• drzewko
  • od najstarszego
  • od najnowszego

Brak nadzieji Dodaj do ulubionych

  • 28.09.09, 21:29
    Witam. Długo się zbierałam aby napisać ale chciałabym jednak coś od
    siebie dodać.
    Wlaśnie mija rok odkąd mama zdecydowała się zrobić prześwietlenie
    płuc. Poprostu szła i doszła do wniosku ze tak dla spokojności
    mogłaby je zrobić. Ja odebrałam wynik. Wiedziałam od początku że to
    rak. Poszłam do lekarza pierwszego kontaktu zapytać i powiedział.
    Stwierdził również że zapewne niewiele czasu mamie zostało ale co on
    może wiedzieć? Bez badań tylko na podstawie zdjęcia. Potem juz
    poleciało z górki - diagnostyka, badania, badania, badania. Pamiętam
    gdy byłyśmy u lekarza - mama siedziała na krzesełku taka malutka,
    bezbronna i przerażona. Teraz kiedy mogła zacząć spokojne zycie na
    emeryturze znów los ją ukarał. Ale wracając do poprzedniego wątku.
    Po kilku dniach oczekiwania przyszły wyniki - dronokomórkowy ze
    znakami plaskonabłonkowego nowotwór płuc. Niby niedży, bezobjawowy
    więc do wyleczenia. To było początkowe stadium. Całe życie mama
    mówiła że jeśli zachoruje na raka nigdy nie zgodzi się na
    chemioterapię. Na szczęście na słowach się skończyło. Najpierw był
    PET i radość bo nie ma przerzutów. Potem 6 kursów chemii - wymioty,
    osłabienie, gorączka, utrata włosów. Ale cały czas powtarzałam mamie
    że to niewielka cena za to aby była zdrowa. Potem wiosną włoski
    zaczęły odrastać. TK wykazało, że nie ma już guza. Nie ma nic. Jaka
    była nasza radość. Nikt kto tego nie przeżył nie jest w stanie sobie
    tego wyobrazić. Potem czas na lampy. W sumie 9 tygodni. Pięć na
    płuca i 4 na główkę, Tak profilaktycznie. Koniec leczenia-mama
    planuje wyjazd do babci. Ale jeszcze czas na kontrolę. Dzwoni do
    lekarza który ją prowadził od początku ( Dr Nowak z Izerskiego
    Centrum pulmonologii i chemioterapii - Anioł ). Umawiają się na 22
    lipca 2009 (tak aby mama w sierpniu mogła jeszcze pojechać do
    babci). W między czasie pojawia się kaszel - lekarz rodzinny
    twierdzi że to zapalenie oskrzeli i przepisuje antybiotyk. W
    szpitalu robia prześwietlenie i diagnoza -popromienne zapalenie
    płuc. leczenie sterydami, tlen. Mama słabnie ale myślę sobie że to
    od leków i kaszlu zresztą. W niedzielną noc mamy stan się pogarsza.
    Ledwo oddycha. Przyjeżdżamy z tatą do mamy - wygląda jak cień
    człowieka. Na szczęścia lekarka robi punkcję płucka i już jest
    lepiej. A potem to już tylko koszmar. Okazuje się ze nowotwór
    wrócił. Rozprzestrzenia się w zatrważającym tempie. Lekarka twierdzi
    ze z czymś takim się nie spotkała. Codzienne punkcje odbarczające
    płuca trochę pomagają. Mama coraz bardziej słabnie. Wprowadzają do
    leczenia morfinę. Przyjeżdża cała rodzina. Dużo łez, duzo gości
    ostatnie uściski, pozegbnalne pocałunki. Tak jakby mama na to
    czekała. Tydzień po tej przeklętej nocy we wtorek 04.08.2009 mama
    przyjeżdża do domu. Uczę się podawać morfinę, załatwiam
    najpotrzebniejsze rzeczy w NFZ, szukam lekarza specjalizującego sie
    w opiece paliatywnej (Jelenia Góra to najgorsze miejsce jeśli o to
    chodzi - umierający są pozostawieni samym sobie - tylko rodziny są
    ich ratunkiem). 05.09.2009 mama budzi mnie rano mówiąc że na marne
    poszło jej leczenie. Dopiero po wszystkim zrozumiałam że wiedziała
    co się zbliża...o 21:00 odeszła.
