Jego śmierć- POMOCY!! ;(( Dodaj do ulubionych

  • drzewko
  • od najstarszego
  • od najnowszego
  • drzewko odwrotne
  • Nie wiem od czego zacząć...
    Codziennie odwiedzam to forum i zabieram się do rozpoczęcia tego
    tematu, ale ciągle brakowało mi odwagi i siły...
    11 maja mój chłopak zginął w wypadku motocyklowym. Zginął na
    miejscu... Byliśmy razem prawie 5 lat i był moim pierwszym i jedynym
    chłopakiem jakiego miałam w życiu. Mam 20 lat i całe moje życie
    straciło jakikolwiek sens i cel. Nie mam już marzeń, planów na
    przyszłość..
    Kochałam Go najbardziej na świecie!!! Nie miałam normalnej rodziny,
    moje dzieciństwo to w większości tylko awantury mojego ojca i
    najbardziej w życiu pragnęłam mieć normalny dom!! I tak STRASZNIE
    bałam się właśnie tego, że któregoś dnia ktoś mi odbierze mojego
    chłopaka!! Mój Boże czym ja sobie na to wszystko zasłużyłam ?!?!?!
    Minęło prawie 5 miesięcy, a ja po prostu nie daje już sobie z tym
    wszystkim rady. Ludzie, których kiedyś uważałam za swoich przyjaciół
    zostawili mnie. Nie mam już do nich chyba o to żalu, bo wydaję mi
    się, że ta sytuacja ich troche przerosła.. Została mi już tylko
    dwójka przyjaciół.. Takich prawdziwych...
    Najgorsze w tym wszystkim jest to, że minęło prawie 5 miesięcy i
    wszyscy zaczynają już wymagać ode mnie tego, abym wreszcie się
    pozbierała. Żebym zaczęła normalnie żyć, planować cokolwiek... Ale
    ja nie potrafię... Zaczyna brakować mi wsparcia, którego tak BARDZO
    potrzebuję.. Mam dwójke przyjaciół z których jedna osoba to siostra
    mojego chłopaka... Wiem, że mogę na nich liczyć zawsze bo udowodnili
    mi to już nie raz. Tylko, że przyszedł taki moment że każdy zaczyna
    pomału żyć własnym życiem i ja rozumiem to że nikt nie jest w stanie
    poświecić mi każdego dnia... A ja nie daje sobie z tym wszystkim
    rady!!!
    Jestem tak znerwicowana, że nawet nie da się tego opisać... Schudłam
    prawie 10kg i wyglądam już jak anorektyczka... I najgorsze w tym
    wszystkim jest to że na dodatek mam bulimie.. Tak ciężko jest mi się
    przyznać do tego sama przed sobą... Wiem, że to chore całe moje
    życie po prostu mi sie posypało i tak BARDZO nienawidzę siebie i
    żałuję, że to NIE JA umarłam, że chyba w ten sposób staram się
    siebie ukarać.
    Tak BARDZO się boję, że któregoś dnia tego wszystkiego nie
    wytrzymam... Dwa razy chciałam popełnić samobójstwo... Niestety jak
    widać z marnym skutkiem... Nie ma dnia w którym nie miałabym
    nadzieji, że może tym razem potrąci mnie samochód, że może coś mi
    się stanie że nie będe musiała się juz tak męczyć!!! A ostatnio
    jedyne o czym myślę przed zaśniecięm to jakby skończyć z tym życiem
    raz na zawsze... Bo nie czuję się już nikomu potrzebna... Stałam się
    tylko ciężarem dla wszystkim w okół i nikt nie jest w stanie mi
    pomóc... A to mnie dobija...
    Przepraszam jeśli to co napisałam jest zbyt chaotyczne, ale tak
    wiele kosztuje mnie opisywanie tego wszystkiego, że nie potrafię
    jakoś zebrać myśli...
    Nie mam już siły z tym wszystkim walczyć. Nie chcę mi się życ tylko
    z dnia na dzień. Nie wiem co mam ze sobą zrobić po prostu tak
    strasznie się w tym wszystkim pogubiłam... Nie umiem zaplanować
    sobie jednego dnia, a rodzina wymaga ode mnie żebym może poszła do
    pracy, pomyślała co robić i "wzięła się w garść". A mnie po prostu
    szlak trafia jak to wszystko słyszę!!!
    Najgorsze w tym wszystkim jest to, że ja nie chcę myśleć o tym co
    się stało. Nie chcę się zastanawiać nad tym co teraz będzia tylko
    czekam aż może tego dnia będzie tak jak dawniej... Nie chcę sobie
    tego wszystkiego uświadomić, nie chcę żeby dotarło do mnie to co się
    stało bo wtedy będe musiała nauczyć się z tym żyć... Ale JAK?!
    Jednego chciałabym najbardziej... Zasnąć i NIGDY więcej się już nie
    obudzić... Bo ten ból i ta bezsilność mnie dobija...
    • ...Kochana tylko my tu na tym forum możemy powiedzieć,że wiemy co czujesz.
      Ja tez straciłam męża i ojca dwojga dzieci w wypadku motocyklowym i też
      prawdopodobnie zginął na miejscu. Tyle tylko, że było to równe 2 miesiace temu.I
      zobacz, jest strasznie ciężko - bo małe dzieci.Młodszy synek nie miał nawet pół
      roczku gdy jego tata pół godziny po spacerze z nim - zginął. Nawet nie będzie
      go pamiętał.I jakoś sie trzymam bo muszę , pomimo tego że byłam przy jego agonii
      i nic nie mogłam zrobić.

      A czytając Twój post widzę, ze owszem mozesz zaglądać na forum i czytać i pisać
      ale przede wszystkim powinnaś sama zadbać o siebie i swoje zdrowie.Jesli
      przyjaciele już powrócili do "normalnego" życia i mało ich obchodzi, ze ty
      jeszcze nie, to proszę powinnaś sama bez niczyjej namowy pójść o poradę do
      psychologa (ja też chodzę).

