Moja sytuacja obecnie wyglada nastepujaco: corka ma rowno 2 lata, mieszkamy we Francji, maz mowi po francusku do corki, ja po polsku, miedzy soba z mezem rozmawiamy po francusku. Ja nie pracuje i caly czas spedzam z corcia. Duzo jej czytam, spiewam, non stop gadam i bawie sie z nia. Jestem dumna z jej postepow, jak na swoj wiek mowi wspaniale po polsku, calymi zdaniami, uzywa juz czasu przeszlego i przyszlego, strony biernej, liczy, spiewa, mowi fragmenty wierszykow, rozroznia kolory, ma bogate slownictwo, co chwila mnie zaskakuje jakims slowem typu baklazan, mak, mlecz, sroka, borsuk, kanka (na mleko...), uzda, popreg itd itd... uzywa synonimow, jest chyba jedynym na swiecie dwuletnim dzieckiem, ktore wskazujac na swoje nozki mowi: stopy sa nagie, gole, bose... (to oczywiscie z powodu swirnietej matki, ktora stara jej sie przekazac cale bogactwo slownika hi hi). Nie to, ze ja sie pastwie nad dzieckiem i kaze jej zakuwac slowka, po prostu opisuje jej swiat bardzo drobiazgowo i ku mojemu zdziwieniu moje dziecko to lapie
Jest jednak druga strona medalu - mala jest praktycznie jednojezyczna. Slow francuskich uzywa obecnie moze z piec, wplatuje je czasem do polskich zdan. Do Francuzow zwraca sie po polsku. O jej francuski sie nie martwie, wiem ze jak pojdzie do przedszkola za rok to francuski szybko sie stanie u niej dominujacy. Ale mozecie sobie wyobrazic jak na swoja wylacznie polskojezyczna wnuczke reaguja moi tesciowie - szkoda slow. Tesciow staram sie ignorowac, choc matrwie sie, ze swoim negatywnym nastawieniem zraza Zosie do polskiego, ze zacznie sie czuc inna i gorsza z tym swoim polskim. Niedawny tygodniowy pobyt u tesciow to byla katastrofa, tesciowa co piec minut wzdychala ciezko, ze nic nie rozumie, a do Zosi walila teksty typu: "nie mow tak do mnie", "nie rozumiem tego bla bla bla", "powtorz to samo po francusku" itd. Wszelkie proby wytlumaczenia czegokolwiek tesciom nie przynosza rezultatu, juz nawet nie probuje, ale serce mi sie kraje jak widze jak mi dziecko torturuja. Jednak bardziej niz reakcja tesciow martwi mnie to, ze moj maz tez ciezko znosi te sytuacje. On wie oczywiscie, ze Zosia bedzie swietnie mowic po francusku, jak zacznie chodzic do przedszkola, ale jest mu jednak ciezko czekac na to jeszcze rok, tak marzyl o swoim pierwszym "papa" a tymczasem od zawsze Zosia wola na niego "tata" (czyli ciocia po francusku), a ostatnio zostal tatusiem, czasem papusiem

. Jeszcze jakis miesiac temu to funkcjonowalo jako tako, bo moj maz rozumial dosc proste zdania Zosi i mogl sie z nia dogadac, ale ostatnio ona niesamowicie wystrzelila z polskim i mowi juz tak fantastycznie, ze on jej juz po prostu nie rozumie, to nie jego poziom... czasem wola mnie na tlumaczenie, to nie jest latwe naprawde. A co gorsza Zosia tez slabo rozumie po francusku. To znaczy rozumie wszystko, co tata do niej mowi prostym codziennym jezykiem, ale nie lubi czytac z nim ksiazek lub sluchac piosenek, to dla niej za trudne, nic nie rozumie i sie denerwuje (ze mna uwielbia czytac, czytamy juz nawet ksiazki dla czterolatkow, a spiewamy nawet koledy). A tu jeszcze rok przed nami do pojscia do przedszkola, Zosi polski rozwija sie w tempie galopujacym, codziennie slysze nowe slowa, a jej marny francuski zamiera, kiedys to jeszcze mowila "pomme" i kilka innych prostych francuskich wyrazow, bo jej latwiej bylo wymowic, obecnie juz nigdy tak nie mowi, pomme zostalo calkowicie wyparte przez jej urocze jablko lub jabluszko. Moj maz tez bardzo chce, zeby mala byla dwujezyczna, stara sie cierpliwie czekac i mowic do niej jak najwiecej, ale czasem widze, ze sie denerwuje i za bardzo ja naciska, mowi np. powiedz do mnie po francusku co chcesz, to ci dam... albo reaguje zupelnie irracjonalnie np. ja gdy widze, ze mala miesza i np. mowi do mnie "calin" zamiast "przytul mnie", to jej wielokrotnie powtarzam polska wersje az w koncu mala mowi do mnie po polsku "przytul mnie", a wtedy moj maz prosi mnie, zebym mu nie zabierala tego slowa... bo w ten sposob zniknely juz wszystkie inne francuskie slowa ktore corka uzywala, ale zebym mu chociaz tego ostatniego slowa "calin" nie eliminowala...
Kilka razy wyjechalam z corka do Polski na 3-4 tygodnie, ale to bylo wtedy jak mala jeszcze nie mowila, ostatni nasz pobyt w Polsce byl rok temu. Teraz tez chce z nia wyjechac na 4 tygodnie, ale maz, choc wczesniej nie mial nic przeciwko moim pobytom w Polsce, teraz protestuje, ze za dlugo. Mysle, ze podswiadomie boi sie, ze jak wrocimy mala bedzie juz mowic plynna, potoczysta polszczyzna, zreszta tak pewnie bedzie...
Zaczelam z corka chodzic raz w tygodniu do zlobka, ale takiego gdzie nie moge jej zostawic samej, mamuski siedza z dziecmi (w innym zlobku, gdzie dwa razy w tygodniu dzieci zostaja bez mam nie bylo miejsc). Wcale nie mam potrzeby posylania jej do zlobka, ale chodzimy tam, zeby jej francuski polepszyc w kontakcie z innymi dziecmi. Jak na razie zero rezultatow, mala do dzieci mowi po polsku, a najchetniej bawi sie w tym zlobku ze mna, po polsku oczywiscie. Zreszta zauwazylam, ze jak chodze z nia na plac zabaw, to ona nie lubi jak sa inne dzieci, bawi sie wtedy po cichu blisko mnie i czesto prosi zebysmy juz poszly bo jest "duzo dzieci". Ale jesli jestesmy na placu zabaw same to wtedy szalenstwo - biega, krzyczy, smieje sie i wariujemy sobie razem - po polsku. Czy to tylko niesmialosc czy odgrywa tu jakas role bariera jezykowa? Zastanawiam sie czasem czy nie robie jej krzywdy... czasem mam wrazenie, ze jestem zamknieta z nia w szklanej kuli do ktorej inni nie maja dostepu. Ale sie rozpisalam, ale chyba sie musze wygadac.
Powiedzcie mi prosze, ci z Was ktorzy sa w mieszanych zwiazkach w ktorych jezyk mniejszosciowy bardzo dominowal w pierwszych latach dziecka, jak to przezyliscie? Totalnie przeginam z ta szklana kula, czy moze jest tu ktos kto rozumie o czym mowie? Jak sobie poradziliscie z bardzo zdziwionym otoczeniem? I czy moge jakos pomoc partnerowi, ktory nie rozumie wlasnego dziecka, jak go pocieszyc i co mu doradzic?