Dodaj do ulubionych

Związek z BPD jako trening świadomości...

10.10.11, 11:50
Liczę na kilka uwag od osób, które przeżyły związki z BPD.

W materiałach o BPD jest dużo o tym, że związek z taką osobą kończy się poważną raną, często partner BPD wymaga pomocy psychologicznej. Jest też o tym, że partner BPD najczęściej nie jest przypadkowy, ma skłonność do tolerowania "nienormalnych" zachowań i z czegoś ta skłonność wynika.

Nie ma natomiast nic o tym, że taki związek może być niezwykle pouczający i bardzo pomocny w rozwoju duchowym. Wiem, że brzmi to huraoptymistycznie (jestem optymistą, zawsze widzę dobre strony zdarzenia) ale w moim przypadku tak to rzeczywiście jest. Dlatego jestem ciekawy czy próbuję oszukiwać sam siebie, pocieszać sam siebie czy też ktoś ma podobne wnioski.

Dodam jeszcze, że dokładnie chodzi mi o to, że związek z BPD wymusza głęboki wgląd w samego siebie, wymusza zrozumienie mechanizmów, wymusza świadomość tego co się dzieje. Przypomina to, lekcje karate u starego siwego mistrza, który nie przejednany dokłada ciężar na barki. Co prawda stary mistrz się w końcu uśmiechnie i wzrokiem pokaże akceptację, a BPD nigdy się nie ucieszy, że jesteśmy odporniejsi na ataki. Ale sami to w pewnym momencie odczujemy. Ja to odczuwam. Jak uczestniczę w nerwowej sytuacji na ulicy, czy w sklepie to dziękuję mojemu "mistrzowi" za trening.

Ar.
Edytor zaawansowany
  • perfekcjonizm 10.10.11, 14:26
    Ja trochę nie w temacie. Chcę tylko napisać, że gratuluję optymizmu i chyba miłości do osoby, z którą tak dzielnie wytrzymujesz. Miło czytać ludzi, którzy nas nie skreślają, nie uciekają od nas, próbują wytrzymywać.

    Mam nadzieje, że Twój związek to nie tylko odpieranie ataków, ale też dobre chwile, które utwierdzają Cię w przekonaniu, że trwasz przy swojej partnerce.

    Myślę, że wgląd w relację z BPD jest jak najbardziej możliwy i dużo może Ci powiedzieć o Tobie. Dużo dać i wiele nauczyć. Byle by to nie była jakaś fiksacja. Bo to też może być pewnego rodzaju obrona przed konfrontacją z rzeczywistymi uczuciami.
    --
    zatrzymajmnie.blogspot.com/
  • pasjavspraca 11.10.11, 15:29
    perfekcjonizm, to czym piszę nie prowadzi do prób "wytrzymania" z BPD. A nawet wprost przeciwnie. Rozwój, które według mnie BPD wymusza prowadzi do okrywania skąd się bierze tolerancja na agresywne zachowania i bycie ofiarą BPD. Co w konsekwencji prowadzi wyeliminowania tej tolerancji na bycie "ofiarą" z wszystkich stref życia.

    A wracając do meritum:

    Może jednak ktoś doświadczony związkiem z BPD potwierdzi (lub zaprzeczy) moim optymistycznym poglądom, że doświadczenia z BPD wymuszają głęboki wgląd w siebie i prowadzą do wzrostu świadomości
  • mu.rena 12.10.11, 13:31
    Tak to napisałeś, że pierwsza warstwa zaciemnia.... Niewątpliwie zaakceptowanie swojego związku z samym sobą powoduje wzrost świadomości i daje więcej niż to, co napisałeś. Daje wolność :).
  • mu.rena 13.10.11, 09:12
    Przeczytałam Twoje posty z jeszcze innego punktu widzenia i też jest herezja :). Tym razem kluczem do interpretacji jest określenie: "przeżyć związek" w sensie totalnej akceptacji człowieka z BPD takim, jakim on jest. Wtedy też jest wolność, bo dostaje on prawo do swobodnego wyrażania siebie i nic go nie szufladkuje. Wobec tego nie ma potrzeby walczyć ani ze sobą ani z otoczeniem o cokolwiek. I nie musi udowadniać, ani że jest " za" , ani że jest " nie dość ". I też nie ma ofiar po obu stronach :).
  • perpetua-mobila 11.10.11, 22:18
    Z buddyjskiej perspektywy sporo racji jest w tym co piszesz. Biada jednak temu, kto przeliczy swoje siły na zamiary. Czytajac to forum mam wrazenie, że niestety wlasnie taki model ma najczesciej miejsce, kiedy partner jest sciagany prosto w dół zamiast windą do nieba:) Pewnie dlatego, że ujemne bieguny wsród ludzi sie niestety przyciagaja.
  • bloodyandblunt 12.10.11, 17:07
    nigdy nie byłem w zwiazku z bpd a szkoda pewnie by mi się podobało ;)
    ale byłem w zawiązku z dziewczyną z pewnym pochodnym problemem
    było róznie nie widzę róznicy
    a jak to widzę
    jezeli jestem z osobą w jakis sposób z problemami to na pewno mószę tez zyc
    trichę z tym problemem jak np z czyims rakiem (bolało by mnie ze choruje)
    z czyims np uzaleznieniem lub czymkolwiek na co cierpiała by ta osoba
    tu juz jest kwestia mojego zrozumienia kłopotu partnera badz olanie tego (osobiscie wolałbbym zrozumiec (chyba ze jestm z kims w zwiazku dla czeghoś innego kasy seksu itp a nie z miłości i w tym jakby widze punkt wyjscia
  • bloodyandblunt 12.10.11, 17:13
    i jest dla mnie kompletną pomyłką ze jest się w związku
    z bpd dla utwardzenia skóry lub nauki "karate" (czyt. odwrazliwienia sie na swiat)
    mozna tak sobie tłumaczyć ze to rozwija bzdura
    albo sie jest z kims dla tej osoby albo nie
  • mu.rena 12.10.11, 22:08
    Bloody,

    Przeczytaj tekst dwa razy: raz tak jakby dotyczył kogoś, kto jest związany z osobą z BPD. A drugi raz tak, jakby dotyczył osoby z BPD, która doświadcza duchowego rozwoju i wzrostu świadomości związanej z faktem, że ze swoim BPD nie walczy, ale je akceptuje i z pokorą przyjmuje. Przez to nie jest sama "ofiarą" BPD ( mimo upierdliowsci BPD jako takiej ), a wobec tego zewnętrznych ofiar BPD też nie ma. To tak, jakbyś przyjmował BPD jako dar losu.

    Jeśli taka jest interpretacja faktycznie, to chyba największa herezja napisana na tym forum :).

    Szacun :).
  • 3bsp 14.10.11, 20:58
    Jest taki stan, który nazywa się przetrwaniem.
    Jeśli bodźce negatywne lub lęk przed nimi oddziaływają dłuższy czas, siłą rzeczy zaczynasz intelektualizować swoje położenie i nie mów wtedy o starym mistrzu, który posadził cię gołym tyłkiem na kupie potłuczonego szkła a ty jesteś mu za to wdzięczny, bo dzięki temu masz możliwość zbadania nowych obszarów doznań cielesnych i duchowych.
    Moim skromnym zdaniem w życiu nie chodzi o to by przetrwać ale o to, by w nim uczestniczyć, być świadomym tego uczestnictwa i celebrować każdy dzień a to nie to samo, co siedzieć w pozycji kota po tyfusie intelektualizując swoja niedolę, próbując żyć wbrew sobie poświęcając się.
    Miłość i poświęcenie to antonimy – albo kochamy albo poświęcamy się.
    Poświęcając się w relacji z partnerem BPD oszukujesz siebie i partnera trwając w zakłamaniu (świętości) – kochając naprawdę, jesteś zdolny nawet odejść nie przestając kochać.

    Pozdrawiam
  • perfekcjonizm 15.10.11, 13:22
    3bsp napisał:

    > kochając naprawdę, jesteś zdolny nawet odejść
    > nie przestając kochać.

    Piękne, dziękuję.
    Co do intelektualizacji, że się zgodzę.



    --
    zatrzymajmnie.blogspot.com/
  • wiatrodnowy 17.10.11, 11:45
    To samo pomyślałam 3bsp.
    Przyszło mi jeszcze do głowy, ze ktoś z masakrycznie małym wglądem w siebie i sytuację zostaje zmuszony do rozwoju tych cech. Ktoś kto wcześniej miał duży wgląd i wiedział co białe, co czarne i do czego zmierza, traci grunt pod nogami.
    Cierpienie uszlachetnia i rozwija? Dla mnie to bzdura. Szczęście najbardziej rozwija, a pochodzi z wzajemnej miłości, która opiera sie na bezinteresownym, wzajemnym DAWANIU.

    muszę już iść
  • pasjavspraca 17.10.11, 13:51
    W moim pytaniu mało było wyjaśnione, przez co jest miejsce na wiele interpretacji. Może i dobrze. Ale dodam teraz to:

    Uważam, że poświęcanie się dla miłości może wynikać tylko i wyłącznie z chorego urojenia. Innymi słowy całkowicie zgadzam się z 3bsp, że "Miłość i poświęcenie to antonimy – albo kochamy albo poświęcamy się". Dlatego rozwój świadomości, który miałby być pokłosiem związku z BPD nie polega na poświęceniu. Dokładnie przeciwnie.

    Mistrz sadza nas na potłuczonym szkle aż nie będzie sobie na to pozwalać. Ani jemu, ani nikomu innemu.

    Oczywiście moja teoria, że przeżycie "związku z BPD" rozwija świadomość przypomina stwierdzenie, że "wojna jest fajna bo potem człowiek docenia pokój i o niego dba". Wiem, że to bzdura. Wojna nie jest fajna. Ale jak już się odbyła to można z lekcji skorzystać.


  • extranova 17.10.11, 15:53
    Ja zrobiłam dokładnie tak jak ktoś tu bardzo mądrze napisał- odeszłam nie przestając kochać.
    Oczywiście, jak na pewno większość osób w podobnej sytuacji wie, była to chyba najtrudniejsza i najbardziej bolesna decyzja w moim życiu. Psychiatry nie potrzebowałam, ale psychologa i trochę lekarstw tak, wyszłam na idealną prostą,ale nic już nie jest takie samo.

    Czego mnie nauczył ten związek? Tego,że jestem w stanie kochać Kogoś bardziej niż samą siebie. Nie wiem czy jest jakaś cenniejsza lekcja od tego.
  • mu.rena 13.12.11, 13:36
    Niezbadane są wyroki Opatrzności.... Przypadkiem trafiłam na Twojego bloga gdzie indziej, przeczytałam systematycznie wszystkie wpisy ( czasem z uśmiechem, czasem z uśmieszkiem - to ostatnie przez słowo: "korporacja" i czarną historyczną furę największą na parkingu ) i błyskiem z radością dopisałam się do grona subskrybentów newslettera. Zyskałeś wierną czytelniczkę. Wszystko przez słowo: "bezinteresowny". Kto go jeszcze dziś używa? :). To mała prowokacja, rzecz jasna. Ja go nie tylko używam w języku mówionym, ale stosuję w życiu i obserwuję zwykle szokujące reakcje otoczenia.

    Polecam Wam tego bloga, bo prowokuje do wywrócenia na nice "ogólnie obowiązujące" schematy myślenia.

    Szacun :).

    P.S. Swoją drogą ciekawe, ilu ze zwolenników minimalizmu nie przechodziło przez etap korporacji i największej czarnej fury na parkingu ? Mój minimalizm przejawia się w świadomym praktykowaniu na co dzień odpowiedzi na pytanie: CZY JA MUSZĘ ?

  • 3bsp 18.10.11, 17:46
    Ostatnie zdanie mego postu: kochając naprawdę, jesteśmy zdolni nawet odejść nie przestając kochać, było trochę prowokacją i antycypacją, by zyskać sposobność na globalny udział w dyskusji, jaka przewija się na forum na temat: BPD i miłość.
    Poniższe dedykuję koleżance pod nickiem Perfekcjonizm
    Teza z która Ja zgadzam się w całej rozciągłości brzmi: MIŁOŚĆ jest dzieckiem WOLNOSCI a jej uzupełnieniem są słowa mistrza Fromma – miłość to akt najwyższej odwagi.
    To piękne słowa, których wagę zgłębimy rozważając ich znaczenie i sens.
    Teza ta przewija się w wielu religiach, ale ja ograniczę się do tej opartej na Starym Testamencie i Księdze Rodzaju.
    Bóg stwarzając człowieka nie nakazał mu aby go kochał. Gdyby tak zrobił sam złapałby się w pułapkę absurdu, czyniąc człowieka marionetką. ON dał człowiekowi wolną wolę, czyniąc go podmiotem, osobą na wzór i podobieństwo. A zatem wolna wola była praprzyczyną MIŁOŚCI.
    Teza pomocnicza: bez wolności nie ma podmiotowości człowieka i wszystkich wynikających stąd imponderabilii z odpowiedzialnością na czele.
    Rozumiem twoją irytację Perfekcjonizm na słowa: kochając naprawdę, jesteśmy zdolni nawet odejść nie przestając kochać.
    Jest stan, który udaje miłość – to żądza, która bezsprzecznie MIŁOŚCIĄ nie jest. To żądza uzależnia człowieka, usidlając go, zawłaszczając wolność, czyniąc człowieka przedmiotem do zaspakajania chorych oczekiwań. To ona czyni zamęt w głowach ludzkich, przez co traktujemy miłość jako przyczynę cierpienia.


    Tak jak gorączka towarzyszy chorobie tak lęk towarzyszy neurozom a BPD jest przecież skrajną neurozą ze wszechobecnym lękiem.
    Nie bez przyczyny w religiach w tym również i Chrześcijaństwie oraz wielu filozofiach w tym również a może i głównie starożytnych, przewija się temat, że MIŁOŚĆ i lęk to antypody ludzkiej egzystencji.
    Prawdziwa MIŁOŚĆ to również akt najwyższej odwagi, który to akt miedzy innymi, pozwala odejść kochając.
    Widzisz Perfekcjonizm, to nie jest nienormalne i nielogiczne, że kierując się lękiem pragniemy posiąść drugiego człowieka, zawłaszczyć go, mieć kogoś, kto nie odejdzie, kto będzie nasz i tylko nasz, kto będzie spełniał nasze oczekiwania i ukoi nasz ból, kto da nam to, czego tak bardzo pragniemy, bo nam tego nie dano w przeszłości - to MIŁOŚĆ. Zawłaszczając drugiego człowieka zabieramy mu wolność, która jest pomostem nad rzekami Babilonu, tym samym zamykamy drogę do MIŁOŚCI.

    Nie znamy jej, bo kto miał nas nauczyć kochać. Nie znamy języka miłości, bo nikt nas go nie nauczył. Sądzę, że dlatego to, co napisałem o MIŁOŚCI, odebrałaś jako nadużycie. Wcześniej miałem na forum spór o słowo wybaczenie. Wybaczenie jest również językiem miłości. Tak naprawdę nie wiemy czym jest miłość. Jednego jesteśmy pewni - „miłowania głodni jak wilcy”, jak pisał Wojciech Młynarski.
    Nie znając MIŁOŚCI, sądzimy że miłość jest wtedy gdy „jedno płacze a drugie po nim skacze” i parę innych informacji na jej temat, zaczerpniętych z gazet, filmu może książki, itp. które są tylko informacjami a nie doświadczeniem.
    Może to smutne co powiem ale w moim przekonaniu u osób BPD jest ogromny głód miłości i potrzeba jej dawania, ale z pustego i Salomon nie naleje, dlatego na ”tronie osobowości” rozsiadła się ponura żądza ustroiwszy się w miłość.
    Z kolei cieszę się również ze słów Extranovej. To piękne i budujące słowa, którymi zakończyłaś swój post. Jeśli twój login zaczerpnięty jest ze słownika astronomii, to bezsprzecznie jest trafny. Czuję się zaszczycony, że zwróciłaś uwagę na to, co napisałem wcześniej. Nie zmieniam zdania, że partnerzy…… dobra, już to pisałem.
  • perfekcjonizm 19.10.11, 15:54
    Ale ja napisałam tylko jedno zdanie, że piękne jest to co napisałeś...

    Nie pomyliłeś mnie z kimś?
    --
    zatrzymajmnie.blogspot.com/
  • extranova 19.10.11, 18:01
    3bsp- dziękuje za tak miłe słowa.
    Dociera do mnie to o czym piszesz i wydaje mi się,że rozumiem co chcesz przekazać. Może dlatego jest mi łatwiej to przyjąć,bo jestem już na etapie uspokojenia emocji i pogodzenia się ze stanem faktycznym. Uczucia , które pojawiają się,gdy do człowieka dociera ,że to naprawdę koniec miłości na którą się czeka całe życie, to taki wulkan żalu, strachu i bólu,że trudno chyba logicznie myśleć. Ale zawsze pozostaje jakaś intuicja, która akurat w moim przypadku właśnie tak brzmiała" kochasz czyli robisz wszystko aby TA OSOBA była szczęśliwa- szcześliwa, a wiec równiez wolna- jeżeli własnie tego chce( przynajmniej na ten czas)". Ja nie usłyszałam takiej deklaracji wprost, ale wyczytałam to z niego,chociaz długo się oszukiwałam,że to tylko chwilowy spadek formy,że za rok, dwa , dziesieć, wszystko się ułoży, bedzie sielankowo i cudownie i wreszcie tak, jak ja chce.
    Ale wszystkie układy oparte na szantazu, litości, bezsilności mnie nie interesowały. Taki związek wypaliłby nas na popiół a i tak było już blisko.
    Teraz wiem,że dopiero kiedy wychodzi się ze swojej skóry i słucha się tego, czego chce ta druga strona- wtedy dopiero można to naprawdę nazwać miłością. To chyba w przypadku przypadłości, która sprowadziła nas na to forum, jest jeszcze bardziej skomplikowane- kto wie, czy nie z obu stron.
    Szkoda tylko,że ta miłość, o której potrafimy tyle pisać, często nie może być spełniona tak ,jak byśmy sobie tego życzyli- my, czyli kolejne pokolenie wychowane na bajkach o księzniczkach, zamkach i bardzo długim i bardzo szczęśliwym zyciu- zawsze RAZEM, bez względu na złe wrózki i zaklęcia...
    pozdrawiam serdecznie
  • brz_a_sk 26.08.12, 13:00
    warto ożywiać stare wątki - zanim jej archiwzator pożre

    ten wpis przyda sie do aktualnego wątku - to klikam i ożywiam

    forum.gazeta.pl/forum/w,35861,138431028,138444294,Re_oboje_BPD.html
  • 3bsp 22.10.11, 18:35
    Tekst dedykowany pasjavpraca:
    zabierając głos w dyskusji otrzymałem maila, w którym zadano mi pytanie - czy to co nazywasz intelektualizacją nie jest czasem racjonalizacją, rodzajem formacji obronnej?

    Sądzę, że nie, bo byłoby to sprowadzeniem istoty problemu do sfery racjonalizmu w ujęciu kartezjańskim.
    I tu kłaniam się mistrzowi Immanuelowi, który swą „Krytyką czystego rozumu”, rozstrzygnął mój dylemat, zaś co do trafności słowa”, które oddawało by istotę zagadnienia w ujęciu Kantowskim, chętnie bym podyskutował. Słowo „Intelektualizacja” wydało mi się najbardziej adekwatne.
    Jakby w uzupełnieniu tego co napisałem we wcześniejszych postach, by nie sprowadzić złożoności problemu do gołego tyłka na kupie potłuczonego szkła, chciałbym ci zacytować pewną historyjkę:
    Sokrates zapytany przez swych uczniów, którzy znali jego perypetie z szanowną małżonką Ksantypą, ( na podstawie opisu zachowań, bezsprzecznie osobą BPD) czy warto się żenić, miał odpowiedzieć: mimo wszystko ożeń się, jeśli dostaniesz dobrą żonę, będziesz szczęśliwy, jeśli złą zostaniesz filozofem. Zastanów się, czy nie o to chodziło w twym wątku.

    Tekst dedykowany perfekcjonizm:
    W moim przekonaniu osoby BPD w większości cechuje wysoki poziom inteligencji, a że często owa inteligencja wykorzystywana jest w bardzo brzydki sposób to już inna sprawa.
    Biorąc pod uwagę kontekst i zestaw słów, miałem wrażenie, że w jednym zdaniu wykorzystując swój potencjał, zawarłaś wyrafinowany sarkazm, co zaowocowało moją nadinterpretacją.
    Twój kolejny post, był dla mnie lekcją pokory. Bardzo ci dziękuję za tą lekcję, która uświadomiła mi zgubność uprzedzeń, które z kolei ograniczają mechanizmy poznawcze, wprowadzając nasz umysł do ortodoksyjnego getta.
    Winien ci jestem przeprosiny a czynie to tym chętniej, bo lubię twoje teksty. Dlaczego? Długo by mówić,……………… a ja kocham autentyczność.
  • perfekcjonizm 25.10.11, 15:10
    3bsp napisał:
    > Winien ci jestem przeprosiny a czynie to tym chętniej, bo lubię twoje teksty. D
    > laczego? Długo by mówić,……………… a ja kocham
    > autentyczność.

    O tak, tak do mnie pisz :*******

    --
    zatrzymajmnie.blogspot.com/
  • 3bsp 22.10.11, 18:38
    Tekst dedykowany exstranowa:
    Napisałaś piękne słowa:
    >kochasz czyli robisz wszystko aby TA OSOBA była szczęśliwa
    Te słowa to przecież parafraza Imperatywu Kategorycznego mistrza Immanuela, który to imperatyw jako zasada etyczna brzmi: należy postępować zawsze wedle takich reguł, co do których chcielibyśmy, aby były stosowane przez każdego i zawsze.
    Ja mam taką teoryjkę, że w relacjach BPD partner, wszystko co dobre i szlachetne w nas, obraca się przeciw nam, ponieważ poprzez tę relację, nagminnie łamane jest prawo moralne w nas a to rodzi wewnętrzny podział, którego skutkiem jest cierpienie.
    Nie rozumiemy tej relacji, stąd nasze osamotnienie, zagubienie i dezorientacja. Próba „wydostania się na powierzchnię” z zagubienia, to znów powrót do Imperatywu Kategorycznego i tak w koło(błędne), które to koło skutkuje uzależnieniem (przestajemy być wolni i rezygnujemy ze swej podmiotowości). Nawet drut stalowy, mimo swej wytrzymałości pęka, gdy go przegniemy setkę razy a im twardszy tym szybciej pęka.
    Mój stosunek emocjonalny do BPD i ich partnerów jest taki, że mam ochotę ich przytulić, lecz jeśli chodzi o bliskie relacje miedzy nimi, to tu już jest ambiwalencja ze wskazaniem na wrogość. Jestem zdeklarowanym przeciwnikiem takich związków i nazywam je diabolicznymi. Miałem okazję obejrzeć film nakręcony amatorską kamerą obrazujący relację BPD i partner. Wydawało się nieprawdopodobnym, że osoby trzecie, które pojawiły się w trakcie zajścia biorą stronę agresora. Jak u Davida Coperfielda wszystko stało się iluzją a kat zamienił się w ofiarę. Diaboliczność doprowadzona do perfekcji tak wielkiej, że aż mnie zadziwiła, mimo, że nie jedno widziałem, słyszałem i czynnie uczestniczyłem.

    Co do mnie, to nie myśl sobie, że jestem człowiekiem wolnym od słabości i że nie popełniam błędów ale mą moc daje mi wola życia, które kocham uparcie i skrycie oraz świadomość, że wszystko jest możliwe dopóki serce bije. To moja wola istnienia, która trochę odbiega od stereotypu. Rzecz w tym, że dawniej na słowa jaki powinienem być, czułem się jak koń smagany biczem, zapominając zupełnie kim jestem. Dziś na takie słowa mam jedną odpowiedź – gest Kozakiewicza a na żądanie jestem głuchy jak 100 letnia włókniarka, na prośbę zaś otwieram na oścież swe serce, z radością dzieląc się sobą.
    To co piszesz jest mi dziwnie bliskie i znajome. Ja Ciebie słyszę i rozumiem. Byłbym wielce rad, gdybyś zechciała do mnie napisać na maila.
    Pozdrawiam
  • extranova 17.11.11, 14:02
    Jeżeli tylko znajde wreszcie wolną, wieczorną chwilę z miłą chęcią podyskutuje. Musze tylko się do tego intelektualnie przygotować:) pozdrawiam serdecznie i dziekuje
  • 3bsp 19.11.11, 18:44
    extranova napisała:


    > Musze tylko się do tego intelektualnie przygotować:)

    A co to ja cenzor intelektu. Jak się przygotujesz, to nie będziesz sobą tylko intelektem a wtedy nasza rozmowa będzie wyglądała tak; ble ble ble......... nic.

    Pozdrawiam
  • extranova 21.11.11, 10:31
    chodziło mi raczej o odpowiednie nastrojenie się. Nie zamierzam gorączkowo przeglądać filozoficznych ksiąg, bez obaw:)
  • spaprany 09.01.12, 03:51
    Ja do dziś nie wiem, czy moja pani ma bpd, czy coś bardzo podobnego, ale co do treningu świadomości miałem bardzo podobną refleksję. Trening to za dużo powiedziane, ale taki związek to na pewno doskonała okazja, żeby się pogodzić z tym, że sami jesteśmy "zepsuci". Dlaczego?

    Ogólnie rzecz biorąc sprawa jest dość prosta: nikt "zdrowy emocjonalnie", czyli świadomy własnej wartości, pozbawiony autodestrukcji, szanujący siebie należycie - nie będzie tkwił w związku z bpd. Te wszystkie relacje, które trwają miesiącami, a czasami latami oparte są na wzajemnej chorej wymianie chorych potrzeb.

    Toksyczny związek przy odpowiednim podejściu daje mnóstwo kurewsko niewygodnej samoświadomości. Każdy, kto nie ucieka od wglądu w siebie w końcu trafia na magiczne pytanie: dlaczego tkwię w relacji, która nie daje mi szczęścia?

    Zdrowy człowiek stawia zdrowe granice, a te, zwłaszcza w przypadku nie zdiagnozowanego bpd, pozbawionego świadomości problemu - są nie do postawienia. Proste jak drut. Zdrowy człowiek dochodzi do punktu, w którym mówi sobie "jeżeli nie będą spełnione warunki a, b i c - nie będę szczęśliwy i odejdę, bo a miłość ma być po to, żeby pomagać w szczęściu a nie w nim przeszkadzać". A jak już powie sobie - mówi to samo partnerowi i jeżeli granice są dalej łamane zwyczajnie odchodzi. Nie oferuje miłości komuś, kto notorycznie łamie niemal wszystkie podstawowe zasady każdego satysfakcjonującego związku.

    Stan zakochania i miłość to dwie bardzo różne rzeczy. Zakochanie to czyste emocje, miłość to kwestia wyboru. Jeżeli ktoś "wybiera", czyli lokuje swoje uczucie w kimś, kto nie daje poczucia bezpieczeństwa, nie pozwala na zaufanie, chronicznie okazuje brak szacunku - to jest świadectwo patologii i poważnej usterki emocjonalnej.

    Z moich obserwacji wynika taka refleksja: trwała relacja z bpd to przeważnie (jeżeli nie zawsze) związek osoby nałogowo potrzebującej bliskości (partner bpd) i osoby nałogowo uciekającej od bliskości (bpd). To nic innego, jak to słynne przyciąganie się przeciwieństw.

    Najśmieszniejsze jest to, że jedno i drugie w prawdziwej, dojrzałej bliskości średnio się realizuje z identycznej przyczyny. U podstaw obu "schorzeń duszy" leży zagubienie, kiepsko zdefiniowane "ja" i niskie poczucie własnej wartości. Obydwie strony w głębi duszy nie wierzą, że zasługują na zdrową miłość, tyle że u jednej strony ten brak wiary realizuje się w patologicznym zabieganiu o miłość, a u drugiej strony - w patologicznej ucieczce od wszystkiego, co mogłoby tę miłość niebezpiecznie przypominać.

    Ja na przykład nałogowo dążę do bliskości, moja kobieta dopuszcza do niej po czym nałogowo od niej ucieka. Znam ją i ten mechanizm na wylot, nie raz co do dnia przewidziałem rozwój wypadków, chociaż obcuję z nią tylko kilka miesięcy i to na odległość. U nas nie ma agresji werbalnej ani fizycznej, nie doświadczam nienawiści, zdrad ani niczego z tych rzeczy. Doświadczam jedynie kompletnego wycofania mojej partnerki. W momencie, kiedy się zorientowałem, jak ta maszyna działa - zacząłem faktycznie wnikać w siebie, swoje dzieciństwo i swoją duszę.

    Prawdopodobnie gram w prastarą grę, której nauczyła mnie matka. Od dziecka moje decyzje były torpedowane, ja krytykowany za wszystko i uważany za takiego, co sobie nie da z niczym rady.
    Na przemian dowartościowywany i negowany. I tak się toczy moje dorosłe życie. Ląduję w bardzo intensywnych związkach, w których doświadczam wielkiej bliskości i wielkiego odrzucenia. Na przemian czuję się bardzo wartościowy i kompletnie do dupy, a najgorsze jest to, że taka huśtawka mi jest patologicznie potrzebna. Banalne to wszystko. Taki schemat mam wpieprzony do łba od pierwszego oddechu, takie życie znam, inaczej nie umiem.

    Z takiej świadomości wychodzi szereg bardzo cennych odpowiedzi na pytania, które niektórzy zadają sobie po wstaniu i przed spaniem do urzygu. Na przykład doskonale wiem, że jeżeli by się spełniło moje marzenie i moja dziewczyna w cudowny sposób osiągnęłaby uczuciową stabilizację - ten związek by się rozpadł, ponieważ patologicznie funkcjonalny układ przestałby istnieć. Miliony osób tkwiących w takich toksycznych związkach marzy o tym, że "ON/ONA się może kiedyś zmieni...", a nie widzą jednego - odpowiedzialność za to, jak ten związek wygląda i ile trwa spoczywa w identycznej mierze na obydwu stronach!

    Żeby zmienić stan rzeczy moim zdaniem potrzebna jest terapia z obu stron, bo partner bpd musi wyjść z patologicznej jak sam skurwysyn roli ofiary, przecież to jest jasne. To, co niszczy, rozpieprza psychikę i zżera obie strony w takich relacjach to nie jest "nieumiejętność kochania", tylko poważny problem z autodefinicją, nieumiejętność prawidłowego postrzegania siebie w oderwaniu od relacji międzyludzkich. Tak można pisać tygodniami, choćby o słynnym "jeżeli nie kochasz siebie - nie będziesz umiał pokochać kogoś". Chciałbym zobaczyć istotę, która tkwi w związku z bpd, a zarazem jest świadoma swojej wartości i uczciwie kocha siebie ;)
  • 3bsp 09.01.12, 12:39
    spaprany napisał:


    Chciałbym zobaczyć istotę, która
    > tkwi w związku z bpd, a zarazem jest świadoma swojej wartości i uczciwie kocha
    > siebie ;)

    Ja też. To byłby cud. Za fajny esej dedykuję raz jeszcze wierszyk:

    Gdy szukam właściwych słów
    By spuentować relację BPD i związki
    Nieodmiennie przychodzą mina myśl trzy słowa:
    Burdel, serdel, Powązki.

    Witaj w klubie oświeconych

    Pozdrawiam: 3bsp@wp.pl
  • czita88 09.01.12, 14:14
    3bsp napisał:

    > spaprany napisał:
    >
    >
    > Chciałbym zobaczyć istotę, która
    > > tkwi w związku z bpd, a zarazem jest świadoma swojej wartości i uczciwie
    > kocha
    > > siebie ;)
    >
    > Ja też. To byłby cud.


    Ja chciałabym doznać tego cudu na własnej skórze ;-) .... I świadomie być, a nie tkwić !!! Tkwić to można w pierdlu.
    Kolega wyżej ma dużo racji. Osobiście nie trafiłam jeszcze chyba na taką osobę (faceta) i nie wiem czy oni nie istnieją czy to ja źle wybieram, lub podświadomie unikam takich osób... Ucieczki od bliskości, od partnera.. Jak można nie uciekac widząc że druga osoba się od ciebie uzależniła, mówi że nie może bez ciebie żyć (:o), nie daje ci swobody i nie cieszy się własnym życiem... I jej zachowanie wyraźnie mówi o tym że czuje się niepewna moich uczuć, nie wierzy w nie a jednocześnie bardzo ich pragnie. Gdy widzi się że ta osoba jest słaba. Jak ja. Gdy nic nie rozumie. A uzależnia swoje szczęście ode mnie. To przeraża.
    Marzę o kimś, kto wie czego chce, kto będzie tak wrażliwy jak ja, nie będąc jednocześnie słabym. O kimś kto będzie kochał siebie bardziej niż mnie, będzie zwariowany ale zdrowy :). Kto szanując mnie będzie szanował siebie. Nie będzie wszystkiego tolerował, ale będzie chciał zrozumieć. Będzie cierpliwy, ale nie da sobie wejść na głowę. Kto wreszcie wyznaczy jakieś granice. Kto pozwoli mi zajrzeć do swojego wnętrza bez oporów ale nie pozwoli mi się tam panoszyć ;)... Powie o swoich oczekiwaniach, w ogóle będzie umiał rozmawiać. Kto mnie zafascynuje, ale nie popadnę w idealizację (to chyba najtrudniejsze :() Hmmm tak też możnaby długo...
    W dotychczasowych relacjach było źle (choć pamiętam przede wszystkim wspaniałe chwile), ale to nie znaczy że marzę żeby było dobrze = normalnie. Chciałabym żeby moje "uciekanie" i moje emocje nie były czymś dziwnym, skoro są częścią mnie. Chciałabym być postrzegana jako całość (do tego potrzeba wyobraźni) a nie jako fajna laska z odchyłami/skłonnościami depresyjnymi i autodestrukcyjnymi/z przeszłością... To mój temperament, moja przeszłość, moje ja. Gdy ktoś na wstępie mnie przekreśla, ocenia i szufladkuje, a mimo to nie idzie w długą, to naprawdę nie chce mi się starać. Od ciągłej krytyki, żali czy ataków dużo lepsza wydaje mi się otwarta, szczera, spokojna rozmowa, aby zrozumieć się nawzajem i postawienie rozsądnych warunków, ustalenie ich razem. Wolę dalej pracować nad pokochaniem siebie niż nad związkiem bez przyszłości, gdzie nie czuję się akceptowana i nie wiem o co kaman. Kiedyś lubiłam tkwić w związkach co do których byłam pewna że i tak się rozpadną, nie widziałam dla nich przyszłości.. Był sentyment, było poczucie winy niepozwalające opuścić, chwilami lęk przed samotnością. To chyba najgorsze co im robiłam? Pozwalałam im marzyć o wspólnej przyszłości, chwilami też oddając się tym fantazjom. Teraz już wiem że lepiej być samą i dążyć do pełnej akceptacji siebie, bo bez tego nie uda mi się być z kimś naprawdę.
    A wam gratuluję że widzicie co z wami nie tak ;). To jest straszne, przygniata do ziemi, ale wolę dostrzegać coraz więcej niż udawać że tego nie ma...
  • spaprany 09.01.12, 18:22
    Czyli moja droga nihil novi - oczekujesz od swojego potencjalnego partnera tego, żeby był ideałem. Achtung, mogę się mylić, albo przez przypadek Cię urazić.

    Nie trafiłaś na takiego partnera, bo tacy ludzie (nie tylko mężczyźni) po prostu nie istnieją. Partner idealny musiałby mieć tak płynną naturę, jak Ty, ale tylko przy jednym założeniu. Jego emocje powinny zasuwać z Twoimi emocjami w idealnie zgranej sinusoidzie, przy czym dodatkowo powinien stanowić mózg związku, myśleć racjonalnie za Ciebie wtedy, kiedy Ty nie jesteś do tego zdolna. Odczytywać w locie stan Twojego ducha i jak kameleon przybierać taką formę, w której akurat w tym momencie będzie dla Ciebie ideałem. Bez poczucia straty i bez żalu przestawać Cię potrzebować, usuwać się w kąt wtedy, kiedy Ty przestajesz potrzebować jego. Ukrywać swoje uczucia, żeby Cię nie przestraszyć. Wszystko wybaczać, bezwzględnie tolerować, ale zarazem stawiać granice?

    Wrażliwość i słabość zawsze idą w parze. Dla silnej jednostki możesz być jedynie doraźną kochanką, bo nikt silny i dojrzały nie da Ci "za darmo" więcej, niż Ty jesteś w stanie zaoferować. Może cholernie trudno zachować wiarę w Twoje uczucie dlatego, że Ty sama regularnie w nie wątpisz? Jeżeli taki ktoś zbliży się do Ciebie dostatecznie, odczytuje te gigantyczne zmiany w Twoim podejściu do niego, choćbyś z całych sił dla dobra sprawy próbowała to ukryć.

    Zastanów się, czy Twoje oczekiwania względem partnera nie są czasami większe, niż oczekiwania względem samej siebie. Twój ideał to ktoś, kto posiada wszystkie cechy, które w sobie lubisz i jednocześnie nie posiada żadnej z tych, których w sobie nienawidzisz. Sama będąc słaba i pełna wad jednocześnie nie pozwalasz nawet na chwilę słabości i nie dajesz prawa do wad swojemu partnerowi? Dewaluację masz we krwi i nie łudź się, że spotkasz kogoś, kto temu w Twojej głowie nie ulegnie. Chcesz akceptacji? Akceptuj. Marzysz o kimś, kto wie, czego chce? Ty się dowiedz, czego chcesz. Przecież Ty nigdy do końca nie będziesz pewna, czy chcesz z nim być, czy nie.

    Jak wyobrażasz sobie, żeby ktoś akceptował Twoje słabości i ucieczki, a jednocześnie umiał postawić granicę? Widzisz, pierwsza granica, którą powinienem postawić odnosi się właśnie ucieczki. To, co Ty nazywasz ucieczką, ja odczuwam jako odstawienie na półkę, wyrzucenie zabawki i nie umiem się z tym pogodzić. Jeżeli gdzieś miałbym stawiać granicę to w pierwszym rzędzie tutaj i już cały plan bierze w łeb, bo przecież "Wam trzeba pozwolić na ucieczkę".

    Popatrz na taki przykład: moja kobieta potrafi w ciągu sekundy obrazić się za damski ch... i kręcić dym. Ilekroć wpadałem w nerwy, mówiłem, że bez powodu niszczy nasz wieczór, mi się to nie podoba i wychodziłem - było po wszystkim. Kiedyś to, co wygadywała było tak irracjonalne, że nawet się nie odezwałem. Po prostu zacząłem się z politowaniem uśmiechać. Pozwoliłem jej popyskować i poujadać, pozostałem niewzruszony, nie dałem się w to wkręcić, dałem prawo do głupoty jak małemu dziecku, "potiutiałem", wbrew jej szalejącej wściekłości przytuliłem i stał się cud. Nerwy z niej zeszły a za minutę wisiała mi na szyi i była wielka miłość. Do dziś nie wiem, jak to działa - tak jakbym przeszedł jakiś mega test, jakby była mi wdzięczna za to, że nie uległem jej humorowi i wbrew jej żądzy destrukcji uratowałem wieczór. Od tamtej pory wiem, że w takich sytuacjach sprawdza się akceptacja, nie stawianie granic.

    Stawianie granic stoi w kompletniej sprzeczności z akceptacją tego, co się z Wami dzieje. Wieczna asymetria zaangażowania to jest problem, który cholernie ciężko przeskoczyć. Ustalacie pewne zasady, które potem bez słowa i bez przyczyny przestają być aktualne. Sprzeczne komunikaty, schizofrenia emocjonalna. "Jedna z Was" generuje wielką wspólnotę serc i dusz z partnerem, gorączkowo potrzebuje i w nadmiarze daje, a za moment znikąd pojawia "druga z Was", wszystko zabiera i wyrzuca na śmietnik to, dostaje. Chciałabyś targać emocjami partnera jak fala tratwą, a on powinien to dzielnie znosić, ale zarazem być wrażliwym? Zrozum, wrażliwy przy Tobie zwariuje, silny od Ciebie ucieknie.

    Cierpliwa akceptacja Ciebie, Twoich lęków i huśtawek oraz tego, jak wpływają na relację oznacza całkowitą rezygnację z zaspokojenia podstawowych potrzeb, które są zaspokajane w zdrowym związku. Choćbym nie wiem jak starał się zaakceptować moją kobietę taką, jaka jest - notorycznie dopada mnie poczucie braku bezpieczeństwa, pytania o lojalność, trudność z zaufaniem, niepewność jutra. Uniemożliwia normalne życie niemożliwość zaplanowania czegokolwiek nawet z kilkudniowym wyprzedzeniem. Moja partnerka ma takie stany emocjonalne, w których niezależnie od niczego wizerunek mnie i naszej relacji w jej głowie zmienia się o 180st. Wizja naszego spotkania generuje w niej niechęć i paniczny lęk, nad którym ona nie ma kontroli. Żeby poczuć, że jej na czymkolwiek zależy muszę dać jej odczuć, że mam ją kompletnie w dupie. Jeżeli ona wyczuje, że mi zależy na spotkaniu - momentalnie się wycofuje. Wciska mi kity wymyślając 150 "racjonalnych" przyczyn, dla których nasze spotkanie jest niemożliwe. Znam ją na wylot i tego nie łykam. Zwyczajnie mnie boli, że robi ze mnie idiotę, urąga mojej i swojej inteligencji i burzy moje zaufanie. Nie raz ją prosiłem o to, żeby nauczyła się choćby zdawkowo mówić mi o prawdziwej przyczynie, zamiast rzucać argumenty nie do kupienia. Nigdy jej na to nie stać. Nie wiem, być może ona sama nie wie, co się z nią dzieje i sama przed sobą racjonalizuje swoje decyzje, sama wierzy w te "argumenty". Ja nie umiem tego odbierać inaczej, jak brak szacunku.

    Słowa, że ktoś bez Ciebie nie może żyć są straszne, bo takie uzależnienie od drugiego człowieka to prawdopodobnie dla Ciebie najczarniejszy horror. Czy taka permanentna bliskość to nie jest właśnie to, przed czym gorączkowo uciekasz? Na ten temat już wszystko zostało napisane. Ktoś, kto twierdzi, że nie może bez Ciebie żyć kładzie na Twoje barki olbrzymią odpowiedzialność. A jak możesz wziąć odpowiedzialność za kogoś, skoro nie odpowiadasz za samą siebie? Inna sprawa, że mężczyzna NIGDY nie powinien sobie pozwalać na takie wylewne peany i wcale się nie dziwię, że uciekasz. To świadczy o tym, że obiekt jest dostępny jak bilet autobusowy i zdobyty, co się wiąże z lawinową utratą szacunku, pożądania i innych drobiazgów niezbędnych do trwania związku, nie tylko z bpd.

    W każdym razie tam, gdzie kończy się zauroczenie a zaczyna miłość - pojawia się stabilizacja i zobowiązanie. Wasze mechanizmy są skonstruowane tak, że niszczycie w zarodku wszystko, co zmierza do stabilizacji, a wszelkiego zobowiązania boicie się jak diabeł święconej wody. Sad but true.
  • czita88 09.01.12, 20:16
    Wiesz, jestem w szoku, skąd Ty się tu nagle pojawiłeś... Skąd wiesz to wszystko :) ??? A Twój powyższy post to chyba sobie wyryję na ścianie..

    Boję się zniewolenia cholernie sie tego boję. Deklaracji, swoich zachowań, uczuć. Nie ufam im. Nie ufam partnerom. Będąc szczęśliwą (co się zdarza) napawam się tym maksymalnie bo wiem, że za kilka(naście) godzin czar pryśnie. Boję się tej odpowiedzialności o której piszesz, tego że mam na kogoś tak duży wpływ (na jego samopoczucie, psychikę, uczucia). To nie do zniesienia na dłuższą metę.

    "Jeżeli ona wyczuje, że mi zależy na spotkaniu -
    > momentalnie się wycofuje. Wciska mi kity wymyślając 150 "racjonalnych" przyczyn
    > , dla których nasze spotkanie jest niemożliwe. Znam ją na wylot i tego nie łyka
    > m. Zwyczajnie mnie boli, że robi ze mnie idiotę, urąga mojej i swojej inteligen
    > cji i burzy moje zaufanie. Nie raz ją prosiłem o to, żeby nauczyła się choćby z
    > dawkowo mówić mi o prawdziwej przyczynie, zamiast rzucać argumenty nie do kupie
    > nia. Nigdy jej na to nie stać. Nie wiem, być może ona sama nie wie, co się z ni
    > ą dzieje i sama przed sobą racjonalizuje swoje decyzje, sama wierzy w te "argum
    > enty". Ja nie umiem tego odbierać inaczej, jak brak szacunku."

    Znam ją na wylot - hmm... Gdy ktoś mi tak śmie powiedzieć to mam ochotę go .... . Też mi to zarzucano co Ty swojej kobiecie, ale z mojej perspektywy nie było nigdy tak jak jej zarzucasz. Po prostu zmienia się w takim momencie hierarchia wartości. Ja np. mam ciągły problem z brakiem czasu i mnóstwem rzeczy, które chciałabym/powinnam/muszę zrobić. I gdy dewauluję faceta (z różnych przyczyn) to przesuwa on się w tej hierarchii ostro w dół. Czuję że nie potrzebuję tego spotkania, myślę bardziej praktycznie i logicznie (tak przynajmniej ja to postrzegam) i widzę, że wcale nie chce mi się z nim widzieć i robić tego co zawsze, skoro mogę przyjemniej/pożyteczniej spędzić czas... Rutyna to coś co zabija moje związki niemal tak skutecznie jak bpd :)... A potem, w dramatycznych okresach (rozstania, awantury, depresja) za tą właśnie rutyną, regularnością - dającymi jakieś złudzenie bezpieczeństwa, ciepła i bliskości - cholernie tęskniłam... I nie ściemniałam nigdy świadomie co do niemożności spotkania się (chyba że miałam spotkać się z kimś innym i wolałam żeby partner nie wiedział ale to już inna historia...).

    " To, co Ty nazywasz ucieczką, ja odczuwam jako
    > odstawienie na półkę, wyrzucenie zabawki i nie umiem się z tym pogodzić."

    To zdanie mi daje naprawdę dużo do myślenia..
    Ale czy wśród "normalnych" ludzi nie jest wiele potrzebujących sporo czasu tylko dla siebie? "Odrobiny" samotności? To nie jest naturalne?

    Schemat z przykładu jaki podałeś kilka razy wspomniałam tu na forum - na mnie to też działało... To nie jest żaden test (ile razy mamy wam przypominać że my nie robimy zazwyczaj nic głupiego świadomie czy celowo, ale w emocjach i bez namysłu ?) , po prostu przypomniałeś jej jak bardzo ją kochasz... Nie potrafię tego dobrze wyjasnić... Zdusiłeś jej nienawiść, ugasiłeś zalewając czułością... Ja się wtedy czułam jak mała dziewczynka, złośnica nieznośna. I poczułam że on I TAK mnie kocha. To jest piękne. Ale przy dużych i poważnych konfliktach, awanturach się nie sprawdzało, jestem wtedy nabuzowana i nie mogę znieść fizycznej bliskości, potrzebuję powietrza (wyjść) i nie mogę myśleć... Straszne.

    Wszyscy przy mnie wariowali... Dosłownie dostawali na łeb. Miażdżyłam ich, gdy odchodziłam nie wiedzieli już kim są. Nie wiem jak inni, ale ja od dłuższego czasu mam autentyczne wyrzuty sumienia zauraczając sobą kolejnego faceta. Czuję się, mimo iż jestem sobą, jakbym go oszukiwała. Przecież i tak, jeśli będzie chciał się we mnie zagłębiać, to doczeka się słonego rachunku za początkową euforię, zrozumienie, przyjemność. Jestem czarownicą, jestem okropna. Najgorsze, że zawsze na początku jest nadzieja, że to ten, że jest zupełnie inny od tamtych (przede wszystkim mądrzejszy) i przy nim pozostanę dobra... Jedyne pozytywne zjawisko jakie widzę, to że rzeczywiście chyba "idę" w dobrym kierunku... Powoli, ale chyba jest ciut lepiej. Tylko ja nie chcę uczyć się na wielu...To nieludzkie. Tym bardziej boję się zaczynać.

    Wydaje mi się, że tego czego potrzebujemy, to nieustanna samokontrola, ciągłe stawianie się na m-cu partnera (ja od około dwóch lat zaczęłam to robić, czasami, i nie raz byłam zszokowana i porażona tym co ja czułabym na jego m-cu, jak on to znosi??), ciągła praca i myślenie... Cholernie mnie to smuci. Ja kocham spontaniczność, namiętność i nienawidzę zastanawiać się co powiem zanim to zrobię, bo brzmi to wtedy cholernie sztucznie... Ale chyba powinnam :( ... Nie lubię też obserwowac tego jak związek na mnie wpływa, jak mnie ogranicza, tłumi, stresuje, napawa smutkiem (kłótnie, spory - to i autoanalizy, czarne myśli, poczucie beznadziei, utrata wiary w zrozumienie, w przyszłość...)... Na początku znajomości czuję się bosko - jestem sobą, jestem jeszcze wolna, moja wyobraźnia króluje, wzbudzam jego zachwyt, ja jestem zauroczona nim, są motyle, świat jest piekny... A potem niepostrzeżenie pojawia się szara rzeczywistość, wady partnera wyłażą spod ziemi i rosną, stają się olbrzymie, aż do nieznośnych rozmiarów i szukam drogi ucieczki, widzę z przerażeniem, że znowu nic z tego... Potem najgłupsze wg mnie - tęsknota i powrót i tak wciąż, by na końcu najbardziej tego właśnie żałować - po co wtedy jednak wróciłam...
    Chyba, to trochę drastyczne, ale powinniśmy od początku zdecydować, czy coś chcemy razem stworzyć, czy nie, i może od początku pilnować się, nie idealizować, tylko właśnie szukać wad i wyobrażać sobie życie z nimi... Zakochiwać się równocześnie w nich. A na pewno nie lekceważyć, nie zamiatać pod dywan... Widzieć drugiego człowieka, a nie swój ideał. Hmmm...

    Wiem, że dałam mały koncert życzeń wypisując najważniejsze cechy tego, kogo szukam... Ale chyba jedni są lata świetlne od niego, a inni bliżej? Wiem, że przede wszystkim muszę zmienić swój sposób myslenia, to i świat się zmieni. I coś jeszcze - im bardziej się angażuję, "włażę" w związek, im bardziej kocham (lub jakkolwiek to nazwać) partnera i uzależniam się od niego, tym bardziej go ranię, niszczę, tym straszniejsze są moje obelgi, moja nienawiść, moje świństwa ;( !!!!!!!!!! Jak, mając takie doświadczenia, mam się ku*wa nie bać ;( ...
  • spaprany 09.01.12, 23:02
    Tutaj pojawiłem się nagle, owszem. Jestem panem, który zapewne na skutek własnych niedoskonałości notorycznie ląduje w związkach z zaburzonymi kobietami. Cechuje mnie ogrom empatii, jakaś tam wiedza z zakresu psychologii i umiejętność kojarzenia faktów. Bardzo kocham swoją prawdopodobnie chorą miłością, zawsze gorąco wierzę w przyszłość i zawsze dążę do naprawy tego, co kuleje w związku. Jestem koszmarnym partnerem dla zaburzonych, bo bardzo szybko buduję z nimi bliskość, bardzo szybko do nich docieram, powoduję w nich stado galopujących emocji i błyskawicznie ściągam na siebie całe "dobrodziejstwo inwentarza". Słowem nigdy nie ma letnio, wielka miłość, za którą - wiadomo - wiernie człapie wielka nienawiść. Na domiar złego taki ze mnie skurwiel, że w samoobronie bezlitośnie rażę w czułe punkty.

    W ten sposób drzewiej w ciągu niecałego roku rozłożyłem na czynniki pierwsze panią z potężnym syndromem dda. Po okresie burzliwego zakochania zaczęła kompletnie wariować z bliskości, zrobiła mi mnóstwo krzywdy. Zorientowałem się o co biega dość szybko. Skutki były fatalne, ponieważ popełniłem głupotę: lekkomyślnie pokazałem jej za dużo. Doszło do tego, że zalewała się łzami na sam mój widok. Stwierdziła, że zabrałem jej umiejętność życia, a ja nie potrafiłem jej pomóc ani zmotywować do terapii. Rozstaliśmy się w wielkich bólach. Patowa sytuacja i zmęczenie materiału tak ogromne, że w zasadzie nie było co zbierać.

    Teraz trwam przy kobiecie, która prawdopodobnie ma bpd. Jeżeli nie to coś bardzo podobnego. Zaczęło się oczywiście kurewsko niewinnie, początek był cudowny. Wspólne pasje, wielkie porozumienie, świetny seks, ale szybko zaczęły się schody. Na początku pomyślałem, że to po prostu rozpieszczona egoistka, która "nie wie, czego chce", ale coś tu nie pasowało. Przez kilka miesięcy naprzemienne okresy wielkiej bliskości i wielkiej obojętności. Bez racjonalnej przyczyny odrzuciła milion propozycji wyjść i wyjazdów, zepsuła wiele wieczorów. Gadaliśmy nie raz, prosiłem, żeby powiedziała, co się dzieje, bez skutku. Przeważnie również w milczeniu zalewała się łzami, kilka razy dostała pod wpływem tego, co powiedziałem jakichś histerycznych drgawek. Kilka tygodni temu miała drobny epizod depresyjny z drobnym aktem autoagresji. Przez pół roku kurczowo utrzymywała, że nie jesteśmy razem, chociaż żyliśmy jak para. Ta kobieta nigdy nie powiedziała mi ani słowa o tym, co czuje i myśli, nie pomogła mi się poznać ni w ząb. Sam sobie jakoś poradziłem. Jesteśmy po bardzo trudnej rozmowie. W zasadzie ja pytałem, ona głównie kręciła albo kiwała głową. Znacznie częściej kiwała, bo, jak sama powiedziała, za dobrze ją poznałem i bardzo jej z tym źle. Znowu doszło do ekstremalnie dużej bliskości i możecie się domyślać, jakie są efekty.

    Pod wpływem naszej rozmowy podjęła decyzję o wizycie u psychologa. Muszę wierzyć, że utrzyma to postanowienie, bo (jak zwykle) w nas wierzę, chociaż wszyscy moi bliscy chyba już dawno przestali. Na moje nieszczęście wciąż jakoś przenikam przez tę jej zbroję, której tak gorączkowo strzeże. I cóż - kocham ją, nie ważne, czy chorą, czy zdrową miłością.
    Swoją drogą ja też planuję psychologa. W życiu zdarzają się cuda. Może uda nam się równolegle poodbudowywać siebie i "żyli długo i szczęśliwie"? :D
  • czita88 10.01.12, 00:21
    " jak sama
    > powiedziała, za dobrze ją poznałem i bardzo jej z tym źle."
    i
    "Przeważnie również w
    > milczeniu zalewała się łzami, kilka razy dostała pod wpływem tego, co powiedzi
    > ałem jakichś histerycznych drgawek."

    Ech... Nie wiesz co wspomnienie, skojarzenie, myśl + wielkie emocje potrafią zrobić z ciałem :-( .... Drgawki to bardziej wskazują na lęk, przerażenie, traumę :(... Prawdopodobnie dużo przeżyła (tak to już jest z nami, pewnie też niełatwe dzieciństwo)... Gdy ja mam złe dni, siedzę i myślę o swoich patologiach, swojej nienormalności i wspomnieniach to potrafię płakać parę godzin.... Nie wiem ile ona ma lat, ale może jest mądrzejsza ode mnie i dlatego nie chce Ci za dużo o sobie mówić... Nie dziwię jej się... Nie ma się czym chwalić... Ja zawsze żaluję każdego nawet zdania o sobie.... O swojej przeszłości, o byłych związkach, o zaburzeniu, leczeniu, bólu... Wypowiedzianego przy kimś z kim potencjalnie nawet mogłabym stworzyć związek... Niby to pomaga budować bliskość i zrozumienie, mówienie o swoich lękach, przeszłości, ale ja np mam naprawdę masę plam na swojej historii, mnóstwo błędów i obrzydliwych rzeczy, wstydze się tego i to strasznie rzutuje na obraz mojej osoby, tym bardziej że to nie są zdarzenia gdzieś z dalekiej przeszłości ;( tylko z ostatnich lat i m-cy.... Wolelibyście wiedzieć czy lepiej zachować to dla siebie??? Ja dużo widziałam, przeżyłam więc wolałabym wiedzieć o wszystkim, wszystko przetrawię, bo liczy się to jaki partner jest teraz, nie robilam nigdy wyrzutów o przeszłość, ale w moim przypadku mało kto chyba jest w stanie to znieść i zaakceptować :(.... Mówiłam już i to bardzo zapada w pamięć... Byłam niewierna, nie szanowałam się, byłam zwykłą szmatą, więc od razu założenie (zwłaszcza w chwilach wątpliwości, które jak piszesz, sama wywołuję swoim typowym zachowaniem) że teraz też taka będę, przekreślenie mnie już na początku...
    Obiecywałam sobie, że już nigdy nic nie powiem, i hmm, fiasko, ale może nastepnym razem się uda...

    " Przez pół roku kurczowo utrzymywała, że nie
    > jesteśmy razem, chociaż żyliśmy jak para."

    Hmm :)... Brzmi znajomo ;). To taki kluczyk, klin, otwarte drzwi.... Przecież my nie jesteśmy razem ! . . . My się tylko spotykamy... Pomaga, ściąga ciężar z pleców. Pozwala oddychać... Stosowałam to i przed i zamiast związków, ale przede wszystkim prawie cały rok po jednym związku... Choć to było naprawdę duże rozluźnienie sznurów... Jeden z lepszych okresów w moim życiu. On tak bardzo był (i jest wciąż) ode mnie uzależniony, że wolał być w pobliżu i cierpieć (zdradzilam kilka razy, bo nie musiałam być mu wtedy wierna, już bezczelnie), znosić moje odtrącenie i nagłe przypływy czułości, tęsknoty i miłości, niż zachować honor i odejść... A dla mnie to było wygodne, byłam potworem. Wcześniej, z mojej winy, ostro mnie poturbował (fizycznie) i ... no ciężko to zniosłam psychicznie, dlatego się rozstaliśmy, ale wybaczyłam mu to i wolałam być blisko z nim, niż szukać znowu szczęścia (i porażki) w kolejnym związku. On znał mnie jak nikt na świecie, wie o mnie wszystko absolutnie, umie rozszyfrować. Kochał i szanował mimo wszystko. Czułam się bezpiecznie. Gdy próbowałam odejść zupełnie, on się niszczył. Próbował ..... ;(. Rozwalał sobie zdrowie i życie. On też (jak Ty) mówił, że pragnie mi pomóc... Naprawdę się o mnie troszczył... Nie o banalne pierdoły, ale własnie o to, żebym nie schodziła na złą drogę... I ch... Był zbyt słaby... Ciągneliśmy tę farsę, sinusoidę zbliżeń i oddaleń, aż raz wypił, załączył mu się znowu kat i ja już tego nie mogłam wybaczyć... Zmienił mi się jego obraz i już nie chcę z nim być. Choć tęsknię, wiadomo. Jak za niemal każdym... Z każdego związku zachowuję pozytywne, piękne, szalone, bliskie wspomnienia i karmię się nimi...

    " Na domiar złego taki ze mnie skurwiel, że w samoobronie bezlitośnie rażę
    > w czułe punkty."

    Ona nie? Ja to robię perfekcyjnie... Tamten o którym piszę wyżej (w sumie juz ponad 3 lata mnie zna) wiedział, a raczej zrozumiał po setce awantur, że nie myślę tego co bluzgam, ale i tak swoje narobiłam :(... Gdy kiedyś po paru m-cach przeczytalam w telefonie eski które wysyłałam mu w furii, obrażając go, jego życie, przeżycia, duszę, ciało, słabości, rodzinę, wyśmiewając wręcz jego kompleksy, braki, sytuację ;( to wyłam z bólu ;( ;( ;( - co ku*wa mac we mnie siedzi za ścierwo, jak mam się tego pozbyć ;( ?????!!!!!

    Cała moja przeszłość mówi mi o tym, że nie zasługuję na miłość... Dlatego m.in. tak trudno ją budować. Z braku wiary, braku nadziei, lęku przed bólem, przed osądem, przed rozczarowaniem :-(....

  • spaprany 10.01.12, 00:55
    Ona - przeżyła śmiertelną chorobę kilka lat temu i to, co się dzieje to prawdopodobnie skutek kiepskiego podejścia rodziny i jej samej do tematu. Wiem, że tam było coś w stylu "musisz być twarda", no i kurwa mać teraz dziewczyna "musi być twarda", chociaż zupełnie nie jest. Nie wiem, czy to możliwe, żeby bardzo silne, traumatyczne przeżycia doprowadziły dorosłą kobietę do takiego stanu, ale biorę to pod uwagę. Dlatego potrzebny jest pieprzony psycholog. Może to nie jest nic tak ciężkiego do opanowania, jak urazy wyniesione z dzieciństwa?

    Co do czułych punktów - w tym związku nie ma cienia agresji werbalnej ani fizycznej, poza coraz w sumie rzadszymi "kłótniami o nic". Ona nie robi mi na złość, nie robi celowo przykrości, nie wykorzystuje wiedzy o mnie, żeby mnie gnoić, nic z tych rzeczy. Po prostu nie dopuszcza do rozwoju sytuacji, kurczowo hamulcuje w momencie, kiedy to zaczyna iść do przodu. Ja jej też nigdy w życiu nie zrobiłem celowo przykrości. Po prostu kiedy kolejny raz na moich oczach "dzieje się to samo" - czasami nie wytrzymuję i potrafię nie używając przekleństw ni inwektyw powiedzieć jedno zdanie, po którym jest pół godziny płaczu i doba wielkiego dystansu.

    Wiem, ile ją siły psychicznej kosztowała deklaracja, że jesteśmy razem. Ja widzę, jak bardzo ostatnio się stara i jest mi zajebiście przykro. Dlatego, że te starania idą na marne. To polega na ukrywaniu przede mną stanu faktycznego i symulacji, która ma mi zagwarantować spokój ducha, bo "przecież jest wszystko normalnie". Ze wszystkich sił ukrywa przede mną prawdziwą siebie, żebym przy niej trwał, a taka naprawa to jak reperacja zerwanej windy sznurówką. Widzę w niej mnóstwo dobrej woli, widzę, jak próbuje sama ze sobą walczyć, bo naprawdę jej zależy, ale nie daje rady, bo nie tędy droga.

    Wasza słynna samospełniająca się przepowiednia. Dokładnie przez to Wasze "i tak się nie uda" rozpieprzacie wszystko i tracicie najbliższych, jednego po drugim.

    On "był zbyt słaby"? A może to Ty byłaś zbyt słaba, żeby udźwignąć jego uczucie i uwierzyć w to, że Cię kocha za i pomimo. Może Twoja słabość odbijała się w tej relacji na tyle wyraźnie, że to Cię zjadało?

    Tak to jest, dopiero w związku wychodzicie cali Wy. Bliskość to coś, co bezczelnie zdziera z Was zbroję i stawia nagich przed lustrem. Nie pozwala Wam na oszukiwanie samych siebie. Dlatego miłość tak kurewsko boli, bo bliskość zatrzymuje mechanizmy, bez których nie umiecie żyć. Chociaż zawsze mogę się mylić, nie jestem psychologiem...
  • czita88 10.01.12, 14:54
    Każdy/a bpd jest mimo wszystko zupełnie inny... Wydaje mi się pewne że ona strasznie cierpi, uwierz mi, najgorsza jest walka ze sobą samym i swoimi słabościami, gdy nie wiesz co robić, bo świat co chwilę się zmienia (zdaje się zmieniać) i nie ma żadnej stałości. To czego bardzo chcę teraz, za dwa dni nie będzie miało znaczenia, gdy tego nie dostanę będzie mi źle, gdy dostanę, wkrótce będę miała tego dość... Lub bardzo czegoś pragnę, chcę coś robić, rozkoszuję się tym, a za dwa dni zastanawiam się jak mogłam do tego dopuścić, ale jednocześnie nie żałuję tego co przeżyłam, lub też żałuję tak strasznie, że jestem przerażona, czuję że nie mam pojęcia kim jest ta osoba w lustrze, nie umiem jej określić... Wydaje mi się że osoby głupsze ode mnie (mniej inteligentne, bardziej prymitywne) mają w sobie o wiele więcej mądrości... Wiedzą kim są, mają jakieś zasady, wiedzą do czego dążą i na czym im zależy, kochają i jakoś im to życie wychodzi...
    Na pewno powinieneś Ją wspierać, być przy niej i być cierpliwy. Nie naciskać. Rozmawiać. Nic więcej nie potrafię Ci powiedzieć... Nie umiem i czuję się ostatnią osobą na świecie, która mogłaby komukolwiek udzielać rad, sama tak bardzo pierdoląc sobie życie... To jest śmieszne... Po wczorajszych introspekcjach byłam i w sumie wciąż jestem, wykończona psychicznie i nie mogę przestać myśleć... Doszłam do wniosku że to wszystko co tu wypisuję nie ma chyba w ogóle sensu. Ja modyfikuję sobie często rzeczywistość i opisuję/ pojmuję ją taką, jaką akurat potrzebuję. Nie umiem patrzeć trzeźwo i mądrze na życie. Na związki! I na siebie. Góra albo dół, nigdy nie jest normalnie... Albo ja wszystkiemu winna i głupia albo oni, życie, los tak mnie usadził...
    Aha, i czasem wystarczy jedno dobre otwarte pytanie, zadane najspokojniej jak to możliwe, niż setka pytań domniemających co druga osoba myśli/czuje/robi/pragnie... Mów jak najwięcej o sobie, o swoich emocjach i uczuciach, nie atakuj jej, nie naciskaj, to się kiedyś otworzy ;)... Fizycznie też nie pozwala się zbliżyć? Dla mnie taka bliskość (mówiąca wszystko i nie chodzi o seks) to chyba najpiękniejszy element związku, ech ;( ...
    I żeby sprawić jej przykrość, nie musisz wcale tego chcieć, wystarczy że w nieodpowiedni sposób powiesz co myślisz, ocenisz, skrytykujesz itd... To potrafi zajebiście boleć. Bardziej niż dosadny epitet czy krzyk, bardziej nawet niż fizyczne uderzenie czy opuszczenie.. Im więcej ma wspólnego z prawdą tym bardziej boli, nawet jeśli tak nie jest... Faceci niestety rzadko kiedy są subtelni i walą prosto z mostu, często osądzając, widząc czarno na białym, nie biorąc pod uwagę wielu rzeczy... Widzą tylko czyny, nie widzą przyczyn ani uczuć....

    "> Wasza słynna samospełniająca się przepowiednia. Dokładnie przez to Wasze "i tak
    > się nie uda" rozpieprzacie wszystko i tracicie najbliższych, jednego po drugim"

    Czyli trzeba zmieni przepowiednię na "i tak wszystko rozpierdolę" co zresztą stosuję zamiennie... I tak MI się nie uda... I tak go znienawidzę, i tak będę marzyła by go zostawić, będę marzyła o kimś innym, będę naprzemiennie czuła że zasługuję na kogoś lepszego/że nie zasługuję na tego z kim jestem... I tak to już jest... Gdy zostawiam czuję że to najlepsze co mogę zrobić, potem tęsknię jak jasna cholera, żałuję że nie dałam nam więcej czasu, gdy wracam żałuję, że na to pozwoliłam... To właśnie przez facetów te wszystki chore mechanizmy mi się uruchamiają :( ! Na codzień jestem całkiem normalną osobą, raz mam doła, raz jest mi super, ale nikogo w to nie wciągam i umiem sobie sama żyć...
    A z tym byłym... Jemu wierzyłam.. Mimo wszystko, wciąż byłam pewna że mnie kocha... Przeżyliśmy wszystko co możliwe i tego było za dużo... Dlatego tak trudno zapomnieć i zerwać kontakt, ale i dlatego niemozliwe wydaje się być dalej razem i wybaczyć sobie to wszystko. Wybaczyliśmy sobie na tyle, że nie czujemy (przynajmniej ja) nienawiści ani urazu wobec siebie, ale nie na tyle, żeby móc znowu angażować się i poświęcać (głównie on się poświęcał chyba). Gdy byłam z nim nie wierzyłam, że mogę się zaangażować, że dam radę być wierna (naprawdę próbowałam...). Teraz wydaje mi sie to bardziej prawdopodobne ale pewna być nie mogę... Tu jest moja największa słabość. Ulegam..
  • perfekcjonizm 10.01.12, 15:21
    Kochani, terapia, terapia i jeszcze raz terapia... Obojga partnerów.

    Wszystko da się zmienić. No może prawie wszystko. I przestańcie - pary, leczyć się nawzajem.
    Owszem wzajemnie zrozumienie jest ważne, ale przecież wiecie, że przy bpd zrozumienie graniczy z cudem. Bo jak rozumieć ten chaos, tę zmienność, tę agresję niekiedy.

    Chodziłam trzy razy w tygodniu na sesje przez wiele lat. Brałam i biorę leki.
    Nie była to sielanka, oj nie. Raczej ciężka orka w polu.

    Dużo wcześniej zgotowałam mojemu partnerowi piekło. Wyjechał możliwie najdalej ode mnie. A ja szybko wyszłam za mąż za pierwszego lepszego, by on już nie wrócił, bym ja już nie wróciła. Biedny mój mąż, na szczęście terapia z czasem wyprostowała wiele.

    Nie ma co się zastanawiać i uczyć na błędach. Czas nastawić się na ciężką pracę i tej pracy się podjąć. "A kto wytrwa do końca zostanie wybawiony" Amen :)

    --
    zatrzymajmnie.blogspot.com/
  • spaprany 10.01.12, 17:13
    Czita, podkreślam - ja NIE WIEM, czy ona akurat ma bpd. Nie stawiam jej diagnozy, za cienki w uszach jestem. Wiem, że "coś" ją trawi.
    W sumie sporo do bpd nie pasuje: ona nie ma skłonności do ryzykownych akcji, wręcz podchodzi do wszystkiego bardzo lękowo. Zwykła podróż pociągiem albo busem to dla niej wyzwanie. Nie lubi zawierać nowych znajomości, krępuje się w obcych towarzystwach. Ponoć do czasu, kiedy mnie poznała bardzo nie lubiła kontaktu fizycznego i seksu. Powiedziała, że potrafię z nią postępować jak nikt, uwielbia się ze mną kochać i "skąd ty wiesz, jak i kiedy mnie dotykać?". Jej najbliżsi stwierdzili, że nikt na nią nie ma i nie miał tak dobrego wpływu. Przy mnie przeważnie przechodzą jej wszystkie złe nastroje. Bywało, że jechała do mnie w bardzo kiepskim stanie, po 15min. śmiała się do łez i tryskała szczęściem.

    Jest jeden warunek: musimy się spotykać u mnie. Tam, w mieście, w którym mieszka wszystko jest inaczej. Owszem, zdarzają się lepsze dni, ale głównie tam atakują jej koszmarne stany. W jej mieszkaniu dostaje największych ataków lęku, bywa bardzo kłótliwa. Czasami obraca się do tyłu, widzi mnie i jakby zobaczyła diabła, podskakuje, ma przerażenie w oczach i dostaje palpitacji. Tam bardzo pilnuje, żeby nikt się nie dowiedział, że jesteśmy razem, chociaż i tak wszyscy wiedzą od miesięcy. Tam nie ma mowy o publicznej bliskości, na imprezach traktuje mnie jak kolegę, tutaj - wiesza mi się na szyi, łapie za rękę, wszystko jest "normalnie".

    Zawsze powtarza się schemat: zmusza się do przyjazdu tutaj. To trwa kilka dni, zwleka z decyzją, przekłada to w nieskończoność, wymyśla setki przyczyn, dla których "nie może", jeżeli się jakimś cudem zbierze - są 2-3 dni i noce sielanki. Wyjeżdża, są kolejne 2-3 dni wielkiej tęsknoty. Wtedy planuje, wydzwania, pisze, okazuje zazdrość, śmiertelnie tęskni i w końcu przychodzi dzień ucieczki. Bardzo często wtedy szuka towarzystwa byłego faceta, spotyka się z nim w gronie wspólnych znajomych i odsuwa się ode mnie tak daleko, jak może. Mam bardzo dobry kontakt z jej bliskimi. Kiedyś ktoś mi powiedział, że jak ona zaczyna tęsknić i zaczyna jej naprawdę zależeć - robi się wściekła.

    Ostatnio zmieniła się na moich uszach, podczas rozmowy przez telefon. Właśnie 3 dni od jej wyjazdu. Świetnie sobie gadaliśmy, śmiechy, wspominki, obgadywanki i nagle w sekundę zmienił się jej nastrój. Przekroczyła z telefonem próg mieszkania, posmutniała, powiedziała, że już chyba nie bardzo ma ochotę na rozmowę i było pozamiatane. Miała przyjechać, "prawie" podjęła decyzję, a po kilku godzinach zaczęła chorować i "jednak nie da rady". Właśnie, ostatnio dzieją się dziwne rzeczy, może dlatego, że bardzo się do siebie zbliżyliśmy. Za każdym razem, kiedy realnie "zagraża nam" spotkanie - jej się coś dzieje ze zdrowiem. Kaszel, katar i zatkany nos są ciężkie do symulacji, naprawdę choruje. Psychosomatyka?

    Było jedno rozstanie. Zbliżał się ważny dla mnie dzień, było oczywiste, że powinna być przy mnie i planowała to. Dwa dni potem powiedziała, że "jednak tego nie czuje, to chyba nie to" i odeszła. Podziękowałem grzecznie, chociaż nie rozumiałem tego ni w ząb. Po kilku tygodniach zaczęła szukać kontaktu. Spotkaliśmy się kilka razy na gruncie koleżeńskim, w końcu się rozpłakała i powiedziała, że chyba podjęła złą decyzję. Nie przestałem kochać, więc powoli pozwoliłem na powrót, ale to szybko zaczęło wyglądać tak samo, jak przed rozstaniem.

    Wspieram ją, jak mogę. To, że nie mogę naciskać wiem od dawna, na nią wszelkie formy wywierania nacisku bardzo źle działają. Wiele razy próbowaliśmy rozmawiać, z nią rozmowa na poważne i trudne tematy graniczy z cudem. Dopiero niedawno, po pół roku "związku" przyznała się do tego, że coś jest nie halo. Niby próbuje sama z tym walczyć, ale z miernym skutkiem. Raczej udaje przede mną, że jest lepiej, ale przecież tak się nie da - ja czuję jej stany emocjonalne, nawet na odległość. Zmieniło się jedno - przyznała się przed sobą i przede mną, że jesteśmy razem. Poza tym jest zdecydowana na wizytę u psychologa, zobaczymy, co z tego wyjdzie. Jest ciężko.
  • perfekcjonizm 10.01.12, 12:35
    Cześć spaprany. Super wpis. Bardzo mi się podobało to co napisałeś.

    --
    zatrzymajmnie.blogspot.com/
  • wiatrodnowy 14.01.12, 16:26
    spaprany napisał:

    >>
    > Ja na przykład nałogowo dążę do bliskości, moja kobieta dopuszcza do niej po cz
    > ym nałogowo od niej ucieka. Znam ją i ten mechanizm na wylot, nie raz co do dni
    > a przewidziałem rozwój wypadków, chociaż obcuję z nią tylko kilka miesięcy i to
    > na odległość. U nas nie ma agresji werbalnej ani fizycznej, nie doświadczam ni
    > enawiści, zdrad ani niczego z tych rzeczy...

    Z całej duszy Ci życzę aby następne lata pozostały takie jak te kilka miesięcy. Abyś nie doświadczył eskalacji ucieczki, lęku, nienawiści i wszystkiego co się z tym wiąże. Abyś zachował zdrowie psychiczne, optymizm życiowy i spełniał się na każdym polu tak jak obecnie. Abyś miał w sobie zasoby cierpliwości i zrozumienia. Abyś zawsze kochał i szanował siebie. Trochę przez łzy Ci tego życzę ale bez zawiści.
    --
    muszę już iść
  • 3bsp 09.01.12, 19:22
    Kochani Czita i Spaprany, oba teksty są dla mnie wyśmienite i pozostające w korelacji.
    Wybacz Czita ale muszę się przestawić w myśleniu, bo zupełnie inaczej ciebie odbierałem. Zaimponowałaś mi dojrzałością i jeśli to co napisałaś jest szczere, chciałbym czytać twoje teksty mając świadomość, że jesteś osobą, która nie utknęła w martwym punkcie żalu do całego świata, ze swą skomplikowaną egzystencję, ale żyje i pragnie. To wspaniałe.
    Twoje stwierdzenie zaraz na początku:
    >.... I świadomie być, a nie tkwić !!! Tkwić to można w pierdlu.
    Jest kwintesencją, w mojej skromnej ocenie, istoty tej relacji.
    Kolega użył moim zdaniem bardzo trafnie słowa „tkwić”, bo egzystować w związku z BPD, mając skłonność do uzależniania, składania poczucia własnej w cudze ręce (szukanie aprobaty), dowartościowywania się cudzym kosztem i cały ten magiczny burdel, który temu towarzyszy, to jak bycie w pierdlu na własne życzenie.
    Gdy skonfrontujemy to z tym, CO NAPISAŁAŚ O SWOICH OCZEKIWANIACH, to utwierdzam się w przekonaniu, że w moich poprzednich postach nie mijałem się wiele z prawdą, mówiąc, że jednostronne upatrywanie ofiary w partnerze BPD, jest nadużyciem i jest po prostu nieświadomą nieuczciwością.
    W tej relacji nikt nie jest winny, a całą winę składam na nieświadomość własnego problemu, z którym przychodzi partnerowi BPD borykać się (BPD sprawa jasna i wiadomo o co chodzi), a problem jest prosty: brak ZDROWEJ MIŁOŚCI WŁASNEJ i wynikający stąd brak ELEMENTARNEGO SZACUNKU DO SIEBIE, a całość skutkuje NISKIM POCZUCIEM WŁASNEJ WARTOŚCI. Reszta to cały „koloryt” przeszłości w jakiej partnerzy BPD wzrastali w rodzinie.

    Spaprany napisał:
    > Taki schemat mam wpieprzony do łba od pierwszego oddechu, takie życie znam, inaczej nie umiem.

    Kiedyś mój mistrz, gdy usłyszał ode mnie słowa - inaczej nie umiem (zdarzało mi się parę razy to powiedzieć) – miał jeden sposób reakcji, unosił trzcinkę, pokazywał mi drzwi i mówił: wynocha, wynocha, a gdy przyszło zrozumienie i przeprosiłem, powtarzał ciepło brzmiące zdanie: nie zmieniaj świata, zmieniaj siebie.

    Czita napisała:
    > Hmmm tak też możnaby długo...
    No to szkoda, że tak krótko. Chętnie bym posłuchał.
    I dalej:
    > Osobiście nie trafiłam jeszcze chyba na taką osobę (faceta) i nie wiem czy oni nie istnieją czy to ja źle wybieram, lub podświadomie unikam takich osób...
    Natomiast Spaprany napisał:
    > Ląduję w bardzo intensywnych związkach, w których doświadczam wielkiej bliskości i wielkiego odrzucenia. Na przemian czuję się bardzo wartościowy i kompletnie do dupy, a najgorsze jest to, że taka huśtawka mi jest patologicznie potrzebna. (ta jazda rajcuje chore głowy)
    Bo w tym stanie emocjonalnym jest to wam potrzebne, jak wrzód na d… do którego przyzwyczailiście się i nie możecie bez niego żyć.
    Zapewniam was, a zwłaszcza kolegę spapranego, że w twoim przypadku, jest to tylko etap, bo już łapiesz o co chodzi w tej zabawie. Reszta to praca nad sobą. O wolności już pisałem.
    Twoje słowa Czita: Teraz już wiem że lepiej być samą i dążyć do pełnej akceptacji siebie, bo bez tego nie uda mi się być z kimś naprawdę, sprawiły, że mam do Ciebie szacunek i nie tłumaczę dlaczego, bo przestałem się tłumaczyć.
    Ja załapałem się dwa razy. Z pierwszego związku spieprzyłem aż się kurzyło, w drugi wpieprzyełm, co wcale nie przekreśliło mi życia. Nie jestem lemingiem i życie mnie cieszy jak chyba nigdy dotąd. Gdy na ostatniej imprezie zobaczyłem zachowanie „kapciorza” (to partner BPD), to nie dziwię się, że Bepedki mają ochotę czasem ich zatłuc łopatą i pofrunąć z normalnym mężczyzną albo co gorsza z facetem.

    Mimo doświadczeń z przeszłości, ja nie uciekam od kobiet z BPD i spotykam je czasem jak chociażby ostatnio na sobotniej imprezie. Ich przeżycia, ich intuicyjność, ich refleksyjność, ich głębia emocjonalna (proszę nie mylić z emocjonalnością) są naprawdę skarbnicą poznania, cokolwiek miałoby to znaczyć, natomiast co do bliższych relacji, to raczej dziękuję, wolę luzik a potrzebę akceptacji zamieniłem na słowo – pieprzyć to – naprawdę działa.
  • neon.ki 10.01.12, 20:27
    Osiołkowi w żłoby dano,
    W jeden owies, w drugi siano.
    Uchem strzyże, głową kręci
    I to pachnie, i to nęci.
    Od którego teraz zacznie,
    Aby sobie podjeść smacznie?
    Trudny wybór, trudna zgoda
    Chwyci siano, owsa szkoda,
    Chwyci owies, żal mu siana.
    I tak stoi aż do rana,
    A od rana do wieczora;
    Aż nareszcie przyszła pora,
    Że oślina pośród jadła
    Z głodu padła.

    Fredro, dla ścisłości.

    lub też, krótka historia o słońcu i księżycu: gdy słońce wschodzi, księżyc zachodzi, więc nigdy nie mogą się spotkać.

    mądrości i trafnych spostrzeżeń nie brak w waszych wypowiedziach, o nie.

    spaprany, czuję się nieswojo czytając twoje wypowiedzi. mam takie wrażenie jakbyś przeprowadzał dziwaczny eksperyment na swojej partnerce.

    3bsp, wydaje mi się, że masz masochistyczne zapędy :) w ogóle odnoszę wrażenie, że jesteś zauroczony, zaczarowany tym, co nazwano bpd

    a tak od siebie dodam, że czytając te wszystkie posty o walce z samym sobą.. z czym tu walczyć. nie ma wygranych, są tylko przegrani. dla mnie bardziej sprawdza się szukanie przyczyn konfliktu. podobno prawda nie boli. podobno to złudzenia wyrywane z mięsa nieświadomości tak bolą ;) to, że nie pozwalam im odejść boli jak sam skurwysyn

    lepiej czuć, czy nie czuć? być albo nie być?
  • spaprany 10.01.12, 21:25
    neon.ki, nie czuj się nieswojo, nie przeprowadzam żadnego eksperymentu, mam co robić w życiu. Staram się przetrwać w trudnym związku nie rezygnując z nas. Nie koncentruję się tylko i wyłącznie na jej niedoskonałościach. Sam zyskałem nieciekawą samoświadomość, a to mnie też sporo kosztuje. Nie zrzucam na nią całej winy na kształt i formę naszej relacji, za nic nie obwiniam, akceptuję jej niedoskonałości i staram się ją zrozumieć. To nie jest drobne zauroczenie, tylko upośledzona miłość, nad którą można popracować. Wiem, że nigdy nie będziemy mieli sielanki, ale wierzę w to, że możemy wyjść na prostą i szukam na to sposobu. Chyba nie ma w tym nic złego?
  • neon.ki 10.01.12, 21:52
    ależ ja nawet nie wspomniałam słowem, że widzę w tym coś złego, czy dobrego. po prostu dostrzegam pewną obsesyjność w sposobie wypowiedzi i sprawiło to, że poczułam się dziwnie. twoje starania i dbanie o to, czy o tamto skojarzyły mi się z dolewaniem tego czy tamtego aby wyszedł taki a nie inny efekt i stąd ten eksperyment ;)
  • spaprany 10.01.12, 22:06
    Obsesyjność, powiadasz... Owszem, to obsesyjność kogoś, kto zamiast pierdolnąć tym, jak zaczęły być poważne problemy - wbrew wszystkiemu analizuje siebie i ją, szuka przyczyn i szansy, brnie dalej, zamiast się wycofać. Widocznie jestem na etapie, kiedy zyskałem albo zyskuję świadomość, a jeszcze nie bardzo mnie stać na to, żeby zrobić z niej pożytek. Może po prostu łatwiej się łudzić, niż działać? Chyba tylko ułamek tych, którzy zyskują świadomość swojego problemu jest w stanie z marszu zacząć pracę nad sobą. Całej reszcie potrzebny jest kolejny dramat, dno, od którego trzeba się odbić. Przecież wiesz, że w kwestiach duszy umysłu już tak jest...
  • czita88 10.01.12, 22:16
    Miałam podobne wrażenie, może nie eksperyment ale trochę jakbym "czytała" film dokumentalny, bo tak na chłodno opisywałeś jej zachowania, mechanizmy itd... Pięknie, obrazowo, dokładnie ale bez Twoich emocji, wrażeń, uczuć... Tak jakby Cię to nie poruszało. Wiem że tak nie jest, i Twój opis wg mnie jest lepszy niż opisy innych (a zwłaszcza bod, takie jak moje rozhisteryzowane wpisy ;) gdy byłam nabuzowana nienawiścią do faceta lub zrozpaczona jego obojętnością), bo pozwala samodzielnie Ją ocenić i analizować jej zachowanie, bo Ty nic nie sugerujesz, nie stawiasz jej w takim czy innym świetle.
    Tylko, że dla mnie, jako bpd jest to niewyobrażalne, patrzeć na partnera z taką uwagą i troską. Jestem bardzo wrażliwa i spostrzegawcza, tylko że niestety :-( :-( :-( prawie wszystko biorę do siebie, analizuję pod siebie, często oceniam, często gest, słowo, zachowanie rzutuje mi na obraz całej osoby i relacji z nią (właśnie tak !!!!!) - oczywiście w danym momencie.... Patrzę chłodniej, i myślę spokojniej o danej sytuacji dopiero po paru godzinach, dniach, porównując często ze swoimi zachowaniami, błędami i uczuciami...

    Jak wspaniałe to musi być - umieć wyłączać swoje emocje w pewnych sytuacjach :-) !!!!! (nie sugeruję że Ty tak masz, tylko sobie fantazjuję ;)...)
  • spaprany 10.01.12, 22:29
    To zupełnie nie tak. Opisuję w ten sposób, bo na siłę trzymam dystans do sytuacji. Nie chcę tworzyć na forum łzawego romansu, chodzi o pozbawiony koloryzacji opis jej natury w tej relacji. Wiem, że jeżeli ja zacznę panikować i pozwolę sobie na skrajną emocjonalność - będzie po wszystkim. Jeżeli z tego cokolwiek ma być, muszę być facetem, trzymać się za jaja i tyle. Nie jestem ze stali, płakałem przez to coś nie raz, kilka razy nawet przy niej. Nie z powodu awantur, z bezsilności i zagubienia, płakaliśmy sobie razem. Bardzo emocjonalnie do tego podchodzę, ostatnio nawet za bardzo i boję się, że mi znowu wyskoczy bezpiecznik i mój organizm ją zostawi. Ja sam nie chcę i nie umiem tego zrobić, ale wykształciły mi się takie mechanizmy, które każą mi spierdalać, zanim zajdą nieodwracalne zmiany w mojej głowie. Drewno w zęby i do widzenia, kwiata pół świata itd.
  • czita88 10.01.12, 23:28
    " Nie z powodu awantur, z be
    > zsilności i zagubienia, płakaliśmy sobie razem. Bardzo emocjonalnie do tego pod
    > chodzę"

    Ech.... Muszę odstawić to forum na parę dni bo jestem bliska zakochania się ;( !!! ;)

    "Wiem, że jeżeli ja zacznę panikować i pozwolę so
    > bie na skrajną emocjonalność - będzie po wszystkim. Jeżeli z tego cokolwiek ma
    > być, muszę być facetem, trzymać się za jaja i tyle."

    Tu się zgadzam. Nie wiem w końcu czy Ona ma bpd (połowa pasuje, połowa nie, a prawdopodobnych zaburzeń i przyczyn może być wiele...), ale jeśli Ty się poddasz (załamując się) Ona tego dalej nie pociągnie... Zobaczenie Ciebie takim będzie dla Niej oznaczało tylko tyle, że musi jeszcze oprócz problemów ze sobą wrzucić Ciebie na plecy.... I że zniszczyła Cię psychicznie, a to jest k*rwa nie do zniesienia ;( ;(...


  • czita88 10.01.12, 22:01
    Bardzo akuratne te historyjki ;).

    Ja w swoim życiu widzę co najmniej kilka misek ze skrajnie różną zawartością (opcje życiowe), z każdej chciałabym jeść, i nie jestem na tyle hmm wstrzemięźliwa jak osiołek (ale równie uparta), więc próbuję z każdej choć za ch... razem to nie przejdzie, więc na koniec zawsze cofa mi się wszystko z nawiązką a ja znów głodna i wściekła na siebie. Btw moje doświadczenia z zaburzeniami odżywiania mi się przypominają... Najpierw byłam osiołkiem, bardzo długo, to jednak chyba lepsze, choć tak samo wyczerpujące, ale mniej nienawiści do siebie.

    Księżyc i słońce to dla mnie 2 obrazy jednej osoby (partnera, czy samooceny bpd), ten wyidealizowany, kochany, kochający, słodki, któremu współczuję, potrzebny i ten nie do zniesienia, pełen wad, minusów, irytujących zachowań, niekochający, niekochany, niedobry, zbędny na tym świecie... Nigdy nie mogą się spotkać, nigdy się na siebie nie nałożą, nie stworzą jedności... Ale przeplatają się nieustannie...

    Dla mnie (spontanicznie i od serca) lepiej żyć, czuć i cierpieć niż wegetować, patrzeć i gnić. I już !
    Bo póki co nie umiem pomiędzy i dupa...
  • spaprany 10.01.12, 22:17
    To też jest kurewsko specyficzne. Kochający, słodki, KTÓREMU WSPÓŁCZUJĘ. Wśród wszystkich Twoich pozytywnych uczuć do partnera współczucie zajmuje nieodłączne i takie ważne miejsce? Dlaczego to się tak automatycznie w Tobie łączy? Czego współczujesz? Tego, że jest taki biedny i słaby, że wylądował akurat z Tobą i trzyma się Ciebie? Takiej niedoskonałej, krzywdzącej i złej?
    Najgorsze w tym wszystkim jest to, że Wasza słabość na zewnątrz ma twarz siły, a niedoskonałość - twarz zaciętości i buty.
    Lepiej żyć, czuć i cierpieć, powiadasz? Nałogowa emocjonalność. Podobno natura bpd jest zaraźliwa. Powtarzam, nie wiem, czy moja kobieta ma bpd, ale przy niej złapałem siebie na takim myśleniu: teraz mi źle, ale znowu będzie dobrze. Cóż, taka trudna miłość, to piękne i takie ludzkie, przynajmniej nie jest nijak, JEST JAKOŚ!
    Btw., mam skłonność do intensywnego życia towarzyskiego i używek, chociaż jestem uzależniony wyłącznie od papierosów. Przez całe życie nie lubiłem, jak było nijak. Musiało i wciąż musi się dziać, nawet w życiu zawodowym.
  • neon.ki 10.01.12, 23:11
    hahaha, no i poczucie humoru posiadasz :)

    samoświadomość.. napisz coś o tym. ciekawi mnie to.

    ja sobie tak myślę, ale oczywiście to ja sobie tylko tak myślę i przypominam, co było. ja swoim facetom współczułam tego, że jazdy (raz mniejsze, raz większe), które im funduję, tak mocno ich wybijają z równowagi. współczułam, że nie jest fajnie, kiedy może być. a teraz tak sobie myślę, czy to pozorne współczucie facetowi nie jest w rzeczywistości żalem, że nie umiem normalnie, po ludzku, że chcę ciepła i zrozumienia, a w prośbie o to daję kłótnie i wyrzuty. tak, teraz jestem pewna, że to współczucie przykrywa coś innego.

    hm.. przed ostatnim odłączeniem kabla zasilającego moje życie (chodzi mi o znieczulenie się totalne i leżenie miesiącami w łóżku, poddanie studiów, znajomych) czucie było zbyt silne, za mocno, bolało, czucie, uczucia wżerały się we mnie, trawiły mnie. potem nie było absolutne nic. swoisty błogostan, cichy szum. powrót do rzeczywistości.. trwa.

    i do czego zmierzam. czy osioł, czy słońce.. są skazane na wieczną wędrówkę ku zaspokojeniu, które nie nadejdzie. co z tym fantem teraz zrobić?
  • czita88 10.01.12, 23:16
    Heh, nie tego :), choć powinnam... Przecież to jego/ich wybór, ja się nikomu w ramiona nie pcham (dosłownie tak :D, ale metaforycznie nie :P), o nic nie proszę... Kiedyś nie pozwalała mi na to duma (urażona - po aferach i rozstaniach) i honor (hmmm?) a ostatnio nie pozwala... sumienie.
    W każdym odnajduję parę, jak nie mnóstwo, powodów dla których mogę mu współczuć. Nie czuć litość (!!!) ale współczuć... Lubię cierpieć i lubię czuć, że nie tylko mi jest źle :(... To chore, wiem. Dużo większą bliskość czuję z kimś, kto nie jest szczęśliwy, kto czuje się (wewnętrznie) samotny, rozerwany, nieukojony... Ech... Kiedyś już tu gdzieś pisałam, że ja otwieram stare rany... Że zazwyczaj wybieram (czy ja wybieram?? hmm, może bardziej akceptuję) facetów samotnych, wewnętrznie samotnych, niezrozumianych, potrzebujących uczucia i wsparcia... I co ja z nimi robię???.... Prawie już doszłam do wniosku, że wewnątrz wszyscy tacy są... W takim razie lubię to obnażać (nie brutalnie, ale właśnie stopniowo, skrycie). Pokazywać, że ja wiem jak to jest. Że rozumiem. Że kocham. Jestem. To wszystko, gdy jest dobrze. Gdy jest źle, to robię wszystko nie tak, zawalam wszystko to co zbudowałam, całą bliskość, zaufanie, szczęście, rozpierdalam co tylko idzie!!!!!! BEZNADZIEJA...

    Pewnie, że lepiej gdy jest jakoś, niż jak jest nijak :) !!! Lubię czuć euforię, motyle, dreszcze emocji (nie tylko w relacjach z facetami, ale towarzyszące różnym aktywnościom) ale lubię też wspominać, wyć z bólu, wzruszać się, oglądać filmy które mnie rozwalają, ciężkie teksty, słuchać kawałków , które "są o mnie" itd. ... . Przywykłam do tego. Chyba dlatego się boję terapii (oprócz tego, że nie mam na nią kasy, nie wierzę, że się uda, i szkoda mi czasu - ogólnie głupia jestem)...
  • extranova 11.01.12, 10:53
    Fascynująca jest ta Wasza nowa rozmowa,szczególnie może dla mnie, czyli osoby, ktora przeżyła coś, czego nie potrafiła wtedy, za żadne skarby zrozumieć. Wszystko to nabiera jakiegoś sensu,ale jednocześnie jest naprawdę przerazające.
    Smutne jest to,że w gruncie rzeczy i osoby z BPD i te załóżmy "zdrowe", które ( tak jak ja) zupełnie nieświadomie i bez ostrzeżeń stanęły w obliczu słów i gestów, których nie dało się niczym wytłumaczyć, przezywają podobne cierpienia. Nawet jeżeli wyjdzie się kiedyś na prostą i stworzy idealny związek z kimś, kto jest przeciwienstwem byłego partnera to poczucia odrzucenia, które zostało we mnie, do dziś( a mijają lata) nie da się wypłukać. Czuje je w sobie, chociaz to ja odeszłam- co po przeczytaniu powyższych postów jawi się jako odwaga- ja się wtedy czułam jak najwiekszy tchorz na swiecie. I jak ktoś, kto nie zasługuje na miłosc, bo stawia własnie granice- a przeciez kocha się kogoś bezwarunkowo i nie powinno się niczego żądać. Ja miałam tylko być plasteliną- w zaleznosci od stanu ducha osoby, którą kochałam, raz białym ludzikiem, raz czarnym- do bycia sobą nie miałam prawa i w pewnym sensie sama się tego prawa pozbawiłam na jakiś czas.
    Jestem ukochaną córeczką, wspaniałych rodziców, z tzw dobrego domu- a cały mój związek z osobą BPD polegał na początku na zachwycie nad moim pochodzeniem i osobowoscią( wiecznie szczęsliwe dziecko), a potem gdy już w gre wchodziło uczucie, a nie tylko zauroczenie i namietnosc- na udowadnianiu mi na kazdym kroku, ze jestem najmarniejszą istotą we wszechswiecie. Kiedy odeszłam, wszystko znowu obrocilo się o 180 stopni.
    U mnie w sercu wciąz jest stałość,ale pod pewnymi warunkami. Nawet jezeli kocham to nie znaczy,że wszystko muszę wytrzymać. Teraz to rozumiem i przestrzegam jak złotej zasady. Ale to też nie znaczy,że w tej chwili w swojej nowej bajce, jestem zawsze szczesliwa. CZasami wydaje mi sie,ze nie poradze sobie z tęsknotą i żalem. Za tym co przepadło, co nie wróci, na co chyba nie ma lekarstwa. Jestesmy bezsilni- oboje,ale z róznych powodów. Jest wiec tak, jak ktoś tu powyżej napisał- nie ma wygranych, są tylko przegrani- i pogorzelisko- po dwóch stronach frontu... pozdrawiam Was serdecznie
  • spaprany 11.01.12, 11:10
    Mam przyjaciela. Przystojny, zaradny, dowcipny koleś po 30-tce. W ciągu ostatnich kilku lat był z kobietami, o których inni mogą tylko pomarzyć. Nie zaangażował się w żaden związek. Uprawia z nimi seks, jeździ na wycieczki, gotuje dla nich, zabiera do kin, teatrów i na imprezy - ale nie kocha. Kiedyś opowiedział mi swoją historię. Był w związku z kobietą, która go przehuśtała i zostawiła. Byli razem kilka lat, rodziny się znały, wszystko zmierzało do ślubu i pani zaczęła mieć chimery. Stawiała mu jakieś wymagania nie do zrealizowania, szukała wad, w końcu powiedziała, żeby dał jej czas. Owszem, dał jej, chyba z pół roku. Co pewien czas, coraz rzadziej kontaktował się z nią i pytał, czy już. Mówi, że przepłakał mnóstwo wieczorów i w końcu odszedł. Konsekwencje są takie, jak wyżej. Oddał całe serce, teraz ma dla kobiet wszystko, oprócz tego serca. One to czują i cierpią, miłości się nie da symulować.
    Oczywiście, zastanawiam się, czy mi się to nie przytrafi. Co się stanie, jak zejdę z diabelskiej karuzeli? Może wyrzygam całą miłość, a potem przez resztę życia będę potrafił tylko strzykać zauroczeniem? Może te, z którymi będę tak jak ja teraz będą grzebały w tych plwocinach rozpaczliwie usiłując znaleźć tam jakieś samorodki miłości? Nie mam dzisiaj zbyt jasnych myśli...
  • neon.ki 11.01.12, 11:18
    zazdroszczę ci extranova, że znasz życie z innej strony niż ja. moje życie za dzieciaka nie było łatwe, nie mogłam nic zrobić, byłam tylko dzieckiem zależnym od rodziców. teraz to się zmieniło, teraz mam wybór jak chcę żyć. problem jednak w tym, że nauczona jestem funkcjonować, w że tak powiem, patologiczny sposób. dla ciebie patologiczny, dla mnie jedyny znany model postępowania. jedyny ograny i bezpieczny. jedyny pewny. nie wiem co to znaczy wewnętrzna stabilizacja, a gdy się pojawia, to automatycznie się jej pozbywam wywijając to, czy tamto. moje życie pozbawione było jasnych granic, z jednej strony za dużo swobody, na innych płaszczyznach wręcz odwrotnie. mogę teraz wszystko poukładać, od nowa, mam wybór. jednakże droga do innego życia jest czymś więcej niż tylko kwestią wyboru, choć może się tak wydawać. wybór niesie za sobą ciężką pracę, determinację, o którą mi nie łatwo, bo dla mnie to pójście w zupełnie nieznanym kierunku. chcę być szczęśliwa, ale tak naprawdę nie wiem co to znaczy. chcę być pełna i zaspokojona, ale dążę do tego w sposób, który daje mi szczęście tylko na chwilę, a potem pustka krzyczy we mnie. tylko to znam.

    szczęście, miłość, spełnienie, zrozumienie. co to jest? ale co to naprawdę jest? w stanie constans nie znam tego. zasadniczo wszystko wydaje się takie proste. rodzice nie dali, to teraz szukam po całym świecie, z góry skazana na niepowodzenie. tylko tyle.

    tylko tyle.
  • spaprany 15.01.12, 17:05
    Nie bój się terapii. Moja kobieta też się boi, w ogóle boi się świadomości. Wszystkiego się boi, nawet siebie, a najbardziej na świecie mnie. Za dobrze jej było dwa tygodnie temu, za dużo poczuła i właśnie rozpierdala ten związek ze wszystkich sił, a ja nie mogę nic zrobić. Następny weekend poszedł się jebać. Do czwartkowego popołudnia była sielanka, ale pojawił się na horyzoncie weekend i wizja spotkania, które mi żarliwie obiecała tydzień temu. No i znowu zwiała. Szczerze powiedziała, że jak co weekend odczuwa wielki strach i ucieczkę, widzi bezsens naszego związku i było po rozmowie. Widzi bezsens, bo się rzadko spotykamy, ale nie dopuszcza do tych spotkań. Ja do niej - wykluczone, ona do mnie - "może jutro da radę". Szczera rozmowa i dewaluacja o sile artylerii. Ja pytam, w jaki sposób się spotkamy, ona mi odpala, że potrzebuje ogromnego poczucia bezpieczeństwa, którego nie jestem jej w stanie zapewnić. Wymyśla idiotyczne powody, "argumenty dla ubogich", dla których kolejne spotkanie jest raczej niemożliwe, a za chwilę krzyczy, że jesteśmy starzy, ona chce mieć dziecko a przecież mnie nie stać na kupno mieszkania. Pytam, jak chce ze mną mieszkać, skoro nie umie się nawet ze mną spotkać, umówić z wyprzedzeniem, wyjechać na kilka dni. Pytam, jak może myśleć o dziecku, skoro ja byłbym w stanie rzucić tutaj wszystko i planować przeprowadzkę do jej miasta, ale to jest też niemożliwe.

    Skończyło się jak zwykle. Przyznała mi we wszystkim rację, ale nic z tego nie wynikło. Powiedziała, że faktycznie za to samo, za co mnie "pokochała" - chwilami mnie nienawidzi. Mówię jej "rozpierdalasz to znowu, a za dwa dni będziesz ryczała z tęsknoty". Owszem, mówi że tak właśnie będzie i ona o tym wie. Autodestrukcja i sabotaż pełną mordą.

    Piszesz, że potrzebujecie silnego partnera. Powiedz mi, w jaki sposób mam być silny? W czym ma być ta siła? Przecież nie mogę do niej pojechać wbrew niej. Nie mogę jej zmusić do przyjazdu. Nie umiem stawiać granic, nie da się wymagać. Wciąż nie wiem, czy to bpd, ale to kurestwo uniemożliwia jakąkolwiek bliskość, nie da się fizycznie niczego budować na takim gruncie.
  • czita88 15.01.12, 20:54
    spaprany napisał:

    Moja kobieta też się boi, w ogóle boi się świadomości. Wsz
    > ystkiego się boi, nawet siebie, a najbardziej na świecie mnie

    Nie wiem co ona ma w głowie, nie wiem nawet czy ma mniej więcej to co ja, nie mogę Ci napisać co powinieneś robić, napisze Ci tylko takie pierwsze przemyślenia jakie mnie naszły po przeczytaniu postu.
    Ona najbardziej boi się tego waszego związku i Twoich uczuć. Tak przypuszczam.
    Nie jest pewna swoich uczuć, nie jest pewna czy "to jest to". Czy da radę. Czy nie za szybko w to weszła. Czy nie będzie cierpieć (jak kiedyś/jak zawsze). Czy naprawdę Ciebie chce.
    Jest naprawdę źle, skoro panikuje w ostatniej chwili, nie dotrzymuje słowa.

    "Widzi bezsens, bo się rzadko spotykamy, ale nie dopuszcza do tych spotkań. Ja do niej - wykluczone, ona do mnie - "może jutro da radę". "

    "W czym ma być ta siła? Przecież nie mogę do niej pojechać wbrew niej. Nie mogę jej zmusić do przyjazdu. Nie umiem stawiać granic, nie da się wymagać."

    Co "wykluczone"? Ona odwołuje spotkanie, a Ty mówisz, że to wykluczone? Tak jak piszesz - nie możesz jej zmusić do przyjazdu. Nic nie da namawianie bez końca, naleganie, rozpacz, łzy. Pokaże tylko Twoją bezbronność i słabość, tęsknotę, Twoje uzależnienie od niej. Krzyk, wściekłość, awantura (gdy znowu odwołuje spotkanie) pokaże jej to w jeszcze większym stopniu (mimo że zaboli), bo pokaże, że już nawet nad tym wszystkim, nad sobą, nie panujesz.
    Tolerujesz to już jakiś czas, chyba parę miesięcy. Ona już wie, że tak naprawdę nic się nie stanie gdy znowu odwoła przyjazd do Ciebie. Wie, że będziesz cierpiał, że będzie Ci przykro, zaboli ją to, ale stoi w miejscu, nie chce wejść obiema nogami i tak tkwi na progu tego związku. Może nawet czekając na znak od losu (na "coś" lepszego, na związek gdzie nie będzie żadnych wątpliwości - heh, marzenie ;)...). Nie zmuszasz jej do podjęcia decyzji. Tolerujesz jej zachowanie. Co innego potrzeba samotności (chociaż to dla mnie troche dziwne przy całym tygodniu "wolnym" od Ciebie) a co innego notoryczne niedotrzymywanie danego słowa, olewanie Cię. Niestety ją rozumiem ;) ale nie rozumiem Ciebie... Pomyśl, jak ona to widzi. Jesteś tam i czekasz. Coraz bardziej zrozpaczony. Zdesperowany. Sfrustrowany. Wciąż na nią czekasz. Dlatego jej się nie śpieszy. Tym bardziej, że nie umie podjąć decyzji. I odwleka z jej podjęciem, bo NIE MUSI jej podejmować. Nie ma poczucia, że może Cię stracić. Tak naprawdę.
    I jeszcze coś. Widząc Twoją słabość i ból, ona czuje wyrzuty sumienia. Czuje się źle ze samą sobą. Ale chyba nie chcesz, żeby jej przyjazd, wasze spotkania, były zależne od jej poczucia winy?? Bo wyobraża sobie jak w każdy weekend tam siedzisz sam, samotny, zdołowany, przed jej zdjęciem jak ołtarzykiem, rozgryzający twardy orzech jakim jest ona i jej psychika, i czasem w efekcie poczuwa się do tego, by przyjechać i Cię ukoić. Dać Ci trochę, żebyś chciał więcej, ale nie mógł na to liczyć ani tego od niej wymagać... To powinno być niedopuszczalne. Tak dla porównania... Starałbyś się, dawał z siebie wszystko w pracy na pewnym stanowisku, gdzie możesz wręcz gwizdać na swoje obowiązki czy raczej na stanowisku, które możesz w każdej chwili stracić, gdzie szefostwo dużo od Ciebie wymaga, dużo egzekwuje, a za plecami czujesz kolejkę swoich następców?? Poczucie, że możesz coś stracić, działa bardzo stymulująco i pozwala to coś docenić.

    " Powiedziała, że faktycznie za to samo, za co mnie "pokochała" - chwilami mnie nienawidzi."

    Każda zaleta może być wadą. Poza tym nikt nie jest "jakiś". Każda cecha jest skalą. Można być trochę, średnio, bardzo, strasznie wrażliwym, pracowitym, odpowiedzialnym itd. I to się może zmieniać. Zwłaszcza jeśli zatraca się siebie w relacji z kimś. Wciąż o niej myśli, poświęca dla niej, wykańcza się nią. I kiedy obserwujący Cię ma niestabilny obraz świata :]. Wrażliwy może stać się bezbronnym, zazdrosny zaborczym, czuły niemęskim, szczery chamem, oryginalny dziwakiem, spokojny nudziarzem, uprzejmy służalczym, pytający o moje zdanie egzemplarzem bez swojego zdania, dynamiczny sfrustrowanym cholerykiem, zainteresowany mną natarczywym, kochający całkowicie zależnym itd. itp. .... Obserwowanie jak ktoś się zmienia, jak łatwo daje na siebie wpłynąć, jak bezbronny zdaje się być jest naprawdę przerażające.... Boisz się wtedy co będzie dalej...


    Gdy sprawisz, że poczuje, że naprawdę może Cię stracić, że coraz mniej Ci zależy, że nie zabiegasz już o nią, coraz rzadziej dzwonisz, piszesz, że nie zamierzasz tolerować tego co ona wyprawia, takiego wystawiania Cię, że dystansujesz się coraz bardziej, szukasz przyjemności gdzie indziej, że MOŻE Cię lada moment stracić, będzie musiała się zastanowić czy chce w to wejść czy nie. Przewartościować swoje życie. Zastanowić się co się naprawdę dla niej liczy. Będzie zmuszona wybrać. I gdy wg Ciebie zmyśla wymówki to nie wmawiaj jej że kłamie tylko po prostu spytaj czy to (jakaś gówniana sprawa) jest dla niej ważniejsze od Ciebie. Zmuś ją do myślenia.

    " Nie umiem stawiać granic, nie da się wymagać."

    Nie pozwalaj się tak traktować. Jest "stara" (jak sama Ci wykrzyczała), chce mieć dzieci, to do cholery wymagaj od niej dojrzałości. Ty jej jej nie nauczysz akceptując wszystkie wybryki i głaskając po głowce gdy nabroi. Ona sama musi wreszcie poczuć, że bez tego nie ujedzie. I jeśli będziesz czuł swoją wartość ona też ją ujrzy i doceni.

    Teraz nie mogę nic więcej napisać.
  • spaprany 16.01.12, 16:54
    Czita, to nie do końca tak, jak piszesz. Widzisz, my już mamy po jednym odejściu na koncie. Ona odeszła ode mnie z dnia na dzień, po miesiącu zaczęła zabiegać. To graniczyło z cudem, bo jest cholernie dumna, do granic przyzwoitości. To zdziwiło mnie i wszystkich, którzy ją znają. Ja nie uzależniam się zbytnio od ludzi, w każdym razie nie jakoś bardzo. Owszem, pocierpiałem, ale skutecznie się zregenerowałem, zająłem sobą, rzuciłem w pracę. Ja pojawiłem się w jej życiu uśmiechnięty, zrealizowany i spokojny. Widziałem jej wściekłość, pod koniec pierwszego, koleżeńskiego spotkania łzy się polały, wściekła na swoją słabość wysyczała, że chyba popełniła błąd. Źle beze mnie było. Powolutku pozwoliłem na powrót.

    Widzisz, tutaj jest jeden problem: strasznie trudno myśleć o przyszłości. Ja mam pracę, którą kocham w mieście, które jest 200km od jej miasta, a ona po kilku miesiącach poszukiwania pracy tutaj - nagle dostała pracę marzeń tam. To i tak cud, że ta relacja trzyma się tyle miesięcy. Teraz zaczęła podupadać, bo ona nie może się ze mną spotkać wtedy, kiedy akurat ma fazę alfa. Pozostają te weekendy, a ją wizja zobowiązania i ograniczonych możliwości czasoprzestrzennych widzenia bardzo skutecznie paraliżuje.

    Nie rozpaczam, nie panikuję, nie pozwalam sobie na łzy od dawna. Panuję nad sobą wciąż, co nie oznacza, że nie mam gorszych chwil. Nie wierzę, żeby się godziła na spotkania z litości. To nigdy tak nie wyglądało, zawsze oboje z tych spotkań czerpiemy maksimum - tarzamy się ze śmiechu, kochamy do upadłego, gotujemy, oglądamy filmy, godzinami gadamy, jest zwyczajnie. Tyle że zawsze potem jest gigantyczne wycofanie.

    Właśnie stanęła przed decyzją, to się dzieje. Po prostu o ile wcześniej jej lęki i stany ducha utrudniały rozwój naszego związku, tak teraz uniemożliwiają nawet jego trwanie. Właśnie uzmysłowiłem jej możliwe źródło problemu. Przestraszyła się samowiedzy i tego źródła, zezłościła się na mnie za to, a jakże. Zgłosiła pretensje, że postrzegam ją już chyba wyłącznie przez pryzmat problemu. Napisała, że faktycznie rani najbliższych i tłumaczy sobie, że dadzą sobie bez niej radę, najwyżej znienawidzą i odejdą, ale nie będzie musiała się angażować. Że kieruje się swoim chwilowym dobrem i spokojem, nie ma stałych priorytetów, kieruje wielką, płynącą znikąd intuicją, ucieka w pracę i rozrywki. Znajomo?

    Ja napisałem, że jeżeli nie chce być przeze mnie traktowana jak biedna i chora, której wszystko trzeba wybaczać - musi zacząć wymagać od siebie i zacząć dawać, inaczej to nie przetrwa. Zastanowić się, ile dla niej znaczę i jaką rolę pełnię w jej życiu. Pokazałem, co jest do zyskania, co do stracenia, chociaż przecież sama musi o tym wiedzieć. Zyskała kogoś, kto z niezłym skutkiem stara się zrozumieć, przy kim można sobie bez obaw pozwolić na słabość. Jeżeli woli sama - proszę bardzo, nie zatrzymuję, ale jeżeli mam być przy niej - nigdy w życiu jako cierpliwy tatuś i opiekun chorej. Jeżeli podejmie decyzję, że jednak warto i jednak razem - musi zrobić cokolwiek dla siebie i dla nas, zamiast od świtu do nocy pielęgnować w sobie dzidziusia, bo ja za darmo nie daję mojej cierpliwości, przyjaźni i wszystkiego innego. Nie wiem, może to okrutne, ale okres pieszczot minął.

    Ja mam się całkiem nieźle, widzę życie po niej i liczę się z taką opcją. W sumie nie pierwszy raz w życiu kocham, może nie ostatni.
  • czita88 16.01.12, 19:11
    Czyli jeszcze nie jest źle. Nie dajesz sobą manipulować, masz (i miałeś po rozstaniu i przy powrocie) odpowiedni dystans. Teraz zrobiłeś (zakomunikowałeś jej) najlepsze co mogłeś zrobić. I wszystko teraz zależy od niej. To jej wybór. Ty czekasz, nie naciskasz, nie grozisz, nie wywołujesz współczucia. Rozumiem te wszystkie przeszkody - ogromna odległość, jej niechęć do zaangażowania - dlatego właśnie konieczne jest podjęcie decyzji.
    Swoją drogą ja nie wyobrażam sobie być w związku na odległość. Takim normalnym (hehe ;) - na miarę moich mozliwości...), poważnym związku. Tak się chyba nie da stworzyć prawdziwej bliskości, więzi i zaangażowania - wchodząc w związek "na odległość" właśnie się ich unika / okłamuje samego siebie..

    "ki
    > eruje się swoim chwilowym dobrem i spokojem, nie ma stałych priorytetów, kieruj
    > e wielką, płynącą znikąd intuicją, ucieka w pracę i rozrywki. Znajomo?"

    Bardzo :]. Tyle, że to nic innego jak totalne zagubienie. Gówno, nie intuicja. Jak gdzieś pisałam - to takie obijanie się o ściany, poczucie braku samokontroli, braku wpływu na własne życie... Nie wiem czy u niej, ale ja tak miałam. Totalny chaos. Napędzany alkoholem, seksem, używkami, bólem, wspomnieniami... Zero poczucia bezpieczeństwa. Nie chcę takiego życia :-(. Mam dość takiego życia. Chcę się w końcu odnaleźć. W tym co robię, czego chcę, o czym marzę, z kim jestem, co czuję... Chcę być konsekwentna. I chciałabym wstać, wyprostować się i otrząsnąć, zrzucić bagaż ostatnich 7 lat. Zakończyć ten niekończący się okres dojrzewania...
    Ciężko jest być dzieckiem, które nie potrafi ponosić konsekwencji swoich decyzji, dokonywać wyborów, rozmawiać, a nie manipulować swoim urokiem, złością, wzbudzaniem poczucia winy... Chcę być kochana jak kobieta, z szacunkiem i traktowaniem serio, a nie jak dziecko, które "jest głupie, nieprzewidywalne, niepoważne, wymaga uwagi, troski i pilnowania non stop, ale robi mi dobrze, jest słodkie i nie poradzi sobie samo, więc nie mogę go zostawić..."
  • spaprany 16.01.12, 21:48
    "Tak się chyba nie d
    > a stworzyć prawdziwej bliskości, więzi i zaangażowania - wchodząc w związek "na
    > odległość" właśnie się ich unika / okłamuje samego siebie.."

    Owszem, ale zobacz, jak to pięknie się układa - ona się panicznie boi bliskości, więzi, a zwłaszcza zaangażowania, więc dla niej to układ idealny. Wręcz problem jest w tym, że pomimo odległości udało nam się zbudować taką intensywną więź, że bidulka nie wytrzymuje. Sam nie wiem, jak to się działo, że przez miesiące miała odwagę szukać pracy w moim mieście. Raz była na rozmowie o pracę, która jej podobno nieźle poszła. Tego dnia naprawdę była zachwycona perspektywą pracy tutaj i natychmiast zaczęła szukać mieszkania. Nic z tego nie wyszło, mieli zadzwonić - nawet nie zadzwonili. Kilka dni potem był epizod depresyjny.
    Czita, przykro mi, ale wydaje mi się, że ona nie podejmie decyzji. Cierpliwie poczeka, aż ją zostawię, bo sama nie jest w stanie odejść. Raz próbowała, wie, że tym razem to się skończy tak samo. Dała mi do zrozumienia, że nasza relacja wywołuje w niej zbyt duże emocje. To jest właśnie paradoks. Niby każda kobieta uwielbia emocje, ona też wydaje się je kochać. Jest skrajnie wrażliwa. Niby nic się nie dzieje, ale ten związek na odległość jej wystarczy do tego, żeby cierpieć z nadmiaru emocji. Tak silnych, że nie jest w stanie się ze mną spotkać.

    Co do poczucia bezpieczeństwa - już kilka miesięcy temu u mnie w domu usłyszałem od niej, że cudownie i bezpiecznie się przy mnie czuje. To był dla mnie komplement najwyższych lotów. Nie wiem, może pod wpływem jej ucieczek i mojej rosnącej świadomości to "bezpiecznie" wyparowało? Mi się wydaje, że to, że wiem tak dużo, podszedłem tak blisko, a zarazem nie znielubiłem, nie dałem se siana, jestem i staram się wspierać powinno być bezcenne. Ona strasznie strzeże swojego wnętrza przed całym światem i na 99% dłuuugo nie trafi na nikogo, kto będzie miał tyle siły, zaparcia i cierpliwości, żeby podejść tak blisko, jak ja. Powolutku dopuściła mnie tak blisko sama, ale teraz chyba widzi w tym zagrożenie. Nie mam pojęcia, jaki użytek mógłbym z tego zrobić? Może tak bardzo nie lubi "tego" w sobie, swojej natury i całej siebie, że nie jest w stanie pojąć, że ktoś ją może szczerze kochać taką, jaka jest naprawdę? Może faktycznie brzydzi się mną, bo kocham "takie coś"?

    Widzisz, Ty chcesz być traktowana jak kobieta, nie jak dziecko, ona pewnie też. Do tego jest niezbędna jedna prosta sprawa - ja muszę być traktowany jak partner, nie jak tatuś. Kolejny paradoks. Nie da się Was podejść inaczej, niż jak tatuś do dziecka, ale zarazem trzeba podejść inaczej. Nie da się prowadzić związku na Waszych zasadach, ale nie da się zbudować nic innego. Nie da się Wam nie pozwolić na sabotaż i autodestrukcję, ale nie można na to w żaden sposób wpłynąć.

    I tak ja nie mogę wpłynąć na nic. Dałem jej dużo, bardzo dużo i przynajmniej dziecko zdaje sobie z tego sprawę. Świadomość dałem i możliwe źródło problemu, zrozumienie i cierpliwość, przyjaźń. Może chodzi o to, że przeze mnie dodatkowo nienawidzi siebie, bo ja taki cierpliwy, tak ładnie daję, niby taki "normalny" - a ona w porównaniu taka zła, zepsuta i pusta? Przecież to, że ja zniknę, niewiele zmieni. Zostanie pustka, która i tak przychodzi co kilka dni. Ach, no i znikną te emocje, które ponoć są zbyt duże...
  • czita88 17.01.12, 18:39
    Mi się wydaje, że to, że wiem tak d
    > użo, podszedłem tak blisko, a zarazem nie znielubiłem, nie dałem se siana, jest
    > em i staram się wspierać powinno być bezcenne. Ona strasznie strzeże swojego wn
    > ętrza przed całym światem i na 99% dłuuugo nie trafi na nikogo, kto będzie miał
    > tyle siły, zaparcia i cierpliwości, żeby podejść tak blisko, jak ja.

    Może tak bardzo nie lubi "tego" w
    > sobie, swojej natury i całej siebie, że nie jest w stanie pojąć, że ktoś ją mo
    > że szczerze kochać taką, jaka jest naprawdę? Może faktycznie brzydzi się mną, b
    > o kocham "takie coś"?

    Może chodzi o to, że przeze mnie dodatkowo n
    > ienawidzi siebie, bo ja taki cierpliwy, tak ładnie daję, niby taki "normalny" -
    > a ona w porównaniu taka zła, zepsuta i pusta?

    Nie wiem jak ona ma, naprawdę... Ja podświadomie nie ufałam w miłość drugiej osoby. Wciąż w nią wątpiłam, wciąż podkopywałam. Pewnie dlatego te nasze prowokacje. To, że Ty taki dobry cierpliwy itd. może być cholernie irytujące. Często podczas konfliktów podświadomie dążyłam do tego żeby druga strona odczuwała to co ja. Więc jeśli ja szalałam z wściekłości irytacji i bólu, to on też miał tak się czuć, i robiłam wszystko, żeby go do tego sprowokować. Byłam gotowa posunąć się do wszystkiego (teraz na stabach i gdy dużo myślę, staram się przewidywać konsekwencje słów i działań, chociaż rewelacyjnie nie idzie...). Nie znosiłam obojętności.
    Poza tym mamy tak, że często wku*wia nas byle co w zachowaniu drugiej osoby, awantury "o nic", zmienne nastroje itd. Zastanawiałam się czasami dlaczego potrafią mnie doprowadzić do szału / doliny takie durne powody. Potem doszłam do tego, że prawie nigdy nie chodziło tak naprawdę o te słowa/ zachowania, o które waliłam megafochy, zamykałam się w sobie czy wybuchałam. Praktycznie zawsze (podświadomie) podejrzewałam, że on mnie nie kocha. Starałam się mu to wręcz udowodnić. Jego ignorancję (ja :o !!!). Uwielbialam np łapać go na tym, że nie mnie nie słuchał :). Potem to była nasza stała konkurencja ;) na ten zarzut potrafił streścić moj wątek 5 minut wstecz ;)... Byłam strasznie niekonsekwentna, gdy było mi źle wkurzałam się o coś, na co normalnie nie zwracałam uwagi. Lub gdy miałam akurat takie oczekiwania i nie spełniły się, wtedy pojawiała się irytacja i te głupie myśli. On ma mnie gdzieś. Za wszelką cenę chciałam mu to udowodnić. Niedopełnianie obietnic było znakomitym pretekstem. Tak samo jak robienie mi na złość, kłamanie, spóźnianie się, niesłuchanie mnie, przedmiotowe traktowanie w seksie, niechęć do seksu, nieczułość, obojętność, oschłość, flirt z koleżanką.... Wyszukiwałam wszystkiego co mogłoby o tym świadczyć. Idiotka ze mnie. Najgorsze, że ja naprawdę chciałam mu to udowodnić. Nie wiem dlaczego. Może nie kochając i nie akceptując siebie samej, wkurzam się, że ktoś daje radę? Ktoś kto o mnie wie wszystko (co najgorsze) !!? Chce dać mi szczęście? Poświęca się dla mnie? Nie mogłam w to uwierzyć. Tak naprawdę. Wypierałam to. Gdy było dobrze to było cudownie, ale moja podświadomość była wciąż czujna, dlatego chwile, gdy byłam szczęśliwa (naprawdę i bez przerwy na irytację, rozczarowanie i pragnienie zerwania) trwały max. kilka godzin... To są piękne wspomnienia ;( ... Właśnie przypomniało mi się coś zabawnego - on miał bardzo mocny sen, a ja czasami lubiłam go lekko wybudzać i pytać czy mnie kocha, wciąż miałam nadzieję "złapać" go na szczerej negatywnej odpowiedzi ;)... Nigdy się ku*wa nie udało...

    " Przecież to, że ja zniknę, niewi
    > ele zmieni. Zostanie pustka, która i tak przychodzi co kilka dni. Ach, no i zni
    > kną te emocje, które ponoć są zbyt duże..."

    Mimo C H O L E R N E J tęsknoty za miłością, za tym, żeby być z kimś, za przytuleniem, dotykiem, rozmową (choć do tego na szczęście? nie potrzeba związku, hmm...) naprawdę łatwiej jest być samemu... Nie ma kolosalnych wahań nastroju, poczucia winy, pokus, wysiłku, analiz czyjegoś zachowania, oskarżeń, rozmyslań chcę - czy nie chcę, rozterek, zawodu, bólu, rozczarowania, samokrytki.... Są, owszem, ale o niebo mniejsze i dotyczące przeszłości, a więc wydarzeń na które i tak już nic nie poradzę... Jest swoboda, samotność, ból jest... hmmm... jak zawsze. Z tego wychodzę i do tego zawsze wracam.
  • spaprany 17.01.12, 23:30
    Właśnie dlatego chyba nie da się przy Was trwać. Wybacz, ale tak to wygląda, zresztą pewnie Cię nie urażę, bo już o tym wiesz. Z jednej strony szukasz ideału, z drugiej - nawet, gdybyś znalazła, tak silnie projektujesz, głęboko grzebiesz i szukasz wad, że nawet jak nie znajdziesz, i tak znajdziesz. Napisałaś, że dążysz do tego, żeby druga strona odczuwała to samo, co Ty. Po co? Bo tylko wtedy będzie Cię mogła na stówę zrozumieć? Czy dlatego, że wiesz, że to niemożliwe i będzie się na co wkurwić?
    Zobacz, nie ufałaś w miłość drugiej osoby, bo nie ufałaś w swoją - projekcja, odbieranie kogoś przez swój pryzmat.

    Już dawno, zanim zacząłem się interesować tematem doszedłem do wniosku, że pełnię rolę czegoś na kształt generatora emocji i katalizatora stanów. Miałem wrażenie, że jestem "używany" do tego, żeby potęgować dobre nastroje, czyli rozśmieszać i zabawiać, podziwiać i chwalić oraz absorbować złe, czyli dać się wciągnąć w awanturę, pokłócić, dać się skrzywdzić. Kochanie dla wszystkich dookoła jest ideałem - w życiu nie wchodzi w agresywne spory, jest szczytem taktu i delikatności. Ja generuję silne emocje, ja zbieram żniwo. Po pewnym czasie zrozumiałem, że działam jak wzmacniacz - wzmacniam i negatywne, i pozytywne stany.

    Teraz czasami myślę, czy to nie jest tak, że my, partnerzy/partnerki stanowimy obiekty zastępcze. Gwarantujemy upust tego wszystkiego, co w Was siedzi, dzięki czemu nie musicie kierować tego do wewnątrz i trawić w sobie.

    "Może nie kochaj
    > ąc i nie akceptując siebie samej, wkurzam się, że ktoś daje radę? Ktoś kto o mn
    > ie wie wszystko (co najgorsze) !!? Chce dać mi szczęście? Poświęca się dla mnie
    > ? Nie mogłam w to uwierzyć. Tak naprawdę. Wypierałam to."

    A to akurat jest proste. Trudno jest uwierzyć w cudzą, bezinteresowną i zdrową miłość, jeżeli się nie jest do niej zdolnym. Nie wczujesz się w czyjś stan ducha i go nie zrozumiesz, dopóki nie doświadczysz tego sama.
    Ty przynajmniej miałaś jaja, żeby pytać, czy kocha. Moja dziewczyna dostaje alergii na każde wspomnienie o uczuciu, niemal fizycznie się jej zbiera na wymioty.
    Kurwa, to wszystko wygląda jak gra w to, kto będzie gorszy. Przegrywa ten, kto jest bardziej cierpliwy, uczciwy, szczery i dobry. Nie wiem, może Was wkurwia w nas to, że mamy czelność nie mieć takich jazd, jak Wy? I z chorobliwej zawiści fundujecie jazdy i tortury, żebyśmy nie mieli lepiej?
    Nie raczej, przecież moja kobieta sama się przyznała, dlaczego tak się dzieje. Żebym ją zostawił, nawet znienawidził, ale odpuścił i żeby nie musiała się angażować.
  • czita88 18.01.12, 00:15
    Tak dyskusje na tym forum jak i moje przemyślenia, rozmyślania i analizowanie (a w ostatnich dniach naprawdę tego za dużo !!! :( :( :( ), moje przewidywania, przeczucia, wnioski z przeszłości, moje doświadczenia - wszystko przemawia za tym, że za przeproszeniem ch..a warte włażenie w jakiekolwiek bliższe relacje nas bpd i z nami bpd. Forum jeszcze jako jedyną możliwość podaje terapię, ale dziękuję bardzo czekać parę lat, żeby móc próbować kogoś nie zniszczyć. Gówno warte to życie. Pić mi się chce ;(( nienawidzę się naprawdę się nienawidzę zjebalam cale życie wszystko co szlo zjebać ;'( nie mam już siły ;(((. P9ierdole wszystko.
  • spaprany 18.01.12, 00:33
    Kobieto, daj spokój... Przepraszam Cię, jestem dzisiaj wyjątkowo niesympatyczny, bom w lęku i też ciut za dużo myślę ostatnio, a nie są to jasne myśli. Moje dziewczę dostało prawdę i jest milczenie, już drugi dzień. Obawiam się, że tak będzie wyglądał koniec naszego związku. Dopóki nie wiedziałem, nie grzebałem i była szansa, że będę cierpliwym samarytaninem to jeszcze jakoś ciągnęło. Zawymagałem i się usrało. Trudno, nie mogę być z nią na jej dotychczasowych warunkach, bo to prosta droga do poważnych problemów.

    Czita, wszystko się da, gwarantuję Ci. Myślę, że gdyby nie odległość - my też jakoś dalibyśmy radę, ale nie zaryzykuję diametralnej zmiany życia dla kogoś, kto może się po miesiącu albo dwóch wycofać, rozmyślić albo Bóg wie co jeszcze.
    To Twoje życie. Ja sam jestem kiepski w długofalowym planowaniu i działaniu, ale... Jeżeli wchodziłaby w grę umiejętność zdrowego kochania - chybabym się zmusił. Samotność jest tak kurewsko słaba, że aż strzyka. Nie wyobrażam sobie, jak kiepska musi być świadomość, że się robi krzywdę najbliższej osobie + świadomość, że będzie się robiło nadal. Ej, może to idiotyczne pytanie, ale nie możesz się powstrzymać?
    Jesteś 8 lat młodsza ode mnie i już zjebałaś całe życie? To nie może być. Ja tam nie za wiele mam, ale jeszcze powalczę ;)
  • czita88 18.01.12, 01:02
    Teraz tak gadasz jakbym przez Ciebie własnie beczała głupia. Ja widzę jak jest, a Ty i bsp np. (i wiele innych osób na forum) mi pokazujecie tylko wiele innych szczegółów, na które sama nie zwracałam uwagi, pokazujecie sprawę od drugiej strony, z tej perspektywy bpd-ka wygląda na jeszcze większą ku*wę / psycholkę / dziecinną popierdoloną porąbaną .... . Brak mi słów by nas określić. Jesteśmy jakimiś ku*wa pierdolonymi niedorozwojami, które powinni szybko diagnozować i usuwać ;(. Mogli mnie za pierwszym razem gdy się pocięłam zaprowadzić do psychiatry, może bym się nie puszczała, nie miała any, nie zakochała się beznadziejnie ;(..... Powinni nam od dziecka dawać stabilizatory, tłumić nasze chore jazdy w tych pustych głowach.

    Nic się nie uda. Nie potrafię nawet kochać a co dopiero z kimś być ;(. Taka jest prawda. Zawsze chcę tego czego nie mam. Albo tego co utraciłam. Wciąż myślę o kolesiu, którego wcale nie znałam tak naprawdę (w sumie rozmawialam z nim może 20 godzin) a przez 3 lata (6-3 lat temu) idealizowałam ekstremalnie, bez tej drugiej fazy, dlatego właśnie, że nie mogłam go mieć, że z nim nie byłam, a jedyna bliskość to był sporadyczny seks (tylko do tego mu służyłam) na domiar złego on byl tym pierwszym ;( jak można być tak pojebaną s*ką to ja nie wiem ;(... Obwiniam się za wszystko, myślę jakby to było gdyby.... Gdybym nie ... Itd.... Może i nie jestem stara jeszcze ale chodzi o to, że zjebałam wszystko dotychczas, wszystko co mogło mi dać szczęście ;(.
    Czasem miałam / mam nadal nadzieję ale nie potrafię ;(. Na bank nie potrafię. Każdego zaczynam w pewnym momencie nienawidzić. Najgorszy jest brak celu i poczucia sensu. Tylko pić i cierpieć do końca życia pozostało. Umiem zauraczać sobą te napalone samce, ale co z tego, skoro im dłużej się zachwycają tym bardziej ja się dewauluję, obnażam, pokazuję że nic wartościowego nie ma w tej kobiecie, że trafili najgorzej jak mogli trafić. I to też wbrew mojej woli (nie chcę tego robić a robię), podświadomie. Wszystko wypływa na wierzch. Żebym mogła być z kimś musiałabym udawać od początku do końca kogoś innego, lepszą siebie i za nic w świecie - nie zakochać się w nim. Miłość wszystko rozwala. Nie kocham (tak to nazywam choć wiem że nie powinnam używać tego słowa w moim kontekście!!!!) to nie cierpię, gdy mnie ktoś olewa, wiem, że nie zasługuję na nic i cieszę się że otrzymuję choć trochę... A jak są uczucia, związek to się robi masakra z tego. Już się uspokoiłam, bez sensu to żalenie się tu, nie wiem po co to robię... Dzięki za dobre słowo.
  • spaprany 18.01.12, 01:25
    "Taka jes
    > t prawda. Zawsze chcę tego czego nie mam. Albo tego co utraciłam. Wciąż myślę o
    > kolesiu, którego wcale nie znałam tak naprawdę (w sumie rozmawialam z nim może
    > 20 godzin) a przez 3 lata (6-3 lat temu) idealizowałam ekstremalnie, bez tej d
    > rugiej fazy, dlatego właśnie, że nie mogłam go mieć, że z nim nie byłam"

    Hahahahahahahahahaha. Haaaaaaahahahahahahaha. A to dobre... Widzisz, moja kobieta kochała się we mnie platonicznie jakieś, hmm... 6 lat? 7 lat? Znaliśmy się, ale tylko kilka razy zamieniliśmy kilka słów w knajpach. Po tych wszystkich latach, pomimo odległości - dostała mnie. To, co piszesz - to dokładnie jej słowa. Jej nie cieszy nic, co już ma. Tak jest od jedzenia, przez ubrania i rozrywki po mężczyznę, w tym nieszczęsnym wypadku mnie.
    Gwarantuję Ci, że ona też tak myśli, że wszystko zjebała. Też brak celu i też brak sensu. Myślałem, że ta jej praca coś zmieni. Cieszyła się może ze 2 dni.

    "Żebym mogła być z k
    > imś musiałabym udawać od początku do końca kogoś innego, lepszą siebie i za nic
    > w świecie - nie zakochać się w nim. Miłość wszystko rozwala. Nie kocham (tak t
    > o nazywam choć wiem że nie powinnam używać tego słowa w moim kontekście!!!!) to
    > nie cierpię, gdy mnie ktoś olewa, wiem, że nie zasługuję na nic i cieszę się ż
    > e otrzymuję choć trochę..."

    No jasne. U nas też było w miarę okej, dopóki nie poznałem jej całej i mogła rżnąć supersilną i bystrą ekstrapiękność. Powinnaś używać tego słowa w swoim kontekście. Kochasz, jeno ta miłość Twoja ma taki kształt, a nie inny. Nie musiałabyś pokazywać lepszej siebie, bo to by nic nie zmieniło. Miłość ma to do siebie, że druga osoba widzi przez czaszkę i przez skórę. Tam, gdzie jest prawdziwa miłość nie bardzo się da oszukiwać i dlatego mojej pani tak było/jest ze mną strasznie niewygodnie. Wyczuwamy nawzajem swoje nastroje, znamy się na wylot, osiągnęliśmy tę kurewsko niebezpieczną, obrzydliwą bliskość i co? The End, następny.

    W sumie nic jeszcze nie wiem, ale nie mam za bardzo w czym szukać nadziei. Zwłaszcza jak czytam Twoje przemyślenia. Czego, jakiej decyzji mogę się spodziewać po kobiecie, która otwarcie się przyznała, że robi mi krzywdę żebym odszedł i żeby nie musiała się angażować? A jakiej przyszłości, jeżeli to jeszcze potrwa?
    Śpij dobrze :)
  • czita88 18.01.12, 01:57
    Ty też.

    To ją podziwiam, że Ci się do tego przyznała... Tamten chyba nie ma pojęcia do dzisiaj, chociaż przez niego, po ostatnim widzeniu się z nim, gdy nawrzeszczał na mnie bez powodu, podirytował się drobiazgiem gdy byliśmy pijani i wygłupialiśmy się (w większym gronie), miałam p.s. . Tzn raz mu powiedziałam wcześniej, pijana, że płakałam przez niego, ale pewnie do rana zapomniał. Gdy myślę "trzeźwo" to ta cała miłość wydaje mi się po prostu śmieszna, masakrycznie śmieszna i żałosna !!! On miał wtedy tyle lat co ja teraz. Był gówniarzem (w końcu facet ;) - bez urazy...) !!! A ja chciałam przez niego umrzeć. To wszystko to jeden wielki idiotyzm. Tym bardziej porównując to np. z ostatnim związkiem. To byla kurwa miłość !!! ;( Którą też rozwaliłam i to od razu, w zalążku, potem nie potrafię wyjaśnić jak to się jeszcze ciągnęło tyle czasu... jak dało radę rozwinąć.... I jak mimo n-tej szansy wszystko konsekwentnie rozwalałam. I chociaż "tamto" sprzed lat jest wręcz komiczne, to gdy wracam myslami, wspomnieniami, wszystkimi zmysłami (jak przed chwilą) do tamtych momentów, miejsc (to były piękne okoliczności, mistyczne wręcz dla mnie) to ryczę jak głupia, żałuję, widzę to wszystko, czuję te zapachy, te megamotyle, znowu jest mi słabo i mam dreszcze idąc do niego wbrew rozsądkowi, wbrew wszystkiemu... Co za tępa baba ze mnie ;( ;( !!!!!!!!!!!! To jakiś tragiczny pierdolony romantyzm. Zero mózgu.

    Owszem ostatnio myślę i staram się coraz więcej, chcę dbać o siebie, nie niszczyć się (alko tricho przygodny seks itd), chcę się nauczyć kochać naprawdę, ale takie momenty jak ten mnie rozwalają zupełnie, czuję się jakbym oszukiwała samą siebie (że może się udać, że jestem w miarę normalna) i przebywając z nim też widzę te same emocje, irytację, rozczarowanie, co z byłym. A wiem, że jak pociągnę to dalej to dopiero się zacznie. To jest wykańczające. Parę dni temu wydawało (?) mi się że podjęłam decyzję, a dzisiaj to gówno znaczy, bo mam dość wszystkiego, tym bardziej facetów. Kobiet też. Tu mi dobrze. I gdy piję. I gdy jestem sama ze swoimi myślami. Gdy nie ma w pobliżu nikogo, kto wie co we mnie siedzi.
  • spaprany 18.01.12, 13:11
    "Owszem ostatnio myślę i staram się coraz więcej, chcę dbać o siebie, nie niszcz
    > yć się (alko tricho przygodny seks itd), chcę się nauczyć kochać naprawdę, ale
    > takie momenty jak ten mnie rozwalają zupełnie, czuję się jakbym oszukiwała samą
    > siebie (że może się udać, że jestem w miarę normalna) i przebywając z nim też
    > widzę te same emocje, irytację, rozczarowanie, co z byłym. A wiem, że jak poci
    > ągnę to dalej to dopiero się zacznie. To jest wykańczające. Parę dni temu wydaw
    > ało (?) mi się że podjęłam decyzję, a dzisiaj to gówno znaczy, bo mam dość wszy
    > stkiego, tym bardziej facetów."

    No, skoro myślisz i starasz się - to już pierwsze kroki do przodu, nie? Owszem, jak pociągniesz dalej na pewno się zacznie, JEŻELI nie spróbujesz nad sobą panować. Wiem, że to średnio wychodzi. Z perspektywy patrząc pamiętam setki chwil, w których moja dziewczyna próbowała walczyć z tym, co w niej walczyło z nią - to nigdy nie przynosiło długofalowych efektów. Zawsze w pewnym momencie eksplodowała, albo przynajmniej była niby ze mną, a zupełnie gdzie indziej.
    Na przestrzeni kilku miesięcy mojej pani też się kilka razy wydawało, że podjęła decyzję. Zawsze wtedy nie posiadałem się z radości, bo mi się wydawało, że wreszcie. Zdobyłem zaufanie, zdeklarowała się, przekonała do mnie - już najgorsze mamy za sobą. I gówno. To zawsze wracało, zawsze, niezależnie od wspólnych starań i dobrej woli, jej i mojej.
    Widzisz, problem polega na tym, że ona nie umie "być zdrowo". Jeżeli się deklaruje i jest psychicznie moja - jest hiperaktywna. Z tym się wiąże kontakt non stop, życie w symbiozie. Zaczyna żyć zbyt blisko mnie, bo inaczej nie umie. Nawet nie to, żeby to mi jakoś specjalnie przeszkadzało, ale... przeszkadza jej. O, mam kolejne odkrycie. Powiedziała kiedyś, że się bardzo boi, że będę ją ograniczał i zabierał wolność. To też banalnie proste - boi się, bo jej miłość tak wygląda. Boi się symbiozy i ucieka, chociaż ja do tej symbiozy nigdy nie dążyłem i nie będę. Ona do niej dąży i zarazem bardzo tego nienawidzi. O ile mam wpływ na siebie i kształt swojej miłości - nie zmuszę jej, żeby kochała mnie inaczej. A że ją miłość do mnie wręcz pozbawia części siebie - sprytnie zrzuca winę za stan rzeczy na mnie, kieruje we mnie swój cały gniew za ten stan rzeczy i mentalnie odchodzi, tworzy dystans. Żeby się nie udusić własną miłością do mnie. Trafiam, czy pudłuję?
    Czita, biegasz do psychologa? Bo wydaje mi się, że masz bardzo dobre podstawy, żeby zacząć reperację :)
  • perfekcjonizm 16.01.12, 11:07
    spaprany napisał:

    > Piszesz, że potrzebujecie silnego partnera. Powiedz mi, w jaki sposób mam być s
    > ilny? W czym ma być ta siła? Przecież nie mogę do niej pojechać wbrew niej. Nie
    > mogę jej zmusić do przyjazdu. Nie umiem stawiać granic, nie da się wymagać. Wc
    > iąż nie wiem, czy to bpd, ale to kurestwo uniemożliwia jakąkolwiek bliskość, ni
    > e da się fizycznie niczego budować na takim gruncie.

    Spaprany, co sądzisz o konsultacji z terapeutą? Jesteś na takie rzeczy otwarty?
    Chodzi o to, żebyś troszkę zaopiekował się sobą. Niedługo będzie z Ciebie wrak.



    --
    zatrzymajmnie.blogspot.com/
  • 3bsp 12.01.12, 09:48
    neon.ki napisała:
    >
    > 3bsp, wydaje mi się, że masz masochistyczne zapędy :) w ogóle odnoszę wrażenie,
    > że jesteś zauroczony, zaczarowany tym, co nazwano bpd

    Każdą krytykę pod moim adresem odbieram jako inspiracje do spełnienia pragnienia bycia autentycznym, pragnienia, by zdążyć być sobą wreszcie.
    To co napiszę jest trochę osobiste i niech będzie moim podziękowaniem za to, co napisałaś.
    Czy pamiętasz film Krzyżacy.
    Moje drugie małżeństwo. Ja, jak Jurand poszedłem za miłością mego życia do mojego Malborka
    Pamiętasz scenę powrotu Juranda z Malborka, gdy spotyka go Zbyszko ze Stryjem na leśnej drodze
    Tak właśnie wyglądałem, wychodząc ze związku małżeńskiego. Odchodząc naprawdę kochałem.
    Okaleczony, pohańbiony, upodlony przez relację oscylująca na granicy ludzkiego okrucieństwa, ale w duszy tak jak Jurand zachowałem skarb, którego nikt nie był mi w stanie zabrać – to moc człowieczeństwa. Tak to postrzegam dziś.
    Pamiętasz, jak do Spychowa, przed oblicze Juranda przyprowadzono jego oprawcę.
    Jurand rozciął pęta i darował mu wolność, ale uwolnił też siebie od pęt nienawiści aktem wybaczenia tak wielkiego, jak nikczemność oprawcy. Tak to postrzegam dziś.
    Jeśli zabrzmiało to patetycznie, to patos jest odzwierciedleniem mego cierpienia, które wtedy odczuwałem.
    Nim tak naprawdę wybaczyłem, snułem marzenia o inicjatywa legislacyjnej zabraniająca obywatelom/kom z rozpoznanym BPD wchodzenia w bliskie związki partnerskie i małżeńskie.
    & 1
    Kto będąc świadom zagrożenia zdrowia i życia drugiego człowieka wchodzi z nim w bliskie związki…….etc. podlega karze pozbawienia wolności do lat…z obowiązkową terapią…itd.
    Już widziałem oczami wyobraźni ten protest: jesteśmy takimi samymi ludźmi jak wszyscy i nikomu nie wolno ograniczać nam prawa do miłości jakkolwiek ją rozumiemy.
    Słusznie, popieramy i żądamy tego samego – wtóruje chór pedofili i gwałcicieli. Dziecko to dziecko, nieważne czy zewnętrzne czy wewnętrzne.
    Przeszło mi.
    Jakiś imperatyw wewnętrzny, nakazywał mi, abym coś z tym zrobił. Zbyt wiele nie zasłużonego cierpienia. Co zrobić, by inni nie poszli tą drogą co ja, by obudzić w ludziach świadomość, która nie pozwoli budzić poczucia winy i osądzać.
    Postanowię napisać zbiór opowiadań, który pokazałby prawdę i zagrożenia w tej relacji.
    Myślę, że tytuł „CZARNE ANIOŁY”, byłabyś w stanie zaakceptować. Sądzę, że opinie jakie zebrałem za pierwsze trzy opowiadania od ludzi kultury, którzy siedzą w temacie nie były wyrazem kurtuazji.
    Dialog pomiędzy Czitą a Spapranym, był dla mnie szalenie inspirujący.
    Czy teraz rozumiesz moje zainteresowanie BPD?. To pisanie ma również dla mnie moc terapeutyczną.
    Jestem Ci wdzięczny za jeszcze jedną sprawę. Napisałem w swym poprzednim poście o swoim przyjacielu (to nie nadużycie słowne), którego nie widziałem 15 lat słowa:
    >
    > Gdy na ostatniej imprezie zobaczyłem zachowanie „kapciorza” (to partner BPD), to nie dziwię się, że Bepedki mają ochotę czasem ich zatłuc łopatą i pofrunąć z normalnym mężczyzną albo co gorsza z facetem.
    Nie mogłem zrozumieć, jak z tego wspaniałego, pełnego witalności i bezsprzecznie przystojnego mężczyzny, zrobił się „kapciorz”, który zachowuje się nie jak partner ale niewolnik współmałżonka i skąd u mnie tyle irytacji i skrywanej agresji na jego postawę.
    To dzięki Tobie zatrzymałem się i uświadomiłem sobie przyczynę mojej agresji, zrozumiałem, że w jego postawie najbardziej nienawidziłem SIEBIE, za moją postawę z przeszłości.
    Widać siedzi to jeszcze mocno gdzieś we mnie.
    Dziękuję. Zatelefonowałem do niego i umówiliśmy się na spotkanie.

  • spaprany 12.01.12, 11:04
    3bsp, a propos inspiracji - dostrzeż to, że każdy, kto "cierpi katusze" w związku z bpd CIERPI NA WŁASNE ŻYCZENIE. Ty też zajechałeś się tylko dlatego, że sobie na to pozwoliłeś. Uwierz mi, że prawdopodobnie z "normalnego" związku ze zdrową emocjonalnie osobą wycofałbyś się szybciutko.

    Czytałeś o schemacie króliczka i myśliwego? "Skoro ona chce ze mną być, trwale i zdecydowanie - widocznie jest gorsza ode mnie, czyli bardzo słaba, jeszcze bardziej bezwartościowa!" To tak działa. Teoria króliczka mówi o tym, że w takim układzie wiążą się dwie jednostki z bardzo niskim poczuciem własnej wartości. Króliczek, czyli w tym wypadku bpd, używa Ciebie i tych wszystkich morderczych zabiegów zyskując za pomocą tego potwierdzenie swojej wartości, reperując pokaleczone ego. "Skoro on za mną zapieprza, mogę mu zrobić wszystko, a on będzie - widocznie jestem na tyle zajebista, że jestem TEGO WARTA!".

    Myśliwy natomiast wybiera sobie nieosiągalny cel i myśli "jeeeezu, mam szansę, ona się mną interesuje! Skoro interesuje się mną ktoś tak niedostępny i ekskluzywny - widocznie jestem na tyle zajebisty, że jestem wart tego zainteresowania!". Zauważ, że możesz w każdej chwili odpuścić, ale wtedy króliczek staje i patrzy, czy jeszcze gonisz. A jeżeli idziesz do tyłu - woła "ejjj... proszę, goń mnie... dlaczego mnie nie gonisz?! Proooszę, zmienię się... nie będę uciekał!!!". Ty zbliżasz się do króliczka, on daje się głaskać i nagle lu w mordę. I znowu sprint. I jeszcze słynne "rzucanie za siebie granatów". I tak w kółko.

    Najciekawsze jest podsumowanie. Chociaż związek z bpd to skrajna postać takiej relacji, i pozorny kat, i pozorna ofiara PANICZNIE BOJĄ SIĘ BLISKOŚCI. Nie są gotowi na dojrzałą miłość, używają niejako drugiej strony do chorego budowania swojego poczucia własnej wartości. Ponoć różni się tylko natura lęków. Króliczek ma nieuświadomiony lęk przed opuszczeniem, a uświadomiony lęk przed bliskością, myśliwy - uświadomiony lęk przed opuszczeniem, nieuświadomiony lęk przed bliskością. Moim zdaniem to pasuje niemal idealnie.

    To, co zdrowy człowiek czerpie z siebie - my czerpiemy z patologicznej relacji. Do upadłego próbując zasłużyć na czyjąś miłość, bo nie mamy w sobie własnej, do siebie. Tak samo potrzebujemy tego dymu, przyciągania i odpychania, jak bpd. Dlatego ja na stałe wykreśliłbym ze słowników coś takiego, jak "ofiary związków z bpd". Czegoś takiego NIE MA. Jesteśmy ofiarami własnej słabości, to wszystko. Co więcej, koncentrując się na swojej biedzie, analizując na wszystkie strony naszych niezrozumiałych partnerów - NIEŚWIADOMIE UCIEKAMY OD PROBLEMÓW Z SAMYM SOBĄ. Temat zastępczy. Kurwa, tak można zmarnować całe życie i skończyć dokładnie w tym punkcie, w którym zaczęliśmy.

    Ja jestem przekonany, że jest prosty sposób na związek z bpd. Powtarzam po raz setny, NIE WIEM, czy moja kobieta jest obciążona bpd, ale wiem jedno - jest króliczkiem, w 100%. Kocham ją za milion rzeczy. Jest chodzącą tajemnicą, skarbnicą wiedzy, pierwszą kobietą, którą spotkałem w ciągu blisko 20 lat dorosłego życia, która mi imponuje inteligencją. Ma niezrównany dowcip, mamy identyczną wrażliwość, wspólny odbiór i komentowanie muzyki, filmu, czegokolwiek to czysta radość, a w łóżku stapiamy się w jeden organizm. Tyle że panicznie ucieka... Irracjonalnie dużo za rzadko pozwala sobie na chwilę, w których jest bezgranicznie szczęśliwa, a potem te chwile zawsze odchorowujemy.

    Sposób jest jeden - NIE GONIĆ. Trzymać lekki dystans. Zawsze pozostawiać niedosyt, żyć własnym życiem. To ostatnie jest BARDZO ważne. Żyć własnym życiem. Dopóki mam intensywne własne życie, realizuję się na wszystkich polach - mojego króliczka ciągnie do mnie jak pszczołę do miodu. Ja widzę w jej ucieczkach słabość, w ogóle zbliżyliśmy się na tyle, że widzę jej wszystkie słabości. I nigdy, przenigdy nie zrobiłem z tego użytku. Nigdy w życiu jej nie krytykuję, nie obarczam winą, nie poniżam, ona też tego nie robi. Nie usłyszałem od niej poważnego słowa krytyki, chyba że półżartem. Być może mi jest łatwiej, niż niejednemu partnerowi kobiety z bardzo intensywnymi objawami bpd, szczególnie typu acting out, ponieważ tutaj jest szacunek. Ona nie obraża, nie wyzywa, nie poniża. Jedynie czasami bije od niej niechęć, sprawia wrażenie kompletnie niezainteresowanej. To również dosyć bolesne, ALE tylko z jednego powodu. Mam w sobie małe dziecko, które domaga się atencji. Brak tej atencji boli mnie jak małe dziecko. NIE JEJ WINA. Widzę jej szacunek, jej pozytywna strona wychodzi wtedy, kiedy traktuję ją jak małe, rozbrykane dziecko. Mam kontrolę nad tym, nad czym ona nie ma, nie daję się wciągnąć i ponieść. Muszę mieć w sobie tyle kontroli, żeby ogarnąć przede wszystkim siebie, a często też ją. Ilekroć przetrwam atak jej ciemnej strony, zlekceważę próby zaczepek, nie pozwolę na jej próby dominacji - przychodzi jej jasna strona i każdym calem dziękuje mi za to, że przy mnie może być słaba bez ryzyka, że się rozpadnę na kawałki. Przecież bpd najbardziej nienawidzą siebie i nas za to, że nas ranią a my do tego dopuszczamy. Nienawidzą słabości w sobie, ale też w nas. Nie pokazujmy tej kurewskiej słabości, pracujmy nad nią, bo właśnie w tym miejscu i w tym związku jest doskonała okazja. Tu jest właśnie ten trening świadomości. Okazja dla mężczyzny, żeby był mężczyzną - zyskał tak wielką, jak tylko się da kontrolę nad swoimi emocjami w kryzysowych momentach.

    Także moim zdaniem spokojnie DA SIĘ stworzyć satysfakcjonujący związek z bpd, pod jednym warunkiem. Nie oczekując od partnera/partnerki bezgranicznego oddania, zostawiając przestrzeń. Trzeba po prostu być świadomym swojej słabości, pracować nad sobą i swoją wartością. Zauważcie, z kim są bpd, które uważają swoje związki za "w miarę" udane. Przy kim im łatwiej ze sobą, kto jest dla nich oparciem. Nie ci, którzy walą łbem w ścianę, ryczą, dają się wciągnąć w wir emocji i posadzić na huśtawce. Nie ci, dla których one są całym życiem i całym światem. Ci, którzy z troskliwą uwagą przyglądają się im, są obok, zarazem nie dając się zajechać. Nie dostrzegają wariatki z bpd, tylko zwykłą kobietę o nieprzeciętnej wrażliwości, bo jeżeli się dobrze przyjrzeć - kobiety obciążone bpd po prostu mają pomnożoną kobiecoś. Są jakby dwiema kobietami w jednym ciele, mają wszystkie kobiece cechy pomnożone przez 2. A czasami przez 6 ;) Kogo stać na taką kobietę? Tego, który stanie się mężczyzną x6, okiełzna żywioł.

    Nic nie dają agresywne rozmowy, kłótnie i paniczne racjonalizowanie. TO NIE TRAFIA. Nigdy nie wdawać się w emocjonalne dyskusje, bo wtedy bpd czyta emocje, nie treść. Trzeba wiedzieć, jak i kiedy rozmawiać. Można dla takiej partnerki (piszę z pozycji mężczyzny) stać się autorytetem. Pokazać bez słów, jak żyć i ona na tyle, na ile jest w stanie - kupi to i będzie próbowała, choć często być może nieskutecznie, zaszczepić na własnym gruncie. Ciągnij w górę i nie oglądaj się za bardzo za siebie, ona będzie próbowała za Tobą nadążyć. To cholernie trudne, ale możliwe.

    Wiele osób obciążonych bpd twierdzi, że nie potrafi kochać. Moim zdaniem to wierutna bzdura. Może nie potrafi kochać dojrzale i świadomie, ale w środku jest niemierzalny ogrom miłości. Między innymi dlatego tak trudno zrezygnować z takiego związku. Ta miłość czasami przerywa tamę i wylewa się w niewyobrażalnej ilości.

    Bpd robią z nami to, na co im pozwalamy. A na im mniej im pozwalamy, tym one/oni bardziej nas szanują, a to, co do nas czują bardziej przypomina zdrową miłość. Tak mi się wydaje i chciałbym mieć rację ;)
  • perfekcjonizm 12.01.12, 13:12
    Spaprany,

    Zastanawiam mnie jedno tylko. Gdyby ona - Twoja partnerka - włączyła agresję, to czy byś znalazł w sobie siły i miejsce na takie analizy?

    Jestem BPD, lecz sama boję się agresywnych i wulgarnych borderów. Tak, sama taka byłam. Powiedzmy, że dzięki wieloletniej pracy nad sobą zapanowałam na acting in i acting out i nad paroma innymi rzeczami.

    Być może teraz byłabym właśnie BPD nadającym się do relacji, o której piszesz. Wątpię jednak, żeby wcześniej jakiś mężczyzna x6 odnalazł się w kontakcie ze mną.


    --
    zatrzymajmnie.blogspot.com/
  • spaprany 12.01.12, 13:44
    Wiesz, kiedyś się nad tym zastanawiałem. Doszedłem do jednego wniosku - gdyby włączyła agresję fizyczną, która by się powtarzała, odszedłbym. Jednak JAKIEŚ poczucie własnej wartości mam i nie pozwoliłbym sobie na to, żeby mnie uderzyła kobieta. Mam dość refleksu i siły, żeby unieruchomić moją partnerkę w razie czego, ale tu nie o to chodzi. Po pierwsze - jak ktoś startuje do mnie z łapami - bronię się, a jej nie potrafiłbym oddać, a po drugie - jestem wychowany w jakichś standardach szacunku i komunikacji, w których nie ma mowy o agresji fizycznej w związku. Fizyczna agresja to dla mnie świadectwo bardzo ostrych zaburzeń. Jeżeli nawet rozważałbym dalszą relację, na bank po pierwszej takiej akcji postawiłbym warunek: albo natychmiast psycholog, diagnoza i leczenie, albo natychmiast znikam, niezależnie od tego, jak bardzo mi zależy.

    Nie wiem, czy to jest akurat bpd między innymi dlatego, że moja kobieta wyraża agresję tylko na dwa sposoby - albo przez dążenie do irracjonalnego sporu i uparte dowodzenie swojej, czasami absurdalnej racji, albo przez bardzo kąśliwą ironię. Może po prostu jest bardziej skoncentrowana do wewnątrz?
    Pierwsze sytuacje dzielnie znoszę, bo znam schemat - to zawsze mija, wystarczy przeczekać, nie argumentować, nie wdawać się. Znam jej system wartości i inteligencję, czasami przeczy sama sobie, dziecinnieje i wtedy trzeba jak tatuś z dzieckiem. Poza tym takie sytuacje wynikają bardzo często z prostej przyczyny. Ona za wszelką cenę od samego początku chce dominować na każdym pieprzonym polu. Wiem o tym od dawna. Prosty przykład - od początku uparła się, że ja będę chodził po jej prawej stronie. A ja od początku na to nie pozwalałem, bo przez całe życie chodzę z lewej strony kobiety. Po to, żeby w razie jakiejś lipy móc ją złapać prawą ręką oraz dlatego, że idąc od strony ulicy mogę ją tą samą ręką odepchnąć, względy czysto samczo-praktyczne. Minęło kilka miesięcy, przyzwyczaiła się i tak zostało, już jej nie jest niewygodnie, nie ma pretensji. Mnóstwo razy przechodziłem coś w rodzaju testu na słabość. Ryzykowałem i często przechodziłem kłótnię, ale nie ulegałem. Oczywiście wtedy, kiedy byłem pewny swojej racji i tego, że to "wojna o nic". Coś mi mówiło, że te kłótnie po to są, żeby sprawdzić, czy mam swoje zdanie, czy ulegam dla świętego spokoju. Jeeezu, na początku naszej relacji były nawet takie sytuacje, kiedy ona siedziała metr od długopisu, ja byłem w innym pomieszczeniu i krzyczała, żebym jej podał. Tak miała w poprzednim związku, facet leciał i jej podawał, dla świętego spokoju.
    Drugie sytuacje, czyli ta jej ironia to już sama przyjemność. Mam do siebie mnóstwo dystansu i naturę cynika, więc bardzo często przekomarzamy się i "dosrywamy" sobie dla czystej przyjemności. Czasami to mi w jakiś sposób imponuje, jak z metra cięta dziewczynka potrafi dzielnie wymieniać intelektualne ciosy na granicy wzajemnej obrazy. Ot, taka gierka :)
  • neon.ki 12.01.12, 13:39
    spaprany, obsesyjna nakretka widzę ;)

    zabawne, że to o czym piszesz doskonale koreluje z moimi ostatnimi, hm, osiągnięciami w terapii. ty piszesz o tym w kontekście związku, ja odnajduję takie rzeczy w moich relacjach z rodzicielami. to dopiero będzie osobiste. jeszcze tydzień temu mogliby mnie obdzierać ze skóry, ale bym tego nie powiedziała nawet sama do siebie, a teraz proszę, piszę zupełnie publicznie, narażając się na krytykę w ogóle, ostrą krytykę lub co najgorsze, na zignorowanie, o zgrozo, pominięcie.

    no więc a więc aż od nowego akapitu zacznę. 3bsp niech też słucha. spaprany piszesz o tym by pokazać partnerce jak żyć i tak dalej. ja uświadamiam sobie niezwykle trudną i przykrą dla mnie prawdę, że mi brakuje właśnie takiego taty. takiego silnego, trzymającego się za jaja, drewno w zębach i tak dalej. takiego silnego, który ustanowi priorytety, który będzie autorytetem nie do obalenia, taty, który zapewni poczucie bezpieczeństwa. mogłabym pisać dalej, ale jak na pierwszy raz chyba wystarczy, bo jeszcze się rozpłaczę.

    dlaczego to takie ważne?
    bo zasadniczo problemy zastępcze, wszystkie moje problemy, które generuję sobie sama w życiu są odbiciem tego deficytu wspomnianego wyżej.

    czy jestem bliżej prawdy? przekonamy się w następnym odcinku.
  • perfekcjonizm 12.01.12, 14:13
    neon.ki napisała:

    > spaprany, obsesyjna nakretka widzę ;)

    Dobre :) Coś w tym jest.


    > no więc (...) ja uświadamiam sobie niezw
    > ykle trudną i przykrą dla mnie prawdę, że mi brakuje właśnie takiego taty. taki
    > ego silnego, (...) takiego sil
    > nego, który ustanowi priorytety, który będzie autorytetem nie do obalenia, taty
    > , który zapewni poczucie bezpieczeństwa. mogłabym pisać dalej, ale jak na pierw
    > szy raz chyba wystarczy, bo jeszcze się rozpłaczę.

    Tylko jak potem z tym tatą się kochać... W pewnym momencie terapii dochodzisz do tego i odtrącasz wszystkich mężczyzn. Bo to czego oni pragną od ciebie nie jest kompatybilne z tym czego ty pragniesz.

    Później zakochujesz się w terapeucie (zresztą wiesz jak było u mnie), bo on daje poczucie bezpieczeństwa, bo nie pozwala przekraczać pewnych granic, sam ich też nie przekracza.

    > dlaczego to takie ważne?
    > bo zasadniczo problemy zastępcze, wszystkie moje problemy, które generuję sobie
    > sama w życiu są odbiciem tego deficytu wspomnianego wyżej.

    Nie wszystkie pewnie - myślę - ale część tak. Wszak poza deficytem ojca, wydarzyło się w Twoim życiu jeszcze pewnie to i owo.

    > czy jestem bliżej prawdy? przekonamy się w następnym odcinku.

    Bliżej. Piękny wgląd :)

    --
    zatrzymajmnie.blogspot.com/
  • spaprany 12.01.12, 14:18
    A jasne, obsesyjna. Płakać, że krzywdzicie, że się Was nie rozumie, że się nie umie z Wami postępować, że Wy nie umiecie postępować, że nie umiecie kochać - bardzo prosto, od tego się net ugina. A jak się próbuje znaleźć receptę na to, żeby nie tylko z Wami wytrzymać, ale jeszcze coś fajnego pobudować i jeszcze podzielić się tym na forum, to się nazywa "obsesyjna nakrętka", nie?
    Luuuuz, niech będzie i tak ;)
  • perfekcjonizm 12.01.12, 14:44
    Ej... no już spokojnie. Ciiii...:)

    Osobiście bardzo się cieszę, że piszesz i jestem Ci wdzięczna za to. Czytam to wszystko i... uczę się.

    Dziękuję - Osobiście :)

    --
    zatrzymajmnie.blogspot.com/
  • neon.ki 12.01.12, 14:52
    z całym szacunkiem, ja już tak bardzo nie płaczę nad tym czy nad tamtym. zyskuję świadomość, że nie będzie tak, że to ktoś mi zrobi dobrze. owszem, zrobi tralalala i to na różnych płaszczyznach dobrze będzie, ale wiem, że nie będzie tak, że KTOŚ znajdzie receptę na moje problemy z, hm, tam i wtedy. zasadniczo na echo problemów. nie mam zamiaru kręcić się na karuzeli złudzeń ku wiecznemu niezadowoleniu.

    poza tym piszę w dobrej wierze i bardzo cieszę się, że dzielisz się ze mną tym, co nazwałam obsesyjną nakrętką. hm.. kłuje w oczy? znaczy, że coś jest na rzeczy :P
  • neon.ki 12.01.12, 14:43
    hm.. piszesz w takiej formie, jakby to było o mnie, a nie jest. jest o Tobie.

    nie chcę odwracać się od rzeczywistości, chcę wyjść z tego iluzyjnego świata niespełnionych nadziei. nie jestem już małą dziewczynką i nie potrzebuję już taty. nie chcę kochać się ze swoim wyidealizowanym tatusiem, którego i tak nie ma. do kochania mam męża. nie potrzebuję już, żeby ktoś pokazywał mi drogę. teraz już sama mogę. kompatybilności i zgodności nie będzie. równoległej sinusoidy nie będzie. była w łonie matki, nie będzie już nigdy. terapeuta to dla mnie usługodawca, obcy facet w gruncie rzeczy. poza innymi rzeczami na razie dla mnie deficyt taty jest kluczowy.

    pozdrawiam Cię serdecznie i życzę, abyś odnalazła siebie, pani o pseudonimie perfekcjonizm.
  • perfekcjonizm 12.01.12, 14:48
    neon.ki napisała:

    > hm.. piszesz w takiej formie, jakby to było o mnie, a nie jest. jest o Tobie.

    Czym Cię zdenerwowałam neon.ki?


    --
    zatrzymajmnie.blogspot.com/
  • neon.ki 12.01.12, 14:54
    słucham? haha nie zdenerwowałaś mnie niczym :) skąd ten pomysł? po prostu nie identyfikuję się z tym, co piszesz do mnie jakby było o mnie, bo nie jest. i tyle. jednakże naprawdę doceniam i cieszę się z tej wymiany :)
  • perfekcjonizm 12.01.12, 15:03
    Rozumiem. Mimo to sposób w jaki skomentowałaś to co napisałam jest nieco niespokojny.

    --
    zatrzymajmnie.blogspot.com/
  • neon.ki 12.01.12, 15:50
    z racji tego, iż sprawy, o których piszę nie są mi obojętne i wiele mnie kosztowało dojście do takiej a nie innej, hm, manifestacji (czyż to słowo nie pasuje do tego nieco niespokojnego sposobu, o którym piszesz?) wyżej napisanej :) nie są mi obojętne i sporo mnie kosztowały :)
  • perfekcjonizm 12.01.12, 15:57
    Rzeczywiście, nie pomyślałam o tym. Mam troszkę dziwną manierę osądzania wszystkich przez pryzmat swojej "wyterapetyzowanej wszechwiedzy". Wybacz mi. Teraz dopiero staram się rozumieć, że to co napisałaś było bardzo ważne. Ja chyba wcięłam się jak zwykle w stylu "ciotka dobra rada" :) Zdaje się, że mam z tym problem.


    --
    zatrzymajmnie.blogspot.com/
  • neon.ki 12.01.12, 16:31
    hm.. przypominam sobie, iż niejednokrotnie o tym wspominałaś gdzieś w swoich wpisach etc. myślę, że to dobrze, że lokalizujesz problem :) bo wtedy wiadomo nad czym pracować :) nie mam nic do wybaczania :) pozdrawiam
  • czita88 12.01.12, 16:10
    " ja uświadamiam sobie niezw
    > ykle trudną i przykrą dla mnie prawdę, że mi brakuje właśnie takiego taty. taki
    > ego silnego, trzymającego się za jaja, drewno w zębach i tak dalej. takiego sil
    > nego, który ustanowi priorytety, który będzie autorytetem nie do obalenia, taty
    > , który zapewni poczucie bezpieczeństwa."

    Jak już się dowiesz skąd takiego wziąć to daj mi znać :).
    Dużo piszą o tym, że jaki wzór związku widziałeś w domu, taki potem sam mimowolnie tworzysz...
    Mój ojciec jest pantoflem do kwadratu. I odkąd pamiętam (chyba miałam 7-8 lat jak zaczęłam tak na niego gadać) z matką, i teraz w nowym związku to już mu totalnie odpierdoliło za przeproszeniem. A ja muszę na to patrzeć i żygam tym. Zawsze krzyki matki, awantury, a on w 95 % takich sytuacji milczał albo coś tam cicho powiedział. Zawsze wychodziło na jej. W ogóle on to taki bierny sobie ktoś. Nie będę go tu teraz obrażała... Gdy chodziłam do szkoły to bardzo zazdrościłam koleżankom fajnych, "groźnych ;)", charyzmatycznych, pewnych siebie, interesujących tatusiów. Głośnych, zabawnych, męskich. Wyobrażałam sobie jakby to było mieć za ojca któregoś z nich. Czy by zrobił porządek z matką. Matka - histeryczka do kwadratu, niestabilna, walnięta, perfekcyjno-popierdolona (sfrustrowana), agresywna słownie i fizycznie chwilami, dominująca mimo że głupsza. Paląca, pijąca, płacząca. FAŁSZYWA. Obłudna (Nienawidzę tych 2 cech, po prostu mam ochotę mordować jak widzę kogoś takiego !!!!!!!!!!!! ) Zero czułości między nimi. Nie pamiętam żadnych czułości. Ojciec spokojny, max. 10 razy w życiu widziałam jak krzyczy (a raczej podnosi głos). Ugodowy, zdominowany, unikający na maxa konfliktow. Teraz wyobraźcie sobie taką sytuację. Jesteście facetem, macie córkę. Dzwoni w środku nocy jej facet, każe sobie odebrać te jebaną psycholkę. Jedziecie a tam ona ucieka od tego gnoja zabeczana, wyje z rozpaczy, ma poszarpane brudne ciuchy, spuchniętą (obitą) twarz, nos, wary jak murzyn. Jest zmasakrowana. I on tam stoi, ten co to zrobił. Jak można grzecznie zabrać psycholkę i odjechać ;( ??? Ja bym kutasa rozku*wiła za przeproszeniem, psy wezwała gdybym sie bala. No ale po co, przeze mnie w koncu ma same problemy, a on najbardziej nie lubi wszelkich problemów. Po mojej ps tylko mnie zjebał co ja ku*wa wyprawiam, co mi odjebalo, krzyczał na mnie. Gdybym miala wtedy nóż to wbilabym go sobie z calej sily, tak żalowalam wtedy ze jednak kurwa zyje, poczułam się jeszcze bardziej zbędnym gównem niż parę godzin wcześniej przy ps, choć myślałam, że bardziej to niemożliwe. I nie chce żeby jakaś taka ciota byl ojcem moich dzieci (pomijając fakt ze ich tez nie chcę!) !!!!!!

    Spotykałam się z facetami na zewnątrz będącymi jego przeciwieństwem. Duzi, niegrzeczni (bardzo) faceci. Chciałam czuć się przy nich bezpiecznie, lubiłam ich pewność siebie, na początku tak było. Chciałam być dodatkiem przy nich, a nie żeby oni byli dodatkiem przy mnie (jak stary). Poczucie humoru i pewność siebie sprawiają, że jestem mokra ;). Nienawidzę nudnych, porządych, grzecznych, pracujących za biurkiem (jeden taki truje mi dupę, ale na jednej randce się skonczylo), z którymi na pewno czekałoby mnie mniej problemów niż z tymi niegrzecznymi półprzestępcami. Lubię tych, przy których nie czeka mnie nuda, tylko przygody. Którzy mnie obronią ale i nie dadzą sobie nic zrobić. I co? I taką mam pieprzoną moc, że przerabiam ich na pantofli, jednego za drugim. Z perspektywy wydaje się to cholernie łatwe. Pewnie dlatego, że zazwyczaj ten typ, który preferowałam, to tylko poza. Maska. Pozerstwo. Warstwa ochronna. A w środku siedzi mały człowieczek. Ja już nie wiem gdzie mam szukać i kogo....
  • neon.ki 12.01.12, 16:48
    czita88 napisała:

    > " ja uświadamiam sobie niezw
    > > ykle trudną i przykrą dla mnie prawdę, że mi brakuje właśnie takiego taty
    > . taki
    > > ego silnego, trzymającego się za jaja, drewno w zębach i tak dalej. takie
    > go sil
    > > nego, który ustanowi priorytety, który będzie autorytetem nie do obalenia
    > , taty
    > > , który zapewni poczucie bezpieczeństwa."
    >
    > Jak już się dowiesz skąd takiego wziąć to daj mi znać :).


    hm.. napisałam to już w innej części mojego postu i w innym poście do pani perfekcjonizm. odpowiedź jest banalna i niezwykle niesatysfakcjonująca. otóż nigdy nie będę mieć takiego taty. nigdy nie miałam i nigdy nie będę mieć. nie ma takiego taty. pojawia się natomiast pytanie, czy ja go teraz potrzebuję (żeby żyć)? i odpowiedź, która daje zajebistą satysfakcję: nie. dla mnie to już nie jest wiedza, to rozumienie.

    dziękuję, że podzieliłaś się tak osobistymi wspomnieniami. są dla mnie ważne. ja mój zawód własnym ojcem przeżywam trochę inaczej, bo zbyt często musiałam się za niego wstydzić. on leżał sobie szczelnie otulony pijackim majakiem, a cięgi za jego postępowanie zbierałam ja. a potem nie było sprawy, bo nic nie pamiętał, wypierał, nic go nie obchodziło. w skrócie. ale ja już tego dłużej nie potrzebuję.
  • czita88 12.01.12, 15:33
    Nie masz pojęcia jak bardzo właśnie idealizuję Twój umysł ;-). Skąd Ty to wszystko wiesz nie mam pojęcia. Albo jaką masz wyobraźnię, że to wszystko ogarniasz i widzisz w tym jakieś reguły, jakiś wzór.

    " Króliczek, czyli w tym wypadku bpd, używa Ciebie i tych wszystkich morderczych zabiegów zyskując za pomocą tego potwierdzenie swojej wartości, reperując pokaleczone ego. "Skoro on za mną zapieprza, mogę mu zrobić wszystko, a on będzie - widocznie jestem na tyle zajebista, że jestem TEGO WARTA!". "

    - podświadomie tak. Na trzeźwo raczej nie. I "skoro on za mną zapieprza MIMO WSZYSTKO" i "wszystko wybacza to ma co chciał". To jest cholernie kuszące. Raz się udało - wybaczył coś niedopuszczalnego dla normalnych ludzi w normalnych związkach - jest postanowienie poprawy, jest mega wdzięczność za to, że to zniósł, ale za jakiś czas pojawia się pokusa - może znowu się uda? I znowu, i znowu, i znowu !!!!! I coraz mniej szacunku dla niego. Gdy jest dewaulacja oprócz nienawiści i żalu pojawia się pogarda. Obrzydzenie. Wstręt. Co to za facet ???

    " Króliczek
    > ma nieuświadomiony lęk przed opuszczeniem, a uświadomiony lęk przed bliskością
    > , myśliwy - uświadomiony lęk przed opuszczeniem, nieuświadomiony lęk przed blis
    > kością. Moim zdaniem to pasuje niemal idealnie."

    - Myślę, że tak jest. Wasz lęk przed bliskością widać w tym, że akceptujecie nasze zachowanie, a nawet Was ono pociąga i w pewien sposób nakręca! Nie zalewamy Was sobą jak to robią normalni partnerzy, tylko dajemy i zabieramy. Dozujemy sobie Was - to nasz sposób na nasz lęk przed bliskością, i na poczucie kontroli, że to my decydujemy - nic nas nie zaskoczy, nie opuścicie nas nagle, bo jeśli coś się zacznie psuć to my każemy wam wypier... . A wy z oporami, ale dacie nam w końcu spokój, co nas boleśnie zaskoczy (widocznie naprawdę NIE kochał) ale i da nam ulgę (:o - totalna sprzeczność), żeby za parę dni, tygodni odezwać się, ku naszej radości i próbować zdobyć nas znowu. Poniżając siebie... I tak w koło macieju.

    "> Sposób jest jeden - NIE GONIĆ. Trzymać lekki dystans. Zawsze pozostawiać niedos
    > yt, żyć własnym życiem. To ostatnie jest BARDZO ważne. Żyć własnym życiem. Dopó
    > ki mam intensywne własne życie, realizuję się na wszystkich polach - mojego kró
    > liczka ciągnie do mnie jak pszczołę do miodu."

    Nie mam nic do dodania :) !!!

    " Ilekroć przetrwam atak jej ciemnej stron
    > y, zlekceważę próby zaczepek, nie pozwolę na jej próby dominacji - przychodzi j
    > ej jasna strona i każdym calem dziękuje mi za to, że przy mnie może być słaba b
    > ez ryzyka, że się rozpadnę na kawałki. Przecież bpd najbardziej nienawidzą sieb
    > ie i nas za to, że nas ranią a my do tego dopuszczamy. Nienawidzą słabości w so
    > bie, ale też w nas. Nie pokazujmy tej kurewskiej słabości, pracujmy nad nią, bo
    > właśnie w tym miejscu i w tym związku jest doskonała okazja."

    Tu też ;(((

    "> Także moim zdaniem spokojnie DA SIĘ stworzyć satysfakcjonujący związek z bpd, p
    > od jednym warunkiem. Nie oczekując od partnera/partnerki bezgranicznego oddania
    > , zostawiając przestrzeń. Trzeba po prostu być świadomym swojej słabości, praco
    > wać nad sobą i swoją wartością. Zauważcie, z kim są bpd, które uważają swoje zw
    > iązki za "w miarę" udane. Przy kim im łatwiej ze sobą, kto jest dla nich oparci
    > em. Nie ci, którzy walą łbem w ścianę, ryczą, dają się wciągnąć w wir emocji i
    > posadzić na huśtawce. Nie ci, dla których one są całym życiem i całym światem.
    > Ci, którzy z troskliwą uwagą przyglądają się im, są obok, zarazem nie dając się
    > zajechać."
    "> Nic nie dają agresywne rozmowy, kłótnie i paniczne racjonalizowanie. TO NIE TRA
    > FIA."
    "Można dla takiej partnerki (piszę z pozycji mężczyzny) stać się autorytetem. "
    "> Bpd robią z nami to, na co im pozwalamy. A na im mniej im pozwalamy, tym one/on
    > i bardziej nas szanują, a to, co do nas czują bardziej przypomina zdrową miłość"

    Ech........ Znasz mnie lepiej niż ja siebie. Nas - bpd. My szukamy FACETA. Mądrego, pewnego siebie, inteligentnego, zabawnego, ale takiego, który rozumie uczucia, emocje, rozumie kobiety.... Ideału :(... Nam byle co nie wystarcza i wciąż szukamy ;). Nie można dawać sobą pomiatać. Znam to także od drugiej strony, i wiem, że gdybym nie pozwoliła, to by do wielu bolesnych sytuacji nie doszło, nie musiałabym cierpieć. Nie byłabym postrzegana tak a nie inaczej. Ale nie protestowałam. Nie szanowałam się. Nie czuję do siebie szacunku. Miałam gdzieś to co się ze mną dzieje. A gdy ktoś pozwala tak się traktować takiemu czemuś jak ja no to sorry..... Niżej zejść już nie można. I bpd i partnerzy powinni wskoczyć parę poziomów wyżej. Zawsze wy jeden nad nami. Może wtedy jakoś by to szło :(.






  • spaprany 12.01.12, 19:03
    To nie idealizuj tak bardzo, czita ;)
    Ja tego nie wiem, zgaduję. Widocznie nieźle mi idzie, skoro To, że się wymądrzam nie znaczy, że umiem to wszystko przełożyć na praktykę. Średni ze mnie samarytanin, nie mam nad sobą takiej mistrzowskiej kontroli, jaką chciałbym mieć. A już na pewno nie jestem takim hiper twardzielem, jakim chciałbym być.
    A tutaj:
    "Dozujemy sobie Was - to nasz sposób na nasz lęk przed bliskością, i na poczucie kontroli, że to my decydujemy - nic nas nie zaskoczy, nie opuścicie nas nagle, bo jeśli coś się zacznie psuć to my każemy wam wypier..."
    to jakbyś przemawiała ustami tego małego mojego wynalazka.
    Kontrola, dokładnie tak.
    Pamiętam jak dziś, miesiące temu mieliśmy jakiś bardzo poważny kryzys i napisała, że "chyba nie umie sobie pozwolić na to, żeby przeżyć coś fajnego". Nie umiała i nadal średnio umie, bo trudno coś fajnego przeżyć, jak się nie zrezygnuje z kontroli i z ostatniego zdania. Praktycznie każda moja propozycja jest odrzucana, a im bardziej zajebista - tym mniejsze są szanse na to, że przejdzie. Tylko dlatego, że jest MOJA ta propozycja. Do każdego planu musi wnieść swoją modyfikację. Nawet jak się umawiamy na konkretną godzinę, to ja mówię "o tej" - ona mówi "nieee, piętnaście po tej!". Raz tak się przeciągaliśmy, w końcu chciała wynegocjować chociaż 5min. I wtedy zrobiło się śmiesznie, bo ewidentnie wyszło na to, że to wszystko to tylko dla zasady, po to, żeby wyszło na jej.
    Mamy wspólnych znajomych, którzy mnie bardzo lubią, ją zresztą też. Kiedyś konkretne zdanie jej się wyrwało, które świadczyło o tym, że się obawia, że jak będziemy razem w towarzystwie będę jej zabierał dowcipem i "zajebistością" całą atencję i uwagę znajomych. Byłem w prawdziwym szoku, w życiu by mi do głowy nie przyszło, żeby konkurować o takie rzeczy. Często zastanawiam się, dlaczego ona nie chce się przyznać do nas w swoim mieście i publicznie okazywać tego, że jest ze mną. Nie wiem, może się boi, że ją obedrę przed znajomymi z tej zewnętrznej zajebistości?
    W ogóle konkurencja, na każdym polu - to jej domena. Ona od początku ze mną wydaje się konkurować. W pracy, w towarzystwie, w pomysłach, w wysłuchanej muzyce i wyoglądanych filmach. Musi być lepsza i koniec. Potrafi się obrazić, jeżeli coś, czym się zachwyca mi się zwyczajnie nie podoba. I to poważnie obrazić, śmiertelnie.
    Nie znosi bidula się przyznawać do tego, że w moim towarzystwie można nawet leżąc na plecach bąki puszczać i jest świetna zabawa. Przyznała się do tego tylko kilka razy, w chwilach permanentnego szczęścia.
    I taka to zabawa. Taki związek przypomina nieco piłowanie piłą typu "moja-twoja" :)
  • 3bsp 13.01.12, 12:49
    spaprany napisał:

    > :)

    To o czym piszesz to WALKA o WŁADZĘ. Każda walka o władzę, jest wyrazem poziomu rozumienia władzy, jako możliwości manipulowania i kontrolowania innych, to również potrzeba dominacji a przede wszystkim pogoń za zewnętrzną mocą, która pozbawia szacunku w tym szacunku dla życia i wolności innych i jest przyczyną konfliktów, okrucieństwa i bolesnych emocji.
    Walka o władze to również walka o rację, to dystans wobec drugiego człowieka, to niecierpliwość i obwinianie innych za swoje problemy, to chęć wygrania za wszelką cenę, to deprecjonowanie i poniżanie innych, to irracjonalna złość na drugiego człowieka i nienawiść powodujące zamknięcie emocjonalne i nieprzystępność, to arogancja i zuchwałość, nikczemność i podstępność, to potrzeba zmieniania innych na swoją modłę, to pozbawianie podmiotowości drugiego człowieka, brak poszanowania wolności i integralności drugiego człowieka, to obrona swojego terytorium no i nie wiem co jeszcze, bo na te chwilę nic więcej nie przychodzi mi do głowy.
    Jej celem jest zwycięstwo nad drugim człowiekiem a że w relacjach BPD i partner jest to zwycięstwo pyrrusowe, to już inna sprawa. Liczy się nie człowiek ale rezultat.
    Przyczyn takiego stanu ja upatruję w niskim poczuciu własnej wartości, w poczuciu bezsilności wobec siebie i świata zewnętrznego( w tym kompleksy) i unikanie prawdy o samym sobie. Tak myślę.
    Jakby nie patrzył, to w każdym walczącym o władzę, drzemie taki mały Hitlerek albo Stalinek w zależności od perwersyjnych upodobań. Ja osobiście w tym nie gustuję i więcej nie powiem, bo zawiść i mściwość, to też atrybuty władzy (wszelkiej).

    Wiatrodnowy.
    >
    > Musze już iść
    Szkoda ale wpadaj, bo fajnie się Ciebie czyta.
  • 3bsp 14.01.12, 09:10
    spaprany napisał:

    > Mamy wspólnych znajomych, którzy mnie bardzo lubią, ją zresztą też. Kiedyś konk
    > retne zdanie jej się wyrwało, które świadczyło o tym, że się obawia, że jak będ
    > ziemy razem w towarzystwie będę jej zabierał dowcipem i "zajebistością" całą at
    > encję i uwagę znajomych. Byłem w prawdziwym szoku, w życiu by mi do głowy nie p
    > rzyszło, żeby konkurować o takie rzeczy. Często zastanawiam się, dlaczego ona n
    > ie chce się przyznać do nas w swoim mieście i publicznie okazywać tego, że jest
    > ze mną. Nie wiem, może się boi, że ją obedrę przed znajomymi z tej zewnętrznej
    > zajebistości?

    W części napisałeś: w życiu by mi do głowy nie przyszło..............
    Może nie do końca w kontekście, ale ja posądzany byłem o nieuczciwość, zakłamanie, nikczemność, obłudę, o próby podporządkowania jej sobie, okrucieństwo, nielojalność, nienawiść wobec niej, manipulowanie itp.
    W życiu by mi do głowy nie przyszło, ze coś takiego można robić.

    Jeżeli możecie rozwińcie ten wątek, bo do dziś, gdy do tego wracam, stawiam pytanie: jak tak można, mimo wiedzy na temat mechanizmu projekcji.

    Kolejny Twój wątek to:Często zastanawiam się, dlaczego ona n ie chce się przyznać do nas w swoim mieście.

    Bo boi się, abyś nie dowiedział się całej prawdy. Gdybyś się dowiedział, nie mogłaby budować mitu o sobie jako istoty nienagannej moralnie, skarbnicy cnót wszelakich. Do tego zapewne występuje izolacja Ciebie od jej przyjaciół, których zapewne ma niewielu, jeśli w ogóle takich ma a jeśli nawet ma, to przedstawi ich w Twoich oczach jako osoby złe i niewiarygodne. Tak sądzę na bazie mojego doświadczenia.
    Problem leży gdzie indziej. Wiążąc się z taką kobietą, nigdy nie będziesz wiedział jak jaka ona jest, tym samym przekreślisz możliwość budowania uczciwego związku.
    Gdy uświadomisz sobie, że Twój ideał kobiety jaki został wytworzyła w Twojej głowie to fasada, lipa czy jak kto woli odpustowa trąbka, będziesz czuł się oszukany. To wpełznie powoli do waszego związku, ale przed tym nie uciekniesz.
    Przychodzi to wtedy, gdy wyrwiesz się z uzależnienia. Cholernie nieprzyjemne uczucie.
    Po latach zadałem sobie pytanie: co by było, gdybym całej prawdy o niej w tym również, że jest BPD dowiedział się od niej, a nie z plotek, anonimów, rozmów na jej Temat od ludzi nie zorientowanych kim jestem? Sądzę, że wszystko potoczyłoby się inaczej. Myślę, że prawda by mnie wyzwoliła.

    Chapeau bas dla Twego intelektu tym samym dla Ciebie.
  • neon.ki 14.01.12, 12:33
    wiedza nie równa się rozumienie. jak można mimo wiedzy o tym tego nie rozumieć?
  • 3bsp 14.01.12, 14:20
    neon.ki napisała:

    > wiedza nie równa się rozumienie. jak można mimo wiedzy o tym tego nie rozumieć?

    To proste; ślizgając się po temacie udając, ze wszystko wiesz a tak naprawdę, to trąci to arogancją.

    Odpowiem pytaniem: masz wiedzę o swoim problemie, zapewne wszystko rozumiesz,
    to zapewne cudownie ozdrowiałaś. Daj innym przepis, nie bądź żyła.
  • neon.ki 14.01.12, 23:10
    3bsp napisał:

    > neon.ki napisała:
    >
    > > wiedza nie równa się rozumienie. jak można mimo wiedzy o tym tego nie roz
    > umieć?
    >
    > To proste; ślizgając się po temacie udając, ze wszystko wiesz a tak naprawdę, t
    > o trąci to arogancją.
    >
    > Odpowiem pytaniem: masz wiedzę o swoim problemie, zapewne wszystko rozumiesz,
    > to zapewne cudownie ozdrowiałaś. Daj innym przepis, nie bądź żyła.

    hm.. trąci arogancją, rzeczywiście. na kilometr arogancją trąci.

    swoją drogą powiem tylko, że zadawałam to pytanie w bardzo neutralnym nastroju. jako osoba próbująca poukładać sobie życie, które de facto nie toczy się teraz nazbyt ciekawie, staram się jednak nie tylko DOWIEDZIEĆ ale i POCZUĆ, PRZEŻYĆ, ZROZUMIEĆ, co nie zawsze mi się udaje. mam w sobie na tyle pokory, aby nawet nie próbować puszyć się samej przed sobą, że wszystko rozumiem, albo, o ja pier**, że cudownie ozdrowiałam. jednocześnie jestem zaskoczona takim twoim odzewem. cieszę się, że jednak się zreflektowałeś, ale Słowackim oczu mi nie mydl. nie chowam urazy, odpuszczam, tego chyba się właśnie nauczyłam przez ostatni rok. i lżej mi nieść nielekki bagaż.

    "Chory w podróży
    śnię, że polem wymarłym
    biegam bez końca"

    Basho
  • 3bsp 16.01.12, 08:32
    neon.ki napisała:


    > hm.. trąci arogancją, rzeczywiście. na kilometr arogancją trąci.
    >
    Krzywdząc kogoś, sam sobie odpowiedziałem na pytanie.
    To smutne, że jestem wciąż zagadka dla samego siebie.
    Ogarnia mnie zwątpienie, czy uda mi się wtoczyć ten głaz na szczyt.
    Im więcej wiem , tym góra staje się bardziej stroma.
    Chory w podróży, płynę przez wielki Babilon
    Rozpaczliwie poszukując miłości.

    Odpocznę chwilę i znów ruszę.
    >
    > "Chory w podróży
    > śnię, że polem wymarłym
    > biegam bez końca"
    >
    > Basho
  • 3bsp 14.01.12, 14:35
    3bsp napisał:


    > Jeżeli możecie rozwińcie ten wątek, bo do dziś, gdy do tego wracam, stawiam
    >pytanie: jak tak można, mimo wiedzy na temat mechanizmu projekcji.
    >
    Im Sorry, źle postawiłem pytanie. Winno brzmieć: ja tego nie rozumiem do końca, mimo wiedzy na temat mechanizmu projekcji.
    Poprzednie miało charakter osadzający, a wcale nie miałem takiej intencji.
    A mówiłem, że nie jestem ideałem.
    neon.ki, strasznie cie przepraszam za poprzedni post. Jestem zgred i czasem język giętki.....znasz ten fragment Słowackiego zapewne.
  • 3bsp 12.01.12, 15:41
    spaprany napisał:
    >
    > Uwierz mi, że prawdopodobnie z "normalnego" związku ze zdrową emocjonalnie osobą wycofałbyś się szybciutko.
    Przemawia przez ciebie determinizm. Zapominasz, że wszystko płynie i nie wejdziesz dwa razy do tej samej rzeki. Może to zrobić w swym mniemaniu jedynie ideał, jako jednostka psychicznie statyczna. Ja nim zdecydowanie nie jestem. Mam tyleż zalet co wad, dzięki czemu mam coś w tym życiu do zrobienia.
    Czy sądzisz, że gdyby nie praca nad sobą miałbym siłę odejść?
    To o czym piszesz, ja w większości się zgadza, powtarzam w większości. Przerabiałem to, przerabiali to inni, z którymi miałem przyjemność korespondować i są to prawdy, jak napis o szkodliwości palenia na paczce papierosów.
    Żeby przestać palić, musi przyjść uświadomienie inaczej będzie to tylko wiedza. Dla relaksu odnieś to do tego, o czym piszesz i przemyśl zasadność mojego twierdzenia.
    A tak na marginesie to twojego spektrum wnikliwości obserwacji i ich eksternalizacja budzi mój podziw.

    > Skoro on za mną zapieprza, mogę mu zrobić wszystko, a on będzie - widocznie jestem na tyle zajebista, że jestem TEGO WARTA!".
    Coś w tym jest. Miałem zawsze szczęście do pięknych, inteligentnych kobiet, nie miałem do normalnych, ale mam pełną świadomość, że takich poszukiwałem. Trochę mi się odmieniło, ale szczęście pozostało.

    > Najciekawsze jest podsumowanie. Chociaż związek z bpd to skrajna postać takiej relacji, i pozorny kat, i pozorna ofiara PANICZNIE BOJĄ SIĘ BLISKOŚCI.
    No coś ty, to ja chyba byłem wynaturzony, ale w większości przypadków to prawda.

    > Jesteśmy ofiarami własnej słabości, to wszystko. Co więcej, koncentrując się na swojej biedzie, analizując na wszystkie strony naszych niezrozumiałych partnerów - NIEŚWIADOMIE UCIEKAMY OD PROBLEMÓW Z SAMYM SOBĄ
    Święta prawda. Tak było. Dodam więcej, że jeśli sobie tego nie uświadomimy, coraz bardziej będziemy się angażować w myśl reguły: im bardziej z czymś walczysz tym dajesz temu większą moc.

    > Sposób jest jeden - NIE GONIĆ. Trzymać lekki dystans. Zawsze pozostawiać niedosyt, żyć własnym życiem. To ostatnie jest BARDZO ważne. Żyć własnym życiem. Dopóki mam intensywne własne życie, realizuję się na wszystkich polach - mojego króliczka ciągnie do mnie jak pszczołę do miodu.

    Widzisz, na obecnym moim etapie znam różnicę pomiędzy; staram się być mężczyzną a być mężczyzną.
    To co robisz, jest zachowaniem kompulsywnym, pozbawionym spontaniczności. Kobitki z BPD to wyczuwają, jak moje psy kota, na kilometr pod wiatr. Ty grasz a nie jesteś sobą. Za dużo manipulacji, a tego nie lubię. One owszem ale tylko w jedną stronę.
    Nie przejmuj się, jak się bardzo chce, można z tego wyjść. Przychodzi to niepostrzeżenie a gdy to zauważysz, słychać wielkie „o kurde”. Ja tak miałem jak ty, w całej rozciągłości i chyba jeszcze trochę mam, ale spoko złapię i ukatrupię, bo jest mi to niepotrzebne.
    To o czym piszesz dalej, to uważaj, bo jest to zaraźliwe. Nadmierna kontrola prowadzi do perfekcjonizmu i splitingu. Łatwo można przekombinować i machinator zginie od machiny a ty chyba lubisz majsterkować.
    Każdy z nas ma te zapędy na tym etapie, jeśli oczywiście IQ jest powyżej przeciętnej. Ot co myślę o tym.

    > Także moim zdaniem spokojnie DA SIĘ stworzyć satysfakcjonujący związek z bpd, pod jednym warunkiem. Nie oczekując od partnera/partnerki bezgranicznego oddania, zostawiając przestrzeń.

    Różni ludzie znajdują różne satysfakcje. Miałem jak ty zadatki na świętego, ale wybrałem życie. Mimo wszystko takie eksperymenty mnie nie kręcą. Może kiedyś w przeszłości? Tak, zdecydowanie tak w przeszłości.

    > Są jakby dwiema kobietami w jednym ciele, mają wszystkie kobiece cechy pomnożone przez 2. A czasami przez 6 ;) Kogo stać na taką kobietę? Tego, który stanie się mężczyzną x6, okiełzna żywioł.

    Ale ja to lubię, pod warunkiem, że pod słowem kobiecość rozumiemy to samo i wiemy, czym jest szacunek jaki winniśmy kobiecie mylony jakże często z samczymi zapędami.
    Pytasz: Kogo stać na taką kobietę? MNIE, tyle, że ja nie jestem mężczyzną x6 tylko x1 ale porządnie.
    Szacunku do kobiety uczył mnie mój mistrz. Gdy spojrzę wstecz, to trochę jest mi wstyd.

    > Bpd robią z nami to, na co im pozwalamy. A na im mniej im pozwalamy, tym one/oni bardziej nas szanują, a to, co do nas czują bardziej przypomina zdrową miłość. Tak mi się wydaje i chciałbym mieć rację ;)

    Mnie tez tak się wydaje i jeszcze paru osobom. One szukają oparcia, które jest prawdziwe, jak latarnia nabrzeżna na wzburzonym morzu emocji.
  • perfekcjonizm 12.01.12, 16:22
    3bsp, spaprany,

    dotykacie czegoś co we mnie ożywa jakimś nienazwanym smutkiem.
    To tak jakby wśród wielu słów osoby wielomównej padło zdanie, które natychmiast przykuło moją uwagę.

    Zatrzymałam się i przyglądam.

    Podoba mi się postawa Spapranego, który zdaje się wierzy wbrew nadziei.
    Tyle w Tobie wnikliwości, bardzo dużo wiary, że się da. Dzięki temu co piszesz dajesz także nadzieję mnie. Co by było, gdyby obie strony były tak wnikliwe? Tak empatyczne? To ma sens... Przecież odkąd biorę leki nie wpadam już w furie. Nie niszczę wszystkiego. Więcej we mnie miejsca na refleksję. To ma sens...


    3bsp jesteś mocno poturbowany. Bardzo mi przykro, że tak bardzo wiele kosztował Cię związek z bpd. Od razu mam ochotę przenosić na Ciebie moje emocje związane z poczuciem winy w stosunku do mężczyzn, których skrzywdziłam. Mam ochotę prosić Cię o wybaczenie. Mam ochotę to jakoś wynagrodzić. Ale łapię tę myśl i przyglądam się jej. Z tak wieloma rzeczami muszę się jeszcze pogodzić. Tak wielu nauczyć...

    Dziękuję, że tu jesteście. Dziękuję, że mogę usłyszeć wasze myśli...




    --
    zatrzymajmnie.blogspot.com/
  • 3bsp 12.01.12, 18:30
    perfekcjonizm napisała:

    >
    > 3bsp jesteś mocno poturbowany. Bardzo mi przykro, że tak bardzo wiele kosztował
    > Cię związek z bpd. Od razu mam ochotę przenosić na Ciebie moje emocje związane
    > z poczuciem winy w stosunku do mężczyzn, których skrzywdziłam. Mam ochotę pros
    > ić Cię o wybaczenie. Mam ochotę to jakoś wynagrodzić. Ale łapię tę myśl i przyg
    > lądam się jej. Z tak wieloma rzeczami muszę się jeszcze pogodzić. Tak wielu nau
    > czyć...

    To dzięki relacji z BPD zrozumiałem czym naprawdę jest empatia.
    Tu nie może być mowy o winie, jeśli jest w nas zrozumienie.
    Czy sądzisz, że dzieciństwo to regał sklepowy z zabawkami z którego wybierasz co chcesz i bierzesz za wybór odpowiedzialność.
    Ktoś, kto tego nie rozumie, ktoś, kto nie odnosi się z szacunkiem do waszego problemu, nie pozna smaku człowieczeństwa i nie ogarnie, czym jest zwykła ludzka przyzwoitość.

  • wiatrodnowy 13.01.12, 10:05
    Pozazdrościć i podziwiać takiej idylli. Tej siły i opanowania. Takiego dojrzałego, racjonalnego podejścia do emocji [sic!]. Niestety moja przerośnięta empatia nie obejmuje wczuwania się w notoryczną nienawiść. Niestety uważam, że szczęśliwy związek to wzajemne dawanie. "Żeby dawać trzeba mieć skąd czerpać". W końcu zasoby sie wyczerpują. Żyć własnym życiem i spełniać się na każdym polu mogę ale wtedy po co mi ta druga osoba? Chyba tylko do opiekowania sie nią. Nie ma tak w życiu, żeby nigdy nie potrzebować wsparcia. W końcu i partner króliczka może znaleźć się w trudnej sytuacji życiowej/emocjonalnej. Zostanie wtedy sam. Jak każdy partner BPD. Dla mnie to proste- albo samemu, albo coś budujemy razem. A manipulacją w partnestwie się brzydzę. "Sprytu życiowego" mi brakuje, żeby okręcać sobie faceta wokół palca wykorzystując znajomość jego słabości. Dla mnie to oszustwo, zwykłe udawanie. Poza tym nie chcę. Nie po to mi druga połówka, żeby od niej uciekać- bo muszę, żeby zyskać odrobinę szacunku.
    --
    muszę już iść
  • neon.ki 12.01.12, 13:07
    dziękuję za tak obszerną odpowiedź. doceniam. patetycznie nie zabrzmiało, wręcz bardzo zwyczajnie, po prostu. zwyczajność cieszy mnie.

    paragraf na bpd :) ubawiło mnie to w przyjemny sposób. hihihi

    bardzo chętnie przeczytałabym te opowiadania, nawet w wersji próbnej. bardzo interesująca inicjatywa. ja ze swojej strony powiem, że zmierzam i dążę po bardzo wyboistej drodze do tego, aby przedstawić światu (to dopiero brzmi patetycznie) obraz moich zmagań z życiem. kto wie, może jak przymocuję do tego przechodliwą etykietkę z trzyliterówką bpd, wrzucę niezwykle sprzedajny towar z worka nieszczęśliwej miłości, trochę pasji i namiętności, obnażonego ciała i nieciała, a na koniec zostaną tylko przegrani w przewrotnym happy endzie.. wszystko forma graficzna. ale, długa droga przede mną. trzeba się najpierw rozprawić ze zwyczajnymi sprawami życiowymi, co nie wychodzi mi najlepiej ostatnio. ah, pozwoliłam sobie na przydługi wybieg osobistych wylewów :)

    hm.. tak, ja łapię się na tym, że krytykuję mojego męża za to tak na prawdę, co nie podoba mi się w moim własnym zachowaniu. a, że tego nie robi, czy że to akurat robi, albo tak wygląda, a nie inaczej. sama natomiast pozostaję mocno bezczynna. to takie złudzenie, że jeśli otoczenie się zmieni, to ja też się wtedy zmienię. a to właśnie złudzenie jest. bo to ja mam się zmienić. dobrze, że to w ogóle zauważam, może z czasem przyniesie to efekt? mniej pretensji do wszystkich o wszystko :) tak.. deficyt miłości. tylko nie miłości od partnera. bo to wszystko jest. czy ja umiem to wziąć?

    3bps gorąco pozdrawiam
  • czita88 12.01.12, 14:25
    "> Nie mogłem zrozumieć, jak z tego wspaniałego, pełnego witalności i bezsprzeczni
    > e przystojnego mężczyzny, zrobił się „kapciorz”, który zachowuje si
    > ę nie jak partner ale niewolnik współmałżonka i skąd u mnie tyle irytacji i skr
    > ywanej agresji na jego postawę.
    > To dzięki Tobie zatrzymałem się i uświadomiłem sobie przyczynę mojej agresji, z
    > rozumiałem, że w jego postawie najbardziej nienawidziłem SIEBIE, za moją postaw
    > ę z przeszłości.
    > Widać siedzi to jeszcze mocno gdzieś we mnie.
    > Dziękuję. Zatelefonowałem do niego i umówiliśmy się na spotkanie."
    >


    Drogi Jurandzie ;P. To co piszesz na końcu brzmi trochę tak, jakbyś widział siebie, i chciał ratować kolegę - siebie z przeszłości... Nie chcesz by spotkało go to co Ciebie.
    Co mu będziesz chciał wyperswadować na tym spotkaniu?:
    -żeby przejrzał na oczy, otrząsnął się i nie pozwalał tak traktować?
    -żeby ją zostawił?
    -żeby wysłał ją na terapię?
    -czy żeby sam się na nią udał?
    Ja nie mam pojęcia co można doradzić takiemu partnerowi.... Tym bardziej jeśli (a raczej na bank) ją kocha i jest jej mężem. Chyba najrozsądniej będzie opowiedzieć swoją historię, a co on z tym zrobi to już jego broszka.
  • neon.ki 12.01.12, 14:44
    good point. czekam na rozwój wypadków :) pozdro szejset, jak to mawiają gdzieniegdzie
  • 3bsp 12.01.12, 16:02
    czita88 napisała:

    >
    > Drogi Jurandzie ;P. To co piszesz na końcu brzmi trochę tak, jakbyś widział sie
    > bie, i chciał ratować kolegę - siebie z przeszłości... Nie chcesz by spotkało g
    > o to co Ciebie.
    > Co mu będziesz chciał wyperswadować na tym spotkaniu?:
    > -żeby przejrzał na oczy, otrząsnął się i nie pozwalał tak traktować?
    > -żeby ją zostawił?
    > -żeby wysłał ją na terapię?
    > -czy żeby sam się na nią udał?
    > Ja nie mam pojęcia co można doradzić takiemu partnerowi.... Tym bardziej jeśli
    > (a raczej na bank) ją kocha i jest jej mężem. Chyba najrozsądniej będzie opowie
    > dzieć swoją historię, a co on z tym zrobi to już jego broszka.

    Teraz wiem, ze jesteś kobitką.
    Widzisz prawdziwi przyjaciele maja inne priorytety i szacunek do siebie i swoich bliskich.
    Nie doceniasz mnie. Ja naprawdę nie staram się być uczciwy, ja jestem uczciwy.
  • czita88 12.01.12, 16:22
    Nie mam nic do Twojej czy jakiejkolwiek uczciwości. Chodzi o to, że on będąc w małżeństwie z bpd, będąc uzależnionym (jak to określasz) od niej, jest po uszy w bagnie. Chciałam tylko wiedzieć jak zamierzasz mu pomóc?

    "> Widzisz prawdziwi przyjaciele"

    - myślałam że nie widzieliście się 15 lat i to bardziej stary znajomy, z którym trudno tak na luzie rozmawiać o problemach osobistych i ukazać mu, że żona prawdopodobnie ma bpd i zrobiła z niego "kapciorza". Dlatego jestem ciekawa jak sobie wyobrażasz taką rozmowę.
    Nic nie sugerowałam, podałam tylko pewne raady jakich mógłbyś udzielić, ale które wydają sie własnie lekko nonsensowne w takich okolicznościach.
  • babalaba 11.01.12, 16:26
    W terapii jestem od kilku lat. Na diagnozę BDB - usłyszałam od doświadczonej psychoterapeutki: tak, masz wszystkie objawy i po co ci to?
    Mój mąż ma zdiagnozowany CHAD. Jesteśmy 18 lat razem i mamy dwójkę fajnych dzieci.
    Diagnoza jest ważna, ok, pomaga zidentyfikować się z grupą, podjechać na doświadczeniach innych ale praca nad sobą i codzienny wgląd jest kluczowy.
    W kontekście związków i zgadzam się z autorką wątku, pasjavpraca.
    Swój stan uświadomiłam sobie dzięki mężowi (CHAD) i w jestem mu za to bardzo wdzięczna. A on - podejrzewam - mi, że trafił na niezłego bordera. :)
    Nie byłabym tym kim jestem bez tego wszystkiego. Uczę się wszystkiego (emocji, zachowań, wartości, relacji) i porządkuję świat od początku. Ważne, żeby się obudzić.
  • tlatlik 30.08.12, 12:48
    Wpis rozpoczynający ten temat jest bardzo optymistyczny, nigdy nie przypuszczałam, że można tak pozytywnie wspominać związek z osobą, która jednocześnie chce mieć wszytko i nic, patrząc na moje życiowe perypetie (z perspektywy BPD) raczej przywykłam do tego, że mam bardzo dobrych znajomych "normalnych" ale i tak nigdy nikt spoza grona osób z tzw. zaburzeniami psychicznymi nie zrozumie mnie tak dobrze jak osoby podobne do mnie, w sumie zawsze było to dla mnie oczywiste bo skoro sama nie zawsze jestem w stanie nadążyć za tym co dzieje się w mojej głowie, trudno żeby ktoś inny tym bardziej "spokojniejszy" był w stanie...
    --
    tlatlik
  • kulesza_anna7 08.10.16, 18:57
    Polecam obejrzeć świetną wypowiedz Profesor Marty Anczewskiej odnośnie depresji.
    www.youtube.com/watch?v=3I2WpGfJ2yU

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka
Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.