12.01.15, 23:21
A może ktoś zna jakieś ciekawostki dotyczące Chios?
Wiem że wyspa niezbyt popularna u forumowiczów. Wybieram się we wrześniu. W internecie wiedzy dotyczącej zwiedzania dużo, ale informacji dot. ciekawych tawern, wytwórni lokalnych produktów i.t.d. niewiele.

pozdrowienia

Goska
Edytor zaawansowany
  • bebiakk 13.01.15, 11:25
    Ja tyle wiem o Chios ile opisałam (szeroko) na mojej stronie: betaki.pl - nie wiem czy czytałaś.
    Wyspa warta odwiedzenia, bo bardzo ciekawa. Właśnie: może nie tyle ładna ile niezmiernie ciekawa (jedna z najciekawszych, które nawiedziłam a nawiedziłam jak wiesz wiele).
    Jak coś to pytaj - może mi pamięć wróci smile
  • goska52 13.01.15, 21:56
    Oczywiście że czytałam, to było moje pierwsze zetknięcie z Chios i początek zainteresowania tą wyspą. Potem był jeszcze cd dołączony do jakiejś gazety i postanowiliśmy że musimy tam pojechać.
    A teraz jest taka możliwość i zdecydowaliśmy się, mimo że lecimy z Pragi i trzeba się tam jakoś dostać.
    Będziemy 10 dni w Daskalopetrze w pensjonacie naprzeciwko porciku rybackiego, wiec liczymy na rybki. Planujemy samochód na 7 dni , mamy mapę Terraina, więc liczę że uda nam się odwiedzić miejsca znane i te mniej znane.

    pozdrowienia

    Gośka

    Jak tylko coś będę potrzebować zaraz zapytam, z góry dzięki
  • 82piterek 14.01.15, 17:59
    Oprócz strony Beatki może jeszcze tu znajdziesz coś ciekawego, choć może już znasz:
    forum.gazeta.pl/forum/w,203,136013115,,Chios.html?v=2
    www.sakiz.gr/island/monuments/index_pl.htm
    www.chios.com/pl
    www.chiosonline.gr/
  • goska52 14.01.15, 19:45
    Serdeczne dzięki, strony znam, a swoją drogą zaskoczyło mnie, że te stronki po polsku i mam nadzieję że będą pomocne w planowaniu wycieczek, bo wyglądają na dość szczegółowe. Jak na razie przejrzałam pobieżnie, ale zbieram informacje i koło wiosny ruszę z planowaniem. Muszę przyznać że bardzo lubię tę część przygotowań do urlopu.

    pozdrowienia Gośka
  • pszczoleczka16 15.01.15, 11:35
    Witaj Gosiu!
    Widzę,że kogos jeszcze oprócz mnie zafascynowała Chios.Tak jak w Twoim przypadku,punktem wyjscia była strona BebiaczkasmilePodobnie jak Ty,przekopywałam i nadal przekopuję internet w poszukiwaniu informacji i muszę przyznać,że oprócz adresów podanych przez Piterka-Mistrza Linkowania,mogę polecić Ci jeszcze poczytanie recenzji o restauracjach i tawernach,zamieszczonych na Tripadvisor.Wiem,że to nie to samo,co polecenie przez kogos,kto już tam był,ale zawsze będziesz miała jakies rozeznanie w temacie.
    Znalazłam na Tripadvisorze cos-tak myslę-ciekawego z kategorii:produkty lokalne.Jest to rodzinna wytwórnia dżemów,owoców w syropie,marcepanów itp.połączona z muzeum historii ,,przemysłu cytrusowego,,.Oto adres:Citrus Estate,Agrenti 9-11,Kampos,Chios lub www.citrus-chios.gr
    Powiem Ci,Gosiu,że kolejny rok przymierzam się do wyprawy na Chios.W 2014r.ta wyspa ,,przegrała,,z indywidualnym wyjazdem na Lefkadę i Zakynthos.Było cudownie,ale trochę złoszczę się sama na siebie za tą decyzję,bo w zeszłym roku dotarcie na Chios było duużo łatwiejsze.Teraz,kiedy LOT zrezygnował z połączeń do Aten,chyba czeka nas wyprawa do Berlina i lot stamtąd...Zainteresowałas mnie tymi połączeniami z Pragi.Czy mogłabys napisać cos więcej na ten temat?
    Jeżeli chodzi o dobrą mapę,to jeżeli będziesz miała przesiadkę na lotnisku w Atenach,to możesz się tam zaopatrzyć w dokładne(przynajmniej moim zdaniem)mapy.Kiedy byłam tam we wrzesniu 2014r.,mapa Chios była dostępna i nie kosztowała jakos mega dużo-cos ok.5 Euro.Były też z tego wydawnictwa mapy nawet bardzo maleńkich greckich wysepek.Niestety,nie pamiętam nazwy wydawnictwa,ale myslę,że znajdziesz-były starannie ułożone alfabetyczniesmile
    Mam nadzieję,że uda Ci się zrealizować Twoją Chioską Eskapadę.
    Pozdrawiam,Maja
  • goska52 15.01.15, 18:10
    My stateczni emeryci jeździmy w ostatnich latach zorganizowanie. Trochę nam już trudno targać się z walizami na przesiadkach. Czesi mają dość różnorodną ofertę do Grecji i sporo apartamentów. Jakieś bliższe informacje mogę wysłać na adres prywatny. Do tej pory lataliśmy z Ostravy (maja w tym roku między innymi Folegandros, Milos, Naxos, ale masakrycznie drogie).
    Ale dla Chios zdecydowaliśmy się spróbować z Pragi, z Ostravy jedzie Pendolino, a potem autobusem (jeden bilet pociąg i autobus) na lotnisko. Myślę że damy radę.
    Bardzo dziękuję za adres, uwielbiam takie rodzinne wytwórnie.
    Byliście może w wytwórni wina w Platystomie na Lefkadzie? Musze przyznać że zamarłam jak oprowadzający nas syn właścicieli zwiózł mnie windą (kawałek podłogi w rogu) do piwniczki.

    Pozdrowienia

    Goska

  • pszczoleczka16 20.01.15, 11:29
    Monitor ze smiechu oplułam,jak przeczytałam,że jestescie statecznymi emerytamismile.Małgosiu,myslę,że masz więcej energii i radosci życia niż niejedna sfochowana i wiecznie skrzywiona nastolatkasmile.Ale rozumiem,że mając do wyboru lot bezposredni zamiast przesiadek,wybierzecie tą pierwszą wersję.My też szukamy takich połączeń,aby nie wysiadywać wiele godzin na lotnisku w Atenach,bo chociaż jestesmy młodsi od Was,to jednak jest to bardzo męczące(przynajmniej dla nas-Beatka lub Piterek rzucili by pewnie bagaże w jakis kąt lotniska i ruszyli na podbój Aten by nightsmile).Dlatego bardzo prosimy,wyslij nam na pocztę gazetową info o tych lotach z Czech(moja poczta ,,forumowa,,jest jednoczesnie pocztą prywatną).Możemy tamże podyskutować również o noclegach,programie zwiedzania itp.
    Jeżeli chodzi o wytwórnię wina w Platystomie,to dowiedziałam się o niej dopiero teraz-z Twojego postu.Szkoda,bo bylismy dwa kroki od niej(według mapy),zwiedzając położone w górach klasztory i Wodospady Diomossari.
    P.S.Czy zamiesciłas gdzies zdjęcia z Lefkady widzianej Waszymi oczami?
    Pozdrawiam i czekam na maila
    Maja
  • goska52 21.01.15, 15:09
    fotoforum.gazeta.pl/72,2,882,130478181,154878811.html
    i kolejne 13 linijek

    o planowanym wyjeździe napiszę wieczorem

    pozdrowienia

    mm
  • bebiakk 17.05.15, 13:25
    Gosiu, i jak przygotowania?
    Plany nie zostały zmienione: nadal Chios ?
    Ciekawa jestem, bo rzadko kto udaje się na tę wyspę stąd dzielnie Wam kibicuję smile
  • goska52 17.05.15, 22:15
    Oczywiście, jak na razie myślimy jak w miarę wygodnie dojechać do Pragi. Szczegółowe plany zostawiam na lipiec i sierpień (lecimy 03.09). Planujemy na minimum 7 dni wziąć auto.
    Ja tak mam, że lubię boczne drogi i różne zapomniane miejsca.
    W zeszłym roku na Lefkadzie jechaliśmy sobie drogą żółtą wg Terrain i nagle zrobiło się tak stromo pod górę, wąsko i mało asfaltowo, że kierowca zbuntował się powiedział, że dalej nie jedzie. Z braku innych możliwości zaczął się cofać tyłem. W tym momencie nadjechał samochód z naprzeciwka. Mina Greka była bezcenna, oczy okrągłe jak spodki, zatrzymał się i podszedł oglądać takich dziwaków. Na szczęście uspokoił nas, że za zakrętem jest w miarę normalnie.
    Jak na razie wybieram się w czerwcu do Bułgarii. Obowiązki rodzinne i wnuki już w wieku szkolnym. Też chcemy wziąć auto i trochę pozwiedzać, plaża to dla nas miły dodatek, a nie cel główny. Zdegustujemy bułgarską musakę, baklawę i.t.d.

    Pozdrowienia

    Goska
  • goska52 23.09.15, 09:00
    No i wróciłam. Swoją drogą człowiek się pół roku przygotowuje, a potem moment i już jest z powrotem. Na szczęście wspomnienia i zdjęcia zostają na długo,
    Byliśmy od 03.09. do 14.09.2015 w pensjonacie Kyveli w Daskalopetrze. Do Pragi pojechaliśmy samochodem, potem parking i bus na lotnisko, i w końcu lot bezpośrednio na Chios.
    Ogólne subiektywne wrażenia, Chios jest bardzo mało turystyczną wyspą, Widać to już na lotnisku, malutkie, lokalne.
    Nieliczni turyści to Grecy, trochę Holendrów i o dziwo Turcy. Dużo tureckich napisów, tureckie tawerny, wypożyczalnia samochodów. Nawet w jednej z tawern pytali czy jesteśmy z Turcji. W miejscowości w której byliśmy, podobno turystycznej, jeden malutki market, na szczęście z chlebem, ale na jakiekolwiek jarzyny i owoce trzeba było polować łapiąc furgonetkę. Na szczęście niedaleko od nas (nasz pensjonat był na przeciwko rybackiego portu) sprzedawano przed południem z kartonów rybki. Dorad i labraksów nie było, prawdopodobnie szły do Chios, ale przepyszne mniejsze rybki jak najbardziej.
    Pewnym wyzwaniem okazało się również kupienie widokówki. Praktycznie brak na Chios takich turystycznych sklepików z plażowymi zabawkami, magnesami, kafelkami i.t.d. Jedyne bardziej turystyczne miasteczko to Pyrgi.
    Wydawałoby się że ta mała "turystyczność" to wielka zaleta, ale bez przesady. Gdy w czasie całodniowej wycieczki na północ nie było gdzie się napić kawy to zamarzyliśmy jednak o odrobinie cywilizacji.

    Napiszę trochę więcej, ale ciekawa jestem czy ktoś to będzie czytał, jak na razie zabieram się za zamieszczenie zdjęć na foto forum.

    Pozdrowienia
    Gośka
  • pszczoleczka16 23.09.15, 12:16
    Witaj Gosiu!
    Pytasz,czy ktos będzie czytał Twoje wspomnienia z Chios.Tak-taki ktos jak jasmile,bo również byłam na tej pięknej wyspie i przyjemnie jest poczytać,powspominać,porównać wrażenia,odczucia...
    W dużej mierze zgadzam się z Twoimi pierwszymi odczuciami.Rzeczywiscie, zrobienie nawet podstawowych zakupów w Daskalopetrze było trudne.Był co prawda sklepik ogólnospożywczy kilkaset metrów od Twojego pensjonatu w stronę Chios-pewnie do niego dotarłas-ale ceny były...hmm...powiedzmy mało przyjazne(czytaj:trzy razy drożej niż ten sam artykuł w Lidl-u).
    Potwierdzam również Twoje kłopoty z zakupieniem pocztówek czy jakiejs sensownej pamiątki z wyspy.Z żalem stwierdzam,że z materialnych pamiątek udało mi się przywieźć...tylko jeden magnes na lodówkę z motywem oliwek(zczapiłam ostatni!jedyny?z takim motywem).Jeżeli chodzi jednak o sklepiki z artykułami plażowymi,to takowe na Chios występują w tzw.,,zagłębiu turystycznym,,,czyli w Karfas. Jeden był także przy głównej drodze do Chios kawałek za szpitalem(jadąc z Daskalopetry).
    Podobnie jak Ciebie,mnie także zaskoczyły elementy tureckie tj.napisy na miejscach wartych zwiedzenia czy tureckie potrawy w tawerenkach.Też pytano nas,czy jestesmy z Turcjismile,myslałam,że to z powodu oprawy oczu i cery mojego Męża, ale to chyba standardowe pytanie. Nam zadano je...w klasztorze, prawie że pod obrazem pt.,,Rzeź na Chios,,,po czym poczęstowano nas tureckimi słodyczami. Dziwny jest ten swiat...
    Pisz,Małgosiu,pisz dalszą relację.
    Pozdrawiam,Maja
    P.S.Wiedziałam, że jestem gapa,ale jak przeczytałam Twój wpis,to stwierdzam,że osiągnęłam już chyba w tej dziedzinie poziom mistrzowski.Czy wiesz,że mieszkalismy rzut beretem od siebie?Nasz hotelik to był Pearl Bay,termin 7-15 wrzesnia b.r.Mieć możliwosć pogadania na żywo z fajną osobą z Forum i nie ogarnąć tematu...to chyba tylko ja potrafię...wrrsad
  • goska52 23.09.15, 13:08
    Tak, będę pisać, na razie zamieszczam zdjęcia na forum
    fotoforum.gazeta.pl/72,2,882,158836837.html
    Faktycznie, szkoda że nie dogadałyśmy się. My byliśmy z Czechami, owszem trochę ich rozumiemy, ale do swobodnej rozmowy daleko.
    A kupowaliście może rybki za tym sklepikiem spożywczym?
    Ja znalazłam fajny magnes na prezent w spożywczym w Karfas, drzewko. a na nim ksysta z Pyrgi.

