Dodaj do ulubionych

czy życie z border ma sens?

03.11.09, 07:49
Mam to coś. Mam też swoje prawie 30 lat i prawie zerowe osiągnięcia.
Jestem po odwyku, po rozwodzie i czasami chciałabym , aby było już"po
wszystkim"...
Chwilami jest dobrze- studiuję, potrafię momentami nawet być blisko z
ludźmi...ale momenty to za mało, aby nadać życiu sens.
Mam wrażenie, ze cała jestem przeciwko sobie i wszystkim. Niszczę swoje
osiągnięcia, relacje, pcham się w jakieś chore układy i wciąż porównuję się z
tymi Lepszymi, Młodszymi,Normalnymi...
Chodzę na terapię psychodynamiczną już ponad rok, ale rzadko kiedy udaje mi
się przyjąć to, co mówi terapeutka.
Jestem skłócona z całą rodziną i wiem, że już dłużej nie wytrzymam...albo może
wytrzymam, ale po co? Po co wytrzymywać coś, czego się nienawidzi?
Kiedy kłócę się z moją matką to w wyobraźni widzę nóż, który wbijam sobie w
brzuch..
Kiedyś, całkiem niedawno, uświadomiłam sobie, ze zawsze czekałam, aż nastąpi
taki dzień, kiedy zaczną w końcu być szczęśliwa...konkretna data.Naiwne, prawda?
Edytor zaawansowany
  • annarchia 04.11.09, 00:45
    jsleczek napisała:

    > Chodzę na terapię psychodynamiczną już ponad rok, ale rzadko kiedy udaje mi
    > się przyjąć to, co mówi terapeutka.

    Dlaczego?
    Te interpretacje do Ciebie kompletnie nie trafiają czy są zbyt prawdziwie bolesne?

    --
    Studium poczwarki
  • jsleczek 04.11.09, 07:41
    Interpretacje może są nawet trafne...Pewno tak. Ale ja od kilku tygodnie czuję,
    ze od środka mam zbroję skonstruowaną ze złości...ja przeciw wszystkim , wszyscy
    przeciwko mnie...
    Nie cofnę swojego życia, nie uważam, aby miało ono jakikolwiek metafizyczny
    sens...Siedzę na przeciw terapeutki i ogarnia mnie straszna chęć krzyczenia,
    wycia...ucieczki.
    Bardzo krzywdzę innych.
    Wiem, że tak już dłużej nie można.
    Jak kogoś ranię, to mam uczucie pustki doskonałej, nieczucia...emocje są
    wykrzyczane a w środku nic...dopiero potem...
    Samobójstwo byłoby dobrym wyjściem, ale boję się , że znowu się nie uda..
    ile razy można zaczynać od początku?
  • elzbieta007 04.11.09, 21:38
    >Siedzę na przeciw terapeutki i ogarnia mnie straszna chęć
    > krzyczenia, wycia...ucieczki.
    Mówiłaś terapeutce o tych odczuciach? Jeśli nie, to powiedz. Bardzo możliwe, że
    akurat masz jakiś kryzys związany z psychoterapią.

    Psychoterapia nie przynosi szybko rezultatów. Bardzo często jest tak, że
    okresowo niesie ze sobą znaczne pogorszenie samopoczucia, intensyfikację
    objawów, nasilenie destrukcyjnych myśli. Trzeba uzbroić się w cierpliwość.
    Skuteczna terapia psychodynamiczna osoby z bpd musi potrwać kilka lat.

    Nie załamuj się. Pracuj na terapii nadal, a efekty w końcu zauważysz.

    > Nie cofnę swojego życia,
    To prawda. Tego nikt nie potrafi. Ważne jest, żeby zaakceptować przeszłość,
    taką, jaka ona jest.

    A sens naszemu życiu nadajemy sami.

  • jsleczek 05.11.09, 08:55

    > A sens naszemu życiu nadajemy sami.
    Ale jak to się robi?Jak się nadaje sens? I co to jest ten sens...Być może sensem
    jest samo wstanie z łóżka rano...
    mam taki wszędobylski chaos w głowie, że nie wiem, jak uda mi się wytrzymać
    jeszcze kilka lat terapii.
  • annarchia 05.11.09, 12:56
    jsleczek napisała:

    >
    > > A sens naszemu życiu nadajemy sami.
    > Ale jak to się robi?Jak się nadaje sens?

    Chyba podstawą jest (zwłaszcza przy BPD) najpierw zaakceptowanie tego, że jestem
    odrębna osobą, niezależną od nikogo, autonomiczną. Zbudowanie swojej odrębności,
    autentycznego "ja". Do tego służy terapia. Bo żyjąc życiem innej osoby, albo
    definiując siebie rpzez kogoś (a border tak robi) trudno jest czuć sens.

    Z moich rozważań (a poczucie bezsensu jest u mnie dominującym) sensu nie można
    racjonalnie dowieść i na rozum wytłumaczyć - i dobrze, bo należy on do sfery
    uczuciowej. Poczucie sensu jest UCZUCIEM. Pojawia się ono wtedy (jako wynik,
    efekt) realizowania prawdziwego autentycznego "ja" (a nie cudzych oczekiwań na
    przykład) oraz posiadania fajnych relacji z innymi ludźmi. Gdy jest jedno i
    drugie - pojawia się uczucie sensu. Zarówno nad autonomią oraz nad relacjami z
    innymi możesz pracować przez kilka lat terapii. Właśnie po to, aby POCZUĆ sens
    kiedyś :)

    To takie moje refleksje własne...

    --
    Studium poczwarki
  • jsleczek 05.11.09, 13:33
    no tak...ja patrzę na siebie oczami mojej matki- ona zawsze powtarzała, że bez
    niej zginę..i ja, mimo, że chcę być odrębna, autonomiczna, to nieświadomie robię
    wszystko, żeby zależność podtrzymać. A ta zależność to koszmar. Dla mnie
    zależność, to upokorzenie, cierpienie, godzenie się na rzeczy, których się nie
    chce(ze strachu)i bycie dla kogoś ciężarem...
    Wczoraj terapeutka powiedziała mi,że niszczę całą swoją autonomię, jaką udała mi
    się osiągnąć.Powiedziała jeszcze, że nie da się z nikim być blisko, nie będąc
    jednocześnie zależnym od tej osoby..
    Nie wiem. To przerażające.
    Czy w ogóle ta świadomość siebie, zyskiwana na terapii, na coś się przydaje?
  • annarchia 05.11.09, 15:03
    jsleczek napisała:

    > no tak...ja patrzę na siebie oczami mojej matki- ona zawsze powtarzała, że bez
    > niej zginę..i ja, mimo, że chcę być odrębna, autonomiczna, to nieświadomie robi
    > ę
    > wszystko, żeby zależność podtrzymać.

    Dobra refleksja (mam podobnie). Terapia służy temu, abyś przestała podtrzymywać
    tę zależność. Cel terapii: iuniezaleznić się myślowo i emocjonalnie. To pierwsze
    wydaje się dość nietrudne, co do drugiego sama mam wątpliwości :( ale podobno
    można - tylko nie od razu Rzym zbudowano... Parę lat to podobno może potrwać...

    jsleczek napisała:

    > Wczoraj terapeutka powiedziała mi,że niszczę całą swoją autonomię, jaką udała m
    > i
    > się osiągnąć.

    Chyba warto się zastanowić, DLACZEGO i PO CO to robisz. Taka głębsza refleksja
    by się przydała. Ja swoją już mam na ten temat, jest dość bolesna.

    jsleczek napisała:

    Powiedziała jeszcze, że nie da się z nikim być blisko, nie będąc
    > jednocześnie zależnym od tej osoby..

    Ja tak samo. Ale od tego mamy terapię, nie? :)

    jsleczek napisała:

    > Czy w ogóle ta świadomość siebie, zyskiwana na terapii, na coś się przydaje?

    Kolejne pytanie, które świadczy o tym, że masz problem z autonomią i zależnością
    (i m.in. w związku z czym nie czujesz sensu). Sama chodzisz na terapię, a pytasz
    innych, czy świadomość siebie się na coś przydaje. Nie oceniam, tylko zauważam
    (miałam podobnie). Spróbuj szukać SWOJEJ odpowiedzi. Chociażby NA RAZIE takiej,
    że ta świadomość W TWOIM ODCZUCIU nic nie daje (jeśli tak jest!) - będzie to
    jeden z pierwszych kroków do autonomii - Twoje własne zdanie na dany temat - nie
    ważne, że nie o optymistycznej treści, ale własne nie podparte opinią innej osoby.
    --
    Studium poczwarki
  • borderline2009 26.11.09, 02:17
    No właśnie! ile razy można zaczynać życie od początku????
  • annarchia 27.11.09, 09:24
    borderline2009 napisała:

    > No właśnie! ile razy można zaczynać życie od początku????

    Aż w końcu zacznie się żyć naprawdę a nie znów na niby?
    --
    Studium poczwarki
    "Pacjenci są bardzo lojalni wobec nadużywającego wewnętrznego obiektu i oporni
    wobec pozbycia się tego przywiązania przez integrację i żałobę."
  • gianabrother 05.11.09, 15:03
    Też mam to coś. Na papierku nawet.

    Odpowiedź na pytanie z Twojego tematu brzmi: NIE.
    Zabij się jak masz na tyle siły. Ja właśnie idę do wanny z butelką wódki i
    nożem. Żona wróci za 3 godziny, powinno wystarczyć. GL & HF.
    --
    Bye and thanks for all the fish.
  • miumiu.only 05.11.09, 15:20
    ...Good Luck and Have Fun?...jeżeli to miał być żart?... to w kiepskim stylu.
  • annarchia 05.11.09, 15:29
    gianabrother napisał:

    > Też mam to coś. Na papierku nawet.
    >
    > Odpowiedź na pytanie z Twojego tematu brzmi: NIE.
    > Zabij się jak masz na tyle siły. Ja właśnie idę do wanny z butelką wódki i
    > nożem. Żona wróci za 3 godziny, powinno wystarczyć. GL & HF.

    I w jakim celu (tak naprawdę) piszesz to LUDZIOM na forum? ;) Hmmmmm hmmmm.... :P
    --
    Studium poczwarki
  • annarchia 05.11.09, 15:48
    gianabrother napisał:

    > Zabij się jak masz na tyle siły. Ja właśnie idę do wanny z butelką wódki i
    > nożem. Żona wróci za 3 godziny, powinno wystarczyć. GL & HF.

    I jeszcze jedno. Jak widać na tym przykładzie, zaburzenie borderline to problem
    z relacjami z LUDŹMI. A skoro tak - to dobra terapia może to skorygować. No bo:
    1. Chce się zabić, zapić, a wchodzi na kompa i pisze LUDZIOM o swojej rozpaczy.
    2. Pisze o tym, że zobaczy go ŻONA.

    Tak mi się to kojarzy z nieumiejętnością konstruktywnego wyrażania złości bądź
    ogromnej potrzeb kontaktu z innymi ludźmi, zauważenia... ludzie, ludzie... A
    relacje MOŻNA naprawiać.
    --
    Studium poczwarki
  • jsleczek 05.11.09, 20:00
    Otóż popełnianie samobójstwa w stanie upojenia to głupi pomysł...wiem coś o tym.
    Więc, jeśli przeżyjesz kąpiel, to let me know...
    A może tak się na tym nie skupiać- mam border, mam border, mam border...to jak
    mantra...
  • gianabrother 05.11.09, 23:23
    > Otóż popełnianie samobójstwa w stanie upojenia to głupi pomysł...wiem coś o tym.
    > Więc, jeśli przeżyjesz kąpiel, to let me know...

    No, nie ma to jak na trzeźwo, próbowałem, dużo gorzej.
    Przeżyłem. Tylko mnie nadgarstki bolą. Just letting you know :P
    --
    Bye and thanks for all the fish.
  • jsleczek 06.11.09, 09:02
    A kaca nie masz?
  • gianabrother 06.11.09, 10:00
    > A kaca nie masz?

    Nie mam, dalej piję. Twoja troska jest rozczulająca. THX
    --
    Bye and thanks for all the fish.
  • jsleczek 06.11.09, 11:20
    Znam niezły odwyk- wystarczy zadzwonić...i chcieć.
    Ale najpierw należy sięgnąć dna- to niestety prawda. Dla jednego dnem może być
    bezdomność, dla innego wódka i wanna (+nóż)...
    Uzależnienia nieźle się wbijają w zaburzenia osobowości, ale trzeba je leczyć
    jak uzależnienia..
    Takie życie- Ziomuś;-)
  • gianabrother 06.11.09, 11:46
    Dzieki Ziomuś, odwyki to ja jadam na śniadanie, że tak nawiąże do Twojego stylu
    wypowiedzi. Po każdym jest coraz gorzej. Może dlatego że tak naprawdę nie wiem
    czego chcę.

    Mimo wszystko naprawdę dziękuje że chciało Ci się ze mną w ogóle gadać. Czołem
    bije waszmości i udaje się na kolejny odwyk. (najpierw odtrucie).

    PS. Dzięki za ryby.
    --
    Bye and thanks for all the fish.
  • annarchia 06.11.09, 09:02
    gianabrother napisał:

    > > Otóż popełnianie samobójstwa w stanie upojenia to głupi pomysł...wiem coś
    > o tym.
    > > Więc, jeśli przeżyjesz kąpiel, to let me know...
    >
    > No, nie ma to jak na trzeźwo, próbowałem, dużo gorzej.
    > Przeżyłem. Tylko mnie nadgarstki bolą. Just letting you know :P

    A może zamiast gadać na forum o cięciu się i próbach samobójczych i informowaniu
    o tym ludzi (co musi być dla Ciebie bardzo istotne, skoro to robisz) poszukać
    pomocy na DOBREJ terapii u DOBREGO terapeuty? Też człowiek i na pewno
    zainteresuje się Twoim samopoczuciem, a i nie tylko, bo coś się może zmieni
    (jeśli chcesz).
    --
    Studium poczwarki
  • miumiu.only 06.11.09, 09:11

    Na dobry dzień :)...życzę miłego, słonecznego dnia :)

    Pozdrawiam Wszystkich :)
  • annarchia 06.11.09, 09:07
    jsleczek napisała:

    > A może tak się na tym nie skupiać- mam border, mam border, mam border...to jak
    > mantra...

    Co do tej mantry. Moja psychiatra powiedziała ostatnio, że szczególnie dla osób
    z pogranicznym zaburzeniem bardzo istotna jest diagnoza. Boderline czy
    jakakolwiek. Ponieważ my szczególnie mamy problem z określeniem naszej
    tożsamości, nie wiemy, kim jesteśmy, a diagnoza jest taką etykietką, za pomocą
    której można troszeczkę ten ból niewiedzy "kim jestem" złagodzić. (Pomijając to,
    że odpowiedź na pytanie "kim jestem" nie wiąże się z etykietkami, ale border
    czepia się wszystkiego). Doświadczyłam tego na samej sobie, gdy wcześniej miałam
    inną diagnozę. Będąc w szpitalu dowiedziałam się w końcu, że tamta diagnoza jest
    błędna, i ta informacja była jak gwoźdź do trumny - myślałam, że zwariuję.
    Biegałam po korytarzach z nerwów i rozpaczy, i waliłam pięściami, bo nie
    wiedziałam kim jestem - uważałam się za chadowca, a oni powiedzieli, że nim nie
    jestem. JAk dostałam diagnozę BPD to wtedy uspokoiłam się. Teraz jestem już na
    innym etapie, ale doskonale rozumiem to przywiązanie do diagnozy i
    usprawiedliwianie wszystkiego (samopoczucia, zachowania) "bo mam borderline".

    --
    Studium poczwarki
  • jsleczek 06.11.09, 11:09
    annarchia Twoje wypowiedzi bardzo mi pomagają :-)
    Moja terapeutka nie chciała mi powiedzieć, co mi jest...na jednej z początkowych
    sesji oświadczyła tylko(w odp na moje pytania),że to zaburzenia osobowości i
    musi mi to wystarczyć..
    Dużo czytałam na ten temat i byłam pewna, że to border, więc w minioną środę
    powiedziałam jej, że wiem, co ze mną nie teges..Spytała tylko, co to dla mnie
    oznacza..nie wiem, co to oznacza..
    Mam pytanie-jak radzicie sobie z agresją wobec innych i siebie?Kiedy czujecie,
    że idzie wybuch i zaraz wszystko pozamiata?
    Pytam, bo to wielki mój problem-czasami jedno czyjeś zdanie(bliskiej
    osoby)potrafi wywołać lawinę mojego wrzasku...jakbym musiała znowu się
    bronić...nie wiem..czuję wtedy, że wszystko niszczę tym niepohamowaniem...
    Jak nie obwiniać bliskich osób za to, jacy byli i jak to zadziałało na moje
    życie? Jak ?
  • cyntia33 06.11.09, 15:21
    Ja powtarzam sobie jak... mantrę... buddyjską mądrość "Wszystko mija, to też
    minie". Gdy czuję, że lawina nadchodzi i w trakcie też kilka razy. Nie żeby na
    100 proc. mi pomagało, ale przynajmniej się reflektuję, co robię. Przypominam
    sobie, że kiedyś tak już było, że byłam w totalnej rozpaczy albo bezradna albo
    wściekła, ale minęło.
    Czasem, jak mogę, to sobie idę gdzieś. Gdzieś, gdzie nie ma ludzi, więc nie mogę
    im zrobić krzywdy. Albo gdzie są ludzie, więc sobie nie bardzo mogę zrobić
    krzywdę. No i samo chodzenie mi pomaga. Kilometry robię...
  • jsleczek 06.11.09, 15:32

    Ja tego próbowałam...nadal próbuję. Czasem to mówienie do siebie, "że to
    wszystko, ta cała złość minie", skutkuje, ale tylko czasem...
    A jak jest z obwinianiem innych? Co o tym myślicie?
    Najlepiej byłoby chyba się pogodzić z tym wszystkim, czego się
    doświadczyło...Kiedyś bardzo mądra Pani psycholog powiedziała mi, ze mogę nigdy
    od moich rodziców nie usłyszeć i nie dostać tego, co bym chciała...dojrzałość
    polega na godzeniu się z tym.
    Co o tym myślicie?
  • annarchia 06.11.09, 15:56
    jsleczek napisała:

    > Ja tego próbowałam...nadal próbuję. Czasem to mówienie do siebie, "że to
    > wszystko, ta cała złość minie"

    To ja mam inną metodę. Zaleczanie uczucia złości, ale i leczenie jej przyczyn.
    To pierwsze: też powtarzam sobie, że złość to stan emocjonalny i minie. Czasem w
    coś walnę (mam gruchę bokserską), czasem skaczę do góry do zmęczenia, kiedyś
    było to wybieganie z domu i biegi. Ale teraz zastanawiam się potem: skąd,
    dlaczego i po co we mnie uczucie aż takiego gniewu, złości i agresji. Czyli
    skierowanie na przyczyny. Bo lepiej uporać się z przyczynami niż za każdym
    wybuchem borderowego rage'u radzić sobie - i tak przez całe życie. No i terapię
    mam od tego. Na razie dochodzę do tego, że ta złość jest czasem obroną naszych
    granic, naszego "ja", resztek poczucia autonomii. Złoszcząc się, krzycząc
    "nie!", "spierdalaj!" chronię siebie przed stopieniem z drugą osobą. To OCHRONA,
    z rozpaczy - a nie dlatego, bo jestem złym człowiekiem. Po drugie, nawiązując do
    mechanizmu rozszczepiania i idealizowania - gdy kogoś idealizuję, to nawet jak
    działa na moja szkodę - ja tego nie chcę widzieć; ale złość (jako wynik
    naruszania moich granic) zbiera się podskórnie; w końcu jest jej aż tyle, że
    musi znaleźć ujście i wybucha, gdy dewaluujemy tę druga osobę - teraz już"jest
    zła" i można się na nią powściekać. Dzięki terapii można podobno na bieżąco
    nauczyć się odczuwać uczucie złości, wtedy ono nie narasta do monumentalnych
    rozmiarów. Taką mam nadzieję przynajmniej ;)

    jsleczek napisała:

    > A jak jest z obwinianiem innych? Co o tym myślicie?

    Moi rodzice SĄ odpowiedzialni za moje obecne zaburzenia. Wolę słowo
    odpowiedzialni, a nie winni, bo "winni" kojarzy mi się z działaniem z
    premedytacją i celowym wyrządzaniem krzywdy. A oni krzywdzili mnie - choć nie do
    końca sobie to uświadamiali. Ale deficyty i brak mam przez ich funkcjonowanie -
    które było totalnie dysfunkcyjne i pogmatwane. Inna rzecz, że obecnie, tu i
    teraz - niezależnie od przyczyn moich zaburzeń - ja i tylko JA jestem
    odpowiedzialna za to, czy się wyleczę. Bo tylko JA mogę zmienić samą siebie.

    jsleczek napisała:

    > Najlepiej byłoby chyba się pogodzić z tym wszystkim, czego się
    > doświadczyło...

    Pogodzić - tak, ale nie tylko. Wpłynąć (Terapia) na obecne skutki tego, co się
    doświadczyło.

    jsleczek napisała:

    > Kiedyś bardzo mądra Pani psycholog powiedziała mi, ze mogę nigdy
    > od moich rodziców nie usłyszeć i nie dostać tego, co bym chciała...dojrzałość
    > polega na godzeniu się z tym.

    Przecież to jasne jak słońce. Poświęciłam kupę czasu na karmienie się iluzją, że
    moi rodzice się zmienią, że jeszcze dostanę od nich to, czego oczekuję. I trwało
    to wiele lat. Myślę, że ta iluzja padła po wielu bolesnych doświadczeniach -
    takich, jak kilka psychiatryków, anoreksja, elektrowstrząsy - które NIC nie
    zmieniły w stosunku rodziców do mnie. Ojciec dalej pije, ma w dupie i nie
    pamiętam, jak wygląda, a matka dalej raz mówi "kochana córuniu", a innym razem
    "pierdolona dziewucho". Oni się nie zmienią i to boli jak cholera. Mogę zmienić
    się ja. Podobno...

    --
    Studium poczwarki
  • jsleczek 06.11.09, 21:05
    A ja mam podobną biografię...jak tak o niej myślę- a staram się tego nie robić
    za często, to mam problemy z układaniem zdarzeń w całość..
    Moi rodzice ciągle się kłócili, warczeli na siebie, nienawidzili się. Teraz niby
    są razem..ojciec zawsze na "tak", nie opłaciło mu się bycie w opozycji do żony.
    Kiedyś, jak się kłócili, to matka i mój brat byli w jednym "obozie", a ja i
    ojciec w drugim..też byłam przez matkę znienawidzona, "taka sama, jak on"...
    Ja w ogóle od dziecka byłam inna- musiałam być najlepsza w szkole, po prostu
    najlepsza uczennica, olimpijka, przykładna dziewczynka- ja musiałam...a jak
    przestałam taka być i wpadłam w problemy (z jedzeniem, z używkami) i byłam
    permanentnie załamana, zniszczona, to na dobitę były razy od rodziny-w postaci
    słownej i innej...
    Skąd im się taka zakała w domu wzięła?taka inna od brata...na takie dno
    spaść...dno, zero.

    I tak dalej:-)
    Nie pamiętam miłych chwil. Pewno były i może gdzieś we mnie są...
    Najbardziej zabolała mnie, kiedy powiedziałam mamie o tym , jak nasz katecheta w
    podstawówce mnie bardzo lubi. Miała przeze mnie problem-kolejny, prócz tego, że
    musiała być moją matką i od niej się dowiedziałam, że to nic, że nic się nie
    stało i w sumie to moja wina...
    Po latach dodała, że miałam swoje powody, by jej od razu nie powiedzieć..pewno
    małą dziwką byłam w wieku lat 12...
    Po tym właśnie zaczęły się te wszystkie jazdy..

    Chciałbym kiedyś umieć być po prostu szczęśliwa, blisko kogoś, kogo kocham..i
    żebym się czułą jakoś bezpiecznie.

    I żeby moje dzieci nigdy nie czuły tego, co ja.

    A jutro pobudka wczesna i na uczelnię.
    To miłej soboty to all border;-)
  • annarchia 07.11.09, 11:31
    jsleczek napisała:

    > A ja mam podobną biografię...

    Przeczytałam Twoją - mamy inne biografie.

    jsleczek napisała:

    > jak tak o niej myślę- a staram się tego nie robić
    > za często, to mam problemy z układaniem zdarzeń w całość..

    Co w terapii moim zdaniem nie jest najważniejsze. Bo Twoich zaburzeń nie
    spowodowała chronologia, wydarzenia same w sobie, ale TO, jak je ODCZUWAŁAŚ i
    odczuwasz teraz (świadomie bądź nieświadomie). Najważniejszy jest kontakt z
    emocjami i myślami związanymi z różnymi wydarzeniami. Na przykład: faktem może
    być, że w pewnej rodzinie było bite rodzeństwo. Główną emocją brata przy biciu
    może być złość, a siostry lęk. Chodzi chyba o zbudowanie historii swoich uczuć
    związanych z różnymi sytuacjami. I przepracowanie tego.

    jsleczek napisała:

    > się. Teraz nib
    > y
    > są razem

    O, dobre określenie - moi też są obecnie NIBY razem.

    jsleczek napisała:

    > Ja w ogóle od dziecka byłam inna- musiałam być najlepsza w szkole, po prostu
    > najlepsza uczennica, olimpijka

    Tak samo...

    jsleczek napisała:

    > Nie pamiętam miłych chwil. Pewno były i może gdzieś we mnie są...

    CHWILE (krótkie bo krótkie) na pewno były, bo inaczej byś pewnie nie żyła,
    jakbyś nie dostała ani jednego okruszka miłości. Czasem nawet jeden krótki
    uśmiech matki (jako wyjątek pośród całego jej nienawistnego zachowania) może
    nieświadomie trzymać przy życiu. Albo problemem jest to, że rodzic jest raz
    cudownie kochający a raz niszczący do bólu - moja matka ma coś z bordera,
    zdecydowanie.

    jsleczek napisała:

    > Chciałbym kiedyś umieć być po prostu szczęśliwa, blisko kogoś, kogo kocham..i
    > żebym się czułą jakoś bezpiecznie.
    >
    > I żeby moje dzieci nigdy nie czuły tego, co ja.

    To masz cel terapii :) Też bym tak chciała.

    --
    Studium poczwarki
  • cyntia33 09.11.09, 13:10
    No rodzice się raczej nie zmienią, tu się zgadzam. I mogą nigdy nie powiedzieć,
    nie zrobić tego, czego od nich oczekujemy. Zwłaszcza jeśli, jak w moim wypadku
    jedno nie żyje. A z ojczymem-potworem (na szczęście!) nie mam już kontaktu.
    Na takie różne sprawy, krzywdy z dzieciństwa i okresu dorastania, pomogła mi
    książka Radykalne Wybaczanie Tippinga. Pomogła mi spojrzeć na tę sprawę z innej
    strony, nie z wszystkimi rzeczami tam się zgadzam, ale po jej przeczytaniu
    złość i żal trochę odpuściły. Polecam sobie wyguglać.
  • annarchia 09.11.09, 16:47
    cyntia33 napisała:

    > Na takie różne sprawy, krzywdy z dzieciństwa i okresu dorastania, pomogła mi
    > książka Radykalne Wybaczanie Tippinga. Pomogła mi spojrzeć na tę sprawę z innej
    > strony

    a ja do wybaczania podchodzę ciut nieufnie. Czy nie jest to zdradą samego
    siebie...? Przechodziłam okres wybaczania moim rodzicom i prób zrozumienia, co
    nimi kierowało. Tylko... KTO chciał zrozumieć MNIE? Kto chciał zrozumieć
    dziecko, które było poniżane, bite, ignorowane? Czy to dziecko cały czas musi
    rozumieć i wybaczać innym, tłumiąc w sercu palące poczucie skrzywdzenia?
    Wybaczanie trochę kojarzy mi się z powiedzeniem "nic się nie stało", "wasze
    powody były i są ważniejsze niż moje uczucia i poczucie skrzywdzenia". Czy
    wybaczanie pozwala na wyleczenie uczucia złości, żalu i krzywdy czy tylko jego
    stłumienie? Do mnie bardziej przemawiają książki A. Miller i książka Bradshawa
    "Powrót d swojego wewnętrznego domu".


    --
    Studium poczwarki
  • cyntia33 10.11.09, 09:59
    Ja też podchodziłam nieufnie i długo nie sięgałam po tę książkę, choć kilka osób
    mi ją polecało przez ostatnie pół roku. W końcu ją pożyczyłam i odkryłam, że tam
    nie chodzi o zwykłe wybaczanie w stylu "nic się nie stało, nie mam do ciebie
    żalu". Nie chodzi też o zrozumienia, co tym kimś kierowało, bo ta wiedza nie
    zawsze jest potrzebna.
    Raczej o spojrzenie na całą sytuację z innej strony. W stylu "to doświadczenie,
    ci ludzie mieli mnie czegoś nauczyć. Czy nauczyli? Bo jeśli nie, to takie
    doświadczenia będą się powtarzać w moim życiu, będę je przyciągać, dopóki nie
    wyciągnę z nich wniosków."
    Nie chodzi o to, by wybaczyć w sensie potocznym, ale by czegoś się o sobie
    dowiedzieć i iść do przodu, nie koncentrować się już na tym, wyjść z zaklętego
    kręgu (spotykania się ciągle z niewłaściwymi facetami, bycia wyrzucaną z pracy,
    kłócenia się z sąsiadami itp). Nie wiem, czy wyszłam, ale polecam :)
    A po "Powrót..." też kiedyś sięgnę.
    Na razie zaintrygowała mnie "Księga życia kobiety" Joan Borysenko.
  • annarchia 10.11.09, 10:53
    cyntia33 napisała:

    > Raczej o spojrzenie na całą sytuację z innej strony. W stylu "to doświadczenie,
    > ci ludzie mieli mnie czegoś nauczyć. Czy nauczyli?

    Nie chcę patrzeć z innej strony na sytuację, gdzie dostałam z całej siły po
    twarzy i leżałam na posadzce ledwo żywa. Nie zrobię tego temu małemu
    przerażonemu dziecku. Idąc tą logiką powinnam nauczyć się tego, że powinnam
    bardzo uważać, aby nie rozlać soku na podłogę, bo mogę dostać po ryju -to taka
    nauka. Nie będę patrzeć z innej strony na wywalenie mnie z własnego domu po
    północy tylko dlatego, bo tatuś był pijany. Czego się nauczyłam? Że nocowanie
    pod krzakiem w środku nocy jest niewygodne, zimne i upokarzające.
    --
    Studium poczwarki
  • miumiu.only 10.11.09, 11:36
    annarchia napisała:

    > Nie chcę patrzeć z innej strony na sytuację, gdzie dostałam z całej siły po
    > twarzy i leżałam na posadzce ledwo żywa. Nie zrobię tego temu małemu
    > przerażonemu dziecku. Idąc tą logiką powinnam nauczyć się tego, że powinnam
    > bardzo uważać, aby nie rozlać soku na podłogę, bo mogę dostać po ryju -to taka
    > nauka. Nie będę patrzeć z innej strony na wywalenie mnie z własnego domu po
    > północy tylko dlatego, bo tatuś był pijany. Czego się nauczyłam? Że nocowanie
    > pod krzakiem w środku nocy jest niewygodne, zimne i upokarzające.

    ...Współczuję annarchio, to przykre, że dziecko, musi/musiało doświadczać takich
    przykrość!...nie powinny mieć miejsca!!!...

    Pozdrawiam Wszystkich.
    Miłego dnia życzę:)
  • cyntia33 11.11.09, 02:26
    Rozumiem i szczerze współczuję.
    Mnie jednak ta książka pomogła zamknąć pewne tematy, którymi się zadręczałam
    przez lata. Nie wybaczyłam matce w takim klasycznym pojęciu, że padłyśmy sobie w
    ramiona (brrr...) ale nie czuję do niej negatywnych uczuć (pozytywnych zresztą
    też nie) i nie myślę o akcjach, które mi urządzała. A jeśli mi się przypomną, to
    już nie ryczę, tylko myślę o tym spokojnie.
    No, ale każdy ma swój czas i swój sposób, by rozprawić się z demonami. Myślę, że
    nie ma jednego przepisu, jak to zrobić.
  • jsleczek 11.11.09, 19:34
    Dziś mi szczególnie daleko do wybaczenia...
    To jeden z tych dni, kiedy czuję tylko złość i na każdym kroku rozpamiętuję,
    porównuję, mierzę i warzę...
    Kiedy to wszystko minie?Już nie mam siły dźwigać samej siebie.
    Czasami funkcjonuję w "znieczuleniu"- nie ma złości, ale nie ma też w sumie
    innych emocji...
    Pierwsze wspomnienie z dzieciństwa związane z matką, jakie przyszło mi do głowy
    na terapii- ona biegnie za mną i wrzesz czy, z ja wiem, ze jak mnie złapie, to
    mnie chyba zabije..Uciekłam i schowałam się w domu, który był w trakcie
    budowy..na strychu.
    Pamiętam, jak pokłóciłam się z koleżanką i ona chyba poskarżyła się mojemu
    ojcu...w sumie nic wielkiego- siedziałam z nią na jakichś schodach niedaleko
    domu, a on podszedł do mnie i bardzo mocno uderzył mnie w głowę...O nic nawet
    nie zapytał- po prostu ja zawsze byłam tą bez racji, głupią idiotką...A dla
    mamusi pieszczotliwie "wrzodem na dupie", "wcielonym diabłem", potem jeszcze
    "zakałą"...
    Nie umiem wybaczyć sobie, ze taki ze mnie wrzód, zakała i diabeł- wciąż patrzę
    na siebie ich oczyma ...
    Wciąż muszę patrzeć też na nich i codziennie przyjmować ich pomoc bo jestem
    samotną matką (pewno zresztą beznadziejną)i potrzebuję pomocy...Pomoc otrzymuję,
    ale muszę pamiętać KTO MI JĄ DAJE- bez nich bym "zginęła" bo "nawet sobie męża
    nie umiałam znaleźć"...nawet...
  • aannusia 14.11.09, 13:48
    jsleczek czytajac to co napisalas to jakbym czytala wlasne zycie. O moim
    dziecinstwie. o awanturach rodzicow, klotniach , wyzywaniu mnie, holubieniu
    mojej siostry ktora wg rodzicow byla madrzejsza ode mnie, nie przynosila im
    wstydu jak ja. o tym jak to jest gdy wracasz wieczorem do domu i zastajesz drzwi
    zamkniete na klodke bo sie spoznilam 2 min, i pytanie gdzie przenocowac skoro
    masz 17 lat a na dworze zima. o biciu w twarz na ulicy przez matke, o wyzywaniu
    od najgorszych przez ojca, i pytanie dlaczego ja? przeciez nie pije, dobrze sie
    ucze, nie wlocze sie, nie przeklinam????
    co moge zrobic aby mnie kochali???
    teraz jestem mezatka ale niszcze przez border moja rodzine, krzywdze dzieci.
    czasami mysle ze bedzie im lepiej beze mnie. dzieciom na pewno. krzywdze ich a
    przeciez tak ich kocham. dluzej nie moge zyc. nie moge.
  • annarchia 14.11.09, 14:55
    aannusia napisała:

    > co moge zrobic aby mnie kochali???

    NIC. ONI SIĘ NIE ZMIENIĄ (bo niby jakim cudem? Są jacy są. NAwet nie ma co
    liczyć, że jak będziesz bardziej chora, jak się bardziej postarasz to zmiękną
    serca). Dopóki będziesz miała nadzieję na to, to raczej nie wyzdrowiejesz -
    będziesz żyła kłamstwem i będziesz dalej ranić swoje dzieci. Trzeba się pozbyć
    tej iluzji, koniecznie. A to boli i przeraża. Poza tym, dorosłej osobie miłość
    rodziców (taka, jak miała być do dziecka) nie jest już potrzebna tak naprawdę.
    Dorosłej osobie potrzebna jest niezależność od rodziców, niezależność
    przeżywania i myślenia. Oczywiście łatwo się mówi... :( ale to prawda.

    aannusia napisała:

    > teraz jestem mezatka ale niszcze przez border moja rodzine, krzywdze dzieci.
    > czasami mysle ze bedzie im lepiej beze mnie. dzieciom na pewno.

    Wręcz odwrotnie. Jak sama na sobie doświadczyłaś - dzieci bardzo potrzebują
    miłości rodzica, aby się prawidłowo rozwinąć bez zaburzeń. Najgorsze, co może
    być dla dziecka - to brak, deficyt rodzica. Rodzic samobójca tak jakby mówił
    dziecku swoim zachowaniem "Nie zasługujesz na to, aby mieć matkę. Nic dla mnie
    nie znaczysz. Nie chcę spełniać Twoich potrzeb, nie chcę Cię wychowywać. Nie
    kocham Cię tak mocno, aby towarzyszyć Twojemu dorastaniu". Dziecko to tak
    odczuje emocjonalnie... Potem w osobowości takiego dziecka rozwinie się taka
    część, która jest odpowiedzialna za poczucie bezsensu życia, za myśli "nie
    jestem ważna". I kolejne ofiara zachowania rodzica. Możesz ten łańcuszek w ten
    sposób ciągnąć dalej, albo powalczyć o siebie (i o dzieci) na terapii.


    --
    Studium poczwarki
    "Pacjenci są bardzo lojalni wobec nadużywającego wewnętrznego obiektu i oporni
    wobec pozbycia się tego przywiązania przez integrację i żałobę."
  • jsleczek 14.11.09, 17:25
    aannusia a chodzisz gdzieś na terapię?
    ja tak i Tobie też polecam- małymi krokami do świadomości..
    na terapie trafiłam, kiedy już nie potrafiłam funkcjonować- byłam strzępkiem
    człowieka....mąż znikł wraz ze swoimi obietnicami i przyrzeczeniami (zresztą sam
    miał ostre problemy z sobą i swoim byciem...dla mnie lepiej, że mnie zostawił)i
    czułam się taka totalnie samotna, zniszczona, odpowiedzialna za te wszystkie
    Nieszczęścia...
    matka dostała swoje milion minut, aby przypominać mi , jak bardzo sobie
    zniszczyłam życie... zresztą, kiedy tylko dowiedziała się, że jestem w ciąży,
    oznajmiła, że to koniec:"pięknie skończyłaś","to już koniec..."etc...
    no ale żyje do cholery!!!nie skończyłam- to, że dla mojej matki dzieci (czyli
    głównie ja)były koszmarem, życie było koszmarem, wszyscy ja okłamywali itp nie
    oznacza już dziś dla mnie, że ja tak będę żyła..jak ona- wiecznie wściekła,
    niezadowolona, nieprzewidywalna...
    bardzo raniłam moje dzieci (też mam dwójkę-synków), ale wiem, że nigdy nie
    powiedziałabym do któregoś z nich "jesteś zerem" ...i bycie z nimi jest
    przyjemnością i wyzwaniem a nie koszmarem...
    oczywiście nie zawsze jest tak kolorowo , ale coraz częściej...
    dzięki terapii idę tam, gdzie chcę i tam , gdzie jest mi dobrze...czyli w
    kierunku przeciwnym do tego, który wskazywali mi kochani rodzice...
    pozdrawiam ciepło...

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka
Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.