      Co Ci mogę napisać.. Przecież jesteś jeszcze młodziutka i całe zycie przed Tobą.
      Czy Twój ukochany chciałby abyś sie tak pogrążyła???/
      Na pewno nie.
      Musisz szukać wsparcia u specjalisty i zrób to póki jeszcze próbujesz szukać
      pomocy (szukasz, to znaczy, ze chcesz jeszcze żyć)

      Przytulam Cię bardzo mocno do serduszka i proszę zrób to - bo chociaz dla siebie
      może w tej chwili nic nie znaczysz ale dla innych na pewno jesteś ważna i potrzebna

      Kasia
    • chce troche czasu, bo czas leczy rany...tak spiewal riedel. i to
      prawda, jednemu zajmuje to tydzien, innemu miesiac a jeszcze innemu
      rok. ale bol ustapi. ja nie stracilem nikogo w podobny sposob jak
      Ty, niedawno moja wielka milosc odeszla do innego. wiem ze wydaje Ci
      sie teraz ze juz nie spotkasz nikogo kto choc dorownalby Twojemu
      chlopakowi, nawet nie chcesz szukac bo kazdego porownujesz z Nim, i
      zaden nie ma szans w tym porownaniu. ja tez tak robie, to niestety
      nieuniknione. tez ide sobie ulica i nawet nie patrze czy cos jedzie,
      bo w sumie nie za bardzo mi zalezy. ale to pomalu mija. i wiem ze
      minie. Tobie rowniez. i wiem ze nie wolno myslec ze swiat konczy sie
      wraz z odejsciem waznej lub najwazniejszej dla na sosoby. zadna
      osoba nie jest warta tego by odbierac sobie dla niej zycie. i na
      pewno by tego nie chciala. nie zyj przeszloscia, jeszcze masz cale
      zycie przed soba, tyle do zobaczenia, jest po co zyc, zawsze...
      jestem z Toba, pisz
    • dobrze że tu trafiłaś, myślałam o Tobie często i czytałam Twój wątej
      na "żałobie". Tu jest chyba dla Ciebie bardziej odpowiednie miejsce,
      niestety. Tak jak już Ci pisałam, musisz żyć. Przestań myśleć o
      samobójjstwie, do niczego to cię nie zaprowadzi. Skąd wiesz co jest
      dalej? Przecież jako samobójca możesz już nigdy po śmierci go nie
      spotkać? tego chcesz? a jeśli nie ma nic? to NAPRAWDĘ nieczego nie
      rozwiąze. Pamiętaj, że masz przyjaciół, dwoje to wcale niemało,
      niejedna z nas została całkiem sama. I tu na tym forum też
      znajdziesz przyjaciół. Tu możesz napisać wszystko co czujesz i każdy
      z nas powie ci, że wie o co chodzi. Często organizujemy też
      spotkania, może to by ci pomogło? I idź do pracy dziewczyno, to cie
      może uratować. Nicnierobienie dobija. Kasia
    • Nie przejmuj się wyrzutami osób które same przez to nie przeszły, pewnie chcą
      pomóc ale nie bardzo wiedza jak. Po kilku miesiącach to chyba jest gorzej niż
      zaraz po, przestaje się wierzyc że to sen i czekać na przebudzenie. Ciągłe bycie
      na dnie dołu zaczyna po tym czasie powodować, ze traci się siły zeby nawet
      zacząć próbować się powoli z niego wydostawać. Nie wiem czy dasz radę sama, może
      poproś kogoś bliskego żeby ci przypominał i może niemal zmuszał do małych
      kroków, na przykład coś z tego co innym pomogło ( tak - mimo, ze dziś myślisz,
      że nigdy nie będzie lepiej, to chyba kiedyś będzie, chociaż zupełnie inaczej ):

      nie siedź cały czas w domu, wyjdź na zewnatrz, do ludzi, obojętnie po co,

      staraj się nie myśleć cały czas tym, co by mogło być w przyszłości a nigdy nie
      będzie

      pomyśl zamiast tego, chociaż czasami, co masz do zrobienia dzisiaj i spróbuj
      to zrobić to, nawet jeśli to drobiazg

      jak ci się nie uda, nie szkodzi, zrób coś innego, na pewno jest masa różnych
      codziennych rzeczy do zrobienia.

      spróbuj zrobić np. porzadki ( szafie, papierach, sprawdź rachunki etc.)

      pomóż komuś w czymś codziennym ( rodzicom ? przyjaciołom ? )

      jak ci się uda zrealizować plany na jeden dzień, po jakimś czasie spróbuj
      zrobić plan na tydzień i nie myśl co bedzie potem - co ma być to będzie a co się
      stalo to się i tak nie odstanie

      nie walcz z płaczem i dołami, ale w przerwach nie przestań próbować małych
      kroków w codziennych sprawach

      jak lubisz pływać, biegać, jakiś sport, ruch - spróbuj do tego wrócić mimo
      wszystko - albo spróbuj czegoś nowego - ja na początku musiałem się po prostu na
      siłę zmuszać do wyjścia, ale naprawdę to chyba najbardziej mi pomogło - po wielu
      miesiącach na samym dnie dołu. Na pewno wyjście na dwór i zmuszanie się do
      wysiłku to ostatnia rzecz na jaką masz ochote - mimo wszystko spróbuj, obojętnie
      co, byle się porządnie zmęczyc - i zobacz za dwa-trzy tygodnie czy jest czasami
      może trochę lepiej,

      zrób jakieś zmiany - przemebluj pokój, zmień plan dnia, chodź inną drogą do
      sklepu, na przystanek,

      skarbem jest osoba, która cię po prostu wysłucha jak będziesz chciała się po
      raz setny wyżalić, wszyscy tutaj tego potrzebujemy a mało kto z zewnątrz to rozumie,

      Nie wiem czy coś z tego Ci pomoże, każdy z nas jest inny... Ale po sobie wiem,
      że znalezienie kogoś ktoś kto Cię wysłucha, robienie małych rzeczy tylko na dziś
      i jutro, pozwolenie sobie na płacz ale też zmuszanie się do wyjścia do ludzi i
      do obojętnie jakiego wysiłku fizycznego, chociaż raz na pare dni - to takie
      pierwsze kroki żeby sobie pomóc. Gdyby to Twoje myślenie, że lepiej nie życ -
      zaczeło jakoś zamieniać się w konkretne planowanie co zrobić - jak naszybciej
      idź do lekarza (psychiatry) - nawet najzdrowszy człowiek w takiej sytuacji może
      sam nie dać rady i nie jest żaden wstyd iść po pomoc, żeby nie zrobić czegoś
      nieodwracalnego i żeby zacząć stawać na nogi. Pomyśl też że Twój chłopak chyba
      nie chciałby, żebyś cierpiała - może myśl o tym pomoże Ci zacząć małe codzienne
      kroki do przodu ? Trzymam za Ciebie kciuki, to musi strasznie boleć a ludzie
      dookoła pewnie wydają się w innym świecie i nic nie rozumieją.

      Statek
    • Cóż Ci mogę powiedzieć. Żadne słowa nie maja znaczenia. Są puste i nie przyniosą
      ulgi. Czas nie leczy ran, przyzwyczaja do życia w bólu. Żyjemy choć tego nie chcemy.
      Mój mąż zginął w wypadku samochodowym nie długo po Twoim chłopaku - 18 maja. Ja
      i dzieci przeżyliśmy. Wylądowałam w ciężkim stanie w szpitalu. Lekarze dawali mi
      tylko 20% na przeżycie. A jednak przeżyłam. I co z tego? Po co?
      Teraz też już wiem kto jest moim prawdziwym przyjacielem, a kto tylko nim jest z
      nazwy. Oni też już wrócili do normalnego życia, do swoich spraw. Ale nie mam im
      tego za złego. Już dawno zrozumiałam, że mimo obecności moich przyjaciół to tak
      naprawdę zostałam sama ze swoimi dziećmi.Już zawsze będę samotna. Wdałam się w
      pewien związek, ale dziś ta osoba mi uświadomiła, że tak naprawdę to wciąż
      jestem sama. Szukałam w niej czegoś, ale ona mi tego nie da.Chyba chciałam w
      niej znaleźć choć cień męża. Jestem sama, samotna. I do tego przyzwyczajam się
      od dnia wypadku.
      Ja też myślałam o śmierci, ale mnie powstrzymują dzieci.
      Byłam ostatnio na badaniach kontrolnych. Miałam nadzieję, że w tomografii głowy
      coś mi wyjdzie. Ale niestety.
      Widocznie tam u góry mnie nie chcą.
      Dźwigam swój cholerny krzyż. Uwierz, że Ty swój też uniesiesz, choć będzie
      przyciskał Cię do ziemi.
      pisz do Nas często na forum. Wesprzemy Cię. Jeśli masz ochotę na bliższy
      kontakt, to możesz mnie znaleźć na naszej klasie:Justyna Kurp (Szewczyk) Kielce.
      • Za każdym razem kiedy czytam wasze wpisy po prostu płaczę... Wiem,
        że nikt nie jest w stanie zrozumieć mnie bardziej niż wy...
        11 października minęło 5 miesięcy, a ja po raz PIERWSZY nie mogłam
        być na cmentarzu bo studiuje zaocznie i musiałam wyjechać na
        weekend... Nie byłam na cmentarzu przez dwa dni i mam takie wyrzuty
        sumienia, że nawet sobie nie wyobrażacie.. Wiem, że to chore, że On
        to przecież rozumie... Ale chodzenie tam stało się jakoś częścią
        mojego życia.. Chociaż to 5 miesięcy trudno nawet nazwać życiem...
        Pierwszy raz wyjechałam gdzieś z domu... Pierwszy raz dwa dni prawie
        spędziłam w "tłumie" i czułam się po prostu okropnie... Nawet nie
        zauważyłam kiedy stałam się takim odludkiem... A najśmieszniejsze w
        tym wszystkim jest to, że studiuje psychologie. I właśnie zaczęłam
        się zastanawiać jaki sens mają dla mnie te studia, skoro sama nie
        potrafię się ogarnąć...
        Wiem, że musze być silna... Wiem, że siedzenie w domu pewnie nic nie
        pomoże, ale te dwa dni tak bardzo mnie wymęczyły, że cały dzień
        spędziłam dzisiaj w swoim pokoju i tylko przez chwilke rozmawiałam z
        moim przyjacielem...
        Pogubiłam się w tym wszystkim całkowicie. A najgorsze jest to, że
        kompletnie straciłam wiarę w siebie i nadzieję na to, że jeszcze
        kiedykolwiek będzie normalnie. Bo nie wymagam już od tego cholernego
        życia zbyt wiele...
        Najbardziej przeraża mnie to, że zamykam się w sobie coraz
        bardziej.. Ostatnio nawet z przyjaciółmi nie rozmawiam tyle co
        wcześniej bo nie wiem już co mam im powiedzieć. A boję się, że w
        końcu stanę się dla nich ciężarem chociaż za każdym razem powtarzają
        mi, że nigdy tak nie będzie...
        Jak mam wierzyć w cokolwiek kiedy całe moje życie po prostu się
        zawaliło, a ja nie mam siły żeby budować je od nowa???
        Chyba się poddałam ... ;((
        • Ja wiem, że trudno uwierzyć w słowa, które Ci piszę. Wszystko to co napisałaś
          rozumie. Cokolwiek bym nie powiedziała to i tak Ci nie pomoże. Jestem z Tobą i
          myślę. Trzymam kciuki za to, że któregoś dnia będzie trochę lepiej.
          Bardzo mi przykro. Mnie jest trudno, ale mimo wszystko nieco lżej, bo mam
          dzieci.Ty zostałaś sama.
          Jeśli nie chcesz rozmawiać z przyjaciółmi to rozmawiaj ze mną, z nami. Możesz
          powiedzieć co tylko chcesz. Dla nas nigdy nie będziesz ciężarem.
          Uwierz, że masz siłę. Nie podejrzewasz jej u siebie, ale tak jest. Wszystkie
          mamy tę ukrytą, nie ujawnioną siłę, która pozwala nam żyć.Wszystkie dźwigamy
          swój krzyż choć wydaje nam się, że on nas zaraz powali i nie podniesiemy się.
          I płacz ile chcesz, to Ci pomoże.
    • Gdybyś mnie teraz zobaczyła to nie pomyślałabyś, że 5 miesięcy temu straciłam
      męża. Śmieję się, żartuję, rozmawiam. To wszystko pozory. Co rano zakładam
      maskę, a wieczorem gdy ją zdejmuję biorę leki na spanie, bo nie mogę sobie
      poradzić z tym wszystkim.
      W ciągu dnia sprawiam wrażenie pogodzonej z losem. Nigdy się z tym nie pogodzę,
      ale żyć muszę - dla dzieci.
      Myślałam o samobójstwie nie raz, ale wtedy nigdy bym się nie spotkała z moim mężem.
      Ja swojego męża też kochałam nad życie, a teraz tak kocham moich dwóch
      synków.Adam też ich tak kochał i muszę to kontynuować, bo on by tego chciał.
      Twojego chłopaka też ktoś musi nadal kochać. Pamiętaj o tym. W Tobie trwa nadal
      jego życie.
      • dziewczyny, iwerzcie mi , po 11 misiącach jest odrobinę lepiej,
        zaczynam sobie radzić sama ze sobą, godzę się z bycia samą, umiem
        siedzieć sama w domu, umiem się uśmiechnąć i pożartować. Pamietam
        cały czas, ta myśl nie opuszcza ale jest lepiej.
        • Kasia ma racje. U mnie po 3,5 roku zycie toczy sie dalej. Jest lepiej i choc
          wciaz chciala bym aby maz byl z nami, umiem radzic sobie sama. Taka sytuacja,
          trzeba zaczac jakos zyc bo inaczej czlowiek by zwariowal. Nie ma dnia abym nie
          myslala o mezu a patrzac na mojego synka to juz wogole nie mozliwe, on jest jego
          miniaturka. Bol i tesknota wciaz sa, ale potrafie sie cieszyc z tego co mam,
          potrafie sie smiac, nawet probowalam nowego zwiazku, ktory nie wypalil.
          Zobaczysz, bedzie lepiej, wiem, ze trudno w to teraz uwierzyc, ale bedzie.

          Pozdrawiam

          Edyta

          --
          "I never think of the future - it comes soon enough."
    • dlaczego to wszystko musi byc tak skomplikowane...?
      dlaczego wszyscy jakos potrafia sie ogarnac, tylko ja tak bardzo sie
      w tym wszystkim pogubilam...? Po prostu sobie nie radze...
      Tak strasznie sie boje tej cholernej przyszlosci, ze nawet nie
      jestem w stanie o tym myslec... Ale wiem, ze w koncu bede musiala
      cos zrobic ze swoim zyciem... cokolwiek chociazby zaczac jakas prace
      co poki co wydaje mi sie czyms nierealnym...
      Nie potrafie juz nawet zebrac mysli...
      Pewnie nie ma innego lekarstwa na to wszystko jak czas, ale
      zastanawiam sie czy kiedykolwiek bede potrafila normalnie zyc bez
      Niego??? ;((( To tak BARDZO boli...
      Dobrze, ze jest to forum i moge napisac co czuje kiedy nie potrafie
      o tym rozmawiac... Zamknelam sie ostatnio na wszystkich... Bo nie
      potrafie sobie wyobrazic tego, ze ktoregos dnia wstane i stwierdze,
      ze moje zycie ma jeszcze jakis sens i warto sie starac...
      • Moim zdaniem praca jest dobrym rozwiązaniem...wyjscie miedzy ludzi.
        Ja tez po trzech miesiącach od śmierci żony niewyobrażałem sobie
        powrotu do pracy. Dla mnie to było najgorsze rozwiązanie z
        możliwych, jak bym nie musiał to bym nieposzedł. Ale wtedy chyba bym
        się wykończył. Praca bardzo mi pomogła.
        • Zagubiona napisałaś czas ... owszem wraz z jego upływem pewne rzeczy zaczynamy
          postrzegać inaczej, zmieniamy nasze priorytety, myślenie. Ja na wszystko
          reagowałam najpierw zamknięciem w swoich czterech ścianach, pózniej
          wyjazdami.Byłąm tam sama z dziećmi, więc znowu nie potrzebowałam towarzystwa.
          Świetnie dawałam sobie radę sama. To jednocześnie mi pomagało a z drugiej strony
          pozwalało po prostu uciekać od rzeczywistości. Najgorsze co możesz zrobić, to
          teraz zamknąć się w domu. Wokół mnie znacznie zmniejszyło się grono znajomych
          ale z drugiej strony wiem na kogo mogę liczyć. Mam grupę sprawdzonych
          przyjaciół. Wczoraj np dwójka moich zwariowanych przyjaciół wyciągnęła mnie z
          domu na 2 godzinny beztroski spacer ze śmiechem, wygłupami. Było naprawdę super!!!
      • Zagubiona, czas nie leczy ran,przyzwyczaja tylko dożycia w bólu.
        Żyjesz i żyć będziesz. Raz gorzej, raz lepiej, ale będziesz po to
        żeby go kochać i pamiętać. Pozbierasz się, choć w to nie wierzysz.
        Pisz na forum. Jesteśmy z Tobą.
        Twoje życie ma sens, choć wydaje Ci się inaczej.
        Radzisz sobie, choćby dlatego, że piszesz na forum. To Twój sposób
        radzenia sobie z zaistniałą sytuacją.
    • Wczoraj spędziłam wieczór z lampką wina u koleżanki... Tak bardzo
      chciałam chociaż przez chwile pomyśleć o czymś innym...
      Wiecie co... Strasznie dziwnie się czuję. Jakbym żyła w dwóch
      światach. W jednym zachowuje się tak jakby zupełnie nic się nie
      stało. Udaję, że jest normalnie i chyba sama siebie oszukuje bo za
      wszelką cenę nie chcę uświadomić sobie tego co się stało..
      A w chwilach kiedy jestem sama, jestem zupełnie inna osobą.. Wiem,
      że w swoim pokoju nie muszę niczego udawać. Kiedy chcę płaczę i
      chyba dlatego tak ciężko jest wyjść mi między ludzi bo takie
      udawanie cholernie męczy.. A ja nie chcę niczyjego współczucia. Nie
      chcę żeby wciąż ktoś na każdym kroku pytał się mnie jak daję radę,
      jak się czuję, jakie mam plany na przyszłośc. Co ja mam im
      powiedzieć???
      Ostatnio rozmawiałam z moim przyjacielem na temat wizyty u
      psychologa.. Coraz bardziej zaczynam się nad tym zastanawiać bo nie
      chcę przez reszte życia radzić sobie z tym wszystkim sama... Wiem,
      że przyjdzie taki dzień, że w końcu będe musiała przestać się
      oszukiwać, ale tak STRASZNIE się tego boję... Boję się zacząć żyć
      inaczej. Boję się robić jakiekolwiek plany inne niż te które miałam.
      Przeraża mnie to cholerne życie... I nawet nie chcę o tym wszystkim
      już myśleć tylko żyję z dnia na dzień jak odludek bo w swoim pokoju
      czuję się bezpiecznie...
      A z drugiej strony nikogo tak na dłuższą metę nie oszukam bo widać
      jak wyglądam... Chudnę w oczach chociaż już myślałam, że bardziej
      się nie da.. I jakoś strasznie znienawidziłam siebie wiecie...
      Nie mam pojęcia co zrobić z kolejnym dniem...
      • Zagubiona wiem, że bardzo ciężko jest przestawić się na inny "tor"
        Nauczyć się na nowo żyć nie wymazując jednak z pamięci tego co było.
        Wierz mi, że pomału i Tobie się to uda. Musisz tylko wyjść do ludzi. Super, że
        spotykasz sie z przyjaciółką, może warto częściej organizować spotkania. Ja na
        początku nie byłam w stanie spotykać się z innymi pomimo tego, że mnie naciskali
        i teraz już wiem, że to był duży błąd. Siedząc sama w domu byłam blisko tego
        żeby wykończyć się psychicznie i fizycznie. Normalna bezwolna roślina. Po
        wspólnych wypadach ze znajomymi też czułam się jakbym żyła w dwóch światach.
        Bardzo powoli to mija. Praca też jest lekarstwem bo musisz skupić się na tym co
        robisz i przynajmniej przez moment zapominasz. Z biegiem czasu wszystko się
        ułoży, zabliźnią się rany. Wierzę, że młodym musi się udać wyjść na prostą.Życie
        potrafi być cudowne i zmusi Cię do tego żebyś w pełni w nim uczestniczyła. Może
        jeszcze nie teraz ale za jakiś czas. Życzę Ci tego z całego serca .
        • Zagubiona,myślę,ze łatwiej będzie ci przeżyć żałobę jak wspomożesz się
          lekami.Leki uspokajające uzależniają,nie są obojętne dla zdrowia.
          Spróbuj znaleźć lekarza homeopatę,te leki są skuteczne.Będzie Ci łatwiej,trzymam
          kciuki.
          • zagubiona uda się napewno się uda żyć tylko musimy w to wierzyć
            wierzyć ... kiedys się uda...
            • Zagubiona, ja nikogo nie straciłam, więc przerasta mnie wyobrażenie
              sobie tego co czujesz. Mam nadzieję, ze nie odbierzesz tego, jak
              nachalność, ale myślę, że potrzebujesz pomocy specjalisty.
              Psychiatry, psychoterapeuty, psychologa. Kogoś, kto będzie mógł
              pomóc Ci powoli wstać po stracie ukochanego.
              Pozdrawiam Cię i życzę dużo sił.

              --
              Kubix
              Tadeo
    • Kolejny atak bulimii...
      Od wczoraj wymiotowalam juz 6 razy...
      Moze w ten sposob ukaram siebie za to wszystko co sie stalo ;((((
      Nie daje rady... ;((
      Dlaczego to musi tak bolec???
      Dlaczego to nie J A ?!?!?!?!
    • Jutro idę do psychologa...
      Tak bardzo się boję, że w końcu będe musiała sobie to wszystko
      uświadomić i zacząć życie od nowa... Niby mam już dosyć tego
      wszystkiego, ale z drugiej strony bronię się przed tym żeby uwierzyć
      w to co się stało...
      Trzymajcie kciuki, bo dla mnie rozmowa z kimś obcym o tym wszystkim
      będzie strasznie ciężka... Nawet sobie tego nie umiem wyobrazić :(
      • dobrze że sie odważyłaś na tą wizytę, jak trafisz na dobrego lekarza
        to napewno ci pomoże, bólu nie ujmie, ale pomoże przez to przejść.
        Ja do tej pory wypieram prawdę, cały czas wydaje mi się że to
        niemożliwe, ale pomału przyjmuję to do wiadomości.
    • Zagubiona,jak po wizycie u psychologa? Przytulam Cię
      • idę dzisiaj na 18... Strasznie się boję... Jakaś nerwowa jestem od
        rana od wczoraj o tym myślę i przeraża mnie to wszystko...
        Trzymajcie kciuki.. Napiszę wieczorem. Jeśli będe w stanie cokolwiek
        jeszcze napisać...
        • przytulamy Cię wszystkie mocno i trzymamy od 18 kciuki
          • kasik2222 napisała:

            > przytulamy Cię wszystkie mocno i trzymamy od 18 kciuki

            przeczytałam Twojego posta zagubiona i nawet nie sprawdzałam
            odpowiedzi koleżanek,bo byłam pewna,że doradzą Ci wizytę u
            psychologa.fajnie,że dałaś się namówić,że czujesz wsparcie nawet tu
            na forum-to bardzo bardzo ważne.śledzę od jakiegoś czasu wątki tu na
            forum i muszę stwierdzić,że osoby dotknięte tak straszliwie przez
            los posiadają jakąś mądrość.ja też straciłam męża w wypadku(po
            jutrze będzie 6 lat).wtedy byłam tak samo zagubiona jak Ty.ale
            miałam sztab ludzi czuwających nade mną i wsparcie psychologa i leki
            (na myśli samobójcze)od psychiatry i jakimś cudem wyszłam z
            tego...chociaż wtedy nie chciałam:( i też się bałam,tak jak Ty,do
            dziś się boję.już nigdy nie będę taka jak przed Jego śmiercią.życzę
            Ci siły i wytrwania.będę bacznie śledziła co u Ciebie i u innych
            forumowiczek również(i ich dzieci)
            pozdrawiam Was wszystkie bardzo serdecznie.
            --
            spośród wszystkich rzeczy wiecznych na ziemi,miłość trwa najkrócej...
    • trzymam kciuki.
    • Niedawno wróciłam od psychologa... Było strasznie ciężko, ale
      postaram się zebrać myśli i napisać wam jak było, bo z resztą sama
      chyba tego potrzebuje. Wchodząc tam pomyślałam sobie o Was o tym, że
      jest ktoś kto trzyma za mnie kciuki i muszę dać radę...
      Chyba trochę się cieszę, że tam poszłam wiecie.. Zdałam sobie
      sprawe, że potrzebuję pomocy profesjonalisty bo sama sobie z tym nie
      poradzę.
      Pani psycholog stwierdziła u mnie depresje... W sumie to nawet mnie
      to nie dziwi. Zaproponowała, abym poszła jeszcze do psychiatry bo
      sądząc po moim stanie może powinnam brać jakieś leki, które pomogą
      mi jakoś funkcjonować. Sama nie wiem co o tym myśleć...
      Powiedziała również coś co mnie zabolało? Może to troche złe
      słowo... Że jeśli przyjdzie dzień kiedy uświadomie sobie to co się
      stało, kiedy zacznie to do mnie docierać i kiedy ja w ogóle będe
      chciała przyjąć to do wiadomości, może być naprawde ciężko... Niby
      mam tą świadomość bo strasznie się tego boję...
      Rozmawiałam z nią również o studiach. Psychologii co do której mam
      wątpliwości czy w ogóle się do tego nadaję.. Bo póki co nie jestem w
      stanie z nikim rozmawiać.. Powiedziała, że takie doświadczenie
      pozwoli mi zrozumieć kogoś w podobnej sytuacji i nikt mi tego nie
      zabierze.. W sumie miała chyba trochę racji...
      Umówiłam się jeszcze na wizytę.. Pójdę pare razy i zobaczymy co
      dalej...
      Póki co cholernie boję się 1 listopada, a w dodatku dowiedziałam się
      że w czwartek i piątek jest msza za mojego chłopaka...
      Nie wiem jak to przetrwam...
      • zagubiona1988 napisała:
        Zaproponowała, abym poszła jeszcze do psychiatry bo
        > sądząc po moim stanie może powinnam brać jakieś leki, które pomogą
        > mi jakoś funkcjonować. Sama nie wiem co o tym myśleć...

        idź koniecznie do poradni psychiatrycznej,skoro tak zaproponowała Ci
        pani psycholog.to mądrzy ludzie,dobrze radzą,o czym osoby będące w
        takim bólu,w jakim jesteś teraz Ty,nie do końca są świadomi.pomóż
        sobie również w ten sposób.dostaniesz leki antydepresyjne.te słabe
        nie ograniczają zdolności myślenia.jeżeli w ogóle można
        powiedzieć,że po takiej tragedii człowiek jest w stanie
        myśleć.przeoraszam,że tak piszę,ale z perspektywy czasu,jak
        przypominam sobie to wszystko,to myślę,że nie wiele we mnie było z
        czlowieka.byłam obolałą i pragnącą śmierci lalką,która chodziła i
        klepała w kółko jedno.
        zrobiłaś już ten pierwszy,bardzo ważny krok,zrób też ten drugi.
        trzymam kciuki,myślami będę często przy Tobie(bardzo mi przypominasz
        mnie samą:))
        pozdrawiam becia

        --
        spośród wszystkich rzeczy wiecznych na ziemi,miłość trwa najkrócej...
        • zagubiona1988, mam nadzieje,ze prawdziwi fachowcy beda sie Toba
          opiekowac, chyba jednak jakas sila zostala w Tobie, skoro odwazylas
          sie na ten krok! Ja sie nigdy nie zdobylam,balam sie ze uspia mnie
          tabletami a mam male dzieci, mysle ze u mnie sa wielkie dziury w
          organizmie(takie moej mame porownanie),bo czuje sie jak czasami mam
          sile dzwigac codziennosc a czasami nawet dzieci nie sa w stanie mnie
          postawic do pionu, jestem jendym klebkiem nerwow, rycze non stop i
          nie widze NIC i nie dostrzegam NICZEGO!
          Nie mam sily, kasy a juz najmniej czasu na chodzenie do poradni,a
          tak bardzo bym chciala byc dobra mama dla naszych pociech.... 1szy
          listopada strasznie ciezki dzien, jak kazdy bez mojego
          MEZA!...chryste ilez jest zalu bolu i tesknoty we mnie....
          • margosiamarcin, szczerze mówiąc strasznie dużu odwagi i wysiłku
            kosztowało mnie to żeby tam pójść, ale stwierdziłam że muszę chociaż
            spróbować. Dziwnie się z tym wszystkim czuję bo sama nie wiem co mam
            o tym myśleć...
            Przykro mi kiedy czytam taki wpis jak twój, bo doskonale rozumiem to
            jak bardzo chciałabyś sobie z tym wszystkim poradzić, a jest tak
            cholernie ciężko że nie ma nawet słów które potrafiłyby wyrazić to
            co czujemy... I chyba jedyne co nam teraz pozostało to właśnie to
            forum... Bo tylko tutaj możemy liczyć na wsparcie i zrozumienie bo
            nikt kto tego nie przeżył nie będzie w stanie wyobrazić sobie tak
            ogromnego bólu jaki towarzyszy nam każdego dnia...
            Trzymam za nas wszystkie kciuki.. Jakoś trzeba będzie przetrwać ten
            cholernie ciężki dzień...
    • dziewczyny, u mnie też równia pochyła... chyba przez 1 list. nie
      wiem jak będzie, pewnie będę wyć cały dzień...trzymajmy się cóż i
      tak nie mamy innego wyjścia
    • a może dlatego jest tak źle ze mną, bo za 27 dni pierwsza rocznica
      Jego smierci. Stale o tym myślę i popłakuję, czuję się coraz gorzej
      • za dużo tego wszystkiego...
        Dobija mnie myśl o 1 listopada a jakby tego było mało w czwartek i
        piątek są msze za Niego...
        Nie wiem jak ja dam sobie z tym wszystkim rade...
        Mam ochote gdzieś wyjechać i wrócić za pare dni ;(
        kasik2222 przytulam cię mocno... ;(
    • Od wczoraj mam jakiegos mega dola... Ciagle placze nie moge sie
      ogarnac to pewnie przez ten 1 listopada ;(
      Najgorsze jest to, ze dzisiaj i jutro jest msza za mojego chlopaka,
      a ja powiedzialam, ze nie mam sily na nia isc... Nie jestem w stanie
      isc do kosciola, stac tam wsciekla na caly swiat i modlic sie moze
      do Boga w ktorego nie wierze??? I co mi to da??? Wole isc na
      cmentarz i "porozmawiac" troche z Nim...
      Mam cholerne wyrzuty sumienia z tego powodu.. Tzn. nie dlatego, ze
      nie bedzie mnie na samej mszy, ze moze to wygladac tak jakbym
      starala sie zapomniec bo tak nie jest i nigdy nie bedzie ;( Mam
      wyrzuty dlatego, ze zostawiam Jego rodzine sama i w sumie bardziej
      to mnie meczy... Mowia, ze rozumieja... Ale i tak mam wyrzuty
      sumienia...
      Nie wiem jak przetrwac te kilka dni a juz 1 listopada sobie nie
      wyobrazam... Na msze tez nie pojde bo nie jestem w stanie stac w
      tlumie tych ludzi przez godzine mszy... Pojde wieczorem, jesli bede
      w stanie ale sie postaram...
      Dlaczego musi byc tak cholernie ciezko??? Rozsypalam sie
      calkowicie.... ;(
      • zagubiona...kazdy przezywa inaczej swoja tragedie, jesli
        potrzebujesz sie zaszyc,rob to- mysle,ze osoby dzielace z Toba bol,
        zrozumieja to. Jesli natomiast potrzebujesz plakac,nie unikaj
        tego,pozwol sobei na reakcje, ktore potrzebuje Twoj organizm.
        Pieknie,ze tutaj dzielisz sie ze swoimi emocjami, myslami...mysle,ze
        wlasnie to nam pomaga przetrwac kolejne puste, smutne dni....
        jestesmy R A Z E M z T O B A !....
        • Zagubiona, nie miej wyrzutów sumienia. Rób to co Ci serce podpowiada. Twoi
          bliscy powinni Cię zrozumieć. Ja też nie chodzę do Kościoła, bo nie mam takiej
          potrzeby. I choć matka mi to wytyka, nie zwracam na to uwagi. Pójdę gdy
          poczuję,że muszę. Teraz nie chcę i nie zrobię tego.
          Na Mszę też nie musisz iść. Przecież ON wie, że się za niego po swojemu modlisz,
          myślisz i będziesz zawsze pamiętać.
          Jest ciężko, bo nikt nie obiecywał, że będzie łatwo, ale przezwyciężysz
          wszystko. Twoje życie już nigdy nie będzie takie samo, ale będziesz żyć, jak my
          wszystkie żyjemy. Raz lepiej, raz gorzej.
          Ja też wciąż myślę jak to sie mogło stać i dlaczego nas to spotkało. Jest tyle
          ludzi na świecie, a właśnie ja straciłam męża.
          Przytulam Cię mocno.
          • Zastanawiam się tylko ile jestem w stanie wytrzumać...? Przeraża
            mnie 1 listopada, a kiedy pomyślę o Bożym Narodzeniu to po prostu
            sobie tego nie wyobrażam...
            Do dupy to wszystko...
            Brak mi słów... Po prostu nie daje rady ;((
            • Wszystko jesteś w stanie wytrzymać, choć wydaje Ci się, że tak nie jest.
              Ja też wytrzymuję, choć nie chcę. Chciałabym umrzeć, ale muszę żyć bo mam dzieci.
              Boje się też Bożego Narodzenia. O wiele bardziej niż 1 listopada. Na cmentarz i
              tak chodzę często, więc to kolejne odwiedziny. Tylko, że będzie się pętać więcej
              rodziny i znajomych.
              Myślę, że w Boże Narodzenie to nie będzie Wigilia tylko zbiorowa histeria.
              Najchętniej siedziałabym w domu i nikomu nie otwierała.
              Masz rację to wszystko jest do dupy... Brak Ci słów, ale dajesz radę. Wiem, że
              to kretyńskie, ale przetrwasz.
    • Zdecydowałam się pójść jutro do psychiatry, bo nie daję już sobie z
      tym wszystkim rady ;(((
      Strasznie się boję, nie wiem czy dobrze robie nic już nie wiem ale
      dłużej tak nie wytrzymam...
      A najgorsze, że wstydzę się komukolwiek o tym powiedzieć...
      • To dobra decyzja,przytulam Cię
      • zagubiona1988 napisała:


