Dodaj do ulubionych

Miało być lepiej... Też tak mieliście?

29.09.13, 18:45
Ciekaw jestem czy po rozstaniu z kobietą "BDP" mieliście taki, trwający miesiącami okres jak ja mam teraz...

Związek trwał 2 lata. Od mojej decyzji o zerwaniu minęło ponad pół roku. A ja nie wiem czy zbieram się w garść czy to iluzja. Nastąpiło coś zdumiewającego: nie mam w ogóle ochoty na inne. To nie spadek libido, bo to jest wyższe i dotyczy tylko jednej osoby. Od czasów rozstania nie byłem w łóżku z inną, mimo opcji. Zaprosiłem na randkę atrakcyjną, chętną kobietę, i... nie miałem na nią ochoty. Co gorsze - nie czuję aby to miało minąć, przeciwnie, to się nawarstwia. Doświadczyliście czegoś takiego?

Właściwie sam trwam w tym impasie. Bo czego oczekuje od "normalnej" dziewczyny - że będzie nieprzezroczysta? że będzie co chwilę czymś zaskakiwała i zachłannie obdarowywała rozkoszą? jak mają to zrobić skoro są "normalne" to znaczy m.in. skromne, lekko nieśmiałe, miłe, przewidywalne. W temacie seksapilu czy obdarowywania czułością większość dziewczyn jest dość nieporadna, BPD to przy nich ktoś kto dysponuje całym arsenałem i wie jak go używać.

Myślę o podjęciu próby uratowania związku.To byłaby decyzja na całe życie, ale brak mi odwagi? Nie wiem czy założenie rodziny; zrobienie dziecka nadałoby nowy stabilizujący cel, czy też piętrzyłoby nowe problemy. Ciężki temat.
Edytor zaawansowany
  • estereaaa 29.09.13, 19:27
    A to nie jest teraz tak, że pamiętasz teraz tylko te wspaniałe chwile?
    Być może Twoja potrzeba bliskości jest tak duża teraz , że "mózg i serce" płatają ci figla stawiając przed Twoimi oczami tylko tę idealną stronę partnerki...
    Przypomnij sobie dlaczego się rozstaliście... a może ci to pomoże "przystopować"...
    Chyba, że sam się uzależniłeś od ekscytujących zdarzeń i "adrenaliny", że warto przecierpieć wiele .... dla kilku chwil "nieba".....
    To raczej nie jest pytanie do "nas tutaj" , czy też tak mieliśmy.... ale pytanie do ciebie, czego Ty chcesz, czego oczekujesz od związku i czy w ogóle chcesz zbudować rodzinę.... nie na hollywoodzkich marzeniach, ale na prawdziwych realiach. Poza tym DZIECKO nie jest rzeczą, którą można wykorzystać do "scalenia związku".... to akurat cholernie nieodpowiedzialne, co napisałeś. I pomyśl jakie życie możesz zafundować swoim dzieciom, kiedy motywacja sprowadzenia ich na świat jest taka , a nie inna. Nie wiem ile masz lat.... kompletnie cię nie znam, wiec oceniam tylko wypowiedź ... która jest bardzo niedojrzała. Jeśli twoja była dziewczyna rzeczywiście ma BPD to powinieneś wiedzieć na co się piszesz. Ja z twojej wypowiedzi widzę tylko jedno pragnienie... "ekscytujące doznania zapewnione przez partnerkę". Ja już mam swoje lata i trochę przeszłam...i wiem, że na ekscytujących doznaniach to można wakacyjny romans zbudować, a nie rodzinę, gdzie potrzebna jest stabilizacja.
  • skyrgra 29.09.13, 20:14
    > Poza tym DZIECKO nie jest rzeczą, którą można wykorzystać do "scalenia zwi
    > ązku"....

    Zgadzam się z tym co napisałaś, tyle, że - wbrew temu jak mnie odczytałaś - niczego takiego sam nie stwierdziłem. Napisałem:
    "Nie wiem czy założenie rodziny; zrobienie dziecka nadałoby nowy stabilizujący cel, czy też piętrzyłoby nowe problemy"

    Co oznacza, że nie wiem czy stworzenie rodziny z osobą BDP jest z góry zawsze skazane na niepowodzenie (rozwód itd.) czy też nie i są tu ludzie którzy mogą się podzielić wiedzą z autopsji, jak Ty, za co dziękuje.

    > Być może Twoja potrzeba bliskości jest tak duża teraz , że "mózg i serce" płata
    > ją ci figla stawiając przed Twoimi oczami tylko tę idealną stronę partnerki...

    Pewnie masz rację, a jednak czas leci i mi to nie mija. Brakuje mi nie tylko ekscytacji, chwil "nieba" w łóżku, ale całej osoby, wraz z jej wadami i zwyczajnością codziennych dni. Czy to jednak "wystarczy" by stworzyć razem rodzinę... nie wiem. Z Twojej wypowiedzi wynika, że nie, to też podpowiada mi rozsądek. I odkąd kieruje się tym rozsądkiem życie stało się stabilne i puste.
    Dziękuję jeszcze raz za odpowiedź.
  • wolna_jak_ptakk 29.09.13, 20:38
    Rozumiem Cię w 100% jeszcze jakiś czas temu mogłabym napisać to samo.Moja rada musisz "przetrwac" ten okres. Przeżyć tą żałobe. Z czasem poznasz kogoś kto "pomimo" :-) swej stabilności i "zwyczajności" zamieni Twój teraz pusty świat w raj i zobaczysz ,że w takim związku będziesz dużo bardzo szczęśliwy niż z osoba niestabilna i zaburzoną.Borderzy są świetnymi znajomymi, przyjaciółmi, liderami, ale nie osobami do życia a już wcale do zakładania rodziny.
    Żyj swoim życie i rozglądaj się jak spotkasz ta właściwa jedyna będziesz o tym wiedział.Pisze to wszystko z autopsji.Miałam dokładnie taki stan jak Ty ponad rok po związku z Borderem.Dzis jestem szczęśliwa ,że nie wrócilam :-)
  • estereaaa 29.09.13, 20:47
    No dokładnie napisałyśmy to samo używając ciut innych słów :)
  • skyrgra 29.09.13, 21:03
    > musisz "przetrwac" ten okres. Przeżyć tą żałobe. Z czasem poznasz kogoś kto "po
    > mimo" :-) swej stabilności i "zwyczajności" zamieni Twój teraz pusty świat w raj

    Dziękuję. Cóż, na razie sam jestem niestabilny: jednego dnia wstaję i myślę, że ten impas to farsa i powinienem odpuścić, drugiego dnia wstaję i myślę: na co czekasz, wracaj do niej...
  • estereaaa 29.09.13, 20:44
    Pół roku to niewiele, uwierz mi.
    Potrzeba więcej czasu, żeby "wyzdrowieć" i to w całkowitym odseparowaniu od "byłych".
    Nawet po skończeniu "normalnego związku", potrzeba czasu do "ustabilizowania siebie", a co dopiero po tak trudnych doświadczeniach. Po prostu czas i nic więcej.
    Są różne etapy, najpierw złość, ból, rozgoryczanie, potem radość z odpoczynku po "jazdach" i cieszenie się świętym spokojem, potem pustka, którą trzeba czymś zapełnić, potem idealizacja związku, że nie było tak źle, potem kolejne staniecie twarzą w twarz z realiami, że było źle... potem uspokojenie, oderwanie się od przeszłości, znalezienie nowych życiowych celi... i zamknięcie za sobą drzwi do zamkniętych historii. Ty po prostu jesteś w połowie drogi... rozstanie to proces, zwłaszcza po związku w który było się zaangażowany. I BPD nie ma tu nic do tego. Może ewentualnie spowodować, że dochodzi się do siebie i do normalnego życia jeszcze dłużej. Więc rada jest tylko jedna, czekać i zająć się w miarę możliwości sobą... i być świadomym, że czas zmieni Twoje nastawienie i pragnienia i pomoże nabrać dystansu do wszystkiego. Jedyną rada jest to, że musisz przeczekać i znosić samego siebie... bo jak będziesz pewny, że trzeba założyć rodzinę i tym bardziej będziesz wiedziała z kim, to nie będziesz pytał o to na forum obcych ludzi. Więc niech to będzie dla ciebie dowodem, że nie jesteś gotowy na podjęcie żadnej racjonalnej decyzji odnośnie tak najważniejszych spraw życiowych! I nie ma w tym nic złego... po prostu potrzeba czasu, żebyś "się wyleczył"... z dawnej miłości i dawnego związku. BPD to nie grypa, która mija po podaniu aspiryny, to nawet nie depresja, którą mona łatwiej leczyć...
  • castamara 03.12.13, 20:30
    "Ja z twojej wypowiedzi widzę tylko jedno pragnienie... "ekscytujące doznania zapewnione przez partnerkę". Ja już mam swoje lata i trochę przeszłam...i wiem, że na ekscytujących doznaniach to można wakacyjny romans zbudować, a nie rodzinę, gdzie potrzebna jest stabilizacja.".

    Doskonale napisane! Ja sam się zmagam teraz z podjęciem decyzji. First of all Musisz sobie uświadomić czego chcesz od życia. Tkwiące w głowie emocje i doznania z pierwszej fazy związku są oszałamiające. Potrafią świdrować w głowie a to tylko dlatego, że uderzyły w najprostsze instynkty zwierzęce które w nas sobie drzemią. Jednak zastanów się nad tym co było po opadnięciu kurzu, co było jak przyszedł dzień.?Jak chciałeś coś poczuć ? coś więcej? A może nie chciałeś? Ja przerabiam to samo na sobie teraz! Jeszcze nie wyszedłem ale boje się że zaczynam być próżny i czekać właśnie na te uzależniające strzały w żyłę kiedy czujesz że osiągasz absolut. Niemniej jak wracam do domu widzę pustkę. Łzy leją mi się do środka bo wiem że chyba tą całą kumulację mógłbym dać komuś, kto ulepiłby z niej najwspanialszą świątynię!
  • brz_a_sk 29.09.13, 21:00
    wrzuciłam Ci na górę jeden z wątków - chyba to dobry trop do poczytania
    trzymaj się

    i wracaj powoli do stabilizacji

    huśtawki potrwają długo
    po ich dokuczliwości oceniaj czy zaszkodził Ci związek, który zakończyłeś czy nie
    niektórzy zaliczają kilka podejść


  • skyrgra 29.09.13, 21:58
    Dobra przysługa z tym "podrzuceniem" tematu, bo konfrontowanie się z doświadczeniami ludzi którzy przeszli te rzadkie, ale analogiczne sytuacje - to lektura dająca do myslenia.

    Co to tematu "partnerów":

    To pewnie sedno problemu: gdybym był normalny nie pragnąłbym kobiety o wyzywającej urodzie i stylu bycia. I nie byłbym taki pewny, że wystarczy otoczyć taką osobę czułością i akceptacją by na stałe pokonać jej demony. I nie ubzdurałbym sobie, że demony partnerki nie będą mogły wpływać na moje życie i relacje z ludźmi.

    A jednak, tu wcale nie szło o "zatracenie instynktu samozachowawczego". Jak nauka pływania na głębokiej wodzie: na początku prawie się utopiłem, później złapałem kontrolę. W praktyce to oznacza, że byłem czuły, ale jeśli sytuacja tego wymagała byłem skurwielem po którym wszystko spływa. Brzmi to naganne, ale uznałem że oddanie partnerce sterów to kurs prosto na skałę. Chyba właśnie te panowanie nad sytuacją i związkiem, zaczęło być samo w sobie alarmujące. Uznałem, że to relacja rodzic-dziecko, więc muszę to zakończyć. Tym samym to ja wyrządziłem drugiej stronie większą krzywdę. Swoim działaniem pomimo jego wad otoczyłem dziewczynę opieką i oparciem. Odchodząc zburzyłem część jej świata.

    Ona chce żebym wrócił, ale nie narzuca mi się, ma adoratorów, wszystkich spławia. I jak w temacie: decydując się na rozstanie byłem pewien że będzie lepiej. A jednak nie jest, chociaż samotność sama w sobie w ogóle mi nie przeszkadza, to - skoro raczę Was tym tematem - czuję się jakbym spier.. życiowe zadanie. Jeśli "żałoba po związku" nie minie to będzie znaczyło że inne zadanie nie jest mi pisane.
  • estereaaa 29.09.13, 22:00
    A może nie rób za Pana Boga, który chce zbawiać świat ?:)
  • wolna_jak_ptakk 29.09.13, 22:32
    Skygra pamietaj nie uratujesz nikogo poswięcając siebie.
    Ewidentnie masz jak przyznałes sam ze sobą problem i skup sie ta tym ,żeby go zlikwidować.
  • skyrgra 29.09.13, 23:32
    " nie uratujesz nikogo poswięcając siebie."

    Rozumiem co masz na myśli, i obiektywnie masz rację, ale proszę nie odczytuj mnie jako samarytanina, bo nim nie jestem. Za słabo podkreśliłem: niestety to ja wyrządziłem swojej byłej partnerce krzywdę, a nie ona mi. I jeśli zdecydowałbym się wrócić to to nie będzie żaden altruizm... bo ten związek mimo zafiksowania dawał mi szczęście, był dla nas obojga spełnieniem. Tyle, że koszty emocjonalne były wielkie - pewnie rozumiesz o czym pisze z własnego doświadczenia...
  • estereaaa 29.09.13, 23:46
    Nawet jak wrócisz... to jak długo będziesz w stanie to ciągnąć? Od jednej jazdy do drugiej?
    na ile starczy ci sił? Na kolejny rok? Na kolejne dwa lata?
    Będziesz czekać na stabilizację? Mieć nadzieję, że się skończy... że ona się zmieni? Że zrozumie ?
    To ciągłe trwanie w tym samym punkcie bez możliwości poruszania się do przodu.
    Z tego musisz sobie zdawać sprawę. Uwierz mi, że jeszcze nie minęło wystarczająco dużo czasu, żebyś się "wyzerował", jak ktoś tu trafnie to ujął.
    Posłuchaj mądrych tutaj rad, bo wszyscy (wyjątkowo) :) jednym głosem radzą....
    więc może to nie przypadek? Ona się nie zmęczy tą "toksycznością", bo dla niej to chleb powszedni... ty się zmęczysz, ale możesz (na pewno) wyjdziesz bardziej poharatany niż teraz. I jeśli twój obecny stan jest dla ciebie nie do zniesienia, to pomyśl o tym, że później będzie jeszcze gorzej niż teraz. Teraz nie masz siły, żeby to przetrwać, a myślisz, że później będziesz miał jej więcej? Nie wzmocnisz się przez bycie z nią, ale nabierzesz siły tylko w oddaleniu od niej... nie tylko fizycznym. To naprawdę możliwe do przejścia :) Dasz radę.... Masz w ogóle jakieś hobby, pasję? Moze warto czasem pobyć samemu, żebyś odkrył czego naprawdę chcesz i co w Tobie siedzi :)

  • skyrgra 30.09.13, 00:14
    Dziekuję Ci za wsparcie. Mam więcej zainteresowań niż czasu na ich swobodne realizowanie, więc gnuśnienie mi nie grozi. To jednak, dotychczas, moich emocji nie zmieniło.

    Kilka tygodni temu odstawiłem całkiem przyjaciół i życie towarzyskie, chwyciłem się za nowy sport, realizacja kilku lezących odłogiem spraw itp. Ta izolacja trwała ponad miesiąc. Spodziewałem się że nabiorę dystansu. Nie nabrałem. Jedynym efektem było uznanie, że właściwie lepiej spędzać czas samemu niż z ludźmi.

    "ale nabierzesz siły tylko w oddaleniu od niej.."

    Okoliczności są takie, że nie mam warunków by jej nie spotykać przynajmniej raz w tygodniu. Jedyne co robię - raczej nie wdaje się w rozmowy, jakkolwiek, nie chcę jej życia utrudniać jakąś absurdalna ofertą przyjaźni czy idiotyczną zabawą w dobrego kumpla.

    "Moze warto czasem pobyć samemu, żebyś odkrył czego
    > naprawdę chcesz i co w Tobie siedzi :)"

    Cóż, pewnie tak to własnie się odbędzie...
  • wolna_jak_ptakk 30.09.13, 10:07
    Polecam Ci poczytac rózne tematy odnośnie partnerów BPD a szczególnie wypowiedzi nijakiego Spapranego Chyba nikt trafniej z tego forum nie potrafił ubierac w słowa emocje stany, wysnuwac tak trafnych wniosków.Rozkminił tę przypadłośc tak,że z podziwu wyjść nie mogłam.Byłam w takim stanie jak Ty teraz czytałam to i uświadomiłam sobie kilka waznych rzeczy.Nie wiem w jakim jestes wieku ale chcesz załozyc rodzinę.Osoba z BPD jest na etapie emocjonalnym 2 latka.Ty jestes dorosły wiesz z czym i z kim masz do czynienia ale dziecko niestety nie.Nie bądź egoista i nawet planując dopiero rodzinę pomysl o swoich przyszlych dzieciach jaki chciałbys mieć dla nich dom i sposób wychowania.Wiem wiem każdy jest inny nie znam Twojej BPD ale musisz miec świadomośc ,że w razie kryzysów na bank będzie wykorzystywac dzieci jaki arsenał przeciw Tobie bo wiele tu takich opowieści.Ci ludzie to niestety emocjonalne kaleki czesto nie sa temu winni ale tak jest.Twoje życie Twoja decyzja i sprawa tylko ,żebys za 2-3 lata gorzko nie żalował jak będzie się szarpał o własne dziecko widząc ,że ona robi mu krzywde emocjonalna a Ty nie będziesz mógł nic zrobić.Zaraz mnie tu zjedza za te wypowiedź ale niestety tak wygląda życie i zwiazki z zaburzonymi osobami.
  • non-grata 29.09.13, 21:08

    Mam wrażenie, że Twoje rozważania na temat potencjalnego powrotu i podjęcia prób są tu dyktowane - kontekst wyjaskrawiający - przede wszystkim pociągiem, tęsknotą za pełną seksualnością byłej.

    Seks jest ważny w związku, jasne, jest chyba świetnym spoiwem, lecz między seksem a seksem dobrze byłoby jeszcze robić coś innego, na przykład umieć żyć razem.

    Wydaje mi się, że uzależniłeś się od silnych bodźców i nie jesteś jeszcze czysty.
    Ciągle ćpun, choć na odwyku.

    Rada z drugiej półkuli, bo borderowej, ale uniwersalna:

    - kiedy mam ochotę chlać, trzymam się z dala od alko.
    Będę mogła/ mogę pić tylko wówczas, gdy nie muszę.
    Analogicznie.

    To nie świat pełen jest nieśmiałych dziewczątek.
    To Ty, najprawdopodobniej, skanalizowałeś się ostro na byłej.

    Z jakichś powodów odszedłeś.
    Czy to ponad pół roku wcześniej nie próbowałeś walczyć o was? - jakoś nie sądzę.
    A jednak rozstaliście się i, jak piszesz, była to Twoja inicjatywa.

    Sytuacja - być może w uproszczeniu, lecz - klarowna.

    Dla samego seksu nie warto wracać tym bardziej,
    że może się stać fajnym argumentem dla rozgrywek byłej.
    Im bardziej pragniesz, tym bardziej ona... - i tak dalej

    Plus to:

    " Nie wiem czy założenie rodziny; zrobienie dziecka nadałoby nowy tabilizujący cel, czy też piętrzyłoby nowe problemy."

    "Robienie dziecka" - czyste, wysublimowane piękno, bez komentarza.

    Odstawienie od każdego partnera, z którym było się 2 lata to proces, tak, jak procesem jest dochodzenie do siebie i punktu, w pewnym sensie, zerowego.
    Nie wyzerowałeś się.
    Zanim nie zejdzie z Ciebie siła napędowa powrotu - czekaj - taka rada

    --

    Jedni wołają: „Kochaj mnie!”. Inni: „Nie kochaj mnie!”. Ale pewien rodzaj, najgorszy i najbardziej nieszczęśliwy: „Nie kochaj mnie i bądź mi wierna!”.

    desaparecido.blog.onet.pl
  • toxic_chick 29.09.13, 21:47
    Podpis. Mój. Zero dywagacji dookoła :P

    No nie wytrzymałam ^^
    --
    I stopped fighting my inner demons.. we're on the same side now
  • skyrgra 29.09.13, 22:29
    > kontekst wyjaskrawiający - przede wszystkim pociągiem, tęsk
    > notą za pełną seksualnością byłej.
    (...)
    > Dla samego seksu nie warto wracać tym bardziej,
    > że może się stać fajnym argumentem dla rozgrywek byłej.

    Nie to nie jest dla mnie celem samym w sobie, chociaż sam to zasugerowałem pisząc właśnie o tej sferze życia. Po prostu - zawsze podobało mi się wiele różnych kobiet, więc jestem mocno zaskoczony, że nagle przestały być w moich oczach "warte zachodu" i to wpłynęło na ton założonego wątku. Właściwie jest jeszcze gorzej - co brzmi jak choroba psychiczna - nie chce mi się uwodzić innej bo efekty przychodzą za łatwo. Próbowałem przez te ostatnie miesiące: jakieś niedorzeczne randki po których mogłem mieć co chce. Ale nie chciałem nic. Więc przestałem się umawiać. Chyba tamte 2 lata tak mi przemodelowało umysł, że teraz jeśli relacja damsko-męska nie jest wymagającym wyzwaniem to mnie nie angażuje.

    > Ciągle ćpun, choć na odwyku.

    No cóż, chyba tak to należy nazwać. Strzał w 10. Ciekawe ile potrwa to "wyzerowanie się" i czy w ogóle się rozpoczęło. Dziękuję za opinię.
  • non-grata 29.09.13, 23:11

    Potrafisz być sam? - to ważne pytanie

    Rozstaliście się przeszło pół roku temu, a, jak piszesz, umawiałeś się nie raz, nie dwa.
    Potrzeba zasypywania dziur?
    ...?

    "Po prostu - zawsze podobało mi się wiele różnych kobiet, więc jestem mocno zaskoczony, że nagle przestały być w moich oczach "warte zachodu" i to wpłynęło na ton założonego wątku. "

    Wiesz, wydaje mi się, że to najnormalniejszy etap po.
    Po żadna/żaden nie dorasta i żadnej/żadnego nie chce się.
    Przeważnie mija.
    Jak?
    Z czasem. Nigdy nie wierzyłam w uzdrowicielską moc czasu uważając przeciwnie, że upływ czasu sprawia jedynie, że brak wtapia się w codzienność i ból staje się tępy, lecz jakaś prawda tkwi w banale - choćby to, że zyskujesz potrzebny Ci dystans.

    W terapii uczę się tego, by nie reagować kiedy pali mnie potrzeba reakcji.

    Jakiś czas temu dostałam maila, na którego rozpaczliwie nagle potrzebowałam odpowiedzieć.
    Wiem, że nie wolno mi tego zrobić właśnie dopóki dopóty jest to trochę jakby sensem życia, świata mnie, (...).

    Nie jesteś na tyle trzeźwy, by obecnie REALNIE oceniać swoje/Wasze szanse ponownego zejścia.

    Dystans czuje się.
    Kwestia przestaje tkwić na ostrzu noża.
    Widzisz plusy i minusy.
    MOŻESZ, LECZ NIE MUSISZ - to jest dystans

    "Ciekawe ile potrwa to "wyzerowanie się" i czy w ogóle się rozpoczęło."

    Rozpoczęło się w momencie Waszego zerwania.
    Fluktuacje istnieją zawsze, są bodaj jedyną stałą 'rzeczą'.

    Ile potrwa?
    Szczerze życzę Ci: długo,
    abyś potrafił uznać co zamierzasz bez jakiegokolwiek ciśnienia.
    A jak długo?
    Nie jest to zawsze zależne od nas 'świadomych'.
    I n randek też nie pomoże, jeśli będą stanowiły zapełnianie wyrwy po niej; ba, będą utwierdzały Cię w przekonaniu, że ona autentycznie była bóstwem objawionym.

    --

    Jedni wołają: „Kochaj mnie!”. Inni: „Nie kochaj mnie!”. Ale pewien rodzaj, najgorszy i najbardziej nieszczęśliwy: „Nie kochaj mnie i bądź mi wierna!”.

    desaparecido.blog.onet.pl
  • skyrgra 29.09.13, 23:59
    > Potrafisz być sam? - to ważne pytanie

    Odpowiedź "tak" wbrew pozorom niczego nie rozwiązuje. Lubię samotność, ale to samo w sobie niczego nie zmienia.

    > Potrzeba zasypywania dziur?
    > ...?

    Pewnie tak. Jednak żadnej dziury nie zasypałem, jakkolwiek to brzmi. Próbowałem się umawiać, bo podobnie jak Tobie - nie chce mi się wierzyć w uzdrowicielską moc czasu jako panaceum które samym upływem dni, tygodni, miesięcy mnie uleczy.

    > Ile potrwa?
    > Szczerze życzę Ci: długo,
    > abyś potrafił uznać co zamierzasz bez jakiegokolwiek ciśnienia.
    > A jak długo?
    > Nie jest to zawsze zależne od nas 'świadomych'.
    > I n randek też nie pomoże, jeśli będą stanowiły zapełnianie wyrwy po niej; ba,
    > będą utwierdzały Cię w przekonaniu, że ona autentycznie była bóstwem objawionym

    Konkretny z Ciebie zawodnik w temacie nokautowania prawdą prosto w twarz. Przyda mi się...
  • non-grata 30.09.13, 10:14

    Jasne, że samotność sama w sobie niczego nie zmienia, a może nawet zmienia wszystko, ale nie w tym rzecz.

    Pytałam przez wzgląd na to, by zorientować się, czy czasowo byłbyś w stanie odpuścić. Nie "wszystkim", a jej i sobie w odłożeniu okresowo na bok innych kobiet.

    "Próbowałem się umawiać, bo podobnie jak Tobie - nie chce mi się wierzyć w uzdrowicielską moc czasu jako panaceum które samym upływem dni, tygodni, miesięcy mnie uleczy."

    Panaceum nie, ale wspomagacz, jak podkreśliłam, owszem.

    Tyle, że dystansu ani jakiegokolwiek nastawienia nie zmienisz pod wpływem wrzucania się usilnie w nowe związki.
    Świadomie czy nieświadomie na tym etapie służyłyby udowadnianiu Ci przepaści między nią a pozostałymi kobietami.

    Abstrahujmy - nawet, jeśli bylibyście najbanalniejszym, najnudniejszym związkiem pod Słońcem, a przyczyną waszego rozstania byłyby Twoje dziurawe skarpetki i jej rozgotowany makaron, dwa lata razem wpłynęłyby na was w nie byle jakim stopniu.
    A dorzuć do tego kocioł emocjonalny - wóda nawet jeśli w smaku nie jest najpyszna, ma w sobie COŚ, co sprawia, że jeśli raz polubisz lub zaakceptujesz, będziesz wracał.

    Pół roku nie starczy Ci na otrzeźwienie.
    Związek był intensywny, toteż dziwiłabym się, jeśli wyrobiłbyś się w roku.

    Czytałam przelotnie Twoje inne wypowiedzi w tym wątku, jakoś szczególnie zwróciłam uwagę na tę myśl o "odpuszczaniu".

    Ja napiszę tak: najpierw odpuść sobie.
    Tym samym, z automatu odpuścisz narwanym (pół roku - krótko..) myślom oscylującym wokół głodnego powrotu do niej.
    A jeśli uda Ci się powyższe, będziesz decyzyjniejszy z wieloma horyzontami i perspektywami.
    Wówczas będziesz mógł decydować o powrotach bądź bez zawirowań w żołądku na jej widok postanowisz iść dalej sam.

    Tak, czy inaczej:
    życzę powodzenia.
    W pierwszej kolejności - Tobie :)

    --

    Jedni wołają: „Kochaj mnie!”. Inni: „Nie kochaj mnie!”. Ale pewien rodzaj, najgorszy i najbardziej nieszczęśliwy: „Nie kochaj mnie i bądź mi wierna!”.

    desaparecido.blog.onet.pl
  • estereaaa 30.09.13, 10:34
    też myślę, że tu nie chodzi o samą "samotność i czas". Można tę samotność spędzić na kanapie... nawet 10 lat i ciągle myśleć o byłym/byłej... i za te 10 lat będzie jeszcze gorzej niż na początku. Zawsze potrzeba choć minimum dobrej woli, żeby "CHCIEĆ ZMIANY".
    I ten czas wypełniony innymi ludźmi, przyjaciółmi, zajęciami itd... dopiero pozwala nabrać dystansu i daje odpocząć myślom.

    Bardzo dużą rolę odgrywa tu współuzależnienie...
    Niech będzie ten standardowy przykład z alkoholikiem.... to nie tylko alkoholik musi się leczyć... ale przede wszystkim najpierw jego rodzina, ci którzy z nim żyli przez lata i pośrednio są też uzależnieni od alkoholu. Potrzeba czasu na "nauczenie się" właściwych reakcji. To nie takie hop siup... I każdy uzależniony po "chwilowym odwyku" myśli, że jest wolny, bo uwolnił się od pierwszych druzgocących skutków... ale to nie prawda.... wystarczy jeden kieliszek, żeby nałóg wrócił ze zdwojoną siłą.

    Trochę spafafrazuję słowa Jezusa... jak się wypędzi jednego demona z człowieka... to ten chodzi i szuka.... nie ma gdzie się podziać i wraca do swego domu, poprzedniego właściciela... zastaje go czystym, wysprzątanym... ale pustym, więc bierze kolejne demony ze sobą i zamieszkują w nim... i stan tego człowieka jest gorszy niż poprzednio. To naprawdę definicja uzależnienia... nie wystarczy wypędzić "demona".... wysprzątać wnętrza ze śmieci, trzeba tez je czym zdrowym i wartościowym zapełnić... bo natura nie znosi pustki, człowiek nie znosi pustki i jak się nie będzie czujnym i nie będzie się tego wiedziało... to wróci nie jeden demon, ale o wiele więcej... po 'wygłodzeniu".
  • brz_a_sk 30.09.13, 10:42
    tak tak
    nie sztuka rzucić nawet narkotyki
    sztuka załatać dziurę w którą kiedyś wpełzły

    i jest to trudniejsze niz łatanie przed pierwszym braniem

  • non-grata 30.09.13, 12:17

    "I ten czas wypełniony innymi ludźmi, przyjaciółmi, zajęciami itd... dopiero pozwala nabrać dystansu i daje odpocząć myślom."

    Niezupełnie.

    Uczę się, by po zerwaniu bliskiej, najbliższej relacji nie robić niczego wbrew sobie i szanować to, co było w tym znaczeniu, by uświadomiwszy sobie, co wyniosłam (wynieśliśmy), czego nauczyłam się (nauczyliśmy się) nie zbezcześcić tego potrzebą odreagowania i osiągnięcia wyzerowania w ciągu 30. minut.

    Nie ma uniwersalnych szablonów.

    Nie każdemu służy wpakowywanie się w przyjaciół, znajomych, obcych, pieczenie ciastek i śmianie się wbrew wewnętrznemu połamaniu.

    Każdy człowiek potrzebuje odreagować i zasklepić się w dowolny, różny, indywidualny sposób.

    Wychodzę z założenia, że - generalizując - w pierwszej kolejności należy ułożyć się ze sobą, sobą się zająć, i OK, może być to zaleganie 2 tygodnie w łóżku - DAĆ SOBIE CZAS, dopiero później (nie unikając myślenia, pytań "co dalej?") wyjść i działać (choć, jak wspomniałam wyżej, jeśli jednostka potrzebuje innej kolejności - ...).

    Zanim człowiek pozwiązkowy zaakceptuje stan bieżący i zdobędzie się na to, by spotykać się z tymi przyjaciółmi, piec tamte ciasteczka, musi nie tłamsząc siebie pobuntować się, pozalegać, porozpaczać - nieważne, w jakiej skali - to naturalna, nie uciskana kolej rzeczy, ot co.


    Co do "współuzależnień" i "demonów" - w szerszej skali mam trochę wrażenie, że założycielowi wątku usilnie imputuje się fakt, że był ofiarą.
    Napisałabym: "więcej szacunku dla autentycznych odczuć i realnej wiedzy autora, który - zakładam - zna swoją sytuację lepiej, aniżeli ktokolwiek tu wypowiadający się".

    To, co piszesz - fajnie, i prawdziwe, ale niekoniecznie odnosi się do wątku (chyba, że także piszesz 'w szerszej skali').

    Nie wietrzmy demonów tam, gdzie ich nie ma, dlatego, że z założenia "powinny być".

    --

    Jedni wołają: „Kochaj mnie!”. Inni: „Nie kochaj mnie!”. Ale pewien rodzaj, najgorszy i najbardziej nieszczęśliwy: „Nie kochaj mnie i bądź mi wierna!”.

    desaparecido.blog.onet.pl
  • estereaaa 30.09.13, 12:23
    Zgadzam się z tobą non grata. Nie miałam na myśli tego, że trzeba nagle obwarować się przyjaciółmi, czy uciekać w wir pracy, bo to bezsensowne. Bardziej traktowałam to jako dodatek do "dbania o siebie". No i ważny jest tu czas, bo nawet trzeba się "wyryczeć" i poużalać... ale jest różnica, czy robi się to przez miesiąc , czy 10 lat. A ten czas zależy od indywidualnej potrzeby każdego człowieka.
    Co do tego, że autor prostu jest "ofiarą", to też tylko częściowo.... bo w innych wątkach pisałam o poczuciu winy, właśnie dlatego, że skrzywdził. I czy to poczucie winy i chęć "zmycia z siebie plamy"... nie jest jedną z motywacji.
    Wiele rzeczy się tu uogólnia i zgadzam się Tobą, w tym, co piszesz. :)
  • brz_a_sk 29.09.13, 22:47
    patrz na ile przemodelowało Ci się wszystko
    i czy jesteś z tego zadowolony
    stałe nakrecenie, nienasycenie emocjami
    ruinowanie tego co się ma by nigdy nic nie mieć na stałe
    róznie to bywa ale
    ale czasem ludzie nie znajdujacy sensu w byciu z borderem zostają rozwaleni na dłuzej niż przyszło im to do głowy
    moze samo to uznaj za niepokojące

    nie wiem czy mozna uznać za sukces to że ktoś winduje związek na szczyt tak wysoki, ze potem nikt sie tam nie moze utrzymać - warto pomysleć czy to jak Casanowa oszaleć i koniec czy planowało się coś exstra ale nie ruinującego i co z tego wyszło
    zdarza sie, ze to jak w manii przy CHAD partner Eden w trymiga realzuje a potem powietrze schodzi i rób co chcesz - przepisu na ciąg dalszy nie ma
    odszedłęś
    pilnuj decyzji i zbieraj siły na odnazezienie siebie dawnego z nowymi doświadczeniami - ale silnego
    czasem były partner border świadomy problemu pomaga wylądować po rozstaniu
    ale czasem wydaje mu się że ma powód do dumy, ze taki ma wpływ na Ciebie, ze nawet po rozstaniu nie zaznasz spokoju
    bywają z tym kłopoty
  • skyrgra 30.09.13, 03:00
    Skoro podjąłem ten wątek i otrzymałem odpowiedź jakiej nie chciałem przeczytać: "odpuść" - to wypada być szczerym, co bynajmniej potwierdzi Waszą radę. Piszę tutaj o tym, bo raczej nie znajdę nigdzie ludzi którzy mają takie doświadczenia.

    Z dyskusji wynikło chyba wrażenie jakbym był ofiarą, oszukanym i poharatanym. Poharatanym jestem, dlatego że to ja oszukałem i wyrządziłem krzywdę. Bez względu na to czy osoba BDP robi partnerowi "pranie mózgu" sam nie stanąłem na wysokości zadania. Chociaż niczego nie obiecywałem, samym trwaniem w związku tworzyłem obietnicę wspólnego życia i założenia rodziny.

    Gdy - co nastąpiło szybko -pojąłem że ten związek jest jazdą na najwyższych obrotach zamiast z klasą się wycofać kontynuowałem to dalej, łudząc siebie, a bardziej ją, że podejmuje się wielkiego zadania stworzenia czegoś poważnego. Jasne było, że to ja trzymam kontrolę nad związkiem, więc cokolwiek by pisać - obiektywnie się poddałem, ponosząc klęskę. I nie ja za nią dziś płacę, ale druga osoba której zburzyłem wiarę w to że wreszcie znalazła tę właściwą osobę z którą się uda. Ona teraz będzie startowała od zera, i w jej stanie prawdopodobnie trafi na pewnego siebie, aroganckiego typa, bo tylko taki będzie mógł ją zdobyć. Jeszcze będąc w związku pojawił się jakiś były partner, który z sentymentu czy pretensji chciał się nią bawić, więc go pobiłem. Żałosne? raczej to że gdyby w przyszłości ktoś kolejny chciał jej grozić to wiem, że zareaguje, wtrącając się w nie moje sprawy.

    To mnie rozpierdala - moralizuje, jak gdybym był dobrym czlowiekiem. A byłem tylko kimś w paśmie osób, które ją skrzywdziły. Tak bardzo mi jej brakuje; jej aury, uśmiechu, humorów, dziecięcych figli, wspólnego czasu, stylu bycia, że dystansowanie się od niej jest jak upuszczanie sobie krwi.

    Jakkolwiek głupio to zabrzmi - na tyle dobrze ją poznałem i potrafiłem mieć kontrolę nad sytuacją, że jestem jedyną osobą która mogłaby z nią stworzyć trwały, dający oparcie związek na całe życie. To obiektywnie bredzenie - bo są gdzieś inni, dobrzy mężczyźni, lepsi ode mnie. Na takich nie zwróci uwagi.

    Ten wpis z mojej strony to infantylne samobiczowanie, co może u Was wywołać słuszny niesmak. Przynajmniej niech wynika z tego opinia, że to nie zawsze osoby BDP są sobie winne za fiasko związków.

    Poradziliście mi, że czas pomoże uleczyć rany. To mi teraz przypomniało powieść "Muzeum niewinności" - jeśli miałoby mnie czekać tyle lat indolencji co mężczyznę z tej książki to jedynym co powinienem dziś zrobić jest pobiegnięcie tam gdzie miałbym co naprawiać.

    To tyle, dziękuje wszystkim za cenne opinie.
  • brz_a_sk 30.09.13, 08:10
    poczucie zostawienia dziecka jest poniekąd najsłuszniejszym z towarzyszących
    i najtrwalszym
    najdotkliwszym
    wina - hm, też jest wpisana w związek bardzo mocno więc czemu by, miała nie zostać
    rzucam to wszystko - dość z wracam nie ma nic silniejszego też jest powtarzalne

    chciałoby się by było to wszystko bardzo wyjątkowe - jest potwornie wyjątkowe i nieznośnie powtarzalne w ogólnym schemacie
    w co nie chce się wierzyć i raczej czyta się o tym z mieszanym uczuciem - jak to tak niesamowite, tak silne a nie nadzwyczajne

    tym, którzy są wracający wcale ta wiedza nie wpasowuje się w nic, choć zapada w pamięć;
    by kiedyś falowo towarzyszyć - przy dzisiejszych czasach po świecie byli kochankowie się po latach szukają :) by - a to różnie, czasem by urządlić z 'troskliwości' i to bardzo dotkliwie, rzucić by być w pozycji 'jednak ja', ale pewnie czasem by pocieszyć się sobą - jak uczucie to nazwać trudno powiedzieć chyba specyficzna to 'miłość'
    jest na forum opis świetny opis mężczyzny bordera jak wraca do stałej partnerki - on podejmuje wyprawy zupełnie świadome - zna scenariusz i już, dewaluuje partnerki i spokojnie na łono rodziny; umowa akceptowana przez parę ;) jak im się żyje z poczuciem 'zużywania' po drodze innych dla utrzymania swojego gniazda - lepiej nie analizować - ale w końcu nie jeden związek na kolekcję kochanków i kochanek i lubią to

    mało piszą osoby w związkach gdzie terapia i stała autokontrola pozwala być razem - trudne i raczej na pól gwizdka - coś za coś - może tak szalone emocje z winami i niepewnościami nie są do zniesienia na dłużej

    border w/po terapii jest zupełnie innym człowiekiem ale nie łatwym w związku - głód nie zaspokojonej bliskości zostaje - czy takie trwanie w poczuciu jeszcze się tu muszę bardziej wykazać jest tak wiążące?
    border osamotniony nie zasklepia rany
    border porzucający zostawia jad w ranie partnera
    czy zdarzają się rozstania wyważone z poczuciem wypaliło się i lepiej pomóżmy sobie żyć w dystansie - pewnie tak ale nie czytałam nigdzie o tym - pewnie jako normalne żadne nie zasłużyło na opisanie

    utkwiło mi w głowie jedno małżeństwo gdzie partner postanowił zakończyć związek - zobaczył juz zgliszcza w dość realnym świetle i próbował żonę namówić do terapii choćby na życie osobno; dramat z dziećmi pokazywał jak skoncentrowani na sobie byli ci wypaleni ludzie - na oczach dzieci 'zabijali się' w awanturach nie myśląc o niczym prócz siebie; wydawało się, że przerażenie skutkami dotarło, rodzina pomagała nakłonić do terapii ...
    bilanse życia były porobione; klamka zapadła; po pierwszej wizycie partnerki u psychiatry facet uwierzył w wszystko w co pragnął uwierzyć - został; znał te fale spokoju i scenariusze ale ...
    powtarzał, ze dzieciom nic nie będzie i teraz na pewno będzie i ze on to przetrzyma - wszyscy jak zawsze w takich sytuacjach odsunęli się na bok; jego życie, ich życie
    o dzieciach nie gadajmy;



  • estereaaa 30.09.13, 08:21
    Jakie to prawdziwe brzask. Znam też taką "rodzinę".....
  • toxic_chick 30.09.13, 16:18
    Przyglądam się od wczoraj temu wątkowi i już kilkakrotnie "prawie" napisałam... problem w tym, że mam karencję, którą sama sobie narzuciłam i ble ble ble.. :P ALE! w ramach wyjątku coś.. ode mnie (cóż... silna wola nie jest moją mocną stroną ^^ )

    > Z dyskusji wynikło chyba wrażenie jakbym był ofiarą, oszukanym i poharatanym. Poharatanym jestem, dlatego że to ja oszukałem i wyrządziłem krzywdę. Bez względu na to czy osoba BDP robi partnerowi "pranie mózgu" sam nie stanąłem na wysokości zadania.

    Wnioski, które można wyciągnąć z dyskusji są momentami sprzeczne.. w iluś tam miejscach.. a wiesz dlaczego? bo ewoluowałeś w niej SAM.. i gdzieś, w pewnym momencie z czegoś prozaicznego / błahego / oczywistego (klisze mają to do siebie... że są podobne.. i takich wstępów i początków jak Twój tutaj? sporo!) zacząłeś pisać jak jest... na prawdę.. wg Ciebie! to mega ważne.. i bez znaczenia czy masz przed sobą audytorium.. jakie ów audytorium jest... czy zwyczajnie układasz sobie coś w głowie.. po kolei.. (zapewne wiele wypowiedzi skłoniło Cię do refleksji..)

    Ważna jest świadomość siebie.. na zasadzie.. wiem kim jestem, co sobą reprezentuje, z kim byłem, dlaczego, co robiłem dobrze, źle i przede wszystkim co sprawiło, że byłem / rozstałem się / tęsknię i chce wrócić ŚWIADOMIE (o tym później..).. z naciskiem na ostatnie słowo.. widzisz.. wyszedłeś od banału (cielesność, adrenalina i takie tam.. w sensie.. bez urazy.. ale to było i w sumie zawsze jest^^) skończyłeś na szczerym i dość obnażającym Cię poście.. z którego jasno wynika, że masz ŚWIADOMOŚĆ tego, że Twoje zachowanie pozostawiało wiele do życzenia.. a schematy to tylko schematy.. a poza zaburzeniem jest mimo wszystko / aż człowiek (moja mantra ostatnio;)) który postępuje każdorazowo według swojego kodeksu moralnego...

    Nie będę się powtarzać w kwestii mojego zdania na temat większości osób wchodzących ŚWIADOMIE w związki z BPD.. każdy kto bywa na forum wie dokładnie jakie ono jest.. i bynajmniej nie wynika z braku sympatii czy szacunku (wbrew pozorom...) tylko doświadczeń własnych i podobnym do mnie... Tyś nowy (i pewnie nie powracający;)).. więc skrótowo:
    Ktoś mega stabilny, racjonalnie myślący, bez zbytniej wrażliwości? zwieje... zwieje jak okaże się, że ma do czynienia z kimś / czymś co go przerasta i nie mieści się w jego pojmowaniu świata.. związków i relacji.. i mowa zarówno o samym "wyznaniu", że ma się borderline, jak i zachowaniach... do wyboru do koloru... choć faktycznie kiedyś myślałam, że tylko i wyłącznie "silne osobowości" są w stanie Nas udźwignąć... nie poddać się... błąd taktyczny...gdyż takie osoby znając swoją wartość... nie pozwolą sobie wejść na głowę.. z założenia.. sama diagnoza dla nich to początek końca znajomości.. dr google podpowie to i owo... i sruuu (w imię własnego spokoju i normalności...)
    Ktoś średnio stabilny, empatyczny, ze swoim bagażem mniejszym lub większym? Będzie albo starał się zrozumieć zaburzenie (pomagając.. lub szkodząc..) albo będzie chciał zmienić Nas (bardziej lub mniej na siłę i ponosząc przy tym przeważnie straty WŁASNE!).. co gorsze? wspierać i wybaczać... w momentach w których nie powinien... w "imię miłości".. Takie osoby przeważnie dość długo goszczą w naszych progach... z wzajemnością.. i w takiej relacji ciężko mówić w ogóle o "ofiarach".. to samonapędzająca się maszyna.. gdzie obie strony czerpią.. gdzie obie strony coś z takiego układu (chorego?) mają.. cierpią zarówno w związku... jak i po jego zakończeniu.. bo nie wiadomo co gorsze.. być z kimś kogo się kocha (lub wydaje, że się kocha ponad życie..) ale ciągle zmagać się z perturbacjami.. czy odejść od tej osoby.. odpuścić i zrozumieć, że samo uczucie to czasami za mało żeby coś wskórać.. jest też OSOBOWOŚĆ.. mniej lub bardziej chwiejna...
    Dlatego tak ważne jest wypracowanie środka... przykład: to, że Antek (typ 1) czy Piotruś (typ 2) nie potrafi stworzyć udanego, stabilnego związku z Marylką (BPD) .. nie znaczy, że Filip (typ mieszany) poniesie fiasko.. (dalej uogólniam..)
    I nie ma tutaj jakiegoś określonego zbioru cech... czy instrukcji obsługi.. są indywidualne przymioty... które decydują o wyborach.. obu stron...

    Jest też "typ 4" (mój ulubiony za młodu^^) którego pospolicie nazywam: "skurwiel" (nie pije tutaj do nikogo ;) żeby nie było!)
    Wyjątkowo kuszący, nieobliczalny.. dający wszystko czego "mechanizm" potrzebuje.. odrobinę miłości.. szczyptę nienawiści... i DUŻO DUŻO emocji.. jak jest dobrze? jest się w niebie.. dosłownie.. jak jest źle? pragnienie o niebie jest tak wielkie, że znosi się wszystko (cierpienie wówczas przybiera wymiar katharsis).. idealizuje się taką osobę z wielką pasją i zaangażowaniem... dewaluuje w sposób identyczny... rozstania - powroty.. przeprosiny - wybaczanie.. raz lepiej - raz gorzej.. i tak w kółko.. latami... luki w poczuciu własnej wartości nie pozwalają nam odejść (NAM).. przynajmniej na stałe.. przy okazji dokonujemy wielkich strat na sobie.. i innych... wiecznie przepraszając.. nawet za uchybienia ICH.. bo przecież wszystko jest NASZĄ winą...

    Ten wątek jest mi o tyle bliski, że przez wiele lat byłam związana z kimś kto wiedział o mnie wszystko... na czele z tym, że nie jestem przykładna i do końca stabilna (typ 4).. i kto udawał latami kogoś kim zwyczajne nie był.. kłamał, manipulował, zdradzał.. krzywdził mnie z taką pasją jakby jego życie od tego zależało.. po czym ciągle / notorycznie / zawsze obiecywał poprawę, przepraszał, twierdząc, że nie może beze mnie żyć i, że prędzej czy później będziemy razem.. i takie tam... wracaliśmy do siebie chyba.. 10 razy... nawet po pół roku.. później roku przerwy... do niedawna mieliśmy kontakt (jako "przyjaciele" Pffff).. i nie z mojej inicjatywy.. czas przeszły.. do czegoś bowiem należy dojrzeć.. prędzej czy później.. i niektórych nie można znać.. z założenia (w żadnej formie!).. przynajmniej tych NIEŚWIADOMYCH i takich, którzy jedyne co potrafią to krzywdzić.. ŚWIADOMIE..z pełną premedytacją.. i uśmiechem na twarzy...

    Obyś zawsze widział siebie takim jakim jesteś... na prawdę... to punt wyjścia to wszystkiego... na czele z wyborem osób z którymi masz zamiar tworzyć związek oparty na miłości i wzajemnym szacunku... o ile w ogóle kiedyś... czego Ci serdecznie życzę

    --
    I stopped fighting my inner demons.. we're on the same side no
  • estereaaa 30.09.13, 07:42
    Dobrze, że jesteś szczery sam ze sobą i nie udajesz, że sam byłeś aniołem.
    Tylko ja widzę OGROMNE POCZUCIE WINY i PUSTKĘ. Strasznie czujesz się winny i chcesz to naprawić, przy okazji naturalna tęsknota i idealizacja na tym etapie "zdrowienia".
    To jedne z najgorszych motywacja zaczynania jakiegokolwiek związku.
    Raczej musisz stanąć z twarzą w twarz ze swoimi demonami.... a nie z jej demonami.
    To trudniejsze, a Ty teraz tego nie robisz. Poradź sobie z poczuciem winy, bo to ważny aspekt Twojej chęci powroty, jeśli nie najważniejszy. Jeśli tego nie przerobisz, będziesz sam siebie karał, nawet podświadomie. Do tego jeśli masz "taki mechanizm"... to może on się odwrócić... i jak zaczniesz na nowo z nią być i dasz mega, mega więcej... a nie dostaniesz nic, to to poczucie winy zamieni się w nienawiść, bo podświadomość będzie dożyć do sprawiedliwości. Na pociechę powiem ci, że ona nie czuje tak jak ty.... a tobie się ciągle wydaje, że ona czuje jak Ty...
  • wolna_jak_ptakk 30.09.13, 13:13
    Pytanie do byłych partnerów osób z BPD w kontekście "zerowania"sie autora wątku.Ile czasu wam zajęło pozbieranie się, wyzerowanie i 'wyleczenie' po takim związku. Mi zajeło to 1,5 roku.Długo wiem nawet bardzo ale tyle potrzebowałam by stał mi sie on zupełnie obojętny.Rozumiem bardzo dobrze autora tego tematu bo po pół roku czul,am to samo co on , bylam rozbita na milion cześci, rozum jedno, serce swoje, współuzaleznienie od niego swoje, nie wierzyłam wtedy ,że przyjdzie taki dzień kiedy nie będzie mi brakowało tej sinusoidy piekła i raju na przemian.Było ciężko cholerie ciężko ale przetrwałam , czytałam rozmawiałam ze specjalistami.Nie szukałam na siłę nowej miłości jak autorowi wszyscy wydawali mi sie banalni, zwyczajni.Wszystko samo wróciło do normy , teraz jestem szczęśliwa.Wiecie tylko czego załuję ....straconego czasu w sumie 3,5 roku z zyciorysu a zycie , młodość sa takie krótkie.Z drugiej strony byc oże gdyby ten człowiek nie stanał na mojej drodze nie byłabym dziś tym kim jestem bo przyznaje się bez bicia :-) ,że związałam się z nim bo miałąm ogromne deficyty, które musiałam potem przepracować by stworzyć nowy , fajny jak sądze związek.Uważam jak przywołany przeze mnie dzis Spaprany ,że nikt "normalny" nie zwiąże się z borderem od początku , będzie asertywny, będzie stawiał granice, nie pozwoli sobie na bycie pożywką.
  • estereaaa 30.09.13, 13:30
    Ja jestem po , rok z hakiem... i to dopiero po roku mogę powiedzieć, że mój partner "stracił swój czar", przestał być taki wyjątkowy w mojej głowie itp.itd., ale wcale to nie znaczy, że wymazałam wszystko całkowicie... w sumie nie chcę wymazać, dlatego, żeby nigdy w życiu nie wdepnąć w coś podobnego. Wybaczyć nie znaczy zapomnieć :)
    Więc dopiero teraz po roku z hakiem mogę sobie tutaj pisać jak o "przypadku cudzym", bez specjalnego zaangażowania emocjonalnego. I też mi w głowie żadne związki nie były... chyba sama musiałabym być bardzo zaburzona, żeby chcieć się od razu z kimś związać, kiedy byłam tak pusta i wypalona, że nie mogłam ofiarować nic drugiemu człowiekowi i potrzebowałam tylko czasu dla siebie na odbudowanie.... Wiec mogę się podłączyć pod twój wpis :)
    mam też nadzieję, że teraz w niedługim czasie spotkam mężczyznę "odpowiedniego" dla moich potrzeb :) I tak samo jak ty mogłabym napisać, że dobrze chyba, że ktoś taki stanął na mojej drodze, bo dzięki temu jasno sama sobie odpowiedziałam na pytanie , czego tak naprawdę chcę od życia i od związku. Trudna lekcja, ale bezcenna. Czasem nie docenia się tego, co się ma, aż się straci... ja nie doceniałam spokojnego, ułożonego życia... :) No to dostałam aż nadmiar adrenaliny :) Teraz dziękuję Bogu za "normalność i codzienność" :)
  • estereaaa 30.09.13, 13:54
    P.S. CO było sygnałem do podjęcia decyzji o rozstaniu?
    To, że zauważyłam zmianę w sobie... że przestałam się śmiać, przestałam marzyć....
    przestałam się cieszyć, uśmiechać... I to był moment, kiedy "się obudziłam".
    kiedy zobaczyłam jakim człowiekiem byłam przed, a jakim jestem teraz ... (tzn.wtedy:)).
    Zabranie mi radości życia nazwałabym "największą zbrodnią" :)
    I to chyba miłość własna, kochanie siebie.... pozwoliło mi to zostawić.
    Teraz coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że tylko osoby, które nie kochają siebie mogą trwać w takich związkach latami... 5, 20 lat.
    Nikt nie jest doskonały i każdy ma swoje słabości i nie ma człowieka "nie zaburzonego", chodzi o te proporcje właśnie... Każdy ma jakieś "braki"... więc nie uważam, że tak dziwne jest rozpoczęcie związku, bo dlaczego się nie zakochać we wspaniałym człowieku, kiedy jest się samemu? Potem przychodzi zaangażowanie emocjonalne.... tym bardziej, że ten ktoś zdobywał cię przez długi czas... wiec pewnie mu zależy....tak myślisz :) Więc moim zdaniem wejść w związek może każdy, nie ma na to reguł... za to trwanie w nim latami to według mnie masochizm i kompletny brak miłości własnej. Potem na bank wkrada się uzależnienie i poczucie, że "nie jest to standardowy związek", ale mamy kontrolę nad tym i tamtym. :)

  • brz_a_sk 30.09.13, 10:31
    co i jak szybko się zapomina?

    i dlaczego czasem nie zapomina się nigdy

    Kiedyś wzięłam na ręce małego chłopca - na 2-3 minuty - nie zapomnę go nigdy

    i na pewno nie ma w tym we mnie nic a nic chorego wprost przeciwnie

    więc rozumiem jak wiele ma znaczenie w niezapominaniu

    jesli komuś to się przyda mogę napisać kilka zdań o tym - jak chwile zapadają w nas jak nas zmieniają

  • estereaaa 30.09.13, 20:08
    Ktoś tu wspomniał o "odpuszczaniu" i rzeczywiście był czas, kiedy wiedziałam, że jest źle, ale "nie odpuszczałam", bo to oznaczało by dla mnie porażkę, poddanie się, rezygnację... a jakoś nauczono mnie walczyć "do końca". No i weszła ambicja... fałszywa duma (tej zdrowej zabrakło!!!) upór, perfekcjonizm...itd., że niby w imię uczucia, utrzymania związku, że nie można się tak od razu poddawać itp, itd. Jednak to odwrót okazał się zwycięstwem.... a zostanie byłoby największą porażką.
    To właśnie jakaś "pycha" i upór nie pozwalały mi odejść... bo uznałabym to za zbyt łatwe poddanie się i porażkę. Na nieszczęście nie wiedziałam z czym mam do czynienia. Dowiedziałam się po rozstaniu. Więc czasem lepiej z uporu zrezygnować i uznać swoje ograniczenia.
  • wolna_jak_ptakk 01.10.13, 18:33
    Skygra śledzisz jeszcze swój wątek? pomogliśmy Ci podjąc jakies decyzje? jak się trzymasz ? :-)
  • skyrgra 02.10.13, 22:30
    Jasne, każda z opinii dała mi do myślenia, podobnie jak różne wypowiedzi na jakie się natknąłem śledząc wiele innych tematów na tym forum.

    Co do decyzji - już zapadła, raczej mam wątpliwości coraz większe, czy się jej trzymać; przez co trafiłem do Was. Przyznam, że świeżo po rozstaniu miałem więcej niż dziś poczucia, że dzieje się to co powinno i to czego chce. Uroki życia...
  • wolna_jak_ptakk 02.10.13, 22:34
    Czyli co planujesz powrót?
  • skyrgra 02.10.13, 23:14
    Nie, ale trudno mi to też wykluczyć. Takie, widzisz, stanie w rozkroku.

    Dobranoc
  • wolna_jak_ptakk 03.10.13, 09:06
    Przede wszystkim słuchaj siebie ale miej tez na uwadze ,że najlepszym lekarstwem jest czas.
    Przyjdzie taki dzień ,że po obudzeniu będziesz śmiał się ze swoich dzisiejszych rozterek :-)
  • brz_a_sk 04.10.13, 08:49
    "Myślę o podjęciu próby uratowania związku.To byłaby decyzja na całe życie, ale brak mi odwagi? Nie wiem czy założenie rodziny; zrobienie dziecka nadałoby nowy stabilizujący cel, czy też piętrzyłoby nowe problemy. Ciężki temat."

    wszystko tylko nie dziecko

    chętnie bym Cię postraszyła tym razem

    nie da się związku ratować, wzmacniać dzieckiem

    tak tonie działa

    wprost przeciwnie

    dziecko stanie się bronią przeciwko Tobie

    nie desperuj, tego już nigdy nie naprawisz

    najpierw napraw jeśli potrafisz! potem zaryzykuj dziecko - bo to zawsze jest ryzyko - dziecko wzmacnia dobry związek, słaby rujnuje

    nie licz na cud gdy chodzi o dziecko - to karkołomna desperacja - nie przywiążesz kobiety dzieckiem

  • gaetta 07.10.13, 19:47
    Owszem, miałam. W moim przypadku wychodzenie z tej miłości trwało znacznie dłużej i wcale mnie nie dziwi, że po pół roku nie czujesz się lepiej. Nie wiem, czy to będzie dla Ciebie wsparciem czy raczej Cię to dobije, ale w moim przypadku okres szarpaniny, rozważań i prób powrotu trwał 3 lata. Dopiero po tym czasie odzyskałam spokój i byłam w stanie otworzyć się na inny związek. Przez te 3 lata żyłam irracjonalną nadzieją, że może jednak udałoby nam się być razem. Wprawdzie świetnie zdawałam sobie sprawę z tego, że ten związek kosztuje mnie pół zdrowia, ze nie jestem już sobą, że stałam się płaczliwa i znerwicowana, ale jednocześnie wydawało mi się, że jak jeszcze raz porozmawiamy, że jak powiem mu, jak bardzo mnie boli jego zachowanie, to będziemy szczęśliwi. Było mi tym trudniej, że wierzyłam i nadal tego nie neguję, że on mnie naprawdę kochał.
    Dziś wiem, że to był paskudny czas, to miotanie się i rozważania, czy nie moglibyśmy do siebie wrócić, ale wiem, że było warto.
    Wiem, że to inteligentny facet, ma szereg zalet, potrafi być niezmiernie czuły, kochający, ale wiem też, że nie mogłabym z nim być. Życzę mu jak najlepiej i liczę, że ktoś go kiedyś przekona, że warto choćby spróbować terapii. Mnie się to nie udało.
    Popełniłam podstawowy błąd wszystkich partnerów osób z borderline - sądziłam, że jestem w stanie swoją czułością, zainteresowaniem, troską pomoc mu pokonać jego demony.Widzę, że to chyba i Twój tok myślenia. Prawda jest taka, ze każdy musi chcieć sam sobie pomóc. Nasza akceptacja nie zmieni świata i osoby z BPD.
    Błędem też jest winienie siebie. Myślenie, że jak bym był/była bardziej czuła/bardziej rozumiejąca/wyrozumiała (dowolne wstaw), to on by się nie zdenerwował.... Nie wiń siebie za rozpad związku, myśl o tym, czy byłbyś w stanie być szczęśliwy w związku z tą dziewczyną. Koszty emocjonalne związku z osobą z bpd są ogromne. Sam sobie odpowiedz. Ja nie byłam w stanie znieść tej straszliwej huśtawki uczuć i w trosce o swój stan umysłu musiałam odejść, choć czułam się kochana i ja sama kochałam.
  • wolna_jak_ptakk 07.10.13, 19:59
    gaetta a ile byliście razem??
  • gaetta 07.10.13, 20:30
    3 lata. Trzy lata wychodziłam też z tego związku.
  • wolna_jak_ptakk 07.10.13, 20:47
    No kawałek życia... najważniejsze to wyciągnąc odpowiednie wnioski.Rozumiem ,że już jesteś po traumie? w nowym związku? i moja dobra rada uciąć wszelki kontakt od razu najlepiej po zakończeniu związku.
  • gaetta 07.10.13, 21:05
    Spory to kawałek życia, długo mi brakowało tej emocjonującej huśtawki miedzy niebem a piekłem. Teraz jestem już z kimś "zwyczajnym" i dobrze mi z tym. Niedawno mój były odezwał się do mnie, szukał kontaktu, a mnie to "nie ruszyło", nie zabolało. Byłam ciekawa, co u niego, ale nie bardziej niż u innego kiedyś bliskiego człowieka.
  • toxic_chick 07.10.13, 21:24
    > Wiem, że to inteligentny facet, ma szereg zalet, potrafi być niezmiernie czuły, kochający, ale wiem też, że nie mogłabym z nim być. Życzę mu jak najlepiej i liczę, że ktoś go kiedyś przekona, że warto choćby spróbować terapii. Mnie się to nie udało.

    Wprost, na temat, logicznie... do czasu... nie można być z każdym kogo darzy się uczuciem... czasami nie warto i czasami nie gra.. i trwanie PRZY jest wówczas pozbawione celu... bez znaczenia "co" ma osoba i czy nie ma nic... to jedynie samookaleczanie się.. jeśli wyzbyłaś się nienawiści i nadziei? jest szansa dla Ciebie... dziwi mnie natomiast fakt wchodzenia na tą stronę, jeśli faktycznie jestes wyzwolona.. tak sobie z nudów wpisałaś forum borderline? czy może nadal nie dają Ci spokoju pewne rzeczy... fascynujące...
    Z tym co piszesz o terapii? to nie działa tak... jeśli ktoś nie chce? nie ma siły i osoby... do tego należy mieć świadomość... ALE! znam beznadziejne przypadki BPD, w których niereformowalne jednostki podjęły terapię dla drugiej... bo tak im zależało... i nie były głaskane.. nie było "wybaczam", nie było "porozmawiajmy"... było: spierdalaj albo zrób coś z sobą... jakoś podziałało...
    Swoją drogą.. skoro się nie leczył... to znaczy, że Ty postawiłaś diagnozę? :P to mnie ciekawi...

    --
    I stopped fighting my inner demons.. we're on the same side now
  • gaetta 08.10.13, 07:46
    Taka diagnozę postawił znajomy ppsychoterapeuta. Zachęcał mojego byłego do skontaktowania się z innym fachowcem, z kimś, kto nie byłby równocześnie znajomym, ale do takiej wizyty nigdy nie doszło. Sam z oczywistych przyczyn nie chciał badać przypadku.
  • toxic_chick 08.10.13, 22:06
    > Taka diagnozę postawił znajomy ppsychoterapeuta. Zachęcał mojego byłego do skontaktowania się z innym fachowcem, z kimś, kto nie byłby równocześnie znajomym, ale do takiej wizyty nigdy nie doszło. Sam z oczywistych przyczyn nie chciał badać przypadku.

    Na jakiej podstawie? na jakiej podstawie postawił diagnozę? piszesz, że nie chciał / nie mógł badać sam... więc? bo nie kumam
    Diagnoza BORDERLINE to nie jest kwestia kilku wizyt u lekarza! ani rozmów za plecami o kimś! To poważne zaburzenie a nie jakieś remedium na czyjś nieudany związek! mam wrażenie, że każdy koncentruje się tylko na jednym aspekcie! a prawda jest taka, że związki / relacje z ludźmi to tylko jakiś tam obszar (ważny) ale są inne, które rozpierdalają bardziej! ręczę!
    --
    I stopped fighting my inner demons.. we're on the same side now
  • wolna_jak_ptakk 08.10.13, 22:54
    Wiesz co Toxic Ty czepiasz się tu wszystkich jesteś wszechwiedząca i uzurpujesz sobie prawo do stawiania diagnoz.Powiem Ci tak jak ktoś porozmawia z zawodowym psychiatrą, terapeutą ,ma duzo informacji o życiorysie danej osoby, opowiada konkretne przykłady zachowań i reakcji to profesjonalista zdiagnozuje takiego osobnika bądż pewna.Juz Ci kiedyś pisałam to nie jest Twoje prywatne forum i Ty tu nie ustalasz kto i co ma i może pisać.Każdy wpis kwestionujesz ,krytykujesz itd.Nie chcesz nie czytaj finito.żyj i daj życ innym a przede wszystkim jak masz zdiagnozowane Borderline to rób coś z tym , chociaz się staraj bo po Twoich wypowiedziach widac ,że Ci sie zwyczajnie nie chce w każdym razie postępów nie widać.Sama nic nie rozumiesz swoja patologię uważasz za normy a oceniasz innych.I co napiszesz mi teraz znowu po raj kolejny ,że jestem dziwka i mam wypierdalać czy ,że rozbawiłam Cię do łez.Nie stac Cię ta no ,żeby przyznać komukolwiek innemu rację i to jest Twój największy problem.Moja rada pomyśl o tym.
  • toxic_chick 09.10.13, 21:07
    Ja nie stawiam diagnoz.. jest dokładnie na odwrót.. ja ubolewam nad tym, że stawia się diagnozy zdalnie... Ja ewentualnie mogę zasugerować, że nie można tak i że to bezsens.. to moje zdanie i mam prawo... widzisz.. jesteś w większości niezaburzonych (pfff;)).. a większość stanowią osoby, które diagnozują same... bo dostały po dupie.. i takie tam

    Nie znam "zawodowego psychiatry" (są nie zawodowi?...) który na podstawie opowieści innych wydaje sądy... nie poznawszy osoby, która ową diagnozę ma... bez znaczenia jakie zaburzenie czy jaka choroba... w przypadku borderline to dodatkowo trudne.. poczytaj sobie czasami.. dla swojej wiedzy.. jesteś laikiem.... każda twoja wypowiedź jest tego dowodem..

    Nie to nie moje prywatne forum i totalnie nie roszczę sobie praw.. nie krytykuje też każdego wpisu.. więc ogarnij się.. krytykuje głupotę.. jeśli już

    Nie wiem czy zwróciłaś uwagę, że nie reaguje z założenia na Twoje posty (wyjątek robię..) .. dla mnie? jesteś bez znaczenia i pozostańmy przy tym... nie stanowisz żadnej wartości wnoszącej.. jak katarynka.. nudna i przewidywalna do bólu.. i nie obrażam Cię... zwyczajnie nie wchodź ze mną w polemikę bo nie mam ochoty z Tobą polemizować.. nie ma o czym.. no nie ma.. odbijanie piłeczki.. i Twoje teksty... które pozostawiają wiele do życzenia... i owszem ma się ochotę reagować agresywnie.. wnosisz coś takiego.. dupnego.. czuć przez klawiaturę.. co dopiero na żywo.. żal mi chłopaka.. obojętnie kim był i co miał..

    Kończąc.. dla Twojej wiedzy (jeśli pomoże.. fajnie) tak owszem mam diagnozę.. od wielu wielu lat.. 5 lat w terapii... w sumie ponownie bo chcę... daje żyć innym i inni żyją ze mną.. moje wypowiedzi tutaj w stosunku do takich osób jak Ty... nie są wynikiem zaburzenia.. są wynikiem totalnego braku szacunku... wobec piszącego.. za jego SŁOWA!!!

    Pomyśl o Tym... pomyśl o tym kim jesteś..
    pozdrawiam i powodzenia :)

    --
    I stopped fighting my inner demons.. we're on the same side now
  • wolna_jak_ptakk 09.10.13, 22:32
    Żal mi Ciebie ale szacunek za to,że się leczysz.i się wydaje.A o Bordeline wiem wiecej niż Ci się wydaje akurat mam znajomego jednego z wybitniejszych psychiatrów w tym kraju, jest on światowym i uznanym naukowcem z przyczyn oczywistych nie podam nazwiaska ,ale jest ono powszechnie znane.Pozwól ,że będę się opierała na jego a nie Twojej wiedzy.

    Powodzenia.
  • gaetta 09.10.13, 22:56
    Postawił na podstawie doświadczenia zawodowego zdobytego podczas paru ładnych lat pracy w zawodzie i paroletniej znajomości osoby. Badać nie chciał, bo byłoby to nieprofesjonalne pracować ze znajomym, prawda?

    To poważne zaburzenie a nie jakieś remedium na czyjś nieudany zwi
    > ązek! mam wrażenie, że każdy koncentruje się tylko na jednym aspekcie! a prawda
    > jest taka, że związki / relacje z ludźmi to tylko jakiś tam obszar (ważny) ale
    > są inne, które rozpierdalają bardziej! ręczę!


    Zdaje się, że wątek, w którym piszemy, własnie tego aspektu dotyczył - trudności bycia z osobą z BPD. Czemu mnie atakujesz? W którym miejscu napisałam, że border to nie jest poważne zaburzenie?
    Kończę tę dyskusję, nie będę zaśmiecać cudzego wątku szczegółami swojej historii.
  • toxic_chick 07.10.13, 21:50
    Mam wrażenie czasami, że każda osoba, która została zraniona przypisuje borderline swojemu partnerowi ^^

    To absurd...
    --
    I stopped fighting my inner demons.. we're on the same side now
  • gaetta 07.10.13, 21:56
    hmm.... pewnie często tak jest, ja akurat to wiem, a dlaczego zajrzałam na to forum? przypadek, zaglądałam tu dość często, teraz weszłam na stary nick, żeby popisać na innym forum, zobaczyłam nowe komentarze i tyle
  • toxic_chick 07.10.13, 23:30
    > hmm.... pewnie często tak jest, ja akurat to wiem

    Aha... ;) skąd?

    a dlaczego zajrzałam na to forum? przypadek, zaglądałam tu dość często, teraz weszłam na stary nick, żeby popisać na innym forum, zobaczyłam nowe komentarze i tyle

    Nie ma przypadków...




    --
    I stopped fighting my inner demons.. we're on the same side now
  • brz_a_sk 11.10.13, 10:56
    scontent-a-ams.xx.fbcdn.net/hphotos-ash2/285645_243297389140600_1597474609_n.jpg
    nie poddajcie się bezsensownej tradycji

    budujcie SWÓJ świat :)

  • skyrgra 29.12.13, 02:56
    Życie jest komedią. Od miesięcy codziennie idę spać i budzę rano z dylematem co dalej? - czy próbować ją odzyskać i to ratować? miałbym szanse - tak to wygląda obiektywnie albo taka jest moja subiektywna fiksacja. Co rano na samo jej wspomnienie byłem napięty seksualnie jak nigdy przez całe życie. Miesiące huśtawki i katatonicznego trwania.

    Dość szybko po rozstaniu próbowałem złapać inną, która od dawna mi się podobała i była chętna. Widząc to moja była dziewczyna wpadła w furię i wbiła z pełnym arsenałem pretensji. I wiecie co? odpuściłem, odstawiłem tamtą kobietę, co może było błędem. Przez kolejne miesiące poznawałem następne, każda chętna żeby ze mną spróbować, ale nie próbowałem. Bo nie czułem się gotów, albo przede wszystkim - nie chciałem za sobą spalić mostu i urazić tej o której ciągle myślę.

    Od kilku tygodni było coraz gorzej, przygniatające nawarstwienie dylematów.Od Świąt zacząłem sobie uświadamiać, że skoro ona również tyle czasu nikogo nie ma - bo widujemy się i nie wygląda na to, żeby kogoś miała, nikt też znajomy o tym nie wspomniał - to powinienem wreszcie podjąć to co pochopnie zostało przerwane. Zamiast kręcić się w kółko.

    Dziś w zupełnie przypadkowej rozmowie dowiaduje się, że nie jest sama, ma kogoś od iluś tam tygodni czy miesięcy. Wiecie co jest najbardziej śmieszne? tuzin znajomych i przyjaciół o tym wiedział od dawna ale nikt mi wcześniej nie powiedział, bo.. nie chcieli mnie urazić. Chyba to, nie wiem kurwa.
  • spaprany 29.12.13, 05:29
    Panie skyrgra, uspokój się i oddychaj :)

    Mnie spotkało coś podobnego. Też wyszedłem ze związku wbrew temu, co czułem - zupełnie wyjątkowo zamiast serca posłuchałem resztek rozumu. Kiedy ostatni raz ją widziałem, kochaliśmy się oboje na zabój - nie fizycznie oczywiście. Znam ją lepiej, niż ona sama siebie (co akurat nie jest żadnym wielkim wyczynem), widziałem w jej oczach wszystko. Brzmi jak słaby melodramat, ale takie rzeczy się w życiu dzieją. Po prostu przeszliśmy przy sobie tyle, że oboje zdaliśmy sobie sprawę z tego, że będąc ze sobą dalej zatrujemy się nawzajem na śmierć. Nie napiszę o sobie nigdy jako o skurwielu, ale również nauczyłem się zasad gry i też w realu jakoś spektakularnie nie przepieprzałem. Wiedziałem, co zrobić, jak zareagować a kiedy wcale, żeby coś osiągnąć. Żeby tak oszukać system, by wyrwać od niej swoje. Obrzydliwie to brzmi :)

    Za to koszty prowadzenia tej gry były takie, że oboje fizycznie umieraliśmy na własnych oczach. Ja to wiedziałem i ona też to wiedziała. Poza tym... prozaicznie zdałem sobie sprawę z tego, że związek oparty na grze to jest najgorszy z możliwych życiowych wyborów. Bo to jest sfera, która powinna dawać wsparcie i radość, odpoczynek od syfu, którego wszędzie wokół jest dostatecznie dużo - a nie generować kolejne kosmiczne wydatki energii. Żadna romantyczna miłość nie jest tego warta. No, chyba że się jest Bukowskim i umie się tak dorobić filozofię do nałogu, że miliony klaszczą.

    Mija 1,5 roku, od kiedy nie mam żadnego kontaktu i żadnych wieści o niej. Olałem jej wszystkie cholernie wysublimowane pstryczki z cyklu "jestem tu, wracaj do gry!". Nasze miasta dzieli trochę kilometrów, wspólni znajomi chyba sami zrozumieli, że to jest temat zakazany. Ona - co by nie mówić, wierzę w to, że byłem dla niej kimś wyjątkowym. Jasne, że mi to powiedziała, ale nie dlatego w to wierzę, mam inne, znacznie bardziej wiarygodne dowody. Myślę, że nawet to, że nie dobija się do mnie i nie pakuje na siłę do mojego życia jest jednym z takich dowodów: jest w pewien sposób bardzo mądra i myślę, że uznała, że ja zasługuję na ochronę. Z moim poprzednikiem nie miała takich dylematów, pewnie go miącha do dzisiaj - bo nie dał rady odejść w porę i z klasą.

    Też, tak jak Ty, czułem się źle. Też próbowałem wchodzić w jakieś relacje. I też odpuszczałem, ale akurat mi trudno jednoznacznie stwierdzić, czy to z powodu akurat tamtych przebojów. Na pewno stałem się nadostrożny i bardzo się uzbroiłem. Kobiety, z którymi się spotykałem nad wyraz słabo reagowały na to, że po miesiącu nie mówię do nich "pieseczku", a mnie irytowało ich postępujące w nieprawdopodobnym tempie zaangażowanie. Nie byłem zdolny tego odwzajemnić, a poza tym doskonale pamiętam, które z moich związków zaczynały się jak start Challengera. Patrz, dokładnie te związki jak ten prom skończyły. Teraz zanim zaoferuję kobiecie to, co mam najcenniejsze, zanim zaufam i rozszczelnię zbroję, chcę wiedzieć, z kim tańczę. A tego się nie da dowiedzieć w trakcie kilkunastu spotkań. Dlatego nie panikuję i nie sądzę, żebym dokonał złych wyborów - kobieta po 30., która gada o wspólnym mieszkaniu po miesiącu znajomości wzbudza u mnie alarm ostatniego stopnia. Nie, nie i jeszcze raz nie.

    Piszę Ci o tym wszystkim, bo ostatnio też mi się zaczęły przytrafiać "niebezpieczne myśli" :) Ja się zmieniłem, ten związek mnie zmienił. Dzięki temu, że włożyłem w moim odczuciu bardzo dużo pracy w siebie - uznaję, że zmienił mnie na lepsze. I wiesz co, pomyślałem, że skoro ja się tak zmieniłem - ona może też? Ktoś mi bliski powiedział "stary, to jest miłość... odezwij się do niej, pogadaj, nic się nie stanie, najwyżej się wycofasz...". Prawie podjąłem decyzję. PRAWIE. Jednak zupełnie nagle i niespodzianie ktoś się wysypał, że ona z kimś jest. Kumasz? Akurat w te dni :) Oczywiście, że mnie to jebnęło, ale nie na długo. Przyszedł rozum i pomyślałem, że to jest fizycznie niemożliwe, żeby ktoś o takiej osobowości, jak jej, zmienił się w ciągu 1,5 roku. Nie ona. Nawet, gdyby wytrwała w terapii, którą kiedyś tam zaczęła - a w co szczerze wątpię. A kilka dni potem odezwał się do mnie znajomy, który ją poznał i powiedział dwa zdania. Te dwa zdania mnie upewniły w przekonaniu, że to jest TA SAMA osoba - z tymi samymi deficytami, nawykami, sposobem bycia.

    Napiszę Ci coś, co zaobserwowałem u siebie: pewnie dawno bym miał ten temat pozamiatany, gdybym się sam nie nakręcał. Realnie wystarczy, że sobie przypomnę, jak było i dlaczego z tego zrezygnowaliśmy - i więcej nie trzeba, żeby nie chcieć do tego wracać. Ale ja wracam nie do niej, tylko do ILUZJI. Do tego wszystkiego, co mój sprytny łeb powbijał w gigantyczne luki w realnej wartości tego związku, a co umożliwiało i usprawiedliwiało jego trwanie. Tęsknię do związku, który CHCIAŁEM z nią zbudować, nie do tego, który fizycznie istniał - i tą okresową tęsknotą powodują te same chore mechanizmy, przez które sobie na tę relację pozwoliłem i w niej trwałem.

    Także odpuść. Nie pierdziel, że pracujesz nad sobą i zapomnieniem, tylko zmień myślenie, bo przeczytałem wszystko i widzę, że gówno robisz. Tak strasznie chcesz o niej zapomnieć, że nic innego nie robisz, tylko myślisz o niej i o tym, jak zapomnieć :) Karmisz nie tego wilka, kolego. Jeżeli przestaniesz się szarpać i kierować tym przemożnym przymusem zapomnienia - dopiero wtedy sprawy zaczną się zmieniać.

    Kochaj ją sobie, bo pewnie zawsze będziesz jakoś kochał - ale dowodem tej miłości niech będzie to, że nie pozwolisz jej się skrzywdzić nigdy więcej. A drugim dowodem niech będzie to, że pozostaniesz przy swoim wyborze, żeby nie musieć jej krzywdzić oczekiwaniami. Nie oszukuj się, że pozbędziesz się tych oczekiwań, bo to jest tylko jeden z klasycznych mechanizmów umożliwiających przetrwanie chorego systemu. Pułapka, którą znam na wylot. Ponoć dla borda świadomość tego, że zabija kogoś, kogo do nieprzytomności kocha jest najbardziej bolesna. Oczywiście przychodzi dopiero post factum i tylko periodycznie - jak wszystko inne :)
  • skyrgra 29.12.13, 10:27
    "nauczyłem się zasad gry i też w realu jakoś spektakularnie nie przepieprzałem. Wiedziałem, co zrobić, jak zareagować a kiedy wcale, żeby coś osiągnąć."

    Miałem identycznie. W moim przypadku: to raczej ja ją bardziej skrzywdziłem niż ona mnie. Co z tego wynika? świadomość, że można wrócić i dalej robić to co się robiło: trzymać stery. I tu mam myślenie: czy byłoby inaczej? siłą rzeczy reguły byłby inne. Jak stwierdzasz:

    "nie dobija się do mnie i nie pakuje na siłę do mojego życia jest jednym z takich dowodów: jest w pewien sposób bardzo mądra (..)
    to jest fizycznie niemożliwe, żeby ktoś o takiej osobowości, jak jej, zmienił się w ciągu 1,5 roku. Nie ona."

    Pierwsze z powyższych, co oczywiste nie kłóci się z drugim - w moim przypadku uznałem (słusznie), że nie znałem jej wcale tak doskonale, lub nie wszystkie sfery. Zaimponowała mi tą jej stabilnością, dystansem i rozsądkiem po rozstaniu, wiem, że silną aparycją wśród ludzi płaciła emocjami w samotności, bo tak działa. Zaskoczyło mnie to co opisałeś: "nie dobija się do mnie i nie pakuje na siłę do mojego życia " - bo myślałem że będzie inaczej.

    Właściwie zacząłem dochodzić do wniosku, że wcale nie jest BPD bo za wiele w tym opanowania i klasy - i nawet teraz się zastanawiam czy nie zakwalifikowałem jej pochopnie. Jest mądrzejsza ode mnie. Zaskoczyła mnie tym zupełnym odwróceniem się - uznaje to za mądrość, czy jakkolwiek pojebanie to zabrzmi: jakąś wyższą logikę świata która objawia się w niektórych kobietach. Jeden z renesansowych filozofów napisał, że gra życia toczy się pomiędzy virtu (męskością) a fortuną (szczęściem, sprzyjającym losem), która jest jak kobieta. Ale nie zwykła tylko taka "którą trzeba koniecznie bić i dręczyć, aby ją posiąść". Wiadomo co to przypomina... I fortuna jest zachłanna - albo sprzyja Ci w momencie na wielu frontach albo odwraca się zupełnie. Więc idąc takimi ścieżkami myśli mam tylko jedno w głowie. Ale jak stwierdzasz:

    "Tęsknię do związku, który CHCIAŁEM z nią zbudować, nie do tego, który fizycznie istniał - i tą okresową tęsknotą powodują te same chore mechanizmy, przez które sobie na tę relację pozwoliłem i w niej trwałem."

    Na to nie potrafiłem wpaść. To mi otwiera oczy, ale nie oszukujmy się - nie całkiem. Bo skoro jest to "gra" to tym bardziej w mężczyźnie tkwi ciągła chęć podjęcia wyzwania. Jednak - gdyby było tak świetnie to by się nie rozpadło z hukiem.

    Na twoje wpisy natrafiłem jakieś pół roku temu i większość przeczytałem zachłannie w kilka godzin - żeby znaleźć jakieś odpowiedzi, bo Twoje rozeznanie w terenie imponuje. A teraz zabawne: uznałem wtedy, że wiem tyle samo - po dzisiejszym Twoim wpisie widzę ze śmiechem, że definitywnie nie.

    Co nie mniej mnie śmieszy - od kilku dni zaczytuje się w Jungu. Mało kto a może nikt nie zapuścił się w ludzką psychikę tak daleko. Odrzucił wiele założeń swojego nauczyciela Freuda i stworzył nową psychologie, której "nauka" nie akceptuje. Twierdził, że "świadomość" jest tylko częścią umysłu, a na decyzje od błahostek po kluczowe wpływają także konkretne części nieświadomości: archetypy tkwiące w umysłach - wyliczył je opisując idee ludzkich religii, mitów, dzieł sztuki. Według niego ci ludzie którzy twierdzą, że należy być wyłącznie racjonalnymi i ignorują zjawiska nieświadomości - to ci którym grożą nerwice, depresje i inne zafiksowania.

    Więc czytałem tego Junga z powątpiewaniem; typ plecie a ja mam pełny dostęp do znajomości siebie, swoich emocji i ostatnią osobą na świecie która by mnie mogła zaskoczyć to ja sam. Wiedziałem,, co jest banałem że była kobieta wreszcie z kimś będzie i wcześniej lub później zobaczę to na własne oczy - normalna kolej rzeczy.

    I co? HAHA, jestem w szarej dupie! Nawet tego "na oczy" nie zobaczyłem, a sama informacja mnie poskładała! Wstałem rano i nie wiem czy mam się cieszyć z wyzwolenia czy przeciwnie. Zupełnie nie wiem, ani nie jestem zadowolony, ani wkurwiony lub smutny - czuje się tylko jakbym zaraz przed obudzeniem wychłeptał na strzał 5 mocnych kaw.

    @spaprany - dziękuje za tę garść zdumiewających akapitów.
  • psst_ona 29.12.13, 14:12
    Tam gdzie jest gra, tam nie ma prawdziwej bliskości. Jeżeli musisz drugą osobę rozpracowywać i żonglować swoimi emocjami, aby cos uzyskać, jeżeli komunikacją jest jak na polu minowym to trudno osiągnąć z kimś dojrzałe uczucie. Jeżeli ktoś nie potrafi przyjmować czegoś dobrego od drugiej strony (ja jako bord brakiem tej umiejętności psułam wszystkie moje relacje), jezeli nie ma tej naturalnej, zdrowej wymiany trudno o utrzymanie czegokolwiek.
    Zastanowaiło mnie to sentymentalne podejście do partnerki. W zasadzoe, to jak obserwuję siebie i dokopię sie trochę głębiej, to widzę, że nie tęsknię do tej konkretnej oosby, ale do tego, co ta oosba mi dawała, do emocji jakich z nią doświadczałam. Tak podświadomie, ta tęsknota i sentymenty nie mają żadnego podłoża personalnego.
    A co do wrażenia (które stwarza czas i podrasowuje tęsknota i nadzieja) ze nasz były partner sie zmienił... Trochę mnie to rozbawiło, bo do mnie - całkiem otwarcie lub bardziej dyplomatycznie - tez chcieli wracać moi byli faceci i kobiety (jestem bi) i ich podejrzenia co do mej przemiany były tak podobne do Twoich. I ja się od czasu długiego tez zastanawiam nad tym, na ile sie zmieniłam. Przeszłam bardzo długa drogę, mam dopiero 31 lat ale masę doświadczeń (wiec i niby i lekcji) Teoretycznie duzo wiem, mogę pisac mądre posty na forum. Ale kompletnie sobie nie ufam jednak. Mam obawy jak sobie poradze w praktyce, kiedy emocje nabiorą rozpędu. Jestem osobą inteligentną i dbam o swój wizerunek, wiem kiedy będę uznana za wairiatkę i kiedy zboczę z toru. I wszyscy na zewnątrz widzą tylko ów obrazek, bo nie wiem, na ile jeszcze to jestem prawdizwa ja, empirycznie tego nie sprawdzilam, od 2 lat jestem sama. Boję sie tej próby, a samotnośc jest bezpieczna i rozwijająca.
    Spapranego też czytałam zachłannie i czoła chylę :) Z jego postów wyszłaby dobra książka;) Ale widzisz, gdyby ktoś o tak dojrzałej osobowosci jak spaprany chciał wejśc ze mną w relację, bym chyba uciekła. W pewien sposób chcę dojrzałego związku, dorosłej postawy (bardzo podniosły mi sie kryteia doboru partnerów) ale w momencie próby nie wiem czy sprostam. Jest we mnie taki pierwotny instynkt, coś bardzo silnego, opornego na nauki i argumenty. Boję sie tego u siebie.
    Nietzsche mawiał 'im wyzej ktoś szybuje, tym mniejszy wydaje się tym, którzy nie potrafią latac'. Długo tego nie rozumialam. Pozdrawiam ciepło:)
  • brz_a_sk 29.12.13, 15:03
    ja mam przekonanie, ze tam gdzie jest gra już nigdy nie będzie miłości

