy adres i zapisał go sobie na karteczce,
    g
    > dyż w dowodzie widniał ciągle adres poprzedni, bo pan Włodek nie bardzo miał
    cz
    > as załatwić sprawę we wszystkich urzędach., że w pierwszej kolejności trafił
    do
    > banku, świadczy tylko o szacunku, jakim ten bank darzył.
    > Dalej, dyspo-kasjer wprowadził ten nowy adres w systemie GREG 500, następnie
    ko
    > lejny raz ten adres wprowadził w systemie FARAON, przerzucił dane do
    aplikacji
    > GREGor i wydrukował naniesioną zmianę, aby dać Włodkowi do podpisu. Pan
    Włodek
    > z uśmiechem na ustach podpisał dokument, przetarł czoło chusteczką wyjętą z
    kie
    > szeni i spytał: - "To już wszystko?"
    > - " O nie nie, momencik, jeszcze chwilkę" - odpowiedział pan Krzesimir i
    przys
    > tąpił do dalszych prac.
    > Uruchomił unikalnym hasłem aplikacje - e-Kartban, wpisał numer karty klienta
    i
    > zaznaczył opcje; zmiana adresu do korespondencji. Naniósł nowy adres,
    zatwierdz
    > ił i skinął głową klientowi, dając do zrozumienia, że wszystko jest na dobrej
    d
    > rodze. Z aplikacji GREGok wydrukował potwierdzenie zmiany adresowych
    posiadacza
    > karty i przedłożył klientowi. Zniecierpliwiony pan Włodek po raz kolejny
    spyta
    > ł, czy to już wszystko.
    > - "Otóż nie, jeszcze momencik" - odpowiedział pan Krzesimir ocierając pot z
    czo
    > ła końcówką krawata, który w taki upał wydawał się strasznie przyciężki, choć
    b
    > ył ze sztucznego jedwabiu.
    > Pan Włodzimierz posiadał jeszcze lokatę powiązaną z funduszami
    inwestycyjnymi,
    > więc to nie był koniec zmian. Nasz dyspo-kasjer uruchomił unikalnym hasłem
    apli
    > kacje Sin-Wopok i po raz kolejny w specjalnym polu wprowadził zmianę adresu
    kor
    > espondencyjnego. Oczywiście wydrukował odpowiedni formularz z dyspozycją
    klient
    > a, który do podpisu przedłożył naszemu klientowi.
    > Tym razem pan Włodek nie zadawał kolejnego pytania i czekał dalej. Pan
    Krzesimi
    > r dobrze wiedział, że klient swego czasu nabył trochę obligacji. Czym prędzej
    u
    > ruchomił aplikacje BOSOS ( o unikalnym haśle wspominać nie trzeba) i po raz
    ko
    > lejny wprowadził nowy adres korespondencyjny klienta, nie zapominając
    oczywiści
    > e wydrukować wniosku oraz potwierdzenia zmiany danych klienta, po czym
    przedłoż
    > ył mu oba do podpisu.
    > - "Przepraszam pana panie Krzesimirze, ale czy długo to jeszcze potrwa" -
    nieco
    > poddenerowany powiedział pan Włodek - "gdyż małżonka z pociechami czeka w
    auci
    > e, a latoroślom lody zakupiłem na patyku i obawiam się, że tapicerka już
    dawno
    > do prania jest"
    > - "Och momencik, naprawdę już niewiele nam zostało" - bo pan Włodek był
    jeszcze
    > szczęśliwym posiadaczek karty kredytowej, Dyspo-kasjer szybko chwycił w rękę
    w
    > niosek o wydanie karty/zmianę danych (niepotrzebnie skreślić) i zaczął
    wypełnia
    > ć długopisem to, co u pana Włodzimierza uległo zmianom. To, co tam wypisał,
    dał
    > klientowi do podpisu, odłożył na bok bez słowa starał się przypomnieć sobie
    ad
    > res KOC-u, bo gdzieś to przecież wysłać trzeba.
    > - "No to mamy wszystko załatwione, myślę, że nie było tak strasznie" - rzekł
    pa
    > n Krzesimir i już spoglądał na kolejnego klienta w kolejce, który od
    dłuższego
    > czasu przestępował z nogi na nogę.
    > Pan Włodzimierz już wstawał, a kolejny klient z wyraźnym wyrazem ulgi ma
    twarzy
    > szykował się by zająć jego miejsce, kiedy pan Krzesimir zawołał: - "Panie
    Włod
    > ku, Panie Włodku!! Przecież pan ma u nas kredyt studencki!!. Jeszcze nie
    skończ
    > yliśmy." po czym po raz kolejny otarł pot z czoła końcówką krawata.
    > - "Tym razem nie mam gotowego druku. O tu, proszę napisać datę, a tu swoje
    dane
    > , obok dane banku i pod spodem, że prosi pan o zmianę adresu
    korespondencyjnego
    > do kredytu numer taki a taki."
    > - "A po co to jeszcze, nie starczy tych druków" - niemal wykrzyczał te słowa
    wy
    > raźnie zdenerwowany pan Włodek.
    > - "Kredyty studenckie to inna bajka" - odrzekł pan Krzesimir - "Ja to pisemko
    p
    > rzekaże pani Krysi i ona wprowadzi je do systemu Przełaj-Pożyczka, gdyż ten
    sy
    > stem to jej brocha. Ale na razie to już koniec. Mam nadzieje, że numeru
    telefon
    > u pan nie zmienił, bo niemal, że całą akcje musielibyśmy powtarzać?
    > - "NIE, NIE" - z oznakami obłędu krzyknął klient - "Miałem w przyszłym
    miesiącu
    > zmieniać meldunek i dowód, ale raczej pozostanę przy tym u rodziców, ważne,
    ab
    > y choć korespondencja dochodziła pod właściwy adres."
    > - "I jak tak uważam" - z kciukiem uniesionym w górę odpowiedział pan
    Krzesimir
    > i wzrokiem zaprosił kolejnego klienta do swego stanowiska.

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka