• drzewko
  • od najstarszego
  • od najnowszego

Student nic nie umie? Trudno, trzeba mu zaliczy... Dodaj do ulubionych

  • IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 07.03.11, 17:31
    Niestety nie tylko w Koszalinie są tak się robi, we Wrocławiu również.

    A jak nie, to kierownik katedry robi dym na zebraniu.

    To samo dotyczy prac mgr, jak się da studentowi z pracy mgr mniej niż 4, to szef katedry morde drze, że jak adiunkt mógł tak ocenić pracę, prowadzoną przez profesora.

    To kogo ja oceniam? studenta czy profesora?
    Zaawansowany formularz
    • Gość: kosmiczny_swir IP: *.mc2.chalmers.se 07.03.11, 17:31
      Tak to sie konczy, kiedy robi sie z uczelni przechowalnie bezrobotnych i fabryki magistrow, dajac pieniadze nie na badnia a na produkcje magistrow wlasnie.
      • Gość: najaremo IP: *.dynamic.gprs.plus.pl 07.03.11, 18:10
        to teraz dajcie im prace! studia tylko dla elity, tak jak kiedyś!
        • Gość: m IP: *.dynamic.chello.pl 07.03.11, 18:19
          dla elity INTELEKTUALNEJ, żeby była jasność !
          • 07.03.11, 18:53
            ...na stanowisku kierownika zakladu, choc ma ona jedynie tytul magistra?

            Zajebisty autorytet.

            forum.gk24.pl/wybory-samorzadowe-2010-artur-wezgraj-prezentuje-swoj-program-dla-koszalina-t47050/
            --
            urbandead.com
            • Gość: DNA IP: *.bb.dnainternet.fi 07.03.11, 19:06
              To jest efekt oszczędzania na edukacji wyższej przez państwo. Uczelnie zamiast budować prestiż - budują portret polaka cwaniaka, co tylko kombinuje.
              I nie ma co się dziwić że polskie uczelnie są w dalekich setkach rankingów światowych jeśli standardem jest tak żenująca walka o jakiekolwiek pieniądze.
              To jest dzwon alarmowy, uczelnie wyższe dostają za mało funduszy na swoją działalność. Bez zaplecza naukowo intelektualnego polska była jest i będzie sługusem wysoko rozwiniętych państw.
              • Gość: asf IP: *.dynamic.chello.pl 07.03.11, 19:17
                U mnie na wydz. fizyki egzaminy składają się zawsze z dwu części, najpierw pisemny 3-5 godzin , a potem ustny. I nie zdarzyło się żeby ktoś zaliczył egzamin nic nie umiejąc, czy ściągając. Jeśli na jakiejś uczelni rektor czy wykładowcy to tolerują to sobie sami wystawiają świadectwo.
                • Gość: wale magistra IP: *.238.64.20.ip.abpl.pl 07.03.11, 19:54
                  nie wiem czemu takie zdiwienie na najbardziej renomowanych uczelniach w Polsce jest tak samo, trzeba się mocno postarać żeby nie przepuscili jakiegoś studenta
                  • Gość: Miro IP: *.sds.uw.edu.pl 07.03.11, 20:46
                    > nie wiem czemu takie zdiwienie na najbardziej renomowanych uczelniach w Polsce
                    > jest tak samo, trzeba się mocno postarać żeby nie przepuscili jakiegoś studenta

                    A ja ładnych parę lat uczyłem na Uniwersytecie Warszawskim, oblałem wiele osób, nikt nigdy nic mi nie sugerował...

                    Moja żona tak samo - kilkanaście lat na UW i też oblała setki osób...
                • Gość: mixer IP: 173.233.207.* 07.03.11, 20:56
                  "U mnie na wydz. fizyki egzaminy składają się zawsze z dwu części, najpierw pisemny 3-5 godzin , a potem ustny"

                  A to typowo polski zwyczaj... np. praktycznie wszedzie w krajach anglojezycznych (USA, Kanada, Australia, itd) egzaminy sa tylko i wylacznie pisemne (poza egzaminem magisterskim, czy doktorskim).
                  • Gość: ridek IP: *.dynamic.chello.pl 07.03.11, 21:30
                    Przez 5 lat na Politechnice Gdańskiej nie miałem żadnego egzaminu ustnego. Wszystkie pisemne. Jedynie obrona pracy była ustna. Niektóre pisemne były dłuższe niż matura :)
                  • Gość: v b IP: *.dynamic.chello.pl 08.03.11, 23:18
                    Ten zwyczaj wywodzi sie własnie z faktu sciagania :) jak bys bystrzaku nie zauważył...
              • 07.03.11, 20:58
                Kurcze... To jest właśnie efekt tego, że się nie oszczędza na "edukacji wyższej". Tu nie chodzi o badania, lecz o "produkcję" magistrów i licencjatów!

                Jeżeli się ustala poziom dotacji uzależniony od liczby studentów to takie dziwne, że studentów jest coraz więcej a ich poziom coraz niższy? No sorry - nie jesteśmy narodem Einsteinów-sztuka-w-sztukę. A skoro zaczęło brakować wśród najlepszych, to zaczęło się dobierać wśród drugiego sortu, trzeciego, czwartego... itd. itp.

                Przecież "im bardziej coś dotujesz tym więcej tego masz" - a skoro dotuje się ilość to ilość rośnie. Bez względu na wszystko. I wrzucenie większej ilości kasy w obecny system spowoduje tylko, że będziemy mieć jeszcze więcej magistrów jeszcze gorszej jakości.

                --
                Każdej akcji towarzyszy jej równy i skierowany przeciwnie program rządowy.
          • Gość: Paweł IP: *.finemedia.pl 07.03.11, 19:02
            Żeby to było takie proste...

            Dla dobrych stypendia i w efekcie bezpłatne studia. Reszta jeśli chce płacić i uczy się wystarczająco dobrze (w sensie zdaje normalnie egzaminy) może studiować. Tylko by tego brakowało, żeby jakiś bardzo mądry urzędnik czy jeszcze mądrzejszy polityk decydowali o tym kto może studiować, a kto nie...

            Niezależnie od tego przyda się "małe" wietrzenie na państwowych uczelniach - tak, żeby niektórych wywiało razem z zajmowanymi biurkami. Dobrze by było, żeby uczelniami w kwestiach nie związanych z nauką zarządzali managerowie a nie profesura. I jeszcze wiele innych rzeczy.

            Na koniec przydała by się stopniowa zmiana wielu postaw w społecznych.
            1). Koniec z myśleniem, że osoba bez studiów to leń, debil i nieudacznik, a absolwent wyższej szkoły tego i tamtego to fachura.
            2). Koniec z bezkrytyczną "tytułomanią" - 1 profesor zawsze wie lepiej niż 3 dr hab. ,10 zwykłych dr, 40 magistrów i 100 studentów... O ludziach "bez studiów" nie wspominając.
            3). Koniec nieraz bezsensownych wymagań pracodawców dotyczących wykształcenia. Do wykonywania wielu (oczywiście nie wszystkich) prac wystarczą konkretne umiejętności, cechy charakteru i chęć nauki niekoniecznie poparte "kwitkiem".
            4). Koniec z bzdurnym przekonaniem, że osoba bez "magistra" powinna pracować za pensję minimalną + 500 zł pod stołem, znosić upokorzenia i być przy tym szczęśliwa, że ktoś raczył dać jej pracę...
            5). Koniec z dość (mam nadzieję) rzadkim wymogiem stawianym przez dziewczyny: kandydat na męża, lub nawet chłopak "na poważnie" musi mieć wyższe wykształcenie. Nie lepiej zamiast pustych etykiet żądać konkretnych cech takich jak zaradność, opiekuńczość, zainteresowanie kulturą, czy co tam sobie wymyślicie?

            Wymieniłem tylko kilka z wielu powodów, które są przyczyną nadmiernego i szkodliwego popytu na tytuł "magistra" - nieważne skąd, nieważne jaki, byleby tylko był...
            • Gość: asdewr IP: *.clubnet.pl 07.03.11, 19:11
              Nie realne do zrealizowania. Człowieku. Niby w komisji trójstronnej są pracodawcy. Im najbardziej powinno zależeć na jak najlepszych Studentach. Bo potem oni będą wytwarzać zyski firmy. Ale prawda jest brutalniejsza. Wystarczy student średni ale taki co za max 4k na rękę będzie robił 20 h na dobre. Taka jest rzeczywistość. Dlatego co mądrzejsi dawno tu nie pracują w kraju. Zresztą udowodniono to tym że Polski pracodawca dorabia się w 5 lat tego co Amerykański w 21. Co tu więcej tłumaczyć.
              • Gość: oscylacyjny IP: *.ssp.dialog.net.pl 07.03.11, 20:49
                W rzeczy samej. To chyba domena krajów 3 świata, że właściciele mogą się dorobić w kilka lat a nie w kilka pokoleń jak to jest w krajach cywilizowanych
                • Gość: aki IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 07.03.11, 21:05
                  Pomijając ludzi, którzy zbili fortuny ( w kwestię uczciwości nie wnikam) korzystając ze zmiany ustrojowej, to mikro i mali przedsiębiorcy dorabiają się zwykle bardzo długo. Zresztą, co oznacza "dorobić się"? Zarabiać tyle, co kierownik w korporacji, zarabiać na utrzymanie siebie i rodziny, czy być na liście 500 najzamożniejszych Polaków?
                  • Gość: asdqwer IP: *.clubnet.pl 07.03.11, 21:16
                    Mikroprzedsiębiorstwa nigdy się nie dorobią tak samo Ci, którzy świadczą usługi typu sprzedam Komórkę itd Nie o takich tu pisałem. Natomiast firmy wykonawcze czy inne tego typu..... Widzę że chyba nie jesteś w temacie ;xD nie płacenia pracownikom innym firmom o fakturach lepiej nie pisać; xDDDDD. Co to znaczy się dorobić. Ja wiem że bogactwo ma poziom względny. Jeden musi mieć 100 dziwek i 3 jachty a jednemu wystarczy X6. Powiem Ci tak. Dla mnie dorobić się to poziom gdy twój najtańszy pracownik ma 10 do 15 razy mniej od Ciebie. Piszę o pełnym etacie. Pozdrawiam. Cieszę się natomiast, że o uczciwości nie piszesz. Bo tej w tym świecie nie ma. NIE ISTNIEJE!! Czysty farmazon. Chyba że promil.
            • 07.03.11, 22:51
              > 5). Koniec z dość (mam nadzieję) rzadkim wymogiem stawianym przez dziewczyny: k
              > andydat na męża, lub nawet chłopak "na poważnie" musi mieć wyższe wykształcenie
              > . Nie lepiej zamiast pustych etykiet żądać konkretnych cech takich jak zaradnoś
              > ć, opiekuńczość, zainteresowanie kulturą, czy co tam sobie wymyślicie?

              Biedactwa, strasznie Wam współczuję takich wygórowanych wymagań; samce bez zdolności i aspiracji, a mądrą dziewczynę jednak by chciały --- a takiej mieć nie mogą, bo laski stawiają warunki i każą potencjalnym partnerom się kształcić. Watsonie, jakby dziewczyny zaczęły wymagać konkretnych cech, to ten naród by wyginął śmiercią naturalną.

              No i jak zwykle okazuje się, że za katastrofę edukacji wyższej w Polsce są odpowiedzialne Te Złe Kobiety, napędzające biznes pustych tytułów. Ciekawe, czy wzięli je pod uwagę autorzy raportu o stanie szkolnictwa wyższego?
            • Gość: Mucor mucedo IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 13.03.11, 12:45
              Ad.1. Warto by też walczyć z przeciwnym nastawieniem, które się pojawiło w Polsce w ciągu ostatnich 20 lat - "bo te magistry nic nie umiejom a moja zawodówka w Bździnowie Zadupnym to Kembridż, Oksford, Charward i Em-Aj-Ti w jednym - nauczyli nas jak za pomocą kitu do okien i gwoździa naprawiać statki kosmiczne!"
              Ad.2. Zgadzam się w pełni.
              Ad.3. Warto by to też rozszerzyć na urzędy państwowe, gdzie pod byle pozorem zwalnia się osoby bez studiów i zatrudnia świeżych absolwentów żeby podwyższyć statystyki.
              Ad.4. To jest wynik tego co napisałem w pkt. 1.
              Ad.5. Nigdy się z tym nie spotkałem - faktycznie idiotyzm...
        • Gość: ela IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 07.03.11, 19:52
          Najwyższa pora przyjrzeć się wszystkim tym prowincjonalnym uczelniom, wcale niekoniecznie niepublicznym. Wziąć pod lupę finanse prowincjonalnych uczelni państwowych, przyjrzeć działalności rektorów! Tam dopiero można znaleźć kwiatki!! Te uczelnie to prywatne folwarki, student jest tylko kwiatkiem do kożucha.
        • Gość: ? IP: *.177.83.114.energint.net 07.03.11, 20:28
          co to znaczy dajcie? stworz sobie sam ciemnoto!!!

          po studiach na etat? poyebalo?
      • Gość: M IP: 75.156.20.* 07.03.11, 19:26
        Rola nauczyciela nie polega na tym aby udowodnic ze studenci nic nie umieja, ale JEGO OBOWIAZKIEM JEST NAUCZYC STUDENTOW. Jezeli facet jest slabym pedagogiem negatywnie
        zaprogramowanym ktory uwaza ze poziom uczelni podnosi sie przez obnizanie ocen, wtedy taki facet powinien isc jeszcze raz do szkoly aby sie dowiedziec co to znaczy byc dobrym pedagogiem.
        Polskie uczelnie niestety slynia z tego ze zamiast uczyc studentow ich po prostu gnebia.
        Nauczyciele ktorych studenci reprezentuja najnizszy poziom wiedzy powinni byc negatywnie oceniani przez wladze uczelni i wyrzucani z pracy. Tak sie dzieje tam gdzie dobrze ksztalca, niestety Polska nie jest jeszcze na tym etapie.
        • Gość: greg0,75 IP: *.net.autocom.pl 07.03.11, 19:53
          "Miałem ponad stu studentów. Była wśród nich grupa, którą musiałem oblać. Choćby po to, by uszanować pracę innych studentów."
          Czyli nie bardzo ta konkretna sytuacja do Twoich przemyśleń pasuje.
        • Gość: jml13060 IP: *.ssp.dialog.net.pl 07.03.11, 21:22
          Mylisz szkołę średnią z uczelnią wyższą. W szkole nauczyciel uczy uczniów. Na uczelni student uczy sie sam (!!!) pod światłym kierunkiem profesora i jego pomocników (adiunktów, asystentów).

          I w tym jest problem, ze państwo/spoleczenstwo postawilo sobie za cel wyprodukowanie iluś-tam procentow osob z wyższym wykształceniem. Młodemu człowiekowi wydaje się, że po 4 latach studiów doktoranckich należy się mu tytuł doktora. Czy ma osiągnięcia, czy nie, ale mu się należy. No to mamy skutek - dewaluacje studiów, nauki, poszczególnych uczelni, stopni i tytułu naukowego.
      • Gość: wozny sondowy IP: *.dip.t-dialin.net 07.03.11, 21:55
        Za komuny na studiach zaocznych w UG jeden tylko adiunkt z przedmiotu na I roku oblewal ok. 70% studentow a z grupy oblanych ok. 5% zaliczalo ten egzamin nawet na III roku studiow czyli na zakonczenie I stopnia gdyz byly to studia dwustopniowe. Norma bylo, ze z 216 studentow na I roku ( obowiazywaly egzaminy wstepne) I stopien czyli III lata konczylo 26,- absolwentow a cala reszta byly oblana juz na I roku i to tylko z jednego przedmiotu trwajacego I semestr jednak byl to przedmiot nie do pokonania dla statstycznie 70% studentow.
    • Gość: sop3 IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 07.03.11, 17:32
      to norma.
      • Gość: ian IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 07.03.11, 18:03
        Pracuje na uniwersytecie i na drugim etacie na prywatnej uczelni. Przy obecnym systemie finansowania szkolnictwa wyższego możliwość działania prywatnej (poprawniej - niepublicznej) uczelni zależy w istotnym stopniu od liczby studentów. Z pewności jest wiele takich uczelni niepublicznych na których ten fakt przesądza, że normą jest masowe zaliczane przedmiotów tak samo jak na większości studiów niestacjonarnych (zaocznych) na uczelniach publicznych! Jest jednak coraz więcej uczelni niepublicznych które w zdecydowanie trudniejszych warunkach starają się o utrzymanie przyzwoitego poziomu studiowania (koszty kształcenia studenta na uniwersytecie to srednio 8000-10000 zł rocznie, na uczelni niepublicznej tyle ile wynosi czesne czyli średnio 3000-4500 rocznie). Mój drogi zwolenniku "państwowych" dyplomów - nie można uogólniać (właściwie można tylko prowadzi to do błędnych wniosków). Zresztą problem jest bardzo złożony i nic nie jest tak proste jak z pozoru wygląda. Nie budzi natomiast wątpliwości fakt, że prawdziwie innowacyjne uczelnie o światowym prestiżu to wyłącznie uczelnie prywatne. Oczywiście Uniwersytet Browna, Columbia, Cornell, Dartmouth Harvard, Princeton, Yale funkcjonują w innym środowisku ale to "tylko" prywatne....
        • 07.03.11, 18:09
          Harvard, powiadasz. To jak wytłumaczyć fakt, że George W. Bush, autor odkryć, że większość amerykańskiego importu pochodzi z zagranicy i juz czas, by ludzkosć weszła do Układu Słonecznego tą zacną uczelnie ukończył?
          --
          Strony kiltowe:główna newsy i komentarze foto-video linki
          Forum kiltowe
          • Gość: ian IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 07.03.11, 18:26
            Powielasz obiegowy mit o słabości amerykańskich uniwersytetów. Oczywiście jest wielka ilość uniwersytetów stanowych których jedyną zaletą (dla mnie fajną) jest prowadzenie lokalnej drużyny koszykówki. Harvard to wspaniała uczelnia o której mógłbym wiele napisać, ale najprościej odpowiadając na Twój tekst: poprostu zapisz się na ten uniwersytet i skończ college, zrób Master's degree, może jeszcze academic doctorate - warto nawet wziąć kredyt bo z pracą nie będziesz miał żadnego problemu z dobrze płatną pracą, sama Ciebie znajdzie. Po prostu spróbuj..... powiadam
            • 07.03.11, 19:25
              Błędnie mnie oceniasz. Nie powielam żadnych mitów, stwierdziłem tylko fakt, ze nawet na uniwersytetach tak poważanych i mających tak dobre wyniki zdarzają się przypadki "przepuszczania za kasę".
              --
              Strony kiltowe:główna newsy i komentarze foto-video linki
              Forum kiltowe
        • 07.03.11, 18:33
          Gość portalu: ian napisał(a):

          > Nie budzi natomiast wątpliwości fakt, że prawdziwie i
          > nnowacyjne uczelnie o światowym prestiżu to wyłącznie uczelnie prywatne.

          Nie warto powielać fałszywych stereotypów, gdyż jest bardzo wiele znakomitych uniwersytetów państwowych (stanowych, publicznych). W Stanach dziesięć kampusów University of California to uczelnie stanowe, a łącznie wyszło z nich 37 noblistów. SUNY też sroce spod ogona nie wypadły. W kontynentalnej Europie wszystkie liczące się uniwersytety są państwowe - na przykład taki ETH Zurich (21 noblistów), liczne uniwersytety francuskie, niemieckie, włoskie, hiszpańskie. W UK państwowy jest między innymi Imperial College.
          Tak więc, z łaski swojej, nie nobilituj polskich prywatnych fabryk dyplomów twierdząc, że przecież są tak samo prywatne, jak Harvard, Stanford czy Oxford.
          --
          Kozak frajer
          • 11.03.11, 13:20
            Racja, PFG!
        • 07.03.11, 19:50
          ian napisał(a):
          Z pewnością jest wiele takich uczelni niepublicznych na których ten fakt przesądza, że normą jest masowe zaliczane przedmiotów tak samo jak na większości studiów niestacjonarnych (zaocznych) na uczelniach publicznych!
          ----------------------------------------
          Tak, tak, tak postępuje się na mojej uczelni publicznej w Łodzi!!! Zaoczni "muszą" zaliczać, bo prowadzenie kierunku musi się uczelni opłacać! Paranoja.
    • Gość: xx IP: *.pz1-nat.espol.com.pl 07.03.11, 17:33
      Żadna sensacja. To wiadomo od lat i to nie tylko w Koszalinie.
    • Gość: halo IP: 195.82.180.* 07.03.11, 17:33
      Ależ to nic nowego -tak było od zawsze i nie ma co winić studentów czy władze tylko chory system finansowania.
      • Gość: student IP: *.cable.net-inotel.pl 07.03.11, 17:39
        Ech, to prawda nie tylko na uczelniach we Wrocławiu i Koszalinie, tak jest wszędzie. Zgadzam się iż nie można winić studentow za zaistniałą sytuację. Jednak mnie czasem coś trafia jak pewne indywidua mają dostać ten sam tytuł co ja,
      • Gość: !? IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 07.03.11, 17:41
        w Poznaniu na pewnej PAŃSTWOWEJ uczelni (jednej z "najlepszych" w kraju), student, który z powodu nieobecności (w semestrze zjawił się jeden raz) kwalifikował się do oceny "niesklasyfikowany". Jedna taka ocena, na pierwszym roku powodowała skreślenie z listy studentów. Student poszedł i popłakał do pani dziekan, a później wrócił z powrotem z wyraźną prośbą o dopuszczenie do pisania kolokwium...
        z tego co widzę takie same reguły obowiązuje we wszystkich polskich fabrykach magistrów... a później dziwimy się, że naszych uczelni nie ma w światowych rankingach. Może gazeta jeszcze opisze "polityki" głosowań nad habilitacjami? to jest kolejny temat pokazujący mix feudalizmu z socjalizmem na państwowych uczelniach...
        • Gość: adiunkt IP: *.dynamic.chello.pl 07.03.11, 18:14
          100% prawdy! zarowno odnosnie naciskow na zaliczanie dla studentow ktorzy do zaliczenia sie nie kwalifikuja! gorzej - obniza sie i upraszcza zakres cwiczen czy wykladow " zeby" studenci zdali! bo jak nie .....
          jak na 100 osob na kolokwium czy tescie egzaminacyjnym ponad polowa studentow nie przekracza 50% poprawnych odpowiedzi, to trzeba zmienic punktacje tak zyby wiecej zaliczylo
          nie bez znaczenia jest jednak tu wina studentow ktorzy niejednokrotnie reprezentuja zenujacy poziom wiedz, i taki system od gornego nacisku im PASUJE!!!!

          -tolerowane plagiaty pracownikow uczelni (Wroclaw to tylko czubek gory lodowej), nawet jak sie ma dowody na plagiat to nie ma do kogo z nimi pojsc! bo do kogo? policji? sądu? Ministerstwa? bo przeciez nie do wladz Uczelni bo byloby to samobojstwo!
          -odnosnie zatrudnienia - pseudo konkursy na stanowiska a i tak jest jeden jedynie sluszny kandydat (wcale nie najwybitniejszy!)
          -to co sie dzieje wspr habilitacji tez wola o pomste do nieba. w nowej wersji habilitacja wcale nie bedzie sensowniejsza/utrzciwsza, juz wiadomo kto komu "utraci" recenzjami kandydatow na hab

          podsumowujac wiekszosc badan naukowych, wplywajacych na dorobek i opinie uczelni wypracowuja adiunkci i moze jeszcze mlodzi habilitowani. mam pytani ile sie nam za to pensji placi? grubo ponizej sredniej krajowej!
          • Gość: asdwer IP: *.clubnet.pl 07.03.11, 18:45
            Heh śmiech na sali.... to o czym piszecie no ale cóż tak jest i będzie. A ja powiem jeszcze inną ciekawą rzecz. Pewna osoba kończy POw połowie lat 90 2 Polibuda w kraju wydział Budownictwo. Jedna z najlepszych na roku osób. I co? zarabia teraz 3500 na rękę dlatego bo jest uczciwa. Powiedzcie mi teraz filozofowie. Tak ma wyglądać rzeczywistość? Pracodawcy nie chcą płacić ogromnych pensji albo jak chcą płacić vide SKANSKA to napierd.... 300 km od domu za 10k a rodzinę widzisz jak kończy Ci się kontrakt czyli po 2 latach. Tak ma wyglądać ta rzeczywistość za śmieszne 10 k na rękę? Heh. Potem się dziwią czemu materiał jest sprzedawany na lewo. To nie jest normalny kraj a zatrudnienie w nim odbywa się na zasadzie kumoterstwa i niczego więcej. Ktoś kogoś zna on jest dobry. Tak samo dobry jak 100 innych ale go się zna jest swój. Czy to nie oczywiste. No bo w każdej z tych firm robota wygląda identycznie. Wydój z podwykonawcy ile się da.
            • Gość: askd IP: *.ds.pg.gda.pl 07.03.11, 20:33
              jak tam samo dobry to czemu nie zatrudnić znajomego?
        • 07.03.11, 19:04
          Czyli pan M. Iwański wpadł z deszczu pod rynnę.
          A tak jeszcze należy dodać, że chodzi tu jeszcze o sztuczne utrzymywanie etatów:))))
        • Gość: Adam Kg IP: *.adsl.inetia.pl 07.03.11, 19:24
          Obecność naprawdę o niczym nie świadczy. Kończyłem pewną poznańską uczelnię 15 lat temu, na pierwszym roku mieliśmy pewnego "studenta widmo", który miał podobną frekwencję (może trochę lepszą, ale naprawdę niewiele). Ale to był tak łebski facet, że gościu nie będąc na zajęciach, wiedział więcej niż większość z nas, "systematycznych". Może to kwestia kierunków humanistycznych - czytać i "filozofować" można samodzielnie. Pewnie inaczej jest na kierunkach ścisłych, chociaż też może znaleźć się taki koleś, który sam opanuje to, co mógłby poznać na zajęciach. Jeżeli student umie, to nie czepiałbym się tak bardzo frekwencji.
          • Gość: f IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 07.03.11, 20:21
            "Obecność naprawdę o niczym nie świadczy. Kończyłem pewną poznańską uczelnię 15 lat temu, na "
            W jakim celu finansować takie kierunki,na których niekoniecznie trzeba być obecnym żeby cokolwiek wiedzieć aby zaliczyć rok?
            • Gość: Adam Kg IP: *.adsl.inetia.pl 07.03.11, 22:06
              Tak, po co finansować takie kierunki jak polonistyka, filozofia, socjologia, matematyka (tak, mieszkałem w akademiku z matematykami i wśród nich byli również "studenci widma" - może mieli większe problemy, ale też jakoś sobie radzili). Faktycznie, zupełnie niepotrzebne kierunki.
              Skoro taki niekumaty jesteś, to napiszę wyraźniej. Są ludzie, którzy opanują program studiów (a przynajmniej sporą jego część), nie chodząc na ćwiczenia, wykłady itp. Jest ich niewielu. Większość musi krok po kroku zdobywać wiedzę. I dlatego te kierunki są finansowane.
        • 07.03.11, 20:07
          Ale zaliczyć na piękne oczy to granda, to jest właśnie niepubliczna edukacjal, tylko najlepiej za pieniądze publiczne i studentów.
          --
          neoliberalna wolność, to m.in. prawo do posiadania niewolnków ...
    • Gość: Alicja IP: *.adsl.inetia.pl 07.03.11, 17:37
      Wygląda na to, że finansujemy z naszych podatków głównie pensje pracowników uczelni, a nie wykształcenie dla młodych Polaków. Wykształcenia nie będzie, bo dostają zaliczenia za fakt bycia na liście.
      • 07.03.11, 17:40
        około roku 90-95
        i to od samego dołu do samej góry.
        Polska jest kaput.
    • Gość: fs IP: *.static.vip-net.pl 07.03.11, 17:38
      To standart tak miałem na Wydziale Elektrycznym Politechniki Lubelskiej, zaliczono przedmiot osobom co się nie nadawały z powodu braku wiadomośći a wpisać kazał wpisać dziekan
    • Gość: kassss IP: *.dynamic.chello.pl 07.03.11, 17:39
      Ale jest też całkowicie przeciwne zjawisko (przynajmniej na mojej uczelni): wykładowcy właśnie bardzo chętnie oblewają studentów, bo wydział wtedy ma kasę z opłat za powtarzanie przedmiotu. Smutne, ale prawdziwe.
    • Gość: forest IP: *.connecta.pl 07.03.11, 17:40
      to nieładnie świadczy o ministerstwie, że nie wiedzą co się dzieje w "szkołach" wyższych. mamy tu do czynienia albo z niekompetencją albo co bardziej prawdopodobne z hipokryzją.
      • 07.03.11, 17:44
        "- To bardzo niepokojący sygnał, który wymaga sprawdzenia. Uczelnia zostanie poproszona o wyjaśnienie sprawy - powiedział nam rzecznik Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego Bartosz Loba. Twierdzi, że po raz pierwszy spotyka się z taką sytuacją i nic mu nie wiadomo o powszechności zjawiska."

        biedaczek, No niemożliwe, tylko jedna uczelnia jest be.

        • Gość: jan kowalski IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 07.03.11, 20:13
          A najśmieszniejsze są komisje akredytacyjne. Grzebią się w papierach,kompletnie ich nie interesują warunki studiowania itp. a jak robią spotkania ze studentami, to nic z tego, na co skarżą się studenci, nie jest brane pod uwagę. Toniemy w papierach!
      • 07.03.11, 18:26
        Nikt nie obetnie gałęzi na której siedzi. I tak właśnie jest tutaj. Wszelkie tuzy nauki pracujące w ministerstwie są tak naprawdę STRONNICZYMI sędziami w samosądzie. Czy coś takiego istnieje w normalnej rzeczywistości ?! Oczywiście że nie, nikt nigdy nie jest sędzią w procesie w którym sam jest oskarżany. A w ministerstwie nauki to jest nagminna sytuacja. Dlatego nauka nigdy nie wyzdrowieje gdy nie wyrwiemy tych chwastów które wysysają soki z polskiego społeczeństwa. Nauka ma służyć społeczeństwu, państwu a nie kaście naukowców i ich prywatnych zarobków. A niestety tak teraz jest. Specjalnie się przepycha wszystkich studentów bo to gwarancja pracy.
        • Gość: efendo IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 07.03.11, 20:20
          Tak zwana kadra naukowa, zwłaszcza ta z prowincji, to kupa karierowiczów, obliczonych na kasę,kasę,kasę. Student ich nie intersuje. Jadą na zajęcia, zaliczają, a co im tam, wszystkim jak leci. Uczelnie prowincjonalne są zdane na ich tytuły i tolerują nawet najbardziej olewających "profesorów".
      • Gość: ad IP: *.static.vip-net.pl 07.03.11, 21:07
        Podjęte kroki powinny być jednoznaczne:
        1) Likwidacja dożywotnich belwederskich profesorów, profesor to stanowisko na uczelni a nie dożywotni tytuł jest to relikt komuny, a wiedza zmienia się galopujaco w niektórych dziedzinach, że profesorowie belwederscy za nią nie nadążają
        2)Praca tylko na jednej uczelni a nie objazdowy dydaktyk bo liczy się do możliwości funkcjonowania,
        3)Funduszy na naukę i badania nie jest potrzeba bo jest ich dosyć tylko są marnowane przez osoby nie kompetentne kierujące uczelniami o ministerstwie nie wspomnę, uczelnią powinien zarządzać ekonomista a nie koleś wybierany ze swojego grona, co w okresie kadencji uczy się zarządzać i zapewnia byt swoim wyborcom i koteriom.
        4) Wszelkie fundusze na badania powinny być w formie kredytu który poręcza uczelnia , obecnie zespoły utytułowanych wzajemnie się adorują przyznawaniem i przyjmowaniem tematów badawczych, tak jeżeli nic nie osiągnięto zespół zwraca otrzymane fundusze co świadczy że nie orientuje się w tym temacie.
        5) Wykładowcami w naukach technicznych powinny być a szczególnie na stanowiskach profesorskich osoby posiadające uprawnienia budowlane , eksploatatorskie lub projektowe z danej dziedziny. Śmiesznym jest kiedy specjalność prowadzą osoby nie mające żadnego kontaktu z rzeczywistością a posługują się tylko starymi notatkami.
        6)Kandydat na studia powinien otrzymywać ze świadectwem maturalnym bon edukacyjny , który pozwoli na to że fundusze idą za studentem a nie wg algorytmu wówczas naprawdę dobre uczelnie przygotowujące do zawodu szczególnie techniczne będą docenione bo te wszystkie algorytmy są gó... warte premiują układziki
        7) powinny być stosowane zasady: jedną uczelnię się kończy na drugie doktoryzuje a na trzeciej pracuje lub tworzy habilitacje które są zbędną bo służyły i służą do eliminacji osób z wiedzą .
        8) Na uczelni nie może być rodzinnych katedr jak to jest w szczególności w Lublinie gdzie tata pilnuje syna aby ukończył studia , później u kolesiów doktoryzuje , a następnie rehabilituje i rodzinka powraca na feudalna katedrę.
        9)Uczelnia ta normalna działalność gospodarcza i wszelkie badania naukowe powinny być finansowane w postaci kredytu zaciąganego przez zespół , poręczanego przez uczelnię. W przypadku błędnych założeń koszty ponosi zespół. Takie są normalne zasady działalności gospodarczej , a nie charytatywne finansowanie z naszych podatków. Fundacje czy firmy mogą w ramach odpisów podatkowych finansować dowolną działalność naukowa szczególnie w naukach humanistycznych czy politycznych
    • Gość: dr hab IP: *.dynamic.chello.pl 07.03.11, 17:41
      Profesorowie, doktorzy habilitowani, doktorzy zarabiają bardzo mało. Nikogo to nie obchodzi, a powinno. Wstyd do kwadratu. Jak dalej będzie taka bieda w nauce, to będą takie przykre następstwa jak w opisanym artykule. W dodatku nowa ustawa zabierze wykładowcom połowę pieniążków, bo nie będzie można dorabiać w innych uczelniach. Mamy ciągle nadzieję, że Pan Prezydent nie podpiszę tej ustawy...
      • Gość: asystent IP: *.dynamic.chello.pl 07.03.11, 17:50
        Panie dr hab, niech się Państwo Profesorstwo wreszcie wezmą dupę w troki i zaczną zarabiać pieniądze na badaniach naukowych (z małej kupki pieniędzy, która jest, dużo pieniędzy leży i czeka, tylko się Państwu dupy nie chce ruszyć).

        To wy firmujecie ten system, bo dydaktyka to najprostsza kasa, a prywatne uczelnie nic od was nie oczekują. Trwońcie dalej prestiż swojego zawodu.

        Zarabiajcie dalej w prywatnych szkółkach, występujcie w roli ekspertów od wszystkiego, gońcie za kasą. Ale przecież chyba wam kiedyś chodziło, żeby robić naukę - mylę się?
        • Gość: @asystent IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 07.03.11, 18:04
          jakbyś wiedział ile jest roboty przy dużym projekcie naukowym (a przecież od dydaktyki i innych obowiązków uczelnianych nikt Cię nie zwolni) to nie pi*** byś głupot na forum. Na początku jest problem, żeby w ogóle taki projekt (i kasę) dostać (przechodzi mniej więcej 1/10). Później jest roboty przynajmniej na jeszcze jeden etat. A na koniec o podziale ewentualnych środków nie decyduje rzeczywisty wkład pracy, a to kto z kim kawę pije. Niestety life is brutal. Jeśli kasa z projektów byłaby taka prosta to na pewno pracownicy przerzuciliby się na nie, zamiast tułać się po różnych, prywatnych uczelniach. Należy pamiętać, że często "na państwowym" brakuje tak elementarnych narzędzi jak np. sprawny komputer czy papier do drukarki... a z prywatnych pieniędzy, z jednego niskiego etatu nie kupisz wszystkiego do domu i do pracy.
          • Gość: sceptyk IP: *.dynamic.chello.pl 07.03.11, 20:52
            "jakbyś wiedział ile jest roboty przy dużym projekcie naukowym (a przecież od dydaktyki i innych obowiązków uczelnianych nikt Cię nie zwolni) to nie pi*** byś głupot na forum. Na początku jest problem, żeby w ogóle taki projekt (i kasę) dostać (przechodzi mniej więcej 1/10). Później jest roboty przynajmniej na jeszcze jeden etat. A na koniec o podziale ewentualnych środków nie decyduje rzeczywisty wkład pracy, a to kto z kim kawę pije."

            Ktoś tu odreagowuje swoje kompleksy. Pracy jest dużo, ale po się jest Dr Hab, żeby pracować. A pracować powinno się zespołowo, a nie myśleć tylko o swoim tyłku. Prawda jest taka, że granty przyznawane są ludziom/zespołom o większym dorobku. To oznacza, że grant prędzej dostanie profesor (któremu się nie chce za tym biegać) niż adiunkt lub asystent (dlatego lepiej pracować wspólnie niż osobno).

            W dodatku na uczelniach każdy myśli o sobie, nie chce mu się innych biedaków motywować do pracy, bo wszyscy wiedzą, że inni dorabiają sobie na boku na prywatnych uczelniach lub w firmach. I koło się zamyka.

            Ale wystarczyłoby przełamać ten zaklęty krąg. Zmusić uczelnie i wydział, by zeszły z narzutami na niższy poziom (np. do 10%). Zmusić pracowników do pracy zespołowej (przecież Profesor często jest też szefem katedry, jak w każdej firmie, ale o tym zapomina) i zainwestować w grant.

            Jeśli tak się nie stanie (a nie dzieje się tak w większości przypadków) to system się w prosty sposób reprodukuje . Asystent/adinunkt nie zarobi na uczelni więcej niż marną pensyjkę i będzie dysponować nadmiarem czasu, który spożytkuje na poszukiwanie innych źródeł dochodu. W przyszłości pozostanie profesorem, który nigdy nie potrafił pracować w zespole.

            Będzie uganiał się za kasą w prywatnych szkółkach i pozwalał im się utrzymywać (wszakże istnieją one tylko dzięki firmowaniu ich przez Państwo Profesorstwo, no i niektórych adiunktów). Albo będzie sobie zarabiał na boku jako doradca prywatnych firm, lub co gorsza będzie robił badania i ekspertyzy, przepuszczając je przez podmioty zewnętrzne wobec macierzystej uczelni. Nie wzmacnia tym samym potencjału swojej uczelni (ani wynagrodzeń w jej ramach), nie buduje jej marki, przełamuje egoizmu jednostkowego, po prostu pogłębia kryzys.

            A uczelnia żeby istnieć musi skądeś mieć kasę na remonty budynków, dydaktykę itp. Skąd? Odpowiedź jest prosta: dotacja publiczna + studia podyplomowe + studia zaoczne. Najprostsza kasa, po co bawić się w jakiekolwiek badania.

            Są w Polsce uczelnie państwowe, które na niektórych wydziałach zrezygnowały z prowadzenia studiów niestacjonarnych (w zamian oferując wieczorowe) i posiadają dużo grantów oraz publikacji. Tam profesorstwo mniej narzeka na brak kasy, bo po prostu pracują naukowo (czytaj: w zawodzie, a nie poza nim). Na uczelniach technicznych np. jest mniej okazji do dorabiania dydaktyką poza uczelnią, bo po prostu wykształcenie techniczne wymaga infrastruktury. I na tych uczelniach jakoś jest więcej grantów, a podstawowe zarobki kadry naukowej są wyższe....

            Brawo dla Państwa Profesorstwa, dla których kasa ważniejsza jest od idei. A lenistwo od pracy naukowej ...
            • Gość: shal IP: *.clubnet.pl 07.03.11, 21:07
              Z idei rachunków się nie zapłaci, ale w sumie już było kilku takich co ukradli księżyc albo przeskoczyli płot Stoczni.
            • Gość: @sceptyk IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 07.03.11, 22:00
              Pięknie napisane, rzekłbym nawet tak pięknie, że niesie ze sobą więcej formy niż treści. Widać Pisarczyku, że masz przynajmniej warsztat pisarski wypracowany.
              Nie mniej sprowadza się to do tego, że i tak zespół musi pracować przy projekcie (czego nikt tutaj nie neguje), ale sprowadza się do uczciwości i rzetelności zlecenia, oceny i wyceny pracy. A do tego potrzeba profesorów-menadżerów, a nie biurkowych dyletantów. Tych pierwszych w polskim środowisku po prostu nie ma.

              Jeżeli jest tak dobrze to dlaczego magistrzy nie walą drzwiami i oknami, żeby zostać na uczelni i pracować przy projektach? Nie tak dawno na łamach gazety nawet jeden z profesorów z Krakowa (to z takich co pracuje na uczelni technicznej, ma wystarczające osiągnięcia by nie mieć większych problemów z projektami) przyznał otwarcie, że orze asystentami, żeby tylko wyrobić projekt na czas i dopełnić wszystkich formalności. A później dziwić się, że inteligentna młodzież (elita po uczelniach technicznych) traktuje zostanie na doktoranckich czy też pracę na uczelni jako ostateczność. Potwierdza to łapanka na studia III stopnia i dosyć duża fluktuacja kadr wśród instytutów i zakładów realizujących projekty "naukowe" (nawet te europejskie) na polskich uczelniach.

              Z resztą jeśli tak nawet naginamy do projektów, o których nie jest ten artykuł i większość czytelników nie ma bladego pojęcia to należy pamiętać, że w wielu dziedzinach te projekty robią się co raz bardziej śmieciowe. Jeżeli widzę projekt, w którym głównym kryterium oceny jest liczba partnerów, to później wychodzą krzaczki w postaci konsorcjum 60-kilku uczelni z całej Europy, a efekty są żadne (poza bankietami wydanymi za pieniądze euro-podatnika). Inna sprawa to rzetelność weryfikacji projektów. Polscy naukowcy mają tendencję do (auto)plagiatów (o tym też można dosyć często przeczytać w prasie), więc z chęcią bym przejrzał ile razy ta sama metoda, projekt danego urządzenia czy też ten magiczny software zostały sprzedane.
          • Gość: adiunkt_UAM IP: *.ip.maverick.com.pl 07.03.11, 23:26
            że i tak uczelnia zabierze znaczną część zdobytych przez Ciebie pieniędzy na niby "obsługę" administracyjną. Potem Pani "henia" nie chce palcem ruszyć i przepychać wniosków o płatność bo przecież grosza za to nie dostaje...tak tak, pieniążki trafiają do wielkiej czarnej i głębokiej "dupy" uniwersyteckiej, próżnej, maszynerii. W rezultacie z projektu, sam zainteresowany, otrzymuje mizerną pensyjkę, w dodatku rozliczaną w oparciu o karty pracy (7PF). Nowe wytyczne dotyczące np. POKL kładą projekty na łopatki, chociaż niekoniecznie, skończy się to, że jeden ks. prof. dr hab. inż. J. Beton jest kierownikiem 10 projektów.
        • Gość: KUL IP: *.dynamic.chello.pl 07.03.11, 19:08
          Dokładnie identycznie jest na KULu. Miałem przyjemną rozmowę z dziekanem dlaczego mam wstawiać zaliczenia a nie nieklasyfikowany.

          Wracając do powyższej wypowiedzi. Pensje na uczelni są żenująco niskie. Asystent z 5 letnim stażem zarabia 1400 netto. Dodatkowo muszę sobie studia doktoranckie sam zapłacić (czesne 5000 + dojazdy do stolicy). Z tych pieniędzy nikt nie jest wstanie utrzymac rodziny i poważnie myśleć o pracy naukowej. Pensje powinny być co najmniej 5- krotnie wyższe. Wszyscy dorabiają, gdzie się tylko komuś uda załapać.

          Należy podziwiać ludzi pracujących na uczelni. Nie dość, że żyją bardzo skromnie (żeby nie powiedzieć biednie) to muszą użerać się ze studentami idiotami.

          Pozdrawiam Wszystkich
          • Gość: do Kul IP: *.ip.shentel.pl 07.03.11, 20:25
            "studentami idiotami?" a to osobie tak wspominacie kolego?
          • Gość: Eddie A. IP: *.toya.net.pl 07.03.11, 20:46
            Popieram całkowicie. Pensja asystenta albo nawet asystenta z doktoratem może być niższa niż sprzątaczki na tej samej uczelni, serio. A koszty pracy są spore, trzeba inwestować w zdobywanie wiedzy. Ale nasze państwo ma głęboko w d..pie naukę i ludzi którzy chcą ten kraj właśnie poprzez naukę promować, totalny brak szacunku i ostatnio coraz większa nagonka medialna na pracowników uczelni.
            Pozdrawiam poprzednika :)
          • Gość: mixer IP: 173.233.207.* 07.03.11, 21:12
            "Wracając do powyższej wypowiedzi. Pensje na uczelni są żenująco niskie."

            Potwierdzam! I dlatego (m.in.) z Polski wyjechalem...
        • Gość: Eddie A. IP: *.toya.net.pl 07.03.11, 20:40
          Co ty wiesz o pracy na uczelni? Masz pojęcie ile czasu zajmuje dydaktyka, prowadzenie własnych badań, poszerzanie wiedzy i sprawy organizacyjne? I jeszcze mamy być biznesmenami. Jeśli ktoś ma prowadzić badania naukowe i komercjalizować ich wyniku, o czym teraz wszędzie głośno, to nie da rady jeszcze prowadzić zajęć. A tak się składa, że pracownicy są często zmuszani do brania nadgodzin bo uczelnia nie chce zatrudniać nowych osób.
          jak nie masz pojęcia o tym zawodzie to siedź cicho i się nie wymądrzaj.
        • Gość: asa IP: *.acn.waw.pl 07.03.11, 21:11
          DOKLADNIE masz racje asystencie
      • Gość: inga IP: *.dynamic.chello.pl 07.03.11, 17:51
        Praca na dwóch uczelniach to patologia. Dodajmy patologia wspierana przez państwo od lat 90-tych. Na drugiej uczelni mozna co najwyżej mieć gościnny wykład, kurs (jeden). Uczony powienien zarobić na jednej uczelni tyle by mógł godziwie żyć, a nawet dobrze. Twórczość wymaga pewnego ekonomicznego komfortu, bezpieczeństwa, uczeni mają też rodziny.Dzisiaj uczciwie pracujący na jednej uczelni naukowiec jest wypchniety z rynku, nie może kupić nawet książek, ubrania kupuje w sklepach z używaną odzieżą, dobrze się mają hochsztaplerzy. wieloetatowcy.
        • 07.03.11, 18:15
          Jestem paskudnym wieloetatowcem - dlaczego? Dlatego, że to oznacza, że mam podwójne pensum bez jakichkolwiek nadgodzin (a nawet na drugim etacie w prywatnej uczelni regularnie brakuje mi kilku godzin do pensum). Wcześniej byłem jednoetatowcem i aby zarobić podobną kwotę jaką teraz mam - musiałem brać ponad 300 godzin nadliczbowych w swoim podstawowym miejscu pracy i ponad 400 godzin rocznie "na umowę" w WSB, WSZiF, WSZ Edukacja. Rozpoczęcie pracy na drugi etat zwiększyło też mój budżet na badania, bo prywatna uczelnia daje mi dodatkowe środki na badania i finansuje przygotowania i uczestnictwo w jednej konferencji zagranicznej i jednej krajowej corocznie - bez dodatkowych zabiegów a ponad te dwie - w miarę możliwości. Dlatego jestem dwuetatowcem - bo na dydaktykę tracę mniej czasu a na badania naukowe mam więcej przy podobnych osobistych dochodach.
          --
          Serdecznie pozdrawiam i zycze milego dnia :-)
          rdir.pl/r4kd2
          rdir.pl/r4y1x
          • Gość: sceptyk IP: *.dynamic.chello.pl 08.03.11, 00:03
            Panie, to co pan reprezentuje to też jakaś forma lenistwa.

            To co, że dostaje się kaskę na konferencje i bankieciki. Tak zwane badania własne i statutowe... :-), przecież to nie są żadne granty, nie owocują liczącym się dorobkiem, a konferencje i publikacje zbiorcze wypadły już z punktacji MNSiW.

            Ale powozić się można, przyznaje. Jedzonko na konferencja humanistycznych jest zazwyczaj dobre. Ale jakoś po drodze gubi się nauka, zwłaszcza że konferencje są o wszystkim i o niczym, bo nikt nie prezentuje rzetelnych wyników badań. A jedynie przemyślenia akademicko-biblioteczne, będące pokłosiem pieniędzy na "badania własne" (czyt. w najlepszym razie biblioteczne, jeśli nie domowe)
      • Gość: barbarus IP: *.poleczki.dialup.inetia.pl 07.03.11, 18:38
        Straszne Panie doktorze habilitowany. Mizeria. My tu się jeno suchym chlebem, albo lebiodą żywim... głód i mizeria.
        A przepraszam Panie doktorze habilitowany - przyznajmy się Polakom ile to się zarabia. Asystent - powiedzmy 1.5 tys.(a najwięcej roboty, do tego młode małżeństwo na starcie, dzieciaki się rodzą etc - ci mają najbardziej przechlapane), adiunkt 2,5-3 tys. (zależy od stażu), samodzielny -5 tys., a za pełnienie stanowisk kierowniczych, magistrantów, doktorantów etc dodatki. Bez przesady bidy nie ma. A roboty też nie kupa. Jak się ma notatki na zajęcia, to przez kilka lat można walić to samo kolejnym grupom, uzupełniając ewentualnie o nowszą literaturę i wyniki nowych badań (czego przecież wszyscy nie robią, jadąc na pożółkłych karteczkach z notatkami przez dziesięciolecia, nie zdają sobie nawet sprawy jak z tego śmieją się studenci). W badaniach samodzielny też się nie wysila. Oj przerabiało się to - asystent lub młody adiunkt robi badania, pisze publikacje do których się samodzielny dopisuje po poprawieniu trzech przecinków i dwóch literówek.
        • Gość: DNA IP: *.bb.dnainternet.fi 07.03.11, 19:20
          Czemu w Polsce wszystko musi być na opak?? Uczelnia bez pieniędzy, drogi dziurawe, psie kupska na chodnikach...

          Oj nie spieszy mi się z powrotem do polski.
        • Gość: Mucor mucedo IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 13.03.11, 13:15
          > asystent lub młody adiunkt robi badania, pisze publikacje do
          > których się samodzielny dopisuje po poprawieniu trzech przecinków
          > i dwóch literówek.

          O, to jeszcze nie jest źle... A co powiesz na to, kiedy młoda asystent (już po doktoracie!) ciężko pracowała przez rok (z czego połowę czasu będąc już w ciąży!) a potem profesor skreślił jej nazwisko z publikacji?
      • Gość: Mucor mucedo IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 13.03.11, 13:08
        > Profesorowie, doktorzy habilitowani, doktorzy zarabiają bardzo mało.

        Kłamiesz czy bredzisz? Innych możliwości nie widzę...

        Widełki pensji w/g ustawy:
        Profesor zwyczajny - 3800-10000
        Profesor nadzwyczajny (z tytułem) - 3600-8000
        Profesor nadzwyczajny (bez tytułu) - 3300-7000
        Dr habilitowany - 3000-6000

        Na UWM w Olsztynie na podstawie w/w widełek stawki ustalono na:
        Profesor zwyczajny - 5200
        Profesor nadzwyczajny (z tytułem) - 4700
        Profesor nadzwyczajny (bez tytułu) - 4000
        Dr habilitowany - 3700

        Dla porównania:
        stypendium doktoranckie - 1050zł miesięcznie na rękę przez 4 lata (potem "zęby w ścianę")
        technik (mgr) - 1700
        asystent (mgr) - 1900
        asystent (dr) - 2100
    • Gość: gs IP: *.233.236.178.nsti.pl 07.03.11, 17:42
      czemu mnie to nie dziwi? W systemie w którym urzędnik płaci urzędnikowi i jeden nie rozumie kompletnie za co płaci i w żaden sposób tego nie rozlicza a drogi nie rozumie za co otrzymuje wynagrodzenie i nikt nikogo z tego nie rozlicza jest normalne to co w artykule. Całe polskie szkolnictwo tak samo jak i cała Polska to jedno wielkie komunistyczyne bajoro. Jeśli to jakiś jeden (czy kilkuset, nie ma to znaczenia) urzędnik decyduje o tym: jaki ma być program, kto (jaki nauczyciel) ma go realizować i jakie wynagrodzenie za to otrzymywać a nie student który jest później beneficjentem tychże usług do końca swego życia, to nie dziwmy się że są takie i inne patologie. Przecież jak będzie mniej uczniów to urzędnik nie będzie miał na co przeznaczyć kase w budgecie (a trzeba bo inaczej zabiorą i dostanie inny urzędnik) a nauczyciel (też urzędnik) straci prace (albo jej część), więc obaj będą kręcić aby na tym nie stracić bo i tak za to wszystko płaci podatnik pod odpowiednim urzędniczym przymusem. Gdyby to student decydował czego ma się uczyć i u kogo to mógłby sobie wymagać i zaliczenia ad hac całości studiów, tylko potem nikt takiego z takim papierem nie przyjmie. To są oczywistości, tylko w tym kraju 90% ludzi opętanych komunistycznym bełkotem nadawanym we wszystkich dostępnych mediach nie potrafi samodzielnie myśleć logicznie. Ale to już inna historia
    • 07.03.11, 17:44
      "Liczy się tylko, żeby był komplet, żeby dotacja przychodziła."

      niestety musze sie zgodzic - pod tym wzgledem jest coraz gorzej. ale to akurat nie jest wina studentow - to dziekani (i "ich magnificencje") wypruwaja sobie zyly, zeby zagarnac jak najwiecej kasy, ktora rozchodzi sie na wycieczki zagraniczne kadry, imprezy wydzialowe pracownikow, wyjazdy profesorow na niby-sympozja do uczelnianego osrodka wypoczynkowego. i to nie sa zadne bajki-bajeczki. kto jeszcze studiuje, niech nadstawi ucha na wydziale, a sam sie przekona.
      to jest biznes, a nie misja edukacyjna. uczelnie panstwowe rownaja do poziomu wyzszych szkol gotowania na gazie.
      tak naprawde, to ode mnie z roku nikt nie wylecial (warunki, repety, kolejne warunki i kolejne repety, dziekanki i sie kreci). to, ze skonczyla 1/4 z tych, ktorzy zaczeli, uczelnia zawdziecza jedynie swojej polityce. i tak, skonczylam uczelnie panstwowa i to wcale nie najgorsza, bo umk w toruniu.
      --
      Haters gonna hate anyway.
    • Gość: też adiunkt IP: 153.19.25.* 07.03.11, 17:45
      Szef idiota. Dla polepszenia ogólnego obrazu (a może pogorszenia - studenci różnie na to patrzą ;) zarówno na uczelni publicznej, jak i prywatnej, w których pracuję, nikt się nie wtrąca w kwestie oceniania. Zalicza kto umie, kto nie umie ginie marnie i nikomu to nie przeszkadza ani nikt się z tego nie cieszy.

      Ale cały ten system to niezła łamigłówka. Znam uczelnie prywatne o selekcyjności o kilka rzędów większych niż "renomowane" wydziały politechnik. A nie sądzę, by 3miasto było w tym odosobnione...
    • Gość: normalka IP: *.dynamic.chello.pl 07.03.11, 17:45
      To, że ten proceder dosięga studentów studiów dziennych to oczywiście jest straszne,
      ale ten proceder jest na każdej uczelni wyższej wśród studentów zaocznych.

      Przecież bez nich nie można utrzymać kierunków dziennych, bo MNiSW (Min. Kudrycka i spółka) pokrywa jedynie ok 50-60% kosztów dydaktyki na studiach dziennych.

      A poza tym student zaoczny na uczelni państwowej dziwi się, że trzeba coś robić na zaliczenie. Przecież na prywatnej wystarczy obecność.

      To jest nasz klient, to o niego walczymy. W imię lepszej edukacji. Amen
    • 07.03.11, 17:46
      Było nie było... na "renomowanym" UJ to samo. Kierunek balansuje na granicy minimalnej liczby studentów to zachęca się ich łatwością studiowania i przepycha przez naciski na prowadzących zajęcia. Ostatnio odebrano dydaktykę osobie, która postanowiła egzekwować rzeczy zapisane w programie studiów. Własna szefowa rzucała tejże osobie dodatkowe kłody pod nogi z racji tego, że to już był nie pierwszy rok kiedy egzamin okazał się dla studentów "za trudny"...

      Dziwne, że Ministerstwo nic nie wie o tym, że to ich decyzjami udało się doprowadzić do takiej chorej sytuacji. Poza tym, że uczelnie, z jednostek naukowych przerobiono niemalże zupełnie na fabryki magistrów nie wartych funta kłaków.

      Patrząc na to jakie osoby uzyskują taki tytuł w trakcie studiów zadaję sobie czasem pytanie... jakim cudem przedostały się one przez wcześniejsze stopnie edukacji.
      • Gość: gosc IP: *.lsanca.fios.verizon.net 07.03.11, 17:49
        taki kraj jacy jego obywatele.
    • Gość: sss IP: *.nrc.pl 07.03.11, 17:46
      kupujmy dyplom na bazarze - tyle to warte dopóki będą takie typy jak ten gość. matura 30% by zdać; egzamin zaliczony by statystyka wyszła ok; plagiaty, pochwała ściagania; co jeszcze? Ile jest warta taka nauka, taki dyplom i taka uczelnia?
      • 07.03.11, 17:54
        Gość portalu: sss napisał(a):

        > kupujmy dyplom na bazarze - tyle to warte dopóki będą takie typy jak ten gość.
        > matura 30% by zdać; egzamin zaliczony by statystyka wyszła ok; plagiaty, pochwa
        > ła ściagania; co jeszcze? Ile jest warta taka nauka, taki dyplom i taka uczelni
        > a?

        jak chcialbys cos zmieniac to sugeruje zaczac juz od szkoly podstawowej..
        dzieciaki z problemami sa przepychane do wyzszych klas-tak aby nauczyciel/wychowawca nie musial sie meczyc koloejny rok..a w ostatnich klasach tak samo-niech juz skonczy by szkola pozbyla sie klopotu..

        sa osoby co studiuja rozne dziwne kierunki i nie wiaza przyszlosci z tym co studiowali-dla nich liczy sie papier -takie zycie:)
        • Gość: ech IP: *.gemini.net.pl 07.03.11, 20:29
          niestety ale preszer na tytul stosowany przez pracodawcow jest tego przyczyna dlatego srednio inteligetne laski ktore maja wiedze wystarczajaca do pracy sprzataczki maja mgr z przodu po super szkole wyzszej a reszta sie musi do tego dostosowac pomimo iz wiedza na uczelni to w polowie przedmioty zatykacze dziur w harmonogramie a reszta na poziomie kursu z urzedu pracy, ale papier musi byc wiec trzeba studia skonczyc :D
    • 07.03.11, 17:50
      Gdzie Ci ludzie zyja-ze dla nich takie zjawiska to dla nich cos 'sensacyjnego'
      wszedzie tam gdzie chodzi o pieniadze-duze pieniadze sa naduzycia
    • Gość: ´Franek IP: *.pools.arcor-ip.net 07.03.11, 17:51
      To jest prawda, miernota czesto konczy studia zeby profesorowie i szkoly wyzsze mialy kase. ZAmist skupic sie na dobrych i ambitnych studnetach to ksztalcimy czesto baranow za darmo
    • Gość: xx IP: *.adsl.inetia.pl 07.03.11, 17:52
      Sytuacja w szkolnictwie jest odbiciem oczekiwań odbiorców - klientów. Student chce aby było łatwo się dostać, łatwo zdać i dostać papier... Uczelnie dokładnie to realizują. Uczelnie nie są winne temu, że banda tępaków zamiast iść się nauczyć szyć albo wbijać gwoździe "studiuje" socjologie czy psychologię.

      Czy naprawdę sądzicie, że uczelnia, która w Zad.piu Górnym wymagałaby na socjologii czegokolwiek więcej niż regularnych płatności utrzymałaby się na rynku?

      Fakty są takie, że jest garstka szkół wyższych, gdzie faktycznie wymagają nauki, ale gdzie faktycznie można nauczyć się zawodu. Takie studia są dla zdolnych i pracowitych, a nie dla mas, bo masy są głupie i leniwe. I dokładnie do tych mas są kierowane uczelnie opisane w artykule. Cały szum jest skierowany także do tych głupich, którzy sądzili, że te tłumy "studentów" to faktycznie się uczą... Naiwni Ci, którzy w to wierzyli.
    • Gość: ... IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 07.03.11, 17:52
      Iwański niech się tak nie rzuca, bo na niektórych wydziałach UEP wszystko zmierza w tą samą stronę (też mało studentów i walka o dotację "na głowę").
    • Gość: XY IP: *.internetia.net.pl 07.03.11, 17:53
      Na WSB we Wrocławiu trzeba było przepytać studenta nawet jeśli nie był na ćwiczeniach ani razu i pojawiał się dopiero na drugiej poprawce.
      • 07.03.11, 18:32
        Mnie osobiście by nie obchodziło bądź g... obchodziło czy student chodził na ćwiczenia czy nie. Przychodzi tylko na pierwszy termin i zdaje. Jak umie to chwała jemu że jest taki zdolny. Na tym polega w końcu studiowanie. Na w zasadzie osobistym zgłębianiu wiedzy a cała kadra jest tylko po to by pomóc ukierunkować studenta. Niestety myślenie iż za nie uczęszczanie na zajęcia winno się oblewać również jest pochodną komunizmu. Liczą się umiejętności a nie obecność.
        • Gość: Artur IP: *.adsl.inetia.pl 07.03.11, 18:54
          zgadza się - wielu wykładowców poznawałem dopiero na egzaminie (pisemnym) - ale materiał wykładowy w 80% pokrywał się z wiedzą nabytą na ćwiczeniach - na które uczęszczałem.
        • Gość: orient IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 07.03.11, 22:04
          Ależ mylisz się misiu. Oblewanie za brak obecności pojawiła się w czasach III RP. Wprawdzie w czasach stanu wojennego wprowadzono obowiązek uczęszczania na wykłady ale było to tylko papierowe prawo. Na UW popisał się tym Wydział Geologii. Wpadł na wspaniały pomysł i ogłosił, że przyjmie każdego z maturą, bez egzaminów wstępnych. Zwaliło się ponad 1000 luda przy infrastrukturze obliczonej na ok 80 osób na roku. Gości upchnięto w barakach po Studium Wojskowym i rozpoczęto intensywne działania w celu obniżenia ich ilości do około normalnej (czyli zdziesiątkowania i to dosłownego). Za 3 nieobecności w roku out. Szkółka niedzielna a nie uniwersytet. Cały uniwerek schodził oglądać to cudo.
    • 07.03.11, 17:53
      oficjalnie jakoś się to nie przebija ciągle..., i żyjemy w dwu rzeczywistościach. A najbardziej na tym tracą studenci, bo nawet nie wiedzą, że ogólna hipokryzja przynosi wymierne korzyści kadrze uczelni, a samym studentom pogarsza warunki startu w życiu zawodowym.

      Obłudy oficjalnie nikt nie uczy, dlatego młodzi mają podwójnie trudno w tym kraju.
    • Gość: gosc IP: *.tktelekom.pl 07.03.11, 17:53
      największy problem tego typu jest na uczelniach prywatnych i na studiach zaocznych. Na dziennych państwowych juz w mniejszym stopniu
    • Gość: mariusz IP: *.silesialan.pl 07.03.11, 17:53
      Chyba w tym zacnym gronie jestem wyjątkiem. Na uczelni, którą skończyłem do końca studiów dochodzi maks. połowa roku. Z czego spora część z zaległościami i warunkami. Po pierwszym roku w mojej grupie zostało 40-50% stanu startujących. Jeden z wykładowców potrafił tylko z jednego przedmiotu oblać 70% roku z czego tylko połowa mogła wyratować się warunkiem. Chyba miałem szczęście studiowac tam, gdzie zdobywana wiedza ma zasadznicze znaczenie. Pewnie nie wszystko jest kolorowe, ale załatwianek chyba nie było.
      • Gość: marta IP: *.skynet.net.pl 07.03.11, 18:05
        Dolacze do Ciebie. Jestem w trakcie studiow na zacnej PW. I tu jest odwrotnie, im wieksza ilosc studentow "obleje", tym wiekszy prestiz (o dziwo) dla prowadzacego i uczelni. Na moim wydziale jest kilka przedmiotow "katow", ktore w kazdym semestrze od wielu lat spelniaja swoja role. W przyblizeniu ok. 80% studentow NIE zalicza w terminie przedmiotu, przez co musza poprawiac odplatnie przedmiot (z reguly platny 300zl).
        Z mojej praktyki wynika, ze nie ma oceny "za nic". Albo umiesz, albo nie.

        Warto wspomniec, ze przy nieco dokladniejszym tlumaczeniu, anizeli czytanie slajdow, badz ciagle "odnoszenie sie do fachowej literatury" mozna te przedmioty dosc latwo zaliczyc. Trzeba tylko chciec. Ale po co, kiedy mozna zarobic?...
        Z jednej strony zalezy nam na tym, by miec mloda kadre dobrze wyksztalconych magistrow inzynierow, a z drugiej strony robimy wszystko, by tak nie bylo
        • Gość: halo IP: 195.82.180.* 07.03.11, 18:15
          Taaaa teraz będziemy się prześcigać ile u kogo osób nie zalicza terminu i oblewa, a tymczasem ten wyznacznik jest nic nie wart. Wykładowca wykładowcy nie równy, jeden rzeczywiście wymaga dużo na zaliczenie, inny wymaga mniej "ale po swojemu", a jeszcze innych próbuje się przechodzić licząc, że odpuści i chociaż niektóre pytania da podobne.

          Podobnie jest z ilością osób które kończą-na jednych wydziałach kończy mało bo kierunek jest trudny, a na innych odpada dużo właśnie dlatego, że wszyscy myśleli, że będzie łatwo i przyjemnie bo niskie progi punktowe są.
        • Gość: Samogłoski IP: *.adsl.inetia.pl 07.03.11, 18:30
          Podobnie "Samogłoski" AGH
        • Gość: mixer IP: 173.233.207.* 07.03.11, 21:25
          "W przyblizeniu ok. 80% studentow NIE zalicza w terminie przedmiotu, przez co musza poprawiac odplatnie przedmiot (z reguly platny 300zl)."

          To tez cos niezbyt normalnego... Na dobrej uczelni "zachodniej" bylby to wyrazny sygnal, ze poziom zajec szwankuje i nalezy ZMIENIC wykladowce!!
    • 07.03.11, 17:54
      Oto skutki kapitalizmu w nauce a raczej kapitalizacji nauki z jednej strony a z drugiej niedofinansowania uczelni przez państwo. Ponuro wygląda obraz edukacji młodego pokolenia a w związku z tym i przyszłości kraju...
      • Gość: Tinky-Winky IP: 77.236.28.* 07.03.11, 19:03
        Hahahahaha. I jeszcze Buahaahahahaha. To nie skutki kapitalizmu tylko socjalizmu państwowego. Uczelnie nie konkurują na rynku tylko dostają dotacje za ilość studentów. Weź się chłopie/dziewko ogarnij bo nie wiesz co piszesz.
      • Gość: Towfik IP: *.dynamic.chello.pl 07.03.11, 20:25
        Jakiego kapitalizmu ??? Polskie uczelnie wyższe to relikty socjalistyczne, wszystko zostało ustawione tak, żeby uchronić je przed jakimkolwiek wpływem wolnego rynku. Od 20 lat walczymy z "komercjalizacją szkolnictwa", utrzymując w tej dziedzinie socjalizm w najczystszej formie. Na każdy argument za tym, że uczelnie powinny być mniej zależne od rządowych pieniążków, a bardziej ukierunkowane na potrzeby rynku, słyszymy, że "trzeba pełnić misje a nie zarabiać pieniądze". Że uniwersytet nie może być "wolno rynkowy", i że przepływem pieniędzy, dotacjami, programem nauczania i wszystkim co się da muszą kierować urzędnicy z ministerstwa.

        Jak przystało na Polskę, Ojczyznę Hipokryzji, wszyscy którzy w ciągu swojego życia przebywali na terenie uniwersytetu choćby jeden dzień, doskonale wiedzą o co w tym wszystkim chodzi, i skąd dokąd płynie kasa. Ale wszystko jest git, nic nikomu nie przeszkadza i wszyscy są szczęśliwi, a polskie uczelnie w rankingach są deklasowane przez kraje byłego ZSRR, a za kilka lat wyprzedzi nas Etiopia i Czad !

        Ale nikt nie ma sobie nic do zarzucenia... Teraz nagle ktoś niechcący nagłośnił sprawę i zrobił z niej wielką aferę, i każdy struga głupka, i udaje oburzenie, jak Tartuffe z Moilerowskiego "Świętoszka". Za trzy dni o wszystkim się zapomni, i syf będzie trwał dalej. Docelowo ministerstwo edukacji wyda rozporządzenie o wydawaniu dyplomów Uniwersytetów w formie audio, dla absolwentów nie potrafiących czytać.
  • Powiadamiaj o nowych wpisach

Wysyłaj powiadomienia o nowych wpisach na forum na e-mail:

Aby uprościć zarządzanie powiadomieniami zaloguj się lub zarejestruj się.

lub anuluj

Zaloguj się

Nie pamiętasz hasła lub loginu ?

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka
Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.