Dodaj do ulubionych

Mój piękny i ciekawy grecki tydzień :)

27.07.07, 11:50
W zeszłym roku planowałem relację z greckich wakacji ale po powrocie od razu
pojechałem gdzie indziej i jakoś to się rozmyło.W tym roku postanowiłem
spisać jednak moje wrażenia- i dla siebie samego i dla Was..
Dziś zdążyłem opisać pierwszy, wyjątkowy dzień.Następne wpisy planuję po
niedzieli, bo na weekend wyjeżdżam.Mam nadzieję, że odnajdziecie w nich choć
trochę greckiego klimatu, na który czekacie lub który już wspominacie...
Obserwuj wątek
    • tomaszkozlowski1 wtorek 27.07.07, 11:51
      WTOREK. Ateny witają nas słońcem i wysoką temperaturą. Niespodziewanie na
      greckiej ziemi wita nas też przemiły sms od kogoś z Polski, od kogoś z naszego
      Forum. Docieramy do hotelu na rogu Evripidu i Epikuru w barwnej okolicy ze
      sklepami z przyprawami i wieloma uchodźcami. Okoliczne ulice często brudne i
      duszne, ale mają własną niepowtarzalną handlową atmosferę. W jednym z kramików
      małżeństwo greckich staruszków związuje czosnek w warkocze. Ten widok będzie
      się powtarzał każdego ateńskiego dnia.
      Po hotelowej sjeście wizyta w znajomej z zeszłego roku uroczej
      tawernie „Nikitas” na Ajion Anarjiron w znanej ze znakomitych lokali dzielnicy
      Psiri.
      To prawdziwie tradycyjna tawerna, działająca od lat 50., klientelę stanowią
      niemal wyłącznie Grecy. Pyszna kuchnia (tak wspaniałej wieprzowiny w winie
      nigdzie nie jadłem!!!), ludzkie ceny, miła obsługa. I wzruszenie! Siadamy a tu
      okazuje się, że prowadzący tawernę pamiętają nas! Pierwsi mówią, że jesteśmy z
      Polski i że przychodziliśmy tu w zeszłym roku!...Pierwszy toast: za powrót.
      Wieczorem wyprawa do dzielnicy Moschato w pobliżu Pireusu. Tam, w dawnych
      zabudowaniach fabrycznych urządzono całkiem niedawno ciekawe centrum kulturalne
      Scholijon z piękną sceną i zielonym patio, idealnym na wypicie frappe czy soku
      ze świeżych pomarańczy w oczekiwaniu na mające nastąpić za chwilę kulturalne
      wydarzenie. Dziś w ramach Festiwalu Greckiego odbywa się niezwykły koncert.
      Znajomy Grek nie jest jeszcze przekonany czy ten koncert mu się spodoba. W
      programie słynna grecka pieśniarka Savina Janatu, wykonująca utwory z Grecji i
      całego basenu Morza Śródziemnego oraz z Bliskiego Wschodu. Obok niej pieśniarka
      flamenco Esperanza Fernandez, Irańczyk Ali Reza Ghorbani, zespół bębnów
      perskich (gra m.in. Biran Chemirani, który towarzyszył w zeszłym roku Rossowi
      Daly podczas jego warszawskiego koncertu na festiwalu Skrzyżowanie Kultur) i
      inni znakomici instrumentaliści.
      Czy różne muzyczne kultury znajdą sposób na porozumienie się, na przemówienie
      jednym głosem? Czy koncert będzie spójną całością? Niepewność. Na scenie
      artyści, spokojni, oni już wiedzą co nas czeka. Koncert zaczyna się. Już po
      pierwszych minutach wątpliwości znikają. Przez następne dwie godziny stajemy
      się świadkami muzycznego przedstawienia, które porusza i wstrząsa szczerością,
      czułym dialogiem pomiędzy piosenkarzami i muzykami z różnych stron a
      jednocześnie prostotą. Trzy nieprawdopodobne głosy, które po mistrzowsku
      odmalowują emocje, odczuwane przecież tak samo przez wszystkich nas, w każdym
      zakątku globu. Nie znam perskiego ale wiem o czym śpiewa Ghorbani… Słyszymy
      grecką kołysankę ze Smarny, pieśni z Persji, z Astipalei i Kalimnos, z Armenii
      i Albanii, z Hiszpanii. Esperanza Fernandez w ekspresji przechodzi samą siebie.
      Ale koncert ten to nie tylko śpiew i muzyka. To również dialog tańca- Hiszpan
      tańczy flamenco, Hinduska- kathak. Kolejne odkrycie: te tańce oddają to samo!
      Pragnę by ten koncert nigdy się nie skończył…
      Nie pamiętam bym kiedykolwiek był świadkiem tak gromkich owacji, cała
      publiczność wzruszona, wszyscy stoją i jak w transie klaszczą, owacje zdają się
      nie mieć końca. Następuje bis. Jeszcze kilka minut podróży przez muzykę różnych
      światów, która okazuje się muzyką wszystkich nas- słyszymy mistrzowskie
      zespolenie muzyki Krety i Kurdystanu. Wychodzę na miękkich nogach. Piękna tego
      koncertu nie zapomnę do końca życia! -Miałeś dobrą intuicję- słyszę.
      Niezwykły wieczór nie kończy się jeszcze. Zbliża się północ ale my zasiądziemy
      jeszcze na zboczu Likavitosu by wdychając aromat sosnowej żywicy podziwiać z
      góry rozświetlone milionami świateł Ateny. Jak to dobrze wrócić tu znowu i znów
      spojrzeć.
      W Ateny i w siebie…
      Likavitos, moje ukochane, moje magiczne miejsce w Atenach…
    • tomaszkozlowski1 środa 30.07.07, 16:48
      ŚRODA. Po roku nieobecności znów mam ochotę odwiedzić handlowe centrum Aten,
      czyli okolice ulic Evripidu czy Athinas. Jakaż to przyjemność dla oczu
      podziwiać te stosy sera graviery, oliwek czy ryb! Mnie jednak najbardziej
      fascynują sklepy z przyprawami, ziołami, kaszami. Słynie z nich zwłaszcza ulica
      Evripidu (Eurypidesa). Na każdym niemal kroku z kramów i kramików na ulicę
      wylewają się worki z oregano, bazylią, „górską herbatą”,zielem rumianka czy
      mięty, pączkami róży, platanowymi „kulkami”... Przy Evripidu znajduje się też
      mój ulubiony sklep- mający długą tradycję „Elixirion”. Od ziemi po sufit szafki
      wypełnione ziołami, zapach zniewala już w wejściu. Dalej puszki z herbatą i
      półki z ciekawymi przetworami- w zeszłym roku kupiłem tu „charupomelo” czyli
      rodzaj syropu z chleba świętojańskiego (przysmak znany zwłaszcza na Krecie).
      Zaglądam, wącham, podziwiam, na zakupy przyjdziemy tu pod koniec pobytu.
      W okolicy wiele ciekawych obrazków: samochód przerobiony na prowizoryczną
      kwiaciarnię, uliczni sprzedawcy loterii...Dochodzę do Panepistimiju, jednej z
      najelegantszych ulic ateńskich. Tu magnesem jest dla mnie sklep muzyczny sieci
      Metropolis (od strony Omonii).Przechadzanie się między wyładowanymi płytami
      półkami i wyszukiwanie muzycznych perełek. Uwielbiam to! smile
      Po krótkiej ale potrzebnej sjeście wycieczka dnia: w stronę Koryntu. Z
      samochodu znajomego Greka podziwiam widoki Salaminy i gór Jerania. Już za
      Elefsiną wzrok przyciąga jednak coś niepokojącego: z gór na horyzoncie w niebo
      wzbija się potężny słup dymu. Pożar!...Kolejny podczas tego tragicznego w
      Grecji lata. Dzień wcześniej na wzgórzu Akrokoryntu ogień na kilka godzin
      uwięzi wielu turystów.
      Spacer ponad Kanałem Korynckim to szczególne doznanie. Jakoś dziwnie znajome
      choć przecież jestem tu pierwszy raz w życiu. Chcemy usiąść w tawernie przy
      kanale, ale okazuje się, że brytyjska firma, która od niedawna obsługuje kanał,
      zamknęła lokal na cztery spusty..
      Ruszamy więc dalej, wjeżdżając na Peloponez i podziwiając piękne nadmorskie
      lasy północno-wschodniej Koryntii, w rejonie Sofiko. Znajdujemy uroczą i cichą
      zatoczkę z paroma domami, małą kamienistą plażą, gajem oliwnym, zacumowanym
      jachcikiem ale ani jednym człowiekiem. Dookoła orkiestra cykad, kojący widok
      pięknych lasów schodzących do samego morza. I pierwsze w tym roku spotkanie z
      Ejeo- Morzem Egejskim...
      Krętą trasą wśród sosen wracamy do Lutra Elenis (dosłownie Łaźni Heleny), wszak
      pora na jakiś posiłek w tawernie przy plaży. Z niepokojem obserwujemy stamtąd
      lądujące co chwilę na morzu samoloty gaśnicze. Jakieś dziesięć kilometrów dalej
      trwa nierówna walka...Gdy jedziemy z powrotem do Aten, wydaje się, że pożar w
      górach wokół Spathovuni jest już pod kontrolą. Dym jakby mniejszy. Niepokój
      rośnie gdy wieczorem z balkonu na szóstym piętrze ateńskiego hotelu, na niebie
      zachodu wyraźnie widzę dymy z Koryntii...Jeszcze nie wiemy, że następnego ranka
      pożar ten, skutek celowego podpalenia, w wyniku wiatru nabierze rozpędu i
      będzie wiadomością numer jeden wszystkich greckich serwisów informacyjnych; że
      spali prawie 30 kilometrów kwadratowych pięknych lasów, gaje oliwne i domy w
      wiosce Mapsos; że cała Grecja w przerażeniu oglądać będzie zdjęcia z tej
      klęski. Na szczęście ogień nie doszedł do pięknych okolic, które oglądaliśmy.
      Ale jak długo jeszcze pozostaną one nietknięte ludzką bezmyślnością i
      chciwością?
      Kończy się dzień ale zaczyna się wieczór: puste za dnia knajpki przy ulicy
      Miauli zapełniają się gwarem setek młodych Greków, gwarem, który wypełnia całą
      ulicę i nas otacza. Dlaczego w Polsce nawet w upalne dni nie potrafimy jeszcze
      tak żyć poza naszymi mieszkaniami-twierdzami? – zastanawiam się. Znajoma grecka
      studentka prowadzi nas do swojej ulubionej knajpki w Psiri, słynącej z
      przepysznych słodkości. Na miejscu okazuje się, że kelnerka jest Polką z
      Krakowa, która od siedmiu lat mieszka tu w Atenach. O forum „Polki w Grecji”
      jeszcze nie słyszała.Koleżanka opowiada mi o zimowych ogromnych protestach
      greckich studentów i o odniesionym przez nich sukcesie: w Grecji wciąż
      obowiązywać będzie zakaz otwierania prywatnych uczelni, w mocy pozostanie też
      nadal tzw. azyl uniwersytecki, który zakazuje wstępu na wyższe uczelnie policji
      i sił specjalnych (wspomnienie tragicznej pacyfikacji strajkującej Politechniki
      Ateńskiej przez siły junty pułkowników sprzed ponad 30 lat). Z powodu zimowych
      protestów i strajków, zajęcia przedłużone są do końca lipca. Studenci wstaną
      więc jutro dość wcześnie. Miła pogawędka przy rzeczywiście pysznym ciastku
      dobiega końca. Żegnamy się także z polską kelnerką. Wracamy do hotelu. Ale
      miasto wciąż nie zasypia..

      • barbelek Re: środa 30.07.07, 18:19
        Czekałem na kolejny dzień, czekałem i w końcu się doczekałem. Nie byłem jeszcze
        w Atenach, Kanał Koryncki znam tylko z fotografii, ale dzięki Twojemu Tomku
        opisowi czuję się jakbym tam był. Dziękuję.
        • ewa.mila Re: środa 01.08.07, 09:08
          A ja lubię takie opisy - co opowiadają miejscowi, co się tam dzieje tak w
          ogóle, co wolno a co nie, co jest niedopuszczalne ... poprostu "z życia wzięte"
    • tomaszkozlowski1 czwartek---> Siros- część pierwsza 02.08.07, 23:50
      Ostatnio mam bardzo mało czasu, ale w ramach chwili odpoczynku, z przyjemnością
      stworzyłem dalszą część opisu. oto ona:

      CZWARTEK
      Pobudka o 5 rano. To ten dzień: wyprawa na cykladzką wyspę Siros i do
      wymarzonego od wielu lat Ermupoli. Miasta na wyspie. Poranne ulice dopiero
      budzą się do życia, ktoś myje szyby sklepu, ktoś wyładowuje towar. Grek o
      sennym jeszcze spojrzeniu niesie gazetę. Pustawymi ulicami dochodzimy do metra
      Thisijo gdzie wsiadamy w pociąg do Pireusu. Tu zgiełk. Setki ludzi z torbami,
      walizkami i plecakami, co chwila gwizdki policjantów i sznury samochodów, które
      giną w czeluściach promów. Spotykamy się tu ze znajomym Grekiem, którego
      rodzina wynajmuje mały cykladzki domek w Ano Siros, górnej części Ermupoli.
      Zamieszkamy na Cykladach z Grekami, zapowiada się wspaniałe przeżycie.
      Odnajdujemy nasz prom, „Blue Star Ithaki”, który wbrew nazwie, wcale nie płynie
      na Itakę. Z Siros popłynie jeszcze na Tinos i na Mikonos. Gdyby ktoś chciał
      kupić bilet w tym momencie, odejdzie z kwitkiem. Zapełnienie 100%. Wchodzimy na
      prom. Nowy, elegancki w środku, odnajdujemy nasze „siedzenia lotnicze” i...
      zaczyna się. Podróż. Podróż egejska. Takie jakie lubię. O jakich marzę. O
      jakich marzy chyba każdy z nas. Za chwilę będziemy podziwiać oddalający się
      Pireus, i Ateny, i majączącą skałę Akropolu, i majestatyczną górę Parnitha za
      miastem. Miastem rozświetlonym porannym ciepłym słońcem, miastem białym i
      rozległym. Żegnać Ateny z pokładu statku. Już prawie 10 lat nie doznawałem tego
      uczucia. Nareszcie. Za chwilę miniemy Eginę i Poros, i pomachamy świątyni w
      Sunio. Za nami biała znaczona przez statek smuga, przed nami wielki błękit,
      obok nas Wyspy. Stoję przy łopoczącej na wietrze greckiej fladze, wdycham
      morską sól i ledwo mogę uwierzyć, że naprawdę tu jestem. Na statku Grecy i
      turyści, część widać, że prosto z lotniska. Wielu umęczonych podróżą śpi.
      Meltemi przynosi przyjemne orzeźwienie. Wypatrujemy delfinów. Marzenie tylu lat
      wciąż niezaspokojone. Po lewej stronie mijamy Jaros. Posępna, jałowa wyspa,
      stromo wynurzająca się z morza. Miejsce dawnych politycznych zsyłek. Iluż
      Greków do dziś czuje ból słysząc tę nazwę. Jaros lub Jura. Ale oto i coraz
      bliżej cel tej wyprawy: Siros lub Sira. Północne skaliste wybrzeże nie wygląda
      gościnnie. Prom przepływa obok kościółka św. Dimitriosa. Włącza syrenę. To
      tradycja. Jeśli ktoś akurat jest przy kościele, odpowiada dzwonem...
      Statek zawija do zatoki wokół której rozpościera się miasto niezwykłej urody,
      stolica archipelagu. Prawdziwy klejnot Morza Egejskiego. Dolne miasto- Ermupoli
      to wspaniały przykład neoklasycyzmu. Górne- Ano Siros- to skarb architektury
      cykladzkiej. Dwa wzgórza, na które wspinają się śliczne białe domki. Jedno z
      nich należy do wspólnoty prawosławnej, drugie- do katolickiej. Siros to jedno z
      niewielu miejsc w Grecji gdzie mieszkają katolicy. Obie wspólnoty żyją dziś ze
      sobą w wielkiej zgodzie, choć w przeszłości bywało różnie. Wysiadamy ze statku.
      Port, ogarnięty już lekką przedpołudniową melancholią, ożywa. Do miasta
      wyjeżdżają ze statku ciężarówki i samochody, wychodzą ciekawi wyspy turyści.
      Naszym celem jest Ano Siros gdzie czeka już na nas żona greckiego przyjaciela.
      W Ano Siros uliczki są tak kręte i wąskie, że samochód i tak trzeba zostawić
      trochę niżej. Dochodzimy schodkami. Piękne są te schodki i piękne są te uliczki-
      choć tak przecież opatrzone,stale zachwycają. Starannie pobielone wapnem
      ściany, niebieskie i zielone okiennice. Koty, schnące pranie, cisza.
      Tak, jesteśmy w cykladzkiej osadzie.
      • q3a1 Re: czwartek---> Siros- część pierwsza 03.08.07, 17:55
        Tomku: uwielbiam te chwile w Pireusie gdzie wszystko wiruje i krąży wokół i
        zaraz znajdzie już swoje miejsce na właściwym (bądź nie wink) promie i po chwili
        te kolosy ruszają w wielki błękit. I ten tłum wylewający się z kolejki i
        "przełażący" w niedozwolonym miejscu przez ulicę żeby tylko jak najszybciej
        dostać się do właściwego nabrzeża. Ehh to życie portowe...I te oddalające się
        Ateny.