  • wolna_jak_ptakk 29.12.13, 15:06
    A manipulacja nie jest grą? a testowanie kogoś i żerowania na jego emocjach to nie jest gra??
    I niech mi tu jeszcze ktoś napisze ,ze bord umie kochać...nie umie jak ktos przed chwila napisał on "kocha" stany jakie z ta osoba przeżywa "kocha" ulgę jaka odczuwa jak komus dokopie "kocha" tą satysfakcję. A czy tym kozłem ofiarnym będzie asia, ala, basia czy franek to wsio ryba.
  • psst_ona 29.12.13, 15:24
    To chyba lekka nadinterpretacja:) Nie myśle aby bord odczuwał przyjemność z 'dokopywania' komus. Może jest tak to odczytywane przez oosby które doznały krzywdy, własne cierpienie zniekształca dużo. Ludźmi (wszystkimi!) kierują ich mechanizmy podświaodmości (które sa mechanizmami obronnymi) i na serio to tylko czysty psychopata czy sadysta może czerpać przyjemność z 'dokopywania'. A czy osoby bpd nie doświadczają nigdy krzywdy od innych? Wydaje mi się ze mamy wszyscy poodbne sumienie:) Ja np doświadczyłam pokrętnej manipulacji, gdy ktoś podważał moją prawdę argumentując tym, że ejstem popierdolona jako bord. Czyjaś 'choroba' moze byc zajebistym wytłumaczeniem na wszystko, co komus w nas nie pasuje, trzeba byc ostroznym ;)
  • brz_a_sk 29.12.13, 15:32
    ukradli mi samochód

    na milion % to nie ma korelacj z tym, że ja ukradnę komuś coś ?

    ma tylko, że wtedy ja będę złodziejem w 100% i bez taryfy ulgowej


    odradzam tropy a bo wiesz ja to tak cierpię

    to cierp dalej

    Każdy border w dobrej terapii wie, że jego wiedza i doświadczenie nie mają być usprawiedliwieniem ale szansą by nie syfić w życiu

    oczywiście niebordom polecam tę jasność nad oczywistościami
  • wolna_jak_ptakk 29.12.13, 15:35
    wisz ja mialam do czynienia z osobnikiem acting out z współtowarzyszącym antysocjalnym zaburzeniem osobowości i za każdym razem widziałam satysfakcję i usmieszek jak komuś dokopał czy zrobił przykrosć wiec pisze o własnym przypadku.
  • brz_a_sk 29.12.13, 15:37
    a jest ktoś kto wątpi?

    www.youtube.com/watch?v=QCU33C6RHPk
  • spaprany 29.12.13, 16:50
    Jasne, oczywiście, ALE pewnie wszyscy zdziwilibyśmy się co nie miara, gdyby ktoś zrobił wiarygodne badania - ile osób rzeczywiście kocha człowieka, a ile te stany, które w nim wywołuje człowiek. Nie tylko te wielkie i histeryczne, ale też choćby osławione poczucie bezpieczeństwa. Miłość w stanie czystym moim zdaniem nie istnieje kompletnie. Każdy, kto mówi, że kocha nie za coś, tylko pomimo - moim zdaniem kłamie jak pies, a najdłuższy nos mają partnerzy borderów :)
  • spaprany 29.12.13, 16:41
    tak, bo to jest właśnie w to gra - w ucieczkę od miłości :) Kto dalej i szybciej ucieknie, ten wygrywa, tadam!
  • brz_a_sk 29.12.13, 16:55
    spaprany napisał:

    > tak, bo to jest właśnie w to gra - w ucieczkę od miłości :) Kto dalej i szybcie
    > j ucieknie, ten wygrywa, tadam!


    tadam

    tadam

    sprawdzam

    pokaż wygraną

    tadam


    tadam

  • spaprany 29.12.13, 17:13
    hłehłe

    ja uciekam od własnej, jak wiesz :*
  • brz_a_sk 29.12.13, 17:20
    sytuacja po tej stronie Wisły bz

    :P
  • spaprany 29.12.13, 16:39
    "...ktoś o tak dojrzałej osobowosci jak spaprany..."

    HAHAHAHAHAHAHAHA

    HAHAHAHA

    Wiesz co, to jest taka sama dojrzałość, jak pewnie Twoja. Teoretyczna, osiągana i tracona okresowo i zrywami, na poziomie świadomości. Też pewnie mogłabyś napisać książkę o bpd i nikt by nie zajarzył, że to masz. Uwierz mi, ja mogę ładnie i mądrze pisać, bo umiem, ale jestem zdrowo poprzestawiany - z nickiem nie żartowałem. Czasami czytam jakieś swoje wpisy po to, żeby sobie przypomnieć, jak powinienem myśleć. Identycznie uciekłem od kilku kobiet, które były we mnie bardzo zakochane i z pełnym zaufaniem chciały budować rodzinę. Może dlatego tak bardzo rozumiem pewne aspekty problemu bpd... i może dlatego akurat z takimi kobietami czuję to intergalaktyczne, rozpierdalające porozumienie dusz :)
  • brz_a_sk 29.12.13, 12:12
    www.youtube.com/watch?v=ACGeoHkLI90
  • skyrgra 29.12.13, 20:06
    Dziękuje za wszystkie nowe komentarze - pokrzepiły mnie, a poziom dyskusji zaimponował. Ale jak intuicyjnie wiecie - nie potrzebuje ani pokrzepienia ani imponowania. Potrzebuje skalpela z zewnątrz. No, więc Wy nim właśnie jesteście. Mógłbym się zwierzyć któremukolwiek z moich przyjaciół, ale tego nie zrobię bo oni jakkolwiek by byli bystrzy - w tym temacie chuja wiedzą. Więc
    opowiem Wam jeszcze coś

    Od rana próbowałem robić to co zwykle robię w niedziele: czytać sensowne książki. Ale nie tym razem - nie udało się, zbyt byłem pobudzony. Mieliście chwile gdy "inteligencja" zdaje się być wyższa niż kiedykolwiek i kojarzenie faktów, gestów, słów, znaczeń wydaje się banalne jak układanie klocków? Tak się czuję od rana. Wszystko jest transparentne.

    Jeśli przeżyliście coś podobnego to wiecie też, że co najskuteczniej przytępia inflacje albo iluzje bystrości - alkohol. Więc od kilku godzin pije samemu co chyba nigdy mi się w życiu nie zdarzyło. Coraz więcej i zero efektu, przeciwnie zmysły wyostrzone piszę tego posta bez literówek. I nagle doszedłem do wniosku, że to co mi może przynieść ulgę to wjebanie w tego aktualnego chłopaka z pięściami - dokładnie to!

    Pomyślicie "co za świr", ale pojmijcie to:
    Zanim odpisałem rano @spapranemu miałem intensywne sny o których nie wspomniałem. No więc w skrócie taka komedia: jestem w Katowicach chociaż topografia miejsc zupełnie nie odzwierciedla realiów miasta. Trafiam do klubu którego w tym mieście nie ma. Jest ze mną paczka przyjaciół, wszyscy wchodzą, ale nie Ja - ochrona mnie odtrąca. Wszystko dzieje się w obszernej poczekalni o kształcie auli. Wpuszczani są kolejni ludzie, wielu z nich jest mi życzliwa: na pocieszenie za to że czekam dają mi różne przedmioty, swoją kurtkę (bo byłem w bluzie), laptopa -chyba żebym miał się czym zająć. Jakaś parka czekała ze mną - powiedziałem im, żeby weszli i mnie zostawili. Wreszcie przedsionek stał się pusty, tkwiłem tam sam. Przez oszklone ściany patrzyłem na miasto, było puste. Nagle zobaczyłem na ulicy JĄ, poszła usiąść na przystanek. Podszedłem do niej, ucieszyłem się bardzo na jej widok, ona na mój chyba też. Nie rozmawialiśmy o niczym istotnym. Chciałem z nią zostać i wracać ale wyjaśniłem że nie mogę, bo muszę czekać z tą kurtką i jebanym laptopem żeby oddać tamtym gdy wyjdą. I wróciłem do poczekalni.

    Haha, czaicie wymowę tego snu? wróciłem do poczekalni!
    Bardziej mnie ten sen rano rozpierdolił niż wczorajsza informacja, że jest zajęta. Może zresztą to jeden i ten sam komunikat, ale podany na innej tacy.

    No więc wysyłam wiadomość kumplowi czy idzie na piwo, oddzwania że chętny, mówię, że jak dojdzie i jeśli ONA tam będzie to niech mi da znać bo wtedy nie wpadam. On na to, że będzie na pewno, wie to. Nie dopytałem skąd wie i czy będzie sama. Powiedziałem, że zostaje w domu - fałszywa iluzja bo zaraz tam pójdę. Wierzycie w symbolizm, intuicje lub inne bzdury?

    Skumajcie więc to. Zanim zacząłem pić, kilka godzin temu dzwoniła matka, standardowe 'co słychać' i na zakończenie mówi: "nie zrób niczego głupiego!"- powtórzyła to dwa razy. Nie pamiętam żeby kiedykolwiek w ostatnich latach powiedziała mi NIE ZRÓB NICZEGO GŁUPIEGO! Czemu dziś? Nie wiem. Idę tam i nic głupiego nie zrobię
  • wolna_jak_ptakk 29.12.13, 20:13
    Chłopie Ty siedź z dupą w domu i daj w tym tygodniu na tacę w podzięce ,że ktos nad Tobą czuwa i nie siedzisz już w tym bagnie.A co ten nowy jest winien ?? on będzie za jakiś czas pewnie większym wrakiem człowieka niż TY.Weź się ogarnij i tak By Cię zdradzała i miała swoje loty.Czytaj to forum ze zrozumieniem!! Zamiast wpadac w alkoholizm zajmij się sobą!! i szukaj normalnej kobiety do normalnej relacji!!
  • skyrgra 29.12.13, 21:00
    @wolna_jak_ptakk
    Dziękuje Ci szczerze za troskę! ale wyluzuj, wziąłem prysznic, ciśnienie minęło, i idę z pacyfizmem na twarzy oraz z krztynką życzliwości wobec świata. Ino żeby mnie nikt nie wkurwił a będzie wieczór z klasą ;)
  • wolna_jak_ptakk 29.12.13, 21:04
    hahhaha :-) spokojnie czasem trzeba z grubej rury :-) ale sam szukasz guza no nie wierze ,że pójdziesz tam zobaczysz ją w towarzystwie lub objęciach nowego i przejdziesz koło nich obojetnie ..zreszta po co Ci takie widoki masochistą jesteś?? co chcesz sobie czy jej udowodnić?
    No ale good luck :-)
  • psst_ona 29.12.13, 21:16
    Hahahahaha
    Chłopie, Ty nie idziesz 'na piwo', Ty idziesz do niej ;) Strasznie Cię tam ciągnie ;) Impulsywne emocje to daremny doradca, więc pewnie będzie ciekawie ;D
    Dobrej zabawy ;)
  • spaprany 29.12.13, 21:31
    tak tak, też miałem sny, w których symbolikę wierzyłem i te takie różne znaki i przesłania i mistyczne stany ducha :) Łeb jest tak zrobiony, że generuje cuda, a potem przypisuje to cudom niewidom i wszystkiemu dookoła.

    Co do wyjścia - jak dla mnie ekstremalnie słaba decyzja, ale co ja tam wiem :) Widocznie tak Ci brakuje emocji generowanych przez nią w swoim życiu, że lecisz do JAKICHKOLWIEK emocji związanych z nią. Ja tam celowo nie chodzę w miejsca, gdzie się możemy potencjalnie na siebie nadziać, widocznie za cienki jestem na takie widoki :) Co by nie mówić - mam swoje wewnętrzne rozterki czasami, ale serdecznie Ci współczuję szarpaniny takiego kalibru.
  • skyrgra 30.12.13, 11:43
    > Co do wyjścia - jak dla mnie ekstremalnie słaba decyzja

    Tak. Poszedłem, piłem na umór. I zobaczyłem jak kwadrans papla przez telefon z nowym chłopakiem. Podobno sukces ma swoją cenę, ale tak naprawdę najwięcej kosztuje porażka.
  • wolna_jak_ptakk 30.12.13, 12:20
    I po co to zrobiłeś ?? Tobie jest gorzej a ona triumfuje pewnie.
    Zrozum czym szybciej zapomnisz tym lepiej dla Ciebie!
  • spaprany 30.12.13, 12:50
    a skąd wiesz, że z nowym chłopakiem? Podsłuchiwałeś?
    Chciałbym coś mądrego napisać, ale naprawdę ekstremalnie trudno. Jesteś inteligentny, wszystko wiesz. Kieruj swoimi myślami i czynami ŚWIADOMIE, bo jak do tej pory Twoja mądrość się na wpisach kończy. Ona Ci już krzywdy nie zrobi, teraz sobie sam robisz. Pielęgnuj pamięć o tym, dlaczego zdecydowałeś się odejść. Z każdym momentem, w którym przezwyciężysz swoją słabość, poczujesz smak drobnego zwycięstwa - z każdą taką akcją, jak wczoraj, robisz z siebie sam ofiarę i galaretę. Pardon, ale piszę Ci jak facet facetowi. Nie kolekcjonuj chwil, wspomnienie których kastruje, bo będziesz miał problemy z lustrem przy goleniu. Trwać w toksynie paradoksalnie łatwo, chociaż tak trudno, dlatego niewielu odchodzi w porę. Trwale, samodzielnie wyrwać się z matni - potrafią tylko nieliczni. Decyduj ;)
  • brz_a_sk 29.12.13, 22:04
    czy ja mogę o coś poprosić

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka