22.10.09, 18:04
od poczatku tego tygodnia staczam sie, sukcesywnie staczam.

Poczatkowo bylam przytloczona nadmiarem obowiazkow. Ale zaciskalam zeby i
brnelam do przodu, bo przeciez "dasz rade, wez sie w garsc, inni maja
gorzej"... Ale jest coraz gorzej.

Od kilku dni boje sie wychodzic z domu, a gdy juz wyjde to wariuje. Serce mi
wali, mam wrazenie, ze zaraz zaczne sie dusic, marze tylko o tym, zeby byc juz
w domu. W tramwaju mam ochote wyc z rozpaczy, ze ci wszyscy ludzie sa tak
blisko mnie, ocieraja sie o mnie, oddychaja tym samym powietrzem, gapia sie na
mnie! Matko...

Przestalam chodzic na uczelnie, nie moge tam wytrzymac. Nie dosc, ze boje sie
siedziec z ludzmi w jednej sali, to na dodatek ta presja, cisnienie, wyscig
szczurow, boze, a ja nie jestem w stanie czegokolwiek przygotowac na zajecia,
zajrzec do jakichkolwiek materialow, cokolwiek czytac...

Na dodatek moje kompulsje nie daja mi zyc, nasilily sie tak, ze doslownie mnie
uposledzaja... Lekarza mam dopiero w przyszlym tygodniu a jak mam wytrzymac
tyle dni?! Ciekawe czy nie okaze sie, ze nie bede w stanie nawet do niego
pojechac... Boje sie tez, ze zapisze mi jakies nowe leki, a tego bym nie
chciala. Oczywiscie, jesli bedzie trzeba, to bede je brac, coz mi innego
pozostalo? Zamknac sie w czterech scianach i wyc? Dzis po raz pierwszy o ponad
pol roku pomyslalam o samobojstwie. Ale nie tak realistycznie, jak kiedys, ale
wystraszylam sie tego. Bardzo sie boje, ze to oznaka, ze moj dawny stan powraca;(
Edytor zaawansowany
  • liljah 22.10.09, 18:12
    Jak myślisz co to wszystko powoduje? Te lęki?

    Eh, wiem co czujesz..
  • aigala 22.10.09, 18:24
    wydaje mi sie, ze najbardziej przeraza mnie szkola. Ale gdybym byla silna
    (zdrowa?) psychicznie, to przeciez powinnam sobie dac rade, inni daja... Ale nie
    jestem, kazdy dzien to jazda bez trzymanki. Czesem juz sobie mysle, ze wcale nie
    jestem tak bardzo chora, ale wtedy przychodzi zjazd, zeby mi przypadkiem nie dac
    zapomniec o chorobie.

    Przechodze tez bardzo ciezki okres w terapii, chyba moglabym to nzawac momentem
    przelomowym. Poruszam ostatnio sprawy najbardziej mnie bolace, i jak widac nie
    uchodzi to bez echa... Sama psycholog za kazdym razem pyta czy nadal chodze do
    szkoly, jakby sie przeczuwala co sie stanie...

    Czekam na wtorkowa wizyte jak na zbawienie. Niby boje sie nowych lekow, a z
    drugiej strony to mi chyba na dzien dzisiejszy nic innego nie pomoze, a przeciez
    musze jakos funkcjonowac. Bo przeciez to, co sie teraz ze mna dzieje, to
    przechodzi ludzkie pojecie;(

    A zdrowi ludzie narzekaja, ze im ciezko...

  • liljah 22.10.09, 18:55
    "A zdrowi narzekają że im ciężko"

    Wiesz, mnie też to cholernie boli, że ludzie zdrowi pod każdym względem i
    fizycznym i psychicznym mówią, że mają ciężko w życiu, a z chęcią chodź na
    chwile dałabym komuś mój umysł, i ciekawa bym była co wtedy by powiedzieli.

    Własnie wtedy, kiedy każde wyjście z własnego mieszkania to strachy, lęki,
    urojenia.. gdy nawet własny pokój przestaje być azylem.. gdy wszędzie czujesz
    się obco, dziwnie.. NIC nie jest w okół ciebie normalne i w porządku.. a oni
    narzekają..

    Skro wiesz, że ten moment w terapii może wiązać się z niechęcią do szkoły, bo
    sama terapeutka cie o to pyta, to znaczy, że nie jest z Toba nic nie tak i każdy
    tak ma ;* Każdy z takich jak Ty :) Czyli należy zacisnąć pięści i przejść tą
    szkołe jak na bosaka po szkle.. wiadomo, lewitacja to nie będzie.. nie dla nas.
  • aigala 22.10.09, 19:08
    ja wiem, ze musze. Tylko jak ja nienawidze wlasnie tego "musisz, trzeba,
    wypadaloby". Czasem sobie mysle, ze ja nic nie "chce" a "musze":(

    Na razie ze szkoly rezygnuje na bank. Nie jestem w stanie sie przemoc. Weekend
    jakos moze minie, potem musze wytrwac jakos poniedzialek a we wt juz lekarz.
    Jezuuuu. Wlasnie sobie uswiadomilam, ze ja czekam na wypisanie przez niego
    lekow(!) Niby sie tego boje, ale wiem, ze nic innego mi nie pomoze na tyle
    szybko, zebym jakos do zycia wrocila. Juz wole faszerowac sie lekami, ale nie
    doprowadzic sie do takiego stanu w jakim bylam ponad pol roku temu. Bo to byla
    wegetacja, ktora marzylam zeby skonczyc szybko i skutecznie w jeden sposob... A
    potem tygodnie szpitala. Boze, jak sobie to przypominam to mi sie plakac chce.
    Ja nie chce tego, nie chce... Musze jakos do wtorku wytrzymac;(
    Dziekuje Ci za odp:*
  • annarchia 22.10.09, 22:38
    aigala napisała:

    > Na razie ze szkoly rezygnuje na bank. Nie jestem w stanie sie przemoc.

    Rozumiem Cię bardzo w tej kwestii. Zerwałam kilka kierunków studiów, bo to był
    za duży wysiłek. Nie intelektualny. Ale weź chodź na zajęcia jak masz codziennie
    atak paniki i depresyjne spowolnienie. Jak uciekasz z niektórych sali i zajęć.
    Jak siedząc na zajęciach zaczynasz być pewna, że tu nikogo nie ma, ci ludzie nie
    istnieją, są tylko wytworami z Twoje głowy... Potem w domu ryk, płacz, ból, a tu
    trzeba się uczyć do kolokwium... Setki przekładań sesji, setki usprawiedliwień,
    urlopy zdrowotne. Ponad siły...

    Jestem bezrobotna, bez zawodu, jestem nikim. Jak widzę ludzi w moim wieku -
    obrączki na palcu, mąż, ciąża lub dziecko, no i praca - to dla mnie horror - że
    oni mogą i mają siłę, a ja nie. Zwykłe 10 min w aptece wśród ludzi i czuję, że
    Ci ludzie to tylko obraz w głowie, tracę kontakt... 2 godz w pociągu to hell on
    earth.

    Ja zaczynam to nazywać nie depresją, ale głęboką REGRESJĄ. To małe dziecko jest
    egocentryczne, bez przymusu do nauki, pracy, zainteresowane bardziej sobą na
    początku (i mamą w symbiozie), a nie światem zewnętrznym. A już tym bardziej
    utrzymywaniem siebie. Chwiejność nastrojów: raz wrzask, raz płacz, grymaszenie,
    złość, uśmieszek. Smoczek w pysk, butelka z mlekiem w pysk, kołderka, podsypanie
    i dajcie mi ludzie spokój. Coś musiało się stać, że człowieka tak cofnęło.