        > Strasznie się boję, nie wiem czy dobrze robie nic już nie wiem ale
        > dłużej tak nie wytrzymam...
        > A najgorsze, że wstydzę się komukolwiek o tym powiedzieć...

        to,że czujesz lęk przed czymkolwiek,to znaczy,że żyjesz jeszcze-tak
        powiedział mi kiedyś mój lekarz,któremu tyle zawdzięczam...
        więc idź,póki czujesz coś jeszcze.depresja,to czhoroba,która potrafi
        sparaliżować cały organizm,ciężko później z niej wyjść.

        zagubiona Ty masz teraz "chore" i obolałe całe wnętrze,więc nie stać
        Cię na racjonalne myślenie i to,że czujesz wstyd przed dzieleniem
        się z kimkolwiek tym,że potrzebujesz pomocy psychiatrycznej jest
        naturalne.ja też się bałam.ale czułam,że "sfiksowałam" zupełnie i
        myślałam,że inni odbierają mnie jak półgłówka.poza tym u mnie
        dochodziły jeszcze myśli samobójcze i brak zainteresowania
        córcią...koszmar.tak się cieszę,że wyszłam z tego,że jakoś dałam
        radę...Ty też dasz,zobaczysz,tylko czasu Ci trzeba dużo.nie wymagaj
        od siebie zbyt wiele.nie teraz,kiedy cierpisz wciąż tak
        bardzo.cierpienie nigdy nie zniknie,ale Ty staniesz się silniejsza i
        łatwiej będzie Ci stawić czoło wszystkiemu.
        pozdrawiam Cię cieplutko i trzymam kciuki.
        --
        spośród wszystkich rzeczy wiecznych na ziemi,miłość trwa najkrócej...
    • Dzisiaj mija PÓŁ ROKU od kiedy Go nie ma... Cholerne pół roku, a ja
      nadal czuję się jakby to było wczoraj. I wcale nie boli mniej...
      Przeciwnie... Im więcej czasu mija, tym bardziej mi Go brakuje!!!
      A najgorsze w tym wszystkim jest to, że ja nadal nie chcę w to
      uwierzyć. I czekam na Niego każdego dnia z nadzieją, że może właśnie
      dzisiaj do mnie przyjedzie i będzie jak kiedyś ;((
      Cholerny dzień.
      Pieprzone życie.
      Dlaczego to tak musi boleć?!?!?!?!
      • Myślę, że Cię rozumiem, aż za bardzo...
        U mnie minie jutro 2 miesiące, a mam wrażenie, że to było wczoraj a z drugiej strony jakby cała wieczność już minęła
        Chyba zaczęłam dopuszczać powoli do siebie myśl, że to się jednak wydarzyło i teraz boli jeszcze mocniej i zaczęłam się zastanawiać co się tam naprawdę stało.. Dwa miesiące temu dostałam ostatniego sms'a , że jutro ostatnia próba zdobycia Elbrusa (lodowiec na Kaukazie) ale chyba nic z tego i że wracać będą.. okazało się że poszedł tam sam następnego dnia, i niby nie winie chłopaków że Go puścili, zawsze chodził własnymi ścieżkami ale teraz bardziej niż wcześniej zastanawiam się co tam się wydarzyło... i zbyt wiele pytań, żadnej odpowiedzi.
        Jesteśmy "młode stażem" .. (o ironio!) ponoć z czasem jest lżej, łatwiej, mam nadzieję, bo w tym stanie jeszcze trochę i zwariuję!
        Trzymam za kciuki za Ciebie i za siebie też, za Nas wszystkie
        Kiedyś musi zaświecić słońce
    • Dawno mnie tu nie było... Ostatnimy czasy jakoś rzadko odwiedzam to
      forum bo strasznie mnie dołuje.. Przepraszam was...
      Dawno nie pisałam, ale nazbierało się tego wszystkiego już tyle, że
      czuję że jeśli nie "wykrzyczę" tego wszystkiego tutaj to po prostu
      zwariuję...
      Tak BARDZO staram się wstać codziennie rano i zmobilizować do
      zrobienia czegokolwiek. Tak bardzo staram się jakoś żyć, chociaż tak
      naprawdę nie mam na to najmniejszej ochoty i jedyne co bym
      najchętniej zrobiła to zamknęła się w pokoju i przesiedziała tutaj
      kilka dni w samotności... żeby wszyscy dali mi święty spokój..
      Zaczęłam chodzić do pracy. Co prawda tylko (dla mnie aż) na 4
      godzinki (biuro rachunkowe), ale wierzcie mie, że dla mnie te 4
      godziny pracy i zmuszania się do tego żeby przez ten czas zrobić co
      mam do zrobienia, nie pomylić się i nie myśleć o niczym innym, jest
      naprawde cholernie męczące. Wracam do domu tak wykończona jakbym
      robiła nie wiadomo co...
      W pracy dziewczyny wiedzą co się stało. Z szefową umawiałam się tak,
      że będe przychodzić na 4 godzinki niż przychodzić na 8 i mieć kilka
      dni wolnego.. Powiedziałam, że wolę przychodzić codziennie bo 8
      godzin to dla mnie na prawde za dużo... Wczoraj powiedziała, że z
      powodu świąt, będe musiała (!) siedzieć w pracy o wiele dłużej bo
      się nie wyrabiają. A ja powiedziałam, że nie dam rady.. Na co ona
      powiedziała, że nie wiadomo jak to będzie w styczniu z pracą..
      Wiecie co w tym wszystkim jest najgorsze?? Że kolejny raz to JA mam
      wyrzuty sumienia, że "olewam" je zaraz przed świętami i wygląda to
      tak jakbym miała wszystko w dupie. A prawda jest taka, że jestem tak
      cholernie nerwowa ostatnio, że mam ochote wszystkich dookoła
      pozabijać. W tej pracy chwilami nie wyrabiam jak one mówią jakie
      mają problemy dla mnie to jest po prostu nie do pojęcia jak można
      się takimi gównami przejmować. Chwilami drażnią mnie strasznie ich
      żarty i naprawde dużo kosztuję mnie żeby tam wysiedzieć w spokoju..
      Tymbardziej, że tak naprawde kilka miesięcy spędziłam w swoim pokoju
      i dla mnie takie "wejście" do ludzi jest strasznie stresujące...
      Sama już siebie nie rozumiem.. Staram się jak mogę, ale dobija mnie
      to gadanie wszystkich dookoła, że przecież "musisz żyć dalej"... Nie
      radzę sobie z tym wszystkim nie ukrywam.. Ale nie czuję już chwilami
      rzadnego zrozumienia ze strony innych, że mam prawo do tego aby mieć
      zły dzień. A teraz do tego wszystkiego dochodzą te durne święta,
      które nie mam pojęcia jak przeżyć. Do tego szkoła w której mam
      jakieś zaliczenia na które nie wiem jak się przygotuję bo nie umiem
      przeczytać głupiego artykułu w gazecie tak żeby zrozumieć od
      początku do końca o co w nim chodzi.. Może jestem głupia, może inni
      mają rację że trzeba jakoś żyć, tylko że innym łatwo się mówi i nie
      mają pojęcia jak to strasznie boli kiedy nie masz siły podnieść rano
      dupy z łóżka i jedyne czego chcesz to świętego spokoju a
      nie "dobrych" rad...
      Mam już tego wszystkiego dosyć. Czuję się jak jakaś nienormalna,
      chociaż nikt w oczy nie powie mi "Marta już chyba przesadzasz" to
      czuję się jakby tak właśnie myśleli... Ale nikt nie widzi tego jak
      się staram...
      Do tego wszystkiego mój przyjaciel wyjechał, nie ma go już ponad
      tydzień i strasznie brakuje mi rozmowy z nim... Jest za granicą więc
      rozmawialiśmy może ze 3 razy... On jeden mnie rozumie dlatego tak mi
      go brakuje tutaj... :(
      Rozpisałam się jak zwykle, ale mam dosyć tego wszystkiego po
      prostu.. Za chwilę znowu idę do pracy i już widze jak dziewczyny
      będą na mnie obrażone chociaż oczywiście rzadna nic nie powie a ja
      będe musiała wytrzymać w tej atmosferze.. I co to kogo obchodzi, że
      i tak mam wyrzuty sumienia, że to moja wina itd... Wczoraj
      przyjaciółka powiedziała mi, że czas pomyśleć trochę o sobie, bo to
      ja mam się czuć dobrze i jakoś sobie z tym wszyskim poradzić, a nie
      przejmować sie tym co pomyślą inni... Żeby to innym było dobrze...
      Nie mam siły... ;((((
      • Witaj zagubiona, trafilam na to forum przez przypadek. Dzięki Bogu
        nikogo z bliskich nie stracilam, ale za to przeszłam przez depresję
        i wiem co to znaczy. A z Twojego ostatniego postu jasno wynika, że
        niestety raczej ją masz. Nie będe Cię pocieszać, ani mówić Ci, że
        masz żyć dalej jak gdyby nic się nie stało. Ale może poszukaj gdzieś
        w swojej miejscowości ośrodka, gdzie będziesz mogła chodzić na
        psychoterapię. Sama miałam problem ze wstaniem z łóżka, wiem ile
        odwagi i wysiłku to wymaga, nie mówiąc już o udawaniu między ludźmi,
        że wszystko ok. Ja trafiłam na taką grupę i chodzilam tam przez
        prawie 5 miesięcy. Dzięki tym ludziom nauczyłam się znowu śmiać,
        radzić z problemami. Czułam się tam jak w najwspanialszym domu, z
        którego nie chciało się wychodzić. Poznałam wielu fantastycznych
        ludzi, z którymi mam nadal kontakt. A przede wszystkim - nigdy nie
        uslyszalam, że moje problemy są nie ważne, albo że kogoś lub coś
        olewam. Przepraszam, że tak sie rozpisałam, ale naprawde chciałabym
        Ci pomóc. Pozdrawiam
      • Nie powiem,że czuję się tak samo, ale czuję się podobnie. Wszystko
        mnie denerwuje i mam wrażenie, że nikt mnie nie rozumie. Zostałam
        sama i co gorsza mam wrażenie, ze zamykam się na ludzi. Bo ludzie
        zamiast mi pomagać to cały czas mnie przygnębiają. Ludzi chca dobrze
        ale wychodzi na odwrót.
        Otoczenie chce bym była na pełnych obrotach (przede wszystkim w
        pracy)a ja nie mam na to po prostu siły i to zarówno fizycznych jak
        i psychicznych.Jakoś to ciągnę, ale gdy dochodzi trzecia to jestem
        wykończona.
        Takm sobie myślę, ze teraz jest jeden z trudniejszych okresów. Jak
        słyszę jak mi ludzie życzą wesołych świąt to mam wrażenie,że zaraz
        mi się coś stanie.
        Albo jak w pracy rozmawiają o świętach; co przygotują jakie prezenty
        kupią albo gdzie ida na sylwestra.
        Ja kiedyś też tak żyłam i takie same rozmowy prowadziłam.
        I wszyscy nadal są tacy sami, ja jestem tylko inna.

Wysyłaj powiadomienia o nowych wpisach na forum na e-mail:

Aby uprościć zarządzanie powiadomieniami zaloguj się lub zarejestruj się.

lub anuluj

Oferty

Zaloguj się

Nie pamiętasz hasła lub loginu ?

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Zadaj pytanie na Forum

Za darmo

Na każdy temat

Tysiącom użytkowników

Zapytaj

Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.