        Wracają wspomnienia wink
        q3a
        • tomaszkozlowski1 Re: czwartek---> Siros- część pierwsza 04.08.07, 00:10
          q3a1 napisał:

          > Ehh to życie portowe...I te oddalające się
          > Ateny.
          >
          > Wracają wspomnienia wink
          > q3a

          Życie portów mnie też bardzo urzeka. Przyciąga chyba każdego kto ciekaw jest
          świata smile
          Jedna z moich kilku najukochańszych greckich piosenek mówi:
          "Mam kawiarnię na skraju portu.Która słucha cały czas o tym samym.O ładunkach i
          podróżach.(...) Mam kawiarnię na skraju portu, starą ruinkę. Ach, gdyby była
          okrętem dla tych, którzy tu są i czekają..."

          smile
    • tomaszkozlowski1 czwartek- Siros- część druga 03.08.07, 23:21
      Balkon Morza Egejskiego. Pierwsze skojarzenie po wyjściu na taras cykladzkiego
      domku greckich znajomych. Widok, który zapiera dech w piersiach: przede mną
      widziane z góry prawie całe miasto, morze, statki, z drugiej strony góry. Jest
      już południe a o tej godzinie każdy grecki urlopowicz wybiera się na plażę.
      Jedziemy do Delfini. Spokojna plaża, znana niemal tylko przez miejscowych.
      Ciepłe morze, gorący piasek…a obok tawerna. Świeżutkie kieftedes, pyszna
      sałatka z rukoli z serem mastelo z Chios i piwko wprowadzają w błogie
      rozleniwienie gorącej pory dnia. Jak prawie każda tawerna w Grecji, także i ta
      ma swoje koty. Karmimy je ochoczo. Cała kocia rodzina. Wracamy zatrzymując się
      w miejscowościach po drodze: w Finiki i w Galisas. Urocze cykladzkie porciki. W
      Ano Siros wstępujemy do miejscowego tradycyjnego kafenionu (a jaki stąd
      widok!). Przesiaduje tam oryginalne towarzystwo: paru rozpolitykowanych
      staruszków, inny dziadunio który tylko słucha, miejscowy malarz i poczciwy
      policjant drogowy. Ma się rozumieć policjant, gdzieś na takiej wyspie, nie
      pamięta o istnieniu pojęcia promili i sam ochoczo wychyla szklaneczkę uzo. Parę
      godzin później spotkamy go uśmiechniętego na służbie smile
      Osada Ano Siros ma swojego muła. Zwierzę czeka właśnie cierpliwie aż jego pan
      wyjdzie ze sklepu. Muł nie narzeka na brak pracy- wykorzystywany jest do
      noszenia cegieł i wszelkich innych materiałów budowlanych. Jego przyszłość w
      XXI wieku nie wydaje się być zagrożona. Wszak w wąskie uliczki i schodki
      górnego miasta nie jest w stanie wjechać żaden pojazd. Wracamy na chwilę
      sjesty. Grecy pozdrawiają się z sąsiadami. Sąsiedzkie życie jest tu wciąż
      niezwykle ciepłe. Mieszkająca niedaleko młoda kobieta, Nikoleta, która
      wynajmuje znajomym Grekom ten domek, co wieczór przysyła swą córeczkę, która
      przynosi podarki: dziś przyniesie pachnące melony, jutro całą torbę małych,
      niewiarygodnie słodkich pomidorków. Nadchodzi popołudnie i na naszym tarasie
      rozpoczyna się niezwykłe zjawisko: biało-ochrowe miasto ubiera się w ciepłe
      światło zachodu. Nie mogę nasycić oczu tym widokiem. Greccy przyjaciele kochają
      swoją muzykę i wiedzą, że ja też ją kocham. Na tarasie stoi więc mały
      odtwarzacz i na całą okolicę rozbrzmiewa niezwykłe dzieło muzyki
      greckiej: „Aksion Esti” Mikisa Theodorakisa. Piosenki i melorecytacje. „Tis
      dikieosinis ilie noite”- zdaniem wielu Greków- najważniejsza piosenka Grecji.
      Warto nauczyć się greckiego choćby dla zrozumienia tego tekstu, napisanego
      przez noblistę Odiseasa Elitisa. Piękna tego tekstu, który jest esencją
      greckości, nie da się przetłumaczyć. Pięknem tym nie sposób się znudzić. I głos
      Grigorisa Bithikotsisa, który mistrzowsko, bez zbędnych ozdobników, oddaje
      prostotę i z wnętrza wypływającą szczerość tego tekstu. Wszyscy zgromadzeni na
      tym balkonie, na balkonie Morza Egejskiego, kochamy tę piosenkę. CD player na
      ostatni regulator. –Tej piosenki nigdy nie ściszamy- słyszę. Z dołu, z uliczki
      poniżej dobiega wołanie Nikolety. Wyglądamy. Nikoleta dziękuje, że i ona mogła
      znów usłyszeć...
      Zmierzcha. Jesteśmy gotowi do wyjścia. Zbliża się czas rytualnego spaceru,
      volty. A na voltę każdy Grek ubiera co tylko najbardziej szykownego posiada.
      Volta w Ermupoli jest jedną z najbardziej znanych w Grecji. Ale jeszcze za
      wcześnie. Jedziemy więc pod kościółek św. Dimitriosa. Oglądamy dzwon, który
      odpowiada syrenie promów. Syrenie z dalekiego świata, tu na wyspie.
      Ermupoli ma niezwykłą dzielnicę. To Vaporia. Domy dawnych bogatych kapitanów i
      handlowców. Domy, które schodzą do samego morza i lizane są przez grzywy fal.
      To najdroższe domy w mieście. Neoklasycystyczna elegancja. W jednej z tych
      willi- najdroższa na wyspie restauracja, z tarasem ponad morzem. O nie, nie
      usiądziemy tu. Ale zajrzymy by spojrzeć na zachowany dawny wystrój. Okazały
      kościół św. Nikolaosa. I jak pięknie iluminowany! I wreszcie największe
      objawienie: plac. Główny plac miasta z ozdobnym, również neoklasycystycznym
      ratuszem. To tu odbywa się volta. Meltemi kołysze liśćmi palm, w okolicznych
      kafejkach mnóstwo ludzi. Całe miasto wylega by po zmroku pożywić się i oddać
      wielogodzinnym rozmowom, dyskusjom i żartom. Siadamy i my. „Ai”, jedna z
      najbardziej lubianych knajp w mieście. Jej stoliki zajmują znaczną część
      uliczki. Nasza grecka uczta trwa do pierwszej w nocy.
      Czas wracać. To był bardzo długi dzień.
      Na balkonie Morza Egejskiego meltemi. Na balkonie księżyc...
    • tomaszkozlowski1 piątek- Siros 05.08.07, 01:13
      PIĄTEK
      Jak miło przywitać poranek na Cykladach! A jeszcze gdy do śniadania grają
      piosenki Chadzidakisa to już naprawdę bajka. W Ano Siros prawie zawsze jest
      wiatr a to łagodzi poczucie upału. Przed południem oglądamy Ermupoli za dnia.
      Dzielnica Vaporia robi równie duże wrażenie co wieczorem, podobnie Ratusz
      (wewnątrz jest też miła choć dusznawa kafejka). Kolejna wielka atrakcja miasta
      to Teatr Apollina- replika mediolańskiej La Scali. XIX-wieczni zamożni
      handlarze wyspy mieli potrzebę otaczać się kulturą. Z górnych balkonów-
      wspaniały widok! Małe teatralne muzeum opowiada o wielu wybitnych greckich
      aktorach, którzy przewinęli się przez ten obiekt. Ermupoli, które nie liczy
      więcej niż dwadzieścia kilka tysięcy mieszkańców ma dziś co najmniej trzy grupy
      teatralne. Wczoraj w ramach Festiwalu Egejskiego w teatrze grano „Romeo i
      Julię”, dziś wieczorem zagra rewelacyjna grecka grupa jazzowa Human Touch (choć
      jej lider- David Lynch, mąż wspaniałej piosenkarki- Eli Paspala, wcale nie jest
      Grekiem smile). Ermupoli lubi bywać. My jednak mamy na dzisiejszy wieczór inne
      plany. Tymczasem nadchodzi południe. I co robią wtedy greccy urlopowicze?...
      Jadą na plażę oczywiście. Orzeźwienie w morzu to świetny pomysł. Wyjeżdżamy z
      miasta. Krajobraz Siros przypomina wiele innych Cyklad: w większości suche
      zbocza (zielone i ukwiecone wiosną i zimą), gdzieniegdzie zarośla i łany
      arundo, białe wioski i kościółki rozrzucone tu i ówdzie przy drogach i na
      wzgórzach. Malownicze gołębniki. Kserolithies- śliczne kamienne murki (kamień z
      Siros jest bardzo dekoracyjny, kolorowy), oddzielające od siebie uprawne
      terasy. Nie możemy wprost napatrzeć się na kserolithies (pojedynczy taki murek
      to kserolithia-przyda się to za chwilę smile). Na Siros uprawia się np. wiele
      warzyw. Specjały wyspy to kapary i suszone pomidory. Dojeżdżamy do Delagratsia
      (od włoskiego Della Grazia), dziś oficjalnie (ale tylko oficjalnie) zwanej
      Posidonija. Malownicza i elegancka miejscowość z wieloma neoklasycystycznymi
      willami. Przy wielu z nich- bardzo ładne ogrody. Agathopes- plaża Posidonii. To
      nasz cel. Sporo ludzi ale plaża jeszcze piękniejsza niż Delfini- i jakie
      płytkie morze! Na plaży wspaniała niespodzianka- to jedyne miejsce na Siros
      gdzie podziwiać można lilię morską czyli pankracjum nadmorskie (zajrzyjcie do
      wątku Przyroda Grecji, było tam troszkę o tej roślinie). Właśnie kwitnie. Białe
      piękne kwiaty odurzają słodką ale przyjemną wonią. Pankracjum rosło niegdyś
      powszechnie na wybrzeżach całego Morza Śródziemnego. Dziś nie jest już tak
      częste. Na plaży duża tablica w kilku językach wzywająca do ochrony lilii.
      Skutkuje- każdego dnia są tu tłumy a kwiaty pozostają nietknięte ciesząc
      kolejnych odwiedzających.
      Sjesta. Egejski balkon znów darowuje oczom wspaniałe widoki rozświetlonego
      ciepłym popołudniowym światłem Ermupoli.
      Na wieczór greccy przyjaciele przygotowali wyjątkową niespodziankę. Przed
      zachodem słońca wyjeżdżamy drogą na północ od miasta. Mijamy wioseczkę Anomera.
      To letnisko „mieszczuchów” z Ano Siros smile Pędzimy po zakrętach, zachwycające
      górskie widoki (i przepaście) wirują w oczach. Kościółki, wielkie kępy ziół,
      wiatrowe turbiny (sporo ich na wyspie). Cel: zdążyć przed zachodem słońca.
      Gdzie? To niespodzianka. Domki, kępy ziół, morze, wyspy na horyzoncie. Skały,
      kępy ziół, przepaście. Kościółki, kępy ziół...Stop.Chyba jesteśmy. Grecy
      uradowani wybiegają z samochodu. Biegiem za nimi. Jeden schodek, drugi...
      Zdążyliśmy! W ostatniej chwili.Patrzymy. Przed nami po drugiej stronie morza
      Kithnos. A nad nią zachodzące słońce. Jeszcze chwila i ginie pozostawiając
      różową zorzę nad horyzontem. Gdzie jesteśmy? W najwspanialej położonej na
      wyspie tawernie. Nazywa się: Kserolithia! Północny, skalisty skraj wyspy. Ze
      stolików tawerny widok poruszający: na morzu dokoła nas sześć wysp! Najpiękniej
      widać Andros i Tinos. Morze stapia się z wieczornym niebem. Za chwilę wyspy
      rozpłyną się w ciemności, martwię się. Niepotrzebnie. Niemal w jednej chwili
      tam za morzem rozświetlają się wioski Tinos... Jesteśmy na skale paręset metrów
      ponad wodą. Zmierzający do Ermupoli prom zdaje się być zabawką. Spokój. Wiatr
      osłabł. Gładka tafla morza. Thalasa-ladi: morze-oliwa. Tak określa się to w
      Grecji. Jedno z najlepszych miejsc na wyciszenie jakie widziałem. I rewelacyjna
      kuchnia! Właściciele tawerny wiedzą, że nie mogą zawieść. Mają stałą klientelę.
      Turyści niemal tu nie docierają.

      Ermupoli. Frappe i świeży sok z pomarańczy na portowym nabrzeżu. Kawiarnie i
      knajpki, tłumy. Przed nami całe miasto. Klejnot Morza Egejskiego. Setki świateł
      wspinających się na wzgórza.
      Miasto na Wyspie.
    • tomaszkozlowski1 sobota Siros--> Ateny 08.08.07, 22:02
      SOBOTA.
      Budzę się i ta myśl pojawia się natychmiast: dziś po południu powrót
      do Aten.
      Aten? Czy to przypadkiem nie gdzieś na końcu świata? Czy świat tej
      wyspy nie jest jedynym? Czy te wyspy na horyzoncie to nie jakaś
      fatamorgana rozgrzanego lipcowego powietrza? Czy naprawdę warto
      wsiadać na ten statek?... Rozmarzony powracam w pamięci do opowieści
      o pewnym Polaku, który lat temu paręnaście na Santorini spóźnił się
      na wieczorny prom. Został na wyspie na noc i... mieszka tam do
      dziś smile Błogie poranne rozmyślania o celowym spóźnieniu się na
      statek brutalnie przerywa radiowa prognoza pogody: "...w całym kraju
      spodziewany jest spadek siły wiatru i wzrost temperatury do ponad 40
      stopni w lądowej części Grecji. Wszystkich prosi się o szczególne
      środki ostrożności podczas upału". Upał. Kafsonas- καύσωνας. Słowo
      przez Greków używane oszczędnie. Od czterdziestu stopni w górę...
      Tu- Siros: balkon Morza Egejskiego,orzeźwiające meltemi.
      Tam- Ateny: ...
      Myśl o Polaku z Santorini znów przekrada się do świadomości.
      Ano Siros. Muzeum Markosa Vamvakarisa. W małym cykladzkim domku
      zgromadzone pamiątki po największym z ojców rembetiko (zmarł w 1972
      r.). Bilety sprzedaje uśmiechnięta młoda Greczynka, pewnie krewna.
      Na murach Ano Siros gdzieniegdzie jeszcze widać nekrolog- żona
      Markosa zmarła w czerwcu tego roku. W muzeum pamiątki: ubrania,
      instrumenty, fotografie, wycinki gazet, fajka. Z okna widok: ten sam
      niezwykły widok na miasto i zatokę w dole. Wpisuję się do
      pamiątkowej księgi. To w jakimś sensie kolebka współczesnej greckiej
      muzyki: wszak rembetiko w dużej mierze ukształtowało muzykę miejską
      laiko, która do dziś pozostaje tak żywa i tak kochana przez ludzi
      nie tylko tego kraju...Jednego z ostatnich krajów na świecie gdzie
      popularność miejscowej tradycji muzycznej bije na głowę przeboje
      Madonny czy Aguilery.. To w jakiejś części zasługa także Markosa.
      Plac Vamvakarisa. Mały placyk- taras. Morza Egejskiego oczywiście.
      Znów ten niesamowity widok..Mały skromny pomniczek mistrza z uroczym
      odlewem baglamadaki (rodzaj takiego mini-buzuki, każdy kto gra na
      buzuki, zna też baglama). Tablice z pomalowanych błękitną farbą
      desek. A na deskach cytaty ze znanych wszystkim piosenek
      Markosa. "Twoje rzęsy lśnią jak kwiaty równiny..". I błękitne
      krzesła. Na oparciu każdego ozdobnie wypisany tytuł najsłynniejszej
      z piosenek: "Frangosiriani". O miłości do katoliczki z Siros. To
      chyba najczęściej tańczone w Grecji chasapiko. Z wielką radością
      tańczymy je też zawsze na warsztatach w Warszawie. W piosence
      przewijają się nazwy miejsc z wyspy, miejsc,w których już byłem:
      Galisas, Finiki, Delagratsia.. Nie tym razem zasiądę wieczorem na
      tych krzesłach, by z muzyką w uszach patrzeć na rozświetlające się w
      dole Ermupoli. Nie można mieć wszystkiego- proste motto pewnej
      znajomej osoby.
      W mieście na dole czuć już, że upał zaczyna zaglądać także na
      Cyklady. Ostatnie zakupy w uliczkach miasta. Ciekawych sklepów tu
      nie brakuje. Księgarnia. Założona jeszcze w końcu XIX wieku. Na
      pięterku przytulna czytelnia. Starszy pan, właściciel, opowiada mi o
      znanych gościach, którzy odwiedzili to miejsce. O tych, którzy
      przychodzili tu czytać. Tak jak jedna z najwybitniejszych poetek
      Grecji, pochodząca z Siros Rita Bumi-Papa, okrzyknięta nawet swego
      czasu "nową Safoną". Miejsce to nie przestało być żywe. Dziś
      przychodzą tu studenci Uniwersytetu Egejskiego, którego jeden z
      oddziałów działa na tej wyspie.
      Frappe na placu przed ratuszem. Powrót do górnego miasta po bagaże.
      Z góry widzimy nadpływający prom..
      Nabrzeże. Ostatnie pożegnania z Nikosem i Eleni. Zostaną tu jeszcze.
      A my popołudniami będziemy wyobrażać sobie, że siedzą właśnie na
      balkonie Morza Egejskiego i popijają sok ze świeżych pomarańczy. Że
      słuchają pieśni Theodorakisa i Chadzidakisa, patrząc na Ejeo i
      ciepłe miasto w dole.I że córeczka Nikolety przyniosła im znów
      melony i słodkie pomidory. I że miejscowy muł znów wędruje białymi
      zaułkami tej wciąż żywej cykladzkiej osady...
      Ermupoli oddala się. Nazwa oznacza "miasto Hermesa". XIX-wieczni
      założyciele nieprzypadkowo wybrali boga handlu. Jeszcze chwila i
      miasto ginie za skałą.
      Tinos, Andros, Jaros, Kithnos, Kea... Egejski kalejdoskop. "Blue
      Star Ithaki" tym razem wiezie już głównie wspominających. Przy
      nogach jednej z Greczynek klatka z króliczkiem-wilkiem morskim.
      Ateńczycy wracają do swojego tak pięknego i tak brzydkiego miasta.
      Miasta szans, pieniędzy, szalonych nocy, przyjaciół i wrogów,
      marzeń, problemów i codziennego stresu.Do miasta, które mieści już
      połowę tego kraju, miasta-zwierciadła: Grecji ale i Bałkanów, ale i
      wschodniego świata, szukającego tu nadziei na bezpieczne i godne
      jutro. Miasta, które przy każdej okazji powraca...A oto i ono.
      Południowe zamożne przedmieścia rozświetlone wieczornym słońcem.
      Likavitos i Akropol. Wpatruję się: widać już Partenon.
      Ateny!
      Jak przyjemnie tu wrócić!
    • tomaszkozlowski1 niezwykła muzyczna niedziela- część pierwsza 09.08.07, 23:09
      NIEDZIELA.
      Ateny od rana wydają się wielkim piecem. Przed południem spacer po
      pustym handlowym centrum miasta. Krótka wizyta w internetowej
      kafejce na Athinas. Na pustej Ermu ktoś gra tylko na akordeonie.
      Szukamy cienia. Ogrody Narodowe stają się prawdziwą oazą pośród
      betonowej pustyni. Grecy z kocykami. Kto nie mógł wyjechać z miasta,
      szuka w nim takich właśnie oaz. Palmy, egzotyczne drzewa, oleandry,
      oliwki. Aby znaleźć ławkę w cieniu, obchodzimy niemal cały ogród.
      Cykady, niedzielna gazeta, w powietrzu zapach eterycznych olejków.
      Wczesne popołudnie.Muzyczne mezedopolijo (lokal z przekąskami) w
      Psiri. Miły wystrój. Oprócz nas zajęte trzy stoliki. Przy jednym
      turyści. Przy jednym para Greków, przy innym dwie Greczynki. Na
      krześle zasiada Grek z gitarą. Zaczyna śpiewać. Mezedopolijo z
      przypadkowej dość jadłodajni zamienia się w miejsce podróży. Przez
      muzykę. Wiele znanych mi i ulubionych piosenek a są i nieznane.
      Różnych stylów i artystów. Zamawiam coś Peridisa. I już po chwili
      słyszę „De se kitazo sta matia”, jedną z jego najpiękniejszych jego
      ballad. Zamawiam Lidakisa. I już jestem na Krecie, słuchając „Astra
      mi me malonete”. Stavros. Śpiewa tu regularnie. Mówi, że ma
      przyjaciół Polaków. Eleganckie Greczynki ze stolika naprzeciwko
      przyjechały z Ameryki. Ale po grecku mówią czysto, bez obcego
      akcentu. Zamawiają i one piosenki ze swego dzieciństwa w Grecji.
      Grek z trzeciego stolika najpierw słucha. Po czym podrywa się,
      podchodzi do Stavrosa i mówi że i on śpiewa. W jednym z klubów
      rembetiko w Atenach. Na karteczce zapisuje do siebie telefon.. Chce
      pomóc zaistnieć Stavrosowi gdzie indziej. Jeszcze chwila i wszystkie
      nasze trzy stoliki śpiewają. Wznosimy wspólne toasty. Rembetiko,
      laiko, endechno, grecki rock.. Turystki z czwartego stolika też
      zapraszamy do naszej muzycznej uczty. Chcą usłyszeć „Dzieci
      Pireusu”. A więc przenosimy się i do ateńskiego portu, o którym tak
      pięknie tak pięknie! zaśpiewała niezrównana Melina Merkuri...
      Greczynki z Ameryki wstają. Dziękują nam wszystkim, że tak
      spontanicznie stworzyliśmy wspólne towarzystwo- parea. Po
      starogrecku cytują jednego ze starożytnych- „to co dobre mieści się
      w tym co nie trwa długo”. Wychodzą. Wychodzimy. Nasza parea na
      zawsze pozostanie jednak w pamięci. Pewnie i w Grecji, i w Polsce, i
      gdzieś za oceanem.
      Sjestę w klimatyzowanym hotelu wymusza skwar. Trzeba odpocząć przed
      podróżą. Tak, dziś czeka nas jeszcze dość odważna w tych warunkach
      wyprawa.
      Godzina 18. Wychodzimy z hotelu. Wciąż Sahara. Na szczęście na plac
      Kumunduru niedaleko. Pod placowymi palemkami koczują uchodźcy. Ci
      nie są bezdomni. Ale w tym co wynajmują na swoje mieszkanie trudno
      wytrzymać w taki upał. Przy placu z ładnym kościółkiem przystanek.
      Autobus. Kierunek: Elefsina. Dalekie przedmieście Aten. Przemysłowa
      okolica ze stoczniami, hutami, żeliwniami, kominami. Ale najbardziej
      uciążliwe są smrodliwe rafinerie. W autobusie prawie sami Azjaci.
      Jadą do pracy. Nocna zmiana.
      Czy jest coś, czy jest ktoś, kto przekonał nas, żeby w tym pustynnym
      żarze jechać do Elefsiny? Do Elefsiny!!...
      Tak, jest to Charis Aleksiju !!!



      -------------------
      Kochani, nie wiem czy uwierzycie, ale w momencie gdy wklejam to na
      to forum, w radiu Melodija którego słucham przez internet leci
      Lidakis i piosenka "Astra mi me malonete" !!!.....
    • tomaszkozlowski1 niezwykła muzyczna niedziela- część druga 13.08.07, 00:10
      Charis Aleksiju dziś wieczorem zaśpiewa na miejscowym stadionie.
      Charis razem ze świetnym zespołem Trifono objeżdżają tego lata całą
      Grecję. Podróżuje z nimi jeszcze ktoś. Ktoś niezwykły. Manos Loizos.
      Kompozytor wielu z najpiękniejszych greckich piosenek. Urodzony w
      Aleksandrii, zawsze bliski ludziom, ich uczuciom i problemom. Ubrał
      w muzykę piękne teksty wybitnych greckich autorów. Teksty o miłości,
      polityce, dylematach, ludzkich dramatach.W tym roku cała Grecja
      uroczyście obchodzi 25 rocznicę jego śmierci. Manos Loizos to ważna
      postać w życiu Charuli. Na początku jej kariery, gdy potrzebowała
      dobrych piosenek i wsparcia, Manos napisał dla niej całą płytę.
      Podobno Charis podkochiwała się w nim. Pewnie dlatego jej dojrzały
      już dziś syn ma na imię Manos. Może także dlatego cała tegoroczna
      trasa Charuli jest poświęcona Manosowi.
      Wysiadamy z autobusu. Port Elefsiny. Miła niespodzianka: nie ma tu
      przemysłu a samo miejsce jest bardzo urocze. Jachciki i łódki,
      stoliki i krzesła, po drugiej stronie cieśniny góruje majestatyczna
      Salamina. Pusto, na zegarku już po 19-ej ale upał wciąż trudny do
      zniesienia. Przy nabrzeżu stoi tylko pewien rozczulający starszy pan
      a obok niego rozłożone ziele oregano. Wydaje się zaskoczony
      pojawieniem się klientów, zakłopotany udaje się do pobliskiego
      kiosku wyprosić jakąś torebkę. Teraz trzeba odnaleźć drogę na
      stadion. W głowie mam widzianą dziś w internecie mapę Elefsiny.
      Zanim skręcimy w miasto, mamy iść prosto wzdłuż morza. Zachodzimy
      jednak zbyt daleko, przed nami wyłania się cementownia. Upał bez
      zmian, dokoła wałęsające się, ledwo żywe psy. Na oślep wchodzimy w
      ulice. Rezolutny grecki chłopaczek tłumaczy nam drogę. Jesteśmy na
      jednym z głównych deptaków miasta. I znów miłe zaskoczenie: Elefsina
      jest zadbana, czysta, wędruje się przyjemnie. Po lewej stronie
      mijamy rozłożone wśród zieleni ruiny starożytnego Eleuzis. Bardziej
      okazałe niż sobie wyobrażałem. To tu w starożytności odbywały się
      słynne misteria, okryte głęboką tajemnicą, za której zdradzenie
      groziła kara śmierci. To stąd Świętą Drogą (Iera Odos) podążała co
      roku do Aten wielka procesja (do dziś ulica Aten przy wjeździe od
      strony Elefsiny nazywa się Iera Odos). Wreszcie docieramy. Do
      początku koncertu jeszcze ponad półtorej godziny, ale my wiemy, że i
      tak nie będziemy pierwsi. Pod bramą stadionu koczuje już grupa
      niecierpliwych miłośników Charuli. Jesteśmy tu tak wcześnie, bo
      władze miasta postanowiły zrobić mieszkańcom prezent i wstęp jest
      wolny. Z pewnością przybędą tłumy.
      Zajmujemy kolejkę. Pod stadionem instalują się już sprzedawcy
      popcornu i innych „odpustowych” smakołyków. Z minuty na minutę jest
      nas coraz więcej. Wejścia pilnują ochroniarze. Na stadionie trwa
      próba artystów. Jest duszno, nawet po 20-ej nie czuć by upał zelżał.
      Nagle robi się nerwowo: w wąski przejazd, w którym stoimy, chce
      wjechać ciężarówka z dodatkowymi plastikowymi krzesłami. Ochroniarze
      pozwalają nam stojącym najbliżej na chwilę wejść na murawę stadionu,
      reszta oczekujących musi się wycofać. Jakiś gorącokrwisty starszy
      Grek nie chce tego zrobić, zaczyna bić się z „gorylem”..
      Znów stoimy pod bramą. Jarmarczna atmosfera. W Grekach budzi się ich
      starożytny może jeszcze zmysł demokracji, ujawniany przy okazji
      wszelkich zgromadzeń. Młoda wygadana Greczynka rozpoczyna dyskusję
      ze zblazowanym, żującym gumę ochroniarzem. Twierdzi, że była dziś w
      domu burmistrza i ten obiecywał wejście wcześniej. Rozpoczyna się
      zimna, złośliwa wymiana zdań, w której młoda gniewna oświadcza, że
      maniery ochroniarza świadczą niechybnie o jego kreteńskim
      pochodzeniu. Dowiadujemy się też, że ona- to co innego- pochodzi z
      Pirgos [zachodni Peloponez]. Jak można się tylko domyślać, maniery
      tamże muszą utrzymywać się na poziomie niespotykanie wysokim. Grecy
      uwielbiają wywyższać się swoim pochodzeniem. Każda wieś i każda
      wyspa jest lepsza od pozostałych. Wreszcie brama zostaje otwarta.
      W pierwszym dostępnym rzędzie - bo dwa pierwsze zarezerwowane są
      oczywiście dla miejscowych „VIP-ów”- oczekujemy na rozpoczęcie
      koncertu. Oficjele są nawet oddzieleni od reszty plebsu specjalną
      białą wstążką, dumnie zajmują swoje miejsca, z pewnością czują się
      lepsi od tych mas, pan burmistrz nie zasiądzie przecież ze swoimi
      wyborcami..
      Przed nami scena i oświetlony duży portret Manosa Loizosa.
      Spodziewane tłumy szybko zapełniają wszystkie miejsca siedzące,
      część osób będzie musiała stać. Przybywają całe rodziny i grupy
      znajomych. Czujemy pierwszy podmuch wiatru.. Nad stadionem
      przelatuje gaśniczy helikopter- katastrofalne pożary to
      najważniejszy w Grecji temat lipca. W wielu miejscach kraju trwa
      walka ze strasznym żywiołem. Jeszcze przemowa burmistrza. Musi
      przecież podkreślić swoje zasługi.
      Wreszcie wchodzą instrumentaliści. Rozbrzmiewają melodie wielu
      wspaniałych piosenek Manosa. Wreszcie Ona. Charula. Wchodzi
      uśmiechnięta w pięknej sukni. Gromkie brawa. I zaczyna się...
      Na początku spokojniejsze, wzruszające ballady. Cały stadion-
      wszyscy- śpiewamy. Całe rzędy śpiewają. Piosenki Manosa nie umrą
      dopóki żyć będzie Grecja. Śpiewa pokolenie dziadków i pokolenie ich
      wnuków. To w Grecji wzruszające. Piosenki bliskie ludziom stają się
      tu nieśmiertelne. Piękne poetyckie teksty znane są tu przez miliony.
      Tytuł koncertu pochodzi od jednej z piosenek: „A księżyc latarnią
      morską”. Nad stadionem księżyc, fengari...
      Do Charuli dołącza zespół Trifono- trzy dość znane, świetne głosy:
      Nikos Kurupakis, Dimitris Ifandis i Erofili. Na wiele głosów, po
      mistrzowsku wyśpiewują choćby piękne „I mera’kini de th’arjisi”, w
      oryginale tak wspaniale wykonywane przez Dimitrę Galani i Manosa
      Loizosa. Charula powraca na scenę. Zaczyna śpiewać swą uwielbianą,
      napisaną przez Manosa oczywiście, piosenkę „Żołnierz”. Żołnierz to w
      Grecji temat wzruszający: od wojska w tym kraju niemal nie sposób
      się wywinąć. Żołnierz to tu ktoś lubiany, to przecież ktoś znajomy.
      W każdej rodzinie był, jest lub będzie jakiś żołnierz. To brat, mąż,
      przyjaciel. A w piosence tytułowy żołnierz właśnie dostał
      przepustkę, jedzie do miasta, gdzie w tawernie odnajduje przyjaciół-
      parea, którzy na rozpędzenie smutków częstują go winem. To bardzo
      radosna, bardzo piękna piosenka. Reakcja publiczności żywiołowa! Już
      nie śpiewamy: krzyczymy! Charula widzi to i woła nas pod scenę.
      Zbiera się spory tłumek: młodzi, którzy uwielbiamy Charulę. Którzy
      jesteśmy kolejnym już pokoleniem, które ją pokochało. Za to, że od
      zawsze jest tak bliska ludziom. Bez gwiazdorskiego dystansu, mimo że
      nie ma od niej w Grecji jaśniejszej gwiazdy. Żywa legenda. Charula
      godna i ciepła. Patrzysz: Charula, myślisz: Elada...
      Stoimy więc pod sceną. Śpiewamy z całych naszych sił. Charula
      rozmawia z nami, żartuje, wita się, my śpiewamy z nią, ona śpiewa z
      nami. Dookoła wielu młodych Greków: radosnych, roześmianych,
      zaśpiewanych... Boże, jak ten naród potrafi cieszyć się życiem!
      Kolejna euforia: kolejna uwielbiana piosenka- „Baglamadaki”- Charis
      radośnie kokietuje Dimitrisa Livanosa, wielkiego muzyka, który
      szczęśliwy gra właśnie na baglamadaki. Chwilo trwaj! Jedna myśl.
      Bis. „Ola se thimizun” („Wszystko Ciebie przypomina”wink- piosenka o
      rozstaniu, o życiu bez siebie. Przepiękna ballada, jedna z
      najbardziej znanych piosenek Charuli. Bardzo smutna. W rękach wielu -
      światełka...Na tym koncercie ta piosenka wszystkim chyba przywodzi
      na myśl samego Manosa. Od 25 lat tam daleko..O nie, nie tak daleko,
      On jest przecież tu! Tu na stadionie w Elefsinie i codziennie w
      radiach całej Grecji, w uszach tysięcy.I wszystko go przypomina..
      Wsiadamy do taksówki. Niedługo północ. Ruszamy. Nagle zatrzymuje
      nas...młody żołnierz!
      Ten brat, ten mąż, ten przyjaciel! Chudy chłopak błaga, jeśli do
      północy (i
      • tomaszkozlowski1 ciąg dalszy 13.08.07, 00:11
        Wsiadamy do taksówki. Niedługo północ. Ruszamy. Nagle zatrzymuje nas…
        młody żołnierz!
        Ten brat, ten mąż, ten przyjaciel! Chudy chłopak błaga, jeśli do
        północy (i ani minuty później) nie wróci do pobliskiej jednostki,
        będzie miał poważne problemy. Nie ma ze sobą pieniędzy. Kierowca
        pyta się (i jego oczy proszą!) czy zgadzamy się nadrobić kawałek
        żeby podwieźć biedaka. Jak moglibyśmy się nie zgodzić!
        Rozgorączkowany młody Grek siedzi już z nami. Podwozimy go pod samą
        bramę. Jest za pięć dwunasta. Chłopak wybiega. Kierowca odwraca się
        do nas: efcharisto!..
        Wracamy do Aten. Nie wiemy jeszcze, że ta niezwykła muzyczna
        niedziela wciąż się nie skończyła...
    • tomaszkozlowski1 Re: Mój piękny i ciekawy grecki tydzień :) 13.08.07, 23:02
      Minęła północ ale nasza niedziela wciąż trwa. Dopiero skończył się
      koncert Charis w Elefsinie. Zbyt duże emocje by ot tak po prostu
      wrócić do hotelu i usnąć. Zresztą dopiero teraz można oddychać, mimo
      że noc i tak bardzo gorąca. Proszę taksówkarza by wysadził nas na
      Thisijo. To jedno z moich ulubionych miejsc w nocnych Atenach.
      Świątynia Hefajstosa, popularnie zwana Tezejonem, nocą zamienia się
      w jedną z najwspanialszych ozdób miasta. Przepięknie iluminowana
      szlachetnym światłem. Jedyna ateńska świątynia, w której zachował
      się dach. Nie dla Tezejonu jednak tu jestem. W Thisijo ma swój
      początek szczególnego piękna trakt. Dionisiju Areopajitu- Dioniziosa
      Areopagity, pierwszego ochrzczonego ateńczyka. Najpiękniejszy deptak
      Grecji i bez wątpienia jeden z najpiękniejszych Europy. Długi na
      sporo ponad kilometr. Wymarzyła go sobie wiele lat temu Melina
      Merkuri, charyzmatyczna bogini nowożytnej Grecji. Aktorka,
      piosenkarka, minister kultury. Inicjatorka kampanii zwrotu marmurów
      Partenonu z British Museum czy rozwoju teatrów w miastach greckiej
      prowincji, do których pracować przyjeżdzają sławni aktorzy i
      reżyserzy Aten i Salonik. Melina postanowiła stworzyć archeologiczny
      park centrum Aten, bez samochodów, miejsce spokojne, sprzyjające
      kontemplacji pomników historii. Setki wypalanych papierosów nie
      pozwoliły jej doczekać realizacji tego dzieła.
      Dionisiju Areopajitu. Kiedyś zwykła ulica. Dziś promenada, miejsce
      zakochanych i malarzy. Miejsce ateńskiej volty. Najpiękniejsze
      właśnie po zmroku gdy oczy nie mogą się nacieszyć widokiem
      oświetlonego Akropolu. I to jak oświetlonego!
      Przed igrzyskami Grecy powierzyli oświetlenie głównej atrakcji
      miasta jednemu z francuskich speców o światowej sławie. Ten sam
      człowiek zajął się też uwydatnieniem piękna nocnego Tezejonu i
      Likavitosu. Skutek: lśniąca srebrzystożółtym światłem skała Akropolu
      zdaje się być jakimś gigantycznym klejnotem, u którego stóp
      skromnie drzemie reszta miasta.
      Idziemy deptakiem. Zapach rozgrzanych cyprysów, sosen i oliwek. To
      nieprawda, że Ateny nie mają zieleni. W samym centrum, w rejonie
      Akropolu, Pnyksu, Filopapu i Wzgórza Nimf, godzinami niemal wędrować
      można wśród śródziemnomorskiej roślinności. Nawet wielu ateńczyków
      nie zna dobrze wszystkich tych ścieżek. Skręcamy w jedną z nich.
      Dokąd prowadzi? Uwielbiam takie tajemnice. Po zmroku na ścieżce nie
      spotykamy nikogo. Jeden zakręt, drugi: widzimy kamienne schodki
      wspinające się na jakąś skałę. Jeszcze parę kroków i już poznaję: to
      Pnyks! Ten sam Pnyks, który zawsze odstraszał mnie, zdając się być
      w promieniach południowego słońca jakąś piekielną patelnią. Kolebka
      demokracji. Miejsce zgromadzeń ateńskiej eklezji i przemówień
      starożytnych oratorów: Likurga, Demostenesa czy Lizjasza.
      Stajemy na skale i czujemy, że atmosfera wokół nas niezwykła.
      Zaczarowana jakby. Dookoła młodzi ludzie. Wpatrzeni. Zasłuchani.
      Wtajemniczeni. Przed nami drgające tysiącami świateł miasto.
      Likavitos i Sindagma, Plaka, Monastiraki i Psiri, Eksarchia i
      Omonia. Poniżej skały Pnyksu - drzewa oliwne. Muskane delikatnym
      srebrnym światłem księżyca. Spektakl. Ktoś gra na harmonijce. Moich
      uszu dobiega jednak coś ciekawszego. Ktoś śpiewa! Podchodzimy i
      przysiadamy obok. Na skraju skały dwóch młodych Greków, dwóch
      kumpli. Jeden z nich gra na gitarze i śpiewa.
      Miastu i przyjacielowi...
      Moje piosenki! Malamas, bracia Katsimichas, Papakonstandinu.. Za
      chwilę zaśpiewa „Pielgrzyma” („Proskinitis”wink Alkinoosa Ioanidisa,
      jeden z najpiękniejszych tekstów, jaki powstał w Grecji ostatnich
      lat. Piosenka, którą pokochały tysiące dzisiejszych pielgrzymów
      pośród tego świata. Na skałce nieopodal trzy zasłuchane młode
      Greczynki. Jakiż piękny manifest młodości, zaanagażowania,
      niezobojętnienia i poszukiwania wyśpiewuje ten Grek! Na tym
      starożytnym Pnyksie, który po tylu tysiącach lat nadal słucha!...
      Mógłbym tak tu siedzieć bez końca. Przesiedzieć całą noc pod
      gwiazdami, na tej skale. I słuchać. I patrzeć. Takich chwil nie da
      się zaplanować. Nie da się kupić. Wołają co chwilę nas, pielgrzymów
      tego świata. Ale nie zawsze chcemy usłyszeć...
      Wystarczy chwila tu spędzona, ta chwila właśnie, ta chwila jedyna i
      niepowtarzalna, żebym wiedział: to jeden z najpiękniejszych
      momentów mojego życia. Największa i najwspanialsza niespodzianka
      tego miasta. Aten, które nie rozpieszczają swych gości, ale
      wynagradzają po stokroć tych, którzy szukają...
      Nocne uliczki górnej Plaki. Cisza. Czy nie jest niezwykłe miasto,
      które najspokojniejsze miejsca ukrywa w samym swym sercu?
      Jest już wpół do drugiej. Plac Monastiraki powoli pustoszeje. Mekka
      wieczornych Aten.
      Ale oto ulica Miauli. Za dnia brudna, odpychająca, nieciekawa.
      Królowa nocy. Idziemy znów ogłuszeni głosem dziesiątków stolików.
      Dzień nie pozwala żyć. Rozgrzane miasto szuka swojego oddechu nocą.
      Setki tych oddechów spotykają się tu w rozmowie. Do białego rana.
      Niezwykła niedziela kończy się.
    • tomaszkozlowski1 poniedziałek czyli okruszek Krety w Atenach.. 19.08.07, 20:57
      PONIEDZIAŁEK.
      Już przy śniadaniu zastanawiamy się czy upał pozwoli opuścić dziś
      hotel. Ostatecznie decydujemy się wyjść, mamy jeszcze w planach
      zakupy. Handlowe ulice Aten, okolice Athinas. Gwar, po weekendzie
      całe miasto rusza na zakupy. Wybór towarów przyprawia o zawrot
      głowy. Stosy serów, ciastek, suszone mięso (pasturmas), wędliny,
      oliwki, przyprawy. Te ostatnie kupuję w ulubionym Elixirionie na
      Evripidu. Ulica Eola: tu więcej jest butików i kawiarni. Tuż przed
      ulicą Panepistimiju widzę mój cel: Lumidis- słynna grecka firma,
      sprzedająca świeżo mieloną kawę. Kuszący kawowy zapach wylewa się na
      ulicę. W sklepach sieci Lumidis zaopatruje się bardzo wielu Greków.
      Panepistimiju. Najbardziej reprezentatywna ulica miasta. Zmierzam w
      stronę znanego mi już miejsca. Po raz pierwszy odwiedziłem je w
      zeszłym roku. Sklep muzyczny „Nikos Ksiluris”.
      Nikos Ksiluris był najsłynniejszym śpiewakiem jakiego wydała Kreta
      (pochodził z Anojja). Dzięki niemu w latach 60. i 70. kreteński
      folklor poznała i pokochała cała Grecja. Jako ubogi ale utalentowany
      młodzieniec przyjechał szukać szczęścia w Atenach. Tu został odkryty
      i doceniony. Współpracował z najwybitniejszymi kompozytorami i
      autorami tekstów, często poetami. Obwołany „słowikiem Krety”
      i „archaniołem Krety”. Charakterystyczny wibrujący głos, stał się
      wzorem do naśladowania dla setek kreteńskich wykonawców do dziś.
      Zmarł młodo na początku lat 80. na raka. Kochany jest po dziś dzień.
      Legenda Krety, legenda Grecji. Ksiluris. Nazwisko-mit.
      Uranija Ksiluri. Żona Nikosa. Kreteńska wdowa. Starsza pani w czerni
      z siwiejącymi powoli włosami. Postać pełna godności i otwarta na
      ludzi. Przedstawiam się jej tak jak i rok temu. Czas stanął w
      miejscu, zdaje się. Pani Uranija znów proponuje coś orzeźwiającego
      do wypicia. W prowadzeniu sklepu pomaga jej syn i wnuczka. Sklep:
      rzędy płyt (znakomity wybór!), fotografie Nikosa, kreteńskie
      komboloja. Spokój. Z głośników sączy się dobra muzyka. Mała Kreta
      przeniesiona tu do zabieganych Aten. Wybieram płyty, wybieram też
      begleri (rodzaj krótkiego komboloi). Begleri tu nie jest tanie (choć
      jest dla mnie zniżka smile) ale jedyne w swoim rodzaju, ma
      wygrawerowany napis „Nikos Ksiluris”. Tylko tu kupię takie. Begleri
      z piękną legendą. Wzięte w ręce z rąk żony tego niezwykłego
      człowieka, który stał się słowikiem całej Grecji.
      Wdowa. Jedna z wielkich wdów tego miasta. Od tylu lat udaje się jej
      prowadzić to miejsce, miejsce znane wszystkim ateńskim miłośnikom
      muzyki pięknej i prawdziwej. Żegnamy się z panią Uraniją, życzymy
      jej sił na kontynuację tego wzruszającego dzieła, wychodzimy.
      Stoa Vivliju- Stoa Książki. Niezwykły zaułek wypełniony małymi
      księgarenkami. Jestem w kraju setek pisarzy i poetów, kraju wielkiej
      literatury, wielkiej choć mało znanej.
      Eleftherudakis. Najsłynniejsza, kilkupiętrowa księgarnia Aten. Jedno
      z górnych pięter wypełnione mapami, albumami i przewodnikami po
      Grecji. Ach, gdybym mógł kupić te wszystkie wspaniałości i zabrać je
      do Polski.. Nie? To niemożliwe? Kupię w takim razie choć jeden
      przewodnik, aby cieszyć się nim gdy u nas noc stanie się długa i
      zimna.
      Upał. Nie do zniesienia. W okolicach Monastiraki idziemy już z
      trudnością. Naprawdę. Wyprawa po mieście zaczyna nas przerastać.
      Chcę znaleźć znaczki do kartek pocztowych. Wszędzie słyszę, że muszę
      pójść na pocztę. Nie, w tych warunkach to niemożliwe. Nie wyślę
      kartek. W głowie jeden cel: klimatyzowany hotel. Dookoła nas
      prawdziwe piekło. Temperatura tu w rozpalonych uliczkach Psiri z
      pewnością przekracza 50 stopni. Powiew wiatru: parzy w
      spocone plecy. Puste uliczki. Padający z nóg docieramy do hotelu. To
      miasto potrafi nauczyć pokory. Odpoczynek. Takiego upału nie było mi
      jeszcze dane przeżyć. Wyjdziemy jeszcze na chwilę do pobliskiej,
      zaprzyjaźnionej tawerny „Nikitas”. I znów wrócimy do hotelu. Chce
      się tylko spać. Kilkugodzinna sjesta- to jedyne co można zrobić w
      takich warunkach.
      O 21-ej wychodzimy. To przecież ostatni wieczór w Atenach. Rozgrzane
      ulice wciąż nie pozwalają oddychać. Oddech odnajdujemy dopiero pod
      Akropolem, na tym pięknym deptaku. Raz jeszcze spojrzymy na
      rozświetloną majestatyczną skałę. Ale nie skręcimy na Pnyks.
      Wczorajszy wieczór już się nie powtórzy. Niech pozostanie
      wspomnieniem...
      I znów malownicze uliczki Plaki. Na jednym z murów napis: „Nic nie
      jest przypadkowe”.
      Monastiraki. Niegdyś miejsce słynne ze względu na urokliwy pchli
      targ, przez ateńczyków z turecka zwany jusurum. Ale dziś niedzielny
      pchli targ to już bardziej wspomnienie. Istnieje wciąż ale
      dzisiejsze Monastiraki to już inny świat. Świat wielu barw i
      języków. Na placu afrykańscy uchodźcy-sprzedawcy. To fascynujące-
      oni wszyscy sprzedają to samo: zdalnie sterowane samochodziki i inne
      zabawki ze światełkami. Wieczorny plac mruga dziesiątkami takich
      światełek. Nowe widowisko tego miasta. Tak szybko zmieniającego się,
      rozpędzonego, niepowtarzalnego. Miasta ciekawszego niż niejedna
      cukierkowa metropolia z pocztówek.
      W jednej z uliczek siadamy przy stoliku.
      Ostatni toast: aby tu wrócić...
    • tomaszkozlowski1 epilog :) 19.08.07, 21:49
      Tak minął ten niezwykły dla mnie grecki tydzień, jeden z
      najpiękniejszych jaki przeżyłem od początku wyjazdów do Grecji.

      Ale opis, który przeczytaliście, ma też jedną cichą, bezimienną
      bohaterkę. To moja Mama. Wspaniała grecka podróżniczka. Która
      wsparła moją nową, grecką pasję wiele lat temu- gdy byłem jeszcze
      dzieckiem. Pasję, która do dziś jest moim bezcennym skarbem.

      W wolnej chwli może uda mi się zawiesić w sieci jakieś zdjęcia,
      które zilustrowałyby choć trochę ten wyjazd. Dam o tym znać smile
      Pozdrawiam!
      Tomek
      • bebicka Re: epilog :) 20.08.07, 01:38
        Tomku jeszcze raz dziekuje za wspanialy opis i niejedno wzruszenie, ktore dostarczyl!
        Mysle ze nastepnym razem zupelnie inaczej bede spacerowac po Atenach i inaczej na nie patrzec. dzieki Tobie to miasto stalo sie znacznie blizsze mojemu sercu.
        No i przede wszystkim serdeczne pozdrowienia dla Mamy! Wspaniala pasje Ci zaszczepila, mam nadzieje ze ja mojemu synkowi tez bede potrafila chciaz ciutkesmile
        Maraska
      • hania404 Re: epilog :) 20.08.07, 20:24
        Tomku, przez kilka ostatnich dni na forum bywalam "przelotem" i nie znalazlam
        czasu aby regularnie czytac Twoje wspomnienia. Ale za to czekala mnie nagroda!
        Wlasnie przeczytalam calosc - i przyznaje ze to TO robi wrazenie! Wszyscy tu
        zaznaczaja jak dzieki Twoim slowom, a raczej obrazom slowami malowanym
        przeniesli sie w cudowny sposob do Grecji. Oczywiscie, zgoda, i ja sie pod tym
        podpisuje. Zawdzieczamy to niewątpliwie Twoim wrecz homeryckim uzdolnieniomsmile
        Ja nie żartuje! Jestem pod wrazeniem - tam nie ma zbędnych słów, każde coś
        znaczy i każde cos niesie... Dzieki raz jeszcze i wielkie podziekowania i
        pozdrowienia dla Twojej mamy! Ma szczęście! Ale i Ty go duzo masz!
    • tomaszkozlowski1 pewna smutna wiadomość 20.08.07, 23:03
      Wiadomość ta najbardziej pasuje chyba do tego wątku, ponieważ
      wspominałem tu zarówno o Manosie Loizosie jak i o "wielkich wdowach
      Aten". Jedna z tych wdów odeszła dziś w południe. Maro Loizu- żona
      Manosa Loizosa, zmarła w wieku 67 lat po walce z rakiem. Była znaną
      pisarką książek dla dzieci. Napisała 35 książek, część z nich
      ukazała się także za granicą. Manos i Maro mieli jedno dziecko. 41-
      letnia dziś Mirsini (jej imię znaczy: krzew mirtu) zajmuje się,
      m.in. promocją dorobku artystycznego ojca.

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Booking.com
Nakarm Pajacyka