Witam wszystkich.
Jestem nowa na forum, czytam od kilku dni i codziennie duzo sie
ucze

Maz Szwed, nie zna polskiego, mieszkamy w Norwegii (Bergen,
jest tu ktos z tych okolic?) i rozmawiamy po norw, on raczej
mieszanka nor-szw. Mamy coreczke 3 mies. Zauwazylam od razu, ze
strasznie trudno mi mowic do dziecka po polsku przy mezu, jesli
wiem, ze on nic z tego nie rozumie. Nie mozemy razem z
nia "rozmawiac" i przytulac, bo maz nie rozumie, co ja mowie do
corki. Po tak krotkim czasie juz widze, ze wszyscy na tym tracimy.
Jestem zdecydowana mowic do corki wylacznie po polsku, ale czy
oznacza to, ze nigdy nie bedziemy rodzina baraszkujaca wspolnie z
dziecmi po lozku rano, smiejaca sie przy wspolnych posilkach itp? To
strasznie wysoka cena za dwujezycznosc! Nawet, jesli maz zacznie sie
teraz uczyc polskiego (a jest srednio zmotywowany na razie), to
duuzo czssu minie, zanim bedzie rozumial, o czym rozmawiamy i sam
mogl sie wlaczyc.
Czy naprawde codziennosc bedzie tak wygladac, ze kazde z nas bedzie
oddzelnie rozmawiac z corka, a razem nigdy? Chetnie poslucham
waszych doswiadczen, przemyslen i rad. Wiem, jaka jest glowna rada:
maz musi zaczac uczyc sie jezyka. Jakies rady, zeby go zmotywowac?
Jak na razie on uwaza, ze skoro mieszkamy w Nor, to przeciez mozemy
wszyscy mowic po norw. On nie ma potrzeby rozmawiania z corka po
szwedzku. Na szczescie rozumie, ze dziecko musi sie umiec porozumiec
z rodzina w Polsce, i to chyba jedyny powod tego, ze nie protestuje
za bardzo przeciw temu, ze ja caly czas mowie do corki po polsku.