Brak nadzieji Dodaj do ulubionych


Witam. Długo się zbierałam aby napisać ale chciałabym jednak coś od
siebie dodać.
Wlaśnie mija rok odkąd mama zdecydowała się zrobić prześwietlenie
płuc. Poprostu szła i doszła do wniosku ze tak dla spokojności
mogłaby je zrobić. Ja odebrałam wynik. Wiedziałam od początku że to
rak. Poszłam do lekarza pierwszego kontaktu zapytać i powiedział.
Stwierdził również że zapewne niewiele czasu mamie zostało ale co on
może wiedzieć? Bez badań tylko na podstawie zdjęcia. Potem juz
poleciało z górki - diagnostyka, badania, badania, badania. Pamiętam
gdy byłyśmy u lekarza - mama siedziała na krzesełku taka malutka,
bezbronna i przerażona. Teraz kiedy mogła zacząć spokojne zycie na
emeryturze znów los ją ukarał. Ale wracając do poprzedniego wątku.
Po kilku dniach oczekiwania przyszły wyniki - dronokomórkowy ze
znakami plaskonabłonkowego nowotwór płuc. Niby niedży, bezobjawowy
więc do wyleczenia. To było początkowe stadium. Całe życie mama
mówiła że jeśli zachoruje na raka nigdy nie zgodzi się na
chemioterapię. Na szczęście na słowach się skończyło. Najpierw był
PET i radość bo nie ma przerzutów. Potem 6 kursów chemii - wymioty,
osłabienie, gorączka, utrata włosów. Ale cały czas powtarzałam mamie
że to niewielka cena za to aby była zdrowa. Potem wiosną włoski
zaczęły odrastać. TK wykazało, że nie ma już guza. Nie ma nic. Jaka
była nasza radość. Nikt kto tego nie przeżył nie jest w stanie sobie
tego wyobrazić. Potem czas na lampy. W sumie 9 tygodni. Pięć na
płuca i 4 na główkę, Tak profilaktycznie. Koniec leczenia-mama
planuje wyjazd do babci. Ale jeszcze czas na kontrolę. Dzwoni do
lekarza który ją prowadził od początku ( Dr Nowak z Izerskiego
Centrum pulmonologii i chemioterapii - Anioł ). Umawiają się na 22
lipca 2009 (tak aby mama w sierpniu mogła jeszcze pojechać do
babci). W między czasie pojawia się kaszel - lekarz rodzinny
twierdzi że to zapalenie oskrzeli i przepisuje antybiotyk. W
szpitalu robia prześwietlenie i diagnoza -popromienne zapalenie
płuc. leczenie sterydami, tlen. Mama słabnie ale myślę sobie że to
od leków i kaszlu zresztą. W niedzielną noc mamy stan się pogarsza.
Ledwo oddycha. Przyjeżdżamy z tatą do mamy - wygląda jak cień
człowieka. Na szczęścia lekarka robi punkcję płucka i już jest
lepiej. A potem to już tylko koszmar. Okazuje się ze nowotwór
wrócił. Rozprzestrzenia się w zatrważającym tempie. Lekarka twierdzi
ze z czymś takim się nie spotkała. Codzienne punkcje odbarczające
płuca trochę pomagają. Mama coraz bardziej słabnie. Wprowadzają do
leczenia morfinę. Przyjeżdża cała rodzina. Dużo łez, duzo gości
ostatnie uściski, pozegbnalne pocałunki. Tak jakby mama na to
czekała. Tydzień po tej przeklętej nocy we wtorek 04.08.2009 mama
przyjeżdża do domu. Uczę się podawać morfinę, załatwiam
najpotrzebniejsze rzeczy w NFZ, szukam lekarza specjalizującego sie
w opiece paliatywnej (Jelenia Góra to najgorsze miejsce jeśli o to
chodzi - umierający są pozostawieni samym sobie - tylko rodziny są
ich ratunkiem). 05.09.2009 mama budzi mnie rano mówiąc że na marne
poszło jej leczenie. Dopiero po wszystkim zrozumiałam że wiedziała
co się zbliża...o 21:00 odeszła.
Przepraszam, jeśli kogoś uraże ale robie to po to aby oszczędzic
choć jednej osobie cierpienia wynikajacego z niewiedzy i niemiłych
niespodzianek - drobnokomórkowy nowotwór płuca jest nieuleczalny.
Nieleczony zabija w trzy miesiące. leczony w ciagu 10 mcy.
Najczęściej daje przerzuty do mózgu . Chory wcale nie musi uskarżać
się na krwioplucie i inne takie. Nowotwór to cichy zabójca.
Straciłam najukohańszą osobę - mamę, przyjaciółkę, opokę. Ile czasu
minie zanim to do mnie dotrze? nie wiem. Ale mam potworny żal do
naszego kraju - zanim lekarze zdiagnozowali mamę jeździła od
szpitala do szpitala. A kiedy umierała nikt nie chciał nawet na
kilka dni (oczywiscie odpłatnie) użyczyć koncentratora tlenu (aby
mogła lżej oddychać). Gdy szukałam lekarza do tzw opieki paliatywnej
trafiłam na kierowniczkę Hospicjum w szpitalu Żerosmkiego( w
Jeleniej Górze) która stwierdziła, że mama może czekać w kolejce do
lekarza bo ona i tak nam nie pomoże. I nic ją nie interesuje. I
jeszcze jedno - gdyby nie to że mam brata lekarza który wielemi
pomógł błądziłabym jak dziecko we mgle nie wiedząc jak mogę jeszcze
mamie ulżyć w cierpieniu i jak zapewnić jej godną śmierć. Mam
jedynie potworne wyrzuty sumienia bo czekałam aż odejdzie. aż to
wszystko się skończy...dla niej..bo dla mnie ten koszmar wciąż trwa
Przeczytaj całą dyskusję
  • drzewko
  • od najstarszego
  • od najnowszego
  • drzewko odwrotne

Wysyłaj powiadomienia o nowych wpisach na forum na e-mail:

Aby uprościć zarządzanie powiadomieniami zaloguj się lub zarejestruj się.

lub anuluj

Zaloguj się

Nie pamiętasz hasła lub loginu ?

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka
Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.