    Przepraszam, jeśli kogoś uraże ale robie to po to aby oszczędzic
    choć jednej osobie cierpienia wynikajacego z niewiedzy i niemiłych
    niespodzianek - drobnokomórkowy nowotwór płuca jest nieuleczalny.
    Nieleczony zabija w trzy miesiące. leczony w ciagu 10 mcy.
    Najczęściej daje przerzuty do mózgu . Chory wcale nie musi uskarżać
    się na krwioplucie i inne takie. Nowotwór to cichy zabójca.
    Straciłam najukohańszą osobę - mamę, przyjaciółkę, opokę. Ile czasu
    minie zanim to do mnie dotrze? nie wiem. Ale mam potworny żal do
    naszego kraju - zanim lekarze zdiagnozowali mamę jeździła od
    szpitala do szpitala. A kiedy umierała nikt nie chciał nawet na
    kilka dni (oczywiscie odpłatnie) użyczyć koncentratora tlenu (aby
    mogła lżej oddychać). Gdy szukałam lekarza do tzw opieki paliatywnej
    trafiłam na kierowniczkę Hospicjum w szpitalu Żerosmkiego( w
    Jeleniej Górze) która stwierdziła, że mama może czekać w kolejce do
    lekarza bo ona i tak nam nie pomoże. I nic ją nie interesuje. I
    jeszcze jedno - gdyby nie to że mam brata lekarza który wielemi
    pomógł błądziłabym jak dziecko we mgle nie wiedząc jak mogę jeszcze
    mamie ulżyć w cierpieniu i jak zapewnić jej godną śmierć. Mam
    jedynie potworne wyrzuty sumienia bo czekałam aż odejdzie. aż to
    wszystko się skończy...dla niej..bo dla mnie ten koszmar wciąż trwa
    Edytor zaawansowany
    • 28.09.09, 22:49
      bardzo Ci współczuję. znam dokładnie te uczucia, tą bezsilność, ten strach.
      My walczylismy co prawda z innym nowotworem - mięsak, ale także drobnokomórkowy.
      Usłyszeliśmy od lekarzy, że te drobnokomórkowe są najgorsze. Wydawało nam się
      jednak, że sytuacja jest w miarę opanowana - do momentu jak nie zaatakował
      płuc.. nie było można wtedy nic zrobić.
      Lekarze dawali góra rok..żył niecałe 9msc od diagnozy. miał niecałe 22 lata.

      Jedyne co dobrego spotkało nas w tym nieszczęściu to wspaniała opieka hospicjum
      domowego (Poznań). w tym ostatnim okresie pięlegniarka przyjeżdzała codziennie.
      ponadto udalo nam się wypozyczyć specjalne łóżko.. i specjalnie dla nas
      sprowadzili koncentrator tlenu (początkowo go nie mieli, ale obiecali, że
      podzwonią po pacjentach - może ktoś już nie korzysta - i tego samego dnia
      wieczorem był już w domu).
      Gdy nadszedł ten czas..mimo zajętych łóżek na oddziale, listy oczekujących
      znaleziono dla nas 1osobową sale - został przyjęty poza kolejką.
      Stworzono nam tam dogodne warunki, żeby spędzić te ostatni dni razem..żeby móc
      się pożegnać. Lekarze i pięlęgniarki byli na każde zawołanie, nie żałowały leków
      mimo, że odchodził... Czasem miałam wrażenie, że wierzą w cud tak samo mocno jak my.
