Na pierwszy rzut oka tak rzeczywiście mogłoby się wydawać, ale kiedy zastanowić
się głębiej, to właśnie jest odwrotnie. Trudność w zrozumieniu tego paradoksu
polega na tym, że spotkania o których piszesz dzieją się w innej chronologii
czasowej dla jednych i innej dla drugich. Przykładowo Richard spotyka Locka w
1954, Sawyera w 1974 itd, a Charlotte Daniela w 1971 (jeśli dobrze pamiętam).
Dla Richarda i Charlotte jest to spotkanie w czasie "ciągłym", chronologicznym
ich życia. Nasi lostowicze natomiast przeskakują sobie z czasu do czasu w sposób
"nie-ciągły", skokowy, w ich odczuciu rok 2004, czyli rozbicia się na Wyspie
następuje PRZED rokiem 1974, Dharmą i tym wszystkim co przeżywają obecnie w
serialu. Właśnie dokładnie tak, jak jest to pokazane widzowi. Świetnym na to
przykładem jest spotkanie rannego Locka i Richarda przy wraku samolotu
przemytników. Richard mówi, że Lock mu powiedział o postrzale, ale to
"powiedział" jest dla Richarda, natomiast dla Locka jest to czas jeszcze
przyszły: on dopiero mu o tym "powie". To trochę trudne do zrozumienia dla
naszej wyobraźni, bo nasz umysł jest przystosowany do rozumienia czasu jako
linia ciągła. Trzeba się tylko uwolnić od myślenia w tych kategoriach. Że
niekoniecznie musi tak być, to próbował wykazać już Einstein. Dla mnie jest to o
tyle łatwiejsze, że interesuję się fizyką kwantową, więc tego rodzaju paradoksy
(ograniczenia umysłu) muszę pokonywać częściej. Pozdrawiam.