Dodaj do ulubionych

Kilka pytań do osób z BPD + ich partnerów

16.11.11, 12:59
Znalazłam to forum rok temu, czytam i porównuję. Chcę prosić o pomoc osoby z BPD – powiedzcie proszę, czy Waszym zdaniem człowiek, z którym się związałam jest chory na BPD, moim zdaniem na 100 %, symptomy i reakcje opisane na forum zgadzają się co do joty, ale są też inne. Jesteśmy razem dwa lata, on jest obcokrajowcem, nie leczy się i absolutnie neguje, że coś może z nim być nie tak, zniszczył swoje wieloletnie małżeństwo, bo – jak mi w przypływie szczerości, która zdarzyła się raz jeden w ciągu tego czasu powiedział, żona postawiła warunek, żeby się leczył i sprowadziła do domu psychologa, a on nie miał zamiaru „ogłupiać się lekami” (myślę, że panicznie boi się spadku formy seksualnej, ale o tym później), ma ponad czterdzieści lat.

Po totalnym niszczeniu, ubliżaniu, psychicznym torturowaniu mnie przez kilka godzin, w trakcie którego mam wrażenie, że nie słyszy w ogóle tego, co do niego mówię (nic nie dociera, przysięgam, myślę, że w tym momencie byłby w stanie zabić własną matkę) – żąda, żebym to JA PRZEPROSIŁA JEGO. W trakcie tego ataku, który jest w stanie wywołać cokolwiek, solniczka postawiona nie w tym miejscu, w którym by sobie życzył – nie cofa się przed niczym. Wrzeszczy, że „będzie mnie ciągnął za uszy po całej trasie, żeby mi pokazać odległośc od miejsca a do miejsca b”, nazywa mnie totalnym gównem, prostytutką, drwi, że nie mam pracy, szydzi, że płaczę („och, znowu ten teatr! Matka Teresa zaczyna lać łzy bólu”), itd. Taki atak następuje z reguły wieczorem, trwa przez kilka godzin, potem on idzie spać, rano wydzwania jakby nic się nie stało, i nigdy nie przeprasza, wina jest zawsze moja, mam wrażenie, że NIE PAMIĘTA co powiedział, że to totalnie…wyparł.
Pytanie : czy dzień po, pamiętacie dokładnie to, co powiedzieliście w trakcie ataku złości ? Czy, chociaż usiłujecie zrzucić winę na drugą osobę, macie wyrzuty sumienia ? Czy to was w ogóle obchodzi ?

Wszystkie potworne uczynki, których się w swoim życiu dopuścił w stosunku do własnej żony, innych kobiet, mnie, a które w momencie, gdy odkryłam i udowodniłam mu zdradę , panicznie bał się , że go zostawię, i jeden jedyny raz wszystko potwierdził, ale w kolejnych rozmowach neguje. Nie pamięta, co mi powiedział kilka miesięcy temu, które kłamstwo zdementował, ma nieprawdopodobnie krótką pamięć dotyczącą tego, co zrobił, mam wrażenie, że po jakimś czasie w jego mózgu zaciera się kompletnie granica między prawdą a kłamstwem albo jego psychika w ten sposób broni się przed jakąkolwiek refleksją, analizą. Mnie to przeraża, obawiam się, że nie uczy się na własnych błędach, że wypycha i wypiera wszystko.
Pytanie : Czy Wy też macie taką krótką pamięć, kłopoty z pamięcią, nie przypominacie sobie co się zdarzyło 3-6 miesięcy wcześniej, nawet jeśli te wydarzenia były dla was w jakiś sposób traumatyczne ? Jesteście w stanie je wyprzeć, zapomnieć, gdzieś zepchnąć ?

Kłamie chronicznie, nawet w malutkich, nieistotnych sprawach, typu: za ile ktoś chce kupić jego samochód, zazwyczaj te kłamstwa mają go postawić w „lepszym świetle”. Na początku znajomości wymyślił połowę swego życia i – przede wszystkim – posiadanego majątku, opowiadał o mieszkaniach i pieniądzach, których nie miał, nie biorąc zupełnie pod uwagę, że średnio inteligentna osoba będzie to w stanie „na oko oszacować”, widząc wyposażenie mieszkania, ubrania, samochód, etc. Takie rzeczy się widzi i już, a on – osoba szalenie inteligentna – co zadziwiające, w ogóle tego nie przeanalizował.
Nie znosi mówić o sobie, podaje minimum szczegółów, nigdy nie mówi o emocjach, których doświadcza. Nie ma przyjaciela, który byłby w stanie cokolwiek więcej o nim powiedzieć, nawet osoby, które przyjaciółmi nazywa niewiele o jego prywatnym życiu wiedzą, właściwie go nie znają, nie bywają w mieszkaniu, w którym mieszka (z matką).
Poza opowiadaniem pięknych romantycznych, barokowych bajek o miłości i „kochania słowami” – nie wywiązuje się z żadnych obietnic, nie ma dla niego nigdy żadnego sacrum.
Panienki, które podrywał, niemal wyłącznie Polki, ochoczo ciągnął do kościoła (jemu się ciągle wydaje, że jesteśmy ultrakatoliccy) i przed Bogiem uroczyście przysięgał małżeństwo, wierność i uczciwość aż do śmierci + pierścionek zaręczynowy, oczywiście.
Przysięga na wszystko. Na matkę staruszkę, którą kocha chorobliwą miłością, na grób ojca, na Boga. I dosłownie po pięciu minutach tę przysięgę łamie, tak jakby jej nigdy nie wypowiedział, jakby już zdążył zapomnieć. Nie istnieje dla niego absolutnie żadne sacrum, żadna nieprzekraczalna granica.
Kiedy się nade mną pastwi, mam wrażenie, że niemal osiąga orgazm, pławi się z rozkoszą w moim bólu, jest w jakiejś chorej ekstazie i już w tym samym czasie wymyśla kolejny cios, wszystko po to, żeby mnie zniszczyć, torturować psychicznie, najlepiej do utraty przytomności. Po jednej z takich akcji, znalazłam się przez niego na granicy śmierci, chciałam wierzyć, że to nim potrząśnie, że będzie się bał, że to ograniczy choć trochę jego okrucieństwo, ale zadziałało na bardzo krótko. Jakby do niego nie docierał ogrom zła, które jest w stanie wyrządzić. Gdy próbuję o tym rozmawiać, ucieka, zmienia temat, nie dopuszcza do siebie żadnych, absolutnie żadnych refleksji.

Jest niemal kompletnie pozbawiony empatii, nie jest zdolny do wczuwania się w stany innych ludzi, kolegów, znajomych z pracy, ale, co dziwne – jest szalenie wrażliwy na los zwierząt. Nie znosi rozmawiać o rzeczach smutnych, o pracy, o tym, że kogoś spotkało coś złego, a najbardziej boi się tematu „śmierć”.

Nie chce mnie zostawić. Nigdy tego nie zrobił. W trakcie tych dzikich napadów szału grozi i szantażuje, że mnie zostawi i pastwi się w ten sposób nade mną, ale nigdy nie robi decydującego kroku. Kiedyś powiedział mi „boję się żyć bez ciebie”, nie jest już ani młody, ani tym bardziej piękny i bogaty i chyba ma świadomość, że żadna kobieta nie wytrzyma z nim dłużej niż 4 miesiące, bo po 3 miesięcznej fazie godowej, w której jest absolutnie cudownym, wymarzonym księciem z bajki, pojawia się pierwsza kłótnia, w której kobiecie wylewa pierwszy, gwałtowny i nieoczekiwany kubeł pomyj na głowę, co powoduje szok niemal anafilaktyczny. Po nieudanym małżeństwie wszystkie jego związki trwały najdłużej trzy miesiące, ze mną jest ponad dwa lata.

Jest nieprawdopodobnie, chorobliwie zazdrosny i ta zadrość prowokuje agresję. Każdy, dosłownie każdy facet chce mnie przelecieć i ja na pewno mu ulegnę. Na wakacjach on pracował, ja byłam na plaży z dzieckiem i wisiałam godzinami na telefonie, a jak szłam popływać, to słyszałam później „może siedziałaś z kimś na kawie ?”. Do zazdrości nigdy się nie przyznaje, wręcz się jej wypiera, ale jak nie odbiorę telefonu w określonym czasie, bo jestem np. w wc, to w głosie już słyszę narastającą agresję i ostre „gdzie byłaś ?!”
Mam wrażenie, że nigdy nie był i nie jest w stanie mi zaufać. Wchodząc w ten związek, opowiedziałam mu o sobie wszystko, nie mam i nigdy nie miałam się czego w życiu wstydzić, będąc z nim byłam zawsze krystalicznie czysta, transparentna i uczciwa. Odnoszę wrażenie, że ta moja normalność, uczciwość, prostolinijność wydaje mu się bardzo podejrzana, irytuje go, drażni. Może jest to mechanizm w rodzaju „skoro ja kradnę, to wszyscy kradną”. Nigdy nie dałam mu żadnych powodów, żeby nie mógł mi ufać. Ale on się nigdy nie odkrywa. Informacje o najbliższej rodzinie też są szczątkowe i mocno filtrowane, nikogo z nich nigdy nie poznałam. Dzieciństwo jest przemilczane, raz jedyny napomknął, że kiedy był mały ojciec karał go za wszystko, a najbardziej go karał gdy się uderzył, spadł z roweru, albo coś sobie zrobił. Nie jest w stanie znieść łez – moje łzy nie powodują nawet próby pocieszenia, złagodzenia sytuacji, on zaczyna na mnie wrzeszczeć i wyżywa się jeszcze bardziej, jest jeszcze bardziej okrutny.


Edytor zaawansowany
  • sally_74 16.11.11, 13:02
    (nie zmieściło się w poprzednim poście, więc dopisuję resztę):

    Jest, jak mi się wydaje, chorobliwie uzależniony od seksu i szuka kobiet, gdzie tylko może. Nie wiem, czy ogląda strony porno czy nie, nie mam dostępu do jego komputera, ale umieram ze strachu, że wykorzystuje każdą okazję, żeby kogoś przelecieć. W dobie AIDS jest to zagrożenie bardzo realne. Kochankiem jest dobrym, ale ma spore kłopoty z utrzymaniem erekcji, poza tym brakuje mi w naszej intymności czegoś nieuchwytnego, tkliwości może. Zawsze widzę wyłącznie nastawienie na dobre p….To nie jest akt miłości, nawet jeśli zapewnia, że mnie kocha, to jest raczej akt nastawiony głównie na uwolnienie się od napięcia. Nie, żeby nie miał dobrych intencji i nie był „nastawiony na sprawienie mi przyjemności”, w żadnym wypadku w łóżku nie jest egoistą, widać, że zależy mu na tym, co czuję. Ale…kiedy się kochamy ma po prostu… pusty wzrok.
    Jedną zdradę odkryłam i udowodniłam, chciałam go natychmiast zostawić, ubłagał mnie grożąc samobójstwem, zostałam i przez rok tej jego zdrady nie przerobiłam, zniszczyła mnie psychicznie, poniżyła, upokorzyła. Drugiej zdrady nie wytrzymam na pewno, on ma tego świadomość, problem jednak w tym, że mistrzowi kłamstwa udowodnić cokolwiek trudno. On ma w tym lata praktyki, żonę zdradzał nałogowo, potem wchodził w jakieś historie z kobietami poznanymi w necie, boję się myśleć gdzie jeszcze. Mam dosyć kontrolowania i strachu, bo od roku żyję w ciągłym strachu, w nieustającej tymczasowości tego związku, tu nie da się nic zbudować, chociaż są okresy kiedy wydaje mi się, że on tego naprawdę chce i do tego dąży. Ale trwają bardzo niedługo.
    Jazda na seks, poszukiwanie kobiet, ataki wściekłości i agresji ewidentnie nasilają się w październiku-listopadzie. Zauważyłam, że nie ma takich zwyczajnych, spontanicznych odruchów zakochanego faceta: nie przytuli na ulicy, nie pogładzi po buzi, nie odgarnie włosów. Za rękę owszem, weźmie, nawet mnie w tę rękę pocałuje, ale takiej zwyczajnej, codziennej czułości nie ma. Natomiast on bardzo się jej domaga, dopomina.
    Nie chcę przedstawiać go tu jako potwora, bo moim zdaniem jest, niestety, chory, ale żeby przedstawić sytuację, musiałam wszystko uczciwie i – z konieczności skrótowo - opisać. Jestem z nim, bo go kocham, wytrzymałam jakoś te dwa lata, ale jest mi piekielnie trudno, coraz trudniej.





  • perfekcjonizm 16.11.11, 13:29
    Cześć Sally.
    Na początek witaj na forum. Dobrze, że odważyłaś się napisać. To pierwszy krok ku czemuś zdrowemu. Ku temu byś zadbała o siebie.

    Jestem osobą z rozpoznaniem BPD już od 2000 roku. Trudno jest kogoś diagnozować na odległość i wśród nie-specjalistów. Mnie diagnozowano przez wiele lat. Moje główne objawy to brak umiejętności pozostawania w trwałych związkach czy to partnerskich czy to przyjacielskich. Impulsywne zachowania - zakupoholizm, alkohol, przypadkowy seks. Znaczna autoagresja swego czasu oraz napady jakiejś złości czy histerii. Głównie w kierunku partnerów, ale zdarzało mi się też do kolegów z pracy, czy koleżanek - tak było przed terapią i przed braniem leków. Teraz jestem grzeczna jak dziecko.

    Z pamięcią mam problemy od zawsze. Po kłótni raczej pamiętałam wszystko. Lubię stawiać siebie w lepszym świetle, ale nie uciekam się do kłamstw. Kieruję się bardzo wysokimi wartościami etycznymi i moralnymi - kiedy nie mam dekompensacji psychotycznej.

    Ale nie o tym chcę pisać. Chcę zwrócić uwagę na to, że napisałaś tu na forum i być może będzie coś z prawdy w tym co powiem, ale myślę, że to czas kiedy czujesz, że chcesz pomóc także sobie.

    Zrozumienie dużo daje, ale pewne fakty jasno świadczą o pewnych nadużyciach w waszym związku i tak naprawdę martwiłabym się o Ciebie. Mam wiele fantazji na temat co może mu dolegać, ale ja prawda jest taka, że się na tym nie znam i mogę Ci napisać tylko jako człowiek, który przejął się losem Twoim i Twojego (Waszego) dziecka.

    Jak Ty sobie z tym Wszystkim radzisz? Jak reaguje dziecko? Czy ktoś z Twoich bliskich o tym wie? Ktoś Cię wspiera? Ktoś coś doradzał? Proponował jakąś pomoc?
    Myślałaś o wybraniu się do psychologa? Do skonsultowania tego co dzieje się w Twoim związku/ w Twoim wnętrzu ze specjalistą?

    Przepraszam za tę ilość pytań. Serdecznie Cię pozdrawiam.


    Hm..


    --
    zatrzymajmnie.blogspot.com/
  • chemical_moon 16.11.11, 14:05
    Witaj Sally,
    1. ja mam BPD, pytałaś o zaniki pamięci, ja tak mam, że nie pamiętam, co wykrzyczałam podczas kłótni a czasem jak jestem obrażona na chłopaka, to muszę go pytać o co się pokłóciliśmy. Wypieram z pamięci takie rzeczy niemal natychmiast, uważam, że to tylko słowa, które on zniesie, nie wywołają żadnych skutków, no może prócz tego, że ja się "rozładuję". Granica między kłamstwem i prawdą się zaciera - jestem w stanie wmówić sobie, że coś było inaczej niż w rzeczywistości, bo mi tak wygodniej. Przy czym uważam, ze nigdy nie kłamię, a co najwyżej "żartuję"
    2. co do tych czułych gestów, zakochanego mężczyzny, to mój ma niestety tak samo (też ma BPD). Pusty wzrok, brak dotykania po twarzy - no przytulać się chce, ale co z tego, jak leży jak kłoda albo jak jakiś kamień. Brakuje mi tego w związku i czuję się niekochana.

    jeśli zależy Ci na zdrowiu psychicznym dziecka i swoim zdrowiu, a on nie chce się leczyć, to wyjście jest tylko jedno - rozstanie. Będzie ciężko ale się opłaci, zobaczysz. Tak nie można żyć , poświęcać się, spalać się dla chorej miłości. Nie każda miłość jest dobra :(
  • sally_74 16.11.11, 16:04
    Dziękuję Ci, chemical moon. Świadomość, że on nie pamięta, co do mnie mówił, jest w jakiś sposób pocieszająca, że nie przeinacza tych faktów celowo i z premedytacją - również. Próbuję choć trochę chronić siebie - mam wciąż nadzieję, że jak dogłębnie zrozumiem, to może nie będzie tak bardzo bolało, może się jakoś zdystansuję. Ta historia ma wiele warstw, trudno zamknąć 2 lata życia w paruset linijkach tekstu, obawiam się też, że będę źle zrozumiana. Ale zaryzykuję:
    on, jak większość (lub wszyscy) z Was, jest hiperinteligentny. Jedynym jego atutem jest umysł, intelekt był dla mnie zawsze największym afrodyzjakiem, nic dziwnego, że się zakochałam. Wykonuje pracę dużo poniżej własnych możliwości, wśród jego znajomych, uroczych skądinąd ludzi, trudno mu znaleźć osoby o podobnej do jego wrażliwości i szerokich zainteresowaniach, kobiety miał zawsze z zupełnie innej półki, z tej - nie chcę nikogo obrażać, ale nie wiem, jak to inaczej napisać - niższej. Nie jest fizycznie atrakcyjny, kasy nie ma, prestiż żaden. Ja, przynajmniej kiedy mnie poznał, a był to czysty przypadek - byłam z tej wyższej półki, samodzielna, na stanowisku, z szerokimi horyzontami, ładna. Coś w rodzaju "trafiło się ślepej kurze ziarno". On ma świadomość tego, że jak odejdę, podobnej kobiety nie znajdzie, szanse z każdym rokiem gwałtownie maleją. Mamy mnóstwo wspólnych pasji, lubimy spędzać razem czas i jest nam wówczas naprawdę fajnie, często: jedno uczy się od drugiego. Gdyby nie jego choroba, byłby partnerem prawie idealnym, "prawie" wyłącznie dlatego, że ideałów nie ma. Dał mi bardzo wiele, nauczył mnie wielu rzeczy, pokazał mi siebie samą z innej strony (i nie mówię tu o wytrzymałości psychicznej). To bardzo wiąże.

    Leczyć się nie będzie. W jego kulturze, w stereotypach, w których żyje, takiej osobie przykleja się natychmiast etykietkę "wariat", on nie mógłby nawet przez moment pomyśleć o sobie w ten sposób. Jestem przekonana, że wie, co mu dolega, wie, że ma poważny problem, wie, że to choroba. Ale nie będzie ryzykował, żeby to się kiedyś gdzieś wydało. Nie byłby w stanie, pojawić się w gabinecie terapeutycznym, bo przecież sam fakt pojawienia się tam oznaczałby, że "jakiś problem ma". Objawy borderline, jak czytałam, łagodnieją z wiekiem, ale nie wiem, czy jest nadzieja, bo on jest po czterdziestce i na przestrzeni dwóch lat poprawy nie widzę. Jakieś leki bierze, ale nie wiem, czy regularnie. Ja się wszystkiego dowiaduję przypadkiem, kiedyś przez pomyłkę zamiast wkleić mi link do piosenki, wkleił link z apteki internetowej i na tej stronie był Xanax, Prozac, etc. Czy bierze coś innego - nie wiem. Kiedy jesteśmy razem, bierze co rano jakąś tabletkę, ale nigdy nie ma ani pudełka ani na sreberku nie widać nazwy. Mówi, że to na nadciśnienie. Ponieważ sprawność seksualna jest dla niego sprawą najwyższej wagi (dochodzi tu kultra macho + kryzys wieku średniego), a standardem są kłopoty z utrzymaniem erekcji - obawiam się, że - jeśli leki w ogóle bierze - to je odpowiednio limituje. Jak przestanie "móc to robić", to podejrzewam, że jego samoocena ulegnie samozagładzie.
  • sally_74 16.11.11, 15:31
    Dziękuję Wam...sama świadomość, że mogę o tym porozmawiać, przynosi ulgę. Przepraszam za nieudolności stylistyczne, ale na codzień funkcjonuję w innym języku i trochę mi się umysł rozleniwił.
    - Jak Ty sobie z tym Wszystkim radzisz?
    Przstaję sobie radzić, niestety. Mimo tłumaczenia sobie, że "to nie on, to tylko choroba", nie potrafię się obronić przed bólem, nie da się. Odreagowuję fizycznie - słabo śpię, nie jem, drżą mi ręce, śnią mi się koszmary. Czuję się potwornie wykorzystywana, a jednocześnie mam świadomość, że on potrzebuje pomocy i wydaje mi się, że on na mnie liczy. Kiedy jest dobrze, dziękuje mi, że jestem (w podtekście: że nie zwiałam, że jeszcze go znoszę). Nie o wszytkim mogę pisać na forum, ale pochodzę z medycznej rodziny, z rodziny prawdziwych Judymów, mam silnie zakorzenione przekonanie, że chorego się nie zostawia i nie przekreśla, że zawsze może się zdarzyć cud. Dwukrotnie odchodziłam. Po 3 tygodniach wracałam, oczami wyobraźni widziałam jak się męczy, wyrzuty sumienia, że postawiłam na siebie (tak, mam ten problem), że nie wytrwałam, że przecież on nie chciał, nie dawały mi spokoju.

    - Jak reaguje dziecko?
    To nie jest nasze wspólne dziecko, ale moje, on nie ma dzieci. Syna izoluję, ochraniam. Nie mieszkamy razem, więc spotykają się w zasadzie "przy okazji", kilkakrotnie był świadkiem jakiejś jego awantury, ale z tych mniejszych, post factum zupełnie to w oczach syna zbagatelizowałam. Bariera językowa na szczęście nie pozwoliła mojemu dziecku zrozumieć, co do mnie wywrzaskiwał. On nie jest w ogóle agresywny fizycznie i nie jest również autoagresywny. Alkoholu niemal nie pije, ewentualnie 2 kieliszki wina od czasu do czasu.

    - Czy ktoś z Twoich bliskich o tym wie? Ktoś Cię wspiera? Ktoś coś doradzał? Proponował jakąś pomoc?
    Wiedzą niewiele, nawet przyjaciele. Drastycznych dialogów nie opowiadam, jeśli opowiadam o jego furiach, to słyszę "zostaw go wreszcie, on cię już tak strasznie zniszczył", moja przyjaciółka próbowała mnie szantażować, że jak go nie zostawię to mu wyśle jakieś fikcyjne maile, rodzice się wycofali kręcąc głowami, że taka głupia jestem i tak bardzo mi na tej miłości zależy (któż mnie nauczył tak mocno kochać ? Moja mama jest z gatunku "wiecznie poświęcających się dla innych", bez ironii). Zostałam sama. Jego przyjaciele nic nie widzą, bo on się kryje przed całym światem, raz jedyny kolega był świadkiem awantury i moich łez i widziałam, że był w szoku. Ale w tym środowisku nie komentuje się i nie ocenia, a już na pewno "nie rozmawia o czyichś prywatnych sprawach" (czyli o jego rodzinie, przeszłości, dzieciństwie, małżeństwie). Jego przyjaciel powiedział mi tylko "jeśli ten związek ci nie odpowiada, to po prostu odejdź". Gdyby to było łatwe, gdybym nie kochała, albo bardziej kochała siebie, gdybym była bardziej odważna, pewnie już bym odeszła. Ale jestem.

    - Myślałaś o wybraniu się do psychologa? Do skonsultowania tego co dzieje się w Twoim związku/ w Twoim wnętrzu ze specjalistą?

    Przed zdecydowaniem się na ten związek, poszłam na terapię, która miała mi dodać odwagi i wzmocnić w rzuceniu pracy. W trakcie tej terapii, opowiadałam o nim, bałam się nowej relacji i generalnie - związku. Dostałam w życiu dosyć poważnie po głowie od mężczyzn i wcale nie szukałam kolejnego. Sęk w tym, że on był wówczas w fazie godowej - nic zupełnie nie wskazywało na to, co może mnie czekać. I pani terapeutka szalenie mi to doradzała - jeśli się nie zdecydujesz, nie zaryzykujesz - będziesz żałować. No i wpakowałam się w to, z całym plecakiem dobrej woli. Mam uraz do terapeutów, w tym momencie też - zupełnie mnie na to nie stać, niestety, nie jestem nawet ubezpieczona.











  • perfekcjonizm 16.11.11, 16:56

    Nikt i nic nie jest idealne. Próbuję się tego uczyć.
    Nie jestem zwolennikiem odchodzenia, choć robiłam to często. Jestem zwolennikiem rozwiązywania problemów, ale do tanga trzeba dwojga.

    Jestem także zwolennikiem dbania o swoją własną godność choć sama często ją nadwyrężam.

    Trudno mi powiedzieć coś mądrego. Chyba jedynie powtórzę się, że cieszę się, że tu jesteś. Mam nadzieję, że usłyszysz tu wiele słów, które pomogą Ci spojrzeć na Twoją sytuację z obiektywizmem.


    --
    zatrzymajmnie.blogspot.com/
  • sally_74 16.11.11, 17:45
    Bardzo Ci dziękuję, perfekcjonizm. Za ciepłe przyjęcie, za miłe słowa. Mam nadzieję tu porozmawiać, być z Wami w kontakcie, miałaś rację - szukam pomocy dla samej siebie...Bardzo liczę na Waszą szczerość, to mi pomaga.
  • perfekcjonizm 18.11.11, 12:02
    sally_74 napisała:

    > Bardzo Ci dziękuję, perfekcjonizm. Za ciepłe przyjęcie, za miłe słowa. Mam nadz
    > ieję tu porozmawiać, być z Wami w kontakcie, miałaś rację - szukam pomocy dla s
    > amej siebie...Bardzo liczę na Waszą szczerość, to mi pomaga.


    Witaj Sally, przeczytałam wszystko poniżej. Cieszę się, że otrzymujesz tyle informacji zwrotnych. Oczywiście forum to nie terapia ale pełni ono funkcję terapeutyczną w pewnym sensie. I na tym obszarze chciałabym się skupić.

    Pamiętam jak napisałaś o tym, że nie masz ubezpieczenia. Doczytałam też, że masz trudną sytuację finansową. (Swoją drogą te 240 zł za sesję to był jakiś dramat :) )

    Sally, mam do Ciebie prośbę. Wyobraź sobie przez chwilę, że jesteś odrębnym bytem. Spróbujesz? Nie MY nie JA I ON. Ale jesteś JA. Spróbuj choć na chwilę kompletnie wymazać swojego partnera z Twojego JA. Co czujesz? Czy potrafisz tak myśleć?

    Spróbujmy zaopiekować się Twoim JA. Co czuje, co myśli. Pamiętaj - Tylko JA - nie ma ON.
    Jak myślisz jak możesz zaopiekować się sobą? Czy masz do tego prawo? Czy to już raczej egoizm?

    Jeśli wymienimy cztery podstawowe emocje (złość, strach, smutek, radość). To, które z nich najczęściej odczuwasz?

    Jeśli uznamy, że emocje są wskaźnikiem zaspokojenia naszych potrzeb psychologicznych. to jakie potrzeby głównie chciałabyś zaspokoić? Nie musisz odpowiadać tu na forum. Odpowiedz sobie.

    Przypomnę tylko, że:
    Złość - to wskaźnik niezaspokojenia potrzeby.
    Strach - to wskaźnik zagrożenia potrzeby.
    Smutek - to reakcja na stratę zaspokojenia potrzeby.
    Radość - to wynik zaspokojenia potrzeby.

    Jak myślisz, które emocje przeważają w Tobie najczęściej? Pomyśl też, czy aby na pewno są one prawdziwe, (np. smutek często mylimy ze złością).

    To może tyle na tę chwilę. O podstawowych potrzebach, do których zaspokojenia mamy wręcz święte prawo możesz przeczytać sobie tu i ówdzie w sieci.

    --
    zatrzymajmnie.blogspot.com/
  • bloodyandblunt 16.11.11, 18:47
    zonowu jestem zdziwiony bardzo bardzo.
    Zastanawiam się czytając jacy sa bpd czy aby faktycznie mam takie zaburzenie
    zupełnie nie chodzi o to ze : wiem ze jestem niestabilny emocjonalnie ,ze mam problemy z poczuciem własnej torzsamosci ze moje relacje z innymi sa reaczej niesatysfakcjonujące
    (nie będę wyliczał reszty objawów w klasyfikacji bo wystkie do mnie pasują )
    ale nie o tym ,
    nie mam bpd ponieważ
    - z regóły jestem spokojny nawet bardzo
    - jestem osobą raczej ciepłą i wyrozumiałą
    -unikam konfliktów jak tylko się da
    - nie obrazam ludzi i nie wyrzywam się na nich
    - raczej odchodzę i unikam dziwnych seksualnych jazd

    ale ale poznałem w życiu trzy osoby z bpd
    i wszystkie były dość spokojne no moze oprócz jednej dziewczyny
    kazdy psychiatra lub psycholog z regóły jednak mi ta diagnoze dawał i raczej nie miał wątpliwosci
    kuzwa czasem czytam i nadziwić się niemogę jak to bpd jest złem wcielonym
    a przecież u mnie tak nie jest
    czemu jak to tak naprawdę wygląda
    czasem mam wrazenie ze tak naprade wiele spraw jest tu poruszane totalnie powierzchownie i puzniej czytam posty jak sally 74
    przekonanej o diagnozie bpd swojego partnera
    tyle jakos nie chce mi się wgłebiać w mechanizmy zachowań czy odczuć
    bo i tak poleciane będzie powierzchownie i z buta jako zło wcielone
  • sally_74 16.11.11, 19:00
    Bloodyandblunt - ja nie jestem przekonana o niczym. Mnie się WYDAJE, że to BPD, po przeczytaniu postów wielu osób, które na to chorują mogłabym kopiować niektóre z nich, tak dokładnie opisują to, co widzę i czego na codzień doświadczam. Nie oczekuję tu diagnozy, proszę o opinie, nie o potwierdzenia.
  • 3bsp 16.11.11, 19:19
    Ludzie, dajcie spokój. BPD to nie worek na śmieci i ktoś, kto trochę poznał problematykę, musi zaprotestować co niniejszym czynię. BPD chociaż w związkach strasznie upierdliwi, to ........., żeby wam się w głowie nie poprzewracało nie napiszę.
    Bardzo podobną jednostką kliniczną jest osobowość narcystyczna jeśli chodzi oczywiście o symptomy zewnętrzne.
    Jest jeszcze jedna sprawa. Kultury w jakich się wychowywaliście mają również ogromny wpływ na wzajemne relacje i mogą potęgować i to znacznie problemy w związku.
    Mówisz, że masz awersję do psychologów, bo kiedyś coś tam i dlatego.
    Wybacz, że walę z grubej rury, ale strasznie mi to wygląda w twoim wykonaniu na grę na ofiarę czy bidulkę jak kto woli. Masz ochotę przepieprzyć resztę życia, twój interes ale ja stanowczo odradzam.
    Dziewczyno, mam jeszcze jedno pytanie: czy wy rozmawiacie w tym samym języku, bo widzę ogromny problem z komunikacją.
    A teraz dowalcie mi za brak serca. Pocieszanie, po mojemu, to tylko pielęgnacja iluzji.
    Howk....
  • neon.ki 16.11.11, 19:33
    myślę bardzo podobnie. zupełnie bardzo podobnie.
  • bloodyandblunt 16.11.11, 19:39
    3bsp - (no "niepoznaje" ;) ale wreszcie sie zgadzamy )
    własnie o to chodzi ze to nie worek na śmieci

    juz nawet niechodzi ze osobowość narcystyczna jest podobna.
    kiedyś miałem dawno temu taka jazde ze wszystkich
    prawie trudnych ludzi określałem ze pewnie maja bpd i musza sie leczyc
    przeszło mi na szczescie gdy poprzebywałem wt towarzystwie jescze trudniejszych ludzi ;)
    3bsp pozdrawiam za brak serca
  • neon.ki 16.11.11, 19:31
    łał, po przeczytaniu tego wątku jestem w szoku. no, ale jak ma być opinia, to proszę bardzo. po przeczytaniu twojego wpisu sally, widzę wszystko tak: osoba dowartościowuje się kosztem drugiej osoby. widzę przemoc psychiczną, uzależnienie twoje od niego, jego próby kompensaty własnych braków twoim kosztem, piszesz o naleciałościach kulturowych - to wiele może tłumaczyć, w niektórych kulturach kobiety traktuje się w podobny sposób na co dzień. jasne, że kolo ma problemy ze swoim nierozwiązanym dzieciństwem, zresztą piszesz o tym. piszesz, że masz koszmary, trzęsą ci się ręce.. ale piszesz o tym jakby to było zupełnie nieważne, jakby ci nie przeszkadzało. jaki związek jest tego warty? owszem, uważam, że gość ma problemy i to poważne, ty też masz problem. czy to bpd? a co za różnica w takiej sytuacji???? odnoszę wrażenie, że szukasz kozła ofiarnego, żeby móc powiedzieć, że to przez bpd, że to nie jego wina, bo w końcu ma bpd, a to choroba taka okropna. nie choroba. co do awersji do terapeutów, nie do końca rozumiem, ale w porządku. zasadniczo fajnie, że szukasz pomocy, próbujesz coś się dowiedzieć, znaczy, że coś się zaczyna dziać w twojej świadomości. mam nadzieję, że znajdziesz tutaj wsparcie. to dobrze, że troszczysz się o siebie.

    a jeśli chodzi o zapominanie, ja pamiętam wszystko co mówiłam. nie zdarza mi się tak odpływać. jeśli żałuję tego, co powiedziałam, zrobiłam - przepraszam, żałuję, ale nie próbuję pozornie oczyszczać samą siebie we własnych oczach, żeby poczuć się lepiej. nie mówię, że jestem kryształowa i swoje za uszami mam, owszem, ale nie uciekam od tego w jakieś ułaskawianie siebie. pozdrawiam.
  • sally_74 16.11.11, 20:02
    Niełatwo przyjąć to, co piszecie, bo poczułam się jak kretynka, która na siłę próbuje przykleić chorobę do czyichś zachowań. Ok, macie prawo. O sobie niewiele napisałam, jeśli w ogóle zdecydowałam się popełnić cały ten długachny tekst i dyskutować o problemach bardzo osobistych na forum, to chyba jasne, że jest mi z tym źle. Czy muszę koniecznie pisać, że kompletnie rozłażę się w szwach, że od jakiegoś czasu nie jestem w stanie się pozbierać, że wydaje mi się, że mam depresję, bo nic mnie nie interesuje i nic mi się nie chce, a najbardziej mi się nie chce walczyć o siebie (muszę, mam dziecko), chociaż moja sytuacja materialna robi się bardzo, ale to bardzo mało ciekawa ? Cóż to zmieni ? Już i tak osądziliście - gram rolę ofiary, cierpię na syndrom sztokholmski itd. Wiele w tym prawdy, zapewne.
    W terapeutów wierzyłam ślepo przez wiele lat - do tego stopnia, że jak poczułam, że ktoś może mi pomóc w podjęciu decyzji o zmianie pracy, która bynajmniej nie była łatwa, właśnie tam się udałam. Ale nie uzyskałam pomocy, skutek był wręcz odwrotny do zamierzonego - nie wyprostowałam się a skrzywiłam, może to skutek niewielu sesji. Więc mam lekki uraz, nie wydaje mi się to takie znowu dziwne. Nie odsądzam ich od czci i wiary, po prostu chwilowo unikam. Dziękuję jednak za wszystkie słowa, nawet te, które wydają mi się nieco przykre (czy jeśli tak to odbieram to znaczy, że też jestem pokręcona ? Jestem, mam trochę nieprzerobionych spraw z dzieciństwa). Przemyślę.
  • chemical_moon 16.11.11, 20:19
    ma BPD czy nie ma BPD to nie jest ważne. Jeśli tak Cię traktuje to musi podjąć terapię, inaczej na Twoim miejscu już dawno bym to zostawiła, bo samo mu nie przejdzie. Kurcze jeśli się jest z kimś, to po to, żeby było razem fajnie. Czerpać z tego radość, wzajemnie sobie pomagać żyć, a po co tkwić w czymś, w czym nie jesteś szczęśliwa. Zachowaj się czasem jak "egoistka" :) i pomyśl tylko o sobie. Mówisz, że chorego nie zostawisz ale BPD to nie jest choroba psychiczna :)) ja rozumiem, ktoś jest chory i się leczy, wymaga opieki czy coś ale to przecież dorosły facet i na pewno sobie poradzi, oczywiście będzie groził, że coś sobie zrobi itp ale jednak rzadko się na to zdobywamy. Jeśli Cie kocha to naprawdę powinien pójść do psychiatry a potem do psychologa i zrobić coś ze sobą, żebyś i Ty była szczęśliwa. Nie może wykręcać się przesłankami kulturowymi.
    a i jeszcze jednego nie rozumiem - skoro ma objawy BPD, to niby dlaczego tak Was to oburza, że Sally tak to nazwała? lekarz zobaczyłby to samo, tylko że on ma prawo tak to nazwać, przez jakiś tam papier do tego upoważniający. "To nie jest worek na śmieci" - ale te same śmieci wrzucamy do tego samego worka, więc...
  • bloodyandblunt 16.11.11, 21:32
    sally_74
    nie deprecjonuje twojego cierpienia absolutnie twojej trudnosci z partnerem
    bardziej chodzi mi o to ze byc moze szukając zrozumienia
    jego zachowania itp byc moze poruszasz nie tą linkę która potrzeba
    moze nie tędy droga.
    nie jest tez np moim celem jakiekolwiek uchybianie twoim odczuciom
    Ważnym bardziej jest fakt pewnego rodzaju zachowanie twojego partnera w ramach
    "przemocowych" dość charakterystyczne aniołołek- diabełek
    albo pijany brutal- trzezwy misio i nie ma sie to zupełnie do bpd
    wazne ze wrzuca sie do wora wszelkie problemy w związku z tym ze to moze ktoś ma bpd
    choc pewnie nie jest tak ze to bpd
    drugie
    masz uraz do psychologów
    zeby sie pozbierać trzeba troche upaść terapia rozkłada niektórych
    wiel strun naciąga pękaj
    rozbrajanie mechanizmów jest trudne i bolesne
    wydajesz się wrazliwą osobą i chyba jednak związek na ciebie zle działa

    chemical_moon
    ja sie wcale ale to zupełnie nie oburzam, mnie wszystko jedno
    nie chciałbbym jednak rozmawiać z sally_74 o jej problemach z partnerem bpd
    bo nie wiem jak jest naprawdę byc moze to cham zwyczajny i lepiej zeby poszedł z wiatrem to jest bład gdy nie majac zadnych przesłanek zaczne jej radzić co ma robic z gosciem
    drazni mnie jednak ze mimo wszystko pewne zachowania poprzez pewne przesłanki
    wynikajace z lektury ludzie moogą opatrznie zrozumieć
    nawet czytajac klasyfikacje choroby
    i mysleć ze sie ma wszystkie objawy nie oznacza to od razu bpd
    mozna komus krzywde zrobic poważnie
  • neon.ki 16.11.11, 21:33
    rozumiem, że to jest niezbyt przyjemne, ale nikt tutaj, a na pewno ja nie uważam cię za kretynkę. nic w takim tonie nie napisałam. wręcz wyraziłam aprobatę dla tego, że szukasz pomocy, albo zaczynasz jej szukać. może i niewiele napisałaś o sobie w bezpośredni sposób, ale wierz mi, sporo można wnieść po sposobie w jaki piszesz o pewnych sprawach. między innymi to, że jest ci ciężko.

    piszesz, że chcesz opinii, a potem czujesz się osądzona, bo to czy tamto. raczej zamiast uwypuklać mniej przyjemne dla twojego ucha wypowiedzi, które nie leżą, bo cośtam, przeczytaj wszystko jeszcze raz i spróbuj neutralnie powyciągać wnioski. i pamiętaj - ilu ludzi, tyle opinii :)

    ślepa wiara, czegokolwiek by nie dotyczyła, zazwyczaj kończy się niezbyt szczęśliwie.

    nie czczę terapeutów ;) po prostu uczę się korzystać z pomocy, którą mogą zaoferować. nie znaczy to ślepo stosować się do "zarządzeń", bo oni takich nie dają przede wszystkim.

    to, że jest ci przykro i o tym mówisz głośno - osobiście zazdroszczę, ja mam z tym duży problem. pozdrawiam.
  • sally_74 16.11.11, 22:10
    Dokładnie przed chwilą wydarzyła się ta oto sytuacja:
    od kilku miesięcy próbuje sprzedać samochód, już dzisiaj z tego zrezygnował, zdecydował, że go zatrzyma i napisał do mnie smsa. Dokładnie po 10 minutach zadzwonił, że właśnie zgłosił się klient i przyjedzie po południu, klient z zagranicy, więc muszą się spreżać, żeby szybko załatwić sprawy w jakimś tam urzędzie przed jego zamknięciem, żeby gość mógł wrócić do swojego kraju. Po południu czekał na tego gościa, czas do zamknięcia urzędu się kurczył, gość był w drodze, urząd zamknęli, gość nie był przekonany czy w takim wypadku w ogóle jeszcze samochód oglądać, mój partner w zasadzie był już z tego zadowolony, bo samochód na powrót zaczął mu się podobać, ale umówił się z gościem, że ten jednak wpadnie obejrzeć maszynę. Rozmawialiśmy o tym cały czas, wciągnął mnie w tę sprzedaż, do samochodu byłam bardzo przywiązana, bardzo go lubiłam. Poszedł gościowi pokazywać samochód, ja nie byłam pewna, czy ten facet dojedzie, bo w rozmowie telefonicznej właściwie już zrezygnował z kupna, czas mijał. W końcu, zaciekawiona i "wkręcona" w sprawę zadzwoniłam z jednym pytaniem, z jednym tylko pytaniem "dojechał ?". Nie przeciągałam rozmowy. Wrócił do domu i przez 3 godziny wyzywał mnie od idiotek, które dzwonią jak jak on sprzedaje samochód, które są tak tępe i egoistyczne, że nie rozumieją, że on wszystko lubi robić spokojnie i jak zrobi to zadzwoni. Potem usłyszałam, że wszystkie moje telefony to kontrolowanie co robi i że ubieram to w różne ubranka, ale nawet idiota zorientowałby się o co chodzi, a maila to mu dzisiaj wysłałam za krótkiego (i tak go w pracy nie przeczytał, chociaż o niego poprosił). Jak zwykle : ton ostry jak nóż, cedzenie słów, jakieś idiotyczne wątki poboczne, w pękłam i pociekły mi łzy, za co również musiałam słownie oberwać.
  • neon.ki 16.11.11, 22:30
    przykro mi to słyszeć, to okropne, że tak cierpisz. nie są to puste słowa. nikt nie zasługuje na takie traktowanie. w imię czego tak cierpisz?
  • sally_74 16.11.11, 22:54
    Spróbuję jutro odpowiedzieć, dzisiaj słowa już się nie kleją, jestem rozbita. Ale nie było ekstremalnie, tym razem nie było ekstremalnie i nawet, co już prawie się nie zdarza, sms-em, przed pójściem spać, mnie przeprosił.
    Dziękuję Ci bardzo neon.ki. Bardzo.
    Dobranoc.
  • 3bsp 16.11.11, 23:35
    sally_74 napisała:

    > Spróbuję jutro odpowiedzieć, dzisiaj słowa już się nie kleją, jestem rozbita. A
    > le nie było ekstremalnie, tym razem nie było ekstremalnie i nawet, co już prawi
    > e się nie zdarza, sms-em, przed pójściem spać, mnie przeprosił.

    Masz to na co się godzisz. Spróbuj odszukać sens tego zdania.
    Na mój rozum i doświadczenie nie poradzisz sobie sama bez wsparcia - fachowego wsparcia, a wszystkie te słowa, które padają są jak mówienie człowiekowi w depresji - weź się w garść a ja dalej twierdzę, że pocieszanie to pielęgnowanie iluzji.

    Życzę zdecydowania
  • chemical_moon 16.11.11, 23:12
    hmm wygląda mi to na masochizm w czystej postaci. Tak już dłużej być nie powinno. Zrób coś. Idź do psychologa. Dokądkolwiek. Zmień coś. Będzie to połowa sukcesu - druga połowa to on... no ale w sumie jak on ma iść do psychologa, jak nie mówi po polsku. A wiesz co najbardziej rozwala bordera kiedy on chce się pokłócić? spokój drugiej osoby. Śmiej się, obracaj w żart. Na mnie to działa.
  • perpetua-mobila 16.11.11, 23:24
    bloodyandblunt napisał:

    > kuzwa czasem czytam i nadziwić się niemogę jak to bpd jest złem wcielonym

    powiem tak- zazwyczaj te opinie biora sie od partneruw (nie rzadko wieloletnich) osob z bpd. A sie kurde pytam- po co w takim razie te narzekajace i cierpiace osoby sa z takimi "potworami"? Bo jesli moge wyciagnac wnioski z moich zwiazkow i podrywow, to dochodze do wniosku ze partnerzy osob z bpd pokolei w glowie nie maja a co normalniejszy to raczej ucieknie. Dlatego przyjmuje wieeeelki dystans jesli chodzi o opinie.
  • 3bsp 16.11.11, 23:41
    perpetua-mobila napisała:

    > bloodyandblunt napisał:
    >
    > > kuzwa czasem czytam i nadziwić się niemogę jak to bpd jest złem wcielonym
    >
    >
    > powiem tak- zazwyczaj te opinie biora sie od partneruw (nie rzadko wieloletnich
    > ) osob z bpd. A sie kurde pytam- po co w takim razie te narzekajace i cierpiace
    > osoby sa z takimi "potworami"? Bo jesli moge wyciagnac wnioski z moich zwiazko
    > w i podrywow, to dochodze do wniosku ze partnerzy osob z bpd pokolei w glowie n
    > ie maja a co normalniejszy to raczej ucieknie. Dlatego przyjmuje wieeeelki dyst
    > ans jesli chodzi o opinie.

    No nie mogę. Dwa bieguny a te same opinie. Ja też tak dosłownie myslę.
    Zaraz sprawdzę czy działa grawitacja

    Pozdrawiam
  • perpetua-mobila 17.11.11, 21:46
    3bsp napisał:

    > No nie mogę. Dwa bieguny a te same opinie. Ja też tak dosłownie myslę.

    Pociekła mi po policzku łezka wzruszenia:) Nie napsze nic wiecej bo pocieknie lukier po monitorze i ktoś nie wtajemniczony gotowy pomyslec, że pomylił fora:)

    > Zaraz sprawdzę czy działa grawitacja

    Myśle sobie, że dziala też moja terapia i powiem tez (a co mi tam)- że Twoja też(?)
  • 3bsp 17.11.11, 03:34
    Jest już późna pora
    Wiesz Sally, twoje perypetie mocno mnie zainteresowały.
    Mój tzw. niuch czy jak kto woli intuicja nie dawały mi spokoju.
    Zebrałem wszystkie twoje wypowiedzi i poddałem je analizie, poczynając od logicznej na emocjonalnej skończywszy.(ponad dwie godziny roboty) To takie czytanie między wierszami.
    To co bym chciał napisać, brzmiałoby jak herezja i dlatego zamilknę bo mógłbym kogoś zranić. Jestem tylko człowiekiem i mogę się mylić ale jest taka swoista i ekscytująca gra. w której nawet postronny niedoświadczony obserwator nie połapie się w co tu się gra i kto tu jest katem a kto ofiarą. Wybacz mi, ale jaka jest prawda, w większości nie wiemy przytłoczeni cierpieniem.
    Jeśli Cię zabolało, to znajdź w sobie siłę aby zgłosić się na terapię i pokazać całemu światu prawdę, że to jednak Twój partner a nie ty, ma zaburzoną osobowość. Nie poznasz prawdy, nie rozwiążesz swoich problemów.

    Nie ma złej pory i złych dróg, gdy zdążamy do prawdy
  • bloodyandblunt 17.11.11, 12:43
    3bsp
    A już było tak fajnie ten brak serca
    i juz sie cieszyłem na twoje intuicyjne czytanie miedzy wierszami
    i na "ekstycujacą grę" "kto jest ofiarą a kto katem"
    i głeboką 2-godzinną analizę ;)
    A potem trach "nie ma złej pory i złych dróg, gdy zdążamy do prawdy"
    i "zamilknę bo mógłbym kogoś zranic" (ale swoje miedzy wierszmi wyrazone i cios pod żebra)
    czekam na wiecej a najbardziej na brak serca

    sally_74
    podaje link
    www.erodzina.com/index.php?id=65,966,0,0,1,0
    to o zachowaniach przemocowych
    wcale nie jest to jedynie domena alkocholików i innych świrów
    poszukaj wiecej na ten temat
    i powodzenia nie bierz tak do siebie tutejszych komentarzy ale też
    nie interpretuj wszyskiego jako bpd
    ja zawsze pamietam co komu na ublizałem (mam wrazenie teój parner tez)
    choc róznimy sie tak bardzo podonie to jenak jestesmy inni trzymaj sie ciepło
  • 3bsp 17.11.11, 16:38
    bloodyandblunt napisał:

    > 3bsp
    > A już było tak fajnie ten brak serca

    Ustalmy coś. Ja tu nie zaglądam bo chce Ci się przypodobać czy komukolwiek.
    Te myki rajcowały mnie jak miałem kilka lat mniej.
    Teraz mi to ................ bo czuję na tyle oparcie w sobie, że....

    Jak mam dziewczynie powiedzieć, że bez silnego wsparcia, fachowego wsparcia, nie da sobie rady. Czy myślisz, że te wszystkie pocieszenia, gadki w stylu ja cię rozumiem, cierpię razem z tobą a jakże, cokolwiek pomogą. Ku... nie cierpię obłudy. Mam trochę doświadczenia i z całą stanowczością mogę powiedzieć; tak, pomogą pielęgnować żal. Wiesz, dla mnie współczucie jest zawsze mocno podejrzane.
    W życiu widziałem i uczestniczyłem w takich "numerach", że gdybyś był na moim miejscu, możne byś inaczej mówił, dlatego nie rozpędzałbym się ze zbytnim zaufaniem, bo jest jeszcze druga strona medalu (związku).
    Wiesz, jak ktoś feruje oceny w stylu BPD to diabeł wcielony a jego partner to chory masochista, to mam ochotę zawsze pokazać plecy a najbardziej ich dolną część.

    Howk




  • bloodyandblunt 17.11.11, 22:51
    Alez ja sie zgadzam z toba w tej kwestii
    szkoda ze nie zrozumiałeś mojego postu ;(
    moze za bardzo nieczytelnnie pisze zbyt enigmatycznie i
    moze z ta moja ironia jest cos nie tak
    postaram sie bardziej precyzyjnie formułować mysli
    pozdrawiam ;)
  • sally_74 17.11.11, 12:47
    3bsp - na to forum zaglądam od roku, szanuję to, co piszesz. Mnie też się już zaczęło wydawać, że może to ze mną jest coś nie tak i na pewno, chociaż w jakiejś mierze, jest to prawda. Musiałabym jednak opisać tu Wam spory kawał mojego życia. W skrócie: jestem typem, który daje się wykorzystywać, nie stawiam granic lub te, które stawiam są za słabe, coś we mnie jest takiego, co powoduje, że niektóre osoby po prostu muszą dać mi po głowie, a ja to później usprawiedliwię. W przyjaźni jestem radykalna, jeśli ktoś mnie porządnie zawiedzie dwukrotnie - ucinam i kończę znajomość, znikam. W miłości - odwrotnie. Usprawiedliwiam, chcę zrozumieć (mam jakąś fobię z tą koniecznością rozumienia, racjonalizowania wszystkiego), spycham się na najdalszy plan, z ufnością i bardzo długo czekam, aż partner się połapie, że wyżywa się na osobie bezbronnej. Nie będę pisać elaboratów, może to wyjdzie w kolejnych rozmowach, ale od dziecka byłam dla mojej szalenie wymagającej matki "nie dość dobra". Uczyłam się świetnie, nie przysparzałam żadnych problemów, siedziałam wiecznie w książkach albo coś pisałam, okres buntu praktycznie przeszedł niezauważony, ale to zawsze inni byli mi stawiani za wzór, zawsze mi czegoś brakowało, zawsze. Marzeniem mojej matki było zostanie naukowcem, profesorem medycyny, ma zupełnego hopla na punkcie tytułów naukowych i publikacji. Ja medycyny nie wybrałam (zła córka), a kiedy dostałam się na bardzo oblegane i dosyć elitarne studia w innym mieście i kiedy moja ciotka zadzwoniła, żeby to mojej matce oznajmić, ta odbierając telefon powiedziała z głębokim przekonaniem: ależ to niemożliwe, sprawdź jeszcze raz. Nigdy we mnie nie wierzyła i nigdy mnie nie wspierała, co zadziwiające - ot tak, bez powodu. Nie podobały jej się moje wybory życiowe, moja praca zawsze była nic nie warta, chociaż miałam i stanowisko i prestiż i zarabiałam naprawdę dobrze, jej plan dotyczący mojego życia nie został zrealizowany. Karała mnie milczeniem. Nie odzywała się do mnie tygodniami, w domu nie mówiła mi nawet "dzień dobry". Oczywiście, przez całe dzieciństwo rozpaczliwie próbowałam zasłużyć na jej podziw, na jej akceptację. Znany schemat. Gdzieś mi się odcisnęło w psychice, że jestem nie dość dobra i łapałam się na tym, że nawet moje sukcesy i komplementy prawione przez zwierzchników przyjmowałam z niedowierzaniem, bo przecież do tej poprzeczki, do której próbowałam doskoczyć przez całe życie, doskoczyć niepodobna.
    Wiązałam się - nieświadomie lub podświadomie - z mężczyznami w jakiś sposób poranionymi przez życie, ale fakty te wychodziły na światło dzienne dużo później. Dawałam mnóstwo ciepła, mnóstwo akceptacji z nadzieją, że ktoś tę "nie dość dobrą" w końcu zaakceptuje.
    W pewnym okresie życia, kiedy byłam długo sama, może nie szczęśliwa, ale spokoja i w jakiś sposób bezpieczna, przeanalizowałam wiele faktów ze swojego życia, pewnych mechanizmów jestem świadoma (co jeszcze nie znaczy, że potrafię je zmienić). Potem spotkałam jego i wreszcie wydawało mi się, że życie wskoczy na w miarę spokojne tory, wszystko na to wskazywało, a on naprawdę dobrze się maskował. Potem zaczęły się pierwsze awantury, było ich coraz więcej i coraz bardziej z jego strony agresywne, wpadał z nastroju w nastrój, po każdej kłótni rozpaczliwie, desperacko i kompulsywnie błagał mnie, żebym została, żebym go nie zostawiała, kazał mi przysięgać na wszystko, że nigdy go nie opuszczę, nigdy nie odejdę (to się powtarza do dzisiaj "ale zawsze będziemy razem, prawda ? Nigdy mnie nie zostawisz ? Przysięgnij !"), zaczęłam coraz uważniej przyglądać się temu jak reaguje, niemal do wszystkiego musiałam dotrzeć sama, on ze mną w ogóle nie rozmawia na temat tego, co mu jest, informacje są szczątkowe, potem informacja o żonie, która kazała mu się leczyć, jakieś leki, które brał, informacja od znajomego, że w jego rodzinie inna osoba jest prawdopodobnie chora psychicznie lub zaburzona (nie wiem), potem o dzieciństwie i ojcu, powolutku, kawałek po kawałku...Wściekłość, nieoczekiwane bardzo radykalne zmiany nastroju i częste wrażenie, że mam do czynienia z dwiema różnymi osobami, nieobecny wzrok, zdarzał się też płacz (jak pakowałam walizki), etc.
    Wczoraj, zanim jeszcze przyjechał gość od samochodu, on był przeszczęśliwy. W nastroju doskonałym, hiperradosny. I potem mój telefon i nagle - totalny dół i awantura.
    Nie jestem tu po to, żeby diagnozować siebie, choć na pewno ze mną nie jest wszystko w porządku, świadczy o tym fakt, że wciąż go nie zostawiłam, nie mam odwagi. Ale będąc tu, czytając to, co piszecie i co sama piszę - nabieram dystansu, którego już nie miałam, bo zaczęło mi się wydawać, że nadreaguję i to w zasadzie wszystko moja wina, interpretuję błędnie jego zachowania, niemal "należy mi się". Zaczyna mi wracać rozum :-).
    Do tej pory rachunek zysków i strat (brzydko się to nazywa), przeważał ciągle na korzyść zysków, momentów w których jest nam razem dobrze, tych narkotycznych momentów w których jesteśmy harmonijnie szczęśliwi, albo radośni. Ale płacę za nie bardzo wiele, całą sobą i równowagą emocjonalną, kruchym spokojem wewnętrznym, depresją, totalnym rozbiciem, brakiem chęci do podjęcia jakichkolwiek działań, żeby wyciągnąć się z dołka, w którym jestem. Kocham go i boję się, że już nigdy nie spotkam nikogo, że tak wysokim, wybaczcie żart "affinity index". Nie wiem, czy umiałabym być sama (a kiedyś umiałam), boję się jak sobie psychicznie poradzę, kiedy już zdecyduję się zamknąć te drzwi. I obawiam się też tego, że nie ma wyjścia - on na żadne leczenie nie pójdzie - więc ja te drzwi będę musiała zamknąć, żeby się uratować.
    Nie porozumiewamy się w tym samym języku, tj. ja mówię biegle w jego języku.
  • extranova 17.11.11, 14:00
    Witaj Sally. Trochę nieśmiało włącze się do rozmowy, z perspektywy własnie partnera osoby zaburzonej- chociaż z góry uprzedzam,że "mój typ" był zdecydowanie mniej nerwowy(co ciekawe pewne słowa bolą bardziej gdy są wypowiadane, a raczej cedzone spokojnie..krzyk przynajmniej daje nadzieje,ze to tylko emocje). Ale nie o tym.
    Mysle,że jestem w stanie czuć się w Twoją sytuację i probę wytłumaczenia sobie problemu, którego tak naprawdę wytłumaczyć się nie da. Jego choroba( bez względu na jej nazwę) to jedno,Ty to drugie, a trzecie jest Twoje dziecko, tylko pozornie od tego wszystkiego odizolowane. Jak rozumiem,ze on ze swojej strony nie chce niczego zmienić, Ty jesteś gotowa na wiele, może nawet na wszystko. Przez ten brak równowagi z góry wiesz,ze bedziesz na straconej pozycji. Wiem,że go kochasz( tak to nazywamy) i że miłość przenosi góry,ale w Twojej sytuacji prędzej się o tę góre roztrzaskasz niż ją przeniesiesz. Twoje działania( a raczej ich brak), pokazują,że nie masz szacunku do siebie- jak więc ktoś inny ma go do Ciebie mieć?
    Piszesz,że miałaś niełatwe dziecinstwo- czy w takim razie tym bardziej teraz nie powinnas robić wszystko by być szczęsliwa? Teraz przeciez nie jestes, byłabyś przeszczęsliwa gdyby on był taki jakim widzisz go w swoich zakochanych oczach, jakim może kiedys( po latach, tabletkach, terapiach) będzie( skąd ja to znam...)ale najprawdopodniej nic z tego nie wyjdzie. A Ty się wyniszczysz i nie zostanie z Ciebie nic, co jeszcze w Tobie dobrego mimo wszystko pozostało.
    A przeciez nie chodzi tylko o Ciebie, jest dziecko, które nawet jeżeli nie słuszy i nie widzi, to dobrze wie,że jego mama cierpi. Dzieci są bardziej spostrzegawcze niż mogłoby się wydawać. Ono tez to czuje. Musisz je nauczyć,zeby myslalo o sobie jak o wartościowym człowieku- jak go tego nauczysz, skoro sama znosisz takie poniżenia w imie...no własnie czego - chyba jednak nie miłości?
    Przepraszam za moralizowanie, nie mam na celu Cie urazic, rozumiem Twój tok myslenia i tę reakcje obronną,ale to tylko miraż. Postaw granice, warunek. Udowodnij mu,że walczysz przede wszystkim o siebie, wtedy on bedzie miał szanse zawalczyć o Ciebie. Ale szczerze pisząc,nie widze na to szans.
    Nie obiecuje Ci,że gdy odejdziesz to wszystko bedzie cudownie, nic nie bedzie wracać i zakochasz się bez pamieci w kimś innym. Ale na pewno zaczniesz oddychac. Życie jest tego warte. Pozdrawiam Cie serdecznie
  • sally_74 17.11.11, 14:55
    Dziękuję, extranova... Właśnie mi przyszło do głowy, że może u mnie bardzo silny jest jakiś destrukcyjny mechanizm obronny, który nie pozwala mi go zostawić, bo to będzie już bezapelacyjne przyznanie się do porażki. Do kolejnej, tym razem ogromnej porażki. Nie jest to, rzecz jasna, jedyny powód, ja go kocham naprawdę (jak to banalnie brzmi), boję się również co z nim będzie beze mnie. Z tego, co zauważyłam, od kiedy jesteśmy razem, on zaczął powolutku prostować swoje życie, jego znajomi bardzo mnie lubią i półgębkiem przyznają, że "wreszcie trochę sobie poukładał w głowie". Odejście żony przeżył bardzo mocno, wiem to od kilku osób, nie od niego. Ale cóż z tego, skoro prostując swoje życie - skrzywia i niszczy moje...
    Jedną tendencję widzę w wypowiedziach, mam wrażenie, że myślicie, że on nie chce się leczyć, bo nie. Jest trochę inaczej: on wie, że jego zachowania nie są normalne, ale próbuje je bagatelizować mówiąc "mam po prostu obrzydliwie trudny charakter", "nikt w tym świecie nie jest absolutnie normalny", etc. Boi się przyznać sam przed sobą, boi się dopuścić do siebie tę myśl, że mógłby być zaburzony. Dla niego jest to jednoznaczne z przyznaniem "jestem wariatem", ma bardzo silny, piekielnie silny mechanizm obronny, który każe mu okłamywać samego siebie, łudzić się, że tylko odrobinkę odbiega od normy, ale w sumie to nic złego. Z psychoterapeutów szydzi. Słowo "psychiatra" nie przeszłoby mu przez gardło. On jest macho, on jest silnym facetem, on nie ma żadnych zaburzeń, ot tak trochę za bardzo nerwowy jest.
    Musi jednak zdawać sobie sprawę z tego, co się z nim dzieje, ponieważ nie dopuszcza do siebie nikogo, nie zaprasza nikogo do domu, nikt o nim nic nie wie, nie ma przyjaciela, w pracy się kontroluje, wszędzie się kontroluje, jak poznaje kobietę to się kontroluje ale w końcu nie można się kontrolować przez 24 godziny na dobę, więc kiedyś ta pierwsza awantura wybucha i potem osoba, z którą się wiąże jest jedyną (może poza matką) osobą, w obliczu której kontrolować sie już nie musi. Przypomina mi się taka oto scena: trzyma mnie za ręce, wyraz twarzy skrzywdzonego dziecka, w głosie desperacja i prośba, i słowa "ja nie jestem zły, ja naprawdę nie jestem zły, ja mam tylko trudny charakter".
    Nie napisałam, że on NIE PAMIĘTA, co mi powiedział w czasie awantur. Napisałam, że mam wrażenie, że nie pamięta, kilka razy się zdarzyło, że nie pamiętał rzeczywiście, ale może doskonale pamięta, tylko tak mu wstyd, że tego do siebie nie dopuszcza, nie chce o tym rozmawiać bo byloby to przyznaniem się do tego, że on to jednak powiedział.
    Moje dziecko.
    Moja rodzina idealna nie była nigdy, ale na jednym mi zależało: chronić dziecko. Ponieważ nie mieszkamy razem, było to o wiele łatwiejsze. Uwierz mi, ale naprawdę zrobiłam i robię wiele, żeby mój syn jak najmniej miał do czynienia z tego typu sytuacjami, nie widział mnie płaczącej, nie widzi, jak na mnie to działa, ile mnie to kosztuje, nie rozumie co do niego mówię i może dwa razy widział, jak tamten krzyczał (on się przy dziecku bardziej kontroluje, jak się wścieknie to wychodzi). Ich wzajemna relacja, której nigdy nie narzucałam, na codzień jest raczej przychylnie obojętna, żadne z nich nie forsuje niczego, rozmawiają, żartują, ale bariera językowa także i w tym wypadku robi swoje.
    Jestem tu, żeby się wzmocnić, żeby złapać dystans, żeby spojrzeć trochę bardziej z boku na to, na co się godziłam i co znosiłam, i żeby przeanalizować sytuacje, w których może mi się wydawać, że byłam bardzo inwazyjna i jego reakcje wcale nie były takie nienormalne (doszłam do tego stadium), przestać go ochraniać i wybaczać mu wszystko, postawić na siebie, skoro on nie będzie w stanie postawić na nas. Nie był w stanie uratować swojego małżeństwa, nie leczy się, jak odejdę, to najwyżej mnie znienawidzi, będę kolejną "kobietą, która go opuściła".
    Pozdrawiam Cię serdecznie.
  • 3bsp 18.11.11, 15:02
    sally_74 napisała:

    > 3bsp - na to forum zaglądam od roku, szanuję to, co piszesz.

    Hej sally_74

    Daj chociaż znak, ze przyjęłaś moje przeprosiny, a należały się Tobie oj należały.
    Ja czasem też się borykam z demonami przeszłości, czy matrycami (jak dziś ładnie i poprawnie politycznie mówi się). Zobacz, chwila nieuwagi i już budzi się podejrzliwość i już masz gotową receptę, do której dopasowujesz analizy, przemyślenia, różne bzdury, pier..lenia (to tak dla rymu, żeby Cie rozweselić) a wszystko to uświadamia mi, że nie jestem idealny i mnie to cieszy, bo dzięki temu jestem szczęśliwy.
    Dużo piszesz. To dobrze bo to jest trochę jak randka z samym sobą. Ja też dużo tak randko wałem aż przegiąłem i czasem wypisuję tu przeintelektualizowane dyrdymały. Uważaj na to, bo możne być zaraźliwe.
    Życzę Ci z całego serca, abyś kiedyś twoje zapiski, gdy już będziesz trochę stawała na nogi o własnych siłach, mogły Cię zainspirować do przytulenia dziecka - głęboko zranionego dziecka które jest w tobie. To taka autoterapia, która bardzo pomaga w budowaniu na nowo poczucia własnej wartości. Mnie to kiedyś bardzo pomogło.
    Pomyśl sobie, że ktoś kiedyś wzrastał w niemal identycznym domu, przeżywał podobne perypetie, a dziś spoglądacąc wstecz, nie ma cienia żalu, totalne wybaczenie i to co pozostaje;ogromny szacunek do siebie oraz szacunek dla partnera.
    Cuda naprawdę się zdarzają, jeśli czegoś bardzo pragniemy.

    Uściski


  • sally_74 18.11.11, 18:06
    3bsp
    Oczywiście, że przyjęłam przeprosiny. Nie zdziwilam się nawet jakoś szczególnie - zdaję sobie sprawę, że piszę emocjonalnie, ale trudno mi się tych emocji wyzbyć, bo w końcu temat dotyczy mojego życia. Przeczytałam wszystkie Twoje posty na forum i postanowiłam, że z niektórych z nich wyciągnę sobie fragmenty i będę do nich wracać. Wiesz, co jest dla mnie najtrudniejsze ? Uświadomienie sobie, że on mi tego nie zrobił CELOWO. Że on tego nie chciał (na forum opisałam tylko kilka procent tego, co się wydarzyło). Nie byłam w stanie żyć ze świadomością, że istota ludzka może świadomie czynić takie zło drugiej istocie ludzkiej, bolało mnie to miesiącami, odbierało mi sen i chęć do życia, zatruwało mnie minuta po minucie. To, że chciałam potwierdzenia, że on jest zaburzony, było próbą szukania ratunku. WYTŁUMACZENIA TEGO SOBIE. Uratowania jakiejś cząstki siebie. Teraz o tym wiem, ale nadal niezwykle trudno jest mi zwalczyć to potworne poczucie żalu i krzywdy. Dlaczego znowu ? Dlaczego spotkało mnie to po raz kolejny ? I - ZA CO ?...
    Jeszcze świadomość tego we mnie nie wlazła, jeszcze jej nie zasymilowałam dostatecznie i definitywnie, jeszcze nie wiem o tym CAŁĄ SOBĄ, chociaż wiem o tym RACJONALNIE. Chciałabym mu wybaczyć, bo wówczas wybaczę też w jakiś sposób sobie. Nie potrafię tego inaczej wyjaśnić.
    Moje życie, 3bsp, to naprawdę kiepski scenariusz. Z różnych względów nie mogę napisać wszystkiego na forum, a gdybym nawet mogła - obawiam się, że nie uwierzyłbyś. Nie chcę sprawiać wrażenia bidulki, która szuka tu współczucia, nic nie dzieje się bez przyczyny, więc muszą być też przyczyny dlaczego spotyka mnie właśnie to a nie co innego. To, co potrafię w życiu robić to dziękować i przepraszać. Więc dziękuję, że ze mną jesteście.
  • extranova 17.11.11, 15:56
    jesteś mistrzynią obrony:) szkoda,że nie własnej Sally.
    Trudny charakter, przezycia dawne i obecne, awersja do terapii- wszystko ok,ale skoro TY dla miłości ( tak przez Ciebie pojętej) chcesz to znosić( mimo,ze tez nie miałas łatwego życia),aby ulżyć mu w cierpieniu, to dlaczego on nie potrafi zrobić niczego, aby pomoc Tobie? Na tym forum są rózne osoby, po roznych przejsciach, a mimo to sporo z nich decyduje się jednak na terapie, bo chcą coś zmienić. One na pewno też nie chciałyby stwierdzić,że są wariatami,a jednak są na tyle świadome siebie i innych,że są w stanie chociaż trochę ruszyć z miejsca. Piszesz,ze jego rodzina bardzo Cie lubi i on powoli sobie coś porządkuje...nazywając Ciebie cyt"gównem i prostytutką"(podejrzewam,ze używa jeszcze innego słowa). Sprzedajesz się na ulicy? Chyba nie, wiec jakim prawem ktoś, kogo kochasz(!) tak się do Ciebie zwraca? Uwazasz,że odejscie od osoby, która tak Cie traktuje, byłoby porazką?? Mysle,ze raczej znoszenie tego nadal i tłumaczenie sobie,ze "macho" tak mają- to jest dopiero klęska.
    Piszesz,ze gdy go zostawisz on Cie znienawidzi...tez tak kiedys myslalam. Mowilam sobie nawet,ze ja to wytrzymam, bo gdy go zostawie, to ktoś inny po mnie na pewno go skrzywdzi.
    Teraz po czasie wsrod tych wszystkich jego męczennic, które myslały tak jak ja i nie odeszły, on ma szacunek tylko do mnie i tylko w moim przypadku docenił co stracił. Prawdopodnie nie dlatego,że jestem taka fantastyczna. Po prostu ja, jako jedyna dałam mu szanse się docenić.
    A nawet gdyby mnie znienawidził albo Ty zostałabys znienawidzona- jakie to ma znaczenie? Naprawde opinia jednej osoby, która jest ostro zaburzona ma Ci niszczyć i ustawiać życie? Nie możesz mądrze i prawdziwie kochać kogoś, jednocześnie nie kochając siebie. Stare to i oklepane,ale nic wiecej do tego nie można dodać.
  • sally_74 17.11.11, 17:39
    Ja go usprawiedliwiam przed sobą, tak, ale tu, przed Wami, staram się opisywać fakty i ewentualnie moje przemyślenia. Po to tu jestem. Jego rodzina mnie nie zna, nie poznałam nawet matki, lubią mnie jego znajomi, których on nazywa przyjaciółmi, zwróciłam się do nich po wyjaśnienia, informacje, ale wszyscy mówią, że on jest tak nieprawdopodobnie zamknięty, o sobie i własnym życiu prywatnym nie opowiada nigdy i nikomu, do domu nie zaprasza, widują się zawsze na zewnątrz - więc mogą mi powiedzieć bardzo niewiele.
    Dużo mi daje to, co piszecie, a Twoje, extranova, doświadczenia, są dla mnie szczególnie cenne. Chciałabym się wzmocnić w postanowieniu odejścia, tym razem bez powrotu. Chodzi mi właśnie o to, żeby potem się nie załamać i nie wrócić.
    Po wczorajszej awanturze, on dzisiaj słodki, kochający i szalenie deklaratywny. Ciekawe jak długo to potrwa.
    chemical moon napisała, że bordera wścieka się jeszcze bardziej, jak chce się pokłócić, a druga strona reaguje spokojem. Śmiać mi się chce, jak to ja na początku chciałam być zen - spokojnie tłumaczyłam, dążyłam do wyjaśnień i komunikacji, z rosnącą konsternacją obserwując jak to co mówię tym swoim łagodnym tonem nie tylko do niego nie dociera, ale eskaluje wściekłość. Jak się kiedyś sama porządnie wydarłam, bo nawet kamień wyprowadziłby z równowagi - jego ton nieco zelżał. Obracać w żart nie mogę, bo on uważa, że z niego kpię i wtedy to dopiero jadem pluje...
  • neon.ki 17.11.11, 19:03
    piszesz o tym, że martwi cię co się z nim stanie jak odejdziesz - przypomina mi się to co pomyślałam, gdy uświadomiłam sobie, że pora na własne życie - co się stanie z moimi rodzicami? tak bardzo byłam wplątana w ich problemy, nie widziałam siebie. prawda jest taka, że oni sobie będą żyć jak będą chcieli, nie zbawię ich, nie uratuję. to samo tyczy się twojego partnera. a tak na marginesie, to zaprzeczanie z jego strony, że coś się w ogóle stało, przypomina mi jak cholera to co zawsze mówił mój ojciec po kolejnej pijanej awanturze - nic takiego nie miało miejsca, wymyślam sobie coś etc. on w ogóle nie był pijany i tak dalej. mój ojciec nie chce przyznać się sam przed sobą, że ma jakiś problem. unika, wypiera. nie napiszę, że nie potrafi się przyznać, bo on dobrze o tym wie, że ma problem, tylko to zburzyłoby ten idealny wizerunek własnej osoby, który tak w sobie pielęgnuje. leczenie? wariata z siebie nie zrobi. czytaj: za dużo by go to kosztowało, musiałby się wysilić, przełamać, przyznać do błędu. brzmi znajomo? :) poza tym fajny wątek, dużo można wynieść.
  • sally_74 17.11.11, 22:24
    neon.ki
    tak, brzmi znajomo..., niestety. Dziękuję, że napisałaś, a to co napisałaś wczoraj, po opisanej przeze mnie kłótni było bardzo cenne - zobaczyłam, że inni nie uważają tego zachowania za mieszczące się w normie. Nikt nie napisał "nie przesadzaj, babo, facet sprzedawał samochód, to normalne, że się wkurzył, że do niego dzwonisz w takiej chwili". A ja już prawie zaczęłam myśleć, że miał prawo się "zirytować". Mam zaburzone widzenie rzeczywistości. Pomagacie mi. Także w ten sposób. Dziękuję.
  • 3bsp 17.11.11, 18:19
    Wiesz Sally, winien ci jestem przeprosiny a moją podejrzliwość zwal na karb moich przeszłych doświadczeń. Trochę piszę na ten temat chyba wyżej.
    Opisując relacje z rodzinnego domu przekonałaś mnie, choć muszę się przyznać przed sobą, że opis ten jest nazbyt wzorcowy, charakterystyczny dla jednostki ze skłonnością do uzależnień emocjonalnych i jest jakby kalką mojego życiorysu.
    To, co przeżywasz, to nie koniec świata a jedynie etap, przez który przechodzą niemal wszyscy uzależnieni.
    Chcę Ci coś przekazać tak od siebie; to co kiedyś spychało mnie na dno otchłani rozpaczy spalając ogniem czarnych słońc, dzisiaj jedynie powiększa moją objętość w biodrach a raczej w ich tylnej części (metaforycznie rzecz jasna, metaforycznie). To naprawdę jest możliwe, choć z niektórymi „syfami” mam jeszcze małe kłopoty, ale to ja o tym decyduję a nie one.
    I jeszcze przyjacielska rada; z tego gówna nie dasz rady wygrzebać się sama, zaufaj mi, a rozpoczęcie terapii to nie twoja słabość ale właśnie siła, wyrażona słowami: chcę, potrafię.
    Być może w pierwszej fazie będą potrzebne leki ale łatwo się je łyka i trochę stawiają do pionu.

    A teraz otrzyj nosek, spójrz w lusterko i powiedz sobie; zasługuje na to, by być szanowaną i kochaną i jutro też jest dzień. Zrób to tyle razy, aż w końcu w to uwierzysz, bo to prawda.

    Uściski przyjaźni

  • hanging_garden 17.11.11, 19:40
    Przede wszystkim - cześć sally_74 :-)

    Nie włączałem się do dyskusji, bo chciałem sobie pewne rzeczy przemyśleć (sam tkwię w takiej relacji z kobietą-borderką i wierz mi, że możemy sobie podać rękę...)
    "Zasyfiłem" swoimi postami inne wątki więc tutaj postaram się wnieść samą "esencję" moich przemyśleń....

    Po pierwsze: Ty (tak jak i ja) jesteś UZALEŻNIONA od tego faceta/relacji z nim. Trudno to logicznie wytłumaczyć: co nas pcha w przepaść i dlaczego sami zagłuszamy naszą świadomość...? Nie dociera do nas (do mnie jedynie od czasu do czasu), że jesteśmy krzywdzeni a na to nie zasługujemy. Ja nazywam siebie "emocjonalnym narkomanem"...

    Po drugie: doszedłem do wniosku, że ja nie kocham JEJ a MOJE WYOBRAŻENIE o niej. Kocham "obrazek" a nie FIZYCZNĄ osobę. Z jakiegoś powodu (3bsp pewnie będzie w stanie to rozwinąć) IDEALIZUJEMY naszych partnerów. Nie dopuszczamy pewnych "złych" myśli o nich. Sama piszesz, że bronisz go przed sobą a dopiero tutaj piszesz o faktach.

    Po trzecie: idź na terapię - dla SIEBIE nie dla niego/związku z nim. Jako jednostka pewna siebie również twierdziłem, że sam sobie poradzę z problemem - kto jak nie JA, kiedy jak nie DZIŚ?! Guzik prawda. Nie radzę sobie. Dlatego jestem na terapii. Dla siebie. Nie dla niej.

    Pozdrawiam

    The Cure
  • chemical_moon 17.11.11, 21:19
    a co to może nie jest chory ten układ? nie jest masochistyczny? wg mnie jest i trzeba to jak najszybciej rozegrać. Ale czy Ty Sally na pewno jesteś gotowa na zmiany? bo mi się wydaje, że jeszcze chyba niekoniecznie :) ja wiem, jak to jest wspaniale, pomiędzy kłótniami. Ciekawe czy "normalne pary" mają tak zawsze :)
    Jeju ale dziś jest kijowo. Euforia zniknęła. Strasznie mnie trzęsie, jest mi zimno. To po tym Depralinie. Nie wiem, czy ja go potrzebuję. Zmula mnie trochę. Nie chcę się odurzać, tylko przerobić swoje problemy, przegadać z kimś - no ale niestety nie bardzo mam z kim! byłam dziś u psychologa na diagnostyce. Boże jak ja nienawidzę kobiet!! siadła na przeciw mnie i YHM YHM a ja myślę ty stara wiedźmo, żebyś tak padła. Prawie zawsze mam myśli bluźniercze. A już kompletnie mnie wkurwiła, jak odebrała telefon podczas rozmowy ze mną. Jak nie dasz w łapę to nic z tego nie będzie chyba. Tracę nadzieję, bo robię wszystko, żeby z tego wyjść, jednak ze względu na brak kasy mam ograniczone możliwości. Jezu tylko za pieniądze chcą ludzi słuchać. Żeby się tak nimi zrzygali.
    A mój border co? powtarzałam mu tyle razy, że w czwartki mam zajęcia do 20. Nie, kurwa, nie dotarło, cały dzień nie dzwonił, o 19 się odezwał. A teraz kiedy ja mam ochotę na rozmowę, to ona ma jakiś idiotyczny dyżur zeszytowy - siedzi w szpitalu psychiatrycznym i zapisuje w zeszycie, kto wychodzi na dwór. No czy kurwa nie można zadzwonić w trakcie? takie to jest pilne zajęcie! a ja myślę, że jak ktoś chce, to nawet żeby skały srały a mury pękały to znajdzie chwilę. No i jak mam się nie denerwować. W dodatku powiedział, mi że mu rozwalam terapię, bo ciągle o mnie myśli i dlatego nie chce dzwonić w dzień. Miłość kurwa, ja go wykocham coś mi się zdaje. Zasługuję na to, co najlepsze. To że kiedyś miałam przejebane, nie znaczy, że muszę to ciągnąć :/
    pozdrawiam
  • sally_74 17.11.11, 22:17
    chemical moon
    Pewnie, że jest chory ten układ, ja nie zaprzeczam, gdyby mi się wydawało, że wszystko gra, to bym tu nie siedziała, nie rozmawiałabym z Wami. Czy ja jestem gotowa na opuszczenie go ? Połowicznie. Do reszty muszę się przekonać i - przede wszystkim - muszę się tego przestać bać.
    Wiesz, dzisiaj o tym myślałam, jaką ulgę sprawiłaby mi świadomość, że on się leczy. Że chce, że dotarło do niego, że mnie krzywdzi, że stara się coś z tym zrobić, dla siebie, dla nas. Mam wrażenie, że wówczas mogłabym znieść więcej, te moje wysiłki byłyby jakoś usprawiedliwione, choćby nadzieją, że nie jest dobrze, ale jest szansa, że będzie lepiej. Niestety, ja tej nadziei mieć nie mogę.
    Ogromny szacun dla Was za to, że próbujecie ujarzmić wroga, że chodzicie na terapię, że walczycie o siebie, o normalniejsze związki, o łatwiejsze życie, o odzyskanie siebie samych. Czytając Wasze posty - widzę jakie to trudne, jak ciężko tak dzień po dniu walczyć z Goliatem. Zdaję sobie sprawę, że to co opisuję może Was czasem ranić - ale niestety muszę być szczera, inaczej całe to nasze pisanie nie będzie miało sensu.
    Jak ładnie to napisałaś chemical..."ja go wykocham". Nie rzucę, nie zostawię, nie wyślę w diabły, ale "wykocham". Śliczne to. Włączę do własnego słownika, jeśli pozwolisz.
    Rad w stosunku do Twojego chłopaka dawać Ci nie będę - nie czuję się nawet na siłach. Powiem tylko, że zawsze wychodziłam z założenia, że jak ktoś chce, to chwilę zawsze znajdzie, ale potem, kiedy jej nie znalazł, znajdowałam usprawiedliwienie, że może rzeczywiście nie mógł. Taka już jestem, też do naprawy.
    Pozdrawiam Cię serdecznie
  • violetta222 18.11.11, 13:15
    Witaj sally,
    nie pomyslalas nigdy, ze on moze jest psychopata? Oni sa znani z agresji, braku empatii, nalogowego klamstwa, sadyzmu, talentu do manipulowania ludzmi, z tego, ze niszcza bliskich.
    Dlaczego chcesz poswiecic siebie dla ratowania go? Moim zdaniem nie kochasz w ogole siebie, on jest dla Ciebie wazniejszy, niz Ty, Twoje szczescie, zdrowie, przyszlosc.
    Kochasz swojego wroga, niestety ( choc to raczej nie jest milosc, tylko obesyjne uzaleznienie ).
    Pozdrawiam

    Zalaczam link na temat psychopatow i ich partnerek:

    lubczasopismo.salon24.pl/tajemnice/post/289205,kobiety-ktore-kochaja-psychopatow
  • sally_74 18.11.11, 17:48
    violetta222
    Dziękuję za link. Czytam wszystko, co mi wklejacie. Nie, on nie jest psychopatą, ten temat zbadałam wcześniej, bo kiedy zaczęłam szukać, co też może z nim być nie tak, właśnie psychopatia jako pierwsza przyszła mi na myśl, potem schizofrenia. On dla mnie sporo zrobił i robi nadal, kocha matkę i zwierzęta - psychopata nie ma żadnych skrupułów, nie odczuwa w ogóle wyrzutów sumienia, nazywa się ich "ludźmi bez sumienia", czyż nie ? Dlaczego jestem tego pewna...? Bo psychopatę już przerobiłam i wychodziłam z tego przez pięć lat. Przepraszam za czarny żart, ale dzisiaj pomyślałam, że życia mi nie starczy, żeby pozbierać się po moich związkach. Karma jakaś fatalna.
  • sally_74 17.11.11, 22:32
    Cześć, hanging

    Widzisz, ja do tego uzależnienia doszłam, jestem tego świadoma i rzeczywiście ono jest narkotyczne : haj - dół, niebo - piekło. Niebo jest tak nieprawdopodobnie niebieskie i piękne, że nie wierzysz, że dane było tobie się w nim znaleźć, piekło jest otchłanią, ze strachu, stresu, zadziwienia, oburzenia, zranionej dumy, poranionej duszy - brakuje ci powietrza. Kiedy piekło zamienia się w niebo, desperacko starasz się zapomnieć o piekle i zawsze, zawsze masz nadzieję tam już nie trafić. Z biegiem czasu jednak, częściej jesteś w piekle niż w niebie, a i błękit systematycznie blaknie skażony myślą o tym jak bardzo jest nietrwałe, ile to tym razem: dwa dni ? Trzy ?... Trudno się cieszyć niebem, jeśli wiesz jak łatwo zamienia się w piekło i ty - to jest najgorsze - nie masz na to ŻADNEGO wpływu. Nic nie możesz zrobić. To jest kompletnie poza Tobą.
  • sally_74 17.11.11, 22:50
    3bsp
    dziękuję. Moje "dziękuję" wyraża więcej niż "dziękuję" zwykłe, w każdym razie chciałabym, żebyś to między literami odczytał.
    Z terapią muszę poczekać. Jestem totalnie spłukana. Nie znoszę rozmawiać o pieniądzach, ale jest to prawda, nie wiem, kiedy mogę spodziewać się następnych, kolejne projekty spalają na panewce i to też mnie tu przywiodło - z powodu załamania i depresji przestałam być zdolna do zarabiania. Zero energii, nikogo do niczego nie przekonam, nawet samej siebie. Szmaciana laleczka.
    Na szczęście resztki zdrowego rozsądku mi zostały i widzę, co się dzieje, zaczęłam się tego bać (tym razem strach pozytywny) i stąd ja tu.
    Ale pisanie też, jak mi się wydaje, ma walor terapeutyczny - w tym momencie po prostu musi mi to wystarczyć. Psychoterapeutka do której chodziłam brała 240 pln za 45 minut i te minuty upływały w jakimś szalonym tempie, za opowiedzenie jej połowy życia zapłaciłam jakieś 2 bańki..
    Nie mówię, że nie pójdę. Pójdę. Jak tylko będę mogła sobie na to pozwolić.
    O relacjach z moją mamą mogłabym długo. Np. nigdy nie przepraszała i nie przeprasza. Można jej czarno na białym udowodnić, że nie ma racji, a ona patrząc ci w oczy będzie się upierała, że absolutnie rację ma. Rozwaliło mnie kiedyś czyjeś pytanie: "kiedy cię przytuliła ?".
    Nie pamiętam. Naprawdę nie mogę sobie przypomnieć. Może w czasach licealnych jeszcze ? Fakt, dorosła kobieta ze mnie, ale wymiękam, kiedy ktoś zadaje mi to pytanie i łzy same się na świat proszą. Nie pamiętam. A tak mi tego w życiu było potrzeba, przynajmniej kilka razy.
    Jest sztywna, taka bardzo niemiecka "obowiązki, zasady, imponderabilia". Ja się już nie liczę, ja się już "nażyłam". Spróbuję nauczyć się kochać siebie, od jutra trening przed lustrem. Obiecuję.
    Pozdrawiam Cię serdecznie

  • neon.ki 17.11.11, 23:30
    taki mały offtopic. wow, te 240pln to było w Polsce, czy w innym kraju? pytam z ciekawości, bo jak w Polsce, to spadam właśnie z krzesła ;)
  • sally_74 17.11.11, 23:59
    W Polsce to było. Dwa lata temu z małym haczykiem.
  • 3bsp 18.11.11, 00:07
    To chyba nie był psycholog ale naciągacz.
    Życzę, abyś trafiła na mistrza a nie chałturnika czy szamana.
    Poza tym pamiętaj, ze płacisz sporą forsę i masz prawo wymagać.
    Psycholog nie może angażować się emocjonalnie ale wcale to nie znaczy, że ma to być obraz do którego gadasz a on cie wysłucha i powie na koniec - czas upłynął, należny się 100zeta.

    Co do postu do mnie. Wiesz, mój Ojciec miał takie powiedzenie; nigdy nie jest tak źle, żeby nie mogło było gorzej.
    Z radością powitam informację od ciebie, że wystartowałaś do góry
  • sally_74 19.11.11, 01:28
    Dzisiaj. Dzień był dosyć przyjemny, posprzątałam bo zrobiła mi się w domu stajnia Augiasza, ugotowała dziecku to, co lubi (kiedyś nie znosiłam gotować, teraz zauważyłam, że mnie to wycisza), wpadła koleżanka, a to już rzadkość, bo zamykam się w domu.
    Nie mieliśmy ostatnio dla siebie zbyt wiele czasu z moim partnerem - sprzedawał ten samochód, załatwiał papiery i co tam jeszcze. Dzisiaj po południu sam mi zaproponował "to wieczorem dłuuuugo sobie pogadamy. Tak długo, jak będziesz chciała."
    Rozmawiamy sobie więc wieczorem, z oszczędności na Skypie, on znowu nie bardzo w humorze, ale udaje się jakoś rozładować atmosferę, już chciał iść spać (ostatnio jest wiecznie zmęczony), ale byłam w trakcie jakiejś opowieści i poprosiłam "jeszcze piętnaście minut, dobrze ?". Była 23.00, on jutro nie pracuje.
    I zaczęło się. Od obrażania mojej inteligencji oczywiście. Oświadczyłam "wiesz, chciałam spędzić z tobą trochę czasu w przyjemnej atmosferze, ale skoro mamy się kłócić, to może rzeczywiście lepiej chodźmy spać". Rzecz jasna, podziałało jak płachta na byka. On nie pójdzie spać, bo jemu sen przeszedł. Ok, to rozmawiajmy. "Nie jestem tu od tego, żeby zapewniać ci rozrywkę, jak chcesz to sama mów". Cisza przez pół godziny, on się nie odzywa, demonstracyjnie ziewa, może podsypia. Znowu grzecznie proponuję, żebyśmy poszli spać, tłumacząc, że kłótnia naprawdę nam niepotrzebna. Słyszę "jak nie będziemy rozmawiać razem, to będziemy rozmawiać osobno". Aha. Tym razem wprost mi nie powiedział "jak stąd pójdziesz, to będę sobie szukał dup w internecie", bo to już słyszałam nie raz, zaczynałam płakać, było mi przykro, on się nade mną pastwił". Ale powiedział to, co chciał, żebym usłyszała. Zawsze grozi mi zdradą, nawet jeśli nie wprost. Zdradę przeżyłam strasznie, nie przerobiłam jej do dziś, tak potwornie boli. Miałam dwa wyjścia: zostać i przez nie wiadomo jak długi czas (godzinę, dwie, jak pokazuje praktyka) siedzieć ze słuchawkami na uszach, upokarzana tym, że on NIC NIE MÓWI, w końcu zacząć płakać, prosić, żeby wreszcie pozwolił mi iść spać. Lub : zamknąć komunikację i cierpieć potworne katusze, że on siedzi w necie i rozmawia z k..., bo nie wyładował się na mnie, a zemścić się musi. Wybrałam wyjście numer dwa, chociaż łatwo nie było. Powiedziałam mu też: "Nie będziesz mnie tak traktować. Porozmawiamy jutro. Dobranoc".
    Potem miałam typowe objawy odstawienia narkotycznego: najpierw potwornie piekło mnie w dołku, później zaczęłam się cała telepać, przez dobre piętnaście minut. Ale cały czas sobie powtarzałam "jestem z siebie dumna, nie dałam się zniszczyć, upokorzyć i obrazić". Wciąż boli wyobraźnia, co on tam w tym necie wyłowił, albo czy nie dzwoni do znajomych panienek. Ale...dopiero dzisiaj uświadomiłam to sobie i wypowiedziałam to na głos: "cóż takiego on może mi zrobić CZEGO MI JESZCZE NIE ZROBIŁ ?". No właśnie. Chyba zrobił mi już wszystko. Zgłupiał chyba, że nie zadzwoniłam z płaczem, nie sprawdziłam czy jest w domu, nie wlazłam ponownie na Skype, żeby sprawdzić, czy wciąż tam siedzi. To, co zawsze działało - tym razem nie zadziałało, ofiara zachowała się nieprzewidywalnie. Jak on się z tym czuje nie mam pojęcia, i tym razem nie obchodzi mnie, czy czuje się odrzucony i niekochany. Nie dałam sobą pomiatać. A te panny...cóż. I tak nie pozwalam się do siebie zbliżyć bez prezerwatywy, za żadne skarby bez prezerwatywy i to bynajmniej nie ze strachu przed ciążą. Cholera wie, czym on mnie może zarazić. Seks ze świadomością, że on w każdej chwili może mnie zdradzić, diabli wiedzą ile razy to już zrobił i jeszcze wciąż mi tym grozi - to też już nie to samo, trochę tak...jakbym się kochała z szaletem publicznym.
    Jestem dzisiaj z siebie dumna. Malutki to kroczek i wiele mnie kosztujący, ale znaczący bardzo.
    Dobranoc Wam...
    (perfekcjonizm, bardzo dziękuję za Twój post, odpiszę jutro)
  • the-crawl 19.11.11, 01:19
    witaj sally 74,
    ze smutkiem czytam to co opisujesz bo mam nieodparte wrażenie, że jakoś go tak usprawiedliwiasz tłumaczysz osłaniasz przypuszczanym zaburzeniem i piszę to jako osoba ze zdiagnozowanym bpd- nie warto.dlaczego? bo my mamy świadomość, przynajmniej ja zawsze miałam, że jest ze mną coś nie tak, ze moje zachowania, brak kontroli chore relacje wynikają z moich braków ( pisałaś że on widzi że coś jest z nim nie tak) i właśnie dlatego poszłam na terapię jedną drugą, ostatnią dlatego, że niszczyłam mojego partnera i siebie samą CHCIAŁAM COS Z TYM ZROBIĆ, a on wybacz ale z tego co piszesz nie chce. nie wiem jak tam jest z nim ale ja osobiście wiedziałam zawsze jak zadawać wyrafinowany ból psychiczny i w tamtych chwilach spijałam chory smak zwycięstwa kiedy widziałam jak mój facet totalnie się rozpada na kawałki, cierpi nie umie się obronić. jasne chciał odejść nie raz ale mu nie pozwalałam czułam że jest słaby szantażowałam więc samobójstwem, zabójstwem, robiłam z siebie ofiarę. prawda jest jednak taka, że on dopóki był taki bezbronny zakochany, na każde skinienie totalnie mnie od siebie odpychał jednocześnie byłam z nim bo bałam sie odrzucenia i nie mogłam pozwolić aby moja chora duma ucierpiała, a kiedy postawił granice i zaczął się od tego wszystkiego odcinać oszalałam zakochałam się zaczęło mi zależeć żeby było dobrze bo widziałam że tym razem mnie zostawi. samo mi się ciśnie na usta-ratuj swoje własne życie zanim całkowicie wymknie Ci się z rąk, on z mojej perspektywy tego co napisałaś nie jest najwyraźniej na to gotowy. pozdrawiam i życzę dużo konsekwencji w działaniu
  • chemical_moon 20.11.11, 11:28
    Sally bardzo się cieszę, że się nie dałaś poniżyć swojemu partnerowi. To wg mnie duże osiągnięcie. I jak się ta historia zakończyła? jestem ciekawa, co u Ciebie? Powiem Ci, że na początku traktowałam swojego chłopaka strasznie, wiedziałam, że mogę mu wszystko zrobić i powiedzieć a on i tak wybaczy. Kiedy rozmawialiśmy przez telefon, to prawie zawsze urywałam rozmowę i się rozłączałam i pewnie byłoby tak do dziś, gdyby nie... zaczął robić tego samego! jaki to był szok, kiedy to on się rozłączył! od razu do niego zadzwoniłam ale nie odbierał, to ja już zmiana taktyki, napisałam smsa, żeby odebrał, że chę się pogodzić itp i był spokój na jakieś 3 tygodnie. Pokonaj go jego własną bronią..
  • sally_74 21.11.11, 17:01
    Po napisaniu ostatniego posta poszłam spać, chociaż sen przeszedł bezpowrotnie, ale nie uczyniłam nic zupełnie, żeby się z nim skontaktować. W sobotę rano odebrałam smsa w rodzaju "przepraszam, że nie napisałem nic na dobranoc, ale poszedłem od razu spać, nie zawsze się rozumiemy, ale ja cię kocham, pogadamy ?". Zadzwonił i usiłował kompletnie zbagatelizować sprawę, nawet nie wracając do tematu, jakby się nic zupełnie nie stało. Ale nie pozwoliłam. Oświadczyłam (czułam się całkiem nieźle, tępy ból przeszedł i postanowienie, że będę stanowcza rozkwitło we mnie w najlepsze), że jeśli wiecznie będzie mnie straszył zdradą, to ja tego nie zapomnę nigdy, więcej - odstraszy mnie tym zupełnie, ja nie mam ochoty ciągle tkwić w przeszłości i przypominać sobie wciąż od nowa co nawyprawiał. Coś tam pomędził, że spać poszedł, że wcale nie powiedział tego, co powiedział, ale nie dałam się zbić z pantałyku. Chciałam, żeby wyraźnie i głośno wybrzmiało. Od soboty był uroczy, słodki i kochający. W niedzielę, w trakcie zupełnie niewinnej rozmowy o czymś tam, wróciło pytanie, ktorego od jakiegoś czasu już nie było: "ale mnie nie zostawisz ? Powiedz, że nie...Na pewno mnie kochasz ? Bo ja się boję, że ty mnie zostawisz".
    Te wieczne potwierdzenia, przysięgi, kochanie słowami...Przecież wystarczy spojrzeć na to, co zniosłam, co musiałam z nim przeżyć, jakie upokorzenia musiałam przełknąć, jaki ocean bólu przetrawić. Któż by to wytrzymał nie kochając ? Kto by dał radę...
    chemical moon - to odkładanie słuchawki i wyłączanie się w trakcie rozmowy, jak tylko uznał, że powiedziałam cokolwiek, co mu się nie podobało (mogła to być odmienna opinia na jakiś temat) - znam świetnie. Zawsze to robił. Mnie w takich wypadkach porażało...chamstwo. Ale już nie dam sobie trzaskać słuchawką. I nie dam się szantażować zdradą.
    Weekend był dobry. Zrobiłam kilka rzeczy, których nie robiłam już dawno i sprawiły mi przyjemność : rozmowy z kolegami syna, coś im na szybko przygotowałam do jedzenia, wpadła druga koleżanka. Jeszcze nie dawno, po takiej "akcji" jaką mi zafundował w piątek, byłabym szara na twarzy, przerażona i niezdolna do rozmowy z gośćmi, tym razem było zgoła inaczej - oderwałam od niego myśli, zajęłam się własnymi :-). Jakie to miłe uczucie...
    Będę podążać w tym kierunku, muszę odzyskać siebie.
  • sally_74 21.11.11, 17:33
    Wiele lat temu byłam w pierwszym związku z facetem, który miał podobne problemy (nie mówiło się ani nie pisało wówczas nie tylko o bpd, ale również o innych zaburzeniach, internetu nie było, nie przyszło mi wówczas do głowy, że problemy tego człowieka mogą się brać z dzieciństwa). Maltretował mnie psychicznie przez kilka lat (ulubioną zabawą było doprowadzanie mnie do płaczu - ewidentnie płacz był potwierdzeniem, że mi na nim zależy, kilkanaście razy dziennie słyszałam "ty mnie lekceważysz !", a lekceważeniem było położenie tubki pasty do zębów nie po prawej a po lewej stronie umywalki, dość powiedzieć, że bałam się wracać do domu, awantury wybuchały zupełnie o nic, on się potem nocą teatralnie wyprowadzał). Kochałam go bardzo, taką pierwszą, jeszcze wyidealizowaną miłością. Pamiętam, szliśmy sobie kiedyś przed południem na targ staroci, oboje uwielbialiśmy oglądać skorupy, obok nas przeszedł gość w ładnym swetrze i ja, niewinnie zauważyłam "zobacz, jaki ładny sweter". Najpierw się wściekł, wrzeszcząc, że według mnie on się źle ubiera, a potem...zostawił mnie na ulicy, odwrócił się i odszedł. Wrócił późnym wieczorem, komórek wtedy nie było, odchodziłam od zmysłów. Takich sytuacji było x, przez lata. Kiedyś zrobił mi straszliwą awanturę, bo zaczęłam chlipać oglądając "Tańczącego z wilkami", żal mi było tego wilczka..Zamykałam się nocami w łazience i płakałam. Kiedyś, moja przyjaciółka, która wyszła za mąż za kogoś o podobnym charakterze, powiedziała mi: "płaczesz w łazience ? Boli cię ? Zobaczysz, po jakimś czasie zobojętniejesz. Nic nie będzie na tobie robiło wrażenia". I rzeczywiście, nadszedł ten dzień. Nie reagowałam na nic, było mi kompletnie obojętne, jaką prowokację mi przygotuje, co nowego wymyśli, jaki wybierze powód do kolejnej awantury. Wyprowadzał się nocą, pakując się, trzaskając wszystkimi drzwiczkami - ja nic. NIC. Przekroczył jakiś limit, ewidentnie przeszedł granicę mojej tolerancji na ból. Przestałam go kochać. On się potem naprawdę zmienił, bardzo się starał, ale już nie było po co. Mogłam go szanować za to, kim był, ale nie mogłam w żaden sposób cofnąć tego, co zrobił. Próbowałam, starałam się i ja, czekałam długo z nadzieją, że może to, co do niego czułam - wróci.
    Ale pamięć zdarzeń przechowała się nawet w ciele, przestałam mieć ochotę na jakikolwiek kontakt fizyczny. I złożyłam pozew o rozwód.
  • sally_74 22.11.11, 22:22
    Informuję Was o moich maleńkich, bardzo maleńkich postępach, które mnie jednak bardzo cieszą. Zazwyczaj, kiedy nie mogliśmy się zobaczyć, rozmawialiśmy długo wieczorem, conajmniej do 22.30. Wielokrotnie jęczał i kwękał, że musi nazajutrz do pracy, że nie ma dla siebie nigdy czasu, że książki nie może poczytać. Od czasu, kiedy mnie zdradził, a osoba z którą mnie zdradził powiedziała mi, że po 22.30 co wieczór do niej dzwonił i rozmawiali przynajmniej przez 45 minut (zatem nie był konający ze zmęczenia, choć przede mną takiego udawał i się wściekał), zaczęłam bardzo kontrolować czas. Pilnowałam, o której staje się już umierający ze zmęczenia i nigdy nie byłam pewna, nigdy już nie byłam pewna, czy idzie spać rzeczywiście, czy też dzwoni do jakiejś kolejnej ofiary, "tej drugiej". Nawet jeśli rozmowa za bardzo się nie kleiła, za wszelką cenę próbowałam przedłużyć do 22.30, żeby nie bać się aż tak bardzo...
    Zmieniłam taktykę. Dzisiaj w okolicach 21 oświadczyłam, że jestem bardzo zmęczona i chcę się wcześniej położyć ("ale co ci jest ? ale co się stało ? masz do mnie jakieś pretensje ?"). Złamałam schemat: to ja zawsze zabiegałam o to, żeby rozmawiał ze mną jak najdłużej. A dzisiaj, po dwóch latach, proszę - to JA CHCĘ skończyć wcześniej rozmowę, przedkładam mój wypoczynek NAD rozmowę z nim, która powinna mi wystarczyć, zrekompensować wszystko inne, być dla mnie najważniejsza. Wydawał się zupełnie zbity z pantałyku, zaczął przedłużać :-). Powiedziałam "ależ kochanie, będziesz miał czas na książkę, na sen i na to, co lubisz", ale ironii nie załapał kompletnie. Nie obchodzi mnie to. Załatwię go jego własną bronią, tak. Od tej pory będę robiła to, na co mam ochotę i on już nie będzie dla mnie najważniejszy. O rany, jak się cieszę....Powolutku, może odzyskam normalne, ludzkie nawyki i robienie czegoś dla siebie znowu zacznie mi sprawiać przyjemność.
  • ooshak 22.11.11, 22:19
    Wyczytałam dzisiaj cos ciekawego na stronach amerykańskich: najczęściej BPDowcy wierzą się z osobami o innych -lub tych samych -zaburzeniach osobowości. Poszukałam na liście i bingo! Potwierdziło się to, co wiem o sobie od jakiegoś czasu, ale nie wiedziałam, że to ma nazwę. Po angielsku nazywa się to co-dependant personality... współzależnośc?
    I bardzo mi to przypomina to, o czym piszesz ty: nie dośc dobra jako dziecko, wciąż musiałaś "zarabiać" na miłość, ale nigdy tak naprawdę jej nie zaznałaś i odtwarzasz ten schemat w dorosłym życiu, z partnerem. Będziesz próbować na tę miłość zasłużyć, póki nie padniesz, z góry wiedząc, że i tak się nie uda, bajka nigdy się nie ziści...
    Czy dla takiej osoby najlepszym partnerem nie jest właśnie bordelinowiec? ;) Mój wspaniały mąż wciąż mi powtarza, że to ja jestem winna kryzysowi w naszym związku, tez jestem kontrolująca (jestem typem kobiety, która sama faceta wypycha na imprezy, bo za dużo w domu siedzi i może robić co chce i kiedy chce), tez mam z jego strony wybuchy złości, kłamie, nie pamięta co mówi (wiem, że on się po prostu zwyczajnie wyłącza, lub stosuje uniki tylko po to, żeby sie wybielić). Lista jest bardzo długa, ale już wiem, że wybrałam go nie bez przyczyny. Z kochającym, czułym, akceptującym mężczyzna pewnie nie wiedziałabym co zrobić. Ale ciągle bronienie się, tłumaczenie, próbowanie sprostania jego oczekiwaniom to jest coś znajomego, swojskiego, jestem do tego bardzo dobrze przygotowana. Plus czuję, że tylko ja go rozumiem, tylko ja naprawdę kocham i tylko ja mogę mu pomóc, kiedy w końcu mi pozwoli. Taaaa.... Ja zaspokajam swoje chore potrzeby a on swoje. Dobrze się czuje z osobą, która znosi wszystko i nigdy nie odchodzi... Jestem bardzo bliska decyzji o rozwodzie, mimo, że bardzo bardzo go kocham. Ale czas w końcu pokochać siebie -bezwarunkowo, tak, jak zawsze chciałam, żeby pokochał mnie mężczyzna. Dobrze robisz, stawiaj granice! Poznaj siebie, poczuj swoje marzenia.
    PS. Czy twój facet to czasem nie Nigeryjczyk albo inny Afrykańczyk?
  • sally_74 22.11.11, 22:49
    ooshak, zobacz, mój post minął się z Twoim :-)
    Mądrze piszesz, ja zdaję sobie sprawę z tego, że jestem niezwykle podatna na wykorzystywanie, cała historia mojego życia i moich związków na to wskazuje, nic dziwnego, że w końcu do tego doszłam. Ale wiem też, że potrafię odchodzić, że mam gdzieś tam granicę tolerancji na ból, odeszłam dwukrotnie, raz jeden wysłano do mnie smsa zmuszającego mnie do odejścia i moja duma + godność własna okazały się silniejsze od miłości. Chwała Bogu, bo to był psychopata, osoba bez sumienia i - jak się to często zdarza w moim życiu - po latach spotkałam kobiety, które po prostu wykończył, zniszczył, które nie potrafiły już żyć, w wieku 34 lat tułały się po jakichś sanatoriach, jedna wyjechała za granicę i słuch o niej zaginął. Przez rok, potem, odbierałam głuche telefony, wiem, że od niego.
    Czekam na ten moment także i w tym przypadku - musi kiedyś nadejść, wydaje mi się, że się do niego zbliżam. We mnie się wtedy wszystko totalnie wypala, jak po pożarze. Feniks, po prostu. I nie ma żadnych powrotów, żadnych szans, w końcu przestaję kochać a może wreszcie zaczynam kochać siebie. Już widzę, że opisywanie kolejnych kroków, rozmów, tu na forum, bardzo mi pomaga. Nabieram dystansu, inni użyczają mi oczu, mózgu, apelują do mojej godności i miłości własnej. To naprawdę pomaga.
    Nie, to nie afrykańczyk, europejczyk, ale z kraju, gdzie zdrada jest na porządku dziennym, jak nie zdradzisz to nie masz jaj, coś z tobą nie tak, krętactwa, kłamstwa i negowanie w oczy faktów oczywistych oraz śpiewanie serenad pod balkonem i opowiadanie bajek o własnym stanie posiadania wyłącznie po to, żeby zwabić kogoś do łóżka, są czymś absolutnie oczywistym. Wszyscy wiedzą, że sąsiadka ma gacha, a jej mąż kochankę, ona usiłuje nie zauważać, że on wieczorem otrzymuje 50 smsów na które odpisuje, a on stara się nie myśleć o tym, co ona robi w godzinach sjesty. Kraj, w którym ciupcianie przedkładane jest nad wszystko inne a lekkie życie i wieczna zabawa to standard, do którego każdy dąży. Więc trudno mi podwójnie, bo muszę jeszcze walczyć ze stereotypami i światopoglądem, który jest mi absolutnie obcy.
    Pozdrawiam Cię serdecznie.
  • 3bsp 23.11.11, 13:02
    ooshak napisała:

    > Wyczytałam dzisiaj cos ciekawego na stronach amerykańskich: najczęściej BPDowcy
    > wierzą się z osobami o innych -lub tych samych -zaburzeniach osobowości. Poszu
    > kałam na liście i bingo! Potwierdziło się to, co wiem o sobie od jakiegoś czasu
    > , ale nie wiedziałam, że to ma nazwę. Po angielsku nazywa się to co-dependant p
    > ersonality... współzależnośc?

    To jest ta herezja, za która przepraszałem wcześniej.
    Intuicja mi to powiedziała a ty wyartykułowałaś.
    Niedawno spotkałem na swej drodze wspaniałą osobę, dzięki której wymiatam pozostałości z przeszłości. One już nie bolą, choć czasem rodzą smutek.

    Proszę pisz więcej

    Pozdrawiam
  • sally_74 23.11.11, 22:02
    Kolejne "dzisiaj". Rozmawiamy sobie wieczorem, w słuchawce słyszę, że on ciągle klika, ale twierdzi, że właśnie szuka mi jakiejś piosenki na youtube. Zaczyna mnie to denerwować, ja coś mówię, a on "klik, klik" jeden za drugim, jakby coś otwierał. Pytam, co robi, że tak ciągle klika. W odpowiedzi: wybuch złości - ileż to klików moim zdaniem przysługuje mu wieczorem i że ogląda profile dziwek (to, żeby mnie zranić). Więc odpowiadam spokojnie: jeśli nadal interesują cię dziwki, zupełnie bez sensu tracę czas na rozmowę z tobą. "Bo to jest to, czego się boisz". "Nie wiesz, mój drogi, czego się boję. Przyszło ci do głowy, że może nie boję się już niczego ?". "Bo ty jesteś taka NIEMIECKA - mam zadzwonić o tej i o tej godzinie, chcesz wiedzieć co robię i chcesz NAWET wiedzieć jakie strony w internecie oglądam, kiedy rozmawiamy ! A ja będę sobie oglądał to, co uznam za stosowne." Odpowiadam: "Doskonale. Więc przyjmij do wiadomości, że od teraz, kiedy będziemy rozmawiać, ja również w międzyczasie będę sobie oglądała w internecie to, co uznam za stosowne. A jeśli wg ciebie jestem niemiecka - dam ci radę: rozejrzyj się wokół, mnóstwo twoich rodaczek chodzi po ulicach, przyjrzyj się dobrze - one zupełnie nie są niemieckie! Co oznacza, że masz wybór, chłopie". On: jak chcesz rozmawiać, to sama mów, bo ja straciłem ochotę. Wpadam mu w słowo, tonem kpiącym: wiesz, tak się składa, że ja również straciłam ochotę, któż wie dlaczego ? W takim wypadku lepiej będzie, jak powiemy sobie "dobranoc".
    "Dobranoc" - słyszę.
    "Dobranoc" - odpowiadam.
    Połączenie zostaje przerwane.
    Ponad godzinę przed czasem, który zawsze dla siebie przeznaczaliśmy.
    Nie jestem ani zła, ani (być może jedynie w tej chwili, zobaczymy, co będzie dalej - on z pewnością oczekuje smsa z przeprosinami) mnie nie boli. Jestem jakoś...zniesmaczona. Zniesmaczona i spokojna.
    Brzydzi mnie to, że wiecznie żongluje tymi dziwkami i k..., i usiłuje manipulować moim strachem, grożąc, sugerując czy zaledwie insynuując, próbuje mnie tym wykończyć, zadać mi ból. Nie przychodzi mu, biedakowi, do głowy, że i ja mogę rozejrzeć się wokół - owszem, nie w moim stylu to, bardzo nawet nie w moim stylu, ale, jak to się po polsku mówi, zapomniał, że nie wypadłam krowie spod ogona. Że jeśli z nim jestem, to dlatego, że chcę, że kocham, a nie - że nie mam wyjścia, bo on mi się taki cudowny trafił, bo nikt inny mnie nie chciał, ehhh... :-)
    On chyba jeszcze nie zauważa nadchodzącej rewolucji. Zakodowało mu się, że zwierzę chodzące dwa lata w kieracie nie doceni wolności, samo do kieratu wróci. A wolność ma taki piękny zapach, prawie go już czuję...wolność ma we włosach wiatr. I to jest wolność "OD". Od uzależnienia, od bycia maltretowaną, od łez wylewanych nocą w poduszkę, od obelg. I od wielu innych rzeczy.
  • sally_74 23.11.11, 22:40
    3bsp - dziękuję. Dziękuję Tobie i Wam wszystkim, za to, co powiedzieliście mi do tej pory i za wszystko co tu przeczytałam. Piszę, ale trudno jest pisać w pustkę, cieszy mnie każdy znak świadczący o tym, że przy mnie jesteście. Wciąż jestem słaba bardzo. Zamiast przyszłości widzę jakąś czarną dziurę. Nadziei nie odważam się mieć żadnych. Ale przynajmniej staram się poprawić moje tu i teraz - na początek dobre i to, od czegoś trzeba zacząć. Każda zmiana jest progresem, jak mnie kiedyś uczono:-).
    Właśnie dostałam smsa: "dobranoc". Tym razem nie "dobranoc, kochanie", to jego dobranoc jest nabrzmiałe gniewem, urazą, pogardą i nie diabli wiedzą czym jeszcze. Chciałabym bardzo odpowiedzieć mu wierszem Bursy "Pantofelek", ale on nie zna polskiego...Więc, zważywszy na to, że miałam dzisiaj katar i czułam się osłabiona..., a chamskie odpowiedzi nie są w moim stylu...może już śpię ?


  • neon.ki 23.11.11, 23:25
    pozwól, że wyrwę z kontekstu twojej wypowiedzi i zamieszczę w kontekst mój osobisty. poruszyło to we mnie jakąś strunę, która drga teraz smutkiem.

    "(...) zwierzę chodzące (...) w kieracie nie doceni wolności, samo do kieratu wróci. A wolność ma taki piękny zapach (...)"

    jestem tym zwierzęciem, co wolności nie docenia, a zapach wspomina. i kurde naprawdę robi mi się smutno i jeszcze jakoś tak... tak, dobranoc.

    koniec wynurzeń, przepraszam, za zaśmiecanie wątku ;)
  • 3bsp 24.11.11, 08:49
    Sally wybacz mi ten zdecydowany ton, ale jesteś kolokwialnym przykładem UZALEŻNIENIA
    TY NIE KOCHASZ ALE JESTEŚ UZALEŻNIONA i nie szukaj dróg zrealizowania miłości ale sposobów wyrwania się z UZALEŻNIENIA!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
    Miłość, to emanacja serca i odwrotnie a serce jest zawsze spokojne, cierpliwe, nie szuka swego,
    (poczytaj 1 list Św. Pawła do Koryntian w części Hymn o Miłości i nie naginaj jego treści do Twojej sytuacji bo ma się do niej nijak.

    Pozdrawiam
  • extranova 24.11.11, 15:39
    Witaj Sally!
    Gratuluje podjęcia tych małych kroczków do ...powinnam to nazwać normalnością,ale to chyba nie będzie dobre słowo. Bardzo długa droga przed Tobą i niestety( jak to bywa z uzależnieniami), prawdopodobnie jeszcze kilka razy się złamiesz. Ważne,żeby dostrzec w tym wszystkim co przezywasz coś chorego,coś co nie doprowadzi Cię do niczego dobrego- wręcz przeciwnie.
    Twój przypadek( przepraszam za wyrażenie, jeżeli jest mało delikatne), po raz kolejny uświadamia mi, jak bardzo determinuje nas dzieciństwo. Jak wiele może nam dać siły, ale i słabości. Zapewne z powodu takiego a nie innego dzieciństwa masz "siłę",żeby to dalej ciągnąc, a nie masz z kolei mocy żeby to zakończyć.
    Mam z Tobą kilka punktów stycznych,ale jednak różni nas przeszłość. Ja mam wspaniałą rodzinę, rodziców najlepszych pod słońcem. Marzyłam żeby stworzyć takie samo małżeństwo, rodzinę jak oni. Kiedy zorientowałam się,że coś jest nie tak w moim związku było już za pozno, bo już się zakochałam, chciałam wziąć za to odpowiedzialność. Odeszłam jednak, bo przelała mi się i tak głęboka czara goryczy. Zaznaczam,ze nigdy nie było mowy w moim związku o dziwkach, zdradzie i według mojej najlepszej wiedzy nigdy do tego nie doszło. Gdyby jeszcze to miało wchodzić w grę to na 99% w ogole nie przeprowadziłabym proby ratunku. Mój obecny partner jest absolutnym przeciwienstwem byłego i mam teraz taki dom, o jakim marzyłam. Ale byłam po tamtym zwiazku maksymalnie ostrozna, najmniejszy sygnał, słowo, gest, od razu przekreslał czyjes szanse. Tamtego męzczyzne pokochałam pomimo jego inności i zaakceptowałam jego chorobe, moje uczucia...ale to tylko on, nigdy wiecej nie pozwoliłabym sobie na taki związek. Nikt z podobnymi objawami nie miał prawa się do mnie zblizyć nawet na 5 metrów Odbiłam się od dna, jestem silna i cholernie mądrzejsza. Czuje się tak, jakbym wróciłam na swoje tory, trochę poobijana po wykolejeniu,ale jadę już do przodu. Nie zresetowałam się,ale kontroluje sytuacje.
    To,że TY znowu , po takiej traumie, jaką przeżyłas z pierwszym facetem, wchodzisz w podobny schemat( piszesz,że on nie jest psychopata,ale po Twoich opisach zaczynam wątpić czy to tylko BPD)i tkwisz w tym. Najbardziej mnie przerazają te jego grozby a'propos dziwek, porno itd- bez względu na to czy on to naprawde robi czy nie to jest po prostu obrzydliwe. Bardzo Cię tu upadla Dziewczyno!
    Faktycznie tak jak napisał 3bsp to musi być uzależnienie- od relacji, które maksymalnie pomniejszają Twoją wartość. Ty nawet nie dość ostro widzisz jak to Cie niszczy, bo jesteś prawdopodnie po prostu do tego przyzwyczajona, znieczulona. Zapewniam Cię,ze nie tak wygląda prawdziwa miłość. Jesteś teraz, mam nadzieje, na zakręcie. Nie zmarnuj tego, bo za jakiś czas może się okazac,że nie będzie czego już z Ciebie zbierać.
    pozdrawiam Cię serdecznie
  • sally_74 24.11.11, 16:46
    bsp
    mam nadzieję, że nie jestem kolokwialnie uzależniona, może jedynie klasycznie :-).
    Dziękuję Ci za polecenie przeczytania konkretnych fragmentów, zapewniam Cię, że znałam je już wcześniej, o ile sobie przypominam nieźle już je znałam w wieku lat 17. Proszę, nie każ mi ponownie czytać "Przebudzenia" de Mello czy "Wezwania do miłości", naprawdę przerobiłam to lata temu, psychol, z którym byłam, wycierał sobie gębę całymi ustępami - świetnie działało na panienki, zwłaszcza te inteligentne i bardziej wrażliwe, leciały jak pszczoły do miodu, wystarczyło, że zademonstrował "głębię własnych przemyśleń". Posiłkował się również Eichelbergerem, Tao i jakimś izraelskim psychiatrą, którego nazwisko wyleciało mi z pamięci. Do de Bottona nie dotarł, może nie zdążył.
    Wydaje mi się, wybacz, że Ty masz jedną zasadniczą tezę i wszystkie argumenty na jej poparcie to woda na Twój młyn. Tyle, że w życiu niewiele rzeczy jest czarno-białych. Nie zamierzam z tym walczyć - przyznałam się, że uzalezniona jestem. Ale: uzależnieni nie są wyłącznie uzależnionymi, ten stan ich w stu procentach nie określa. Najpierw są ludźmi (i kochają), a potem są ludźmi uzależnionymi. Chorzy też są przede wszystkim ludźmi, a dopiero potem ludźmi chorymi. Itd.

    Witaj, extranova
    Zobacz, uzależnienia nigdy nie zanegowałam, więcej - podałam okoliczności, które prawdopodobnie są jego przyczynami. Zdaję sobie z tego sprawę i to przyznaję. Pomiędzy tymi związkami była ogromna, ogromna powtarzam przestrzeń czasowa. A dlaczego weszłam ponownie w związek z osobą, która ma podobny (lub ten sam, nie wiem, w żadnym z tych przypadków nie było lekarskiej diagnozy) problem ? Odpowiedziałaś na to pytanie w jednym ze swoich postów. Nikt nie ma napisane na czole, że jest zaburzony. Nie jesteśmy o tym uprzedzani. Jeśli przez kilka miesięcy osoba, z którą jesteś zachowuje się bez zarzutu i nie zdradza żadnych podejrzanych objawów (a uwierz mi, że na takie jestem wyczulona), to się po prostu...zakochujesz. I później - tak, jak napisałaś - próbujesz wziąć za to odpowiedzialność, coś zrobić, jakoś pomóc, jakoś reagować, jakoś przeciwdziałać. Do tego, że czegokolwiek byś nie zrobiła, i tak nie przyniesie efektów, lub przyniesie zgoła odwrotny - dochodzisz metodą prób i błędów, ale to wymaga czasu, nie wiesz tego od razu. W końcu dochodzisz do tego, że w zasadzie są to wyłącznie błędy i w tej bitwie nie ma wygranych, bo nic nie zależy od ciebie, od tego jak mocno kochasz i jak mocno się starasz.
    Z jednym absolutnie się nie zgadzam: z tezą, że nie kocham, jestem WYŁĄCZNIE uzależniona. Nie wiem dlaczego ktoś doszedł tu do wniosku, że jedno wyklucza drugie. I wolałabym nie zastanawiać się nad trywialnymi porównaniami do uzależnienia od nikotyny. Jesteśmy ludźmi, mamy uczucia i emocje. Czy osoby ze zdiagnozowanym bpd są niezdolne do miłości ? Moim zdaniem to bzdura. Jak najbardziej potrafią i chcą kochać i wcale nie chcą ranić, uciekać, bać się bliskości. Ale jest w nich to coś, z czym muszą się zmagać, z czym muszą wiecznie walczyć i to zabiera mnóstwo sił, energii, wymaga odwagi, determinacji - jest im o niebo trudniej. Nie znaczy to jednak, że kochać nie potrafią. Czy nadają się do związków ? Być może w ogóle nie, być może tylko nielicznym się to udaje. Jak tu, na forum napisano, bpd nierówne bpd. Jestem daleka od oceniania czyjejś zdolności do miłości czy jej braku wyłącznie na podstawie moich doświadczeń.
    To, z czym ja mam problem, opisałam tu, na forum i chętnie czytam wszystkie Wasze opinie, nawet te, które wydają mi się radykalne. Nie znamy się. Wiecie o mnie tyle, ile napiszę, i ja wiem o Was tyle samo. Oceniacie mnie i moje życie (słusznie, po to tu weszłam), na podstawie kilkuset linijek, a to trochę jednak mało.
    Cieszę się, że napisałaś i cieszę się, że Ci się udało. Ja robię malutkie kroczki, potem mam nadzieję na większe i dłuższe. Ale widzę już znacznie wyraźniej.
    Pozdrawiam Cię serdecznie
  • extranova 24.11.11, 17:11
    naprawdę Twój obecny partner nie dawał Ci żadnych znaków przez ten czas kiedy niby było dobrze? Napisze szczerze- nie wierze w to. Kiedy wchodzilam w zwiazek z moim Byłym, to w gruncie rzeczy on mi dawał znaki( chociaz oczywiscie była przewaga cudowności),ale ja ich nie dostrzegałam, nie wiedziałam co to moze oznaczac, nie byłam wyczulona. Ale z perspektywy wiem,ze czasami te objawy jednak przebijały, z czasem coraz mocniej.
    Teraz mam wyostrzone wszystkie zmysły w tym kierunku,az moze za mocno.
    Nawet jezeli faktycznie nie bylo,albo nie widziałas tych objawow, w co powtarzam nie bardzo wierze, to na pewno wiesz już do czego taka karuzela prowadzi. Przerabiałaś to i naprawde w imie odpowiedzialnosci uwazasz,ze to wszystko jest tego warte? Trochę tak jakbys po raz kolejny pakowala się w ogien, majac po nim blizny na całym ciele.Nie chodzi o osadzanie kogoś czy wyrokowanie. Nie wiem czy on umie kochać czy nie, wiem tylko na podstawie Twoich postów,że po coś tutaj jednak jesteś. A to nie forum dla szczęsliwie zakochanych walentynek.
  • sally_74 24.11.11, 17:28
    Analizowałam to bardzo dogłębnie - objawów nie było. Jeśli zachce Ci się zajrzeć do moich poprzednich postów, znajdziesz tam odpowiedź na to, jak bardzo się kontrolował, jak niesamowicie hermetyczny jest jego świat. Myślę, że w "fazie godowej" to nawet nie było dla niego trudne, może było nawet naturalne - wszak nie było jeszcze żadnych punktów zapalnych - wzajemnych oczekiwań, konfliktu interesów, konieczności zawierania drobnych kompromisów czy ewentualnej rezygnacji z czegoś niewielkiego. Poznawaliśmy się dopiero. Pamiętam pierwszą awanturę, która kompletnie mnie zaszokowała - tak bardzo to było do niego niepodobne, tak bardzo do niego nie pasowało. Natychmiast "po" napisał do mnie list pełen skruchy, przeprosin w stylu: "nie wiem, jak mogłem coś takiego powiedzieć, przebacz mi, byłem zdenerwowany, w pracy kłopoty, którymi nie chciałem cię obarczać i przelało się to takimi słowami w twoim kierunku, stasznie mi wstyd i przepraszam cię najbardziej jak mogę i najpiękniej jak potrafię. Nie skreślaj, mnie proszę za ten jeden wybuch."

    - Przerabiałaś to i naprawde w imie odpowiedzialnosci uwazasz,ze to wszystko jest t
    > ego warte? Trochę tak jakbys po raz kolejny pakowala się w ogien, majac po nim
    > blizny na całym ciele.

    Ależ nie uważam, że jest tego warte. Napisałam wyraźnie, że chcę odejść i chcę się w tym postanowieniu nie tylko wzmocnić, ale też do niego przygotować. Żeby nie było powrotów. Przykro mi niewymownie (łagodniejsza wersja stwierdzenia "jestem zrozpaczona"), że tak się ta miłość musi skończyć, że muszę ją w sobie zatłuc.
    Tyle, że on nie daje mi szans - on się nie pójdzie leczyć. Nie pomoże sobie i nie pomoże nam. Nawet nie spróbuje. Gdyby było inaczej, nie zostawiłabym go samego.
    Ale on, cóż, woli swoje zaburzenie ode mnie.
  • 3bsp 24.11.11, 18:03
    Motto
    Wybaczcie, nie mogę, muszę inaczej się uduszę.

    Droga Sally

    Miłość to dziecko wolności. Kochając nie musisz kontrolować. Cieszy Ci sama obecność drugiego człowieka. Drugi człowiek, to niezależny byt a nie chabeta, która ma dreptać zgodnie z naszym oczekiwaniem i tam gdzie ją pokierujemy. To elementarny szacunek dla drugiego człowieka.
    Odpowiedz sobie uczciwie na pytanie; co robisz?
    Żądza to paskudna istota, która stroi się w piórka udając miłość ale gdy kochamy nie cierpimy ale radujemy się. Żądza stwarza wewnętrzne podziały czego owocem jest cierpienie.
    Miej odwagę odpowiedzieć sobie na pytanie; czy chcesz żeby był, czy go zawłaszczyć, aby był taki, jak ty byś chciała. Założyłaś istnienie pewnego wzorca, który chcesz zrealizować, a jeśli się nie uda masz ogromne poczucie winy. To perfekcjonizm, który sięga po ideały, które nie mogą być spełnione a niespełnione oczekiwania rodzą cierpienie i uzależniają.
    Nie zdajesz sobie sprawy, że jesteś spragniona władzy nad drugim człowiekiem.
    Czy przyszło Ci to do głowy?

    Z kolei wolność i odpowiedzialność to awers i rewers tej samej monety. Kiedy przenosisz odpowiedzialność za zaistniałą sytuację na kogoś innego, wyrzekasz się samej siebie i stajesz się hipokrytką. To nie Ty ale on jest winien. Stawiając tak sprawę zyskujesz poklask i współczucie na forum ale nie zauważasz, że tracisz w ten sposób duszę. Złudna to gratyfikacja.
    Zapewniam Cię, że nie unikniesz konfrontacji z rzeczywistością. Czujesz się niespełniona, bo nie jesteś sobą, nie jesteś autentyczna i nie chcesz wnikać w swoje problemy, bo przyczyną jest obłuda – to też dziecko żądzy. To co myślisz o swoim mężu, spróbuj odnieść do siebie a zobaczysz jak szybko znikną twoje problemy.

    A teraz intelektualne ble.. ble.. ble.. ( to dla tych, co na to nie czekają)

    Sally po mojemu, to utraciłaś kontakt z racjonalnym oglądem rzeczywistości, bo kiedy nie możesz poradzić sobie z rzeczywistością, kiedy przekracza to twoje możliwości, uciekasz w subiektywny świat, śniąc marzenia na jawie a ja powtarzam; nie unikniesz konfrontacji z rzeczywistością.


    Bloodyandbluny jesteś tam? Jesteś? No to wal z grubej rury. I tak przeżyję.
  • sally_74 24.11.11, 19:47
    szanowny bsp
    wyjścia są dwa: albo rzeczywiście utraciłam kontakt z rzeczywistością, jak sugerujesz, albo przerastasz mnie intelektem, bo nie rozumiem tego, co chcesz mi przekazać. Postaram się jednak skupić na tym, co zrozumiałam:

    - Miej odwagę odpowiedzieć sobie na pytanie; czy chcesz żeby był, czy go zawłaszc
    > zyć, aby był taki, jak ty byś chciała.

    Nie rozumiem, dlaczego ciągle posądzasz mnie o tchórzostwo. Odpowiadam: czy to, że chciałabym, żeby się leczył, to jest to twoim zdaniem zawłaszczenie ? To żądza ?

    Żądza to paskudna istota, która stroi się w piórka udając miłość ale gdy kocham
    > y nie cierpimy ale radujemy się.
    Świetnie, zacznę się radować, że on się nie leczy - wówczas będę go kochać, Twoim zdaniem ? To się będzie nazywało miłością ? Chwała Bogu, partnerzy wielu chorych są pełni żądzy - namawiają na leczenie, czekają, wspierają, mają nadzieję. Może niektórzy chorzy pod ich wpływem decydują się np. na operację ratującą życie ? A przecież to żądza - zdrowi chcą, aby chorzy wyzdrowieli, czyż nie jest to w pewnej mierze również egoistyczne ?

    To co myśli
    > sz o swoim mężu, spróbuj odnieść do siebie a zobaczysz jak szybko znikną twoje
    > problemy.
    Zgłupiałam teraz, nie rozumiem o jakim mężu piszesz. Mężczyzna, z którym jestem nie jest moim mężem i choć jesteśmy od dawna zaręczeni, raczej już nim nie zostanie. Odniosłeś się do opisanej przez mnie sytuacji sprzed lat ? Zaznaczam przy okazji, że człowiek, którego określam mianem "psychopata" został wyłącznie zaznaczony, a nie opisany na forum i z pewnością mężem moim nie był.

    Nieładne to, co piszesz. Posądzasz mnie - nie znając - o szalenie niskie pobudki. Nie zależy mi ani na poklasku ani na współczuciu na forum. Extranova napisała dzisiaj bardzo konkretnie co ją przeraża, co jej się nie podoba - mogło mnie to zaboleć, ale miała rację.

    I to był CENNY KONKRET, a nie komunały.