    --
    Studium poczwarki
  • annarchia 22.10.09, 22:25
    Aigala, to jedziemy na tym samym wózku obecnie. Nie jesteś w tym osamotniona :*
    Ja dziś wyszłam CUDEM z domu do lekarza (daleko, hen hen) i tylko dzięki benzo
    weszłam do pociągu... Trudna to była mobilizacja, bo na codzień ostatnio dom +
    piżama + łzy (i inne efekty tego...). Dużo mi dała rozmowa z lekarką, bo jest
    strasznie empatyczna. Warto było się zwlec - mimo, że się trzęsłam cała.

    Czy Ty chodzisz na terapię do kogoś dobrego? Powiedz, że tak...
    (Ja mam przerwę w t., i sądzę, że to m.in. dlatego).

    Jak sobie radzisz konstruktywnie z myślami "s"? (Oprócz np. cięcia).
    Ja sobie wchodzę na ambicję, np. powtarzam sobie, że nie mam zamiaru kończyć
    życia dlatego, że go postrzegam w baaardzo skrzywionym świetle (bpd), a moja
    "prawda" n/t bezsensu życia to tylko prawda osoby depresyjnej i zaburzonej.
    Także to, że tego już nie odkręcę nigdy - gdy umrę, i mogę przegapić wiele
    cennych chwil, o które mogę zawalczyć dzięki terapii. A jak się nie uda - mogę
    być kaleką - jeszcze większa wtopa.
    Daję sobie kilka lat na terapię - może byc totalnie inaczej, nawet jeśli tego
    sobie nie wyobrażam. Poznałam takie osoby i wiem, że można!
    Wspieram się takimi książkami jak "Uratuj mnie" czy "To trzeba wyrazić" -
    cholernie trudne "przypadki", które całkowicie wyzdrowiały, a przeżywały Piekło.
    Aby poradzić sobie z obecnym bólem, napięciem, odpływaniem, rozdrażnieniem
    dostałam dziś neuroleptyk - by przetrwać.
    No i nie ukrywam, że mimo tego ohydnego bólu, załamki i trzęsawki... nie mogę
    się doczekać powrotu t. z urlopu. Warto jest przeczekać ten ból dla tej
    atmosfery na sesjach, warto.

    Ściskam :*
    --
    Studium poczwarki
  • othersidegirl 22.10.09, 22:45
    polecam te ksiazki,chyba znów po nie siegne...obecnie na takiem
    samym etapie jak Wy:)
    Przerwalam terapie,to chyba pogarsza ten stan....ale już dzwoniłam
    do mojej pani P.-ucieszyła sie ze zyje i tak oto od 2
    listopada,jeśli dotrwam do tej chwile,bez nowych sladów na ciele i w
    całym kawalku...może w końcu poczuję ulgę i ktos ustawi mnie do
    pionu....
    Powodzenia również dla Was...
  • aigala 23.10.09, 09:38
    moze to zabrzmi strasznie, ale jak to milo slyszec, ze nie ja jedna sie tak mecze...

    "Uratuj mnie" czytalam, pochlonelam te ksiazke w jedno popoludnie:) Az boj sie
    wam powiedziec, czym zaskoczyla mnie moja psycholog... Otorz, gdy przyznalam
    sie, ze przeczytalam te ksiazke, stwierdzila, ze koniecznie musimy o niej
    porozmawiac. Gdy zapytalam, po co, stwierdzila, ze bohaterka tej ksiazki wcale
    nie wyzdrowiala a my sprobujemy sie razem przyjrzec, co o tym swiadczy...

    Dzien sie dopiero zaczyna a ja... marze o wieczorze i lozku:( Najgorsze, ze
    MUSZE wyjsc z domu, musze. Najgorsze, ze nie wiadomo, co w takiej sytuacji jest
    najlepsze-zostac w domu i dac za wygrana, czy wyjsc do ludzi przyplacajac to
    strasznym samopoczuciem. Ani jedno ani drugie mnie nie prowadzi do niczego.
    Poprzednio (zanim trafilam do szpitala) stwierdzilam, ze nie bede na sile
    wychodzic do ludzi bo czuje sie coraz gorzej psychicznie. I tak sobie
    dogorywalam w domu... No a skonczylo sie na myslech samobojczych. Wiec co? Mam
    na sile wychodzic? Ale jakim kosztem? I czy to wlasciwie cos da?..

    Pytasz annarchia jak sobie radze z myslami. Otorz nie radze sobie. Wlasnie z
    tego powodu trafilam poprzednio do szpitala. To byl paradoks, bo mialam mysli,
    bylo mi ciezko zyc, ale nie chcialam umierac. Tzn chcialam nie zyc, zeby to
    wszystko sie skonczylo, ale balam sie smierci. I czulam, ze lada chwila albo
    skocze z okna, albo wleze pod samochod albo nalykam sie tabletek... Do szpitala
    zawiozl mnie chlopak gdy bylam juz w bardzo ciezkiej depresji i mysli byly tak
    nasilone, ze balam sie przebywac sama...
    Hmmm, tylko, ze ja nie probuje sobie z nimi radzic. Moze to zabrzmi strasznie,
    ale ja sie ciesze, ze "jest jeszcze jedno wyjscie", gdyby bylo juz ze mna
    tragicznie, gdybym nie dawala sobie juz kompletnie rady. Tylko mnie nie
    zlinczujcie za te slowa, ja tak poprostu czuje.

    Zaciskam zeby i brne do przodu, bo coz mi innego pozostaje? Oby tylko przezyc
    dzisiejszy dzien a weekend spedze w moich czterech scianac, zdala od ludzi. Moze
    w koncu troche ochlone, odpoczne.

    Pozdrawiam was goraco, mam nadzieje, ze jakos damy rade, choc ciezko mi w to
    wierzyc...
  • othersidegirl 23.10.09, 11:36
    Tak pocieszanie się cudzym niesczęściem niestety jest
    prawdziwe...ludze to działa:)
    Pomysl,że zawsze jest ktoś kto właśnie czuję sie gorzej...może nawet
    lezy w szpitalu i wyje do ściany,przeżywa atak lęku lub
    paniki,łomocze mu serce i nie może oddychać,a każda osoba która sie
    do niego odezwie wkur....na maxa...tak to bardzo pocieszające:)
    Tez mam okresy kiedy nigdzie nie wychodzę....czasem jednak sie
    zmuszam i często okazuje sie ,ze było fajnie,ale czasem mam ochotę
    tuż po wyjściou uciec do domu:)
    Pozdrawiam
  • annarchia 23.10.09, 11:47
    aigala napisała:

    > "Uratuj mnie" czytalam, pochlonelam te ksiazke w jedno popoludnie:) Az boj sie
    > wam powiedziec, czym zaskoczyla mnie moja psycholog... Otorz, gdy przyznalam
    > sie, ze przeczytalam te ksiazke, stwierdzila, ze koniecznie musimy o niej
    > porozmawiac. Gdy zapytalam, po co, stwierdzila, ze bohaterka tej ksiazki wcale
    > nie wyzdrowiala a my sprobujemy sie razem przyjrzec, co o tym swiadczy...