    Maju, a może też coś napiszesz i zamieścisz gdzieś trochę zdjęć?

    pozdrowienia

    Gośka
  • bebiak 23.09.15, 23:51
    Ja też czytam, ja też - i będę czytać!!!
    Będę czytać, będę Wasze zdjęcia oglądać, będę wspominać tak przy okazji i swoją Chios sprzed (OMG!) 9 już (ponad) lat... smile

    --
    bebiak=bbebiak=bebiakk
  • 82piterek 25.09.15, 00:17
    No to do Bebiaka i ja z chęcią dołączę, piszcie, wrzucajcie zdjęcia, pokażcie nam kawałek tej nieodkrytej jeszcze wyspy.
    Ps. Maja dziękuję Ci pięknie za karteczkę z wyspy z klasztorem Nea Moni i Twoje spostrzeżenia, za tą drugą też ale muszę przyznać że na pierwszy rzut oka nieźle mnie zaskoczyła bo połączeń z Chios na Jońskie jakoś nie kojarzę. Liczę że i Ty się coś niecoś rozpiszesz a może i jakimiś zdjęciami nas uraczyszsmile
    A jednak marzenia się spełniająsmile
    Pozdrowionka
  • pszczoleczka16 25.09.15, 19:22
    Witajcie Kochani!
    Dziękuję za słowa zachęty i odpowiadam zbiorowo na prosbę:tak,relacja będzie na 200%-taka moja,mało historyczna(bo ja zupełnie nie mam głowy do dat,cyfr itp.),bardzo emocjonalna za to i pełna zachwytów.Proszę o trochę cierpliwosci-mam trochę ciężki czas-czeka mnie hospitalizacja sad- i narazie koncentruję się na znalezieniu szpitala,który przyjmie mnie jeszcze w tym roku.Jeżeli chodzi o zdjęcia,to...hmm...bardzo bym chciała je dołączyć do relacji i będę próbować.Jeżeli tego nie opanuję,to wyslę do Piterka,a On jako komputerowy ekspert wstawi,gdzie trzebasmile
    P.S.Piotrek,cieszę się,że kartki dotarły.To jeszcze nie wszystkie(wysłałam cztery).Przyznaję-jedna jest z Zakynthos-bo mi została z zeszłego roku-a tak ja napisała wczesniej Małgosia-miałysmy spore kłopoty z zakupem kartek.A ja bardzo chciałam wysłać Wam pozdrowienia z Grecjismile
    Pozdrawiam,Maja
  • goska52 25.09.15, 23:38
    Życzę zdrowia, a co do relacji to świetnie że będzie emocjonalna, bo ja umysł ścisły najchętniej napisałabym wszystko w punktach, używając głównie cyfr.

    Serdeczne pozdrowienia

    Gośka
  • goska52 25.09.15, 23:32
    Po prawie 12-to godzinnej podróży lądujemy na Chios. Małe lokalne lotnisko, kilkanaście kilometrów jazdy autobusem i jesteśmy w Daskalopetrze. Apartamenty Kyvali bardzo sympatyczne. Uhonorowali nas dwupoziomowym apartamentem z trzema tarasami dość dobrze wyposażonym. Po odpoczynku mąż rusza na rekonesans zaopatrzeniowy. Oprócz niewielkiego marketu skąd przynosi oliwę, fetę, tzatziki, wino i retsinę Malamatine, innych źródeł zakupów nie znajduje. Mnie co prawda mignął z autobusu człowiek niosący styropianowe pudła, co najczęściej kojarzy się ze sklepem rybnym, ale może mi się wydawało.
    Po domowej kolacyjce, siedzimy na tarasie, sączymy winko i jesteśmy bardzo szczęśliwi, 10 fantastycznych dni przed nami. Z ciekawostek, jest bardzo głośno, cykady drą się tak, że trudno rozmawiać, jak zamilkną na moment włącza się armia kukułek, potem ujadają pieski a około 3 rano zaczynają swój koncert liczne koguty.
    Kolejny dzień, planujemy jazdę do Chios autobusem, wyjazd turystyczno, zaopatrzeniowy. Bardzo brakuje nam jarzynek i owoców, a szczególnie pomidorów.
    Szybki wypad do sklepiku po pieczywo i tu niespodzianka. Wraca dumny małżonek niosąc oprócz chleba, pomidory i ogórki, a także pół kilo świeżych sardynek za 2 eu. Okazało się że powyżej mini marketu, dwóch starszawych rybaków sprzedaje ryby. Kupują miejscowi, ale my też byliśmy kilka razy ich klientami, oraz Czesi z którymi przyjechaliśmy. Oprócz sardynek kupowaliśmy śledzie, makrele i skorpeny. Większe ryby jak dorady czy labraksy szły prawdopodobnie do Chios. Gdy panowie dowiedzieli się że jesteśmy z Polski, okazało się że obaj pracowali w Gdańsku trzy miesiące. A jarzynki sprzedawali z samochodu.
    Więc zrezygnowaliśmy z wycieczki do Chios i resztę dnia spędziliśmy kręcąc się po okolicy i kąpiąc w morzu.
    Kolejnego dnia wyruszamy do Chios w celu głównie turystycznym. Mam mieszane uczucia, bo upał, a ja średnio lubię cywilizację z samochodami, tłumem ludzi i.t.d. ale trudno chcemy zobaczyć przede wszystkim fortecę. Z ciekawostek bilet kupowany w jedną stronę u kierowcy 3 eu, a powrotny kupowany w kiosku 1,6 eu.
    Autobus zatrzymał się obok urzędu miejskiego skąd jest bliziutko do bramy „Porta Maggiore” głównego wejścia do fortecy. Większość odwiedzanych przez nas twierdz na greckich wyspach zachowała masywne mury, ale wnętrza oprócz nielicznych ruin porasta trawa. Na Chios jest inaczej. Wnętrze fortecy jest zabudowane, są tam zabytki tureckie, ruiny, ale też stare i odnowione zamieszkane domy. Do trzęsienia ziemi w 1822 roku miasto Chios mieściło się w obrębie murów.
    Wchodzimy główną bramą, potem jest pałac Justyniana z muzeum i główny plac z kawiarnią Illiastra. Zamawiamy frappe, pyszne, a kelnerka przynosi nam plan fortecy z zaznaczoną trasą zwiedzania i najważniejszymi punktami opisanymi również po angielsku. Przy placyku znajduje się mały muzułmański cmentarz, a dalej Baraki Meczet i kościół św. Jerzego. Odwiedzamy tureckie łaźnie, wędrujemy uliczkami, zaglądamy do zaułków, jest pusto , bo prawie południe, upał solidny. Ciekawe jak wyglądało to miasto w okresie świetności z licznymi sklepikami i tłumem mieszkańców.
    Wychodzimy z fortecy, trochę jeszcze spacerujemy po mieście i kupujemy pozostałe składniki greckiej sałatki. Park w centrum jest w całości zajęty przez uchodźców. Poza parkiem i szerokim strumieniem ludzi stojących w kolejce do dużego statku, nie spotykamy nigdzie w mieście pojedynczych grup uchodzców.
    Zwiedziliśmy Chios i w poczuciu spełnionego obowiązku wracamy do Daskalopetry.
    Kolejny dzień laba, a potem zaczynamy wycieczki samochodem.
  • 82piterek 26.09.15, 12:34
    Interesujące wprowadzenie, czekam z niecierpliwością na kolejne częścismile
    Ciekawe czy próbowaliście lodów mastyksowych lub innych produktów zawierających mastyks?
  • pszczoleczka16 26.09.15, 13:37

    ...czyli chioskie wędróweczki Leszka i Majeczkismile

    Dzień 0: 6 wrzesnia

    Budzę się rano z mieszanymi uczuciami.Z jednej strony ogromna radosć, że wyjazd jednak dojdzie do skutku(kotłowało się w naszym życiu,oj,kotłowało) i że to będzie ta wymarzona Chios, i że to już,dzisiaj w nocy wyruszamy na lotniskosmile.Z drugiej-spojrzenie na balkon,na którym wietrzą się walizki-i wraca swiadomosć, że to ja będę musiała je zapakować.O rety,jak ja tego nie znoszę!! Zawsze mam dylemat pt.co zabrać i jak to upchnąć. Walczę z tym
    zadaniem prawie do 20,ale osiągam niewiarygodny sukces:upycham nas na 8 dni w jedną srednią walizkę+ tzw. jednodniowy plecak jako bagaż podręczny.Zmęczona i szczęsliwa kładę się spać już ok.20.30.Mąż zasypia momentalnie i spi snem sprawiedliwego, ja leżę w ciemnosciach,marzę i planuję...

    Dzień 1:7 wrzesnia

    Komórka piszczy o 0:45.Leszka to nie rusza, ja mrucząc pod nosem jakies brzydkie wyrazy, wędruję pod prysznic, po czym robię kanapki i herbatę do termosu.Budzę Ukochanego Kierowcę,który po prysznicu z apetytem zjada...kolację?sniadanko?.Ja z radosci i nerwów nie mogę nic przełknąć, a zapach ulubionej kawy tylko nasila potworny ból głowy. Hmm, kiepsko się zaczyna, myslę i schodzimy o 2:00 do autka.Ruszamy na lotnisko Berlin Schoenefeld, skąd mamy lot do Aten. Miałam być radiem,pilotem i ,,antyzasypiaczem,,dla Męża, niestety wytrzymuję jedynie do Poznania. Ból głowy,Lokomotiv, radosć i stres-ta mieszanka powoduje,że zaskoczona otwieram oko przed granicą niemiecką.Witają mnie przepiękny wschód słońca nad niemieckimi polami i lasami,elektrownie wiatrowe i lekko kpiący usmiech Męża:,,Ale z Ciebie turysta,,-słyszę i pokazuje mi moje zdjęcie,spiącej w autku.Około 7:40 dojeżdżamy do lotniska...i tu mały zonk,bo okazuje się, że ceny parkingów przy lotnisku różnią się od info zamieszczonego w internecie o bagatela! 60-70 Euro.Uups.Cóż było robić-płać i płaczwink-decydujemy się na parking kryty,gdyż jego cena jest tylko o 10 Euro droższa niż parkowania na placu.Lotnisko nas zadziwia, spodziewalismy się większego i bardziej komfortowego obiektu.No nic.Ustawiamy się w mega kolejce do odprawy i o 9:55 odlatujemy do Aten.Większosć lotu przesypiamy,ale udaje nam się zobaczyć ,,z góry,,Ateny w południe: sznury samochodów ,pędzące autostradami, a wsród nich żółte taksówki.I te kolory morza...mmm...pięknie...już czujemy,że jestesmy w Grecjismile. Niecałe cztery godziny do lotu na Chios spędzamy banalnie:mycie, przebieranie, jedzenie kanapek i pierwszy,jakże ważny zakup:mapa Chios wyd.Terrain.No,teraz już jestesmy przygotowani do zajęćsmile.Podpatrujemy też podróżujących Greków.Tu sliczna młoda dziewczyna troskliwie prowadzi pod rękę starowinkę ubraną na czarno.Kawałek dalej grecka rodzina:tata cierpliwie tłumaczy cos kilkuletniemu synkowi,który będzie chyba podróżował samolotem pierwszy raz.Poważni starsi mnisi, karcący surowym wzrokiem młodych,żywiołowych współbraci,którzy opowiadali cos sobie,wybuchając co chwila smiechem.O 18:30 malutkim samolotem Olympic Air odlatujemy na Chios.Teraz już nie spimy, oglądamy zmieniającą się linię brzegową lądu i wysp w dole i cudowne kolory morza.O 19:20 samolocik dotyka chioskiej ziemi.Lotnisko rzeczywiscie malutkie,od samolotu do hali przylotów parę kroków,które pokonujemy pieszo.Wypatrujemy kogos z kartką z logo wypożyczalni i naszym nazwiskiem,ale nikt na nas w ten sposób nie czeka. Uups. Na szczęscie jest okienko ,,naszej,, wypożyczalni.Leszek podchodzi ,,uzbrojony,,w wydrukowane maile i gotówkę i ...jest, jest nasza rezerwacja!Starszy Grek prowadzi nas do białej,slicznej Kia Picanto.I tu moi drodzy,pierwsze chioskie zaskoczenietongue_outan nie chce pieniędzy za wynajem teraz, dopiero przy zwrocie autka,za to skrupulatnie zaznacza każdą,pięciomilimetrową ryskę na lakierze na druku umowy wynajmu i surowym głosem kilka razy uczula, abysmy uważali na autko, bo jest nowe.No,troszkę mnie to stresuje, nie powiem.Pytamy jeszcze Pana o LIDL.Wskazuje drogę, twierdząc co prawda, że już jest zamknięty,co okazuje się nieprawdą.Kupujemy pierwsze artykuły spożywcze i ruszamy w stronę miasta Chios i naszego hoteliku w Daskalopetra.Myslimy:za 15 minut będziemy u celu.A tymczasem...zakopujemy się w wąskich,jednokierunkowych,słabo oswietlonych uliczkach Chios i kręcimy się ,,w koło komina,,chyba godzinę.Potwornie zmęczeni, ja z mega bólem głowy stajemy ok.22 w recepcji Hoteliku Pearl Bay. Bardzo miła Pani wita nas usmiechem, próbuje wypowiedzieć nasze nazwisko i pyta, gdzie chcemy pokój.Wybieramy piętro i człapiemy się na górę.Pani wyjasnia działanie klimatyzacji i prysznica.Słuchamy jednym uchem,Leszek wychodzi z Panią zaparkować autko w podziemnym garażu, ja zostaję w pokoju, a w głowie pojawia się mysl:,,O Boże,jaki syf, gdzie ja trafiłam?Jutro stąd wyjeżdżamy,,.W pokoju bowiem pachnie brzydko-musiał być dawno nie zamieszkały i nie wietrzony.Jak się później okaże,moja pierwsza opinia okazała się krzywdząca,ale o tym później.Na razie jestesmy tak nieżywi,że myjemy się,zostawiając zakupy i bagaż nierozpakowany, i padamy spać.
    Ciąg dalszy wkrótce...
  • pszczoleczka16 26.09.15, 15:16
    Dzień 3: 8 wrzesnia

    Nastawiłam budzenie w komórce na 6,aby nadrobić moje wczorajsze,,lenistwo,,.Po przespanej nocy widzę wiele spraw inaczej niż wczoraj.Okazuje się,że pokój jest bardzo ładny,przestronny,
    urządzony w kolorystyce beżowo-brążowej z dodatkami w stylu chrom i szkło.Widzę,że elementy wyposażenia są wysokiej klasy(lampy,podłoga,blaty),a przy tym funkcjonalne.Potrzeba im tylko solidnego sprzątania.Biorę więc gąbkę,szmatki,papier,płyn do mycia naczyć i najbliższe 45 minut spędzam jako,,cleaning lady,,.Pianie koguta ogłasza koniec mojej pracy i zarazem początek dnia.Wychodzę na balkon... i tu jednoczesnie zachwyt i zonk. Zachwyt, bo okazuje się, że dostalismy pokój lepszy niż ten,za który zapłacilismy:mamy centralny widok na przepięknie podswietlony w nocy basen(własnie gasnie) i boczny widok na morze,nad którym własnie wschodzi słońce.Zonk,bo...balkonik jest malutki.Z trudem mieszczą się na nim dwa sliczne,wyplatane krzesełka i stoliczek w kształcie...półkola(kolejne chioskie zaskoczenie:pierwszy raz mamy taki malutki balkonik i taki mini stoliczek).Jest też tak skonstruowany,że nie ma do czego przywiązać linki do suszenia prania.Wychylam się i widzę,że pokoje na parterze mają ogromne tarasy z dużymi stołami z krzesłami,uups.No,nic,
    trzeba będzie zrobić ,,dekorację pralniczą,,w pokojusmile.Następne ponad dwie godziny spędzam na rozpakowywaniu bagaży,układaniu rzeczy w szafie,prasowaniu odzieży(okazuje się,że mamy żelazko i deskę do prasowania...wbudowaną w szafę-kolejne chioskie zaskoczenie) i badaniu zawartosci szafek w aneksie kuchennym.Hmm...nie poszalejemy,stwierdzam.Nie mamy kubków,filiżanek,noża i deski do krojenia, jest tylko jeden duży płaski talerz,jedna łyżeczka,lodówka jest własciwie mini-barem. ,,Spirios w zeszłym roku na Lefkadzie nas rozpiescił,, myslę, wspominając tamtą kuchnię.Robię listę potrzebnego wyposażenia i z kartką w ręku schodzę do recepcji.Niestety,mimo dobrej woli obu stron nie udaje się uzyskać porozumienia,bo Pan w recepcji po grecku,ja po niemiecku+ oboje na migi.Wracam do pokoju,Mąż nadal spi.Zostawiam Mu kartkę i wyruszam na pierwszy spacer po okolicy.Podziwiam porcik rybacki z błękitnymi kuframi,spaceruję uliczkami,przy których domki...bardzo przypominają mi te na Symi lub w Fiskardo.Chioskie są jednak ukończone(nie ma tu sterczących drutów),nie zniszczone,nowe.W ogóle zaskakuje mnie czystosć,nie walają się smieci typu plastikowe butelki itp.Odnajduję sklepik z...workami z ziarnem,mąką i... makaronami.Myslę:,,Swietnie,znalazłam piekarnię,,,niestety,wewnątrz nie ma żadnego pieczywa.Chciałam zapytać o chlebek, ale dym papierosowy aż wypycha mnie na zewnątrz.Wybiegam,kaszląc.Idę dalej,mijam tawerenkę ze stoliczkami na uroczym patio.Zaskakują mnie napisy na niej w języku tureckim.Docieram do małego sklepiku ogólnospożywczego.Tam nie ma dymu,ale ceny są baardzo wysokie.Uuups,pozostaje Lidl.Wracam do naszego hoteliku,zrobiła się prawie 11.Budzę Męża,który po toalecie wyrusza do recepcji.Wraca z miną zwycięzcy,taszcząc:nowy ekspress,dwa płaskie talerze,mały nożyk do krojenia,duże filiżanki,wielki garnek.No,teraz już możemy zrobić pierwsze chioskie sniadankosmile.Przy posiłku zapada decyzja co do dalszych planów na dzień dzisiejszy.
    Postanawiamy najpierw pojechać po duże zakupy spożywcze i zorientować się w cenach,a po załatwieniu kwestii aprowizacyjnych,wyruszyć na pierwsze zwiedzanie.Tak też robimy.Porównanie cen w AB, Veropoulos i Lidl-u powoduje wybór tego ostatniego.Wreszcie,około 16:40 wyjeżdżamy autkiem do Chios Town.
    Ciąg dalszy nastąpi...
  • pszczoleczka16 30.09.15, 14:01
    Dzień 3: 8 wrzesnia

    Jak napisałam wczesniej,ok.16:40 pakujemy się do Kii i ruszamy wreszcie na zwiedzanie Chios Town.Pokonanie tych ok.10 km okazuje się nie lada wyzwaniem,gdyż po drodze wszystko mnie zachwyca:niebiesko-zielony kolor Morza Egejskiego,mini promenada z palmami i pomnikiem marynarza we Vrontados,a przede wszystkim kosciółkismile.Co chwilę proszę Męża,abysmy się zatrzymali celem zrobienia zdjęcia.W końcu słyszę zniecierpliwione:,,Nie widzisz niczego na literę k,bo nigdy nie dojedziemy,,.Uups,lepiej nie drażnić kierowcy,bo zaraz pójdę pieszo,,winkmyslę i w tym momencie prawie ląduję na przedniej szybie.Powód-cztery przepiękne wiatraki nad brzegiem morza.Zaskoczona patrzę,jak Ten,Co Jedzie Prosto Do Celu obchodzi je z każdej strony,próbując zrobić jak najładniejsze zdjęciasmile.Jedziemy dalej.Około 17 parkujemy przed wejsciem do parku i ruszamy na zwiedzanie Kastro.Miejsce jest urocze:wąskie uliczki,niektóre wybrukowane,malutki muzułmański cmentarz,plac z kilkoma kawiarenkami(tawernami),kopulasta budowla podobna do tej w Fortezzie w Rethymnonie(z wpisów Małgosi wiem,że są to łaźnie-nam nie udało się wejsć do srodka),meczet,dwa kosciółki i dużo,dużo ciekawych domków.Niektóre kamienne,z ciekawymi kolorami okiennic i drzwi(głównie czerwień,różne odcienie niebieskiego,ale były też zielone i fioletowe),inne tureckie z drewnianymi balkonami a'la starówka Rodos i Rethymnonu.W ogóle co rusz przychodzą nam do głowy skojarzenia i porównania z Kretą,Rodos,Lefkadą...Mimo,że Kastro jest niewielkie,spędzamy tam około półtorej godziny.Zaskakuje nas,że pomimo,iż jest to nadal zamieszkała dzielnica,spotykamy tylko dwie starsze panie i dwóch nastolatków na rowerach,poza tym jest pusto.Wychodząc,na placyku z kawiarenkami widzimy plansze zachęcające do zakupu gofrów(ktos na Forum pytał,gdzie w Grecji można je kupić i zjesć)
    z owocami,polewami i lodami. Acha,już wiemy, gdzie się podziali młodzi mieszkańcy Kastro-siedzą przy stoliczkach, popijając frappe.Pomimo,że słodycze uwielbiam,nie decydujemy się na ,,przerwę kawową,,z powodu dymu tytoniowego. Czujemy się ,,niewyspacerowani,,
    ruszamy więc,,w miasto,, z nadzieją romantycznego pospacerowania po uliczkach.Udaje się to połowicznie: odnajdujemy meczet-muzeum i sporo ogromnych kosciołów, każdy w nieco innym stylu i kolorystyce, jednak ze względu na ogrom aut i motocykli, pojawiających się niespodziewanie w miejscach, gdzie nie powinno ich być, spacer jest trudny.Podpatrujemy troszkę życie stolicy i oto kolejne chioskie zaskoczenia:o wiele mniej domów jest oplecionych bugenwillą, za to bardzo często spotykamy...naszą polską,czerwoną pelargonię.Niemalże przy każdym domu widzimy też klatkę z kanarkami lub miniaturowymi papużkami.Zaskakuje nas też istnienie...kwiaciarni z ogromnym wyborem pięknych ,kwitnących roslin doniczkowych i kwiatów ciętych. Jakos podczas naszych dotychczasowych greckich wojaży spotykalismy w kwiaciarniach wyłącznie sztuczne kwiaty.Ciekawostką dla nas było też spotkanie zadbanych psów,wyprowadzanych przez ich włascicieli na smyczy bądź wygrzewających się w słońcu.Dotychczas spotykalismy greckie psy albo bezpańskie i tak wychudzone,że aż im kosci sterczały, albo pilnujące domostw tzn.przywiązane-a więc w obu przypadkach ,,przegrywały,,z kotami-a tu proszę,miła niespodzianka.
    Po półtorej godzinie mamy już dosyć hałasu.Dochodzimy do naszej Kii, zaparkowanej przed bramą ogrodu.Postanawiamy pospacerować chwilę wsród ciszy i przyrody.Wchodzimy i...o rety.Okazuje się,że park jest miejscem,w którym są zgrupowani uchodźcy.Tak jak napisała Małgosia, są spokojni, siedzą lub leżą na kartonach,kocach,trawie i nikogo nie zaczepiają,
    ale czujemy się jakos nieswojo w ich obecnosci. Jakbysmy nieproszeni weszli do ich domu...,do ich życia...Przechodzimy szybko główną alejką i inną drogą wracamy do autka.Jest ok.19:40, zaczyna się sciemniać, postanawiamy wracać do naszego hoteliku.
    Kiedy około 21:20 jemy naszą pierwszą chioską kolację, Leszek zdobywa się na refleksję:,,Wiesz, jak przyjdzie mi do głowy ponarzekać, to przypomnę sobie tych uchodźców.Mamy naprawdę piękny pokój w slicznym hoteliku,a wyspa na pewno jeszcze wiele razy nas zachwyci.,,.Podaję Mu mapę, aby zapoznał się z propozycją jutrzejszej trasy.Około 22:30 zasypiamy...
    Ciąg dalszy nastąpi...
  • pszczoleczka16 30.09.15, 17:15
    Dzień 4: 9 wrzesnia

    Dzisiaj pierwszy dzień tzw.,,pełnometrażowego,,zwiedzania, nastawiam więc budzik na 5:40 z nadzieją,że uda nam się wyjechać o 8,aby uniknąć upału i sjesty.Zaczynam od wyboru ubrań na dzis.Ponieważ zamierzamy zwiedzić co najmniej trzy klasztory,wyjmuję zwiewną sukienkę ,,do pięt,,oraz dwie męskie wersje odzieżowe:dżinsowe spodenki za kolano oraz lekkie długie spodnie+pasującą do nich bluzkę.Prasuję,kąpię się,przygotowuję sniadanko-czyli poranny standardsmile.Ukochanego Kierowcę budzę dopiero ok.7:30.(ten to ma dobrze-zawsze spi dłużej ode mniewink). Wyjeżdżamy z malutkim opóźnieniem tj.około 8:15.Z przeczytanej relacji Małgosi widzę,że dzisiaj niemalże depczemy sobie po piętach,nie wiedząc wówczas o tymsad.My jednak nie krążymy po Vrontados, lecz jedziemy do Chios Town i obok ,,parku uchodźców,, odbijamy na drogę wiodącą do Anavatos i Avgonymy. Pierwszy krótki przystanek to zdjęcie ogromnego koscioła przed wsią Karies.Obchodzimy go z każdej strony, w końcu udaje się go uwiecznić na kliszy.Kawałek dalej jest możliwosć skrętu do wsi Karies. Krótka dyskusja i decyzja,że zajrzymy tu w drodze powrotnej. Jedziemy serpentynami trochę wsród lasów,trochę wsród skał,uważnie wypatruję drogowskazu na Moni Kourna, niestety, nie udaje mi się go znaleźć.Jedziemy dalej i docieramy do rozwidlenia dróg.Jedna wiedzie do Nea Moni, druga do Klasztoru Sw.Marka.Wybieramy tą drugą.Wita nas biało-błękitno-czerwony klasztor.Brama jest zamknięta,uups.Myslimy:,,Pewnie jest za wczesnie, poczekamy,,.Widzimy bramkę, a w dole białą kapliczkę(kosciółek?) z czerwoną kopułą, do którego prowadzi troszkę schodów.Oczywiscie,idziemy.Oszałamiająco pachną pinie.I ta cisza.Okazuje się,że za kapliczką, sfotografowaną przez Małgosię,są jeszcze dalsze schody, wiodące do kosciółka wykutego w skale. Klasztory i małe kosciółki to to,co lubię najbardziejsmile. Niestety, jest zamkniętysad.No,trudno.Wracamy i...Chios zapewnia nam cudowną rekompensatę. Oto w sosnowym lesie, na kamiennym murku, stoi...autentyczna dzika kozica. Mąż szepcze;,,Nie ruszaj się, spróbuję zrobić jej zdjęcie,,.Prawie nie oddycham, podziwiając piękne,płochliwe zwierzę.Kozica wyczuwa jednak naszą obecnosć i ucieka.
    Wracając,podchodzimy jeszcze raz do bramy klasztoru i widzimy, kartkę z napisem:,,Ring to bell,,. Pytam Leszka,co to znaczy. Wyjasnia mi,pytajac:,,Chyba nie zamierzasz ...?,,.Ależ oczywiscie,że zamierzam i naciskam dzwoneksmile.Po chwili otwiera nam Pani ubrana na czarno.Wchodzimy na dziedziniec,a tam biel scian kontrastuje z błękitem donic ,okiennic i drzwi do cel.Zaglądamy do koscioła,oglądamy teren wewnętrzny,zerkamy na mały,lecz starannie utrzymany ogródek warzywno-winoroslowy.Nikt nas nie pogania, nie krzyczy i nie chodzi za nami krok w krok(nie cierpię tego-a w niektórych klasztorach tak bywało).Wychodząc, Mąż zbiera się na odwagę i pyta o skalny kosciółek .Dostajemy klucz i ponownie pokonujemy drogę w dół po schodach .Miejsce cudne,aby zobaczyć wnętrze,trzeba zapalić leżącą przy wejsciu swiecę albo zabrać latarkę.Po chwili refleksji wracamy,oddajemy klucz i ruszamy do Nea Moni. Jadąc,widzimy po raz pierwszy skutki pożarów na wyspie:czarne,spalone pnie drzew.
    Jest po 11, kiedy docieramy do Klasztoru.I tu zaskoczenie:oprócz kilku samochodów osobowych,stoją dwa autokary. No,to pięknie,myslę,nie znoszę zwiedzać w grupie,a tu stonka turystyczna,uups. Na szczęscie okazuje się,że grupa niemiecka własnie odjeżdża,a grupa czeska...własciwie wpadła i wypadła, zachowując się przy tym cicho i spokojnie.Nasze wrażenia:przepiękne,otoczone cyprysami miejsce.Spędzilismy tu prawie godzinę, oglądając,co się dało.Ogromne wrażenie zrobiły na nas kosci i czaszki Greków pomordowanych tutaj przez Turków w 1822r.,które znajdują się w kosciółku Sw.Łukasza(kosciółek jest poza murami Nea Moni,ale do niego należy,jednak mało kto tam dochodzi). Mimo pamięci o tragedii, jaka tu się wówczas wydarzyła,miejsce to tętniło teraz życiem: trwały jakies prace wykopaliskowe(prawdopodobnie fundamentów bazyliki z czasów rzymskich(?)),a w jednym pomieszczeniu a'la jadalnia odbywało się gruntowne sprzątanie:kilka Pań odkurzało ramy obrazów, rzeźbione krzesła i drewniane stoły,myło podłogi.Może tam własnie Małgosia i Wojtek wypili kawę?My nie mielismy takiej możliwosci. Ale toalety rzeczywiscie byłysmile
    Jest godzina 12:20, kiedy podjeżdżamy pod majestatyczny, ogromny, biało-czerwony klasztor Aghii Paters. Nie widzimy żadnej informacji o godzinach otwarcia,więc stwierdzamy,że mamy 40 minut, bo o 13:00 pewnie rozpocznie się sjesta.Wchodzimy-pusto,nie ma żywego ducha. Cichutko oglądamy, co się da z terenów wewnętrznych:dziedzińce,schody. Przykucam(przyklękam?),żeby zrobić zdjęcie i nagle słyszę:,,no foto, no camera!,,.Przestraszona, tracę równowagę, przewracam się, wypuszczając aparat z rąk. Wstaję niezgrabnie i widzę wiekowego, siwego mnicha,zbliżającego się szybkim krokiem i grożącego nam palcem oraz dwa starsze małżeństwa.No, już po nas, myslęwink.Broda zaczyna mi się trząsć, Leszek przeprasza po angielsku i zamierzamy wziąsć odwrót, tymczasem...mnich wyciąga z kieszeni wielką chustkę w kratkę i podaję mi ją z szerokim usmiechem, po czym serdecznie nas przytulasmile i mówi po angielsku:,,Chodźcie,chodźcie,,.
    Dalej zwiedzamy już ,,w grupie,,.Mnich, doskonale mówiący po angielsku,otwiera nam kosciół z drewnianym ikonostasem i ciekawymi malowidłami,przedstawiającymi Swiętych Ojców Koscioła.O ile dobrze zrozumielismy,to w tym kosciele znajduje się albo kawałek drewna,albo gwóźdź z Krzyża Pana Jezusa. Następnie przechodzimy do takiej jakby jadalni, pełnej pięknych malowideł ze scenami z Biblii.Charyzmatyczny mnich z pasją opowiada o każdym z nich.Towarzyszący nam Grecy zaczynają okazywać lekkie zniecierpliwienie i przechodzą do...konsumpcji ciastek, picia wody i uzo(raki?).Nam też proponują, ale Leszek wyjasnia,że biorę leki na astmę, a on jest jedynym kierowcą. Mnich dezynfekuje uzo moje obtarte dłonie i rozmowa schodzi na tematy prywatne.Okazuje się,że mama starszego Greka jest Polką,a On jako małe dziecko mieszkał w Gdańsku i wkrótce zamierza się tam wybrać(teraz mieszka w Salonikach).I tu kolejne chioskie zaskoczenie:okazuje się,że znajomosć języka angielskiego jest tutaj o wiele lepsza u osób starszych(powyżej 70-ciu lat) niż u osób młodych.Miło się rozmawia,ale ponieważ chcielibysmy jeszcze trochę pozwiedzać,około 13 żegnamy się i ruszamy w dalszą drogę do Anavatos i Avgonymy.
    Ciąg dalszy nastąpi...
  • pszczoleczka16 30.09.15, 20:12
    Dzień 4: 9 wrzesnia-ciąg dalszy

    Jest około godziny 13,kiedy opuszczamy klasztor Aghii Paters i jedziemy do Anavatos.
    Już z daleka wioska robi duże wrażenie.Zatrzymujemy się na poboczu,Leszek próbuje zrobić ładne zdjęcie,ja czekam w aucie.Okazuje się,że wybralismy chyba ,,punkt widokowy,,, bo oprócz nas zatrzymały się tam dwa autka.Jedną z tych par spotykamy chwilę później w Anavatos.Może to byłas Ty,Małgosiu i Wojtek? Ruszamy i jedziemy dalej dosć szybko,ale ja zauważam po prawej stronie drogi pomnik upamiętniający samobójstwo Greków z Anavatos. Wołam: ,,Zatrzymaj się,,,niestety,ze względu na prędkosć i typ drogi jest to teraz niemożliwe.Leszek obiecuje,że zatrzymamy się tutaj w drodze powrotnej.Niestety,chyba wracalismy pewien odcinek inną drogą,bo mimo powolnej jazdy,już tego pomnika nie zobaczylismysad.Zdołałam zobaczyć niewiele:smutny,biały anioł ,,płci żeńskiej,,(tak sądzę ze względu na długie włosy i smukłą sylwetkę),trzymający w rękach wieniec laurowy.Pozostała częsć pomnika była z beżowo-szarego kamienia,ale nie wiem,czy były tam jakies postacie,czy napis.Jednak nawet ten fragment zrobił na mnie duże wrażenie.
    Dojeżdżamy do ,,miasta duchów,,,zostawiamy Kię na mini parkingu i dalej ruszamy pieszo.Cykady grają bardzo głosno-nic dziwnego,upał jest potężny.Nie lubię nakryć głowy,ale teraz kapelusz sam wskakuje na czaszkęsmile.Wiemy,z jakiego powodu miasteczko jest opustoszałe,ale... bardzo nam się tu podoba.Żałujemy,że jest taki upał(kończy nam się woda do picia) oraz że nie jestesmy odpowiednio ubrani(sukienka ,,do pięt,, i pasujące do niej sandały to taki sobie strój na eksplorację ruinwink),aby nieco zejsć z wyznaczonej scieżki.
    Schodząc,zauważamy drogowskaz do muzeum i decydujemy się sprawdzić,co i jak.Po chwili docieramy do slicznego domku.Niestety,okazuje się zamknięty bez informacji o godzinach otwarcia.No,cóż-sjesta-moglismy się tego spodziewać.Leszek próbuje cos dostrzec przez okienko i informuje mnie,że jest to wnętrze tradycyjnego chioskiego domu połączone z mini-galerią.Ta wiedza musi nam wystarczyć,gdy opuszczamy Anavatos i jedziemy do Avgonymy.Gdy wysiadam z autka, fala upału niemalże zwala mnie z nóg.Nic dziwnego:dochodzi 14.Początkowo chcemy zrezygnować,ale postanawiamy:,,Pójdziemy tylko kawałeczek i wracamy,,.Jednak gdy zagłębiamy się w urocze,wąskie uliczki,z kamiennymi domkami,beżowymi i błękitnymi donicami z pelargoniami,gdy dochodzimy do tawerny z pięknym widokiem i do centralnego placyku,nie żałujemy decyzji.Jest tu naprawdę sliczniesmile
    Przed 15 ruszamy w drogę powrotną,zatrzymując się po drodze na małe zakupy w Lidl-u.I tu kolejne chioskie zaskoczenie:jestesmy przepuszczani w kolejce do kasy.I zdarza nam się to tutaj prawie za każdym razemsmile.Zaskakuje nas to bardzo, bo mimo,że Grecy są generalnie mili i uprzejmi, taka sytuacja jeszcze nam się nie zdażyła.
    W naszym hoteliku jestesmy ok. 17.Prysznic i podczas posiłku decyzja: ,,Dzis idziemy na basen,bo jak tak dalej pójdzie,to wyjedziemy stąd bez kąpieli,,.Około 18:40 zanurzamy się w ,,prywatnym,,(czytajcie:kompletnie pustym)basenie.Mmm...to jest to,czego po intensywnym zwiedzaniu było nam potrzebasmile.Zregenerowani, wracamy do pokoju.Leszek czyta oraz przegląda informacje z internecie(tak! na wyposażeniu pokoju mamy bowiem komputer z dostępem do internetu),ja robię notatki i pranie.Przy późnej kolacji zapada decyzja,że jutro wybierzemy prostszą i krótszą trasę.Co z tego wyszło,już wkrótce.
    Ciąg dalszy nastąpi...
  • goska52 01.10.15, 13:28
    Niestety nie spotkaliśmy się w Anavatos, bo my tam dotarliśmy przed 15.00. Szkoda bo gdybyśmy usłyszeli polski język to na pewno zaczepilibyśmy pierwszych Polaków spotkanych na Chios.
    My na wycieczki wyjeżdżaliśmy spokojnie między 10.00 a 11.00.

    pozdrowienia Gośka
  • pszczoleczka16 01.10.15, 15:54
    Dzień 5: 10 wrzesnia

    Wczoraj postanowilismy, że dzisiejszy dzień będzie bardziej relaksacyjny tzn.że wybierzemy krótszą i mniej krętą trasę.Postanawiamy pojechać do Kardamyli, zatrzymując się oczywiscie po drodze w ciekawych miejscach.Wg. mapy Terrain w okolicach Kardamyli znajduje się zamek, zaznaczony jako większy niż ten w Chios Town.Ruszamy około 8:30, po paru minutach pierwszy postój-Klasztor Panagia Mersinidou.Tak jak napisała Małgosia,położony jest na skalnym występie(półce? urwisku?),o który rozbijają się niebiesko-zielone fale Egeo.Wiedzie do niego biała droga wsród pinii.Wita nas żółtawa bryła z trzema niebieskimi kopułami i uchylone drzwi wejsciowe.Wchodzimy na biały dziedziniec.Oczywiscie, jestesmy sami, nie licząc dużej liczby slicznych kotków,wygrzewających się na schodach.Staram się zrobić im zdjęcie lub chociaż pogłaskać,niestety,uciekająsad.
    Ruszamy dalej.Jedziemy dosć szybko,mijając drogowskazy zachęcające do skrętu do Pandoukios i Sykiadhy.Nie wiedzielismy,że jest tam opisany przez Małgosię kosciółek na grobli, więc nie skręcamysad.Na pierwszy postój wybieramy Lagadhę. Mała miejscowosć z porcikiem i sympatyczną mini promenadą z tawerenkami.Mamy nadzieję na podpatrzenie codziennego życia mieszkańców oraz zakup kartek pocztowych i znaczków.To pierwsze się udaje, to drugie niestety nie.Na domiar złego aparat fotograficzny współpracuje niechętnie.Udaje nam się ,,cyknąć,, tylko kilka kosciółków.Niemniej spacer tam uważamy za bardzo udany.
    Droga jest równa, o dobrej nawierzchni,więc jedziemy szybko.Może dlatego nie zauważamy drogowskazu do Klasztoru Aghii Anarghyri.Bardzo zależało mi,aby go zobaczyć, proszę więc Leszka,abysmy jechali wolniej,bo znowu cos przegapimy.Zwalnia,jedziemy powoli,wypatrując informacji o Ghira Kastle.Niestety,drogowskazu żadnego niet.Tablica informuje,że jestesmy w Ano Kardamyla.Postanawiamy wysiąsć i pospacerować-może sami znajdziemy ów słynny zamek, a jak nie,to zapytamy kogos o drogę.Spacerujemy po wioseczce,będącej miksem wielu stylów chioskiego budownictwa,niestety nie spotykamy ani zamku,ani żadnego człowieka.Jedziemy dalej,lekko rozczarowani.Chios postanawia nam to wynagrodzić slicznymi kosciółkamismile.Jeden szczególnie nam się podoba:jest z czerwonej cegły i kamieni.Tuż obok jest stacja benzynowa,jednak próba rozmowy z młodym pracownikiem spełza na niczym.Z pomocą przychodzi starszy Pan,tankujący benzynę.Wyjasnia po angielsku,że do Kardamyli mamy jechać dalej tą drogą,ale zamku tam raczej nie ma,tylko piękne widoki.Parkujemy na głównym placyku i ruszamy ,,w miasto,,.Miasteczko spokojne,przypominało nam Kastelli Kissamou na Krecie.Mimo,że jest ok.10:30, upał jest potężny, a w nas narasta frustracja,że marnujemy czas, bo ,,nic konkretnego,, nie zobaczylismy i znowu nie udało się kupić kartek sad.Nastrój poprawia nam spacer przy porcie.Szum Morza Egejskiego i nastrój swiętego spokoju-to było nam potrzebne.Nagle czuję ucisk w gardle.Na jednej z wchodzących w morze odnóg nabrzeża jest pomnik młodej kobiety,czekającej (albo żegnającej)ukochanego marynarza(rybaka?).Próbuję zrobić zdjęcie,jednak aparat stanowczo odmawia współpracy.,,Wracamy,,-szepczę,bo czuję,że za chwilę się rozbeczę.W srednich nastrojach wracamy do auta i bardzo szybko pokonujemy drogę powrotną.Jedziemy jeszcze do Lidl-a po zakupy.Około 13 jestesmy już w naszym hoteliku.Prysznic,posiłek i zastanawiamy się,jak zagospodarować dalszą częsć dnia.Postanawiamy,że czas sjesty przeznaczymy na przygotowanie ubrań na jutro,pranie oraz kąpiel w basenie,a następnie wyjedziemy do Volissos.Około 16:30 pakujemy się ponownie do naszej Kii.Początkowo jedziemy wąskimi uliczkami Vrontados, podziwiając kilka ciekawych kosciołów, następnie wspinamy się krętą drogą coraz wyżej,podziwiając coraz mniejsze zabudowania Chios i znany już, cudowny kolor
    morza.Znowu nasuwają się skojarzenia i porównania,tym razem z Lefkadą i Zakyhthos.Droga wiedzie teraz przez sosnowy las,następnie wsród kamieniołomów.Ze względu na dobrą nawierzchnię, rozwijamy dosć dużą prędkosć. Nagle jadący z przeciwka samochód mruga ostrzegawczo swiatłami. Myslimy:,,Policja?Tutaj?,,,ale zwalniamy. Jak się okazuje słusznie.Otóż po obu stronach drogi pasą się kozy,które własnie postanowiły tłumnie przespacerować się przed naszym autkiem.Skojarzenie z Kretą i drogą na Elafonissi jest natychmiastowe. Leszek wyskakuje z aparatem,niestety,chioskie kozy nie są zainteresowane sesją fotograficznąwink(czytajcie:uciekają w popłochu). Jedziemy dalej i widzimy drogowskaz:Moni Moundon,Diefcha. Mówię do Męża:,,W przewodniku wyczytałam,że ten klasztor jest otwierany tylko raz w roku,ale pojedźmy,proszę, bo miejsce jest podobno piękne,,.Tak jest w istocie.Odwijamy ostrożnie drucik przy wejsciu i pchamy drzwiczki.Jestesmy...Klasztor,bardzo przypominający ukryte w górach,opuszczone klasztory Lefkady,jest naprawdę piękny.Chociaż nie jest tak znany i odrestaurowany jak Nea Moni, staje się naszym klasztorem nr 1 na Chios.Doskonałe miejsce choćby na chwilę odpoczynku w podróży,w towarzystwie cykad, ptaszków a'la sikorki i motyli.Robimy dużo zdjęć(jak się okazało,nie wszystkie wyszły ze względu na silne popołudniowe słońce) i ruszamy dalej.Wkrótce na horyzoncie pojawiają się zabudowania Volissos i górujący nad miasteczkiem zamek.Jednoczesnie widzimy drogowskaz: Moni Aghia Markela 8km.Szybka narada i decyzja:jest dosyć późno,a zamek i miasteczko zasługuje na gruntowniejsze poznanie,wrócimy tu jutro,a teraz jedziemy zwiedzić klasztor.Droga trwa dłużej niż myslelismy z powodu kilku uroczych kosciółków po drodze,które muszę sfotografować oraz malutkich kotków, spotkanych przy jednym z nichsmile.Maluchy koniecznie chcą odbyć z nami dalszą drogę,niestety, nie mamy dla nich nic do zaoferowania oprócz wody.
    W końcu wykorzystujemy ich chwilowe zainteresowanie motylkiem i ruszamy dalej.Jedziemy wzdłuż uroczych,pustych plaż w Limia i Limnos.Ta pierwsza malutka,otoczakowa,bez leżaków,dziewicza, ,,prywatna,,.Ta druga dużo większa i szersza, piaszczysta,chyba były jakies leżaczki i co najmniej jedna tawerna(bar?), mimo,że jest ok.18 parę osób plażowało,a kilka się kąpało.Przed 18 dojeżdżamy do zabudowań klasztoru.Jest to bardzo duży,biały obiekt z czerwonymi dachami i czerwonymi obramowaniami okien(myslę,że można tu nawet wykupić noclegi),ze straganami z ikonami, z rozległym dziedzińcem, na którym rosną drzewa mandarynkowe i stoją stoły,zapraszające do zrobienia sobie pikniku.Dwie greckie rodziny z dziećmi własnie korzystają z tej możliwosci, mimo krążących wokół ich wiktuałów szerszeni.Znowu ten klimat zaufania,który tak uwielbiamy: nikt za nami nie chodzi, nie
    krzyczy,nie kontroluje.Tuż obok klasztoru kolejne chioskie zaskoczenie: otoczakowa plaża z
    leżakami i tawerenką.Niesamowite jest to zestawienie klasztoru i napisu o odpowiednim stroju z plażąwink.Podchodzimy do tawerenki w poszukiwaniu WC i ... po raz pierwszy NIE DUSI MNIE DYM PAPIEROSOWY.Po pozostałosciach na niesprzątniętych jeszcze talerzach wnioskujemy,że porcje są olbrzymie,a ktos przed nami pojadł wyjątkowo smacznie:ryby,małże(muszle?),frytki, tzatziki... Zastanawiamy się,czy nie zjesć tutaj kolacji, jednak logiczne argumenty Leszka (,,Wolałbym nie wracać po ciemku po słabo oswietlonych, krętych, górskich drogach,,)przegrywają z chęcią spędzenia romantycznego wieczoru nad morzem.No,fakt-jest 18:40.Ruszamy w drogę powrotną,którą staramy się przebyć możliwie szybko.Zmrok dopada nas,gdy jestesmy niemalże u celu,jednak z jego powodu skręcamy w lewo,a nie w prawo i mamy ,,Vrontados by night,,.W końcu zamiast przy hotelu Agia Markela,wyjeżdżamy z bocznej uliczki tuż obok naszego hoteliku- w sumie wyszło na plussmile.Jest prawie 22,kiedy w wykąpani,w piżamach zasiadamy do obiadokolacji.A miał to być relaksacyjny dzieńsmilesmile
    Ciąg dalszy nastąpi...



  • pszczoleczka16 01.10.15, 20:34
    Dzień 6: 11 wrzesnia

    Kolejny piękny,chioski dzień rozpoczynam od potwornego bólu głowy i ogólnego kiepskiego samopoczucia.,,Hmm...chyba przeceniłam swoje możliwosci,,stwierdzam, obserwując na balkonie kolory zmieniającego się nieba.Spać położyłam się bowiem bardzo późno(lub raczej wczesnie-jak wolicie),gdyż wypisywałam kartki z pozdrowieniami(na szczęscie zostało mi sporo tzw.uniwersalnie greckich-czyli z uroczymi kociakamismile z zeszłorocznej jońskiej eskapady).Ponieważ pisane przez mnie kartki przypominają mini-listy(prawda,Piterku?),a kartek wypisałam co najmniej 6,to tak mi jakos zeszło...do 3 ranowink
    Zabieram się za przygotowanie sniadania.Kiedy wypuszczam z rąk widelce,budzi się Mąż.,,Wyglądasz fatalnie,,-słyszę.No,nie ma to jak komplement z samego ranasmile.Wyjasniam,że mało spałam.,,Może w takim razie zostaniemy dzis w hotelu?,,-pada propozycja.W rezultacie ustalamy,że skoro się kiepsko czuję, to zwiedzimy tylko zamek i miasteczko Volissos i wrócimy do hoteliku.
    Wyruszamy ok.8:30.Ponieważ jest dzień, a drogę już znamy,jedziemy w miarę szybko i mniej więcej godzinę później parkujemy Białą Maleńką i rozpoczynamy podejscie do zamku.Mimo wczesnej godziny,jest już upał.Zamek...totalnie nas rozczarowuje.Sporo greckich twierdz już widzielismy, ale do tej pory nie zgłębilismy fenomenu tego zamku.Z daleka prezentuje się bowiem całkiem zachęcająco,tymczasem gdy docieramy na szczyt okazuje się,że z zamku pozostał tylko kawałek narożnej wieży.Aby zmniejszyć niesmak,postanawiamy pospacerować po miasteczku.Wędrujemy wąskimi,stromymi uliczkami i...znowu Chios rekompensuje nam zamkowego zonka.W plątaninie uliczek odnajdujemy piękny kosciół z kolorowych kamieni i cegieł, z elementami kolumn z czasów rzymskich.Hurra!Jest też poczta i mały sklepik,w którym kupujemy wreszcie kartkismile.
    Czas na decyzję, co dalej.Ponieważ czuję się dużo lepiej(ach,te lecznicze własciwosci Grecjiwink),postanawiamy pojechać do Aghio Gala,gdzie znajdują się dwa kosciółki jaskiniowe.Droga przez Piramę,Parpatię,Trypes i Melanios zajmuje nam dosć dużo czasu ze względu na swoją krętosć, piękne widoki morza i dużo ciekawych kosciółków.Około 13 widzimy wreszcie w oddali kosciółek ,,przyklejony,,do skały,a za chwilę drogowskaz z nazwami tych kosciółków.Z pewną obawą parkujemy Kię z boku drogi i schodzimy w dół kamienną dróżką, podążając za znakami.Mijamy małą fontannę,z której można zaczerpnąc pysznej,chłodnej,źródlanej wody;pasącego się w zaroslach osiołka oraz małą tawerenkę.Jeszcze parę kroków i widzimy grupę kilku osób,wychodzącą z kosciółka.Młody mężczyzna odłącza się od niej i podchodzi do nas,prosząc,abysmy chwilę poczekali.Wchodzimy do chłodnego pomieszczenia,czegos na kształt mini-sklepiku,mini-księgarni i mini-galerii.Na stojaku znajduję jedyny! batonik mandolato z mastyksem.Z batonem w ręku czekamy na młodego Greka.Pojawia się po około 15 minutach,bardzo nas pprzepraszając, że musielismy tyle czekać,ale obsługuje też tawerenkę na dole.W ramach przeprosin batonik mamy gratissmile,za bilety wstępu musimy jednak zapłacićwink.Odwijam batonik...i smak jest niesamowity.Słodycz przełamana nutą orzeźwienia.Mięta?Eukaliptus?
    Olejek sosnowy?Trudno mi opisać Wam ten smak,dla mnie było to ,,niebo w gębie,,.Nasz przewodnik wybucha smiechem, widząc moją minę i otwiera wejscie do jaskini.Z pasją,perfekcyjnym angielskim, opowiada historię tego miejsca,podswietlając latarką co ciekawsze fragmenty różnokolorowej szaty naciekowej.Stalaktyty i stalagmity przybierają różne kształty.Rozpoznajemy krokodyla, organy,osmiornicę...Jest pięknie,ale to jeszcze nie koniec wrażeń.Następnie przechodzimy do kosciółków.W pierwszym jest taka sama ikona,jak w Nea Moni,tylko dużo większa, otoczona przez rzeźby...ciężarnych aniołków.Pan wyjasnia nam,że przychodziły tu kobiety modlić się o dar potomstwa i zawsze zostawały wysłuchane.Przechodzimy dalej.W drugim kosciółku są bardzo stare freski,a jeszcze ciut dalej skała,z której scieka nieco mętna woda,zwana Swiętym Mlekiem.Podobno genialnie wpływa na męską potencję i płodnosć(nie wiem, nie pilismy, pozostaje mi uwierzyć na słowosmile).Wychodzimy z kosciółków, Pan zachęca nas do zatrzymania się w tawerence, ale Leszek grzecznie dziękuje, tłumacząc,że jestem bardzo zmęczona,a przed nami długa droga.Pan zapytuje, gdzie znajduje się nasz hotelik.Jest zaskoczony,że nie w Karfas, a gdy pada nazwa i lokalizacja hotelu, okazuje się,że go zna, bo mieszka we Vrontados. Żegnamy się i schodzimy na dół.Z obawą oglądamy zostawioną przy drodze Białą Maleńką, na szczęscie nikt w nią nie wjechał.Po 14 jedziemy już z powrotem.Nieprzespana noc i upał sprawiają,że mimo krętej drogi,zasypiam.W naszym hoteliku jestesmy przed 16.Postanawiamy pójsć dzisiaj na basen i położyć się wczesniej spać.Realizacja pierwszego postanowienia okazuje się dosć trudna.Wjeżdżając do garażu, widzimy,że pojawiło się sporo wypożyczonych aut.Idąc do pokoju stwierdzamy,że basen jest oblegany przez grecką rodzinę z dziećmi(dwie dziewczynki) i kilku młodych Greków i Greczynek.Okazuje się,że basen hotelowy służy też mieszkańcom okolicy.Uups.Mimo,że są jeszcze wolne leżaki, decydujemy się poczekać,aż sobie pójdą, bo hałas generują sporywink.Około 18:40 basen pustoszeje,więc ruszamy.Po kąpieli tradycyjnie już kolacja, pranie,prasowanie,toaleta wieczorna.Wiem,że powinnam wypisać kolejne kartki,,,zdobyte,,w Volissos, ale padam spać. To był kolejny cudowny dzieńsmile
    Ciąg dalszy nastąpi...
  • pszczoleczka16 05.10.15, 16:31
    Dzień 7: 12 wrzesnia

    Na dzisiaj zaplanowalismy obejrzenie Pyrgi-chyba najbardziej znanego miasteczka mastyksowego.Udaje nam się dosć sprawnie wyszykować i około 8:15 wyruszamy.Droga mija nam szybko i mniej więcej godzinę później parkujemy naszą Kię na obrzeżach miasteczka.Naszym zdaniem, miasteczko jest slicznesmile.Wąskie uliczki,balkony i te niepowtarzalne biało-czarne,,chioskie grafitti,, czyli ksysta na scianach budynków.Własciwie niemalże w całym miasteczku dominują trzy kolory:biel, czerń i beż.Sporadycznie pojawiał się błękit-najwięcej na głównym placyku z kosciołem i tawernami- oraz czerwień suszących się w słońcu sznurów pomidorów.Jestesmy sami-i budzimy wsród miejscowych życzliwe zainteresowanie.Przerywają odddzielanie kulek żywicy(mastyksu) od kory, wieszanie prania czy szorowanie uliczki przed wejsciem do domu, aby odpowiedzieć na nasze ,,Kalimera,, i przyjrzeć się nam.I tu kolejne chioskie zaskoczenie-zauważamy,że tutaj przed domy wychodzą głównie kobiety- i to one prowadzą ożywione dyskusje, czyszczą mastyks czy po prostu siedzą na małych krzesełkach.Panowie w tym czasie oglądają w domach telewizję.Małgosia stwierdziła w swoim wpisie,że trudno Jej było kupić jakies produkty z mastyksem.My widzielismy kilka, między innymi kosmetyki(chyba balsamy do ciała i kremy do rąk) oraz cukierki typu landrynkowatego, galaretki w cukrze-pudrze oraz jakby gumy rozpuszczalne.(te ostatnie bardzo smaczne-kupilismy sporą torebkę za 2,5 Euro-oczywiscie do Polski dojechało tylko kilka sztuksmile).Niestety, nie było moich ulubionych mandolato z mastyksem, uupssad
    Spędzamy w tym bardzo ciekawym miejscu około dwóch godzin, po czym oczarowani postanawiamy zobaczyć jeszcze inne miasteczka mastyksowe, licząc na to,że będziemy mieli jeszcze okazję zobaczyć ksystę. Kierujemy się do Olimpii.I tutaj totalne zaskoczenie: miasteczko zupełnie inne niż Pyrgi.Budzi w nas mieszane uczucia.Nie ma tu biało-czarnych dekoracji,które chętnie bysmy jeszcze popodziwiali, ani suszących się pomidorów.Są wąskie uliczki,łuki, podpory...taka malutka starówka Rodos na Chiossmile.I cisza i spokój.
    Jest około 12:30,kiedy opuszczamy Olimpii i zastanawiamy się, dokąd udać się dalej.Pada propozycja pojechania do Mesty,ale ostatecznie przekładamy ją na inny dzień.Postanawiamy pojechać do jaskini Olimpia's Cave,położonej parę kilometrów od miasteczka. Gdy dojeżdżamy na miejsce,młody, posępny Grek sprzedaje nam bilety i...czekamy.Nie wiemy ,dlaczego(na kogo?).Razem z nami czeka para młodych Francuzów i chyba Anglicy(Amerykanie?).My oglądamy plan jaskini, Francuzi idą do mini-sklepiku.Amerykanie denerwują się,podchodzą do kasy i próbują zasięgnąc u Greka jakis informacji, po czym rezygnują.My ruszamy za naszym milczącym, posępnym przewodnikiem. Pan jest...specyficzny.Sprawia wrażenie znudzonego tą pracą(życiem?).Idzie szybko,nie zwracając uwagi,czy nadążamy, czy nie,milczy.W jaskini mówi dosłownie dwa zdania.Z westchnieniem wspominamy cudownego przewodnika w jaskini w Aghio Gala.Jaskinia przepiękna-ma bardzo ciekawą szatę naciekową,jednak nasz aparat jest zbyt kiepskiej jakosci,aby uwiecznić ją na zdjęciach.Niestety,przechadzka kończy się bardzo szybko,mimo,że widzimy,że dalej w jaskini są jeszcze podesty,schodki itp.-czyli trasa biegnie bezpiecznie dalej.Mimo to Pan ogłasza koniec imprezy.Uupssad.Jestesmy tak zaskoczeni,że wychodzimy jak potulne baranki i dopiero po wyjsciu podchodzimy jeszcze raz do schematu jaskini i każdy w swoim języku wyraża wątpliwosci co do długosci trasy.Wszyscy mamy wrażenie,że Pan nie pokazał nam wszystkiego,co było dostępne.Leszek ustala z Francuzem,że idą złożyć ,,reklamację,,.Niestety,okazuje się,że podjechał autokar(Czesi) i nasz posępny przewodnik zajął się nimi.Wzdychamy,Francuzka rozkłada ręce w gescie rezygnacji i rozchodzimy się do swoich autek.Mimo,że za 10 Euro spodziewalismy się zobaczyć więcej,nie żałujemy,że tu przyjechalismy,bo jaskinia piękna.Zresztą Chios wynagrodziło nam jaskiniowego zonka,ale o tym za chwilęsmile
    Kierujemy się w drogę powrotną,postanawiając zatrzymać się po drodze w Armolii.Słynie ona z wyrobu ceramiki.Spacer jest krótki,bo miasteczko malutkie,ale bardzo przyjemny.Znów nasuwają się skojarzenia z warsztatami ceramicznymi w rejonie Archangelos na Rodos czy Margarites na Krecie.Zauważamy też drogowskaz do Moni Verthou.Krótki podjazd wąską, częsciowo asfaltową drogą i jestesmy przy białym klasztorze z granatowymi kopułami.
    Niestety,główna brama( niepozorna) jest zamknięta, brak jest też informacji o godzinach otwarcia.Obchodzimy klasztor z każdej strony,szukając innego wejscia.Okazuje się,że z tyłu przypomina on obronne,zrujnowane klasztory w górach Lefkady,ale jest dobrze zachowany.Ma nawet ogródek warzywny, mini uprawę winorosli i kaktusy i kwiaty w donicach na takim jakby..wewnętrznym dachu.Aby obejsć klasztor,musimy wykonać kilkakrotnie nielada akrobacje.Zachowujemy się cicho,jednak w uchylonym okienku pojawia się nagle głowa mnicha.Nie krzyczy, nie wygania nas,ale kiedy wracamy do niepozornej bramy głównej i stukam kołatką, udaje,że ,,nikogo nie ma w domu,,sad.No,nie dziwię mu się-wpuszczać do klasztoru Dwóch Takich,Co Chodzili Po Dachuwink
    Dochodzi 14,postanawiamy,że wracamy już do naszego hoteliku.Po drodze robimy jeszcze dosć duże(bo w niedzielę sklepy są zamknięte,więc zapasy wody i pieczywa muszą nam starczyć do poniedziałku) zakupy w Lidl-u.I tu znowu przepuszczają nas w kolejce do
    kasysmile
    Przed 15 jestesmy już w naszym hoteliku.Przy posiłku zastanawiamy się,jak zagospodarować
    pozostałą częsć dnia.Postanawiamy pójsć na basen.Okazuje się jednak,że...jest to trochę utrudnione.Po terenie okołobasenowym przechadzają się bowiem elegancko Grecy.Panie i dziewczynki w eleganckich sukienkach,Panowie w garniturach...Hmm.Stwierdzamy,że szykuje się tu prawdopodobnie tzw.grecki wieczór przy basenie.Postanawiamy przeczekać i poobserwować,jak się sytuacja rozwinie.I tutaj Chios zapewnia nam rekompensatę, o której wspomniałam wczesniej.Okazuje się,że..to goscie slubni! własciciela hotelu. Przylecieli(przypłynęli?) z innych rejonów Grecji na tą uroczystosć. Zafascynowani, podpatrujemy pewne tradycje: przybycie rodziców Pana Młodego, tworzenie orszaku weselnego itp.Mimo,że nasze plany uległy zmianie( srednio wypadało paradować przy nich w ,,gaciach pływackich,,wink),kolejna chioska rekompensata bardzo nam się podobałasmile
    Gdy orszak slubny opuscił teren hotelu, postanawiamy pojechać do Chios, pospacerować wzdłuż promenady portowej z nadzieją na zakup kartek i może jakis pamiątek.Ruszamy.Chios nocą jest nadal kosmopolityczne i głosne,ale udaje się nabyć kilka pocztówek oraz ostatni(jedyny?) magnes na lodówkę z motywem oliwek.Pani pakuje go w sliczną papierową torebkę z widoczkami z Pyrgi, na których mieszkańcy są w odswiętnych, białych strojach z elementami czerwieni.Ciekawe,czy Tobie,Bebiaczku i Małgosiu,udało się zobaczyć ich w takich strojach ,,na żywo,,?Nam niestety nie-no trudno.
    Zadowoleni ze ,,zdobyczy,, wracamy do hoteliku, a tam tradycyjnie:toaleta wieczorna, pranie,kolacja i wypisywanie kartek pocztowych( to ostatnie to moje zadanie).Tym razem udaje mi się zakończyć je nieco wczesniej tzn.około 1:30smile.Szczęsliwa, w poczuciu,,dobrze spełnionego obowiążku,,wink,kładę się wreszcie spać.
    Ciąg dalszy nastąpi...


  • pszczoleczka16 06.10.15, 17:25
    Dzień 8: 13 wrzesnia

    Dzisiaj jest niedziela, postanawiamy więc odwiedzić kosciółki i klasztory na południu wyspy, licząc na to,że w związku z nabożeństwami więcej z nich będzie otwartych i uda się wejsć do srodka.
    Mogę napisać bardzo dużo na temat różnorodnosci, niepowtarzalnosci i piękna tych obiektów,ale nie chcę Was zanudzaćwink, a poza tym myslę, że bardziej przemówią zdjęcia(mam nadzieję,że uda mi się je zamiescićwink).Dzisiejsza trasa to:Karfas-Thymiana-Neochori-Kallimasia-Kalamoti-Patrika-Kini-Nenita-Vrontados. Podzielę się z Wami jedynie naszym chioskim odkryciem.Jest nim przepiękny, biały klasztor z granatowymi kopułami i granatowymi obramowaniami okien,otoczony przepięknym ogrodem z kaplicami, kwiatami,warzywami i rosliinoscią tropikalną, położony we Vrontados przy głównej drodze.
    Brama do niego jest zawsze goscinnie otwarta, nie obowiązuje sjesta.Mimo,że klasztor jest doskonale utrzymany,co swiadczy o tym,że jest zamieszkały i to-tak przypuszczamy-przez mniszki-nikt za nami nie chodził, nie kontrolował, nie poganiał.Moglismy spędzić tam tyle czasu,ile chcielismy.Magiczna oaza spokoju i miejsce doskonałe do przemysleń, pomocne przy podejmowaniu ważnych decyzji ,,dwa kroki,,od naszego hoteliku.Ciekawostką jest fakt,że obiekt ten nie jest pod opieką koscioła prawosławnego, lecz rzymskokatolickiego(wnioskujemy po rzeźbach i malowidłach w kaplicach w ogrodzie oraz w głównym kosciele).Prawdopodobnie jest pod wezwaniem Sw.Pantelejmona.Do klasztoru przynależy też taki jakby Dom Pielgrzyma?a może to był Dom Dziecka albo Dom dla Osób Starszych?(na balkonach suszyły się identyczne ręczniki i odzież-stąd takie wnioski).Brak tam tablic informacyjnych(nieliczne napisy tylko po grecku),więc tyle udało się nam wydedukować.Może Ty,Bebiaczku lub Wy,Małgosiu i Wojtku, też tam byliscie i wiecie więcej na temat tego uroczego miejsca?
    Zwiedzanie kończymy dzisiaj stosunkowo wczesnie tj.około 14:30.Popołudnie mija nam tradycyjnie, lekko leniwie:posiłek, pranie,kąpiel w basenie.Po 19 postanawiamy pójsć jeszcze na spacer.Chcemy zobaczyć kamień Homera,czyli miejsce,na którym podobno siadał on,gdy nauczał.Niestety,zapomnielismy,że zmrok na Chios zapada szybko i bez ostrzeżenia.Docieramy do kamienia, jednak jego wygląd musimy sobie wyobrazić lub obejrzeć zdjęcia Bebiaczka i Małgosi.sadNo,trudno.Był to jednak bardzo udany dzień.
    Dzisiaj po raz pierwszy oboje kładziemy się spać o ,,przyzwoitej porze,,(czyli około 22:30).Na jutro zostawilismy sobie kolejną chioską perełkę, czyli Mestęsmile
    Ciąg dalszy nastąpi...
  • pszczoleczka16 06.10.15, 19:13
    Dzień 9: 14 wrzesnia

    Dzisiaj postanawiamy zobaczyć drugie z najbardziej znanych miasteczek mastyksowych, czyli Mestę.Wyruszamy stosunkowo wczesnie i znaną już częsciowo drogą przez Armolię i Pyrgi docieramy do celu około 10.Parkujemy blisko pomnika i tablicy informacyjnej ,,Medieval Setlement,,i dalej idziemy pieszo.Korzystając z tego,że nie jest jeszcze bardzo gorąco,najpierw obchodzimy miasto niejako dookoła-wzdłuż domów tworzących zewnętrzny mur obronny.Następnie wchodzimy do srodka.Miasteczko nas zachwyca.Kolejny raz pojawiają się skojarzenia ze starówką Rodos(konkretnie z jej niekomercyjnymi uliczkamismile).Tutaj to piękno jest nieskażone turystyką(oprócz nas spotykamy jeszcze parę z Niemiec i starsze,anglojęzyczne małżeństwo). Wąskie,brukowane uliczki,łuki,podpory, ,,tajemne,, przejscia w murach, sciany obrosnięte winoroslą, kwiaty w donicach.Dominuje kolor beżowy, trochę bieli.Barwnymi plamami odznaczają się kolorowe drzwi i sznury suszących się pomidorów.W plątaninie uliczek odnajdujemy napis,zachęcający do skosztowania najlepszych loukamades(chyba dobrze napisałam?chodzi mi o te malutkie pączuszki).Niestety, nie znajdujemy...wejscia do tej restauracjisad.Uups,czyżby pozostał tylko szyld?Nie udaje nam się również wejsć do tradycyjnego greckiego domu-muzeum, mimo że teoretycznie przychodzimy w godzinach otwarciasad.Te małe zaskoczenia nie psują nam jednak cudownych wrażeń.Po ponad dwóch godzinach, kiedy przedreptalismy już każdą uliczkę, żegnamy z żalem Mestę.
    Postanawiam,że wrócimy inną drogą, o której czytałam,że jest nieco dłuższa,ale przepiękna.Nic nie mówiąc Leszkowi,kieruję go na nią,licząc,że się nie zorientuje zanim się
    zachwyciwink.Kiedy nawierzchnia robi się żwirowa, zadowolenie Męża pryska.,,Jeżeli uszkodzimy autko,Ty będziesz się tłumaczyć,,-słyszę.Uups,robi się niemiłosad.,,Dobrze,zawróćmy,,-poddaję się.W odpowiedzi słyszę,że tu i tak nie jest to możliwe.Jedziemy dalej...i pojawiają się przepiękne widoki, przypominające te na Lefkadzie i Zakynthos.Klify, częsciowo białe,częsciowo porosnięte roslinnoscią,u ich podnóży wąskie,piaszczyste plażyczki. Niebiesko-zielone morze, na jego ,,srodku,, wysepki. ,,Popatrz,jakie widoki,,-słyszę i już wiem,że złosć minęłasmile.Następny postój to Elata.Miasteczko również ciekawe,szczególnie ze względu na górujący nad nim kosciół z ciekawie ułożonymi białymi kamieniami na szarym(prawie czarnym tle).Na fragmentach murów także spotykamy taki wzór.Niestety,aparat fotograficzny kolejny raz odmawia współpracysad.Udaje nam się zrobić tylko jedno panoramiczne zdjęcie z oddali.
    Kolejne miasteczko mastyksowe, w którym się zatrzymujemy, to Vessa.Również miało charakter obronny.Jest dużo,dużo mniejsze niż Mesta, ale podobne w stylu,chociaż jeszcze rzadziej odwiedzane.Mimo upału(jest przed 13,gdy tam jestesmy) ,,przedreptujemy,,je całe.I znów budzimy żywe zainteresowanie mieszkańców, którzy są bardzo zaskoczeni,gdy pozdrawiamy ich ,,Kalimera,,.Chcą wiedzieć, skąd jestesmy i chętnie porozmawiali by z nami dłużej,ale cóż-my po grecku tylko kilkanascie słów,a oni po angielsku umieją tylko zapytać, skąd pochodzimywink.
    Jest 13:40, kiedy opuszczamy Vessę i jedziemy dalej w stronę Vavili, a dalej znaną już drogą przez Armolię wracamy do Vrontados.Po drodze, między Vavili a Armolią zauważamy drogowskaz ,,Monastery Panagia Siklani,,.No,takiego bonusu nie możemy odpuscićsmile.Parkujemy Kię przed slicznym kosciółkiem z czerwonej cegły i kamieni.Po obejsciu go i obfotografowaniu z każdej strony(aparat na szczęscie przerwał sjestęsmile), wracamy.Jeszcze ostatnie zakupy w Lidl-u i przed 16 jestesmy w hoteliku.A tam tradycyjnie:ostatnia kąpiel w basenie, ostatnie pranie, ostatni posiłek... i znienawidzone przeze mnie pakowaniewink.Około 1:00 wczołguję się do łóżka,na ostatnie trzy godziny snu na tej pięknej wyspie.

    Epilog: 15 wrzesnia

    Kiedy o 6:30 samolot Olympic Airlines odrywa się od ziemi,czuję sciskanie w gardle i ,,oczy mi się pocą,,.Byłam już i na stałym lądzie greckim, i na paru greckich wyspach, ale tak zareagowałam po raz pierwszy.Wyspa oczarowała nas, spodobała nam się o wiele bardziej niż np.Kreta(nie bijcie, Ketomaniacy!Wielka Wyspa także jest piękna-dane nam było spędzić na niej łącznie ponad 5 tygodni).Mam nadzieję,że moja relacja przybliżyła Wam Chios chociaż trochę.Jeżeli ktos chciałby jeszcze zapytać o cos związanego z tym wyjazdem-postaram się pomóc.
    Chciałabym także w tym miejscu podziękować wszystkim, dzięki którym zdobylismy się na odwagę i kolejny raz spędzilismy piękne,greckie,prawie samodzielnie zorganizowane wakacje.Szczególne podziękowania kieruję do Bebiaczka-za Twoją cudną stronkęsmile,do Piterka-za ogrom rad,pomagających ogarnąć kwestie logistyczne przy indywidualnym podróżowaniu.Dziękuję też wszystkim,którzy zamiescili choćby krótką relację ze swoich greckich wakacji na Forum, przede wszystkim Aseretce, a także Dorasi, M.C.R-om,Barbelkowi, Gosce52.(wszystkich nie pamiętam ,,z nicku,,).Zmobilizowaliscie mnie,bym także napisała relację.
    Jeszcze raz dziękuję, także za cierpliwosć w czytaniu tej mojej twórczoscismile
    Pozdrawiam,Maja

  • goska52 29.09.15, 09:19
    Wypożyczyliśmy samochód na pięć dni i na pięć części podzieliliśmy wyspę. Dzisiaj pierwsza cześć, pętla północno wschodnia.
    Ruszamy i po kilku serpentynach zatrzymujemy się przy Myrsinidi Monastery- Panagia Myrtidiotissa, pięknie położonym na klifie nad morzem. Klasztor ten został ufundowany przez mnicha Christophera Semerlisa w 1897 roku, w miejscu znalezienia cudownej ikony Matki Boskiej. Równocześnie z nami klasztor zwiedzała grupa starszych Greczynek, więc otwierano niektóre pomieszczenia, mogliśmy zajrzeć, ale nie bardzo wiedzieliśmy, co jest co, bo owszem były tablice, ale wyłącznie po grecku, a ponieważ nie chcieliśmy aby grupa nam uciekła, nie było czasu na sylabizowanie opisów.
    Ruszamy dalej, mijamy śliczną zatoczkę z wioską Pandoukios i odbijamy z głównej drogi do kapliczki Aghios Isidhoros. Kapliczka ładnie położona na grobli.
    Kolejny przystanek to Lagada. Marzy nam się piekarnia z frappe, pitami i oczywiście chlebem. Przy nadbrzeżu, tawerny, kafeterie, ale sklepików nie widać. Wreszcie jest, ale malutki i bez pieczywa. Uprzejma sprzedawczyni tłumaczy nam, gdzie kupić chleb, znajdujemy w końcu piekarnie, jest tam jeden rodzaj chleba i nic więcej. Uznajemy, że na kawę jeszcze za wcześnie i ruszamy dalej.
    Zjeżdżamy z głównej drogi do Kato Kardhamyli, ale tam już nie tak ładnie jak w Lagadzie,
    tawern nie widać, jedziemy dalej. Jeszcze ładna zatoczka, nad którą leży wioska Naghos i opuszczamy wybrzeże, ruszamy w głąb lądu. Droga prześliczna, góry, serpentyny i piękne jasnozielone sosny, wspaniałe widoki. Niestety spotykamy też coraz większe obszary, na których szalał pożar w 2012 roku. Przyroda jest silna, powoli się odradza, na spalonych drzewach widać zieleniejące się gałęzie, odrasta poszycie, niestety nawet w czasie naszego pobytu szalał jakiś pomniejszy pożar. Przez 2 godziny 05.09, przez Daskalopetre przejeżdżały straże pożarne. Co jakiś czas mijamy wioskę. Ale wszędzie pusto, ruch na drodze znikomy, wioski wymarłe, na trasie do klasztoru Moundhon widzieliśmy może z pięć osób. Podobno wioski są opuszczone i tylko na lato przyjeżdża tam trochę emerytów na stałe mieszkających w Chios lub za granicą. Piękne kapliczki z ławeczkami i cudownymi widokami, ale wodę trzeba mieć własną, bo nie bardzo jest gdzie kupić. O kawie możemy zapomnieć.
    Wreszcie klasztor Moundhon. W dużej części ruiny, ale jest też kilka budynków w dobrym stanie, zamkniętych na klucz. Podobno są tam piękne freski i biblioteka. Tabliczka informuje gdzie należy zadzwonić, aby uzyskać klucze, ale nie korzystamy z tej możliwości. Klasztor ma bogatą historię i w latach świetności musiał tętnić życiem.
    Wracamy do domu, ale robimy ostatnie podejście do cywilizacji i zamierzamy zboczyć do wioski Pityous. I bingo, na placyku mini tawerna, dwa stoliki zajęte przez Greków, jedzą obiad. My też chcemy, karty nie ma, są dwa dania, makaron z serem i kozina w sosie pomidorowym, zamawiamy oba, przepyszne. Wioska też bardzo ładna, krótka przejażdżka uliczkami i do domu. Przed nami jeszcze trochę jazdy zakończonej imponującymi serpentynami nad miastem Chios. Przejechaliśmy około 130km.
  • dorasia1 29.09.15, 11:56
    Z niecierpliwością czekam na ciąg dalszysmile
    I sama również zamierzam się zmobilizować i coś napisać, zanim dopadnie mnie skleroza wink
  • goska52 29.09.15, 12:34
    Dzisiaj w planie pętla północno – zachodnia. Ruszamy po śniadaniu. Nasza trochę leciwa Panda mozolnie pnie się po serpentynach. Jedziemy znaną nam z wczorajszego dnia drogą, wśród gołoborzy za śladami pożaru z 2012 roku. W wielu miejscach rosną drzewka posadzone do rozsady, pieczołowicie ogrodzone drutami. Pierwszy postój przed Volissos w winiarni. Ja ochoczo degustuję, małżonek Wojtek z widocznym żalem moczy jedynie język w kolejnych kieliszkach. Mimo że w Grecji dopuszczalne jest 0,5 promila, nawyki z Polski są silne i dobrze. Kupujemy dwie 1,5 litrowe butelki wina do degustacji wieczorami.
    Mijamy Volissos i jedziemy na północ. Kolejne opuszczone wioski Halandra, Eghrighoros, Korounia. Zatrzymujemy się na odludziu przy kapliczce z ławeczką i konsumujemy lunch, kabanosy z chlebem i popijamy wodą, jest pięknie.
    Mijamy wioskę Agio Galas z resztkami jakby murów obronnych i dojeżdżamy do drogowskazu „Monument Of Melanios Holocaust”. Nie bardzo wiemy o co chodzi, więc nie decydujemy się zjechać do wioski. Potem okazało się, że wioska Melanios jest ściśle związana z Masakrą na Chios. W 1822 roku wiele osób uciekło na przylądek Melanios, aby łodziami dostać się na Samos. Niestety około 10 tys. zginęło, a 12 tys. dostało się do niewoli. To wydarzenie upamiętnia pomnik.
    Za Parparią opuszczamy główną drogę i zjeżdżamy na wybrzeże w stronę Monastyru Aghia Markella. Pięknie położony, praktycznie na plaży klasztor św Markelli urodzonej w Volissos w XIV w. Sadząc po straganie przy wejściu jest to ciągle żywe miejsce kultu świętej.
    Jedziemy dalej, śliczna bezimienna zatoczka i zatrzymujemy się w miejscowości Limnos w tawernie na plaży. Konsumujemy saganaki, grilowane sardynki i moje ulubione danie frytki z cukini. Jeszcze Volissos, krótki spacer, podobno mieszka tu 300 osób na stałe, ale tego nie widać, dużo domów opuszczonych. Przez znany już płaskowyż zakończony serpentynami kierujemy się w stronę Chios, bo musimy jeszcze zrobić zakupy.
    Po drodze z lotniska wypatrzyłam sklep z zabawkami, chcemy kupić jakieś drobiazgi maluchom. Mamy zamiar znaleźć też market AB w centrum. Po drodze do Daskalopetry oraz na zachodniej obwodnicy Chios są też markety AB, ale ten w centrum jest duży. Lubimy robić tam zakupy, bo mają robione specjalnie dla AB marszczone oliwki z Thassos, nasze ulubione, zabieramy do domu kilka torebek, w dziale z specjałami na wagę oprócz tzatzików i fety zawsze wypatrzymy jakąś pastę lub przystawkę, no i nasze ulubione ciasteczka kourabiedes. Swoją drogą muszę spróbować upiec je w domu.
    Wycieczka zakończyła się sukcesem, AB znalezione, zakupy do domu łącznie z oliwą zrobione.
  • goska52 30.09.15, 09:59
    Dzisiaj wycieczka krótka, ale jak ładnie ujmując treściwa.

    Po śniadaniu i zakupach w naszym „rybnym” (nabyte 3 skorpeny za na kolację), kierujemy się w stronę Karyes. Jak zwykle błądzimy po wąskich uliczkach Vrontodas, ale w końcu mijamy otoczony murem i zamknięty klasztor Panagia Voithia, czyli jesteśmy na właściwej drodze. Miasteczko Karyes zostawiamy z boku i zaczynamy się wspinać serpentynami. W oddali na zboczu po lewej stronie widzimy Klasztor Kornas. Zbudowany przez dominikanów w okresie panowania Franków. Gdy podjechaliśmy bliżej jedyna prawdopodobna droga do klasztoru okazała się zamknięta solidną bramą, szkoda. Po dotarciu na grzbiet widzimy drogowskaz klasztor św Marka, 1km. No cóż do trzech razy sztuka. Droga wąska i stroma, ale jedzie się dobrze i sukces przynajmniej połowiczny, brama główna otwarta. Klasztor, zbudowany na zboczach Mount Penthodos został założony w 1886 roku przez Parthenios mnicha ascetę, który mieszkał samotnie w pobliskiej jaskini, a później został pochowany wewnątrz klasztoru. Z dziedzińca klasztoru roztacza się piękny widok na Chios. Przeczytaliśmy jedną tabliczkę, gdzie jest klucz do pustelni, potem drugą, że należy dzwonić, aby otwarto drzwi i ruszyliśmy w stronę klasztoru Nea Moni.
    O samym klasztorze nie będę pisać, ale jest to chyba jedyny zabytek na Chios gdzie uwzględniają, że odwiedzają go turyści. Dziedziniec w kocie łby wyłożony drewnianymi podestami, do grup zwiedzających podchodzą mnisi i opowiadają o historii Nea Moni, jest nawet gdzie wypić kawę i skorzystać z toalety. Klasztor w godzinach 13.00 – 16.45 jest zamknięty.
    Zbliża się pierwsza, a przed nami jeszcze jeden klasztor Aghion Pateraon. Obawiamy się że nam go zamknął. Na szczęście brama otwarta, ale wejście do kościoła zamknięte.
    Klasztor Aghion Pateraon - wybudowany został przez trzech mnichów, z których jeden był także fundatorem klasztoru Nea Moni. Początkowo klasztor mieścił się w jaskini, w 1868r św Pahomios - zakonnik ze wsi Elata zadecydował o rozbudowie klasztoru.
    W obawie, że nas zaraz wyproszą Wojtek robi kilka zdjęć. Podchodzi do nas stareńki mnich z obfitą siwą brodą w bardzo znoszonym habicie z pękiem kluczy. Będzie nas zapewnie wyrzucał, zakłócamy sjestę. Ale nie, każe Wojtkowi wybrać portki wiszące na hakach, ubrać, a następnie otwiera kościół, ten w jaskini. Piękny ikonostas i niski strop robią wrażenie. Mnich siada z nami na krzesełkach, pytam cichutko czy można zrobić zdjęcie. Słyszę, że nie, wewnątrz kościołów to zabronione. Wojtek pyta o historię klasztoru trochę po angielsku, trochę po grecku (uczy się u Greka w Katowicach) i za chwilę słyszę „make photo”, „make photo”. Szybko korzystam z okazji. Wychodzimy, mnich zamyka drzwi na klucz, żegnamy się, ale to nie koniec, mnich zaprasza na zwiedzanie całego całkiem sporego klasztoru, otwiera wszystkie kościółki, kapliczki, zachęca do robienia zdjęć, opowiada. Po godzinie mam dość, siadam na murku, a panowie idą dalej.Za kilkanaście minut wracają, a mnich niesie tacę z sokiem, wodą mineralną i ciasteczkami. Wywiązuje się rozmowa o sprawach prywatnych. Że należy nie jeść mięsa, najwyżej kozinę i ryby, mleko chude trzy razy w tygodniu, a do dentysty najlepiej do Aten. Na hasło Polonia mnich potwierdza znam, znam i wymienia Scetin, Danzing, Rostock. Na koniec okazuje się że, mieszka ich w klasztorze dwóch i kilka osób cywilnych.
    Przemiła wizyta, ale czas w drogę, przed nami Anavatos. Już sam dojazd pod skałę jest prześliczny. Parkujemy pod barem i najpierw idziemy na kawę, zamawiamy też ośmiornicę w sosie vinegrette, Coś przepysznego, zresztą w opracowaniach o Chios ten bar ma bardzo dobrą opinię. Ruszamy zwiedzać wymarłe miasto położone na 450 metrowej skale z dostępem tylko od północy, ostrożnie zaglądamy w zakamarki, robimy zdjęcia. Było to całkiem spore obronne miasteczko z około 400 domami i zamkiem na szczycie. W okresie świetności musiało tu mieszkać sporo ponad tysiąc osób. Jesteśmy zmęczeni po całym dniu wrażeń, trochę boimy się zbaczać z głównej wyasfaltowanej ścieżki i powoli kończymy wizytę w Anavatos.
    Wracamy tę samą, drogą jeszcze tylko miasto Chios i jesteśmy w domu.
    I tu niespodzianka, przy nadbrzeżu stoi potężny przepiękny, nowoczesny żaglowiec. Szacuję jego długość na około 200m i po sprawdzeniu w internecie okazuje się, że niewiele się myliłam. Club Med 2 to największy żaglowiec świata, 194 m długości, 80 m wysokości, 7 masztów. W czasie rejsu wycieczkowego Ateny, Istambuł zawiną na jeden dzień na Chios. Jak sprawdziłam jego trasy, był to jedyny dzień w roku. Z ciekawostek zabiera tylko 387 pasażerów i ma 214 osób załogi.
    No i wreszcie w domu i pyszna skorpena na kolację.
  • goska52 01.10.15, 09:31
    Zostały nam jeszcze dwie wycieczki samochodem. Ruszamy na południe, najpierw pętelka południowo – zachodnia. Jedziemy wczorajszą trasą aż do Avghonymy, ale tym razem bez postojów po drodze. Krótki spacer po miasteczku. Przytłaczająco kamienne, w sporym stopniu opuszczone i zrujnowane. Na szczęscie barwne plamy kwiatów rozjaśniają kamienie. Dzisiejszym celem są wioski mastyksowe, ale najpierw relaks, zmierzamy w stronę plaży w Lithi. To jest to co ja bardzo lubię, prawie. Piaseczek, żadnego kamyczka, krzesełka, leżanki też, ale tego nie używam. Natomiast siedzieć na krzesełku pod parasolem, popijać frape i patrzeć na morze to owszem, lubię. Za plecami tawerny, ludzi nie za dużo, fajnie jest. A dlaczego prawie, cóż twarde piaszczyste dno, żadnych butów, ale woda długo po kolana, idealne miejsce dla dzieci. Jest trochę wcześnie na posiłek, więc kawa, długa kąpiel na głębszej wodzie i trzeba się zbierać, obowiązki czekają. Ruszamy, mijamy ładną wioskę Elata, położony na zboczu klasztor Panaghia, i szereg pięknych zatoczek. Ostatnia, zanim odbijemy w głąb lądu z wioską Limenas to spory, świeżo odnowiony i wyasfaltowany port. Jednak dziwnie tam pusto.
    W końcu dojeżdżamy do Mesty. Początkowo nie bardzo wiemy gdzie zostawić samochód, skąd zacząć zwiedzanie, w końcu ruszamy. Wąskie uliczki, ślepe zaułki, masywne kamienne domy, łuki nad głową, ślicznie tu, ale odrobinę ponuro. I znowu kwiaty w donicach, na balkonach. Barwne akcenty rozjaśniające zamieszkałe domy. Dobrze, że błękitne niebo i wspaniałe słońce rozjaśnia i rozwesela wszystko. Jest raczej pusto turystów niewielu, a i mieszkańcy się pochowali. Mamy chyba pecha, kościoły zamknięte, może to przerwa na sjestę. Opuszczamy Mestę z mieszanymi uczuciami, z jednej strony pięknie, ale z drugiej jakoś tak nieprawdziwie,trochę jak dekoracje, brak tu życia, może tak trafiliśmy.
    Robi się trochę późno, Olymbi objeżdżamy naokoło, a Pyrghi przekładamy na następny dzień.
    Jedziemy do Vessy, a następnie przez Aghios Georghios, Zyfias w stronę Chios. Chcemy coś zjeść, ale z tym ciężko. W końcu decydujemy, że jedziemy do Karfas, jest to w końcu miejscowość turystyczna. I to był dobry wybór, w tawernie na placyku przy plaży jemy pyszne pasticcio i gemiste, nasze ulubione greckie potrawy. Jeszcze przejazd przez zatłoczone Chios i jesteśmy w domy.
  • 82piterek 01.10.15, 11:10
    Pięknie dziewczyny opisujecie wyspę, czytając Wasze relacje, oglądając zdjęcia ma się wrażenie że się tam jest, że się razem z Wami zwiedza, smakuje. I po raz kolejny potwierdza się to, za co kocham Greków, że wystarczy się uśmiechnąć, zagadać a pokażą Ci, dadzą więcej niż jesteś sobie w stanie wyobrazić, a dodatkowo zagadają na śmierćsmile
  • goska52 01.10.15, 11:31
    Dzięki za miłe słowa. Lody mastyksowe jadłam na Tassos, na Chios jakoś produktów spożywczych z mastyksem nie zauważyłam. W Pyrgi nabyłam jako ciekawostkę za 2,5 eu pudełeczko z mastyksem do konsumpcji. Wypróbowałam, żywica lepka trudno zmyć, ale w ustach jak się przyklei np do zęba to wystarcza na cały dzień, słabo się rozpuszcza ( potem wszystko co się je i pije ma posmaczek lekko żywiczny, ale przyjemny).

    pozdrowienia

    Gośka
  • goska52 06.10.15, 20:02
    Ostatni dzień, gdy dysponujemy samochodem. Dzisiaj nasz główny cel to Pyrgi. Po obu stronach drogi solidne mury w lepszym lub gorszym stanie, chroniące zrujnowane, ale też odnowione rezydencje Greków.
    Pierwszy krótki postój w Armolli, miasteczku garncarzy. Po sklepach z ceramiką wygląda, że wjeżdżamy w rejon turystyczny. I wreszcie Pyrgi. Parkujemy pod jakimś sklepem, na obrzeżach miasteczka i ruszamy zwiedzać.
    Bardzo nam się Pyrgi podoba, też ma charakter obronny, wąski uliczki, ale tętni życiem, a wszechobecna ksysta, biało-szaro-beżowe zdobienia domów, dodaje mu lekkości.
    Kupujemy wreszcie widokówki, (ładne) i pamiątki z mastyksem dla rodziny. Jeszcze szybka kawka i dalej w drogę. Kolejny cel Emborios i plaża Mavro Gialos. Plaża jak plaża, na Santorini mieszkaliśmy przy takiej powulkanicznej czarnej plaży. Ale Emborios, bardzo sympatyczna wioska nad ładną zatoką, szybki lunch i dalej w drogę.
    Jeszcze parę zdjęć drzewek mastyksowych i zatrzymujemy się przed klasztorem Taxiarchon koło wsi Thymiana. Wychodzi do nas jedna mniszka, potem z ogrodu z księgami pod pachą przychodzi druga, bardzo stareńka. Oprócz nich w klasztorze mieszka jeszcze parę osób cywilnych. Zachęcają nas do zwiedzania, opowiadają o historii klasztoru. Oprócz nas nie ma nikogo. Żegnamy się, jeszcze trochę przed nami.
    Nad wsią Neogri na górce dostrzegamy kolejny klasztor Agio Minas. Niestety brama zamknięta. Elegancka tablica informuje o godzinach otwarcia w sezonie letnim, zimowych, przerwie na sjestę. Niestety powinno być otwarte a nie jest.
    Jedziemy do Karfas na szybką kąpiel i kolację. Preferujemy jednak plaże piaszczyste, których na Chios jest bardzo mało. Jeszcze ostatnie zakupy i wracamy do domu. Przed nami sobota i niedziela, bez samochodu, czas na labę i kąpiele.

    Koniec wycieczek i opisu, ale postanowiłam podzielić się osobistymi, subiektywnymi refleksjami na temat Chios. Tylko muszę trochę pomyśleć.
  • goska52 07.10.15, 08:26
    No i wracamy, startujemy z Chios, ale już po pół godzinie lądujemy na Limnos. Część pasażerów tam zostaje, dosiadają też ci, którym skończył się urlop.Wyrzucają nas z samolotu, bo będą tankować. Mimo że Limnos, znacznie mniej ludne od Chios, to lotnisko większe. Robimy ostatnie zakupy w nieźle zaopatrzonym sklepie wolnocłowym, paczka kurabiedes, zioła, jeszcze oliwa i po 45 minutach odlatujemy do Pragi.

    Samochód mieliśmy na 5 dni. Przejechaliśmy około 600 km.

    Czy nam się Chios podobało? Zdecydowanie tak. Piękne góry, wspaniałe zatoki, niespotykane gdzie indziej zabytki Pyrgi, Mesta, Anavatos.
    Czy chcielibyśmy jeszcze raz odwiedzić Chios? Raczej nie. Pierwszy powód niezależny, jeszcze wiele wysp przed nami, a czas ucieka, a drugi, Chios wywołała w nas mieszane uczucia, piękna, ale naznaczona piętnem smutku i absolutnie nie chodzi nam o Masakrę na Chios. Na takie wrażenie złożyły się wszędzie widoczne ślady pożaru z 2012 roku, opuszczone wioski na północy, miasteczka twierdze, otoczone murami rezydencje, kamienne budownictwo w Volissos, Avgonymie i w wielu innych wioskach. Te domy kojarzą mi się z życiem w strachu, ciągłym zagrożeniu. Nieodparcie przypomina mi to Mani na Peloponezie, a tam na pewno nie chciałabym mieszkać.
    No cóż, może to banalne, ale w urlopowej Grecji szukam spokoju i chcę wierzyć, że w tak pięknym otoczeniu Grecy są i byli zawsze szczęśliwi. O rany, ale banały, ale to moje subiektywne i muszę się przyznać, że z upływem lat coraz chętniej oglądam komedie.

    A z ciekawostek, na Chios jest dużo psów, może nawet więcej niż kotów, często widzieliśmy, zadbane, prowadzone na smyczy przez właścicieli.

    Jeżeli ktoś ma jakieś pytania, chętnie odpowiem.

    Pozdrowienia Gośka

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Booking.com
Nakarm Pajacyka