      Dzięki temu hospicjum wiem, że odchodził godnie otoczony wspaniałą opieką...że
      sie pozostawiono nas samych sobie.

      i myśle, że tak własnie powinno być..że kiedy medycyna, szpitale onkologiczne
      nie są w stanie już nic dla pacjenta zrobić..nalezy zapewnie mu godne warunki
      odchodzenia. Żeby do końca mógł pozostać człowiekiem i czuć się jak człowiek.
      • 28.09.09, 23:12
        Boję się tego bardzo że przyjdzie taki dzień że strace nadzieje na to że mama
        bedzie zdrowa.
        Strasznie się boje!!!!
        • 30.09.09, 22:51
          Strach jest niedołącznym towarzyszem w czasie tak trudnych chwil.
          Nie powiem Ci że wszystko będzie dobrze bo tego nie wiem a życie
          bywa przewrotne. Wiem jednak na pewno że będąc przy mamie właśnie
          teraz, do samego końca niezależnie czy przyjdzie on w ciągu kilku
          chwil czy lat nie możesz się wstydzić swych uczuć i gdy chesz ją
          przytulić zrób to , gdy chcesz jej powiedzieć że ją kochasz
          powiedz , bo gdy jej zabraknie ta potworna tęsknota nie da Ci
          spokoju.I nie odkładaj tego na później bo może Ci zabraknąć czasu.
          Trzymaj się i bądź dobrej myśli bo jak moja mama powtarzała "
          Człowiek myśli Pan Bóg kreśli"
    • 29.09.09, 23:37
      Oj doskonale wiem co to znaczy, mieszkam w okolicy i tez w Jeleniej
      Górze a takze Wałbvrzychu szukałam pomocy, neistety na naszym
      terenie opieka paliatywna nie istnieje i człowiek o wszystko musi
      walczyc sam, a w szpitalach powiatowych traktuja jak zło
      konieczne...jak Tata odchodził (nieoperacyjny rak zoładka) jedna z
      pielergniarek robiac mu zastrzyk powiedziała otwarcie w takim
      stanie to do hospicjum a nie do nas, spytałam a gdzie takie jest i
      czy oddała by tam swoja mame lub tate...zamilkła i przynejmniej nie
      wyrazała głosno swoich głupich uwag. Za to w Szklarskiej an chemii
      opieke miał wspaniała, jezdzilismy tam rpzez jakis czas na chemie
      dzienne, bo Tata generalnie był leczony we Wrocławiu...Tate na
      chemii prowadziła cudowna dr, niestety w miesiac po smierci mojego
      Taty (15.10...za 2 tygodnie minie rok, a ja wciaz płacze, a ja
      wciaz czuje zal, ból, tesknote chyba jeszcze wieksza niz przed
      tem...) sama odeszła pokonana przez raka...sama wyleczyła tylu
      ludzi, a przeoczyła to, ze sama miała raka, gdy sie zgłosiła do
      lekarza było juz zapóźno zmarła 2 tygodnie po diagnozie. Pacjenci
      stracili wówczas cudownego lekarza i przyjaciela, bo taka własnie
      była, a ja pameitam ze szukajac w JG kogos podobnego niestety
      szybko straciłam nadzieje, ze to bedzie realne. Wiem co czujesz i
      jak bardzo boli fakt, ze Twojej Mamy juz tu blisko Ciebie nie ma,
      ale moze musimy nauczyc sie zyc ze swiadomoscia, ze mamy swoje
      ukochane Anioły w niebie i ze nasi bliscy stamtad sie nami
      opiekuja. Trzymaj sie ciepło, jakbys chciała pogadac odezwij sie na
      mial. mieszkamy niedaleko jak sadze a wiem, ze czasami rozmwoa z
      obca osoba, ale który przezyła cos podobnego moze pomóc! Dbaj o
      siebie!!!
      • 30.09.09, 19:49
        Tak. Ja też znam uczucie bezradności i pozostawienia z tą straszną chorobą w ostatnim stadium samemu sobie. Dobrze że mam znajomości w hospicjum i pomoc mojej Mamie była udzielona wtedy gdy jej potrzebowała, a nie wtedy gdyby przyszła Jej kolejka- bo wtedy już od 2 miesięcy nie żyła. I ja też już modliłam sie o szybką śmierć dla Niej, bo agonia trwała długo. I choć minęło już 4,5 roku, to nadal bardzo za Nią tęsknię i bardzo mi Jej brakuje.I nic na to nie poradzę. Zawsze będzie w moim sercu. Pozdrawiam
    • 30.09.09, 22:48
      Ja też się tego wszystkiego boję. Nie wiem co może się jeszcze
      wydarzyć. Moja mama ma niedrobnokomórkowego nowotwora płuc w
      zaawansowanym stadium IV (przerzuty do kości). Najgorsze jest w
      nowotworach płuc, że są niewyleczalne. Człowiek poddaje się
      chemioterapii, radioterapii czy nawet operacji jeżeli jest taka
      możliwość a ten "potwór" i tak po pewnym czasie dla niektórych
      dłuższym a innych krótszym i tak powróci. Też chcę aby moja mama
      jeżeli będzie się zbliżał jej koniec (miejmy nadzieję, że to szybko
      nie nastąpi)godnie dożyła czasu, który jej pozostał. Zdana nie była
      tylko na pomoc rodziny, ponieważ ja z siostrą chyba byśmy nie dały
      rady widząc jak najbliższa nam osoba cierpi. Nawet nie chcę myśleć o
      tym wszystkim. Wiem, że człowiek jest w stanie znieść wszystko ale
      jakim kosztem. A w Naszym kraju sami wiecie co się dzieje ze służbą
      zdrowia. Widok pacjentów z nowotworami czekających w gigantycznych
      kolejkach na wizyty szkoda gadać. Traktowani są przedmiotowo.
      Ostatnio usłyszałam, że jak coś będzie się działo mamie to dzwonić
      po pogotowie a co z placówkami onkologicznymi z opieką nad pacjentem
      w ostatnich stadiach choroby. Czy pozostają tylko hospicja, ich domy?
      • 30.09.09, 23:00
        Moja mama umarła w domu. W swoim łóżku słuchając swojej ulubionej
        muzyki. Wiem, że są hospicja zapewniające naprawdę dobrą opiekę ale
        wierz mi, że gdy przychodzi ten czas podjęcie decyzji o oddaniu
        najbliższej osoby pod opiekę obcym ludziom nie jest już takie
        proste. Ja też się potwornie bałam. I nie dopuszczałam do siebie
        mysli o tym, że mama może umrzeć. Ale gdy nadszedł jej czas bardzo
        chciałam z przy niej być. Wiedząc ze to nasze ostatnie wspólne dni
        chciałam nadrobić ten stracony czas. Co do opieki zaś..cóż nie mogę
        powiedzieć czy jest łatwo czy trudno. Myślę, że gdy się kocha kogoś
        tak mocno z całego serca ma się siły żeby pokonywać kolejne
        przeszkody i trwać do samego końca. Wierzę, że Ty także dasz sobie
        radę i znajdziesz siły tak potrzebne w tych chwilach
        • 01.10.09, 21:18
          Doskonale Cię rozumiem gziutko, przechodzimy właśnie to samo. Mama 2 lata temu była naświetlana w Wielkopolskim Centrum Onkologii - nowotwór macicy.Miesiąc temu wróciła z naświetlań węzła chłonnego - przerzut. W tej chwili jest w domu w ciężkim stanie...Chore nerki, przerzuty do naczyń limfatycznych.Mam wrażenie ,że zostaliśmy z tym sami...Jest ciężko, w hospicjum domowym - limity NFZ...Nie ma limitu, jedynie prywatnie...Wierzyć się nie chce,że chory i jego rodzina nie mogą liczyć na pomoc...A w przychodniach , gdzie jeździliśmy na kontrolę w WCO - atmosfera nieprzyjazna, skąpa informacja, ogólnie nie polecam. Przez miesiąc kiedy mama tam była na naświetlaniach nie wykonano nawet badania moczu, które (teraz to wiem) już wykazałoby przerzuty do nerek.Nie zrobili tomografu, który pokazałby ,że przerzuty są nie tylko w jednym miejscu lecz rak jest już rozsiany.Nie zrobili badania markerów, który teraz jest ogromny. Po co męczyli ją naświetlaniami, czy nie wiedzieli,że już nie można pomóc, a rak rozszedł się po lampach w strasznym tempie. Pani doktor, która opiekowała się mamą po moim telefonie zdziwiła się,że stan jest tak ciężki "a nic na to nie wskazywało" . Lekarz rodzinny analizując wypis z WCO stwierdził,że już wtedy rak był b.rozsiany, Czemu nam nie powiedzieli, tylko kazali jeździć po specjalistach (- oczywiście prywatnie - bo limity). W WCO są niedokładni, byle jak traktują pacjenta, często nieuprzejmi dla pacjenta i rodziny - szczególnie panie pielęgniarki w przychodniach. Udzielają skąpych informacji, oględnych. Nie polecam Centrum. Mam żal...
          • 02.10.09, 12:43
            Jeśli chodzi o opiekę onkologiczną prywatną czy państwową podzielam
            zdanie...dno,a może nie miałam szczęścia.
            Hospicjum domowe załatwiłam od zaraz w poniedziałek zgłosiłam w
            środę już była siostra z pielęniarką i lekarzem.
            Naprawdę polecam wielka pomoc dla mnie psychiczna,bo resztą
            zajmowałyśmy się razem z mamą.
            Ostatnie dni w szpitalu na oddziale paliatywnym same superlatywy.
            Opieka lepsza niż w domu,bo dodatkowo fachowa.
            Miałam szczęście ....trafiłam na dobrych ludzi
      • 02.10.09, 10:25
        Izapelo, prosze nie pisz, ze rak pluca jest niewyleczalny - bo jest. Jest tez
        brutalny, podstepny i okropny. Jak kazdy jeden zlosliwy nowotwor. Im wczesniej
        wykryty tym wieksze szanse - jak w kazdym nowotworze. Z definicji jest
        nowotworem rokujacym zle - glownie dlatego, ze jest tak pozno wykrywany i dlugo
        nie daje zadnych specyficznych objawow...
        Najtrudniejszym momentem w leczeniu onkologicznym jest zaprzestanie leczenia -
        wybor trudny do zaakceptowania...poradnie onkologiczne nie zajmuja sie opieka
        paliatywna, niestety, ale powinny Cie do takiej skierowac...
        Izapelo, sprobuj znalezc hospicjum domowe - lekarza, pielegniarke, ktorzy tak
        dlugo jak mozliwe beda przyjezdzac do domu...
        Zycze Ci sily i tego, zebys trafila na dobrych ludzi...
        --
        Dum Spiro - Spero
        www.forum-onkologiczne.com.pl
    • 04.10.09, 13:53
      Gziutek, w pełni rozumiem Twój żal, bo też straciłam ukochaną mamę i
      też zabił ją drobnokomórkowy rak płuc. Nie mniej w życiu nie
      napisałabym zachorowanie na niego równa się wyłącznie cierpieniu
      zakończonemu śmiercią. Owszem statystyki wskazują nieubłagalnie, że
      niemal wszyscy pacjenci z tym nowotworem umierają, ale... Po
      pierwsze są jednak pojedyncze osoby, którym się udało i zawsze
      znajdą się chorzy, którzy będą kurczowo trzymać się tego, że może i
      im się uda znaleźć w tej nielicznej grupie szczęśliwców. Po drugie
      czas przeżycia chorych też zdarza się być dłuższy niż średnia
      wyliczona statystycznie. Moja mama żyła 28 msc od diagnozy, na
      półtora roku choroba się u mniej cofnęła. Pisała też dziewczyna,
      której mama miała nawrót po 7 czy 8 latach. I niech te przykłady,
      choć stanowią zdecydowaną mniejszość, dają chorym wolę walki o każdy
      normalnie przeżyty dzień. Chorym i ich rodzinom jest ciężko bez
      takich wypowiedzi, jak Twoja. Już statystyczne rokowania wystarczą,
      żeby ich nadzieja zniknęła.
      • 05.10.09, 09:32
        statystyki sa owszem ale przeglądając je trzeba pamietać że nie
        wszyscy pacjenci sa brani pod uwagę, nie dociera sie do wszystkich
        chorujących, najłatwiej prowadzic statystyki osób które umarły -
        przytaczam opinię jednego s profesorów lekarzy:) trzymajcie sie
        cieplutko
      • 11.10.09, 22:10
        Nie chodzi mi o to aby pogrążać zrozpaczonych ani żeby pozbawiać
        nadziei tych ktorzy wierzą w cud. Chodzi o to aby mieć czas na
        przygotowanie i nie zmarnować go. Piszesz o ludziach ktorzy mieli
        remisję ale czy on chorowali na drobnokomórkowy nowotwór płuc?
        zapewne nie. Gdy mama zachorowała szukalismy pomocy wszędzie. Pewien
        niemiecki lekarz zapytany wprost jakie mama ma szanse odpowiedział
        że w jego ponad 20-letniej karierze spotkał tylko jedną osobę która
        można rzec wygrała z nim-żyła dłużej niż statystyki mówią. Ale nie
        trzymałabym się kurczowo akurat tej myśli że się uda bo w cuda dawno
        przestałam wierzyć i chcę pomóc pogodzić się z tym potwornym faktem
        jakim jest nieunikniona śmierć tym których spotkała również taka
        tragedia.
        • 12.10.09, 09:25
          Bardzo Ci wspołczuję-przezywałam dokładnie to samo wówczas kiedy
          moja mama chorowała.
          Dla mnie ogromnym wsparciem w trakcie choroby mamy było własnie to
          forum i ludzie tu uczestniczący.
          Wiele tu się uczyłam i pomoc była tylko tu a nie u lekazry choć
          mieszkam w Płocku to jest z opieką lekarską podobnie jak u ciebie w
          miescie.
          Oni -lekarze tak myslę potracili serca w wyniku bezrdności
          wynikających z braku funduszy.
          Moja mama też zmarła we własnym łózku-byłam przy niej w tych
          ostatnich chwilach i nigdy tego nie zapomnę.
          często mysli o tych chwilach budzą mnie w nocy i nie dają spać.
          strasznie jest kiedy dopadną mnie w trakcie dnia.
          Rozpamietuję każdą chwilę ,każde słowo wypowiedziane przez moją mamę-
          często są to słowa które są teraz moim mottem zyciowym.
          Mimo że robiłam wszystko co w mojej mocy żeby mamie pomóc to mam
          mysli w których mam zal do siebie o to czy o tamto i tak chyba
          bedzie do końca mojego zycia.
          U mie minie w listopadzie 2 lata od kiedy mojej mamy nie ma,ale tak
          bardzo mi jej brakuje,że nie mogę się cieszyć zyciem,rodziną.
          Pozdrawiam wszystkich tęskniących i cierpiących.
        • 12.10.09, 19:44
          Gziutek, powtórzę raz jeszcze, moja mama żyła z drobrnokomórkowym
          rakiem płuc 28 msc. Po zakończeniu chemii i radioterapii (także
          profilaktycznego naświetlania mózgu) w pierwszym rzucie choroby na
          16 msc choroba całkowicie się cofnęła. Od wznowy do śmierci upłynęło
          niestety zaledwie 6 msc. Wiem, że to się nie zdarza często, ale nie
          jest niemożliwe jak widzisz
          • 13.10.09, 14:41
            Estelka - wybacz jeśli Cię uraziłam. Niestety jak sama widzisz
            niezależnie od wszystkiego ta choroba praktycznie zawsze kończy się
            śmiercią. Ja - byc może zabrzmi to egoistycznie - cieszę sie ze moja
            mama nie męczyła się długo a los oszczędził jej śmierci w
            męczarniach. I choć obie żyłyśmy nadzieją jak widać niewiele to dało.
            • 14.10.09, 21:27
              Gziutek, nie uraziłaś mnie, chodziło mi o coś innego. Wiem że
              drobnokmórkowy rak nie pozostawia zbyt wiele nadziei na
              wyzdrowienie. Ale wierzy się mimo wszystko. I myślę, ze nie jestem w
              tej opinii odosobniona. Później, kiedy okazuje się, że choroba jest
              silniejsza, zaczynasz mieć nadzieję na jeszcze trochę "normalnego"
              życia i starasz się wykorzystać ten dany Wam czas jak najlepiej.
              Ja osobiście ostatni okres życia mamy uważam z jednej strony za
              najcięższe przeżycie w swoim życiu, z drugiej strony za
              najpiękniejszy czas. Bo nigdy w życiu nie byłyśmy ze sobą tak
              blisko, jak wówczas, nigdy tak gorąco nie zapewniałyśmy się o
              miłości i nie spędzałyśmy ze sobą tak dużo czasu.
              • 20.12.09, 21:32
                Estelka nadzieję miałam do ostatniej chwili. Bo chociaż miałam
                świadomość że koniec jest już bliski to wciąż się łudziłam że może
                jednak? A teraz minęły cztery miesiące a ja coraz bardziej zaczynam
                wierzyć w to że to ja za mało się starałam że to ja powinnam była
                bardziej zacięcie wierzyć i to przeze mnie mama odeszła.
                • 21.12.09, 01:33
                  poczucie winy,że nie zrobiło się wszsytkiego,żeby pomóc jest
                  zupełnie normalne-prawie każdy ma taki etap po stracie bliskiej
                  osoby.
                  u mnie minęło 1,5 roku i choć wiem,że zrobiono wszystko (tatę
                  prowadzili znajomi,wspaniali lekarze+lekarze z rodziny) to czasem
                  myślę,że można było więcej.
                  mój kuzyn (lekarz),który także walczył przez kilka lat o swojego
                  ojca i zna tą chorobę doskonale też nie mógł uwierzyć,że to tak
                  szybko poszło.
                  masz rację gziutek,to strasznie podstępna choroba i jeśli lecznie
                  przynosi słabe efekty a rokowania nie są dobre to trzeba mieć
                  świadomość jakie będzie zakończenie.
                  trzeba wierzyć,że może akurat tej osobie się uda wygrać ale trzeba
                  też mieć świadomość,że ta walka jest bardzo nie równa i nie reguł.
                  nigdy nie potrafiłam zrozumieć ludzi,którzy mówili,że modlili się o
                  szybką śmierć kogoś bliskiego.od 1,5 roku rozumiem ich.
                  w ten dzień na prawdę modliłam się,żeby tata przestał się męczyć.
                  Zeby była jasność Estelka:nie straszę,że wszystkie przypadki tak się
                  kończą,bo wielu ludzi całkowicie zdrowieje i żyje szczęśliwie przez
                  wiele lat.zawsze trzeba mieć nadzieję,że wynik to nie wyrok ale gdy
                  przychodzi taki moment,to trzeba się przygotować.
  • Powiadamiaj o nowych wpisach

Wysyłaj powiadomienia o nowych wpisach na forum na e-mail:

Aby uprościć zarządzanie powiadomieniami zaloguj się lub zarejestruj się.

lub anuluj

Zaloguj się

Nie pamiętasz hasła lub loginu ?

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka
Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.