    Mogłabyś coś więcej na ten temat powiedzieć??
    Dlaczego Twoja psych. uważa, że ona nie wyzdrowiała?

    --
    Studium poczwarki
  • othersidegirl 23.10.09, 12:04
    Myślę ,ze nie wyzdrowiala,tylko nauczyla sie nazywać swoje
    emocje...i wiedziala jak je kontrolować do takiego stopnia,aby
    normalnie funkcjonowac bez leków.....myślę ze nie da się tak
    naprawdę "wyzdrowieć" i to zależy co ktoś myśli o tym pojęciu,bo
    czym jest wyzdrowienie???Przecież te wszytskie przeżycia ,emocje i
    wspomnienia będą zawsze w naszych głowach nikt tego nie wymarze..
  • annarchia 23.10.09, 13:04
    othersidegirl napisała:

    > Myślę ,ze nie wyzdrowiala,tylko nauczyla sie nazywać swoje
    > emocje...i wiedziala jak je kontrolować do takiego stopnia,aby
    > normalnie funkcjonowac bez leków.....

    A to nie jest wyzdrowienie? Zdrowa osoba odczuwa emocje, ale nie potrzebuje
    leków, potrafi je kontrolować i nie zaburzają one jej funkcjonowania. Sama
    napisała, że ma spokój umysłu i poczucie stabilności.

    A nie sądzę, że przez 8 lat (po tym czasie od końca terapii napisała książkę),
    gdyby miała borderowe zabójcze emocje (niesamowity ból, ogromną patologiczną
    wściekłość) - wytrzymałaby bez leków, bez szpitali, bez prób samobójczych i
    miałaby nastrój i chęć na pisanie książki oraz na urodzenie i wychowanie
    kolejnego dziecka.

    othersidegirl napisała:

    > myślę ze nie da się tak
    > naprawdę "wyzdrowieć" i to zależy co ktoś myśli o tym pojęciu,bo
    > czym jest wyzdrowienie???Przecież te wszytskie przeżycia ,emocje i
    > wspomnienia będą zawsze w naszych głowach nikt tego nie wymarze..

    Ale można do nich z pewnością zmienić stosunek. Zamiast czuć rozpacz, ogromny
    ból, myśli "s" na tamte wspomnienia - po czasie można czuć smutek i
    przygnębienie (adekwatne reakcje), ale zarazem radość, że dałam radę, pokonałam
    to i dzięki swojej pracy na terapii poprawiłam swoje samopoczucie - a radość z
    niego jest tym większa, bo mam porównanie, jak mogło być źle. Myśli samobójcze
    na wspomnienia złych momentów to nie jest zdrowa reakcja. Ale smutek to zdrowa
    reakcja - niezależnie od tego, czy to smutek na wspomnienie o depresji,
    szpitalu, czy śmierci bliskiego przyjaciela. Myśli "s" i ból zapijany alkoholem
    świadczy o niewyleczeniu.


    --
    Studium poczwarki
  • othersidegirl 23.10.09, 13:44
    Ok moze masz racje,ale ja wolę nie wypowiadać sie na ten temat jeśli
    nie poczuję sama czym jest "wyzdrowienie",bo teraz to chyba tego nie
    wiem....
  • annarchia 23.10.09, 13:54
    othersidegirl napisała:

    > Ok moze masz racje,ale ja wolę nie wypowiadać sie na ten temat jeśli
    > nie poczuję sama czym jest "wyzdrowienie",bo teraz to chyba tego nie
    > wiem....

    Ja też nie wyobrażam sobie, jak to jest być zdrowym... :(
    Czasami myślę "Jestem zdrowa, tylko silniej przeżywam, mocniej odczuwam, jestem
    wrażliwa i dlatego choruję" - ale już wiem, że to nieprawda. Taki kit sobie
    wciskany...

    Znam jednak kogoś (w realu), kto WIELE lat strasznie cierpiał, kilkanaście
    terapii, psychiatrów, a od ostatniej terapii - fundamentalna przemiana:
    myślenia, odczuwania, funkcjonowania.

    --
    Studium poczwarki
  • othersidegirl 23.10.09, 15:14
    Tylko ciekawe czy stala przemiana??Czy wogole może być u takich jak
    my coś stałego????
  • dolna1 23.10.09, 16:54
    annarchia napisała:
    >
    > Znam jednak kogoś (w realu), kto WIELE lat strasznie cierpiał,
    kilkanaście
    > terapii, psychiatrów, a od ostatniej terapii - fundamentalna
    przemiana:
    > myślenia, odczuwania, funkcjonowania.

    Czy to była osoba z borderline? Jak wygląda jej życie?
  • annarchia 23.10.09, 20:27
    dolna1 napisała:

    > Czy to była osoba z borderline? Jak wygląda jej życie?

    Mogę ją poprosić, aby sama Ci odpisała :)

    P.s. Ja już nie patrzę na te etykietki, raczej. Co t za różnica, czy ktoś ma
    takie zaburzenie czy inne? Każdy jest indywidualną osobą. Kto cierpi bardziej:
    osoba z BPD, która nigdy nie widziała psychiatryka i nie miała próby
    samobójczej, czy osoba z ciężką nerwicą, która miała za sobą 5 prób i 6
    szpitali? Diagnoza to tylko zbiór KILKU najbardziej patologicznych cech, i tyle.
    --
    Studium poczwarki
  • dolna1 23.10.09, 21:33
    annarchia napisała:
    >
    > P.s. Ja już nie patrzę na te etykietki, raczej. Co t za różnica, czy ktoś ma
    > takie zaburzenie czy inne? Każdy jest indywidualną osobą. Kto cierpi bardziej:
    > osoba z BPD, która nigdy nie widziała psychiatryka i nie miała próby
    > samobójczej, czy osoba z ciężką nerwicą, która miała za sobą 5 prób i 6
    > szpitali? Diagnoza to tylko zbiór KILKU najbardziej patologicznych cech, i tyle
    >

    Mnie początkowo bardzo nakręciła diagnoza. Wydawało mi się, ze musi mnie
    charakteryzować każde określenie dla osoby z pogranicza. Moja terapeutka
    wtłoczyła mi myślenie, że nie leczy się diagnozy, ale zaburzenia. I chyba
    pojmuję już co miała na myśli. Niemniej jednak z czystej ciekawości fajnie
    byłoby poznać losy osoby z BPD, zupełnie jak dalsze dzieje Rachel z "Uratuj mnie".
  • annarchia 23.10.09, 21:51
    dolna1 napisała:

    > Mnie początkowo bardzo nakręciła diagnoza. Wydawało mi się, ze musi mnie
    > charakteryzować każde określenie dla osoby z pogranicza.

    Och, mnie także! Kiedyś. Tyle, że dotyczyło to innej diagnozy, jaką miałam
    wcześniej. Każde moje zachowanie interpretowałam jako objaw ChADu - moja złość
    to dysforia, moja przygnębienie to depresja spowodowana zaburzeniem
    neuroprzekaźników tylko, smutek wewnątrz połączony z żartowaniem na zewnątrz to
    stan mieszany, a zmieniające się stany emocjonalne to rapid cycling, poczucie
    obcości to chadowa derealizacja. Ku*wa, jak ja mogłam to sobie zrobić??!
    Zdegradować siebie, moja indywidualność, moje przeżywanie do diagnozy... Swoją
    tożsamość określać kryteriami objawów - matko, ale zdrada siebie! Gdy lekarze mi
    odebrali tę diagnozę to wyłam z bólu - czułam pustkę i nie wiedziałam, kim
    jestem. Potem zaczęłam tak robić trochę z borderline, ale się opamiętałam, na
    szczęście. Bo zobaczyłam, jakie te diagnozy są ubogie, człowiek jest kimś
    więcej. (Nota bene - przyzwyczajanie się do diagnozy jest bardzo typowe i
    "potrzebne" zwłaszcza u osób z borderline, anoreksją, bulimią - daje odp na
    pytanie "kim jestem", daje poczucie wyjątkowości, fałszywego "ja", ale zawsze
    jakiegoś... tak uważam).

    dolna1 napisała:

    dolna1 napisała:

    > pojmuję już co miała na myśli. Niemniej jednak z czystej ciekawości fajnie
    > byłoby poznać losy osoby z BPD, zupełnie jak dalsze dzieje Rachel z "Uratuj mni
    > e".

    Gdzieś czytałam ze dwa posty Rachel i to na 99% ona, a nie ktoś "podstawiony".
    To chyba z resztą był fragment z jej drugiej książki "I'm not supposed to be
    here" (bo "Uratuj mnie" to "Get me out of here"). Jak poszukam, to Ci podeślę,
    jeśli chcesz.

    --
    Studium poczwarki
  • dolna1 23.10.09, 22:16
    annarchia napisała:

    Jak poszukam, to Ci podeślę,
    > jeśli chcesz.
    >

    bardzo chętnie.
  • annarchia 23.10.09, 22:47
    dolna1 napisała:

    > a ja właśnie tego chce się nauczyć: radzić sobie z własna złością, impulsami,
    > autoagresją.

    A, to ja nie. Nie chcę całe życie radzić sobie z autoagresją, stosować techniki
    cały life i powstrzymywać się przed pocięciem. Nie chcę takiego życia i tyle.
    Wolę popracować na terapii nad przyczynami cięcia, autoagresji, objadania się do
    bólu - zadać pytanie dlaczego i po co To sobie robię, wiedząc, że odpowiedź "bo
    czuję ból" (itp.) to tylko wierzchołek góry lodowej - i przepracować nad tak
    wielką nienawiścią i złością na siebie, a to wymaga spoooro pracy. No i
    identyfikacja okropnego bólu i zniwelowanie go. I mam to gdzieś, że wielu
    psychologów wątpi, że to możliwe. Ja to chcę osiągnąć i to się dla mnie liczy,
    będę próbować. Naiwnie? Ale będę.

    Co do złości, lęku - oczywiście, zdrowie także zakłada złość, lęk. Ale jest
    różnica w opanowywaniu borderowej wściekłości, impulsywnego gniewu oraz
    panicznego lęku, a zdrowej złości i strachu - które nie bolą, bo ich siła jest
    adekwatna. Co to za życie opanowywać gniew, który mnie spala i zabija?
    Opanowywać atak paniki technikami? Chciałabym poczuć ludzką złość i strach, a
    nie jakieś emocjonalne hardcory. Kiedyś tak czułam i może da się do tego wrócić.

    dolna1 napisała:

    > annarchia napisała:
    >
    > Jak poszukam, to Ci podeślę,
    > > jeśli chcesz.
    > >
    >
    > bardzo chętnie.

    Wyślę Ci na gazetowego maila.
    Adres, z jakiego wzięłam ten "wywiad" to www.bpdcentral.com - to jest ta grupa
    wsparcia, w której ona uczestniczyła (ta, o której mowa we wstępie do książki
    "U.m.").
  • elzbieta007 23.10.09, 22:28
    > Mogę ją poprosić, aby sama Ci odpisała :)

    Hej, to ja. Nie miałam diagnozy bpd, ale pod większością objawów, jakie tu
    opisujecie, mogę się podpisać.

    W skrócie: mam 55 lat, z czego ponad 20 to nerwica depresyjno-lękowa. Przeszłam
    w ciągu tego czasu kilka (a może kilkanaście) różnych psychoterapii, nie mówiąc
    o tonach prochów. Jedne trochę działały, większość - nie.

    5 lat temu, kiedy w końcu zrozumiałam, od czego zależy pozbycie się moich
    zaburzeń (NA ZMIANIE SIEBIE), poszłam na moją ostatnią psychoterapię. To była
    świadoma psychoterapia. Trwała 3,5 roku.

    Od 3 lat nie mam nerwicy.

    Dziś moje życie wygląda normalnie. Jestem spokojna, z uśmiechem się budzę, z
    uśmiechem zasypiam. Moje emocje są adekwatne do tego, co się dookoła i we mnie
    dzieje. Nie biorę żadnych psychotropów. Mam więcej znajomych i przyjaciół, niż
    kiedykolwiek w życiu. Pracuję, mam rodzinę.

    Nie wiem, co to jest szczęście (a padał taki postulat w Waszych postach jako
    synonim zdrowia) i nie mam na nie recepty. Ale życzę każdemu z Was tego, co
    udało mi się osiągnąć. Jeśli to nie jest szczęście, to niech tak pozostanie:)
  • dolna1 23.10.09, 16:51
    I ja jestem tego zdania.Borderline to zaburzenia osobowości.
    Mamy "chorą" osobowość, która na pewnym etapie życia źle
    sie "wykształciła". Psychoterapia może pozwolić poznać schematy
    naszych zachowań, przeciwdziałać impulsom, zachowaniom
    autoagresywnym czy impulsywnym. Rozprawiamy sie ze wspomnieniami,
    próbujemy zrozumieć jaki miały na nas wpływ, przeżywamy wypierane
    emocje. I owszem zaczynamy żyć "normalnie". A czym jest normalność?
    Przeciwieństwem choroby? Dla mnie życie normalne to takie życie
    które kojarze, z bycia szczęśliwą. A kiedy będę szcześliwa?
    Gdy...... i mogę wymieniać i wymieniać.
  • aigala 23.10.09, 21:16
    nie wiem, co miala na mysli moja terapeutka, mowiac, ze bohaterka ksiazki nie
    wyzdrowiala. Stwierdzila, ze pomoze mi dostrzec aspekty, ktore mowia o tym, ze
    Rachel wcale nie wygrala z choroba. I nie miala tu na mysli WYZDROWIENIA, bo jak
    to podkresla moja psycholog, osoba z borderline nigdy nie bedzie "zdrowa". Moze
    nauczyc sie zyc z choroba, kontrolowac swoje zachowania, reagowac adekwatnie do
    sytuacji; to wlasnie jest dla niej synonimem "wyzdrowienia" u osoby z
    borderline. Mowiac wiec, ze Rachel nie wyzdrowiala, rozumiem, ze wg mojej
    psycholog, nie osiagnela nawet tego.
    Nie mialam jeszcze okazji rozmawiac z nia na ten temat dokladniej.