    Ustępy z mądrych ksiąg mogę sobie, wybacz, znaleźć sama, a jeśli będzie mi brakowało zdolności interpretacyjnych, to kogoś poproszę o pomoc.
  • 3bsp 24.11.11, 20:44
    Droga Sally
    Znów muszę powtórzyć słowa starej cyganki: oj nie kochasz ty siebie robaczku nie kochasz,bo jakbyś siebie kochała to byś się szanowała.
    Doszło mi jeszcze: i szanowała innych.
    Dałaś się sprowokować, dzięki temu mogę z całym przekonaniem wrócić do poprzedniej mojej wersji. A duszę się, bo nie znoszę kłamstwa i obłudy.
    To jest moje zdanie i możesz je nie szanować, ja w odróżnieniu Twoje szanuję, bo zapewne tak postrzegasz świat i to jest twoje niezbywalne prawo, które również szanuję.
    Ja jestem tylko stojącym z boku obserwatorem
    Co do intelektualnego ble..ble... to zatrzymaj się i pomyśl że moja siła tkwi a autoironii
    Poszukaj sobie w mądrych księgach co znaczą słowa "cognosce te ipsum" a gdy kiedyś w życiu, a wierze w to, odzyskasz grunt pod nogami i zrealizujesz to przesłanie choćby w części, wspomnisz mnie z szacunkiem.
    Mogę Ci powiedzieć z całą odpowiedzialnością, bo dotyczy to również mnie; nikt tak nie potrafi oszukiwać nas jak my sami siebie. Nie poznasz siebie, nie rozwiążesz swoich problemów.
    Nie gniewam się za to co napisałaś. Dzięki temu poznałem twoje JA prawdziwe i zniknęły moje rozterki.
    Wyrazy szacunku
    3bsp
  • sally_74 24.11.11, 21:00
    Myśl sobie i uważaj co chcesz, wracaj do wersji jaka Ci się podoba, stwórz nowe wersje. Jestem Ci naprawdę głęboko wdzięczna za Twoją wielkoduszność.
  • extranova 25.11.11, 10:52
    Mogę się mylić Sally,ale wydaje mi się,że nie jesteś gotowa na to forum. Nie znajdujesz się we właściwej fazie. Nie to,żeby to była Twoja wina, pewnych rzeczy nie przyspieszysz, po prostu musisz coś przeskoczyć, coś "odbębnić",żeby wejść w miarę gładko w nurt, który tym forum porusza.
    Jesteś chyba na takim etapie, w którym czujesz,że jest bardzo kiepsko, ale z drugiej strony wciąż czekasz na cud. Na jakieś wspaniałe wyjaśnienie tej całej sytuacji. Jakaś cząstka Ciebie wierzy w niego, pomimo wszystkiego. Jesteś nadal uczestnikiem tego przedstawienia, a lepiej byś się tutaj odnalazła, gdybys była na widowni.Ja trafiłam tutaj grubo ponad rok po rozstaniu i zerwaniu wszelkich kontaktów. I byłam tak w 70% gotowa na rozmowe o nim, o sobie, o tym co czułam i czuje. Gdybym przyszła tu świeżo"po", pewnie dałabym sobie spokój po kilku postach, bo pomimo rozstania i włączenia pewnej częsci mózgu nadal byłam, delikatnie piszac, zamroczona. Wydawało mi ,że ja znam siebie najlepiej, a już na pewno jego znam najlepiej, bo go kocham jak nikt inny wcześniej.
    A Ty jeszcze jesteś w tym związku, powoli go ćwiczysz,ale sama wiesz... Trzeba to po prostu przeczekać. Może w nas takich "rozsądnych" za mało trochę już współczucia dla "romantycznych"- moze dlatego,że chcielibyśmy zapomnieć(ale to się i tak nie uda!) jak to było z nami, a trochę widzimy siebie w Twoim lustrze. Mam nadzieje,że nie zamotałam:)
    Idziesz w dobrym kierunku, poczytaj sobie tematy tutaj założone, przemyśl, popłacz, jeszcze raz przemyśl. Skup swoje siły na tym co chcesz zrobić, poszukaj wsparcia u osob, którym ufasz, które Cię znają i przypomną Ci kim jesteś i o czym marzysz.
    nie myśl oczywiście, że Cię stad wyrzucam, bo to nie tak;)
    Znam sporo osob, które wyleczyły się z uzaleznienia od papierosów, wódki itd dla kogoś. Nie wiem czy można w imię czegoś/ kogoś wyleczyć się z miłości. Akurat nikogo takiego nie znam. A chciałabym tez poznać tę tajemnicę. Jest sporo prawdy w tym,że wolność( szeroko pojęta) otwiera nam serce i oczy. Ale ona tez nie przychodzi nagle. Raczej się zbiera, zbiera, błyska, straszy, daje nadzieje na deszcz...a już po wszystkim- jakie cudowne jest po niej powietrze!
    pozdrawiam Cię serdecznie
  • wiatrodnowy 25.11.11, 11:48
    Witaj sally_74,
    Na początku chciałam Ci podziękować za odwagę, której ja nie miałam- piszę tu o otwarciu się na forum, bo w Twojej historii przeglądam się (poza kilkoma szczegółami) jak w lustrze. Pozwalam również sobie (może bezpodstawnie) odnosić odpowiedzi i wsparcie które otrzymujesz do siebie samej. Dwie wyraźne różnice naszych sytuacji to u mnie brak różnic kulturowych oraz to, że mój partner zapewnia że chce się leczyć, co nie wpływa jednak diametralnie na zmianę sytuacji. Chęci czy też deklaracje chęci nie zmieniają tego, że tkwię w podobnej sytuacji i wiem jakie to uczucie, kiedy boisz się, że za chwilę rozlecisz się na kawałeczki sama z siebie, bo już po prostu nie dasz rady istnieć.
    Ja już „niby” przerobiłam ten etap walki o swoją godność, tzn. przerabiam od kilku miesięcy. W pierwszym wypowiedzianym słowie potrafię już rozpoznać chęć manipulacji oraz egoizm partnera. Jestem wyczulona na siebie i swoje prawa. Nie do końca się jednak zgodzę, że można po prostu, ot tak sobie nie pozwolić. To, że się „postawię” wpłynie na przebieg sytuacji, owszem, jednak to jest manipulacja, którą nie wyegzekwuję szacunku, troski i miłości, która powinna wypływać naturalnie wobec partnera. Ja tracę do niego szacunek, kiedy zaczyna być miły bo mu się „postawiłam”. Widzę wtedy, że to jest tylko chora gra. A empatii jak nie było tak nie ma. Choć podobno chęci są.
    Na bieżąco analizuję sutuacje, obserwuję tą empatię wobec zwierząt, bezkrytyczność wobec matki i nie uważam że świadczy to o braku zachowań psychotycznych wobec mnie. Wręcz przeciwnie.
    Nie ma nic dziwnego w tym, że będąc ofiarą, pytając wciąż „dlaczego?” oraz „za co?”, patrząc jak mój oprawca mnie męczy uznam go za „zło wcielone”. Bo nie sposób zrozumieć osobie z przerostem altruizmu i empatii znęcanie się nad najbliższą osobą. A te chroniczne zaniki pamięci i wieczne wzbudzanie litości mącą tylko w głowie. Bo to normalne, że żal osoby, którą się kocha, która cierpi.
    To trzeba wyraźnie podkreślać : przemocy jest winien zawsze ten, który przemoc stosuje a nie ofiara, bo była za słaba żeby się obronić lub nieświadoma przemocy.
    Można tylko odejść. Odejście to tez nie jest żadna wygrana.
    I niech będzie, że na podstawie identycznych symptomów i zachowań broń boże nie można porównać zaburzeń i wyciągać wniosków. Jest to wszystko jeden wielki przypadek. A BPD jest szerokie i zróżnicowane jak ocean, a zaburzeń cała masa. Bliźniacze zachowania i odczucia o niczym nie świadczą. I żyli długo i szczęśliwie.
    Zgadzam się z Tobą w 100% w tym, co pisałaś o miłości.
    Nie daj sobie nigdy wmówić, że mówienie o swoich problemach i szukanie wsparcia i pomocy to użalanie się nad sobą. I że jesteś masochistką. Robisz bardzo dobrze i robisz to we właściwym miejscu. Każdy ponosi odpowiedzialność za własne czyny.
    Gdybyś miała ochotę zapraszam na priv.
    Ps. Przepraszam wszystkich za chaotyczność wypowiedzi. Niestety nie jestem w najlepszej kondycji.
    Pozdrawiam serdecznie


    --
    muszę już iść
  • hanging_garden 25.11.11, 19:29
    MATRIX-REAKTYWACJA :-p

    Sally... jak wcześniej już wspomniałem (lub może nie) Twoja relacja bardzo przypomina mi moją (tyle, że to ja jestem "samcem" a bpd miała moja - mam nadzieję,że 4ever - ex).... Po "chamsku" Ci powiem:
    - weź Ty "se" dziewczyno znajdź normalnego faceta (zapewniam Cię, że jest ich jeszcze wielu na tej planecie - choć innych układów nie spenetrowałem - ale jeśli mamy być sami we wrzechświecie, to jest to straszne marnowanie przestrzeni), bo coś mi się wydaje, że zahaczasz lekko o tendencję do szukania uzasadnienia, żeby z nim być...
    ...po co Ty się babrasz w tym szambie? Sam oczywiście zupełnie (chyba) obiektywnie przyznaję, że "g...o" wiem w sprawie (i mówię to zupełnie szczerze), bo gdybym po dwóch latach z moją ex-bpd dysponował dzisiejszym "stanem wiedzy", uciekałbym od niej gdzie pieprz rośnie....
    ...tyle, że widzisz: jest taka mała... taka "tycia" uwaga: zawsze wiedziałem lepiej od innych i miałem nadzieję, że komunikacją między moją ex a mną (celowo wymieniam ją a nie siebie na pierwszym miejscu jako "kulturalnie wychowane" bydle i ze zwykłego szacunku do kobiety). Podkreślę tylko JEDNĄ RZECZ: nie ma sensu wiązać się z PIERWSZĄ LEPSZĄ OSOBĄ. Próbowałem spotykać się z różnymi kobietami w czasie przerw od związku z moją borderką. NIE DZIAŁAŁO, bo robiłem to NA SIŁĘ. Do tego dochodził mój: a) syndrom dawcy, b) żebranie o miłość. Każdej nowo poznanej pannie (a były to w sumie może ze 3 kobiety) od razu nadskakiwałem, dawałem całego siebie, zabiegałem... BŁĄD. Laski od razu się orientowały, że mogą sobie mnie okręcić wokół palca, więc (na wszelki wypadek) dawałem sobie spokój... Fakt - robiłem najgorszą rzecz z możliwych, czyli wracałem do mojej ex. IDIOTYZM, bo wszystko wracało do punktu wyjścia po "chwilach szczęścia"
    Dziś jestem ponad 2 miesiące po rozstaniu i przestaje mi jej brakować... Dlaczego? Spieszę z odpowiedzią: poznałem dziewczynę. Fajna. Naprawdę niezła z niej "sarenka", choć fizyczność jest dla mnie jedynie uzupełnieniem intelektu (i nie mów mi 3bsp, że "szukam kobiecości w majtkach" :-p Spędzamy ze sobą sporo czasu, rozmawiamy - fajnie jest - jesteśmy kumplami. W końcu najgorszym z możliwych rozwiązań jest zamknięcie się w domu i "siłowanie" z własnymi myślami. Ona dużo opowiada o swojej matce, ojcu, rodzinie... Pewnie ma też swój "bagaż" i jest w jakimś tam sensie "emocjonalną kaleką" (dzięki 3bsp ;-) - powiem szczerze, że lepiej rozumiem siebie, słuchając jej i patrząc, jak ona pewne sprawy interpretuje... NAJWAŻNIEJSZE w tym jest to, że ona BARDZO PRZYPOMINA MI MNIE SAMEGO. To tak jakbym wyszedł ze swojego ciała i patrzył na siebie z dystansu. Zastrzegam jednocześnie, że nie tratuję jej absolutnie jako "królika doświadczalnego" - ona jest moim KUMPLEM. Cały czas trzymam DYSTANS - czyli coś tam się nauczyłem. Z inną panną pewnie byłoby już "full engagement" a tutaj jest relacja typowo "kumplowska"... i powiem szczerze, że chociażby "skały srały" na dzień dzisiejszy moja ex jest dla mnie zupełnie "przezroczysta" - kontakty, wymiana korespondencji (nie rozmawiam z nią) są totalnie jałowe i ograniczone do spraw dot. naszej córki. O ile jeszcze niedawno dostawałem "migotania komór" przed odbieraniem albo odwożeniem dziecka, o tyle dziś spływa to po mnie jak woda po kaczce... Fajny stan... Sally - spróbuj :-) Powodzenia życzę!
  • sally_74 25.11.11, 20:06
    wiatrodnowy
    Bardzo Ci dziękuję, że napisałaś. Domyślasz się pewnie, że to, co opisałam na forum to zaledwie jakiś procent tego, co przeżyłam i z czym się zmagam. Nie wszystko można napisać i nie wszystko, jak się okazuje, warto. Ja też bardzo długo nie miałam odwagi się tu zarejestrować, ale szukając odpowiedzi, informacji, wskazówek, w końcu - pomocy - od czasu do czasu to forum czytałam. Sądzę, że takich jak my jest więcej. Celowo opisywałam wszystko bardzo szczegółowo, przytaczałam całe fragmenty rozmów. Brakowało mi tego, kiedy szukałam informacji. Przyszło mi nawet do głowy, żeby spróbować z tego uzależnienia wychodzić tu, na forum - opisując kolejne kroki, także porażki, może komuś by to kiedyś jakoś pomogło. Ale to nie był dobry pomysł.
    Powiem tylko: jestem bardzo słaba, nie tylko psychicznie ale i fizycznie. Czuję się potwornie wyczerpana, a ponieważ jestem meteopatką i chronicznie nie znoszę jesieni - naprawdę wyjątkowo mi teraz trudno. Gdybym była jeszcze słabsza - po niektórych wypowiedziach pewnych osób z tego forum, stosujących kuracje szokowe - mogłoby się to skończyć naprawdę źle.
    Kuracje szokowe nie nadają się dla osób silnie uzależnionych (może z wyjątkiem uzależnionych od nikotyny, ale ten przykład wydaje mi się wyjątkowo trywialny). Serce może nie wytrzymać. Nie wszyscy są tacy sami i nie wszyscy tak samo reagują.

    Bardzo chętnie z Tobą porozmawiam, z ogromną przyjemnością. Tylko nie wiem co to ten priv. Mam napisać na adres gazetowy ?
    Pozdrawiam Cię serdecznie
  • sally_74 25.11.11, 20:19
    dla perfekcjonizm
    Cieszę się, że napisałaś na blogu.
  • wiatrodnowy 25.11.11, 21:49
    Jak najbardziej na gazetowy. Nie to żeby ktoś stąd wyrzucał.

    pozdrawiam serdecznie,

    -- muszę już iść
  • sally_74 25.11.11, 23:47
    Dziękuję :-). Napiszę.
  • 3bsp 26.11.11, 17:09
    Idę do Kanossy

    Nie znoszę krzywdzić ludzi tak jak nie znoszę obłudy, stąd czasem mnie ponosi, a potem przezywam rozterki. Zostałem zmuszony do wynurzeń osobistych, więc trudno.
    Moja BPD błagała mnie, abym podjął leczenie. Wysyłała mnie do psychiatry a gdy mówiłem że to absurd, wpadała w histerię. Zrób wreszcie coś, by uratować rodzinę. Trwało to całymi tygodniami.
    Jej opowieści wśród najbliższych były tak przekonywujące, że zaczęto mi tłumaczyć, że to nic wielkiego, że dziesiątki ludzi się leczy i że to nie żaden wstyd. Byłem osamotniony i odczuwałem straszną presję otoczenia. To było nie do zniesienia.
    Nie wyrobiłem i w końcu uległem. Miałem układy, kasę więc zafundowałem sobie najpierw badanie osobowości u psychologa a potem konsultacje psychiatryczne(tak to się ładnie nazywa) w „renomowanej firmie”.
    Diagnoza mnie nie zaskoczyła, choć dzięki temu poznałem swój portret psychiczny; takie tam lekarskie Ble. Ble. Ble.. i jedno charakterystyczne zdanie; aktualnie przeżywający stany lękowe i depresyjne na skutek długotrwałego oddziaływania bodźca negatywnego. Tłumaczono mi coś tam o żołnierzach amerykańskich w Wietnamie i analogii. Zapisano mi Xanaks i coś tam Prozako podobne, jako „dopalacze” pozwalające mi na powrót do równowagi oraz zalecono bezwzględnie terapię u psychologa. Odpękałem dwa lata.
    Gwoździem programu, było domniemanie konsylium, że mój partner cierpi najprawdopodobniej na zaburzenia osobowości i powinien bezwzględnie podjąć leczenie.
    A tu mam taki fragmencik z książki zapisany jako notatka rozwijająca moją wiedzę.

    Gdy BPD, nie może dać sobie rady ze swym napięciem wewnętrznym a świadomość choroby psychicznej, staje się dla niego nie do zniesienia, uruchamia formację obronną, projektując swój stan na partnera. Jest to najskuteczniejszy w jego rozumieniu sposób na rozładowanie napięcia wewnętrznego i wyrwania z otchłani rozpaczy. Jeśli partner permanentnie odmawia zrealizowania żądań, żądanie przyjmują postać obsesji.

    To wcale tak nie musi być w tym przypadku ale zrozum mnie Sally to działo się naprawdę i nie obyło się bez pozostawienia blizny. Ona czasem się odzywa w takich razach jak choćby ten, więc wybacz. Ja nie jestem zombbie ale człowiek, który głęboko doświadczył traumy.
    Chciałem pomóc, nie potrafię bo czasem jeszcze boli.

  • akanenai 28.11.11, 05:02
    Czytając posty sally, ciągle zastanawiałam się: po co być z kimś takim??
    Bodziec negatywny= awantury, groźby itp. Bodziec pozytywny= te lepsze dni, udawanie, że jest dobrze.
    Nie ma w tym miłości, ale widocznie jest jej to wynagrodzone, skoro pozostaje w tym związku. Niezależnie od tego, na jakie zaburzenie cierpi partner, pewne zachowania są niedopuszczalne. Chrzanić diagnozy: to, co on robi, jest tak normalnie, po ludzku, nie do przyjęcia.
    Sally, to, co on robi, jest złe. To, co tu opisałaś, w zupełności wystarcza do tego, by stwierdzić, że ten facet czasem się zachowuje w zupełnie niedopuszczalny sposób. Dalsze żalenie się tutaj na to, jaki on jest straszny, nie może ci w niczym pomóc. Albo decydujesz się z nim być, bo częściej bywa fajnie, i ten związek jednak ci pasuje, albo nie, i odchodzisz.

    Swoją drogą BPD nie jest jedynym na świecie zaburzeniem osobowości. Nie wiem, czemu inne zaburzenia się lekceważy, a BPD ludzie tak chętnie rozpoznają amatorsko czy to u znajomych, czy u siebie. Facet faktycznie zachowuje się jakby miał jakieś zaburzenie osobowości, ale nie sądzę, żeby to było borderline. Skoro jednak nie idzie do specjalisty, diagnoza jest zupełnie bez znaczenia.
    Wie, że coś z nim nie tak, a mimo to się nie leczy, i próbuje sobie wmówić, że jego zachowanie jest ok. To tak, jakby ktoś był pijany, ale sobie wmawiał, że wypił tylko kilka piw, i to w sumie nic wielkiego- i usiadł za kierownicą. Moim zdaniem taki ktoś jest odpowiedzialny w stu procentach za to, że prowadził po pijanemu, a jeżeli spowoduje wypadek, to też jest za niego odpowiedzialny.
    Sally, za dużo wnikasz w szczegóły, analizujesz. Daje ci to złudzenie, że coś robisz. Dostarcza rozrywki, kiedy jesteś rozbita kolejną kłótnią.
  • mikimouseee 08.12.11, 23:44
    Byłam z kimś chorym na BPD prawie rok... nie leczył sie twierdził ze ma trudny charakter a miał zaburzenia w 100% odpowiadajace BDP w werscji acting out - agresja na zewnatrz.. kochałam ale mój racjonalizm wział góre ....moje życie stawało sie piekłem podejrzewam ze sama z czasem wyladowałabym na terapii... życie ma sie jedno .. kazdy ma prawo o nim decydowac.... polecam ksiazke kobiety,które kochaja za bardzo..... bardzo czesto własnie to takie kobiety wiaza sie z zaburzonymi mezczyznami.... i w rezultacie tworza toksyczne zwiazki... a sa w roli ofiary..... ja mam juz to na szczescie za soba....

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka
Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.