    Moj dzisiejszy dzien wygladal jeszcze gorzej niz wczorajszy. Musialam wyjsc z
    domu, zeby zalatwic kilka spraw. Oczywiscie o pojsciu do szkoly nie bylo mowy...
    Bogu dzieki, ze mam jeszcze jakies leki w domu, to lyknelam uspokajacze przed
    wyjsciem. Lęki nie zniknely, ale bylam tak senna, ze wszystko docieralo do mnie
    z opoznieniem. Idac ulica mialam lzy w oczach ze strachu, w tramwaju myslalam,
    ze sie udusze. Nie wiem, jak udalo mi sie przezyc ten dzien... Dobrze, ze
    weekend sie zaczal, to zaszyje sie w domu
  • annarchia 23.10.09, 21:41
    aigala napisała:

    > nie wiem, co miala na mysli moja terapeutka, mowiac, ze bohaterka ksiazki nie
    > wyzdrowiala. Stwierdzila, ze pomoze mi dostrzec aspekty, ktore mowia o tym, ze
    > Rachel wcale nie wygrala z choroba.

    Ciekawa jestem. Napiszesz, jak się dowiesz? Plis.

    I interesuje mnie jedno: DLACZEGO, PO CO, W JAKIM CELU ona chce Ci pokazać, że
    ona nie wyzdrowiała?? W celu odebrania Tobie nadziei lub podcięcia skrzydeł, czy
    w jakimś innym?

    Miałam kiedyś terapeutkę, która reagowała dziwnie, gdy miałam za cel wyjść z
    depresji (towarzyszącej bpd). Patrzyła tak, jakby się z motyką porywała na
    słońce. Po przerwaniu terapii dowiedziałam się, że ona sama miewa głębokie doły
    i jest w grupie wsparcia. Czyli może to taka jej złość/zawiść: mnie się nie
    udaje wyjść z depy, a Tobie ma się udać?? Hmm.

    aigala napisała:

    > I nie miala tu na mysli WYZDROWIENIA, bo ja
    > k
    > to podkresla moja psycholog, osoba z borderline nigdy nie bedzie "zdrowa".

    To po co Cię leczy...?
    Ja zrezygnowałam ostatnio z takiej kobiety. Zachowywała się tak, jakby chciała
    leczyć diagnozę (kolejne punkciki), a nie mnie...

    Teraz jestem u innej osoby, która etykietek nagminnie nie stosuje, tylko tak
    orientacyjnie z raz czy dwa. Ja to ja, ze swoją historią życia. Diagnoz miałam
    wiele, chyba z pięć, a za każdym razem odnosiła się ona do mojego "ja".
    Określanie całej siebie jako borderline, bulimia itd. to wg mnie jak gwałcenie
    swojej tożsamości, ucieczka od niej. Diagnoz powinno być tyle, ile ludzi na
    Ziemi :) Skupianie się na diagnozie i jej objawach (radzenie sobie z nimi,
    zamiast nakierowania na przyczyny) to dla mnie jak ciągłe zatykanie pękniętej
    rury, która przecieka - nauczenie się jakie szmaty najlepiej stosować do
    tamowania, zamiast generalnego przeglądu i usunięcia przyczyny.

    aigala napisała:

    > Moze
    > nauczyc sie zyc z choroba, kontrolowac swoje zachowania

    Aha, no to nie dla mnie taka terapia. Byłam kiedyś na takiej parę miechów i
    goowno dała. Wolę poznać przyczyny AŻ TAKIEJ wściekłości i rozdrażnienia, niż
    bezmyślnie je kontrolować całe życie. Ale niektórym podobno pomaga, zależy też
    jakie ma się cele w terapii.

    aigala napisała:

    > borderline. Mowiac wiec, ze Rachel nie wyzdrowiala, rozumiem, ze wg mojej
    > psycholog, nie osiagnela nawet tego.

    Czyli, że w tej książce kłamała? Po co miałaby to robić?
    Pisała, że przez 8 lat po terapii odczuwa nieustający spokój umysłu i stabilność
    - bez leków. Może kłamczuszek z tej Rachel, a może nie.

    aigala napisała:

    > domu, zeby zalatwic kilka spraw. Oczywiscie o pojsciu do szkoly nie bylo mowy..

    No to dwie jesteśmy "niechodzące"... Mnie skreślili ze studiów ostatecznie :(

    --
    Studium poczwarki
  • dolna1 23.10.09, 22:13
    annarchia napisała:


    > I interesuje mnie jedno: DLACZEGO, PO CO, W JAKIM CELU ona chce Ci pokazać, że
    > ona nie wyzdrowiała?? W celu odebrania Tobie nadziei lub podcięcia skrzydeł, cz
    > y
    > w jakimś innym?

    identyczne zadałam sobie pytanie.
    >

    > aigala napisała:
    >
    > > Moze
    > > nauczyc sie zyc z choroba, kontrolowac swoje zachowania
    >
    > Aha, no to nie dla mnie taka terapia. Byłam kiedyś na takiej parę miechów i
    > goowno dała. Wolę poznać przyczyny AŻ TAKIEJ wściekłości i rozdrażnienia, niż
    > bezmyślnie je kontrolować całe życie. Ale niektórym podobno pomaga, zależy też
    > jakie ma się cele w terapii.

    a ja właśnie tego chce się nauczyć: radzić sobie z własna złością, impulsami,
    autoagresją. Aby nauczyć się panować nad sobą wcześniej trzeba poznać przyczynę
    swoich niepożądanych zachowań. To musi iść równolegle.

  • aigala 24.10.09, 10:19
    absolutnie informacji o "niewyzdrowieniu" Rachel nie odebralam jako majacej na
    celu podciecie mi skrzydel:) To wyszlo tak, ze sama powiedzialam psycholog, ze
    przeczytalam te ksiazke, a ona stwierdzila, ze koniecznie musimy o niej
    porozmawiac. Gdy zapytalam, po co, odpowiedziala, ze w ksiazce sa aspekty, ktore
    swiadcza o tym, ze bohaterka wcale nie wygrala z choroba i musimy sie rzem im
    przyjrzec. Ale jakos szkoda mi bylo czasu na "marnowanie" go na temat tej
    ksiazki, wiec nie podjelam tematu, poprostu, brak ciekawosci w tym temacie.

    A co do "wyzdrowienia". Wg mojej psycholog, osoba z bordeline moze, tak jak juz
    pisalam, nauczyc sie kontrolowac, rozpozanwac swoje emocje, dawac im ujscie w
    adekwatny do sytuacji sposob. Ja jestem na razie na etapie, w ktoym ucze sie
    poznawac, ze w danej sytuacji do glosu dochodzi moja choroba. I mam sie starac
    opanowywac.... Potrzebowalam na to 10 miesiecy terapii...

    Na poczatku przerazilam sie, gdyz myslalam, ze jedyne co moge uzyskac przez
    terapie, to bedzie wlasnie takie czyste kontrolowanie sie, a co to za zycie,
    kiedy na kazdym kroku masz pamietac ze masz border, masz opanowywac, hamowac i
    nie dawac ujscia emocjom?..
    Ale psycholog twierdzi, ze z czasem to bedzie "samo ze mnie wychodzic" a nie
    bedzie celowosciowym dzialaniem. Wiec ja sie na cos takiego godze:) i grzecznie
    chodze na terapie. W sumie to nic nie ryzykuje, a moge zyskac "normalne"(?) zycie.

  • annarchia 24.10.09, 11:36
    aigala napisała:

    > absolutnie informacji o "niewyzdrowieniu" Rachel nie odebralam jako majacej na
    > celu podciecie mi skrzydel:)

    W takim razie W JAKIM CELU?

    PO CO terapeutka chce pokazać cierpiącej dziewczynie z borderline, czasem
    pozbawionej nadziei, że w książce, którą napisała osoba z BPD - która daje
    nadzieję - inna pacjentka wcale nie wyzdrowiała??

    W jaki sposób te informacje mają być KORZYSTNE dla Twojej terapii?

    aigala napisała:

    > To wyszlo tak, ze sama powiedzialam psycholog, ze
    > przeczytalam te ksiazke, a ona stwierdzila, ze koniecznie musimy o niej
    > porozmawiac.

    Na jaką terapię chodzisz?
    DBT? Poznawczo-behawioralną?

    aigala napisała:

    > Ale psycholog twierdzi, ze z czasem to bedzie "samo ze mnie wychodzic" a nie
    > bedzie celowosciowym dzialaniem.

    Czekaj, to jak to? Z jednej strony mówi, że borderline nie jest całkowicie
    wyleczalne, że można tylko kontrolować. Ty wtedy wyrażasz obawy - słuszne - co
    to za życie: cały czas trzymać rękę na pulsie, na objawach. A ona, że "z czasem
    samo to z Ciebie będzie wychodzić". To ja już nie rozumiem - to jest nie
    uleczalne czy z czasem wyjdzie samo? :(

    Poza tym: PO CO w ogóle rozmawiać o borderline na terapii? (radzenie sobie z
    objawami BPD, mówienie o procentach, statystykach, uleczalności, koncentracja na
    objawach...)

    Powiem o sobie:
    1. Dla mnie jest to świetny temat zastępczy - aby nie mówić o sobie, moich
    emocjach i mojej historii. Lepsza teoria.
    2. Bo borderline daje przynależność do jakiejś grupy.
    3. Bo dzięki BPD można określić swoją tożsamość, jestem kimś określonym.
    4. Bo pojawiające się info "z bordelrine nie ma wyjścia" skutecznie
    usprawiedliwiają mój opór w terapii i niechęć/lęk przed zmianami i otwarciem się
    (po co, jak i tak nieuleczalne?) - nieświadomie, a teraz świadomie.
    5. Bo boję się czasem (podświadomie?), że dla terapeuty i lekarza jestem ważna i
    interesująca tylko jako borderline, a mniej ciekawa jako "szara osoba". Lęk, że
    jak zacznę zdrowieć to mnie opuści, będzie mniej zaangażowany itd.
    6. Bo mając diagnozę borderline (nie zdrowiejąca,. niewyleczona) mogę liczyć na
    zainteresowanie i opiekę lekarzy, terapeutów, szpitali. Osoba zdrowiejąca może
    się bać, że za chwile utraci wszelkie zainteresowanie, empatię i opiekę i
    zostanie całkiem osamotniona. Nieświadomie.
    --
    Studium poczwarki
  • aigala 24.10.09, 12:16
    mi samej jest ciezko to wszystko zrozumiec...

    Tak drazymy temat Rachel, ze az sama sie zaciekawilam, co psycholog miala na
    mysli:) A wczesniej jakos mnie to nie obchodzilo. Az z ciekawosci zapytam na
    nastepnej sesji:)

    Wiesz annarchia, ja nie chce sie za bardzo w to wszystko zaglebiac. Mam na mysli
    BPD. Rok temu, gdy dowiedzialam sie o chorobie, pochlonelam chyba cala
    literature, jaka na ten temat istnieje. Im dluzej czytala, tym bardziej
    popadalam w chorobe... Az terapeutka stwierdzila, ze nie jestem gotowa na
    samodzielne czytanie lietratury, bo zbyt doslownie biore wszystko co jest tam
    zawarte. Bo przeciez jedna osoba z borderem nie jest rowna drugiej. Jak to
    gdzies przeczytalam w ktorejs z ksiazek, wyodrebniono 256 rodz borderline;) Jak
    to twierdzi psycholog, po co mi etykietka BPD, ja to ja, zbior takich a takich
    objawow, z ktorymi musze sie zmierzyc.

    Nie ukrywam, ze od 10 miesiecy terapii nie bylo tak zle, jak jest teraz. Fakt,
    ze raz mialam wieksza lub mniejsza motywacje do terapii, ale nie mialam objawow
    somatycznych... A te teraz nie daja mi zyc;(

    Najgorsze, ze nie moge sobie spokojnie "pochorowac", odpuscic, bo obowiazaki, a
    to dodatkowo wpedza mnie w panike:( Ty annarchia rozumiem, ze na szczescie (?)
    nie masz szkoly ani pracy, chociaz tyle dobrego, ze mozesz sobie odpuscic.
    Chociaz, sama nie wiem, czy to tez dobre wyjscie. Ja w tamtym roku tez sobie
    wszystko odpuscilam. Tylko na terapie chodzilam, do psychiatry tez a
    skonczylam... w szpitalu;( Tak bardzo sie boje, ze historia zaczyna sie powtarzac...

    trzymaj sie:*
  • annarchia 24.10.09, 13:45
    aigala napisała:

    > borderline;) Jak
    > to twierdzi psycholog, po co mi etykietka BPD, ja to ja

    No to mnie zdziwiłaś. To ta sama osoba, która koniecznie chce rozmawiać o
    borderline? (odnośnie "U.m" i skupiania się na kontrolowaniu objawów bpd)?

    aigala napisała:

    > Najgorsze, ze nie moge sobie spokojnie "pochorowac", odpuscic, bo obowiazaki, a
    > to dodatkowo wpedza mnie w panike:( Ty annarchia rozumiem, ze na szczescie (?)
    > nie masz szkoly ani pracy, chociaz tyle dobrego

    Jak to: nie mam obowiązków? Mam: usamodzielnienie się, studia, praca. To moje
    obowiązki. Chciałam im podołać, zaciskałam zęby, brałam benzo, zmuszałam się,
    uczyłam przez łzy. Ale wiesz: Ty mówisz - muszę, mam obowiązki. Tak jest dopóty,
    dopóki jeszcze dajesz radę z objawami. W pewnym momencie jest tak, że żadna
    siła, żaden obowiązek Cię z łózka nie wyciągnie i tyle. Czasem mam tak, że mój
    kot płacze, chce śniadanie, a ja czuję zobojętnienie: umrze i co? Głodny, i co?
    Jest stan, gdzie poczucie obowiązku (jakie masz teraz) ZANIKA, gdzie staje Ci
    się 100% obojętne, że opuścisz szkołę, pracę, że mama będzie się darła, jak
    czegoś nie zrobisz. Próbowałam ciągnąć studia dzienne, pracę - za wszelką cenę.
    I co? W końcu - przez to zaciskanie zębów, próbom wytrzymania i podołania
    obowiązków trafiłam do szpitala na elektrowstrząsy, bo byłam pół przytomna. Po
    szpitalu znów zagryzanie zębów i chodzenie na uczelnię. W końcu znowu nie mogłam
    siła woli wystawić nóg poza łóżko i dostałam urlop zdrowotny. Kolejne próby
    funkcjonowania okazały się także tak męczące, że byłam potem w dwóch kolejnych
    szpitalach wariując z deprechy i ze zmęczenia. Tak jest czasem obowiązkami.

    --
    Studium poczwarki
  • aigala 24.10.09, 14:37
    chodzilo mi o to, ze mozesz teraz bez presji, ze muszisz wyzdrowiec np w ciagu
    miesiaca, chorowac. Nie mowilam, ze nie masz obowiazkow, kazdy z nnas ma, ale
    niektore z nich moga poczekac, gdy wiemy, ze ich odpuszczenie na jakis czas nie
    zawazy zbytnio na naszym zyciu. Mi takie poczucie byloby bardzo potrzebne, a
    jednak pozostaje plakac i robic swoje. Dobrze wiem, czym sie konczy takie
    zaciskanie zebow i parcie na sile do przodu-przeciez pisalam, ze przez takie
    postepowanie rok temu trafilam do szpitala bedac na skraju wykonczenia. Dlatego
    w jednym z postow zastanawialam sie co jest lepsze- parcie na sile do przodu,
    czy odpuszczenie sobie i pozolenie na gorsze samopoczucie.

    Ja rok temu najpierw cisnelam na sile, a gdy juz nie mialam sil, polozylam lage
    na wszystko, od wstania z lozka poczawszy, na realizacji jakichkolwiek potrzeb
    skonczywszy. Az mam lzy w oczach jak sobie przypominam tamten czas...

    Annarchia, ty masz terapie raz w tyg? Jesli tak, to dobrze, to zawsze jakies
    oderwanie od ciaglego bycia w domu, w koncu trzeba sie ubrac, wyjsc z domu, do
    ludzi. Ach, tylko jak juz nie ma sil na nic, to nawet terapia nie motywuje do
    wyjscia:( Bo jak w glowie mam poczucie, ze "nic juz nie ma sensu" to jak znalezc
    sens w terapii, ktora juz tyle trwa, a gdzie efekty? Dajesz jeszcze rade chodzic
    do pracy? Bo jesli dobrze zrozumialam, to studia juz ci przepadly:(? Nawet jesli
    tak, to ja sobie probuje tlumaczyc, ze przeciez szkola, praca to wazne aspekty
    zycia, ale jak sie nimi cieszyc i wypelniac obowiazki nalezycie, jesli nasze
    wnetrze jest tak chore? Ludze sie, ze przyjdzie taki czas, ze naucze sie cieszyc
    zyciem na nowo, bo teraz tego nie potrafie, nawet gdy cos sie zaczyna ukladac to
    choroba zawsze mi o sobie przypomina predzej czy pozniej...

    Tak bym chciala was jakos pocieszyc, dac nadzieje, powiedziec, ze bedzie dobrze,
    ze terapia przyniesie efekty. Ale ja tego nie widze, wiec jak moge was
    oklamywac? Juz nawet nie mam sily pisac jak beznadziejnie sie czuje. A lzy leca
    mi z oczu same...
    Obym tylko w szpitalu nie skonczyla;(

  • annarchia 25.10.09, 09:49
    aigala napisała:

    > chodzilo mi o to, ze mozesz teraz bez presji, ze muszisz wyzdrowiec np w ciagu
    > miesiaca, chorowac. Nie mowilam, ze nie masz obowiazkow, kazdy z nnas ma, ale
    > niektore z nich moga poczekac

    KAŻDY może sobie chorować, ile chce ?*np. z decyzją - pieprzę pracę, umowę, małe
    dziecko) i nie ma czegoś takiego, jak "muszę".

    Ech, chyba się w tym nie zrozumiemy :( Cot o jest presja? Presja jest własnym
    popędem (nie zewnętrznym tak naprawdę), które sami sobie narzucamy. Na
    naciskanie ze strony innych, obowiązków możemy reagować jak na "muszę czy chcę
    czy nie"(co jest nieprawdą), a można reagować - i tak mi to obojętne. Nie wiem,
    w jakim jesteś wieku, ale mi ciut bliżej do 30-stki niż do 20-stki i uwierz, że,
    że obowiązków, która na mnie ciążą jest mnóstwo. Także "presja" ze strony
    rodziny, sumienia, społeczeństwa. Powinnam mieć skończone studia, powinnam
    pracować, aby mieć z czego żyć. Czy uważasz, że w moim wieku "pewne sprawy moga
    poczekać"...? Takie, jak założenie związku, urodzenie dziecka, ukończenie
    studiów, praca?

    Zobacz. Matka mi czasem truje, że tu siedzę, a do rachunków się nie dokładam
    (pewnie ma rację) - presja. Matka grozi, że jak nie pójdę do pracy to zastosuje
    środki prawne, aby mnie usunąć z domu - to nie presja? Zostałam wywalona ze
    studiów 2gi raz, chociaż cholernie zależało mi na ich skończeniu tak w ogóle
    (aby mieć cokolwiek w CV) - w wieku tym i tym powinnam już była je skończyć -
    tyle wysiłku w nie wwaliłam - i co - to nie presja? Kończą mi się własne
    pieniądze (od rodziców nie dostaję ani grosza na nic!) - to nie presja? MUSZĘ
    zacząć zarabiać, aby mieć na jedzenie, terapię, bo kasa się kończy. I co? Jestem
    nieprzytomna i niezmobilizowana.

    W momencie, gdy zostałam na lodzie i byłam jedną wielką presją - nie podołałam i
    wylądowałam w szpitalu.

    Co to znaczy, że nie możesz sobie pozwolić na spokojne chorowanie? Bo np.
    szkoła. Ale NIE MUSISZ do niej chodzić - oczywiście będą tego konsekwencje, ale
    jednak one Cię OBCHODZĄ.

    Czasami są sytuacje, gdzie zanika w Tobie poczucie presji - nawet takie, jak
    "muszę chodzić do szkoły", "muszę zarabiać", "muszę się opiekować dzieckiem -
    nie mogę się rozłożyć". A propos tego ostatniego, widziałam w szpitalu matki
    noworodków - MUSIAŁY się nimi zająć, ale choroba silniejsza.

    aigala napisała:

    > Annarchia, ty masz terapie raz w tyg?

    Było 1x, będzie 2x.

    aigala napisała:

    > ludzi. Ach, tylko jak juz nie ma sil na nic, to nawet terapia nie motywuje do
    > wyjscia:(

    Jasne. Niektóre sesje (choć poprzedniej terapii) opuszczałam :( a w końcu nie
    mogłam się zmotywować do jeżdżenia... Na obecną chodzę krótko, ale teraz mam
    przerwę.

    aigala napisała:

    > Bo jak w glowie mam poczucie, ze "nic juz nie ma sensu" to jak znalez
    > c
    > sens w terapii, ktora juz tyle trwa, a gdzie efekty?

    Obecna trwa 2 miechy, 1x. Wiem, że 3 lata to minimum. Więc KRÓCIUTKO. Co do
    sensu: po kilku latach bezsensu wszystkiego powiedziałam sobie tak: ok, czuję
    teraz bezsens życia, terapii, wszystkiego, ale nie jest to uniwersalna ocena -
    to jest tylko moja prawda, "prawda" zaburzonej i depresyjnej kobiety. Skoro
    bardzo cierpię i nie mam odwagi się zabić, to nie wytrzymam dalej tego bólu w
    nicnierobieniu, z alternatywy samobójstwo-terapia wybieram to drugie, obecnie
    mam większą odwagę do terapii niż do śmierci, pomijając bezsens.

    aigala napisała:

    > Dajesz jeszcze rade chodzi
    > c
    > do pracy?

    Do pracy...? Ja ostatnio nie wychodzę W OGÓLE z mieszkania, a czasem z wyra. Jak
    jestem głodna to nie pójdę do sklepu, bo nie chce mi się ubrać i w ogóle. Mam
    jeszcze własne pieniądze, które mi się powoli czerpią. Próbowałam kilka razy
    pracować, i nie chcę tego wspominać :(

    aigala napisała:

    > Obym tylko w szpitalu nie skonczyla;(

    Spokojnie. Przecież na razie potrafisz się jeszcze motywować. Przez łzy, ale
    jednak wyjdziesz z domu. Abyś tylko się nie zmęczyła.

    --
    Studium poczwarki
  • aigala 25.10.09, 11:49
    ale czasem zdarza sie, ze osoba chora jest na tyle w komfortowej sytuacji, ze
    rzeczywiscie wielu rzeczy "nie musi". Np mieszka z rodzicami, ktorzy wspieraja
    ja nie tylko psychicznie ale i finansowo, nie ma dzieci, ktorymi musi sie zajac,
    moze miec skonczona szkole wiec nie wisi nad nia widmo zawalenia nauki, moze nie
    martwic sie o nieobecnosc w pracy bo takowej moze jeszcze nie miec itp.

    Ze mna zle. Wczoraj przeryczalam caly wieczor. I znowu mialam mysli... Dzis
    dogorywam w lozku.

    Chwala Bogu za hydroxyzyne
  • aigala 26.10.09, 18:16
    nie mam juz sil
  • aigala 27.10.09, 19:33
    nafaszerowalam sie hydroxyzyna i jakos dotarlam do lekarza. Zmienil mi lek z
    prozacu na jakis inny. Boje sie, jak bede na niego reagowac, ale jest tak zle,
    ze jest mi obojetne co biore, byle dzialalo...
  • aigala 01.11.09, 16:32
    "Wez sie dziewczyno w garsc!"
    "Ile mozna lezec?! Uczesalabys sie chociaz."
    "A co ze szkołą?"

    A gdzie w tym wszystkim JA?

    A jesli bym to zakonczyla, to co wtedy powiecie? "Przeciez wszystko bylo ok" ???

    Tak, wszystko jest ok... Zajebiscie ok
  • strangerthan 02.11.09, 22:47
    Doskonale wiem jak to jest być otoczonym przez ludzi, którzy za cholerę nie
    łapią, że Tobie też nie odpowiada tkwienie w tym stanie, ale źle się dzieje i po
    prostu nie masz sił...
    Ja zawsze słyszę, że znowu jestem obrażona albo zazdrosna o coś...
    Kiedyś przyjaciółka mi powiedziała, że chyba musiałabym umrzeć, żeby na przykład
    rodzice zwrócili na mnie uwagę i zastanowili się nad tym, że jednak było coś nie
    tak, z czym trudno mi było sobie poradzić...
    Zrozumiałam, że nie muszę się nikomu tłumaczyć, bo nikt nie cierpi bardziej niż
    ja...
    W tym wszystkim Ty jesteś najważniejsza i skup się na tym, żeby poczuć się
    lepiej, w takiej sytuacji trzeba olać tą gadaninę głupią... Życzę szybkiego
    powrotu do lepszej kondycji :)
  • aigala 03.11.09, 20:34
    dziekuje Ci bardzo.
    Wiem, ze musze skupic sie na sobie, tylko to jest takie ciezkie, gdy wszyscy
    dookola mnie mysla, ze wystarczy "wziac sie w garsc" a moje zle samopoczucie to
    fanaberie... A najgorsze jest to wspolczujace kiwanie glowa "tak tak, rozumiem
    co czujesz" a w glowie myslenie "niech ona juz skonczy te szopke":(

    Jest chyba troche lepiej, nie chcialabym chwalic dnia przed zachodem slonca, ale
    dzis nawet wyszlam z domu. I nie bylo az tak zle. Fakt, ze zanim wstalam z lozka
    juz mialam lęki. Ale wyszlam. Nie wiem jakich odczuc w zwiazku z tym bylo u mnie
    wiecej- strachu czy satysfakcji, ale to chyba zasluga lekow. Jakos tak mnie
    zobojetnily na wiele rzeczy. Wiec skoro jest obojetnie a nie tragicznie, to
    chyba jest lepiej, nie?..
  • strangerthan 04.11.09, 01:53
    hmmm... dopóki to kwestia leków to wiadomo... ulga jest ważna, mimo, że
    spowodowana jest zewnętrznie a nie prawdziwą przemianą..., ale nie można liczyć
    do końca życia na leki. Sama wiem, bo 3 tygodnie temu wróciłam na leki... I
    czekam na tą ulgę, a ona nie chce przyjść... :( Dzisiaj cały dzień przespałam,
    strach i beznadzieja mnie ogarnęły, w myślach rzucałam studia... A teraz...
    siedzę i uczę się po nocy... Tak jest zawsze... Jak coś się nie zmieni to nie
    wiem czy wyrobię :(
    Gratuluję wyjścia z domu :) zapamiętaj to poczucie, że nie było tak źle, gdy
    następnym razem będziesz miała obawy to może pomóc... :)
    Fakt, nie łudźmy się, prawdziwego zrozumienia jest dla nas mało... Zajmij się
    sobą dziewczyno, tylko sobą, inni sobie poradzą i niech gadają... Jak muszą... ;)
  • aigala 10.11.09, 18:41
    chyba jest troche lepiej. Boje sie to mowic glosno, zeby nie zapeszyc...

    Nie wiem czy spowodowane to jest dzialaniem lekow, czy tym, ze nie nie chodze na
    zajecia a to oznacza wiele mniej stresow (wychodze z domu bo chce a nie bo
    musze, nie musze jezdzic zatloczonym autobusem lub tramwajem, brrrr, no i nie
    musze sie scierac na uczleni, samowolka w gniciu w lozku, nieubieraniu sie itp).

    Tylko ile czasu tak mozna? Moze za jakis czas bedzie lepiej?..
  • annarchia 10.11.09, 19:22
    aigala napisała:

    > Tylko ile czasu tak mozna? Moze za jakis czas bedzie lepiej?..

    A co się dzieje teraz na Twojej terapii? Jaki temat?
    --
    Studium poczwarki
  • aigala 10.11.09, 19:39
    hmmm, moja terapia to jeden wielki bol, ciezko mi okreslic czy sa teraz
    poruszane trudniejsze tematy, gdyz tak naprawde kazda sesja bardzo boli.

    A jak annarchia u ciebie, lepiej choc troche? Dluga masz przerwe w terapii?
  • annarchia 15.11.09, 12:36
    aigala napisała:

    > A jak annarchia u ciebie, lepiej choc troche? Dluga masz przerwe w terapii?

    U mnie jest kiepsko. Nasilenie objawów, kryzys, chaos. Nie mam na razie sił
    prowadzić bloga, nie mam sił wracać do atmosfery szpitala. Jutro wraca terapeuta
    po 5-tygodniowej przerwie.
    --
    Studium poczwarki
    "Pacjenci są bardzo lojalni wobec nadużywającego wewnętrznego obiektu i oporni
    wobec pozbycia się tego przywiązania przez integrację i żałobę."
  • aigala 15.11.09, 12:13
    co by bylo, gdyby?..

    Poplacza, moze nawet troche sztucznie, ale za jakis czas zapomna.

    A mnie przestanie bolec...

  • aigala 19.11.09, 19:42
    boli, tak bardzo boli

    nienawidze jej; to wszystko jej wina

    a ja znowu nie daje rady,
    znowu rozmyslania, złe rozmyslania...

    juz nie chce zeby bolalo,
    juz nie, prosze




Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka